Summertime XXXV +epilog

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Summertime XXXV +epilog

Postautor: labruja » 09.03.15, 22:16

Arturze, Minerwo, Dziękuję za miłe popołudnie w niedziele (-;
A tymczasem tekst


Rozdział I


Lily przetarła dokładnie drewniany blat czystą ścierką i założyła cieniutkie gumowe rękawiczki. Tego nie uczyli w Hogwarcie, prosta mugolska sztuczka. Dotykanie składników gołymi rękami zawsze łączyło się z pewnym ryzykiem, że zmieni się ich właściwości. Niedostrzegalne drobiny naskórka, pot i sama osoba alchemika - Lily wiedziała, że przedmioty też mają swoją pamięć, a każdy eliksir wymaga perfekcji. Za oknem przejechał pociąg, sprawiając, że kubki i dzbanki zatrzęsły się niebezpiecznie. W maleńkiej kuchni, która musiała służyć zarówno do przygotowywania posiłków, jak i do warzenia eliksirów, panował zwykły domowy nieporządek. W zlewie leżały niepozmywane talerze po śniadaniu, a kilkanaście doniczek - chyba tylko dzięki zaklęciom - mieściło się na wąskim parapecie.
- To ja lecę – powiedział Jim, wkładając głowę do kuchni. - Jak coś to zafiukaj.
- Mhm – mruknęła kobieta, nie odrywając wzroku od moździerza, w którym starannie ugniatała drobne kamyki w pył. Chciała odwrócić się i przytulić Jima, ale kiedy pracowała, starała się zbytnio nie rozpraszać. - A, Alice posłała sowę. Będą w sobotę. Pewnie reszta też, jak znam życie. Kup coś, jak będziesz wracać.
Na tle jasno pomarańczowych ścian kuchni wyróżniała się jedna szafka, która sprawiała ponure i posępne wrażenie. Lily długo nie mogła się przyzwyczaić do trzymania w domu jej zawartości, ale z czasem zaczęła nazywać ją pokojem gościnnym. Za masywnymi drzwiczkami w malutkich słoiczkach, wypełnionymi przeźroczystym płynem, pływały kawałki kości, skóry i włosów. Niezapowiedziani goście, których dostarczano jej ilekroć znaleziono kogoś, kto zginął w wyniku zaklęcia. Przedmioty mają swoją pamięć i - przy odrobinie wiedzy i ogromnej ilości cierpliwości - można było próbować odkryć, jaką różdżką rzucono zaklęcie. Zwłaszcza Niewybaczalne pozostawiały trwały ślad.
Lily wypiła łyk zimnej już kawy i wyjęła z szafki buteleczkę z krwawym strzępkiem ciała.
- Witam panie Jones, szkoda, że spotykamy się w takich okolicznościach – mruknęła cicho w kierunku pojemnika. Zawsze zwracała się tym nazwiskiem do preparatów, aby pamiętać, że ciągle ma do czynienia z ludźmi. I żeby zachować choć odrobinę humoru.
Trwała wojna i gości było zdecydowanie za dużo. Używanie do eliksirów czarnej magii było jawnym jej przejawem, tak przynajmniej uczono ją w Hogwarcie. Tyle że szkołę skończyła dwa lata temu, a to, czego uczył ją teraz profesor Slughorn, znacznie odbiegało od standardowego programu. Ona sama starała się sobie mówić, że wcale nie używa ciał do eliksirów, ale tylko je oczyszcza z tego, co na nie rzucono. Rozmawia z nimi i oddaje im ostatnią przysługę. Nie do końca była to jej wymarzona praca, jednak praca dla Zakonu nie polegała tylko na brawurowych akcjach bojowych, ale przede wszystkim na godzinach spędzonych w bibliotekach, nad kociołkami i podczas patroli, na których nic się nie działo. Wojna to tylko strach i nieskończone nudne czekanie. Po dwóch godzinach kość prawie zupełnie rozpuściła się w kociołku i można było przygotować destylator. Kobieta zdjęła rękawiczki i wyjęła z kredensu resztki bułki z wczorajszej kolacji.
- Siedzę cały dzień w kuchni i nie mam czasu gotować – powiedziała do siebie. - Razem ze mną jest tu jeszcze jakieś osiem osób, tyle że w takim stanie, że trzeba gadać do siebie. Cudownie. W sumie mogłabym kupić sobie szczura do towarzystwa, ale Peter by się obraził.
Identyfikacja różdżki, jeżeli się udawała, zajmowała jej zwykle koło tygodnia. W oparach kociołka niestety nie ukazywał się numer seryjny. Wszystko polegało na serii testów, eliminacji możliwości, żmudnej pracy metodą prób i błędów. A wszystko po to, żeby uzyskać pewne prawdopodobieństwo, że użyto takiej, a nie innej różdżki. Za mało, aby wysłać kogoś do Azkabanu, ale wystarczająco dużo, żeby być poddanym obserwacji przez Zakon. Śmierciożercami okazywali się często ludzie, których nikt o to nie podejrzewał. Niestety, często praca była nadaremna. Sosna, włókno ze smoczego serca i co z tego? To zwykle udawało się określić. Ile takich różdżek sprzedano przez ostatnie dwieście lat? A może była starsza, może zakupiona gdzieś daleko poza rejestrami? A jeżeli kilka osób rzucało zaklęcia? Wtedy zaczynała się praca, którą kiedyś tak opisała Jimowi – to jest tak, jakbyś próbował poznać po zapachu muzykę. Pracochłonne badania, żeby zrozumieć wywar. A potem spróbować przyporządkować go do różdżki, ale w tym potrzebowała pomocy Ollivandera.

Dwie godziny po południu Lily spojrzała na bladoniebieski płyn w szklanej kolbie. Zgasiła ogień, zamknęła okno i zdjęła chustkę oraz pochlapany alchemiczny fartuch z grubego płótna. Szybko umyła włosy. Wyschną szybko na słońcu, pomyślała i udała się na ulicę Pokątną.
- Cześć Garrick – powiedziała, wchodząc do sklepu. - Mam nadzieję, że się nie spóźniłam.
- Jesteś jak zwykle o czasie. Wypijemy herbatę?
- Za chwilę. Najpierw robota. Wczoraj nie zdążyłam ułożyć różdżek na tamtej półce. A potem musimy zająć się sowami z fakturami.
Garrick Ollivander westchnął i tak czy inaczej poszedł nastawić wodę na herbatę. Różdżki nie uciekną, zresztą i tak cierpliwe czekają na swoich właścicieli. Tak naprawdę dałby sam radę prowadzić sklep, ale rok temu dziewczyna przyszła do niego z listem polecającym od Dumbledore’a. Dyrektor prosił go, żeby ją uczył, a Lily poprosiła o pracę. Jakąkolwiek. Z czasem bardzo polubił jej towarzystwo i okazało się, że można doskonale połączyć obie rzeczy.
Po godzinie Lily uporała się z porządkowaniem pudeł i zabrała się za mycie szyby wystawowej. W pomieszczeniu było tyle różdżek, że należało unikać zakłóceń i ograniczyć stosowanie magii. Niektórzy przechodzący ulicą czarodzieje patrzyli na nią z pogardą – czarownica wykonująca pracę skrzata domowego. Może charłak czy co? Pozdrowienia dla waszych niedouczonych czystokrwistych dzieciaków, którym załatwiliście płatne staże w Ministerstwie Magii, myślała Lily, krzywiąc się na ich widok.
- Tak sobie myślałam, Garrick – powiedziała w końcu, polerując suchą szmatką szybę. - Tak sobie myślałam, że stoją w miejscu z badaniami. Potrafię alchemiczne wyciągnąć to ostatnie zaklęcie z kości. Dochodzę do punktu, w którym mam gotowy wywar z zaklęcia. W nim został ślad różdżki. Testami mogę sprawdzić rodzaj drewna i rdzenia, ale ciągle nie wiem nic więcej. Nie czuję tego.
Mężczyzna westchnął.
- Czy pamiętasz, jak tu weszłaś pierwszy raz, Lily?
- Jasne. Strasznie się bałam, że nie będę mogła zapłacić za różdżkę. Mama powiedziała, że nie ma zamiaru płacić za te moje hokus-pokus. Na szczęście był mugolski fundusz specjalny...
- Kiedy weszłaś od razu wiedziałem: wierzba, pióra feniksa. Różdżki trzeba poczuć. Za dużo myślisz.
- Ale jak, na jakiej podstawie? Można wykonać jakieś testy?
- Wiesz, pewnie na tym polega ta cała mugolska, jak to się nazywało, ta… psychologia. Te ich testy, opisy, charaktery ludzkie?
- Mhm - mruknęła Lily, szorując jakieś oporne zabrudzenie.
- To to jest dokładnie coś odwrotnego. Wyczuwasz naturę człowieka w całości. Tego nie można opisać. Wyczuwasz człowieka, wszystko, co w nim jest, to, jaki jest do samego rdzenia. Można tak samo wyczuć człowieka, jak i różdżkę. I dlatego łatwo je dopasować.
Kobieta milczała przez chwilę, a następnie zeszła z taboretu.
- No idealnie – powiedziała, z satysfakcją patrząc na szybę. - A wracając do tego, o czym mówiłeś, to chyba wiem, o co chodzi. Mam tak ze składnikami do eliksirów. Ucieram liście i czuję słońce, na którym wyrosły, zapach wody ze stawu w żabich sercach i chłód nocy w skrzydłach nietoperzy. Czuję naturę wywaru i jego składników. Ale nie czuję różdżek. Próbowałam zrobić jakiś wykaz zależności między cechami różdżki, a naturą wywaru, ale nic mi z tego nie wychodzi.
- Wyrzuć czym prędzej ten głupi spis! Wśród różdżek musisz tylko przebywać. One cię nauczą. Wiesz, jak ja się nauczyłem? Ojciec zmarł, kiedy byłem mały, a mama pracowała w ministerstwie. I przez całe dnie, zanim jeszcze poszedłem do Hogwartu, siedziałem w jego sklepie. Potem przyjeżdżałem tu na każde wakacje, żeby pomagać. Jeżeli zrobiłaś dobry ekstrakt z ostatniego zaklęcia, to wkrótce sama będziesz czuła, która różdżka je rzuciła.
Kobieta westchnęła.
- Może masz rację. Nie lubię po prostu siedzieć bezczynnie. To co, teraz pergaminy i może się jeszcze z zamówieniami uporamy?


Kiedy Lily wróciła do domu, James już był i krzątał się po kuchni, krojąc cukinię na obiad.
- Jim - krzyknęła od progu. - Merlinie jasny, nie tym nożem. To mój do komponentów.
- Ja też cię kocham. I dzień dobry w ogóle. A to jakaś różnica, jaki nóż?
Kobieta teatralnie przewróciła oczami.
- Jakbyś wiedział, co nim kroiłam, to byś poczuł różnicę. Od suszonego gryfiego łajna począwszy. I uciekaj mi z kuchni, bo muszę to zaraz znowu podłączyć.
- Dobra, nie opowiadaj dalej, co tym robiłaś. Znowu będziesz pracować? Muszę powiedzieć Dumbledorowi, że zamęczy mi narzeczoną. Najpierw kolacja, makaron już się gotuje.
- Dobra, ale potem kociołek. Nie czekaj dziś na mnie, późno się położę.
James Potter westchnął i wrzucił pokrojoną cukinię na patelnię. Nie chciał się kłócić, ale ostatnio coraz częściej tak było. Nawet, kiedy nie było tak wiele pracy, Lily znajdowała sobie jakieś zajęcie. A to preparowała składniki, żeby je sprzedać i trochę dorobić, a to akurat pilnie musiała sprawdzić Syriuszowi pracę semestralną z eliksirów na szkoleniu aurorskim. Próbował rozmawiać, pytał, czy coś się nie stało, ale Lily zawsze odkładała rozmowy na potem. Od kiedy się oficjalnie zaręczyli, było jeszcze gorzej. Kiedy zaproponował, że nie muszą aż tyle pracować, bo mogą liczyć na jego rodziców, a nawet zamieszkać z nimi, Lily stanowczo zaprotestowała.
- Uwielbiam twoją mamę, Jimmi. Jest mi bliższa niż moja własna. Ale osobne mieszkanie i konto pomogą mi te dobre relacje podtrzymać.
To wszystkie tymczasowe, mówiła, a jednak coś było nie tak. James zastanawiał się, czy kiedykolwiek byli ze sobą zupełnie blisko. Lily go fascynowała, piękna, mądra, pyskata i odważna. Ale zawsze była obok, niby blisko, ale niezupełnie. Ta przestrzeń między nimi powoli zaczynała go uwierać jak ziarnka piasku.
- Nie siedź za długo, Lily – mruknął, wychodząc do jedynego pokoju, który spełniał funkcję sypialni, biblioteki, pokoju gościnnego i garderoby, a na dodatek był wielkości niewiele większej niż schowek na miotły.
Lily zrobiła sobie wieczorną kawę i wyjęła z szuflady notatki, które wysłał jej Slughorn. Wieczory przeznaczała na naukę, której jej tak brakowało. Zaraz po Hogwarcie złożyła dokumenty do prestiżowego Instytutu Eliksirów i Antidotów Magicznych. Dostała się, ale jeszcze przed rozpoczęciem zajęć wycofała swoją kandydaturę stażu. Powody, które podała były niejasne i niewiarygodne, ale Jim po pewnym czasie dał za wygraną i nie drążył tematu. Poprzestał na deklaracji, że może w przyszłym roku do tego wróci. Na szczęście ich dawny nauczyciel obiecał przesyłać jej listy z czymś w rodzaju kursu korespondencyjnego. Czas, który Lily, jak sama powiedziała, chce mieć dla siebie, żeby zastanowić się nad życiem, wypełniała do ostatniej minuty, aby nie mieć czasu na myślenie. Rano praca dla Zakonu, przede wszystkim identyfikacja zaklęć i różdżek, ale też warzenie najróżniejszych antidotów i eliksirów. Po południami praca u Ollivandera, a wieczorem nauka własna. Zdarzało się, że James budził się w nocy i zanosił do łóżka Lily, która zdążyła zasnąć przy stole z głową opartą na notatkach. Zwijała się wtedy szybko pod kołdrą, mamrocząc pod nosem, że trzeba zetrzeć, nie utrzeć. I absolutnie nie kroić.

***
Był dobrym oszustem. Tak dobrym, że udało mu się oszukać samego siebie. Tamtej nocy, kiedy wraz z trzema innymi otrzymał Mroczny Znak, włóczył się bez celu ulicami i przypadkiem trafił pod jej dom. Znał adres, bo kiedyś, kierowany niezdrową ciekawością, zadał sobie trud, żeby go zdobyć. Nigdy jednak tam nie przyszedł. Na drugim piętrze ciągle paliło się światło i wydawało mu się, że zobaczył znajomą postać, pochylającą się nad kociołkiem. Odsunął się w cień sąsiedniej bramy, ale ciągle intensywnie wpatrywał się okno. Widział dokładnie Lily Evans z rudymi włosami schowanymi pod chustką. Moc Czarnego Pana mąciła mu umysł mieszaniną siły, pożądania i nienawiści. Mógł tam teraz wejść, zabić cholernego Pottera i wziąć ją. Jakaś część jego chciała to zrobić. Mroczny Znak zmieniał tak naprawdę wszystko; teraz nie było już odwrotu ani wahania. Nie było już śladu głupiego dzieciaka z małego domku za rzeką ani słabego Smarkerusa, który chował się w bibliotece. Teraz mógł brać z życia to, czego chciał i sięgnąć po moc, która kiedyś pozostawała poza jego zasięgiem. Konsekwencje przestały się liczyć. Przymknął oczy. Jeżeli teraz wejdzie, zaskoczy Pottera bez różdżki i już za kilka minut Lily może być jego. To takie proste. Ale zaraz potem wyobraził sobie jej spojrzenie pełne pogardy i przerażenia i całe pożądanie zniknęło.

Stał jeszcze przez chwilę w ciemności, ściskając w ręku różdżkę, ale po jakimś czasie odwrócił się i odszedł, nie oglądając za siebie. Wrócił po tygodniu, kiedy zdołał już panować nad sobą na tyle, że był pewien, że nie zrobi niczego, czego zrobić naprawdę nie chce. Oszukiwał się. Chciał tylko wiedzieć, co robi. Wiedział, że codziennie wychodzi do Ollivandra i pracuje jak głupia skrzatka. Potem siedzi wieczorami przy stole w kuchni, coś czyta, pochyla się nad kociołkiem. No i oczywiście Potter. Bezczelny i zadowolony z siebie, miał ją cały czas blisko, tak jakby na to zasługiwał. Kiedy Severus Snape poznał już dobrze zwyczaje Lily i Jima, odważył się na kolejny krok. Prostym zaklęciem otworzył drzwi ich mieszkania, dziwiąc się jednocześnie, jak można w czasie wojny zostawić je bez żadnych dodatkowych zabezpieczeń czy alarmów. W pokoju panował nieporządek, jaki jest zazwyczaj konsekwencją przechowania zbyt dużej ilości rzeczy na małej przestrzeni. Kuchnia była z kolei idealnie wysprzątana i czysta. Na parapecie rosły zioła, które można było wykorzystać tak w kuchni, jak i w alchemii. Znalazł kilka ciekawych składników; suszone liście naparstnicy, marynowane pijawki, a nawet skrzydła nietoperzy. Więc ciągle eliksiry, pomyślał. W takim razie, dlaczego nie zaczęła stażu? On jej zabronił? A może ciągle nim gardziła? W jakiś sposób myśl, że mógł jakoś wpłynąć na jej decyzję, nawet jeżeli był powodem rezygnacji, spodobała mu się. Więc ciągle był ważny. Szybko jednak odpędził tę myśl, jako mało prawdopodobną. To Potter kazał jej siedzieć w domu.

Tylko jedna szafka była zamknięta na klucz, a na dodatek zabezpieczona zaklęciami ochronnymi. Severus zaciekawił się, ale nie potrafił jej otworzyć, nie zostawiając śladów.
- A więc masz sekrety, Evans – mruknął do siebie i usiadł przy stole.
Obok stał kubek z resztką kawy, wypił łyk i przypomniał sobie, że Lily słodzi o wiele za dużo. Na ścianie obok wisiał obrazek, z którego machali do niego Evans i Potter. Poczuł, jak wzbiera w nim złość. To on powinien tu być, pić z nią rano kawę i omawiać tajniki eliksirów. Poczuć, jak smakują jej pocałunki i smakuje jej skóra. Przeklęty Potter zajął jego miejsce, zabrał coś, co mu się nie należało. I on, Severus Snape, miał prawo to odebrać. Chociaż na chwilę. Dopił kawę i uśmiechnął się do siebie. Miał plan.

Plan okaz się dużo trudniejszy, niż początkowo zakładał. Potter szkolił się na aurora i nie był tak głupi, jak się Severusowi wydawało. Nie mógł go zaatakować na ulicy bez zwracania na siebie uwagi, ani zwabić samego w puste miejsce bez wzbudzania podejrzeń. Snape czekał cierpliwie, szukając okazji, żeby zaatakować. W piątki w planie stażu było okienko i James Potter wychodził sam na kawę do Proroczych Fusów. Kelnerką była tam młoda Puchonka, którą Severus pamiętał ze szkoły. Przyszedł na kawę rano, kiedy jeszcze lokal był pusty.
- Czarną bez cukru proszę – mruknął, czytają Żonglera, którego zostawiono na stoliku.
Po chwili dziewczyna przyniosła mu do stolika gorącą filiżankę.
- Dziękuję – powiedział, kładąc na stoliku monety. - Imperio!
Kawa, którą wypił James Potter, była podana w dokładnie tej samej filiżance. Była jednak prawie niezauważalnie bardziej gorzka. Miała taka być tylko w przypadku, jeżeli Potter będzie sam. Po pięciu minutach czarodziejowi zakręciło się w głowie i poczuł ból brzucha.
- Czy coś się stało? Mogę jakoś pomóc – kelnerka była szczerze zaniepokojona i zupełnie nie pamiętała, że chwilę wcześniej wlała zawartość fiolki do kawy klienta.
- Nic się nie stało – James uśmiechnął się słabo. - Chyba mnie coś bierze. Jakoś się nie najlepiej czuję. Gdyby mogła pani zafiukać o powóz. Wrócę już raczej do domu.
Powóz przyjechał szybko i być może, gdyby James nie czuł się tak chory, zastanowiłby się, dlaczego aż tak szybko. Czarodziej napisał krótki list do Syriusza, w którym poinformował go, że źle się poczuł i wraca do domu.
- Proszę to przekazać panu Blackowi. Na drugim piętrze – wskazał głową sąsiedni budynek. - Dziękuję. Linda, prawda? Byliśmy chyba na tym samym roku – pomimo skurczów żołądka silił się na rozmowę.
Kelnerka troskliwie pomogła mu wejść do środka powozu. Dopiero kiedy zamknęła drzwi i ruszyli, James zauważył, że ktoś siedzi już w środku.
- Drętwota! - powiedział Severus, zanim Jim zdążył w ogóle pomyśleć o różdżce.


Rozdział II

Pierwszy eliksir był półprzeźroczysty i bladoszary, drugi brunatny i gęsty. Severus wlał ostrożnie trzy krople pierwszego eliksiru w usta Jamesa Pottera, a potem wyrwał mu kilka włosów z głowy. Na koniec bezceremonialnie przelewitował jego ciało do stojącej w rogu skrzyni. Eliksir bazyliszka powinien sprawić, że czarodziej będzie spetryfikowany co najmniej przez cztery dni, ale warto się dodatkowo zabezpieczyć. Nie wiadomo, jakie antidota dają na szkoleniu aurorskim. Oczywiście Severus mógł zabić Pottera, ale zdecydował się na razie tego nie robić. Zresztą eliksir wielosokowy działał znacznie lepiej, jeżeli dana osoba żyła. Pozostało tylko przebrać się w ubrania, które przypomniały to, w co ubrany był James Potter i zabrać jego różdżkę. Oczywiście nie będzie go w ogóle słuchała, ale lepiej na wszelki wypadek ją mieć. Eliksir wielosokowy o przedłużonym działaniu będzie działał dwanaście godzin. On miał siedem dawek więc powinno wystarczyć na prawie cztery dni, ale Snape dał sobie trzy. W poniedziałek trzeba będzie lekko zmodyfikować pamięć Jamesa i oddać pożyczone życie. Ale to dopiero za trzy dni, pomyślał i uśmiechnął się do siebie, poprawiając okulary. Mniej więcej do tej chwili wszystko przebiegało zgodnie z planem.

Wszystko zmieniło się w momencie, w którym przestąpił próg mieszkania. Lily siedziała przy kuchennym stole, pochylona nad kociołkiem. Nie podniosła głowy, tylko pomachała mu ręką na powitanie.
- Już jesteś? Będziesz musiał tak z godzinkę zaczekać, zanim cię tu wpuszczę. Jak tam dzień?
Severus nie odpowiedział, tylko stanął w drzwiach kuchni oparty o framugę. Serce biło mu jak oszalałe, próbował uspokoić myśli. Nie potrafił oderwać wzroku od Lily, pod fartuchem miała mugolski t-shirt na ramiączkach, a po szyi spływała jej kropla potu. Kobieta, zdziwiona jego milczeniem, oderwała się od kociołka.
- Dobrze się czujesz? Wyglądasz, jakbyś był głodny.
- Tak – odpowiedział po chwili zduszonym głosem. - Właściwie to jestem głodny. Bardzo głodny.
- To weź sobie kanapkę z rana. Jest w pokoju. Nie chcę, żebyś mi tu łaził jeszcze przez dwa kwadranse, aż się wygotuje.
Co ona robi, pomyślał zaciekawiony. Skórki salamandry, skrzeloziele, kwiaty akacji… Chciał zapytać, ale ugryzł się w język. Cholerny Potter pewnie to wie. Im mniej mówi, tym lepiej. Wbrew prośbom Lily, wszedł do kuchni. Kobieta wstała i delikatnie pocałowała go w usta. To było tak nagłe i niespodziewane, że przez chwilę wydawało mu się, że traci grunt pod nogami. Przycisnął ją bliżej, ale Lily odepchnęła go łagodnie i stanowczo.
- No, tylko bez płynów ustrojowych nad kociołkiem. Jestem zmęczona i nie chcę się pomylić. Jak chcesz, to możesz zostać w kuchni, tylko się nad stołem nie nachylaj i nie rozpraszaj mnie.

Severus nalał sobie kubek herbaty z dzbanka, usiadł na blacie i zaczął obserwować Lily. Zauważył, że szafka, która ostatnio była zamknięta, teraz jest uchylona. Ostrożnie zajrzał do środka. W malutkich słoiczkach leżały kawałki tkanek. Severus byłby w stanie się założyć, że to ludzkie szczątki. Merlinie, w co ty się wkopałaś, Lily, pomyślał. Na używanie komponentów ludzkich, a szczególnie tych pozyskanych z ewidentnie martwych dawców, trzeba było mieć cały plik zgód i pozwoleń. Pachniało to na milę czarną magią. Lily zauważyła, że zagląda do szafki i jednym ruchem różdżki zatrzasnęła mu ją przed nosem.
- Przepraszam, zapomniałam zamknąć pokój gościnny.
- Pokój gościnny – powtórzył głucho z silnym postanowieniem, że nie będzie się niczemu dziwił. Absolutnie niczemu.
- Dobra, gotowe – Lily dokładnie pochowała składniki, wymyła kociołek i przetarła stół. - Teraz twoja kolej.
- Moja…?
- Co z tobą jest dzisiaj, Jim? No, twoja kolej, kolację robisz. Ja się idę kąpać. Śmierdzę jak wywar z gumochłona.
Odwiesiła fartuch i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, zrzuciła z siebie koszulkę i spodnie, pocałowała go w policzek i zniknęła za drzwiami łazienki.

Przymknął oczy i próbował się uspokoić. Był w mieszkaniu Lily od niespełna godziny i już wszystko wymykało mu się spod kontroli. To on miał ją wziąć, wykorzystać, a nie stać jak idiota pod drzwiami łazienki. Tylko spokojnie, miał trzy dni, ważne, że udało mu się wejść do mieszkania, najtrudniejsze jest pierwsze wrażenie. Teraz obiad. Severus Snape nigdy nie gotował. Jego matka najczęściej podgrzewała zupy z puszek albo jedli to, co ojciec przyniósł ze stołówki zakładowej. Spokojnie, to nie może być trudniejsze od przeciętnego eliksiru. Szybko przejrzał półki w poszukiwaniu dostępnych składników, a potem leżącą w szafce książkę kucharską w poszukiwaniu przepisu, który się z nich składał. Skoro Potter umie gotować, to on może zrobić to lepiej. Pół godziny później Lily wyszła z łazienki otulona w ręcznik z mokrymi włosami zwiniętymi w kok. Stała w progu, obserwując z niedowierzaniem to, co działo się na stole.
- A ty co robisz? - spytała w końcu.
- Roladki nadziewane szynką i szpinakiem – odpowiedział spokojnie. - Teraz ty uciekaj z kuchni. Już, bo kapiesz.

Posiłek okazał się jadalny, choć o dość niespotykanym smaku. Lily rzuciła zaklęcie zmywające i poszła do pokoju rozczesać włosy. Siedziała w półmroku w koszulce Jima, która była dla niej jak krótka sukienka. Severus wpatrywał się w nią intensywnie i zastanawiał się, co było nie tak. Była tak smutna i nieobecna, że kusiło go, aby wedrzeć się w jej myśli, żeby dowiedzieć się, co się działo. Już miał to zrobić, ale zauważyła, że się w nią wpatruje i spojrzała na niego. Uśmiechnęła się blado, ale jej zielone oczy dalej były nieobecne.
- Dzięki za kolację. Pyszna była – skłamała. - Przyszła dziś sowa od Horacego, posiedzę trochę dłużej nad tym, co mi posłał, ok?
- Jasne – odpowiedział, pamiętając o tym, żeby nie zadawać zbyt wielu pytań.
Lily rozłożyła się w kuchni nad książkami, w których rozpoznał swoje własne podręczniki z instytutu.
A więc to tak, uważa, że potrafi wszystko sama nadrobić, pomyślał. Przyjrzał się notatkom na marginesach i z trudem powstrzymał się, żeby ich nie skomentować.
- Będziesz tak wisieć nade mną? - zirytował się Lily. - Nie umiem się skupić.
- Nie wiedziałam, że robisz zadania z Instytutu Alchemii – wypalił. Był ciekawy, jak zareaguje.
Lily uniosła brwi.
– A ty niby skąd wiesz, jakie zadania tam mają?
Cholera, pomyślał. Punkt dla Gryffindoru.
- Nie wiem – wzruszył ramionami – ale nic z tego nie rozumiem, czyli musi to być na ich poziomie, nie? Jeżeli chodzi o instytut…
Kobieta odetchnęła.
– Horacy wysyła mi to i owo, jakieś notatki, przepisy, artykuły. Żeby mi mózg nie zardzewiał. Jim, nie chcę się dzisiaj z tobą kłócić. O instytucie powiedziałam ci wszystko; nie teraz, nie w tym roku. Może kiedyś. Odpuść już ten temat. Tak jest lepiej.
Severus westchnął i wrócił do pokoju. A więc jeśli to nie cholerny Potter zabrania jej się uczyć, to co?

Lily położyła się do łóżka sporo po północy. Przez szeroko otwarte okno wpadało chłodniejsze nocne powietrze. Kobieta chwyciła Severusa za rękę i ścisnęła mocno.
- Śpisz, Jim?
- Nie – odpowiedział przez ściśnięte gardło. Lily była tak blisko, czuł jej zapach, mógł ją mieć na wyciągnięcie ręki. A jednak wszystko było inaczej, niż zaplanował.
- Lubię tak słuchać nocy za oknem. Obok mojego domu rosła wielka jabłoń. Kiedy nocą spadały z niej jabłka, to było słychać takie głośne plask.
Wiem, pomyślał. Siedzieliśmy na niej oboje i jedliśmy jabłka.
- Siedziałam na niej czasem nocami – kontynuowała. - Brakuje mi tego.
Mężczyzna przełknął ślinę i poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Obrócił się w kierunku Lily, wtulił twarz w jej rozpuszczone włosy i zaczął błądzić rękoma po jej biodrach. Kobieta chwyciła jego ręce i delikatnie pocałowała.
- Nie – szepnęła. W jej dotyku było coś, co momentalnie kazało Severusowi się wycofać. Coś pełnego ciepła i słodyczy, a jednocześnie zupełnie pozbawionego pożądania. Oplotła go nogami i delikatnie pogłaskała po głowie.
- Śpij już, Jimmi.
Leżeli spleceni ze sobą przez bardzo długi czas, zanim usłyszał już prawie na granicy snu:
- Przepraszam cię, głuptasie. Za to wszystko, że tak wyszło.

Kiedy obudził się rano, Lily już nie było. Nie zostawiła żadnej kartki ani wiadomości. W pustym mieszkaniu czuł się jak idiota albo złodziej. Włożył okulary i powlókł się do kuchni, żeby zrobić sobie kawy. Tygielek nie zdążył jeszcze zabulgotać, kiedy otworzyły się drzwi i usłyszał głośne szczekanie. Zaklął w duchu, bo uświadomił sobie, że trzy dni przebywania z Lily będą też dniami spędzonymi z jej uroczymi przyjaciółmi.
- Ave bracie! - Ciemnowłosy czarodziej objął go tak, że Severus ledwo ukrył grymas niesmaku.
- Bla… Znaczy, witaj Syriuszu – poprawił się sztywno. - Lily nie ma.
- Wiem, wiedziałem ją rano. Podobno Dumbledore przyjechał i chciała się z nim zobaczyć. Wpadłem sprawdzić, czy nie potrzebujecie jakiejś pomocy przed dzisiaj.
- Dzisiaj… - czarodziej żałował w duchu, że wraz z eliksirem nie przeszczepia się choćby część wspomnień umożliwiających normalne funkcjonowanie w ciele innej osoby.
- Lily ci nie mówiła? No, Alicja i Frank przyjadą. A jak oni będą to Dorcas, Marlena, Benio Fenwick i Edgar Bones też. No i my. W sumie chyba szesnaście osób.

Perspektywa piętnastu gryfonów na dwudziestu metrach kwadratowych wydawała się równie przerażająca, co spędzenie całego dnia w towarzystwie Blacka, który wcale nie był taki głupi i znał Pottera naprawdę dobrze. Mniej więcej od czwartej po południu do mieszkania zaczęły wchodzić i wychodzić z niego najróżniejsze osoby, które Severus kojarzył tylko pobieżnie. Wraz z nimi pojawiały się ciasta, sałatki i przede wszystkim najróżniejszego rodzaju alkohole. Nie trzeba było być mistrzem eliksirów, żeby wiedzieć, że ich zmieszanie skończy się katastrofą. Największy baniak wina wniosła pulchna jasnowłosa dziewczyna, którą Snape pamiętał ze wspólnych lekcji zielarstwa.
- Jimmi, w twoje ręce – powiedziała, wręczając mu butlę. - Studiuję zielarstwo i magomedycynę, a jak się o nas mówi, że jak akurat nie pielimy, to pędzimy. To jest madragorówka. Steve mówił, żebyśmy zostawili na jakąś ważną okazję, ale co tam. Wojna jest i moje niedoczekanie, żebyśmy zginęli i żeby się dobra nalewka zmarnowała.
- To wypijmy – Syriusz stanął na krześle ze szklanką mandragorówki. - Za Penelopę i jej nalewki! I na pochybel śmierciojadom!
- Na pochybel! - odpowiedział mu chór głosów.
- I za Sami-Wiecie-Kogo. Niech go Jasne-Sami-Wiecie-Co trafi! - dopowiedział ktoś.
Podniosły się brawa i tym razem Severus, chcąc nie chcąc, musiał przyłączyć się do toastu. Pomyślał przy okazji o znaku na swoim przedramieniu. Każdy toast jest pewnego rodzaju zaklęciem, życzeniem lub klątwą, a on w tej chwili przeklinał swojego pana. Niedobrze by się stało, gdyby ten mógł to wyczuć.
Po szóstej przyszedł Lupin razem z Lily, niosąc po schodach jakieś ciężkie pudło.
- Panie i panowie! Przedstawiam wam gościa specjalnego. Mugolski magnetofon szpulowy, odrobinkę tylko poprawiony magią. Działa bez prądu. I wybiera zawsze te kawałki, które najbardziej chcecie usłyszeć.
- Zaczekajcie, to ja w takim razie puszczam – krzyknęła Lily i nacisnęła czerwony guzik. - Niech to będzie dla nas dobra wróżba – pokazała palcem Jamesa.
Po chwili ciszy z głośników poleciało Le temps de l’amour Françoise Hardy i rozległy się brawa dla Lily i Jima.
- Czy mój narzeczony jest ciągle na tyle trzeźwy, żeby ze mną zatańczyć? Jimmi, czy mogę prosić?

Kolejne godziny imprezy zlały się Severusowi w ciąg obrazów i wyrwanych z kontekstu zdań. Na jego szczęście dobry metabolizm alkoholu był czymś, co dostał razem z ciałem Jamesa Pottera i ciągle mógł w godny sposób pełnić obowiązki gospodarza. Wydawało mu się, że przez mieszkanie przewija się trzy razy więcej osób niż było w rzeczywistości.
- A tamto pamiętasz, Frank? Wychodzę zza zakrętu a tam aż zielono. Padam na ziemię. Dobrze, że nas nie trafili. Dorcas mnie jakoś wyciągnęła, nic nie pamiętam prawie.
- Wtedy Ann nie wróciła…
- Przeklęte śmierciojady…
- A ty co, Jim, wszystko w porządku?
Ktoś wziął go pod ramię i stanowczo prowadził w kierunku wyjścia. Rozpoznał delikatną dziewczynę w krótkich włosach i mugolskiej kraciastej koszuli jako Alicję, dziewczynę Franka Longbotoma.
- Co jest, Alicja?
- Idziemy zapalić, Jim - powiedziała i Severus zauważył, że była znacznie bardziej trzeźwa od reszty. - Sprawę mam.
Na klatce schodowej migotała żarówka, rozpraszając siny dym, który zostawili poprzedni palacze. Usiedli na brudnych schodach i przez chwilę palili w milczeniu.
- Dobra, Jim. Teraz mów, o co chodzi?
- Z czym o co chodzi?
- Nie udawaj. Coś jest z tobą nie tak, przecież widzę, zachowujesz się, jakbyś to nie był ty. To przez Lily? Powiedziała ci coś?
Severus, który chciał jak najszybciej skończyć tą rozmowę, nagle bardzo się zaciekawił.
- Nie. A ty wiesz co z nią?
Alicja powoli wydmuchała dym.
- To twoja dziewczyna, ty powinieneś wiedzieć. Ale martwię się o nią. Jest jakaś taka przygaszona, ucieka od rozmowy, ale widzę, że coś jest na rzeczy. Mniej więcej od waszych zaręczyn. Tak jakby… czy ja wiem, jakby czuła się winna. Pogadasz z nią, Jim?
- Spróbuję.
- Wyciągnij to z niej, Jim. Komu powie jak nie tobie? Może potrzebować pomocy, a sama nigdy o nią nie poprosi. Obiecujesz, Jim, że z nią pogadasz?
- Obiecuję - przytaknął Severus tym razem zupełnie szczerze.
Kiedy wrócili do mieszkania, było w nim cicho i ciemno. Wszyscy stali stłoczeni w kuchni wokół stołu z uniesionymi w górę różdżkami, na których paliły się słabe ogniki. Zniknęła gdzieś wesołość, jakby nalewka z mandragory błyskawicznie ulotniła się z organizmów.
- Margot Smith, Incendio! - powiedział ktoś i ognik na jego różdżce przez chwilę uformował się w kształt twarzy dziewczyny.
- Augustus Flannery, Incendio! - powiedział ktoś inny.
- Dominic Glover, Incendio!
A potem ktoś zaczął recytować cichym, łamiącym się głosem:
- A śmierć utraci swoją władzę.
Mewy nie będą krzyczeć przy ich uchu
Ani fala na brzegu z hukiem się nie złamie;
Gdzie zakwitł kwiat, nie będzie wolno kwiatom
Podnosić głowy pod razami deszczu;
Chociaż będą szaleni i martwi jak głazy,
Przez stokrotki litery bytu się przebiją;
Łamani będą w słońcu, aż słońce się złamie
A śmierć utraci swoją władzę.

Severus poczuł, jak Lily chwyta go za rękę.
- Nie martw się, Jimmi. Wygramy tę walkę. Wygramy albo będą musieli nas wszystkich pozabijać.

Ostatni goście wyszli z mieszkania na krótko przed świtem. Lily dopiła resztę wina z kieliszka, zdjęła jeansy i położyła się na kołdrze. Severus przyciągnął ją bliżej siebie i pocałował. Smakowała porzeczkami. Odwzajemniła jego pocałunek i oplotła go nogami, kiedy z kuchni dał się słyszeć potworny łomot. Oboje od razu chwycili za różdżki i po chwili w ciemnym pokoju z trudem rozpoznali kształt Lupina.
- Lileczko, James, ja proszę o wybaczenie, ale chyba musiało mi się przysnąć kapinkę. To ja już pójdę. Się teleportuję.
- Pogięło cię, Remus? – krzyknęła Lily, kiedy Severus miał już powiedzieć, że jest to świetny pomysł. – Nie będziesz się teleportował w takim stanie! Wlepisz się w ścianę w najlepszym razie.
- To ja pójdę pieszo…
- Jasne, wilkołak sam po nocy. Jak będzie kontrola aurorska, to nieźle oberwiesz, zanim udowodnisz, że nic złego nie robisz. Zostajesz, Lupin. Kładź się obok, dostaniesz koc i spać – pogroziła mu różdżką.
Chwilę potem wszyscy leżeli pod kocem w ciemności, Severus pośrodku, a Lily i Lupin po bokach. Świtało, a przez otwarte okna czuć było mocny zapach czerwcowej nocy. Snape pomyślał o przerobionym mugolskiem magnetofonie i wtedy coś zgrzytnęło, trzasnęło i rozległy się cichy dźwięk muzyki.
Summertime,
time, time,
Child, the living's easy.
Fish are jumping out
And the cotton, Lord,
Cotton's high, Lord, so high.

Your daddy's rich
And your ma is so good-looking, baby.
She's looking good now,
Hush, baby, baby, baby, baby, baby,
No, no, no, no, don't you cry.
Don't you cry!
Ostatnio zmieniony 27.12.15, 19:58 przez labruja, łącznie zmieniany 18 razy.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-V

Postautor: labruja » 09.03.15, 22:17

III

Lily uważała, że w domu najważniejszy jest stół. Solidny, dębowy, taki, na którym można było ustawić kociołek i rozwałkować ciasto. Taki, przy którym wieczorem można było pić mandragorę, a rano czarną kawę. Przy takim stole tradycyjnie w każdą niedzielę rano zbierali się na wspólnym śniadaniu Lily, James, Remus, Syriusz i Peter. Na talerzach parowały gorące kiełbaski, ale wśród przyjaciół panowało ciężkie milczenie; Lupin czuł się chory, Severus zirytowany tym, że ostatni dzień z Lily mija mu w towarzystwie Gryfonów, a Black siedział dziwnie zamyślony. Tylko Peter próbował nawiązać rozmowę o swojej nowej pracy w sklepie z szatami z drugiej ręki, ale nikt go nie słuchał.
- Spotkałem dzisiaj kuzynkę – wypalił w końcu Syriusz, intensywnie mieszając trzecią już łyżeczkę cukru w kawie. - Ślizgońska blond idiotka, ale chyba tak z przyzwyczajenia pogadaliśmy. Mówiła, że Regulus zniknął. Matka szaleje. Pewnie wiecie, że on… wiecie, pieprzony śmierciojad. Czasem zastanawiam się, czy kiedyś się nie spotkaliśmy w walce, nawet o tym nie wiedząc.
- Też o tym myślisz, Syriuszu? - przerwała mu Lily. - Oni noszą maski. Kiedy walczymy, zastawiam się, czy nie stoi przede mną ktoś, kogo kojarzę.
Severus zamyślił się. Znał Regulusa bardzo dobrze, był wręcz fanatycznie oddany Czarnemu Panu, ale ostatnio wydawał się dziwnie zamyślony. Jakby coś go gnębiło. I rzeczywiście dawno go nie widział.
Black wzruszył ramionami.
– Ty nie masz śmierciożerców w rodzinie, to dobrze ci mówić. Bellę i całą tę resztę mógłbym Avadą rąbnąć choćby już, ale młodego… głupi gnojek. Wiesz, że to ja go nauczyłem latać na cholernej miotle? Miał cztery lata. Łaził za mną jak szczeniak, dopóki nie poszedł do Hogwartu.
- Może uda mu się jakoś przeżyć – zagadnął Peter.
- I co, szczurku? Jak przeżyje, to prędzej czy później czeka go Azkaban. Będę mu paczki posyłał? Sam nie wiem, co byłoby lepsze. Chyba nie chciałbym być tym, który go zabije. Chociaż on by się chyba nie zawahał.
- Ludzie się zmieniają, prawda, Jimmi? - Lily uśmiechnęła się smutno. - Musisz się przyzwyczaić, że nie ma już młodego, którego kiedyś znałeś. Tam, po drugiej stronie, nie ma już tych, których kochaliśmy.
Nie, Lily. Nie wszystko się zmienia chciał powiedzieć, ale wiedział, że nie powinien w tej sytuacji nic mówić. Śniadanie skończyło się szybciej niż zazwyczaj, każdy pod jakimś pretekstem musiał wyjść wcześniej i Severus został wreszcie z Lily sam na sam. Kobieta stała przez jakiś czas przy oknie, wpatrując się w ulicę. Spodziewał się, że znowu wyciągnie kociołek, ale tylko stała pogrążona w myślach. Severus chciał porozmawiać i dowiedzieć się, co ją gryzie, ale nie bardzo wiedział, jak zacząć, więc tylko objął Lily i wtulił się w jej włosy. Pachniały pomarańczami i latem.
- Rozmawiałam wczoraj długo z Dumbledorem – odezwała się w końcu Lily. - Powiedział coś takiego, że młodość jest po to, żeby popełniać błędy, a cała reszta życia, żeby je naprawić. Coś w tym jest, Jimmi.
- Błędy? Jakie błędy ty mogłaś popełnić, moja słodka Lily?
Wyswobodziła się z jego objęć i usiadła przy stole.
- Ja? Takie jak każdy. Takie, które ranią i takie, które trudno naprawić. Naprawdę nie wiem, co dalej robić, Jimmi...
- Najpierw powiedz mi, o co chodzi. Musisz mi to powiedzieć – nalegał Severus, z trudem powstrzymując chęć odczytania myśli Lily.
- Dajmy już temu spokój. Tak będzie lepiej. Z czasem wszystko się ułoży.
- Lily, posłuchaj, zawsze byłaś dla mnie najważniejsza. Zawsze, od kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem – teraz po raz pierwszy, od kiedy wszedł do jej domu, czuł, że mówi w swoim i tylko swoim imieniu. - Ale teraz, właśnie teraz musisz mi powiedzieć, co się dzieje.
Lily siedziała z zaciśniętymi ustami, w jej oczach błyszczały łzy.
- Głupi, przestań, przestań mnie o to męczyć – wybuchnęła. - Ja, ja... naprawdę cholernie cię lubię! I...
Zapadła między nimi niezręczna cisza, jakby wszystko już zostało powiedziane. Przypadkiem, ale oboje rozumieli znaczenie tego, co było powiedziane, a właściwie tego, co nie było i wisiało między nimi w powietrzu jak dym po zgaszonym już papierosie. Severus uśmiechnął się ironicznie i Lily pomyślała, że uśmiecha się zupełnie nie jak Jimmi, którego zna.
- Lubisz mnie, Lily – mówił spokojnym jedwabistym głosem, ale dziewczyna czuła, że każdy mięsień jego ciała jest napięty.
- Proszę, Jimmy, skończ to, możemy być szczęśliwi, naprawdę. Możemy mieć dobre życie razem. Urodzę kiedyś synka o oczach zielonych jak jemioła i twoich rozczochranych włosach. Tylko już nie mówmy nic, proszę.
Zignorował ją.
- Lubisz mnie, Lily – kontynuował. - Jestem twoim przyjacielem, tak jak kiedyś Smarkerus, tak?
Nie wiedział, jakiej reakcji się spodziewa, ale na pewno nie takiej. Lily momentalnie przestała płakać i wstała niczym wściekła kotka gotowa do skoku.
- Severus? A co on ma do tego? Dlaczego o to pytasz? - starała się, żeby jej głos brzmiał zwyczajnie, ale nie potrafiła ukryć strachu w głosie.
Słabo kłamiesz, Lily, pomyślał. Nigdy ci to specjalnie nie wychodziło. A więc to o to chodzi. Ciągle mnie nienawidzisz. Spojrzał jej prosto w oczy i podszedł tak blisko, że czuł jej przyśpieszony oddech.
- On dużo ma do tego. Nawet sobie nie wyobrażasz jak dużo. Powiedz prawdę, Lily, co czujesz do Smarkerusa?
Lily wzięła głęboki wdech i odwróciła się w stronę okna. Milczała tak długo, że był już pewien, że nic nie powie, kiedy nagle zaczęła mówić. Cicho, jakby sama do siebie.
- Do Severusa? Chyba złość. Złość, że złamał mi serce, że zniszczył coś, czego nie odbuduję. Czuję żal za wszystko, co mogło się zdarzyć, a się nie zdarzy. Ja myślałam kiedyś, dawno, że zbudowaliśmy coś, co przetrwa wszystko, ale się myliłam. To były tylko moje marzenia i zamki na piasku, które runęły. Wiesz, Jimmi, wtedy, w szóstej klasie umówiłam się z tobą, żeby go wkurzyć. Żeby zwrócił na mnie uwagę, żeby go zabolało. Ale on nawet tego nie zauważył. A potem… byłeś zawsze blisko i kiedy zobaczyłam twojego Patronusa, który był drugą połówką mojego, zrozumiałam, że będziemy razem. Że nauczę się ciebie kochać, dzień po dniu, starannie, tak jak robi się trudy eliksir. Przepraszam, Jimmi.
Severus czuł, jak serce mu łomocze. Objął Lily i zaczął całować jej szyję.
- Lily, moja ukochana...
Odepchnęła go gwałtownie i odwróciła się od niego.
- Przestań, Jimmi. Tego chciałeś? Żebym ci to powiedziała? Tak, oszukałam cię i bardzo tego żałuję. Mam nadzieję, że kiedyś zdołasz mi wybaczyć. Ale to chyba wszystko zmienia, prawda? Teraz, kiedy już wiesz, nic nie będzie jak wcześniej.
Kobieta wyjęła spod łóżka duży kufer i zaczęła w pośpiechu wrzucać do niego rzeczy. Severus patrzył oniemiały, jak ostrożnie rozmontowuje zestaw alchemiczny i razem z kociołkiem wkłada na ubrania.
- Co robisz, Lily? Dokąd pójdziesz?
Wzruszyła ramionami.
- Na razie chyba do Alicji, a potem zobaczę. Och, Jimmi, zepsułeś wszystko tak jak kiedyś Severus.
Na końcu otworzyła szafkę w kuchni i bardzo delikatnie przełożyła słoiczki do małej torebki.
- Na razie towarzystwo państwa Jones będzie musiało mi wystarczyć – mruknęła do siebie.
Wychodząc, zatrzymała się i pocałowała go w policzek.
- Trzymaj się, Jimmi. Mam nadzieję, że będziesz umiał mi wybaczyć. I że będziesz szczęśliwy. Cześć.
Zamknęła za sobą drzwi i zostawiła Severusa samego wśród porozrzucanych przedmiotów Jamesa Pottera.

***
Severus Snape siedział w swoim mieszkaniu i wpatrywał się w skrzynię, w której spetryfikowany tkwił James Potter. Za kilkanaście minut eliksir wielosokowy powinien przestać działać i jego ręce już robiły się prawie niezauważalnie chudsze i bledsze. Trzy dni w ciele Jamesa Pottera przebiegły zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażał. Jeżeli przedtem rozważał zabicie Jamesa lub wydanie go w ręce innych śmierciożerców, to teraz nie było to już takie proste. Dalej uważał go za odrażającego, aroganckiego dupka, ale nie mógł już dłużej obwiniać go za stratę Lily.
- To były tylko moje marzenia i zamki na pisaku, które runęły - tak powiedziała.
Nie, oczywiście to nie była tylko jego wina. To ten drań go przed nią ośmieszył i wszystko zepsuł. Usilnie starał się uspokoić, ba, nawet cieszyć, że dzięki jego interwencji James i Lily rozstali się, ale jakoś nie do końca go to przekonywało. Może nawet gdzieś głęboko tliła się iskierka współczucia dla Jamesa. Zaklął w myślach, odrzucając sentymentalne bajki. Teraz liczyło się tylko to, co zrobić z Potterem. Antidotum zadziała za kilka godzin, akurat tyle, żeby zdążyć podrzucić Jamesa gdzieś na obrzeża Londynu. Pierwotnie planował delikatnie zmienić mu pamięć wspomnieniami miłego niezobowiązującego weekendu, ale teraz to nie wchodziło w grę. Musiał użyć własnych wspomnieć z ostaniach dni i z nich utkać czar, zmieniający wspomnienia. To nie była prosta magia, a na dodatek nie był pewien, jak ostatecznie to podziała. James Potter będzie potrafił przywołać w pamięci ostatnie wydarzenia, ale będzie pamiętał je jak przez mgłę, a co najgorsze, jakby dotyczyły kogoś innego. Jeżeli się uprze, może poddać się badaniom i wtedy ktoś może wykryć, że wspomnienia są podmienione. Wyciągnął różdżkę i delikatnie utkał czar. Nie był specjalnie zadowolony z rezultatu. Wyglądało to, jakby ktoś wyrwał kartkę ze starego woluminu i mugolską taśmą klejącą przykleił inną. Potem wlał Jamesowi do gardła nieco alkoholu i teleportował się z mieszkania.



***
Pierwszą noc Lily spędziła u Longbottomów, ale zdawała sobie sprawę, że nie może siedzieć u nich za długo. Jak większość czarodziejów czystej krwi Frank i Alicja mieszkali u jego rodziców. Augusta Longbottom była ciepłą osobą, ale Lily czuła, że nie pasuje do nich. Czystokrwiści byli bardzo tradycyjni i nie chciała stawiać starszej pani w kłopotliwej sytuacji wobec sąsiadów. Dlaczego u jego syna mieszkają aż dwie młode kobiety? Odwiedziła swój stary dom, ale jej dawny pokój zamieniono na garderobę Petunii, a w towarzystwie jej nowego chłopaka czuła się jeszcze gorzej. Siostra wstydziła się jej, widziała rzucane ukradkiem spojrzenia, znaczące uśmiechy i półsłówka.
- No wiesz, moja siostra była w takiej szkole dla takich jak ona, no wiesz, nie wszystko z nią w porządku.
Po dwóch dniach i z jedną walizką, w której trzymała wszystkie swoje rzeczy, stawiła się u Remusa. Lupin jako wilkołak formalnie nie mógł szkolić się na aurora, ale udawało mu się znajdować pracę dorywczą na tyle często, że mógł wynajmować pokój z kuchnią nieopodal Śmiertelnego Nokturnu. Mawiał, że to ciekawa dzielnica, ale przynajmniej nikt nie patrzy w papiery, wynajmując mieszkanie.
- Cześć, Luniaczku – powiedziała, kładąc walizkę na progu. Z jej spojrzenia dało się wyczytać poczucie winy. Oszukując Jima, w jakiś sposób oszukała ich wszystkich. - Gadałeś z nim?
Westchnął.
- No, gadałem. On nie bardzo wie, co się stało. Ja też nic z tego nie rozumiem. Pokłóciliście się?
- Nie. Sama też nie bardzo wiem, jak to się stało. Teraz potrzebuję czasu, rozumiesz? Jak on się trzyma?
- A jak myślisz? Nie bardzo się trzyma.
Nie spodziewała się niczego innego, ale kiedy to usłyszała, wcale nie zrobiło się jej lepiej.
- Mogę tu zostać jakiś czas? Tak bez zadawania pytań.
Mężczyzna wstał, żeby nastawić wodę na herbatę.
- Jasne. Tylko wiesz, to jest Nokturn...
- Rozumiem. Mam walić Drętwotą zamiast dzień dobry. Akurat na to mam teraz nastrój.
Lily rozłożyła w kuchni składane łóżko, a słoiczki z państwem Jones wstawiła do szafki z kawą. Bez Jimma czuła się samotna, jakby straciła miejsce, do którego przynależała. Siedem lat Hogwartu sprawiło, że nie potrafiła już wrócić do świata z którego pochodziła, a jednocześnie musiała od początku uczyć się dawać sobie radę w świecie czarodziejów. Czuła smutek i wyrzuty sumienia, a jednocześnie spokój. Może tak jest lepiej. Od zaręczyn czuła przez cały czas niepokój, jakby robiła coś złego i nieuczciwego.

Spotkanie, którego tak się obawiała, nastąpiło dwa dni później na zebraniu Zakonu. Weszła specjalnie spóźniona, kiedy Dumbledore już mówił. Pomachała Jamesowi i usiadła z tyłu, starając się nie zwracać niczyjej uwagi.
- Pewnie czytaliście to – powiedział czarodziej, wykonując ruch różdżką nad kartką papieru, która zaraz pojawiła się powiększona na ścianie jak w mugolskim rzutniku. - Ogromna większość czarodziejskich rodzin w Anglii dostała tę ulotkę sową. Podpisała ją tajemnicza Liga Czarodziejów Na Rzecz Pokoju, ale chyba nie musimy się zbyt długo zastanawiać, kto za nią stoi. Pozwolicie, że przeczytam. Czcigodne Czarodziejki, Szlachetni Czarodzieje! Jak długo jeszcze będziemy uwikłani w wojnę domową, która przelewa niewinną czarodziejską krew? Czy nikt nie widzi nadużyć praw czarodziejów, do jakich posuwają się aurorzy, szukając rzekomych śmierciożerców? Ilu jeszcze młodych ludzi zginie po obu stronach w tej bezsensownej walce? Chcemy żyć w spokoju i w pokoju. Czy jeżeli tak wielu stanęło po stronie Tego, Którego Imienia Boimy Się Wymieniać, czy to nie pora, żeby wysłuchać ich argumentów i zacząć negocjować? Wszystkim tym, którzy chcą umierać za mugoli, polecamy zadać sobie pytanie - czy oni umieraliby za nas? L. Cz. N. Rz. P.
W sali podniosły się głosy oburzenia.
- Tak, tak – kontynuował Dumbledore. - To dość obrzydliwe, ale niestety to kryje się w sercach wielu czarodziejów. Wojna trwa już zdecydowanie za długo. Ludzie są zmęczeni. Z drugiej strony Sami-Wiecie-Kto nie może wiecznie walczyć z ukrycia. Chce władzy i to zdobytej legalnie. Czas działa na naszą niekorzyść. W szeregi śmierciożerców wstępują coraz młodsi adepci i ich śmierć nie ma dla Sami-Wiecie-Kogo znaczenia. Dlatego tak bardzo ważne jest każde zwycięstwo. Nie możemy oddawać pola, bo, wraz z nasza przegraną, w ludziach umiera nadzieja.
- Cały czas się bronimy – odezwał się Black. - Na Merlina, wszyscy wiedzą, kto jest śmierciożercą! Mogę wam dać listę adresową mojej rodziny!
Na sali wybuchnęły głośne śmiechy.
- Dlaczego nie zaczniemy z nimi walczyć ich metodami? - kontynuował. - Wywleczmy ich z domów i urzędów. Niech zaczną się bać tak, jak boją się teraz porządni czarodzieje!
W sali rozległy się głośne oklaski.
- Wtedy, Syriuszu - powiedział spokojnie Dumbledore – wtedy nie będziemy się specjalnie od nich różnić. Przy każdym aresztowaniu musimy mieć mocne dowody, a potem musi odbyć się proces. Dlatego tak ważne są badania Lily.
Dziewczyna wcisnęła się w krzesło, jakby chciała być mniejsza. Nie czuła, że jej badania są specjalnie ważne.
Dyrektor pomyślał, że, oprócz materiału dowodowego Lily, bardzo przydałby mu się szpieg. Ktoś z tych młodych ludzi, których jeszcze niedawno obserwował na boisku quidditcha, kto stwierdzi, że znalazł się po złej stronie. I znajdzie w sobie na tyle odwagi, żeby zaryzykować zdradę.
- Oczywiście nasze wszystkie potyczki, które musicie wygrać, żeby ludzie nie tracili nadziei, to tylko gra na zwłokę. To, co musimy zrobić, to zabić Voldemorta.
Na sali zapanował cisza, tak jakby to złowieszcze imię przestraszyło wszystkich tych, którzy jeszcze kilka minut temu rwali się do walki.
- Podobno jego nie da się pokonać! - powiedział ktoś z sali. - Jest nieśmiertelny.
- W takim razie możemy od razu zapisać się do Ligi Czarodziejów Dla Pokoju – odparł zirytowany Dumbledore. - Nasze pytanie musi brzmieć nie czy można, ale jak.
Zapadła cisza, którą przerwał cichy głos Alicji Longbottom:
- Tylko jeden czarodziej uchodził kiedyś za nieśmiertelnego. Kościej trzymał w swoich rękach Rosję przez prawie pięćset lat. Ale i na niego znalazł się sposób.
- Ukrył swoją śmierć w jajku – powiedziała Lily. Znała tę historię najpierw z mugolskich baśni, a potem w nieco innej wersji z historii magii. Maria Moriewna w rzeczywistości okazała się wiedźmą niewiele lepszą od niego i po tym, jak uwięziła Kościeja w podziemiach zamku, sama zajęła jego miejsce. - W takim razie musimy znaleźć jajko – dodała po chwili.


IV


Akwarium zapakowano w szary papier pakowy zabezpieczony dodatkowo zaklęciem, żeby nie wylała się woda. Lily jechała z nim specjalnie pociągiem, żeby nie uszkodzić go podczas teleportacji. To nie była zwykła rybka i była pewna, że Horacemu się spodoba. Wielu z jego uczniów, także członków Klubu Ślimaka, śmiało się z niego, że jest zdziwaczały i snobistyczny, ale Lily bardzo go lubiła. Był naprawdę dobrym nauczycielem i naprawdę w nich wierzył. Co z tego, że przypisywał sobie zasługi, że to on wyszkolił tylu znanych ludzi. Imponowała mu sława i władza, ale też, przynajmniej w jej przypadku, nie miał względu na urodzenie i bogactwo. Biorąc pod uwagę, że od kiedy poszła do Hogwartu, jej własna rodzina w zasadzie wyrzuciła ją z myśli, to był on osobą, która najbardziej w nią wierzyła.
- To niesamowite! Sama ją zrobiłaś? - Nauczyciel patrzył z niedowierzaniem na pękate naczynie. - Wygląda zupełnie jak prawdziwa.
- Użyłam suszonej ikry jako bazy, stąd wygląd. Potem moczyłam ją w Życiodajnej Wodzie, a kiedy zaczęła się wykluwać, karmiłam ją co jakiś czas kilkoma kroplami mojej krwi. Teraz już nie trzeba tego robić.
Niektórzy potrafili wyhodować rośliny lub drobne organizmy, które miały tak silną więź z twórcą, że można było komunikować się za ich pomocą.
- Wspaniała. Ona jest żywym organizmem i magią jednocześnie.
- W zasadzie to nie wiem, jak działa, Horacy – Lily wzruszyła ramionami. - Miałam nadzieję, że ci się spodoba.
- Jest naprawdę wyjątkowa. Ale ja też mam dla ciebie prezent. Idziemy do Trzech Mioteł na szklaneczkę kremowego. Coś ci pokażę.
Kiedy szli razem ulicami Hogsmeade, Lily czuła, jak wszystkie smutki ją opuszczają, była młoda i beztroska jak w szkolnych czasach. Londyn i wojna zostali daleko, a ona spacerowała razem ze swoim starym nauczycielem, dyskutując o tajnikach przygotowywania eliksiru Felix Felicis.
Madame Rosmerta podała im po szklance zimnego piwa i Horacy wręczył uroczyście Lily małą białą kopertę.
- Co to jest? – spytała podejrzliwie Lily.
- Zajrzyj do środka – nauczyciel był wyraźnie podekscytowany.
Lily ostrożnie przecięła kopertę, wyjęła kartkę i w miarę jak czytała, jej mina coraz bardziej pochmurniała.
- Nie rozumiem, profesorze…
- To list od Jonatana Cantona. Z Instytutu Eliksirów i Antidotów Magicznych. Przekonałem go, że możesz wrócić na studia i to bez straty roku. Przez ten cały czas wysyłałem mu twoje notatki i próbki eliksirów. Zgadza się ze mną, że nie wolno ci marnować swojego talentu.
- Nie miałeś prawa. Ja sama zrezygnowałam. – Lily czuła się oszukana i zirytowana.
- To ty nie masz prawa, Lily. Nie wiem, co tobą kierowało, ale nie wolno ci uciekać, jesteś Gryfonką, czyż nie? Ta wojna kiedyś się skończy, a ty zostaniesz z niczym. Hogwart to tylko podstawa, która pozwala ci iść dalej. Pozwala ci myśleć, uczyć się, zdobywać. Nie mogę patrzeć, jak moja ulubiona uczennica popełnia błąd. Co byłby ze mnie za pedagog? A że się nie pytałem o zgodę? I tak byś się nie zgodziła. Załatwiłem to po ślizgońsku. Za tydzień, w poniedziałek rano stawisz się z kociołkiem w gabinecie numer sto osiemdziesiąt cztery, tak jak pisali w liście. Przyznali ci nawet stypendium. Marne, ale zawsze coś.
- A jak się nie zgodzę? - Minęła jej już pierwsza fala złości, że sprawa została załatwiona za jej plecami, i do głosu dochodziła iskierka ekscytacji.
- To nie masz już u mnie czego szukać. Nie będę marnować swojego czasu na kogoś, kto ma ambicje skrzatki domowej.
- To jest szantaż!
- Można to tak drastycznie nazwać. Ja bym tu wolał użyć sformułowania efektywne motywowanie.
- A Dumbledore? Praca dla Zakonu? - Lily próbowała użyć każdego argumentum. Z wyjątkiem oczywiście tego, który był dla niej najważniejszy.
- Z nim już sam porozmawiam. Twoje umiejętności Warzyciela mogą być nie do przecenienia. Wiesz, że ja się nie lubię angażować w politykę i wojnę. Zresztą Albus sam cię namawiał, więc się teraz nim nie wykręcaj.
Horacy Slughorn podniósł toast szklanką kremowego piwa.
- Za Lily Evans, moją uczennicę i przyszłą dyplomowaną Mistrzynię Eliksirów!
Kobieta pomyślała, że to czyste szaleństwo i na pewno nie da sobie rady, ale nie będzie się wycofywać. W końcu jest Gryfonem.
- A skoro się zgadzasz, jeszcze jeden drobiazg. – Nauczyciel wyjął z torby małą fiolkę z bursztynowo-złotym eliksirem. – To, o czym rozmawialiśmy w drodze. Będzie dobry, ma około roku i chciałbym, żebyś go wykorzystała w związku z tym, co cię czeka w instytucie. Wiesz, alchemicy czasem muszą mieć trochę szczęścia.
- Niech będzie. Twoje zdrowie, Horacy! - Lily wybuchnęła śmiechem. - Jesteście naprawdę okropni w tym Slytherinie!
Wrócili do Hogwartu po godzinie szesnastej i już na schodach czekał na nich skrzat ze zwojem pergaminu.
- Panienko Evans, dyrektor powiedział, że będziecie tędy wracać. Wiadomość przesłana przez kominek do pani. Podobno to bardzo pilne.
Kobieta przeczytała wiadomość i skrzywiła się.
- Muszę się teleportować, Horacy. Jeszcze raz dziękuję za wszystko. Pół mili na północ od Belford coś się stało i prosili, Merlin wie po co, żebym się pojawiła.
Odeszła w strefę, za którą nie działały już bariery antyteleportacyjne, i w jednej chwili znalazła się wśród zielonych łąk za miastem. Było gorąco i duszno, jakby za chwilę miała przyjść burza i momentalnie zniknął ulotny beztroski nastrój lata, który jeszcze chwilę wcześniej towarzyszył jej w Hogsmeade. Dobrze wymierzyła koordynaty podane w liście i nie dalej jak sto metrów przed nią stał samotny dom. Ruszyła w jego stronę, brnąc w miękkiej ziemi. Przed domem stało dwóch czarodziejów z wyciągniętymi różdżkami.
- Lily Evans – powiedziała. - Dostałam wiadomość. Co się stało?
Na podwórku zauważyła, że ktoś zdeptał kwiaty przed domem. Musiało to się stać niedawno, bo ciągle jeszcze ich kolory były świeże. Niebieskie bratki i delikatny groszek pachnący były połamane z główkami wdeptanymi w błoto.
- Andy McDemont. Auror, rejon dwudziesty pierwszy. Byli goście. Trochę to paskudnie wygląda.
Lily skrzywiła się.
- Zazwyczaj nie uczestniczę w oględzinach. Dostaję tylko próbki.
- Właśnie w tym rzecz. Szef uznał, żebyś sama je pobrała, bo my nie bardzo wiemy z czego.
Wzięła głęboki oddech i weszła do ośrodka. Na drzwiach zobaczyła napis M.H. Lintz. Świetnie, pomyślała, wiem, jak się nazywają. To nie ułatwi sprawy.
W środku było czerwono od krwi. Podłoga, kanapa, ściany - wszystko było pokryte lepkim gęstym płynem. Kobieta musiała się opanować, żeby nie zwymiotować, kiedy stwierdziła, że są to też zmielone kawałki kości.
- Proszę powoli oddychać, panno Evans – usłyszała głos drugiego aurora, który zaklęciami badał ściany. - Sprawdzamy, czy nie ma śladów teleportacji, ale nic nie ma jak na razie. To, co pani widzi, to dwie osoby, prawdopodobnie Harriet i Meggy Lintz. Wiem, jak ważne są dobrze zebrane próbki i nikt z chłopaków nie chciał się tego podjąć, żeby nie spieprzyć. Tu nie ma czego dać do probówki. Zależy nam, żeby wiedzieć, kto to zrobił. To było jakieś cholerne zaklęcie, które zmieliło ich dosłownie na drobne kawałki.
Lily zrobiła kilka kroków w lepiącej się mazi i spojrzała na zdjęcie, stojące na kominku. Zwykłe mugolskie nieruchome zdjęcie w domu czarodziejów; kobieta, mężczyzna i może pięcioletnia córka. Lily poczuła, jak ciarki przechodzą jej po plecach na myśl, kim jest Meggy.
- A on? Mówił pan o dwóch osobach.
- Jest u Munga. Zmusili go, żeby patrzył. To czystej krwi czarodziej, który związał się z mugolką. Córka była prawdopodobnie czarownicą. Znaliśmy ich tu. Porządni ludzie.
Kobieta wyjęła z torebki szklany słoiczek, szczypce i rękawiczki. Starała się nie myśleć o tych ludziach, o tym, że stoi teraz w ich krwi i jak sęp szuka pozostawionego kawałka kości. Kości najlepiej pamiętają zaklęcia. W końcu wśród rozsypanych klocków znalazła kawałek zakrwawionego mlecznego zęba. Powoli i ostrożnie chwyciła go w pęsetę i włożyła do słoiczka.
- Cześć, Meggy – powiedziała cicho. - Pojedziemy teraz niedaleko Pokątnej. Myślę, że w innych okolicznościach mogłoby ci się tam spodobać. Opowiem ci.

***


Czarna magia nie jest mroczna dlatego, że zapisano ją w księgach oprawionych w czarną skórę i spisano ją krwią. Nie jest nią też dlatego, że zaliczono ją tak w urzędach zaklęć zakazanych. W Hogwarcie mówiono, że czarna magia jest zła, bo jej intencją jest szkodzenie. To prawda, ale nie cała. Każdy czar, nawet ten najbardziej banalny, ma swoje korzenie głęboko w duszy czarodzieja. Tego, co daje mu energię, jak nazwaliby to mugole, nie da się w żaden sposób opisać prawami fizyki, bo pochodzi głęboko z duszy. Żeby rzucić mroczny czar, trzeba mieć w sobie choćby iskierkę nienawiści, strachu i rozpaczy. Wystarczy odrobinka, tak mała jaka jest w każdym człowieku, bo z każdym kolejnym zaklęciem iskierka staje się coraz większa. Ciemność rozrasta się jak rak, coraz chciwiej sięgając w kierunku serca i umysłu. Wraz z nią rośnie moc, która po pewnym czasie wydaje się niewyczerpana i prawie niezauważalnie dzień po dniu zmienia czarnoksiężnika. Czarna magia uzależnia i znieczula, sprawia, że strach i niepokój znikają, zostaje jedynie poczucie mocy w czystej postaci.
Severus Snape też doświadczył euforii, ale po trzech dniach w ukradzionym ciele nie potrafił wrócić do dawnego spokoju. Lily była zbyt blisko, żeby móc zapomnieć i zbyt krótko, żeby się nasycić. Ciągły i nieustanny niemal fizyczny głód.
- Dobrze się czujesz? Wyglądasz, jakbyś był głodny - tak powiedziała, kiedy go zobaczyła. Niech cię szlag, Lily, pomyślał. Był głodny jej ciała, zapachu i jeszcze czegoś, czego sam nie potrafił nazwać. Wszystko go irytowało, z trudem powstrzymywał ataki wściekłości. Pocił się w gorące dni w niewygodnej szacie z taniego materiału w ciemnej kuchni mieszkania, które wynajmował dla matki. Czuł się w obowiązku do niej przychodzić, robić zakupy i modlić się, żeby czas płynął jak najszybciej.
- Powinieneś przedstawić mnie swoim przyjaciołom, Severusie – mówiła sztywnym tonem, siedząc naprzeciwko niego.
Wpatrywał się w twarde ciasteczka na stole, po których chodziły muchy.
- Nie mam zbyt wielu przyjaciół, matko. Instytut zabiera mi wiele czasu.
- Instytut – prychnęła. - To nie jest ważne. Powinieneś zadbać o pozycję towarzyską, powinieneś spotykać się z młodzieżą z odpowiednich domów.
Szaty, które mi posłałaś już zadbały o moją pozycję, pomyślał, ale skinął głową, usiłując się uśmiechnąć.
– Postaram się o tym pamiętać, matko.
Od kiedy Eileen Prince rok wcześniej odeszła od męża i wróciła do świata czarodziejów, weszła w stan fascynacji Czarnym Panem. Do spłowiałej tapety przyczerniałymi szpilkami przypinała wszystkie wycinki o nim i marzyła, żeby jej syn został jednym z jego sług, zamiast tracić czas na mieszanie w kociołku. Chciała go kiedyś spotkać, paść mu do nóg i oddać pokłon. Jej syn wiedział, że nikt by jej na to nie pozwolił, że zabiliby ją, zanim zdążyłaby podejść. Żona mugola, biedaczka, która prawie nie pamięta już zaklęć i codziennie tłucze talerze podczas próby zmywania za pomocą zaklęć. Raz prawie nie doszło do katastrofy, kiedy spotkali ich razem na ulicy. Chciał iść dalej, ale zarówno Eileen jak i oni zatrzymali się zaciekawieni.
- Kto to jest, Severusie? Znasz tych miłych ludzi? To twoi przyjaciele? - Niosła mugolską reklamówkę, po latach oszczędzania nie potrafiła niczego wyrzucić, nawet przedmiotów, których nienawidziła.
- Oczywiście. – Bella uśmiechnęła się słodko, ale w jej oczach błysnęła iskierka okrutnego szyderstwa. - Jesteśmy przyjaciółmi Severusa, a pani to...?
- Nikt ważny – warknął i kazał matce ruszać dalej.
Myślał, że będzie na niego wściekła, ale ona tylko milczała, kiedy szli do domu i kiedy piła czarną gorzką herbatę, i patrzyła na swoje ręce.
- Miałeś rację. Chyba nie powinnam była się odzywać. Jestem stara i głupia, po co ci taka matka, tylko wstydu ci narobi w porządnym towarzystwie.
Milczał, nie mając pewności, czy mówiła to serio, czy chciała w nim wzbudzić poczucie winy.
Pomyślał o swoich przyjaciołach, jak lubiła nazywać ich matka. Nie miał żadnych cholernych przyjaciół i nie potrzebował ich mieć. Severus z długim nosem, dziwak, od którego zawsze można było spisać zadanie. Był pożyteczny, więc mu nie dokuczali, a jednocześnie zawsze dawali odczuć, gdzie jest jego miejsce w szeregu. Przez chwilę wydawało mu się, że Czarny Pan go szanuje, ale on był praktyczny – niewielu z jego sług w ogóle potrafiło cokolwiek uwarzyć, a on miał być dyplomowanym Mistrzem Eliksirów. Rzadziej wysyłali go na akcje, był wyrobnikiem, nie mięsem armatnim. Szczerze mówiąc, nawet tego żałował, bo miał ochotę wyładować jakoś swoją złość, sprawić, że znowu nie będzie czuł nic oprócz wszechogarniającej mocy. Pozbyć się głodu, głupich sentymentalnych myśli i strachu.
Było gorące duszne popołudnie, kiedy wychodzili ze spotkania z Panem. Malfoyowie zdążyli już się teleportować, ale reszta stała jeszcze i rozmawiała.
- Glen, Colin, idziecie się trochę zabawić? - rzucił Damon Parks. - Kilka kilometrów stąd jest taka mugolska wioseczka. Co nam szkodzi.
Zaproszenie nie było skierowane do niego, ale co mu szkodziło. Może iść nawet z tymi debilami, byle tylko zagłuszyć ten głód.
- To weź sobie kanapkę z rana – mówi Lily w jego głowie. Kanapkę.
- Dobra, to chodźmy – rzucił, a oni spojrzeli na niego zdziwieni. Rzadko się odzywał, ale był zbyt blisko Czarnego Pana, żeby tak otwarcie kazać mu się odpieprzyć.
Domy wybierali losowo. Chodziło o to, żeby nie można się było domyślić, gdzie i kiedy zaatakują. Zresztą, co to za różnica, wszystkie szlamy są takie same. Glen Moran wybrał mały szeregowy dom, okno w kuchni było uchylone i słychać było mugolskie radio. Wyjęli różdżki i jednym zaklęciem otworzyli drzwi. Brzydka dziewczyna w okularach przesadzała kwiaty. Zaczęli bezceremonialnie chodzić po domu, dotykać jej rzeczy, otwierać szafy i wyrzucać ich zawartość na podłogę.
- Ty, patrz, Colin, ta szlama czyta łacinę, a ty się, kurwa, nie umiałeś nauczyć – wskazał na podręcznik, leżący na kanapie.
- Chwileczkę, a panowie to tu czego? - zapytała mugolka w końcu zirytowana ich obecnością.
- Crucio! - z różdżki Severusa wystrzeliło blade światło i dziewczyna zgięła się w pół.
Patrzył, jak zagryza wargi z bólu, zaklęcie sprawiało, że nie mogła krzyczeć, ale patrzyła na niego zdziwiona i przerażona, jakby sama nie mogła pojąć, co się dzieje.
Głód w jego głowie nie tylko nie ustąpił, ale przybrał na sile. Coś się zepsuło, pomyślał. To było coś, co doprowadzało go do szaleństwa, jak skrobanie paznokciami pod czaszką.
- Ej, szybki jesteś. Zostaw coś dla nas – rzucił Glen.
Wszystko, co potem nastąpiło, było jak wybuch w jego głowie. Mugolskie radio przestało gadać i powoli w czerwcowym upale zaczęły płynąć dźwięki. Najpierw gitara, melodia słodka i lepka, a potem lekko zachrypnięty głos, wbijający mu się w każdą komórkę ciała.

Summertime, time, time,
Child, the living’s easy.
Fish are jumping out
And the cotton, Lord,
Cotton’s high, Lord, so high.


Był doskonale świadomy tego, co robi. Przymknął oczy, a kiedy je otworzył, zwolnił zaklęcie torturujące i dziewczyna zwinęła się w kłębek z bólu i strachu. Powoli odwrócił się w kierunku śmierciożerców i zanim oni zdążyli zareagować, trzykrotnie błysnęło zielone światło. Mugolka wymiotowała i pomyślał, że wygląda dość żałośnie.

One of these mornings
You’re gonna rise, rise up singing,
You’re gonna spread your wings,
Child, and take, take to the sky,
Lord, the sky.


- Obliviate! - rzucił w jej kierunku odrobinę za mocno.

Spiker w radiu znowu zaczął mówić, a on rozejrzał się po pokoju, w którym leżały trzy martwe ciała. Dopiero teraz poczuł, jak euforia ustępuje panice i zaczął zastanawiać się, co w zasadzie ma z nimi zrobić.


Rozdział V


Pierwszym problem było to, czy ktoś widział, jak wychodzili razem. Nie, chyba nie, przynajmniej tak mu się wydawało. Drugi to aurorzy; jeżeli udałoby im się zidentyfikować różdżkę, z której rzucono Avadę, co nie było ani łatwe, ani prawdopodobne, nie uniknąłby Azkabanu albo musiałby zacząć się ukrywać. Trzeci i najpoważniejszy problem stanowił Czarny Pan; jeżeli on dowiedziałby się, co zaszło, cóż… wtedy nie ukryłby się już nigdzie. Poczekał do zmroku i przeniósł ciała do opuszczonego zsypu. Istniała szansa, że zanim ktoś je znajdzie, trudno będzie cokolwiek z nich wyczytać. Wreszcie wrócił do domu, zrobił sobie kawy i usiadł do Bylin i roślin bulwiastych oraz ich zastosowania w wiekach średnich. Trzydzieści stron o samej cholernej wierzbówce arktycznej. O ile w Hogwarcie trzeba było po prostu ciężko pracować, to w Instytucie Eliksirów i Antidotów Magicznych wymagano harówki i całkowitego poświęcenia dla przedmiotu. Studia trwały siedem lat i co roku przyjmowano od jednego do trzech studentów. Ich nauka dzieliła się na trzy czynności: słuchanie wykładów i asystowanie bardziej doświadczonym alchemikom, praca własna oraz przygotowywanie składników na rzecz instytutu. Kiedy Severus stanął po raz pierwszy przed wielkimi kutymi drzwiami instytutu, pomyślał, że to miejsce ma w sobie coś z Gringotta, obie te instytucje chcą, żeby każdy, kto wchodził w ich progi, wiedział, że jest w miejscu wyjątkowym. Razem z nim na roku uczył się Ruben cośtam - tu następował długi ciąg imion, których Severus nie chciał i nie umiał zapamiętać - Cambero. Pochodził ze starej rodziny alchemików w Medellin i miał wystarczająco duży worek galeonów, żeby opłacać sobie studia za granicą. Ruben gadał o wiele za dużo jak na kogoś, z kim musiał dzielić gabinet, kalecząc przy tym angielski i wykazując niezwykłe niezrozumienie aktualnej sytuacji politycznej. Co nie przeszkadzało mu komentować wszystkiego, co przeczytał i usłyszał. Poza tym był perfekcjonistą, którego wiedza alchemiczna wykraczała znacznie poza to, co wynieśli z Hogwartu. W jego przypadku prawdopodobnie Tiara wahałaby się pomiędzy Hufflepuffem a Ravenclawem.
- Ej, kolego, Seberusie – szepnął konspiracyjnie, kiedy Snape wchodził do instytutu. - Jest niespodzianka u góry w nasza sala, zobaczysz, muy muy bonita.
Był wyraźnie podekscytowany i Severus uznał, że prawdopodobnie przywieźli smoczy ogon do rozebrania na ingrediencje. Ruben szedł za nim po schodach tak, że do gabinetu weszli razem. Przy stole, na którym pracowali, stały trzy kociołki.
- O, dobrze, że panowie są – odezwał się Jonatan Canton, szef instytutu, który miał z nimi pierwsze zajęcia. - Chciałbym przedstawić wam nową koleżankę.
Lily zamknęła szafkę, podeszła do stolika i spojrzała z bliska na Severusa po raz pierwszy od tamtej nocy, kiedy rozmawiali pod pokojem
Gryffindoru. Jej zielone oczy były mniej więcej koloru Avady.
- Panna Lily Evans – skończył dyrektor.
- O, a wy się pewnie znacie z Howart – wypalił Ruben, ciesząc się, że załapał jakiś element otaczającej go rzeczywistości inny niż kociołek.
- Niespecjalnie - Lily obdarzyła go promiennym uśmiechem. - Ja i pan Snape byliśmy w różnych domach i nie spędzaliśmy ze sobą zbyt wiele czasu.
- Dobrze. Zatem przejdźmy do zajęć - powiedział Jonatan Canton. - Koledzy z pewnością wprowadzą panią w zagadnienia i udostępnią listę podręczników. Przez tydzień będziemy traktować panią jak słuchacza, ale potem oczekuję pełnego przygotowania. Tak jak przeczytaliście, wierzbówka arktyczna daje w połączeniu z tojadem charakterystyczny gorzkawy posmak. Dziś będziemy zajmować się tym, jak i na ile można go wyeliminować, nie zmieniając własności magicznych eliksiru. Chodzi nam o znalezienie składnika, który będzie całkowicie obojętny dla wywaru, a jednocześnie zneutralizuje smak. Panie Snape, jakieś pomysły?
Severus mówił cichym głosem, a Lily przyglądała mu się z obojętnym wyrazem twarzy. Jak on wychudł, Merlinie, wygląda jeszcze gorzej niż w szkole. Była na niego wściekła, bo pośrednio z jego powodu zraniła Jima. Dobrego, mądrego Jima, który zawsze był przy niej. A teraz stoi przed tą zimną rybą, która zawsze miała ją głęboko gdzieś. Lily zastanawiała się, jak daleko posunął się w swojej fascynacji Czarną Magią. Skoro tu studiował, to może jednak nie przyłączył się do tych zwyrodnialców.
Odpowiedź na pytanie Cantona wymagała nie tyle wiedzy z podręcznika, ale rozumienia jej, myślenia i wyciągania wniosków. Snape mówił ostrożnie, powoli dobierając słowa.
- Calla palustris, czermień błotna, jako roślina żywiołu wody wykazuje dość spore właściwości pochłaniania smaku, a jej reakcje z tojadem i wierzbówką są przeciwstawne. Przy odpowiednim dobraniu proporcji powinny się równoważyć. Starty korzeń czermienia...
- Niezupełnie – wyrwało się Lily.
Wszyscy spojrzeli na nią i pożałowała, że cokolwiek powiedziała.
- Tak, panno Evans? - zapytał Canton.
- Ja… ja może nie czytałam jeszcze tego rozdziału… ale wydaje mi się, że… że czermień, jako roślina bagienna, będzie miał również właściwości ziemi. Oczywiście głównym żywiołem jest woda, ale zakłócenia...
- Zatem, co pani proponuje, panno Evans? – Snape prawie się do niej uśmiechnął i nie było mu w tym uśmiechu jakoś szczególnie do twarzy.
A skąd ja mam, do cholery, wiedzieć? Jestem tu od godziny, pomyślała i przyszło jej do głowy to, co robi z kośćmi. Oczyszcza je.
- Zrobiłabym z niego ekstrakt i poddała dodatkowej destylacji – powiedziała niepewnie, bojąc się, czy nie mówi jakiejś bzdury. – W ten sposób osiągniemy czystą substancję czynną bez wpływu ziemi.
Spojrzeli na nią, ale nikt w żaden sposób jej nie pochwalił ani nie zganił.
- Pomysły są rzeczywiście dość interesujące – powiedział w końcu Jonatan Caton. - W takim razie pozostaje mi zaprosić państwa do kociołków.
Krojąc składniki, żadne z nich nie patrzyło w stronę drugiego, ale trudno im się było skupić. Lily żałowała że się odezwała. Severus był wściekły i upokorzony. Po co ona tu w ogóle przyszła? W pierwszej chwili, która trwała jedno uderzenie serca, myślał, że być może jest tu z jego powodu. Ale cóż, najwyraźniej panna Evans jest tu, żeby udowadniać, że jest lepsza. Wspaniale, niech próbuje.


Po zajęciach, na których już do końca uparcie starali się nawzajem ignorować, każde z nich jak najszybciej wróciło do domu. Po tygodniu okazało się, że Nokturn wcale nie był aż tak złą lokalizacją, jak jej się wydawało w czasach szkolnych. Mieszkali tu nieco mniej bogaci i umiarkowanie zrównoważeni czarodzieje, ale, jak się okazało, dla sąsiadów okazywali pewnego rodzaju szacunek i dyskrecję. Lily weszła do mieszkania i poczuła wspaniały zapach pieczonych ziemniaków. Remus, jako wilkołak posiadał lepszy węch, który przekładał się na fenomenalne umiejętności kulinarne. Po obiedzie Lily nalała do miski ciepłej wody i rumianku, żeby zamoczyć obolałe stopy.
– Masakra jakaś. Cały czas stoimy przy tych kociołkach. Nogi mi odpadają. Poza tym raz zrobiłam z siebie idiotkę, resztę czasu się nie odzywałam.
- Przecież słyszałaś, że alchemik musi mieć mocne nogi i pęcherz – zaśmiał się Remus. - Wiedziałaś, w co się pakujesz. Ale dasz sobie radę. A z innego kociołka, jak to mówią, był tu James. Weź z nim pogadaj.
Lily zrobiła zbolała minę.
- Wiem, że powinnam. Ale nie wiem, co mu powiedzieć. Boję się tej rozmowy.
- Powiedz mu, co czujesz.
Lily prychnęła.
– Lupin, ja nie wiem, co czuję, w tym problem. Śpię po cztery godziny, śmierdzę już tymi wywarami, włosy mam jak strąki i wczoraj cały wieczór czyściłam buty z ludzkiej krwi. Z krwi, rozumiesz? Ja nie wiem, co czuję do Jima. Myślę, że nie to, czego oczekiwał. Nie tak.
- To idź mu to powiedz. Dokładnie to. Że nie wiesz, co czujesz i co będzie. Cokolwiek.
- Dobra, jak zwykle masz rację, Lupin. Ale do domu nie jestem w stanie iść, za dużo dobrych wspomnień. Przekaż mu, że jutro po szóstej mogę być w Regent's Park. On wie, w którym miejscu.
- O nie, Lileczko – czarodziej pokręcił głową. - Sama mu napiszesz. Ja się nie będę bawił w waszego posłańca.


Po kolekcji Lily wysłała sowę Remusa z wiadomością i rozłożyła na stole kociołek i destylator. W kącie pokoju magnetofon zazgrzytał i zagrał Adagio g-moll Albinoniego.
Źle ze mną, jak mam na to ochotę, pomyślała czarownica i wyjęła z szafki mały ząbek.
- Nie bój się, Meggy, wyrzucę to teraz z ciebie, wyczyszczę.
Wrzuciła składniki do kociołka i zaczęła pomału warzyć. Po północy zrobiła sobie kawę i przelała do flaszki gotowy wywar. Testy pozwoliły jej wykryć gorzki włoski orzech i włókno z serca smoka. Przekaże tę wiadomość, ale to ciągle niewiele – ile może być takich różdżek?
- Za dużo myślisz, poczuj to – mówił Ollivander.
Lily była już stanowczo zbyt zmęczona, żeby myśleć i zaczęła działać intuicyjnie. Zanim zdążyła się zastanowić, czy jest to dobry pomysł, przyłożyła różdżkę do fiolki z płynem. Obrazy wdarły się do jej głowy z siłą letniej burzy.
Smok. Ocho, to był stary smok o czerwonych łuskach i złym spojrzeniu. Trochę szalony smok i wykrzywione od wiatru drzewo. Gorzkie orzechy spadały na wietrze. „Boli, tak boli, tato. Tatusiu, moje stopy, one krwawią.” „Tak pomalutku, kostka po kosteczce będziesz patrzył.” Serce starego smoka, okrutne złe serce.
- Lily, Lily! Obudź się, co się stało?
Kobieta leżała na podłodze i z trudem oddychała. Prawie fizycznie czuła jeszcze ból zaklęcia, ale wiedziała już, kto zabił małą Meggy. W końcu udało jej się dojść do siebie i kiedy w końcu zasnęła, męczyły ją złe urywane sny.


***

Drugiego dnia nie prawie nie rozmawiali. We wtorki zajmowali się preparowaniem składników, a akurat przywieziono martwego hipogryfa. Ponieważ zwierzę było już w znacznym stopniu rozkładu, większość materiału do niczego się nie nadawała i w potwornym smrodzie trzeba było ciąć, oddzielać zepsute tkanki, myć i preparować. Lily, wbrew przyjętym w świecie czarodziejów obyczajom, założyła maseczkę i rękawiczki. Głupio byłoby w czasie wojny umrzeć na trupie zakażenie. Zajęcie było dość uciążliwe, ale czuła, że jest jej łatwiej niż poprzedniego dnia. Każde z nich wiedziało, co ma robić, a Severus był osobą, przy której dość dobrze się myśli. Nie można było tego niestety powiedzieć o Rubenie, który przy Lily stawał się jeszcze bardziej gadatliwy.
- Ja nie rozumiem ta wasza wojna. U nas, w Medellin też mamy czarne magi, ale zabijemy je o tak – czarodziej wbił nożyk w hipogryfa, niszcząc kawałek całkiem dobrej tkanki. - Ja tak uważam, że wy nie jesteście dobrze zorganizowane. Nie macie zdecydowanie. Nie jesteście przyczajone do takie wyzwania. Dla nas to chleb powszednie.
Lily usiłowała nie wybuchnąć śmiechem, a Severus zachowywał pełne wyższości milczenie. Czarodziejka bardzo chciała skończyć o czasie, bo o szóstej czekało ją spotkanie z Jamesem.


Kiedyś lubili się włóczyć po mugolskiej stronie. Dla Jamesa wszystko było nowe jak egzotyczne wakacje, a Lily mogła powspominać dzieciństwo. W Regent's Park mieli swoje ulubione miejsce i była pewna, że będzie wiedział, gdzie jej szukać. Kiedy przyszła, już czekał na nią na ławce z dużym pudełkiem ryby z frytkami.
- Kupiłem ci, bo pomyślałem, że będziesz głodna po zajęciach. Lupin mi powiedział. Cieszę się, że się uczysz.
Usiadła obok i poczęstowała się frytką.
- Dzięki, James. Nie wiem, co mam powiedzieć, żeby się nie rozryczeć.
Uśmiechnął się.
– Czemu ty masz ryczeć, jak to ja dostałem kosza? Ja nic nie rozumiem. Wiesz, Lily, im bardziej myślę o tamtej niedzieli, tym bardziej nic z tego nie rozumiem. Jakby wszystko było przez mgłę.
- To akurat rozumiem. Trochę zapruty byłeś po sobocie. Nie powinniśmy rozmawiać w takim stanie. A ja? Ja się w tym wszystkim pogubiłam, James. Czułam, że cię oszukuję, że zasługujesz na coś więcej.
- Och, nie pieprz, Lily! - przerwał jej zirytowany. - Może jeszcze wyjedziesz, że zostaniemy przyjaciółmi?
- Nie zostaniemy. Nie zostaje się przyjacielem po czymś takim – spojrzała na niego smutno.
- Kochasz Snape’a? To wtedy mówiłaś?
- Weź przestań, James – prychnęła. - Nie kocham, może kiedyś. Tak, kiedyś tak. Całym sercem, głupio, nie? I teraz to jest we mnie jak niezagojona rana, po której trudno mi się związać z kimkolwiek. Potrzebuję czasu. Dopóki tylko chodziliśmy ze sobą, było dobrze, ale chyba wystraszyłam się tego na zawsze. Nie wiem. Jak szukam gdzieś w środku siebie, to tam głęboko jest coś, nie wiem co, co nie pozwoliło mi być tak zupełnie. Muszę to znaleźć. Rozumiesz?
- Rozumiem. To znaczy, Snape’a, ale za cholerę nie ogarniam tego, co masz w głowie. I nie chcę sobie tego nawet wyobrażać. Ale przyjmuję. - Uśmiechnął się i zmierzwił jej włosy ręką. - To szukaj, Lileczko. Jak kiedyś to znajdziesz i to będę ja, to się zgłoś. Napisz podanie i rozpatrzymy powtórnie twoją kandydaturę, mimo pewnego braku stałości. A póki co, nie jesteśmy przyjaciółmi, ale możesz na mnie liczyć. Ze wszystkim, rozumiesz? Nie mam ochoty z tobą wychodzić na kremowe, ale gdybyś czegokolwiek potrzebowała, to daj znać.
- Jim, nie musisz...
- Aj tam, nic nie muszę. Ale chcę.
Dziewczyna uśmiechniętą się i oparła głowę na jego ramieniu.
- Ty, dobre te frytki. Gdzie kupiłeś?
- Weź całe. A fu, włosy ci truchłem śmierdzą. Zaczynam znajdować plusy twojej przeprowadzki do Lupina.
- To był hipogryf, łosiu.
Oboje się roześmiali, ale ciągle nie było im jakoś szczególnie wesoło.


Trudniejsze okazało się spotkanie z Syriuszem. Nie bardzo miała ochotę się tłumaczyć, ale była sprawa, która nie dawała jej spokoju i którą musiała z nim przegadać. James na szczęście nie przekazał przyjacielowi, co się dokładnie stało, ale ten i tak miał już wyrobione zdanie na tę sprawę.
- Głupio robisz, Lily - stwierdził na powitanie. - A ja nie lubię, jak moi przyjaciele robią głupio i jeszcze inni przez to cierpią.
- Odezwał się ekspert od rozsądku. To, co się stało, to sprawa między mną a Jamesem. Tobie nic do tego, ok? Mam inną sprawę.
- Dawaj.
Syriusz stał oparty o framugę drzwi z niedbałą elegancją. Stypendium na szkoleniu aurorskim też nie było specjalnie wysokie, ale nawet w ubraniach ze Szmat-szaty wyglądał po pańsku.
- Myślałam o tym, o czym wspomniałeś w sobotę, o Regulusie. I trochę mi to nie daje spokoju. Coś się nie zgadza.
- Mi też się nie zgadza, że mój brat został śmierciojadem.
Lily westchnęła. Syriusz był cholernie bystry, ale kiedy coś mu nie pasowało, skutecznie udawał, że nie rozumie, o co chodzi.
- Chodzi o jego zniknięcie. Było nawet ogłoszenie w Proroku, więc mamy datę i trochę poszukałam za tym. Nie było żadnych niezidentyfikowanych ciał. Aurorzy współpracują z policją mugolską i prosiłam ich, żeby przejrzeli rejestry pod kątem kogoś podobnego. Nic. Kolejna rzecz; mówisz, że stchórzył i Sam-Wiesz-Kto go zabił. Tylko, że takie egzekucje są bardzo widowiskowe, a ciała pozostawiane na widoku ku przestrodze. Pamiętasz Morana? Był rozwłóczony po dwóch ulicach. A tu nie masz nic. Też mam wrażenie, że on nie żyje, ale musi chodzić o coś więcej. To się kupy nie trzyma.
Teraz Syriusz spojrzał na Lily poważnie, przez rozbawione zazwyczaj spojrzenie przebijał smutek.
- A czemu uważasz, że miałoby mnie to obchodzić?
- Bo jest twoim bratem. Bo uczyłeś go latać na miotle. Bo nikt nie zasłużył na to, żeby leżeć niepochowany w jakimś rowie. Bo jest to tajemnica, która dotyczy Sam-Wiesz-Kogo, a wszystko, co związane z nim, może mieć znaczenie. Mam wymieniać dalej? Chodziliśmy z Regulusem do Ślimaka i powiem ci tyle, że twój brat miał poprzestawiane w głowie na punkcie czystej krwi, ale nie był sadystą.
- Wtedy jeszcze nie.
Dziewczyna wyjęła z torby Proroka i pokazała Syriuszowi.
- Patrz, tu jest ogłoszenie o ślubie Lucjusza i jak jej tam, twojej kuzynki. Nikogo w domu nie będzie. Ciągle jesteś Blackiem i masz prawo tam wejść. Przy okazji będzie można trochę poszperać w kwaterze wroga. Chyba nie stchórzysz, co?
- Tani chwyt, Lily.
Dziewczyna uśmiechnęła się triumfalnie i oparła ręce na biodrach.
- Co z tego, że tani, jak działa?

Minusem stażu w instytucie był fakt, że nie mogła już tyle czasu spędzać u Ollivandra. Umówiła się z czarodziejem, że będzie przychodzić w soboty już nie tyle, żeby pracować, ale żeby trochę pomagać i rozmawiać. Czarodziej milczał przez chwilę, kiedy opowiedziała mu o tym, jak odkryła, kto zabił małą Meggy.
- To dość ryzykowna metoda. Masz w jakiś sposób kontakt z samym zaklęciem. To nie jest dobra magia. Ale z drugiej strony identyfikacja się udała, może to jest jakiś sposób?
- Udała się i co z tego – wzruszyła ramionami. - Bellatrix i tak jest już poszukiwana. Dobrze wiesz, że najbardziej zależy nam na odkryciu, kto jest śmierciożercą i nie jest jeszcze poszukiwany. Te sukinsyny siedzą sobie spokojnie w Ministersiwe Magii, u Gringotta i Merlin wie, gdzie jeszcze. Sukces jest wtedy, jak kogoś takiego zidentyfikuję. Jej i tak już szukają.
- Chciałaś mieć metodę i masz. Na ile to jest bezpieczne, ci nie odpowiem, bo nie wiem. Na pewno mocniej wszystko poczujesz, jeżeli tę różdżkę znasz. To znaczy, jeżeli znałaś jej właściciela.
- Nie mam takich znajomości – prychnęła.

