Opowieść Wigilijna 2006

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Opowieść Wigilijna 2006

Postautor: Minerwa » 26.12.07, 20:11

Opowieść Wigilijna – 2006

Szedł błotnistą ścieżką przez łąkę do wierzby bijącej. Za nim, okutana w trzy szale i dwie peleryny dreptała pani Pomfrey. Ostry, dokuczliwy ziąb był w stanie wcisnąć się pod każdą szatę, Remus jednak nie czuł zimna. Szedł z wzrokiem wbitym w ziemię, starając się nie podnosić oczu. Gdzieś tam na szarzejącym o czwartej po południu niebie był księżyc.
Żeby tylko w nocy nie spadł śnieg...
- Nie zimno ci? – zapytała po raz setny pani Pomfrey. – Zostawię ci herbatę, żebyś mógł się napić zanim... to się stanie.
- Dziękuję, nie trzeba – znowu miał jej tłumaczyć, że przed przemianą nie odczuwa pragnienia ani zimna? Mówił jej to już ile? - trzy razy, we wrześniu, październiku i listopadzie. Dobrze, że chociaż udało się przekonać ją, żeby nie zostawiała mu niczego w szklanym dzbanku – za pierwszym razem widok sypialni w starej chacie skutecznie ją do tego zniechęcił.
Rozpaczliwie zatęsknił za tym miejscem. Za szerokim łożem pod spłowiałym baldachimem, za zniszczoną podłogą, z której magicznym sposobem znikały plamy krwi, za zdumiewająco solidnymi okiennicami. Szedł jak we śnie przez mroczny tunel, potykając się w świetle różdżki, wiedząc, że już za chwilę będzie tam zupełnie sam. Bezpieczny ze swoimi myślami.

Remus dotknął przez kieszeń ciasno zwiniętej rolki pergaminu. Sięgnięcie po list kosztowałoby zbyt wiele wysiłku, zresztą wcale nie musiał go czytać. Lepiej było po prostu leżeć bez ruchu i wyobrażać sobie utrwalone w pamięci słowa. Równe, okrągłe litery mamy, zamaszyste, mało czytelne pismo taty, zabawne, bo charaktery mieli zupełnie odwrotne. Musieli pisać ten list po kawałku, oddając sobie pergamin co parę linijek, jakby chcieli porozmawiać z synem oboje razem.
„Nie oszukiwaliśmy Cię, syneczku – pisała mama. – Do prawdy o sobie też trzeba dorosnąć. Zamiast straszyć Cię ponurymi wizjami przyszłości, robiliśmy wszystko, żeby się nie sprawdziły. Staraliśmy się wychowywać Cię na mądrego, wrażliwego, łagodnego człowieka, umiejącego kochać, współczuć, tworzyć piękne rzeczy.”
„Nie zawiodłeś nas – tu pióro przejął tata. – Wysłaliśmy do Hogwartu dzielnego, małego człowieka, który miał dorosnąć do czekających go trosk. Nie doceniliśmy Twojej dociekliwości, ale może to i dobrze, że tak wcześnie dowiedziałeś się, co będzie w twoim życiu najważniejsze. Ochrona własnego człowieczeństwa. Nie dręcz się przewidywaniami, co będzie. Myśl o tym, co jest. Ucz się, czytaj, nawiązuj przyjaźnie. Nie pokonasz swojej wilczej natury – ale możesz utrzymać ją bezpiecznych granicach.”
Remus zamknął oczy i pozwolił, żeby łzy spłynęły mu wzdłuż skroni i wsiąkły w poduszkę. Pisali do niego dorosłym, prawie oficjalnym językiem, z czego był trochę dumny, ale co także budziło niepokój.
Niepokój... Kiedy piętnastego listopada o szóstej po południu schował pod szatą książkę Xaviera Knotza, pozostawioną na stoliku przez Puchona z szóstej klasy, i potem kucając między regałami przeczytał pierwsze słowa, niepokój towarzyszył mu stale. Był w połamanych piórach i kleksach na pergaminie („Lupin, czy naprawdę uważasz, że najlepszym sposobem walki z błędami jest topienie ich w atramencie?”), zapomnianych książkach i zeszytach („Hej, Remus, czy twoja historia magii nagle dostała nogów?”) , ściskał w gardle przy odpowiedzi, przerywał krótki, niespokojny sen.
„Największą tragedią wilkołactwa nie jest wcale jego nieuleczalność. Z wieloma nieuleczalnymi chorobami da się żyć – i choć standard życia jest mniej lub bardziej zły, a w końcu na ogół i tak się na tę chorobę umiera, to jednak przy odpowiednim wsparciu medycyny takie życie może trwać dość długo. Z likantropią tak nie jest. Dla wilkołaka śmierć jest najczęściej wybawieniem od krwawego koszmaru, wyzwoleniem ludzkiej osobowości spod potężniejącej władzy klątwy Likaona.”
Dalej było o etapach przeistaczania się – o tym, jak nad ludzką osobowością coraz bardziej zaczyna dominować wilcza, jak przemiany trwają coraz dłużej poza pełnię, jak w coraz krótszych chwilach świadomości człowiek zdaje sobie sprawę, że przestaje być człowiekiem. „Wilkołak żyje krótko. Średnia wieku w chwili śmierci wynosi dwadzieścia dziewięć lat. Śmierć następuje na ogół podczas próby zaatakowania ofiary, równie często jednak jest efektem samobójstwa”.
Kiedy po kilku godzinach pani Pince znalazła go z książką i wyrwała mu ją z rąk sycząc „zosssstaw te bzzzzdury” wiedział już wystarczająco dużo. Knotz walił prawdę prosto z mostu i nie oszczędzał dwunastoletniego likantropa – bo też i nie dla niego pisał swoją pracę. Jak wielu naukowców zajmujących się klątwami adresował ją raczej do studentów uzdrowicielstwa na Uniwersytecie Merlina. Szkoda tylko, że poza bezwarunkową izolacją w czasie przemian nie podawał żadnej innej rady. Albo inaczej – podawał, ale tak ogólnikowe, że czytając je widziało się chudego, rozczochranego czarodzieja z tylnej strony okładki, jak rozkłada ręce i uśmiecha się współczująco. „No niestety, drodzy państwo, paskudna sprawa i nic się nie da zrobić”.