Wieczorem Lily wypiła z Remusem herbatę i rozstawiła na stole kociołek. Wilkołak gdzieś wychodził, podejrzewała, że z kimś się spotyka, ale skoro sam nie chciał mówić, szanowała jego prywatność. Jego związki z kobietami były częste, ale dość krótkotrwałe; trwały najczęściej do chwili, kiedy zaczął się angażować i przyznawał się, że jest wilkołakiem.
- Uważaj na siebie, Lily, nie rób sama żadnych głupot - powiedział w drzwiach.
- Nie będę. Życzyłabym ci tego samego, ale podejrzewam, że będziesz w dobrych rękach. Więc baw się dobrze i rób głupoty do woli.
Chciała, żeby wyszedł jak najszybciej i mogła zabrać się do pracy. Przesłano jej trzy próbki z bardzo ciekawym opisem. Mugolska policja znalazła trzy niezidentyfikowane ciała i zgodnie z procedurą zostali sprawdzeni przez aurorów. Trzech bardzo młodych czarodziejów czystej krwi, chociaż nie ze starych rodów, przynależało za życia do Domu Węża. Nigdy nic im oficjalnie nie zarzucano, ale zadawali się z dość podejrzanym towarzystwem. A więc nie ofiary śmierciożerców. Chyba, że zaczynają wyrzynać się nawzajem. Co ciekawe, niedaleko znaleziono mugolkę, którą ktoś niezbyt subtelnie potraktował zaklęciem Obliviate. Do tego stopnia, że nie pamiętała, jak się nazywa. Nikt nie miał pomysłu, jak te sprawy połączyć.


Wzięła pierwszą kość i przygotowała wywar. Avada, zatem nie mugolka, która jakimś cudem zatłukła prześladowców. Przez kolejną godzinę testowała rożne rodzaje gatunków drzew i rdzeni. Tą metodą będzie się bawić tym przez dwa tygodnie. Co prawda, obiecała Remusowi nie robić głupot, ale w końcu to jest poważna praca, a nie głupoty. Zegar na kredensie wskazywał godzinę trzecią nad ranem i było za późno na rozsądne myślenie. Powoli i ostrożnie wsadziła końcówkę różdżki do niebieskiego płynu. Efekt był boleśniejszy i silniejszy niż ostatnim razem.
Czerwone owoce, małe jak pestki i kwaśne. Krzak nad brzegiem jeziora. Skrob, skrob, drapanie w środku głowy. Zabiję, zabiję. Czarny włos testrala, teraz możesz go zobaczyć, bo widziałaś już śmierć, kochanie. Ohyda, ohyda. Taki włos przynosi pecha. Czarny brzydki włos.
Kiedy Lily ocknęła się na podłodze, świtało. Remusa ciągle nie było, a ona zbierała skołatane myśli. Przez jedną chwilę była w ciele tego, kto rzucał zaklęcie i to wcale nie było miłe uczucie. Głóg i włos trestala. W dodatku z całą pewnością wiedziała nie tylko, jaka to różdżka, ale i czyja. Ba, nawet kiedyś, w pierwszej klasie próbowała, jak się nią rzuca zaklęcie. Zakręciło jej się wtedy w głowie, chociaż nie czuła się tak paskudnie jak teraz.

Kiedy wilkołak wrócił do domu, Lily ciągle jeszcze nie spała. Kociołek i narzędzia do destylacji były pochowane, a ona siedziała blada z podkrążonymi oczami, tępo wpatrując się w stół. Zastanawiając się, co powinna teraz zrobić.
- I jak, udało się coś?
- Chyba. Nie wiem. Tak sobie myślę, jakie są szanse, że się pomyliłam.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-VII

Postautor: labruja » 17.03.15, 22:46

VI

Fakty. Fakty. Fakty. Próbowała skupić się na faktach na tyle, na ile można się na nich skupić po nieprzespanej nocy i bliższej styczności z czarną magią. A fakty były takie, że Snape był mordercą. Stop. Jeszcze inaczej. Użyto jego różdżki, żeby zabić trzy osoby. No dobrze, myślała, to dość kapryśna różdżka i raczej trudno ją pożyczyć, pomijając już fakt, że właściciel nie ma zwyczaju jej ot tak dawać każdemu. Skoro więc użyto jego różdżki, to Severus Snape jest mordercą. Fakty. Czy śmierciożercą to wcale nie wiadomo. No dobrze, użyto Avady, a to stawia całą sprawę w złym świetle. Z drugiej strony, aurorzy też mają prawo rzucać Avadę, tylko że, co by tu mówić, Severus Snape aurorem nie był. Chociaż w końcu czy ofierze nie jest wszystko jedno, Avada czy mugolski Glock? Może, gdyby była to rodzina bezbronnych mugoli, wtedy byłoby to prostsze. Nie mogłaby kryć śmierciożercy. Ale tak, sprawa wcale nie była jednoznaczna.
- Ciągle nie śpisz? - Remus Lupin zdążył się zdrzemnąć i wstał na okołopołudniowe śniadanie, a Lily ciągle siedziała przy stole, wpatrując się w różdżkę. - Kiepsko wyglądasz.
Kobieta miała przekrwione, podkrążone oczy, bladą cerę, a jej rude włosy były spięte mugolską gumką.
- Dzięki za komplement. Ogólnie czuję się, jak wyglądam. Tak myślę cały czas o tym, że można się pomylić w tym, co robię.
Pomyślała, że w tym przypadku jest zupełnie i absolutnie pewna, że się nie pomyliła, ale dużo by dała, żeby znaleźć teorię, która by tłumaczyła, że jednak doszło do pomyłki.
Remus położył na patelnię kawałek szynki i wbił na nią dwa jajka. Zbliżała się pełnia i jego zapotrzebowanie na mięso gwałtownie wzrastało.
- Ale to nie jest twoja sprawa, Lily. Ty robisz pomiar, opisujesz go, przekazujesz dalej i oni się martwią. Po twoim raporcie nikt nikogo Avadą nie walnie. Po prostu musisz to przekazać komuś sensownemu. Kto tam się tym zajmuje? Moody. No, on jest taki, no, dość zdecydowany, ale się chyba zna na rzeczy.
Lily zamyśliła się. Moody’emu na pewno tego nie przekaże, mowy nie ma, ale pomysł, żeby dać to komuś sensownemu i nich on się martwi, był całkiem do rzeczy. W końcu nie jest sentymentalną małą dziewczynką, która broni biednego Smarkerusa. Tę sprawę trzeba wyjaśnić, a ona nie będzie bronić śmierciożercy, nawet potencjalnego. Pomyślała o tym, co mówił Syriusz, że nie chciałby być tym, który zabije Regulusa. Ona też nie chciała być tym, kto wyda Severusa aurorom. Spojrzała na zegarek; było dwadzieścia po dwunastej, wypiła łyk kawy i stwierdziła, że wie już, co ma zrobić. Ale najpierw musi wziąć prysznic.

Albus Dumbledore lubił dostawać prezenty. Najbardziej cieszyły go te niespodziewane; przyzwyczaił się, że najczęściej nie dostawał tego, co potrzebuje, zresztą tak naprawdę niewielu rzeczy w życiu potrzebował i cieszył się, odkrywając drobne i niepotrzebne dowody pamięci. Zazwyczaj dostawał kolorowe skarpety, czekoladki i lepiej lub słabiej działające magiczne gadżety. Rzadko dostawał alkohol, zresztą w zasadzie go nie lubił, ale zastanawiało go, czy świat bierze go za kogoś naprawdę dorosłego czy może za zdziwaczałego staruszka, który mieścił się gdzieś pomiędzy dzieckiem a starcem. Prezenty, których naprawdę desperacko potrzebował, trafiały się niezwykle rzadko i zazwyczaj niespodziewanie. Kiedy Lily Evans wpadła do jego gabinetu w czerwcową niedzielę, obserwował ją długo przez opuszczone na nos okulary i zastanawiał się, czy ktoś nie rzucił na nią Imperiusa i nie będzie się musiał zaraz przeciwko niej bronić. Dziewczyna była w Zakonie, spotykali się często, jednak teraz wpadła do Hogwartu zupełnie niespodziewanie, nie miała żadnej sprawy nawet do Horacego, z którym często się widywała. W dodatku wyglądała na przemęczoną i chorą.
- A więc, co tam słychać, dyrektorze?
Aha, pomyślał, dyrektorze, znaczy jest zdenerwowana. W Zakonie mówili sobie po imieniu, ale młodzi ludzie mówili do niego Albusie lub dyrektorze, w zależności od tego, czy byli zestresowani.
- Nic ciekawego, Lily. Czy mógłbym ci jakoś pomóc? Chodzi o Jima?
- Co? Jima? Nie. Merlinie, jak ci ludzie plotkują – teraz wyraźnie była zmieszana. - Miałam wolne popołudnie, więc przyszłam was odwiedzić. Do Horacego też wpadnę.
Wolne popołudnie. Wolne popołudnie to ty powinnaś odespać, dziewczyno, pomyślał, ale ciągle milczał.
- To ja już pójdę - Lily Evans wstała. - A, jeszcze jedno – powiedziała w drzwiach, wyjmując z torebki rolkę pergaminu. – Nie zdążę dziś tego zanieść aurorom, a wczoraj zrobiłam nowe sprawozdanie. Coś tam nawet wyszło, tak mi się zdaje.
Kobieta szybko wcisnęła mu pergamin i wyszła z gabinetu. Albus Dumbledore długo głaskał pióra Fawkesa, a potem kazał skrzatom zrobić sobie czarnej mocnej herbaty i powoli rozwinął rulon, który zostawiła mu Lily. Przeczytał tekst dwukrotnie i zrozumiał, że właśnie dziś był ten dzień, w którym dostał prezent, jakiego potrzebował. Dopił zimną już herbatę i ruszył do sowiarni.

***
Lily Evans nie czytała Proroka Codziennego. Na ogół wystarczały jej pożyczony z instytutu numer Alchemii Dziś i bardziej popularnonaukowy Twój Kociołek. Severus Snape również uważał, że gazety nie są warte złamanego sykla, jednak od czasu, kiedy zostawił trzy ciała w opuszczonym zsypie, był jakby bardziej wyczulony na wszystko, co go otaczało. Przeglądał gazety zostawione w pokoju wspólnym instytutu, gdzie mogli robić sobie kawę i kanapki w przerwie od zajęć, tak jakby w każdej chwili spodziewał się listu gończego ze swoim nazwiskiem.
MASAKRA W BEXLY
Ogromny nagłówek na pierwszej stronie krzyczał tak głośno, że gdyby Severus Snape nie śledził gazet, i tak musiałby go zobaczyć. Rozejrzał się po pokoju, ale było już późno i nie było nikogo. Dobrze, zdąży przeczytać, nie budząc podejrzeń i w razie czego uciekać.
Albus Dumbledore udziela wywiadu dla „Proroka”.
Co jest, Dumbledore?, pomyślał. No tak, cholerny Zakon. Ale przecież on jak ognia unika rozgłosu i chyba od czasów Grindelwalda nie dało go się namówić na wywiad do Proroka, który, swoją drogą, coraz bardziej sprzyjał opcji negocjacji z Czarnym Panem.
Wiemy, kto stoi za masakrą w Bexley. Nie ma żadnych wątpliwości, udało się zidentyfikować różdżkę mordercy, a co za tym idzie, również jego tożsamość.
Gówno tam wiecie, Severus zagryzł zęby. Już by tu byli aurorzy, jak byście coś wiedzieli. Czarodziej przyjrzał się zdjęciu na pierwszej stronie. Dyrektor pozował do niego w szkole naprzeciwko drzwi do pracowni eliksirów, gdzie bywał rzadko. Cholera, pomyślał w panice, a może jednak wiedzą?
Sprawa nie jest jednak jednoznaczna. Zabici czarodzieje byli najprawdopodobniej śmierciożercami, a ten, który ich zabił, bohaterem, który stanął w obronie niewinnej mugolki.
Oszalał. Ten stary dziad zupełnie oszalał.
Oczywiście, życie bohatera jest w niebezpieczeństwie. Gdyby jakimś cudem informacja o jego tożsamości dotarła do wiadomości publicznej, a co za tym idzie, do zwolenników Sami-Wiecie-Kogo, wtedy ich zemsta byłaby nieunikniona. Jego życie jest niezwykle cenne.
Gdyby. Jakimś Cudem. Prosta wiadomość – informacja dotrze do Sami-Wiemy-Kogo, chyba że… Chyba że co?, pomyślał Severus już o wiele spokojniej, wiedząc, że na kolejne kroki ma godziny, nie minuty. Jego życie jest cenne. No tak, chyba że opłaci jakąś cenę za swoja skórę.
Poniżej artykułu była krótka rozmowa o życiu prywatnym dyrektora, mówiąca, że kolejny weekend spędzi w Selsey jako gość honorowy na festiwalu wytwórców wełnianych skarpet.
Więc miał cztery dni na zastanowienie. Nieładnie, dyrektorze, pomyślał, to jest prawie ślizgońskie.

Podstawową umiejętnością dobrego kamuflażu było niepróbowanie wtopić się w środowisko, w które wtopić się nie da. Na festiwal w Selsey przyjechało ponad pięćdziesiąt czarownic, robiących wyroby wełniane wspomagane magią. Stoiska ułożono wzdłuż plaży nieopodal miasteczka, a dookoła ułożono zaklęcia sprawiające, że mugole mieli ochotę pójść w zupełnie innym kierunku. Severus Snape spacerował po plaży i patrzył na tłumek ludzi w oddali. W czarnym stroju i bladej skórze jego obecność wśród wesołych czarownic w kolorowych szatach niepotrzebnie zwracałaby uwagę. Gdzieś tam pewnie jest cholerny Dumbledore, do którego, chcąc nie chcąc, musi pójść. Jaka będzie jego cena? Myślał, na jakie kompromisy trzeba będzie pójść i dochodził do wniosku, że w tym momencie nie może sobie pozwolić na dyktowanie warunków. Pójdzie na takie kompromisy, na jakie będzie umiał pójść, w przeciwnym razie jakimś cudem Czarny Pan dowie się, co zrobił. Co mu, do cholery, strzeliło do głowy, żeby ich zabić? To było jak impuls, wstręt, wściekłość i coś, czego nie rozumiał. A teraz trzeba było wypić piwo, jakie sobie nawarzył. Przez chwilę rozważał, czy nie przyznać się do wszystkiego i nie zwalić winy na bójkę. Czarny Pan nie był moralistą i wyznawał regułę, że silniejszy miał rację, więc kilka Cruciatusów załatwiłoby sprawę. Wolał jednak, żeby Pan nie grzebał zbyt dokładnie w jego głowie. Sam nie rozumiał, co się ostatnio z nim dzieje, poza tym była tam jeszcze gdzieś głęboko Lily, a ją trzeba było za wszelką cenę trzymać jak najdalej od niego. Zaklął w duchu, bez Lily wszystko byłoby prostsze. Z drugiej strony bez niej zupełnie nic by nie było.

Plaża była szeroka i kamienista, a jasny błękit nieba łączył się z morzem. Z drugiej strony rozciągały się po horyzont piaszczyste łąki, tworząc razem z morzem wrażenie wielkiej otwartej przestrzeni. Severus Snape, mrużąc oczy od jasnego światła, zastanawiał się, jak będzie przebiegała rozmowa. Ceną zapewne będą informacje o planach Czarnego Pana. Oczywiście, nie wszystkie informacje, uśmiechnął się do siebie. Może uda się służyć dwóm panom, do czasu rzecz jasna, bo w końcu przyjdzie chwila, kiedy będzie trzeba się opowiedzieć po zwycięskiej stronie. A wtedy ani autorzy, ani ten gryfoński spryciarz nie będą już mieli żadnego znaczenia. Severus Snape do późnego wieczora długo spacerował wzdłuż brzegu, aż w końcu zobaczył Albusa Dumbledore’a, który w szerokiej fioletowej szacie, która wydymała się na wietrze, szedł w jego kierunku. Dyrektor stanął obok niego i ze splecionymi rękoma wpatrywał się w morze.
- Widzę, że przyszedłeś sobie kupić wełniane skarpety, Severusie – zaczął Dumbledore pogodnie. - Podobno jesień w Instytucie Eliksirów jest dość zimna.
- Gratuluję wywiadu, dyrektorze – odpowiedział chłodno Severus.
Przez chwilę alchemik zastanawił się, czy Dumbledore jest tak głupi, że przyszedł na rozmowę sam, ale zdał sobie sprawę, że nie miałby z nim szans. A dyrektor swoim lekkim krokiem chciał jeszcze to podkreślić. Przez chwilę oboje w milczeniu obserwowali fale.
- Ile? Jaka jest cena? - zapytał w końcu Severus.
- Podejrzewam, że, tak jak mówiłem, twoja skóra jest dla ciebie niezwykle cenna.
- Czyli?
- Wszystko – dyrektor spojrzał na niego poważnie znad połówek okularów. Nie podobało mu się to, co robił, ale na tym etapie wojny nie stać go było na bycie tylko Gryfonem. Musiał działać jak Gryfon, Ślizgon, Krukon i Puchon, zależnie od okoliczności. Co nie zmieniało faktu, że czuł się z tym źle. Brzydził go ten ponury, wystraszony chłopak o spojrzeniu złego, głodnego psa. On zawsze był inny, nawet wśród Ślizgonów; ambitny, niepokojony, syn pani Prince, półkrwi czarodziej, tolerowany ledwie w połowie. Brzydził go jego strach i zdrada. Pamiętał jeszcze z czasów wojny z Grindelwaldem swoich wrogów; młodych, pięknych, niezłomnych i gotowych umrzeć za to, w co wierzyli. Tamten czas był niemniej okrutny, ale stać było ich na luksus szacunku i honoru w obliczu śmierci.
- Wszystko – powtórzył. - Nazwiska, adresy, terminy spotkań, plany.
Snape prychnął. Tego się nie spodziewał, a w każdym razie nie od razu.
- I zginę równie szybko, kiedy to się wyda.
- To będzie dość ryzykowne, ale szpiedzy nie są towarem jednorazowego użytku. Postaram się korzystać z mojej wiedzy tak, żeby służyła nam jak najdłużej.
Dyrektor spojrzał na blade zaciśnięte usta i po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, co w zasadzie siedzi w głowie Severusa Snape’a. Co się stało, że zabił tamtych? Nie wyglądał na jednego z tych buzujących testosteronem i adrenaliną, którzy brali się do bitki z byle powodu. Dumbledore pomyślał, że wiele by dał, żeby zrozumieć dlaczego.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, patrząc w morze.
- Jak rozumiem, nie mam zbyt wielkiego wyboru. Jeżeli odmówię, to przypadkiem...
- Przypadki bywają przykre. Raz w tygodniu, w każdy poniedziałek po zmroku będę oczekiwał cię we Wrzeszczącej Chacie. Może wymyślę jakiś sposób komunikacji, ale jeszcze nie teraz. Za dziewięć dni, Severusie.
Snape chciał odpowiedzieć, ale usłyszał tylko trzask deportacji i dyrektora już nie było obok.

***
Lily próbowała znaleźć porozumienie ze swoim organizmem, który, chociaż przez cały czas był przekupywany dużymi dawkami kofeiny, coraz bardziej zaczynał domagać się większych porcji snu i wypoczynku. Z drugiej strony, tempo, które sobie narzuciła, sprawiało, że nie musiała za dużo myśleć; ani o Jime, ani o wojnie, ani o Petunii i matce, ani o państwie Jones ze słoiczków, które stały obok kawy. Ostatni z nich zawierał kawałek Emily Dormer, która pisała dla Proroka Codziennego w sposób bardzo nieprzychylny Sami-Wiecie-Komu. Co ciekawe, nie dotknęła ją ani Avada, ani Crucitas, ale nóż mugolskiego bezrobotnego imigranta na przedmieściach Londynu, gdzie odwiedzała swoją matkę. Dwóch magomedyków zbadało jej ciało i nie znaleziono ingerencji magii, ale na wszelki wypadek przekazano też próbki Lily. Wyniki był początkowo jednoznaczne, Emily nie zginęła w wyniku magicznej ingerencji, ale kiedy kobieta zaczęła badać szczątki głębiej, znalazła gdzieś na dnie kości coś na kształt cienia zaklęcia. Zbyt słabe, żeby poznać różdżkę, ale na tyle mocne, żeby rozpoznać w nim Imperiusa. Następnego dnia w Proroku ukazał się artykuł o Emily Dormer, wychowance Hufflepuffu i świetnej koleżance. Gdzieś pomiędzy wierszami artykułu jak słaby ślad Imperiusa pojawiało się pytanie, czy warto ginąć za mugoli, którzy wcześniej czy później będą próbowali nas zabić tak, jak zrobili to Emily.

Eliksiry wymagały nieustannej koncentracji, a kiedy wracała do domu i siadała nad książkami, mogła myśleć tylko o obolałych i opuchniętych nogach. W ciągu tygodnia od wizyty u Dumbledore’a była spięta i podenerwowana, każdy szmer na korytarzu instytutu mógł oznaczać aurorów, którzy przyszli po Severusa. Czwartego dnia zaczęła się zastawiać, czy brak wydarzeń nie oznacza, że Snape nie był śmierciożercą. Albus był obiektywny i dokładny i na pewno musiał nadać tej sprawie jakiś bieg. I skoro Severus nie został aresztowany, to znaczyło, że Albus wiedział coś więcej i miał podstawy do takiej decyzji. Lily i Snape spędzali teraz ze sobą przynajmniej dziewięć godzin dziennie w pracowni eliksirów, ale prawie nie odzywali się do siebie.
- Nożyk piątka, panno Evans – wyciągnął rękę po narzędzie.
Oczywiście w jakimś stopniu ze sobą konkurowali, ale nie na tyle, żeby stało się to powodem otwartej walki. Każdy eliksir był na tyle trudny, że wymagał pełnego skupienia tylko na swoim kociołku. Lily chciała mu powiedzieć, że powinien odgarnąć włosy i spiąć je jakoś, żeby nic nie wpadło do kociołka, ale w końcu stwierdziła, że lepiej będzie się nie odzywać.
- Moździeż, trzy cale, panie Snape – powiedziała przez maseczkę lekko stłumionym głosem.
Czasem, kiedy komentarze Rubena były w zupełnie niezamierzony sposób zabawne, ich spojrzenia spotykały się przez chwilę ponad stołem, ale żadne z nich nie pozwalało sobie na uśmiech. Byli dokładni, profesjonalni i w równym stopniu przemęczeni.
Po dwóch tygodniach, kiedy udało jej się uruchomić kilka starych znajomości i sprawdzić, że Severusa nie ma na liście obserwowanych przez aurorów była już pewna, że do budynku nie wejdą, żeby go aresztować, nie mogła wytrzymać już z ciekawości. Chciała wiedzieć, co się tak naprawdę stało się z tamtą trójką.
Było już po ósmej wieczorem i większość z osób dawno już poszła do domu, a ona stała w aneksie kuchennym i myła szklanki po kawie. Nie miała już na sobie szaty, tylko mugolską koszulę w kratkę, białe trampki po Petunii i krótkie spodenki. Severus miał już wychodzić, ale złapał się na tym, że o sekundę dłużej niż powinien patrzy na jej chude blade nogi. Lily wyczuła jego spojrzenie, odwróciła się i popatrzyła mu prosto w oczy.
- Dlaczego? - zapytała, zanim zdążyła się zastanowić, co robi.
- Co dlaczego?
- Dlaczego ich zabiłeś? Tamci ze zsypu.
Merlinie, pomyślała, czy ja nigdy nie nauczę się trzymać języka za zębami?
Patrzył na nią długo w milczeniu i nie potrafiła odgadnąć, o czym myśli. Był zaskoczony, spięty i coś jeszcze, czego nie potrafiła rozszyfrować.
- Jak? Skąd ty…? - wycedził przez zęby.
- To ja ich badałam. Rozpoznałam twoją różdżkę.
Znowu patrzył jej prosto w oczy, a jego twarz nie wyrażała absolutnie żadnych emocji. W głowie zazębiały mu się kolejne elementy układanki i jej wzór zupełnie mu się nie podobał.
- A potem przekazałaś informację do Albusa Dumbledore’a, czy tak? - zapytał spokojnie.
- No tak. Aurorzy są dość… no, nerwowi i… - urwała, widząc jego spojrzenie.
- Nie potrzebowałem pomocy – powiedział zimnym głosem. - Nie chcę żadnej pomocy od – zawahał się, co powiedzieć, ale Lily nie pozwoliła mu dokończyć. Jej zielone oczy były jak dwie wąskie szparki.
- Nie potrzebowałeś pomocy od małej brudnej szlamy, czy tak, panie Snape?

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-V

Postautor: labruja » 17.03.15, 22:47

VII
Pies warknął, zjeżył sierść i skoczył. Dziewczynka pisnęła z radości, jej włosy zmieniły kolor na jaskrawo różowy i rzuciła się zwierzęciu na szyję. Przez chwilę na dywanie kotłowały się dwa kształty, tworząc jedną różowo-czarną i piszcząco-warczącą masę. W końcu dziecko wstało i ostrożnie wyjrzało z pokoju na schody.
- Wujek, mama zaraz będzie, a wiesz, że ona nie lubi, jak jest futro na dywanie. Będzie draka, jak się dowie, że to ty się lenisz.
Jeżeli chodziło o porządek w mieszkaniu, to Andromeda Tonks stawała się niemal tak zasadnicza jak jej siostra Bellatriks w sprawie czystości krwi.
- Syriusz, myć ręce i do stołu – rozległo się wołanie z dołu. Czarodziej momentalnie zmienił postać i zbiegł, przeskakując po dwa schodki do salonu.
- Wujek, wujek przyjechał! Najfajniejszy wujek! - piszczała dziewczynka, skacząc wokół stołu.
- Andromedo, witam szanowna kuzynkę, a to dla najważniejszej z naszego rodu – odwrócił się w kierunku dziewczynki, przez chwilę szukał czegoś w kieszeni, po czym wyjął z niej garść błękitnobiałych kwiatów, które wystrzeliły w powietrze, wirując jak płatki śniegu.
Dziecko zapiszczało radośnie i zaczęło wyłapywać płatki, które pękały jak bańki mydlane. W pokoju czekali już pozostali goście; Frank Longbottom czytał Proroka, a Lily Evans wraz z Tedem Tonksem grała w mugolskie szachy.
Rodzina państwa Tonks była zdecydowanie jedną z dwóch magicznych rodzin, gdzie czuła się najlepiej. Małżonkowie zawsze okazywali sobie ciepło, którego czasem brakowało w jej domu, mimo że ich życie na styku świata mugoli i czarodziejów nie było wcale łatwe.
- Dobrze, siadajcie do stołu. Przygotowałam pudding. Myślę, że za godzinę możemy ruszać w drogę.
- Ty też popierasz ten szalony pomysł? - odezwał się Frank znad gazety. - Myślałem, że wybijesz im to raczej z głowy.
Poprosili Franka o pomoc, ponieważ Lily trudno w tej sytuacji było przebywać z Jamesem, a Frank stanowił doskonałą mieszankę zdrowego rozsądku i skuteczności bojowej.
- To wcale nie jest głupi pomysł. Wszyscy będą na weselu. Mogli nas wydziedziczyć, ale wszystkie zabezpieczenia domu opierają się na magii krwi. Jeżeli będziemy chodzić parami, nic nam nie grozi, ja i Syriusz jesteśmy Blackami i zarówno skrzaty, jak i dom będą nas słuchać. Regulus to jedna sprawa, a druga, że chętnie powęszę po starych kątach.
Zjedli wczesny obiad i przygotowali się do teleportacji. Syriusz miał chodzić w parze z Lily, a Frank z Andromedą.
- Alohomora! - Andromeda stuknęła różdżką w drzwi, które od razu otworzyły się, rozpoznając prawowitego mieszkańca domu.
Weszli do środka i tuż za progiem pani Tonks zrobiła ruch różdżką nad całą ich czwórką.
- Jestem krwi i prawa tego domu – powiedziała głośno. - A ci, którzy ze mną przychodzą, niech zaznają jego gościny i niech nie spotka ich żadna krzywda.
- To powinno zdjąć klątwy, ale i tak trzymajcie się blisko. Głupi ci czarodzieje czystej krwi. Żadne starożytne zabezpieczenia nie przewidują, że można mieć swoją familię głęboko gdzieś.
- My bierzemy pokoje mój i młodego – powiedział Black – a wy z Frankiem resztę domu. Jakby co, to krzyczcie.
Lily patrzyła na Syriusza, który szedł lekko, jakby całe to miejsce, w którym się wychował, nie budziło w nim żadnych emocji. Wszystko było równie ekscytujące jak nocny spacer po Hogwarcie. Sama nigdy jeszcze nie była w takim domu, który stanowił skrzyżowanie sklepu z artefaktami czarnomagicznymi i domu, w którym za wszelką cenę chciano pokazać swój status.
Znacznie bardziej spięta niż Black była Andromeda, która chociaż nie podzielała obsesji czystej krwi, to przez długi czas nie buntowała się i rodzina Blacków była jej bliska. Dopiero, kiedy poznała Teda, poczuła, że miłość jest warta, żeby zapłacić jej cenę. Zgodziła się na tę szaloną wyprawę między innymi po to, żeby po raz ostatni pożegnać się z domem.
- Uważajcie na skrzaty – szepnął Syriusz.
- Słyszałam, że są na prawach domu i nic nam nie mogą zrobić – odpowiedziała Lily.
- Niby nie, ale one są sprytne i znajdą jakiś sposób, żeby ich zawiadomić.
W pokoju Regulusa Blacka panował idealny porządek. Przejrzeli książki, biurko i wszystkie zakamarki, jakie przyszły im do głowy, ale nie znaleźli zupełnie nic ciekawego. Nie było nawet śladów zainteresowania czarną magią. W swoim dawnym pokoju Syriusz uśmiechnął się, widząc, że wszystko zostawili tak, jak kiedy był tu po raz ostatni. Do tapety przypięto szpilkami zdjęcia drużyny qudditcha, a ubrania w szafie były porozrzucane w sposób, który sugerował bardzo pośpieszne pakowanie.
- Miałem skrytkę. Na pewno jej nie wyhaczyli, pokażę ci. – Syriusz odsunął dywan i zrobił ruch różdżką nad podłogą.
Kontury na deskach zamigotały, pokazując skrytkę i czarodziej mógł podnieść wycięte deski.
- Jasna cholera – zaklął Syriusz, wyjmując ze środka płócienny worek. W środku były jakieś książki i notatki. - To nie moje.
- Daj, przejrzę – wtrąciła się Lily, ale przerwał jej krzyk z korytarza i po chwili do pokoju wpadła Andromeda z Frankiem.
- Lily! Masz coś leczącego? Jakiś eliksir czy coś.
Kobieta wpakowała płócienny worek ze skrytki do torby. Wkurzało ją, że ludzie traktowali warzycieli jak przenośny skład apteczny, który na pewno w każdej okoliczności ma odpowiedni eliksir. Od eliksiru na kaca, przez awaryjną antykoncepcję, aż po wszelkie wypadki i urazy.
- Coś się znajdzie, a co się stało?
- W kuchni spotkałam Zgrzybkę, starą skrzatkę. Powiedziała mi, że Stworek, drugi skrzat, leży już kilka tygodni w bardzo złym stanie. Stara próbowała na niego wylać wrzątek, żeby zapędzić go do pracy, jest poparzony, ale ciągle nie może wstać. Pomyślałam, że jakiś eliksir Lily mógłby pomóc.
Syriusz teatralnie przewrócił oczami.
- Andromedo, litości, nich sobie leży. Tym lepiej dla nas. To najwierniejszy pies mojej matki, dlaczego miałbym mu pomagać?
Czarownica pogroziła Syriuszowi różdżką.
- Po pierwsze, jak odzywasz się do starszej kuzynki? Po drugie, trochę szacunku do kogoś, kto podcierał ci zadek, gówniarzu, a tym dokładnie zajmował się Stworek. A po trzecie, Zgrzybka powiedziała, że jest w takim stanie od kiedy w nocy teleportował się z paniczem Regulusem. Więc może się ruszycie, co?
Pobiegli do kuchni i dalej za skrzatką do spiżarni i przez wąskie korytarze do miejsc, do których nie chodzili w ogóle czarodzieje. Frank najwyższy z ich czwórki musiał iść prawie zgięty w pół, co chwila uderzając o coś głową. Na przedzie szła Zgrzybka, bijąc się po głowie przez wyrzuty sumienia, że chyba jednak robi coś niestosownego, wpuszczając w te miejsca czarodziejów i to w dodatku wyklętych przez jej panią. Wydawało im się, że opuścili dom i schodzą ciasnymi korytarzami w głąb jaskini, gdzie śmierdziało stęchlizną i resztkami jedzenia. W końcu dotarli do małego pomieszczenia, gdzie na pudełkach wyłożonych brudnymi szmatami leżały skrzaty. Widząc ich, jeden z nich uciekł w jakąś szczelinę.
- To tutaj, panienko Andromedo - skrzatka wskazała na zawiniątko, z którego wystawały chude małe stopy.
- Gdzie jest mój brat, wszarzu? - Syriusz butem trącił stworzenie, które wydało z siebie cichy jęk.
Lily odepchnęła go, kucnęła i wyjęła z torby eliksir. Nie miała pewności, jak podziała na skrzaty, czy powinna zmniejszyć dawkę, czy może ją zwiększyć? Stworek był blady i skurczony, wydawało im się, że śpi i męczą go niespokojne sny.
- Przeklęci zdrajcy krwi. Głupi, głupi, pani nie może się o tym dowiedzieć, wstyd, wstyd – pojękiwał, ale nie otworzył oczu.
Czarownica wlała mu do ust kilka kropel eliksiru i podniosła jak dużego kota.
- Nie wiem, na ile mu to pomoże, ale jest szansa. Możecie na razie dać mu jakąś lepszą szmatę za posłanie, bo ta strasznie śmierdzi. Chyba się zeszczał.
Syriusz skrzywił się, ale Andromeda znalazła kawałek czystszego ręcznika i chciała ułożyć z niego nowe legowisko. Kiedy podniosła śmierdzącą szmatę, na ziemię upadły jakieś przedmioty. Syriusz od razu rozpoznał jeden z nich.
- Cholera jasna, różdżka mojego brata! Gadaj skąd ją masz! - Czarodziej zaczął szarpać nieprzytomnego skrzata, ale w tej samej chwili w domu rozległo się wycie.
- Jeden z tych wszarzy musiał jednak jakoś uruchomić alarm. Jak zaraz się nie zmyjemy, będziemy atrakcją specjalną na ślubie państwa Malfoy - warknął Black. - Szybko.
Lily odłożyła skrzata i jednym ruchem ręki spakowała różdżkę Regulusa i jakiś medalion, który wypadł razem z nią.
Biegli tym samym korytarzem, teraz już bez przewodnika, modląc się, żeby nie zgubić drogi. Kiedy dotarli do holu, wszystkie postacie na portretach były poruszone, krzyczały, pokazywały ich palcami. Wycie było słychać głośniej, tak jakby wypuszczono na nich co najmniej kilka wilkołaków, nie mieli jednak czasu się nad tym zastanawiać, biegnąc w kierunku wyjścia. Tuż za drzwiami będą się mogli teleportować, ale z domu nie było innej ucieczki jak tylko ta, którą weszli. Przed drzwiami zatrzymali się gwałtownie. Stała przed nimi kobieta w długich, jasnych włosach i stroju sprzed co najmniej ośmiuset lat, trzymająca w rękach długi miecz. Lily przez chwilę wydawało się, że postać jest duchem, ale jej ciało, chociaż dziwnie nierzeczywiste, było całkowicie materialne.
- Zostałam wezwana, aby chronić – powiedziała głuchym głosem.
Frank wyciągnął różdżkę i odsunął Lily krok do tyłu.
- Merlinie, to Strażniczka. Kiedyś budując magiczne domy, zakopywano żywcem osobę w progu, aby na wezwanie powstawała, żeby go bronić.
- Przesuńcie się – Andromeda z różdżką podeszła w kierunku zjawy. - Odejdź, rozkazuję ci!
Widmo zaśmiało się, ukazując poczerniałe trupie zęby.
- Masz krew, ale straciłaś imię. Nie masz władzy nade mną.
I wtedy Lily zobaczyła coś, czego się nie spodziewała. Do przodu wystąpił Syriusz, ale to nie był Syriusz, jakiego znała. Zniknęła gdzieś wesołość i łobuzerskie spojrzenie w oczach, trzymał się prosto i nawet w mugolskich jeansach i tweedowym żakiecie wyglądał arystokratycznie.
- Jestem Syriusz z rodu Blacków, syn Oriona, pan tego domu. Prawem krwi przodków, którzy zabrali twoje życie, rozkazuje ci odejdź. - Zanim zjawa zdążyła odpowiedzieć, zrobił ruch różdżką i krzyknął – Alohomora!
Drzwi rozwarły się z trzaskiem i wypadli na ulicę dokładnie w momencie, kiedy przed domem, nie dalej jak dwa metry od nich, teleportowało się trzech mężczyzna. Syriuszowi wydawało się, że poznał w nich jakichś dalekich krewnych, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać, bo poczuł znajome skręcanie wokół pępka i po chwili pojawił się w salonie Andromedy Tonks.

***
Włosy dziewczynki były szare i doskonale wtapiały się w kolor wykładziny, którą obito schody. Zazwyczaj udawało jej się ukryć przed ojcem lub koleżankami, ale przed bystrym wzrokiem matki trudno było się schować.
- Nimfadoro! Zaraz do pokoju marsz i nie podsłuchiwać, jak dorośli rozmawiają. Zrobię nam jeszcze herbaty, dobrze?
Przy stole siedzieli w piątkę; Andromeda, jej mąż Ted, Syriusz, Lily i Frank Longbottom. Na stole obok filiżanek rozłożono medalion, różdżkę Regulusa, trochę notatek i książek.
- Dobra, to podsumujmy, co mamy – zaczęła Lily. - Regulus należał do śmierciożerców.
- Urocze. Naprawdę nie musisz nam tego przypominać – wtrącił Syriusz.
- Od jakiegoś czasu interesował się czymś, co za wszelka cenę starał się ukryć - kontynuowała Lily. - Potem teleportował się gdzieś z tym waszym skrzatem i już nie wrócił. Stworek, czy jak mu tam, wrócił dość pokiereszowany w dodatku z różdżką swojego pana. Nic nie powiedział twoim rodzicom. Dziwnie to wygląda.
- Jak dla mnie to, czym zajmują się śmierciożercy, to sprawa Zakonu – powiedział Frank, dolewając sobie herbaty. - Powinniśmy zawiadomić Dumbledore’a.
Syriusz pokręcił głową i spojrzał na Andromedę.
- To sprawa Blacków. Lily, jesteś w stanie odtworzyć ostatnie zaklęcie, a jeżeli to była teleportacja to miejsce?
- Tak i nie. Mogę wam wyciągnąć je z różdżki i przekazać na przykład na twoją. Ale póki tam się nie przeniesiesz, to nie powiem ci, co to za miejsce.
- To do dzieła, trzeba zobaczyć, gdzie to jest – mężczyzna wstał i wyciągnął różdżkę.
- To szaleństwo! - zaprotestował Frank.
- Tylko się rozejrzę. Żadnych głupot, słowo.
Wszyscy w czwórkę spojrzeli na niego z powątpiewaniem.
- Dobra – powiedział Frank. - To lecę z tobą. Tylko się rozejrzymy i wracamy. A wy tymczasem zafiukajcie po Dumbledore’a, niech zerknie na te rzeczy. Powinniśmy wrócić najdalej za kwadrans.
Lily Evans ostrożnie zdjęła namiar na ostatnią lokalizację z różdżki, przekazała ją na różdżkę Syriusza i po chwili obaj czarodzieje z cichym trzaskiem zniknęli z salonu pani Tonks.

Pierwszy kwadrans minął im szybko. W czasie trwania drugiego Lily i Andromeda co chwilę patrzyły na zegar nad kominkiem, a po pół godzinie trudno im było usiedzieć w miejscu.
- Już powinni tu być. Albus też – stwierdziła Lily.
Kolejne minuty wlekły się w nieskończoność. Nie pomogła nawet partia szachów, w czasie której Teddy Tonks dał Lily mata w ośmiu ruchach.
- No Merlinie, ile to może trwać, już dawno powinni tu być. Zresztą zaraz pewnie będą, Lily wyglądasz jakoś blado, weź sobie może jakiś eliksir uspokajający, masz coś, czy zrobić ci melisy?
- Mam u góry w pokoju Dory swoją torebkę. Schowam też te rzeczy – czarownica wzięła różdżkę Regulusa i resztę znalezionych przedmiotów.

W salonie słuchać było ciche tykanie zegara, sekunda po sekundzie. Andromeda starała się zachować spokój i wyszywać, ale kiedy po kolejnym kwadransie nie było ani Lily, ani Syriusza i Franka zaczęła się niepokoić.
- Gdzie ona tak długo jest?- zapytała męża.
Chciała wstać i iść do góry, ale w tej samej chwili z kominka wyszedł Albus Dumbledore. Nie zdążył jednak nawet się przywitać, kiedy rozległ się trzask aportacji i w pokoju pojawił się Frank Longbottom. Resztkami sił podtrzymywał dwie postacie; jedna z nich była ewidentnie martwa, z wypaloną dziurą w sercu, druga zdawała się być tylko nieprzytomna. Na schodach rozległ się szybki tupot małych stóp. Dziewczynka przeskakiwała po dwa schodki.
- Mamo, mamo – krzyczała. - W moim pokoju leży ciocia Lily i nie mogę jej obudzić, jest cała biała.

***
- Czy ona nas słyszy?

Opowiedz mi, jakie jest twoje prywatne piekło, słodka mała Lily?
Filiżanka stoi na krawędzi stołu, zaraz spadnie i rozbije się na tysiąc kawałków, których nie naprawisz swoimi czarami. Nieodwracalne. Zepsute. Rozbite.
Jak smakuje twój strach, kiedy chowasz głowę pod kołdrą i zaciskasz palce na ramionach? Święta panna Evans, nie musisz się wstydzić, znam twoje serce do samego końca. Małe śmieszne grzeszki pensjonarki, głupia mała Petunia płacze, kiedy pakujesz walizkę, ale już nie poda ci ręki, kiedy wrócisz za rok. Nieodwracalne. Niewybaczalne.
„Przepraszam.”„Oszczędź sobie płuc.” O tak, moja słodka Lily, jesteś taka dumna, taka stanowcza, taka prawa. I chociaż będziesz oglądać się za siebie, nie będzie już kolejnego „przepraszam”.
Trzask, filiżanka już spada. Nie zdołasz jej złapać.
Bądź szczęśliwy, Jim. Jesteś taka uczciwa, ale on nie będzie szczęśliwy, wiesz o tym. Zeżarłaś już jego serce, a teraz wypluwasz resztki i mówisz „przepraszam”. Moja słodka Lily, ty jesteś zawsze uprzejma.
Zbierasz skorupy pod stołem i kaleczysz palce. I nic nie zdołasz zatrzymać, ocalić. Nieodwracalne. Niewybaczalne.

- Bardzo możliwe, ale teraz przebywa w zupełnie innym świecie. Tak długo jak sama się nie zdecyduje, nie możemy nic zrobić. Damy znać, kiedy się obudzi, ale to może być równie dobrze jutro, jak i za kilka lat.


Lily Evans leżała w szpitalu św. Munga przez cztery dni, zanim w końcu się obudziła, ale nawet wtedy nie powiedziała ani słowa. Patrzyła w ścianę i wiedziała, że niczego nie zdoła zatrzymać ani ocalić. Zdawało jej się, że jej palce są pokrwawione od rozbitego szkła.
Nie zareagowała nawet, kiedy do pokoju wpadł Remus Lupin z wielkim bukietem błękitnych irysów. Czarodziej próbował jej coś powiedzieć, ale kiedy nie odpowiadała, zabrał kwiaty i wyszedł z pokoju. Wrócił po chwili z mugolskim wózkiem inwalidzkim i kocem.
- Jedziemy na przejażdżkę, już – powiedział cicho.
Ostrożnie pomógł jej usiąść na wózku i przykrył jej chude nogi kocem. Było ciepło, ale kobieta była w krótkiej szpitalnej koszuli i tak wydawało mu się bardziej stosownie.
- Dobra, to jedziemy. Trzeba cię stąd porwać, bo nam z Lily wariatkę zrobią. Szkoda, że nie mamy jimowej pelerynki, ale trudno. Trzymaj się młoda, przyśpieszamy.
Czarodziej rozpędził się i przejechał koło pulchnej blond recepcjonistki, czytającej Żonglera. Obok niej, w wazonie stał przepiękny bukiet irysów.
- Nie wolno wychodzić bez wypisu, ale dokonałem małego przekupstwa, nakłamałem, że na chwilkę, a teraz wiejemy. Pamiętasz, jak uciekaliśmy ze szlabanów w astronomicznej? Dobra, teraz będzie trochę trudno, bo nie wiem, jak z tym cholerstwem się teleportować, więc trzeba będzie przejść na mugolską stronę do Purge & Dowse i dalej metrem. Najdalej za godzinkę będziemy w domu.
Lily Evans ciągle nie odpowiadała, kiedy jechali ulicami, i ciepłe lipcowe słońce świeciło jej w oczy, ale Remus zauważył, że prawie niezauważalnie się uśmiechnęła. Od ostatniej stacji metra musieli jeszcze iść przez dwadzieścia minut wśród szeregowych domów z ogrodem, aż trafili do domu państwa Lupin.
- Mamo! - Remus krzyknął w drzwiach. - Jest sierotka do odratowania, czyli to, co lubisz najbardziej.
Hope Lupin odgarnęła z twarzy kręcone włosy i zgasiła papierosa.
- Święci pańscy, czerwony kapturek normalnie. – Remus dopiero teraz zauważył, że koc, którym przykrył Lily, był czerwony. - Gdzie wyście tak dziewczynę zmarnowali? Lyall! Gości mamy, weź coś zapuść. A ty postaw ją w ogrodzie i daj jej spokój. Dziewczynie potrzebne jest słońce i saksofon Johna Coltrane'a.
Po schodach zbiegł wysoki, potężnie zbudowany czarodziej, przywitał się i zaczął kręcić coś przy adapterze. W pokoju stały dwa gramofony i magnetofon szpulowy, zresztą dokładnie taki sam, jaki miał w domu na Nokturnie.
Chociaż ojciec Remusa był czarodziejem, to państwo Lupin, w przeciwieństwie do Tonksów, zdecydowali się zamieszkać po stronie mugolskiej. Lyall Lupin był saksofonistą i - jak twierdziła matka Remusa - prawdziwym czarodziejem saksofonu. Utrzymywali się z koncertów, jakie dawał dwa razy w tygodniu w barach niedaleko Tamizy. Matka z kolei zajmował się swoim ogrodem i była dla całej dzielnicy kimś w rodzaju instytucji od porad sercowo-ogrodniczych. Hope Lupin robiła w tygielku kawę, zapalała papierosa, zamieniała się w słuch, a kiedy odpowiadała, zawsze miała coś sensownego do powiedzenia.
- Remus, przestaw dziewczynę w cień trochę, bo się spiecze na twarzy. Nie będę jej nalewała obiadu, przecież widać, że do niczego się nie nadaje.
Dom państwa Lupin był drugą ulubioną rodziną Lily, chociaż w niczym nie przypomniał uporządkowanego i nieco mieszczańskiego mieszkania państwa Tonks. Tu panował nieopisany chaos, na półkach, aż do sufitu poupychano książki i płyty winylowe, a na tyłach domu od kwietnia do października kwitł, odrobinę tylko wspomagany magią, ogród. Takie ingerencje pośrodku świata mugoli nie były w zasadzie do końca legalne, ale w razie czego Lyall wolał mieć do czynienia z Ministerstwem Magii niż z małżonką, której przymarzły kwiatki albo nie rozkwitł jakiś tropikalny gatunek byliny.
Po południu matka wzięła Remusa do marketu ogrodniczego, bo - jak stwierdziła - akurat dziś mieli promocje. Nie dało jej się tego wybić z głowy.
- Wiem, co robię. Zostaw z nią ojca. Niech jej trochę pogra, wiesz, że jak ktoś się kręci po domu, to on będzie siedzieć i się nie odezwie. A tak ona milczy, on jej pogra, może potem nawet pogadają. Obu im to na dobre wyjdzie. Znam twojego ojca od dwudziestu pięciu lat i ona jest teraz dokładnie na jego poziomie komunikatywności.
Kupili dwadzieścia cebulek czegoś, czego Remus nie potrafił wymówić, a potem przez dwie godziny szukali odpowiednich rozmiarów szpadli ogrodowych. Kiedy wrócili do domu, było już po siedemnastej. Lily ciągle bosa w fartuchu, Hope Lupin zmywała naczynia, a Lyall opowiadał coś, pokazując jedną ze swoich najcenniejszych płyt. Wieczór spędzili w czwórkę, nie poruszając tematu tego, co miało miejsce w domu państwa Black i dopiero po północy Remus miał okazję porozmawiać spokojnie z Lily. Siedzieli na leżakach w ogrodzie pani Hope przykryci kocami i słuchali dobiegającej z domu Take Five w wykonaniu Carmen McRae. Duszący zapach berberysu ledwie pozwalał swobodnie oddychać.
- Syriusz Cały? - zapytała w końcu.
- Cały. Co tam było, Lily? - odezwał się Remus, dolewając kobiecie drugą szklankę whisky.
Milczała przez chwilę.
- Coś obrzydliwego – mówiła cichym, urywanym głosem. - Coś, co znało mnie dobrze, to było jak odłamek diablego lustra z Królowej Śniegu, pamiętasz to? Czarna magia. Zresztą nie zrozumiesz tego, Remmy.
Mężczyzna zaśmiał się cicho.
- Czyżby? Nie zrozumiem? Dobra, jestem trochę wstawiany, możemy pogadać szczerze, czemu nie. Powiedz, co o mnie sądzisz? Jak mnie widzisz, Lily?
- Ty? To tak trudno powiedzieć – zamyśliła się. - Jesteś dobrym człowiekiem i przyjacielem. Trochę za dobrym czasami, chwilami powinieneś umieć się odgryźć. Nie podoba mi się, jak dajesz się traktować laskom. Wiem, nie moja sprawa, ale pytałeś.
Remus Lupin przez chwilę milczał z twarzą schowaną w dłoniach, a potem wychylił duszkiem szklankę alkoholu.
- Merlinie, jakie pieprzenie, Lily. Ja cały, do szpiku kości jestem cholerną czarną magią. Dokładnie tym, co tam spotkałaś, chociaż może w innej odsłonie. Brzydzę się samego siebie. Tego, co siedzi w mojej głowie. Nie tylko wtedy, jak w czasie pełni się przemieniam, ale on cały czas tam jest i czeka. Ty wiesz, że jakaś część mnie chce cię zeżreć, zabić i zjeść. Czuję twój zapach, kiedy masz okres, kiedy zmieniasz perfumy, robię nam kawę i coś w mojej głowie chce zjeść twoje mięso. Więc nie mów mi, że jestem miły i dobry i nie zrozumiem, co tam spotkałaś. Ja mógłbym uczyć, kurwa, obrony przed czarną magią za samo nazwisko. Nie mówiłem ci, jak to było, jak mnie ugryzł, co?
Lily kiwnęła przecząco głową i napełniła im szklanki.
- Ojciec nienawidził wilkołaków. Uważał, że wszystkie powinno się eksterminować. Miał z tego powodu jakiś zatarg z tym skurwysynem Greybeckiem. Kiedy przyszedł w nocy, ojca akurat nie było, matka próbowała mnie uratować, ale ją odepchnął i użarł mnie w twarz. Chyba po to, żebym pamiętał, patrząc na blizny. Ojciec, kiedy się dowiedział, zaczął pić. Nie bił nas ani nic takiego, puszczał tylko swoją muzykę i pił do nieprzytomności, a kiedy się budził, zaczynał od nowa. Przez pierwsze lata w czasie pełni zamykali mnie w piwnicy, ale kiedy mając siedem lat, prawie nie pogryzłem Mayi, mojej siostry musieli mnie odsyłać. Nie wiedziałaś, że mam siostrę? No tak, nie mówiłem ci. Ja dostałem od ojca magię, ona muzykę. Studiuje teraz w Wiedniu wiolonczelę i robi wszystko, żeby spotykać mnie jak najrzadziej. Byłem zamknięty i darłem się tam na dole, a ona nie rozumiała, co się dzieje i zlazła, żeby mnie uwolnić. Na kilka minut przed przemianą, cholera jasna. Wiesz, jak wygląda taki mały wilkołaczek? Taka pokraczna małpa z paszczą jak u rekina. Matka strzeliła mnie po twarzy i zdążyła wyciągnąć młodą, ale ona dalej się mnie boi. Mniejsza z tym. W każdym razie ojciec chlał, Maya krzyczała na mój widok, a matka biegała pomiędzy nami, starając się zarabiać jakoś na utrzymanie i sprawić, żebyśmy się wzajemnie nie pozabijali. A ja milczałem, czując, jak to coś rośnie we mnie jak pasożyt i licząc dni do każdej pełni. Wytrzymałem tak cztery lata i w końcu powiedziałem dość. Ten głos w głowie, że wszystko spieprzyłeś, że bez ciebie byłoby im lepiej, w końcu wygrał. Miałem dziewięć lat i chciałem się powiesić. Wiesz, dla dzieciaka, dla chłopaka to ważne, żeby nie zeżreć jakichś eliksirów jak baba. Z braku różdżki i broni palnej powiesiłem się na pasku ojca. Tylko że byłem, kurwa, dość lekki, poza tym organizm wilkołaka jest silniejszy, więc tylko straciłem przytomność i matka zdążyła mnie znaleźć i odwiesić. Od tego dnia ojciec nie wypił ani kropli. Czujesz to? Saksofonista na trzeźwo.
Milczeli oboje i po dłuższej chwili Remus kontynuował.
- Mówiłaś, że nie podoba ci się, jak mi się układa z kobietami, Lily. A może mi tak pasuje. Tak jest bezpiecznie. Łatwiej się nie angażować, niż coś spieprzyć. Seks tak, sen nie. Bez utarty świadomości. Może kiedyś znajdzie się ktoś, z kim będzie można zaryzykować, ale na razie robię wszystko, żeby to obejść.
- Łatwiej się nie angażować, niż coś spieprzyć – powtórzyła Lily cicho. – Coś w tym jest, Remus.
- A teraz żyję w miarę normalnie, mam przyjaciół, robotę od czasu do czasu, przychodzę do rodziców, nie jest źle. Z czarną magią chodzi o to, żeby rozpierdolić to, co można rozpierdolić, i olać to, czego rozpierdolić nie można. Z cyklu wykładów z obrony przed czarną magią profesora R. J. Lupina – wzniósł toast resztką alkoholu. - Jestem wilkołakiem i nim raczej pozostanę. Ale siedzę z tobą, gadamy, koniak jest zimny, a dziewczyny ciągle piękne i młode. Każdy ma swoje traumy, wcale nie tak wyjątkowe, żeby się nad nimi specjalnie rozwodzić. Nie wiem, co tam usłyszałaś w twojej głowie. Pewnie część tego jest prawdą, ale pamiętaj, że nie całą. I tylko to się liczy. Polej, Evans, bo szklanka jest już mniej niż do połowy pełna, a to niedobrze.



Podkład muzyczny do tego odcinka tu: https://www.youtube.com/watch?v=uEMzWuvUX44

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-VII

Postautor: labruja » 09.04.15, 15:37

VIII

Budynek, w którym mieścił się mugolski pub Dwie Skały, musiał mieć dobrze ponad trzysta lat, pachniało w nim starym drewnem, piwem i rybami. Kiedy Frank Longbottom aportował się na pobliskim wrzosowisku i wszedł do środka, Lily siedziała już przy stoliku z widokiem na morze. Z ich wiedzy wnikało, że w Gunwalloe nie mieszkali w tej chwili żadni czarodzieje i nie mieli pojęcia, dlaczego akurat to miejsce wybrał Dumbledore, żeby porozmawiać z nimi o wydarzeniach, które miały miejsce. Zamówili herbatę, a Frank dyskretnie rzucił zaklęcie wyciszające; pub był mugolski i pusty, ale dobre aurorskie nawyki kazały mieć się na baczności. Mało to jest nielicencjonowanych animagów na przykład?
- Cześć. Andromeda też już jest – powiedziała Lily na powitanie. - Poszła na spacer po plaży, wróci za jakieś pół godziny. Słyszałam, że wyszliście cało. Cieszę się.
Frank westchnął i wypił łyk herbaty. Kobieta nie pytała, co się stało podczas wyprawy z Syriuszem, ale czuł, że powinien jej powiedzieć.
- Słuchaj, Lily, to wyglądało całkiem niewinnie. Z początku. Wiesz, nie żaden mroczny zamek czy podejrzany dom. To była jaskinia, a w niej jezioro z małą wyspą pośrodku. Przy brzegu stała łódka i bez trudu się przedostaliśmy na środek jeziora. Do tamtej chwili wszystko wyglądało na bezpieczne. Na wysepce była… jakby ci to opisać, coś w rodzaju kamiennej misy, a w niej medalion. Taki sam jak znaleźliśmy przy tym skrzacie. Ciekawe, nie? Syriusz próbował go wyjąć, ale ktoś obłożył to cholerstwo dość silnymi zaklęciami. Ja chciałam wracać, Siri nie chciał o tym słyszeć, był jak pies, który złapał trop, znasz go. Próbowaliśmy kilku zaklęć, ale nic nie działało i wyglądało na to, że to był eliksir rozpaczy. Wiesz, co to jest?
- O wielka Hekate - syknęła kobieta. - Musieliście to cholerstwo wypić.
- Więc właśnie. Nie będę ci mówić, co się działo z Syriuszem i co mówił, bo to sprawa między nami. Tak czy inaczej, wyciągnęliśmy ten medalion. Teraz oba medaliony ma Dumbledore.
- Próbowałam otworzyć tamten z domu Blacków, nie udało się, więc nawiązałam z nim łączność przez różdżkę. Myślałam, że odtworzę zaklęcie, jakie na to rzucono, ale tam było… czy ja wiem, jakby coś żywego? Byłam potem u Munga, wiesz o tym pewnie.
Frank spojrzał na nią z dezaprobatą.
- Ja się zastanawiam, coś ty z Syriuszem robiła na obronie przed czarną magią. Macie oboje więcej szczęścia niż rozumu. Naucz się nie wsadzać wszędzie różdżki, proszę. Tak czy inaczej, mieliśmy już wracać, kiedy na nas wylazły. Myślałem, że to jakieś stwory morskie czy coś, dopiero po chwili zauważyłem, że dość przypominają ludzi. Inferiusy, ożywione ciała. Wiesz, jak w mugolskiem horrorze. Nawet nie wiedziałem, że one naprawdę istnieją i nie tylko straszą nimi piątorocznych na obronie. Syriusz był dość osłabiony, ale on zawsze nieźle się bije, więc pewnie dalibyśmy radę, gdyby nie pojawił się Regulus, a w zasadzie to, co z niego zostało. Problem w tym, że Black po tym eliksirze nie wszystko postrzegał jak trzeba i zaczął gadać coś do brata, wyzywać, krzyczeć, a on już nic nie słyszał ani nie czuł, chciał tylko Syriusza wciągnąć pod wodę. Zaczęli się szarpać i temu stworzeniu udało się podtopić troszkę Łapę. Chciałem go uwolnić, ale krzyczał, że gówniarz ma wracać do domu i on mu wybije z głowy bycie śmerciojadem. Black go trzymał, a tamten wchodził pod wodę. Co miałem robić, nie będę się szarpać z oboma, walnąłem zaklęciem spalającym w serce inferiusa. Nie wiedziałem, czy zadziała, ale raz, to przeciwstawny żywioł, a dwa, że zazwyczaj zaklęcie ożywiające siedzi właśnie w sercu. Pomogło. Na jeziorze było zaklęcie antyteleporatcyjne, więc potem trzeba się było przedostać łódką z nimi dwoma przez jezioro inferiusów, co było dość czasochłonne.

Lily nie mogła wyjść z podziwu dla spokoju Franka i jego sposobu opowiadania o akcjach tak, jakby chodziło o skoszenie trawnika. W Zakonie śmiali się z niego, że kiedyś przyjdzie do domu i z niewinną miną ogłosi Alicji „kochanie, właśnie zabiłem Sama-Wiesz-Kogo". Po chwili wróciła Andromeda z bukietem polnych kwiatów i Lily stwierdziła, że musiała już wcześniej rozmawiać z Frankiem, bo nie dopytywała o szczegóły tamtego wypadu. Ubrana była w czarną sukienkę spiętą pod szyją srebrną broszką, w której niepokojąco przypominała swoją siostrę, Bellatrix. Usiedli i po chwili zobaczyli, jak od strony wrzosowiska zbliżają się kolejne dwie postacie.

- Po pierwsze moi mili - zaczął Dumbledore, kiedy już wszyscy siedzieli przy stoliku - po pierwsze to Gryffindor traci sto punktów za głupotę. Pójść tam samemu, nawet bez konsultacji?! Dom Blacków to jedno, tak, Andromedo, Slytherinowi też należy się szlaban. Ale żeby teleportować się w nieznane miejsce, z którego nie wrócił inny czarodziej?!
Czterech dorosłych czarodziejów pochyliło w milczeniu głowy, jakby mieli nie więcej niż dwanaście lat.
- To, co zrobiliście, było całkowicie nieodpowiedzialne, ale też, co przyznaję z trudem, jest to coś, czego znaczenia nie można przecenić. Nie rozumiem jeszcze wszystkiego, zresztą nie jest bezpiecznie mówić o tym na głos, ale to może być krok w kierunku wygrania tej wojny. Konieczne jest jednak, żeby to, co się wydarzyło, pozostało tajemnicą. Nigdy i pod żadnym pozorem nie wolno wam o tym z nikim rozmawiać. To, co odkrył Regulus...
- Mój brat odkrył coś tak ohydnego, że go to zabiło. Brudne sprawki jego pana, tyle że zbyt potężne na jego słabą głowę.
- Regulus zdradził Voldemorta, Syriuszu – przerwał mu dyrektor. - I zrobił więcej niż ktokolwiek inny, żeby go pokonać.
Przy stole zapadło absolutne milczenie.
- Niestety, nie wszystkie jego notatki są dla mnie jasne, ale możemy iść tropem, który nam wyznaczył. Dlatego tym ważniejsze jest, aby nikt się o tym nie dowiedział, więc dla wielu z nas Regulus Black musi pozostać zdrajcą. Nie wystawimy mu pomnika, na którym mu zresztą chyba nie zależało, ale możemy zrobić coś innego. Prosiłem, żebyście tu dziś przyjechali, nie tylko dlatego, że to całkiem przyjemna miejscowość i dają tu wyśmienitą baraninę. Wiele lat temu na jednaj z plaż niedaleko stąd straciłem kogoś bliskiego i ten ktoś jest pochowany właśnie tutaj. Pomyślałem, że jeżeli mamy chować Regulusa w nieoznakowanym miejscu to przynajmniej w dobrym towarzystwie.
- Ale to infe… - wtrącił czarodziej.
- Już nie, Frank. Oczyściłem ciało.

Wyszli z pubu i kierowali się wąską, piaszczystą drogą, wijącą się wzdłuż morza, w kierunku przeciwnym do wioski. Był porywisty wiatr i Lily poczuła, jak spadają na nią pierwsze krople deszczu. Otuliła się szczelnie chustą i patrząc pod nogi, szła razem z innymi. Na szczycie pobliskiego wzgórza zobaczyli stary cmentarz, a na nim olbrzymią postać Hagrida, trzymającego na rękach coś, co z daleka wyglądało jak szmaciana lalka, a z bliska okazało się postacią owiniętą w całun. Czarodziej stał obok otwartego grobu, na którym widniały tylko daty 1885- 1899 oraz imię Ariana, i Lily pomyślała, że nie wiedzą o Albusie naprawdę wielu rzeczy. Ciało, które trzymał Hagrid, było owinięte w płótno, na którym namalowano runy. Frank rozpoznał je i zrozumiał, że zrobiono rzeczywiście wszystko, żeby zmyć z Regulusa zaklęcia, które go skalały. Wyjęli różdżki i, zgodnie ze zwyczajem, wszyscy razem ostrożnie przelewitowali ciało czarodzieja do grobu. Przez cały czas nikt z nich nie powiedział ani słowa, tak jakby jedna krótka informacja, że Regulus Black był po ich stronie, zmieniła wszystko. Wojna znieczuliła ich na śmierć, chcieli zdobyć informacje o Czarnym Panu, a okazało się, że przyszło im żegnać jednego ze swoich. Andromeda wrzuciła do grobu kwiaty, a potem każde z nich po kolei wsypało garść ziemi. Przerwali milczenie dopiero kiedy wrócili do Dwóch Skał i zamówili pożywny obiad, ale nawet wtedy nie mieli ochoty na patetyczne przemowy.

Po jakimś czasie, kiedy w pomieszczeniu zostali już tylko Frank i Lily, usłyszeli zza okna serię potężnych eksplozji. Longbottom pierwszy chwycił za różdżkę i wybiegł za drzwi zobaczyć, co się dzieje, a kiedy po kilku minutach wrócił, rozległ się kolejny huk, tym razem słabszy i stłumiony, jakby dobiegał zza bariery.
- Syriuszowi odbiło – powiedział zdyszany od progu. - Lily, weź z nim pogadaj, bo za chwilę w całej Kornwalii nie zostanie jeden cały kamień. Jak ciebie nie posłucha, to trzeba będzie go jakoś unieszkodliwić. Założyłem na teren ochronę, więc nie mamy od razu mugoli na głowie, ale on musi przystopować.
Czarownica pobiegła w stronę wrzosowiska nieopodal cmentarza, skąd rozlegały się hałasy. Tak jak mówił Frank, Syriusz Black rzucał wokół siebie zaklęcia eksplodujące.
- Confringo! Kurwa!
- Uspokój się, Black. Pamiętasz, co Albus mówił o dyskrecji? Chcesz się znaleźć w jutrzejszym Proroku?
Czarodziej opuścił różdżkę i spojrzał jej prosto w oczy.
- Dlaczego, Lily? Kurwa, dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego ten gnojek do mnie nie przyszedł? Dlaczego nie powiedział, że zmądrzał, że ma jakiś plan? Razem byśmy zdobyli ten medalion, czy co tam było. Rozumiesz? Dwaj bracia Black przeciwko Sama-Wiesz-Komu. Kurwa, Lily, dlaczego musiał iść tam sam?
Kobieta spoważniała.
- Naprawdę, Syriuszu? Pomógłbyś mu? A pamiętasz, że nie interesowało cię, co ten mały ślizgoński gnojek robił? Powiedz mi, kiedy z nim ostatnio gadałeś? Tak więcej niż dwa zdania.
Czarodziej milczał przez chwilę.
- W czwartej klasie jakoś. Mojej czwartej klasie.
- Syriuszu, on nie mógł do nas przyjść i to też jest nasza wina. Co? Mam cię teraz przytulić, jest ci smutno? Nie pomyślałeś, że my też odcięliśmy się od tych, którzy byli w Slytherinie?
Lily spojrzała na Syriusza, który z rozczochranymi od wiatru włosami wyglądał jakoś chłopięco, bezradnie i smutno, i pomyślała, że chyba była dla niego za ostra.
- To już było, Syri, i nie ma co się tym zadręczać. Teraz można nie zepsuć tego, co zrobił i kontynuować to. Bracia Black zrobią coś razem nawet ponad śmiercią. Przynajmniej tyle, nie?
Czarownica wzięła przyjaciela za rękę i poprowadziła go w kierunku Dwóch Skał. W środku siedzieli Andromeda i Frank. Czarodziej zdjął ze ściany mugolską gitarę i nieco nieporadnie układając palce do wyuczonych chwytów, zaczął śpiewać:
How many times must a man look up
Before he can see the sky?
How many ears must one man have
Before he can hear people cry?
How many deaths will it take till he knows
That too many people have died?
The answer, my friend, is blowin' in the wind,
The answer is blowin' in the wind.

***
Po upalnym czerwcu nastąpił chłodny lipiec. W nocy Lily budziła się zziębnięta pod cienkim kocem w kuchni Lupina, zapalała kominek i próbowała się uczyć. Nie chciała spać, bo ciągle wracały do niej w koszmarnych snach wizje z medalionu.
Zepsute, rozbite, nie ocalisz, nie naprawisz.
To nie ocalę, trudno, pomyślała, nastawiając tygielek z kawą, ale zawsze mogę zbudować jeszcze raz. Życie toczy się dalej, co było, to było.
Była godzina czwarta nad ranem, a ona już nie chciała się kłaść, skupiając się na Czterdziestu sposobach marynowania i suszenia komponentów pochodzenia zwierzęcego. Tygodniowa nieobecność w instytucie nie pozostała bez echa i dano jej jasno do zrozumienia, że nie jest to miejsce dla czarownic, które potrzebują leczyć swoją psychikę u św. Munga. Studia różniły się od nauki w Hogwarcie, gdzie nawet najgroźniejszym profesorom chodziło o to, żeby ich czegoś nauczyć. Tutaj to im musiało zależeć.

O szóstej Lily zjadła małe śniadanie i udała się do instytutu. Jeżeli będzie pierwsza, zdąży jeszcze porządnie przygotować składniki i umyć kociołki. Przez najbliższe kilka dni czekało ich przygotowywanie wspólnego eliksiru. Musieli synchronizować swoją pracę i łączyć przygotowane wcześniej komponenty tak, aby powstał jeden wywar. W dodatku nie ustalili jeszcze, kto będzie miał rolę głównego warzyciela koordynującego pracę zespołu i Lily pomału zdawała sobie sprawę, że jeżeli mają zrobić coś bardziej skomplikowanego od zalania herbaty, będzie się musiała zacząć odnosić do Severusa normalnie. O godzinie ósmej, kiedy czarodzieje weszli do sali, wszystko było już idealnie przygotowane; kociołki wyszorowane, komponenty pobrane z magazynu, przygotowała też trzy pary mugolskich rękawiczek dla każdego z nich. Severus Snape spojrzał na kobietę podejrzliwie.
- Panno Evans, jak rozumiem, chcesz dziś pełnić rolę głównego warzyciela?
Czarownica zmieszała się.
- Co? Ja? Nie, nie. Ja chciałam tylko pomóc. Może ty będziesz warzyc?
- Panienka Lily jest bardzo gospodarna i uporządkowana. Będzie dobra żona i dobra alchemiczka – pochwalił Ruben z aprobatą, obserwując stół.
Lily poczuła się dumna, że udało jej się nie wybuchnąć śmiechem i szybko zabrała się do pracy.
- Destylowane skrzeloziele metodą Marsellusa Sarashilda, Severusie – powiedziała po trzech kwadransach, podając mu pierwszą fiolkę.
Czas był dobry. Lily zaczynała czuć zmęczenie nieprzespanej nocy i trudno jej było skupić się na zadaniu. Dlaczego nie może traktować go normalnie? Być miła. Tak jak ludzie są dla siebie mili. O co jej chodzi? O ten chamski tekst lata temu? Śmieszna jest.
- Czułki szczuroszczeta, panno… Lily – Snape zająknął się.
- Chwilkę.
Ręce jej drżały. Jeżeli nie wrzucą wszystkiego dokładnie o czasie, a preparaty nie będą absolutnie świeże, cały eliksir będzie do wyrzucenia. Na Merlina nawet nie był śmierciożercą. To było raczej pewne, skoro nie zareagowano na jej raport. Nie był śmierciożercą, a ona zachowywała się z obrzydzeniem, jakby miała do czynienia z samym Sami-Wiemy-Kim. Bo nie przeprosił po raz drugi.
- Gotowe – powiedziała.
Teraz miała trzydzieści minut. Przestawiała klepsydrę i wyjęła z obrzydzeniem ze słoika żywą żabę. W końcu to nie jego wina, że ona ma złamane serce. Jednym ruchem skalpela rozcięła zwierzę i wyjęła z niego jeszcze bijące serce. Złamane serce, psia kość. Nie sklei tego, co było, ale może zachowywać się normalnie. Miło. Spojrzała na Rubena, on wyrabiał się idealnie o czasie i jeżeli dziś coś nie wyjdzie to przez nią.
- Proszę.
Teraz dwie godziny ani więcej, ani mniej. Ustawiła mały kociołek nad palnikiem i wysypała suszone skrzydła nietoperza. Merlinie, żeby tylko nie musiała wychodzić do łazienki w tym czasie. No i proszę, może być normalnie. Tak jak gdyby… Zagryzła wargi. Jak gdyby nie trafili ani do Slytherinu, ani do Gryffindoru. Gdyby głupia Tiara przydzieliła dwóch uczniów więcej do Ravenclawu pewnie wszystko potoczyłoby się inaczej. Kiedy była w szkole, zawsze podczas ceremonii przydziału smutniała. Miała ochotę rozpruć Tiarę i przerobić na szmatki. Skąd w zasadzie ten stary kapelusz wiedział, co w niej jest takiego? Nigdy nie czuła się szczególnie odważna, za to do Severusa coś czuła. Wtedy. Ale skąd ten stary kapelusz miał o tym wiedzieć?
- Panienko Lily, chyba coś kipi z kociołek – Ruben wyrwał ją z zamyślenia i ledwo zdążyła zmniejszyć płomień palnika.
Wieczorem w kociołku gotował się szaroniebieski wywar, z którego zapachu trudno było wywnioskować, czy będzie działał. Teraz trzeba było go gotować na wolnym ogniu przez dwanaście godzin.
- Seberus, to ja teraz muszę iść, estoy muy hambierto, mogę zamienić cię po północ – zaoferował się Ruben.
- To ja przyjdę tak po czwartej rano i tak teraz kiepsko sypiam – dodała szybko Lily.

Pół godziny później Severus Snape wpatrywał się tępo w wywar w kociołku i próbował zrozumieć, co się w zasadzie koło niego dzieje. Lily zniknęła na tydzień i, jak dowiedział się z plotek w pokoju wspólnym, spędziła ten czas u św. Munga. Cholerny Dumbledore nie miał żadnych wyrzutów, kiedy ryzykował życie swoich ludzi. A teraz Evans zachowywała się… dziwnie. Była miła i tak zdenerwowana, że kilka razy mało nie skroiła sobie palca. Severus Snape nie był przyzwyczajony, że ludzie byli dla niego mili i szukał w zachowaniu Lily drugiego dna. Zastanawiał się, czy to nie Dumbledore kazał jej go mieć na oku. Skoro wiedziała o Bexley, mogła wiedzieć też więcej.
- Eghm – z rozmyślań wyrwał go czyjś głos. Zza drzwi wychyliła się ruda głowa Lily Evans.
Czarownica bez słowa położyła na stole pakunek.
- Przyniosłam ci termos z kawą i kanapki – wyrzuciła z siebie. - Nie, nie są zatrute – dodała, widząc jego spojrzenie. - To cześć.
Zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Płyn bulgotał nieprzerwanie przez następną godzinę. Snape jednym zaklęciem zmniejszył płomień w lampach naftowych, światło męczyło oczy, a teraz musiał tylko obserwować, czy kociołek nie zacznie kipieć i czy nie trzeba będzie zmniejszyć ognia. Nie usłyszał kroków na korytarzu i dopiero po dłuższej chwili zauważył postać, która weszła do pokoju. Jonatan Canton, dyrektor Instytutu Eliksirów i Antidotów Magicznych, był wysokim, dobrze zbudowanym czarodziejem. Nosił klasyczną granatową szatę ze srebrnymi haftami i równo podciętą siwą brodę. Severus Snape czuł, że czarodziej go nie lubił. Przyjął Severusa tylko dlatego, że wyniki jego egzaminów były wysokie, ale wcale nie popierał jego kandydatury. Jonatan stał ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma i w milczeniu przyglądał się młodemu alchemikowi.
- Kolor dobry – zajrzał do kociołka. - Radziłbym trochę zmniejszyć płomień. Odrobinę.
Snape skinął głową, cały czas obserwując dyrektora.
- Rozpatrzono już pański wniosek o grant na komponenty do projektu własnego – czarodziej położył rolkę pergaminu na stole obok papieru po kanapkach.
- I? - Severus nie potrafił ukryć niecierpliwości.
- I został odrzucony, panie Snape. Komponenty do pracy nad eliksirem własnego pomysłu nie zostaną przyznane. Standardowo może się pan zająć czymś neutralnym i wymagającym mniejszego nakładu środków. Eliksirem zwiększającym aktywność godową gumochłonów na przykład?
Snape czuł, jak rośnie w nim irytacja. Zazwyczaj potrafił kontrolować emocje, ale teraz pod wpływem zmęczenia bał się, że straci nad sobą panowanie.
- Ale dlaczego? To jest bardzo dobry projekt. Jakie jest uzasadnienie decyzji?
- Uzasadnienie formalne ma pan tutaj – wskazał ręką na pergamin. - Ale chodzi też o to, czym i z kim się pan zajmuje poza instytutem.
- Jakieś dowody?
- Gdybym miał dowody, panie Snape, to byłby wakat na tym roku i jedno miejsce zapełnione w Azkabanie. Byłem tu dyrektorem jeszcze za czasów Grindelwalda i powiem panu, że żaden adept czarnej magii nic tu nie osiągnął. Nie zastraszyli mnie wtedy i nie boję się pana ani pana koleżków teraz. Radzę się panu zabrać za etologię gumochłona. Oczywiście może pan zająć się pracą naukową ze środków własnych, ale Jak-Go-Tam- Nazywacie chyba nie łoży zbyt dużych środków na badania naukowe, nieprawdaż?
Wywar przestał bulgotać i robił się lekko zielonkawy, co znaczyło, że trzeba było znowu podkręcić ogień. Snape czuł, jak drżą mu ręce i ledwie potrafił ustawić właściwą temperaturę. Pomyślał, że najgorsze było to, że ten sukinsyn ma rację. Nic nie mógł mu zrobić. Nie mógł od tak iść na skargę do Czarnego Pana. Po pierwsze, ta cała sytuacja tylko by go rozbawiła, nie lubił przegranych i nie bardzo szanował formalną edukację poza Hogwartem. Czarodziej wypił duży łyk kawy z termosu i pomyślał, że cokolwiek kazało Evans go przynieść, był jej za to szczerze wdzięczny w tym momencie.
Kilka minut po północy na schodach rozległy się ciężkie kroki i wkrótce do sali eliksirów wszedł zdyszany Ruben.
- Wywar musi mieć tę samą barwę. Jeżeli stałby się bardziej czerwony, zmniejszasz ogień, a jeżeli zielony zwiększasz – przypomniał Severus, zbierając swoje rzeczy.
- Wszystko jasne. Sobie poradzę, nie ma problem. Ale jest jedna rzecz, o której chciałem pomówić Seberusie – rozejrzał się po sali, jakby sprawdzał, czy nikt ich nie słyszy. - Nie ma okazji tak porozmawiać jak mężczyzny, a chciałem cię zapytać o jedna sprawa.
Severus zatrzymał się odrobinę zaintrygowany.
- Seberusie, co ty uważasz o panna Lily?
Mężczyznę przez chwilę zamurowało. Dlaczego o to pyta? Czy coś wie? Szybko jednak odzyskał spokój.
- Nic nie sądzę o pannie Lily – odpowiedział obojętnie. - Dlaczego pytasz?
- Mnie się panna Lily bardzo podoba. Ja uważałem wasze dziewczęta za zimne i mdłe jak ta wasza pogoda. Bez charakter. Ale panna Lily jest inna. Ona ma temperament i inteligencję. Jej czerwone włosy, one płoną jak ogień. Ja płonę, Seberusie. Więc tak sobie myślę, czy dałbyś mi jakaś rada, jakie są u was zwyczaje z kobietami?
Severus Snape przełknął ślinę i zaczął zastawiać się, czy w tej sytuacji powinien się śmiać, czy wściekać. Tego jak na jeden wieczór było zdecydowanie za dużo. Rozważał, czy nie zakończyć cierpień tego biednego człowieka krótkim zielonym światłem, ale po namyśle odłożył to na później.
- No, ale powiedz tak szczera mowa, czy ja nie mam racja? Panna Lily ma piękne nogi, trochę za chude, odrobinkę, ale piękne, nie uważasz, Seberusie?
- Nie patrzyłem jakoś na jej nogi - skłamał czarodziej.
- Och, wy jesteście takie zimne. Nie zwracacie uwagę na tyle piękno. Ja się z nią chciałem umówić – kontynuował czarodziej. - Nie, nie na miłość tak od razu, chociaż bym nie miał nic naprzeciwko temu, ale ona jest porządna dziewczyna. Na kolacja tylko. No, ale się nie zgodziła. Pytałem się, czy ma chłopak i twierdzi że nie, ale dzisiaj ja ją śledziłem i coś wiem – skończył konspiracyjnym szeptem Ruben.
- Tak? - Severus starał się, żeby nie okazywać zbyt dużo zainteresowania.
- Ja widział, jak ktoś na nią czeka i potem poszli do niego do dom. Ja ich śledziłem. Jak szpieg. Ale teraz w sumie nie mam pewność, czy to jest jej chłopak czy brat. Czy ona ma brat?
- Hm, nic mi o tym nie wiadomo. A jak on wyglądał, Rubenie?
- Wysoki, jasna włosy i taka blizna na twarzy. Jakby go, że tak wyrażę się, hipogryf drapnął albo inna bestia.
Severus Snape zacisnął zęby. Bestia. Trudno było o dokładniejsze skojarzenie. Miał już okazję się przekonać, że przeklęty Lupin nie ma żadnych oporów, żeby wejść do łóżka Lily. A teraz, jak widać, dostał dziewczynę po przyjacielu. I jest na tyle głupi, że ryzykuje życie Lily dla swoich żądz. Czarodziej pomyślał, że musi coś z tym zrobić. Jeszcze nie wiedział co, ale nie mógł tego tak zostawić.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-VII

Postautor: labruja » 09.04.15, 15:38

IX
Półprawdy, półkłamstwa, prawdy niepełne i kłamstwa niedoskonałe – Albus Dumbledore wyobrażał je sobie rozrzucone na swoim stole jak kawałki puzzli. Musiał ułożyć z nich jedną prawdę i im dłużej się nad nią zastanawiał, tym mniej się mu ona podobała. Jego szpieg był dość użyteczny i chociaż dyrektor nie miał wątpliwości, że nie mówił mu całej prawdy, to miał też świadomość, że raczej nie odważy się na otwarte kłamstwo. Ważne było to, co mówił, oraz to, co przemilczał. Chętnie zdradzał nazwiska i adresy, oczywiście na tę chwilę nie można było nikogo aresztować, nie wzbudzając podejrzeń, ale była to dość cenna wiedza. Wiedza o tym, że życie wśród śmierciożerców było dość tanie i nie byli wobec siebie specjalnie lojalni. Tu nie chodziło tylko o tego nerwowego cienkowłosego chłopca, który pod przymusem przekazywał mu informacje, bo on w tamtej chwili nie trzymał tak naprawdę z żadną ze stron. I nikt nie był po jego stronie. Zdradzał swoich towarzyszy lekko i Dumbledore miał wrażenie, że robi to z pewną satysfakcją, tak jakby czuł do świata tylko wściekłość i pogardę. Dyrektor stanął w oknie najbardziej nawiedzonego domu w Wielkiej Brytanii i przyglądał się, jak Severus Snape szedł w stronę lasu, w miejsce, gdzie będzie mógł się bezpiecznie teleportować. Szatę miał tak samo podniszczoną jak wtedy, kiedy uczył się w szkole. Dumbledore pomyślał, że teraz mógłby dość łatwo zdobyć pieniądze; w czasie mordów często znikały kosztowności i pieniądze, a Voldemort nie zawracał sobie głowy liczeniem galeonów. Jemu była należna tylko krew.

Dyrektor zmrużył oczy i zaczął się zastawiać, jaki był klucz do tego wściekłego na świat dzieciaka. Kiedyś uważał, że człowiek jest dobry z natury i jego jedyną prawdziwą potrzebą jest dążenie do światła. Był tego pewien, dopóki w pewne letnie popołudnie nie przywiózł z mugolskiego sierocińca małego chłopca. Oczywiście, to nie stało się od razu, ale Voldemort był kimś, kogo Albus Dumbledore nie potrafił zrozumieć. Wymykał się jego pojmowaniu jak zbyt trudne zadanie z algebry. Pomyślał o tych dwóch, którzy wybrali drogę czarnej magii - uczniu i mistrzu. Byli zupełnie od siebie różni; Voldemort - albo jak wolał o nim myśleć dyrektor – Tom kojarzył mu się z ciałem stałym, zastygłą lawą, zmrożoną ziemią, na której nic nie wyrośnie i która w żaden sposób się nie zmienia. Z kolei jego szpieg pod pozorami ugrzecznionego spokoju przypominał mu wzburzone morze, którego niszczycielska siła nie działała w żadnym konkretnym kierunku. Raczej przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Uśmiechnął się do siebie, bo wiedział, że jak długo istniał ruch, tak długo była nadzieja dla światła.

W jego gabinecie, oprócz wyobrażonych kawałków układanki, znajdowały się też dwa medaliony. W jednym z nich, w tym którego nie potrafił otworzyć, był kawałek duszy Voldemorta. Nie wiedział jednak, jak można go zniszczyć ani czy jest to jedyny kawałek, którego szukał. Ktoś, kto ważył się rozedrzeć swoją duszę na dwa kawałki, mógł równie dobrze rozdzielić ją jeszcze bardziej. Tak naprawdę tylko sam Tom wiedział, ile ich było i Dumbledore nie dowie się tego tak długo, dopóki jak w mugolskich kartach nie powie: sprawdzam. A wtedy będzie za późno, żeby się wycofać z rozgrywki.

W notatkach Regulusa znalazł kartki ze starego wydania rosyjskich baśni. Nie pamiętał już, kto z Zakonu wpadł na ten sam pomysł, ale młody Black rozpoznał w swoim mistrzu cień Kościeja Nieśmiertelnego. Tego, który jako pierwszy rozdarł swoją duszę i schował ją w jajku. Śmierć schowana tam, gdzie bierze początek życie. Grindelwald też z pewnością mógł to zrobić, a jednak nawet on chciał pozostawić w sobie coś z człowieczeństwa. Konieczność śmierci.

Albus Dumbledore składał kawałki informacji w jedną całość, która przypominała burzową chmurę, zbierającą się na horyzoncie letniego nieba. Ataki śmierciozerców osłabły i to go niepokoiło, bo musiałby być skończonym głupcem, żeby myśleć, że mają sezon urlopowy. Szykowało się coś większego, coś, co miało zmienić przebieg wojny. W szachach dyrektor lubił grać białymi pionkami - tak długo, jak był stroną, która atakowała i trzymała inicjatywę, czuł się pewnie. Tom Riddle chciał władzy, której nie da mu ganianie się po krzakach z aurorami i wypady na czarodziejsko–mugolskie rodziny mieszkające na przedmieściach. To miało tylko zasiać strach i sparaliżować jak spojrzenie węża. To, czego potrzebował, to legitymizacja. Pierwszy choć najmniejszy kompromis, na który pójdzie jasna strona, będzie początkiem jej końca. Najmniejszy, najbardziej odludny skrawek ziemi, który będzie oddany śmierciożercom, sprawi, że staną na przegranej pozycji. Liga Czarodziejów Na Rzecz Pokoju, którzy coraz głośniej wypowiadali się w Proroku, była prawą ręką Voldemorta. Ręką, która miała sięgnąć po władzę. Jak na ironię posługiwali się starym hasłem Grindelwalda: „dla większego dobra”, które wymyślili wspólnie podczas wakacji w Dolinie Godryka. Cóż, trochę czasu to zajęło, ale w końcu dyrektor uświadomił sobie, że dobro nie może być większe albo mniejsze. Po prostu jest albo go nie ma.

Kolejną niepokojącą sprawą było, że chociaż jego szpieg też nie wiedział wszystkiego, to zdradził, że ostatnio widziano w Anglii Igora Karkarowa, który miał przywieźć dar dla samego Voldemorta. Dyrektor miał wrażenie, że młody Ślizgon naprawdę nie wiedział, co w nim było. Jednego Dumbledore był pewien - nadciągała burza. Zbliżała się wojna totalna.

Tymczasem Severus Snape z trzaskiem teleportował się na granicy lasu. Wbrew jego obawom, bycie szpiegiem nie było aż tak trudne. Dumbledore chyba zdawał sobie sprawę, że Snape nie mówi mu wszystkiego, nie tak do końca. Zresztą Jasna Strona też miała zdrajcę, chociaż nie wiedział, kto nim jest. Musiał być blisko Pottera, bo Czarny Pan znał zbyt wiele szczegółów, które Severus usłyszał na tamtej nieszczęsnej imprezie u Lily. Ale tej informacji nie musiał ujawniać. Zapadł już późny lipcowy zmierzch, kiedy czarodziej otworzył drzwi mieszkania swojej matki. Z rur w suficie kapała woda, tworząc rudobrązową plamę nad zlewem. Może mógłby wynająć coś lepszego w tej cenie, ale matce zależało, żeby mieszkać tylko w sąsiedztwie czarodziejów. Położył na stole torbę z jedzeniem i zapalił lampę naftową. Eileen Prince spała na fotelu i wyczuł od niej prawie niezauważalny zapach alkoholu. Nie było jednak żadnej butelki ani kieliszka, czarownica piła od kiedy pamiętał i sam przez pierwsze dziesięć lat wierzył, że często jest chora i zmęczona. Butelki w szafce na narzędzia, w koszu na brudną bieliznę i za encyklopedią, była prawdziwym mistrzem kamuflażu.
Światło obudziło czarownicę i przeciągnęła się na fotelu, mrugając oczami.
- Jesteś, Severusie? Musiałam zasnąć, nie najlepiej się czuję.
Uśmiechnął się do siebie. Od co najmniej dziewięciu lat nie wierzył w tę historię, ale nie było sensu się spierać.
- Pójdę już – powiedział.
- Poczekaj chwilę. Przysłali sowę. Jakimś cudem udało im się dostarczyć tu mugolską pocztę. Trochę przedawniona, ale w końcu trafiła. Wiesz, pewnie wiadomości o nim. Słyszałam, że zmarł na raka dwa miesiące temu. Nie chcę tego przeglądać – podała mu kilka kopert z mugolskimi znaczkami i czarodziejskimi pieczątkami.
Wziął je bez słowa. Słyszał, że ojciec jest chory, dlatego nie zdziwił się, że to już koniec. Był tylko zaskoczony, że ta wiadomość nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Ani żalu, ani ulgi.
- Te listy dotyczą chyba domu. Uważam, że powinieneś go sprzedać. Może nie jest dużo wart, ale po co nam on.
Żeby pamiętać, pomyślał, ale odpowiedział tylko:
- Zajmę się tym, matko.
Tylko raz odwiedził Spinner's End od czasu ukończenia Hogwartu i wiedział, że nie chciał ani tam zamieszkać, ani sprzedawać domu. Był częścią jego pamięci, przypominał, kim jest i kim nigdy nie będzie. Właściwa perspektywa pomagała zachować czujność i dyscyplinę. Życie nie było w porządku i rozsądnie było o tym pamiętać.

Kiedyś, jako dziecko znalazł na strychu metalową puszkę po czekoladkach. Był głodny, ale kiedy ją otworzył, zobaczył z rozczarowaniem, że zawiera tylko jakieś papiery i złamany patyk. Machnął patykiem i wystrzeliły z niego iskry. Były tam też zdjęcia szczęśliwych i uśmiechniętych ludzi. Pomyślał wtedy, że fajnie by było mieć taką rodzinę i dopiero po chwili w słabym świetle strychu zauważył, że to jego rodzice. Prawie ich nie poznał, radośni i przytuleni, ojciec w tanim garniturze z uśmiechem na twarzy trzymał za rękę jego matkę, która była prawie ładna. Schował zdjęcia do pudełka, ale zabrał patyk, skleił go taśmą i pokazał matce. Kobieta rozejrzała się wystraszona, ale kiedy okazało się, że byli w domu sami, podjęła rozmowę.
- Nie powinieneś. Wiesz, on, tata, tego nie lubi. Mówi, że to choroba. Że jestem chora.
- Nie jesteś. Co to jest? - nalegał, wskazując patyk.
- Czary. Tak naprawdę jestem czarownicą – puściła do niego oko. - A ty jesteś czarodziejem. Moim małym czarodziejem. Ale nie wolno nam o tym mówić. Nie tutaj.
- Pokaż mi. Pokaż mi czary, mamo.
Eileen Snape przez chwilę myślała, po czym zabrała syna do małego ponurego ogrodu za domem. Na murze siedział gołąb. Czarownica wyprostowała się i wymierzyła w jego kierunku różdżką.
- Teraz pokażę ci prawdziwa magię. Avada Kedavra! - powiedziała i z końca patyka błysnęły zielone iskry.
Ptak otrzepał pióra i odfrunął, a czarownica zaczęła nagle płakać.
- Co ci jest, mamo? Nie działa? Chciałaś go wystraszyć? Udało się przecież.
- Głupi jesteś jak twój ojciec. Idź sobie. Źle się czuję! Dlaczego mnie męczysz? Idź gdzieś nad rzekę, na podwórko.
Stał ciągle i patrzył na nią okrągłymi oczami. Dlaczego patyk nie działał?
- No wynoś się stąd! Co się gapisz na mnie, do cholery?! Wypierdalaj stąd, no już! - wrzasnęła.

***
Pierwsze dwa tygodnie lipca minęły dość spokojnie. Nawet do szafy państwa Jones trafił tylko jeden nowy lokator, w dodatku, jak się okazało, wcale nie trafiony śmierciożerczą Avadą, ale zupełnie przypadkowym zaklęciem rzuconym nieszczęśliwie przez sąsiada. W takich chwilach prawie pozwalała sobie wierzyć, że wojna się kończy, chociaż gdzieś w głębi serca wiedziała, że to nieprawda. W instytucie sytuacja zaczynała się normalizować. Potrafiła być miła, wystarczyła odrobina szacunku i uprzejmości z jej strony i zaczynali się z Severusem do siebie odzywać prawie normalnie. Jedynym problemem była Czarownica Mathilda, główna bohaterka grubego zbioru zadań do alchemii, z którego pierwsze trzydzieści zadań miała przerobić do przyszłego tygodnia. Lily czuła, że zbliżająca się perspektywa publicznego odpytywania przez dyrektora instytutu budzi w niej większe przerażenie niż atak śmierciożerców. Na dodatek nie udało jej się wydobyć odpowiedzi na zadania od kolegów ze starszego roku.
- To bez sensu, ja pasuję - powiedziała, kładąc książkę na stół obok kociołka.
Severus i Ruben spojrzeli na nią zaskoczeni.
- Nie zrobię tych zadań - sprecyzowała. - Nie ma szans. Mam cztery. A wy?
- Osiem - powiedział Ruben, który naturalnie robił wszystko na ostatnią chwilę, a po zajęciach zajmował się najczęściej nawiązywaniem relacji z żeńska częścią populacji angielskich czarownic.
- Sześć - dodał niechętnie Severus, któremu zajęcia wyznaczane przez Czarnego Pana zajmowały więcej czasu, niż planował.
- Więc właśnie. Albo zrobimy to razem, albo Canton rozetrze nas jak suszone żabie kijanki w moździerzu. Jest siedemnasta. Idę po kawę i siadamy nad tym, ile damy radę. I tak każdy odpowiada z czego innego, więc nie powinni zauważyć, że pracowaliśmy razem. U nas w Gryffindorze tak się to robiło.
Dlatego jesteście tacy niedouczeni, pomyślał Severus, ale w porę ugryzł się w język. Pół godziny potem wszyscy w trójkę siedzieli z kubkami kawy nad stosem pergaminów.
- Dobra, zadanie trzecie w kolejności. Macie to?
Pokręcili przecząco głowami.
- To czytam. Czarownica Mathilda przygotowała eliksir odmładzający. Zgodnie z przepisem dodała miarkę żabiego skrzeku, startą mandragorę, kilka kropli krwi dziewicy, destylowaną nalewkę z piołunu, dwa włosy jednorożca oraz sproszkowany kieł węża. Po godzinie eliksir zamiast barwy jasnoróżowej był ciemnobordowy. Mimo to czarownica Mathilda go skosztowała, po czym zmarła. Napisz, co mogło pójść nie tak, oraz czy i w którym momencie dało się go naprawić? Jakieś pomysły?
- Za długo gotowała? Za mocny płomień? - zaryzykował Ruben. - Na to wykazuje barwa.
- To by jej nie zabiło, ale odmłodziło do okresu dzieciństwa. Jak dla mnie w każdym z tych zadań najlepiej zmienić warzycielkę - skwitował Severus.
Wszyscy się roześmiali.
- Ja słyszałam plotki, że Mathilda to imię teściowej Cantona - powiedziała Lily. - Podobno była tak durna, że zrobił ją bohaterką tego zbioru. Niestety warzycielką nie była i dożyła sędziwego wieku. A co myślicie o tym, że sprzedali jej zamiast włosów jednorożca włos zwykłego białego konia? To by pasowało, bo jednorożec jest tu siłą życia i młodości, a bez niego dominującym składnikiem jest kieł węża.
- No to już by zrobili tego za wiele. Komponenta są, jakie podali, bez tego niemożliwe jest odkryć, co się stało. Jak już to chyba ta dziewica nie była taka całkiem jak trzeba, to jest całkiem prawdopodobne. A poza tym, co z kolor? Wąż bez jednorożca dałby zielona barwa - zaprotestował Ruben.
- Jakby ta idiotka użyła komponentów, jakie podali, to by nie było zadania, bo by nie zmarła - odpowiedział logicznie Severus. - Ale ta krew pasuje, mogła jej dać za dużo, to częsty błąd, i to wpłynęło na kolor.
- Dobra, to piszę - podsumowała Lily. - Czarownica Mathilda użyła omyłkowo włosów białego konia zamiast jednorożca i dodała kroplę krwi za dużo. Lecimy z następnym. Czarownica Mathilda zginęła podczas wybuchu kociołka. Podczas oględzin znaleziono resztki kolców jeżowca, pokrzywy, kwiat akonitu, oczy nietoperza i liście mandragory. Znaleziony w resztkach kociołka wywar był lepki i żółtobrązowy. Określ, jaki eliksir próbowała uwarzyć czarownica Mathilda, oraz jaki popełniła błąd przy założeniu, że warzyła nie dłużej niż cztery godziny. Podaj trzy możliwe odpowiedzi. Chyba zakładają, że to nie było samobójstwo i była trzeźwa. Pamiętajcie, że nie musiała użyć wszystkiego, co tam znaleziono. Jakieś pomysły?
- Jedna odpowiedź jest prosta. To mi wygląda na spaprany eliksir przywracający pamięć - stwierdził Severus. - Ale co mogła zepsuć nie mam pojęcia. Wszystko chyba.

Siedem godzin, sześć kaw i dwie tace z kanapkami potem byli już do przodu o sześć kolejnych śmierci Czarownicy Mathildy. Trudno było im zachować powagę nad absurdalnymi zadaniami i wszyscy troje mieli już zupełną głupawkę. Na stole alchemicznym walały się resztki komponentów, brudne menzurki i kubki po kawie. Niektóre zadania trzeba było przetestować na tyle jednak ostrożnie, żeby nie skończyć jak warzycielka ze zbioru zadań. Lily poczuła, że jest skrajnie zmęczona, ale od bardzo dawna nie czuła się tak dobrze. Tak jakby na kilka godzin cała wojna, problemy w domu, mroczne artefakty, wszystko to zniknęło pod wpływem eliksiru znikającego. Ruben poszedł myć największy kociołek, a Lily stanęła za Severusem i nie zastanawiając się nad tym specjalnie, spróbowała spiąć mu włosy mugolską gumką. Pod wpływem jej dotyku spiął się i odwrócił gwałtownie.
- Mówiłam ci w szkole ze sto razy, zrób coś z tymi włosami. Bo następny tom zbioru zadań będzie o warzycielu Severusie, któremu włos wpadł do eliksiru - uśmiechnęła się ciepło.
Wziął z jej ręki gumkę i przez chwilę patrzyli na siebie, nie wiedząc, co powiedzieć. Beztroski nastrój wspólnej nauki prysnął jak bańka na tafli wywaru. Czarownica pomyślała, że niewiele zmienił się od tego czasu, kiedy ostatnio rozmawiali pod pokojem wspólnym Gryffindoru.
- Dzięki - powiedzieli jednocześnie i roześmiali się, próbując przykryć zmieszanie.
- Naprawdę fajnie było tak razem pracować, Sev.
- No, całkiem dużo udało się zrobić.
Lily pomyślała, że czuję się jak skończona idiotka i nie wie ani czy powinna coś powiedzieć, ani czy i jak przerwać tę rozmowę.
- Jak kiedyś. Jak na kółku alchemicznym u Ślimaka - wyjąkała.
- Jak kiedyś - potwierdził i zanim zdążył się zastanowić, dlaczego to mówi, dodał. - Jak przyjaciele.
Lily spochmurniała. Nie skleisz, rozbite, zniszczone, przypomniała sobie.
- Nie. Nie tak. Ale tak, to znaczy, tak, przyjaciele, ale nie, że tak, no wiesz…
Spojrzał na nią, unosząc lekko brwi i zupełnie nie rozumiejąc, które tak i nie do czego się odnosiło i co w zasadzie chciała mu powiedzieć. Czarownica poczuła, że się rumieni i z kłopotu wybawił ją donośny głos Rubena dobiegający z pokoju gospodarczego.
- Panno Lily, trzeba zobaczyć ten żółty osad na kociołek. Ja jestem ciekawy, z co on mógł nam powstać.