Radził otoczeniu wilkołaka, jego samego uważając widocznie za niezdolnego do przyjęcia tych wskazówek, aby starało się rozwijać u chorego ludzkie cechy, te, które najsilniej odróżniają go od, jak napisał, „włochatej bestii”. Zalecał rozbudzanie zainteresowań artystycznych i naukowych, kształtowanie empatii, łagodności, rozwijanie więzi z ludźmi. Remus dowiedział się w ten sposób, skąd się wzięły i czemu służyły wielogodzinne ćwiczenia na fortepianie i lekcje rysunku. O ile słuch miał świetny a pasaże i gamy nie sprawiały mu trudności, o tyle z rysowaniem było znacznie gorzej. Teraz wiedział już, dlaczego rodzice nie pozwalali mu przestać, wychwalając pod niebiosa każdy jego bohomaz. Dlaczego czytali mu opowieści o dzieciach, które przez starą szafę przechodziły do innej rzeczywistości i tam zmagały się ze złem w sposób, jaki nie byłby im dany w zwyczajnym świecie. Historie o miłości, przebaczeniu, trosce i odpowiedzialności. Historie o świętych, zwłaszcza o włoskim czarodzieju, którego kochały zwierzęta. Scenę oswojenia groźnego wilka Remus umiał na pamięć – czytał ją zawsze przed pełnią.
Teraz jednak nie miał ochoty czytać. Myślami wciąż wracał do tej strasznej książki, której tytuł skusił go tamtego popołudnia. Człowiek i bestia, szkice o likantropii. Tytuł ten wraz z nazwiskiem autora wykaligrafował starannie na małym kawałku pergaminu, i nie dodając słowa wyjaśnienia wysłał go rodzicom. Chciał im napisać takie mnóstwo rzeczy, o tak wiele zapytać – że aż kiedy siadał do pisania, nie umiał sklecić jednego zdania. Może poza jednym: dlaczegoście mi nie powiedzieli? – to jednak, sam nie wiedział czemu, uznał za zbyt niegrzeczne.
Zrozumieli, odpowiedź przyszła już następnego dnia. Wraz z obietnicą mamy, że przyjedzie go odwiedzić. Nie liczył jednak na to za bardzo. W Hogwarcie odwiedziny rodziców nie były przyjęte, chyba, że w wypadku ciężkiej choroby.
Trochę poprawiły mu nastrój prezenty, nadesłane na całe pięć dni przed Bożym Narodzeniem – mama pewnie musiała się z całych sił powstrzymywać, żeby nie przysłać mu kolejnej szaty albo swetra, ale przecież stanęła na wysokości zadania. Komplet trójwymiarowych kart do eksplodującego durnia był prezentem, jaki większość pierwszoklasistów Gryffindoru uważała za najbardziej pożądany. Zanim wszyscy rozjechali się na ferie, zdążył nimi rozegrać kilka partii z kolegami z dormitorium: chudym i wiecznie rozczochranym Jamesem i okrągłym, czarnowłosym Syriuszem, którego w myślach nazywał Psiakiem, bo chłopiec przypominał puchate, rozdokazywane szczenię. Od początku trzymali się razem – załogę uzupełniał mały, piegowaty blondynek Peter. Bywały dni, kiedy Remus czuł się zupełnie szczęśliwy. Ale jak długo mogło to trwać? Pierwsza wizyta w skrzydle szpitalnym minęła prawie niezauważona, przy drugiej już trzeba było skłamać. Trzecim wykrętem był wyjazd do chorej mamy – Remus zdawał sobie sprawę, że za następnym razem po prostu mu nie uwierzą. To była tylko kwestia czasu – aż ktoś, pewnie najbystrzejszy z nich