***
Droga do pracy zabierała Remusowi Lupinowi dokładnie dwie minuty i to tylko wtedy, kiedy szedł bardzo wolno. W jego dokumentach było napisane wprost, że był wilkołakiem i prędzej czy później dostawał małą odprawę i dobre referencje na drogę.
- Sam pan rozumie - tłumaczyli przełożeni, nie patrząc mu w oczy. - Takie czasy, wilkołaki maja złą reputację. Klienci się dowiedzieli, rozumie pan.
Rozumiał. Sam by się nie zatrudnił, gdyby był na ich miejscu. Działo się tak przeciętnie co trzy miesiące, dopóki nie trafiła mu się praca sprzedawcy u Borgina & Burkesa. Tutaj jego wilkołactwo było atutem i gdyby tylko pozwolił, właściciel dopisałby na wystawie: u nas nawet sprzedawca jest czarnomagiczny. Głównym mankamentem tej pracy był potworny chaos w dokumentacji i rozliczeniach. Duża część przedmiotów była nielegalna lub półlegalna, sprzedawana pod inną nazwą, więc rejestr rzeczowy i księga przychodów były dość trudne do rozszyfrowania. Lupin dość dokładnie przykładał się do swojej pracy; po pierwsze nie miał pomysłu, gdzie mógłby iść, gdyby stąd go zwolnili, a po drugie katalogowanie nielegalnych czarnomagicznych artefaktów, które były w obrocie, mogło być cenną informacją dla Zakonu Feniksa. Większość śmiercionośnych zabawek, które zmieniały właścicieli, przewijało się przez ten sklep, a to, do kogo trafiały, mogło się okazać bardzo ciekawe.

Lily wprowadziła się na Nokturn awaryjnie na kilka dni, dopóki sobie czegoś nie znajdzie, ale mijały kolejne tygodnie, a żadne z nich nie mówiło o tym, że mogłaby się gdzieś przenieść. Przeciwnie, wstawiła do kuchni szafkę na swoje rzeczy i przyniosła wygodniejsze składane łóżko. Jej obecność była dość kłopotliwa, kiedy zamierzał zaprosić do siebie jakąś czarownicę, ale ogólnie chwalił sobie towarzystwo w mieszkaniu. Dziwiło go tylko, że tak szybko doszła do siebie po rozstaniu z Jamesem. Z tego, co pamiętał, to przez ostatnie miesiące, jeszcze na wiosnę, kiedy byli razem z Jimem, była zamyślona, blada, przygaszona. Tymczasem, od kiedy rozpoczęła staż w instytucie, to pomimo zmęczenia wykazywała nadmiar energii. Kolejną zagadką był mugolski tusz do rzęs, który niespodziewanie pojawił się w ich łazience. Kilka dni wcześniej Lily pożyczyła od niego kilka mugolskich funtów na coś bardzo ważnego, a potem pojawił się tusz. Remus obserwował kątem oka, jak ostrożnie nakłada go szczoteczką na rzęsy. Nigdy wcześniej nie widział, żeby Lily Evans nakładała sobie jakikolwiek makijaż. Perfumy tak, ale jeżeli chodziło o kosmetyki, to zdaje się nie rozróżniała szminki od konturówki.
- Co robisz? - zapytał wreszcie.
- Maluję rzęsy. Naturalnie mam krótkie i takie jasne, że ich nie widać. Brzydko wyglądają.
Lupin pomyślał, że jej rzęsy są takie, od kiedy ją znał, a jednak z jakiegoś powodu zaczęła je malować akurat teraz. Wydało mu się to dziwne, zwłaszcza, że nad kociołkiem często parowało, piekły oczy i tusz był dość niewygodny. Nie miał czasu się nad tym dokładnie zastanowić, bo czarownica nagle zmieniła temat.
- Położyłam na twojej szafce pojemniczki i strzykawki. Chciałabym cię zapytać, czy nie mógłbyś mi użyczyć troszkę włosów, śliny, no i tego... krwi.
Remus wytrzeszczył oczy i momentalnie zapomniał o zagadce tuszu do rzęs.
- Zamierzasz ją pić? - zapytał.
- Warzyć. Praca nad eliksirem własnym. Znalazłam strasznie ciekawy artykuł o leczeniu wilkołactwa przez praskich alchemików i mam kilka pomysłów.
- Te sposoby leczenia to były siarką czy rozgrzanym żelazem? Pogięło cię, Lily, tak w ogóle to moczu i innych płynów płynów ustrojowych przypadkiem nie chcesz?
Czarownica odwróciła się w jego kierunku, ale najwyraźniej nie wyczuła ironii.
- Nie. Na ten moment nie. Wiesz, to się nie roznosi tą drogą, jak rozumiesz, o co chodzi. Testowałeś to, jak mniemam.
- Przeginasz. Czuję się traktowany przedmiotowo. Nie jestem twoim komponentem.
Podeszła bliżej i spojrzała mu w oczy. Zauważył, że niektóre rzęsy skleiły się od nieudolnie nałożonego makijażu.
- Wiem. Przepraszam, że cię o to proszę. Ale marzę o tym, żeby był w tym wszystkim jakiś sens. W tych godzinach nad kociołkiem i wypatroszonych żabach. Wyobrażasz sobie pełnie bez przemiany? Nie obiecuję ci tego, ale wiem, że można próbować, prawda?
Mężczyzna westchnął głęboko i wziął z szafki zestaw strzykawek.
- Dużo tego potrzeba? Bo nie mam zamiaru nabawić się przez ciebie anemii.
Po śniadaniu czarownica wyszła do Ollivandra, a Remus zabrał się za sprzątanie ze stołu. Przez chwilę wydawało mu się, że słyszy na korytarzu jakiś ledwie słyszalny szelest, który w normalnych okolicznościach by zignorował, ale od kilku dni miał wrażenie, że ktoś za nim chodzi. Jako wilkołak miał naturalnie wyostrzone zmysły, czuł blisko domu inny, nowy zapach, który nie mógł pochodzić od przypadkowego przechodnia. Wyjrzał na korytarz, ale nikogo nie zobaczył. Wziął różdżkę, ostrożnie wyszedł z domu, zrobił krótki spacer do Borgina & Burkesa, po czym szybko wrócił do domu. Na ciemnej klatce schodowej mignął mu jakiś cień i był prawie pewien, że musiał nakryć niedoszłego włamywacza. Spokojnie pogwizdując, podszedł do drzwi i przekręcił klucz w drzwiach, zamek ustąpił, ale był prawie pewien, że ktoś przed chwilą coś przy nim robił.
- Expelliarmus! - krzyknął, rzucając zaklęcie w głąb ciemnego korytarza.
Czyjaś różdżka potoczyła się po schodach i usłyszał ciche przekleństwo. Severus Snape, bo to on przyszedł rozejrzeć się w mieszkaniu Lily, nie spodziewał się, że wilkołak będzie taki szybki. Teraz, kiedy różdżka potoczyła się w dół, nie miał już innego wyjścia i skoczył na niego z zaskoczenia. Był lżejszy od Lupina, jednak czarodziej nie spodziewał się ataku i szybko wykręcił mu rękę tak, że tamten musiał puścić różdżkę. Remus zamachnął się i szarpiąc się, wpadli przez uchylone drzwi do mieszkania wilkołaka.
- Co sprowadza do mnie śmierciożercę? - wycedził przez zęby Lupin, wymierzając alchemikowi cios pięścią.
Czarodziej uchylił się i z całej siły uderzył Remusa w splot słoneczny.
- Wstydu nie masz, wilkołaku. Dziewczynę po koledze w spadku dostałeś i jej życie narażasz?
Lupin tym razem celnie uderzył czarodzieja prosto w twarz.
- Jaką dziewczynę, palancie? Evans tu tylko mieszka i tobie nic do tego.
Severus chwycił za nadgarstek i wygiął go tak, że dało się słyszeć głuche chrupnięcie.
- Tak, a nie kusi cię, żeby ją troszkę podgryźć, bestio?
Czarodziej uwolnił rękę z uścisku i już miał uderzyć po raz kolejny, kiedy w drzwiach usłyszeli jakiś hałas. Odskoczyli od siebie gwałtownie i patrząc z niechęcią, zaczęli szybko poprawiać szaty. W drzwiach pokoju stanęła Lily Evans, rozglądając się ze zdziwionym rozbawieniem. Severusowi krwawił nos, a Remus rozmasowywał sobie bolący nadgarstek.
- O. Cześć, Remus. Cześć, Sev. Wróciłam po pergaminy. Ale widzę, że przeszkadzam.
W pokoju zapadło krępujące milczenie.
- Przyszedłem z tymi książkami, które obiecałem – zaczął Snape, szybko szukając w szacie jakiejś książki, którą mógłby wyjąć.
Remus Lupin też był raczej pewien, że Lily nie będzie zadowolona z przebiegu zdarzeń.
- Potwierdzam – wyjąkał. - Ja i Snape spotkaliśmy się na korytarzu, no i… trochę rozmawialiśmy.
- Rozmawialiście? - Lily Evans podparła ręce na biodrach i uniosła brwi. - To musiała być diablo ciekawa rozmowa, bo oboje pogubiliście różdżki – wyjęła z torebki dwie różdżki, położyła na stole, po czym spakowała pergaminy dla Ollivandra.
- To miłej rozmowy. Koledzy. Cześć.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-X

Postautor: labruja » 09.04.15, 15:39

X
Liczba szczurów w niektórych miastach przewyższa liczbę ludzi, a jednak mało kto widział szczura. Szczury są zwierzętami półmroku, żyją w piwnicach, kubłach na śmieci i kanałach, zawsze niezauważane. Peter Pettigrew zawsze był blisko najważniejszych wydarzeń, blisko Jamesa i Syriusza, a jednak tak naprawdę nigdy nie rzucał się w oczy. I nikt o nim nie pamiętał. Kiedy zaczęła się wojna, Peter zastawiał się, czy w ogóle by odczuli, gdyby zginął i doszedł do wniosku, że nie jakoś szczególnie.
- Pete, ty się nie musisz bać – mówił James i chyba miało go to uspokoić, ale tylko go to drażniło. - Sam-Wiesz-Kto chyba nie wpadłby na to, że możesz z nim walczyć, nie? Pewnie nawet nie wie, że istniejesz. Jesteś bezpieczny.
No pewnie, kto by podejrzewał o coś szczurka z nadwagą. Ale Czarny Pan wie. On rozumie więcej, niż może się wam wydawać.
Nawet Lily, słodka, mała Lily, która nigdy się z niego nie naśmiewała.
- Nokturn może być niebezpieczny – powiedział z troską. - Nie powinnaś tam mieszkać. Gdybyś tylko potrzebowała, to moi rodzice mają duży dom, wiesz, że nie mieliby nic przeciwko temu, żebyś się do nas wprowadziła, jak potrzebujesz jakiegoś kąta.
- Dzięki, ale nie będę robiła ci kłopotu, Pete. U Remusa jest całkiem w porządku.
Peter patrzył na jej sterczące piersi w obcisłej mugolskiej koszulce i uśmiechnął się niepewnie. Pomyślał, że szczury żrą resztki, więc może on też będzie musiał poczekać na swoją kolejkę po tym, jak Lupin i Black ją zerżną.
Mało kto wie, że szczury są jednymi z najbardziej inteligentnych zwierząt. Potrafią stać w cieniu i obserwować. Wykrywają pułapki i wiedzą, skąd wieje wiatr. Na zebraniach Zakonu Peter nie wyglądał szczególnie inteligentnie, stał zawsze w cieniu i obserwował. Dumbledore też go chyba nie zauważał. Ten gruby chłopak, który zawsze jest z Jamesem, tak powiedział o nim w trzeciej klasie do Minerwy. Peter o wszystkim pamiętał i potrafił dobrze obserwować. Wiedział, czego bał się Dumbledore, potrafił to nazwać i przekazać Czarnemu Panu. Wielki Albus bał się utracić prowadzenie w wojnie, wiedział, że jeżeli ustąpią pola, to wojna partyzancka zmieni się w wojnę domową. Pan słuchał tego, co jego sługa mówił i Peter miał wrażenie, że po raz pierwszy kogoś naprawdę interesuje to, co ma do powiedzenia.
Mówi się, że z miejsca zagrożenia pierwsze uciekają szczury. Nie, nie są tchórzami. Mają instynkt przetrwania i potrafią podejmować odważne decyzje. Jasna strona już się kończy, a Czarny Pan ma swoich popleczników wszędzie. Peter patrzył na Wielką Brytanię jak na kraj zarażony dżumą. Wszyscy już ją nosili w sobie, tylko jeszcze o tym nie wiedzieli.
Peter po raz pierwszy zobaczył Czarnego Pana w swoim pokoju. Czekał na jego fotelu w ciemnościach i czarodziej pomyślał, że przyszedł zabić.
- Witaj, Peterze Pettigrew – podziałał cichym i spokojnym głosem, ale Peter czuł, że zaraz umrze ze strachu. Cokolwiek o nim mówili, miał przed sobą jednego z największych czarodziejów w dziejach ludzkości. Jednocześnie było coś wspaniałego w tym, że on sam osobiście przyszedł go zabić.
- Panie… - wyjąkał Peter, spuszczając wzrok. Nie potrafił wydobyć z siebie nic innego.
- Przyszedłem do ciebie, bo obserwuję cię od jakiegoś czasu. Wiem o tobie wiele, Peterze. I pomyślałem, że czarodziej czystej krwi, który ma dość rozsądku i wie, skąd wieje wiatr, będzie chciał zostać moim sługą.
Peter upadł na kolana i zaczął gorączkowo mamrotać słowa wierności. Kiedy potem pomyślał o tamtej nocy, doszedł do wniosku, że wybór, który mu złożono, był pozorny i odmowa zakończyłaby się krótkim światłem Avady. Jednak mimo to Czarny Pan zapytał go o zgodę. Będzie mu za to służyć wiernie aż po kres swoich dni.
Peter kątem oka obserwował Jamesa i Syriusza; przypominali mu teraz bohaterów, których w dzieciństwie widział na plakatach swojego pokoju. Dałby wszystko, żeby być jak oni, a teraz bez żalu ściągał plakaty ze ścian, bo czas dzieciństwa już się skończył. Uśmiechnął się do siebie, bo przypomniał sobie, że kiedyś w jakiejś encyklopedii przeczytał, że szczur jest naturalnym wrogiem człowieka. Cóż, nawet jeżeli wydawało im się, że jest udomowiony, to nigdy nie stał się jednym z nich. I wbrew pozorom potrafił czekać i gryźć do krwi.

***
Na dworze świeciło jasne, sierpniowe słońce, ale przez szarą witrynę sklepu wpadało go tak mało, że w środku panował chłodny półmrok, który w nieprzyjemny sposób kojarzył się z piwnicą.
- Czemu tu jest tak brudno? - Lily przejechała palcem po zakurzonych regałach i odkaszlnęła.
Remus wzruszył ramionami. Od kiedy pracował u Borgina, zdążył już się przyzwyczaić do ciemnych pokrytych pajęczynami ścian, brudnych szafek i słabego oświetlenia.
- Czy ja wiem? To się chyba jakoś tak mrocznie kojarzy. Czarnomagicznie. Wyobrażasz sobie te przedmioty na sterylnie białych witrynach?
- Zdaje się, że działałyby dokładnie tak samo.
- Klient nie płaci za działanie, przynajmniej taką mam nadzieję, bo większość tych zabawek jest śmiercionośnych. To produkty kolekcjonerskie. Nie dotykaj tej skrzynki, Lily!
Czarownica westchnęła.
- Trzeba być niezłym świrem, żeby zbierać takie okropieństwa. Ministerstwo powinno zamknąć tę budę. Co to jest suszona ręka?
- Jest furtka prawna – wskazał małą zakurzoną tabliczkę metalową w rogu pomieszczenia:
Wszystkie wystawione przedmioty są wyłącznie obiektami kolekcjonerskimi, używanie ich może być niebezpieczne. Sprzedawca nie ponosi odpowiedzialności za nieprawidłowe użycie artefaktów.
Remus Lupin szybko zabrał czarną dłoń sprzed nosa Lily i poprowadził na zaplecze sklepu. Tu było czysto i przytulnie, miękki, zielony dywan i szara sofa sprawiały wrażenie solidnego mieszczańskiego domu.
- Tu tym bardziej niczego nie dotykaj. Tutaj są produkty mniej kolekcjonerskie, a bardziej użytkowe, że się tak wyrażę. A teczki są tam za tobą, w tej wielkiej szafie. Jak dla mnie to tego się nie da poskładać.
W niedzielę sklep Borgina był zamknięty i ponieważ Lily posiadała pewne doświadczenie zdobyte zarówno u Ollivandra, jak i podczas pracy wakacyjnej w salonie samochodowym u ojca chłopaka swojej siostry, zaoferowała swoją pomoc. Nie lubiła specjalnie tej ostatniej pracy, ale ponieważ jej wykształcenie w świecie mugoli nie było imponujące, każda okazja była dobra, żeby trochę legalnie dorobić.
- Zasada numer jeden, Lupin, nie ma czegoś takiego jak sterta nieuporządkowanych papierów. Pergaminy dzielisz na te, które idą od razu do kominka, i te, które sortujesz w odpowiednich teczkach. Dobrze je zaopatrzyć odpowiednim zaklęciem i potem, kiedy czegoś potrzebujesz, machasz różdżką i masz.
- Litości, Evans. Widzisz tę szafę?
- Na oko trzy tygodnie roboty po godzinach. Dokładnie taką miał stary Dursley. Dodatkowo faktury opisane po niemiecku. Koszmar. Damy radę, tylko zrób najpierw herbaty.
Kiedy otworzyli szafę, w powietrzu uniósł się gryzący zapach kurzu i Remus musiał rzucić zaklęcie wietrzące. Przez godzinę udało im się posegregować zaledwie mały stos dokumentów. W sumie każdy kawałek zapisanego pergaminu był tu materiałem na porządne aurorskie śledztwo.
- A tak à propos tamtego... – zagadnął w końcu Remus.
- Hm?
- Wiesz czego, chodzi o Snape’a. To śmierciożerca. Jesteś tego świadoma?
Kobieta odłożyła teczkę na stół. Odrobinę zbyt mocno.
- Nie jest. Przestań do tego wracać. To jakaś wasza obsesja.
- Ja stawiam, że jest – upierał się Lupin.
- Nie ma opcji. To przyjaciel.
Tym razem to czarodziej odłożył teczkę na stół i poczuł, że zaczyna się irytować.
- Dobra, Lily, żebyś się nie rozczarowała. To go spytaj. Spójrz głęboko w te ślizgońskie oczy i zapytaj go, czy składał przysięgę Sam-Wie-Komu.
- To bez sensu. Skoro uważasz, że z niego taka kanalia, to czemu twierdzisz, że powiedziałby mi prawdę?
- Nie wierzę w Snape’a. Ale wierzę, że jeżeli kogoś nazywasz przyjacielem, to nim jest. Faktycznie znacie się całe wieki, nie? Może jestem głupi, ale myślę, że nawet taki gnojek nie skłamie przyjacielowi. Na tym to się opiera. Może rzeczywiste jest twoim przyjacielem, ale oprócz tego jest śmierciojadem.
Czarodziejka odwróciła wzrok i niby mimochodem wróciła do segregowania dokumentów.
- To się opiera też na zaufaniu. Nie zadaje się takich pytań. Ja cię wypytywałam o wilkołactwo?
- Nie. Ale ci powiedziałem. A nie boisz się przypadkiem, że nim jest? No, co byś zrobiła? Myślę, że nie chcesz się spytać, bo nie wiesz, czy chcesz usłyszeć prawdę.
Lily spojrzała na niego smutno i przez chwilę się nie odzywała.
- Zrobiłabym to, co trzeba, Lupin, i nawet nie miej czelności sugerować czegoś innego. Wiem, jaka lepka jest krew pod butami, wiem, jak grzechoczą kosteczki policzkowe w słoiczku po kawie. Wydałabym Severusa. I ciebie też bym wydała, jakby trzeba było.
Stanęła na palcach, żeby włożyć poukładane teczki na najwyższy pusty regał. Była poirytowana, w końcu już raz wydała Severusa w swoim raporcie do Dumbledore’a i ta decyzja całkiem sporo ją kosztowała. Wrzuciła pergaminy na tyle szybko, że niechcący zahaczyła bransoletką o sznurek wystający z innej sterty. Wielki stos papierów spadł na jej głowę, wzbudzając tuman kurzu. Czarodziejka zaklęła i zaczęła nerwowo podnosić kartki.
- Osz Merlinie, jasna cholera – zawołała, wytrzeszczając oczy na jedną z kartek.
Był to aneks do umowy wyciągnięty z rzeczowego spisu przedmiotów. Pod drobnym pismem Borgina widniał rysunek, przedstawiający dokładnie ten sam medalion, który zabrali z domu Blacków. Był opisany jako medalion Salazara Slytherina, sprzedany Borginowi w grudniu 1926 przez Meropę Gaunt. Ponownie zmienił właściciela w 1931, kiedy to kupiła go Chefsiba Smith.
Czarownica trzymała w ręce kartkę i w jednym momencie wróciły do niej koszmarne przeżycia.
- To jest strasznie ważna kartka, Lupin. My z Blackiem znaleźliśmy coś, ale nie mogę o tym rozmawiać. Trzeba przeszukać całą tę szafę, czy nie ma czegoś więcej o tym medalionie. A potem pogadać z tą Chefsibą i z Meropą. I z Dumbledorem, ale to potem jak będziemy coś wiedzieć.

***
Cały sekret dobrze uwarzonego eliksiru opiera się na składnikach. Niektórzy mówią, że nie jest możliwe uwarzenie dwóch jednakowych mikstur. Alchemia wyciąga ze składników ich najgłębiej skrywaną istotę i chociaż sztywne trzymanie się przepisu daje duże nieprawdopodobieństwo uzyskania określonego rezultatu, to tak naprawdę wynik zawsze jest zagadką. W suszonych malinach jest słońce, w którym dojrzewały, w łuskach smoka jego lot i dzikość, a w żabim skrzeku jest cząstka ciepłej błotnistej kałuży, w której wyrosły. Tworząc eliksir, warzyciel splata wszystkie składniki, ich naturę i siłę jak dźwięki w melodii, uzyskując pożądany efekt. Oczywiście, jeżeli komponenty są rzeczywiście dobre, w przeciwnym razie można uzyskać co najwyżej fałszujący zgrzyt rozstrojonych skrzypiec. Lily Evans zaklęła cicho i wylała zawartość kociołka do zlewu. Pracowała nad eliksirem już od kilku tygodni i właśnie trzecia próba zakończyła się klapą.
- Coś nie tak? - zapytał Severus, podnosząc głowę znad swojego kociołka, w którym, okropnie śmierdząc, rozgotowywał się gumochłon.
Obrzuciła go krzywym spojrzeniem, ale po chwili przypomniała sobie, że miała być miła.
- Wszystko nie tak. Mam wrażenie, że to przez te komponenty. Przynajmniej połowa z nich jest dobrze przeterminowana. Dziwę się, że nie boją się, że wylecimy w powietrze.
Czarodziej wzruszył ramionami.
- Zawsze możesz starać się o grant celowy na komponenty.
- A myślisz, że nie składałam? Ten idiota Canton mi odmówił. Baran jeden. Podobno mam zbyt wysokie koszty testów, niską użyteczność społeczną eliksiru. A jak się spotkaliśmy, to mówił coś o czarnej magii. Nawet świeżego tojadu nie dostałam.
Severus Snape spojrzał na nią i zastanowił się przez chwilę, czy się nie przesłyszał. Lily Evans była jedną z niewielu znanych mu osób, które z czarną magią nie miały zupełnie nic wspólnego.
- A mogę zobaczyć ten wniosek? - zaciekawił się.
Czarodziejka bez słowa wręczyła mu pergamin i odłożyła umyty kociołek na półkę. No tak, sposoby leczenia wilkołactwa na podstawie badań szkoły praskiej. Zastawał się przez chwilę, co powiedzieć.
- Ty wiesz… - zaczął.
- Tak wiem - przerwała mu. - Lupin to wilkołak. Sugerowałeś to w szkole. Jakieś dziesięć razy.
- A zdajesz sobie sprawę...
- Tak. Może mnie zeżreć, ugryźć, wypatroszyć, zdeprawować, czytałam wszystkie artykuły o niekontrolowanych przemianach i wybuchach agresji. Nawet mnie nie denerwuj. Możesz to sobie tłumaczyć tym, że gryfońskie dziewczyny kręci niebezpieczeństwo. Wiesz, seks na lecącym hipogryfie albo mieszkanie u kumpla wilkołaka. I na tym bym chciała ten temat zakończyć.
Była już solidnie zirytowana. Najpierw musiała tłumaczyć się za Severusa przed Lupinem, teraz odwrotnie. Merlinowi dzięki, że Jamesa w tym wszystkim nie było.
- Wiesz, co mówią o wilkołakach? - zapytał po chwili.
- No nie, a ten znowu. A wiesz, co o tobie mówią? Że jesteś śmierciożercą – podeszła do niego bliżej, tak że dzielił ich tylko wąski stół. - I co? Znam się na ludziach. Nie wierzę w to, bo ci ufam, Sev. Tak samo jak ufam Lupinowi. Rozumiesz?
Snape patrzył przez chwilę na Lily w zupełnym milczeniu. Jego twarz nie wyrażała zupełnie żadnych emocji i Lily poczuła słabe ukłucie niepokoju.
- Będziesz dziś o północy? - zapytał nagle.
Przerabiali eliksiry warzone przy świetle księżyca w nowiu i oprócz obowiązkowych zajęć dziennych musieli warzyć też w nocy.
- Koniecznie. Postaram się trochę przespać. Nie zaczynajcie beze mnie.

W domu czarownica wypiła kieliszek czerwonego wina, otworzyła szeroko okno i rozłożyła się wygodnie na stojącej w kuchni kanapie, która służyła jej za łóżko. Rzadko miała okazję poleniuchować i nie robić zupełnie nic, ale teraz czuła się w pełni usprawiedliwiona. Po namyśle nastawiała budzik na za kwadrans północ i przykryła się kocem.
- Remus, nie masz trochę nadziei, że to jednak koniec wojny? – zagadała już prawie na granicy snu.
- Obawiam się, że to dopiero początek – odpowiedział Lupin, ale nie usłyszała, co mówi dalej, bo zapadła w głęboki sen, z którego wyrwało ją coś, co przypominało głośny skrzek ptaka. Otworzyła oczy, spała z napiętymi mięśniami, więc bolała ją szyja i w pierwszej chwili musiała sobie przypomnieć, gdzie w zasadzie się znajduje. W pokoju panował półmrok i dopiero po chwili rozpoznała, że dziwny dźwięk to krzyk feniksa, czyli alarm, jakim posługiwał się cały Zakon w nagłych wypadkach. Kiedy mieszkała z Jimem, taki alarm zdarzył się tylko dwa razy i musiał oznaczać jakąś pilną sytuację.
Remus Lupin był już ubrany i ściskał w ręku różdżkę. Czarodziejka przetarła zaspane oczy i spojrzała na zegarek, który wskazywał wpół do dwunastej w nocy.
- Przebierz się, weź miotłę i różdżkę – powiedział wilkołak. - Za pięć minut się teleportujemy, koordynaty wskazują na jakieś wrzosowisko w Dartmoor National Park. Wykrakałaś z tym końcem wojny. Coś się zaczęło.
Lily błyskawicznie się obudziła. Spięła włosy, założyła jeansy i skórzaną mugolską kurtkę, spakowała do torby podręczny zestaw eliksirów. Kiedy wylądowali na wielkiej polanie, okazało się, że na miejscu było więcej niż sto osób, nie tylko Zakon Feniksa, ale też aurorzy i przedstawiciele ministerstwa. Na środku rozstawiono czerwony namiot, w którym czekał na nich Dumbledore. Kiedy weszli, uświadomili sobie, że są chyba ostatni i czekano na nich, bo zaraz po ich wejściu zamknęły się drzwi namiotu i Albus Dumledore zabrał głos. Lily pomyślała, że wygląda szczuplej niż zazwyczaj, jego mięśnie były napięte, a rysy twarzy przypominały hipogryfa. Jednym ruchem różdżki dyrektor wyczarował na ścianie namiotu wielką mapę południowej Anglii.
- Stało się to, czego obawialiśmy się najbardziej. Plymouth, moi drodzy. Śmierciożercy zajęli posterunek aurorów, a od miasta, aż do północnego wybrzeża w Tintagel założono barierę teleportacją. Oznacza to, że nie jest to jednorazowy atak, ale śmierciożercy zajęli Kornwalię.
Dyrektor pomyślał, że w sumie z ich strony był to dość logiczny wybór. Zarówno Walia, jak i Kornwalia były dość mocno zaludnione przez czarodziejów i były dużo łatwiejszym celem niż Szkocja. Północ zamieszkiwały głównie stare, od pokoleń związane z Gryffindorem rody, takie jak Longbottomowie, i nawet jeżeli Śmierciożercy wynegocjowaliby jakieś warunki pokojowe, to tak długo jak żyła ostatnia rodzina szkockich czarodziejów, nie odważyliby się zapuszczać w górskie doliny.
- Mogę przypuszczać, że los czarodziejów mugolskiego pochodzenia żyjących na wschód od Plymouth jest zagrożony. Celem jest prawdopodobnie zajęcie miasta i najbliższych okolic, ale jeżeli stracimy Plymouth, stracimy całą Kornwalię. Mam podstawy sądzić, że o świcie odezwą się Czarodzieje Na Rzecz Pokoju i zaproponują swoje warunki pokoju.
- Nie będziemy z nimi rozmawiać! – krzyknął Syriusz.
- Ale oni wcale nie chcą negocjować z tobą. Ani ze mną też nie. Chodzi im o ministerstwo. Jeżeli Minister Magii nie podejmie pertraktacji, w Proroku ukaże się żądanie jego rezygnacji. Dość przelewania czarodziejskiej krwi. Na dodatek ich postulaty będą prawdopodobnie dość rozsądne: rejestracja i oznakowanie czarodziei mugolskiego pochodzenia, zmiana w składzie aurorów, pewna autonomia Kornwalii, ingerencja w mugolską politykę na tym terenie i tym podobne. Nie umierajmy za mugoli, czy nie to słyszymy z Proroka przez ostanie miesiące? Los czarodziejów mugolskiego pochodzenia, którzy mieszkają na tym terenie, może być straszny. Drugą rzeczą jest fakt, że zyskując Kornwalię, śmierciozercy zyskają zaplecze.
- W takim razie, jakie mamy wyjście? - zapytał ktoś z sali.
- Nie dopuścić do negocjacji. Mamy jakieś sześć godzin, żeby w Plymouth nie było ani jednego żywego śmierciożercy. Miasto trzeba otoczyć i nie pozwolić im się wycofać na zachód.
Na sali zapanowała absolutna cisza. Albus Dumbledore rozejrzał się po sali pełnej młodych ludzi i pomyślał, że w jakimś sensie już przegrali. Jeżeli nie zdobędą miasta, ich porażka będzie oczywista. Jeżeli wygrają, będą musieli zapłacić za to ogromną cenę. Wśród śmierciożerców życie było tańsze, a poza tym, jak zdradził mu jego szpieg, Voldemort nie wysłał tej nocy żadnego ze swoich najlepszych ludzi. Nie było ani Malfoyów, ani Snape'a czy Avery’ego, czy Rookwooda. Prawdopodobnie gdzieś tam latała Bellatrix, ale tego też nie był pewien. To, że w kluczowej rozgrywce jego przeciwnik nie wystawił tak ważnych osób, było bardzo niepokojące. Albus Dumbledore miał nieprzyjemne uczucie, że wchodzi prosto w pułapkę, a jednak nie miał zupełnie możliwości postąpić inaczej. Jeżeli nie ruszą do walki, przegra na pewno.
- Od śmierci niespodziewanej zachowaj nas, Hekate – ktoś szeptał w półmroku.
Lily rozejrzała się po gęstym tłumie w namiocie i poczuła, że się boi. Robiła dla Zakonu bardzo wiele rzeczy, ale walka i zaklęcia bojowe nie były jej silną stroną. Wcale nie chciała lecieć na miotle w ciemną noc, ściskając różdżkę i walczyć. Nie chciała zabijać, ani ginąć. Spojrzała na Franka, który stał obok niej, trzymając za rękę Alicję i poczuła się bardzo samotna.
Od klątwy, uroku i zaklęcie śmiertelnego uchroń nas, Hekate.
Zaczęła rozglądać się za Jamesem. Zawsze podczas walki mogli na siebie liczyć, a teraz nawet jeżeli będzie obok niej, to tak naprawdę będzie sama. Prosto było być bez niego w świetle dnia, robiąc coś, co ją interesowało i pochłaniało. Teraz nie wiedziała, czy uda jej się dożyć poranka ani kto z jej przyjaciół ocaleje. W dodatku musiała zmierzyć się ze swoim strachem zupełnie sama.
Od śmierci w płomieniach ocal nas, Hekate.
James pomachał jej z drugiego końca namiotu. Wydawało jej się, że jest tak samo samotny jak ona. Chciała podejść i objąć go, ale nie chciała dawać mu fałszywych nadziei. Podjęła decyzję i teraz musi sobie z nią radzić. Jim nie był misiem przytulanką, którego można objąć, gdy jest źle i rzucić w kąt zaraz potem. Dyrektor mówił jeszcze coś, ale czarownica już go nie słuchała i z zadumy wyrwał ją dźwięk jej własnego nazwiska.
- Macie piętnaście minut do wylotu. Alastor obejmie dowodzenie. Teraz jesteście wolni. Lily Evans, Syriusz Black, Frank Longbottom i Dorcas Meadows, zostańcie proszę.
Kiedy namiot opustoszał, podeszli do dyrektora. Na stole przed nim leżały rozłożone mapy Kornwalii i Plymouth.
- Dla was jest inne zadanie – powiedział w końcu, wpatrując się w mapę. - Polecicie na miotłach w czwórkę poza głównym szykiem, lećcie nisko tuż nad morzem. Najlepiej, żebyście nie zostali zauważeni i, o ile to możliwe, nie wdawali się w walki. Tutaj – pokazał na mapie punkt w mieście położony blisko morza - jest latarnia morska. Mam powody sądzić, że coś tu okryto. Coś, co może zmienić wynik tej bitwy. Lily, potrafisz łamać zaklęcia i odczyniać uroki. Dorcas, jeżeli coś będzie opatrzone starożytnymi runami, prawdopodobnie sobie z tym poradzisz. Wy macie eskortować dziewczyny i pilnować, żeby bezpiecznie dotarły do latarni. Potem możecie dołączyć do reszty.
- Czego mamy się spodziewać? - zapytał Frank.
Dyrektor milczał. W pierwszym momencie, sam nie wiedział dlaczego, chciał odpowiedzieć, że śmierci, ale taka odpowiedź wcale by im nie pomogła. Jego szpieg powiedział mu, że Voldemort ukrył w latarni coś, co jego zdaniem zmieni przebieg bitwy. Snape nie potrafił jednak określić, co to było, zresztą dyrektor miał wrażenie, że nawet gdyby jego szpieg wiedział, nie zdradziłby tego. Zdrada pod przymusem miała swoje ograniczenia. Tak czy inaczej było tam coś i musieli to sprawdzić. Na dodatek dowiedział się o tym dopiero wczoraj i nie zdążył jeszcze złożyć wszystkich szczegółów układanki.
- Nie wiem. Myślę, że musicie być wyjątkowo ostrożni.
Wyjął z kieszeni pulsującą czerwoną kulę i położył ją na stole. f
- To powinno pozwolić nam się komunikować. Teleportuję się teraz do Hogwartu, może uda mi się dowiedzieć czegoś więcej. Pozostaje mi życzyć wam powodzenia.
Syriusz Black przeciągnął się, przywołał miotłę i uśmiechnął się szeroko.
- Chyba widziałem po drodze nad rzeką starą Bean Sidhe, jak prała skrwawione koszule. Nie wiem, czy były nasze czy ich, ale nie pozwólmy staruszce czekać za długo. Ruszajmy.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-X

Postautor: labruja » 14.04.15, 21:04

XI
Wczesne godziny ranne, w których zazwyczaj zaczynali zajęcia w Instytucie Eliksirów, wydawały się Rubenowi torturą, jednak warzenie w nocy było czymś, co uwielbiał. Kiedy Severus Snape wszedł do sali, wszystko było już przygotowane; destylator zmontowano, umyto kociołki i pobrano z magazynu wszystkie potrzebne składniki. Brakowało tylko Lily Evans.
- Panna Lily chyba zaspała, będziemy musieli zaczynać bez niej – stwierdził czarodziej, zapalając palnik.
Snape rzucił mu złe spojrzenie i zaczął nerwowo chodzić po sali. Evans raczej nie zdarzało się tak po prostu zaspać.
- Poczekamy jeszcze - mruknął. - Kwadrans.
Dzisiaj miała się rozegrać decydująca bitwa, a on z jakiegoś powodu założył, że Lily to nie dotyczy. Słabo latała na miotle, a jej zaklęcia bojowe mogły co najwyżej przepłoszyć kota buszującego w nocy w śmietniku. Albus Dumbledore musiał mieć na tyle rozumu, żeby to wiedzieć i nie wysyłać jej do walki. Nie wiedział dokładnie, co ma wydarzyć się w Plymouth, Czarny Pan nie omawiał z nimi dokładnie swoich planów, ale musiał mieć jakiegoś asa w rękawie, bo w ogóle nie przejmował się przewagą liczebną przeciwników.
- Niech przyjdą wszyscy, wszyscy moi wrogowie w jednym miejscu, czy to nie cudowne? – mówił, śmiejąc się.
Dlatego Snape z tym większą łatwością przekazał wszystkie informacje o ataku Dumbledorowi. A teraz okazało się, że Lily Evans także się zaliczała do tych wrogów. Teoretycznie był tego świadom wcześniej, ale w jakiś sposób nie dopuszczał do siebie tej informacji. Po kolejnym kwadransie, w którym sala warzycieli wydawała mu się pusta i cicha, nie potrafił już wytrzymać, siedząc w miejscu.
- Pójdę zobaczyć, co z Lily – stwierdził w końcu.
- Ale naprawdę musimy już zaczynać, księżyc...
Severus spojrzał na Rubena, a jego spojrzenie doskonale mówiło to, gdzie ma księżyc. Czarodziej wybiegł z instytutu i błyskawicznie teleportował się na Nokturn. Mieszkanie Lupina zabezpieczono zaklęciami, których otwarcie trwałoby zapewne trochę czasu, którego teraz nie miał, więc upewniwszy się, że w mieszkaniu jest cicho, rzucił na drzwi zaklęcie eksplodujące. Jeżeli rzeczywiście Evans zaspała, to tłumaczenie się z tej pobudki będzie jego najmniejszym problemem. Huk na chwilę obudził któregoś z sąsiadów, który wyjrzał ciekawie na korytarz, ale na Nokturnie nikt nie wzywał aurorów z powodu takiej błahostki jak eksplodujące drzwi.
W mieszkaniu panowała zupełna cisza. W świetle różdżki zobaczył wirujące drobinki kurzu, zmięty koc, książkę i kieliszek z niedopitą resztką wina. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien od razu teleportować się do Plymouth, ale widział za dużo potyczek, żeby myśleć, że ma to jakiś sens. Nie wiedział ani gdzie Lily jest, ani jak się z nią skontaktować. Przeklęty Albus Dumbledore, tylko on mógł ją cofnąć z akcji. Czarodziej wybiegł na ulicę i teleportował się na skraj Zakazanego Lasu, skąd trzeba było biec jeszcze przez całe błonia i zamek aż do gabinetu dyrektora. Dopiero, kiedy zdyszany stanął przed posągiem chimery, uświadomił sobie, że nie zna hasała i może tu czekać całą noc.
- Co się tak tłuczesz po nocy? – zagadnął mężczyzna z małego portretu wiszącego na ścianie. - Dyrektor ma gościa i nie będzie teraz z tobą rozmawiał. Poczekaj na swoją kolejkę.
No tak, pomyślał, skoro ktoś tam jest, to może uda się wejść do środka, kiedy będzie wychodził. Kolejne minuty ciągnęły się w nieskończoność, ale nie pozostało mu nic innego, jak spokojnie czekać. Przy okazji można było się zastanowić się, jak w ogóle poprowadzić tę rozmowę.

Tymczasem w gabinecie dyrektora Hogwartu skrzat podawał właśnie gorącą czarną herbatę z kandyzowanymi kawałkami ananasa. Albus Dumbledore był zdenerwowany i nie miał ochoty na dłuższe rozmowy, ale Horacy Slughorn najwyraźniej tego nie zauważał.
- Myślisz, że nie wiem, co się dzieje, Albusie? Zajęli jakieś miasto, tak?
- Plymouth dokładnie – przytaknął dyrektor.
- I co, wysłaliście tę bandę dzieciaków, wyszkolonych aurorów? Mam wam życzyć powodzenia? Ja wszystko rozumiem, nie popieram Sam-Wiesz-Kogo, nigdy. Ale ty też musisz mnie zrozumieć, Albusie. Siedem lat temu wycierałem im wieczorami nosy, kiedy ryczeli za domem. Już nie liczę tych, którzy nie wrócą od września do Hogwartu. To są moje dzieciaki. I nie potrafię wam życzyć powodzenia, kiedy będziecie robić jatkę. Rezygnuję, Albusie. Byłem złym wychowawcą. Gdybym nie zawiódł, nie byłoby ich tam dziś. Ja chciałem dobrze, chciałem, żeby do czegoś doszli, chciałem wzbudzić w nich ambicję, głód wiedzy i osiągnięć.
Dyrektor westchnął głęboko. Byli w środku bitwy, a on dokładnie w tej chwili musiał zmagać się z problemami kadrowo-egzystencjalnymi.
- Jesteś dobrym wychowawcą, Horacy. Problem w tym, że jesteś dobrym wychowawcą na czas pokoju. Nikt z nas nie mógł przewidzieć tego, co się stanie. Przemyśl to jeszcze.
Nauczyciel eliksirów westchnął głęboko i postawił na stole malutką fiolkę z półprzeźroczystym płynem.
- To jest to, o co mnie pytałeś, Albusie – zaczął niechętnie. - Okłamałem cię. Powiedziałem temu przeklętemu chłopakowi więcej, niż powinienem. Jestem ci winny to wspomnienie choćby ze względu na tych, którzy dzisiaj zginą. Chciał podzielić duszę na więcej niż dwie części, ale nie wiem, czy mu się udało. Mam nadzieję, że to w czymś pomoże. Przepraszam.
Czarodziej wyszedł i ledwie zamknęły się za nim drzwi, Albus Dumbledore usłyszał hałas dobiegający z korytarza.
- Kogo diabli nadali – mruknął do siebie.
Po chwili w drzwiach stanął Severus Snape, jeszcze bardziej blady niż zwykle, z rozbieganym wzrokiem.
- Czego twój pan chce ode mnie, szpiegu?
Severus rozejrzał się niepewnie po gabinecie.
- On? Nic. On nie wie, że tu przeszedłem. To ja. Ja sam. Chodzi o Lily Evans… Czy ona tam jest?
- Jest. Jak wielu innych porządnych czarodziejów.
Snape jęknął.
- Ona nie może... Nie dziś. Trzeba ją zawrócić. Musisz...
- Muszę? - Albus pomyślał, że gdyby nie presja czasu to ta rozmowa byłaby ciekawa.
Czarodziej zreflektował się, że nie był to dobry tor rozmowy.
- Nie musisz. Ale ja błagam. Proszę… Trzeba ją uratować. Tam stanie się coś strasznego. Ja zrobię wszystko. Naprawdę wszystko. Ja wiem...
- Czyżby mój szpieg zapomniał dodać ostatnio jakiejś znaczącej informacji? - Dyrektor rozsiadł się wygodnie w fotelu i uważnie obserwował młodego Ślizgona. Wyglądał jak ktoś obłąkany, ktoś, kto całkowicie stracił nad sobą kontrolę.
- Nie. On nam nie mówił. Tylko tyle, że chce, żebyście znaleźli się tam wszyscy. To jest pułapka. Ta skrzynka, którą przywiózł Karkarow. Przysięgam, że nie wiem, co tam jest.
Albus Dumbledore spojrzał na niego przez połówki okularów i pomyślał, że chłopak rzeczywiście nic nie wie.
- To sobie przypomnij. Cokolwiek. Coś, co może uratować Lily Evans.
- Skrzynka jest ciężka – mamrotał Snape. - Musieli ją nieść we trzech. Nie pozwalał używać magii. Przez chwilę widziałem w środku coś jakby z kamienia… I jeszcze jedno. Chyba się nie teleportował, ale przyleciał.
Odkąd wybuchła wojna na większość krajów nałożono kontrolę teleportacji międzynarodowej. Każdy mógł się teleportować, ale musiał podać swoje dane i cel wizyty. Logicznym było, że Karkarow chciałby uniknąć takich formalności.
- Przyjechał mugolskim samolotem i strasznie na to narzekał – kontynuował Snape. - Nie wiem, skąd przyjechał, ale te litery na jego walizce… To chyba arabski. I coś w kolorach chyba zieleni i czerwieni.
Dyrektorek pobladł i przez chwilę wpatrywał się w szpiega w zupełnym milczeniu. Potem wziął z kieszeni czerwoną kulę i podrzucił ją do góry.
- Dorcas? Frank? Jesteście tam? Jak się sprawy mają?
Przez chwilę coś zazgrzytało i usłyszeli kobiecy głos.
- Wszystko w porządku. Chyba wygrywamy. Udało mi się otworzyć latarnię, Lily weszła właśnie do środka i znowu zamknęły się drzwi. Tylko jedna osoba mogła wejść, ale Evans da radę.
Dyrektor schował kulę do kieszeni i długo wpatrywał się w Severusa w absolutnym milczeniu.
- Severusie Snape – powiedział w końcu – zdaje się, że zabiłeś Lily Evans. Zdaje się, że właśnie obaj to zrobiliśmy.
Teraz dyrektor mówił powoli, jakby opowiadał dziecku historię. Świadomość tego, co zawierała skrzynka Karkarowa, sparaliżowała jego wolę walki.
- Jeżeli chcesz zrozumieć, co jest lub było ukryte w latarni, musisz zrozumieć myślenie ludzi wschodu. My nie zastanawiamy się, skąd pochodzi magia, jest jeszcze jedną umiejętnością daną nam tak jak chodzenie czy widzenie. Dla ludzi wschodu każdy czar to kontakt z istotami nadprzyrodzonymi, potężnymi duchami, które zamieszkują inne wymiary. Mag jest kimś, kto potrafi z nimi rozmawiać i rozkazywać im. To czy uprawia czarną czy biała magię zależy od tego, z kim paktuje, bo dla nich każde, nawet najmniejsze zaklęcie jest pewnego rodzaju paktem. Nie słyszałeś o tym, prawda? Czasami uważam, że wizja świata, której uczymy w Hogwarcie jest zbyt wąska. Pamiętając o tym, musisz się cofnąć o jakieś dwa i pół tysiąca lat do Daszt-e Lut czyli Pustynię Lut. Mniej więcej w tym czasie rozegrała się tam jedna z największych bitew czarodziejskiego świata. Trzy tysiące czarodziejów na barwnych dywanach pochłoniętych przez piasek pustyni. A wszystko przez małą kamienną skrzynkę, którą dostali na znak pokoju i którą nieopatrznie otworzyli. Ta skrzynia przez tysiące lat przechodziła z rąk do rąk, a miesiąc temu została skradziona z muzeum w Teheranie. Jak rozumiem wiesz, co to jest Ifryt, Severusie?
Czarodziej najwyraźniej wiedział, czym był Ifryt, bo pobladł jeszcze bardziej i pozwolił dyrektorowi kontynuować.
- Kamień, w który zaklęto Ifryta, obiecuje zwycięstwo w bitwie. Nie precyzuje jednak, że Ifryt obraca się przeciwko temu, kto go uwolnił. Karkarow musiał rozpieczętować kamień, uchylić drzwi, ale pozwolić nam na ostateczny ruch. Nawet jeżeli teraz wycofam wszystkich z walki, Ifryt ruszy ich tropem. Zanim zniknie, musi zgładzić tych, którzy go wypuścili. Takie są prawa. Natomiast tego, kto osobiście go uwalnia, czeka najstraszliwszy los. Zajmuje jego miejsce w wiecznej pułapce, zawieszony między życiem a śmiercią, aż w końcu oszalały po tysiącach lat sam staje się Ifrytem.
- Dyrektorze – czerwona kula leżąca na biurku znowu uniosła się i usłyszeli głos Dorcas. - Dzieje się coś dziwnego. Weszłam do latarni, ale Lily tam nie ma. Jest tylko jakiś kamień… I jeszcze… nie rozumiem tego, ale tak jakby w powietrzu krążyły dziesiątki dementorów. Nie widzę ich, ale to takie uczucie.
- Zaczyna się – powiedział cicho dyrektor.
- Musi istnieć jakiś sposób – Severus Snape wiedział o Ifrytach na tyle mało, że ciągle widział nadzieję. - Może mógłbym… gdybym mógł otworzyć skrzynię i zastąpić Lily. Może udałoby jej się uciec.
Albus uśmiechnął się po raz pierwszy od pewnego czasu, kiedy uświadomił sobie, jak bardzo młodość jest skoncentrowana na swoich problemach.
- To rzeczywiście dość szlachetne z twojej strony, jednak nie rozwiązuje problemu szalejącego po Anglii Ifryta. No chyba, że Ifryt sam grzecznie wejdzie na swoje dawne miejsce.
- Nie można go jakoś zmusić?
- Można. Gdyby nagle z pułapki zniknęła Lily, ale nikt by jej nie zastąpił, wtedy Ifryt musiałby wrócić na swoje miejsce. Tylko że Lily nie może wyjść z pułapki, jeżeli nikt jej nie zastąpi. Pułapka logiczna, na wschodzie uwielbiając takie rzeczy.
- Patronus – powiedział po chwili Snape, wpatrując się w biurko. - Gdyby zastąpił ją patronus, który by po pewnym czasie zniknął, Lily by się wydostała, a pułapka zostałaby pusta. Jeżeli patronus zamieniłby się z nią miejscami, to przez chwilę Lily jednocześnie byłaby w pułapce i by w niej nie była. Dyrektorze, proszę cię, błagam, pozwól mi się tam teleportować i wysłać tam patronusa.
Albus Dumbledore przez chwilę patrzył na twarz swojego szpiega. Mógł próbować tak czy inaczej się tam dostać, a jednak prosił go o pomoc. Dyrektor potrafił rozpoznać, kiedy ktoś był po jego stronie i teraz miał wyrażenie, że nie rozmawia już z wrogiem. Sam pomysł też nie był zupełnie zły. Jednak, żeby Lily jednocześnie była i nie była w pułapce, mógł ją wyciągnąć z tego tylko jej własny patronus, a wyczarowanie go w tamtym wymiarze było z tego, co się orientował zupełnie niemożliwe. Była to drobna, ale poważna przeszkoda. Snape zaśmiał się nerwowo, kiedy dyrektor tłumaczył mu, czemu jego pomysł nie może się udać.
- Ale nasze patronusy są takie same!
Dumbledore prychnął zirytowany. Poziom nauczania wymagał dodatkowej uwagi, skoro niedawny absolwent nie wiedział takich podstaw.
- Taki sam patronus, Severusie – wyjaśnił spokojnie - to nie jest takie same zwierzę, takich prawdopodobnie są dziesiątki. To musiałby być patronus, który powstał z tego samego wspomnienia.
Snape uśmiechnął się triumfalne jak uczeń, którego nie udało się zagiąć na trudnym pytaniu.
- Czyli dokładnie taki jak mój i Lily Evans.
Dyrektor starał się nie okazywać zdziwienia i przez kolejny kwadrans przekazywał swojemu szpiegowi wszystkie szczegóły akcji i hasła, które mogły okazać się potrzebne komuś, kto miał za chwilę wylądować w miejscu walki i to na dodatek takim, po którym krążył Ifryt.
Mężczyzna odwrócił się w drzwiach i przez chwilę wahał się, czy ma coś powiedzieć.
- Jeszcze jedno. Nie chcę, żeby wiedziała. Ja nie potrzebuję… Nie chcę żeby wiedziała, że z jej powodu… Rozumiesz?
- Nie. Nie rozumiem – odpowiedział zupełnie szczerze Albus Dumbledore. - Ale i tak powodzenia.


Pół godziny później Severus Snape stał w ciemności Drake's Island i patrzył na odległy ląd. W ciemności migało blade światło latarni morskiej, w środku której uwięziono Lily. Przymknął oczy i przypomniał sobie swoje najszczęśliwsze wspomnienie. Ich najszczęśliwsze wspomnienie. Był upalny sierpień, dokładnie taki jak teraz, za tydzień miała zacząć się szkoła, ale rodzice Lily wyjeżdżali na miesiąc i dyrektor zgodził się, żeby wyjątkowo przywieźć ją do szkoły trochę wcześniej. Severus zabrał się razem z nią i mieli spędzić jeden z najlepszych wspólnych tygodni. Jak się potem okazało, również ostatni.
Każdy rok w szkole coraz bardziej ich od siebie oddalał, ale podczas wakacji zachowywali się tak, jakby nigdy nic się nie zmieniło. Potter, Slytherin, czarna magia, wszystko to były zakazane tematy i udawali, że to wszystko nie istnieje. Włóczyli się po błoniach i okolicach Hogsmeade i oboje mieli wrażenie, że coś nieodwołalnie się kończy. Mieli po czternaście lat i nie chodziło tu tylko o wakacje i dni, które stawały się coraz krótsze, ale o coś innego, nieuchwytnego jak koniec czasu niewinności i dzieciństwa. Czuli, że za kilka tygodni nic już nie będzie takie jak kiedyś. Lily przyniosła wielką torbę wiśni, siedziała na zwalonym pniu w lesie i przy odrobinie magii pluła pestkami tak, że odbijały się od drzew Zakazanego Lasu.
- Expecto Patronum! - krzyknął Severus, a z jego różdżki wysączyło się słabe światło, które zamigotało przez chwilę i zgasło.
- Nie wyjdzie ci – powiedziała Lily i strzeliła pestką naprawdę daleko. - Mnie też nie wychodzi. Mamy za słabe wspomnienia. O czym myślisz, Sev?
- Pierwszy idealny Wywar Żywej Śmierci – powiedział niechętnie.
- Ja list z Hogwartu. To się nie uda z tymi wspomnieniami. Musimy mieć coś silniejszego, coś, co zapamiętamy, wspólną tajemnicę – dziewczyna wstała i wytarła sobie dłonią usta z soku z wiśni.
Podeszła do niego i zanim zdążył zorientować się, co robi, pocałowała go w usta. Najpierw delikatnie, niepewnie, a potem mocniej, jakby smakowała nowy owoc. Była niższa, więc musiała stanąć lekko na palcach. Różdżka wypadła mu z dłoni, kiedy chwyciła go za ręce i położyła je na swoich piersiach. Były małe i twarde jak wiśnie, a Severus poczuł, jak traci grunt pod nogami.
- Piersi mi rosną – zaśmiała się cicho. - Chcę, żebyś pamiętał tę chwilę, Sev. To będzie nasza tajemnica. Na zawsze.
Chwile później, zanim zdążyli wyrównać oddech, trzymając się za ręce, krzyknęli jednocześnie:
- Expecto Patronum!
Z różdżek eksplodowało jasne światło, które dopiero po chwili zamieniło się w dwie łanie ścigające się ze sobą wśród paproci.
Teraz Severus Snape patrzył z wyspy na światło latarni i przez chwilę wydawało mu się, że czuje w ustach cierpki smak wiśni.
- Expecto Patronum! - krzyknął i poprzez morskie fale pomknęła srebrzysta poświata patronusa.
***
Lily Evans dotychczas nie myślała zbyt wiele o tym, czym jest czas. Zazwyczaj było go za mało, podobnie jak pieniędzy, biegł zbyt szybko, ale mimo najbardziej napiętych grafików trudno było sobie wyobrazić sytuację, gdzie go po prostu nie ma. Sama próba wyobrażenia sobie takiego stanu byłaby wyzwaniem dla wyobraźni. Tymczasem w pułapce, w jakiej się znalazła, czas zniknął. Lily próbowała liczyć oddechy, ale nie potrafiła zaczerpnąć powietrza, co jednak nie powodowało, że się dusiła. Początkowo ten stan nie był nawet taki straszny, nie było ani zimno, ani gorąco, jasno, ani ciemno, jednak po jakimś czasie czarownica poczuła chwytający ją za gardło strach. Po jakimś czasie nie była pewna, czy minęły minuty, czy może miesiące, czy lata i ile ten stan będzie trwał dalej, czy umrze w tym dziwnym miejscu, czy zostanie tam na zawsze. Nie mogła nic zrobić, a czekanie w bezruchu sam na sam tylko ze swoimi myślami sprawiało, że odchodziła od zmysłów i zastanawiała się, kiedy zupełnie oszaleje. Mijały godziny, dni, tygodnie i lata. A może wszystko to tylko kilka chwil, kiedy w ciemności zobaczyła jakiś błysk. Czy tak wygląda szaleństwo, pomyślała, podobno na pustyni, umierając z pragnienia, można zobaczyć wodę i palmy.
Promyk światła zaczął się jednak powiększać i wkrótce nabrał kształtów biegnącej łani. Patronus podszedł do niej i delikatnie szturchnął ją w głowę jak kot, który domaga się pieszczot. Nie miała pojęcia, jak udało jej się go wyczarować bez różdżki i słów w stanie absolutnej beznadziei. Lily nigdy wcześniej nie dotykała patronusa; był materialny i niematerialny zarazem, kontakt z nim sprawiał, że wracało do niej całe szczęście, nadzieja i energia. Znowu mogła się ruszać i oddychać. Łania jeszcze raz szturchnęła ją głową i czarodziejka zrozumiała, że ma niewiele czasu. Ostatni raz spojrzała na srebrzyste zwierzę i zaczęła biec przed siebie. Latarnia morska z zewnątrz wydawała się mała, ale musiano rzucić na nią jakieś zaklęcie, bo zanim została uwięziona, długo błądziła wśród kamiennych korytarzy, które pachniały piaskiem i czymś starym, czego nie potrafiła nazwać. Muśnięcie patronusa nie tylko dało jej siłę i nadzieję, ale też sprawiło, że wiedziała, którędy biec. Zagubiona poczuła się dopiero na zewnątrz latarni. Wschodziło słońce, bitwa dalej trwała i ktoś okrył ją kocem i poprowadził do stanowiska magomedyków, gdzie zakrwawioną ręką pomachała jej Dorcas.
- Chyba nam się udało, Lily – powiedziała cicho. - Może mnie nawet posklejają jak trzeba.
Chciała wstać i szukać przyjaciół, ale zaraz znalazł się obok niej Syriusz i stanowczo zabronił się ruszać.
- Idziesz do Munga na obserwację, musisz na siebie uważać, polecenie Dumbledore’a – puścił do niej oko.
W przeciwieństwie do ostatniego pobytu u św. Munga, kiedy patrzyła tępo w ścianę, teraz nie mogła usiedzieć w miejscu. Jedyną zaletą jej pobytu był fakt, że oprócz niej w szpitalu leżały po akcji jeszcze cztery osoby i bardziej niż sterylną lecznicę miejsce to przypomniało kwaterę kombatantów Zakonu Feniksa. Kiedy tylko pielęgniarki nie patrzyły, wymykali się do łazienki na zakazanego papierosa i błogosławiąc zaklęcie wietrzące, wspominali ostatnią akcję. Z jakichś powodów praktycznie przez cały dzień ktoś ją odwiedzał, najpewniej James, potem Peter i Syriusz, a po południu Remus. Przyszedł nawet Ruben, przynosząc ze sobą ogromny kosz kwiatów.
- My wszystkie się ogromnie martwili o panna Lily – powiedział do Remusa już na korytarzu. - Nawet Seberus, chociaż on jest trochę, no taki... zdescocjalizowany. On nawet chyba też tu chciał przyjść, chociaż chyba się z panna Lily niespecjalnie lubią, spotkałem go na dole, ale chyba się rozmyślił. Nie do końca ja go pojmuję, co on ma w głowie.
- Chyba nikt tego nie wie - Remus Lupin całym wysiłkiem woli usiłował się nie roześmiać. - Ale gdzie go widziałeś?
- Na dole w kawiarnia siedział.
Lupin przez chwilę chodził po korytarzach, zastawiając się, co zrobić, ale w końcu poczekał, aż Ruben odejdzie i zszedł na parter, gdzie goście i pacjenci mogli wypić kawę i zjeść szarlotkę. Snape siedział w rogu i dopijał filiżankę kawy.
- A ty co tu robisz, śmierciożerco? Czarny Pan zarządził badania okresowe? – zaczął, splatając ręce na piersiach.
- Kawy już nie można w spokoju wypić, wilkołaku? Do pełni jeszcze trochę, a już ludzi zaczepiasz?
- Masz kwadrans. Pokój sto sześć. Idę się przejść, za godzinę będzie James i lepiej, żeby cię tu nie spotkał, bo będzie awantura. Z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu Lily uważa cię za przyjaciela. A ja szanuję decyzje moich przyjaciół. Te głupie też.
Remus Lupin czuł, że Syriusz i James nie pochwalaliby tego, co robi. Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i wyszedł. Obok Snape’a w koszu na śmieci zobaczył wyrzuconą torebkę wiśni.

Lily spojrzała na swojego gościa i w pierwszej chwili bardzo się ucieszyła. Zupełnie jakby patronus dalej działał i błyszcząca łania trącała ją głową.
- Cześć – powiedziała.
- No cześć – odpowiedział.
Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że ich kontakty w instytucie były w jakiś sposób naturalne i bezpieczne. Mieli o czym rozmawiać, a wspólna obecność była usprawiedliwiona. Teraz po radości kilku pierwszych sekund przyszła pora na krępujące milczenie.
- Nie przyszłaś na warzenie eliksiru – zaczął Severus. - To było dość ważne, a do następnego nowiu cały miesiąc. Straciłaś punkty.
Czarodziejka prychnęła zirytowana i jej dobry nastrój prysł jak bańka mydlana. Właśnie uniknęła śmierci albo czegoś jeszcze gorszego, a on jej tu zaczyna z warzeniem.
- Wyczarowałam patronusa bez różdżki i słów – wypaliła zaczepnie.
- Bzdura – odpowiedział spokojnie. - Nie da się tego zrobić.
Słyszał już o tej historii. Widocznie Lily opowiadała ją każdemu, bo zdążyła już dojść do Czarnego Pana, który podobnie jak on dobrze wiedział, że jest to niewykonalne. I bardzo interesował się tym, co naprawdę się stało i zrujnowało jego plan.
- Eliksir bez kociołka też potrafisz uwarzyć? Powinnaś uważać z chwaleniem się tak bzdurną historią – powiedział spokojnie.
Lily zrobiła się blada ze złości. Kto jak kto, ale on pewien zrozumieć to, co chciała mu powiedzieć.
- Wiesz, ja jeszcze pamiętam mojego patronusa. Nie wiem jak ty. Jak mogłeś zauważyć, miałam ważniejsze sprawy niż warzenie eliksiru. Jak większość porządnych czarodziejów. I jeżeli zamierzasz mi zawracać głowę punktacją instytutu, to równie dobrze możesz sobie iść.





Rozdział XII

- Teraz się skup i popatrz mi w oczy – powiedział Syriusz, wpatrując się w dziecko. Włosy dziewczynki były czarne, a w oczach błyszczały iskierki. Przypomniała trochę sześcioletnią Bellatrix Black.
- Najważniejsza rzecz to zostawić na ziemi cały strach, on strasznie przeszkadza w lataniu.
- Zostawiam cały mój strach na ziemi – podziałała poważnie dziewczynka.
Na trawie w ogrodzie leżała mała dziecinna miotła, jedna z tych, które wznoszą się najwyższej metr nad ziemię, a dziewczynka ściskała prawdziwą Świetlistą Smugę.
- Dobra, to jesteś gotowa. Panie i panowie, oto panna Tonks, nadzieja quidditcha, przyszła szukająca w drużynie Gryffindoru.
- Hufflepuffu – poprawiła dziewczynka. - Chcę iść do Hufflepuffu.
Czarodziej skrzywił się.
- Pogadamy o tym później, młoda damo. Zresztą Puchonom też przydałby się dobry szukający. Widzisz te drzewa? Zdaje się, że słyszałam, że drozdy mają tam gniazdo, masz ochotę je zobaczyć?
Dziewczynka kiwnęła głową. Powoli odbili się od ziemi i polecieli w kierunku drzew. Dom stał na końcu ulicy, tuż pod lasem i przy odrobinie zaklęć maskujących można było spokojnie uczyć się latać. Dwukrotnie okrążyli stary dąb, ale kiedy próbowali zatrzymać się w locie, dziecko niebezpiecznie zakołysało się na miotle.
- Uważaj! - syknął Syriusz, przytrzymując miotłę. – Co ci mówiłem o strachu? Nie możesz bać się latać.
- Ale wujku… - włosy dziewczynki stały się nagle białe.
- Co?
- Ja się nie boję latać. Ja się boję mamy – jęknęła, wskazując głową w dół.
Pod dębem stała Andromeda Tonks we fioletowym fartuchu, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami i rozpuszczonymi włosami wyglądała jak Bellatrix przebrana na halloweenowe przyjęcie za mugolską gospodynię domową. Było w niej coś przerażającego.
- Nimfadora! Syriusz! - krzyknęła. - Liczę do trzech i jesteście na dole. Nie żartuję.

Na tarasie przed domem rozłożono stół i przykryto go białym obrusem. Gorącą herbatę podano w serwisie w różyczki, a na talerzykach rozłożono imbirowe ciasteczka.
- Jeszcze raz narazisz życie mojego dziecka, Syriuszu, a przekonasz się, że Bella i Cysia są bardzo sympatyczne w porównaniu ze mną.
- Nie możesz jej trzymać pod kloszem. Ona chce iść do Hufflepuffu, wiedziałaś?
- Pójdzie, gdzie jej się będzie podobało. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby stary kapelusz narzucał wolę komuś z naszej rodziny, prawda? Ty coś chyba o tym wiesz.
Przy stole oprócz nich siedzieli Frank Longbottom i Lily Evans. Od pamiętnego wypadu do domu Blacków spotkali się kilkakrotnie i omówili różne teorie, które mieli na temat medalionu Salazara Slytherina. Dumbledore zakazał im o tej sprawie rozmawiać z kimkolwiek spoza grupy, ale ich samych ten zakaz nie dotyczył. Czuli się przez to trochę jak tajna komórka wewnątrz tajnej organizacji, w której na dodatek jedna z członkiń bardzo dobrze piekła.
- Uważam, że cała sprawa powinna zostać przedyskutowana w gronie Zakonu – powiedział Frank poważnie. - Możemy sobie gadać, ok, ale jak w grę wchodzą jakieś działania, trzeba działać zespołowo. Co mówił Dumbledore?
- Działamy zespołowo – wtrąciła Lily. - A Albusowi damy sprawozdanie, jak będą jakieś konkrety. Wiesz, ile on musi mieć na głowie? Głosujmy. Kto jest za tym, że powinniśmy ciągnąć sprawę medalionu?
Lily, Andromeda i Syriusz podnieśli ręce do góry.
- Przegłosowane, Frank. Uważam, że to sprawa rodzinna Blacków, kontynuujemy to, co robił Regulus i nie widzę potrzeby, żeby wtajemniczać w to zbyt wiele osób na tym etapie – powiedział Syriusz, sięgając po ciasteczko.
- Dobra wchodzę w to – skapitulował Frank. – Zwłaszcza, że i tak będziecie to robić, więc niech lepiej ktoś rozsądny ma na to oko. Lily, Andromeda, byłyście u tej Chefsiby. Powiedziała coś o medalionie?
- Nic nie powiedziała, bo nie żyje – odrzekła Andromeda. - W jej domu mieszka jej bratanek z żoną. Powiedziałyśmy, że piszemy monografię z historii magii o starych artefaktach i chcemy pogadać o medalionie. Najlepsze kłamstwo musi mieć coś z prawdy. Całkiem mili ludzie, zaprosili nas na kawę, powiedzieli troszkę o ciotce Chefsibie. W zasadzie Markencjusz Smith nie bardzo ją pamięta, bo została zabita w 1946 roku. A teraz posłuchajcie najlepszego: podobno zabiła ją domowa skrzatka. Wtedy też zniknął medalion Salazara Slytherina i puchar Helgi Hufflepuff.
- To niemożliwe – prychnął Syriusz. - Gdyby tylko skrzaty mogły zabić czarodzieja, u którego służą, to byłyby najbardziej śmiercionośnymi stworzeniami w Anglii! One nie muszą nas lubić, ale muszą służyć i być lojalne. Na tym to polega. Co za idiota uwierzył w taką bajkę?
- Też nam to podpadło – dodała Lily. - Markencjusz obiecał się odezwać, jakby znalazł coś na strychu w starych dokumentach ciotki. To jeden trop. Frank, czy możesz sprawdzić w biurze aurorów tak w miarę dyskretnie tamto dochodzenie? Jak to się stało, że uwierzyli w winę skrzata. To drugi trop.
- Zrobi się – zgodził się Frank. - Stare dokumenty akurat nie są specjalnie pilnowane.
- Trzy – kontynowała Lily – to zaczynamy szukać tej czarki. Skoro medalion trafił do Sami-Wiecie-Kogo, to czarka też mogła. Zajmę się tym z Remusem, nie mówiąc mu, o co chodzi. Ktoś mógł ją konserwować, wystawiać na sprzedaż. Duża część takich rzeczy przewija się przez Borgina.
- Jak czarka jest u Sami-Wiemy-Kogo, to raczej jej nie oddaje do czyszczenia magicznego – stwierdziła posępnie Andromeda.
- Niekoniecznie – zaoponowała Lily. - Ten, kto ukradł pierścień i czarkę i potem jakoś przekazał Sami-Wiecie-Komu, mógł jakoś się ujawnić. Chyba Sami-Wiecie-Kto po nocach nie wspina się po balkonach, żeby okradać starsze panie. Znajdźmy tego, kto zabił panią Smith i ukradł jej rzeczy, a doprowadzi nas do Sami-Wiecie-Kogo i jego tajemnic.
Andromeda Tonks zapisywała starannie wszystkie informacje w zielonym zeszycie. Jej obsesją było porządkowanie świata; czy to dotyczyło idealnie ułożonych serwetek, posprzątanej szafki, czy śledztwa dla Zakonu Feniksa. Wszystkie informacje powinny być zapisane i ułożone w odpowiednim porządku, a zależności między wątkami oznaczone strzałkami. W końcu musiał się z tego wyłonić wspólny mianownik i element łączący wszystkie sprawy.
- No i piąta rzecz do sprawdzenia – powiedziała w końcu - Meropa Gaunt. Moim zdaniem najmniej ważna, ale może czegoś się o właściwościach tego medalionu dowiemy, nie możemy niczego pominąć. Nie zdobyłam jej adresu. Na sowiej poczcie nie mają, ale to nic nie znaczy, bo może mieć ukryty. Albo żyć w świecie mugoli. Jeżeli miała medalion Slytherina to musiała być ze Slytherinu, poszukajcie w szkole wśród absolwentów. Tam powinni mieć adresy. Trochę dłubania z tym będzie, ale możemy spróbować. Syriuszu, zajmiesz się tym?
Andromeda poczuła, że odnalazła w sobie detektywistyczną żyłkę, a porządkowanie informacji jest znacznie bardziej fascynujące niż sprzątnie kuchennych szafek.

***
Remus Lupin od samego rana chodził po domu poirytowany. Był dzień przed pełnią, a on już wyczuwał w sobie pierwsze objawy zbliżającej się przemiany. Łatwo go było zirytować, lepiej wyczuwał zapachy i smaki, był bardziej impulsywny, a w związku z tym jeszcze bardziej starał się kontrolować. Alicja powiedziała mu kiedyś, że jest jedynym znanym jej facetem, który może w jakiś sposób sobie wyobrazić, czym jest napięcie przedmiesiączkowe. Nie wyjaśnił jej, że podczas tego napięcia przedprzmianowego miał ochotę ją zgwałcić i zeżreć. Remus Lupin był doskonale wyszkolony w kontroli emocji, dlatego ludzie, którzy nie znali go zbyt dobrze, mieli go za kogoś zrównoważonego, odpowiedzialnego, a nawet flegmatycznego.
Lily postawiała na stole ciasto czekoladowe.
- Weź się poczęstuj, dla ciebie zrobiłam.
- Będę zaraz leciał – czarodziej odkroił sobie kawałek i nalał herbaty z dzbanka. - Chciałem wskoczyć jeszcze po coś do czytania.
Remus nie lubił przemian nie tylko ze względu na to, co działo się z jego organizmem, ale też w związku ze wszystkim, co musiał przy tej okazji znosić. Jako wilkołak miał obowiązek stawiania się podczas każdej pełni w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu Ministerstwa Magii. Tam w przygotowanych klatkach, zabezpieczonych zaklęciami ochronnymi i grubymi kratami, musieli spędzić noc. I nawet sama przemiana nie była najgorsza, czarodziej tracił wtedy kontrolę nad tym, co się działo i było mu wszystko jedno, gdzie się znajduje i co myślą o nim inni. Remus tak naprawdę nie lubił czasu tuż przed przeminą, kiedy wszyscy czekali w swoich celach, nabuzowani adrenaliną i żądni krwi przerzucali się wulgarnymi przechwałkami. Wtedy Remus Lupin siadał w kącie celi i czytał. Jego mózg z każdą sekundą pracował coraz gorzej, ale on do ostatniej chwili skupiał się na tekście, próbując uciec w wyobrażony świat ze śmierdzącej celi Ministerstwa Magii.
- Sprawa jest, Lupin – zaczęła Lily, kiedy czarodziej zajęty był jedzeniem ciasta. - Nie mówię, że mi się udało, bo tak naprawdę może mi się udać za wiele lat. Ale coś mam. To siedzi w twojej głowie i duszy oraz w ciele. Nie wiem, jak zatrzymać wilkołactwo ze środka ciebie, ale chyba wiem, jak zatrzymać fizyczną przemianę. Znaczy w jakiś sposób utracisz kontrolę i dalej będziesz niebezpieczny, ale bez kłów, kłaków i czerwonych ślepiów.
Czarodziej spojrzał na nią poważnie znad talerza, ale się nie odezwał.
- Na razie to nie moja zasługa. Pozbierałam stare przepisy – wyjęła z torebki fiolkę do połowy napełnioną zielonym płynem. - Nie masz się co bać, raczej cię to nie zabije. Próbowałam na sobie.
Remus zakrztusił się herbatą.
- Oszalałaś.
- Nie mam zamiaru truć przyjaciół czymś, czego sama boję się przetestować.
Niektórzy uważali alchemików za zawód wysokiego ryzyka prawie jak badaczy zwyczajów smoków; nie dość, że można było wylecieć w powietrze podczas eksplozji kociołka, to jeszcze każdy szanujący się warzyciel próbował na sobie swoje eliksiry. Oczywiście byli tacy, którzy podstępnie wlewali je do filiżanek gościom, ale Horacy Slughorn wpoił im głęboką pogardę do takich praktyk.
- I co? - Remus zaciekawiał się, jak środek na wilkołactwo podziałał na Lily.
Wzruszyła ramionami.
- Żyję. Minusy to biegunka i wysypka na nogach. Plusy, że przez jakiś czas nie muszę się martwić goleniem nóg.
Czarodziej parsknął śmiechem.
– Jak ci nie wyjdzie z wilkołakami, możesz koleżankom sprzedawać. Tylko po co mam to brać, jak i tak w ministerstwie nie będę ci mógł powiedzieć, jaki będzie efekt.
- No właśnie w tym rzecz. Wtajemniczyłam Syriusza i podpisał klauzulę odpowiedzialności. Tu jest taka fajna piwniczka w domu i nawet ma solidne drzwi.
Jeżeli dwóch czarodziejów podpisywało oświadczenie, że przejmują odpowiedzialność za poczynania wilkołaka i zapewniają, że będzie podczas pełni izolowany, wtedy wilkołak nie musiał stawiać się do celi.
- Nie. Mowy nie ma. A z Syriuszem to ja już porozmawiam. Knuć za moimi plecami, kundel jeden. Wiesz, co ja zrobię po przemianie z tymi drzwiczkami w piwnicy?
- Jako wilkołak tak, ale po tym eliksirze będziesz miał swoją zwykłą siłę.
- A jak jednak nie?
- Będzie Syriusz, a on jako pies może pomóc. Jakby co dostaniesz od nas Drętwotą. Poza tym zamkniemy dodatkowo drugie drzwi do piwnicy, a sami będziemy mieć awaryjne świstokliki. Nic się nie może stać. Tam jest takie okienko, będziemy mogli rozmawiać i będę robić notatki. Proszę, zgódź się.
Czarodziej długo nie odpowiadał. Patrzył przez okno na ulicę Nokturnu, gdzie już po południu robiło się ciemno.
- Powiem ci szczerze, Lily, że jesteście z Syriuszem totalnie popierdoleni. I ja też, że się na to zgadzam. Wchodzę w to. Ale jak was zeżrę, to będzie też wasz wina.
- Spoko. Syriego nie zeżresz, bo będzie jako pies, a mnie też nie, bo jestem ciężkostrawna. To co, kieliszek wina?
Pół godziny przed zachodem słońca siedzieli już w trójkę w głębokiej piwnicy domu przy ulicy Śmiertelnego Nokturnu 28. Na drzwiach wejściowych zostawili kartkę „Zakaz wstępu. Zombie”. Lily ustawiła trzy świeczki i zaklęciem wywietrzyła przykry zapach stęchlizny i wilgoci. Syriusz Black w formie psa biegał po wąskim ciemnym korytarzu, a w końcu położył się na przygotowanym dla niego kocu. Solidne drzwi na końcu korytarza miały mały wizjer i żadne z nich wolało się nie zastanawiać, po co taka cela w czarodziejskim domu mogła być przygotowana. W celi Remusa panował półmrok i chłód, ale czuł się o wiele lepiej niż w ministerialnej klatce otoczony przez dziesięć innych wilkołaków.
Lily usiadła obok drzwi i trzykrotnie w nie zapukała.
- Jesteś, Luniak?
- Tak. Jeszcze wszystko ok. W sumie dobrze być tu z wami. Prawie jak we Wrzeszczącej Chacie. Tylko Jamesa brakuje – zaśmiał się. - To co, byle do rana?
- Byle do rana – odpowiedziała Lily.
Lily pomyślała, że ona akurat się cieszy, że nie ma z nimi Jamesa. Mieszanka poczucia winy i uczuć, których sama nie umiała nazwać, nie była zbyt komfortowa. Minuty mijały powoli. Co jakiś czas czarodziejka patrzyła na zegarek, potem przez okienko w drzwiach i zapisywała coś w notesie. Co jakiś czas pukała do Remusa, a ten odpowiadał na jej pukanie, jednak godzinę po zmroku zamiast pukania usłyszała skrobanie paznokciami po drewnie.
Po drugiej stronie drzwi Remus Lupin leżał skulony na ziemi. Po eliksirze Lily bolało go całe ciało, piekła skóra i czuł, jakby pękały mu kości. Miał wrażenie, że za chwilę umrze w tej piwnicy, ale szczerze mówiąc, miał to głęboko gdzieś. Lepiej było umrzeć tu, wśród przyjaciół, niż przeżyć w tamtej sforze. Zagryzł zęby z bólu i zaczął oddychać ciężko, czując zbliżającą się utratę świadomości.
- Wszystko ok? - usłyszał z drugiej strony drzwi.
- Spoko – wykrztusił.
Czuł zza drzwi dwa znajome zapachy. Zapach psa, przyjaciela i brata. I jej, ciepły, żywy, zapach kobiety, samicy, krwi, mięsa. Zapach pożądania i głodu. Zapach zabijania. Uderzył głową w drzwi, próbując się otrząsnąć, ale nie na wiele to się przydało, bo poczuł, jak traci świadomość. Jak wilkołak z jego wnętrza budzi się i potwór sięga pazurami w głąb jego duszy.
Na korytarzu Syriusz wrócił do swojej właściwej postaci i zajrzał przez okienko. Remus Lupin raz po raz uderzał całym ciałem o drzwi i ściany jak wściekłe zwierzę w klatce.
- O jednym nie pomyśleliśmy, Lily. Jego wilkołacze ciało jest bardziej odporne na urazy. Powinniśmy go byli związać albo jakoś ten pokój zabezpieczyć. Mam nadzieję, że sobie czegoś nie zrobi.
Kolejne godziny były dla nich jak tortura. Lily próbował się zmuszać, żeby robić notatki, ale każde kolejne uderzenie było dla niej jak zaklęcie Cruciatus. Dwukrotnie Syriusz musiał ją powstrzymywać, żeby nie otwierała drzwi. Około czwartej trzydzieści hałasy ustały i mieli wrażenie, że Remus zasnął.
- O której jest zachód księżyca, Syri?
- Nie wiem. Też jesteśmy genialni, że tego nie sprawdziliśmy. Myślę, że jeszcze trzeba czekać. Zerknij, jak on się ma.
W małym pokoju dogasał ogień lampy naftowej powieszonej pod sufitem. Remus leżał na plecach, mocno poobijany z zakrwawionym nosem i paznokciami. Oczy miał szeroko otwarte, po twarzy spływał mu pot, a ciało drgało konwulsyjnie.
- Wielka Hekate! Syriusz, coś mu się dzieje. Kurwa, on chyba umiera. Wchodzę tam. Muszę.
- Nawet nie próbuj! Obiecaliśmy mu, że nie otworzymy tych drzwi.
Czarownica wyjęła różdżkę i wycelowała ją w przyjaciela. Jego różdżka była schowana i nie mógł się bronić.
- Syri, mówię poważnie. Albo mi pomożesz, albo cię obezwładnię i zrobię to sama. Muszę dać mu eliksir podtrzymujący życie. Teraz.
Black podniósł ręce w uspokajającym geście.
- Spoko, Lily. Nie rób nic głupiego. Jak tak chcesz, pomogę ci. Wejdziemy tam, ale razem. Obiecuję.
Czarownica powoli opuściła różdżkę i kluczem otworzyła drzwi do pomieszczenia. Remus leżał na podłodze i oddychał nieregularnie. Jego skóra była chłodna, a z nosa spływała stróżka krwi. Przez chwilę Lily wydawało się, że spojrzał na nią przytomnie i uśmiechnął się. Wlała mu do gardła porcję eliksiru uzdrawiającego; właściwie niczego konkretnego nie leczył, ale stabilizował funkcje organizmu i pozwalał przetrwać kilka godzin.
- Lily, wychodzimy – powiedział Syriusz nerwowo.
- Czekaj chwilkę, jedną minutkę – Lily wytarła Remusowi krew z policzka i sprawdziła puls. Wszystko, co nastąpiło potem, trwało może kilka sekund. Zauważyła błyskawiczny wzrost temperatury ciała i szybszy puls, ale zanim zdążyła się odsunąć, poczuła na twarzy uderzenie. Lupin rzucił się na nią, przyciskając do ziemi i zacisnął ręce na jej szyi. Nie był wprawdzie po pełnej przemianie, ale nawet bez tego była od niego dużo słabsza. Usłyszała warknięcie i czarny cień rzucił się na Remusa, gryząc go w nogę. Czarodziej odskoczył i Lily zdążyła wycofać się za drzwi. Chwilę później dołączył do niej czarny pies i najszybciej jak to możliwe, nie zważając na uderzenia w środku, zamknęła drzwi na klucz. Kręciło jej się w głowie, a szyja i policzek bolały ją od uderzenia.
- Lilka, idź już do góry i się połóż – powiedział Syriusz, zamieniając się znowu w człowieka. - Ja tu wszystko ogarnę. Z nim powinno być już wszystko w porządku. Do świtu niedaleko.
Czarodziejka dowlokła się do mieszkania i drążącymi rękami nalała sobie porcję eliksiru uspokajającego. Po namyśle podwoiła dawkę i popiła ją winem. A potem zapadła w głęboki sen bez snów. Kiedy się obudziła, musiało być już około południa. Remus Lupin i Syriusz Black siedzieli przy stole i jedli śniadanie. Obydwoje byli podrapani i posiniaczeni, chociaż to wilkołak był w znacznie gorszym stanie. Czarownica ostrożnie wstała i podeszła do stołu. Widok, który pokazał jej się, kiedy mijała lustro, był niezbyt zachwycający. Oko miała opuchnięte, a skóra pod okiem była w trakcie zmiany koloru z czerwonego na fioletowy. Dodatkowo na szyi były odciśnięte wszystkie palce Lupina. W tym przypadku raczej nikt nie uwierzy, że spadła ze schodów i będzie się musiała zaopatrzyć w porządny mugolski korektor i podkład. Bez słowa usiadła do śniadania i nalała sobie kawy.
- Przepraszam, Remus – powiedziała w końcu, mieszając trzecią łyżeczkę cukru. - To moja wina. Mogłam cię zabić. Powinnam sobie darować te eksperymenty. Mam za małą wiedzę i doświadczenie. Od jutra zabieram się za gotowane gumochłony.
Czarodziej uśmiechnął się słabo, pokazując nadłamaną trójkę.
- Nie przepraszaj, Lily. Tak naprawdę, to było… w jakiś sposób niesamowite. Pierwszy raz, nie do końca bestia. I nawet was nie zeżarłem. Dziękuję ci. I próbuj dalej, proszę. W końcu się uda.
- To ja ci dziękuję – czarodziejka wstała i objęła przyjaciela. - Dzięki, że wytrzymałeś. Ja chyba już mam nawet pomysł, co poszło nie tak.
Usłyszeli stukanie łyżeczki o szklankę.
- Ej, drodzy państwo, jestem tu. Wy sobie tu dziękujecie, a to dzięki mnie się nie pozabijaliście. Ja was rozdzieliłem, przyprowadziłem tu Remusa i nawet zrobiłem jajecznicę i kawę – powiedział Syriusz. - Jak chcecie komuś dziękować, to zapraszam. Możecie tulić, wiwatować i otwierać szampana.
- Dzięki, Syriusz – powiedział Lupin. - Trochę mnie pogryzłeś, ale naprawdę szkoda byłoby zeżreć Lily Evans.
Remus różdżką uruchomił szpulowy magnetofon, który zawsze grał to, co najbardziej pasowało do chwili. Mechanizm zgrzytnął i usłyszeli With a Little Help From My Friends Joe Cockera. Wszyscy troje wybuchnęli śmiechem.



Ps. A to kawałek, który wypluł z siebie adapter szpulowy Remusa https://www.youtube.com/watch?v=nCrlyX6XbTU

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-XII

Postautor: Minerwa » 14.04.15, 22:43

Kiedy niemożliwe staje się możliwe, pojęcie możliwości rozciąga się do niemożliwości. I tu chyba mamy ten przypadek, para Lilka-Snape z jednej strony jest pomysłem wyeksploatowanym do dna, z drugiej - najczęściej przy takich próbach eksploatacji okazuje się, że to dno spokojnie starcza za basen rekreacyjny dla myszy, która niezbyt pilnie przykładała się do lekcji pływania.
A tu nic z tych rzeczy. Wprost przeciwnie, autorka dokłada wszelkich starań, żeby czytelnik uwierzył (i nie wiem jak inni, ale ja wierzę bez zastrzeżeń), że sprawy między Snape'em a Lilką Evans są trudne, powikłane, obciążone tysiącem uwarunkowań, i w ogóle korkociąg może przy nich sprawiać wrażenie perfekcyjnie odlanego gwoździa. I mam wrażenie, że właśnie to ratuje pomysł SS/LE - próba udowodnienia, że owszem, to na chłopski rozum jest niemożliwe, i mają rację wszyscy, którzy tak twierdzą - ale w pewnych szczególnych okolicznościach, przy zaistnieniu warunków rzadkich jak zaćmienie wschodzącego Słońca, niemożliwe staje się nie tylko całkiem wykonalne, ale wręcz jedynie możliwe.
I ta próba jak dotąd się udaje. Trudno wyliczyć wszystkie dobre pomysły autorki,które temu służą, ale przynajmniej w skrócie i kilka należy. Po pierwsze, rozmach i rozmiary dzieła. O, taaak. Tego się nie da tak hop siup, poznali się pokochali się. Tu trzeba cienko, subtelnie, ze szczegółami - a na szczegóły trzeba miejsca i czasu. Po drugie, rozbudowane, szerokie tło. No ba - z jednej strony wzbogacenie rysunku bohaterów o świat, w którym wyrośli i żyją, z drugiej okazja do napisania cudnej, naprawdę cudnej galerii postaci. Można by nad nimi długo oblizywać palce, ale jak ma być w skrócie, to w skrócie. Po trzecie - dystans do postaci. Luuuudzie! Gdyby wszyscy autorzy piszący romanse mieli takie poczucie humoru, chyba zaczęłabym je czytać. Przypominają się najlepsze czasy Irene Adler, Idy Lowry, Irytka... Po czwarte wreszcie, wydaje mi się, że autorce owszem, zależy, żebyśmy uwierzyli w ten związek - ale ani myśli nas o to prosić czy do tego przekonywać. Wszystko poprowadzone cienko, finezyjnie, kto chce, to niechaj wierzy, ja sama wiem, że to mało wiarygodne, ale zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie coś niewiarygodnego, co w szczególnych warunkach może stać się faktem.
I o ile dla mnie łączenie Lily z kimkolwiek innym niż James Potter powoduje jedynie wzruszenie ramion, o tyle perypetie tej pary będę śledzić z zainteresowaniem i przyjemnością - bo to, co proponuje nam Labruja to nic innego jak ciekawa wersja alternatywna, dla której z pewnością warto na chwilę zawiesić zasady prawdopodobieństwa.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-XII

Postautor: labruja » 09.06.15, 13:40

XIII

Horacy Slughorn zamieszał łyżeczką miód z dna filiżanki. Nigdzie w całej Anglii nie znalazł prawdziwej marokańskiej mięty, a ta z miodem podawana w Dziurawym Kotle była wyjątkowo marnej jakości.
- Jakbym miał ci miał wytłumaczyć, co poszło nie tak z tym eliksirem, Lily, to najlepiej na przykładzie tego, za przeproszeniem, naparu, który właśnie nam podano. Powąchaj. Co czujesz?
- No, mięta.
- Ba, mięta – prychnął. - Tylko że jest mięta kędzierzawa, długolistna, marokańska, polna, jelenia. Już pominę fakt na jakim słońcu rosła i sąsiedztwo innych kwiatów. A w przepisie na herbatę jest mięta, więc bach chabaź z pola i to jeszcze suszony magią. A potem to tak smakuje. Rozumiesz do czego zmierzam?
- Tak. Jak chcę porządnie warzyć, muszę mieć składniki. Tylko że to jedyne, jakie miałam do dyspozycji. Nie wiem, skąd mam wziąć pieniądze na lepsze, ale skądś zdobędę.
- Od kiedy mamy wojnę i embargo na import wielu składników, sam nic nie mogę ostatnio kupić. Wszystkie kraje, które potępiły politykę naszego Ministerstwa Magii w stosunku do, jak to określili, prawa czarodziejów czystej krwi do samostanowienia, objęte są zakazem importu. A wiesz, jakie cuda przywozili z Bułgarii, Rumuni i Albanii… – czarodziej rozmarzył się.
- No, ale będziesz miał teraz sporo czasu, Horacy, Albus mi mówił...
Czarodziej skrzywił się i wyprostował na krześle.
- Ten stary kombinator już ci mówił? Wysłał cię na przeszpiegi? Chce, żebyś zmieniła moją decyzję? A swoją drogą myślałem o tym, ale nie wybieram się do Rumunii, za stary jestem na takie eskapady.
Nie było sensu zaprzeczać, że celem spotkania było nie tylko wsparcie alchemiczne, ale też namówienie Horacego do zmiany decyzji.
- Ja cię proszę, Horacy. Wracaj do szkoły. Jak pomyślę, kogo mogą dać na twoje miejsce, to zastanawiam się, czy najpierw wysadzi uczniów w powietrze, czy tylko zniechęci ich do przedmiotu. Warzyciele to na ogół ponure indywidua bez zdolności pedagogicznych. Nie rób tego dzieciakom.
- Sądząc po śmierciożerczych karierach moich uczniów – powiedział ściszonym głosem – to mi też niespecjalnie ta pedagogika wyszła.
- Każdy sam wybiera swój los. Mnie nigdy nie dałeś odczuć, że jestem gorsza, bo z mugolskiej rodziny. Twój klub to faktycznie było takie lekko snobistyczne towarzystwo wzajemnej adoracji, ale powiem ci, że jak tam przyszłam, to poczułam po raz pierwszy, że mogę coś znaczyć w świecie czarodziejów bez znajomości i koneksji. Tylko własną pracą.
Horacy uśmiechnął się i wybąkał coś o tym, że się starał. Lily Evans nie była może genialnym szpiegiem, ale potrafiła wpaść na to, że jej były nauczyciel lubił komplementy. Zwłaszcza te szczere.
- Druga rzecz – ciachnęła czarodziejka – druga rzecz to Sam-Wiesz-Kto. Myślisz, że się nie dowie, że jesteś bezrobotny? Teraz dość ciężko ci będzie odrzucić ofertę współpracy. Hogwart jest w tej chwili najbezpieczniejszym miejscem, a ty masz zawsze gotową wymówkę.
Alchemik pobladł nieco i wypił łyk zimnej już mięty. To był argument, którego nie wziął pod uwagę.
- I trzecia rzecz – Lily postanowiła iść za ciosem. - Jak rzucasz szkołę, rzucam instytut.
- To ci akurat nie wyszło. Nie strasz czymś, czego nie masz zamiaru wykonać.
- Ale się starałam. Proszę cię, Horacy, przemyśl to. Albo lepiej nie myśl za dużo, tylko wracaj do szkoły. Myślę, że Albus uzna całe wypowiedzenie za niebyłe, jak po prosty wprowadzisz się do szkoły. I mam ofertę, tym razem będzie po gryfońsku. Przyszło mi teraz do głowy, jak o mówiłeś o tej Rumunii – Lily wyjęła z torebki ostatni numer Nowoczesnej Alchemii, otworzyła i pokazała Horacemu artykuł. - Czytaj. Ja nie mam składników, a desperacko ich potrzebuję. Mamy teraz kilka dni wolnych, bo robią remont, kanalizacja instytutu nie wytrzymała tego, co tam wylewano. Pojadę tam, zdobędę trzy, jedno dla ciebie. Oczywiście mam nadzieję, że pomożesz mi sprzedać moje. Tak czy inaczej zero ryzyka, jedna trzecia zysku dla ciebie. Ale oferta dotyczy tylko nauczycieli Hogwartu. To jak?
Czarodziej czytał powoli i na jego twarzy pomału malował się uśmiech. Dokładnie taki uśmiech, jaki ma każdy mały chłopiec w chwili, kiedy ktoś mu mówi, że może dostać swój wymarzony prezent. Wartość materialna prezentu była spora, ale nie to było najważniejsze. Horacy Slughorn był zapalonym kolekcjonerem, lubił posiadać rzeczy, szczególnie takie, na jakie niewielu może sobie pozwolić. Oczywiście cała sprawa była trochę niebezpieczna i zupełnie nielegalna, ale skoro Lily proponowała, to chyba miała jakiś plan.
- Jedno dla mnie, mówisz… - zaczął, starając się ukryć podekscytowanie.
- Oczywiście, panie profesorze.

Prosto z Dziurawego Kotła Lily teleportowała się do swojego starego domu w Cokeworth. Od dawna odkładała już spotkanie z Petunią i mamą, a teraz dodatkowo chciała odwiedzić stare kąty, żeby podczas spaceru spokojnie zastanowić się, co dalej powinna zrobić. Łatwo było obmyślić plan, który na razie sprowadzał się do „pojadę i zdobędę”, trudniej było wymyślić coś bardziej szczegółowego. Wyjęła klucz z doniczki z pelargonią i weszła do środka. Nikogo nie było, a na stoliku były porozrzucane katalogi sukien ślubnych, próbki materiału, oferty kwiaciarni i restauracji. Czarownica westchnęła. Znowu przez całe godziny będzie zmuszona wysłuchiwać trajkotania o ślubie, kolorze obrusu, samochodach Vernona i tysiącu różnych innych rzeczy, które zupełnie jej nie interesowały. Lily zrobiła sobie kubek herbaty i postanowiła poczekać w swoim starym pokoju. Nie był remontowany przez ostatnie dziesięć lat i teraz - z odpadającymi tapetami w różyczki i przykrótkim skrzypiącym łóżkiem - wyglądał troszkę jak dekoracja z horroru. Całe szczęście, że nigdy nie lubiłam lalek, pomyślała, wyjmując z półki swoją ulubioną książkę. Zanim jeszcze dowiedziała się, że jest czarownicą i pojechała do Hogwartu, Lily Evans miała już gotowy plan na życie; planowała, jak Jim Hawkins z Wyspy Skarbów wsiąść na statek i odszukać zakopany skarb piratów. Rysowała nawet mapy swoich zaginionych wysp, na których miała pokonać groźną szajkę piratów. Uśmiechnęła się do siebie, bo zdała sobie sprawę, że teraz będzie robić coś bardzo podobnego. Brakowało jej tylko statku i załogi. W końcu usłyszała na dole hałas i zeszła do salonu.
- Cześć, mamo, cześć, Tunia – cmoknęła matkę w policzek i pomogła jej wnieść zakupy.
Petunia spojrzała na nią niechętnie i wymamrotała coś na powitanie. Jakiś czas temu Lily wydawało się, że uda im się odbudować relacje, bo siostra częściej pisała do niej listy i zapraszała ją do domu, ale szybko zauważyła, że tak naprawdę chodzi jej tylko o to, żeby pokazać, że coś jej się w życiu udało. Chciała, żeby Lily było przykro, żeby choć raz to ona jej czegoś zazdrościła - atrakcyjnego mężczyzny, pięknego ślubu i domu. Kiedy jednak zauważyła, że Lily tak naprawdę nie zależy na żadnej z tych rzeczy, poczuła jeszcze większą złość.
- Zamówiłyśmy kwiaty na stół, będą w kolorze łososiowym – powiedziała matka, pokazując jej folder– o tu popatrz, na zdjęciu masz całą dekorację stołów. Jak uważasz?
- Śliczne – odpowiedziała, prawie nie patrząc na zdjęcie.
Teraz dopiero zdała sobie sprawę, że mama nie zauważyła siniaków na jej twarzy. Oczywiście były przykryte pudrem, ale trudno było ich nie zobaczyć. Wszyscy inni widzieli i musiała się tłumaczyć, pomyślała, czując małe ukłucie rozczarowania. Petunia zauważyła i Lily zobaczyła kątem oka, jak się uśmiecha. Kiedyś wydawało jej się, że chodziło o Hogwart i to, że jej siostra też chciałaby być czarownicą, ale musiało być coś innego. W końcu Petunia nie czytała razem z nią ani Wyspy Skarbów, ani nie szukała we wszystkich szafach drzwi do Narnii, ani nawet nie odkręcała gałek od łóżek, żeby sprawdzić, czy nie polecą. Musiało chodzić o coś innego, o bycie wyjątkową, niepowtarzalną i ukochaną w oczach rodziców. W tej odwiecznej walce między rodzeństwem Lily używała niedozwolnych chwytów, jej magia była jak znaczone karty, z którymi nie można było wygrać. Teraz jednak, od kiedy nie żył ich ojciec, który całe życie bujał głową w chmurach i jego też powinni zdaniem Petuni wysłać do tej specjalnej szkoły dla wariatów, zaczęło liczyć się coś innego. Uroda, relacje towarzyskie, małżeństwo. Córka czarownica jest zabawna w wieku lat jedenastu. W wieku lat dwudziestu jest tylko dziwaczną hipiską, która mieszka nie wiadomo z kim i musi ukrywać siniaki na twarzy.
- Jedziemy w podróż poślubną z Vernonem – powiedziała Petunia, szukając ostatecznego argumentu, którym mogła zaimponować siostrze. - Do Grecji. Czterogwiazdkowy hotel nad samym morzem. Popatrz, mamy już paszporty – wyjęła z torebki dwie małe książeczki i katalog biura podróży.
Czarodziejka z uprzejmości zaczęła przeglądać folder pełen jednakowych hoteli i basenów z błękitną wodą i przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Może nie było to do końca w porządku wobec siostry, ale w końcu piraci nie zawsze postępują zupełnie uczciwie.

***

Żeby przetrwać zaklęcie Cruciatus i nie oszaleć, dobrze uchwycić się myśli, że ostatecznie nie uszkadza ono ciała. Wszystko jest w umyśle, dlatego kiedy wreszcie różdżka opadnie, ból zniknie. Oczywiście to pomaga tylko przez pierwszych kilka sekund, potem świadomość, że bólu nie przerwie utrata świadomości wynikająca z upływu krwi ani zbawienna śmierć, stanie się przerażająca. Ból wydawał się trwać w nieskończoność, jednak kiedy Czarny Pan opuścił różdżkę i Severus Snape znowu mógł myśleć normalnie, uświadomił sobie, że tak naprawdę wcale nie trwało to jakoś bardzo długo. To był dobry znak. Zatem to nie prawdziwy gniew, a formalność, pokazanie miejsca w hierarchii. Czarodziej wziął głęboki oddech, żeby uspokoić myśli i nie podnosząc wzroku z podłogi, ciągnął przerwany bólem wątek.

Przez ostatnie tygodnie Snape spędzał coraz więcej czasu z Albusem Dumbledorem i dyrektor uświadomił mu rzecz bardzo oczywistą. Nie minie wiele czasu, a ktoś zauważy to, co robi jego szpieg. Któreś dziecko opowie swoim rodzicom o chudym mężczyźnie w ciemnych szatach, który odwiedza Dumbledore’a. Czarny Pan zauważy, że zbyt wielu uratowało się szczęśliwym przypadkiem. Wtedy będzie za późno na tłumaczenia. Trzeba przyznać się teraz: nadarzała się okazja, żeby zostać szpiegiem Zakonu Feniksa, zdradzić garść mało istotnych szczegółów i kupić za nie zaufanie Dumbledore’a i w zamian za to przynosić informacje swojemu prawdziwemu panu. Decyzję trzeba było podjąć natychmiast. Trzeba wszystko wytłumaczyć Czarnemu Panu, błagać o wybaczenie.

Dumbledore pomyślał, że w takim układzie jego szpieg będzie musiał zdradzać jakieś prawdziwe informacje, niewątpliwie ktoś przez niego zginie, ale taka była cena, którą musiał zapłacić. Od czasu Plymouth Severus Snape nie był już tylko jedną z figur przeciwka, którą można było wykorzystać. Był jego figurą, żywym człowiekiem, dziwacznym i chyba nieszczęśliwym, ale zasługującym na ochronę.
- Czyli, dyrektorze – powiedział alchemik, kiedy zrozumiał, co ma zrobić. - W jakimś sensie będę stał naraz po obu stronach. Każda będzie uważała, że służę tylko jej.
Dyrektor uśmiechnął się.
- Nie można stać po obu stronach. To zaszło za daleko. Ważne jest, żebyś ty sam wiedział, po której jesteś stronie. Myślisz, że uda ci się przekonać Voldemorta?
Snape wzruszył ramionami.
- Czarny Pan nie lubi zbytniej samodzielności. Ale jest też praktyczny. Ma już jednego szpiega, ale dwóch pozwoliłoby mu na większą kontrolę.

Voldemort stał w półmroku i obserwował swojego sługę. W pierwszej chwili poczuł wściekłość; takie rzeczy powinny być z nim uzgadniane, ale zaraz potem cały pomysł wydał mu się doskonały. Dlaczego, do diabła, innych jego ludzi nie stać na taką inicjatywę? Litość, przebaczenie, wszystkie te bzdedy, którymi karmi się jasna strona. Jak łatwo Dumbledore uwierzy w skruszonego śmierciożercę, będzie chciał go ocalić, okaże zaufanie i przyjaźń, a w decydującym momencie przyjmie cios. Obserwował młodego alchemika, który klęcząc, zachwiał się po zaklęciu Cruciatus. Dobrze wiedział, że w tej jednej chwili, kiedy ból ustępuje, człowiek staje się najbardziej odsłonięty i najtrudniej mu ukryć emocje i myśli. O ile ten szlamowaty dzieciak w ogóle zna słowo oklumencja i odważyłby się stosować ją przeciwko niemu.
- Wstań – powiedział cicho i wbił w niego spojrzenie.
Śmierciożerca wciąż jeszcze nie otrząsnął się z bólu. Pan widział, że jego się bał. Nie był to jednak strach paniczny, jakby miał coś do ukrycia. Nie zobaczył w nim nic więcej, zdrady, wahania ani ukrytych motywów.

Severus Snape stał, ciągle wpatrując się w podłogę. Koncentrował myśli na oddechu, bardzo powoli, wdech i wydech. Problem z oklumencją polegał na tym, że niektórzy za bardzo się starali. Ich umysły stawały się sztywne, a mur, który próbowali wokół siebie wybudować, walił się pod najlżejszą próbą legilimencji. Wiedział, że jeżeli chce się oprzeć Czarnemu Panu, jego umysł musi być jak giętka gałązka wierzby. Musi pokazać mu swój prawdziwy strach i niepewność, wszystko, co chce zobaczyć, a siebie schować gdzieś głęboko, gdzie nawet Czarny Pan go nie dosięgnie. Snape znalazł takie miejsce dawno temu.

Przypomniał sobie dzień, w którym zrozumiał to po raz pierwszy. Miał wtedy może osiem lat, było to jakiś czas po tym, jak znalazł różdżkę matki i dowiedział się, że jest czarodziejem. W tamtym czasie jego rodzice prawie bez przerwy się kłócili, ale ojciec zawsze starał się być wobec niego dobry, przynajmniej na tyle, na ile potrafił. Zabierał go na ryby, które nie chciały brać w brudnej rzece, i chciał, żeby siedział z nim w warsztacie i słuchał o rzeczach, które go nie interesowały. Paplał wtedy coś o sprzęgle albo jakiejś przekładni, kiedy Severus skupił wzrok na jednej ze śrub, która odskoczyła z trzaskiem od motoru. Ojciec błyskawicznie popatrzył na niego przerażony, jakby chciał powiedzieć to byłeś ty. W normalnych okolicznościach żaden ojciec nie posądziłby o to syna, ale u nich nic nie było normalne. Chłopak uśmiechnął się w duchu i druga śruba wyskoczyła z motoru. Niech wie, niech się dowie, w końcu to tylko mugol i jego stary motor.
- Ty. To ty zrobiłeś – wrzasnął.
Milczał.
Trzecia śruba odskoczyła, uderzając ojca w nogę. Wtedy poczuł, jak ojciec po raz pierwszy go uderzył, czuł ból i zapach smaru na policzku.
- Nie wolno ci, rozumiesz? - krzyczał, raz po raz uderzając go po głowie. - To jest choroba. Nie możesz być taki, jak ona. Musisz z tym walczyć. Nie wolno ci. To szaleństwo, synku.

Wszystko było nie tak. Tobiasz Snape przyjął Eileen do siebie, chociaż wszyscy mu to odradzali. Była od niego starsza, dziwaczna, chora i zupełnie nie pasowała do jego świata. Nie miała nikogo ani niczego, jakby spadła z innej planety. Tobiasz zajął się nią na przekór temu, co radziły mu jego siostry, liczył, że zasadzi kwiaty na tyłach ich domu i będzie na niego czekać z obiadem. Potem urodził się Severus, jego mały synek. Chciał dać mu jakieś normalne imię jak Bill, Jack albo James, ale ona się uparła, jakby chciała podkreślić, że należy do jej dziwnego, niezrozumiałego świata. Że jest jej. A teraz stało się to, czego Tobiasz tak bardzo się obawiał, Severus też stawał się taki jak ona, tak jak ona robił te rzeczy. Tobiasz Snape wziął zamach i z całej siły uderzył syna w twarz.
Severus stał na chudych nogach i patrzył ojcu w oczy. Policzki i uszy piekły go nieznośnie, chciał zasłonić się rękoma, ale tylko stał i patrzył. Można schować się gdzieś głęboko, w środku, gdzieś, gdzie nikt nie będzie potrafił cię znaleźć. Ojciec może widzieć i mówić sobie, co chce, może tłuc go, aż odpadnie mu głowa, ale on schowa się tam, gdzie nic nie poczuje. Czwarta śruba odbiła się z trzaskiem od lampy, tłukąc żarówkę. Tobiasz Snape klęczał na podłodze i płakał, a łzy mieszały mu się ze smarem.

- Tak, panie – powiedział, podnosząc wzrok z podłogi. - Zrobię wszystko, co rozkażesz.

***

Siniaki okazały się większym problemem, niż Lily zakładała. Kiedy weszła do instytutu dzień po pełni z nieudolnie nałożonym makijażem, Severus Snape posłał jej wiele mówiące spojrzenie, a potem nie powiedział na ten temat ani słowa. Spodziewała się pytań i wymówek, ba, nawet przygotowała sobie kilka odpowiedzi, ale uparte milczenie doprowadzało ją do szału. Z kolei Ruben nie mógł sobie darować komentarzy o tym, jak w jego ojczyźnie traktowane są wiedźmy i on nigdy nie może ścierpieć, że jakaś kanalia mogła tak urządzić pannę Lily. Próbowała kłamać coś o wypadku, ale nad kociołkiem spotkała wzrok Severusa i zdecydowała się już nic więcej nie mówić. Lepiej wyjść na biedna ofiarę w oczach Rubena, niż pokazać, jak kiepsko się kłamie.

Nie miała ochoty się kłócić, zwłaszcza, że względem Snape’a miała pewne plany. Po namyśle stwierdziła, że był on jedyną osobą nadającą się do czegoś, co w myślach nazywała wyprawą na wyspę skarbów. Trzeba go było tylko do tego przekonać. Poczekała na dzień, w którym Ruben będzie musiał wyjść szybciej i po zajęciach będą sami w sali. Niby rozmawiali normalnie, ale od wizyty w szpitalu wyczuwała między nimi napięcie. Wkurzało ją, że tak jak wtedy w szkole Severus wszystko traktował śmiertelnie poważnie. Kiedy ona była zła, trwało to tylko chwilę, a potem zapominała o całej sprawie. Kiedy jemu mówiło się nie, odwracał się i odchodził. Nie zamierzała po raz drugi popełnić tego samego błędu i czekać, aż zacznie z nią pierwszy rozmawiać.
- Severusie, pytanie mam – zaczęła, wycierając szmatką zupełnie suchą już retortę. – Znaczy, sprawę taką. Chciałam się zapytać, ile ważysz.
Pomyślała, że powinna była ugryźć się w język. Nie tak miała zacząć tę rozmowę, nie od końca. Patrzył na nią i nie potrafiła zgadnąć, co chodzi mu po głowie.
- Chcesz mnie otruć? – zapytał w końcu.
- Do tego nie musiałabym znać dokładnej wagi, można by użyć podwójnej – odcięła się. - Ale zgadłeś o tyle, że chodzi o eliksir.
- Czyli?
Lily Evans pomyślała, że całe szczęście, że Snape niczego nie uczy i uczyć raczej nie będzie. Patrzył na nią tak, że gdyby był jej nauczycielem, zaczęłaby się bać.
- Źle to wszytko zaczęłam. Od końca. Wysłuchaj mnie, zanim powiesz nie, w porządku? Eliksir to Felix Felicis, a o wagę pytałam, bo mam jedną dawkę i myślałam, czy starczy na dwie osoby. Chodzi o to, że widziałam twój projekt i jest naprawdę dobry. Musimy zabrać się za badania, tylko potrzeba nam składników. I mam plan zdobyć fundusze. Czytaj.
Czarodziejka wyjęła z torebki numer Nowoczesnej Alchemii. Ten sam, który kilka dni wczesnej pokazała Horacemu, był pogięty, poplamiony kawą i pokryty notatkami. Autor artykułu ubolewał nad ministerialnym embargiem na import skorupek jaj Długoroga Rumuńskiego. Angielscy alchemicy muszą zadowolić się jajami Smoka Walijskiego, które mają o wiele mniejsze właściwości magiczne. Opisano również, że zaczynał się właśnie, przypadający raz na siedem lat, sezon lęgowy tych smoków w Retezat National Park w Rumunii.
- I wpadłam na pomysł – zaczęła Lily, kiedy skończył czytać - żebyśmy tam pojechali i takie skorupki przywieźli.
Snape rzucił jej spojrzenie, które sugerowało, że powinna niezwłocznie udać się do św. Munga na obserwację.
- Wiem, co chcesz powiedzieć, ale o wszystkim pomyślałam. Znamy jako tako mugolskie realia. Słyszałam, że ten sukinsyn Karkarow się przedostał, to my też. Udajemy się do rezerwatu na mugolskich dokumentach. Jako turyści. Zgarniamy skorupki i wracamy. Akurat w przyszłym tygodniu mają robić remont i będziemy mieć wolne.
- Po pierwsze, z tego, co słyszałam, to jest jakiś system sprawdzania mugolskich tożsamości czarodziejów.
- Wiem. Dlatego pojedziemy na dokumentach mojej siostry i jej narzeczonego. Mów mi Petuniu. Trzeba podmienić zdjęcia, ale to jest prosta ingerencja. Jeszcze jakiś pytania?
- Gdyby to było takie proste, to byłyby tam tłumy. Już pomijając niebezpieczeństwo spotkania smoka, to ile ich tam jest, cztery? Zanim je spotkamy, spędzimy tam całe miesiące.
Lily rozpromieniła się jak uczennica, której ktoś zadał proste pytanie.
- Dlatego pytałam o wagę. Mam Felix Felicis. Dostałam od Horacego na konto sukcesów w instytucie. Jedziemy do rezerwatu jako mugole, pijemy eliksir, jedno z nas odwraca uwagę smoczycy, drugie zabiera skorupki i znikamy.
- A ty sobie zdajesz sprawę z tego, co się dzieje w mugolskim świecie? Już pomijając perspektywę spotkania z tamtejszymi aurorami, którzy nas nie lubią i w większości są absolwentami Durmstrungu. Poza tym za takie wycieczki to Azkaban jest.
- Panikujesz. Azkaban to jest dla śmierciojadów. Tfu, niech ich jasna cholera. Dokumenty mamy dobre. Przez granicę można lecieć na miotle, jak nas na kontroli nie puszczą. Tylko teleportacja przez granice nie wchodzi w grę. Ale jak wolisz warzyć te swoje gumochłony do końca życia, twoja sprawa.
- Dlaczego nie poprosisz Jamesa?
Lily zaniemówiła. Takiego argumentu się nie spodziewała. Oczywiście James by się zapewne zgodził, ale nie chciała dawać mu fałszywych nadziei.
- James ma inne zajęcia – starała się, żeby jej ton brzmiał obojętnie. – Może zresztą poproszę Syriusza.
Milczeli przez chwilę. Severus uważał cały pomysł za absolutnie szalony, z drugiej strony zdobycie funduszy na badania i cztery dni z Lily były dość kuszącą perspektywą. Czarodziejka wcisnęła mu gazetę i cienki mugolski zeszyt.
- Przejrzyj to przynajmniej. Tam są plany, jak się tam dostać, rozkłady pociągów i autobusów. Potrzebujesz zrobić zdjęcie, załatwić jakieś mugolskie ciuchy i dobre buty. A jak ważysz mniej niż siedemdziesiąt kilo, to Felixa powinno nam wystarczyć. To jak, Sev, za dwa dni?

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-XII

Postautor: labruja » 09.06.15, 13:40

XIV

Jak wszyscy wiedzą, magia z technologią mugolską działa źle. Żeby stworzyć coś na miarę magnetofonu szpulowego Lupina, trzeba mieć sporą wiedzę. Każdy jednak może połączyć działanie magii i taśmy klejącej. Lily Evans siedziała w toalecie mugolskiego baru rybnego w Dover i przyklejała zdjęcia taśmą. Potem użyła małego zaklęcia maskującego, tak że nikt nie powinien zauważyć fałszerstwa: rudowłosa Petunia Evans i chudy Vernon Dursley wyglądali na zdjęciach zupełnie autentycznie. Do podróżnej torby z podwójnym dnem dodatkowo przerobionym zaklęciem zmniejszająco-zwiększającym spakowała śpiwory, miotły, trochę gotówki w różnych walutach, różdżki i specjalne pudełko na smocze skorupki.
- Gotowe - powiedziała Lily, wręczając Severusowi paszport.
Jeszcze raz przyjrzała mu się dokładnie. Niby wyglądał mugolsko, ale ciągle dziwacznie. Gdyby miał ciemniejszą karnację, można by go wziąć za nielegalnego imigranta z Indii lub Pakistanu; miał idealnie wyprasowaną starą zszarzałą koszulę, lekko przykrótkie spodnie od garnituru i kurtkę jeansową.
- No co? - zapytał, kiedy zobaczył, jak go obserwuje.
- Nic. Jest idealnie. No, prawie idealnie, ale może być.
Lily przejrzała się w barowym lustrze; w rudych włosach spiętych na czubku głowy, krótkich spodenkach i skórzanej kurtce stanowiła z Severusem dość osobliwą parę.
- Pamiętaj – przypomniała czarownica - tak długo jak to możliwe nie wyciągamy różdżek. Jesteśmy mugolami, myślimy jak mugole. Wtapiamy się w tłum.
Chociaż jej plan zawierał kilkadziesiąt stron notatek, przerysowanych mapek, opinii z przewodników, to ogólnie sprowadzał się do trzech punktów.
Punkt pierwszy - jedziemy na południowy-wschód.
Punkt drugi - nie zwracamy na siebie uwagi i nie używamy magii.
Punkt trzeci - improwizujemy.

Z Dover do Calais popłynęli promem. Ich dokumenty nie budziły żadnych wątpliwości i czarownica stała na pokładzie, wpatrując się w morze. Po raz pierwszy w życiu podróżowała poza Wielką Brytanią i czuła się, jakby wyruszała w podróż na poszukiwanie ukrytych skarbów. Wobec Petunii miała pewne wyrzuty sumienia, ale podróż nie została jeszcze zapłacona, a mama prosiła jej siostrę, żeby pojechała dopiero jakiś czas po ślubie, już po zmianie nazwiska. Trudno, pojedzie kiedy indziej, ona właśnie ratowała przyjaciela wilkołaka i system kształcenia eliksirów w Hogwarcie. A to było warte pewnych poświęceń.

Z Callas chcieli przesiąść się do pociągu lub autobusu, ale okazało się, że trzeba czekać prawie cztery godziny. Została zatem teleportacja; dzięki niej mogli pokonać całą podróż od granicy do granicy w kilka sekund, problemem było jednak, że miejscowi aurorzy mogli chcieć ich wylegitymować, więc woleli unikać miejsc zamieszkanych przez czarodziejów. Z drugiej strony raczej nie powinni się aportować w żadnym z miejsc zaludnionym tłumnie przez mugoli.
- Ile trzeba czekać? - zapytał nerwowo Severus.
Od kiedy wsiedli na prom, czuł się źle. Od bardzo dawna nie przebywał przez cały czas wyłącznie w towarzystwie mugoli, wydawało mu się, że patrzą na niego i szepczą coś za plecami. Zdecydował się mieć przy sobie różdżkę na wszelki wypadek.
- Sporo – stwierdziła kwaśno Lily.
- I co twój genialny plan przewiduje w tej sytuacji?
- Możemy się teleportować. Schowamy się za rogiem i teleportujemy się do Metz. Jest na to plan awaryjny – czarownica podała Severusowi folder turystyczny. - Trudno się teleportować w miejsce, gdzie nigdy się nie było albo takie, którego nie można sobie wyobrazić. Patrz. Tu masz zdjęcie dworca kolejowego, tam musi być jakieś mało uczęszczane miejsce.
Czarodziej niechętnie się zgodził. Żeby ograniczyć ryzyko rozdzielenia się, zdecydowali się na wspólną teleportację. Lily chwyciła Severusa za rękę i zanim zdążył pomyśleć, co się dzieje, już znajdowali się w małej pomalowanej na biało przestrzeni, która już po chwili okazała się damską toaletą na dworcu w Metz. Jak wynikało z krzyku kobiety, była to kabina zajęta.
- Obliviate! - krzyknął Snape, kiedy Lily zaczęła tłumaczyć sytuację i przepraszać za najście.
- Szybko – rzucił – do kasy i wynosimy się stąd.
Czarownica pomyślała, że pod wieloma względami to nie jest ten sam Sev, wiecznie z głową w książkach, którego znała ze szkoły. Zdążył wyciągnąć różdżkę i rzucić zaklęcie, zanim ona zdążyła o tym pomyśleć. Miała tylko nadzieję, że tamta mugolka w miarę szybko dojdzie do siebie.

Z Metz pojechali pociągami do Norymbergii. Kolejną granicę przeszli bez większych problemów, a Lily czuła małą dumę, że tak dobrze przerobiła dokumenty. Niestety bilety międzynarodowe były o wiele droższe, niż im się wydawało, i jeżeli chcieli mieć jakąkolwiek rezerwę na podróż powrotną, musieli ograniczyć podróż koleją. Było już dobrze po południu, zjedli przygotowane przez Lily kanapki i ruszyli na przedmieścia, żeby spróbować swoich sił łapiąc okazję. Dość szybko zatrzymał się granatowy Volkswagen na austriackich rejestracjach, który zgodził się zabrać ich do Wiednia. Lily była już bardzo zmęczona, gapiła się przez okno samochodu i myślała o miejscach, które chce zobaczyć. Zaledwie kilka godzin drogi na północ była Praga, trudno było jej nie marzyć o zobaczeniu stolicy europejskiej alchemii. Siedzieli na tylnym siedzeniu samochodu, a w radiu leciał The Passenger śpiewany z niemieckim akcentem.

- Mieliśmy szczęście z tym stopem – powiedziała.
Spojrzała na Severusa i coś w jego spojrzeniu sprawiło, że poczuła ukłucie niepokoju. Czarodziej miał przez cały czas różdżkę przy sobie, a samochód zatrzymał się naprawdę szybko.
- Czy ty...?
Może był dobrym kłamcą, ale znali się od bardzo dawna.
- No niech cię – miała ochotę krzyczeć, ale nie chciała niepokoić kierowcy. - Tak nie można. Co to było? Imperius?
Spojrzał na nią lekko zażenowany.
- No daj spokój – zrobił niewinną minę. - Coś lżejszego. Zresztą i tak jechał do Wiednia – czarodziej wzruszył ramionami.
Obrażona wyjęła z torby różdżkę i dyskretnie rzuciła zaklęcie ochronne na samochód.
- To masz. Skoro ty rzuciłeś zaklęcie, to ja też mogę. Ochrona przed kradzieżą jako zapłata za przejazd. Nie wolno tak traktować ludzi. Wykorzystywać ich magią, jak… jakieś skrzaty. Manipulowanie za pomocą magii jest paskudne.
Resztę drogi przejechali w milczeniu, patrząc w różne strony. Kiedy przyjechali do Wiednia, było już bardzo późno, a pociąg do Budapesztu mieli dopiero rano. Kusiło ich, żeby chociaż na chwilkę przejść na stronę magiczną miasta, która podobno zachwyca przepychem, ale w końcu musieli zadowolić się wieczornym spacerem po Parku Miejskim. Nie wracali już do sytuacji w samochodzie i po północy Lily ziewała na ławce parkowej z głową opartą o Severusa. Od kiedy przepłynęła kanał, miała wrażenie, że zostawiła cały stary świat za sobą; nie było ani Jamesa, ani wojny i śmierciożerców, ani nawet Petunii, która teraz pewnie zdała sobie sprawę, że nie wie, gdzie zostawiła paszporty. Wszystko to było tak dalekie i nierealne jak dawno czytana powieść.
- Oczy mi się zamykają. Myślałam, że zdążymy na ten pociąg. Weź się może też trochę zdrzemnij, bo będziesz marudny.
Spiął się w pierwszej chwili, zakładając, że Lily znowu z jakiegoś powodu go krytykuje, ale zanim zdążył odpowiedzieć, spojrzał na jej przymknięte oczy i zauważył, że chyba śpi.
- I tak będę, Lily - odpowiedział cicho, starając się jej nie budzić.

Po całonocnym czuwaniu Severus zasnął dopiero w pociągu relacji Wiedeń - Budapeszt. Droga przebiegała spokojnie aż do granicy, która okazała się pierwszym poważnym wyzwaniem. Wprawdzie wiedzieli, że zarówno mugolski, jak i magiczny świat jest podzielony, ale nie spodziewali się czegoś takiego. Pociąg stał przeszło cztery godziny, a ich poddawano drobiazgowej kontroli. Pytali ich o masę rzeczy, których nie rozumieli i na które odpowiadali tylko krótkim turyści, Budapeszt. Otyła celniczka śmierdząca tanimi papierosami przeszukała torbę Lily, ale nie znalazła nic, co wzbudziłoby jej podejrzenia. Potem Severusa zaprowadzono na rewizję, ale czarownica zdążyła rzucić mu znaczące spojrzenie, które miało zniechęcić go do rzucania zaklęć.
- Tak sobie właśnie przypominam, czemu nie lubię mugoli - powiedział, wracając.
- Jakieś Avady? - zapytała wesoło.
- Nie. I nie jestem pewien czy to dobrze.
- Jestem z ciebie dumna. Tak poważnie to teraz nawet nie myślimy o różdżkach. W Anglii jest wojna i każdy czarodziej jest traktowany z dużą nieufnością. Nie chcemy spotkać tutejszych aurorów.
Kiedy w końcu udało im się wyruszyć w dalszą drogę, Lily gapiła się zafascynowana przez okno pociągu. Więc to był ten zakazany świat; świat smoków, wampirów, czarnej magii i komunizmu. Pola były zielone jak w Walii, tylko tutejszy język brzmiał jak słabe tłumaczenie na runy starożytne. Lily miała wrażenie, że ludzie patrzą się na nich i to nie dlatego, że byli czarodziejami, ale dlatego, że pochodzili z innego świata. Pomyślała o granicach między światem mugoli i magów, między Austrią a Węgrami, które jako państwo magiczne przez długi czas były jednym krajem, i o tym jak łatwo przekroczyć granicę, która wydaje się nie do pokonania. W czasie postoju na jednej ze stacji udało im się wyjść z pociągu i zjeść ostrą zupę z papryki i kiełbasy oraz kupić dwie butelki czerwonego wina.
- Pyszne, cudowne i wspaniałe - zachwycała się Lily, zjadając ostatnią łyżkę. - Muszę się nauczyć taką robić. Jak mnie wyrzucą z instytutu, będę robiła węgierskie zupy.
- A myślałaś już, co będziesz robiła po instytucie? - zagadnął Severus.
Czarownica wypiła łyk wina z butelki.
- Jak już wybijemy wszystkich śmierciojadów?
Czarodziej zmrużył oczy. Lily użyła liczby mnogiej, tak jakby założyła, że on też będzie walczył po jej stronie. Cały czas zastanawiał się, ile Albus Dumbledore jej powiedział.
- To może nie być takie proste - powiedział ostrożnie. - Cz… to znaczy Sam-Wiesz-Kto jest bardzo poważnym przeciwnikiem.
- Gadasz jak ci zdrajcy z Ligi - spojrzała na niego poirytowana. - Jak się nie da, to zginiemy. Nie chcę żyć, planować przyszłości w miejscu, gdzie zabija się ludzi za to, że urodzili się w tej, a nie innej rodzinie. Zresztą może i tak to wszystko źle się skończy i nie ma co planować.
Podała Severusowi butelkę i przez chwilę siedzieli na peronie w milczeniu.
- A tak poważnie - dodała po chwili. - Jeżeli się uda i będzie kiedyś można żyć normalnie, to chciałabym podróżować, odkrywać, zbierać i warzyć. Chciałabym jeździć w różne miejsca i przywozić najlepsze składniki do eliksirów. Oczywiście legalnie, pewnie trzeba będzie mieć mnóstwo zezwoleń z ministerstwa, ale to podobno da się załatwić. Nie wiem, na ile będzie się dało z tego wyżyć, ale marzą mi się zioła, które pachną wiatrem i ziemią, na której rosły, sproszkowane muszle i kości podwodnych ryb, wszystko to, co sprawi, że ludzie będą mogli stworzyć prawdziwie czarodziejskie przepisy.
- Znaczy, że będziesz polowała, patroszyła, wyciągała tkanki różnych miłych stworzonek...
- A daj mi spokój, Sev. Marzyć już nie wolno. Myślałam o bardziej roślinnym segmencie rynku.

O ile na granicy z Węgrami było po prostu dość nieprzyjemnie, to zbliżając się do Rumunii, Lily miała wrażenie, jakby miała wejść do Azkabanu. Po godzinie oczekiwania pojawili się rumuńscy celnicy, którzy, w przeciwieństwie do swoich węgierskich kolegów, byli bardziej schludni, poważni i spięci. Sprawdzili podrobione paszporty i długo rozmawiali między sobą w dziwnym języku. Potem kazali Lily wyłożyć wszystko z torby i zabrali ją na przesłuchanie do innego przedziału. Czarodziejka poczuła ukłucie paniki i spojrzała błagalnie na Severusa.
- Nie wychodź z pociągu! - powiedział, zanim przerwał mu oficer straży granicznej.
Przesłuchanie, o ile można tak powiedzieć o serii pytań w chrapliwym języku, na które Lily nieodmiennie odpowiadała turyści, Bukareszt, trwało przeszło godzinę. W pociągu było gorąco i duszno, a czarownica miała wrażenie, że picie kilka godzin temu wina było złym pomysłem. Mężczyzna rozmawiał o czymś z ludźmi stojącymi na stacji i w pewnym momencie do wagonu weszło jeszcze dwóch umundurowanych mugoli. Nie była pewna, co mówili, ale wywnioskowała, że kazali jej iść ze sobą. Poczuła przypływ paniki, jakby za chwilę mieli pojawić się dementorzy. Chwilę przedtem, zanim jeden z nich chwycił ją za rękę, udało jej się wyciągnąć różdżkę i wypowiedzieć zaklęcie. Może lepsze byłoby użycie Drętwoty albo nawet Imperiusa, ale nie miała zbyt wiele czasu, żeby się zastanowić. W wagonie rozległ się huk i trzech strażników podskoczyło w powietrzu, odbiło się od sufitu i z łoskotem wylądowało kilka metrów za nią. Zanim zdążyli wyciągnąć broń, zaczęła uciekać w kierunku przedziału, gdzie zostawiła Severusa. Czarodziej siedział naprzeciwko uśmiechniętego szeroko oficera i trzymał wycelowaną w niego różdżkę.
- Imperio? - zapytała Lily.
- Tym razem to było konieczne. Przynajmniej nie robię tyle hałasu co ty. Co się tam stało?
Ludzie z przedziałów zaczęli wyglądać ciekawie, a na korytarzu dały się słyszeć krzyki nadchodzących strażników.
- Nie ma czasu. Wiejemy. Musimy się gdzieś schować.
Niestety w przeciwieństwie do ekspresu do Hogwartu w pociągu brakowało skrytek, w których można się było z odrobiną magii ukryć. W końcu weszli do ostatniego na szczęście pustego przedziału i ciągle nie mieli pomysłu, jak mogliby się wydostać z kłopotów.
- Teleportacja? - zasugerował Severus.
- Mowy nie ma. To granica. Zaalarmujemy wszystkich okolicznych aurorów. Czekaj, to nie będzie zbyt przyjemne, ale chyba nie mamy wyjścia.
Lily dotknęła ich różdżką i kiedy po chwili strażnicy weszli do przedziału, zobaczyli, że jest pusty. Dla Severusa i Lily trwało to w nieskończoność, chociaż tak naprawdę pociąg ruszył już po dwóch godzinach. Nic nie widzieli, a dźwięki dochodziły do nich przytłumione jakby przez wielką poduszkę. Przeszkadzał im też ohydny zapach sztucznej skóry, na wpół spleśniałego wypełnienia i potu. Severus zresztą dopiero po dłuższej chwili zrozumiał, że Lily Evans transmutowała ich w fotele. Jedynym problemem był pies, z którym przeszukiwano wagony i który na przekór wszystkiemu szczekał w pustym przedziale. W końcu pociąg ruszył i Lily mogła znowu przywrócić im dawną postać. Planowali wysiąść na najbliższym przystanku, ale wbrew ich oczekiwaniom pociąg jechał ze znaczną szybkością przez jakiś czas, aż w końcu zatrzymał się nagle na zupełnie małej stacji. Severus ściskając różdżkę, ostrożnie wyjrzał przez szybę, kiedy usłyszeli krzyk. Wydobywał się jakby ze wszystkich stron naraz.
- Relinquo!
Aurorzy, którzy zajmowali się kontaktami z cudzoziemcami, tradycyjnie używali łaciny, a relinquo znaczyło, że należało zarówno opuścić różdżkę, jak i kryjówkę.
- Imperio konieczne, psia mać - zajęczała Lily. - To nas mają.
- To nie ja robiłem hałas na pół pociągu. Teraz trzeba się stąd wydostać.
Czarodziej wyjrzał przez okno i zdawało mu się, że między budynkami zobaczył dwie postacie w czarodziejskich szatach.
- Teraz słuchaj. Wokół pociągu prawdopodobnie ustawiono zaklęcia anyteleportacyjne. Zakładają, że albo wyjdziemy drzwiami, albo będą nas wyciągać.
Severus słyszał, że służby krajów, które nie pogardzały oficjalnie czarną magią, miały do dyspozycji zaklęcie Ogarów Wiatru, czyli widmowych psów, które wystrzeliwały z różdżki i ścigały przeciwnika. Nie były tak niebezpieczne jak dementorzy, ale walka z nimi też mogłaby się źle skończyć.
- Tego się spodziewają, więc zrobimy inaczej. Zaraz rzucę na to okno zaklęcie eksplodujące. Zanim zauważą, co się stało, powinniśmy się wydostać na miotłach aż do tamtych drzew, widzisz?
Lily kiwnęła głową.
- Kiedy tam się znajdziemy, musimy od razu się teleportować. Najlepiej na odległość wzroku, ale powinniśmy ich zgubić. Gotowa?
Wyjęli z torby miotły i chwycili się za ręce.
- Confringo! - krzyknęli jednocześnie i odbili się od podłogi, jeszcze zanim wszystkie odłamki szkła opadły na ziemię.
Nad nimi błyskały zaklęcia, ale musieli zaskoczyć przeciwników, bo udało im się przelecieć całkiem spory kawałek, zanim usłyszeli za sobą pościg.
- Relinquo! - aurorzy krzyknęli jeszcze raz i chwilę potem Lily zobaczyła odbijające się od drzewa zielone światło.
Był już wieczór i ciemne postacie, lecące nisko wśród brzydkich szarych domów, nie rzucały się za bardzo w oczy. Wylądowali w jednej z uliczek i spróbowali się teleportować, ale blokada ciągle działała.
- Czekaj, Sev. Myślimy jak mugole. Uciekamy jak mugole. Szukają dwóch czarodziejów, nie? To nie znajdą - podeszła do stojącego przy krawężniku samochodu i wyciągnęła różdżkę. - Alohomora!
Severus patrzył sceptycznie, jak Lily rzucała jakieś zaklęcia na stacyjkę, ale niechętnie wszedł do środka pojazdu.
- A umiesz coś takiego prowadzić?
- Narzeczony mojej siostry, który był uprzejmy użyczyć ci swojego paszportu, kiedyś uczył Petunię, a ja z nimi jechałam. Zaklęciem odpalę, a potem jakoś się poprowadzi. Skoro ten głąb potrafi to ja też.
Zapadał już zmierzch i ulice były puste. Jechali dość szybko i poza małym incydentem, w którym o mały włos uniknęli zderzenia czołowego i po którym Lily uświadomiła sobie, że poza Wielką Brytanią obowiązuje ruch prawostronny, nie działo się nic niepokojącego. Po trzech godzinach błądzenia dotarli do małej miejscowości Sarmizegetusa położnej niedaleko rezerwatu. Było już zupełnie ciemno i poza objazdem Timisoary mijali niewiele samochodów.
- Wy, Gryfoni jesteście strasznymi hipokrytami - powiedział nagle Severus, kiedy wjechali w boczną drogę.
- Niby czemu?
- Przed ostanie dwa dni kilkanaście razy złamałaś prawo. Czarodziejskie, bo mugolskie mnie niespecjalnie interesuje. Ukradłaś komuś samochód, a do mnie miałaś pretensje, że lekko zasugerowałam mugulowi, żeby podwiózł nas do Wiednia.
- To była nagła konieczność - prychnęła Lily. - A zresztą możemy zostawić samochód z mnóstwem fajnych zaklęć jako zadośćuczynieniem.
- Nagła konieczność? Wiesz, co to jest? Nagła konieczność jest wtedy, kiedy Gryfoni przez swoje wybryki muszą ratować skórę przed konsekwencjami. I wiesz, że nie zostawimy samochodu, bo aurorzy już pewnie skojarzyli kradzież z naszym zniknięciem. Nie mogą znaleźć samochodu koło rezerwatu. Najlepiej, jeżeli go zmniejszymy i ukryjemy, tak że nigdy nikt go nie znajdzie. Nie zrozum mnie źle, nie przeszkadza mi to, męczy mnie tylko ta hipokryzja i gadanie, jak to nie wolno wykorzystywać magii do swoich celów. Masz monopol na ocenianie, kogo należy wsadzić do Azkabanu, a sama łamiesz zasady nielegalnie pozyskując i przemycając zakazane składniki alchemiczne.
Lily przyśpieszyła niebezpiecznie na krętej żwirowej drodze.
- To już przesadziłeś. Azkaban i dementorzy są dla sukinsynów i morderców spod znaku Sam-Wiesz-Kogo. A co do przemytu. Przez setki lat alchemicy sami zbierali zioła i pozyskiwali składniki. To jest coś naturalnego i nikt na tym nie cierpi. Całe te cła, obostrzenia, pozwolenia są psu na budę potrzebne i w obchodzeniu ich nie ma nic złego.
- Aha. Populacja jednorożców dość bardzo ucierpiała na tym naturalnym pozyskiwaniem składników. Jedź wolniej, Lily.
- Demagogia. My nie idziemy do tych smoków strzelać, tylko zbierać skorupki ich jajek. Uważasz, że będą im jeszcze potrzebne?
Wzruszył ramionami i jechali dalej w milczeniu. Tuż przed granicą parku narodowego zmniejszyli samochód do wielkości pudełka od zapałek i wrzucili do rzeki. Ostatni etap pokonali lecąc w nocy na miotłach nisko, tuż nad drzewami. W górach było chłodno, a Lily nie pamiętała, żeby kiedykolwiek na wieży astronomicznej widziała tak piękne niebo. Miejsca, gdzie mieszkały smoki, były w szczególny sposób zabezpieczone. Wszystkie mugolskie ścieżki i drogi prowadziły tak, żeby omijać wejście. Nawet jeżeli jakiś podróżnik będzie podążał uparcie przez chaszcze i kamienie w złym kierunku, ścieżki i drogi i tak wyprowadzą go w przeciwną stronę. Dodatkowo już na terenie smoczego rezerwatu każde zaklęcie mogło zaalarmować aurorów. Lily i Severus lecieli ponad godzinę z mapą i kompasem aż do miejsca, gdzie kończył się las i zaczynały skały. Byli już tak zmęczeni, że tuż przed granicą rezerwatu znaleźli opuszczoną chatę paserzy, na palenisku pośrodku rozpalili ognisko, położyli się w śpiworach i prawie natychmiast zasnęli na drewnianej podłodze wokół ognia.

Lily obudziła się o świecie. Przylecieli nocą, więc teraz dopiero miała okazję się rozejrzeć. Widok, który rozpościerał się za oknem, zapierał dech w piersiach. Chata znajdowała się na kamiennym zboczu jakiś kilometr za linią drzew. W jasnych promieniach wschodzącego słońca rozpościerał się widok na szare góry, gdzieniegdzie poprzecinane białymi płatami śniegu, w dolinie migotało małe szmaragdowe jeziorko, za którym według mapy zaczynał się już smoczy rezerwat. Pod pewnymi względami krajobraz przypomniał jej Szkocję, ale był bardziej szary i sprawiał wrażenie jeszcze bardziej pustego i opuszczonego. Czarownica chciała wsiąść na miotłę i szybować ponad szczytami, a potem biec po górskich łąkach i zbierać zioła i kwiaty. Nie chodziło tylko o skorupki smoczych jaj, miała ochotę zabrać wszystkie te cudownie pachnące zioła, tarzać się w zielonych dolinach tak różnych od sterylnych pomieszczeń Instytutu Alchemii, w których ostatnio głównie spędzała czas.

Kiedy Severus wstał, Lily rozpaliła już ogień w kamiennym piecu, na zostawionej przez pasterzy patelni usmażyła jajecznicę i nastawiła w tygielku kawę.
- Jechałaś przez pięć granic, ponad tysiąc kilometrów, uciekłaś aurorom na skradzionym samochodzie, mając przez cały czas ze sobą w torbie chleb, jajka i tygielek na kawę?
Lily przytaknęła.
- Evans, ja się zaczynam ciebie bać.
- No co? Na głodnego eliksiry mogą inaczej działać. A to jest bardzo pojemna torba.
Po śniadaniu rozdzielili dokładnie buteleczkę bursztynowego płynu do dwóch kubków i zmieszali go z resztką węgierskiego wina. Podobno Felix Felicis pachnie dla każdego inaczej i zawsze kojarzy się z tym, co jest dla danego człowieka najbliższe. Lily Evans powąchała swój kubek, pachniał winem i tymi górami. Usiedli przed chatą i wznieśli toast.
- To co, Sev, za smoki i za to, czego najbardziej pragniemy!
Brzęknęły metalowe kubki.
- Za to, czego najbardziej pragniemy, Lily.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-XII

Postautor: labruja » 09.06.15, 13:50

XV

Quintus Proxuauf, niemiecki alchemik żyjący w drugiej połowie XIX wieku, nazwał Felix Felicis najbardziej niebezpiecznym z eliksirów. I nie chodziło tu tylko o powszechnie znaną możliwość uzależnienia ani o brawurę i brak realnej oceny swoich możliwości, jakie powodował bursztynowy napój. Quintus pisał o czymś więcej. Twierdził, że Felix Felicis jest eliksirem, który zaburza linię czasu, sprawia, że w życiu czarodzieja może dojść do wydarzeń, które w żaden inny sposób nie mogłyby mieć miejsca. Oczywiście, ma to sens, jeżeli ktoś wierzy w przeznaczenie. Alchemik nie był też do końca pewien, jak ten eliksir w zasadzie działa. Czy spełnia dokładnie to, co sobie postanowiliśmy, czy może sprawa, że staje się to, czego najbardziej chcemy, chociaż sami nie zdajemy sobie sprawy z tego, co to może być. Każdy o czymś marzy i desperacko czegoś pragnie, ale umysł i serce podpowiadają, czy życzenie to jest warte wypowiedzenia, jakie będzie niosło ze sobą konsekwencje dla innych. Felix Felicis znosi te ograniczenia i sprawia, że może zdarzyć się zupełnie wszystko. A to, czego najbardziej pragniemy, może przynieść łzy i cierpienie.

Tego dnia idąc po górach, Severus i Lily postanowili sobie, że chcą znaleźć trzy skorupki jaj smoka, o ile to możliwe bez spotkania z samym gadem, i jak najszybciej bezpiecznie opuścić rezerwat. Ponieważ liczyli, że sam eliksir pomoże im tego dokonać, nie zawracali sobie głowy dokładniejszą analizą terenu. Posprzątali po śniadaniu i przez pewien czas latali na miotłach ponad szczytami. Potem ruszyli w pieszą wędrówkę, co chwilę przystając, żeby Lily mogła zerwać rosnące na polach zioła. O ile zazwyczaj Felix Felicis skutkuje euforią i brawurą, to w ich przypadku skończyło się na doskonałym humorze i niezachwianej pewności, że coś się stanie. Wieczorem, kiedy czerwone promienie zachodzącego słońca oświetlały dolinę, w Severusie zaczął budzić się niepokój. Być może eliksirowi trudniej było zapanować nad jego krytyczną naturą. Już chciał coś powiedzieć, kiedy z krzaków kosodrzewiny rozległ się dziwny rumor.
- Smok! - rzuciła podekscytowana Lily i zaczęła szukać w torbie mioteł.
Niestety zaklęcie zmniejszająco-zwiększające nie powodowało jednocześnie porządku w torbie, a brak możliwości użycia różdżki i zaklęcia przywołującego sprawiał, że znalezienie potrzebnych rzeczy trwało dość długo. Severus wyjął różdżkę i wycelował ją w kierunku, z którego dochodził hałas.
- Żadnych zaklęć, Sev. Spokojnie, zaraz ją znajdę.
Po chwili z krzaków wyszła matka z trzema młodymi, które wcale nie były już zupełnie małe. Nie był to jednak smok, jak się spodziewali, ale zwykły pospolity ursus arctos, który na pobliskim jagodowisku objadał się przed snem zimowym.
- Smok, jasna cholera, to masz smoka, Evans – zaklął Severus. - Uciekamy!
Nie mogąc znaleźć mioteł, rzucili się do ucieczki w dół zbocza. Lily zdawało się, że słyszała kiedyś, że niedźwiedzie na krótkich przednich łapach źle radzą sobie w drodze w dół. Nie wiadomo, czy była to prawda, ale ten szczególny niedźwiedź radził sobie całkiem dobrze. Biegli, nie oglądając się za siebie, najpierw po kamieniach, omijając kępy kosodrzewiny, potem po nierównym terenie porośniętym jagodami i wrzosami, aż w końcu stromym zboczem porośniętym lasem. Wydawało im się, że groźne pomruki za nimi ustały, ale nie mieli odwagi, żeby odwrócić się i zobaczyć, czy pogoń wciąż trwa. W pewnym momencie Lily potknęła się i zaczęła spadać. Kłujące gałązki boleśnie raniły ją w twarz, ale udało jej się utrzymać równowagę na tyle, że zaczęła w nie do końca kontrolowany sposób zjeżdżać na spodniach. Końcem zjazdu było pluśnięcie w lodowatą toń górskiej rzeki. Woda nie była głęboka, więc czarownicy udało się dość szybko wydostać na brzeg, ale była zmarznięta, podrapana i przemoknięta. Po chwili siedzieli razem z Severusem na brzegu i bezskutecznie usiłowali rozpalić ognisko bez pomocy magii.
- Szkoda, że żadne z nas nigdy nie było skautem. Chyba nici z ogrzania się.
- Od tej pory miotły przy sobie cały czas – zauważył trzeźwo czarodziej. - Masz chyba coś do przebrania?
Lily otwarła torbę i jak się okazało na szczęście magia chroniła rzeczy nie tylko przed ciekawskimi celnikami, ale też przed wodą. Niestety jedyną rzeczą, jaką miała na zmianę, poza skarpetami, bielizną i swetrem, była elegancka sukienka w granatowe grochy.
- Chciałam wyglądać dobrze, jak będziemy wracać – wytłumaczyła się. - A teraz idź zobaczyć, czy cię nie ma gdzie indziej, bo chcę się przebrać.
Sukienka na szczęście była ciągle wyprasowana, ale w komplecie z potarganymi włosami, podrapaną twarzą i górskimi butami nie prezentowała się najlepiej. Lily kończyła zawiązywać sznurówki, kiedy dobiegło ją ciche wołanie.
- Lily! Szybko, chodź tu!
Czarodziejka pobiegła w stronę, skąd dobiegał głos. Jakieś dwadzieścia metrów dalej teren tuż przy wodzie robił się bardziej płaski, tworząc niewielką polankę wśród drzew. Na środku polany stał Severus, a obok niego niezgrabnie poruszały się brązowe stworzenia, które w pierwszej chwili można było wziąć za kaczki. Smoczęta syczały na siebie, a z ich nozdrzy buchały stróżki dymu. Lily spojrzała w górę i zdrętwiała. Wysoko nad wąwozem, w którym płynęła rzeka, leciał smok. Smoki jak inne gady nie były zbyt opiekuńcze wobec swojego potomstwa, dlatego nie ryzykowali, że zwierzę rzuci się, ziejąc ogniem. Czarownica nigdy wcześniej nie widziała smoka, dlatego teraz nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Z metalicznie brązowymi łuskami, od których odbijało się światło zachodzącego słońca, kołował powoli nad górami. Miał w sobie jakieś czyste piękno, coś, co było esencją magii, dzikości i natury jednocześnie. Z zamyślenia wyrwał ją głos Snape’a.
- Ja wiem, że młodych nie broni, ale może nas po prostu zeżreć, jak będziemy tak stali.
Czarownica szybko pozbierała drogocenne skorupki, ostatni raz spojrzała na smoka i schowała się za Severusem z powrotem w las.

Niestety żadne z nich nie wiedziało, gdzie się znajdują, ani jak wyjść z rezerwatu. Ze względu na smoka woleli na razie nie lecieć na miotłach, tylko mozolnie wspinali się po zboczu. Kiedy trafili na drogę, było już prawie zupełnie ciemno. Byli zmęczeni, jednak chcieli pokonać jak największy kawałek drogi, póki działał Felix Felicis. Przez pewien czas lecieli na miotłach, a potem, kiedy droga była już zupełnie wygodna, wrócili do spaceru. Późno w nocy niebo znowu oświetlało tysiące gwiazd, ale było znacznie cieplej niż poprzedniego dnia, tak jakby jutro miała przyjść zmiana pogody. Byli już pewni, że wyszli poza rezerwat i na dobrą sprawę mogli się już teleportować, ale nocny spacer był przyjemny, a eliksir ciągle dodawał im sił, więc postanowili iść dalej. W pewnym momencie Lily usłyszała ciche dźwięki muzyki dobiegające z lasu. Nie było to mugolskie radio, ale prawdziwa muzyka; skrzypce, bębenki i gitara tworzyły dziwnie melancholijną i jednocześnie dziką melodię.
- Idziemy tam? - zapytała Lily.
- Mowy nie ma. Przyszliśmy tu po smocze skorupki i jak najszybciej z nimi wracajmy.
Czarownica skrzywiła się.
- Jesteśmy cały czas pod wpływem Felix Felicis, więc nie spotka nas nic złego. Marudzisz.
- Reagujesz książkowo: euforia, nieumiejętność oceny sytuacji, brawura. Zresztą jak widzę, Gryfonom powinno się zmniejszać dawki o połowę.
- A tobie nie pomogłaby cała butelka, żeby się trochę wyluzować. Zostań tu i poczekaj, jak chcesz. Ja idę zobaczyć, co się tam dzieje. W końcu dziś jest mój najszczęśliwszy dzień.

Lily weszła w wąską ścieżkę między paprociami. Severus stał przez chwilę, w końcu zaklął, wyciągnął różdżkę i poszedł za nią. Kiedy wyszli zza zakrętu, zobaczyli małą polanę w lesie, na której paliło się kilkanaście ognisk. Od razu otoczył ich tłum ludzi, ale nie byli to zwyczajni mugole; ludzie ci mieli coś z mieszkańców Nokturnu, byli ubrani w kolorowe stroje, które bardziej pasowały do czarodziejów, jednak w ich wyglądzie było coś niedbałego i tandetnego. Dzieci obskoczyły Lily jak zwierzęta, wyciągając do niej ręce i mówiąc coś w niezrozumiałym języku. Czarownica wyciągnęła różdżkę, żeby złapać kilka słów i spróbować je przetłumaczyć; magia w żadnym razie nie nadawała się do większych tłumaczeń, ale odpowiednie zaklęcie pozwalało zrozumieć ogólny sens wypowiedzi.
- Lily – powiedział Severus, wychodząc z paproci. - Teraz bardzo powoli podejdź tu, nie rozmawiaj z nimi, teleportujemy się jak najdalej stąd. Jak sądzę, wiesz, co mówią o Cyganach.
Oczywiście, że o nich słyszała, podobnie jak o Irlandzkich Travelresach. Zarówno wśród jednych, jak i drugich było bardzo wielu czarodziejów. Jednak tak jak żyli na obrzeżu świata mugolskiego, tak samo omijali szerokim łukiem świat magiczny. Żadne z ich dzieci nie chodziło do Hogwartu, nie używali różdżek, nie licząc grubych kijów używanych tyle do walki, co do czarowania. Mówiono, że słynęli z czarnej magii i sprzedawali zaklęcia mugolom, ale aurorzy nieczęsto zapuszczali się w ich obozowiska, bywało, że ci, którzy się tam znaleźli, nigdy go nie opuszczali.
- Chyba oszalałaś? Wiesz, że ci ludzie świętują dziś wesele? Zaprosili nas. To jedno z najstarszych magicznych praw; czarodziej nie może odmówić zaproszenia na chrzciny, wesele i pogrzeb.
- To jest zwyczaj, nie prawo. Zresztą oni też nie przestrzegają naszych praw.
Tłum wokół nich robił się coraz gęstszy i razem z nim udali się do wielkiego ogniska pośrodku polany. Wkrótce pojawili się muzycy i państwo młodzi. Ktoś wyciągnął kapelusz, sugerując, że Lily powinna włożyć do niego prezent ślubny. Dała całe leje, ale kapelusz ciągle był wyciągnięty, więc dołożyła jeszcze marki, które miały być na podróż powrotną, i kilka mugolskich funtów. Kiedy zobaczyli zagraniczną walutę, rozległy się głośne brawa i poprowadzono czarodziejów do ustawionego pod wielkim namiotem stołu. Lily wyczarowywała różdżką kwiaty i motyle, doprowadzając roześmianą dzieciarnię do pisków radości. W końcu zostawili ich w spokoju i mogli spokojnie spacerować między ogniskami.
- Jak ci się znudzi ten cyrk, to się zbieramy – powiedział Severus.
Lily pociągnęła łyk wina i zapatrzyła się w ogień.
- Zmugoleliśmy, Sev. Teraz to do mnie dotarło. Te nasze magiczne urzędy, pozwolenia, formułki, uprawnienia. Nasza magia powoli zamienia się w rzemiosło i dekoracje. Smoki są tylko składnikiem eliksirów, bez zrozumienia ich piękna i dzikości.
- To jest cywilizacja, Lily.
- Tak jest, panie Dursley – prychnęła. - Widziałeś państwa młodych? Ile oni mają lat? Czternaście? Tyle co my… wtedy. Oni żyją naprawdę, to jest magia.
Jakaś dziewczynka podeszła do ogniska i powiedziała coś do czarownicy. Lily zrobiła ruch różdżką, żeby zrozumieć jej słowa i wstała.
- Ona mówi, że babcia chce mnie widzieć. Ma dla mnie wróżbę.
- Chyba nie masz zamiaru iść?
- Czemu nie?
- Nie wiesz, na czym polega ich magia? - Severus westchnął zirytowany. - Mówi się, że Cyganie mają tak dobre przepowiednie, bo rzucają urok, żeby się spełniły. Ich magia jest stara i silna. Jak ta… wiedźma cię przeklnie, to cię sam Dumbledore nie odczaruje.
- Idę. Dziś jest mój szczęśliwy dzień.
Poszli razem do tkanego w różnobarwne wzory namiotu na uboczu obozowiska. W środku, na miękkim fotelu siedziała stara otyła kobieta w chustce na głowie. Miała wąskie czarne oczy o bystrym spojrzeniu, w brudnych grubych palcach trzymała mugolskiego papierosa. Śmierdziała brudem, ale też czymś jeszcze, co Lily skojarzyło się z mchem i zbutwiałymi liśćmi. Severus wszedł z wyciągniętą różdżką, ale stara czarownica tylko roześmiała się na jego widok, pokazując złote zęby i splunęła na ziemię. Czarodziej mógłby się założyć, że nie była oszustką, ale prawdziwą wiedźmą dysponującą nie mniejszą mocą niż Dumbledore. A jej magia nie była wcale jaśniejsza od tej, której używał Czarny Pan.
- Ona chyba chce rozmawiać tylko ze mną – powiedziała Lily i czarodziej chcąc nie chcąc opuścił namiot.
Wnętrze oświetlała lampa naftowa i kiedy wiedźma wstała, czarownicy wydało się, że przed nią stoi nie żywy człowiek, ale jakaś pradawna bajkowa istota. Cyganka bezceremonialnie uszczypnęła Lily w policzek, dotknęła jej piersi, włosów, a na końcu wzięła ją za ręce. Były ciepłe i szorstkie, miały w sobie jakąś matczyną tkliwość i siłę. Lily spojrzała na jej pierścionki i zobaczyła, że na przedramieniu wytatuowano jej kilka cyfr. Cyganka uśmiechnęła się drapieżnie i powiedziała coś, co z pomocą różdżki zrozumiała jako ty też zapłacisz. Wszystkie płacimy. Lily pomyślała, że chodzi o opłatę za wróżbę, a ponieważ nie miała już pieniędzy, zdjęła srebrne kolczyki w kształcie wilka, które kiedyś dostała od Remusa. Cyganka znowu się roześmiała, ale tym razem z jej śmiechu zniknęła złośliwość.
- To twoja wróżba, maleńka. Jeśli tylko masz odwagę, możesz sięgnąć po to, czego pragniesz najbardziej. Ale kiedy to dostaniesz, będziesz musiała zapłacić.
Lily jeszcze raz wyciągnęła w jej kierunku srebro, ale stara pokręciła głową.
- Zapłacisz łzami – powiedziała smutno. - To zawsze tyle kosztuje.

Czarownica wyszła z namiotu zupełnie skołowana. Nie potrafiła zebrać myśli, miała wrażenie, że przed chwilą stara Cyganka była nie tylko w jej głowie, ale i w sercu. Severus czekał na nią z ciągle wyciągniętą różdżką, ale nie chciała w tym stanie z nim rozmawiać. Znaleźli puste ognisko na drugim końcu obozowiska i w milczeniu wpatrywali się w ogień.
- Co powiedziała? - zapytał w końcu czarodziej.
- Że dostanę to, czego chcę. Jeżeli mam odwagę.
Lily była skrajnie zmęczona. Nie spała porządnie od kilku dni, w jej żyłach resztki eliksiru mieszały się winem, którym ich poczęstowano, a w myślach cały czas słyszała głos starej.
Jeżeli się odważysz.
Zapłacisz. Zapłacisz. Zapłacisz.
Jeżeli się odważysz.
- Już dostałaś – odpowiedział, wskazując głową torbę.
- Nie chodzi o to – mówiła cicho, jakby musiała się przełamywać. Miała wrażenie, że za chwilę złamie tabu, powie coś, o czym oboje postanowili nie wspominać, chociaż wisiało między nimi jak dym z jesiennych ognisk. - Chodzi o to, czego naprawdę najbardziej chcę. O ciebie.
Zapłacisz. Zapłacisz. Zapłacisz.
Serce waliło jej jak oszalałe. To już się stało, nie mogła się cofnąć. Patrzyli na siebie w milczeniu przez płomień dogasającego ogniska. Severus czuł, jak zaschło mu w gardle, patrzył, jak Lily powoli wstaje i podchodzi do niego. Usiadła mu na biodrach, obejmując udami i pocałowała go delikatnie spierzchniętymi ustami. Zdjęła jego kurtkę, a potem powoli odpinała guziki koszuli, całując jego chude ciało. Czekali na tę chwilę tak długo, a teraz silniejszy niż pożądanie był jakiś niewyobrażalny głód bliskości i dotyku. Czarownica rozpięła sukienkę i przez bardzo długą chwilę siedzieli objęci, skóra przy skórze, dusza przy duszy. W oddali nad szczytami gór wchodziło słońce, a Lily chciała, żeby dzień jeszcze przez chwilę nie nadchodził.

Ból przyszedł w ułamku sekundy. Pieczenie przedramienia i cichy głos w jego głowie. Gdzie jesteś mój sługo? Odskoczył od niej i popełnił błąd, który Lily szybko wychwyciła: spojrzał na swoje przedramię. Wzrok czarownicy powędrował za nim i zobaczyła palący czarny znak na jego ręce. Oczy Lily zrobiły się okrągłe i szkliste jak u dziecka, które nagle budzi się ze złego snu. Potykając się, powoli wstała i cofnęła się kilka kroków w stronę lasu.
- Ty… - zaczęła, ale nie wiedziała, co powiedzieć, bo wszystko było już oczywiste. Jej głos był zimny i rzeczowy, daleki od histerii, ale czuła, jak jej twarz robi się mokra od łez. - Powiedz mi, Snape, dobrze się bawiłeś, kiedy mówiłam ci, jak nienawidzę śmierciożerców?
- Posłuchaj, Lily – jęknął żałośnie, ból w przedramieniu stawał się nieznośny, Pan nie lubił, kiedy jego sługa go ignorował. - Ja, ja ci wytłumaczę...
- Co chcesz mi wytłumaczyć? – przerwała mu. - Jak zabija się pięcioletnie dzieci zaklęciem, które je zmienia w mięsną miazgę? A może jak wygląda ciało kobiety, której między nogi rzucono zaklęcie eksplodujące? Ja to wiem, Severusie. Widziałam te ciała. Nie musisz mi już niczego tłumaczyć. A może ty jesteś inny, dobry, tak? Zabijasz szybko zielonym światłem. Tak jest estetyczniej – zaśmiała się gorzko.
Starała się nie płakać. Jej umysł był zupełnie chłodny, sparaliżowany przez ból, ale łzy płynęły same, jakby zaklęte złą przepowiednią. Podniosła różdżkę w jego kierunku, ale po chwili namysłu opuściła ją. Wzięła z ziemi torbę i bez słowa ruszyła w stronę lasu.
- Rozczarowałeś mnie – powiedziała cicho na pożegnanie. - I to boli. Bardziej niż się spodziewałam.
Chciał biec za nią, ale po kilku sekundach usłyszał cichy trzask teleportacji. Lily zniknęła.

***
Albus Dumbledore miał w młodości kotkę. Nie było to żadne magiczne zwierzę, ale zwykły bury dachowiec, który przyplątał się do nich pewnej zimy. Kotka ta nigdy nie miała młodych, ponieważ miała zwyczaj reagować niewytłumaczalną agresją na wszystkich przedstawicieli kociego gatunku, którzy chcieli do niej podejść. Znikała na całe tygodnie, a kiedy wracała, miała powyrywane kawałki futra, nadgryzione uszy i podrapany pysk. Właśnie ta kotka przypomniała się Albusowi, kiedy patrzył na Lily Evans, siedzącą naprzeciwko niego w gabinecie. Wiedział, że od jakiegoś czasu Syriusz i Remus intensywnie jej szukali, miała wyjechać tylko na kilka dni, a nie było jej około dziesięciu i nagle zapukała do jego gabinetu niespodzianie jak kot wracający z eskapady.
- Co słychać, Lily? - zapytał pogodnie.
- Dobrze – powiedziała chłodnym głosem. - Przyszłam w sprawie formalnej. Pod koniec czerwca prosiłam cię, żebyś dostarczył aurorom pewien raport. Sądzę, że musiał gdzieś się zawieruszyć.
- Ależ nic podobnego. Twój raport został dobrze wykorzystany.
Przez chwilę milczała, jakby szukała właściwych słów.
- Z moich informacji wynika, że Severus Snape jest śmierciożercą.
Dyrektor zaśmiał się cicho i wyciągał z kieszeni cytrynowego dropsa.
- Z moich również wynika coś podobnego.
Czarownica wytrzeszczyła oczy, zupełnie nie wiedząc, co ma powiedzieć.
- Jest śmierciożercą – kontynuował dyrektor – i jednocześnie, w jakimś sensie, członkiem Zakonu Feniksa. Jest moim szpiegiem, ale wolałbym, żeby ta informacja została między nami. Mówię ci tylko dlatego, że lepiej się sprawdza jako szpieg poza Azkabenem i lepiej, żebyś nie informowała aurorów o jego związkach z Voldemortem. Skoro już wiesz, że jest śmierciożercą, to chyba muszę powiedzieć ci resztę. Nie zrób żadnej głupoty. Ufam mu, Lily.
- Nie wiem, czy można ufać komuś, kto nosi Mroczny Znak. Może działać na zlecenie Sam-Wiesz-Kogo – czarownica brzmiała teraz tak, jakby chciała przekonać samą siebie.
- Gdyby nie on, w tej chwili Zakon by nie istniał, Voldemort zajmowałby prawie cała Kornwalię, a Liga Czarodziejów na Rzecz Pokoju przeprowadzałaby właśnie zmianę Ministra Magii. Jeżeli to ma być podstęp, to ja chyba za stary jestem, żeby coś z tego zrozumieć.
Wstała od stołu i długi czas patrzyła przez okno. Z gabinetu dyrektora widać było wierzbę, pod którą siadali na drugiem roku z Severusem, powtarzając sobie notatki do eliksirów. Teraz sobie przypomniała, że tam w Rumunii chciał jej coś wytłumaczyć, ale nie chciała go słuchać tak samo jak w szkole, kiedy przepraszał ją pod portretem Grubej Damy.
- Głupia jestem, dyrektorze – wyznała. - Strasznie głupia.
- Nie głupia, tylko młoda. Ale to przechodzi z wiekiem.
- To zabawne – mówiła, dalej patrząc za okno. - Dzieciństwo. Już nie jesteśmy tymi osobami, co kiedyś, a jednak wszystko, co wtedy przeszliśmy, więzy, które wtedy powstały, wszystko to tkwi w nas tak głęboko. Widzisz to rude drzewo tam? Kiedy mieliśmy dwanaście lat, siedzieliśmy tam z Severusem i patrzyliśmy na staw. A teraz ani ja, ani on nie jesteśmy już tymi samymi osobami, a jednak ciągle to, co zaczęło się tu, tkwi gdzieś głęboko schowane. Myślisz, że każdy tak ma? Inni czarodzieje też schowali tu coś, co pozostanie dla nich najważniejsze? To jakbym zostawiła kawałek duszy.
Przez chwilę oboje milczeli i Lily poczuła, że zawraca dyrektorowi głowę swoimi dylematami.
- Przepraszam za to najście i moje marudzenia. Chyba powinnam pogadać z Andromedą, może to mi coś w głowie poukłada.

Kiedy czarownica wyszła, Albus Dumbledore jeszcze raz obejrzał w myślodsiewni kroplę wspomnień, którą w chwili słabości ofiarował mu Horacy. Myślał o słowach Lily powiedzianych w zupełnie innym kontekście, a jednak idealnie wpisujących się w zagadkę, którą musiał rozwiązać. Voldemort też kiedyś był człowiekiem, dziwnym i skrzywionym, a jednak posiadającym duszę. I właśnie wspomnienia z tego czasu muszą być najważniejsze. Czuł, że musi przestać zajmować się sprawą Voldemorta, a przyjrzeć się uważnie sprawie Toma Marvolo Riddle’a.




Ps. A to podkład muzyczny do utworu https://www.youtube.com/watch?v=ynkwrECKpTk

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-XII

Postautor: labruja » 09.06.15, 13:51

XVI

Andromeda sprzątnęła ze stołu nietkniętą filiżankę z herbatą i eliksirem uspokajającym.
- Jak cię słucham, to myślę, że potrzeba nam czegoś innego na tę rozmowę – powiedziała, stawiając przed czarownicą niską szklankę z whisky z lodem.
Lily posmakowała trochę alkoholu, skrzywiła się i wróciła do opowieści. Od kiedy przyjechała z Rumunii, czuła, że musi z kimś porozmawiać. Z oczywistych względów nie mógł być to ani Syriusz, ani Remus. Teraz siedziały na oszklonym tarasie Andromedy Tonks i Lily streszczała jej całą wyprawę. Za oknem lał pierwszy jesienny deszcz i na końcu historii Lily zaczęła płakać, a Andromeda histerycznie się śmiać.
- Tonks, proszę cię, przestań się ze mnie śmiać.
- Ale, ale to jest takie zabawne – czarownica wypiła łyk alkoholu. - Nigdy nie przypuszczałam, że Sam-Wiesz-Kto ma takie wyczucie dramaturgii chwili. Miał wam kiedy przerwać, złośliwa bestia, nie ma co. Jak sobie wyobrażę tego twojego śmierciożercę z rozpiętymi spodniami, mrocznym znakiem i głupią miną, to mi go prawie żal.
Lily spiorunowała ją wzrokiem.
- Spodnie miał zapięte – fuknęła obrażona.
- Czekaj, Snape, Snape... Ja kończyłam szkołę, jak wy zaczynaliście, ale coś mi świta. Chyba kiedyś był u nas albo moje siostry coś mówiły. Taki chudy, zabiedzony kujon z krzywym nosem? Mugolak w Slytherinie. To ten?
Lily spojrzała na nią, jakby ten opis w ogóle jej się nie spodobał. Andromeda znowu wybuchnęła perlistym śmiechem.
- Nie no, kochana, urodą czy wpływami to on cię raczej nie zauroczył. Domyślam się, że gdyby Sam-Wiesz-Kto wam nie przerwał, to by objawił jakieś inne talenty. Gwiazdą socjometryczną Slytherinu nie był, półkrwi i biedny jak mysz kościelna, ale zdaje się, że nadrabiał czarną magią, więc może coś jeszcze potrafi, jak się postara – zachichotała.
- Andromeda, to nie jest śmieszne – wycedziła Lily przez zęby. - Ja nie wiem, co mam robić. Mam mętlik w głowie. Wszystko było proste, dopóki nie powiedziałam tego na głos. Póki sama nie zdałam sobie z tego sprawy. To było jak zaklęcie, nie umiem tego cofnąć i żyć, jakby nigdy nic.
Przez chwilę obie milczały, patrząc na krople deszcze rozpryskujące się o liście.
- Kochasz go?
- Tak.
Andromeda westchnęła.
- Jest szpiegiem Dumbledore’a – to nie było pytanie, ale stwierdzenie.
Lily wytrzeszczyła oczy. Była pewna, że ten szczegół pominęła w rozmowie z przyjaciółką.
- Ale jak… skąd?
- To proste. Ma mroczny znak. Tydzień temu nie chciałaś go słuchać, a teraz masz mętlik w głowie. Miłość miłością, ale widziałaś za dużo, żeby chronić śmierciożercę. Czegoś się musiałaś dowiedzieć i ja stawiam, że jest szpiegiem. Mam rację?
Czarownica niechętnie kiwnęła głową.
- A skoro średnio zorientowana w tym wszystkim gospodyni domowa się domyśliła, to jedno jest pewne: nikt, absolutnie nikt się o tym twoim kochaniu nie może dowiedzieć.
- Też się obawiałam, że nie możemy być razem.
- A kto ci mówi, że nie możecie? Możecie, byle dyskretnie. Gadałaś z nim od tego czasu?
Lily przez chwilę milczała.
- Próbowałam. W instytucie traktuje mnie jak powietrze. Wrócił do zwracania się do mnie Evans. Jak coś wspomniałam, że chcę mu oddać jego część za skorupki, to tak na mnie spojrzał, że nie pytaj i powiedział, że mogę na jego nazwisko u Gringotta zostawić.
- To akurat dobrze o nim świadczy. Widocznie ma trochę charakteru. Ale zupełnie nie ułatwia nam sprawy. Dobrze, Lily, teraz na poważnie. Mówisz, że go kochasz. Nie wiem, na ile mogę ci mówić o miłości. Opowiem ci o mnie i o Tedzie. Jak wiesz, Ted jest mugolem. Poznaliśmy się przypadkiem, rok po skończeniu szkoły podróżowałam po magicznej Europie i w Szwajcarii trafiłam na konferencję poświęconą astronomii. Jako jedną z atrakcji przewidziano referat „okiem mugola”, który poprowadził gość specjalny, mugolski astrofizyk doktor Edward Tonks. Oczywiście on nie wiedział, że to konferencja magiczna, raczej, że jakiś zjazd dziwaków, na który go zaproszono z odczytem. Wszyscy mieliśmy plakietki z imionami i nazwiskami i Ted zagadnął do mnie, bo spodobało mu się moje imię. Przegadaliśmy cały wieczór, a następnego dnia dałam się wyciągnąć do obserwatorium na przełęczy Jungfraujoch. To był mój pierwszy kontakt z mugolskim światem. Gwiazdozbiór Andromedy na wyciągniecie ręki, hotel w Alpach i szampan. Przyznam, że dość skuteczna metoda na podryw. Potem musieliśmy się rozstać i Ted zapisał mi swój numer telefonu. Nie chcesz wiedzieć, co robiłam, żeby się z nim skontaktować. Nigdy nie miałam telefonu, dlatego zaczęłam od tego, że kupiłam sobie podręcznik do mugoloznawstwa dla zaawansowanych i czytałam w tajemnicy w składziku na miotły. Znalazłam budkę telefoniczną, ale nie umiałam z niej korzystać i skończyło się na Imperiusie na jakiejś biednej dziewczynie, która musiała kupić mi żetony i wykręcić numer. Komedia jak z tą waszą Rumunią. Tak czy inaczej, spotykaliśmy się przez jakiś czas, aż cała sprawa się wydała i trzeba było decydować co dalej. Tak, Lily, bałam się. Bałam się, że mnie zabiją, że zabiją jego, a jeszcze bardziej, że stchórzę i ucieknę. Żal mi było świata, z którego odchodzę, bo widzisz, ja nie byłam taka jak Syriusz i naprawdę pasowałam do tej czystokrwistej śmietanki towarzyskiej. Lubiłam nasz dom, rodzinę, nasze tradycje, te węże i brokaty. Kochałam to wszystko, tylko że przyszła chwila, że pokochałam kogoś jeszcze mocniej.
Czarownica na chwilę przerwała, jakby się zamyśliła.
- Z miłością jest tak, Lily - kontynuowała - że czasem trafia się taka, która wywraca twoje życie do góry nogami. Możesz od niej uciec i do końca życia czuć żal i gorycz. To dość efektownie wygląda w powieściach i opowiadaniach, ale w życiu się nie sprawdza. I drugie wyjście to walczyć o tę miłość, bronić jej przed światem, hodować jak roślinkę, podlewać i pilnować, żeby nie zdechła. Musisz doprawić ją lojalnością, cierpliwością i przyjaźnią, a i tak doprowadzi cię do łez.
- No co ty? Przecież Ted to oaza spokoju.
- A daj mi spokój. Doprowadza mnie do szału dwa razy dziennie. Na przykład, był przychylnie nastawiony do Hogwartu, ogólnie traktuje magię jak aberrację fizyczną o bliżej niepoznanych właściwościach, ale ostatnio przyjrzał się programowi nauczania. Powiedział, że nie puści córki do miejsca, gdzie nie uczą matematyki. Powiedzmy, że mamy w tym zakresie małe spięcia. I skoro ja je mam, to wyobraź sobie, co ty będziesz miała z tym twoim śmierciożercą od siedmiu boleści.
Lily wychyliła do dna szklankę whisky.
- Ale co ja mogę? O co ja mam dbać, jak on nie chce w ogóle ze mną gadać?
- Wszystko możesz, kochana. Mówiłaś, że jemu też zależy.
- Tak sądzę. Ale...
- Nie ma ale. Albo sobie to darujesz i nauczysz się z tym żyć, bez unieszczęśliwiania innych. Albo pozostaje ci skok na głęboką wodę. Myśmy szybko wzięli ślub, bo tak bardzo bałam się, że stchórzę, że potrzebowałam czegoś nieodwracalnego. Z tego, co o was mówiłaś, to mam wrażenie, że on też na swój sposób kocha, ale raczej o ciebie nie zawalczy. Raczej zamarynuje się w roztworze goryczy i frustracji. I jeszcze będzie uważał, że to wina wszystkich, tylko nie jego. Od ciebie zależy, czy skoczysz w przepaść. Jeżeli chcesz to zrobić to lepiej szybko i z zamkniętymi oczami. Inaczej się nie odważysz.

Przez resztę czasu do przyjścia Syriusza i Franka, Lily siedziała na kanapie i myślała o słowach przyjaciółki. Andromeda grała na pianinie, a mała Dora czytała Wyspę Skarbów, którą dostała od Lily. Czarodzieje przyszli wczesnym popołudniem i szklanki z whisky dawno zdążyły zniknąć już w kuchni, robiąc miejsce bardziej stosownej na tę okazję zastawie w różyczki. Ponieważ było chłodno, gospodyni podała ciepłe kakao.
- O – powiedział Syriusz na powitanie – Lupin mi mówił, że się znalazłaś. Gdzie ty się podziewałaś?
- A, ja...
Czarownica poczuła kopnięcie pod stołem i głos zabrała Andromeda.
- Była, gdzie miała być. Lily miała tajne zadanie, które będzie miało niebagatelny wpływ na jej przyszłość. Nie interesuj się tyle, Syriuszu. Powiedzcie lepiej, co ustaliliśmy w sprawie Chefsiby Smith.
- Śledztwo było całkiem dokładnie przeprowadzone, a dokumentacja jest przechowywana przez czterdzieści lat, więc mamy dużo danych – Frank położył na stole kartonową teczkę. - Skrzatka Bujdka sama się przyznała, sprawdzono, nie działała pod Imperiusem. To poniekąd był wypadek, przypadkowo do kakao zamiast cukru wsypała truciznę.
Wszyscy spojrzeli na dzbanek z kakao i wybuchnęli śmiechem.
- Nie, nie jest zatrute. Zresztą niestety nie mam skrzata – powiedziała Andromeda.
- Wyodrębnili składniki trucizny? - zainteresowała się Lily.
Frank podał jej raport i czarownica przez kwadrans analizowała składniki.
- Sprytne – powiedziała w końcu. - Teoretycznie te rzeczy mogły znajdować się w kuchni i jak ktoś się nie zna, to uwierzy w tę wersję. Problem w tym, że uwarzenie z nich trucizny to długi i celowy proces. Wsypane przypadkowo nie dają efektu. Jeżeli to jest to, co myślę, to jest to bardzo trudna trucizna, skrzat jej raczej nie uwarzył. Druga rzecz; sam eliksir jest gorzki i można to było zniwelować zaklęciem już po zmieszaniu z kakao. To jakby wyklucza skrzata z grona podejrzanych.
- Niby się przyznała, ale tu piszą, że często okłamywała swoja panią. Istoty, które często kłamią, są bardzo podatne na zaklęcia zmiany pamięci, bo same nie pamiętają, co działo się naprawdę. Ktoś mógł jej zmodyfikować pamięć. Nie wiemy, gdzie jest teraz skrzatka, zresztą po takim czasie trudno będzie z niej wyciągnąć zaklęcia. Andromeda, dowiedziałaś się czegoś? - zapytał Syriusz.
Czarownica uśmiechnęła się tajemniczo.
- Byłam jeszcze kilka razy u rodziny Chefsiby. Kupili wersję, że piszę książkę o potomkach założycieli i o ostatnich właścicielach artefaktów. Znaleźli na strychu pamiętnik ciotki, trochę to zajęło, ale go przeczytałam. Panna Smith była próżną, nudną, ale ogólnie nieszkodliwą starszą panią. Prowadziła boleśnie nudne życie, aż do czasu poznania niejakiego Toma Marvolo Riddle’a. Wygląda na to, że się w nim nieco zadurzyła.
- I co z tego? - spytał Frank.
- To z tego, że on był młody i raczej bezinteresownie się do starszej pani nie przychodzi z kwiatami. Chefsiba w jednym z ostatnich wpisów pisze, że pokazała Tomowi medalion Slytherina i czarkę Helgi Hufflepuff, a jego oczy „zalśniły złowrogo”. Przepraszam za to pretensjonalne określenie, ale to cytat. To te same przedmioty, które zginęły. Według mnie musimy znaleźć Toma i czarkę. To jest priorytet.
- Prosiłem Lupina, żeby się rozejrzał, jak nasza Lily załatwiała swoje tajne sprawy – dodał Syriusz. - Mamy coś z tą czarką. Luniaczek przypomniał sobie, jak jakiś czas temu słyszał, jak Borgin umawia się z kimś od Gringotta, że może dokonać ekspertyzy jakiegoś przedmiotu należącego do założycieli. Nie wiemy, czy to czarka, ale zawsze coś.
Takie sprawdzanie było rutynową procedurą przeprowadzaną przez gobliny, czasem nawet bez wiedzy właściciela. W końcu nikt nie chce mieć w swoim banku przeklętego przedmiotu sprowadzającego nieszczęście albo falsyfikatu, którego właściciele po pewnym czasie oskarżyliby bank o podmienienie go. Gobliny lubiły wiedzieć, co było w ich skarbcach.
- Borgin był ostatnio za granicą, więc pewnie jeszcze nie doszło do ekspertyzy. Znaczy, że czarka dopiero ma zostać zdeponowana w banku. To dobrze – powiedział Lily, pijąc łyk zimnego już napoju.
- To, co mi przychodzi do głowy – zamyśliła się Andromeda. - Ktoś z nas, najlepiej Syriusz, powinien się pilnie zatrudnić u Gringotta jako stażysta i mieć oko na sytuację.
- Mam zawiesić szkolenie aurorskie i przekładać papierki u Gringotta? - zaprotestował Black.
- Ja wiem, Syriuszu, że uczciwa praca na etacie jest sprzeczna z wielowiekową tradycją naszego rodu i będziesz prawdopodobnie pierwszym, który tego dokona, ale nie mamy innego wyjścia, jeżeli chcemy dostać tę czarkę. Jak ją zamkną w podziemiach to po zabawie, nie będziemy się przecież włamywać do Gringotta.
- Stop, stop, stop. Ktoś tu się chyba za daleko zapędza – zaprotestował Frank. - Dobrze, Syriusz może rozpocząć staż, ale nic więcej, żadnych akcji bez konsultacji z Dumbledore’em. Ryzykujecie życie dla czegoś, co stało na półce obok czegoś innego, co było ważne dla Sami-Wiecie- Kogo. Wariactwo.
- Ale głosowaliśmy… - zaczął Syriusz.
- A od kiedy to w Zakonie się głosuje? Jestem najstarszy stażem i dokonuję oceny ryzyka grupy, którą dowodzę – powiedział twardo Frank Longbottom. - Jeżeli Albus powie, że jest to celowe, to mogę się włamać do Gringotta, czemu nie. Ale nie ma zgodny na akcję w celu zdobycia czegoś, co nie wiadomo, czy jest ważne. Jutro rano widzimy się w czwórkę na błoniach Hogwartu. Jeżeli Albus się nie sprzeciwi, to w poniedziałek Syriusz może złożyć dokumenty u Gringotta. W niedzielę skrzaty podają w Hogwarcie niezłe śniadania, może się załapiemy.

***

Na cichym nocnym niebie wyczarowanym nad Wielką Salą przelatywała kometa. Albus Dumbledore siedział samotnie przy stole Slytherinu i myślał o pewnym uczniu, który przed wielu laty siedział dokładnie w tym miejscu. Dyrektor pomyślał, że przez te wszystkie lata zapomniał, jak wygląda szkoła oczami ucznia. Teraz starał się odłożyć na bok swoje uczucia i ocenę moralną i odpowiedzieć sobie na pytanie, kim był Tom Marvolo Riddle, co myślał, o czym marzył i gdzie schował, jak to nazwała Lily Evans, kawałek swojej duszy.

Urodził się jako syn Meropy Riddle w mugolskim sierocińcu. Meropa nigdy nie chodziła do Hogwartu, ale mimo to mogła być czarownicą. Tego Albus nie wiedział. Pewne było, że kiedy w wieku jedenastu lat Tom trafił do Hogwartu, nie był świadomy swojej mocy, miał jednak poczucie bycia kimś szczególnym i wyjątkowym. Pogardzał mugolami i w czarodziejskim świecie poczuł się jak w domu. Hogwart był jego domem. Zresztą kilka lat po ukończeniu szkoły złożył swoją kandydaturę na stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią. Musiał wiedzieć, że nie ma wakatu, a nawet gdyby był, to Albus nigdy by go nie wybrał. Nie przejął się jednak odmową, tak jakby nie po pracę przyszedł do Hogwartu. Teraz to wydało się dyrektorowi zastanawiające.

Wstał od stołu i zaczął przechodzić się szkolnymi korytarzami, zastanawiając się, jakie tajemnice ukrywa przed nim szkoła. Był niemal pewien, że jeden z horkruksów był ukryty gdzieś niedaleko w Hogwarcie. Żeby go znaleźć, musiał spojrzeć na szkołę oczami ucznia. Inną rzeczą istotną dla Toma było jego poczucie wyjątkowości, bycia kimś specjalnym. Musiało go interesować pochodzenie i być może odnalazł rodzinę lub miejsce, z którego wywodziła się Meropa. Czuł, że znajduje się w martwym punkcie i chociaż odpowiedzi były na wyciągniecie ręki, ciągle mu umykały. Na dodatek nie miał nikogo, z kim mógłby w tej misji współpracować.

Po nocnych wędrówkach Albus Dumbledore pozwolił sobie na luksus niedzielnego leniuchowania, z którego wyrwał go skrzat, który w niezbyt skuteczny sposób próbował go obudzić, chrząkając cicho w kącie pokoju.
- Ja, ja proszę o wybaczenie, ale goście przyszli. Do pana dyrektora.
- Mówili, czego chcą?
- Tak. Czarnej kawy, jajek na boczku z fasolką i grzanek. I porozmawiać z panem dyrektorem oczywiście.
Albus Dumbledore poczuł się zaciekawiony i próbował w myślach obstawiać, kto na niego czeka, jednak kiedy zszedł do małego pokoju gościnnego obok swoich kwater, zrozumiał, że ani jeden jego strzał nie był trafiony. Andromeda Tonks, która nie należała do Zakonu Feniksa, Ślizgonka i żona mugola. Lily Evans, alchemiczka, która ostatnio nie mogła dojść do ładu ze swoimi problemami sercowcami i dwóch przyszłych aurorów o zupełnie różnych temperamentach: Syriusz i Frank. Albus Dumbledore poczuł się zaintrygowany i głodny, czując zapachy dochodzące ze stołu.
- Wpadliśmy na śniadanie – powiedziała Lily.
- Od jakiegoś czasu zajmujemy się pewną sprawą i doszliśmy do punktu, w którym niezbędne będą dokładne instrukcje, jak mamy postępować – dodał Frank.
- Chcielibyśmy porozmawiać z pewnym czarodziejem, ale nie możemy go znaleźć – zakończyła Andromeda.
- A kto to taki? - zapytał Dyrektor.
- Niejaki Tom Marvolo Riddle – sprecyzowała czarownica.
Albus Dumbledore zastygł przez chwilę z grzanką w ręce. Ciepła fasolka zaczęła skapywać na obrus. Mimowolnie przypomniał sobie słowa Severusa o tym, że w Zakonie był szpieg. Zdrajca był niebezpieczny nie tylko dlatego, że przekazywał informacje Voldemortowi, ale głównie dlatego, że świadomość jego obecności niszczyła zaufanie, jakie mieli względem siebie. Ale jeżeli to prawda? Jeżeli to ktoś z nich? Wiedza, że szuka horkruksów powinna być dostępna w jak najwęższym gronie osób. O ile to możliwe, nikt poza nim nie powinien o tym wiedzieć. Dyrektor uśmiechnął się i spokojnie ugryzł kawałek grzanki.
- Zdaje się, że kiedyś był taki uczeń, ale nie widziałem go od dawna. A możecie mi wyjaśnić, czego dokładnie od niego potrzebujecie?
Andromeda Tonks powoli opowiedziała całą historię. Przypadkiem odkryli medalion, który znalazł Regulus, a potem pociągnęli śledztwo nieco dalej.
A więc to Meropa sprzedała medalion do Borgina, pomyślał Albus, skoro tak, musiała być czarownicą, to był już jakiś trop. Była czarownicą z jakiegoś powodu wyrzuconą poza nawias czarodziejskiego świata. Charłaczką? Żoną mugola? Nie miał wątpliwości, że Tom zabił biedną Chefsibę i w zrabowanych przedmiotach ukrył kawałki swojej kalekiej duszy. Drugim horkruksem był zatem puchar Helgi Hufflepuff. Pozostawało tylko pytanie, ile może zdradzić swojej dziwnej samozwańczej drużynie.
- Z tego, co mówicie, wynika – zaczął powoli, uważnie dobierając słowa – że Tom Riddle zabił starszą panią i, być może, sprzedał oba przedmioty Voldemortowi.
- Może sprzedał, a może nie. Czarka Hufflepuffu dla Sami-Wiemy- Kogo? Hufflepuffu? – zapytał z powątpiewaniem Frank.
- Tom Riddle mógł mieć pewne bliskie relacje z Voldemortem i znalezienie czarki trzeba traktować priorytetowo. To jest teraz najważniejsze zadanie. Syriuszu, napiszę ci list polecający do pewnego goblina, to powinno pomóc. I miejcie oczy otwarte. A teraz, napijecie się jeszcze kawy?

***

Wieczorem Lily siedziała przy stole i udawała, że przegląda notatki z roślin leczniczych. W instytucie obowiązywał system punktowy i krótka nieobecność kosztowała ją wiele punktów, które teraz musiała jak najszybciej nadrobić. Remus Lupin obserwował czarownicę, jak od dwudziestu minut wpatruje się bezmyślnie w ten sam kawałek strony. Kiedy wprowadziła się do niego, takie chwile obniżonego nastroju zdarzały jej się bardzo często, ale z czasem bardzo szybko doszła do siebie po rozstaniu z Jamesem. Teraz, po powrocie z tej dziwnej wycieczki, o której nie chciała rozmawiać, znowu popadała w stany melancholii. Czarodziej machnął różdżką i puścił w ruch adapter szpulowy. Głośniki trzasnęły i po chwili usłyszał The Gypsy's Wife Leonarda Cohena. Lily oderwała głowę od książki i przez pewien czas słuchała słów piosenki.
- Wyłącz to, proszę – jęknęła żałośnie.
- Czemu? Przecież lubisz Cohena. Zresztą skoro zaklęcie go wybrało...
- Dobrze wiem, czemu go wybrało i właśnie dlatego nie chce tego słuchać. Lubię Cohena, ale nie ten kawałek. Bez sensu się to wszystko pokomplikowało, Luniaczku.
- To zrób coś z tym. Jesteś z Gryffindoru czy nie? Zawsze jest jakieś wyjście.
- Ale kiedy? Teraz? Tak pada.
Czarodziej wyjął z szafy żółty parasol i podał go Lily.
- Proszę bardzo. Tylko tak nie siedź jak bohaterka powieści dla nastolatek. To nie jest w stylu Lily, którą znam.
Nokturn w strugach deszczu wyglądał jeszcze bardziej przygnębiająco i ponuro niż zazwyczaj. Remus wyjrzał przez okno i żółty parasol skojarzył mu się z kwiatem mniszka lekarskiego wrzuconym w brudną kałużę. Droga, którą miała pokonać czarownica, zabrała jej około czterdziestu minut. Mogła się teleportować, ale chciała mieć jeszcze kilka chwil na spacer, żeby sobie wszystko przemyśleć. Adres Severusa udało jej się zdobyć od Rubena, który, jak się okazało, pożyczał od niego jakieś książki. W zasadzie nie była pewna, czy odważy się do niego pójść, ale w instytucie nie było warunków do rozmowy. Zwłaszcza w kontekście tego, co Andromeda powiedziała o dyskrecji.

Mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze kamienicy niewiele lepszej niż te na Nokturnie. Na korytarzu nie było światła i na wszelki wypadek czarodziejka wyjęła z torebki różdżkę. Znalazła numer dwadzieścia osiem i trzykrotnie z całej siły zapukała do drzwi.
- Czego chcesz, Evans? - zapytał niegrzecznie, nie zapraszając jej do środka.
- Chcę porozmawiać.
- Przypominam ci, że dalej jestem śmierciożercą. Chciałem ci wytłumaczyć, ale nie słuchałaś. Do zobaczenia na zajęciach – zamknął drzwi przed nosem Lily.
- Severusie Snape! Bo będę tu spała na wycieraczce, aż ze mną nie pogadasz!
Drzwi powtórnie się otworzyły.
- Ciszej. Ten argument nie działa, nie pamiętasz? Mogę zacytować? Oszczędź sobie płuc.
- Pięć minut.
Niechętnie wpuścił ją do mieszkania. Wyglądało, jakby dopiero co się wprowadził. Jeden pokój z aneksem kuchennym, łóżko, stół, jedno krzesło, stara szafa. Sterylnie wysprzątane i zupełnie bezosobowe, żadnych ozdób czy rzeczy osobistych.
- Rozmawiałam z Dumbledore’em… – zaczęła i od razu zobaczyła, że to nie był dobry kierunek rozmowy.
Spiął się jak kot gotowy do skoku, a jego czarne oczy zrobiły się wąskie i zimne.
- Tak? – Ton jego głosu był aksamitny i miękki. – I co też takiego nasz drogi dyrektor ci wyjaśnił?
- To, że jesteśmy po tej samej stronie.
Westchnął, jakby musiał tłumaczyć coś małemu dziecku.
– Posłuchaj mnie, Evans. Ja jestem dokładnie po tej samej stronie, co w zeszłym tygodniu. Tak samo nie przepadam za mugolami. I nie bardzo podoba mi się układ, w którym musisz się pytać przełożonego o akceptację. Bardziej ci się podobam z błogosławieństwem Dumbledore’a?
- To nie tak...
- To jak?
- Nie przyszłam cię przepraszać, bo, do cholery, nie mam za co – popatrzyła mu w oczy. - Nie przyszłam cię przekonywać, bo nie jestem towarem reklamowym. Przyszłam ci powiedzieć, że cię kocham. Zależy mi na tobie i sobie nie odpuszczę. Stało się, co się stało, ale można żyć dalej i jakoś to naprawić. Tu chodzi o nas, o mnie i o ciebie. I nie ma opcji, żebyś to zepsuł. Nie pozwolę ci na to.
Lily nie wiedziała, czego się spodziewać po tej przemowie. Miała odrobinę nadziei na to, że obejmie ją ramionami. Obawiała się sarkastycznych komentarzy, a on tylko stał ze skrzyżowanymi rękami, bokiem do niej i wpatrywał się w okno. Wydawało jej się, że każdy mięsień jego ciała jest napięty do granic możliwości, ale nie potrafiła odczytać, co w tej chwili chodzi mu po głowie.
- Severusie, powiesz mi coś na to?
Stał dalej bez ruchu i tylko przez sekundę wydawało jej się, że drgnęła mu powieka. Wyjrzał przez okno i zaklął cicho.
- Evans, chyba musisz uciekać, szybko.
Lily podparła się rękami ma biodrach.
- O nie, takie uciekanie od tematu to już przesada.
- Szybko! - warknął.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Severus zajrzał przez wizjer i zaklął, tym razem głośniej.
- Do szafy Evans! Już! Nie mogą cię tu znaleźć, nie wiesz, do czego są zdolni. To Bellatrix i ten cholerny wilkołak Greybeck.
- A niech sobie będzie i Sam-Wiesz-Kto we własnej osobie. W tej chwili mam to gdzieś. Co masz mi do powiedzenia? Teraz.
- Szafa!


Ps To jest kawałek, który tym razem zagrał magnetofon Lupina https://www.youtube.com/watch?v=l9K-3JTzP6I
Tak wiem, że Ted jest w kanonie pół krwi, ale pozwoliłam sobie na mała zmianę.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-XII

Postautor: labruja » 09.06.15, 13:52

XVII

Wilkołak chodził po pokoju, a drewniana podłoga skrzypiała pod jego ciężkimi butami. Węszył. Snape nie miał wątpliwości, że musiał coś zwąchać, bo nawet on, nie posiadając nadnaturalnych umiejętności, czuł jeszcze zapach Lily w powietrzu. Na szczęście nie mogli jej usłyszeć, bo zanim weszli, zdążył jeszcze rzucić na szafę zaklęcie wygłuszające. Czarownica siedząca w szafie też nie słyszała nic z ich rozmowy.
- No, no, ktoś ma chyba kurewkę na boku - zaśmiał się Greyback, pokazując białe zęby. - Podzielisz się chyba z kolegą?
- Pilnuj swojego zawszonego pyska, wilkołaku. - Wyciągnął w jego kierunku różdżkę i tamten cofnął się o krok.
- Spokojnie i tak znam już jej zapach, poznam go wszędzie. Sam ją sobie wezmę. Chyba mi nie odmówi, skoro ciebie chciała, nie?
Chciał mu odpowiedzieć, ale w tamtym momencie najważniejsze było, żeby jak najszybciej wyszli, więc wrócił do tematu tego, co może zrobić dla Czarnego Pana. Zresztą nie powinien się w ogóle wdawać w rozmowę z tym wilkołaczym ścierwem.
Bella oglądała całą scenę lekko rozbawiona. Nie musieli tu dziś przychodzić i równie dobrze mogli mu przekazać wszystko przy najbliższej okazji, ale Lestrange lubiła co jakiś czas tu wpadać. Nie przepadała za nim, zwłaszcza od kiedy jego pozycja u Czarnego Pana wzrosła i przychodząc tu, pokazywała mu, że wie. Wie, gdzie mieszka, wie, kim jest i skąd pochodzi. Nie musiała nic mówić, nie pozwalała sobie nawet na drwiący uśmiech czy złośliwy komentarz, to byłoby poniżej jej godności. Widział, jak patrzyła na odrapane drzwi, łazienkę odgrodzoną od pokoju mała zasłonką i wąskie okno wychodzące na szarą ulicę. Chciała tylko przypomnieć, że wie i zapamięta. A on też nie powinien zapominać.

Czarny Pan miał dla niego wiadomość, że niebawem będzie go potrzebował. We trzech muszą przenieść bardzo ważny przedmiot do Gringotta i on będzie im towarzyszył. Dokładna data nie jest jeszcze znana, ale lepiej, żeby Snape był gotów. Kiedy w końcu wyszli, czarodziej usiadł na krześle, zastanawiając się, co ma zrobić dalej. W szafie siedziała Evans nieświadoma tego, że niebezpieczeństwo już minęło, ale nie mógł trzymać jej tam wiecznie. W sumie szkoda, pomyślał, ale uchylił drzwi.
Lily wyszła, lekko chwiejąc się na nogach i mrużąc oczy od nagłego światła. Chciał coś powiedzieć o niebezpieczeństwie przychodzenia tutaj, ale tylko objął ją ramionami, a potem kochali się na stoliku, zrzucając na podłogę Rośliny trujące Satrmana i kubek po kawie. Coś jej wtedy mówił, Lily odpowiedziała, ale nie potrafił sobie zupełnie przypomnieć, co to było, chyba jakieś wyznania szeptane gorączkowo w czasie szybkiego rozpinania koszuli. Zawsze, teraz, teraz, teraz.

Czarownica wyszła, a on został w mieszkaniu z rozrzuconymi książkami, lekkim zapachem perfum unoszących się w powietrzu i śladami błota z butów Greybacka. W pokoju było zimno, a za uszczelnianym zaklęciami oknem lał deszcz. Próbował zebrać myśli i zrozumieć, co się wokół niego dzieje, miał wrażenie, że chodzi po falującym gruncie i wszystko wymyka mu się spod kontroli. Spokojnie, pomyślał, to tylko emocje, a emocje można nazwać i kontrolować. Czego ona właściwie chciała, co jej miał powiedzieć? Że ją kocha, że mu miło, że tak się cieszy - uśmiechnął się krzywo. Był jak kot, który ukradł ze stołu za duży kawał ryby – cieszył się, ale nie miał pojęcia, co z tym zrobić dalej. Czego Evans od niego oczekiwała? Rozsądek podpowiadał mu, że powinien kazać jej wracać, skąd przyszła, ale inny głos, silniejszy i podobny trochę do dzikiego zwierzęcia, kazał ją trzymać w ramionach i nigdy nie wypuścić. Pieprzony Greyback i Bella nie mieli kiedy złożyć mu wizyty. Gdyby nie oni miałby czas, żeby wszystko przemyśleć. Zawsze, zawsze, zawsze, ale, na Merlina, nie teraz.