wszystkich James, połączy jego dziwnie regularne wizyty w skrzydle szpitalnym z fazami księżyca. A wtedy odwrócą się od niego. Nawet jeśli zdołają dochować tajemnicy przed resztą Gryffindoru, nie będą chcieli się z nim przyjaźnić. Bo jak przyjaźnić się z kimś, kto co miesiąc zmienia się w potwora? Wilkołaki polują na ludzi... Nie zabijają zwierząt, tym, czego pożądają, jest ludzkie ciało, ludzka krew. Remus zacisnął mocno powieki, lecz krwawy koszmar, zapowiadający przemianę, jeszcze nie nadchodził. Wróciły do niego słowa z książki Xaviera Knotza. Jednym z warunków zachowania człowieczeństwa było, aby jako wilkołak nie poznał nigdy smaku ludzkiej krwi. Nawet jako człowiek powinien go unikać – teraz rozumiał, dlaczego mama zabraniała mu ssać skaleczony palec albo lizać rozbite kolano. Miał nadzieję, że pani Pomfrey tak jak zawsze sprawdziła dokładnie wszystkie zamki i okiennice. Gdyby udało mu się wyrwać na zewnątrz, jego krwawy koszmar stałby się prawdą. Tyle, że smak ludzkiej krwi nie zaszkodziłby jego człowieczeństwu. Nie zdążyłby. Brygada eliminacyjna Ministerstwa Magii zabiłaby go jeszcze tej samej nocy.
Jutro Boże Narodzenie. Jeżeli będzie się czuł dobrze, następnego dnia będzie mógł pojechać do domu. Rodzice chcieli nawet, żeby przyjechał wcześniej i spędził czas przemiany w swoim pokoju, on jednak prosił, żeby mu pozwolili zostać. Jako argument podał, że przed przemianą czuje się bardzo źle, w istocie jednak sam nie wiedział, co go ciągnie do tego starego, pustego domu.
Może samotność. Może świadomość, że tutaj jest sam i nikomu nie ściska się serce, kiedy przez ściany i wszystkie głuszące zaklęcia przebija się jego wycie.
Nie wiedział, jak bardzo się myli.
Kiedy przemiana nadeszła wreszcie i ścianami starego domu wstrząsnął jego krzyk, potworny krzyk bólu przechodzący w skowyt, zapóźnieni przechodnie, którym droga wypadła koło starego domu, coraz częściej zwanego wrzeszczącą chatą żegnali się szybko znakiem krzyża i uciekali biegiem do swych jasno oświetlonych, ciepłych domów, gdzie właśnie była pora siadać do wigilijnej wieczerzy.
Paroksyzm bólu rzucił go na okno. Okiennice zatrzeszczały, szyb nie było już dawno – przed zimnem chroniło zaklęcie. Zęby ześliznęły się po skośnych płytkach okiennicy.
Jedna pękła. Zaklęcie odrzuciło wilkołaka na przeciwległą ścianę, lecz nie na długo. Ponowił szturm. Raz, drugi, trzeci.
Teraz już było jasne, że oszalały wilkołak nie spocznie, póki nie wyrwie się na wolność. Po godzinie szarpaniny był mokry od piany i potu, z kilku ran sączyła mu się krew. Kiedy dawał susa przez zrujnowane okno, drzazga zahaczyła o kudły na łbie i zatrzymała go, zawieszonego na okiennicy. Szarpnął się. Drzazga wyrwała włosy z kawałkiem skóry, krew zalała mu oczy, ale szybko orzeźwił go śnieg. Gnał przez zaśnieżone pola koło Hogsmeade, znacząc ślad czerwonymi kroplami.
Dom. Zasypany śniegiem ogród, okna rozjarzone mnóstwem świec. Przez szyby widać choinkę, czerwone z przejęcia twarze dzieci. Długowłosy, brodaty czarodziej siedzi rozparty na kanapie, trzymając na kolanach jasnowłosego brzdąca usmarowanego po uszy czekoladą. Ojciec śmiejąc się wyciera mu buzię, pyta o coś maleńką, jasnowłosą kobietę, która aprobująco kiwa głową. Zsadza malca z kolan i otwiera usta.
Zbliżył się do węgła domu. Wyczulony słuch przeniknął ścianę ze świerkowych bali, za którą ciepły bas śpiewał:

W domach gwar i zapach świąt,
Wieczna krzątanina ziemska,
A na niebie już jak lont
Płonie gwiazda betlejemska.

Gdzieś tam smutku pełen dom,
Oto znów samotne święta,
Naraz dzwonek brzmi jak grom -
Mimo wszystko ktoś pamięta.

Smucić się w tę noc to wstyd,
Niech ta myśl nas rozwesela,
Przecież nim nastanie świt
Bóg nam ześle Zbawiciela.

Smucić się w tę noc to błąd,
Niczym jest największa klęska,
Gdy na niebie niby lont
Płonie gwiazda betlejemska.

- Hedwi, idź poczęstuj wilka – matka szybkim ruchem otarła oczy i zebrała na miskę resztki z talerzy i półmisków. – Pamiętasz, jak cię uczyłam?
- Oj, mamo, pewnie. – dziewczynka wzięła miskę i po chwili ukazała się w drzwiach, w narzuconej na ramiona czerwonej kurteczce.
Krew. Zabiję.
Wilkołak przywarował, sprężył się do skoku. Widział teraz tylko szczupłe ramię dziewczynki i to miejsce pomiędzy uchem a podbródkiem, gdzie za chwilę wbije zęby. Krew na śniegu, język liżący czerwone plamy, rozkoszne drżenie zaspokojonej żądzy. Szczupłe ciało szamoce się jeszcze, cienkie kostki pękają pod zębami, krzyk przechodzi w rzężenie... I nagle głos. Głos?
- Masz tu, wilczku, jakbyś przyszedł, jakby cię mróz przygnał, żebyś ode domu głodny nie odszedł, dajem ci w tę noc kolędną jadło i dobre słowo.
Głos był lekko zdyszany, dziewczynka mówiła nieswoje słowa nieswoim językiem, tak, jak spełnia się obrzęd. Z trzymanego w ręku talerza zgarnęła w śnieg resztki jedzenia i nieświadoma, że patrzy na nią para obłąkanych oczu, zawróciła do domu.
Remus rozluźnił mięśnie. Nie wiedział, co sprawiło, że przed chwilą nie skoczył. Na ugiętych łapach podszedł, zanurzając się po grzbiet w śniegu, do tego miejsca, gdzie przed chwilą stała dziewczynka. Doszedł go zapach ryby, kapusty, maku i mocnej, korzennej słodyczy. Bez zainteresowania powąchał resztki i nagle... zaczął jeść. Starannie oblizał z ości tłuste kawałki ryby, prawie nie gryząc łykał pachnące grzybami pierogi, parskał kruszynami ciasta i makiem. Obojętny wobec ludzkiego jedzenia, opętany mięsem i krwią – pałaszował teraz postne resztki z takim zapałem, jakby tęsknił do nich przez całe życie.
- I co, najadłeś się? – usłyszał za sobą głos.
Błyskawicznie odwrócił się. Człowiek. Zdobycz. I paraliż całego ciała, graniczące ze zdumieniem poczucie, że nie może się ruszyć.
- Nie bój się. Chcę ci coś pokazać.
Zabiję cię. Zabiję.
- Ale skąd, nie zabijesz – człowiek w brązowej szacie nachylił się nad wilkołakiem i dotknął jego łba. – Aleś się, bracie, poharatał... – dłońmi obandażowanymi od nadgarstka po palce przeczesał pokrwawione kudły. – Lepiej? No to idziemy.