Kiedyś, jeszcze zanim w skórze Jamesa wszedł do jej domu, był pewien, że wystarczy, że będzie miał ją raz, że dowie się, jak smakują jej usta i to wystarczy. Teraz wiedział, że jest dokładnie odwrotnie. Po tym, co się stało, nie będzie potrafił tak po prostu z niej zrezygnować. Przymknął oczy w ciemnościach i jeszcze raz próbował odzyskać kontrolę nad swoimi emocjami. Najpierw trzeba je nazwać, zrozumieć, nadać imię tym pogmatwanym uczuciom, nad którymi musi odzyskać kontrolę. Strach ściskający za gardło, panika, że ją straci, że odejdzie, zniknie, zginie. Że jej nie ochroni. Od czasu akcji w Plymouth Czarny Pan zapamiętał dziewczynę, która odebrała mu Kornwalię i miał wrażenie, że coś się ważnego za tym kryje. Ktoś zaoferował się nawet, że porwie małą szlamę i torturami wydobędzie z niej prawdę, ale Pan tylko zaśmiał się, mówiąc, że jego słudzy czasem są zbyt entuzjastyczni, a on ma swoje sposoby, żeby dowiedzieć się, co się stało. Snape był pewien, że Czarny Pan miał na myśli szpiega w Zakonie, który był kimś z bliskiego otoczenia Lily. Ten wilkołak Lupin? A może Black? Gdyby tylko ta szalona dziewczyna go posłuchała i trzymała się od nich z daleka.

***
Rozmowa się jakoś nie kleiła. Od końca szkoły minęło niewiele czasu, a ich wspólne drogi już zaczęły się rozchodzić. Był oczywiście Zakon, a wspólna walka jakoś ich scalała, ale poza tym mieli ze sobą coraz mniej wspólnego. Remus wypił łyk kremowego i pomyślał, że James przez te kilka miesięcy bardzo się zmienił, spoważniał, a pod oczami widniały ślady niewyspania i przepracowania.
- Co tam u Lily? - czarodziej starał się, żeby zabrzmiało to od niechcenia, ale Remus znał go na tyle dobrze, że wiedział, że to tylko poza.
- W porządku. Sporo pracuje i wraca późno. Ale chyba jest szczęśliwa.
I pachnie innym mężczyzną, pomyślał, ale tę uwagę zostawił już dla siebie. Czuł się trochę winien, bo to on wysłał ją, żeby załatwiła swoje sprawy, a nie siedziała smutna. I rzeczywiście, kiedy wróciła kilka godzin później, była zarumieniona i podekscytowania. Pachniała zapachem, który z kimś mu się kojarzył i może gdyby chciał, mógłby dojść do tego, z kim się spotkała, uważał jednak, że takie dosłowne węszenie w sprawach przyjaciół nie jest w porządku. Tak długo jak nie będzie chciała mu powiedzieć, nie zamierzał drążyć tematu.
- To dobrze – mruknął James.
- A co u ciebie?
- Robota – rzucił na stół najnowszy numer Proroka Codziennego. - Popatrz na ostatnią stronę.
Na końcu numeru zazwyczaj znajdowały się żarty i łamigłówki, więc wilkołak spojrzał na przyjaciela pytająco.
- Pogromca goblinów na pięć liter?
- Nie to – prychnął zirytowany. - Na samym dole, tutaj – wskazał palcem miejsce, gdzie znajdowały się informacje o ilości nakładu i składzie redakcyjnym. - Znasz kogoś?
- Nie. A powinienem? - Wilkołak wzruszył ramionami. - Czekaj, ta laska chyba z nami chodziła do szkoły, taka blondynka.
- Nie znasz. Bo widzisz, nikt ich nie zna. Z wakacji nie wrócił redaktor naczelny Proroka. Postanowił zostać w Indiach. I tajemniczym zbiegiem okoliczności zrezygnowało lub zaginęło trzy czwarte redakcji. Gazeta zwiększyła nakład i zmniejszyła cenę. Teraz praktyczne każdy ją czyta, chyba oprócz ciebie. A teraz sobie ją spokojnie przejrzyj i powiedz mi, co sądzisz.
Remus przez kwadrans przeglądał artykuły i z każdą chwilą jego wzrok robił się coraz bardziej posępny.
- Sukinsyny – powiedział. - I to wszystko legalnie. To jest jak trucizna.
Żaden z tekstów wprost nie odnosił się do Sami-Wiemy-Kogo ani nie popierał go, ale sposób opisanych wydarzeń był, delikatnie mówiąc, subiektywny. Na pierwszej stronie bił po oczach ogromny nagłówek Zakończmy tą wojnę, który atakował Ministra Magii za nieudolność i niechęć do kompromisów, a aurorów za brutalność, która powoduje chęć odwetu. W rubryce z życia wzięte czarownica opowiadała o swoim nieudanym małżeństwie z mugolem i przemocy, jakiej doświadczała. W aktualnościach opisywano śmierć dwóch uzdolnionych młodych ludzi ze szlachetnych rodzin, którzy zginęli przypadkowo podczas zbyt brutalnej akcji aurorów. Ani słowa o tym jak ci młodzi szlachetni ludzie przedtem rzucili Avadę na jednego z aurorów. Nawet rubryka humor składała się prawie wyłącznie z dowcipów zaczynających się od spotyka czarodziej mugola…
- Zupełnie legalne, Remus, i ludzie to kupują. Nie dalej jak wczoraj jakiś dzieciak nabazgrał na posterunku aurorskiem auroży powinni być w obroży i matka urodziła, ojciec wychowuje, magia daje siłę, auror zamorduje L.CZ.N.RZ.P RZONDZI. Gówniarz, który to napisał, miał dwanaście lat. Moody prawie mu uszu nie urwał, ale by Prorok miał pożywkę. Niedługo zaczną mówić, że to my wywołaliśmy tę wojnę. – Czarodziej dopił resztę piwa i wstał od stołu. - Będę już lecieć. Idą ciężkie czasy, coś się szykuje, Remus. Miej tam oko na Lily, żeby jakichś głupot nie narobiła, obiecujesz?
Remus przełknął ślinę i niechętnie odpowiedział:
- Obiecuję.

***

Lily spojrzała na zegarek, zamknęła parasol i zbiegła po schodach do stacji metra Stanmore linii Jubilee. Tak jak się umawiali, wsiadła do ostatniego wagonika i nałożyła kaptur na głowę. Snape wsiadł na stacji Canons Park i usiadł obok niej. Jechali w milczeniu, czytając książki i dopiero po dwóch kolejnych stacjach czarownica dyskretnie chwyciła rękę Severusa. Rozejrzał się nerwowo po wagonie, ale w końcu chwycił jej rękę i jakby nigdy nic czytał dalej. Minęły dwa tygodnie od kiedy w jakimś sensie byli razem, ale nie było żadnego bezpiecznego miejsca, w którym mogli się spotykać, żeby chociaż na chwilę ze sobą pobyć. Mieszkania odpadały, podobnie jak cały czarodziejski świat, w którym ktoś mógł ich zobaczyć. Kawiarnie też odpadały. W końcu ustalili, że najmniej uczęszczanym przez czarodziejów miejscem jest mugolskie metro, dlatego raz na kilka dni wsiadali na różnych stacjach, siadali obok siebie i jeździli w kółko przynajmniej dwa razy, czytając i rozmawiając półgłosem.
- Nie musiałeś dzisiaj tak jechać przy Cantonie po moim eliksirze, Snape – powiedziała cicho, patrząc za okno.
- Był słaby. Stać cię na więcej, Evans. Jak dla mnie to przedobrzyłaś z hyzopem albo go niedokładnie oczyściłaś. I powinnaś dodać skrzeloziela, jak sądzę. Eliksir niby był dobry, ale bardzo szybko straciłby swoje właściwości. Za godzinę byłby do niczego.
- Słaby?!
- Ciszej – syknął.
- Po skrzelozielu wyleciałabym jak stara Matylda, mądralo.
- Nie, jeżeli dałaś krwi nietoperza. Trzecia zasada Vieretera.
- Świetnie, jutro oceniamy twój wywar. Lepiej uważaj, co tam uwarzysz.
- Zawsze uważam.
W Instytucie Eliksirów i Antidotów Magicznych nie mogli swobodnie ze sobą rozmawiać, więc ich publiczne relacje ograniczały się do złośliwych uwag na tematy alchemiczne. Lily musiała przyznać, że po Jamesie, który cały czas próbował ją chronić przed światem i wspierać, była to miła odmiana. Nie potrzebowała chwalenia za nic, lubiła rywalizację i jeżeli Snape chciał współzawodnictwa, to będzie je miał. W instytucie odkryli też kilka miejsc, które doskonale nadawały się do szybkiego seksu. Najbezpieczniejszym miejscem był magazyn szklanych menzurek i probówek na końcu korytarza, musieli jednak z niego zrezygnować po tym, jak runęła skrzynka, tłukąc cały transport sprzętu. Drugim i najwygodniejszym miejscem był oficjalny gabinet Jonatana Cantona. Alchemik wychodził do domu około osiemnastej i ponieważ wszystkie istotne dokumenty były w sejfie w księgowości, a pokój służył mu tylko do przyjmowania gości, nie zabezpieczał go specjalnymi zaklęciami. Żadne z nich nie przepadało za dyrektorem i profanacja jego biurka była dość ciekawym, chociaż na dłuższą metę zbyt ryzykowanym, przeżyciem. Ostatnim i najlepszym miejscem był pokój do czyszczenia kociołków. Wąskie pomieszczenie pełne szerokich zlewów i wanien zawsze było duszne i parne. Ich wspólna obecność była w razie czego usprawiedliwiona i wystarczyło zostawić na drzwiach napis awaria hydrauliczna, żeby móc liczyć na kwadrans spokoju. Za każdym razem zaklinali się, że to będzie ostatni raz i nie będą już ryzykować, ale potem jakimś trafem spotykali się w którymś z tych miejsc i łamali daną wcześniej obietnicę. Tylko ten jeden raz.

Czarownica wróciła do sali pierwsza, dopinając po drodze guzik koszuli i poprawiając szybko włosy. Obok stołu alchemicznego Ruben kończył jeść lunch, niby przepisy zabraniały jeść w pracowni, ale co mogli zrobić innego, kiedy przez cały czas trzeba było pilnować eliksiru. Snape wszedł do sali po kwadransie, niosąc wielki mosiężny kocioł i dwa mniejsze cynowe. Jego mina wyrażała pretensję i urazę, że po raz kolejny musiał przynosić kociołki sam.
- Trochę czasu wam to zajęło – mruknął Ruben, przełykając ostatni kęs.
Snape spiął się.
- Co masz na myśli? - Jego oczy zwęziły się jak u dzikiego zwierzęcia.
Czarodziej spojrzał zdziwiony, że Snape tak osobiście przyjął jego uwagę.
- Ja się przecież nie czepiam, Seberusie – powiedział pojednawczo. -Tylko ja mówię, że ty z panna Evans bardzo dokładnie czyścicie kociołek. A to jest bardzo ważne do dobry eliksir.
Severus pobladł i już miał wyciągnąć różdżkę, kiedy usłyszał śmiech Lily. Czarownica zaczęła śmiać się tak, że nie mogła przestać przez co najmniej pięć minut. Dusiła się i płakała naraz, więc Ruben uznał, że musiała się czymś zakrztusić, bo przecież nie powiedział nic zabawnego.

***
- Borgin przyjechał, więc wszystko może rozegrać się lada dzień – powiedziała Lily, nalewając sobie zielonej herbaty.
Siedzieli w mugolskiej restauracji serwującej chińskie jedzenie, która skusiła ich nazwą Złoty Feniks. Co prawda na serwetkach sprowadzanych z Chin wydrukowano feniksa, który bardziej przypominał rozwścieczonego koguta, ale wołowina pięciu smaków była rzeczywiście bardzo smaczna.
- Syriusz, czego się dowiedziałeś? – zaczął Frank.
- Że gobliny to cholerne sukinsyny, które nie przepuszczą okazji, żeby okazać ludziom swoją wyższość.
- A coś tak bardziej związanego z naszą sprawą?
- Po kolei. Gringott w zasadzie mógłby funkcjonować tylko na pracy goblinów. Zatrudniają za psie pieniądze stażystów, żeby przenosili papiery, robili herbatę i robili masę niepotrzebnych rzeczy, ale miałem okazję się rozejrzeć i zobaczyć, jak to od środka funkcjonuje. A więc tak. Kiedy przychodzi ktoś, szczególnie ktoś ważny, jest zapraszany do małego pokoju na parterze. W tym czasie jest przeprowadzana identyfikacja, a ewentualny przedmiot, który ma być zdeponowany, jest poddawany podstawowym badaniom. Rozumiecie, boją się przemyconego świstoklika w głąb skarbca albo tym podobnych zabawek. W zeszłym tygodniu Andromeda zostawiała tam swoje kolczyki i miałem okazję dokładnie prześledzić cały proces. Po około pół godziny gobliny schodzą z klientem do skarbca. W wypadku przedmiotów szczególnie cennych preferowane jest wcześniejsze umówienie się. Wtedy już w podziemiach następują szczegółowe badania z wcześniej umówionym rzeczoznawcą.
- Szanse wyciągnięcia przedmiotu ze skarbca? - zapytał Frank.
- Jak dla mnie zerowe. – Syriusz nałożył sobie dodatkową porcję mięsa z ciepłego jeszcze półmiska. - Nie mam szczegółowych planów podziemi ani zabezpieczeń, do tego nas nie dopuszczają, ale z tego, co się zorientowałem, to jak zjadą w dół, mamy pozamiatane.
- Dobra – wtrąciła Lily. - Czyli mamy te pół godziny, kiedy następuje identyfikacja.
Frank skrzywił się.
- Też niedobrze. Czytacie gazety? Będzie afera, jak wjedziemy do Gringotta.
- W razie jakiegokolwiek alarmu zamykają się drzwi wejściowe – powiedział Syriusz. - Do tych zabezpieczeń mam dostęp i jestem w stanie obejść te zaklęcia. Nad wejściem jest Oko, które rejestruje i zapamiętuje, kto wchodzi.
- Dwóch przyszłych aurorów napada na bank. Kurwa, też odpada. Jak dla mnie musimy ich zgarnąć przed wejściem. Ok, Gringott ma blokadę teleportacyjną. Raczej nie wyślą z tym jednej osoby i nie wyobrażam sobie, że zastosują wspólną teleportację za rączki, więc będą się musieli gdzieś spotkać i przejść kawałek. Ktoś musi cały czas stać w przebraniu na Pokątnej, najlepiej tu. – Auror rozłożył na stole serwetkę z feniksem i narysował prowizoryczny plan. - Szkoda, że nie wiemy, kiedy będą szli, to by ułatwiło sprawę. Ale dobra. Jeżeli ten, kto będzie pilnował, zobaczy Lestrange idącą w stronę banku, daje znać reszcie i Syriuszowi.
Na ostatnim spotkaniu z Dumbledore’em dyrektor dał im cztery rzymskie monety, które mogą posłużyć za środek komunikacji. Wystarczyło potrzeć jedną z nich i wypowiedzieć zaklęcie, a trzy pozostałe zaczęły parzyć. Mieli je powieszone na szyi, tak że w każdej chwili mogli odpowiedzieć na wezwanie.
- Ktoś stoi tam – narysował mały krzyżyk na rogu, tuż obok lodziarni Lodowa Różdżka. - Na zmianie przez cały czas otwarcia banku. Bez przerwy na sikanie i kawę. Kiedy dostajecie znak, cokolwiek się dzieje, teleportujemy się w to miejsce – pokazał drugi krzyżyk. - A Syriusz w tym czasie wychodzi bocznymi drzwiami i zamyka za sobą drzwi alarmem, da się zrobić?
- Jasne.
- Żeby tylko nam nie nawiali, jak zobaczą, że coś jest nie tak – powiedziała Lily.
- Nie sądzę – odpowiedział Black. - Bella jak na coś się uprze, idzie jak taran. Dwa, mogę rzucić zaklęcie Nebulli.
- Dasz radę? - zapytał Frank.
Czar Nebulli był potężnym zaklęciem wywołującą gęstą mgłę uniemożliwiającą teleportację na zewnątrz. Niewielu czarodziejów potrafiło go rzucić na obszar większy niż kilka metrów.
- Da się zrobić. Wyjdę na zewnątrz bocznym wyjściem, o tu, żeby nie wyjść wprost na nich, rzucę Nebullę. Możemy wydostać się świstoklikiem. Pamiętacie tę fontannę z sikającym centaurem, o tutaj? Nikt jej raczej nie dotyka. Można by wymienić jakiś jego element na świstoklik. Mamy drogę ewakuacji. Kto dopada do czarki, ucieka i daje znać pozostałym monetą, bo w tej cholernej mgle nie będzie nic widać. Pasuje?
- Jeden problem, Syriusz, nawet jak weźmiemy trochę wolnego, to jest nas dwójka do pilnowania na Pokątnej – przypomniała Lily.
- A Andromeda?
- Rozmawiałam z nią wczoraj. Ona pasuje. Może pracować koncepcyjnie i piec ciasto, ale ma Dorę i nie będzie ryzykować biegania z różdżką.
Jedną rzeczą była wyprawa do jej starego domu, inną uganianie się po ulicach za śmierciożercami. Między nią a Bellą panowało niepisane zawieszenie broni – Bellatrix wiedziała, że jeżeli podniesie rękę na jej rodzinę, będzie to ostatnia rzecz, jaką zrobi, z kolei Andromeda obiecała sobie nigdy pierwsza nie zaatakować swoich sióstr. Rodzina to rodzina.
- W sumie ją rozumiem. Ma co chronić. Ale we trójkę nie damy rady – przyznał Syriusz. - To co, James?
Lily westchnęła.
– Może Remus?
Nastąpiło kłopotliwe milczenie i czarownica z przykrością doszła do wniosku, że chociaż nikt tego nie powie na głos, to dla nich Lupin był jednak i mimo wszystko wilkołakiem. A te w dzisiejszych czasach stanęły po stronie Czarnego Pana. Wojna uczyła ich nieufności.
- Może Peter? - zaproponował Black. – Kto jak kto, ale on jest w porządku. Poza tym co ma lepszego do roboty, jak stanie na Pokątnej? W sumie nie musimy mu nawet mówić w czym rzecz i tak nic nie wykapuje. Ma patrzeć i dać znać.
- Dobra, pogadaj z nim, Syriuszu. Tylko pamiętajcie, żadnej Avady. To środek Pokątnej, dzień i to my atakujemy. Działamy z zaskoczenia, Expelliarmus, Drętwota, czarka i do świstoklika. Szybko i bez problemów. To co, ktoś chce jeszcze deseru? Podobno mają świetne ciastka ryżowe.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-XII

Postautor: labruja » 09.06.15, 13:53

XVIII

Kot lewitował. Unosząc się w powietrzu, nie mógł sam decydować o swoim położeniu, więc ograniczył się do wściekłego machania łapami i prychania. Severus trzymał wyciągniętą w powietrzu różdżkę i traktował zwierzę kolejnym już zaklęciem mającym ujawnić, czy nie jest animagiem bądź czy nie rzucono na niego jakiegoś zaklęcia.
- Severusie Snape, czy ciebie pogięło do reszty?
Lily wzięła kota i postawiła na łóżku, ale zirytowane zwierzę szybko zeskoczyło i schowało się w kuchni.
- O co ci chodzi? Już pomijając formy animagiczne, wiesz, co mogło być na niego rzucone? Ostrożności nigdy za wiele. Nie wierzę w takie szczęśliwe przypadki.
- Paranoikus totalus – czarownica popukała się w głowę. - Ten kot to nasz gospodarz i dobroczyńca.
Łaciate zwierzę, zwane przez właścicielkę Tom, obserwowało całą scenę z wyraźnym niesmakiem, siedząc w kuchni. Mimo nauki w Hogwarcie, Lily utrzymywała okazjonalny kontakt z niektórymi mugolskimi koleżankami ze szkoły podstawowej i jakiś czas temu dowiedziała się, że Miranda Simson wyjeżdża w krótką podróż i potrzebuje kogoś, kto będzie karmił jej kota. Mugolskie mieszkanie na przedmieściach Londynu idealnie nadawało się na miejsce spotkań. Mieli wreszcie czas nie tylko na gorączkowe pieszczoty, ale też na długie godziny leżenia w łóżku z kubkiem herbaty i podręcznikiem do eliksirów. Kot skrupulatnie omijał Severusa, a kiedy ich ścieżki się spotykały, obrzucał go pełnym wyższości spojrzeniem.
- O czym myślisz? - zapytał czarodziej.
Lily stała owinięta w prześcieradło i wpatrywała się w milczeniu za okno. Koniuszkami palców dotykała szyby.
- Myślę, że tamten świat nie istnieje. Wyobrażam sobie, że nie ma wojny, zaklęć niewybaczalnych ani tego zimnego deszczu. Że jesteśmy tylko my tutaj, a tamto nam się tylko zdawało. Ten świat za szybą jest jak ekran mugolskiego telewizora – uśmiechnęła się blado. - Chyba trzeba się położyć, co?
Była druga w nocy i Lily zgasiła światło. Pożądanie, które pchało ich w stronę pomieszczenia do czyszczenia kociołków, zniknęło gdzieś, ustępując miejsca niewypowiedzianej potrzebie bliskości. Leżeli, trzymając się za ręce i Snape nie mógł się powstrzymać przed skojarzeniami z tamtą czerwcową nocą, kiedy przyszedł do Lily w skórze Jamesa. Teraz pod pewnymi względami wyglądało to podobnie, chociaż miał wrażenie, że od tamtego czasu minęły całe lata. Leżeli w ciemnościach, wsłuchując się w swoje oddechy, a Lily koniuszkami palców dotykała jego przedramienia, próbując wyczuć Mroczny Znak. Myślała o wszystkich okropieństwach, które robił i pewnie dalej robi. Dla Dumbledore’a ważna była wygrana, więc mógł go oceniać w kategoriach przydatności szpiega, ale jej chodziło o konkretną osobę, o kogoś, kogo kochała i kto leżał teraz obok niej. I kto skrywał tajemnice równie wstrętne jak Mroczny Znak wytatuowany na skórze. Ciekawiło ją, dlaczego tak postąpił. Co działo się od tamtego wieczora pod pokojem wspólnym Gryffindoru, aż do czasu, kiedy spotkali się w instytucie. Czemu został śmierciożercą i czemu potem, ryzykując własne życie, zdradził swojego pana. Wiedziała jednak, że nie ma sensu pytać. Znali się od dziecka i znała go na tyle, że wiedziała, że jedyne, na co może liczyć, to bycie obok niego. Kiedyś pytała go o sytuację w domu, ale odpowiadał tylko wzruszeniem ramion i zdawkowym oni zawsze się kłócą. Życie nie jest sprawiedliwe i jeżeli chciała, żeby byli razem, mogła tylko być obok, przyjąć wszystko bez zbędnych pytań.
- Boję się, Sev – powiedziała tak cicho, że ledwie ją słyszał. - Nie mów nikomu, ale się boję.
Nie odpowiedział, ale już na granicy snu wydawało jej się, że usłyszała, jak mówi ja też, ale pomyślała, że tylko się przesłyszała.

Rano Snape’a obudziły końcówki włosów łaskoczące go po twarzy. Chciał się zerwać, ale Lily opierała się o jego klatkę piersiową.
- Wstawaj, leniu, słonko już wysoko, a my gości mamy.
Źrenice zwęziły się mu od mocnego światła i w ciągu jednej chwili zupełnie się obudził, wyciągając rękę po różdżkę.
- Jak? Kto?
- Czarownica Matylda, a kto inny? - roześmiała się. - W tym tygodniu muszę wybrać parę godzin na inne sprawy, więc trzeba nadrobić trochę materiału, żeby podgonić punkty - podała mu kubek gorącego kakao. - Napij się i zaczynamy.
- A ty wiesz, że kakao najłatwiej zatruć - spojrzał do kubka. - Zatruwasz mleko, a potem zaklęciem wzmacniasz smak kakaowca, żeby zamaskować truciznę.
- Zapamiętam, jak mnie kiedyś zirytujesz. Czytaj od zadania sto sześćdziesiąt trzy – podała mu książkę.
- Czarownica Matylda uwarzyła eliksir na przeziębienie, który zadziałał niezwykle skutecznie, jednak po dwóch dniach znaleziono ją martwą. Też mi nowina. Przy założeniu, że śmierć nastąpiła w wyniku medykamentu i w kociołku znaleziono biały osad i do eliksiru użyto sproszkowanego roku dwurożca, postaw trzy hipotezy, co mogło pójść nie tak. Niby proste zadanie, ale strasznie dużo możliwości.
- Spokojnie, Sev, najpierw wypiszmy znane nam eliksiry na przeziębienie. Dużo tego, ale od tego zaczniemy.
- Z rogiem dwurożca to nie będzie tak dużo.
- Nie piszą, czy użycie tego składnika nie było błędem. Znasz te zadania. A jak on działa z kwiatami zaśminnika?
Warzyciel przewrócił teatralnie oczami.
- To wymyśliłaś. To by ją zabiło od razu albo wybuchło podczas przyrządzania. Masz eliksir, który działa, moja droga. I zabija powoli.
Deszcz zniechęcał ich do opuszczania mieszkania. Na szczęście do późnego popołudnia mogli siedzieć w łóżku, rozwiązując alchemiczne zadania i jedząc wczorajszą pizzę. Nawet Tom w końcu zdecydował się wejść na łóżko, przez cały czas trzymał się jednak blisko Lily.
Czarownica siedziała na brzegu łóżka. Rude włosy miała spięte w ogon, a za strój służyło jej tylko prześcieradło, w którym wyglądała trochę jak w starożytnym peplum. Snape zwrócił uwagę na rzymską monetę zawieszoną na jej szyi. Nie zdejmowała jej ani do spania, ani do kąpieli.
- Co to? - zaciekawił się.
- Tajna broń Zakonu przeciwko śmierciojadom – puściła do niego oko.
- Nie żartuj z takich rzeczy.
- Nie żartuję. Jak ci nie pasuje prawda, to po co pytasz? Ja wiem, co ty musisz robić, ty wiesz co ja. Gramy w tej samej drużynie, ale na innych pozycjach, nie? Zresztą dam sobie radę – pocałowała go delikatnie w policzek. - Zwyciężyłam już jednego śmierciożercę. Nie dalej jak wczoraj leżał na plecach pokonany i mruczał, o tak.
Odsunął się od niej gwałtownie i chwycił nadgarstek Lily, puszczając dopiero, kiedy zorientował się, że sprawia jej ból.
- To nie jest śmieszne, Lily. Mówiłem ci, uważaj. Zakon ma zdrajcę, ktoś blisko ciebie jest wtyczką.
Czarownica wstała z łóżka i bez słowa zaczęła się ubierać.
- Nie chcę tego słuchać, Snape. To musi być plotka, którą Sam-Wiesz-Kto wymyśla, żeby ludzie przestali sobie ufać. Nigdy w to nie uwierzę!
- Tak? A Lupin cię nie tknie, ja nie jestem śmierciożercą, a wróżka zębuszka zostawia pod poduszką monety. Ogarnij się, Evans. Otwórz oczy, zanim cię zabiją. Życie nie jest w porządku.
Lily dopięła spodnie i spojrzała mu prosto w oczy.
- Skoro nie jest w porządku, to trzeba zrobić wszystko, żeby zrobić je chociaż trochę lepszym. Wychodzę, muszę coś załatwić na Pokątnej. Będziesz tu wieczorem?
- Nie wiem – odwrócił się do niej bokiem.
- Chciałabym, żebyś był – uśmiechnęła się słabo i pocałowała go w policzek.

***
W taką psią pogodę zmarzłyby ci łapy, Syriuszu, myślał Peter, przestępując z nogi na nogę i rozcierając zmarznięte ręce. Chłodny wiatr zawiewał krople deszczu prosto w twarz i czarodziej czuł, że bez eliksiru na przeziębienie się dziś nie obejdzie. Początkowy plan był taki, że mieli stać na Pokątnej taką samą ilość czasu, ale przecież Frank miał szkolenie aurorskie, a Lily swój kociołek. Ważne sprawy ważnych czarodziejów. Nie szkodzi, przyjaciele, ja mam teraz dużo czasu, mogę tu stać nawet cały dzień. Naprawdę cieszę się, że mogę wam pomóc.

Irytowało go tylko, że nie powiedzieli mu, jaki jest cel czekania na panią Lestrange. Jak na złość Czarny Pan nie wzywał go ostatnio do siebie, a on nie miał jak się z nim skontaktować. I jeszcze ta cała Bellatrix, nie znał jej prawie wcale, tylko raz ukryty pod postacią szczura obserwował, jak zbliża się do Czarnego Pana. Poruszał wibrysami, wyłapując zapach jej skóry i perfum, i był pewien, że gdyby tylko przybrał w tamtym momencie postać człowieka, pożądanie nieznośnie by go uwierało. Miał jednak na tyle rozsądku, żeby wiedzieć, że do takich kobiet lepiej nigdy się nie zbliżać. Jeżeli on był szczurem, to ona była panterą, która mogłaby pożreć go w kilka chwil, jeżeli tylko zadałaby sobie trud, żeby to zrobić. A teraz ci idioci planowali coś przeciwko niej. Musiał im przeszkodzić, ale tak, żeby go nie podejrzewali. I na dodatek wyjść z tej opresji z życiem. Miał już nawet na to pewien plan, ale był on dość ryzykowny.

Peter przez kilka godzin siedział pod postacią szczura w szczelinie w murze i obserwował przechodzących ludzi. Potem odważył się przemykać między ich nogami szybko i zwinnie, sam zdziwiony, że nikt go nie zauważył. Dla kogoś innego takie przesiadywanie w jednym miejscu byłoby szalenie nudne, ale on trzeciego dnia odkrył, że jest to pasjonujące zajęcie. Nauczył się już o której godzinie tragarze przynoszą do sklepów dostawę i o której lata najwięcej sów. Umiał też wyciągać wnioski. Na przykład za Lodową Różdżką musiał kwitnąć jakiś nielegalny interes; wchodziło tam wielu klientów, którzy wcale nie wyglądali na amatorów lodów i słodyczy, a codziennie przed osiemnastą wnosili beczkę z czymś, co miało oznaczenie o substancjach magicznie niebezpiecznych. Obserwował też ludzi; niektórzy szli szybko, przeskakując kałuże ciągle w biegu, inni krocząc powoli i pewnie, jakby nawet warunki pogodowe nie były w stanie wytrącić ich z równowagi. Kiedy stał pod postacią człowieka, też niewielu zwracało na niego uwagę, tylko raz ktoś, nie patrząc na niego, rzucił mu monetę, widocznie biorąc go za ulicznego żebraka. Peter podniósł ją na szczęście. Od czasu, kiedy zaczął służyć nowemu panu, bardzo się zmienił i wiele nauczył. Czarny Pan był surowym mistrzem, ale potrafił też go docenić i nagrodzić. Uśmiechnął się do siebie na myśl o nagrodzie, jaka czeka go za wykonanie zadanie, które jednak wbrew pozorom wcale nie było proste. Zbliżyć się do Lily Evans, odkryć, kto jest jej najbliższy, komu ufa i jakie ma sekrety. Niestety cholerna dziewczyna wymykała mu się z rąk, ile razy próbował się do niej zbliżyć. W jakiś instynktowny sposób mu nie ufała i chociaż nigdy nie była dla niego nieprzyjemna, to z całej ich paczki ona gardziła nim najbardziej. Ale do niej też musi istnieć jakiś klucz, wystarczy tylko, że będzie uważnie patrzył.
- Na Merlina, Pete, jak ty przemokłeś. Trochę się spóźniłam, przepraszam.
- Nic nie szkodzi, nawet nie zauważyłem, jak to zleciało – uśmiechnął się nieśmiało i pomyślał, że spóźniła się dobrą godzinę.
- Czekaj, kupię ci kawę w Lodowej Różdżce – powiedziała i po kilku chwilach wróciła z dwoma kubkami ciepłego napoju. - Potem trzeba im odnieść kubki.
Peter wziął od niej kawę i przez jeden moment ich dłonie się spotkały. To było jak olśnienie, nagroda po całym dniu stania na deszczu. Przez cały czas starał się jej zaimponować, zainteresować ją rozmową, podczas gdy cholerna Evans interesowała się tylko sobą. Lubiła być komuś potrzebna, lubiła się opiekować i dawać.
Musisz się stale utwierdzać w przekonaniu, jaka jesteś wspaniała, pomyślał, ale gdyby naprawdę obchodziło cię, że tu marznę, przyszłabyś o czasie, idiotko.
- Dziękuję ci, Lily. I jeszcze jedno, ale nie chcę ci robić kłopotu… - powiedział z pewnym wahaniem. - Trochę mnie jakiś kaszel bierze. Jakbyś mogła coś uwarzyć na przeziębienie, wiesz, ja co najwyżej to czosnek z mlekiem mogę sobie zrobić. Jestem do niczego.
- Nie mów tak, Pete – uśmiechnęła się ciepło. – Jesteś w porządku. A na jutro zrobię ci pierwszorzędny eliksir. Przyniosę ci rano do domu i powiem Frankowi, żeby wziął twoja zmianę. Kuruj się.

***
Albus Dumbledore zawsze miał pewne problemy, żeby ubrać się w mugolski strój, który nie będzie zwracał niczyjej uwagi. Tamtego dnia wybrał błękitny garnitur, granatowy kapelusz trilby i fioletowy jedwabny krawat. Kiedy trzecia napotkana osoba w wiosce zaczęła znacząco oglądać się za sobie, wzruszył ramionami i rzucił na siebie czar maskujący, teraz mugole widzieli w nim dokładnie takiego kogoś, kogo spodziewali się zobaczyć.
Little Hangleton było malutką wioską kilkanaście kilometrów na północ od Surrey, jedną z tych, w których najlepsze źródło informacji stanowił lokalny pub. Żeby tu trafić, Dumbledore musiał pokonać długą drogę od mugolskiego sierocińca, gdzie urodził się Tom Marvolo Riddle. Był w Slytherinie, a zatem nie mógł być całkowicie mugolskiego pochodzenia, ale dyrektor zawsze uważał, że to jego ojciec był czarodziejem, który zostawił ciężarną mugolkę. Odkrycia jego samozwańczej drużyny naprowadziły go jednak na trop Meropy Gaunt i Toma Riddle’a. Po tygodniach szukania zapisów w rejestrach urzędów stanu cywilnego, starych gazetach i kronikach policyjnych, w końcu trafił do Little Hangleton.

Domy Meropy i Toma były oddalone od siebie przeszło milę i chociaż z pozoru różniło je prawie wszystko, to jednak Albus Dumbledore, spacerując po mokrej pożółkłej trawie, wyczuwał w nich coś podobnego. Trudno było mu to ubrać w słowa, to było coś niematerialnego jak niewidzialna pajęczyna albo przezroczysty trujący grzyb, który porasta mury Azkabanu. Budynki były zamknięte, tylko w małym domku ogrodnika dostrzegł światło, ale nie miał ochoty jeszcze wchodzić do środka. Zresztą czy Voldemort w ogóle był w tych miejscach? Czy fakt, że pochodzili z nich jego rodzice na niego wpłynął? Jego miejscem był Hogwart, tego dyrektor był pewien, z drugiej jednak strony czy czarodziej, pochłonięty tak bardzo obsesją czystości krwi, nie zadał sobie trudu zbadania własnej przeszłości?

Pół godziny później Albus Dumbledore siedział w mugolskim pubie, sącząc ciemne piwo, które było dużo mocniejsze od jego kremowego odpowiednika, które podawali w Hogsmeade. Wcisnął się w fotel ustawiony w rogu i powoli nabił fajkę. Od wielu lat nie palił, zamienił nikotynę na cytrynowe dropsy, ale stary i prosty czar zaklęty w dymie potrafił sprawić, że rozwiązywały się języki, a rozmowa w naturalny sposób kleiła się i sprowadzała na tematy, których rozmówca chciał słuchać. Co prawda Albus Dumbledore paląc fajkę w mugolskim pubie, czuł się nieco idiotycznie, prawie jak ten wielki mag z biała brodą z książki, którą czytał w młodości. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy uświadomił sobie, że on też wysyła na wyprawę dość specyficzną i nie do końca przygotowaną do tego drużynę.

Zaklęcie, które utkał z dymu, było prawdopodobnie tak stare jak czas ognisk i wspólnie opowiadanych przy nim historii, nie było tak toporne jak Imperius, ale równie silne i już po kwadransie do jego stolika przysiadło się czterech starszych mężczyzn, wspominając historię młodego Toma, wielkiego skandalu po tym jak uciekł z jakąś wariatką i jego nagłą i niespodziewaną śmierć wraz z całą rodziną. Cóż, teraz dyrektor był już pewien, że trafił na ślady Voldemorta.

Pod jednym względem Albus Dumbledore doskonale rozumiał Toma Riddle’a. Chociaż, w przeciwieństwie do Voldemorta, nie robił w tym kierunku żadnych wysiłków, to podobnie jak on nie lubił wracać do swojej przeszłości. Może niektórzy nazwą to po jego śmierci budowaniem własnej legendy, ale czuł, że nie ma zbyt wiele wspólnego z tym zbuntowanym chłopakiem, który razem ze swoim najlepszym przyjacielem snuł wizję większego dobra. Prychnął zirytowany na samą myśl o tym. Większe dobro – tak, ten zwrot zdecydowanie był jego przekleństwem i - czy tego chciał czy nie - ciągnął się za nim przez całe życie. Nawet jeżeli nikt o tym nie wiedział.

Nie był pewien, kto go dokładnie wymyślił, być może nawet był to on sam. Włóczyli się wtedy z Gellertem po wrzosowiskach, snując plany stworzenie świata, w którym nikt nie skrzywdziłby Ariany. Zbudować świat na nowo, a przedtem zniszczyć ten stary. Ktoś mu kiedyś powiedział, że miłość do rewolucji jest chorobą młodości, którą przechodzi się jak ospę czy różyczkę. Aberforth wierzył w mniejsze dobro; dziesięć godzin dziennie pracy, wycierając kufle po kremowym, zagon rzepy, kozie mleko, wszystko, co pozwoli im spokojnie żyć w cieniu i opiekować się Arianą. Ale ile było na świecie takich Arian? Z głową rozciętą od rzuconego kamienia, spalonych podczas snu w chatach, oplutych i wygnanych. Co im po kozach i rzepie? Małe dobro mu nie wystarczyło, świat czarodziejów potrzebował większego dobra, zwycięstwa, nowego wspaniałego świata. Dopiero potem, kiedy było już za późno, zrozumiał, że za większe dobro trzeba zapłacić złem.

W szufladzie biurka pod paczką cytrynowych dropsów trzymał ich zdjęcie z lat młodości. Mimo wszystkiego, co ich podzieliło i tamtej wojny, nie potrafił jakoś go wyrzucić.
- Co byś teraz zrobił na moim miejscu - miał ochotę zapytać starego przyjaciela, a potem wroga, sącząc drugi już kufelek piwa w gospodzie Pod Wisielcem. - Stary draniu, pewnie uznałbyś to za bardzo ironiczne zakończenie naszej historii, co?
Po latach całe to większe dobro stawało mu już kością w gardle. Trzeba wygrać wojnę, to oczywiste, ale teraz, kiedy wiedział o każdym planowanym ruchu Voldemorta, wszystko przestawało być proste. Udaremnił zamach na Elfiasa Doge’a, ale pozwolił, żeby zabito Gideona Prewetta. Na Merlina, nie mógł uratować wszystkich, bo Voldemort szybko zauważyłby, kto go zdradza. Jednak łatwiej było, kiedy to nie on musiał podejmować decyzje. Czarka Helgi Hufflepuff, w której prawdopodobnie zaklęta była dusza Voldemorta, trafi do banku Gringotta w środę tuż przed zamknięciem. Zapadnie już zmrok, a na ulicach będzie niewielu ludzi, więc plan Franka będzie tym łatwiejszy do przeprowadzenia. Oczywiście ich szanse byłyby większe, gdyby tylko znali dokładną datę, ale wtedy dekonspiracja Severusa byłaby nieunikniona. Wszystko musi przebiegać tak, jakby naprawdę nie znali daty i godziny, tylko wtedy będzie to wyglądało autentycznie. Poniosą ryzyko, ale taka jest cena większego dobra.
- Niech cię szlag, Gellercie – pomyślał i odstawił pusty kufel.

***
Najgorszą rzeczą w pracy w banku, zdaniem Syriusza, był fakt, że realnej pracy było na jakieś dwie godziny. Przez pozostałe osiem godzin trzeba było pilnie udawać, że się jest zajętym, przekładać w skupieniu pergaminy, pędzić po korytarzach, a wszystko po to, żeby udowodnić tym małym poczwarkom, że nie jest się bezużytecznym idiotą niewartym złamanego knuta. Zwłaszcza ostatnie dwie godziny przed zamknięciem banku były prawdziwą torturą. Gobliny też miały więcej czasu, więc tym krytyczniej przyglądały się temu, co robili ludzie. Syriusz współczuł tym absolwentom Hogwartu, dla których to jedyna możliwość zarobkowania. W takich warunkach łatwo było o dekoncentrację, rozleniwienie i brak skupienia na akcji, która sprowadziła go do Gringotta. Czarodziej pomyślał, że zostało jeszcze sto osiemnaście minut do zamknięcia banku, kiedy w w holu głównym zobaczył swoją kuzynkę Bellatrix Lestrange, jak wraz z jednym z goblinów udaje się do małego pokoju na parterze. Zdążył się odwrócić, zasłonić pergaminami i schować za zakrętem korytarza. Cały plan się sypnął, jeszcze zanim rzucili pierwsze zaklęcie. Zaklął w myślach i zdjął z szyi monetę na łańcuszku, potarł ją i wypowiedział zaklęcie. Nic się nie stało. Czy to możliwe, że Dumbledore dał im trefne artefakty? A może oni już czekali na zewnątrz, tylko jego moneta nie działała? Frank zabronił akcji w banku, z drugiej strony czy miał w tym momencie jakiś wybór? Usiłował zebrać myśli, kiedy usłyszał znajomy głos.
- Tu jesteś, Black – zaskrzeczał goblin – Przydałbyś się na coś. To adres kominka pana Borgina, daj mu znać, że nasz znamienity gość już tu jest i ma się pojawić natychmiast. No już, szybko!
Syriusz przebiegł do pokoju z kominkami i wrzucił do śmieci adres Borgina. Jeszcze jego tu brakowało! Próbował skontaktować się z Frankiem, zarówno w domu, jak i u aurorów, ale nigdzie go nie było. Tak samo niedostępna była Lily, ale udało mu się zostawić dla niej wiadomość u nieprzyjemnej sekretarki w Instytucie Alchemii.

Syriusz rzucił zaklęcie blokujące alarm przeciwpożarowy i zapalił papierosa. Cokolwiek teraz zrobi, miał jeszcze te kilka minut, żeby poskładać myśli. Wyjął z portfela pomięte zdjęcie, na którym Regulus miał dziesięć lat, a on dwanaście. Siedzieli na miotłach i machali do fotografa rękami tuż przed startem, którego już nie uchwycił aparat.
- To co, braciszku – mruknął cicho, gasząc papierosa – wychodzi na to, że musimy to załatwić tylko my dwaj. Jak bracia. Damy radę, co? To teraz patrz i ucz się, jak to się robi, młody.
Czarodziej schował zdjęcie do kieszeni i wyciągnął różdżkę.

W tym samym czasie w Instytucie Alchemii Lily Evans rozkrajała skalpelem sześćdziesiąte już ciało nietoperza. Palcami w rękawiczkach rozchylała maleńką klatkę piersiową i ostrożnie wyjmowała nie większe od pestki serce, które podawała Rubenowi. Czarodziej zajmował się ich preparowaniem, co wcale nie było pracą ani lżejszą, ani przyjemniejszą. W dodatku musieli wszystko zrobić we dwójkę, bo Severusa nie było tego dnia w instytucie. Miranda Simson już wróciła do swojego kota, więc nie widzieli się rano, ale Lily miała szczerą nadzieję, że przydarzyła mu się tylko grypa żołądkowa, a nie zadanie dla Sami-Wiemy- Kogo.
Do sali, stukając obcasami, weszła Irma Macmillan, sekretarka Instytutu Alchemii i postrach wszystkich pracowników i studentów. Poprawiła okulary i przez chwilę przyglądała się ze wstrętem pracy alchemików.
- Panna Evans? - zapytała w końcu.
- Tak, to ja – Lily podniosła głowę znad stołu.
- Chciałabym przypomnieć, że kominek instytutu nie jest przeznaczony, żeby wysyłać lub otrzymywać informacje od osób prywatnych. Jest to niezgodne z punktem dwudziestym czwartym regulaminu, który, o ile dobrze pamiętam, pani podpisała.
- Czy mogę się zapytać, o jaką wiadomość chodziło?
Sekretarka obrzuciła ją pełnym nienawiści spojrzeniem.
- Nie zapamiętałam. To było coś zupełnie niestosownego i nonsensownego. Jakiś mężczyzna przedstawił się jako Łapa. Mówił, że się zaczęło.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-XII

Postautor: labruja » 09.06.15, 13:54

XIX
Księga Zabezpieczeń Gringotta znajdowała się w małym pokoju w południowym skrzydle banku na parterze. Syriusz z łatwością obezwładnił goblina, który akurat jej pilnował, zamknął drzwi i uważnie jej się przyjrzał. Pomyślał, że być może nie była zbyt dobrze pilnowana, bo naniesienie na nią jakichkolwiek zmian jest bardzo trudne, tak trudne, że prawie niewykonalne. Syriusz uśmiechnął się do siebie, przypominając sobie Mapę Huncwotów, którą zrobili. Udało im się, bo nie myśleli o tym, jakie to trudne, nie zdawali sobie sprawy, jak zaawansowanej i precyzyjnej magii używają. Metodą prób i błędów nanieśli na pergamin wszystkie zakamarki Hogwartu, a potem utkali czar identyfikujący osoby i rzucili go tak, że będzie się utrzymywał w murach szkoły jeszcze przez długie lata, może nawet tak długo jak przetrwa pergamin z mapą. Księga Zabezpieczeń działała na dość podobnej zasadzie do ich mapy. Karty książki rozkładały się, tworząc plan banku wraz z zaznaczoną każdą osobą przebywającą na jego terenie. Specjalnymi zaklęciami ustawiono zamknięcia i blokady, a na marginesach zapisywano, kto i kiedy co robi w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Syriusz był pewien, że korzystając z wiedzy, jaką zdobyli podczas tworzenia mapy, w ciągu trzech dni mógłby dość swobodnie nią operować. Problem był jednak taki, że miał najwyżej kilka minut.
Uważnie przyjrzał się na mapie pomieszczeniu, w którym teraz jego znienawidzona kuzynka siedziała w towarzystwie dwóch goblinów. Jej ślady poruszały się w pokoju tak, jakby niecierpliwie na coś czekała.
- Zaraz się doczeka - mruknął Syriusz do siebie i dotknął różdżką pożółkłych kart księgi. Musiał utkać precyzyjny i dokładny czar, a od tego jak zadziała zależało całe powodzenie akcji i jego życie. Trzeba zamknąć i odizolować wszystkie inne pokoje, w których są gobliny. Zerwać komunikację przez kominki, aby nie wezwały nikogo na pomoc. Trzeba rzucić czar tak, żeby zadziałał dokładnie za dwie minuty, żeby Syriusz zdążył jeszcze wbiec do pomieszczenia, gdzie czekała Bellatrix. W ten sposób zamiast dziesiątków goblinów będzie miał do czynienia z dwoma i jedną czarownicą.
Ten sam czar musiał zamykać wszystkie drogi na zewnątrz z wyjątkiem jednych małych drzwi, wychodzących na boczną uliczkę, o których w tym momencie wiedział tylko on. Zastanawiał się, czy w tych okolicznościach warto było rzucać Nebullę, ale doszedł do wniosku, że jeżeli na zewnątrz ktoś czeka na Bellatrix i odbierze mu czarkę, musi utrudnić mu drogę ucieczki. Zresztą takie mieli ustalenia. Wziął głęboki oddech i zrobił na kartach kilka ruchów różdżką. Spojrzał na zegarek, jeszcze raz dotknął schowanego w marynarce zdjęcia i szybkim krokiem ruszył w kierunku pokoju rozmów.
- Niech się stanie – zakończył czar. Sto osiemnaście sekund, dodał w myślach.
Cztery sekundy. Z impetem otworzył drzwi i rzucił zaklęcie obezwładniające na gobliny. Trzeba się ich pozbyć najpierw, Merlin jeden wie, jaką to magią władali. Bellatrix nie pozwoliła mu wykorzystać przewagi, którą zdobył przez zaskoczenie, błyskawicznie wyciągnęła różdżkę i stanęła w pozycji obronnej, uśmiechając się drapieżnie.
- Jak miło cię widzieć, kuzynie. Szkoda, że po raz ostatni – zaśmiała się i jakby od niechcenia rzuciła – Avada Kedavra!
- Protego Maxima! – Syriusz odskoczył i zaledwie o włos odbił zaklęcie, które zielonym światłem uderzyło w ścianę. - Reducto!
Tym razem to Bellatrix musiała uskoczyć, unikając zamiany w proch. Walka w tak małym pomieszczeniu była dla nich obojga bardzo niewygodna, a zaklęcia odbite od ścian mogły ich trafić równie łatwo, co klątwa rzucana przez przeciwnika. Syriusz zdawał sobie sprawę, że czas działa na jego niekorzyść i nie może już sobie pozwolić na zaklęcia ochronne. Bella też to wiedziała. Światło z ich różdżek wystrzeliło w jednym momencie i żadne się nie uchyliło, koncentrując całą swoją siłę na rzucaniu czaru. Czarodziej poczuł ciepłą krew na koszuli i przeszywający ból w rękach i nogach, jakby wbijały się w niego niewidzialne kleszcze. Bellatrix padła na kolana spętana niewidzialnymi sznurami, różdżka i czarka spadły jej na ziemię, a twarz wykrzywił wyraz wściekłości. Syriusz chciał ją unieszkodliwić, ale spojrzał na swoją kurtkę, która powoli nasiąkała krwią i zdał sobie sprawę, że nie ma czasu na nic poza tym, żeby zabrać magiczny przedmiot i wybiec z budynku. Po drodze udało mu się rzucić na siebie Vulnera Sanantur, jednak zrobił to na tyle topornie, że rany dalej go bolały i utrudniały poruszanie się. Jedyne, co zyskał, to świadomość, że nie wykrwawi się na śmierć w ciągu najbliższych kilku minut.

Ulica była cicha i spokojna, jakby dramatyczne sceny, które rozgrywały się w murach banku kilka minut temu, zdarzyły się gdzieś daleko. Syriusz spojrzał w głąb uliczki, w gęstej nienaturalnej mgle żółte światło latarni tworzyło dziwne kule. Nie mógł dostrzec świstoklika, ale wiedział, że dzieli go od niego najwyżej pięćdziesiąt metrów, odległość, jaką pomimo głębokich ran i utraty krwi, powinno udać mu się przejść. Powoli krok za krokiem ruszył do przodu, dziwiąc się, czemu nie ma tu nikogo ani z jego przyjaciół, ani wrogów. Obok Lodowej Różdżki zachwiał się z bólu i mógłby się przewrócić, gdyby jakaś postać nie podała mu ręki.
- Syriuszu! – krzyknął Peter. - To ty! Jak dobrze, że udało ci się stamtąd wyjść. Odpocznij.
Czarodziej niechętnie oparł się o beczkę stojącą na chodniku, ale wiedział, że nie ma teraz czasu na odpoczynek.
- Pete, nie mogę tu… - oddychał ciężko. - Musisz mi pomóc iść dalej. Tam jest świstoklik. Udało mi się zdobyć… - podniósł wzrok na przyjaciela i przerwał w pół słowa, widząc błysk w jego oczach. - Peter, czemu nie dałeś znać, że oni idą? Czemu nas nie zaalarmowałeś?
Peter zrobił krok do tyłu.
- Ale… ja dałem znać… to ty pozwoliłeś im wejść. Daj mi to, po co przyszedłeś. Pobiegnę do świstoklika. Szybko, daj mi to.
Syriusz poczuł, jak kręci mu się w głowie. Teraz przypomniał sobie z pozoru nieistotną scenę zaledwie trzy dni temu. Był u Petera, bo Lily prosiła go, żeby zaniósł mu eliksir na przeziębienie. Żegnali się, poklepując się po ramionach i wtedy przypadkiem rozerwał mu się łańcuszek. W starych artefaktach lepiej nie grzebać magią, więc Peter zaoferował, że da mu nowy mocniejszy rzemyk. Nie było go zaledwie kilka chwil i czarodziej nie myślał potem o tym wydarzeniu, ale teraz wszystko ułożyło się w jedną całość. Spojrzał jeszcze raz na twarz Petera i był już pewny. Ostatkiem sił wyjął z kieszeni różdżkę.
- Ty zdrajco, parszywa gnido – szepnął. - Zabiję cię!
Wycelował w Petera różdżkę, ale zachwiał się i musiał przytrzymać się muru.
- Nie wiem, o czym ty mówisz, Syriuszu – czarodziej jąkał się i głos mu drżał. - Bądź rozsądny! Nie mamy czasu, trzeba kontynuować zadanie, daj mi to, a zaniosę to do świstoklika.
- Nigdy! Nie dostaniecie tego!
Peter wyciągnął różdżkę i wycelował ją w kierunku Syriusza. Wiedział, jakie są jego umiejętności i nigdy nie odważyłby się stanąć z nim do walki. Nawet teraz, kiedy jego przeciwnik był ranny, musiał przezwyciężać strach. Rozejrzał się wkoło i dostrzegał coś, co zauważył wiele dni temu. Uśmiechnął się do siebie i w jednej chwili z Syriuszem wypowiedzieli zaklęcie.
***
Lily przyskoczyła przez stół, rozsypując na ziemię martwe nietoperze. Odepchnęła pannę Macmillan, zbiegła schodami i już po kilku sekundach teleportowała się na ulicę Pokątną. Mgła przypominała dziwny dym ścielący się po wąskich uliczkach. Nie widziała Syriusza ani Franka, ale widoczność ledwie pozwalała jej się zorientować, gdzie się znajdowała. Panowała idealna cisza. Zdecydowała się obejść bank i sprawdzić, czy coś nie poszło niezgodnie z planem i ktoś nie potrzebuje jej pomocy. Biegła zaułkiem, kiedy we mgle usłyszała za sobą czyjeś kroki.
- Czuję zapach krwi – głos sprawiał, że przeszły jej ciarki po plecach.
Spojrzała na swój strój. Zdążyła zdjąć rękawiczki, ale cały czas miała na sobie ubrudzony krwią fartuch.
- Ho, ho, gołąbeczko, poczekaj na mnie - teraz głos dobiegał jakby z innego kierunku i nie wiedziała, w którą stronę ma kierować różdżkę. - Trafiła mi się kurwa Snape’a, kto by pomyślał.
Zanim zdążyła rzucić jakiekolwiek zaklęcie, postać rzuciła się na nią z ogromną siłą i przycisnęła ją do ściany. Lily nie widziała nigdy Greybacka, ale słyszała o nim wystarczająco dużo, żeby go poznać. Śmierdział starym mięsem i potem, jego twarz była porośnięta rzadkimi włoskami, a żółte zęby spiłowano w sposób, w jaki robili to dzicy. Wyglądał przerażająco nawet bez przemiany. Wilkołak jedną dłonią przytrzymał ręce Lily, a drugą włożył jej pod spódnicę. Czarownica próbowała się wyrywać, pluć i krzyczeć, ale jej wysiłki tylko go rozśmieszyły.
- Pachniesz strachem – polizał jej szyję i ucho. - Twój pot smakuje strachem. Chyba trzeba cię trochę rozluźnić, zanim cię zjem, co ty na to?
Lily poczuła, jak ogarnia ją fala mdłości, zacisnęła powieki. Z odrętwienia wyrwał ją czyjś głos wymawiający zaklęcie.
- Sectumsempra!
Otworzyła oczy i poczuła, jak przez jej sukienkę przesącza się ciepła krew Fenrira Greybacka. Ciężkie ciało wilkołaka zwaliło się na ziemię i dopiero wtedy poczuła, że ona też jest ranna – na jej przedramieniu pojawiła się głęboka rana. Stłumiła krzyk, kiedy zobaczyła przed sobą ostatnią osobę na świecie, której by się spodziewała. Snape rzucił jej przelotne spojrzenie i wycelował różdżkę w rannego wilkołaka.
- Avada Kedavra - powiedział cicho. - Evans, radziłbym w ciągu czterdziestu ośmiu godzin przyjąć coś odkażającego na bazie tojadu – dodał, cały czas patrząc na trupa. - Niby zaraża ugryzieniem, ale Merlin wie, co w tej krwi było. Jak sądzę, wiesz, jak to uwarzyć.
Czarownica kiwnęła głową i chciała coś powiedzieć, ale Severus nie odwracając się, odszedł szybkim krokiem w stronę Gringotta. Pobiegła za nim, ale zniknął we mgle. Zatrzymała się dopiero u wylotu ulicy, próbując założyć na rękę prowizoryczny opatrunek. Zaczął padać śnieg z deszczem, dodatkowo utrudniając widoczność, ale wyraźnie widziała, że naprzeciwko niej, tuż przy Lodowej Różdżce, stali Syriusz i Peter. Chciała do nich podbiec, ale zobaczyła z przerażeniem, że Syriusz trzyma wyciągniętą w kierunku Petera różdżkę i krzyczy, że go zabije. Czarodziej cofnął się, próbując uspokoić Blacka, ale ten szedł w jego kierunku krzycząc nigdy! Nie dostaniecie tego! Czy to był na pewno Syriusz? Czy on oszalał? Była pewna, że to on, ale kiedy podeszła krok bliżej, oślepiło ją światło, instynktownie zasłoniła twarz rękoma i omiótł ją gorący powiew wybuchu.
***
Peter spodziewał się eksplozji, dlatego zdążył zmienić się w szczura i wskoczyć do uchylonego okna jednej z piwnic. Błogosławił w myślach czas spędzony na Pokątnej, w czasie którego poznał każdy zakamarek okolicy. Dopiero po kilku chwilach wyczołgał się na zewnątrz, zmienił postać i zaczął się rozglądać. Syriusz, a raczej to, co z niego zostało po wybuchu beczki, leżał na chodniku z szeroko otwartymi oczami i poparzoną twarzą. Peter szukał czegoś, co Syriusz zabrał z Gringotta, aż zobaczył leżącą obok niego mała złotą czarkę, której czarodziej na pewno nie miał przy sobie bez powodu. Chwycił ją, ale mimo że nic na to nie wskazywało, była gorąca jak rozpalone żelazo.
- Auć – podskoczył z bólu i puścił czarkę. Po chwili jednak zdjął kurtkę i ostrożnie zabrał naczynie przez materiał. Dopiero teraz zadał sobie pytanie, co dalej. Czarny Pan na pewno wolałby, żeby ten przedmiot nie trafił w ręce Zakonu, ale jak miał mu go teraz oddać? Najłatwiej byłoby się po prostu teleportować, ale cholerna mgła blokowała drogę ucieczki. Nie mógł iść do wyznaczonego świstoklika, a uciekając pieszo, ryzykował, że się na kogoś natknie. Po chwili namysłu doszedł do wniosku, że jest to jedyna opcja i przemykając pod ścianami chciał jak najszybciej wyjść spoza obszaru mgły.
Wychodząc zza zakrętu, prawie zderzył się z Bellatrix Lestrange. Czarownica była wściekła, stała z wyciągniętą w jego kierunku różdżką. Zmierzyła go wzrokiem, oceniając, czy ten człowieczek z nadwagą i poparzoną ręką może być przypadkowym przechodniem. A zresztą czy to jakaś różnica? Znalazł się w złym czasie i miejscu. Peter czuł, jak drżą mu kolana. Nie zabijaj mnie, tylko mnie nie zabijaj, myślał gorączkowo, jesteśmy po tej samej stronie. Ja też służę Czarnemu Panu, chcę tego samego, co ty. Nagle przyszło mu do głowy, że spotkanie z nią było dokładnie czymś, co mu było potrzebne. Przecież nikt nie będzie myślał, że on może mierzyć się z samą Bellatrix Lestrange. Potem opowie Panu, co się wydarzyło i otrzyma nagrodę. Czarownica wzięła głęboki oddech, żeby rzucić klątwę, ale Peter zdążył rozwinąć zawiniątko i rzucić jej pod nogi czarkę. Bellatrix spojrzała na nią, odwracając od niego wzrok i to wystarczyło, żeby zamienić się w szczura i uciec.
Czarownica podniosła przedmiot, nie wierząc w swoje szczęście. Czarka była gorąca, ale nie miała najmniejszych zarysowań ani zniszczeń. W sumie wcale nie wyglądała na starą, mimo że zrobiono ją setki lat temu. Wygrawerowany borsuk przechadzał się wśród zboża i można było zobaczyć nawet pojedyncze włoski na jego futrze. Udało jej się ją odzyskać, więc Czarny Pan w ogóle nie powinien wiedzieć o całym zajściu. Czarownica ścisnęła naczynie i chciała się teleportować, ale natrafiła na niewidoczną barierę, która zatrzymała ją w miejscu. Przyjrzała się jeszcze raz mgle, no tak, Nebulla, pomyślała, niech ich szlag trafi, ale wiele im to nie pomoże.
- Pani Lestrange, proszę opuścić różdżkę i położyć czarkę na ziemi - usłyszała za sobą męski głos. Różdżka dotykała jej szyi i wiedziała, że jeżeli tylko poruszy się chociaż o milimetr, poczuje morderczy uścisk na szyi. Cholerne aurorskie sztuczki, jak udało mu się podejść tak blisko?
- Longbottom, nie tak szybko. Odwołaj zaklęcie – za aurorem stał Snape i celował do niego z różdżki.
- To ty rzuć różdżkę, Snape – powiedziała Lily, wychodząc z cienia. Głos jej drżał i chociaż koniec jej różdżki znajdował się zaledwie centymetr od szyi Severusa, to doskonale zdawała sobie sprawę, że nie jest w stanie rzucić na niego żadnego zaklęcia, które może go w jakikolwiek sposób uszkodzić. W sumie jedyne zaklęcie, jakie teraz przychodziło jej do głowy, to Avis. Tuzin małych ptaszków wyfruwających z różdżki, to wszystko, na co ją było w tej chwili stać.
Czarodziej odwrócił się do niej i spojrzał z mieszanką nienawiści i rozczarowania. Tak, byli po tej samej stronie, co nie oznaczało, że nie był też ambitnym mężczyzną, który z trudem znosił porażki i upokorzenia. Zastanawiała się, czy on był w stanie walczyć przeciwko niej.
Użyj legilimencji, idioto, myślała desperacko Lily. Przepraszam. Kocham cię, kocham, kocham, kocham, ale to koniczne. Ty rozumiesz, tak?
- Opuść różdżkę, Snape – powtórzyła, starając się kontrolować głos.
Powoli wykonał jej polecenie, a niewidzialna obroża na szyi Bellatrix zacisnęła się mocnej.
- Teraz pani kolej – powiedział Frank. - Poproszę o czarkę.
Musiał jeszcze dwukrotnie zwiększyć uścisk, zanim czarownica w końcu puściła złoty przedmiot.
- Dziękuję. Lily, weź to i biegnij. Szybko, wiesz gdzie.
- Zdechniesz za to, Longbottom – wysyczała Bellatrix przez zaciśnięte gardło. - Osobiście tego dopilnuję, żebyś zdychał długo i boleśnie. Będziesz pełzał i błagał mnie o śmierć.
- Dam sobie radę, Lily – przerwał jej auror. - Może nawet uda się zapełnić kilka wolnych miejsc w Azkabanie.
- Ale...
- Biegnij!
To nie tak, chciała powiedzieć Lily. Severus, cholera jasna, tego nie było w planie. Nie mając jednak żadnego pomysłu, co można zrobić, czarownica powoli podniosła czarkę i puściła się biegiem w kierunku świstoklika. Zanim poczuła charakterystyczne skręcanie w pępku, zobaczyła kątem oka, jak na miotłach nadlatują jakieś postacie. Nie wiedziała jednak, czy byli to śmierciożercy czy aurorzy.
***
Remus ostentacyjnie wyszedł na korytarz. Przebywanie w jednym pokoju ze zwęglonym kawałkiem przyjaciela to było za dużo jak na jego nerwy. Nawet jeżeli ten przyjaciel był zdrajcą. Lily dokładnie przetarła stół, założyła chustkę i gumowe rękawiczki, a na końcu rozstawiła kociołek. Przyczyna śmierci Syriusza Blacka była znana, jego własne odbite zaklęcie trafiło w beczkę z łatwopalnym płynem i czarodziej wyleciał w powietrze. Pytaniem pozostawało tylko to, czy wcześniej ktoś rzucił na niego jakieś zaklęcia. Ściślej mówiąc, czy był pod wpływem Imperiusa. Kiedy wkładała nadpalony palec do kociołka, czuła, że przechodzą ją mdłości i gorączkowo liczyła czas, aż cała tkanka i kość się rozpuszczą, żeby nie musieć patrzeć na kawałek przyjaciela. W momencie, w którym wywar był gotowy i miała przelać go do laboratoryjnej menzurki, zrezygnowała i zdecydowała się użyć ulubionej szklanki po Jacku Danielsie, której Syriusz chętnie używał, kiedy przychodził do Remusa.
- Tyle mogę dla ciebie zrobić, przyjacielu – mruknęła. - Po którejkolwiek stronie stałeś.
Testowała długo, tak jakby chciała znaleźć jakiś sposób, który ujawniłby, że się pomyliła. Dopiero, kiedy wszedł Lupin, wylała zawartość szklanki do zlewu i zaczęła chować przyrządy alchemiczne.
- I co? - zapytał wilkołak.
- Psinco. Słabe zaklęcie leczące i coś zadającego rany. Nie wiem, co to jest, nie znam się na zaklęciach bojowych. Ani śladu Imperiusa.
Czarodziej nastawił wodę na herbatę.
- Jesteś pewna?
- Tak. Słuchaj, Remus, ja też nie wierzę, że Syriusz był zdrajcą. To do niego nie pasuje, rozumiesz? Pójdziesz tam jutro ze mną?
Wilkołak westchnął, usiadł przy stole i oparł głowę na dłoni.
- Nie, Lily. I ty też nie powinnaś. Rozmawialiśmy o tym i twoja wersja potwierdza to, co mówił Peter. Syriusz nie wezwał pomocy, a potem sam próbował uciec z czarką i zaatakował Petera. Nie wezmę udziału w pogrzebie zdrajcy.
Lily usiadła razem z nim do stołu i wsypała do herbaty trzy łyżeczki cukru. Od kiedy zaczęła spotykać się z Severusem, ich stosunki z Remusem trochę się popsuły. Miała wrażenie, że on się czegoś domyśla, a na pewno wie, że nie mówi mu całej prawdy. Teraz też musiała złożyć niepełne zeznania, na szczęście nikt nie wypatrzył luk w jej opowieści. Dodatkowo czuła się winna, że kiedy wróciła z czarką, jedyną rzeczą, jaka ją interesowała, był fakt, czy Severusowi udało się uciec. Wstydziła się tego, ale to, czy Frank przeżył, interesowało ją w drugiej kolejności.
- Nie pasuje mi coś w tej historii z Syriuszem – powiedziała.
- Mi też nie – przyjaciel spojrzał jej w oczy, a w jego spojrzeniu było coś twardego i nieprzyjemnego. - Lily, kto ci zadał tę ranę na ramieniu?
Odwróciła wzrok i poczuła, że kolana jej drżą.
- Mówiłam ci, tam był Greyback...
- Oj, nie pieprz bez sensu – syknął. - Ty myślisz, że nie wiem, jak wygląda Greyback i jakie ma metody? To nie jest ślad zębów ani pazurów, bo moglibyśmy sobie na najbliższą pełnię przygotować wspólny składzik. To jest ślad po zaklęciu albo po nożu. Jeżeli on cię trzymał, to z jego wagą i siłą nie miałabyś większych szans. Frank mówi, że to nie on ci pomógł.
- Nie wiem, do czego ta rozmowa prowadzi – czarownica czuła się fatalnie, okłamując przyjaciela, w ogóle nie lubiła i nie umiała kłamać, a tym bardziej jemu. - Już ci mówiłam, trzymał mnie, a ja jakimś cudem wyciągnęłam różdżkę.
- I rzuciłaś Avadę, a przedtem zadałaś mu kilka ran ciętych – wilkołak nie wyglądał na przekonanego. - Nie kupuję tego.
- Nie wiem, jak to się stało. W sytuacji zagrożenia dziwne rzeczy z ludzi wychodzą. A co do rany to oberwałam w walce. Sam wiesz, jak jest, zaklęcia latają, w tej adrenalinie nawet nie poczułam bólu. Zresztą Frank też na koniec oberwał czymś podobnym… Szczęście, że go pozszywali.
- Tak, od Snape’a. Twoje ramię też od niego? - w jego głowie słychać było wątpliwości i nutę ironii.
Czarownica zaklęła w myślach, zastanawiając się, co tak naprawdę wie Lupin. Przez ostatnie tygodnie mógł coś zwąchać.
- Frank nie jest do końca pewien, od kogo dostał – broniła się. - Jak wzięłam… ten przedmiot, nadleciało na miotłach czterech śmierciożerców i musiał się szybko wycofywać. Dlaczego muszę ci to opowiadać po raz dziesiąty?
- Bo całe oskarżenie Syriusza opiera się na twoich słowach. A w twoich zeznaniach są dziury jak w kapuście po ataku gigantycznych ślimaków.
- To są też zeznania Petera. Chyba teraz nie sugerujesz...? - czarownica poczuła, jak robi się czerwona na twarzy.
- Nic nie sugeruję. Mówię tylko, że twoje pojawienie się na pogrzebie będzie dziwnie wyglądało w tych okolicznościach.
Na wieść o śmierci Syriusza w Zakonie zapanowała żałoba, w miejscu, gdzie zginął, paliły się magiczne ognie, przynoszono zdjęcia i znicze do quidditcha. Wszystko trwało aż do spotkania Zakonu, na którym ogłoszono, że z analizy zeznań świadków wynika bezspornie, że Syriusz Black był zdrajcą i sługą Czarnego Pana. Zaatakował innego członka Zakonu Feniksa i próbował zagarnąć dla siebie ważny artefakt. W jednej chwili zniknęły wszystkie pamiątki leżące pod Lodową Różdżką i nikt nie chciał pochować ciała. Dopiero po czterech dniach Andromeda Tonks podpisała dokumenty i zajęła się organizacją całkowicie mugolskiego pogrzebu w miejscu, gdzie byli pochowani jej teściowie. O Syriuszu głośno nie chciał rozmawiać nikt. Tak jakby teraz to on zasługiwał na imię Czarodzieja, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Rozmawiano o nim szeptem, ten i ów przypomniał sobie, że w Hogwarcie zawsze był impulsywny i nieprzewidywalny. Zresztą czego się spodziewać po Blackach? Lily poszła nawet do Jamesa, ale on też nie chciał z nią w ogóle rozmawiać o Syriuszu. Tak jakby jego ból zmienił się w gorycz i utwardził go tak, że sama wzmianka o starym przyjacielu sprawiała, że tężały mu rysy na twarzy.
- James, to był prawie twój brat, przyjdź tam, dla tego, co było kiedyś.
Spojrzał jej prosto w oczy i w tamtym momencie przypominał trochę Severusa.
– Nie mam brata, Lily. Spytaj moich rodziców, niestety, jestem i byłem jedynakiem.
***
Cmentarz w Cheltenham położony był w rozległym starym parku na obrzeżach miasta. Lily stała w rozmokłej od deszczu ziemi, wpatrując się w swoje buty. Nie za bardzo miała co założyć, więc zaklęciem zamieniła kolor starych botków, które dostała jeszcze po Petunii. W porównaniu z nią Andromeda wyglądała jak prawdziwa dama, w czarnych szpilkach, garsonce i czarnym kapeluszu. Lily czuła się podobnie jak w dniu pogrzebu swojego ojca. Wtedy też padało i tak samo jak teraz powstrzymywała łzy, bo uważała, że nie wypada pokazać, jak bardzo jej jest smutno. Oprócz Andromedy i smętnego grabarza na cmentarz przyszedł tylko Peter, co było dla Lily sporym zaskoczeniem. Ręka Petera była zabandażowana, podobno wybuch oparzył mu dłoń, ale poza tym czuł się dobrze.
- Dziękuję, Pete, że przyszedłeś – pocałowała go lekko w policzek.
Wzruszył ramionami i spuścił wzrok.
- Był moim przyjacielem.
- Nie tylko twoim – w jej głosie dało się wyczuć nutę złości na Jamesa i Remusa, którzy zawiedli i się nie pojawili. - Poza tym próbował cię zabić.
Przez chwilę milczeli, wpatrując się w zamkniętą trumnę.
- Nie rozumiem tego, Lily. Chyba nigdy go do końca nie rozumiałem. Był ambitny, chciał dużo, może za dużo i za szybko. Nie rozumiem, Lily, ale wybaczam. Tyle mogę dla niego zrobić, dla tego wszystkiego, co nas łączyło. Musisz wybaczyć, Lily, rozumiesz?
Czarownica ścisnęła przyjaciela za rękę i poczuła, że zaraz się rozpłacze.
- Dzięki ci, Pete. Że przyszedłeś. W sumie chyba zawsze byłeś najlepszy z naszej piątki.
Kiedy opuścili trumnę w dół, Lily zobaczyła, jak Andromeda wrzuca do grobu kopertę. Spojrzała na nią pytająco.
- Pożegnanie Nimfadory. Narysowała mu siebie, jak wygrywa mistrzostwa w quidditchu. W barwach Hufflepuffu, ale co tam – wytłumaczyła, kiedy zobaczyła pytające spojrzenie Lily.
- Nie powiedziałaś jej, że on...?
- A co jej miałam mówić? Ona straciła wujka i przyjaciela. Dla niej to nie ma znaczenia, po której ostatecznie był stronie. Dla mnie też chyba nie.
Zaczęło padać mocniej i grabarz przyśpieszył pracę, myśląc tylko o tym, kiedy będzie mógł iść do pobliskiego pubu na szklankę ciemnego piwa. Peter odszedł pierwszy, a Andromeda i Lily stały jeszcze długo w milczeniu, starając się poskładać w głowie wszystkie słowa, których nie zdążyły powiedzieć Syriuszowi. Wychodząc z cmentarza, Lily zauważyła dużego czarnego psa za drzewami i serce zabiło jej jak oszalałe. Rzuciła parasolkę i biegiem rozchlapując kałuże pobiegła w jego kierunku. Wróciła dziesięć minut później, mokra od deszczu i łez, powłócząc powoli nogami.
- Tonks… ja myślałam, myślałam, że...
- Że to on? - zapytała smutno. - Wiesz, że to niemożliwe. A co, Syriusz był animagiem, tak? Powinnam się domyśleć po kłakach, jakie zostawały w domu.
- Myślałam, że… wiesz jak w Ostatniej Zagadce, w tej powieści, po upadku z wodospadu Reichenbach. Miałam nadzieję, że obserwuje swój pogrzeb, a potem powie, że to wszystko był żart. Albo akcja przygotowana z Dumbledore’em. Że będą siedzieć tam z Remusem i Jamesem i pić mugolskie mocne piwo i śmiać się, jaki nam zrobili kawał – Lily nie potrafiła już mówić składnie, głos jej drżał, a nos i policzki trząsły się od płaczu.
Andromeda przytuliła mocno przyjaciółkę.
- Życie to nie powieść, złotko. Choć już stąd, podwiozę cię do Londynu. Nie powinnaś się teleportować w tym stanie.
Lily zaniemówiła przez moment na widok samochodu Andromedy. Lśniący czarny Jaguar XJ6 z drewnianą tablicą rozdzielczą robił piorunujące wrażenie. Jechały przez jakiś czas w ciszy drogą A40 prowadzącą przez las. Ogołocone z liści drzewa pochylały się nad drogą ciemnymi konarami, a całość krajobrazu sprawiała wrażenie czarno-białego filmu grozy. Lily mimowolnie spojrzała na licznik i zobaczyła, że przyjaciółka jedzie o wiele za szybko w stosunku do obowiązujących przepisów i zdrowego rozsądku.
- Nie wiedziałam, że masz prawo jazdy – zagadnęła Lily.
- Nie mam – Andromeda uśmiechnęła się pod nosem. - Mam samochód, a dokładnie Ted ma. A ja lubię prowadzić, mam różdżkę i dobrego męża. Jazda samochodem jest tak samo przyjemna jak na miotle. Z tą różnicą, że nie wieje, nie uwiera w tyłek i można słuchać muzyki. Wiesz, lubię mugoli na tyle, żeby brać za męża jednego z nich, ale nie żeby traktować zbyt poważnie ich przepisy.
- Wiesz, że gdyby to wyszło...
- A tam. Wszyscy żyjący na pograniczu światów tak robią. Magiczne prawo też mam gdzieś, banda hipokrytów w tiarach. Wiesz, że od kiedy się dowiedziałam, że Syriusz nie żyje, chciałam go pochować. Cztery dni leżał tam popalony w tej kostnicy, a oni mnożyli formalności, pergaminy, zaświadczenia, oświadczenia, wszystko, żebym tylko nie dostała ciała. Żeby zdrajca w ziemi jak człowiek nie spoczął. Sobie znaleźli ofiarę, która nie może się bronić! W końcu trzeba było zapłacić temu i owemu i jakoś się to dało załatwić.
- A mugolskie formalności? Akt urodzenia, zgonu i tak dalej?
- Już ci chyba mówiłam, że mam różdżkę. Ale coś ci chciałam pokazać. Lily, wyjmij proszę, w tym schowku jest koperta. Otwórz ją i zobacz, co jest w środku.
Czarownica otworzyła schowek samochodu i wyjęła małą pożółkłą kopertę i logo jednego z magicznych zakładów fotograficznych niedaleko Pokątnej. W środku znajdowało się nadpalone zdjęcie Regulusa siedzącego jako małe dziecko na miotle.
- Co to jest? - zapytała czarownica.
- Regulus jak widać. I dowód na niewinność Syriusza. Znalazłam to, kiedy myłam to, co z niego zostało. Zdjęcie było prawie spalone, więc musiałam je oddać do magicznej renowacji. Tak, wiem, co tam słyszałaś, ale powiem ci, Lily, że jeżeli Syriusz rzeczywiście byłby zdrajcą, nie zabierałby ze sobą zdjęcia Regulusa, który był po naszej stronie. Syriusz był narwany, w gorącej wodzie kąpany, ale emocjonalny i jeżeliby rzeczywiście przeszedł na stronę Sama-Wiesz-Kogo, nie nosiłby tego zdjęcia. U nas w rodzinie wszystko jest dość jednoznaczne, czarne albo białe, albo czyjeś zdjęcie wypalasz na gobelinie, albo nosisz w marynarce.
- Ale sama słyszałam...
- Powiedziałaś, że słyszałaś albo wydawało ci się, że słyszałaś – czarownica nacisnęła pedał gazu i Jaguar pomknął niemal z maksymalną prędkością. - Nie miej do mnie żalu, ale z jednej strony mam mojego kuzyna, z drugiej dziewczynę śmierciojada.
Lily aż zaniemówiła z oburzenia.
- Dumbledore ufa Snape’owi! Poza tym moje słowa potwierdza Peter.
- Peter to idiota. I tchórz na dodatek. A ja mam swój rozum, żeby sama decydować, komu ufam.
- Taki tchórz, że miał odwagę dziś przyjść na pogrzeb przyjaciela wbrew wszystkim – odparowała czarownica.
- Nie obrażaj się, Lily. To nie jest nic osobistego, po prostu coś mi tu nie pasuje i dowiem się co. Czy ten twój śmierciożerca pytał cię o coś związanego z tą sprawą?
Lily myślała przez chwilę.
- Nie. Czekaj, w sumie to spytał o monety, którymi mieliśmy się komunikować – dodała niechętnie.
- Te same, które nie zadziałały jak trzeba? Wierzę w twoje dobre intencje, kochana, ale mamy tak; Syriusza, mnie, ciebie w komplecie z chłopakiem z brzydkim tatuażem, Petera i Franka. No i Dumbledore’a. Ktoś nawalił. Stawiam, że nie ja i nie Dumbledore, choć ręczyć mogę tylko za to pierwsze. Reszta pozostaje kwestią otwartą i zamierzam się dowiedzieć, co się stało. Zrozum, ja nie zakładam, że to on. Ale Severus to nie jest miły kot kanapowy, którego przygarnęłaś z ulicy, dałaś mu mleczka i będzie teraz cichutko mruczał z wdzięczności. To drapieżnik i morderca. Z tego, co o nim wiem, to musiał sobie całe życie radzić w trudnych warunkach, a to utwardza i zadek, i serce. Być może teraz robi coś dla Dumbledore’a, ale nie mogę być pewna jego intencji. Twoje prawo go kochać i bronić, ale ja wolę mieć oczy otwarte.
Przez dłuższą chwilę jechały w milczeniu. Deszcz walił w przednią szybę samochodu i tylko miarowy ruch wycieraczek zakłócał przygnębiającą ciszę. Andromeda puściła kasetę, na której jakaś kobieta śpiewała po niemiecku pięknym i smutnym głosem jakąś piosenkę.
- Znasz niemiecki? - zapytała Lily.
- O tyle o ile. A co?
Tak naprawdę znała go całkiem nieźle, ale jej umiejętności językowe, jak przystało na wychowankę starożytnego rodu czarodziejskiego, bardziej nadawały się do czytania Goethego i średniowiecznych traktatów magicznych niż codziennej gazety w tym języku.
- Jestem ciekawa, o czym ona śpiewa.
Czarownica przez chwilę słuchała muzyki i uśmiechnęła się smutno.
- Ona śpiewa o nas, Lily. O mnie. O Syriuszu, o tobie i twoim małym śmierciożercy. I całej tej cholernej wojnie.
Andromeda Tonks docisnęła pedał gazu, podgłośniła muzykę i z piskiem opon wjechała na M40 w kierunku Londynu.

***
Severus Snape był wściekły. Lily niepotrzebnie narażała się, uczestnicząc w tej całej akcji, a na dodatek ośmieszyła go przy Bellatrix. Gdyby to był ktokolwiek inny, odwróciłby się, wyrwał jej różdżkę i złamał rękę. Czy ona rzeczywiście byłaby w stanie rzucić w niego klątwą? Gdzieś głęboko miał też żal, że zostawiła go na Pokątnej w rękach przeklętego Longbotoma. Gdyby Bellatrix nie wezwała wcześniej pomocy, mogłaby mu teraz posyłać paczki do Azkabanu. Oczywiście rozum podpowiadał mu, że to było jedyne logiczne rozwiązanie, Lily była mądrą czarownicą, a nie sentymentalną idiotką ryzykującą dekonspirację dla porywów uczuć, on sam postąpiłby tak samo, a jednak żal pozostał. Na szczęście uciekł, a nikt nie wystąpił z formalnym oskarżeniem. To prawda, przebywał na Pokątnej razem z poszukiwaną listem gończym czarownicą, ale to ona została okradziona i zaatakowana. Formalnie nie wiedział o jej przewinieniach i przez cały czas się bronił. A Zakonowi nie zależało na rozdmuchiwaniu tej sprawy.
Przez cały tydzień po wypadkach pod Gringottem Lily była na zwolnieniu lekarskim. Rana zadana Sectumsemprą goiła się wolno i nawet stosując maści i zaklęcia do powrotu do pełnej sprawności potrzebowała kilku dni. Tylko raz przyszedł wieczorem na Nokturn i czekał, aż zobaczy ją w oknie Lupina, a potem odszedł spokojny, że wszystko jest w porządku. To było wszystko, co mógł i powinien zrobić, nie będzie jej przecież wysyłał czekoladek z życzeniami powrotu do zdrowia.
W dzień, w którym Lily miała wrócić do instytutu, przyszedł nieco spóźniony i zobaczył, że żółty parasol Lily jest już w stojaku na korytarzu. Zdziwił się jednak, że nie spotkał jej nad kociołkiem w sali warzenia. Ruben przekazał mu, że panna Lily pojawiła się, ale wyglądała jakoś nieswojo i musiała na chwilę wyjść po eliksir na ból głowy. Czarownica nie pojawiła się jednak aż do pory lunchu i Snape zaczął się niepokoić. Parasolka i jej płaszcz były na miejscu, więc raczej nie wyszła z instytutu, ale gdzie indziej mogła przebywać? Zdjął kociołek z palnika i ruszył na poszukiwania. Nie było jej jednak ani w sekretariacie, ani w bibliotece, ani w magazynie składników. Coraz bardziej zirytowany przeszukał wszystkie pomieszczenia od strychu, aż do parteru, więc w końcu niechętnie wszedł do piwnicy. W lochach Instytutu Eliksirów i Antidotów Magicznych było zawsze chłodno i nieprzyjemnie. Pachniało grzybem i formaliną, a poza kilkoma małymi pomieszczeniami używanymi do przechowywania niepotrzebnych już fiolek i przeterminowanych składników przeznaczonych do zniszczenia była tylko jedna większa sala. Pomieszczenie to składało się z drewnianego stołu otoczonego ze wszystkich stron podwyższonymi krzesłami jak w amfiteatrze. Czasem zdarzało się, że instytut był proszony przez aurorów o zrobienie sekcji ludzi bądź innych istot im podobnych jak centaury czy wilkołaki, na przykład na okoliczność wykrycia trucizn. Alchemicy traktowali to jako okazję, żeby zdobyć nowe umiejętności i przy możliwie dużym gronie widzów pokrajać ciało na drobne kawałki. Studenci złośliwie nazywali to pomieszczenie gabinetem czarownicy Matyldy.
Severus otworzył ciężkie dębowe drzwi i omiótł go powiew chłodnego i śmierdzącego powietrza. W środku zapalono kilka magicznych latarni, ale nie było tak jasno jak w czasie pokazów. Mógł jednak zobaczyć widok, który przez resztę życia miał prześladować go jako jego bogin i dopiero po kilku dłuższych chwilach zdał sobie sprawę, że nic złego się nie stało. Lily leżała pośrodku sali na stole sekcyjnym. Jej rude włosy były rozpuszczone, a ich kolor zlewał się z rdzawym kolorem drewna zabarwionym krwią nieszczęśników, których tu krojono. Leżała nieruchomo, patrząc w sufit i tylko łzy płynące oczu i drganie policzków były jedynymi sygnałami, że czarownica żyje. Lily usłyszała skrzypnięcie drzwi, otworzyła oczy i spojrzała na Severusa.
- Cześć, Sev – powiedziała słabo.
- Co ty tu robisz?
- Nie wiem. Nie byłam w stanie pracować. Rozsypałam się na kawałki, nie daję już rady.
Jeszcze przed godziną był na nią wściekły, ale teraz w jednym momencie cała złość wyparowała, ustępując miejsca uldze, że ona żyje.
- Chodź do góry. Zrobię ci jakiś eliksir.
- Na to nie ma eliksiru, Sev. Ja się boję. Boję się umrzeć i leżeć w takim miejscu przez nikogo nieodebrana. Ja też tak umrę, czuję to i nikogo to nie będzie obchodzić.
Podbiegł do niej, ale odrzuciła jego dotyk, zwijając się w kłębek.
- Ty nie umrzesz. Nie pozwolę ci. Zresztą o czym ty w ogóle mówisz?
- A ja się kiedyś pytałam o twoje pozwolenie na coś? Mówię o Syriuszu. Przez cztery dni tak leżał i nikt go nie odebrał, wiedziałeś?
Skrzywił się na samą myśl o Blacku.
- A co mnie obchodzi jakiś… - urwał, widząc spojrzenie Lily.
- Mógłbyś przynajmniej udawać empatię z uprzejmości dla mnie – westchnęła. - Ale zresztą, skoro jego przyjaciele mieli go gdzieś, to czego oczekiwać od starego wroga – zaśmiała się gorzko. - Przynajmniej jesteś szczery. Mówię o Syriuszu, bo zrozumiałam, że tak jak on nie mam nikogo. Że jeżeli umrę, to nikt się tym nie przejmie. Nikt mnie nawet nie pochowa. Bo kto? Tunia? Zepsułabym jej opinię.
- Ja, ja ciebie… - głos mu drżał i zupełnie nie wiedział, co ma powiedzieć – cholera, przestań już gadać o śmierci, Evans.
- Ty? A kim ty jesteś dla mnie? Kim chcesz być? Teraz czuję, że jestem niczyja i jako niczyja umrę, a potem mnie pokroją.
Severus Snape doskonale radził sobie, kiedy miał przemawiać przed Radą Instytutu, potrafił bez zająknięcia odpowiadać na pytania Czarnego Pana, a w tym jednym momencie zupełnie nie wiedział, co ma odpowiedzieć i w ogóle jak ma mówić o takich rzeczach. Czuł tylko przypływ paniki większy niż w chwili, kiedy miało trafić go zaklęcie Cruciatus.
- Ja… Nie wiem, Lily… wszystkim.
Czarownica usiadła na stole i wytarła przedramieniem łzy.
- Obiecujesz mi to? Że jakby co to mnie pochowasz? Że nie będę tak leżeć jak Syriusz? Niczyja.
- Przestań – krzyknął na nią. – Nie odbiorę cię, bo nic ci się nie stanie. I nie jesteś niczyja. Jesteś moja…
Przez chwilę oboje milczeli, zdając sobie sprawę, że tak naprawdę to było pierwsze wyznanie. A przynajmniej takie, w którym oboje byli w miarę kompletnie ubrani i świadomi swoich słów.
- Ty dalej nie rozumiesz, Sev. Tu nie chodzi o słowa, o uczucia, ale o przynależność. O coś, co mnie ukorzeni, kawałek mojego świata. Ty wiesz, co się dzieje u mnie w domu, zresztą zdaje się u ciebie też to wygląda, jak wygląda. Lily Evans jest niczyja, nie ma swojego kąta, nie ma kogoś, kto jest na wyciągnięcie ręki w nocy, kto niezależnie od tego, co się stanie, odbierze ją z kostnicy. Tego chcę. Być czyjaś.
Severus usiadł obok niej na stole i wpatrywał się w wyschnięte plamy po krwi. Zagryzał wargi, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał i walczył z instynktem, który radził mu siedzieć cicho.
- To jest dość głupie i nierozsądne – mówił z pewnym wahaniem, ostrożnie dobierając słowa. – Czy skoro Lily Evans czuje się niczyja to, czysto teoretycznie, czy Lily Snape czułaby się czyjaś?
Przez dłuższą chwilę milczeli. Lily rozejrzała się po sali i dopiero po chwili zrozumiała to, co przed chwilą usłyszała.
- Severusie Snape, czy ty właśnie oświadczyłeś mi się na stole sekcyjnym w gabinecie czarownicy Matyldy?
- Z formalnego punktu widzenia - wziął głęboki wdech, próbując zebrać myśli. – Zasadniczo, wszystko wskazuje na to, że tak.


Ps.
Kawałek, który Andromeda puściła z kasety jest tu https://www.youtube.com/watch?v=WEHeWd7GSO0

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-XIX

Postautor: Minerwa » 14.06.15, 21:51

Słowo się rzekło, ropucha do garnka. Bieda tylko, że wobec ropuszej wspaniałości garnek okazał się żałośnie mały.
Myśl, która uporczywie towarzyszyła mi podczas lektury następnych rozdziałów dotyczyła bynajmniej nie cudownej wyprawy na fałszywych dokumentach, ani też nie uczucia, przeciwko któremu był cały świat i spora część zdrowego rozsądku, ani nawet nie precyzyjnej panoramy magicznej Anglii w czasach terroru - była po kilkakroć i z coraz większą irytacją stawianym pytaniem: czemu, do jasnej cholery, nie można tego wydać? Opublikować uczciwie, na prawach fanfiction, z zastrzeżeniem, czyj jest świat przedstawiony, tak, jak publikuje się ff tolkienowskie czy kolejne starwarsy. Kurczę, przecież to jest lepsze - mądrzejsze, prawdziwsze, mniej naiwne - od wielu partii oryginału!
No dobrze, wiem, wiem. Autorka urodziła się w kraju, w którym co rusz jakieś pokolenie żyło na wulkanie a za wierność zasadom ceny były słone. Więc jej konspiracja nie jest wizją małego Kazia, jej miłość jest uczciwie podszyta strachem a zaufanie do przyjaciół naprawdę jedyną racją życia.
Wiem, wiem. Autorka pracuje tam, gdzie pracuje, spotyka tych ludzi, których spotyka. Dlatego jej Severus przeżywa coś więcej, niż rozterki półmugolaka w Slytherinie. Dlatego znajduje w sobie miejsce, gdzie może się ukryć, i pochodzi ono z takich a nie innych doświadczeń.
Dlatego właśnie Labruja ma - piszę to z całą odpowiedzialnością - przewagę nad Rowling. Zamierzyła coś o wiele bardziej serio, dysponując i większą wiedzą, i doświadczeniem, i - last but not least - coraz lepszym warsztatem. Oczywiście, jest to przewaga pod pewnymi względami. Niepodważalną zasługą Rowling, teraz i na wieki, pozostanie stworzenie sugestywnego, urzekającego świata, do którego chce się wejść, z którym chce się blisko obcować, który chce się także trochę po swojemu urządzić. I w tę cechę świata przedstawionego wpisują się fanfiction, i ta właśnie cecha budzi czasem u mnie dotkliwe poczucie niesprawiedliwości. Bo jak to - tak bardzo zapraszać do własnej twórczości "na motywach", a potem tak kategorycznie tego zabraniać? Szkoda.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-XIX

Postautor: labruja » 17.07.15, 19:50

XX
- Jej imię – powiedział Ollivander, odstawiając filiżankę z herbatą – Rowena, w brzmieniu kojarzy mi się trochę z jarzębiną, nie sądzisz, Albusie? A wiedziałeś, że jej różdżka była zrobiona z drzewa jarzębiny, ciekawe, prawda?
Dyrektor uśmiechnął się do przyjaciela. Znał Garricka Ollivandra od prawie czterdziestu lat i teraz, kiedy oboje mieli już swoje lata, różnica wieku między nimi przestawała być odczuwalna.
- I znowu wracamy do różdżek – dyrektor uśmiechnął się. – Nie za dużo myślisz o pracy?
- Chciałbyś prostych odpowiedzi, co? W przypadku Ravenclaw nie ma prostych odpowiedzi. Dlatego posłuchaj o różdżce, a właściwie o drzewie. Wiesz, że jarzębinę sadzono na cmentarzach, żeby zmarli nie wstawali z grobów? Moim zdaniem w ogóle lepiej nie robić różdżek z jarzębiny. Ona odpycha magię, kontroluje ją, zamyka w pewnych ramach. Mugole mówią, że chroni przed magią. Mówi ci to coś o charakterze Roweny Ravenclaw?
- Nieszczególnie. Podobno była wielką czarodziejką, więc nie pasuje.
Dyrektor poczuł się zmęczony. Zdobył już dwa horkruksy, które okazały się przedmiotami należącymi do założycieli Hogwartu, więc przypuszczał, że inne podobne artefakty mogły posłużyć Voldemortowi. Zbadał nawet miecz Godryka Gryffindora, ale na szczęście on nie był zniszczony czarną magią. Pozostało zatem sprawdzić Rowenę Ravenclaw, niestety im dłużej dyrektor szukał, tym bardziej dochodził do wniosku, jak mało wie o Krukonach.
- Była, Albusie – zgodził się Ollivander. - Ale w jej czasach wielu zarzucało jej, że zamyka magię w pewnych schematach, formułach. Być może Rowena jest osobą, która odcisnęła największy wpływ na magię, jaką teraz znamy. Przedtem magia była dzika, silna i intuicyjna. Pomagała, ale była też szalenie niszcząca. Rowena była kimś, kto tę magię usystematyzował i uregulował jak nurt rwącej rzeki. Niektórzy mieli jej to za złe. Jeżeli chcesz zrozumieć, jaki miała wpływ na świat czarodziejski w całej Europie, zobacz, co nadal dzieje się w magiczne Afryce. Na południe od Sahary nie spisano żadnej magicznej księgi, ale chyba nawet ty nie potrafiłbyś zdjąć ich klątw. Swoją drogą, nie zastawiałeś się nigdy, że chociaż Krukoni jako nadrzędną wartość widzą mądrość, to nie ma wśród nich większej ilości wybitnych i znaczących osób?
Dyrektor zaśmiał się.
- W zasadzie to byłeś jedyną osobą z tego domu, która przyszła mi do głowy jako ktoś, z kim mogę sensownie porozmawiać.
- Potraktuję to jako komplement. Prawda jest taka, że Ravenclaw to nie jest mądrość w sensie inteligencji, ale pewien sposób myślenia, dochodzenia do rozwiązań, systematyzowania i układania faktów. Swoją drogą w praktyce nie zawsze najbardziej efektywny sposób. Mówiłeś, że rozmawiałeś z Szarą Damą i nic ci nie powiedziała, prawda?
- Nie tylko nic nie powiedziała, ale przeleciała wprost przeze mnie. Powiem ci w tajemnicy, że od kiedy jestem dyrektorem, nikt w tej szkole nie potraktował mnie równie lekceważąco. Ale cóż, chyba będę musiał z tym żyć.
- Tutaj się mylisz, Albusie. Szara Dama nie potraktowała cię z lekceważeniem. Nikt z Ravenclaw nie da ci gotowych odpowiedzi, zwłaszcza na pytania, których nawet sobie nie umiesz sprecyzować. O co pytałeś? Czy Rowena ma jakichś żyjących potomków? Czy może chodzi o jej diadem, którego nikt nigdy nie widział? Jeżeli chcesz zrozumieć tajemnice Roweny, musisz myśleć jak ona, musisz badać fakty, czytać, układać i systematyzować. Musisz przejść przez tę drogę sam.
- Ale ja nie mam czasu! - krzyknął Albus w nagłym wybuchu gniewu.
- Mówisz jak Gryfon na sumach, któremu kończy się czas na zadania. Im bardziej się irytujesz, tym więcej czasu ci to zajmie. Myślę, że nikt z Krukonów nie podpowie ci więcej. I jak mówił nasz nieodżałowanej pamięci profesor Hogg, zapraszam państwa do biblioteki.
Dopili herbatę i rozegrali dwie partie szachów, z których jedną wygrała krukońska strategia, a drugą gryfońska pomysłowość. Dumbledore zrozumiał, że nie wyciągnie już nic więcej od przyjaciela, ale czuł niepokój, kiedy znowu został sam w gabinecie. W małym schowku za biurkiem leżały schowane czarka Helgi Hufflepuff i medialion Salazara Slytherina. A w nich dwa kawałki duszy Voldemorta. Z każdym dniem dyrektor zdawał sobie sprawę, że te dwa przedmioty były jak magnes, który zakłócał jego wewnętrzny kompas. Burzył jego rozsądek i powodował nagłe wybuchy złości. W zasadzie irytowali go wszyscy od skrzatów, przez uczniów, aż po profesor McGonagall. Rozsądek podpowiadał mu, że to wpływ tych przedmiotów, które leżały w skrytce, ale i tak z trudem trzymał emocje na wodzy. Tak jakby ktoś podmienił jego okulary na takie, w których widział w ludziach to, co najgorsze.

Dyrektor spojrzał na leżącego na stole Proroka. Z pierwszej strony buchały płomienie, a nagłówek krzyczał chwytliwym hasłem „Czy wysadzą nasz świat w powietrze?”.
To, co miało miejsce dwa tygodnie temu na Pokątnej, przelało czarę goryczy czarodziejskiego świata. Podczas awantury, bo trudno nazwać to inaczej, doszło do wybuchu i pożaru w znanej kawiarni Lodowa Różdżka. Jeden z niedoszłych aurorów odpowiedzialnych za zaście nie żyje, drugi został zawieszony w szkoleniu. Bez zgody przełożonych próbowali włamać się do Gringotta i obrabować na ulicy czarownicę z bardzo szanowanego rodu. Czy to jest pokój, o jakim marzymy? Czy podpalą nasz świat tak jak Pokątną? Od przeszło czterystu lat nie odbył się wiec wszystkich czarodziejów i czarownic Anglii. W pierwszy dzień nowego roku zbierzmy się wszyscy i pokażmy, że chcemy żyć spokojnie. Chcemy Anglii dla czarodziejów, wielkiej Anglii, której nie wstydziłby się sam Merlin. Chcemy nowego ministra, który w atmosferze dialogu…
Albus Dumbledore zmiął gazetę i ze złością rzucił ją w kąt. Zdobyli czarkę, ale cała akcja mogła mieć bardzo poważne konsekwencje. Patrzył przez dłuższą chwilę na powykrzywiane postacie poruszające się na zgiętych kartkach i przypomniał mu się się Aberforth.
- To tylko papier – mówił, kiedy Ariana wyrywała kartki jego księgi i składała z nich kwiaty origami. - Papier nie ma znaczenia, ale te kwiaty są piękne.
Albus wyrwał siostrze kawałki papieru i desperacko zaczął je prostować. Patrzyła na niego obrażona, ale nie zwracał na to uwagi. Od tamtego wypadku Ariana prawie w ogóle się nie odzywała, mówiła cicho i niewyraźnie, częściej zwracając się do osób, które sobie wyobrażała niż do tych prawdziwych i Albus zakładał, że równie mało rozumie z otaczającego ją świata. Mówił o niej ona, jej, nią, nigdy nie używając imienia, tak jakby chodziło o zwierzę domowe, przez które nie mogą pojechać na wakacje. Zresztą jej też chyba nie zależało na jego zainteresowaniu, jedyne, czego chciała, to swojego małego uporządkowanego świata, w którym wszystko było znane i przewidywalne. Posiłki o tych samych porach, łyżka położona na stole w określony sposób i setki papierowych origami. Jakiekolwiek zaburzenie tego porządku mogło spowodować niekontrolowany wybuch magii porównywalny do małego armegedonu. Tylko Aberforth potrafił ją wtedy uspokoić.
Po jej śmierci Albus odnalazł tamtą książkę, ponownie wyrwał sklejone kartki i po śladach złożeń próbował odtworzyć tamte kwiaty, ale chociaż robił to na dziesiątki sposobów, nigdy mu się to nie udało. Ze złością wrzucił pomiętego Proroka do kominka i patrzył przez chwilę, jak płonie.
- Masz rację, Aberforcie – mruknął do siebie – to tylko papier. On nie ma znaczenia. A kwiaty rzeczywiście były piękne.

***
Wszystko okazało się dużo trudniejsze niż zakładali. Pierwszym problemem było to, że nie mieli jak i gdzie porozmawiać o swoich planach. Wspólna jazda metrem była o wiele za krótka, a ich rozmowy o wojnie, tajemnicach i niebezpieczeństwie mogły być obiektem niezdrowej ciekawości współpasażerów. W zasadzie na poważniejszą rozmowę musieli zaczekać do czasu, aż Ruben nie zjawi się na zajęciach i - nachylając się nad kociołkiem - będą mogli przedyskutować co dalej.
- Zmniejszże trochę ten płomień, Snape, nie widzisz, że wywar się robi aż bordowy?! A swoją drogą myślałeś o Zaklęciu Fideliusa?
Spojrzał na nią znad kociołka i zmarszczył brwi.
- Ma być taki kolor. Jeszcze chwila. Nie ma mowy o Fideliusie. Zacznijmy może od tego: kto o nas wie?
Lily westchnęła ciężko, jakby miała przyznać się do jakiejś zbrodni.
- No, Albus, ale to wiesz. I Andromeda...
- Chyba nie Black? Cholera jasna - Severus oparzył się o brzeg kociołka.
- Teraz już Tonks. Zresztą nie jest typowa w swojej rodzinie. Po Rumunii miałam pewne problemy z akceptacją, że facet, na którym mi zależy, ma dość nieatrakcyjny tatuaż i musiałam z kimś pogadać.
- To gorzej już nie mogłaś wybrać. Zresztą Syriusz też nie był typowy, czyż nie? – skwitował Snape. - Ona ma, zdaje się, dzieciaka, prawda?
- A co Nimfadora ma do tego? Wrzuć teraz trochę naparstnicy.
- Za chwilę.
- Nie za chwilę, ale już! Czujesz, jak to już pachnie? Tak lekko mdło.
Alchemik wrzucił suszone płatki kwiatów i przez chwilę mieszał powoli napar.
- Ta młoda dużo ma do tego. Tą twoją koleżanką interesuje się jej rodzina i to nie w sensie wysyłania jej świątecznych życzeń. A gdyby młoda zniknęła, to powie wszystko, a nawet jeszcze więcej. I nawet nie będzie jej z tego powodu specjalnie przykro. Masz te sproszkowane skrzydła testrali?
- To co, nie można już ufać ludziom, którzy kogoś kochają? - Czarownica wsypała do kociołka szczyptę czarnego proszku z fiolki.
- Poprzestałbym na pierwszej połowie zdania. Nie można ufać ludziom.
Przez dłuższą chwilę obserwowali w skupieniu wywar, czekając, aż pojawią się bladoniebieskie bańki.
- A ty? - zapytała w końcu.
- Co ja?
- Co byś zrobił, jakby mnie złapali? Też zdradziłbyś jasną stronę i nawet nie byłoby ci z tego powodu przykro?
Severus nie odpowiadał, ciągle wpatrując się w wywar, tak jakby nie usłyszał pytania.
- Zrobiłbym – powiedział w końcu – to, co byłoby konieczne, Evans. Więc lepiej zostańmy przy wersji, że nie dajesz się złapać. Teraz niech się to tak gotuje z godzinę.

Severus Snape był paranoikiem. Kiedy ochłonął po rozmowie w gabinecie czarownicy Matyldy, zdał sobie sprawę ze wszystkich przeciwności i niebezpieczeństw takiego rozwoju wypadków. Entuzjazm Lily, która od razu zabrała się do planowania ich przyszłości, nie pozwalał mu na wycofanie się z tego pomysłu, ale wszystko było trudniejsze niż w pierwszej chwili zakładał. Oczywiście były też pozytywy. Pierwszy to oddzielenie Lily od cholernego Lupina i pewność, że teraz będzie miał na nią większy wpływ i będzie mógł ją chronić.
Najpierw trzeba było wynająć wspólne mieszkanie. Najprostszym wyjściem było ochronić je Zaklęciem Fideliusa, na co nalegała Lily, ale na to w żadnym razie nie mógł się zgodzić. Ludzie dzielą się na kretynów, którzy zdradzą tajemnicę przypadkiem, drani, którzy ją sprzedają i tchórzy, których można zastraszyć. Albo mieszankę wszystkich tych trzech cech w różnych proporcjach.
- Poprośmy Petera. Jak komuś można ufać to jemu. Odważny, skromny i lojalny.
Snape pokręcił głową. Dobrze pamiętał małego tłuściocha, który włóczył się za Jamesem. Jeżeli nie miał z nim osobistych zatargów to tylko dlatego, że młody Gryfon się go bał. Tchórz i kretyn, na oko w proporcjach pół na pół.
- Nie.
- A Dumbledore? Może on by się zgodził? - spróbowała Lily, kiedy prawie gotowy wywar delikatnie bulgotał w kociołku.
- Nie.
- Czemu nie? Ktoś po tej jasnej stronie musi być godny zaufania, nie?
Snepe przełknął ślinę. Jak miał jej powiedzieć, że Dumbledore wiedział kiedy i w jakim składzie zjawią się u Gringotta. Naraził ją, żeby wszystko wyglądało bardziej autentycznie. Póki co potrzebował go jako szpiega, ale dla ostatecznego zwycięstwa nie zawahałby się poświęcić kilku pionków. Nie było sensu jej tego tłumaczyć.
- Nie, Lily. To jest nasze życie i potrafię zadbać o nasze bezpieczeństwo bez wciągania w to osób trzecich. Mój pomysł nie wymaga Fideliusa.
Czarodziejka zajrzała do kociołka i upiła łyk zimnej kawy.
- Przeliczę to jeszcze raz, Sev. I poszukam ofert, ale to nas rozłoży finansowo. Już pomijając koszty przygotowania, to jeżeli nie wymyślimy produkcji złota z kozich bobków, to będzie słabo.

Jego pomysł na wspólne mieszkanie był bardzo prosty. On będzie mieszkał tam, gdzie do tej pory. Lily wynajmie tanie mieszkanie, najlepiej daleko od Lupina, ale w magicznym świecie. W obu mieszkaniach zamontują obszar wyjęty spod bariery teleportacyjnej. Każdego dnia po instytucie będą iść osobno do swoich domów, zamykać drzwi na klucz, a potem teleportować się do miejsca, gdzie będą mieszkać razem. Potrzebny był im mały domek, najlepiej z kominkiem i paleniskiem, daleko od wszystkiego, a już najdalej od miejsc zamieszkanych przez czarodziejów. Niestety ich stypendium ledwo wystarczało na utrzymanie, a razem z pomocą dla matki Severusa musieliby w tym układzie utrzymywać cztery mieszkania.
- A smocze…? - zaczął, ale Lily przerwała mu w pół zdania.
- Nie. Teraz ja się nie zgadzam.
- Czemu?
- W ogóle mowy nie ma, Snape. Nie przekradaliśmy się przez granice, kradliśmy samochód i uciekaliśmy niedźwiedziom po to, żeby teraz płacić za czynsz. Chcesz być warzycielem czy oprawiać gumochłony?
Severus przez lata przywykł do faktu, że musiał sobie odmawiać wielu rzeczy, ale teraz, kiedy te problemy dotyczyły także Lily, czuł się źle. Nie tak źle jak kiedy wisiał do góry nogami pod zaklęciem Pottera, ale to uczucie było dość podobne i bardzo mu się to nie podobało.
- Dość jesteś ambitna jak na Gryfonkę – stwierdził sarkastycznie.
Czarownica przewróciła oczami
– Oj, nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi. Nie jestem ambitna, instytut prawdopodobnie pociągnę tylko trzy lata do stopnia młodszego warzyciela. Tu chodzi o marzenia, nie o ambicję. O to, co chcemy odkryć, uwarzyć, nauczyć się. W tych popieprzonych czasach nie można żyć bez marzeń. Rozumiesz? Nie martw się. Pójdę jutro na mugolską stronę i przejrzę oferty mieszkań, a ty sprawdź, co mają tutaj. Biorąc pod uwagę złodziejski przelicznik Gringotta, najlepiej byłoby coś dorobić w funtach.
Snape skrzywił się.
- No nie rób takiej obrażonej miny. Fidelius ci się nie podoba, to niespecjalnie mamy inny wybór. Możemy też zatłuc Sam-Wiesz-Kogo pokrywką od kociołka, ale to raczej będzie troszkę trudne, więc zostaje nam plan B. A teraz zobacz, czy już się zrobiło fioletowe, a ja rozstawie destylator. Coś mi się zdaje, że dostaniemy dziś maksymalną ilość punktów za wywar. Jesteśmy cholernymi geniuszami alchemii, mówię ci to, Snape.

***

Biuro nieruchomości kojarzyło się Lily z ciemnym pomieszczeniem z mnóstwem segregatorów, w których poukładane są aktualne oferty wynajmu. W ciągu tygodnia czarownica obeszła trzydzieści dwa biura nieruchomości, jasne i przestronne, w których można było wynająć niemal wszystko od pałacu, poprzez zamek, aż do barki. Kobiety o bardzo zadbanych dłoniach patrzyły na nią z pewną mieszanką dezaprobaty i politowania.
- Czy dobrze panią zrozumiałam? Jest pani zupełnie obojętne, gdzie miałby się znajdować lokal? To dość poszerza listę ewentualnych ofert...
- Tak. To znaczy nie. Wolałabym, żeby to było ciche i spokojne miejsce, najlepiej daleko od sąsiadów, blisko natury...
Brunetka spojrzała na nią badawczo, tak jakby jej klientka była seryjnym mordercą, który wyszukuje miejsca na swoją kryjówkę. Jej paznokcie i sweter były seledynowe i Lily pomyślała, że ona sama chyba nie wygląda zbyt mugolsko. W dodatku Lily lekko pachniała formaliną, a za paznokciami miała resztki skórki boomslanga.
- Jestem, no… biologiem. Chciałabym spędzić jakiś czas wśród roślin i zwierząt… Jakiś las na przykład...? Proszę.
Samantha Janson, bo tak nazywała się kobieta, pomyślała, że w tym przypadku chciałaby polecić klientce wizytę w zoo, ale bardzo negatywnie odbiłoby się to na wizerunku biura. Podrapała się po głowie i wyjęła kilka kartek z segregatora.
- Na przykład to... - powiedziała - piękna posiadłość blisko Forest of Dean. Dzika, odludna okolica, bardzo wygodny, pięknie urządzony dom...
Czarownica przejrzała ofertę i zagryzła zęby, kiedy natrafiła na informację o cenie.
- To jest, no, zasadniczo, bardzo ciekawa oferta – wyjąkała, ciesząc się, że nie ma z nią Severusa, bo on strasznie się spinał w takich sytuacjach. - Tylko jeżeli o tę kwotę… cóż, wolałabym, żeby była sporo niższa i na dodatek dotyczyła wynajmu rocznego, a nie miesięcznego, jeżeli pani rozumie, o czym mówię.
- A. To z kolei znacznie zawęża liczbę ofert.
Czarownica zirytowała się. Była głodna, zmęczona i sfrustrowana koniecznością przeprowadzania tych samych rozmów w kolejnych biurach. Chciała po prostu mieszkać z kimś, kogo kocha i dość już było kłopotów w świecie magicznym, żeby dokładać te w mugolskim.
- Pani... – spojrzała na plakietkę przypiętą do swetra - pani Janson. Zdaję sobie sprawę, że budżet, którym dysponuję, nie jest imponujący. Ale chodzi mi o położone na końcu świata miejsce bez sąsiadów. Może nie mieć garażu, sauny, domku ogrodnika i drugiej sypialni dla gości. Ma mieć dach i stół. Jakieś ogrzewanie by się przydało. To naprawdę nie tak dużo, prawda? Jesteście trzydziestym którymś tam biurem, które odwiedzam w tym tygodniu i wierzyć mi się nie chce, że absolutnie nikt nie oferuje czegoś takiego. Nie wiem czy to poszerza, czy zawęża liczbę ofert, bo potrzebuję jednego miejsca.
Przerwała monolog, żeby zaczerpnąć tchu i pomyślała, że gdyby tylko umiała i chciała rzucać Imperiusa na mugoli, to teraz byłaby na to dobra chwila. Samantha popatrzyła na nią uważnie. Lily nie była zwykłą klientką i chociaż początkowo chciała się jej pozbyć, to teraz zdecydowała się jej pomóc. Coś jej przyszło do głowy. Na zapleczu był segregator z ofertami, których ich biuro z różnych powodów nie zdecydowało się przedstawiać w swojej ofercie.
- Proszę tu chwileczkę poczekać. Chyba mam coś, co może się pani spodobać.

Teoretycznie wszystkie domy w Wielkiej Brytanii powinny przynależeć do jakiegoś okręgu administracyjnego i pewnie tym razem też tak było. Niestety mężczyzna, z którym się spotkali w sprawie domu, nie przekazał żadnego konkretnego adresu, tłumacząc tylko, że mają jechać około czterdziestu mil od Middlesbrough drogą wzdłuż wybrzeża, a potem skręcić w prawo w Helwath Road i jeszcze raz w prawo koło zwalonego drzewa na drogę szutrową. Klucz znajdą w doniczce za studnią, więc nie było potrzeby, żeby właściciel jechał razem z nimi. Severus i Lily przez dobrą godzinę teleportowali się z miejsca na miejsce, nie znając dokładnego adresu. Nie będąc poprzednio w jakimś miejscu bardzo trudno do niego trafić, nawet jeżeli jest zaznaczone na mapie. Harwood Dale Forest, bo tam znajdował się dom, który im przedstawiono, był gęstym lasem sosnowym poprzecinanym piaszczystymi ścieżkami i wrzosowiskami.
- Nie będzie to jakoś tutaj, Snape? Popatrz na to drzewo, takie przekrzywione...
Wiał chłodny wiatr od morza, siekąc w oczy zimnym deszczem.
- To albo równie dobrze tysiąc innych. Możemy się wrócić do drogi i przejść pieszo, tak jak mówił. To nie powinno być dalej niż kilka kilometrów.
Szli w milczeniu po błotnistej drodze przez kolejną godzinę, zanim na skraju lasu zobaczyli coś, co przypominało kamienną szopę. W zasadzie poznali miejsce tylko dlatego, że na podwórku stała studnia, jakich już się w Anglii nie widuje, a obok niej zostawiono niebieską donicę. Z łatwością znaleźli klucz, chociaż równie dobrze mogli użyć prostego zaklęcia.

Cały jednopiętrowy dom zbudowany był z kamienia, nawet dach, w wielu miejscami nieszczelny i porosły trawą, zrobiono z kamiennych dachówek. W środku były dwa małe pokoje z oknami, z których odpryskiwała farba, i drewnianą podłogą. Lily od razu spodobał się zapach tego domu, kojarzył jej się ze starym kościołem, ale też z lasem. W domu nie było prądu, a w kominku nie palono tak dawno, że leżały w nim patyki z wroniego gniazda, które prawdopodobnie ptaki zbudowały na kominie. Czarodzieje przez dłuższy czas oglądali dom, zaglądali do zbutwiałych szafek i kręcili kranem, z którego kapała rdzawa woda.
- Tu jest ruina. Tu jest świetnie – powiedzieli jednocześnie, spotykając się w większym pokoju, który służył jako kuchnia i łazienka.
- Lily, nie przeżyjemy zimy na tej kupie kamieni. Od stu lat nikt tu nie mieszkał – argumentował Severus, ale czarownica go nie słuchała. Skakała jak rozbawione dziecko, co rusz to zaglądając pod łóżko i za okno.
- Czegoś takiego szukaliśmy! Tam za oknem latem będzie rosła macierzanka i wrzosy. A tam pod lasem paprocie. Poza tym, nie stać nas na nic innego. Mówiłam ci, ile chcieli za Forest of Dean?
Snape skrzywił się. Nie lubił, żeby mu przypominać, jak bardzo jest biedny, zwłaszcza, jeżeli robiła to Lily. Poza tym zupełnie nie rozumiał, co jej się w tym miejscu tak podobało. Nie miała pojęcia, co to znaczy być biednym, w dziurawym dachu i nieszczelnych oknach nie było nic, z czego można się cieszyć. Ze smoczych skorupek mogliby wynająć dom w Dean Forest, ale ona była uparta jak osioł. Pamiętał ładne mieszkanie, w którym mieszkała z Jamesem i chciał jej zapewnić przynajmniej coś podobnego.
- Widziałeś ten las za domem?- Ciągnęła Lily. - Możesz sobie wyobrazić lepsze miejsce dla czarownicy? W takich chatach od setek lat mieszkały wiedźmy!
- Lily, mam wrażenie, że zbytnio opierasz się na mugolskim folklorze ludowym Europy Wschodniej. Kurzajkę też sobie wyhodujesz?
Czarownica podeszła do niego, włożyła zimne ręce pod koszulę i mocno pocałowała.
- Panie Snape, jeżeli podniecają cię czarownice z kurzajkami, to musisz jakąś setkę lat poczekać, aż mi wyrosną. A teraz możemy sprawdzić, czy nasz nowy stół jest wytrzymały. W końcu musi utrzymać dwa kociołki.
Chciał coś powiedzieć, ale przyciągnęła go do siebie i zaczęła lodowatymi rękami rozpinać guziki koszuli.
- Poza tym – szepnęła - na takim końcu świata chyba będę bezpieczna, prawda?
Pomyślał, że chyba próbuje nim manipulować i wychodzi jej to dość kiepsko. Nie miało to jednak w tamtym momencie absolutnie żadnego znaczenia.

***

Hope Lupin wyjęła z piekarnika brytfankę z pieczonym kurczakiem. Zapachniało czosnkiem, pomidorami i tymiankiem. Na stole postawiono już ziemniaki, a obok nich dwie sałatki i ciasto.
- Oj, tak dużo pyszności – ucieszyła się Lily. - Naprawdę nie trzeba było sobie robić kłopotu. To prawie jak wesele.
Kobieta odgarnęła z twarzy włosy i zdjęła rękawicę kuchenną.
- No przecież jest okazja, dziecino. Jutro idziesz na swoje, to robimy ci pożegnanie.
- Raczej stypę – wtrącił Remus znad książki. - Mama żegna się z perspektywą, że jakaś niewiasta zostanie ze mną choćby przez zasiedzenie. Sorry, mamo, mówiłem, że to tylko czasowe pomieszkiwanie.
Lily zachichotała. Hope Lupin zaprosiła ją na uroczysty obiad, a potem mieli wszyscy razem udać się do pubu, w którym tego wieczoru koncertował Lyall.
- Pani Hope – powiedziała uroczyście - gdyby głównym kryterium wyboru mężczyzny była osoba przyszłej teściowej, to zdecydowanie wybrałabym Remusa. O ile oczywiście przebiłabym się przez tłum innych kandydatek.
Wilkołak nie obrażał się za takie komentarze. Z Lily czuł wyjątkową bliskość, ale było to raczej uczucie brata do siostry, całkowicie pozbawione erotyzmu. Było mu trochę żal, że odchodzi, z drugiej jednak strony zdawał sobie sprawę, że jeżeli ma skończyć za dwadzieścia lat jako ześwirowana stara panna, mieszkająca z równie dziwacznym starym kawalerem, lepiej niech idzie własną drogą. Inną rzeczą było to, co sobie wyobrażała jego matka. Hope tak bardzo bała się, że jego wilkołactwo skaże go na samotność, że pojawienie się w jego mieszkaniu młodej czarownicy przyjęła z wielkim entuzjazmem.

Po obiedzie rozsiedli się przejedzeni z kieliszkiem wina, a ojciec Remusa puścił swoją ulubioną Ninę Simone śpiewającą My Baby Just Cares for Me.
- Ale chyba nie wyrzuca mnie pani tak na amen? - zapytała Lily. - Będę mogła wpadać czasem na koncerty?
- I na obiady też. W drugi wtorek miesiąca cię widzę słonko. Bez mojego jedzenia schudniesz tak, że twoje piersi w ogóle znikną. A, zapomnieliśmy o prezentach. Remmy, przynieś pudła.
Dwa zmniejszone magią kartony były bardzo ciężkie. W większym, przygotowanym przez panią Hope, były kubki, talerze, ręczniki i trochę potrzebnych w domu bibelotów.
- Dziękuję, naprawdę nie trzeba było.
- Weź, przyda się. Dostałam od rodziny Lyalla i trochę mi się nie podobają – dodała ściszonym głosem. – Miałam nadzieję, że się potłuką przez lata, ale są poprawione odrobiną magii i nie chcą się zgubić ani stłuc. Musisz mnie od nich uwolnić – puściła oko do dziewczyny.
W drugim pakunku schowany był magnetofon szpulowy Remusa. Dokładnie ten, który był kiedyś z nimi na imprezie w mieszkaniu Jamesa.
- Nie, Remus. Nie mogę go przyjąć. To zbyt cenny podarunek.
- Pracuję z ojcem nad adapterem, który nie tyle będzie wybierał muzykę, ale sam zmieniał nieco wykonanie. Coś w rodzaju instrumentu napędzanego magią. Strasznie skomplikowane czary, ale od dłuższego czasu się za to zabieramy. Jak tego nie weźmiesz, nie będę miał motywacji, żeby się do tego zabrać.
Czarownica uśmiechnęła się.
- Wychodzi na to, że jeszcze pozbawiam was starych rupieci. Dziękuję. Jesteście naprawdę cudowni.
Lily objęła panią Hope i Remusa, kiedy do pokoju wszedł Lyall Lupin kompletnie ubrany z saksofonem schowanym w torbie.
- Jeszcze nie wyszliście? Oni są gotowi zacząć grać beze mnie. Musimy się pospieszyć, to może uda mi się uchronić Micka przed stanem totalnego zalania jeszcze przed koncertem.
Pojechali metrem, a potem przeszli się pieszo pod parasolami wzdłuż starej Tamizy. W pubie było gwarno i Hope szybko zniknęła im z oczu, wdając się w rozmowę z licznymi znajomymi, z każdym z nich musiała zamienić choć kilka zdań i wypalić papierosa.
- To co, jutro… - zagadnął Remus.
- No, jutro. W sumie twoje życie seksualne powinno zyskać na mojej wyprowadzce.
Wilkołak zaśmiał się pod nosem.
- Nie było tak źle. Powiedzmy, że sytuacja zmuszała mnie do pewnej kreatywności. A tak poważnie, Lily, uważaj na siebie, gdziekolwiek będziesz.
Przez chwilę pili piwo w milczeniu. Na scenę wszedł zespół i brawa były na tyle głośne, że wykluczały rozmowę. Zresztą Remus nie chciał o nic pytać. W sumie wolałby nic nie wiedzieć, inaczej niż James, który wykorzystywał każdą okazję, żeby się z nim spotkać i wypytywać o życie Lily. Tak długo jak sama mu nie powie, uważał, że nie było jego sprawą wtrącać się zarówno w to, gdzie będzie mieszkała, jak i z kim. Niestety jego wyczulony węch wyczuwał i rozpoznawał znajomy ze szkoły zapach. Próbował się oszukiwać, że to przez to, że pracują razem, ale woń Snape’a była w jej ubraniach, na włosach i skórze. James pewnie by powiedział, że Lily jest pod wpływem Imperiusa, ale Remus wiedział, że to nieprawda, bo pachniała jeszcze czymś, czego nie da się oszukać ani wywołać żadnym eliksirem czy zaklęciem świata. Szczęściem.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-XIX

Postautor: labruja » 17.07.15, 19:51

Poniższy rozdział zawiera scenę tortur. Raczej nie tak mocną, ale niektórzy mogą nie chcecie jej czytać. Scenę oznaczam takim oznaczeniem (^¤¤^) Jak zobaczycie coś takiego, a nie chcecie krwi na monitorze, poczekajcie do następnego rozdziału. Chociaż fragment chyba dobrze oddaje realia wojenne.

XXI

Styczniowy zmrok zapadł szybko. W sali warzenia zapalono świece i trzy długie cienie alchemików, pochylone nad cieniami kociołków, drgały na ścianie. Pracowali w ciszy, a od strony ulicy dochodziły ich coraz głośniejsze krzyki i nawoływania. Lily podeszła do okna i zobaczyła pomarańczowe światło, jakby łunę ognia. W pewnym momencie coś przeleciało obok okna i trzaskiem rozbiło szybę w sąsiednim pomieszczeniu. Na dole na ulicy czarownica zobaczyła kilku mężczyzn rzucających kamienie lub może lodowe śnieżki i wykrzykujących gniewne okrzyki.
- Panno Evans, radziłbym odsunąć się od okna – powiedział spokojnie Severus.
- Zgadzam się z kolegą – dodał Ruben. - To można być niebezpieczna, panienko Lily. U nas w Medelin taka demonstracje częsta rzecz. Cały czas protestują, a jak jakaś Ministra Magia utrzyma się dwa lata, to jest prawdziwy cud. Ostatnio zabili jednego z pomocą czarna magia, mówią, że przywołali ducha, a może nawet sam Ogun zabrał jego życie. Po prostu bach, nagle się przewrócił i umarł. U was one chyba chcą tylko wymienić wasz minister i to jest lepsza rozwiązanie. Hu…hu… humanirowane. No chyba i wasze Czarne Magi nie umieją wzywać Starszych Duchów.
Lily spojrzała na Severusa, który westchnął głęboko, rozcierając w moździerzu korzeń mandragory. Przez ostatnie miesiące nauczył się pomału ignorować komentarze Rubena, ale zarówno te dotyczące czarnej magii, jak i Lily, bardzo go drażniły. Chciałby się dowiedzieć, co jego południowoamerykański kolega myśli o czarnej magii w wykonaniu Bellatrix Lestrange.
- Czytałam w Proroku, że ma się pojawić więcej czarodziejów niż na ostatnich mistrzostwach quidditcha – wspomniała Lily. - Demonstracja miała być pokojowa, ale dziś widziałam plakat nawołujący do podpalenia budynku ministerstwa, jeżeli Minchum nie zrezygnuje.
Harold Minchum przez ostatni czas starał się za wszelką cenę nie doprowadzić do otwartej wojny. Aresztowano kilkunastu zwolenników Czarnego Pana, ale każdy proces był dokładny i sprawiedliwy. Minister z jednej strony musiał się liczyć z ciągłymi naciskami konserwatywnej i niechętnej mugolom części społeczeństwa na ustępstwa wobec śmierciożerców, z drugiej na oczekiwania na bardziej stanowcze kroki wobec sprawców zbrodni na rodzinach mieszanych i mugolach. Próbował zadowolić obie strony, ale taniec na cienkiej linii często kończy się upadkiem. Ruben wyjął z szaty pogiętą kartkę papieru i podał ją Lily.
- W droga do institut dostałem ulotka. Latały po cała ulica i ścigały człowieka tak długo, aż on nie przeczytał. Treweriusz Nott – przeczytał powoli. - Znacie ten czarodziej? Chcą go zrobić Minister Magii.
- Nie kojarzę – odpowiedział Severus odrobinę za szybko i wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Lily. Znała go na tyle dobrze, że wiedziała, że nie tylko wie, o kim mowa, ale też uważa, że jeżeli on jest w to zamieszany, to nie wróży nic dobrego.

Było już wpół do dziewiątej, a oni dalej siedzieli w sali warzenia, próbując skupić się na pracy. W pozostałych salach też ciągle jeszcze pracowali alchemicy. Wszyscy mogli już dawno iść do domu, ale w powietrzu czuło się, że niedaleko dzieje się coś ważnego, coś, co zmieni cały czarodziejski świat. W tej sytuacji nie można było tak po prostu iść spać. Od strony ulicy co jakiś czas było słychać wystrzały, a fajerwerki w kształcie skrzydlatego węża kilkakrotnie przeleciały po niebie. W końcu, kiedy z kociołków zaczął się wydobywać nieprzyjemny zapach spalenizny, przestali udawać, że w jakikolwiek sposób są zainteresowani pracą i nie sprzątając nawet stołu, zeszli do pokoju wspólnego instytutu. Byli tam już prawie wszyscy studenci i profesorowie. Palono mugolskie papierosy, wyglądano przez okno i dyskutowano. W parach, małych grupkach i wokół pieca, na którym gotowały się tygielki z kawą. Lily w tłumie straciła z oczu Severusa i nie przyłączając się do nikogo, łapała strzępki rozmów.
- Minchum dawno powinien zrezygnować. Za miękki jest na tę robotę. Śmierciościerwo mu weszło na głowę. Milicenta Bagnold, o! Ona by im się dobrała do tyłków.
- No co ty? W życiu baby nie wybiorą. Zresztą słyszałem, że jej babcia była mugolką. Wiesz, ja nie mam nic przeciwko, ale żeby na ministra?
Lily przeszła dalej w kierunku okna.
- No i co się złego stanie? Straszą nas tym Sami-Wiemy-Kim jak mugolskie bachory Babą Jagą. Stało się coś złego uczciwemu człowiekowi, pytam? Może się te złodziejskie cła wreszcie skończą. Ja wam powiem tyle, że to z aurorami trzeba zrobić porządek. Wiecie, że wczoraj miałem rewizję? Na Pokątnej w biały dzień. To się teraz doigrali, bo ludzie mają tego dość.
Atmosfera gęstniała od sporów, dymu i oddechów, kiedy nagle gwar przerwał trzask otwieranych drzwi i donośny głos dziewczyny.
- Wracamy stamtąd! Wiemy, co się dzieje!
Tłum rozstąpił się, tworząc półokrąg, w środku którego stała Pandora Lovegood, jasnowłosa alchemiczka z trzeciego roku. Niektórzy mówili, że ma wybitny talent i intuicję, niektórzy, że za bardzo lubi ryzykować, a w jej wykonaniu wyrażenie „Kociołek Pandory” nabiera nowego znaczenia. Obok niej stał jej mąż, Ksenio, który założył ostatnio własną gazetę i dość często przychodził do instytutu i rozdawał za darmo egzemplarze, których nie udało mu się sprzedać.
- Mamy nowego ministra – powiedziała Pandora, łapiąc oddech po biegu. - Właśnie skończyły się negocjacje. Odwołano Moddy’ego, Minchum zrezygnował. Wybrali tymczasowo Treweriusza Notta przy poparciu Ligi Czarodziejów Na Rzecz Pokoju.
W pokoju znowu zapanował gwar, jedni wyraźnie się cieszyli, inni mieli przerażone miny, ale narzekali już o wiele ciszej, jakby ich słowa mogły zostać zapamiętane i trafić do niepowołanych uszu. Lily poczuła ukłucie niepokoju i desperacko wypatrywała w tłumie Severusa. Ciemny kształt jego szaty mignął jej koło drzwi, ale kiedy się tam dostała, Severus Snape był już okryty płaszczem i wychodził na ulicę, skąd mógł się teleportować. Czarodziejka spojrzała pytająco na jego przedramię. Kiwnął lekko głową, odgadując jej myśli.
- Boję się, Sev – wyjąkała.
- To dobrze. Powinnaś się bać. Wracaj do domu i nie kontaktuj się z nikim.
- Ten Nott… Co się teraz może stać?
- To się stanie – powiedział cicho – że do tej pory wy polowaliście na nas, a teraz my będziemy polować na was. Wracaj do domu.
- Masz na myśli, że wy… to znaczy my...
- Mam na myśli dokładnie to, co powiedziałem – odpowiedział, po czym wyszedł na ulicę i nie zamykając drzwi, z trzaskiem się teleportował.
W twarz Lily zawiało zimnymi płatkami śniegu.

***
Andromeda pewnym ruchem zapięła suwak sukienki i przyjrzała się Lily krytycznym okiem. Niby wszystko było na miejscu, a jednak czarownica ciągle wyglądała jak roztargniona alchemiczka, która przez przypadek zamiast białego roboczego fartucha założyła białą sukienkę. Pokręciła głową niezadowolona z efektu.
- Zamknij oczy, dziewczyno – powiedziała, po czym dotknęła jej głowy różdżką, mamrocząc przy tym zaklęcia.
- Miało być bez zaklęć - zaprotestowała niepewnie Lily, nie otwierając oczu. - Sev mówił...
- To nie jest mój facet i ja go słuchać nie muszę. Na szczęście. Ślub masz, oby jedyny w życiu i musisz wyglądać przepięknie, zwłaszcza jeżeli jestem twoją druhną. No, spójrz w lustro.
Lily otworzyła oczy i przyjrzała się swojemu odbiciu. Niby wszystko było jak poprzednio, ta sama sukienka i fryzura, ale wyglądała przepięknie. Nigdy nie uważała siebie za szczególnie piękną, nie była też próżna, ale teraz musiała przyznać, że wygląda zachwycająco.
- To bardzo stare zaklęcie, nauczyłam się go od mojej babki na weselu jednej z kuzynek. Podobno działa tylko raz w życiu, do północy i tylko wtedy, jeżeli jesteś naprawdę szczęśliwa. Zadowolona z efektu?
- Bardzo.
- I tak kiepsko, że wesela nie ma. Zrobiłabym przynajmniej w domu małe przyjęcie.
Czarownica pokręciła głową.
- W życiu się nie zgodzi. Wiesz, jaki on jest...
- Tak. Zakompleksiony i paranoiczny.
- Tak sobie myślę… A jeżeli… No wiesz… A jak on się nie pojawi albo coś się stanie. Ta zmiana ministra...
- Jeżeli ten mały śmierciojad się nie pojawi, to go osobiście zabiję. Nic lepszego niż ty mu się w życiu nie przytrafi i żaden Ślizgon nie odrzuci czegoś tak cennego. Poza tym nie będziemy dziś rozmawiać o polityce. Ani słowa!
Zaplanowali całe przedsięwzięcie jeszcze przed zmianą władzy i teraz, chociaż ryzyko było jeszcze większe, żadne z nich nie chciało się wycofać. Większość magicznych ślubów odbywa się przed urzędnikiem Ministerstwa Magii, ale w sytuacjach, kiedy jedno z małżonków było mugolem lub mugolskiego pochodzenia, dopuszczano uroczystości w niemagicznym urzędzie, pod warunkiem, że uczestniczyło w nim dwóch czarodziejów, którzy w odpowiednim momencie rzucali dyskretnie specjalny czar. Mieli też obowiązek niezwłocznie poinformować o tym urzędnika magicznego. Oczywiście w ich przypadku niezwłocznie będzie znaczyło kiedy ta cała wojna się skończy. Po długich sporach i negocjacjach Severus zgodził się, że skoro Albus i Andromeda i tak o nich wiedzą, mogą zostać ich świadkami.
Obie czarownice usiadły na łóżku, trzymając się za ręce.
- W sumie teraz dla ciebie wszystko będzie prostsze, Lily.
- Dlaczego?
- Skończą się dylematy. Niezależnie od tego, po której on okaże się być stronie, ty decydujesz się być po tej samej. Może wygramy tę wojnę i będziecie żyć szczęśliwie, a może zaprowadzi cię to Azkabanu albo skończysz jako żona ważnej osoby w świecie Sama-Wiesz-Kogo.
- Aleś mnie pocieszyła – jęknęła Lily. - To już wolę Azkaban.
- Zrozumiesz potem. Stanie po stronie idei jest trudne, a ty dziś decydujesz się być po stronie konkretnego człowieka. To się może skończyć źle, ale ścieżka została wybrana i nie będzie już odwrotu. Zobaczysz, wiem, co mówię. Tak jak ja jestem po stronie Teda niezalezienie od tego, co to będzie oznaczało w tych czasach – skończyła smutnym głosem. - Ale chodźmy już, chce zobaczyć jego minę, gdy cię ujrzy.

W tym samym czasie w kawiarni nieopodal urzędu stanu cywilnego w Sheffield, które wybrali jako miasto najbardziej mugolskie, gdzie nie powinni spotkać nikogo znajomego, siedzieli przy stoliku Albus Dumbledore i Severus Snape. Milczeli. Dyrektor dołożył wszelkich starań, żeby pomóc Severusowi dobrać garnitur odpowiedni do okazji, ale mugolska moda nie była jego mocną stroną i razem wybrali coś, co od biedy nadawałoby się na pogrzeb. Alchemik nerwowo rozglądał się po kawiarni w obawie, czy ktoś przypadkiem ich tu nie spotka. Cisza była dość męcząca i Dumbledore czuł, że powinien coś powiedzieć, ale zupełnie nie wiedział co. Przez lata wymykał się mieszczańskim schematom czarodziejów i nigdy nie założył rodziny. Zresztą pokochał kogoś tylko raz i była to osoba, z którą związek małżeński byłby raczej wykluczony.
- No cóż – zaczął w końcu. – Chciałbym ci po… pogratulować, Severusie. Lily jest bardzo piękna, no i...
- Wystarczy, dyrektorze. Naprawdę nie musi pan nic mówić.
Albus przyjrzał mu się uważnie. Jego szpieg, morderca i przyszły mistrz eliksirów wyglądał teraz jak zestresowany dzieciak. W sumie chyba jeszcze nigdy nie widział go tak przerażonego. Wielki Merlinie, po co ludzie biorą śluby, skoro tak się przy tym denerwują? Dyrektor złapał się też na tym, że zaczyna go w jakiś sposób lubić. Ciągle go nie rozumiał do końca, ale zwłaszcza teraz, gdy horkruksy zakłócały jego emocje, jego towarzystwo było dla niego łatwiejsze do zniesienia niż niektórych egzaltowanych członków Zakonu.
Ciszę przerwało głośne trąbienie klaksonu. Czarny samochód Andromedy stał przed kawiarnią i zwracał na siebie uwagę całej ulicy.
- Czy ona do reszty zgłupiała? – syknął Severus.
- Mam wrażenie, że daje nam do zrozumienia, żebyśmy się pośpieszyli.

Urzędniczka rozejrzała się niepewnie po sali, w której oprócz państwa młodych i dwóch dość dziwacznych świadków nie było nikogo.
- Jeżeli chcą państwo zaczekać na gości…
- Żadni goście się nie pojawią – warknął nieuprzejmie Severus, a jego spojrzenie mówiło, że lepiej dla nich, żeby się nie pojawiali.
Andromeda i Albus siedzieli za nimi, dyskretnie wyjmując różdżki. Pani Tonks była chyba jedyną osobą na sali, która szeroko się uśmiechała i dobrze bawiła w całej sytuacji. Nie lubiła Snape’a, ale z domu wyniosła przeświadczenie o ważności wszelkich uroczystości, a w szczególności ślubów i pogrzebów.
- Jak się nie pozabijają nawzajem, to chyba powinni być szczęśliwi – szepnęła na ucho Dumbledore’a.
Dyrektor wzruszył ramionami. Sam nie miał pewności, co z tego wszystkiego wyniknie. Na pewno jako mąż Lily Severus jeszcze mocniej zwiąże się z jasną stroną. Z drugiej strony dla jej ratowania mógł jeszcze raz sprzedać Wszystko.
- Specjalnie dobrani to faktycznie nie są – przytaknął dyrektor.
- Są empirycznym dowodem na istnienie miłości – ciągnęła Andromeda. - Żaden inny logiczny powód ich razem nie trzyma.
Urzędniczka spojrzała na ich szepty ganiącym wzrokiem. Severus i Lily mówili słowa przysięgi, a w tle za nimi czarodzieje zrobili w powietrzu dyskretne znaki. To, co widzieliśmy, potwierdzamy przed wami, Drzewa Starej Anglii. To, co widzieliśmy, potwierdzamy przed wami, gwiazdy i księżycu. To, co widzieliśmy, potwierdzamy przed tobą, Wielka Hekate. Wy bądźcie świadkami.
Przez cały czas Severus prawie nie patrzył na Lily, trzymając się starych przyzwyczajeń, żeby mową ciała nie zdradzić w miejscu publicznym ich relacji, ale bezwiednie trzymał ją za rękę tak mocno, że zaczęła ją boleć dłoń.

Kiedy wchodzili do urzędu szare niebo przysłaniały chmury, a w powietrzu siąpiła ponura mżawka. Wychodząc, zobaczyli, że cały krajobraz był biały od śniegu, a wielkie płatki delikatnie upadały im pod nogi i na włosy. Severus ostrożnie zdjął jeden z rzęs Lily.
- Expecto Patronum, Sev – odpowiedziała mu na ucho.
- Expecto Patronum, Lily.
- To twoja sprawka, Albusie? – zapytała cicho Andromeda, wskazując na nagłą zmianę aury. - Niby miało być bez magii, co? - zachichotała.
- A tak mi się samo rzuciło – odpowiedział niewinnie. - Widziałaś, jak ponuro było. Nie chcieli niczego na prezent to przynajmniej to, ale lepiej im nie mówmy, że to moja sprawka.

***

Do północy zostało zaledwie pół godziny. Lily zapaliła drugą świecę i wyjęła z szuflady małe lusterko, które zabrała do Hogwartu jeszcze z rodzinnego domu. Jej oczy były zapuchnięte i czerwone od płaczu, ale czar Andromedy ciągle sprawiał, że wyglądała przepięknie. Jeszcze przez dwadzieścia osiem minut, pomyślała. Zresztą po co ma być piękna, skoro aktualnie przebywa w domu zupełnie sama?

Z urzędu stanu cywilnego wróci do Harwood Dale Forest teleportując się tylko do początku szutrowej drogi, resztę czasu idąc za rękę w milczeniu. Oczywiście nie było już pięknego śniegu, ale jak na styczeń było dość ciepło i wśród drzew utworzyła się delikatna mgła. Lily zrobiła obiad. Nie spieszyła się, to była wyjątkowa okazja, a ona kroiła składniki z taką samą dokładnością i precyzją jak wtedy, kiedy przygotowywała eliksir. Kurczak pieczony w pomarańczach, czerwone wino, a na deser paczka pączków z supermarketu - taki obiad był dla nich prawdziwą i rzadką ucztą. Severus patrzył na jej ręce, kiedy kroiła mięso i obierała pomarańcze, lubił jej dłonie, delikatne, ale precyzyjne. Pachniały potem sokiem z cytrusów i goździkami.
Zazwyczaj nie zwracał zbyt dużej uwagi na wygląd, a swojego ciała w ogóle nie lubił. Nie chodziło tu o głupie kompleksy, które mogły wynikać z próżności, ale raczej o traktowanie cielesności z pewną niechęcią. Lily zauważyła, że o ile od początku był bardzo entuzjastyczny do szybkiego seksu w gabinetach instytutu, to, żeby pozwolił się dotknąć tak prawdziwie i w każdy kawałek ciała, musiała go zdobywać powoli jak dziewicę Hufflepuffu.
- Lubię twoją skórę – powiedziała mu kiedyś i w pierwszym momencie myślał, że z niego żartuje. Jak w ogóle można lubić czyjąś skórę?
- Podoba mi się jej kolor. Jest szarobiała jak kartka książki. Taka cienka, że prawie widać naczynia krwionośne, ale mocna – uszczypnęła go w brzuch. - Myślę, że byłbyś dobrą książką, Severusie Snape, czytałabym cię cały czas, krusząc przy tym okruszkami na strony.
W tamtym momencie miał ochotę się odsunąć przed jej dotykiem, ale wytrwał w miejscu, zastanawiając się, co wyniknie z tego, że będąc z nią konsekwentnie ignoruje wszystkie sygnały ostrzegawcze, jakie podpowiadał mu instynkt samozachowawczy.

W wieczór po ślubie też leżeli przytuleni, a Lily bawiła się jego skórą jak ciekawą teksturą.
- Poleciałam dziś rano do Scarborough Fair – powiedziała w końcu, przerywając ciszę.
- Znalazłaś morgę ziemi pomiędzy wodą morską a ziemią?* - zażartował.
- Zachcianki masz. Było zimno, ale prawie nie było wiatru. Patrzyłam na morskie fale, które rozbijały się o plażę. Jedna po drugiej i kolejna, i kolejna, zupełnie się nie spieszyły, jakby miały całą wieczność. Też tak czułam, jakbyśmy my mieli tyle czasu, co pomiędzy jedną falą a drugą, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Nawet jeżeli mam tylko tę chwilę jak ta fala, to jest to teraz. Rozumiesz?
- Nie rozumiem. Masz nie chwilę, a lata, obiecuję ci to, Lily! Zobaczysz, ja potrafię...
- Cicho, głupi – dotknęła jego ust palcem. - Ja chcę teraz, nie lata, a teraz.
Leżeli wtuleni przez dłuższą chwilę, kiedy Severus nagle wstał. Lily przymknęła oczy. Znała go na tyle dobrze, że w sposobie, w jaki się poruszał, po napięciu ciała wiedziała, dlaczego musi iść. Zacisnęła mocniej powieki, żeby nie widzieć Mrocznego Znaku i pomyślała, że postara się nie płakać przynajmniej do czasu, aż nie zamknie za sobą drzwi.
- Fale szybko się rozbijają, nawet w mroźne poranki, Lily – powiedział, zamykając drzwi.
Znak palił go nieznośnie, ale szedł przed siebie przez piętnaście minut, zanim zdecydował się teleportować w miejsce, do którego wzywał go Czarny Pan. Musiał ochłonąć, strząsnąć z siebie Lily tak, jak się budzi ze snu, zamknąć świeże wspomnienia, zapanować nad emocjami. Nie musiał wiedzieć, gdzie odbędzie się spotkanie, bo Mroczny Znak potrafił przenieść go podczas teleportacji w miejsce, do którego go wzywano.
(^¤¤^)
W sali stało już przeszło trzydzieści osób. Nie mieli na sobie masek, a garderoba wielu z nich nosiła ślady pośpiesznego ubierania. W oczy raziło ich ostre mugolskie oświetlenie, co było dość dziwne, bo nie planowali żadnego ataku, a miejsce wydawało się zniszczone i opustoszałe. Po dokładnym przyjrzeniu się, okazało się, że stoją w czymś w rodzaju dawno nieużywanej mugolskiej sali balowej. Pod ścianami rozstawiono stoliki i krzesła, a na suficie migotała lustrzana kula. Severus Snape dostrzegł na podłodze podeptaną serwetkę z napisem „Dom Weselny Telford wita”. Było w tym miejscu coś upiornego, podobnego do starych lunaparków. Najwyraźniej inni byli równie skonsternowani jak on, bo wymieniali między sobą pytające spojrzenia, jednak nikt nie odważył się nic powiedzieć.
- Moi przyjaciele – Czarny Pan pojawił się wśród nich zupełnie niespodziewanie. Miał idealnie skrojony mugolski garnitur, trochę połyskujący i zupełnie niemagiczny, w którym wyglądał absurdalnie i groteskowo. Severus Snape cofnął się powoli pod ścianę, skąd mógł obserwować całą scenę, nie zwracając na siebie zbytniej uwagi. Nigdy jeszcze nie widział Czarnego Pana w takim stroju i nie wróżyło to zupełnie nic dobrego.
- Drodzy przyjaciele – powtórzył. - Bardzo się cieszę, że pomimo późnej pory udało wam się wszystkim przybyć. Zapewniam was, że okazja jest ku temu zupełnie wyjątkowa.
W garniturze Voldemort wyglądał młodziej niż w czarodziejskich szatach. Pomimo ponad pięćdziesięciu lat wyglądał na niepełne czterdzieści i chociaż taka myśl mogła być dla śmierciożerców bluźnierstwem, w jakiś sposób był piękny. Nie atrakcyjny w sensie seksualnym, ale właśnie piękny, łącząc w sobie cechy męskie i kobiece, ludzkie i zwierzęce.
- Chciałbym wam dziś opowiedzieć, jak bardzo jesteście dla mnie ważni. Cała walka, którą toczymy wspólnie, to nie jest tylko moja walka, ale całego czarodziejskiego świata. Świata, gdzie nam, czarodziejom zostanie przywrócone należne miejsce. Ale ta walka nie toczy się tylko na polach bitew, ale przede wszystkim w każdej czarodziejskiej rodzinie. Każde nowe dziecko czystej krwi jest krokiem do zwycięstwa.
No tak, pomyślał Snape. Rodziny i koligacje, kolejna wielka obsesja Czarnego Pana. Każdy ślub wśród jego zwolenników musiał uzyskać jego akceptację, a na relacje damsko-męskie patrzył jak na wielki plan genetyczny, który miał mu zapewnić panowanie.
- Wasze szczęście jest dla mnie ważne – mówił łagodnym i ciepłym głosem, a Severus czuł, jak ciarki przechodzą mu po plecach. - Dlatego tak bardzo boli mnie, kiedy zatajacie powody swojej radości… - Voldemort zrobił pauzę, przyglądając się twarzom swoich śmierciożerców. Przez moment Snape był pewien, że o nim mowa. Zastanawiał się tylko, kto ich zdradził i czy zdoła ostrzec Lily, kiedy Czarny Pan wrócił do przerwanego wątku.
- Aureusz Postlethwait – krzyknął – przyjacielu, dlaczego zdecydowałeś się zachować swoje szczęście w sekrecie?
Wokół młodego chłopaka momentalnie zrobiło się pusto, jakby był trędowaty. Snape słabo go znał. Były trzy powody, dla których przyłączano się do Voldemorta: potęga czarnej magii, ideały czystości krwi oraz władza. Tamten chłopak był z tej ostatniej grupy. W chwili, kiedy Pan zwrócił się do niego, zaczął się trząść.
- Ja… Panie… - wybąkał, ale Voldemort nie zwracał na niego najmniejszej uwagi.
- Nasz przyjaciel, Aureusz, poznał słodką dziewczynę, nie pamiętam jej imienia, nie jest tutaj ważne. Potem nasz przyjaciel się zakochał – czarodziej prawie szeptał, ale wszyscy słyszeli go wyraźnie. - Jego wybranka ma jasne włosy, niebieskie oczy i jest mugolką. To pech. Mimo to zamierzał się nawet z nią ożenić i nic nam o tym nie powiedział! Ale ja chciałbym dziś spełnić jego marzenie. Bella! Goście! - krzyknął i Bellatrix Lestrange wepchnęła do sali stolik na kółkach, nad którym unosiła się jasnowłosa kobieta. Była przytomna, ale jej usta zablokowano jakimś zaklęciem i tylko desperacko wypatrywała swojego narzeczonego, który odwrócił głowę.
- Trzeba chyba przebrać naszego gościa – zwrócił się ponownie do Bellatrix, która najpierw zaklęciami zdarła z kobiety ubranie, a potem wyjęła spod stolika kawałki białego jedwabiu i koronki oraz dużą igłę. Potem pomału, poruszając różdżką, zaczęła przyszywać materiał do skóry kobiety.
- Tańcowała igła z nitką, igła pięknie, nitka brzydko** – śpiewała cicho Bella, a igła wbijała się w piersi kobiety. Krew kapała na obrus, dziewczyna ciągle była przytomna, ale nie mogła ani krzyczeć, ani się poruszyć.
- Igła górą, nitka bokiem, igła zerka jednym okiem – z poznaczonego krwawą fastrygą ciała zwieszały się płachty materiału przypominające bardziej kawałki skóry niż suknię.
Severus wpatrywał się to w kobietę, to w młodego Postlethwaita. Mężczyzna klęczał na kolanach zupełnie zdruzgotany. No zrób coś, myślał Snape, jeszcze nie zabrali ci różdżki, Malfoy na dwunastej, Avery na czwartej, zdążysz ich zabić i możesz próbować się z nią teleportować. Albo przynajmniej ją dobić. Dlaczego tego nie zrobisz, tchórzu?
Voldemort zaklaskał w dłonie.
- Wspaniale. A teraz panna młoda nie odmówi chyba nam wszystkim tańca? Zrobił ruch różdżką i nadgarstek dziewczyny wygiął się pod nienaturalnym kątem. Wkrótce do zabawy przyłączyli się inni i wiszące ciało podskakiwało jak lalka na sznurkach. W tym momencie było już jasne, że trzyma się przy życiu tylko dzięki magii.
- To bardzo rozczarowujące, że się do nas nie przyłączysz, Aureuszu – powiedział smutno Voldemort. - Jednakże ostatnią zabawę zostawiłem wyłącznie dla ciebie – podał klęczącemu czarodziejowi małe pudełeczko. - Pomyślałem, że chciałbyś założyć obrączkę. Tylko uważaj, to potrafi bardzo rozgrzać kobietę. - Na sali rozległy się rubaszne śmiechy.
Ruchem różdżki czarodziej otworzył pudełko i trzęsąc się, przelewitował pierścionek w kierunku narzeczonej. Wyczuwał od niego gorąco.
Dziewczyna szeroko wytrzeszczyła oczy ze strachu. Czarodziej jęknął i obrączka ze stukiem uderzyła o posadzkę.
- Nie mogę. Błagam, Panie, ja proszę, nie, błagam, błagam – nie wiadomo było czy prosi o łaskę dla dziewczyny, czy o to, żeby to nie on musiał wykonać wyrok.
Snape poczuł, że robi mu się niedobrze. Ale po co w zasadzie ta cała szopka, myślał gorączkowo. Mało to śmierciożerców pieprzy na boku mugolki, rozlewając drogocenne magiczne nasienie szerokim strumieniem? Trzeba było robić to dyskretnie i w razie zużycia materiału, jak mawiali, sprzątać po sobie. Nagle zrozumiał, nie chodziło ani o czystość krwi, ani o mugoli. Temu żałosnemu tchórzowi chyba rzeczywiście na niej zależało, musiał coś do niej czuć, coś, co było poza sposobem pojmowania i kontrolą Czarnego Pana. Miłość go brzydziła. To dlatego nie do końca przepadał za Narcyzą, nie miał nic do zarzucenia czystokrwistej arystokratce, ale odrzucało go to, co czuła do Lucjusza. Przeszedł go dreszcz, kiedy pomyślał o Lily.
- Ponawiam moją propozycję – powiedział łagodnym głosem Voldemort. - Imperio!
Mężczyzna zrobił ruch różdżką i obrączka znowu znalazła się w powietrzu. Lewitowała aż do jej wykręconej dłoni i powoli wsunęła się na palec, który po chwili zaczął puchnąć jak rozgrzane mięso. Potem żar zaczął rozchodzić się po jej ręce, powodując pęcherze na skórze i dopiero kiedy doszedł do jej serca, dziewczyna opuściła bezwładnie głowę, a jej oczy zaszły mgłą. W sali zapanowała zupełna cisza i tylko Aureusz oddychał ciężko.
- Zawiodłeś mnie – zwrócił się do niego Czarny Pan. - Co powinienem teraz z tobą zrobić? Jakieś pomysły, przyjaciele? Severusie? - Celowo zwrócił się do niego, bo był ciekaw jego reakcji. Snape sam pochodził z mieszanej rodziny i czasem jego zaangażowanie w kwestię czystości krwi budziło w Czarnym Panu wątpliwości.
Severus przez chwilę patrzył z obrzydzeniem na klęczącego śmierciożercę. Mogłeś próbować ją uratować, mogłeś skrócić jej cierpienia.
– Crucio! - krzyknął.
Zaklęcie uderzyło z taką siłą, że mężczyzna przewrócił się i wytrzeszczył oczy z bólu. No proszę, tyle nienawiści, Voldemort uśmiechnął się na myśl o tym, co dobrze podana idea była w stanie zrobić z umysłami ludzi. Zaklaskał w ręce i jego strój zmienił się w tradycyjną szatę. Jeżeli Aureusz przeżyje serię Cruciatusów można go było zostawić przy życiu, żeby pamiętał i przypominał innym. Przynajmniej na razie.
- Dobrze, koniec zabawy na dziś – teraz mówił już bez sztucznej wesołości. - Posprzątajcie potem to ścierwo – wskazał gestem na to, co zostało z mugolki i wyszedł z sali.

Niebo nad lasem robiło się szare, kiedy Severus Snape wracał błotnistą drogą do domu w Harwood Dale Forest. Tak jak wtedy, kiedy wychodził, teraz też nie potrafił się zmusić, żeby iść najprostszą drogą, ale spacerował przez las. Był przerażony. Ze wszystkich sił żałował, że tego lata wszedł do mieszkania Lily w skórze Jamesa. To był mały kamyk, który uruchomił tę całą lawinę zdarzeń. Gdyby nie to, mieszkałaby spokojnie z tym śmieciem, większość czasu spędzałaby w domu, wkrótce wzięłaby ślub i urodziłaby szpetnego bachora. I byłaby bezpieczna. Takich jak oni Czarny Pan mógł zostawić przy życiu, ktoś w końcu musiał mieszkać w jego państwie czarodziejów. Może nawet Potter by zginął, ale ona by ocalała. Przez chwilę przyszło mu do głowy, czy gdyby teraz on sam zniknął, zginął, to czy to by ją uratowało. Znał jednak Lily na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że w takim przypadku czarownica popełniłaby niewyobrażalną ilość głupot, wypowiadając wojnę całemu światu. Nie, to zabrnęło tak daleko, że teraz musi ją trzymać blisko siebie i chronić bez względu na wszystko.
Przed domem przeszył go dreszcz niepokoju, kiedy zobaczył, że w oknie ciągle pali się słabe światło. Czarownica siedziała na podłodze owinięta w kołdrę wpatrywała się w słaby płomień świecy. Z magnetofonu, który przyniosła ze sobą do domu dobiegały dźwięki muzyki.***
- Nie śpisz? - zapytał głupio.
Wzruszyła ramionami, nie odrywając wzroku od światełka. Jej oczy były zapuchnięte od płaczu i czerwone jak u królika.
- Tak jakoś, nie mogłam zasnąć – odpowiedziała smutno.
- Zimno tu.
- Nie chciałam marnować drewna. Teraz już nie warto rozpalać, prawie świta. Zrobisz nam kawę, Severusie Snape? Chyba mamy następny dzień przed sobą. Damy jakoś radę, co?



* Nawiązanie do piosenki Scarborough Fair
„Tell her to find me an acre of land (...)
Between salt water and the sea strands „
** zdaję sobie sprawę, że jest to wiersz Brzechwy, ale założyłam ze w języku Angielskim, którym posługują się bohaterowie są równie popularne rymowanki o igiełce, których my nie znamy, a ten tekst jest ich odpowiednikiem
***Kawałek który tamtej nocy wypluł magnetofon to „Cry Me a River” Ella Fitzgerald https://www.youtube.com/watch?v=2Gn9A-kdsRo

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime I-XXI

Postautor: labruja » 21.07.15, 08:22

XXII

- Ona jest troszkę upośledzona, że tak powiem - Vernon Dursley ściszył głos prawie do szeptu. - To daleka krewna mojej żony, wie pan, takie rzeczy zdarzają się w najlepszej rodzinie, nie ma środków do życia i czasem jej pomagamy.
Mężczyzna, z którym rozmawiał, zupełnie nie przejął się tą informacją i dalej obserwował rudą dziewczynę, która krzątała się ze szmatą w drugim pokoju. Była trochę za chuda i miała dziwaczne, niemodne ubrania, ale jej tyłek w obcisłych jeansach wyglądał całkiem atrakcyjnie. Lily skończyła wycierać biurko i zrobiła dla Vernona i jego gościa herbatę.
- No już, mała – jej szwagier cmoknął tak, jak się cmoka do psów – idź teraz na zaplecze i posprzątaj coś. Chcemy porozmawiać.
Czarownica zagryzła zęby i wyszła z gabinetu. Pokusa, żeby potraktować Vernona Dursleya brzydkim zaklęciem, które na przykład dorobi mu świński ogon, albo przynajmniej dodać eliksiru na rozwolnienie do herbaty, była ogromna, ale zawsze udawało jej się jakoś opanować. W mugolskim świecie miała skończone zaledwie kilka klas szkoły podstawowej i znikome szanse na lepsze zatrudnienie. Oczywiście mogłaby sfałszować świadectwa, ale to była delikatna magia i w dodatku Wydział Niewłaściwego Użycia Czarów był bardzo na to cięty.
Ojciec jej szwagra miał małą firmę produkującą świdry, w której zatrudniał Vernona i jego siostrę. Od kiedy Lily skończyła siedemnaście lat pracowała u nich czasem, a za zarobione pieniądze mogła kupić sobie ubrania i kosmetyki.
- To moja decyzja, że tu jestem – mruknęła do siebie, a szczotka do czyszczenia toalet zaczęła sama wykonywać swoją pracę pod wpływem prostego zaklęcia. - To jest uczciwa praca, robię coś i mogę za to żyć. Co nie zmienia faktu, że gdyby mój mąż wiedział, jak ta spasiona świnia się do mnie zwraca, zrobiłby z niego mięso mielone. Wyciągnąłby mu mózg przez uszy.
Ta myśl dodawała jej otuchy, chociaż zdawała sobie sprawę, że o pewnych rzeczach nigdy nie powie Severusowi. On był głupio dumny i strasznie drażliwy na punkcie tego, co może go obrazić, więc nigdy w życiu by jej nie pozwolił tu przychodzić, gdyby wiedział, jak to wygląda. Powiedziała mu, że ma interesującą pracę biurową u rodziny. W końcu co hańbiącego może być w robieniu porządku? Niech się wstydzą ci, którzy zarabiają krzywdząc innych.
Drugim jej zadaniem było sprzątanie biurka Marjorie Dursley, brzydkiej, grubej dziewczyny, która śmierdziała psami i roztaczała wokół siebie absolutny chaos. Posprzątanie jej gabinetu wymagało w zasadzie wykonania za nią części pracy; posegregowania faktur, zrobieniu korekt not obciążeniowych i poprawieniu błędów w ofertach. Chociaż czarownica nigdy nie uczyła się księgowości, to numerologia nauczyła ją dokładności w cyfrach, co w połączeniu ze zdrowym rozsądkiem i kilkoma sprytnymi zaklęciami pozwalało ogarnąć pokój.
- No, gotowe – powiedziała do siebie po czterech godzinach – ale kiedyś rzucę to w cholerę, a na do widzenia zrobię im taki porządek, że do końca świata nic nie poznajdują.

W czasie kiedy ona męczyła się w fabryce świdrów, Severus Snape układał kartony książek i notesów w magazynie sieci jednej z księgarni. Nie był do tego specjalnie entuzjastycznie nastawiony, ale Lily tak długo wierciła mu dziurę w brzuchu, aż się zgodził. Jej niedoczekanie, żeby ona czyściła podłogi, a on czytał Nowoczesną Alchemię przed kominkiem. W pierwszy dzień pracy przez godzinę ćwiczył różne zaklęcia zmieniające wygląd, zanim zdecydował się wyjść z domu.
- To nie wygląda dobrze. Jak dla mnie wystarczy, jak zepniesz te włosy i się uśmiechniesz. Wtedy na bank cię nikt nie pozna – zachichotała Lily na widok zmienionych magią rysów.

Kiedy czarownica wróciła wieczorem do domu, w oknach paliło się światło. Lily była tego dnia wyjątkowo zirytowana, bo po pierwsze była głodna, a po drugie wychodząc spotkała Marjorie, która zawsze doprowadzała ją do białej gorączki. Gdyby tylko można było to babsko nadmuchać jak balon i wypuścić w niebo, aż do chmur. W pokoju było przytulnie ciepło, a Severus siedział przy stole i czytał. Zajrzała do garnka, ale wczorajsze resztki ziemniaków wyskrobała do śniadania. James gotował – przypomniało jej się, ale zdecydowała się ten komentarz zostawić dla siebie. Severus potrafił całymi tygodniami żywić się chlebem z konserwami i zupełnie nie pomyślał, żeby zrobić chociaż makaron z sosem z puszki.
- Znowu napaliłeś – powiedziała na powitanie. – Przecież nie ma nawet porządnego mrozu. Widziałeś, ile jeszcze drewna zostało? Jest połowa stycznia, a już prawie nic nie mamy, jak ty sobie to wyobrażasz?
Wzruszył ramionami, nie odrywając głowy od książki.
– To ty chciałaś tu mieszkać.
- Facet obiecał, że będzie opał na cała zimę.
- Ale nie ma, jak widać – odpowiedział poirytowany.
- Byłby, gdybyś sauny nie robił. Teraz chcesz mi udowodnić, że ten dom się nie nadaje.
- Bo się nie nadaje – prychnął.
Sam się nie nadajesz, pomyślała, ale po raz drugi w ciągu pięciu minut ugryzła się w język.
- Kombinowałeś coś z tymi rurami? - zapytała w końcu.
Od trzech dni leciała tylko cienka stróżka ciemnobrunatnej wody i musieli nosić wodę ze studni, co nie było zbyt wygodne. Lily założyła, że skoro w jej domu matka prosiła o takie rzeczy ojca, to teraz Severus też się tym zajmie.
- Jestem alchemikiem, nie hydraulikiem, nie wiem, czy pamiętasz. Poza tym, jak widać, teraz jestem zajęty. Próbuję założyć tu jakieś zabezpieczenia magiczne. Przyznasz chyba, że jest to ważniejsze.
- Ważniejsze od umycia się, super. Cóż, wyrażenie czarna magia nabiera w tym kontekście nowego znaczenia.
Czarownica zrobiła sobie kanapkę i nie odzywając się więcej, zabrała się za rozkręcanie syfonu. Po dwóch godzinach była cała brudna, a na podłodze leżał stos przerdzewiałych śrubek i rurek. Severus co jakiś czas zerkał na nią znad książki. Był wściekły, ale cała sytuacja zaczynała go też lekko bawić. Miała zaciśnięte usta i skupiony wyraz twarzy jak dziecko, które buduje coś z klocków. Po północy Lily poniosła ostateczną porażkę na polu mugolskiej hydrauliki i spróbowała użyć tej magicznej. Trasmutowała rury, scalała je czarami i rzucała zaklęcia przywołujące magię żywiołów. W tym czasie Snape chodził po domu, mamrocząc jakieś zaklęcia, pisał kredą na ścianach znaki i spalał pojedyncze włosy Lily, które znalazł na poduszce. Przez moment zaciekawiła się zaklęciami, ale była zbyt obrażona, żeby się do niego odezwać. Dopiero kiedy kran był gotowy, trochę się rozpogodziła.
- Wcale nie było takie trudne, jak komuś się chce, a nie się obraża – powiedziała do siebie, ale na tyle głośno, żeby słyszał.
Triumfalnie odkręciła kran i rzeczywiście w pierwszej chwili popłynęła krystalicznie czysta woda. Niestety po chwili strumień stał się silniejszy i większy, zanim zdążyła go zahamować zaklęciem, woda rozsadziła rury, które z trzaskiem rozpadły się na kawałki, i zalała sufit, dużą część pokoju i samą czarownicę.
- No, jasny szlag by to trafił - Lily tupnęła jak rozzłoszczona dziewczynka i rozpłakała się z bezsilności. Severus, który rzadko się uśmiechał, teraz musiał powstrzymywać się, żeby nie parsknąć śmiechem. Czarownica najwidoczniej próbowała zaklęciem pertraktować z podziemną żyłą wodną, ale trafiła na jakąś wyjątkowo niesubordynowaną.
- No i co cię tak cieszy, Snape? Wiesz, ja przynajmniej staram się coś dla nas robić, a nie siedzę i sobie czytam. W ogóle to nie ja powinnam to robić, tylko ty, ale ty robisz tylko jakieś mroczne czary–mary, a jak trzeba coś konkretnego zrobić to już gorzej.
Uśmiech momentalnie zniknął z twarzy mężczyzny. Przez kilka ostatnich dni zbierał wszystkie książki i pergaminy ze starymi zaklęciami zabezpieczającymi. Próbował wymyślić coś, co ochroni ten dom i Lily, a ona w tym czasie zawracała mu głowę drobiazgami. Wiedziała, jak to wygląda, kiedy decydowała się tu zamieszkać. Tej nocy spali odwróceni do siebie plecami, starając się za wszelką cenę nie dotykać. Wąska kołdra była naciągnięta, a przez szczelinę wpadało chłodne powietrze, jednak żadne z nich nie zdecydowało przesunąć się na tyle, żeby się ogrzać.

Kiedy się obudziła, w pokoju było już jasno, a Severusa nie było w domu. Teleportowała się do swojego drugiego mieszkania, które posiadało sprawny kran, umyła się i spokojnie poszła do instytutu. Ciągle była poirytowana, ale już dużo mniej niż poprzedniego dnia. W końcu nic takiego się nie stało, czy on musi się o wszystko obrażać i brać do siebie? W sali warzenia zastała tylko Rubena i kiedy jej mąż nie pojawił się do południa, zaczęła się niepokoić. Nie był typem osoby, która bez powodu nie przychodzi na zajęcia, a jak zdążyła zauważyć, jego mroczne towarzystwo spotykało się raczej nocami i wieczorami. Po południu zaczęła się już solidnie martwić i cała sprawa z hydrauliką wydawała jej się niepotrzebną bzdurą. W przypływie wyrzutów sumienia, była go gotowa nawet przeprosić, musiała się jednak dowiedzieć, gdzie teraz jest. Niestety najpierw wykład Cantona znacznie się przedłużył, a potem eliksir, który przygotowywali z Rubenem, nie chciał się zagotować. Drażniło ją, że jej kolega na wszystko miał czas i nawet przygotowywanie najprostszych składników zabierało mu prawie godzinę.
- Co panienka Lily taka pośpieszona – powiedział, zauważając jej stan. - Eliksir nie lubi pośpiech, to trzeba powili jak przy gotowanie. Zmysłowo i delikatna. Moja maman robi Manjar blanco cała dnia, calutka dzień, na maleńki ogień. Słodkie i pyszne, kiedyś ja zrobię takie dla ciebie, Lily.
Była tak zamyślona, że nie zauważyła, że Ruben zaczął jej mówić po imieniu, co dla tradycyjnych latynosów znaczyło już znaczny stopień zażyłości. Zależało jej tylko na tym, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu, a jeśli tam nie znajdzie Severusa, to skontaktować się z Dumbledore’em. Teleportowała się tuż przy lesie i z daleka zobaczyła dwa duże samochody stojące pod ich domem. Wyciągnęła różdżkę i powoli, skradając się wśród traw, zaczęła zbliżać się do budynku. Na podwórku kręciło się kilku robotników, jedni wyładowali porąbane kawałki drewna i układali je pod okapem, drudzy wnosili do domu rurki i zaprawę. Cały czas ściskając różdżkę, odważyła się podejść do nich, ale nie dowiedziała się nic więcej poza tym, że robią, co szef im kazał. Severusa znalazła po dziesięciu minutach; stał w cieniu pod lasem, ze skrzyżowanymi rękami i obserwował to, co działo się na podwórku.
- To twoja sprawka? - zapytała, wskakując głową na robotników.
- W pewnym sensie. Powiedziałaś, że ci zależy.
- Błagam, powiedz mi, Snape, że to nie Imperius, bo nie ręczę za siebie.
- Mówię, że to nie Imperius – spojrzał na nią z pewnym politowaniem, jakby nie było już skuteczniejszych i bardziej subtelnych sposobów wywierania presji.
- Poważnie pytam. Jak nie Imperius, to co?
- Alchemia – odpowiedział wyraźnie z siebie zadowolony.
- Otrułeś ich i dasz odtrutkę, jak skończą? - Taka wersja była całkiem prawdopodobna, sądząc po tempie w jakim pracowali.
- Veritaserum. Zaprosiłem dziś naszego drogiego właściciela budynku na poranną herbatę. Trochę porozmawialiśmy. I przypadkiem zwierzył mi się, że nie ma prawa własności do budynku, jego stosunki z nadleśnictwem są dość napięte i wiele ma przed nimi do ukrycia. Obiecałem mu dyskrecję, a on z wdzięczności zrobi nam łazienkę i przywiezie nieco drewna. Bukowego. Jak się dziś nie wyrobią z pracą, mogę przypadkiem się wygadać. Mam nadzieję, że twoje wrażliwe gryfońskie sumienie jakoś to zniesie.
Lily czuła, że Veritaserum to nie jest najlepsza metoda na rozwiązywanie problemów, ale ten oszust sam jest sobie winien. W dodatku będą mieli opał na zimę i łazienkę. Uśmiechnęła się pod nosem.
- Jesteś wredota. Ale powiedzmy, że w tym konkretnym przypadku zostaje ci odpuszczone. Tylko nie możesz tak brać wszystkiego do siebie. Wiesz, jaka ja jestem, czasem mówię za dużo. Jak masz być ze mną szczęśliwy, to nie możesz się tak za wszystko obrażać.
- A ty możesz czasem pomyśleć, zanim coś powiesz.
- No, nie. I tak wczoraj nie powiedziałam wszystkiego, co o tobie myślę. Przepraszać cię nie mam zamiaru, zapomnij – teraz, kiedy jej mąż znalazł się cały i bezpieczny, jej skrucha znacznie zmalała.
Przez dłuższą chwilę patrzyli w milczeniu na oświetloną reflektorem chatkę i robotników kończących pomału pracę.
- Przeprosin nie będzie, ale możemy jakoś wspólnie zainaugurować wannę. Fajnie będzie, co ty na to?

***
W gabinecie Albusa Dumbledore’a wybiła północ. Dźwięki bicia zegara przebrzmiały, a potem znowu słychać było tylko miarowe tykanie sekundnika, tyk-tyk-tyk-tyk, które doprowadzało dyrektora do szaleństwa. Czas uciekał, każda sekunda działała na korzyść Voldemorta, a on nie był ani odrobinę bliżej rozwiązania zagadki. Ile jest horkruksów: dwa czy dwadzieścia? Jak je zniszczyć? Cały ten przewrót władzy też będzie mieć poważne konsekwencje, niby przez pierwsze tygodnie zbyt wiele się nie zmieniło, ale podobno przygotowywano już ustawy przeciwko czarodziejom mugolskiego pochodzenia. W tradycyjnie gryfońskiej Szkocji już słychać było głosy niezadowolenia i trzeba było działać szybko. Teraz wszyscy na niego liczyli. W końcu był Albusem Percivalem Wulfrykiem Brianem Dumbledore’em, Najwyższą Szychą Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów i Naczelnym Magiem Wizengamotu. To zobowiązywało, a on czuł się tylko zniechęcony i zmęczony. Tyk-tyk-tyk, sekundnik zdawał się biec coraz szybciej i w końcu zaklęciem zatrzymał ruch wskazówek. Oczywiście czas biegł dalej, ale nie robiąc przy tym irytującego dźwięku.
- Dość tego, pora się ruszyć, najlepiej teraz – mruknął do siebie.
Był jeden trop, który w tym wszystkim zignorował i im dłużej o tym myślał, tym mocniej dochodził do wniosku, że jest bardzo ważny. Stara rozlatująca się chata w Little Hangleton, ta sama, w której mieszkała matka Voldemorta, była w dziwny sposób odpychająca i Albus miał wrażenie, że przyniesie mu nieszczęście. Oczywiście mógł tam wysłać kogoś innego, kogoś z Zakonu albo aurorów, ale traktowałby to jak tchórzostwo. Zresztą jego szpieg twierdził, że wszystko wskazuje na to, że Voldemort nadal miał swojego szpiega w Zakonie. Oczywiście zdaniem Snape’a to wcale nie stanowiło o niewinności Blacka, raczej, że jest ktoś jeszcze poza nim. Niestety każde śledztwo w tej sprawie musiałoby zakładać posądzanie niewinnych osób o zdradę. Miał wypisać na kartce wszystkich podejrzanych? Dodać do listy okoliczności, które mogą wskazywać na ich winę? Gdyby ktoś się dowiedział o takich podejrzeniach, wprowadziłoby to atmosferę strachu i wzajemnych oskarżeń. Albus Dumbledore wolał już z dwojga złego pozwolić sobie na pewien wyciek informacji niż zniszczyć zaufanie, które łączyło jego ludzi. Tak czy inaczej, przez to niektóre rzeczy musiał zrobić sam. Dyrektor otworzył okno i wypuścił w mroźną noc feniksa, jeżeli coś pójdzie nie tak, na niego zawsze mógł liczyć.

Noc była jasna i księżyc oświetlał chylącą się do ziemi chatkę. Trzeba się było dobrze przyjrzeć, żeby w ogóle dostrzec ją wśród drzew i chaszczy, które porastały budynek, którego ściany znikały w nieprzyciemnionym mchu. Kiedy Albus zbliżył się do drzwi, zobaczył przybite do nich coś, co kiedyś musiało być wysuszonym, zmumifikowanym wężem. Rzucił zaklęcie chroniące przed ewentualnymi klątwami i ostrożnie wszedł do środka. Było zupełnie ciemno i dopiero po chwili znalazł kilka starych świeczek, zapalił je i rozejrzał się po pomieszczeniu. Boleśnie przypomniało mu stary dom, w którym mieszkali razem z Arianą i Aberforthem: podobne zniszczone meble, zarwane łóżko w kuchni, lekko zgniły zapach żalu mieszkania w rozlatującej się chacie, podczas gdy sąsiedzi mugole opływali w luksusy. Miał do dyspozycji całą noc, więc wyjął z kieszeni paczkę cytrynowych dropsów, rozsiadł się w fotelu i zaczął się zastanawiać, od czego zacząć poszukiwania. Horkruks był gdzieś blisko, na wyciągnięcie ręki, czuł jego obecność, tak jak się wyczuwa drugiego człowieka, a możne raczej potwora, czającego się za szafą. Ponieważ rozkład domu i meble były tak znajome, z łatwością mógł sobie wyobrazić, gdzie szukać i po chwili przetrząsania szaf znalazł to, po co przyszedł. Czy to możliwe, że poszło tak łatwo?

Coś mignęło w słabym świetle świecy i zabrakło mu tchu z wrażenia, bo to, co znalazł, było przy okazji czymś, czego szukał przez wiele lat, czymś, za co osiemdziesiąt lat temu oddałby wszystko. Gellert mówił, że najpotężniejszym z Insygniów jest Czarna Różdżka, ale Albus najbardziej pragnął dostać w swoje ręce kamień wskrzeszenia. Cofnąć czas, zburzyć barierę między życiem a śmiercią, choćby na chwilę, choćby wszystko było tylko złudzeniem. Piękny, połyskujący na czarno kamień ze znakiem Insygniów Śmierci był wprawiony w złoty pierścień, który wystarczyło założyć, tylko na jedną chwileczkę, żeby wszystko było jak dawniej. Zakręciło mu się w głowie i przymknął oczy, przez moment zdawało mu się, że wcale nie jest w chacie Gaunta, ale w swoim dawnym domu, poczuł nawet jego zapach: kurzu, książek i kóz Aberfortha.
- Ariana… - powiedział cicho i prawie bezwiednie założył pierścień na palec.
Potarł kilka razy kamień palcem, jak kazała legenda, ale nic się nie zmieniło. Nie było skał rozwierających bramy Hadesu ani błyskawic czy szczekania Cerbera. Rozejrzał się po pokoju i zobaczył ją, siedzącą z kolanami pod brodą na zarwanym tapczanie, dokładnie w miejscu, gdzie siadywała kiedyś w ich domu. Bardziej materialna niż duch, bardziej mglista niż człowiek.
- Cześć, bracie – powiedziała cicho.
Zdziwił się, że odezwała się do niego tak po prostu. Od czasu wypadku bardzo trudno było się z nią porozumieć, najczęściej przebywała w swoim świecie, rozmawiając raczej z wymyślonymi postaciami niż z ludźmi.
- Ty… ty jesteś Ariana… tak? Czy jesteś tylko moim wyobrażeniem?
- Jestem Ariana. Ale nie wiem czy wyobrażona, czy tamta. Tamta umarła, więc chyba nią nie jestem, ale wydaje mi się, że w jakiś sposób jestem prawdziwa.
Albusowi jej słowa skojarzyły się z dziecinną książką o Alicji, która równocześnie jest i nie jest tą Alicją.
- Wybaczysz mi? To byłem ja, prawda? Ja cię zabiłem, wiem o tym. Przepraszam. Zaklęcie odbiło się od skały, to działo się tak szybko, ja...
- To nie ma żadnego znaczenia – przerwała mu. - Nie powinieneś zakładać tego pierścienia, zdejmij go natychmiast.
- Zaraz, jeszcze chwila, muszę wiedzieć, czy jesteś prawdziwa. Rozumiesz, muszę to wiedzieć – przez chwilę rozglądał się po chacie, jakby nie do końca wiedział, gdzie się znajduje. - Musisz powiedzieć mi coś, o czym nie mogę wiedzieć, czekaj… albo nie – wyjął z kieszeni pomiętą kartkę pergaminu, na której Minerwa przygotowała mu spis proponowanych ocen semestralnych dla siódmego roku. - Masz, pamiętasz te kwiaty, które robiłaś? Zrób mi taki. Chcę wiedzieć, czy mi się nie śnisz. Czy spotkałem cię naprawdę. Inaczej nie uwierzę.
Zjawa wzięła od niego kartkę i zaczęła szybko zginać ją na mniejsze kawałki. Kilka razy się pomyliła, być może z pośpiechu, a być może dlatego, że zmarli też zapominają przez lata. W końcu jednak udało jej się odtworzyć papierowy kwiat.
- Masz. A teraz zdejmij ten straszny pierścień i nie myśl już o mnie. To nie ma znaczenia, tylko życie...
Zdjął pierścień, a ostatnie słowo, życie, życie, życie odbijało się w jego głowie jak echo w pustej studni. Dopiero po kilku sekundach poczuł straszliwy palący ból w dłoni. Dotknął ręki różdżką, żeby się wyleczyć, ale to nic nie pomogło. No tak, pomyślał, odsunęłam zasłonę świata zmarłych i chyba tak zupełnie cały z tego nie wyjdę. Ostatkiem sił schował do kieszeni pierścień i papierowy kwiat i chwiejąc się na nogach, wyszedł z chaty. Chłodny wiatr na chwilę go otrzeźwił, ale ciągle był zbyt słaby, żeby się teleportować. Szedł przez chwilę, nie bardzo zdając sobie sprawę, gdzie w ogóle idzie. W końcu upadł na chłodną ziemię i jedyne, co pamiętał, to znajomy głos Fawkesa, a potem po długich chwilach bezsilności i bólu gderliwy głos Madame Pomfrey.
- To się mogło źle skończyć, dyrektorze. Bardzo źle. Teraz zajmę się rękę. Czy pan się gdzieś oparzył?
Dyrektor syknął z bólu, ale wyprostował się na łóżku i usiłował beztrosko się uśmiechnąć. Poppy była cudowną kobietą, ale obawiał się, że z tym zadaniem sobie nie poradzi. Nie podoła też brzemieniu tajemnicy, że Albus Dumbledore jest kaleką z uschniętą ręką.
- To nic, zupełnie nic, Poppy, draśnięcie tylko. Zaraz pójdę do swojego gabinetu i sam się tym zajmę. A ty idź proszę po Horacego i przekaż mu, że ma w tej chwili sprowadzić mi Snape’a.
- Snape’a? - zainteresowała się pielęgniarka. – Nie kojarzę.
- Horacy będzie wiedział, gdzie go szukać, pewnie jest już w instytucie. Ten nieborak skończył szkołę, a został mu pewien szlaban do odpracowania u mnie. No idź już!

***
Severus Snape nigdy nie palił papierosów. Kojarzyły mu się z warsztatem ojca, pubem na rogu ulicy i całym tym mugolskiem syfem, który zostawił za sobą. Papierosy dawały jednak nie tylko dawkę rozluźniającej nikotyny, ale przede wszystkim pozwalały czymś zająć myśli i dłonie. Gdyby Severus Snape palił papierosy, mógłby wypalić ich tamtej nocy całą paczkę, ponieważ jednak tego nie robił, próbował zająć się całą masą rzeczy od czytania podręcznika „Trucizny starożytne” do porządkowania szafki na składniki, ale na niczym nie potrafił skupić się dłużej niż pięć minut. Za oknem lał deszcz, wiatr zerwał z dachu kilka dachówek, a Lily wciąż nie było w domu. Wyszła z instytutu pierwsza, kwadrans po siedemnastej, a po północy ciągle nie było jej w domu. Podejrzewał, że zatrzymały ją sprawy Zakonu, co wcale nie było jakoś szczególnie pocieszające. W obecnej sytuacji politycznej chodzenie po Pokątnej w biały dzień było niebezpieczne, a co dopiero włóczenie się po nocy nie wiadomo gdzie i z kim. Jak miał ją do diabła chronić, skoro znikała gdzieś na całe wieczory? W końcu teleportowała się tuż za drzwiami i weszła, ociekając wodą na drewnianą podłogę.
- Gdzie byłaś? - rzucił jej na powitanie oschłym tonem.
- A można zacząć od dzień dobry, jak miło cię widzieć, herbaty ciepłej zrobiłem…?
- Pytam się, gdzie byłaś? Cały wieczór na ciebie czekam.
- Ja się strasznie cieszę, że na mnie czekałeś, poważnie – powiedziała, zdejmując mokre ubrania i stawiając czajnik na piecu. – Jednak pamiętasz, że nie gadamy o tych sprawach? Możesz przyjąć, że uganiałam się po krzakach za śmierciojadami, ale żadnego nie złapałam i do tego zmokłam za wszystkie czasy, co mi znacznie obniżyło libido, a podwyższyło chęć zjedzenia czegoś ciepłego. Zostało coś?
Wziął głęboki oddech, starając się uspokoić i nie stracić nad sobą panowania.
- Nie śmiej się z tych rzeczy, ty nie rozumiesz, nie wolno ci...
Teraz to Lily się zirytowała.
- Ja bardzo dobrze rozumiem. Mam się nie śmiać? Płakałam już dość, jak ciebie nie było. Oczu mi nie starczy na to płakanie. Mam męża śmierciojada, to teraz to się już tylko z tego śmiać można. Co mi innego zostało?
- Wiedziałaś. Wiedziałaś, kim jestem – przerwał jej.
- A ty wiedziałeś, kim ja jestem - pocałowała go pojednawczo w policzek, ale odsunął się obrażony.
- No dobra, niech ci będzie. Siedziałam z Peterem w krzakach i obserwowaliśmy jeden dom pod Birmingham. Wiesz, kto wchodzi, kto wychodzi, czy jakiejś sowy nie da się przechwycić. Psa z kulawą nogą nie było, padało, na szczęście Pete miał kanapki. Z serem i sałatą jak mam być dokładna. Po północy nas zmienili i tyle przygody. Epickie akcje mnie jakoś omijają, ale fajnie nam się w tych krzakach gadało. Zadowolony ze spowiedzi?

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXIII

Postautor: labruja » 27.07.15, 18:24

XXIII

Ktoś zdecydowanie przesadził z ogrzewaniem. Na dworze chwycił lutowy ziąb, a w Instytucie Eliksirów i Antidotów Magicznych trzydziestu studentów wszystkich lat, stłoczonych w jednej sali, słuchało wykładu profesora Jonatana Cantona i umierało z gorąca. Może tylko Ruben, przyzwyczajony do południowoamerykańskich upałów, słuchał skupiony, notując najważniejsze kwestie.
- Naparstnica, tojad, herba sardonica, wilcza jagoda, konwalia, ciemiężnica zielona… Nie będę wymieniać dalej, bo, jak rozumiem, przeczytali państwo zadane lektury. Rośliny trujące, w których substancja szkodliwa jest nam dana z natury. Jedyną rolą alchemika, który będzie warzyć truciznę, jest wyciągnięcie ich i wplecenie w skład eliksiru.
- Ten facet jest psychopatą – szepnęła Lily do jasnowłosej dziewczyny, która siedziała obok niej. – Pomyślałby kto, że sobie tak truciznę dwa razy w tygodniu warzy.
- A znasz jakiegoś normalnego warzyciela? - zachichotała Pandora. – Wszystkim nam te opary z kociołków szkodzą na głowę.
- A przy okazji, Dora, przejrzyj moje notatki do pracy własnej i jak możesz, powiedz mi, co sądzisz, ok? - podała koleżance grubą, związaną sznurkiem teczkę.
- Czy ja paniom z czwartego rzędu nie przeszkadzam? - zwrócił się do nich prowadzący. - Nie? Cieszę się. Wracając do tematu. Zastosowanie roślin trujących jest znane zarówno w alchemii, ale nawet w jakimś zakresie w użyciu mugoli. Nie będę się w tej chwili rozwodził chociażby nad otruciem dowódcy rzymskiego, Germanika. – Canton znany był z tego, że podczas wykładów przeskakiwał na najróżniejsze tematy, od historii mugoli przez kulinaria, za każdym razem popisując się swoją erudycją. - Chodzi mi jedynie o to, że znalezienie trującej rośliny oraz przygotowanie jej zgodnie z przepisem, nie jest istotą tego, co nazywamy alchemią. Każdy przedmiot, roślina, inna cząstka organiczna, ale też minerał czy płyn, ma w sobie magiczną esencję, siłę, jaka przez setki lat osadziła się w nim przez to, czego jest symbolem. Alchemik, w odróżnieniu od kucharza czy mugola, pracuje przede wszystkim na symbolicznym znaczeniu przypisanym przedmiotom. Drodzy państwo, czy ktoś z was odważyłby się spróbować wywaru z wilczej jagody?
Na sali zapanowała zupełna cisza.
- Nie? Nie dziwię się wam, a jednak znam plemiona i ludy, dla których to ziele ma moc uzdrawiania i stosując je w alchemii, całkowicie ignorują jej szkodliwe działanie. Po prostu dla nich ta roślina jest czymś innym niż dla nas. To, co dotyczy składników, stosuje się też do związków między nimi. Tak samo możemy uzyskać absolutnie morderczą truciznę ze składników, które każde, samo w sobie nie jest szkodliwe. Ich połączenie będzie niosło ze sobą pewną treść, tak jak z pozornie niegroźnych sylab można utworzyć śmiercionośne zaklęcie. Cała alchemia przypomina najbardziej pisanie wierszy; z różnych słów, którym my sami nadajemy znaczenie, można stworzyć praktycznie wszystko. Pewnie mógłbym was nawet nauczyć, jak uwięzić w butelce sławę, uwarzyć chwałę, gdyby tylko pozwolił nam na to napięty program. Tak czy inaczej, czeka was pewne zadanie… - zaczął, ale nie skończył, bo rozległo się głośne pukanie do drzwi i do sali weszło trzech młodych aurorów z wyciągniętymi różdżkami.
- Prowadzę wykład – powiedział zupełnie spokojnie alchemik. – Możecie panowie poczekać na zewnątrz, aż skończę.
Młodzi mężczyźni najwidoczniej nie przywykli do tego, że są w ten sposób wyrzucani za drzwi, bo niespeszeni stali dalej w miejscu.
- Czy na sali jest Lily Evans?
Czarownica niepewnie wstała, czując na sobie gniewny wzrok profesora Cantona.
- Jeżeli to możliwe, chcielibyśmy, żeby pani z nami pojechała. To zajmie tylko chwilkę.
Lily jak najszybciej spakowała swoje rzeczy, starając unikać się wzroku Severusa, Cantona i w ogóle całej grupy, która będzie miała przez najbliższe kilka dni pożywkę do plotek. Na ulicy przed instytutem nie teleportowali się, tak jak się tego spodziewała, ale przeszli przez Dziurawy Kocioł na mugolską stronę Londynu i rozglądając się co chwila z przygotowanymi pod płaszczami różdżkami, znaleźli niebieskiego Forda na londyńskich rejestracjach. Lily poczuła się zaciekawiona, ale też trochę zaniepokojona. W końcu miała dość mocne relacje z pewnym śmierciożercą.
- Ale słuchajcie, nie przyszliście mnie chyba zaaresztować, co? - Znała z widzenia tych młodych aurorów i po formalnym przywitaniu w instytucie zwracali się do niej po imieniu. O ile się nie myliła, byli w Gryffindorze trzy albo cztery lata wyżej niż ona i przyjaźnili się z Jamesem.
- To zależy czy masz coś do ukrycia - zaśmiali się.
- No bez przesady. Jesteście zawodowcy, na każdego haka znajdziecie, jak dobrze poszukacie.
- O, już nie jest tak prosto. Teraz, jak się chce kogo aresztować, trzeba tony pergaminu wypisywać – wsiedli do samochodu i zapięli pasy. - Chociaż w sumie, jak ci bardzo zależy, to po starej znajomości mogę się umówić na indywidualne przesłuchanie w Dziurawym Kotle. – Auror, którego zapamięta jako Benjamina, uśmiechnął się szeroko. - Ale ty chyba jesteś...
- Już nie jestem z Jamesem – ucięła. - A teraz mówcie, o co chodzi.
Po drodze kupili cztery kawy na wynos w mugolskiej kawiarni – za fundusze operacyjne, ostatnia okazja, zanim zetną środki na działania w świecie mugoli - i przebijając się bez użycia magii przez londyńskie korki, zaczęli wprowadzać Lily w sytuację. A ta nie wyglądała szczególnie wesoło.
- Tak w ogóle zacznijmy od tego, że nie jesteśmy teraz w pełni oficjalnie. W sumie Królik się wkurzy, jak się o tym dowie.
- Królik? - zdziwiła się Lily.
- Nasz nowy szef – wyjaśnił kierowca. - Wyciągnęli go jak królika z kapelusza, a poza tym odznacza się równą walecznością, stąd ten nieoficjalny przydomek operacyjny. Nasze nowe priorytety to pilnowanie, żeby świat mugoli i nasz za bardzo się nie przenikały. Jak się Królik dowie, że w tym grzebiemy, do końca świata będziemy patrolować Nokturn o poranku. Ale po kolei. Dwa dni temu, pewna szuja, Sylwester Alford wszedł do domu pewnej mugolki. Zapewne chciał ją zgwałcić i zamordować. Tylko że na jego nieszczęście, akurat był pod obserwacją i przeszkodziliśmy mu w tête-à-tête.
- To chyba sytuacja jasna – zapytała Lily, dopijając resztę kawy.
- Niezupełnie. Rzucił na kobietę Obliviate i to z taka siłą, że nic się z jej wspomnień nie wyciągnie. Twierdzi bezczelnie, że się w niej kocha i przyznał się, że użył magii do… zbliżenia. A to już jest przestępstwo obyczajowe, nie kryminalne, że się tak wyrażę. Facet jest ze starej rodziny, więc proces był nadzwyczajnie szybko i sukinsyna uniewinnili wczoraj.
- Mam go otruć? Da się zrobić – dalej nie rozumiała, po co jest potrzebna.
W samochodzie zapanowała niezręczna cisza.
- Kobieta miała synka, miał dwa latka i znaleźliśmy go martwego w mieszkaniu.
- Kurwa mać - zaklęła Lily. - Chyba się Wizengamot zupełnie nie sprzedał tak szybko? Nie puszczą mu tego.
- Sprawdzaliśmy, to nie Avada ani nic, co znamy. W dodatku mały chorował na serce i łatwo uwierzyli, że to był przypadek. Dlatego cię ściągamy. Chcielibyśmy, żebyś go obejrzała. Znasz prawo, w ciągu czterdziestu godzin w świetle nowych dowodów można złożyć odwołanie. Jedziemy do kostnicy. Mamy pewną teorię, co się mogło stać, ale zerknij na to.
Czarownica zagryzła wargi. Zaczęła żałować, że dała się wyciągnąć z wykładu. Nie miała ochoty tam jechać ani patrzeć na małe, martwe dziecko, któremu nie może już pomóc.
- Dlaczego ja? Co to nie ma już w Anglii kogoś, kto się lepiej na tym zna?
Auror siedzący po jej lewej stronie westchnął.
- Są. Dwóch czarodziejów już nam odmówiło zajęcia się tym, a czasu mamy mało, jutro jest pogrzeb. Wiesz, magią związaną z martwymi ciałami zajmuje się na ogół pewien specyficzny typ czarowników. I my z nimi zazwyczaj za dobrze nie żyjemy. Słyszeliśmy, że robiłaś już takie rzeczy dla kilku oddziałów, więc tak sobie pomyśleliśmy...
- Że jestem na tyle durna, że się w to właduję? Niech was cholera. Na drugi raz lepiej przyjdźcie mnie aresztować, bo z własnej woli nie pójdę z wami – odpowiedziała i przez resztę drogi milczała, wpatrując się w okno.

Żeby dojść do kostnicy szpitala dziecięcego, musieli przejść przez parter, obok rejestracji, w której tłoczyły się matki z dziećmi, a następnie zjechać windą do piwnicy. Lily nigdy wcześniej nie była w takim pomieszczeniu i gabinet czarownicy Matyldy wydawał jej się niemal przytulny w porównaniu z chłodną bielą kafelek w ostrym świetle jarzeniówki. Aurorzy rzucili jakieś zaklęcie na technika pracującego w pomieszczeniu i mężczyzna bez zbędnych pytań wysunął z jednej z lodówek ciało chłopca, położył je na metalowym stole, po czym wyszedł. Czarownica poczuła, że trzęsą jej się nogi.
- Co… czego… co już wiecie? - wydukała.
- Sprawdzaliśmy krew i kawałek kości z palca, wiesz, jak to działa. Nie Avada. I co najdziwniejsze, wygląda na to, że nie ma w ogóle żadnego zaklęcia. Nic.
- Trucizna?
Czarodziej pokręcił przecząco głową.
- Ja też wam nie pomogę. Nie wiem, nie umiem. Przepraszam, chcę już wracać.
- Posłuchaj, to, co nam przyszło do głowy, to serce. Ten skurwysyn mógł rzucić prostą rzecz, zaklęcie unieruchamiające na samo serce. Z tego, co wiem, to się może nie przedostać do reszty ciała.
Lily westchnęła. Przyjrzała się chłopcu: był bardzo drobny i blady, ale jego twarz była zupełnie spokojna, jakby spał. Każdy, kto miał choć najmniejsze pojęcie o alchemii lub magomedycynie, wiedział, że serce jest najbardziej niezwykłym z narządów. To, co dla mugoli było tylko kawałkiem mięśnia, dla magów było zupełnie odrębnym mikrokosmosem, w którym zaklęta była dusza. Nie na darmo w jednym z podręczników do anatomii magicznej przedstawiono serce jako klatkę, w której zamknięty był ptak. Jeżeli zaklęcie trafiło go prosto w serce, mogło je zatrzymać, nie wypływając na resztę organów.
- Mugole nie robili sekcji?
- Nie chcieliśmy, żeby w razie czego coś zepsuli. Trochę ich przytrzymaliśmy – powiedział niechętnie auror, który wcześniej zapraszał ją na kawę do Dziurawego Kotła.
- Nie robiłam tego wcześniej. Znaczy coś podobnego tak, ale na myszy. Mogę, mogę spróbować, ale nie wiem, co z tego wyjdzie. Potrzebuję wyjąć jego serce, ale tak, żeby w żaden sposób na nie nie wpłynąć. Kiedy… kiedy go otworzą, muszę rzucić zaklęcie osłaniające, a potem zrobić to sama, rozumiecie?
Zawołano technika i Lily stwierdziła, że musieli rzucić na niego Imperiusa, bo zachowywał się, jakby był w czymś w rodzaju snu. Zaczął wyjmować z szuflady narzędzia, a kiedy włączył do prądu małą okrągłą piłę do przycinania żeber, Lily poczuła, że jest jej niedobrze. Wybiegła z pomieszczenia i ledwo zdążyła dobiec do łazienki, zanim zwymiotowała nie tylko kawę, ale też resztki śniadania. Przez kolejny kwadrans klęczała z głowa opartą o deskę i na przemian płakała i wymiotowała, łzy mieszały jej się ze śliną i walczyła z pokusą, żeby nie teleportować się jak najdalej od tego strasznego miejsca.
- Chciałabym tu zostać chwilę sama – powiedziała, kiedy w końcu wróciła do sali.
Spojrzeli na nią niepewnie, ale ruszyli do wyjścia.
- I jeszcze jedno – zapytała – jak miał na imię?
- Ethan – odpowiedział mężczyzna, zamykając drzwi.
Lily wzięła krzesło i usiadła obok stołu sekcyjnego tak, jak się siada obok łóżka chorego dziecka. Delikatnie pogłaskała go po włosach, a potem po chłodnym policzku.
- Cześć, Ethan – powiedziała szeptem. - Jestem Lily. Lily Snape, ale o tym nikt nie wie. Jestem czarownicą, chociaż chyba nie taką zupełnie złą, nie zjadam małych dzieci i w ogóle. Dzisiaj chciałam cię o coś poprosić. Będę musiała zabrać twoje serce, bo skrywa pewną tajemnicę i myślę, że ono chce ją opowiedzieć. To kwestia czasu, aż ktoś ukradłby ci serce, pewnie jakaś śliczna dziewczyna za piętnaście lat, niestety wyszło inaczej i dzisiaj to muszę być ja. Potem zabiorę je do domu i zasadzę pod drzewem w ogrodzie. Chciałabym cię też poprosić, żebyś mi pomógł być dzielny, bo ja chyba dziś nie bardzo umiem. Boję się i nie bardzo wiem, co robię. To jak, Ethan, damy radę, co?