I poszli. Drogą przez wieś, ścieżką przez pola. Weszli do lasu. Czarodziej szedł pewnie, musiał dobrze znać drogę. Czasem tylko przystawał, by otrzepać swoje dziwaczne obuwie – miał na nogach coś w rodzaju sandałów włożonych na grube, strzępiące się skarpety. Oglądał się wówczas za siebie, jakby sprawdzał, czy wilkołak idzie za nim.
Szedł.
Szedł z takim przekonaniem, z jakim przed godziną wyłamywał zębami drzazgi okiennicy. Czuł, że musi, i poza tym obchodziło go niewiele. Ani sklejający kudły śnieg, ani utrudniająca widzenie czerwona mgła, nieodłączna towarzyszka wilkołaków. Ani mijające ich zwierzęta, które zdawały się zmierzać w tym samym kierunku.
Dojść. Tam.
- Niedaleko, stary – czarodziej poklepał go po karku. – Idzie się akurat tyle, ile trzeba.
Szli dalej. Śnieg gęstniał, wirował, zasypywał oczy i zmuszał do potrząsania głową. Jednocześnie niepojętym sposobem robiło się coraz jaśniej. Do świtu było jeszcze daleko, księżyc stracił swoją oślepiającą biel, a w lesie trwało łagodne, żółte światło.
Przez ciało wilkołaka przebiegł dreszcz, kładąc uszy, wstrząsając kudłami na karku. Coś się działo. Coś było blisko. Przez zmaltretowaną świadomość przebiło się pytanie, które bywa udziałem niewielu spośród Boskich i nieboskich stworzeń, na pewno zaś nie wilkołaków.
Skąd?
- Zobaczysz – obandażowana ręka znów dotknęła jego sierści. – Sam zobaczysz i... słowo daję, braciszku, nie zawiedziesz się!
Usłyszał cichy śmiech i echo, jakby zza drzew odpowiedziało mnóstwo cichych śmiechów. W zaśnieżonym lesie było to niemożliwe – a jednak było, podobnie jak dobiegający gdzieś z bardzo daleka dźwięk dzwonków.
Po kilkudziesięciu krokach dzwonki stały się głośniejsze, do ich dźwięku dołączyło się parskanie koni i śpiew. Minęły ich sanie pełne śpiewających ludzi, których oddechy w zimnym powietrzu zmieniały się w obłoczki pary.
Człowiek. Człowiek..!
I co z tego?
Wilkołak poruszył skórą na grzbiecie. Wszystko, co działo się tej nocy było tak niezwykłe, że zdążył się już przyzwyczaić. Nie zdziwiło go nawet, że czerwona mgła przed oczyma rzednie, zmieniając kolor na lekko różowy, przez który przebijało się żółtawe światło.
Byli już coraz bliżej. Czuł to, nie tylko dlatego, że robiło się coraz jaśniej. I coraz cieplej, co dla wilkołaka było doświadczeniem całkowicie nowym, bo w wilczej postaci nie czuł ciepła ani zimna. Śnieg był coraz rzadszy, droga coraz wygodniejsza – nawet jego przewodnik przestał otrzepywać zamiatające ścieżkę wystrzępione szaty i przyspieszył kroku.
Spośród drzew przebijało światło. Widać już było koniec drogi: obszerną polanę, na której trwał jakiś ruch.
- Jesteśmy – powiedział niepotrzebnie jego przewodnik.
Na polanie było jasno. Ze wszystkich stron wychodziły z lasu zwierzęta. Jelenie, sarny, wilki, niuchacze, wiewiórki, dźwiedzie i niedźwiedzie. Hipogryfy otrząsały śnieg ze skrzydeł, widłowęże przemykały pod nogami, miękko stąpały lisy i kuguchary. Wszystko szło w jednym kierunku – na przeciwległym skraju polany stała szopa o szeroko rozwartych drzwiach.
Zbliżyli się. Widać już było wnętrze, rozrzuconą na podłodze słomę, powrósła utkane w szpary, stertę siana, na której na wpół leżała kobieta, trzymana za rękę przez młodego czarodzieja z zafrasowaną miną. Pomiędzy nimi sklecony z desek żłóbek, także wysłany sianem.
W żłóbku spało Dziecko.
Wilkołak zamknął oczy.
Nie. Nie patrzeć.
Na ślepo wszedł do szopy i zatrzymał się o krok za czarodziejem. Usłyszał jego głos. Cichy i stłumiony, jakby mówiący bardzo starał się nie obudzić Dziecka.
- Zwierzęta. Ludzie. I w ogóle, wszyscy. Narodził się Król. Oddajcie mu hołd i proście o co chcecie, bo łaskawy jest nad wszelką miarę.
Zapadła cisza. Wilkołak poczuł na karku znaną już dłoń.
- Ukłoń się, braciszku.
Zgiął kark, a potem po prostu położył się na słomie, z nosem schowanym między łapy i wciąż zaciśniętymi powiekami. Słyszał, jak zwierzęta wchodzą do szopy – tupot kopyt, stukanie racic, lekkie stąpanie małych zwierząt, człapanie dźwiedzich i niedźwiedzich łap. Czuł zapach futra, sierści, piór, nad głową słyszał trzepot i szelest skrzydeł. Ostrożnie uchylił jedną powiekę i z ulgą skonstatował, że widok żłóbka zasłania mu nastroszony futruś, za którym przysiadły dwa łaciate koty.
Futruś? Koty?
Ze zdumieniem spostrzegł, że rozpoznaje zwierzęta. Że fakt ten napełnia go zdumieniem. Że patrzy, słucha i jest tego świadomy. I w ogóle, że od pewnego czasu... jak się to nazywa?
Myśli.
Spojrzał na swoje łapy. Nie stały się ani trochę podobniejsze do ludzkich rąk. Wciąż był wilkołakiem. Tylko świadomość... skąd się wzięła ludzka świadomość?
- Tej nocy każde stworzenie ma duszę – usłyszał szept czarodzieja w brązowych szatach. – I może mówić ludzkim głosem... A niech to! Uciszże się, zarazo, obudzisz Go!
Popłoch był zrozumiały. Siedząca na żerdzi sowa najwyraźniej zachęcona jego słowami otwarła dziób i zaczęła drzeć się nie sowim, ale też bynajmniej nie ludzkim głosem:

Idź, ogłoś to po górach,
Wszystkim dolinom ogłoś rad,
Idź, ogłoś to po górach,
Że Zbawca przyszedł na świat!

Czarodziej wyciągnął rękę i sowa umilkła. Przełknęła coś sporego i scenicznym szeptem powiedziała:
- O, przepraszam.
Kobieta parsknęła w stuloną dłoń, mężczyzna zatkał sobie usta. Niestety, środki ostrożności zawiodły. Dziecko poruszyło się i otwarło oczy.
- Jeżeli Mały się rozpłacze, oskubię – mruknął czarodziej i znów pochylił się do ziemi w pokłonie. To samo zrobiły wszystkie zwierzęta.
Na szczęście dla sowy Dziecko nie rozpłakało się. Spojrzało uważnie czarnymi oczkami. Malutkie palce poruszyły się.
Jakby na dany znak zwierzęta zaczęły podchodzić do żłóbka. Każde opierało pysk na jego brzegu, niektóre wtulały nos w siano, śmielsze lizały maleńką rączkę. Zastygały na chwilę i stąpając ostrożnie odchodziły.
Wilkołak nie widział tego. Kiedy Dziecko obudziło się, znów zacisnął powieki. W uszach dźwięczały mu słowa czarodzieja „oddajcie hołd i proście o co chcecie”. Jaki hołd mógł oddać wilkołak? Bestia powstała na skutek starożytnej klątwy, potwór ulepiony z nienawiści, bólu, krzywdy i strachu?
Gdyby był wilkiem, miałby prawo.
Był wilkołakiem.
O co miał prosić? By Stwórca nieba zabrał z niego księżyc? Żeby odmienił bieg ciała niebieskiego, nie pozwalając mu osiągać pełni? Cofnął starą klątwę, skutek ludzkiego grzechu?
Zwierzęta odchodziły jedno po drugim. Jeszcze dwa pufki, jeszcze chomik. Któryś z kolei pies, sapiący z przejęcia hipogryf, wiewiórka. Skonfundowana sowa, szepcząca pod dziobem jakieś przeprosiny. Mysz. Wielbłąd.
Trwał zrozpaczony, błagając, by się to wreszcie skończyło. Żeby znikła szopa, polatujące nad głowami duchy i cały ten las. A najlepiej niech się to wszystko na niego zawali.
Znów poczuł na karku rękę czarodzieja. Jej dotknięcie uspokajało, łagodziło ból. Usłyszał głos.
- Chodź, teraz ty. Nie bój się, Remus.
Remus? Imię przeszyło go nowym impulsem świadomości. Remus. To był on sam. Mógł przedstawić się imieniem. Mógł powiedzieć „jestem”. Remus.
Człowiek. Remus Lupin!
Na ugiętych łapach, wciąż zaciskając powieki, podszedł do żłóbka. Oparł łeb na jego brzegu i niemal z przerażeniem poczuł jak rączka Dziecka dotyka jego pyska. Otworzył oczy.
Ty Jesteś.
Poczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego, uczucie, którego nie umiał nazwać. Chciał o coś prosić, ale nie mógł, zresztą wiedział, że wcale nie musi – jego prośba jest znana, wypowiedziana co do słowa, zapisana wielkimi literami na jeszcze większym pergaminie i zawieszona na widocznym miejscu. I będzie spełniona. Na pewno.
- Boże..

- Syneczku... aż tak cię boli?
Powoli, bardzo powoli odzyskiwał przytomność. Wreszcie otworzył oczy.
- Mama?
- Wypij to – mama podała mu do ust giętką rurkę, której drugi koniec tkwił w szklance z czerwonym płynem. – Jak się czujesz?
- Przyjechałaś...
- Bo obiecałam.– Monika Lupin energicznie otarła zapłakaną twarz. - I zabiorę cię do domu.
- Byle nie na zawsze...
- Oczywiście, że nie – podeszła do okna i energicznym ruchem otworzyła nietkniętą okiennicę. – Poleż sobie do wieczora, prześpij się, a rano pojedziemy.
- Dobrze. Będziesz później mogła przynieść z dormitorium moje kredki?
- Chcesz rysować?
- Nie ma tu choinki ani nic... narysuję sobie szopkę.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Opowieść Wigilijna 2006

Postautor: Arthur Weasley » 23.12.08, 22:18

Osobom, którym nazwisko autora książki czytanej przez Lupina nic nie mówi, proponuję wrzucenie go do Googli. Nie pożałujecie...
Osobom nie kojarzącym czarodzieja, z którym tenże Lupin rozmawia, proponuję chwilę zastanowienia...
Jednym i drugim, a także wszystkim innym życzę wielu zmian na lepsze. MO
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

cron