Dalej wszystko poszło bardzo szybko. Czarownica była jak w transie, wyłączyła wszystkie emocje i działała tak, jakby wszystko było tylko częścią ćwiczeń w instytucie. Technik otworzył klatkę piersiową, a ona rzuciła czar, który przypominał półprzeźroczystą kulę. W rękawiczkach ostrożnie wyjęła serce, które nie było większe od maleńkiej pięści dziecka, i włożyła je do pojemnika. Nad szklanym naczyniem unosiła się wciąż kula, chroniąca serce przed magicznymi wpływami z zewnątrz. Potem szybko zaklęciem zasklepili ranę, rzucili czar zapomnienia na mugola i w milczeniu wsiedli do samochodu i ruszyli w drogę powrotną do Biura Aurorów.

Nie było mowy, żeby zabrała się do badań w domu ani w instytucie, więc użyczono jej sprzętów w małej pracowni alchemicznej biura. Wszyscy starali się być dla niej mili, jednak kiedy wchodziła do pomieszczenia ze słoikiem w rękach, czarodzieje szybko wychodzili z pokoju.
- Tak sobie myśleliśmy, Lily – powiedział Benjamin – nie wiem, czy ktoś nas nie śledził. Lepiej, żebyś tu to zbadała i została aż do procesu, czyli do jutra do południa, jak ci coś z tego wyjdzie. Możemy zapewnić ci ochronę, przynieść koc i jakie tam składniki są potrzebne.
- A po procesie mogą mnie już pokroić, co?
- No, to nie tak...
- Jasne. Zostanę. Dajcie mi tylko wody do picia, kociołek widzę macie niezły, dam wam listę książek i może coś z Ethanem do rana zdziałamy.
Czarodziej spojrzał na nią lekko speszony, ale wyszedł z pokoju, zostawiając Lily ze słoikiem, drewnianym stołem i dwoma kociołkami.

Serce i kości mają zupełnie inną naturę. W przypadku kości najlepiej je wygotować i na ich bazie przygotować esencję, która będzie zawierała czar. Jeżeli chodzi o wyciągnięcie zaklęcia z serca, trzeba było postępować o wiele bardziej subtelnie. Czarownica doszła do wniosku, że najlepiej będzie próbować wyciągnąć zaklęcie różdżką, potem umieścić je w kociołku z zupełnie czystą wodą, którą z kolei będzie można testować. Dość szybko stwierdziła, że młody auror rzeczywiście miał rację i na serce rzucono zaklęcie zatrzymujące. Jedną rzecz było jednak to wiedzieć, drugą udowodnić to przed pięćdziesięcioma czarodziejami, którzy woleliby orzec niewinność śmierciożercy i święty spokój dla siebie. Po północy zniechęcona odłożyła pergaminy i spróbowała się przespać, ale ledwo zapadła w sen, obudziło ją pukanie do drzwi.
- Nie obudziłem cię? – W drzwiach stał Albus Dumbledore.
- Nie. I tak ktoś pukał, to już nie spałam – zażartowała. - Widzę, że wieści szybko się roznoszą.
- Severus do mnie wpadł jak tornado i powiedział, że cię zabrali. Lily, naprawdę nie musisz tego robić. Wiesz, że jutro nie zostawią na tobie suchej nitki, prawda?
- Nie muszę. Ale powinnam, prawda?
Dyrektor wzruszył ramionami. Wyglądał na zmęczonego i chorego.
- Chyba tak. Tu chodzi o nadzieję, Lily. Śmierciożercy przejęli ministerstwo, ale jutrzejszy proces pokaże, że Wizengamot ciągle jest nieugięty. Pewnie złamią ich za kolejnym razem, ale to będzie demonstracja odwagi i siły.
Lily milczała przez chwilę.
- Severus coś mówił? Tęsknię za nim.
- Mówił, że masz wracać natychmiast do domu.
- W dupę niech się ugryzie – prychnęła zirytowana.
- Przewidział, że powiesz coś podobnego. Notabene, James też się pojawił i mówił dokładnie to samo, że masz się tym nie zajmować i wracać do domu. Prawie mi się w drzwiach minęli.
- No, jakie się chłopaki zgodne zrobiły, Merlinie Wielki. Może sobie na Ognistą pójdą pogadać o tym, co mogę, a czego nie mogę robić.
Albus wyjął z kieszeni dwa pergaminy.
- Severus kazał ci to dać, w razie gdyby perswazja zawiodła. Drugi jest od Horacego. Będę tam jutro, nie daj się. Nawet jeżeli się nie uda, to pokażemy, że bez walki się nie poddamy.
Kiedy dyrektor wyszedł, Lily czym prędzej otworzyła list od męża.

Jeżeli ciągle upierasz się, żeby tkwić w tym szaleństwie, co, jak mogę przypuszczać, ma miejsce, postaraj się, żeby to jakoś obronić. W badaniach nad anatomią serca skup się na badaniach Laurensa (wiesz, gdzie tego szukać). Nie wspominaj nawet o podobieństwach do serc smoków, chociaż te są najlepiej opisane (Turray to pozer, a wszystkie jego metody alchemiczne są od stu lat podważane! Smoki mają inną naturę niż ludzie i każda twoja teza będzie obalona). Spal tę kartkę.

To był już jakiś trop. Zaciekawiona otworzyła list od Horacego.

Jestem całym sercem z tobą, chociaż podjęłaś się niełatwego zadania. Najlepiej zrobisz, opierając się na metodach wyciągania magii z serca smoków (badania Turraya rzecz jasna). Jeżeli chodzi o serce, to zajmował się tym też Laurens, ale był wyjątkowo szemraną postacią i w obecnych okolicznościach nie możesz się na nim oprzeć. Wiesz, co powinnaś zrobić z tym listem.

- To żeście mi pomogli kochani. Ślizgony wy odważne – westchnęła Lily, wrzucając pergaminy do kominka. - Czasem chyba lepiej jest nie mieć za dużo mądrych rad.
Zażądała kawy i czegoś słodkiego i przez kolejne kilka godzin warzyła coś w kociołku, robiła notatki, wyrzucała zapisane kartki pergaminu do kominka, a potem spisywała je od nowa . Położyła się spać dopiero nad ranem, ściskając pod kocem słoik z sercem i obudziła się koło południa, kiedy dyżurny auror zapowiedział kolejnego gościa. Andromeda Tonks trzymała pod pachą dużą torbę i przyglądała jej się, marszcząc czoło.
- Jeszcze niegotowa? Albus mi powiedział, co się dzieje, więc jak najszybciej przyszłam.
- Jak niegotowa? – pokazała jej zapisane pergaminy i wywar w fiolce. – Całkiem elegancko udało się to uzasadnić.
- A kto w tym Wizengamocie będzie coś z tego rozumiał? Jedna, dwie osoby? Wiesz, kiedy oni kończyli eliksiry, ze sto lat temu? Możesz się powołać na teorię kota z Cheshire. W tej chwili wyglądasz jak małolata z mugolskiego sierocińca i nikt ci nie uwierzy, niezależnie od tego, co powiesz. Przyniosłam ci ręcznik i jakieś kosmetyki, idź się wykąp, powinni mieć łazienkę. Potem się przygotujesz, tak że mówić będziesz mogła, co tylko chcesz.
W spiętych w kok włosach, delikatnym makijażu i granatowej szacie od Madame Malkin Lily wyglądała całkiem dobrze. Jak to określiła Andromeda, na tyle atrakcyjnie, że męska część Wizengamotu będzie chciała w niej widzieć swoją kochankę i na tyle elegancko i skromnie, że żeńska zobaczy w niej swoją córkę. Kiedy czarownica wychodziła z budynku aurorów, spotkała Petera, który niósł dla Lily kanapki i kawę i miała nawet go o coś zapytać, ale w końcu szybko teleportowała się do domu. Po drodze do sali rozpraw, na którą eskortowało ją dwóch aurorów, Lily trzymała rękę w szacie i bawiła się ukrytą w kieszeni obrączką ślubną. Bała się i żałowała, że właściwości pierścieni, pozwalające znikać ich właścicielom, wcale nie są tak częste, jak twierdzi mugolska literatura. Czarownica ostatni raz na jedną chwilę włożyła na palec obrączkę, potem ją zdjęła, wzięła głęboki wdech i weszła do sali Wizengamotu.


***

Rozprawa trwała w nieskończoność i kiedy Lily wyszła z sali, była cała spocona i zmęczona. Nie miała ochoty rozmawiać z Albusem ani tym bardziej z nieprzyjemną blondynką, która chciała jej zadać kilka pytań w imieniu Proroka Codziennego. Jak najszybciej uciekła bocznymi drzwiami i ciągle ściskając słoik z sercem, teleportowała się do domu w Harwood Dale Forest. Severus nie wrócił jeszcze z instytutu, więc miała czas, żeby pochować serce, zrobić sobie mocnej herbaty i trochę odpocząć. Nie poszło zupełnie źle, Sylwester Alford dostał pięć lat Azkabanu za nieumyślne spowodowanie śmierci w chwili, kiedy okazało się, że dowodów nie można obalić, przyznał się, że chciał zatrzymać chłopca, żeby im nie przeszkadzał i niechcący trafił w serce. Nie było to pełne zwycięstwo, ale w świetle tego, co się działo w świecie czarodziejów, na więcej chyba nie mogła liczyć. Severus wrócił po południu i bez słowa usiadł przy stole. Lily podała mu kubek z herbatą i czekała na pełne pretensji wyrzuty, ale on tylko milczał.
- Myślałam, że będziesz zły… - zaczęła.
- Byłem wczoraj i w sumie dalej jestem. Ale dobrze, że wróciłaś.
- Ja musiałam...
- Nie musiałaś. To takie gryfońskie, prawda? Odważnie walczyć w imię prawdy i niech cały świat przy tym spłonie. Lily, wypuszczą go w ciągu dwóch miesięcy. Zły stan zdrowia albo coś podobnego. A ty zyskałaś kilku wrogów. Warto było?
Czarownica milczała, wpatrując się w dno kubka.
- Z ciekawości, powołałaś się na badania Laurensa? - zapytał.
- Nie, bo był czarnoksiężnikiem wyjątkowo podłego sortu. Na Turraya też się nie powoływałam. Przywołałam wiedzę Lily Snape i Andromedy Tonks.
- Tonks? - Severus prychnął. – Ona się przecież nie zna.
Lily uśmiechnęła się szeroko i wzięła go za rękę. Lubiła rozmawiać z mężem o alchemii, ale na ludziach to on się specjalnie nie znał.
- Tak czy inaczej – powiedział Severus - miałem wczoraj trochę czasu na moje przygotowania. Czy mogę poprosić o kilka kropli twojej krwi, Lily?
W normalnych okolicznościach zaciekawiłaby się, po co jest mu potrzebna, ale teraz tylko wyciągnęła rękę i pozwoliła przekłuć sobie opuszek palca nożem do składników. Severus wziął krew i zrobił nią małe znaki na drzwiach i w czterech kątach domu, mrucząc przy tym zaklęcia.
- Gotowe. Posłuchaj, nałożyłem na ten dom kilka zabezpieczeń. Budynek jest kamienny, co znacznie ułatwiło sprawę, kamienie mają dobrą pamięć zaklęć. Jeżeli ktoś teleportuje się za tobą, będzie cię śledzić bądź w inny sposób, nawet za twoją zgodą, wejdzie do tego domu, umrze po kilku sekundach. Dom zna moją i twoją krew. Czarny Pan mógłby to przezwyciężyć, Dumbledore raczej też. Reszta chyba nie. To jest kilka klątw, jeżeli jedna zawiedzie, powinna uaktywnić się inna.
- Zwariowałeś? To jak w egipskim grobowcu...
- Też... – odpowiedział i dopiero po wzroku Lily zdał sobie sprawę, że to nie było pytanie z jej strony, ale przenośnia. - Obiecałem, że będę cię chronić.
- Ale to czarna magia!
- Można tak to sklasyfikować. Chociaż myślałem, że zainstalowanie łazienki spełni twoje wymogi walki z czarną magią.
- Dowcip ci się wyostrzył, panie Snape – roześmiała się.
- A co innego mi pozostało, skoro mam za żonę zupełnie nieodpowiedzialną gryfonkę? Jak to powiedziałaś? To już się tylko śmiać można. A wracając do tematu, klątwy to jedna rzecz. – Czarodziej przyniósł z drugiego pokoju klatkę z żywym drozdem. - Drugi ptak jest w twoim mieszkaniu, musisz je karmić i poić. Dusze ptaków, o ile można się tak wyrazić, są ze sobą splecione. Jeżeli ktoś wejdzie do twojego mieszkania, ten zacznie śpiewać, jeżeli coś złego stanie się tamtemu, cóż, po tym też to poznamy… To na wypadek, żebyś nie teleportowała się stąd prosto w pułapkę.
Lily nie była zachwycona używaniem żywych zwierząt jako tarczy, ale z dwojga złego lepiej niech to będzie ptak niż ona. Obiecała sobie tylko, że kiedy wojna się skończy, odczaruje ptaki i je wypuści.
- A to trzecia rzecz – położył na stole malutki mugolski foliowy woreczek. - To dla ciebie.
Lily z ciekawością rozpakowała zawiniątko. W środku znalazła kolczyki, zwykłe, nawet nie srebrne, z Big Benem, takie jak sprzedają na stoiskach z pamiątkami.
- To świstoklik – wyjaśnił Severus. - Powinien działać dość długo, ale użyj go w ostateczności. Nie było łatwo go zrobić. Jeżeli znajdziesz się w niebezpieczeństwie, nie walcz, ale uciekaj tutaj. Musisz tylko wyrwać prawy z ucha i znajdziesz się w domu.
- A nie dało się wybrać ładniejszych? - jęknęła.
- Nie znam się na biżuterii - mężczyzna wzruszył ramionami. - Poprosiłem o jakiekolwiek kolczyki i dali mi to.
- Dziękuję - powiedziała w końcu. - Z takimi zabezpieczeniami może nawet uda nam się wyjść z tego cało.

Tej nocy długo leżeli przytuleni, trzymając się za ręce i patrząc w dogasający ogień kominka.
- Dobrze jest mieć dom, co, Snape? Chyba zapuszczam korzenie, gdzieś głęboko, głęboko.
Nie odpowiedział, bo jemu słowo dom nie kojarzyło się jakoś szczególnie emocjonalnie. Miejsce, gdzie śpisz, jesz, zaspokajasz podstawowe potrzeby fizjologiczne. Lily z kolei pamiętała lata przed Hogwartem, kiedy jeszcze żył jej ojciec, jako bardzo szczęśliwy czas, który bezpowrotnie się skończył i od tamtych lat nie czuła się podobnie bezpiecznie. Owszem, w Gryffindorze czuła się dobrze, ale wszystko było jak jedna wielka impreza, miła, ale z czasem męcząca.
- Pamiętasz, jak chodziliśmy nad rzekę? Jak potem leżeliśmy pod tym wielkim bukiem. Jadłam orzeszki bukowe i potem bolał mnie brzuch. Co się podziało z tym światem? To my coś spieprzyliśmy, że jest, jaki jest?
- Zawsze taki był, Lily, tylko jako dzieci tego nie wiedzieliśmy. Przynajmniej nie w całości.
- Nieprawda, Snape. Ten świat jest dobry, mimo wszystko. Nie chcę już tortur ani sekcji, wystarczy mi. Zobaczysz, że mam rację, musi nas w końcu spotkać coś dobrego.

***

Dla kogoś, kto całe swoje życie żył bez poważniejszych chorób i bólu, a każdy problem ze zdrowiem dało się rozwiązać za pomocą magii, dokuczliwy ból jest naprawdę czymś trudnym do zniesienia. Albus Dumbledore w akcie desperacji zażywał już nawet mugolskie środki przeciwbólowe, ale nawet one pomagały tylko na trochę. Maść, którą przygotował Severus, piekła go i parzyła, ale powstrzymywała klątwę przed rozprzestrzenianiem się w dalsze części ciała. I tak już dwa palce i kawałek dłoni stały się sztywne i szczerniałe. Severus Snape, oprócz maści, przygotowywał mu też eliksir, który miał pić dwa razy na dobę, żeby zapobiegać chorobie od wewnątrz.
- Dziękuję ci, Severusie – powiedział. – Dużo mi po tym lepiej, chociaż mogłoby mieć przyjemniejszy smak.
Alchemik spojrzał na niego posępnie.
- To nie działa. Tej klątwy nie da się cofnąć, można ją tylko spowolnić. Pan umiera, dyrektorze.
Mówił to w tak spokojny sposób, jakby chodziło o coś, czego nie da się odwrócić ani zatrzymać. Bez histerii, która ogarnęłaby Zakon, gdyby ktokolwiek dowiedział się o jego stanie. Lubił mieć przy sobie tego dziwnego chłopca i żałował, że nigdy nie rozmawiał z nim, kiedy był jeszcze w szkole. On zawsze spodziewał się najgorszego i zdawał się akceptować sytuację niezależnie od tego, jak trudna by była. Jego towarzystwo było teraz dla Albusa o wiele łatwiejsze do zniesienia niż choćby w gorącej wodzie kąpanych Lily czy wszystko wiedzącego Franka. W sumie, gdyby nie Lily, może nawet zaproponowałby mu, mimo braku formalnego wykształcenia, stanowisko nauczyciela eliksirów. W obecnej sytuacji politycznej Horacy mógł po prostu z dnia na dzień zniknąć i ukryć się gdzieś w Islandii, a tak miałby swojego szpiega przy sobie i mógłby nadrobić błędy, które popełnił jako pedagog i dyrektor w czasie jego nauki.
- Każdy umiera, Severusie, to stan, w którym się znajdujemy od pierwszych dni na tym świecie. Zbytnie przywiązanie do życia jest tylko źródłem niepotrzebnego cierpienia. Jak oceniasz, ile czasu zostało?
- Może rok. Nie wiem – westchnął.
- Powinno wystarczyć. Jeżeli nie starczy mi rok, to oznacza, że i tak już jestem do tego za stary. A teraz chodźmy się przejść, zimowe powietrze dobrze mi zrobi.

Ps. W kolejnym odcinku Lupin, Pandora, Andromeda. I bażant.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXIV ( autualizacja 30 07)

Postautor: labruja » 30.07.15, 19:10

XXIV

No kogo tam licho przyniosło, pomyślała Lily, zamykając klatkę z ptakiem. Karmiła szpaka żywymi dżdżownicami, które na szczęście mogła łatwo zdobyć z instytutu, kiedy do drzwi rozległo się ciche pukanie. Ostrożnie uchyliła drzwi i zobaczyła Petera, stojącego na korytarzu ze spuszczoną głową.
- Mogę wejść? - zapytał cicho.
- Jasne, Pete. Dopiero co wróciłam z instytutu. Wejdź, zrobię ci herbaty.
W duchu modliła się, żeby herbata w ogóle była w mieszkaniu. Niby Severusowi zależało, żeby sprawiać wrażenie zamieszkanego lokum, ale ostatnio z powodu braków aprowizacyjnych wyniosła już świeczki i cukier.
- O, nawet coś zostało. Miałam właśnie iść na zakupy – powiedziała wesoło.
- Często cię nie ma w domu, Lily – zagadnął Peter, siadając do stołu.
Czarownica zastanawiała się, co powinna odpowiedzieć. Kłamstwo było czymś, co nie przychodziło jej łatwo. Uważała, że komu jak komu, ale Peterowi można zaufać, z drugiej strony dała słowo Severusowi, że nie powie absolutnie nikomu. Gdyby teraz się wygadała, to byłoby jak zdrada. Czuła się w tej sytuacji wyjątkowo niezręcznie.
- Wiesz, jak jest. Siedzimy w instytucie czasem dzień i noc, niektóre eliksiry można przyrządzać tylko w nocy. Paskudna robota.
Peter spojrzał na nią i zaczął się zastanawiać, czy przyjaciel wie, że go okłamuje.
- W czym ci mogę pomóc, Peter?
- Mam problem i pomyślałem sobie, że nie odmówisz mi pomocy. Sprawa jest dość delikatna i trudno mi o tym mówić, ale pomyślałem sobie, że akurat ty mnie zrozumiesz.
- Znasz moich rodziców, Lily – kontynuował po chwili przerwy. - Wiesz, że to cudowni ludzie, ale czasem traktują mnie, jakbym dopiero co wsiadł po raz pierwszy do ekspresu do Hogwartu. Ostatnio coraz więcej rzeczy robię dla Zakonu, nie mam żadnych specjalnych mocy ani nie jestem jakoś bardzo odważny, ale taka praca też jest potrzebna. Jest wojna, a ja nie zawaham się walczyć. Problem w tym, że moja mama… ona bardzo się o mnie boi i… jakby ci to powiedzieć… powiedziała, że absolutnie nie mogę ryzykować. Trochę żenujące, nie? No więc wstałem i wyprowadziłem się z domu.
- Merlinie, a gdzie ty się podziejesz?
- No wiesz, coś znajdę, ale na razie myślałem, że jakoś u ciebie się zahaczę... To właśnie ta sprawa, z którą przyszedłem.
Zapanowała niezręczna cisza i Lily schowała twarz w dłoniach, zastanawiając się, jak może wyjść z tej sytuacji. Peter obserwował ją przez chwilę spod wpółprzymkniętych powiek. Czarny Pan miał rację, ona miała tajemnice. Nie miała czasu, a jednak łóżko było dopiero co pościelone. Obie herbaty zrobiła z jednej torebki i nie podała cukru, mimo że zawsze słodzi. Dużo by dał, żeby móc się tu trochę pokręcić jako szczur. Jego lewa dłoń drgała w nerwowym tiku, pamiątce po zbyt mocnym Cruciatusie, który miał go zmotywować do szybszego odkrycia tajemnicy Lily Evans.
- U mnie? - Czarownica zaśmiała się nerwowo. - Tu ci nie będzie wygodnie. Może u Jamesa?
Spojrzał na nią, jakby spodziewał się takiej odpowiedzi.
- Daj spokój, Lily. Powiem kumplowi, że mama nie puszcza mnie na wojnę. I tak przez ostatnie lata uważali mnie za idiotę.
Lily zagryzła zęby, starając się znaleźć jakieś wytłumaczenie. Kiedy była w szkole, nie do końca lubiła Petera. Miała wrażenie, że włóczył się z nimi tylko dlatego, że chce zaistnieć, chciał mieć fajnych kumpli, bo sam wcale nie czuł się fajny. Przez ostatnie miesiące miała jednak okazję spędzić z Peterem więcej czasu i zaczynała rozumieć, że tak naprawdę jest skromnym, lojalnym i wartościowym czarodziejem. Zawsze mogła na niego liczyć w drobnych rzeczach, przynosił jej kanapki i termos z herbatą, ile razy wzywali ją na patrol, był zawsze na zawołanie. Chciała wypalić, że to nie wypada, żeby mieszkała z facetem, ale przypomniała sobie, że ten argument jakoś jej nie przeszkadzał, kiedy mieszkała z Lupinem. Przez chwilkę rozważała czy jednak jakoś nie pozwolić zamieszkać tu Peterowi i wymykać się nocami, ale doszło do niej, że Severus dostałby szału. Zresztą nie mogła mówić, że codziennie nocuje w instytucie.
- Nie, Peter – powiedziała powoli. - Przepraszam cię, ale uważam, że to nie jest najlepszy pomysł. W kontekście tej całej afery z procesem nie mogę ściągać na ciebie niebezpieczeństwa.
To był słaby argument, ale zawsze jakiś. Czuła się okropnie, jakby musiała napluć w twarz komuś, kto jej zaufał.
- Ale jak to, Lily, odmawiasz mi? Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi.
Nienawidziła tego argumentu i wcale nie ułatwiał jej sprawy.
- Jesteśmy, Peter. Ale musisz sobie jakoś poradzić – zagryzła zęby. - Przykro mi, ale nie możesz tu zostać ani jednej nocy. Są sprawy, o których, nawet gdybym chciała, nie mogę ci mówić.
- Wiesz, że możesz mi zaufać – oczy mu zalśniły, bo wreszcie dochodził do tematu, na który chciał porozmawiać. - Nie powiem nikomu, a tobie będzie lżej.
- Nie, Pete.
Peter przez chwilę obserwował czarownicę. Był zdziwiony. Odmowa sprawiła jej duży dyskomfort, wahała się, a jednak nie zdecydowała się mu pomóc, chociaż na pewno byłoby jej łatwiej, gdyby dokładał się do czynszu. Coraz rzadziej widywała się też z Lupinem.
Aż tak mało dla ciebie znaczę, szlamowata dziwko, gruby Pete jest gorszy od wilkołaka, żeby mu się zwierzać, pomyślał, uśmiechając się nieśmiało, a może wiesz coś naprawdę bardzo istotnego? Gdyby nie wiedział, że to niemożliwe, mógłby przypuszczać, że Lily Evans stanęła po stronie Czarnego Pana.

Po wyjściu Petera Lily jeszcze długo myślała o całej sytuacji i nie mogła sobie poradzić z poczuciem winy. Miała idealne warunki, żeby pomóc Peterowi, a jednak zostawiła go praktycznie na ulicy. Na domiar złego Severus nie wykazał żadnego zrozumienia dla jej fatalnego nastroju.
- Szczerze? Oddałaś mu przysługę. Może jakoś weźmie się za swoje życie, zamiast wisieć najpierw na kolegach, potem na mamusi. Gdyby nie był taki tłusty, może jakaś wiekowa czarownica przyjęłaby go na utrzymanie. To jest dość żałosne.
- Oj, Sev. Chodzi tylko o to, żeby jakoś mu pomóc na samym początku. Nie dałoby się coś?
- Nie, Lily. Mnie też nikt nie pomagał. W dniu ukończenia Hogwartu miałem cztery sykle. Cztery. Matka miała już od roku debet u Gringotta i pierwsze, co powiedziała, że dobrze, że jestem, bo trzeba się zabrać, żeby to zacząć spłacać. I co? Polazłem skamleć o pieniądze do Malfoy Manor? Życie nie jest szczególnie lekkie i zrobisz mu przysługę, jak szybko się o tym przekona. Może mu się coś w tej pustej głowie poukłada, chociaż szczerze wątpię.
- Ale ja się czuję jak ostania… no, źle się z tym czuję.
- To się czuj źle, jak lubisz – powiedział zirytowany. - Lepiej czuć się źle i pozostać żywym.
Lily nie była szczególnie pocieszona, ale wiedziała, że nic nie wskóra i nie drążyła dłużej tematu. Wieczorem wydawało jej się, że drozd w klatce przez chwilę śpiewał, jednak mogło jej się przesłyszeć i zdecydowała się nic nie mówić Severusowi, żeby dodatkowo nie wzmagać jego paranoi.


***

Raz na dwa tygodnie Andromeda Tonks przyjeżdżała na cmentarz w Cheltenham. Bycie członkiem rodziny Black oznaczało nie tylko życie w przepychu i fantazyjne dekoracje z brokatem, ale przede wszystkim ochronę i lojalność, jaką dawali sobie członkowie rodu. Skoro zarówno ona, jak i Syriusz byli wyrzuceni poza nawias tej rodziny, stawali się tym bardziej sobie bliżsi. Różnica siedmiu lat sprawiała, że Andromeda miała kiedyś z Syriuszem po trochu siostrzane, po trochu matczyne relacje, a teraz była mu winna ostatnią przysługę; musiała dowiedzieć się, kto zdradził podczas akcji pod Gringottem. Założyła mugolskie rękawiczki, żeby nie zniszczyć dłoni i czyściła granitowy nagrobek z błota i zeschłych liści, które przywiał wiatr. Od pogrzebu zawsze znajdowała na grobie liściki i drobne przedmioty: szalik Gryffindoru, znicza, a nawet miotłę wbitą trzonkiem za nagrobek. Andromeda szczegółowo oglądała każdy z tych przedmiotów, próbując dowiedzieć się od kogo pochodzi. Kilka z nich posiadało inicjały J.P., które były dość łatwe do rozszyfrowania, butelka wina zostawiona w dniu urodzin Syriusza miała jedynie dopisek Najlepszego, ale czarownica bez trudu rozpoznała lekko pochyłe pismo Lily. Znalazła też jedno pożegnanie od Remusa i kilka, których nie umiała zidentyfikować, ale które bezspornie pochodziły od kobiet. Każde znalezisko Andromeda notowała w grubym zielonym notesie, który zawsze ze sobą nosiła. Potem siedziała w domu i piła gorącą herbatę z mlekiem, długo wpatrywała się w listę i zadawała sobie pytanie: czemu Peter ani razu nic nie zostawił, chociaż byli ze sobą na tyle blisko, że przyszedł na pogrzeb?

Dawno temu, w salonie Slytherinu mieli taką zabawę, nazywali ją W Czarnoksiężników i Aurorów. Kiedy zapadała noc, wszyscy zamykali oczy, a po chwili otwierali je ci z nich, którzy byli Czarnoksiężnikami, szybka wymiana spojrzeń, lekki ruch palcem i słabe zielone światełko Avady – kiedy na Pokątnej nastał dzień, jeden z graczy odpadnie z gry. Wtedy wszyscy razem zaczną się zastanawiać, kto jest czarnoksiężnikiem i wzywają dementora. Odpada kolejna osoba. Trzeba było obserwować, myśleć i nie dać się złapać. Andromeda Tonks uwielbiała tę grę i teraz czuła się trochę podobnie, obudzili się rano i okazało się, że wśród nich jest zły czarnoksiężnik, a ona chciała się dowiedzieć, kto to jest. Tym razem miała jednak ten komfort, że wszystkie swoje zapiski mogła notować w zielonym notesie.

Fakt nr 1
Wydarzenia tamtej nocy; to, że nie zadziałała łączność, spór Petera i Syriusza, dziwne zachowanie Snape’a i fakt, że w tym wszystkim (według słów Lily) padło słowo „zdrajca” z dużym prawdopodobieństwem wskazuje na to, że Sama-Wiem-Kto wiedział o tej akcji i miał w niej swój cel (odebranie czarki? Przecież mógł ją zabrać od Belli – bez sensu).

Skoro wszystko wskazuje, że wśród osób, które wyciągały czarkę, był zdrajca, trzeba było odkryć, kto to taki. Andromeda Tonks równym kanciastym pismem zapisała imiona wszystkich osób, które wiedziały o sprawie.

Zdrajcą jest Lily.
Raczej mało prawdopodobne, że ona sama zmieniła strony. Inna rzecz, że jej dyskrecja przypomina durszlak, a utrzymuje bliskie relacje z co najmniej dwoma osobami, które mogą być po przeciwnej stronie.

Od Lily wychodziły dwie strzałki.

Severus Snape – na pewno chce chronić Lily i nienawidził Syriusza. W kontekście tego, co się dzieje, mógł założyć, że jego pan wygra, a Ślizgoni stają po wygranej stronie. Czy Sami-Wiemy-Kto obiecał mu bezpieczeństwo Lily za zdradę Dumbledore’a? Lily mówiła mu o łączności i Merlin wie jeszcze o czym! Zresztą może w niej czytać jak w otwartej księdze.
Remus Lupin (podkreślone podwójną kreską) cokolwiek by mówić, wilkołak to wilkołak, dla nich najważniejsze jest stado. Pytanie tylko, czy stado to inni, podobni do niego.

Zdrajcą jest Syriusz.
Dlaczego próbował zranić Petera? Co znaczyło „nie dostaniecie tego”? Czy wiedząc, że w Zakonie jest szpieg, nie chciał zatrzymać czarki dla siebie i zniszczyć jej jak Regulus. Zrobić wszystko sam, to do niego podobne. Raczej nie on tu jest winny.

Zdrajcą jest Frank.
Średnio prawdopodobne. Chociaż z drugiej strony ma młodą żonę i łatwo go szantażować. Czyli (tak jak Snape czy Lupin) ma powód do zdrady. Pojawił się na miejscu dość późno – ale z drugiej strony nie próbował przeszkadzać. Na nie: jest cholernym Szkotem, a oni raczej mają wbite swoje kodeksy honorowe. Tak czy inaczej, można poplotkować z Alicją.

Zdrajcą jest Peter.
Raczej na nie. Spokojny, układny, bezkonfliktowy, koleżeński. Mało zdolny. Raczej średnio odważny i ambitny.
Z drugiej jednak strony, co my o nim wiemy? Ile można być dla wszystkich miłym debilem? Na jego miejscu wszystkich serdecznie bym nienawidziła. Dlaczego nie odwiedza grobu Syriusza? Jeżeli on kłamie w sprawie czarki, to zaczyna mieć sens. Czego dowiedział się Syriusz od chwili, kiedy zaczęła się akcja, do jego spotkania z Peterem? Trzeba mieć teraz na niego oko. Luźny pomysł – może poprosić go o pomoc? I patrzeć, co robi i z kim się spotyka.
(I kolejne pytanie – czemu nikt nie przejrzał jego wspomnień z myślodsiewni – sam powinien to zaproponować w sumie.)

Zdrajcą jest Albus.
Całkiem prawdopodobne, że z jakiegoś powodu śmierć Syriusza była mu na rękę. Może chciał uwiarygodnić swojego szpiega? To, że ktoś zawinił, a mimo to odebrano czarkę, wskazuje w pewnym stopniu na niego. (Co zrobić, jeżeli to on?)

Czarownica rzuciła na notes zaklęcie uniemożliwiające niepowołanym osobom odczytanie tekstu i dopiła zimną już herbatę. Mijały kolejne miesiące, a ona nie dowiedziała się niczego nowego. Obok niej siedziała Nimfadora, mozolnie uzupełniając szlaczki przedstawiające runy.
- Nie tak, kochanie, runa Iwaz musi mieć tę kreseczkę bardziej w dół, nie równo jak w literce T, ale tak bokiem, chodź, mama ci narysuje. – Andromeda wzięła córkę na kolana i przyszedł jej do głowy pewien pomysł.

***

Pandora Lovegood i Lily Snape znalazły małą nieużywaną salę na pierwszym piętrze i zamknęły drzwi na klucz. Podczas wykładu o truciznach czarownica poprosiła przyjaciółkę, żeby zerknęła na jej notatki i powiedziała, co sądzi o jej próbach uwarzenia eliksiru przeciw wilkołactwu. Oczywiście mogła poprosić o pomoc Severusa, ale po pierwsze nie miała ochoty po raz kolejny przechodzić przez temat jej relacji z Remusem, a po drugie, o ile była skłonna do kompromisów w ich relacji damsko-męskiej, to nad swoim kociołkiem lubiła sama decydować. Jako warzyciele konkurowali ze sobą i wcale się nie widziała w roli asystentki, która rozmarzonym wzrokiem wpatruje się w swojego ciemnookiego mistrza i podaje mu składniki. Snape był świetny w eliksirach, ale czasem był też ambitnym, zarozumiałym i przekonanym o swojej wyższości drażliwym egoistą, a współpraca z nim nie przebiegała szczególnie harmonijnie. Zwłaszcza jeżeli było się prawie tak samo ambitną i przekonaną do własnych pomysłów Gryfonką.
- I jak, czytałaś to? Co sądzisz? - spytała z nadzieją Lily.
Jasnowłosa czarownica westchnęła i to nie był dobry znak.
- W sumie szkoda, że cię nie było na reszcie wykładu, był całkiem dobry i mówił też o tym, co powinnaś wiedzieć. Zapytam tak, Lily, ile masz wilkołaków do zużytkowania?
- E... zużytkowania? Mam jednego znajomego, ale wolałabym go za bardzo nie… no, nie zepsuć.
- Jak chcesz wymyślić ten eliksir, to tak kilka wilkołaków na tym zużyjesz. Swoją drogą, Belby też się tym chyba zajmuje, ale coś słyszałam, że mu wilkołak padł. Mówi się, że pisał o przydział nowego z Azkabanu. To są eksperymenty z tojadem, nie z rumiankiem.
Lily usiadła, opierając głowę na łokciach.
- Ale pamiętasz, co mówił Canton? Nie musi być trucizną coś zrobione z trujących roślin...
- No właśnie na tym polega twój błąd. Musisz uwarzyć truciznę. Musisz zabić w nim wilkołaka, wytruć go jak karalucha, ale tak, żeby zostawić pod spodem człowieka. Czytałam opis pierwszego eksperymentu i silna ta bestia była, jak to przeżyła. I mówisz, że dalej chce próbować?
- Ja nie wiem czy chce – powiedziała Lily grobowym głosem. - Coś ci jeszcze przyszło do głowy poza tym, że moje eliksiry są niebezpieczne dla otoczenia?
- Po pierwsze, jak dasz to w formie jednego naparu to albo będzie za słabe, żeby zadziałać, albo będzie zgon. Ludzie uodparniają się na trucizny, wilkołaki, jako stworzenia magiczne, zapewne nie. Ja bym mu to podawała nawet tydzień lub dwa przed pełnią w mniejszej dawce. Nie cały czas, bo ludzka wątroba ma swoją wytrzymałość. Druga rzecz, w efekcie twojego eliksiru nie doszło do przemiany fizycznej, ale chyba chciał cię ugryźć, czyli jednak wilkołak w nim siedział. Ja bym zaczęła na odwrót; niech sobie futro zostanie, zatruj w nim wilkołaka. Jak dla mnie cała receptura do przerobienia.
- To znaczy, że nie będzie groźny, ale cała otoczka fizyczna zostanie?
- Chyba tak, ale to nawet może być seksowne. Trochę jak animag, taki duży futrzak w łóżku...
Lily spojrzała na nią zdegustowana.
- Ten wilkołak, na którym eksperymentujesz, to twój chłopak, prawda? Mieszkacie razem.
Czarownica aż odskoczyła urażona.
- Nie chłopak i nie mieszkamy. Wcześniej zahaczyłam się na chwilkę u niego, ale Remus to przyjaciel. Kto w ogóle ci takich głupot nagadał?
Penelopa nie wyglądała na przekonaną.
- Ludzie gadają. Wiesz, w pokoju socjalnym. Xenio nawet chciał z tobą robić wywiad o seksualności wilkołaków, wiesz, czy są jakoś bardziej... – dodała ściszonym głosem.
Lily o mało się nie zakrztusiła z oburzenia.
- To niech lepiej ludzie warzą swoje, a nie gadają. Nosa w swoim kociołku nie mogą trzymać.
Przez chwilę przyjaciółki milczały.
- I jeszcze jedno, Lily. Spróbuj coś uwarzyć, ale zanim wypróbujesz na sobie, przetestuj przynajmniej na naszych instytutowych szczurach czy na czymś. Ludzie mówią, że ja eksperymentuję za bardzo, ale jak przeczytałam, że ty wypiłaś coś z taką dawką tojadu, to się dziwię, jak ty jeszcze żyjesz...
- Gryffindor, kochana – powiedziała czarownica z szerokim uśmiechem. - Mocna wątroba i odważne serce.
- I pusta głowa – dodała Krukonka z przekąsem.

Wieczorem Lily przyszła, zgodnie z umową, na kolację do państwa Lupin. Okazało się, że te spotkania wcale nie były tak proste i oczywiste do zorganizowania, jak jej się poprzednio wydawało. Miała niejasne wrażenie, że gdyby Severus wiedział, gdzie chodzi, nie byłby tym uszczęśliwiony. Z drugiej jednak strony, przecież nie działo się nic niestosownego ani niewłaściwego, a ona nie jest niczyją niewolnicą, żeby nie móc spotykać się z przyjaciółmi. Zdecydowała się w końcu o niczym Severusowi nie mówić, oficjalnie jej nie zabronił, bo nie wie, a ona może mieć czyste sumienie, bo nie dzieje się nic złego. Gdzieś głęboko pozostało jednak małe ukłucie niepokoju, że może jednak postępuje nie do końca lojalnie.

Hope Lupin siedziała naprzeciwko Lily przy stole i przyglądała jej się uważnie. Młoda czarownica właśnie nałożyła sobie trzecią pełną porcję mięsa, nie to, że jej żałowała, ale takim wilczym apetytem to nawet jej syn po przemianie nie dysponował.
- Może zostaw sobie troszkę miejsca na deser, kochanie? – zapytała nieśmiało.
- Spokynie, wsztko se smiechci – powiedziała, przełykając.
Remus też miał wrażenie, że Lily nie dojada. Byłby się w stanie założyć o wszystkie swoje płyty, że mieszka z Severusem, ale wolał nie dopytywać, żeby nie stawiać jej w sytuacji, kiedy musi mu kłamać. Ciekawiło go tylko czy Albus Dumbledore o tym wie.
- Mam nadzieję, że twoi aktualni współlokatorzy dobrze cię traktują?
- O czym ty w ogóle gadasz? - zaperzyła się. - Wiesz, że nie mam współlokatorów.
Współlokatorów istotnie nie masz, pomyślał i dodał:
– A ja tylko tak żartowałem o nietoperzach, co się po szafach chowają.
Rzuciła mu niechętne spojrzenie i usiedli sami w kuchni ze szklanką kremowego.
- Przerobiłam ten eliksir, chcesz spróbować jeszcze raz?
- A jak myślisz? Oczywiście, że tak.
- Musisz wiedzieć, że to rodzaj trucizny. To coś, co zabija w tobie wilkołaka. Postaram się to zrobić jak najlepiej, ale zawsze jest ryzyko.
- Wiem, jak się po tym czułem. To jest trucizna i to dość wredna. Powiedz, co mam wypić i w tę albo we w tę. Z tym, że nie będzie już żadnych piwniczek, myślałem o tym. Za dużo ryzykowałaś, Lily. Zwłaszcza teraz, kiedy nie ma Syriusza. Nie i już.
- Więc jaki masz plan?
- Nijaki. Wezmę eliksir i dam się zapuszkować w ministerstwie. Albo nie zadziała i będzie jak zwykle, albo zadziała i wezmę książkę do czytania.
- Będziesz czytał wśród kilkunastu wściekłych wilkołaków w sąsiednich celach? - spytała zaskoczona.
- Wiesz, jak to mówią. Gdyby w Azkabanie zrobili bibliotekę, dementorzy straciliby swoje moce. Może wezmę Corwooda, to będę miał podkład dźwiękowy.
- A jak coś pójdzie nie tak? Kto ci pomoże?
Wilkołak wzruszył ramionami.
– Gryffindor, Lily. Kto nie ryzykuje, na szlabanie nie siedzi, jak to się mówiło.

***

Minęła równonoc wiosenna i dni stawały się coraz dłuższe. Lily starała się wracać z instytutu jak najszybciej, żeby z kubkiem kawy siedzieć jeszcze na progu domu i patrzeć na słońce zachodzące wśród wrzosowisk. Zazwyczaj teleportowała się w lesie i ostatni kawałek pokonywała spacerując w błotnistej ziemi. Kiedy czarownica weszła na teren ogrodu, najpierw poczuła znajomy rdzawy zapach krwi, a dopiero po chwili zobaczyła czerwoną plamę rozmazaną koło okna. Na trawie leżały kawałki kości i mięsa, ale Lily nie miała ochoty ich badać, tylko czym prędzej, z sercem łomoczącym ze strachu, uciekła w stronę lasu. Schowała się wśród krzaków tak, żeby nie być widoczna, ale mieć na oku drogę, którą zazwyczaj wracał Severus. A jeżeli to jego kawałki były na ścianie? Nie, próbowała się uspokajać, tego było zdecydowanie za mało jak na człowieka, może to ostrzeżenie, jakaś klątwa, pułapka albo coś innego. W końcu, już po zmroku, zobaczyła znajomą postać w ciemnym płaszczu, idącą szybkim krokiem po ścieżce.
- Psyt! - powiedziała konspiracyjnym szeptem. – Sev, to ja.
Odruchowo wyciągnął różdżkę i odwrócił się w jej kierunku.
- Cholera, kobieto. Jak będziesz się tak czaić w krzakach, możesz oberwać brzydkim zaklęciem. Co jest?
- W domu ktoś był. Coś zostawił, nie wiem czy to nie pułapka, wszędzie jest krew. Czekałam na ciebie, żebyśmy to sprawdzili.
- Nie. Ty tu siedź, ja to zobaczę.
- Ale...
- Nie ruszaj się.
Severus pochylony, skradając się bardzo cicho, ruszył w stronę chaty. Wrócił po pięciu minutach, idąc o wiele głośniej i pewniej.
- Już tego nie ma – powiedział obojętnie.
- A co to było? Ktoś tu był i to zostawił? To znak? - Czarownica ciągle była przestraszona.
- Był. Phasianus colchicus, czyli bażant. Usiadł na parapecie i udowodnił, że zabezpieczenia domu działają jak należy.
Lily wytrzeszczyła oczy.
- Ale chyba nałożyłeś na dom coś, co będzie odstraszało gości? To nie może być tak, że ktoś tu przypadkiem wejdzie i go pokroi.
- Nałożyłem, ale to był wyjątkowo oporny na magię i uparty bażant. Cóż, taki zestaw to ślepa droga ewolucji.
Przez resztę wieczoru Lily chodziła obrażona i krzątała się wokół domu, poprawiając zaklęcia maskujące. Niby miejsce było odludne, ale nie chciała przypadkiem spowodować jakiegoś nieszczęścia.


Odkąd Severus Snape zamieszkał w Harwood Dale Forest, a jego życie zupełnie się zmieniło, nie mógł przyzwyczaić się do jednej rzeczy. Przez całe swoje życie nauczył się zasypiać byle gdzie i szybko i budzić się w jednej chwili w stanie zupełnej czujności. Zawsze jednak spał sam. Jedną rzeczą był seks, który można było traktować jako czynność fizjologiczną, przyjemną i odprężającą, a zupełnie inna rzeczą był dotyk. Lily, nawet jeżeli zasnęła w jakiś normalny sposób, to po kwadransie przysuwała się blisko, spychając go prawie na koniec łóżka i oplatała go rękami i nogami, generując przy tym ogromną ilość ciepła. Nie chodziło tylko o to, że było to fizycznie dość niewygodne, ale w jakiś sposób bolało go to emocjonalnie. Absolutna i bezwarunkowa bliskość, ciało do ciała, oddech na szyi, to wszystko jak legilimencja wdzierało się do jego duszy, powodując atak paniki. Zaśnięcie w takiej bliskości w jakiś sposób odsłaniało i pozbawiało barier. Ten dotyk niemal bolał, a jednocześnie stawał się w jakiś sposób niezbędny. Severus odsuwał się wtedy ostrożnie, próbując złapać oddech, ale po kilku minutach Lily była jeszcze bliżej, z ręką na jego głowie, przyciskając jego ramię jak kawałek poduszki.

Do tego dochodziły koszmary. Już przedtem miewał sny, w których słyszał krzyki torturowanych albo widział ich twarze, jak przychodziły do niego gdzieś w zaświatach umęczone i gniewne. Teraz był zawsze jeden sen jak cień, od którego nie mógł się uwolnić – Lily leżąca na stole sekcyjnym instytutu, naga z kawałkami sukni ślubnej doszytymi do skóry, z połamanymi rękami i skręconym nienaturalnie karkiem. W śnie wiedział, że jest martwa, a jednak jej oczy były otwarte i mówiła coś do niego.
- Spieprzyłeś, Sev. Głupio to wyszło, nie?
Budził się wtedy spocony ze strachu, a ona leżała z nogami oplecionymi w jego nogi, w pozycji, która wyglądała na zupełnie niewygodną, ale oddychała spokojnie i uśmiechała się przez sen. Wiedział, że to niemożliwe, a jednak irracjonalnie bał się, że w jakiś sposób odczyta te sny. Tak jakby przynosił do ich łóżka ten cały gnój i rzeźnię, którą od niej dzieliły tylko dwie wtulone w siebie warstwy skóry.

***

Od wsi Bowness, aż do twierdzy Segedunum ciągnął się kiedyś kamienny mur. Dla mugoli są to już tylko historyczne ruiny, z których niewiele zostało, nie wiedzą oni, że kiedy cesarz Hadrian zarządził jego budowę, zakopał pod nim czaszki, a każdy kamień muru napełnił starą magią ochronną. Cóż, już wtedy były kłopoty ze Szkocją. Plemiona zamieszkujące góry Kaledonii ze swoimi szamanami w skórach, kościanymi amuletami i zastępami wilkołaków skutecznie atakowały rzymskich najeźdźców z ich dziwną południową magią spod znaku Wielkiej Hekate. Mur szybko stracił znaczenie dla mugoli, ale czarodzieje używali go niejednokrotnie, chcąc uniezależnić Szkocję od wpływów Anglii. Ostatnia czarownica na tronie Szkocji, Maria de Guise, działała aktywnie na wzrost potęgi Szkocji i kazała wprowadzić w struktury kamieni wiele magicznych usprawnień, które przetrwały do dziś. Nie tylko blokowały teleportację, ale i wyczuwały każdą różdżkę, która przewożono przez mur.

Kiedy w równonoc wiosenną czarodzieje Szkocji spotkali się w podziemiach zamku w Edynburgu zapadła decyzja: może dla mugoli istnieć sobie twór zwany Zjednoczonym Królestwem, oni zrywają wszelkie związki z Londynem i tamtejszym Ministerstwem Magii. Samego ministra Notta określili nieprzetłumaczalnym słowem w dialekcie szkockich czarodziejów, które to słowo, w wolnym tłumaczeniu, sugerowało zażyłe związki ojca Notta z owcą. Każdy skrawek ziemi na północ od muru Hadriana znajdował się od tej pory pod władzą Edynburga, a każdy czarodziej, który chciał wjechać na teren Szkocji, musiał postarać się o stosowną zgodę. Teleportacja była zakazana i uaktywniono stare zaklęcie blokujące ten rodzaj komunikacji przez linię, gdzie przebiegał mur. Rada Szkocji, w którą wchodziło też bardzo wielu czarodziejów z Anglii, którzy nie chcieli się zgodzić na rządy Czarodziejów-Na-Rzecz-Pokoju, orzekła również, że na terenie Szkocji nie będą praktykowane aresztowania śmierciożerców. Jeżeli takowi znajdą się za murem, po prostu potraktuje się ich Avadą. Bądź powiesi, zależnie od fantazji tego, kto ich złapie, w myśl starej zasady, że trofeum jest własnością łowcy.

James Potter ścisnął walizkę i z niewielką pomocą magii domknął ją. Spojrzał na zegarek, mugolski pociąg do Edynburga odjeżdżał za dwie godziny i miał jeszcze czas, żeby napić się na dworcu kawy. Poprzedniego dnia chciał odwiedzić Lily, żeby się pożegnać, ale nie zastał jej w domu. Chciał jej zaproponować, żeby pojechała z nim do Szkocji, jeżeli nie jako narzeczona to przynajmniej jako przyjaciel, ale nie sądził, że jest duża szansa, że się zgodzi.

Wyjeżdżając z Anglii, czuł się trochę jak zdrajca, jednak Albus Dumbledore chciał mieć wszystkich swoich ludzi blisko siebie. Jako auror nic nie mógł już zdziałać, a akcje Zakonu Feniksa były na południe od muru nielegalne. Niedługo mogło dojść do tego, że przyjaciele, którzy mimo wszystko zostali w Biurze Aurorów, zostaną wyznaczeni, żeby ich ścigać. Cóż, pozostała nadzieja, że nie będą tego robili zbyt gorliwie. Oczywiście planowali wypady za mur, wyjazd na północ nie był zatem ucieczką, ale taktycznym przegrupowanie sił. Na razie nie mogli pozwolić żeby śmierciożercy w maskach Czarodziejów-Na-Rzecz-Pokoju przejęli władzę na całej wyspie.

James nie mógł przestać myśleć o Lily. Na początku tłumaczył sobie jej odejście tym, że zaręczyny i planowane dziecko to było dla niej za szybko i za dużo. Że potrzebuje trochę czasu, wolności i spokoju, że kiedy ją zostawi, nie będzie się narzucał, po kilku tygodniach, może miesiącach czy roku spokojnie wszytko odbuduje. Coś wtedy mówiła w rozmowie, którą swoją drogą pamiętał jak przez mgłę, o tym, że niby stara znajomość z tym zasmarkanym Ślizgonem złamała jej serce i nie jest zdolna do związku. Takie brednie mógł tłumaczyć sobie tylko przemęczeniem. Jednak czas mijał, a Lily najwidoczniej go unikała, na zebraniach Zakonu siadała daleko i, co bolało go najbardziej, kiedy podglądał ją ukradkiem zza okna kawiarni, jak wychodziła z instytutu, widział, jak się uśmiecha. Nie pamiętał tego uśmiechu z czasów, kiedy byli razem.

Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że nigdy nie myślał o Lily w kategoriach wielkiej miłości swojego życia. Była zabawna, inteligentna, niezależna i jako jedna z niewielu w ogóle nie zwracała na niego uwagi. Ganiał za nią z czystej przekory, żeby ją po prostu zdobyć, tak jak się lata za złotym zniczem, który co chwila wyślizguje się z rąk. Dopiero potem, kiedy wydawało mu się, że ją zdobył, zrozumiał, że nie chce już gonić za niczym innym. I wtedy ona po prostu wyślizgła mu się z rąk jak znicz na chwilę przed zakończeniem meczu i zniknęła z oczu.

Teraz nie było jednak czasu na ckliwe rozważania. Miał nadzieję, że w końcu zmądrzeje i ucieknie jak inni do Szkocji. Póki co przydzielono mu zadanie; miał zorganizować grupę czarodziejów i zabezpieczyć mur od zachodniej strony, również obszar morski, aż po wyspę Man. Wschód przydzielili Frankowi, który już skompletował swoją drużynę, a James żałował, że nie ma z nim Syriusza; razem nie przepuściliby ani jednej śmierciożerczej myszy na drugą stronę. James ruchem różdżki włączył magiczną radiostację i uśmiechnął się do siebie, myśląc, że dobrze było usłyszeć niespodziewanie głos starego przyjaciela.
- Tu Radio Pod Księżycem, pierwsza wolna radiostacja, której możecie słuchać po obu stronach muru. To my, magiczny głos w twoim domu. Alastor, z którym właśnie rozmawialiśmy na antenie, powiedział mi nieoficjalnie, że puszczam wam zbyt dużo… jak to było? Jazzujących mugolskich smętów. To może to* przypadnie wam do gustu. Z pozdrowieniami od starej ciotki Tamizy dla małej dzikiej Tay. Jak widzicie, Londyn ciągle się nie poddaje.


* Radio - magiczny głos w twoim domu zagrało to: https://www.youtube.com/watch?v=YEDy3vEX8Ms

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXIV ( aktualizacja 30 07)

Postautor: labruja » 09.09.15, 18:55

W pewnym momencie każdy mieszkaniec magicznej strony musi sobie odpowiedzieć na pytanie, co to znaczy być czarodziejem lub czarownicą. Dla czystokrwistych sprawa była prosta – bycie czarodziejem stanowiło część tradycji, którą wypijali z mlekiem matki, coś tak oczywistego i naturalnego, jak oddychanie. Jeżeli jednak czarodziej przyszedł na świat w rodzinie mieszanej lub mugolskiej, sytuacja prezentowała się trudniej, bo trzeba było znaleźć sobie miejsce pomiędzy tymi dwoma światami i odkryć swoje własne źródło magii. Lily Snape miała na to sposób. Kwiecień był ciągle chłodny i wilgotny, ale dni stawały się dłuższe, na ziemi rosła już trawa, a na drzewach pojawiały się pierwsze liście. Lily, ciągle otulona w kurtkę, zdejmowała buty i skarpetki, i boso chodziła po jeszcze zimnej ziemi. Palce zapadały jej się w grząskim gruncie, w zbutwiałych bukowych liściach i szyszkach. Dotykała rękami kory drzew; szczególnie lubiła wierzby z maleńkimi, jasnymi liśćmi na mocnych, opadających ku dołowi gałęziach. Siostrzane drzewa jej różdżki. Lily Snape czuła wtedy, czym naprawdę jest magia. W Hogwarcie nauczyli ją wielu użytecznych zaklęć, ale były one w porównaniu z magią kryjącą się w wiosennym lesie, słabe jak zapalona świeczka przy wybuchającym wulkanie. Magia była wszędzie – w ziemi, rechocie żab, drganiu powietrza i ruchach owadzich skrzydeł.

Harwood Dale Forest w niczym nie przypominał Zakazanego Lasu. Z tego, co się orientowała, nie było tu nawet zbyt wielu magicznych stworzeń, ale stojąc na granicy drzew czuła powiew pradawnej silnej magii, tej samej, którą tysiące lat wcześniej czuli ludzie stojący na linii pradawnych borów, kiedy zrywając gałązki drzew, próbowali zrobić z nich pierwsze różdżki. Czasem Lily kładła się na ziemi, między krzakiem bzu, pod którym pochowała serce chłopca, a rosnącą kawałek dalej powykrzywianą starą wierzbą, i wtulała policzek w młodą trawę. Miała wtedy wrażenie, że magia przenika ją głęboko, aż do kości, płynie jej żyłami i wraz z krwią dochodzi do serca. Czuła, że przepełniająca ją moc jest silniejsza nawet od potęgi, jaką dysponował Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymieniać.

Severus obserwował Lily przez okno, kiedy wracała do domu, boso, z butami przewieszonymi za sznurówki o torbę, wyprostowana i roześmiana, tak jakby nie dotyczyła ich ani wojna, ani ciągłe problemy finansowe. Na te drugie lekarstwem był gruby notes, w którym co kilka dni zapisywała wszystkie wydatki i dochody – po prawej stronie te w galeonach, po lewej te w funtach.
- Dobra wiadomość, Severusie Snape, jest taka, że w kwietniu nie tylko uda nam się nie umrzeć z głodu, ale będziemy na małym plusie. Jeszcze trzysta lat takiej dobrej passy i może uda nam się wyjść na prostą – zażartowała.
Wiadomość była pocieszająca, ale jej mąż znowu się spiął. Przecież nigdy nie narzekała, nie dopominała się, że chciałaby mieć więcej, że praca w kilku miejscach ją męczy, była zadowolona z tego co ma, ale jego głupia męska duma sprawiała, że nie potrafił się z tego cieszyć.
- Nadwyżki finansowe możemy przeznaczyć na ciuchy. Potrzebujesz czegoś? Będę jutro na Camden Market.
W magicznym świecie wszystko było przynajmniej kilka razy droższe. I nie chodziło tu tylko o ubrania od Madame Malkin, tkane ręcznie przez czarodziejów, nierzadko nitkami ze sprowadzanej specjalnie bawełny. Nawet SzmatSzata, mieszcząca się na Nokturnie, sprzedawała rzeczy w cenach mugolskich butików. Co zabawniejsze, ubrania, które tam sprzedano, w większości były kiedyś mugolskie i tylko przerobiono je odrobiną magii, jak choćby ulubioną koszulę Lily z napisem „Duma Gryffindoru” migającym dokładnie na piersiach.
- W rzeczach z Camden będziesz z daleka widoczna jako ktoś, kto przyszedł z mugolskiej strony. W dzisiejszych czasach to mało rozsądne – zauważył Severus.
- No i? Wszyscy tak chodzą. Ty myślisz, że pod tymi super szatami komuś się chce płacić za staniki albo skarpetki od Madame Malkin? Wszędzie są mugolskie rzeczy. No chyba, że jesteś cholernym Malfoyem.
Czarodziej przez chwilę się zamyślił i wypił łyk herbaty.
- Z tymi Malfoyami to też byś się zdziwiła – powiedział w końcu.
- Chcesz powiedzieć, że twój przyjaciel Lucjusz nosi bokserki od Marks&Spencers? Tylko w jakich okolicznościach posiadłeś tak szczegółową wiedzę? Zagracony strych, wirujące w powietrzu drobinki kurzu i zimne stalowe oczy twojego kolegi patrzące na ciebie z pożądaniem… - Lily zachichotała, próbując wyobrazić sobie tę scenę.
Spojrzał na nią spode łba, jakby żart w ogóle do niego nie trafił.
- Skończ już. Mało zabawne.
- No co, diabli wiedzą, co wy tam robicie w tym kółku miłośników czarnej magii.
Może i dobrze, że nie wiesz, pomyślał Severus.
- Temat bielizny Malfoya nie jest mi szczegółowo znany, co zresztą bardzo mnie cieszy. Ten snobistyczny, czystokrwisty paniczyk dysponuje natomiast całkowicie mugolskim notesem. Jakoś szczególnie często u niego nie bywam, ale jest w takim miejscu, że chyba jest dla niego ważny. Coś mówił, że go dostał, ale nie usłyszałem od kogo.
- Mugolski notes? - zaciekawiła się Lily. – Jesteś pewien?
- Ostatnim razem miałem wątpliwą przyjemność przerzucić kilkadziesiąt takich do pudeł. Szły, zdaje się, do księgarni i supermarketów Winstanleya. W sumie one wygadają na odrobinę magiczne, wiesz, czarna skóra, metalowe zdobienia, i w ogóle. Ale po lewej stronie mają wygrawerowane takie małe W. Mogę ci nawet taki przynieść następnym razem.
- I nie ciekawi cię, co ten dupek tam sobie skrobie? - Czarownica postukała palcem w grzbiet swojego notesu. - Notesy to ważna sprawa. Jakby ktoś się w ten wczytał, też by sporo mógł wywnioskować, dlatego go chowam. Mówisz, że masz dostęp do takich samych, a nie dałoby się go jakoś podmienić?
Severus pomyślał, że zdobycie notesu nie będzie takie proste, ale jest jak najbardziej wykonalne. Nie rozmawiali o tym dłużej, ale Severus Snape nie mógł przestać myśleć, co takiego Lucjusz Malfoy zapisuje w zeszycie od Winstanleya. I czy Czarny Pan o tym wie? Huncwoci nie bez racji uważali Snape’a za kogoś wyjątkowo wścibskiego i lubiącego wtykać nos w nie swoje sprawy. Nie chodziło tu tylko o fakt, że wywęszył wilkołactwo Lupina; lubił znać różne tajemnice, i w razie potrzeby potrafił się nimi posłużyć. Zamyślił się, wpatrując sięw ogień: kiedyś nie zwrócił na tamten notatnik uwagi, bo nie zauważył, że jest mugolski, ale teraz cała sprawa zaczęła go interesować. Trzeba będzie tylko poczekać na właściwą okazję.

***

Dom Andromedy Tonks został urządzony w eleganckim, chociaż raczej mugolskim stylu. W kuchni miała elektryczny blender, sprowadzany na zamówienie ekspres do kawy i robota kuchennego. Tylko w jednym pokoju, na końcu korytarza, nie pozwoliła zainstalować elektryczności. Klucz do tego pomieszczenia trzymała zawieszony na szyi, a kiedy Ted spytał, co tam trzyma, odpowiedziała żartem, żeby nie był taki ciekawy, bo to jej wersja piwnicy Sinobrodego. Musi mieć swoje małe miejsce do praktykowania magii. Tak naprawdę w pokoju nie było ani kości dziewic, ani pentagramów i kielichów zbroczonych krwią. Proste, dębowe biurko, regał z książkami, które zabrała z domu, i wygodny fotel. Przez okno, wychodzące na zachodnią stronę, wpadały ciepłe promienie zachodzącego słońca. Czarownica wysłała Teda z Nimfadorą na kilka dni na kontynent, bo przed tym, co zamierzała zrobić, potrzebowała spokoju i skupienia. Podróże dobrze zrobią Dorze, niech pozna mugolski świat, zanim pojedzie do Hogwartu.

Usiadła przy biurku i wyjęła z szuflady mały scyzoryk, a potem starannie zaczęła strugać kawałki drewna i wycinać w nich runy. Oczywiście miała swój bardzo ładny komplet, kupiony jeszcze na Pokątnej, ale wszystko zadziała lepiej, jeżeli sama je zrobi. Wolno jej było używać drewna tylko z gałęzi, które sama zerwała, kości zwierząt, które sama zabiła, i gliny, którą sama wykopała. Po namyśle poprzestała na użyciu drewna. Kiedy zaczęło się ściemniać, zapaliła świeczki i przez otwarte okno wypaliła papierosa. Zrobiła dopiero cztery runy, barwiąc znaki własną krwią, a była tak zmęczona, jakby zrobiła ich czterdzieści. To dziwne, pomyślała, nikogo nie zastanawia, dlaczego starożytne runy są jedynym przedmiotem, którego naucza się w Hogwarcie tylko teoretycznie. Najczęściej nauczyciele tego przedmiotu mają na tyle rozumu, żeby sprawić, aby przedmiot ten wydawał się nudny i trudny. Daje im to pewność, że uczniowie nie zaczną bawić się magią, która byłaby dla nich zbyt niebezpieczna. Andromeda też pewnie nie zajmowałaby się runami, ale jako mała dziewczynka lubiła skradać się na palcach do pokoju babci Irmy i podglądać, jak stara czarownica rozrzuca na skórzanym obrusie małe gliniane i drewniane kosteczki z dziwnymi znakami. Babcia szeptała coś pod nosem, jakby z kimś rozmawiała, ale pozostała czujna. Zauważyła Andromedę i skinieniem Glowy zaprosiła ją do środka. Podała jej maleńką tabliczkę.
- Wyglądają jak alfabet – powiedziała dziewczynka.
- Bo to jest alfabet, bardzo, bardzo stary alfabet. A ja pisałam listy, można to tak nazwać. Pertraktowałam. Niestety nigdy nie wiadomo, co z tego wyniknie.
Andromeda poczuła, jak przechodzą ją dreszcze.
- Rozmawiałaś z duchami?
Kobieta zaśmiała się.
- Z kimś starszym niż one. Z kimś, kto był tu na długo przed przybyciem ludzi. Ono nauczyło nas tego pisma, ale chyba myśli inaczej niż my, więc porozumienie się jest trudne. Twoja matka próbuje rozmawiać z tym za pomocą tarota, ale zapamiętaj sobie, słonko, że tarot to tylko diabła warte kawałki papieru. Można z ich pomocą czasem coś usłyszeć, ale nie zażadać zmiany losu.
- A istota, z którą rozmawiasz, jest zła czy dobra? – Andromeda dobrze pamiętała to pytanie, które z perspektywy czasu wydawało jej się głupie i naiwne.
- Chyba trochę taka, trochę taka. Wszystko zależy od tego, o co ty ją prosisz – odpowiedziała kobieta, odwracając do góry nogami runę. Jak się potem dowiedziała Andromeda, nazywała się Kaunan. Płomień, namiętność, realizacja planów. Babka uśmiechnęła się w sposób, który kazał dziewczynce przypuszczać, że razem z Tamtą Istotą czynią raczej coś bardzo niedobrego. Nie zdziwiło jej to, seniorki rodu Blacków rzadko spędzały czas na spotkaniach koła dobroczynnego.

Czarownica wyrzuciła niedopałek za okno i wróciła do pracy. Tak, zdecydowanie runy starożytne były jedną z najpotężniejszych gałęzi magii, ale miały też swoje minusy. Nie machało się różdżką powodując natychmiastowy efekt, to co miało się zdarzyć, mogło nastąpić w ułamku sekundy, ale też za dziesiątki lat, w końcu jej pomocnik trwał jakby poza czasem. Kolejnym problemem było zrozumieć i zostać zrozumianym; każda z run miała co najmniej kilkanaście znaczeń, czasami sprzecznych, co znacznie utrudniało precyzyjne wypowiedzi. Ostatnia sprawa to zmusić istotę, żeby wypełniła zadanie. Andromeda była pewna, że runami można by unicestwić nawet Czarnego Pana, problem w tym, że od setek lat nie było nikogo, kto potrafiłby tak dobrze się nimi posługiwać. Ona sama używając ich czuła się trochę, jak mawiał Syriusz, „jak ślepy jeż, który próbuje sterować hipogryfem”.

Dwa dni później, kiedy wszystkie runy były gotowe, rozłożyła zabrany z domu skórzany obrus, który należał do jej babci. Narcyza i tak była zbyt delikatna, a Bellatrix zbyt narwana, żeby używać go jak trzeba. Siedziała przez godzinę w milczeniu, myśląc o całej sytuacji. Nie może po prostu zapytać „kto jest zdrajcą”, bo każdy kiedyś dokonał jakiejś mniejszej lub większej zdrady, lub skłamał. Tym bardziej nie może zażądać śmierci zdrajcy, bo z dużym prawdopodobieństwem jeszcze tej samej nocy jakiś John Smith, zdradzający żonę, wjedzie w drzewo. Pomyślała, że mogłaby ustawić w centrum coś należącego do Syriusza i zapytać, kto jest jego zdrajcą. A co, jeżeli naprawdę winny był Syriusz? Wtedy jego zdrajcą będzie ktoś całkowicie oddany jasnej stronie. Też nie pasowało.

Musiała pytać o konkretne osoby i ich intencje, i powiązania. Najlepiej nie więcej niż dwie na raz. Albus? Jeżeli on poświęcił życie Syriusza i tak nic nie mogła zrobić, może tylko napluć mu na brodę, co tak naprawdę było bez znaczenia. Lily i jej mały śmierciożerca? Andromeda bardzo chciała, żeby na przekór całemu prawdopodobieństwu to nie byli oni. Głupio wyjdzie, jeżeli najpierw będzie druhną Lily, a potem sprawi, że zostanie wdową. Zacznie zatem od Franka Longbottoma i Petera Pettigrew. Musi zdobyć coś, co należy do nich, ale to nie będzie trudne. Gorzej, że runy rzadko dawały jednoznaczne odpowiedzi, raczej bawiły się z rozmówcą w pełne niejednoznacznych skojarzeń zagadki. A to był tylko pierwszy krok do zmiany rzeczywistości i rzucania czarów z ich pomocą.

Czarownica nie miała jeszcze przedmiotów Franka i Petera, ale na dobry początek mogła zapytać o coś innego. Rozłożyła po obu stronach obrusa zdjęcia Syriusza i Regulusa. Potem przez długi czas siedziała w milczeniu, próbując wyciszyć umysł i zwabić do siebie tę istotę, z którą tak swobodnie rozmawiała jej babka. Świeczka w rogu biurka dopalała się już i drżała niespokojnie, kiedy czarownica z przymkniętymi oczami wyjęła z płóciennego woreczka jedną runę i rzuciła ją na skórę pomiędzy zdjęcia. Drewniany klocek wylądował dokładnie na środku planszy, pomiędzy dwoma zdjęciami. Znak X, symbolizujący runę Gebo, był ułożony idealnie prosto.
- Dar, ogień, zjednoczenie, miłość – powiedziała cicho. - Dzisiaj nie było zagadek. Czyli sprawa jasna, chłopcy, pora zacząć polowanie – uśmiechnęła się tak, jak jej babka, gdy odwracała do góry nogami runę powodzenia.

***
Mówi się, że to okazja czyni złodzieja, ale w tym przypadku to złodziej musiał trochę się pokręcić, żeby złapać okazję. Wszyscy wiedzieli, że Narcyza Malfoy nie miała mrocznego znaku. Była czystej krwi, jej poglądy dalekie były od akceptacji mugoli i w pełni wspierała męża, a jednak nigdy nie przysięgła wierności Czarnemu Panu. Lucjusz czuł, że jego pan jej nienawidzi, bo w ten bierny sposób okazywała mu swoją wyższość. Nie rozmawiali o tym nigdy, ale on wiedział, że nie uda mu się całkowicie oddzielić życia domowego od służby Czarnemu Panu. Śmierciożercą nie było się od ósmej do szesnastej w dni robocze, z przerwą na urlop – wszystko, co w życiu robił, zostało podporządkowane pewnej idei, i prędzej czy później Narcyza musiała to zrozumieć. Dlatego pod koniec kwietnia, w dniu jej urodzin, wyprawił w domu małe przyjęcie, na które zaprosił kilku zwolenników Voldemorta. Spodziewał się, że - tak jak zwykle - Snape odmówi, zresztą wcale mu nie zależało na jego obecności, był po prostu zbyt blisko Czarnego Pana, żeby otwarcie go ignorować. Tym razem jednak alchemik przyjął zaproszenie i godzinę przed wyjściem z domu krążył nerwowo z kuchni do sypialni w domu w Harwood Dale Forest, nazywanym przez Lily złośliwe Snape's Manor.
- Uspokój się, Snape, z tą miną w czarnej szacie wyglądasz jak poirytowany diabeł tasmański. I w ogóle martwi mnie fakt, że mój mąż bardziej stresuje się wieczorem towarzyskim z przyjaciółmi ze szkoły niż krwawymi akcjami z Voldemortem.
Spojrzał na nią ponuro.
- Ja nie mam przyjaciół, Evans. A szacowne grono jest na obu spotkaniach dość podobne.
- Miałeś jedną przyjaciółkę, ale zamieniłeś ją na żonę. Niezbyt to opłacalne wprawdzie, ale sam chciałeś. Pomyśl, że będzie tam dobre żarcie. Ostatnio jestem ciągle taka głodna, że mogłabym tam iść za ciebie na wielosokowym.
Spiął się przez chwilę, ale doszedł do wniosku, że komentarz był tylko przypadkowym nieudanym żartem.
Lily próbowała się z tego śmiać, ale teraz zaczęła się coraz bardziej zastawiać, czemu w zasadzie Snape przyłączył się do śmierciożerców. Jak dotąd wydawało jej się, że była to naturalna droga podążania za przyjaciółmi. Tak jak dla niej było oczywiste, że wstąpi do Zakonu Feniksa, tak może on, przynajmniej kiedyś, odczuwał z tą bandą fanatyków rodzaj braterstwa krwi. Tymczasem coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że gardzi nimi niemal tak mocno, jak Jamesem i Syriuszem.

W końcu Snape teleportował się do swojego starego mieszkania, wyszedł na ulicę, i stamtąd przeniósł się aż pod bramę w Wiltshire, rozpryskując przy tym solidną kałużę wiosennego błota. Zaklął pod nosem, zaklęciem wyczyścił buty, i ruszył w kierunku domu, gdzie trwało już przyjęcie. Złożył kurtuazyjne życzenia Narcyzie, która siedziała na wygodnym zielonym fotelu w rogu pokoju i obojętnie witała gości. Pomyślał jednocześnie, że blada, w zaawansowanej ciąży i jasnokremowej sukience przypominała nieco białego wieloryba. Wmieszał się w tłum, próbując dołączyć do którejś z grup, rozmawiających najczęściej o sukcesach nowego ministra lub międzynarodowym kursie galeonów. Wypił lampkę wina. Mógł pić bez obaw, bo Lily dała mu eliksir tłumiący działanie alkoholu, który powstał jako efekt uboczny wynalezienia przez Gryfonów eliksiru na mocną głowę. Trochę przedobrzyli w recepturze i alkohol w ogóle nie miał wpływu na osobę pijącą, ale w jego sytuacji była to właściwość bardzo przydatna. Alchemik chodził bez celu po sali i w żadnej z grupek nie zabawiał dłużej niż kilka chwil. Przypomniał sobie ostatnią imprezę, na której był – w zasadzie jedyną, jeżeli nie liczyć nocnych nasiadówek w Pokoju Wspólnym Slytherinu, w których, chcąc nie chcąc, musiał uczestniczyć. Tamtą nieszczęsną imprezę w domu Jamesa i Lily, smak wina z porzeczek i nalewki z mandragory, głośne śmiechy, uściski, gryzący dym papierosów i szczere rozmowy na korytarzu. Przez jedną chwilę poczuł coś jakby uczucie tęsknoty, a może raczej zazdrości, za tamtym życiem, nawet jeżeli tylko pożyczonym na jeden wieczór. Za ludźmi, którzy bezczelnie, na przekór całej wojnie, mieli odwagę być wobec siebie szczerzy i szczęśliwi. Summertime, An’ the livin' is easy* – jak w tej piosence, która w jakiś pośredni sposób sprawiła, że jego życie wywróciło się do góry nogami.

Na kolację podano coś, co doprowadziłoby Lily do szaleństwa. Maleńkie porcje nieszczęsnego przedstawiciela gatunku bezkręgowców, przyozdobione owocami, i cienkie plasterki krwistego mięsa, przypominające elegancko ułożone resztki z sekcji w gabinecie czarownicy Matyldy. Był głodny, a jednak z trudem przyszło mu przełknąć choćby mały kawałek. Zresztą pozostali goście też niewiele jedli. Obserwował kątem oka Bellatrix Lestrange. W srebrnej sukience i delikatnym makijażu wyglądała prawie niewinne. Chyba wolałby ją w czerwonych szmince, palącą mugolskie papierosy i opowiadającą świńskie kawały; tak byłaby mniej przerażająca, a tak nie miał już wątpliwości, że Bella nie jest nieobliczalną wariatką. To dobrze wychowana, piękna, młoda kobieta ze starożytnego rodu Blacków, która po prostu lubi być zła. Oprócz pani Lestrange rozpoznał przy stole co najmniej kilkanaście osób z najbliższego otoczenia Czarnego Pana, i każdy z nich wyglądał przerażająco normalnie. Snape nie był święty, on też zabijał, ale kiedy patrzył na uśmiechnięte gęby przeżuwające mięso, albo ręce, które jeszcze niedawno były czerwone od krwi, a teraz ze spokojną uprzejmością podawały półmisek serów, poczuł, że robi mu się niedobrze. Po raz pierwszy w życiu żałował, że nie może się spić do nieprzytomności. Chciało mu się wymiotować, ale może to eliksir Lily nie działał do końca jak trzeba.

Między gośćmi krążyły skrzaty, dolewając do kieliszków bursztynowego alkoholu. W miarę jak atmosfera się rozluźniała, coraz trudniej było mu przyłączyć się do jakiejś rozmowy. Gdzieniegdzie słyszał prawie niedosłyszalny szept syn pani Prince. Oni doskonale zdawali sobie sprawę z tego, kim był – półszlamą, parweniuszem, który nie miał prawa w ogóle przestąpić progu rezydencji państwa Malfoy. A jednak tu jestem, pomyślał, i uśmiechnął się do siebie. Nie tylko tu jestem, ale nawet mnie zaproszono i wyżeram wasze obrzydliwe, bezsmakowe bezkręgowce. Śmiał się w duchu, bo chociaż alkohol starł ich dobre maniery, to jednak nikt nie odważył się powiedzieć niczego głośno. Ciągle się go bali. Przynajmniej trochę. Bo mimo tego kim był, znalazł się tak blisko Czarnego Pana, stał się jego szpiegiem (w tamtym momencie wydawało mu się nieistotne, że szpiegowaniem zajmował się w obie strony), jego alchemikiem. I jak bardzo by nim nie pogardzali, będą się uśmiechać uprzejmie. I chociaż oni też stali po stronie Czarnego Pana, zabijali dla niego, to jednak nie mieli pojęcia, czym naprawdę jest moc i siła, jaką mógł im zaoferować. Snape zagryzł wargi, bo przypomniał sobie, że on już nie jest po tej stronie której był, chociaż nienawiść, jaką czuł, sprawiła, że na chwilę o tym zapomniał. Miał ochotę wyjść, chociażby po to, żeby zaczerpnąć powietrza, ale przecież przyszedł do Wiltshire w bardzo konkretnym celu.

Skoro impreza pomału dobiegała końca, musiał w końcu znaleźć dogodną chwilę, żeby zajrzeć do gabinetu na piętrze. Tymczasem przez fazę degustacji, poprzez etap picia, przeszli do końcowego stadium chlania, które na wszystkich przyjęciach, niezależnie od przynależności domowej czy czystości krwi, było takie samo. Miał wrażenie, że ktoś go obserwuje i dopiero po chwili zobaczył Narcyzę, która wróciła do swojego fotela w rogu pokoju i w milczeniu przypatrywała się gościom. W tej chwili byli chyba jedynymi trzeźwymi osobami w pokoju i dostrzegł w jej spojrzeniu coś twardego i chłodnego. Przyszło mu do głowy, że ona nienawidzi tych wszystkich zebranych tu ludzi tak samo jak on, i wcale nie jest taka, za jaką ją początkowo uważał. Nie była tylko miękką, uległą lalką w pastelowych kolorach, pachnącą pudrem i zbyt mocną wodą kwiatową. Za tym wszystkim kryła się twarda kobieta, która ma oczy otwarte i widzi więcej, niż się wydaje. I cokolwiek się stanie, ona będzie po stronie Lucjusza.

Po północy goście zaczęli znikać. Pani Malfoy położyła się spać i przy stoliku został już tylko on, Lucjusz i rodzeństwo Carrow. Snape nalał im wszystkim koniaku do kieliszków po winie, zdając sobie sprawę, że eliksir Lily pomógł mu zachować trzeźwy umysł, ale nie uchroni go przed dolegliwościami żołądkowymi i bólem głowy.
- Wiesz, Snape - powiedział bełkotliwie Lucjusz. – Nie przypuszczałem, że w ogóle się zjawisz. I że można się z tobą napić. Zawsze taki porządny, cholerny abstynent, pupilek Slughorna, z wypucowanym kociołkiem i długim nosem w książkach.
Amycus zaśmiał się z Lucjuszem i Snape też zmusił się do uśmiechu, jakby rozmawiali o kimś innym.
- Ludzie się zmieniają, Lucjuszu – odpowiedział, i tym razem mówił prawdę.
Jeszcze jeden kieliszek, po którym Alecto osunęła się na kanapę, i gospodarz miał już dość na dziś. Ponieważ chwiał się na nogach, Snape i Carrow pomogli mu wstać i pod ramię odprowadzili go do sypialni na piętrze. Na ciemnych schodach Severus wyjął różdżkę gospodarza, schował ją do swojej szaty, i w drodze powrotnej przystanął w korytarzu. Było cicho i ciemno, i tylko skrzaty na dole zabierały się do sprzątania. Gdyby ktokolwiek go zauważył, mógłby powiedzieć, że za dużo wypił i się zgubił. Z łatwością znalazł gabinet Lucjusza i zamknął za sobą drzwi. Był tu tylko raz, wtedy, kiedy Malfoy chwalił się komuś tym nieszczęsnym notesem, i z tego, co pamiętał, to był schowany w szufladzie biurka. Wystarczyło użyć różdżki Lucjusza i rzucić nią Alohomorę. Absurdalnie gruba, twarda, z wiązu, nie chciała początkowo słuchać złodzieja, ale po chwili Snape otworzył biurko i szybko podmienił notesy. Na szczęście oparł się pokusie, żeby zajrzeć do środka, bo ledwo domknął szufladę, drzwi otworzyły się i stanęła w nich Narcyza.
- Co ty tu robisz, Snape? - zapytała z nutą złości w głosie.
Przez chwilę poczuł przypływ paniki, ale szybko się opanował. W końcu był tylko pijanym gościem, który odprowadzał jej męża do sypialni, a teraz zgubił drogę powrotną. Musi być tylko odpowiednio pewny siebie i nie tłumaczyć się za bardzo. Usiadł na krześle Lucjusza.
- Siedzę, szanowana pani – starał się, żeby brzmiało to nieco bełkotliwie, ale wolał nie przesadzać.
- Jesteś pijany – stwierdziła z odrazą.
- Istotnie. Ale szanowny małżonek jest, pozwolę sobie zauważyć, pijany jeszcze bardziej. Zgubił różdżkę. - Czarodziej wyjął z szaty różdżkę Lucjusza i podał ją Narcyzie. – A różdżki trzeba pilnować. Znalazłem, więc chciałem oddać, wchodzę, a tu nie ma Malfoya, tylko to biurko.
Czarownica szybko wzięła różdżkę męża i przez chwilę przyglądała mu się zmrużonymi oczami. Snape był pewien, że coś jej nie pasuje, ale nie wiedziała, co.
- Wskażę ci drogę do wyjścia, Snape – powiedziała w końcu i mógł odetchnąć z ulgą, wychodząc z gabinetu razem z dziennikiem.

W drodze do domu dwa razy zwymiotował i miał niejasne wrażenie, że to dopiero początek dolegliwości związanych ze zmieszaniem eliksiru trzeźwości, wina i koniaku. W zupełnie niewłaściwych proporcjach. Lily drzemała, ale wstała i przyszła owinięta w koc, kiedy tylko usłyszała, jak wchodzi do domu.
- Kiepsko wyglądasz, Snape. Nie wspominałam ci, żeby po tym mimo wszystko nie przesadzać z piciem?
- Jakoś ci to umknęło – stwierdził kwaśno.
- Zrobię ci coś na odtrucie. Masz to?
Wyjął z kieszeni szaty notes i po chwili zaczął się histerycznie śmiać. Lily spojrzała zaskoczona na męża znad kociołka.
- I co? Co tam ma? Zakłady w skokach żab?
- Nic. To cholerny pusty zeszyt, Lily. Zrobiłem skok na dom Malfoya, żeby zdobyć pusty mugolski notes.
- Nie przejmuj się. Nie każda akcja musi kończyć się zdobyciem mrocznego artefaktu. To niestety może być jakieś jego trofeum albo cholera wie, co jeszcze. Nie chcę wiedzieć, co stało się z jego poprzednim właścicielem. Zainwestowaliśmy w notes, mamy notes, bilans operacji wychodzi na zero, jeżeli odliczyć twojego kaca.
- A co z nim zrobimy?
Czarownica wzruszyła ramionami.
- Nic. Notes jak notes. A mi się akurat kończy. Daj mi go, to przynajmniej nie wyjdziemy stratni na tej wiekopomnej akcji.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXV ( aktualizacja 09 09)

Postautor: labruja » 17.09.15, 15:34

XXVI

Z domu zapamiętała, że krew najlepiej wywabić zimną wodą z sodą oczyszczoną. Dosypała cztery łyżeczki do wiadra i przez chwilę patrzyła, jak biały proszek powoli się rozpuszcza. Plamy nie były duże, ot kilka kropli na rękawie, ale dla Lily były ohydnymi dowodami zbrodni. Miała wrażenie, że czuje nawet ich rdzawy zapach i robiło jej się od tego niedobrze. Oczywiście plamy można było usunąć prostym zaklęciem i - gdyby chodziło o zabrudzenia z instytutu - pewnie tak by zrobiła, jednak kiedy chodziło o ludzką krew, pranie bez użycia magii było kwestią pewnego rodzaju szacunku i pokuty. W jakimś sensie każdą rzecz, którą popełniał Severus, brała też na swoje sumienie. W końcu zdecydowali się podzielić to życie jak kubek herbaty wypity na pół, chwile szczęśliwe i te straszne.

Lily wstydziła się, że zawsze, kiedy widziała krew na ubraniu męża, w pierwszej chwili bała się, czy nic mu się nie stało, a dopiero potem współczuła ludziom, którzy zostali schwytani i torturowani. Jak można bardziej martwić się o sprawcę niż o ofiarę, zastanawiała się, ale nie mogła nic poradzić, że tak właśnie było. Nawet jeżeli to nie Severus był sprawcą, nawet jeżeli tylko stał i patrzył, nawet jeżeli działo się to na prośbę Dumbledore’a, to i tak było ohydne. Przyszło jej do głowy, że mogłaby sprawdzić, czyja różdżka zraniła ofiarę, albo nawet porównać krew z listą osób zaginionych, którą mieli w Biurze Aurorów, ale wiedziała, że jeżeli zacznie robić takie rzeczy, prędzej czy później zwariuje i skończy u Świętego Munga. Plamy prawie zniknęły, ale rdzawy zapach pozostał i przyprawiał ją o mdłości. Ze złością wrzuciła koszulę z powrotem do wiadra i rozpłakała się.
- Jak jakaś cholerna Lady Makbet, to żałosne – jęknęła, wycierając mokre dłonie o spodnie.
Severusa nie było w mieszkaniu, tamtej nocy razem z Rubenem warzył jakiś eliksir przy księżycu w nowiu, a ona miała czas, żeby trochę odespać i odpocząć, ale nie potrafiła zasnąć. Z magnetofonu leciało cicho The Partisan* Cohena i mogła wreszcie się wypłakać.

Za dnia był czas słońca, nadziei i żartów, nawet z tego, co wcale nie jest śmieszne. Na smutek był czas nocą. Zrobiła sobie herbatę i wytarła łzy wierzchem dłoni, w końcu miała do zrobienia coś więcej niż odgrywanie na wpół szalonej bohaterki dramatu. Wyjęła z szafki fiolkę z gotowym eliksirem i spojrzała na zegarek – dochodziła dopiero dwudziesta druga i mugolski pociąg do Edynburga mijał właśnie York. W każdym pociągu była jedna toaleta z oznaczeniem „awaria”, do której mogli teleportować się czarodzieje, nie wzbudzając sensacji u mugolskich współpasażerów. Potem ci, którzy chcieli przedostać się do Szkocji, przechodzili kontrolę dokumentów i różdżek oraz byli pytani o cel wizyty. Jeżeli posiadali ważny bilet, mogli podróżować dalej koleją bądź teleportować się po przejechaniu blokady. Procedura zabierała trochę czasu i ostatecznie Lily przybyła do Hogwartu dopiero po północy. Zakładała, że Filch ją wpuści do samej szkoły, ale poczeka do rana na korytarzu, dając sobie czas, żeby wszystko spokojnie przemyśleć. Jednak po kwadransie zobaczyła Albusa Dumbledore’a, który powoli, podtrzymując się zdrową ręką poręczy, szedł w kierunku swojego gabinetu. Jeżeli przyjechała do Hogwartu, żeby narzekać, jak jej ciężko, to teraz momentalnie wzięła się w garść. Dyrektor miał na głowie dość swoich zmartwień.
- Dzień dobry, panie dyrektorze – zagadnęła. – Przepraszam, że o tej porze. Kontrole na murze.
- Rozumiem. Wejdziesz na chwilkę? Rozumiem, że jest za późno na czarną herbatę, ale mogę ci zaproponować mleko z miodem.
Czarownica uśmiechnęła się i weszli do gabinetu. Po chwili skrzaty przyniosły dzbanek z gorącym naparem.
- Przyjechałam, bo mam eliksir dla Remusa. Wiem, że jesteście w kontakcie. W sumie to odważnie z jego strony, że chce go spróbować, ale może uda się zrobić coś z jego wilkołactwem.
Albus przyjrzał się Lily. Był nów i do pełni spokojnie zdążyłaby wysłać paczkę sową albo przekazać przez kogoś, kto jechał do Szkocji.
- Przekażę Remusowi. A teraz mów, dziewczyno, co się dzieje.
Przez chwilę milczała, wpatrując się w biurko. Wszystko, co chciała powiedzieć, wydawało jej się teraz dziecinne.
- Ja już nie daję rady, dyrektorze – powiedziała cicho. - Krew na ubraniach Severusa, cały czas mi się wydaje, że czuję jej zapach. Sev też chyba ma dość, nic nie mówi, ale czasem budzę się w nocy, bo słyszę, jak krzyczy przez sen, prawie czuję jego koszmary. Nie mamy już siły.
- Nie macie siły? A co mają powiedzieć ci, do których należy ta krew, albo ci, którzy pojawiają się w koszmarach? Oni naprawdę nie mają już siły. Dosłownie. Przepraszam cię, ale wiedziałaś, na co się decydujesz. On też nie został śmierciożercą na moją prośbę. To jest wojna i każdemu z nas jest ciężko. I każdy ma swoją własną walkę.
Dla Lily ta odpowiedź była jak szklanka zimnej wody wylana na głowę.
- Ale ja nie uciekam od walki! Błagam cię, dyrektorze, zwolnij go już z tego szpiegowania. Przyjedziemy do Szkocji i staniemy po stronie Zakonu. Jak zginiemy, trudno, jeśli tak nam pisane, ale niech to będzie uczciwa walka.
Albus Dumbledore uśmiechnął się pod nosem.
- Rozmawiałaś o tym z Severusem?
- Tak – odpowiedziała niechętnie.
- I?
- Mówi, że jako szpieg może bardziej się przydać. Poza tym nie sądzi, że tutaj przywitają go szampanem, że się tak wyrażę. Chciał, żebym sama przeniosła się do Szkocji, ale o tym nie ma w ogóle mowy. Albusie, jeżeli ty go zwolnisz z obietnicy i ściągniesz tutaj, nie odmówi ci. A jeżeli chodzi o Zakon, to przecież ktoś z twoją rekomendacją...
- Chyba mnie trochę przeceniasz, Lily. Jestem dyrektorem szkoły i szefem nieformalnego stowarzyszenia, a nie władcą Szkocji. Słyszałaś, co się stało? W zeszłym tygodniu zlinczowali dzieciaka z szóstego roku. Był ze Slytherinu i ktoś podobno słyszał, że wypowiadał się pozytywnie o Voldemorcie. I to wystarczyło, żeby rozsiekali go na kawałki. Horacy zakazał swoim wychowankom wypadów do Hogsmeade. Przemoc rodzi przemoc, a oni nigdy nie akceptowali Severusa i nie spodziewaj się, że zrobią to teraz. Poza tym wiedza o tym, co zamierza Voldemort, jest jedną z najważniejszych spraw. Bez tego nie będziemy wiedzieć o niczym, co dzieje się za murem. Potrzebujemy szpiega...
- A ja potrzebuję mojego męża. Nie jesteśmy pionkami szachowymi.
Dyrektor uśmiechnął się. W pierwszym momencie poczuł irytację na to porównanie, ale w gruncie rzeczy tak właśnie było.
- Ależ jesteśmy nimi, Lily – powiedział łagodnie. - Ja też jestem takim pionkiem, podobnie jak wszyscy, którzy zaczęli walczyć. Stawką w tej grze jest nie tylko nasze życie, ale to, co będzie się działo w Wielkiej Brytanii przez wiele następnych lat.
Czarownica rozpłakała się. Wiedziała, że Albus miał rację i dopóki wojna się nie skończy, będzie musiała wytrzymać. Dyrektor wstał i objął ją jedną zdrową ręką, jakby była pierwszoroczną, która płacze z tęsknoty za domem.
- Przepraszam, dyrektorze. Masz rację, damy radę. I wygramy tę wojnę.
- Wiem, Lily – powiedział czarodziej i pogłaskał ją po włosach.

***

Na pierwszy rzut oka w Edinburgh Castle pełno jest mugoli, ale to tylko złudzenie, bo większość zamku należy do czarodziejów. Schody i korytarze zaczarowane są w sposób, który pozwala mugolom zajmować go tak, że nie mają pojęcia o istnieniu dziesiątek sal i ukrytych korytarzy. Szczególnie dotyczyło to najgłębszych kondygnacji, w których mieścił się posterunek aurorów oraz więzienie, w którego celach przetrzymywano podczas pełni wilkołaki. Wiele z nich zdecydowało się wyjechać do Anglii, gdzie atmosfera sprzyjała wszystkiemu, co czarnomagiczne, ale oprócz Remusa zgłosiły się jeszcze cztery osoby. W pierwszej sali czekał już stary George MacIan. Mówiono o nim, że niczego nie nienawidzi bardziej jak wilkołactwa, ale zgodnie ze starą klątwą, wiszącą nad jego rodem, zawsze w linii męskiej ktoś żył z tym piętnem. Mimo wieku był wysoki i potężnie zbudowany, z twarzą pokrytą zmarszczkami i bliznami. Nigdy się do nikogo nie odzywał, pokornie dając się zamknąć w klatce, ale Remus pomyślał, że wolałby nie musieć z nim walczyć ani pod postacią człowieka, ani wilka. W kolejnej celi siedział czarodziej w średnim wieku. Remus nigdy go wcześniej nie widział. Wyglądał na zdenerwowanego i podekscytowanego zbliżającą się pełnią.
- Hej – powiedział do Remusa przez kraty. – Jestem Morris. Morris Calderon. Ty byłeś w Gryffindorze, nie? Chyba cię pamiętam, zaczynałeś, jak myśmy kończyli. Hufflepuff, kończyliśmy w siedemdziesiątym drugim.
Remus nie odpowiadał i mężczyzna zamilkł na krótko.
- Ty już długo tak? Wiesz, o co pytam, o przemianę znaczy się. Rozumiesz. Ja pierwszy raz. Kurwa, dwie godziny do zmierzchu, a ja już to czuję. Oszaleć można, to mrowienie, zapachy, kurwa. Pod Londynem mnie dziabnął, niech go szlag. Lekko, ale u Munga mówili, że wystarczy. Czytałem wszystko, jak to będzie wyglądać, podobno można nawet umrzeć na pierwszej przemianie, ale to się rzadko zdarza. Jest rzeczywiście tak źle?
Remus stał oparty o kraty i nie potrafił powiedzieć nic, co mogłoby dodać temu człowiekowi otuchy.
- Dobrze nie jest. Ale chyba można się przyzwyczaić, nie wiem, bo ja jeszcze nie przywykłem – zaśmiał się cicho.
Kiedy Remus myślał, że spędzą tę noc we trzech, do lochów weszła czwarta postać. Drobna, dziesięcioletnia dziewczynka w czarnym warkoczu i mugolskich ciuchach wyglądała jak turystka, która przez przypadek pomyliła korytarze. Niosła pod pachą książkę przygodową i koc, a na jej twarzy nie malowała się ani odrobina strachu. Czarodziej skojarzył sobie, że to musi być Tess Early, najwcześniej zakażone wilkołactwem dziecko Anglii. Jej matka była wilkołakiem. Kiedy Tess miała roczek, zapadła na chorobę, wobec której zarówno mugolska, jak i magiczna medycyna była bezradna. Umierała i wtedy jej matka wpadła na pomysł, że jej córeczka, jako wilkołak, który z natury ma silniejszy organizm, powinna sobie poradzić z chorobą i ugryzła ją. Julia Early odsiedziała cztery lata w Azkabanie, ale córce udało się pokonać chorobę.

Remus Lupin czuł, że robi mu się niedobrze. Zazwyczaj przed pełnią czuł więcej siły, a teraz był słabszy i wycieńczony. Przez cały tydzień, godzinę po zmroku, zażywał eliksir Lily. Dwie krople do herbaty, która zamieniała się w obrzydliwie gorzki, parujący napar o zapachu tojadu, zapewniający mu tydzień poranków z objawami ciężkiego zatrucia. Liczył się z tym, że eliksir go zabije, ale nie dbał szczególnie o to. Oczywiście lepiej byłoby zginąć z różdżką w dłoni, w walce, a nie w wyniku zatrucia nieudanym eksperymentem, ale w gruncie rzeczy czy różnica była aż tak duża? Jeżeli jakiś ratunek ma być wynaleziony, to ktoś musi tego spróbować jako pierwszy i lepiej niech to będzie on niż mała Tess.

Ciągle nie czuł nadchodzącej euforii, raczej lekką słabość. Z sąsiednich cel dobiegało już wycie i powarkiwanie. Bolały go mięśnie i po raz pierwszy w życiu świadomie obserwował, jak przebiega przemiana. Jego czaszka zmieniła się, ręce i nogi wyciągnęły, a skóra pokryła wilczym futrem. Było to dość odrażające, a z drugiej strony strony absolutnie niesamowite, że zachowywał przy tym świadomość tego, co się dzieje. Z sąsiednich cel słyszał zwierzęcy skowyt bólu i poczuł, jak przechodzą go dreszcze. Mimo przemiany ciała, jego umysł pozostał czysty i odczuwał to, co każdy normalny człowiek czułby zamknięty w celi obok trzech wściekłych wilkołaków – przerażenie i panikę. Strach nie zdołał stłumić w nim szaleńczej radości, że niezależnie od tego, jak wygląda jego ciało, to wilkołaka w jego duszy już nie było.
- Lilka, udało się, kurwa, udało ci się! - wrzasnął na całe gardło, ale wydobył się z niego tylko nieartykułowany pomruk.
W tamtym momencie żałował, że nie może mówić, a w celi nie ma mugolskiego telefonu albo Sieci Fiuu. Zagadałby najpierw do ojca, a potem do Lilki i Jamesa.
- Cześć, tu Remmy, fajny mamy księżyc dzisiejszej nocy. Nie, wcale mi nie przeszkadza. Jest tak jasny, że Proroka można by było poczytać, gdyby nie był takim szmatławcem – tak by powiedział, a oni nie wiedzieliby, co odpowiedzieć.

***

Przez tak długi czas był uśpiony, bez kontaktu z rzeczywistością, bez możliwości widzenia ani słyszenia, że teraz czuł się jak legendarny bazyliszek obudzony z długiego snu. Najpierw zidentyfikował na sobie zaklęcie. Ktoś, chyba mężczyzna, sprawdzał, czy w dzienniku nie ma jakichś ukrytych zaklęć lub treści. Nie było to zbyt przyjemne uczucie, ale z łatwością mu się oparł. W końcu On nie był ani ukrytym zapisem, ani dawną klątwą. Przy okazji postarał się dowiedzieć czegoś o mężczyźnie; wyczuwał jego różdżkę i pośrednio trochę jego duszę. Och, to nie była jasna dusza. Czy to był jeden z jego sług? Jeżeli tak, to dlaczego ośmielił się przeszukiwać dziennik? Coś musiało pójść nie tak przez lata, których swoją drogą też nie wiedział, ile minęło.

Potem dziennik sprawdzała kobieta. Jej magia była zupełnie inna, dość nieprzyjemna, przypominająca długie korzenie wbijające się w niego, ale po chwili udało mu się wyślizgnąć jak wąż z pułapki. Ciągle pozostał niezauważony, jednak zaczął się poważnie niepokoić; jakim prawem ta dwójka sprawdza zeszyt, ile wie i czemu ktoś, kto mógłby i powinien być jego sługą, oddał zeszyt kobiecie? A może nie oddał, tylko został pokonany?

Musieli uznać, że zeszyt jest tylko niegroźnym kawałkiem makulatury, bo po pewnym czasie kobieta zaczęła w nim pisać. Postanowił jej na to pozwolić i czytać. Im więcej będzie o niej wiedział, tym łatwiej będzie mu nad nią zapanować. Niestety nie prowadziła pamiętniczka, tylko dziennik wydatków, ale i tak mógł dowiedzieć się o niej całkiem sporo. Była czarownicą mugolskiego pochodzenia, utrzymującą kontakty z dwoma światami – jej wydatki i dochody były zarówno w galeonach, jak i w funtach. Szlama, która nie może zagrzać miejsca w żadnym miejscu, pomyślał. Musiała żyć bardzo oszczędnie, każdy pens i knut były pieczołowicie zapisywane, robiła zakupy w najtańszych miejscach. Jest młoda i raczej nikt jej nie pomaga. W wydatkach pojawiały się produkty potrzebne dwóm osobom, początkowo myślał, że może mieszka z podobną sobie koleżanką, ale kilka szczegółów pozwoliło mu przypuszczać, że chodzi o mężczyznę. Czy to mógł być ten, który pierwszy rzucał zaklęcia sprawdzające?

Po tygodniu odkrył, że prawdopodobnie jest alchemiczką. Przychód w galeonach oznaczony był dopiskiem inst i kupowała kilka składników, które mogłyby być przydatne jedynie dla warzyciela. Jeżeli chodziło o przynależność domową, to mógł jedynie zgadywać na podstawie zakupu dwóch kremowych w Dniu Godryka. Wiedział już wystarczająco dużo, wyczuwał ją, żeby zacząć rozmowę. Trzeba było wybrać czas; wyczuwał pory dnia, chociaż dawno zgubił się w ich rachubie. Wolał, żeby była wtedy sama, a jeżeli pracuje w instytucie, to poranki ma zajęte. Z drugiej strony, jeżeli mieszka z mężczyzną, to wieczory też są problematyczne. Ostatecznie poczekał na poranek, w którym ona pisze. Było to złamanie zwyczajnego rytmu zapisów, a to mogło znaczyć, że jest sama.

Pomóż mi, Lily.

Prośba o pomoc stawiała go w pozycji kogoś słabego i niegroźnego. I jeżeli mógł coś o niej powiedzieć na podstawie magii, jakiej używała, to była skłonna pomagać innym. Każdy ma jakieś słabe strony.
Chwila przerwy. Widocznie się zastanawiała. W tamtym momencie nie miał jeszcze nad nią żadnej władzy i gdyby komukolwiek pokazała te zapiski, wszystko potoczyłoby się bardzo niedobrze.


Kim jesteś?


Odpisała, dzięki ci, Merlinie, pomyślał. Zaczęła się gra i teraz wszystko było już proste.


Człowiekiem, który popełnił błąd. I teraz jestem tu, gdzie jestem.


Jak masz na imię? - zapytała.



To był pewien problem. Najlepsze kłamstwa tworzy się na prawdzie, jednak nie miał pewności, czy jego prawdziwe imię pozostało tajemnicą. Ostatecznie postanowił zaryzykować.


Nazywam się Tom Marvolo Riddle.


Kilka sekund przerwy, które ciągnęły się dla niego w nieskończoność. Jakie były szanse, że słyszała już gdzieś to nazwisko?


Jak mogę ci pomóc, Tom?


Chyba najpierw opowiem ci moją historię, a dopiero potem sama zdecydujesz, czy chcesz mi pomóc, dobrze?


Wiedział, że najlepiej jest, kiedy ludzie, robiąc to, czego żąda, uważają, że robią to, czego sami chcą. Oczywiście, że zdecyduje mu się pomóc, już to zrobiła.


Jeżeli tylko mogę cię o coś prosić, to, dopóki nie wysłuchasz mojej historii, nie mów o mnie nikomu. Wiem, że dziwnie to brzmi, ale nie chcę, żeby ten dziennik wylądował w kominku. Trzeba być ostrożnym, ja sam pewnie bym go wyrzucił, zamiast gadać z kimś, kto siedzi, Merlin jeden wie za co, w starym zeszycie. Możesz mi to obiecać, Lily?


Kobieta zastanowiła się. To była chyba uczciwa propozycja.


Jasne. Ale chcę ci zadać jedno pytanie - czy to, co ci się przydarzyło, ma związek z Sam-Wiesz-Kim?


Nie wiedział o kogo pyta. Jego nazwisko z czymś jej się jednak musiało skojarzyć i w tej chwili nie miał już innej opcji, jak balansowanie na granicy prawdy i kłamstwa.


Z Voldemortem.

Jeżeli nie wymówiła imienia, to była spora szansa, że chodzi o niego. Na wszelki wypadek napisał tak, że nie wiadomo było, czy jest to pytanie, czy stwierdzenie. Przez długi czas nie odpisywała i zaczął już się bać, czy nie popełnił błędu.


Służyłeś mu?


A więc to o mnie jej chodziło, wspaniale, pomyślał.


Popełniłem wiele strasznych rzeczy, Lily. Rzeczywiście, czarodziej, o którym pisałaś, jest tym, kto zamknął mnie w tym dzienniku. I jeżeli jest coś, czego pragnę bardziej, niż wydostać się z tego zeszytu i skończyć moją pokutę, to spotkać się z nim twarzą w twarz i wypełnić moje przeznaczenie. A teraz posłuchaj mojej historii.


Nie okłamał jej, przynajmniej nie dosłownie. Wiedział jednak, że każdy słyszy to, co najbardziej chce usłyszeć. Doskonałe kłamstwo nie polegało na barwnej historii, ale na odpowiednim rozłożeniu akcentów na fakty.

***
Po deszczowym kwietniu przyszedł ciepły maj. Lily stała przy kociołku w rozpiętej szacie, krótkich spodenkach i koszulce na ramiączkach. W instytucie otwarli szeroko okna, bo zapach skrzydeł martwego hipogryfa był nie do zniesienia. Zwierzę nie było zbyt świeże, miało już przynajmniej tydzień, kiedy je znaleźli, ale jeżeli dobrze się postarają, to z jego piór będzie można zrobić sporo składników do eliksirów, a może nawet kilka rdzeni do różdżek. Czarownica obcążkami wyrwała pióro i poczuła, jak śniadanie podchodzi jej do gardła, musiała podejść do okna i zaczerpnąć świeżego powietrza.
- Lily, ty sobie odpocznij, a ja to wykończę – powiedział Ruben, widząc, w jakim jest stanie. - Trzeba się dobrze przyzwyczaić do brzydki zapach. Jak to mówią, alchemik musi mieć mocna nogi i pęcherz, i wytrzymała nos. Ale u nas, w Medelin czasem nie tak pachniało, to jestem nawykły. Lily, to możesz ty kora dębu potrzeć? Ta zapach nie powinna cię przeszkadzać.
Severus przewrócił teatralnie oczami. Skoro w Medelin wszystko jest większe i lepsze, to po co w ogóle przyjeżdżał do Anglii? Ruben zignorował gest Severusa i podał czarownicy kubek z naparem.
- A to czarna angielska herbata, bardzo dobra na problemy z żołądkiem. Nie tak smaczna jak kawa, ale może być pomocną.
Lily uśmiechnęła się i z wdzięcznością przyjęła kubek. Tego było dla Severusa za dużo. Ten latynoski dupek musi wreszcie odczepić się od jego żony. Nie mógł jednak nic powiedzieć do czasu, aż kilka godzin później oboje znaleźli kilka chwil, żeby spotkać się w składzie do czyszczenia kociołków. Miejsce, które kiedyś oglądało wybuchy ich namiętności, wykorzystywali teraz, kiedy chcieli się o coś posprzeczać, nie wzbudzając przy tym zainteresowania całego instytutu.
- On się do ciebie dowala, Lily. W zeszłym tygodniu dwa razy zapraszał cię na kremowe.
Czarownica najpierw roześmiała się, a potem popukała w czoło.
- Ty masz jakąś obsesję, Sev. W głowę się puknij. Ruben jest sam, w obcym kraju, to chyba normalne, że próbuje się zaprzyjaźnić i znaleźć jakieś towarzystwo.
- Tak? Na Nokturnie stoją takie czarownice od pocieszania samotnych obcokrajowców.
- To już grubo przesadziłeś. Nie pozwolę, żebyś odzywał się do mnie takim tonem!
- To daj mu do zrozumienia, żeby się od ciebie odczepił! Nie pozwolę ci...
- Jeszcze raz wyjedziesz z tym tekstem o pozwalaniu, to nie ręczę za siebie. Coś ci się w głowie poprzestawiało. Nie wiem, dlaczego uważasz, że każdy facet, który ze mną rozmawia, chce mnie uwieść. Chyba muszę cię rozczarować, ale obiektywnie nie jestem aż tak atrakcyjna. W szkole było to samo, pamiętasz? Że niby James się do mnie dowala.
Na twarzy Severusa pojawił się triumfalny uśmieszek.
- A nie miałam racji? Jak to się skończyło? Ha!
Czarownica poczuła, że może rzeczywiście to nie był zbyt trafiony przykład. Nie mogła też podać przykładu swojej przyjaźni z Remusem, żeby się ostatecznie nie pogrążać. Postanowiła, że najlepszą obroną jest atak.
- Nijak by się nie skończyło, gdybyś zamiast robić głupie sceny, trzymał się z dala od czystokrwistych kolegów. Wysłałeś mnie Jamesowi Potterowi w pudełku z dedykacją.
Zrobił taką minę, że miała wrażenie, że przesadziła. Czasami w złości lubiła go drażnić, ale tym razem zbliżyła się do granicy, której nie powinna przekraczać.
- Severusie – wzięła go za ręce – nie wiem, co tam w głowie Rubena siedzi. Moim zdaniem jest tylko uprzejmy, ale to nie ma znaczenia. Bo sobie ufamy, prawda? Z jakiegoś powodu cię wybrałam, sama nie wiem zresztą dlaczego, ale masz przechlapane, bo będę się trzymać tego do końca świata i cztery dni dłużej, rozumiesz?

Tym razem jej mąż dał się jakoś udobruchać, ale zdecydowanie jego nieuzasadniona zazdrość stanowiła problem. Nie chodziło tu tylko o spotkania z Remusem, które musiała ukrywać, ale nawet o rozmowy z Tomem. Od czasu ich pierwszej rozmowy Lily spędzała coraz więcej czasu, pisząc do Toma zaklętego w dzienniku, i miała niejasne przeczucie, że cała sprawa bardzo nie spodobałaby się Severusowi. Oczywiście mogła mu o wszystkim powiedzieć, ale wiedziała, że jego paranoja połączona z zazdrością każe mu zniszczyć dziennik. Nie zdawała sobie z tego sprawy, ale Tom w jakiś sposób z nią flirtował; nie kokietował jej ani nie prawił komplementów, to odrzuciłoby ją od razu, ale potrafił ją rozbawić i zaskoczyć. I chociaż był tylko duchem zaklętym między kartkami papieru, to mimo wszystko był też mężczyzną.

W całej historii Toma, człowieka, który kiedyś pracował dla Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, a potem zdecydował się od niego oddzielić i poniósł za to karę, tylko jedna rzecz wydała się Lily dziwna. W pierwszym zdaniu poprosił ją o pomoc, a jednak kiedy wysłuchała jego historii, nie dawał jej żadnych instrukcji, jak może go uratować. Mówił, że chciał walczyć, ale też nie tłumaczył, jak miałby to zrobić. Był tylko zeszytem, czy miała rzucić nim w głowę jakiegoś śmierciożercy? Odrzucił propozycję skontaktowania go z Dumbledore’em, ale miała nadzieję, że z czasem przekona go do tego pomysłu. W końcu Tom musiał znać bardzo wiele sekretów Czarnego Pana i mógł się w jakiś sposób przysłużyć jasnej stronie.

Po namyśle doszła do wniosku, że Toma Riddle’a nie da się odczarować z dziennika i on chyba dobrze zdaje sobie z tego sprawę. Mogła mu pomóc tylko w ten sposób, że będzie mu dawać jakąś namiastkę życia, opowiadać o sytuacji politycznej, o porach roku, kolorach i dźwiękach. Czarodziej bardzo często wypytywał ją o wojnę, sytuację polityczną i nadzieję na zwycięstwo. Oczywiście mówiła mu tylko to, co było powszechnie wiadome, zachowując przy tym pełną ostrożność. Nie wspominała też ani słowem o Severusie i swoim małżeństwie. Dała słowo, że nie powie, więc w stosunku do zaklętych zeszytów czarodziejów też to obowiązywało. Co prawda Tom próbował ją o to kilka razy zagadywać, ale nie nalegał, kiedy napisała mu, że nie chce tego wyjawiać.

Opowiedz mi, jaka jest pora dnia, Lily – zagadnął ją, kiedy siedziała, pijąc kawę. Była sobota, a Severus pojechał do swojej matki, więc była sama w domu.


Jest poranek – pisała szybko, obok niej na stole stał rozłożony podręcznik Wywary i napary dla zaawansowanych.


Możemy rozmawiać?


Tak.


Czy świeci słońce? Mówiłaś, że jest wczesny maj. Pada deszcz czy w powietrzu czuć już lato?



W jego pytaniu czarownica wyczuwała tęsknotę za czymś, co stracił już na zawsze.


Świeci słońce. Tak jak ci pisałam, dom stoi na skraju lasu. Otworzyłam okno i wleciała pierwsza w tym roku pszczoła, myślę, że gdzieś w lesie mogą mieć gniazdo. Mogłabym przenieść się z książkami przed dom, zawiesiłam tam hamak między drzewami, ale słucham muzyki.


Niech zgadnę. Louis Armstrong?


Pudło. Strzelaj dalej.


Billy Holiday?


Dwa zero dla mnie, Tom. Nina Simone.



Lily brakowało rozmów z Remusem o muzyce i chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy, Tom idealnie wpasował się w tą dziurę w jej życiu.

Koniec tematu, Lily, nie opowiadaj więcej i zamknij lepiej dziennik. Jeżeli to płyta „Pastel Blues”, to coś mnie trafi. Wiesz, że to była moja ulubiona?


Tom nigdy nie słyszał tej płyty, zniknął w dzienniku na długo przed tym, zanim została nagrana, ale zapamiętywał szczegóły z poprzednich rozmów z Lily. Remus z pewnością wyłapałby ten szczegół, ale Lily nie znała się aż tak dobrze na muzyce.


Nic nie słyszysz prawda? - napisała po chwili.


No raczej nie, widziałaś kiedyś zeszyt z uszami?


Roześmiała się, ale też zrobiło się jej bardzo smutno. Nikt nie zasłużył na to, żeby tkwić uwięzionym tak blisko świata, a jednak bez możliwości dotykania, słyszenia i smakowania. Ona sama była kiedyś uwięziona w latarni i doskonale zdawała sobie sprawę, jak okropna jest to tortura.

Czarownica nie odzywała się na tyle długo, że pomyślał, że żart był zbyt głupi. Nie na jej poziomie.


Coś mi przyszło do głowy, Tom – napisała w końcu. - To rzeczywiście jest płyta „Pastel Blues” i chyba mam pomysł, jak możesz jej posłuchać. Taka odwrotna oklumencja, że się tak wyrażę. Jesteś gotów na kilka chwil w mojej głowie? Tylko nie grzeb tam za bardzo, ok?


To niemożliwe, żeby poszło aż tak łatwo, pomyślał, zastanawiając się, czy nie ma w tym pułapki.


Jesteś pewna, Lily? Chcesz mnie przenieść do swojej głowy? Naprawdę mogłabyś to zrobić? Nie jestem pewien, czy to jest najlepszy pomysł. Powinnaś być ostrożna.


Wiedział, że najlepsza metoda, żeby nakłonić do czegoś Gryfonów, to im tego zabronić.


Spokojnie, nic się nie stanie. Tylko poczekaj, przesunę ten kawałek. „Sinnerman” Niny Simone, gotowy, Tom?


Całkowicie.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXVI ( aktualizacja 17 09)

Postautor: labruja » 16.10.15, 12:13

XXVII


Coś ewidentnie było nie tak. Pierwszego dnia runy mówiły jasno i czytelnie, jakby zapraszały do wspólnej gry. Niestety każda kolejna próba kończyła się porażką. Andromeda spojrzała jeszcze raz na skórzany obrus i prychnęła z irytacją. Gdyby wziąć ten układ dosłownie, to winną zdrady byłaby Lily Snape. Runy jasno mówiły, że osobą, która "oddała duszę” – bo tak można było interpretować ich znaczenie – Temu-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, była właśnie ona. Zresztą, trwała wojna i działo się zbyt wiele, żeby runy pokazały cokolwiek precyzyjnego. Obok Petera i Franka było dużo zawirowań; strach, niebezpieczeństwo, trudne decyzje, ale żaden z tych układów nie był w pełni jednoznaczny. Czarownica schowała kawałki drewna do woreczka. Miała pewność co do jednego – Lily nie była zdrajcą. Była trochę narwana, nie zawsze trzymała język za zębami, ale na pewno nie była prawą ręką Czarnego Pana. A jeżeli to wszystko, cała jej naiwna dobroć, to tylko maska? Jeżeli tak naprawdę wraz ze swoim mężem śmierciożercą chcieli na tej wojnie ugrać coś dla siebie? To w takim razie ja się chyba nie znam na ludziach, i w ogóle to powinnam była trafić do Hufflepuffu, pomyślała.

Uprawianie czarów z użyciem run miało jeszcze jeden skutek. Kostek nie można ot tak schować do woreczka bez żadnych konsekwencji. To był kontakt z istotą żywą, której obecność stawała się coraz bardziej wyczuwalna. Andromeda miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje, i raz po raz zaczął jej się śnić sen przypominający pewne wydarzenie z dzieciństwa.
Było lato, które wraz z kuzynostwem spędzali w jednej z magicznych rezydencji położonych w lasach Szkocji. Ona miała dziesięć lat, Narcyza osiem, a Bella dwanaście. Przez całe dnie biegały po łąkach i razem z chłopcami wspinały się po drzewach. Pewnego wieczora zobaczyły na polanie samotną sarnę. Bella od razu wyciągnęła różdżkę.
- Nie wolno ci poza szkołą, powiem mamie – rzekła niezbyt głośno Narcyza, widząc, co robi siostra.
Bella odgarnęła włosy z czoła i rzuciła jakieś zaklęcie, które ani nie trafiło w zwierzę, ani go nie spłoszyło.
- Jest za daleko, musisz ją zwabić – powiedziała Andromeda.
Czarownica machnęła różdżką i tuż obok nich pojawił się krzak jagód nęcący aromatem. Oczywiście była to iluzja, ale zwierzę powoli zbliżyło się do nich, skuszone intensywnym zapachem. Bellatrix nie znała jeszcze zaklęcia zabijającego, a jej nieudolna próba zranienia sarny sprawiła tylko, że ta uciekła między drzewa, utykając. Biegły za nią przez długi czas, co rusz ciemny kształt migał im na krawędzi lasu. Było w tym coś pierwotnego i podniecającego. Siostry potargały sobie ubrania, ale zatrzymały się dopiero, kiedy Bella trafiła sarnę zaklęciem, które podcięło jej nogi. Zwierzę ciągle żyło, a młoda czarownica podchodziła powoli, żeby je dobić. Andromeda zatrzymała się, ale nie mogła oderwać wzroku od całej sceny. Tylko Narcyza płakała, trochę ze strachu, trochę z żalu, ale cicho połykała łzy, wiedząc, że ani lęk, ani litość nie przystoją córce Cygnusa Blacka.

Andromeda obudziła się w ciemności, prawie słysząc pisk zabijanej sarny. Wstała z łóżka i cicho, żeby nie zbudzić Teda i Dory, poszła do pokoju na końcu korytarza.
- Nie śpij - mówiły runy - wezwałaś nas, więc zacznijmy polowanie. Zapaliła świeczkę, rozłożyła obrus i wyciągnęła jedną runę. Na samym środku pojawiła się odwrócona runa Algiz, symbolizująca ochronę i bezpieczeństwo. A więc pułapka, pomyślała Andromeda, patrząc na skierowane w dół ramiona znaku. Nie będzie w stanie zmusić run, żeby po prostu wyjawiły, kto jest zdrajcą, ale mogą jej pomóc stworzyć pułapkę, w którą go złapie. Wiedziała już, co powinna zrobić, chociaż zajmie jej to trochę czasu. Andromeda spojrzała jeszcze raz na stolik i zadrżała, kiedy przypomniała sobie, że odwrócona runa Algiz oznacza też zagrożenie dla niej i dla jej rodziny.

***

Severus podświadomie od początku wiedział, że to nie ma szans. I nawet nie chodziło o to, że zawsze z założenia spodziewał się najgorszego. Po prostu nigdy nie zakładał, że jemu i Lily się ułoży, w ogóle nie myślał o nich w tych kategoriach. Najlepiej, żeby była sama, ale blisko niego, jako przyjaciółka i ukochana. Potem, kiedy jej miłość dosłownie przewróciła jego życie do góry nogami, wszystko działo się tak szybko, że nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Przeczucie, że to nie ma prawa się udać, powróciło dopiero wiosną. Zauważył, że od pewnego czasu, zupełnie bez przyczyny, Lily stała się milcząca i nieobecna. Zdarzały jej się popadać w zamyślenie, swoiste odrętwienie. Wyrwana z tego stanu patrzyła na niego jak ktoś zupełnie obcy. Raz nawet pokusił się o to, żeby w takiej chwili zajrzeć do jej myśli, ale napotkał zdecydowaną barierę. Był zaskoczony, nie wiedział, gdzie Lily nauczyła się tak skutecznej oklumencji. Usiłował to sobie jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Istniała spora szansa, że wszystko wina tego przeklętego latynosa, być może coś się wypaliło, a Lily potajemnie się z nim spotykała. Chociaż się tego spodziewał, czuł się z tym gorzej, niż gdyby w ogóle nie postanowili być razem. Obiecała, a teraz go oszukała. Po co było to wszystko, ten potajemny ślub, dom w środku niczego, jej obietnice, skoro teraz i tak to niszczyła?

Pewnej nocy, kiedy Lily spała na drugim końcu łóżka, unikając jego dotyku, Severus otworzył oczy w ciemności. Wydawało mu się, że jego żona się obudziła i nawet miał się odezwać, ale coś kazało mu czekać bez ruchu na dalszy rozwój wypadków. Po kilku minutach Lily wstała ostrożnie i założyła spodnie i szatę, nie zapalając światła. Przeszła przez pokój na palcach, ale spod wpółprzymkniętych powiek w nikłym świetle księżyca widział, jak bierze buty, torbę i miotłę. Odczekał kilka sekund po tym, jak wyszła z domu, po czym szybko wstał i ubrał się. Przywołał do siebie drugą miotłę. Obie były w równie opłakanym stanie, ale z pewną doza ostrożności dało się na nich latać. Ledwo zdążył wskoczyć na miotłę, gdy Lily już znikała między drzewami na tle księżycowego nieba. Żadne z nich nie było nigdy mistrzem quidditcha i Severus musiał włożyć dużo wysiłku, żeby nie stracić jej z oczu jednocześnie pozostając niezauważonym.

Czarownica leciała dość wolno, nie oglądając się za siebie przez dłuższy czas, aż wylądowała na łące, która przecinała teren w miejscu, gdzie kiedyś stał mur Hadriana. Severus schował się w gęstych krzewach. Jeżeli teraz przeszedłby na drugą stronę muru, mając ze sobą różdżkę, z pewnością zaraz obok niego teleportowałoby się kilku uzbrojonych aurorów, pytających o cel wizyty w Szkocji. Tego wolał uniknąć, ale był coraz bardziej zaciekawiony tym, co dalej zrobi Lily. Przeszło mu przez myśl, że może się mylił i jej nocne wyjście jest częścią zadania wykonywanego na polecenie Dumbledore’a.
Ukryty w krzakach obserwował, jak czarownica przechodzi na drugą stronę muru i po chwili pojawia się wokół niej trzech mężczyzn. Nie słyszał, o czym mówili, prawdopodobnie Lily podawała umówione hasła, które pozwoliłyby jej lecieć dalej. Wydawało mu się, że słyszał czyjś cichy śmiech, jakby żartowali, a zaraz potem nocne niebo rozbłysło jaskrawą serią zaklęć.
- Jasna cholera, co jest? – zaklął, próbując zrozumieć, co się dzieje.
Dwóch mężczyzn leżało na ziemi, trzeci celował w Lily różdżką i cofał się powoli w stronę lasu. Z różdżki Lily błysnęło błękitne światło. Auror wygiął się w tył i przekoziołkował kilka metrów do tyłu.
- Morsmordre! - krzyknęła Lily i na niebie pojawiła się ogromna zielona czaszka.
Tego Severus się nie spodziewał. Gdyby zobaczył w świetle księżyca Lily, przytulającą się do Rubena albo nawet do tego przeklętego wilkołaka, owszem, czułby się zdradzony, ale potwierdziłby tylko swoje przypuszczenia. Teraz czuł się zaskoczony i oszukany. Po co były te wszystkie pogardliwe komentarze o śmierciojadach i brzydkim tatuażu? W świetle księżyca jeszcze raz spojrzał na Lily, zastanawiając się, na ile w ogóle ją zna. Ciągle nie mógł uwierzyć w to, że ona wyczarowała szyderczo wykrzywioną czaszkę, która unosiła się na niebie. Imperius, pomyślał w panice, ale jeżeli to prawda, to kto go rzucił i ile wie? Wiedział, że za kilka minut zjawią się tutaj śmierciożercy. Możliwe, że będą chcieli wedrzeć się za mur, mogą zaatakować Lily, ale jeszcze bardziej prawdopodobne, że będą chcieli zabrać ją do Czarnego Pana. Wstał i starając się nie zrobić najmniejszego hałasu, rzucił w jej kierunku zaklęcie zmywające działanie klątw.
- Protego! - krzyknęła, odwracając się do niego.
- Lily, co ty robisz, do cholery?! – zapytał. – Musisz stąd uciekać zanim będzie za późno!
- Już jest za późno – powiedziała z uśmiechem, idąc w jego kierunku z wyciągniętą różdżką. - W sumie to nawet miło, że przyszedłeś, nie będzie cię trzeba po tym wszystkim szukać.
- Co ty… - zaczął, ale zauważył, że podeszła już blisko, i cokolwiek się z nią stało, nie był to dobry czas na rozmowy. – Expelliarmus!
Z łatwością odbiła jego zaklęcie i zatrzymała się dwa metry przed nim.
- Jesteś słaby, Severusie, bardzo słaby. Rozczarowałeś mnie. Avada Kedavra!
Patrzył na nią oniemiały, nie mogąc zmusić się do żadnej reakcji. Z jej różdżki błysnęło zielone światło, ale w ostatniej chwili odwróciła rękę tak, że zaklęcie uderzyło w pobliskie drzewo. Severus, nie czekając, aż ponownie wypowie klątwę, rzucił się na nią, zwalając ją z nóg i wykręcając rękę, w której trzymała różdżkę.
Może i jej umiejętności w zakresie magii obronnej nagle tajemniczo wzrosły, ale ciągle była od niego niższa i lżejsza. Z łatwością ją unieruchomił, ale dalej wyrywała się, próbując go kopać i gryźć. Oplótł jej nadgarstki i kostki magicznymi więzami, zdając sobie sprawę, że jeżeli Lily jakimś sposobem nauczyła się kilku sztuczek magii bojowej, to nawet bez różdżki może udać się jej oswobodzić. Na razie potrzebował przynajmniej kilku minut, żeby zastanowić się, co powinien dalej zrobić. Coś z Lily było nie tak, ale trudno było dowiedzieć się co, gdy w każdej chwili mogła potraktować go Avadą. Na dodatek lada moment spodziewał się śmierciożerców, a za nimi szkockich aurorów. Merlin jeden wie, co gorsze.
- Albusie Dumbledore, właśnie teraz bardzo byś się przydał – mruknął do siebie, rozważając przedarcie się przez niestrzeżony chwilowo mur, i dalej do Hogwartu. Szansa dyskretnego dostania się do gabinetu dyrektora ze związaną Lily na rękach nie była jednak zbyt duża. Na zachodzie, na tle szarego nieba zobaczył wirujący czarny dym, zapowiadający zbliżające się postacie śmierciożerców. Jego znak palił, jednak niezbyt mocno, tak jakby Czarny Pan wezwał tylko tych, będących najbliżej, żeby zobaczyli, co się stało.
Lily zaczęła krzyczeć i musiał ją ogłuszyć zaklęciem na tyle silnym, żeby mieć pewność, że nie będzie sprawiać problemów. Na północy, wśród drzew, coś się poruszyło. Granica muru była wrażliwa na magię i aurorzy musieli zauważyć tak silne zaklęcie jak Morsmordre. Czasu na ucieczkę było coraz mniej.

Severus wiedział, że jeżeli ma ratować Lily, to musi poprosić kogoś o pomoc, a tego bardzo nie lubił robić. W desperacji rozważał nawet Rubena, ale wytłumaczenie mu całej sytuacji było prawie niewykonalne. Na dodatek istniało ryzyko, że jego zagraniczny znajomy umrze z wrażenia, jeżeli pozna więcej szczegółów z ich życia osobistego. Cóż, oprócz Albusa Dumbledore’a tylko jedna osoba wiedziała wystarczająco dużo, żeby móc zrozumieć sytuację. Jeżeli miał zobaczyć, co jest w głowie Lily, potrzebował pomocy drugiej osoby, która w tym czasie będzie ją unieruchamiała. Severusowi wcale nie uśmiechała się perspektywa proszenia o pomoc Andromedy Tonks, jednak nie miał czasu na wymyślenie lepszego rozwiązania. Zanim rozpętało się prawdziwe piekło, wziął na ręce nieprzytomną Lily, schował do kieszeni jej różdżkę i teleportował się na zachód od Londynu.

Dom miał imponujące zabezpieczenia, zarówno mugolskie, jak i magiczne. Zanim Snape w ogóle zdążył zbliżyć się do drzwi wejściowych, skierowało się na niego oko kamery, a jakiekolwiek ruchy zablokowało zaklęcie petryfikujące. Andromeda musiała ich widzieć na ekranie w domu, bo wyszła po kilku minutach otulona w gruby szlafrok, z wyciągniętą różdżką, i jednym ruchem ręki zwolniła zaklęcie.
- Gościnność Blacków – mruknął Severus, kiedy jego mięśnie znowu mogły się poruszać.
- Salazarze Wielki – zawołała czarownica, ignorując jego komentarz. – Co się stało? Lily jest ranna? Wchodźcie do środka!
Andromeda poprowadziła ich jasnym korytarzem do dużego salonu na tyłach domu. Kiedy upewniła się, że Lily nie potrzebuje natychmiastowej pomocy, różdżką rozpaliła w kominku i poszła do kuchni zaparzyć herbaty. Severus położył ciągle związaną Lily na kanapie i rozejrzał się po pokoju. Ze schodów obserwowała go ciemnowłosa dziewczynka w niebieskiej pidżamie, przytulając pluszowego borsuka. Spojrzał na nią niechętnie – nigdy specjalnie nie lubił dzieci – a mała pokazała mu język.
- Nimfadoro! Jak ty się zachowujesz? - usłyszał za sobą głos gospodyni.
- Ale on związał ciocię Lily! - zaprotestowało dziecko.
- Zaraz zwiąże ciebie, jak w tej chwili nie pójdziesz spać. Powiedz tacie, że to goście do mnie. I coś mi się zdaje, że rozmowa będzie dłuższa. Herbaty?
Czarodziej niechętnie skinął głową.
- A teraz mów, co się stało.
Severus sam do końca nie wiedział, co się stało. Mógł tylko w skrócie opowiedzieć Andromedzie całą historię, pomijając skrzętnie wątek swojej zazdrości o Rubena.
- Podejrzewam, że to Imperius, ale nie mam pewności. Jeżeli mam pogrzebać w jej głowie, ktoś inny musi pilnować, czy w tym czasie coś w nią nie wstąpi. O ile uważasz, że dasz sobie radę z tym zadaniem. W normalnych okolicznościach mógłbym...
- Tak, złamałbyś jej nogi i ręce, żeby mieć pewność, że nic głupiego nie zrobi. Wzruszająca jest twoja mężowska miłość, że zrezygnowałeś z tej opcji. Trzeba ją będzie ocucić – powiedziała czarownica. - Masz jakiś eliksir? Więzów chyba na razie nie zdejmujemy, z tego, co mówisz, nie wygląda to dobrze. Można dać znać Albusowi, ale nie wiadomo, czy zaryzykuje pojawienie się w Anglii.
Czarodziej wyjął z kieszeni małą fiolkę. Eliksir wybudzający był niejednokrotnie potrzebny kiedy Czarny Pan życzył sobie dalej torturować kogoś, kto stracił już przytomność. Jeżeli w człowieku tliła się chociaż iskierka życia, od razu wracała mu świadomość. Lily przełknęła kilka kropel gorzkiego płynu, kaszlnęła i spojrzała na Andromedę i Severusa, celujących w nią różdżkami.

Przez dłuższą chwilę patrzyła na nich smutno w zupełnym milczeniu. Wiedziała o wszystkim, co się wydarzyło. Tom przejął nad nią kontrolę, a jednak cały czas w jakiś sposób była świadoma tego, co się dzieje.
- Nie powinieneś mnie tu przywozić, Severusie. Mogę być niebezpieczna – powiedziała cicho.
- A gdzie niby miałem cię zabrać? Do Hogwartu teraz trudno się dostać.
- Trzeba było mnie zostawić aurorom.
- Po tym jak wyczarowałaś Mroczny Znak? - prychnął Severus. - Obawiam się, że nie ugościliby cię herbatą. Byłaś pod wpływem Imperiusa, Lily.
- To nie Imperius, Severusie. To był Tom – powiedziała smutno. Próbowała się ruszyć, żeby wyjąć z kieszeni kurtki notes, ale ręce miała mocno związane na plecach, a na dodatek bardzo bolał ją bark.
- Zdejmiemy ci na chwilę więzy – zaryzykowała Andromeda.
- Lepiej nie – zaprotestowała. - Severusie, pośpiesz się, póki on śpi. Też dostał twoim zaklęciem, ale chyba obudziłam się tylko ja. W kieszeni kurtki, szybko!
Czarodziej wyjął zeszyt z jej kieszeni, ale dalej niczego nie rozumiał.
- Czy to ten, który…? - urwał ze względu na siedzącą obok Andromedę.
- Tak, to ten. Nie był pusty. Musicie go zapieczętować, zamknąć i czym prędzej skontaktować się z Albusem.
- Nie był pusty? - zaniepokoił się Severus. - Co w nim było?
- Nie co, a kto. Tom. Tom Marvolo Riddle. Ten sam, którego szukaliśmy, Andromedo. Wiesz, wtedy, z medalionem… - Lily urwała, bo dźwięk wypowiadanego imienia na dobre obudził Toma. Nie miał ochoty się ujawniać, ale mógł uniemożliwić tej głupiej dziewczynie wyjawienie czegokolwiek więcej. Od kiedy dostał się do jej głowy, szło mu tak prosto, jak się spodziewał. Nie była wcale słaba i walczyła z nim ze wszystkich sił. Chowała się w zakamarkach umysłu, do których nie miał dostępu, i opierała mu się. Jednak pozostawało tylko kwestią czasu, zanim zdobędzie nad nią kontrolę. Chciał jak najdłużej nią sterować, ale kiedy zrozumiał, że jego sługa Severus Snape jest zdrajcą, musiał jak najszybciej przekazać swojemu obecnemu ja wszystkie informacje. Poza tym wiedzieli już o horkruksach i nawet jeżeli nie znali tego słowa, to Dumbledore z pewnością potrafił skojarzyć fakty.

Lily nie mogła już mówić, ale przytuliła policzek do ręki Severusa. Andromeda chodziła po pokoju, paląc papierosa i usiłując złożyć razem wszystkie informacje. Czuła, że coś ważnego jej umykało, ale nie wiedziała co. Wyjęła z torebki swój notes i napisała drukowanymi literami:
TOM MARVOLO RIDDLE

Była wzrokowcem, uwielbiała krzyżówki, i znacznie lepiej myślało jej się o czymś, co widziała, a nie tylko słyszała. Zaciągnęła się filtrem i niedbale wrzuciła niedopałek do kominka. Przypomniała sobie coś, co chciały przekazać jej runy, coś, co jeszcze kilka dni temu wydawało jej się absurdalne. Że Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać i Lily to ta sama osoba. Złożyła litery imienia w innej kolejności i ułożyła z nich anagram.
- Kurwa mać – zaklęła zduszonym głosem.
Severus spojrzał na nią zaskoczony. Podała mu zeszyt, w którym napisała:
I AM LORD VOLDEMORT

- Chyba go kojarzysz, nieprawdaż? Twój szef, jak się nie mylę.
Lily zwinęła się w kłębek na kanapie, z półprzymkniętymi oczami. Ze wszystkich sił starała się nie dopuścić, żeby ta obrzydliwa istota znowu przejęła nad nią władzę. Severus zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Teraz po raz pierwszy zaczął się bać. Myśleli, że są tacy sprytni, ukradli Malfoyowi notes na własną rękę, bez konsultacji z Dumbledore’em, a teraz Czarny Pan poznał ich wszystkie tajemnice. Gdyby to był ktokolwiek inny niż Lily, skończyłoby się to, dla zatarcia śladów, zielonym światłem Avady.
- Ted, Dora! - krzyknęła Andromeda w górę schodów. - Pakujcie się! Musicie jak najszybciej wyjechać! Nie zostaniecie ani minuty dłużej w domu, w którym jest to paskudztwo. Wrócicie, jak będzie bezpiecznie.
Czarownica jeszcze przez chwilę rozmawiała z mężem i pożegnała się z rodziną pośpiesznymi pocałunkami. Kiedy pojechali, wypaliła w milczeniu jeszcze jednego papierosa i wskazała głową zeszyt.
- Zawiadomiłam Dumbledore’a. Ale póki go nie ma, musimy to jak najmocniej zamknąć i zabezpieczyć. Nie wiadomo, do czego jeszcze jest zdolne. W ogóle nie ma sensu próbować tego zniszczyć. Jeszcze coś z tego wylezie.

Skinął głową i przez godzinę oboje eksperymentowali z różnymi zaklęciami zamykającymi. Severus ze zdziwieniem zauważył, że umiejętności Andromedy znacznie przekraczają to co potrafi przeciętna gospodyni domowa. Położyli zeszyt w okręgu z soli, użyli run ochronnych i wszystkich zaklęć, które przychodziły im do głowy. W miarę postępowania pracy Lily coraz bardziej dochodziła do siebie – Tom w jej głowie był bezpośrednio związany z dziennikiem.
- To powinno wystarczyć do zamknięcia siódmego kręgu piekła, przynajmniej na jakiś czas – powiedziała w końcu Andromeda. - Jak się czujesz, Lily? Chyba można ci już zdjąć te więzy.
Po chwili czarownica siedziała, pijąc ciepłe mleko, a przyjaciółka bandażowała jej bolący nadgarstek.
- Teraz może mi powiesz, jak on przeszedł z dziennika do twojej głowy, co? Kiedy zaczęłaś w nim pisać, nie zauważyłaś czegoś podejrzanego? – zapytał Severus.
Lily spuściła wzrok.
- Rozmawiałam z nim. Chciałam ci powiedzieć. Naprawdę. Ale biorąc pod uwagę twoją zazdrość i paranoję...
- Moją paranoję? A chociaż raz nie miałem racji? To twoja wina...
- Oj dajże już jej spokój, człowieku – wtrąciła się Andromeda. - Nie widzisz, przez co przeszła? Zostajesz przez jakiś czas u mnie, kochana. A pan szpieg niech się spotka z Albusem i mu wszystko opowie. Trzeba zabrać to cholerstwo z mojego dywanu, i to jak najszybciej.
Czarodziej wstał, ale Lily go powstrzymała.
- Nie zostawiaj mnie tak, Sev. To on, ciągle jest w mojej głowie. Nie tak silny. Teraz, kiedy zeszyt jest zamknięty, on też jest uśpiony. To jest jak rak, albo może nawet gorsze, nie jesteś sobie w stanie tego nawet wyobrazić.
Jestem, pomyślał, przypominając sobie chwile, kiedy Czarny Pan przeszukiwał jego umysł.
- Wytrzymasz przez jakiś czas, Lily.
- Jeżeli to się obudzi, chociaż na chwilkę, to się zabiję. Nie powstrzymasz mnie, Andromedo.
Mówiła to tak smutno i poważnie, że oboje wiedzieli, że nie żartuje.
- A gdybyś wyczyścił jej pamięć, Severusie? – zaproponowała Andromeda. - Skoro wspomnienie dziennika siedzi dalej w jej głowie...
- Jeżeli użyję Obliviate, zapomni jedynie o istnieniu dziennika, ale jego działanie pozostanie. To usuwa tylko treść wspomnień, ale emocje, które powodują, zostają jak cień.
- Wiesz, co można zrobić, Severusie – powiedziała Lily. - Podobno znasz dobrze legilimencję. Musisz wejść do mojej głowy i pomóc mi to zabić. Proszę cię.
- A jeżeli on zacznie się bronić i go obudzicie? - zapytała Andromeda.
- Wtedy nas oboje obezwładnisz. Jeżeli zacznie się dziać cokolwiek nietypowego, Drętwota, zabierasz różdżkę i Mroczne Więzy. Dasz radę?
- Ech, Lily, gryfoniejemy przez ciebie – westchnęła Andromeda. - Mogę nawet w razie czego poprawić patelnią. Zaczynajcie.

Pierwsza warstwa umysłu to chaotyczna mieszanka wspomnień z ostatnich dni, wyobrażeń i lęków. Przypomina nieco sny. Głębiej znajdują się wspomnienia, najpierw te mniej istotne, prawie nieświadome, aż w końcu te dawne, najważniejsze, na których buduje się trzon osobowości. Legilimencja za obopólną zgodą znacznie różniła się od tego, z czym Severus dotychczas się zetknął. Po pierwsze wszystko było bardziej wyraźne i namacalne, po drugie obok niego stała Lily i go oprowadzała.
- Najlepiej znaleźć chwilę, gdy pierwszy raz zobaczyłaś dziennik, czyli ziarno wspomnienia. Jeżeli ono zniknie, to dziennik w ogóle nie pojawi się w twojej głowie – powiedział Severus. - Musimy bardzo uważać, on cały czas gdzieś tu jest.
- Jeden problem, o którym nie pomyśleliśmy. Masz pomysł, czym go zniszczyć?
- Są zaklęcia, które… - zaczął i wtedy zauważył, że nie mają przy sobie różdżek. Różdżka była przedmiotem fizycznym, a oni znajdowali się w sferze myśli i emocji.
- No właśnie, różdżki. I tak dobrze, że nam ubrania przeniosło – zaśmiała się cicho. – Ale czekaj, Sev, chyba jest na to sposób. Chodź, pokażę ci coś.

Oddalali się coraz dalej od rzeczywistości. Przypominało to żeglugę na otwartym morzu, gdy już nigdzie nie było widać lądu. Bez zaproszenia ani Severusowi, ani nawet Czarnemu Panu nie udałoby się nigdy dojść w takie miejsca świadomości. Wspomnienia Lily znowu zrobiły się bardziej niewyraźne, a z mgły zaczęły wyłaniać się drzewa bukowe. Severus czuł zapach zbutwiałych liści, igliwia i mokrej trawy. Rozglądając się, zdał sobie sprawę, że miejsce przypomina Harwood Dale Forest, z tą tylko różnicą, że drzewa są wyższe, a ich korony gęstsze. Tak zapewne wyglądałby stary angielski las, gdyby zostawić go w spokoju na paręset lat.
- Chodź, Sev – Lily pociągnęła go za rękę. - Odnalazłam to miejsce, kiedy chciałam się przed nim ukryć, ten las to część mnie, i on chyba bał się zapuszczać aż tutaj.

Przedtem zdawało mu się, że wie o legilimencji bardzo dużo. Ale wszystko, o czym czytał i co praktykował, w jakiś sposób opierało się na przemocy. W gruncie rzeczy polegało na wdarciu się do najgłębszych zakamarków czyjejś duszy. Taka magia miała jednak swoje ograniczenia i słyszał tylko, że gdzieś głęboko w człowieku istnieją obszary, które nie są ani wspomnieniami, ani jakimkolwiek innym odbiciem rzeczywistości, ale miejscami wykreowane przez samą duszę. Czarodziej rozejrzał się po lesie, który wydawał się tak realny, że łatwo mógł zapomnieć, że prawdziwy świat zostawili gdzieś tam daleko. Przyszło mu do głowy, że w sumie chyba nie znał do końca Lily, bo nigdy by nie przypuszczał, że jej miejscem będzie właśnie las. Nie było ścieżek, musieli przekradać się wśród krzaków i wysokiej trawy.
- Nie uwierzysz, co tutaj znalazłam – powiedziała Lily, biorąc go za ręce. - Garrick opowiadał mi o tym, kiedy pracowałam w jego sklepie, ale nie wierzyłam, że kiedykolwiek to zobaczę.
Po kilku minutach trafili na obszerną polanę. Na jej środku rosło rozłożyste drzewo, ogromna stara wierzba o opadającymi gałęziami. Olivander mówił jej kiedyś, że gdzieś w środku duszy każdego czarodzieja w chwili jego narodzin kiełkuje drzewo, z którego zrobiono jego różdżkę. Poprawny wybór polega na odkryciu, co to za drzewo. Snape też o tym słyszał, ale uważał to za niepopartą faktami sentymentalną legendę.
- Chowałam się tutaj, kiedy przejął nade mną władzę – wytłumaczyła.
W tym samym momencie usłyszeli odgłos, jakby burzowe chmury albo potężny wybuch gdzieś daleko. Spojrzeli na siebie i od razu wiedzieli, co musiało się stać.
- Wrócił – powiedział Severus. - Słuchaj, Lily, nawet jak to to samo drzewo, to ciągle nie będzie to różdżka.
- Tutaj to wystarczy. To drzewo jest najważniejsze, rdzeń tylko budzi magię i połączenie z czarodziejem. Skoro teraz i tak znajdujemy się w mojej głowie, to połączenie nie będzie potrzebne. Tak mi się przynajmniej wydaje.
- A jak się mylisz?
- To mamy spory problem, bo on nas raczej stąd nie wypuści.
Czarownica zerwała gruby kawałek gałęzi i oberwała z niego liście. Potrzymała go chwilę w dłoni, żeby się upewnić, że jej intuicja miała rację. Chociaż bez rdzenia różdżka działała nadzwyczaj dobrze. Tymczasem niebo pociemniało, przykryte ciężkimi burzowymi chmurami.

Chłopca spotkali na skraju lasu. W staromodnych, zniszczonych ubraniach wcale nie wyglądał na najgroźniejszego czarodzieja naszych czasów. W ręku trzymał różdżkę, Merlin jeden wie, jak jemu udało się z nią tu dostać. Na ich widok uśmiechnął się, patrząc przy tym tylko na Lily, tak jakby Severusa w ogóle nie było obok niej.
- Witaj, Lily – przywitał się spokojnie, jakby najzwyczajniej spotkali się na Pokątnej. - Znam twoje wspomnienia i myśli, ale cieszę się, że możemy się wreszcie spotkać twarzą w twarz.
Czarownica podniosła różdżkę, ale się zawahała. Mimo że wiedziała, że on jest tylko widmem, intruzem w jej głowie, to przecież teraz stał przed nią, jako człowiek i rzucanie zaklęcia zabijającego wcale nie było takie proste. Szybko wyczuł jej niepewność.
- Nie chcesz tego zrobić, prawda? Przecież byliśmy przyjaciółmi, najlepszymi przyjaciółmi – uśmiechał się łagodnie, ale Severus poznał w jego wyrazie twarzy ironię.
- Zabij go, Lily!
- Nie musisz tego robić, Lily, znam twoje serce i tak jak ty wiem, że jest w nim wiele ciemnych stron. Nie musisz z nimi walczyć. Pomyśl, czy ktoś zna cię tak jak ja?
Pomyślała, że miał rację. Nikt inny nie wiedział o niej tyle, co on, nie rozumiał jej tak bardzo i w jakiś bolesny sposób był blisko. Odkąd pojawił się w jej głowie i w jednej chwili zrozumiała swój błąd, czuła też coś, czego się wstydziła. To było pomieszanie fascynacji i podniecenia.
- Mógłbym ci teraz zaoferować chwałę i władzę – kontynuował Tom. – Ale przecież ty tego nie chcesz, prawda? Ty chcesz przestrzeni i wolności, tego, co miały smoki szybujące nad górami. Nie mogę ci tego dać, ale mogę pomóc ci samej po to sięgnąć. Moja mała, słodka, Lily, czy nie czas już przestać się zadręczać swoimi małymi grzeszkami i wziąć świat takim, jaki jest?
Lily zrobiła krok do przodu, ale Severus chwycił ją za ramię.
- Stój! Nie rozmawiaj z nim – czarodziej wiedział, że w umyśle Lily tylko ona sama mogła wygrać tę bitwę.
Czarownica pomyślała o smoku, szybującym nad rzeką, pięknym, wolnym i niebezpiecznym. A zaraz potem przypomniał jej się słodko-kwaśny smak Felix Felicis i to, czego najbardziej pragnęła. Coś, czego Tom nie był w stanie zrozumieć.
- Sama sięgnę po to, czego pragnę najbardziej, Tom – powiedziała, podnosząc różdżkę.
W jego oczach zobaczyła iskierki gniewu.
- Naprawdę myślisz, że to się uda? - zapytał kpiąco. - To tylko patyk. Patyk z widmowego drzewa, które ci się śni.
Czarownica znowu się zawahała. Z końca jej tymczasowej różdżki wyrastał nieoberwany zielony liść, a ona nigdy nie próbowała rzucić na nikogo zaklęcia niewybaczalnego. Zagryzła wargi i zrobiła krok do tyłu, i w tym samym momencie Tom podniósł do góry swoją różdżkę. Severus zdążył chwycić ją za nadgarstek i krzyknęli w jednej chwili:
- Avada Kedavra!
Błysnęło zielone światło i potężna siła odrzuciła ich w bok. Lily poczuła, jak całe jej ciało ogarnia przejmujący ból. Tom był w tym momencie częścią jej umysłu i jeżeli został zraniony, to ona również to poczuła.


Kiedy otworzyli oczy, ciągle trzymali się za ręce. Las zniknął, a oni siedzieli na podłodze w małym pokoju na poddaszu. Słabe światło wpadało przez niewielkie okno, było chłodno, pachniało myszami i starymi ubraniami.
- Gdzie my jesteśmy? Udało się? Andromeda? - zawołała Lily.
Snape rozglądał się wokoło z największym przerażeniem.
- Co się stało? Poznajesz to miejsce, Sev?
- Tak. Teraz, kurwa, jesteśmy w mojej głowie. Musiało nas odbić. I nie mam najmniejszego pojęcia, jak się stąd wydostać.
Był jak sparaliżowany. To miejsce nie było wspomnieniem, chociaż przypominało nieco jego stary dom. Zatem musieli znaleźć się bardzo głęboko, w miejscu, które odpowiadało lasowi z podświadomości Lily. Czarownica wstała, żeby zobaczyć co jest za drzwmiami.
- Nie zaglądaj tam! W ogóle niczego nie dotykaj, nie patrz. Nie powinno cię tu być.
- A oddychać mogę? - zapytała poirytowana.
- Formalnie nie musisz, twoje ciało oddycha sobie u tej Tonks. Nie wiem, jak to się stało, ale nie zapraszałem cię tutaj. To część mnie i proszę cię, żebyś to uszanowała. Nigdzie nie myszkujesz, jasne?
Lily poczuła, że zaczyna się złościć. Po tym jak sama pokazała mu drzewo, miała chyba prawo do większego zaufania.
- Co za ironia! Wielki specjalista od legilimencji mówi, że do jego głowy to wstęp wzbroniony! To nas stąd zabierz, mistrzu.
Pomyślał, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Na dodatek dość trudno było wytłumaczyć zasady magii umysłu komuś, kto nie miał o niej pojęcia.
- To może nie być takie proste. Można wrócić z miejsca, do którego zaszło się własną magią. To jak wracanie po swoich śladach. Tutaj nas przeniosło, i chociaż jesteśmy teraz w mojej głowie, to nie mam zielonego pojęcia, jak się stąd wydostać.

Czarownica wyjrzała przez okno. Z dość dużej wysokości można było dostrzec rozciągające się aż po horyzont miasto. Właściwie trudno było stwierdzić, czy jest mugolskie czy magiczne. Szare, wysokie domy przypominały Lily Spinner's End, tyle że nierozciągające się po horyzont. Pojedyncze detale na domach pozwalały przypuszczać, że jednak jest to część czarodziejskiego świata. W oddali ciągnęła się brudna rzeka, a na ulicach nie było widać żadnych żywych stworzeń. Lily poczuła, jak robi jej się chłodno i smutno; nie była to dusza, w której można się było schronić.
- To co, czekamy? Albus nas w końcu znajdzie.
- To też nie jest takie proste – westchnął. - Po pierwsze, tu czas płynie inaczej, a my nie możemy zostać tu za długo. Jeżeli to potrwa więcej niż dwie godziny, to w twoim mózgu zaczną zachodzić nieodwracalne zmiany. Twoje ciało leży tam na kanapie bez duszy, jak myślisz, ile to może trwać? Druga sprawa, jeżeli Albus się pojawi, to najpierw zacznie szukać w twojej głowie. A trzecia, to że dostęp do tego miejsca nie jest łatwy. Nawet dla niego.
- Czyli jesteśmy w czarnej dupie, że tak powiem – podsumowała.
Spojrzał na nią z wyrzutem, jakby jej słowa dotyczyły nie tyle sytuacji, ale miejsca.
- A gdyby tak… - zaczęła Lily.
- Próbuję się skupić i coś wymyślić. To dość trudne, kiedy stale mi coś mówisz.
Zignorowała go.
- Tu są drzwi. Nawet nie jedne, może zobacz, co jest za nimi? Będziemy już coś wiedzieli.
Severus nie musiał zaglądać, żeby wiedzieć, co jest za drzwiami. Wspomnienia i to pewnie te najważniejsze.
- Tam są wspomnienia, więc raczej tam nie wejdziemy.
- Zapomniałam, sfera prywatna. Zobacz przynajmniej jakie, co?
Siedzieli na podłodze przez kolejny kwadrans, ale Severus nie potrafił wymyślić żadnego rozwiązania. W końcu zrezygnowany wstał i otrzepał spodnie z kurzu.
- Dobrze, zobaczę, co jest za tymi drzwiami. A ty zamknij oczy i nie otwieraj pod żadnym pozorem.

Drzwi były naprzeciwko siebie po obu stronach pokoju. Z jakiegoś powodu miał wrażenie, że prowadzą w to samo miejsce i pozwolą im się wydostać z tego budynku. Nacisnął na klamkę i wydawało mu się, że pokój się zwiększył albo on zmalał. Jakby znowu był dzieckiem, które łapie za klamkę w pokoju rodziców, żeby przez uchylone drzwi słuchać krzyków i wyzwisk. Za drzwiami oślepiło go mocne popołudniowe słońce. Zobaczył błonia Hogwartu i siebie samego, siedzącego na trawie ze zwojem pergaminów. Z oddali zbliżała się czwórka Gryfonów, ale nie oglądał tego, co będzie się działo dalej, tylko ze złością zatrzasnął drzwi. Dlaczego akurat to wspomnienie? Taki banał. Mało to razy dostawało mu się gorzej? Mało razy sam robił gorsze rzeczy? Dziecinada, że ciągle pamiętał akurat to. Tak czy inaczej, to na pewno nie będzie droga, przez którą może przeprowadzić Lily. Już raz to oglądała i wystarczy.

Przeszedł przez pokój i powtórnie nacisnął na klamkę. W pierwszej chwili nie poznał tego wspomnienia, dopiero słabe dźwięki muzyki sprawiły, że zorientował się, co się dzieje. Magnetofon szpulowy Lupina wypluł z siebie Summertime, a on leżał przytulony do Lily w ciele Jamesa Pottera. Obok nich spał wilkołak, a on, patrząc za okno, trzymał w ramionach Lily i próbował zapamiętać z całych sił tę chwilę, która miała być jego ostatnim wspomnieniem bliskości z nią. Zatrzasnął drzwi jeszcze szybciej niż poprzednie.
- Tędy zupełnie nie ma przejścia – powiedział stanowczo.
- To bardzo szkoda – powiedziała Lily, otwierając oczy – bo właśnie wymyśliłam, co trzeba zrobić. Za oknem nie ma żadnych drzew ani ptaków. Z jednym wyjątkiem. Na tamtym podwórzu jest drzewo głogu, nie mów mi, że to zbieg okoliczności. Jak się do niego dostaniemy i zadziała jak różdżka, będzie się można stąd teleportować.
Zawsze istniała chociaż nikła nadzieja na to, że ktoś ich uratuje. Siedzieli przez kolejne długie minuty na podłodze, zastanawiając się, co zrobić. Pomysł Lily, żeby Severus poszedł sam i wrócił, też upadł, bo to miejsce utrzymywało się tak długo, jak długo on tu był. Pomału dopadała ich rezygnacja. Lily przysunęła się bliżej i oparła o niego głowę.
- Myślisz, że są jakieś szanse? - zapytał. – Ty zawsze widzisz jasną stronę.
- Nie znam się na tym. Trochę obawiam się, że poniesiemy najbardziej absurdalną śmierć w tej całej wojnie – powiedziała smutno. - Myślę tylko, co takiego jest za tymi drzwiami. Co takiego ważnego stało się w przeszłości, że chcesz dla tego poświęć to, co jest teraz. Przecież ja cię wzięłam z tym wszystkim, z Mrocznymi Znakami i całym tym cholerstwem. A ty ryzykujesz nasze życie, żeby tylko na centymetr nie opuścić gardy.
- Ty nie rozumiesz...
- Masz rację, nie rozumiem.
Siedzieli przez chwilę w milczeniu, aż w końcu czarodziej zapytał:
- Żałujesz?
- Czego?
- Tego wszystkiego, nas.
Wzruszyła ramionami.
- Nie można żałować czegoś, co po prostu nie miało prawa się inaczej potoczyć. Powiedzmy, że było dość fajnie. Jesteś zupełnie znośny w łóżku – zaśmiała się.
- Jesteś solidnie stuknięta, Evans.
- Po pierwsze, już nie Evans, a Snape. Po drugie, czego się spodziewasz po kimś, kto ma w środku głowy las?
Milczeli przez kolejne długie minuty, podczas których musiał podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji. Nawet jeżeli po tym nic nie będzie tak jak dawniej, to przynajmniej przeżyją.
- W jednym ta Black ma rację, Lily – powiedział w końcu. - Gryfoniejemy przez ciebie. To jest zakaźne i groźne. Skoro mówisz, że nie miało prawa potoczyć się inaczej, to idziemy. Nie będzie zbyt przyjemnie. Pierwsze drzwi.
Lily wstała i uśmiechnęła się, jakby za chwilę miała wyruszyć na najciekawszą przygodę życia.
- Spokojnie, Snape. Zdążyłam się już przyzwyczaić, że czasem jest z tobą ciężko.

***
Lily nie wiedziała przedtem zbyt wiele o legilimencji. Jedyny jej kontakt z czyimiś wspomnieniami polegał na wiedzy o działaniu myślodsiewni. Spodziewała się, że tym razem też obejrzy coś z boku, jako widz. Kiedy przeszła przez drzwi pokoju na błonia Hogwartu, nie było już jednak ani jej, ani Severusa, jakiego znała. To ona siedziała na trawie i czytała pergamin pełen notatek. Usiłowała sobie przypomnieć, jakie odpowiedzi dawała w poszczególnych pytaniach i zastanawiała się, czy gdzieś nie popełniła błędu. Kiedy podniosła wzrok, zobaczyła Jamesa i Syriusza idących w jej kierunku. Poczuła radość, ale też jakiś dziwny przypływ strachu i wściekłości na sam ich widok – jej własne myśli nakładały się na emocje Severusa, dając dość niespójną mieszankę.
- W porządku, Smarkerusie? – zapytał głośno James.
Błyskawicznie wyciągnęła różdżkę, ale Potter był szybszy.
- Expelliarmus!
Różdżka wystrzeliła z jej ręki. Dobra, pomyślała, szybki jesteś, wygrałeś. Ale na tym się nie skończyło. James jeszcze raz rzucił zaklęcie.
- Impedimento!
Wylądowała na plecach, a wokół niej zaczęli zbierać się zaciekawieni uczniowie. Dupek, pomyślała, taki mądry jak już różdżki nie mam. Poczuła przypływ wściekłości Severusa i swojej. Potok zmieszanych przekleństw i zaklęć wyrwał się z jej ust, ale różdżka była za daleko.
- Przepłucz sobie usta – wycedził James. – Chłoszczyść!
Dusiła się mydlinami, i wtedy pojawiła się ona. Pamiętała samą siebie tamtego dnia. Potter zaatakował jej przyjaciela, a ona chciała dobrze, zrobiła to, co każdy Gryfon na jej miejscu – broniła najlepszego przyjaciela. Jednak teraz czuła tylko wściekłość, wstyd i upokorzenie. Udało jej się złapać za różdżkę, i z policzków Jamesa trysnęła krew. Znów błysnęło zaklęcie i momentalnie zawisła w powietrzu z szatą opadającą na głowę. Słychać było głośne śmiechy, ktoś zaczął klaskać.
- Puść go! - krzyknęła Lily.
Jej słowa były gorsze, niż zaklęcia Jamesa. Nie widziała już siebie, mogła tylko machać rękami i rzucać przekleństwa, ale uczucie słabości, bezsilności i wściekłości prawie ją rozsadzało.
- Na rozkaz! – powiedział James i zwaliła się bezwiednie na ziemię.
Kolejne zaklęcie i jeszcze raz wtrąciła się Lily.
- Zostawcie go w spokoju!
To ty zostaw mnie w spokoju - chciała krzyczeć, ale nie mogła, bo przecież tylko przeżywała czyjeś wspomnienie. W tamtym momencie to siebie nienawidziła bardziej niż Jamesa.
- Masz szczęście, że Evans tu była, Smarkerusie… - rzucił niedbale James.
- Nie potrzebuję pomocy tej małej, brudnej szlamy! – Nie była do końca pewna, czy w tamtym momencie są to wspomnienia, czy jej własne słowa. Krzyk rozległ się echem po błoniach. Może ten głos, może jej wściekłość sprawiły, że wszystko zatrzęsło się, a powietrze zadrgało jak tafla rozbijanego szkła.

Po chwili znaleźli się na wąskich schodach, prowadzących w dół budynku. Czuła, jak drżą jej kolana, ciągle czuła tamte emocje i zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć.
- Severusie, ja, to znaczy, ja nie wiem, co ja ma powiedzieć i…
Nie odwrócił się w jej kierunku.
- To nic nie mów – zwrócił się do niej jak do obcej osoby.
Chciała chwycić go za rękę, kiedy wychodzili na ulicę, ale wyraźnie ją ignorował. Drzewo głogu rzeczywiście stało tam, gdzie widzieli je z okna. Z czerwonymi owocami na tle martwego i szarego krajobrazu wyglądało dość niesamowicie. Severus ciągle ją ignorował, szybko zerwał gałąź i nie zadając sobie nawet trudu, żeby oderwać liście, chwycił Lily za rękę i teleportował się do salonu Andromedy Tonks.
- Co to tak długo trwało? - krzyknęła czarownica. - Myślałam już, że się nie obudzicie i trzeba będzie was pochować. Siedzę tu sama z tym cholernym dziennikiem od godziny.
Snape wstał pierwszy, i nie zwracając uwagi na Lily zwrócił się do gospodyni.
- Sytuacja została na jakiś czas opanowana, ale dziennik dalej jest niebezpieczny. Nie wolno go ruszać, dopóki nie zjawi się Dumbledore. Spróbuję się dowiedzieć, co Czarny Pan już wie. Będzie lepiej, jeżeli… Jeżeli Lily zostanie tu dzisiaj. Do widzenia.
Lily wstała jak oparzona i zastąpiła mu drogę.
- Nie możesz tak wychodzić i ciągle przede mną uciekać. Porozmawiaj ze mną. Proszę. Ja rozumiem.
Odwrócił się od niej, ale słyszała, jak wychodząc, mówi:
– Nie rozumiesz.
Nie wiedziała, czy w jego głosie więcej było złości czy żalu.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXVI ( aktualizacja 17 09)

Postautor: labruja » 16.10.15, 12:13

XXVIII

Są takie smaki, które zawsze kojarzą się z dzieciństwem. Lily Snape wykąpała się, a potem położyła w pokoju Nimfadory, pijąc ciepłe kakao. Może nawet Andromeda doprawiła je odrobiną magii, bo smakowało nie tylko słodyczą i lekko gorzką czekoladową nutą, ale też czymś, co kojarzyło się z bezpieczeństwem i spokojem. Czarownica cicho otworzyła drzwi i weszła do pokoju swojej córki.
- Albus już poszedł – powiedziała cicho. - Zabrał ten przeklęty zeszyt. Przekazałam mu wszystko, co mi powiedzieliście.
- Nie został dłużej? - Lily wyglądała na rozczarowaną. - Chciałam z nim porozmawiać.
- Wiesz, że to nie byłoby dla ciebie dobre. Sama mówiłaś, że masz teraz dziury w pamięci, jeżeli chodzi o to, co się stało. Lepiej, żebyś o tym teraz nie mówiła i nie myślała, bo wszystko ci się pomyli. To jest jak rana, jeżeli wycięto ci kawałek wspomnień, musisz mieć czas, żeby się wszystko w tobie zagoiło.
- Ale ja chciałam...
- Porozmawiać o Severusie? W tym ci Albus akurat nie pomoże. Jemu też daj czas. Widziałaś, co widziałaś, teraz on musi ochłonąć i jakoś to sobie zracjonalizować. Ma w tym wprawę, zdaje się – Andromeda wyjęła z szuflady srebrną szczotkę i zaczęła czesać włosy przyjaciółki.
- Z tym powinien sobie poradzić – powiedziała po dłuższej przerwie. - Gorzej jak mu to drugie powiesz.
Lily poczuła, jak przeszedł ją dreszcz niepokoju. Dokładnie tak czuła się, kiedy, jako nastolatki, razem z Petunią spróbowały na strychu zapalić papierosa, a potem mama zapytała je, czy chcą coś wyznać.
- Ja... Znaczy, jakie drugie mam mu powiedzieć?
Czarownica odłożyła szczotkę i spojrzała przyjaciółce głęboko w oczy.
- Lily Snape, możesz udawać przed twoim pokręconym emocjonalnie małżonkiem, możesz oszukiwać siebie, ale mnie nie oszukasz.
- A, to myślisz - Lily zaśmiała się nerwowo. - Nic z tych rzeczy. Przytyło mi się, bo za mało się ruszam. Jestem na zaklęciu blokującym. Jeszcze jak mieszkałam z Jamesem się na nie zdecydowałam. On chciał szybko mieć dzieci, ja nie bardzo, więc poprosiłam Alicję, żeby je na mnie rzuciła, zanim mnie James przekabaci i zamienię kociołek na pieluchy.
Zaklęcie blokujące było wprawdzie wygodniejszą opcją niż eliksiry, które trzeba było zażywać w równych odstępach czasu, ale czasami trudno je było cofnąć. Czar opada tylko w chwili, kiedy kobieta naprawdę pragnie urodzić dziecko, ale musi być to jej własna decyzja. Arystokratki niejednokrotnie żałowały rzuconego w młodości zaklęcia blokującego, którego potem w nieszczęśliwym małżeństwie żadną siłą nie mogły już ściągnąć.
- Kiedy ostatnio miałaś okres?
- Ja... zawsze miałam nieregularny. A teraz ten stres. Czemu w ogóle mnie o to pytasz?
- A konkretniej? - nalegała.
- Nie pamiętam – przyznała Lily.
Czarownica westchnęła i sięgnęła po różdżkę. Zaklęcie było bardzo proste, chociaż nie było jednym z tych, których uczono w Hogwarcie. Brzuch Lily otoczyła srebrzysta poświata, w której po chwili uformowała się kula mniej więcej wielkości jabłka, przypominająca nieco patronusa.
- Gratuluję, kochana. Udało ci się przełamać zaklęcie blokujące. Na oko jakieś trzy lub cztery miesiące temu.
Lily patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami, a resztka płynu wylała jej się z kubka na szlafrok.
- Ale ja nie wiem, jak to się stało...
Andromeda nie potrafiła dłużej ukrywać rozbawienia.
– Podejrzewam, że ma to związek ze współżyciem. To czasami tak się kończy.
- Oj, nie śmiej się ze mnie. Chodzi mi o to, jak opadła blokada. Naprawdę świadomie nie podejmowałam takiej decyzji.
- To przypomnij sobie, co działo się jakieś cztery miesiące temu, o czym rozmawiałaś z bliskimi, może spotkałaś jakieś dziecko, to też czasem coś odblokowuje w kobiecie. Nawet nieświadomie.
Lily przez dłuższą chwilę myślała, szukając w pamięci wydarzenia na tyle silnego, żeby odwrócić zaklęcie. I nic nie przychodziło jej do głowy, poza jednym.
- Ethan… - powiedziała cicho. - Ten mugolski chłopiec, któremu zabrałam serce. To musiało być wtedy, Andromeda. Ja… ja pamiętam, jak mówiłam do niego, kiedy leżał martwy tam na stole. Chyba go nawet trochę pokochałam, głupie, nie?
- Mówiłaś o tym Severusowi? Żeby zdjąć zaklęcie, trzeba głośno się zadeklarować w obecności ojca dziecka.
Lily uśmiechnęła się, odgarniając włosy z czoła.
- Tamtej nocy powiedziałam mu coś takiego, że chcę, żeby w końcu przytrafiło nam się coś dobrego. Myślę, że w tamtym momencie mogłam marzyć o dziecku. Myślisz, że to mogło wystarczyć?
- Oczywiście. Marzenia są silniejsze od planów i deklaracji. Niektóre zaklęcia nie potrzebują wyuczonych formuł, ale siły z głębi duszy. A teraz wygląda na to, że właśnie coś dobrego wam się przytrafiło. Dziecko-niespodzianka, prawie jak w bajce.
Czarownica odłożyła pusty kubek i opadła na poduszkę.
- Ale jest wojna. Ledwo nam starcza na życie, nikt o nas nie wie. Merlinie wielki, ale się porobiło – jęknęła.
- Marzenia zazwyczaj nie spełniają się w tej formie, w jakiej tego oczekiwaliśmy. Ale jakoś mam wrażenie, że w tym konkretnym przypadku będzie dobrze. Zresztą, chcesz tego dziecka czy nie?
- No chcę. Pewnie, że chcę. Ale jestem przerażona. I jak pomyślę, że muszę najpierw powiedzieć Severusowi, to wojna i utrzymanie wydają mi się małymi problemami.
Andromeda zachichotała złośliwie.
- A jego miny akurat jestem ciekawa. Najlepiej zrób tak, żeby dowiedział się przy kimś albo w miejscu publicznym. Żeby miał czas ochłonąć, zanim powie coś głupiego. On wbrew pozorom jest kłębkiem emocji, może nawet bardziej niż był Syriusz, chociaż w zupełnie inny sposób. Że wpadnie w panikę, to pewne, więc dla twojego spokoju powiedz mu przy świadkach.
Lily nie wyglądała na przekonaną.
- Boję się, Andromeda...
- Rozumiem cię, ale z mojego punktu wiedzenia cała sytuacja jest trochę zabawna. Zrobić ci jeszcze gorącego mleka, kochana?

***

Lily czuła, jak trzęsą jej się ręce. Miała na sobie rękawiczki i maseczkę, ale smród, jaki unosił się w pokoju, przyprawiał ją o mdłości. Lewą ręką trzymała szczypce, którymi rozchylała brzuch martwej ryby, a prawą skalpelem wycinała jej nerki. Były bardzo cennym składnikiem wielu eliksirów, problem polegał jednak na tym, że jeżeli przez przypadek przetnie wątrobę zwierzęcia, uwolnią się trujące gazy. Ją samą powinni bez problemu odratować u Munga, nie miała jednak pojęcia, jak toksyczne opary podziałają na dziecko.
To chcesz tego dziecka czy nie, myślała, przecinając tkankę zaledwie kilka milimetrów od wątroby. Obok Severus i Ruben w skupieniu wpatrywali się w swoją pracę. No pewnie, że chcę, tylko czy on chce? I jak mu powiedzieć?, zastanawiała się.
Od rozmowy u Andromedy minął prawie tydzień. Severus udawał, że wszystko jest w porządku i unikał jak ognia rozmowy o tym, co działo się w jego wspomnieniach. Był przy tym jakiś chłodny i oschły. Zaczynało ją to wszystko męczyć. Ile razy musi krok po kroku go oswajać. Kiedy uważała, że już jest dobrze i blisko, on nagle zamknął się w sobie i zaczął przed nią uciekać. A ona musiała po raz kolejny, kamyk po kamyku kruszyć mur, jaki wokół siebie wybudował. Chciała mu kilkakrotnie powiedzieć o dziecku, ale jakoś nie było okazji. Chciała mu wykrzyczeć, że teraz ona wymaga opieki i wsparcia, ale cały czas odkładała tę rozmowę na później.
Teraz poczuła, jak od zapachu zaczynają łzawić jej oczy i dalsza praca jest już nie tylko niepotrzebnym ryzykiem, ale i głupotą. Jednym ruchem ściągnęła z twarzy maseczkę i odsunęła od siebie martwą rybę.
- Przykro mi, koledzy, ale nie da rady, żebym to robiła. Chyba będziecie musieli powycinać też moją porcję nerek.
Spojrzeli na nią zaskoczeni, bo jak dotąd w ich zespole nigdy nie wykręcała się od pracy.
- W kosza jest bardzo dużo ryba, panienko Lily – powiedział Ruben. - One trzeba zrobić dzisiaj i nie wiem, czy my to wykończymy.
- Chyba będziecie musieli, bo zgodnie z przepisami instytutu, czarownicom, które są w ciąży, przysługuje zwolnienie od pracy ze składnikami szkodliwymi. A że ja obecnie jestem w takim stanie, to niestety doszło wam trochę pracy.
Zapadła cisza i słychać było tylko, jak mucha uderza o szybę. Lily bała się podnieść wzrok i spojrzeć na Severusa, który intensywnie się w nią wpatrywał.
- To jest wspaniała wiadomość, Lily… - wybąkał zaskoczony Ruben. - Ja chciałbym wyrazić moja radość.
Severus milczał, coraz głąbiej wbijając skalpel w deskę do krojenia składników.
- Wspaniale – odpowiedziała Lily, odzyskując pewność siebie. W końcu najgorsze już za nią. – Skoro wszyscy się cieszymy, to możemy zrobić sobie chwilę przerwy. Zaparzę wam herbaty, żeby to uczcić.
- Tak – przyznał Severus. - Herbata to dobry pomysł. A ja pójdę wymyć kociołek przed popołudniowym warzeniem – dodał, wychodząc z sali i z roztargnienia zabierając ze sobą zupełnie czysty kociołek.

Czarownica czym prędzej nastawiła w pokoju wspólnym duży czajnik z wodą na herbatę i pobiegła do pomieszczenia do mycia kociołków, gdzie czekał już na nią Severus. Jednym ruchem różdżki nałożyła na drzwi zaklęcie wyciszające, jeżeli ktoś będzie dziś na kogoś krzyczeć, to cały instytut nie musi o tym wiedzieć. Snape stał oparty o ścianę ze skrzyżowanymi rękami.
- Jeżeli to żart, to kiepski – powiedział, patrząc na jej brzuch. Rzeczywiście ostatnio trochę utyła, ale takie wytłumaczenie nie przyszło mu do głowy.
- Jakieś „bardzo się cieszę” byłoby chyba na miejscu. To nie jest żart. Do końca roku wszystkie szkodliwe wywary są twoje.
- Ale jak? - zapytał zaskoczony.
Zupełnie nie takiej reakcji oczekiwała. Może nie był mężczyzną, który powinien skakać z radości i wybierać z katalogu dziecięce miotełki, ale potrzebowała przynajmniej minimalnego wsparcia.
- Podejrzewam, że ma to jakiś związek z seksem, Sherlocku.
- Mówiłaś, że jesteś na zaklęciu blokującym – wysyczał przez zęby.
- Bo jestem. Tyle że widocznie poczułam się bezpiecznie z kimś, kogo kocham, no i siup, zaklęcie spadło.
- Kłamiesz, musiałabyś mi o tym powiedzieć. Tak działa ta magia.
Na szczęście ten wątek przedyskutowała już z Andromedą.
- Mówiłam. Pamiętasz, jak wspomniałam, że chciałabym, żeby spotkało nas wreszcie coś dobrego? No, to masz coś dobrego.
Wypuścił powoli powietrze, bo teraz dopiero doszło do niego, że to może być prawda. Oczywiście znał wiele eliksirów, które pozwoliłyby im rozwiązać ten problem nawet teraz, ale skoro rzeczywiście spadło jej zaklęcie blokujące, to jego instynkt podpowiadał mu, żeby nawet nie poruszać tego tematu.
- Jasna cholera – westchnął. - To co teraz zrobimy?
Lily wzruszyła ramionami.
- Jak mówi Molly, wychowamy jak swoje.
Plusem całej rozmowy był fakt, że Severus po raz pierwszy od wędrówki po wspomnieniach przestał zupełnie o nich myśleć. Huncwoci i wydarzenia na błoniach wydawały się teraz dalekie i nieistotne.
- Co ze stażem? - zapytał w końcu.
- Orientowałam się. Mam prawo do unikania warzenia niektórych eliksirów, potem do krótkiego urlopu i konsultacji podczas indywidualnego trybu studiów przez rok. Pandora niedawno zaszła w ciążę i jest obeznana w tych przepisach. Świat czarodziejski, jak widzisz, wspiera kolejne pokolenia.
Czuł przypływ paniki i zupełnie nie wyobrażał sobie, co teraz będzie. Jedyne, co kojarzyło mu się z ciążą, to blada Narcyza siedząca w fotelu i obserwująca krytycznie gości. A może to będzie miało jakieś plusy, pomyślał. Na pewno skończą się nocne wypady dla Zakonu, ryzykowne akcje, kremowe z dawnymi przyjaciółmi. Wizja Lily, siedzącej bezpiecznie przy kominku, daleko od działań wojennych, nie była zupełnie złą perspektywą. Czarownica oparła głowę na ramieniu męża.
- Damy sobie jakoś radę, co, Sev?
- Chyba nie mamy innego wyjścia. Jak ci się czegoś dobrego zachciało.

Kiedy wrócili do pokoju wspólnego, czajnik gwizdał już od dłuższego czasu. Lily zalała trzy kubki z herbatą i zaniosła je do pracowni. Na stole leżały trzy otwarte ryby, jedna z wbitym w deskę skalpelem, i żadna nie nadawała się do użytku. Rubena nie było i wszedł do sali dopiero po kwadransie, blady i mocno czymś zmieszany. Nie miał na sobie fartucha, a jego szata była zapięta uroczyście na ostatni guzik. Lily podała mu kubek z herbatą, ale odłożył go nerwowo.
- Lily, Seberusie, ja namyśliłem całą sprawę – powiedział uroczyście, a oni spojrzeli na niego zaskoczeni.
- Wiem, że moja słowa mogą być zaskoczeniem, ale słowa tego nie cofnę. Honor kobieta to w moja kraju rzecz najważniejsza. – Wziął głęboki oddech. - Panno Lily, chciałbym prosić ciebie za żona. Nie możebym byłoby ścierpieć sytuacji, gdzie tak piękna i mądra mujer cierpi pohańbienie. Seberusie, ty bądź świadkiem szczerości moje słowa.
W sali ponownie zapanowała cisza. Oboje z Severusem patrzyli na Rubena szeroko otwartymi oczami.
- Ja rozumiem wasza zdziwienie, ale nie zmartwiaj się o nic, Lily. Ja teraz rozmawiałem przez kominek z moja mamá i nie ma nic sprzeciwko. Jeszcze w tym roku zabiorę cię do Medelin, tam mamy duża dom, cała nasza rodzina, kilka pokoleń czarodziejów. Dostaniesz nazwisko, opiekę i uda się uniknąć tego skandal.
Severus poczuł, jak gorąca herbata z kubka, który trzymał, spływa mu po szacie. Z kolei do Lily dopiero po chwili doszło, co w zasadzie Ruben jej zaproponował. Zapominając o uprzejmości, zaczęła się histerycznie śmiać, tak że udało jej się uspokoić dopiero po kilku długich minutach. Oboje czarodzieje patrzyli na nią równie skonsternowani.
- Rubenie – powiedziała w końcu, z trudem łapiąc oddech. - Twoja propozycja jest naprawdę bardzo miła. Ja… ja jestem wzruszona, poważnie. Jednak musisz wiedzieć, że w naszej kulturze nikt nie będzie robił problemu z mojego stanu. Nie jesteśmy aż tak konserwatywni, jeżeli mogę tak powiedzieć. I naprawdę nie zdecydowałabym się robić ci kłopotu przy twojej rodzinie. Myślę, że jeżeli pomożesz mi w tych rybach, to będę ci wystarczająco wdzięczna.
- Poza tym – wtrącił Severus, a jego słowa ociekały jadem tak bardzo, że Lily wystraszyła się, że ich związek się wyda. - Poza tym, nie pomyślałeś, Rubenie, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że za tą ciążą stoi jakiś mężczyzna, który wie, jakie są jego obowiązki?
- No, w sumie... - Ruben zmieszał się.
- Chyba nie myślisz – kontynuował Severus - że ciąża panny Evans pochodzi z przypadkowej relacji z nieznanym partnerem?
Tego było dla Lily za wiele.
- Panowie, panowie, przystopujcie, ok? Może jednak omawianie szczegółów mojego życia intymnego nie powinno być przedmiotem tej rozmowy? Całkowicie doceniam zarówno propozycję Rubena, jak i wiarę Severusa w moje relacje z mężczyznami. Jednak zapewniam was obu; mam zamiar dać sobie radę, a w tej chwili to, czego od was oczekuję, to zabranie się za te nerki. Mamy dużo pracy i nie możemy plotkować jak baby na mugolskim targu. Plan jest taki: odkładajcie je na miskę, a ja zajmę się osuszaniem, dobrze? Mogę też wypełnić za was dokumenty. To jak? Do roboty, koledzy.

***
Albus Dumbledore czytał kiedyś o golemie. Prastarym potworze z gliny i krwi, którego rozbito na kawałki pogrzebane w jaskiniach na pustyni. Prawdopodobnie, jeżeli ktoś je odnajdzie i połączy zaklęciami, znowu ożyją. W jego gabinecie też znajdowały się części potwora - zeszyt, medalion, pierścień i czarka. Ciągle były uśpione, ale wiedział, że skrywają w sobie przerażającą duszę. Zdecydował się je zgromadzić, ale ciągle nie miał pewności, jak je zniszczyć; być może pomocne byłoby tu coś tak niszczącego jak jad bazyliszka, ale z tego, co się orientował, stwór ten występował tylko w legendach i podaniach. W dodatku miał wrażenie, że nie zgromadzili jeszcze wszystkich elementów potwora, którego chciał zniszczyć. Jego śledztwo dotyczące Roweny Ravenclaw było żmudne i prowadziło donikąd. Ustalił jedynie, że czarownica miała jedyną córkę, która przez długi czas pomagała matce, a potem nagle zniknęła. Zapiski o niej urwały się tak nagle, że Albus przypuszczał nawet, że przydarzyło się jej jakieś nieszczęście, ale na krótko przed datą śmierci Roweny znalazł zapiski świadczące o korespondencji z córką. Matka wspominała małą miejscowość Zgosht w Albanii, do której uciekła jej córka. Rowena była w tamtym czasie bardzo chora i w niewysłanym liście do córki, który odnalazł Albus, pisała, że wybacza jej wszystko i ponad wszystko pragnie się z nią jeszcze jeden, ostatni raz zobaczyć.

Czarodziej czuł, jak ból z ręki rozchodzi się po całym ciele. Tak jakby jego dłoń była już martwa i przypominała mu o nieuchronnie czekającej śmierci, do której czasu zostało coraz mniej. Poczuł, że zaczyna ogarniać go złość; na Rowenę, Ollivandra i wszystkich Krukonów z ich tajemnicami. Nawet jeżeli dowiedziałby się, co stało się z Heleną Ravenclaw, to jak to miało się do diademu jej matki? Czy w Albanii ciągle żyją potomkowie Heleny, przechowując bezcenny skarb? Czy możliwe, że Voldemort go uprzedził? Tak czy inaczej, nie miał ani siły, ani czasu na wyprawę do Albanii i śledzenie setek lat historii potomków Heleny Ravenclaw.
Z irytacją zamknął notatnik i teleportował się do Wrzeszczącej Chaty. Jego szpieg nie mógł ot tak pokazać się teraz w Szkocji. Za każdym razem, kiedy Severus przekradał się za mur, było to dla niego sporym ryzykiem. Na to też trzeba było coś wreszcie poradzić.
- Sytuacja bez zmian? - zagadnął gościa.
Czarodziej chodził nerwowo po pokoju.
- Czarny Pan dalej zastanawia się, kto wyczarował Mroczny Znak. I wydaje się być czymś zaniepokojony.
Chyba nawet wiem czym, pomyślał Albus.
- Zamierza zaatakować mur?
- Na razie nie. Pojedyncze wypady tak, ale na razie szykuje się kilka zmian w prawodawstwie angielskim. Chyba wolałby poczekać jakiś czas, a potem zaatakować Szkocję siłami angielskich aurorów. Wielu uważa separację za zdradę.
- Czyli powtórka z trzynastego wieku – powiedział smutno Dumbledore. - Chyba ktoś odrobił zadanie z historii magii. A przy okazji gratuluję, Severusie.
Snape spojrzał na dyrektora urażony.
- Widzę, że plotki szybko się rozchodzą. Z takim przepływem informacji chyba nie potrzebujecie szpiega – zauważył cierpko.
- Lily jest w Zakonie, a ludzie chcą rozmawiać o czymś innym niż wojna i śmierć. Gratulacje są szczere. Zresztą dla dyrektora szkoły nie ma nic gorszego niż niż demograficzny.
Czarodziej uważał, że nie było czego gratulować. Ciąża w ich sytuacji była dowodem nieodpowiedzialności i tylko niepotrzebnie narażała Lily. Ale skoro dyrektor zaczął ten temat, może uda się go do czegoś przekonać.
- Wyciągnij Lily, proszę – wypalił Severus.
- A czy ja ją w coś wciągałem, żeby teraz wyciągać?
- Ona nie może, nie w tym stanie... – Przyszło mu do głowy, że z jej ciąży może być bardzo mocny argument. – Nie może się narażać. Nie mówię tylko o tych jej nocnych podchodach, proszę cię, żebyś ją wyciągnął z Anglii w ogóle. Niedługo czarodzieje mugolskiego pochodzenia mogą mieć bardzo ciężkie życie na południe od muru.
- Proponowałeś, żeby przeniosła się do Edynburga? – zaciekawił się dyrektor.
Severus wzruszył ramionami.
- Wiesz, jaka ona jest uparta, dyrektorze. Równie dobrze można mówić do góry, żeby się przeniosła. Ale może kiedy ty jej powiesz...
Dumbledore zaśmiał się.
– A wiesz, że ona mówi to samo o tobie? I o to samo mnie prosiła, żebym cię wyciągnął.
- Rozmawiała z tobą o mnie? – skrzywił się czarodziej.
- Martwi się o ciebie.
- Niepotrzebnie. Potrafię o siebie zadbać. W Anglii jest naprawdę niebezpiecznie, a ona nie posłucha nikogo, oprócz ciebie. Błagam. Trzeba ją wysłać… czy ja wiem, na Maltę, Islandię. Gdzieś, gdzie jest spokój i absolutnie nic się nie dzieje. Niech poszuka czegoś w bibliotece, liczy drzewa, cokolwiek. Jeżeli uwierzy, że jest to ważne, zaangażuje się w to. Chodzi mi tylko o jej bezpieczeństwo. Czy proszę o zbyt dużo?
Dyrektor zmrużył powieki. Może to nie był zupełnie zły pomysł. Wysłać Lily w bezpieczne miejsce i jednocześnie przyjrzeć się uważniej historii Heleny Ravenclaw.
- Zastanowię się nad tym. A przy okazji, jak droga? Udało ci się przemknąć?
- Jakoś - Snape wzruszył ramionami. Każde spotkanie z Dumbledore’em było sporym ryzykiem, ale miał teraz ważniejsze sprawy na głowie. Zazwyczaj przedostawał się do Irlandii, a potem leciał nisko nad morzem w stronę Szkocji. Albus przekazał mu informacje o godzinach zmiany wart, więc jak dotąd udało mu się przemykać niezauważonym.
- Niepotrzebnie ryzykujesz – stwierdził dyrektor.
- Chyba jednak wolę zaufać swoim umiejętnościom lotu niż powierzyć tajemnice sowom.
- Dropsa? - zapytał Dumbledore, wyjmując z kieszeni papierową torebkę.
- Dziękuję, dyrektorze, nie lubię słodyczy.
W starych oczach czarodzieja pojawiły się łobuzerskie iskierki.
- Naprawdę radzę je wypróbować.
Severus nieufnie rozpakował dropsa i ledwo zaczął go ssać, świstoklik przeniósł go do prywatnego gabinetu Dumbledore’a. Na stoliku obok łóżka leżało rozsypanych kilka podobnych cukierków.
- Prawda, że smaczne, Severusie? – zapytał dyrektor z satysfakcją, że udało mu się zaskoczyć szpiega. - Weź proszę dwie paczki. Cytrynowy przeniesie cię tutaj, pomarańczowy do pomieszczenia, w którym uprzednio zostawisz resztę paczki. Nieco ulepszony świstoklik. Prawda, że udany pomysł?
Alchemik wziął dwa papierowe worki ze słodyczami, ale cały czas nie był pewien, co o tym myśleć. Dropsy były bardzo małe i w torebce było ich przynajmniej sto.
- Nie wiem, czy to rozsądne, dyrektorze – uśmiechnął się do siebie. - Z taką paczuszką można wpuścić do Hogwartu połowę śmierciożerców.
Severus nie wiedział, po co to powiedział. Nie zamierzał zdradzać, ale dziwił go fakt, że można tak bardzo komuś zaufać. Że można zaufać jemu.
- Widocznie z jakiegoś powodu zdecydowałem się ci zaufać, Severusie.
- Zaufanie jest zawsze obarczone ryzykiem.
- Oczywiście. Nie mam pewności, co zrobisz z dropsami, ale mimo to decyduję się zostawić je w twoich rękach. Tylko widzisz, Severusie, oceniając element ryzyka, mogę się pomylić i przegrać, ale zakładając, że nie ma niczego, w co mogę wierzyć, już przegrałem.
Severus nie rozumiał słów dyrektora ani w tamtej chwili, ani następnego dnia, kiedy chował cukierki – żółte w domu, a pomarańczowe za słoikiem z formaliną w Instytucie Eliksirów. Zdecydował się nie trzymać pomarańczowych w domu, bo nie był pewien, czy dyrektor nie ma reszty, która pomogłaby mu zlokalizować ich chatę w lesie. Szanował dyrektora, ale zaufanie było niepotrzebnym ryzykiem, które wolał wykluczyć.

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXVIII ( aktualizacja 15 10)

Postautor: Minerwa » 17.10.15, 12:21

Pomysł z zaklęciem blokady świetny. Mugolki też czasem tak mają, tylko oczywiście nie są w stanie nad tym panować :)
Nie chcę się wdawać w rozważania "co to będzie za dziecię", bo po pierwsze zakładamy, że jest to świat równoległy - wytworzyły się tzw. spodnie czasu (Pratchett) i ta nogawka działa na innych pierwiastkach niż kanoniczna, jej prawo, a po drugie znając sytuację wiem, że tu nic nie może się dobrze skończyć. Tedy czyta się, czyta, a kołnierzyk jakby coraz ciaśniejszy.
No właśnie. Im dalej w lekturę, tym wrażenie zaciskania się kołnierzyka rośnie. Już nie pomagają zabawne sceny i dialogi, wiadomo, że wszystko zmierza do wielkiego "dup" - i wie się, dotkliwie wie, że będzie to dupniecie i duże, i bolesne. Atmosfera gęstnieje, tragiczny finał coraz bliżej.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXVIII ( aktualizacja 15 10)

Postautor: labruja » 17.10.15, 12:47

Nie wiem czy i na ilę mogę spojlerować. Nie wiem czy czyta ktoś oprócz Minerwy.

Tak czy inaczej:
Oczywiście, że zbliża się wielkie bolesne dupnięcie. Ale czy wszystko skończy się źle? Ja już jestem za stara na pisanie angstów i chyba tak naprawdę wierzę w miłość, Opatrzność i nadzieję. Której to oni ani czytelnicy nie powinni tracić. Nawet po i w trakcie dupnięcia dużego i bolesnego.

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXVIII ( aktualizacja 15 10)

Postautor: Minerwa » 17.10.15, 12:54

I dobrze, i dobrze... Dajesz nadzieję :)

Niemniej, w trakcie czytania tego kawałka paskudnie ściskało mnie w gardle - co o talencie literackim Autorki świadczy jak najlepiej. Potrafi wywoływać uczucia, a w końcu po to jest beletrystyka...

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXVIII ( aktualizacja 15 10)

Postautor: labruja » 22.10.15, 21:30

XXIX


Luniak może też jechać na południe. Jak znajdzie czas. L.
Czarownica przymocowała do sowiej nogi karteczkę, zapłaciła rachunek i ruszyła w kierunku Lodowej Różdżki. Była bardzo zadowolona, Dumbledore zrozumie, o co chodzi w wiadomości, a ewentualnym niepowołanym czytelnikom nic nie będzie mówiła. W kawiarni zamówiła sobie gałę lodów wiśniowych i usiadła, żeby wszystko przemyśleć. Coś ewidentnie było nie tak. Plan śmierdział, z odległości kilometra dało się wyczuć w nim spisek Albusa i Severusa, mający na celu chronić jej bezpieczeństwo. Jak inaczej można sobie wytłumaczyć rozkaz pilnego wyjazdu do jakiejś zapadłej dziury w Albanii, żeby zbadać, czy przed setkami lat nie mieszkała tam córka Roweny Ravenclaw i czy w tamtych okolicach nie mieszkają jacyś jej krewni. W czasie wojny prowadzić badania na temat rodzin założycieli Hogwartu? Ktoś chyba postradał rozum. To było dość frustrujące, że przez cały czas traktowali ją jak małą dziewczynkę.

Lily Snape zirytowana podeszła do lady i zamówiła sobie jeszcze trzy dodatkowe gałki lodów. Oszczędność oszczędnością, ale zawsze w ten sposób świętowała pierwszy prawdziwie gorący dzień lata. Lodowa Różdżka chwaliła się, że posiada lody trzystu smaków i był to bardzo dobry argument, żeby wypróbować kilka kolejnych. Wzięła na łyżeczkę trochę lodów imbirowych i zastanawiała się, co dalej powinna zrobić. Koniec końców będzie musiała pojechać, w końcu Dumbledore nie dał jej propozycji, a polecenie. Pytania brzmiało: tylko z kim mogłaby się wybrać? Severus raczej odpadał. Najchętniej zabrałaby się z Remusem, dlatego posłała do dyrektora liścik. Wilkołak był podobno dość zajęty prowadzeniem radiostacji i opracowywaniem łączności szkockich czarodziejów. Może jednak znajdzie czas. Zresztą jeżeli Albus nie zgodzi się wysłać z nią nikogo ważnego i potrzebnego, to będzie dowód na to, że cała ta wyprawa to spisek Severusa.
- Cześć, Lilka – powiedziała jasnowłosa dziewczyna, wchodząc do kawiarni. - Przepraszam za spóźnienie. Ale mam dla ciebie wszystkie papiery.
- Nic nie szkodzi, miałam czas pomyśleć o kilku rzeczach. Siadaj.
Pandora Lovegood położyła torebkę na krześle i zamówiła swoją porcję lodów.
- To teraz mów, jak się czujesz, kochana?
- Merlinie, dlaczego wszyscy mnie o to teraz pytają? Czuję się tak samo jak do tej pory. - Lily przewróciła oczami.
- Pytają się, jak się czujemy, żeby grzecznie omijać temat, jak bardzo przytyłyśmy. Ale nie martw się, mnie to niedługo też czeka. Jeszcze nic nie widać, ale to kwestia dwóch miesięcy. Oddałaś Cantonowi podanie?
Lily westchnęła.
- Delikatnie mówiąc, nie był zachwycony. Powiedział, że nie dam rady. Że to za ciężka praca w moim stanie, że bywa niebezpieczna i że powinnam zrezygnować. I w ogóle gadał, że jak się chciało prokreować, tak się wyraził, to lepiej było zrezygnować z edukacji, bo szkoda składników, które poszły dotychczas na moje wykształcenie. W dupę niech się ugryzie. Będę warzycielem i kropka.
- Cham i tyle, nie przejmuj się, Lilka. Damy radę, nie mają prawa nas tknąć, a gadać mogą, ile im się podoba. W ogóle to czytałam przebieg eksperymentu na tym twoim wilkołaku. Myślałaś, żeby dodać trochę ziela asfodela?
- Myślałam, ale reagowałby ze suchoskrzelkami. Zobaczymy w kolejnych pełniach, jak zadziała. Na razie się cieszę, ale alchemik musi trochę poczekać z euforią.
- Dziewczyno, jak to opatentujesz, to jesteś ustawiona na resztę życia. Masz przepis na wyłączność na sto lat. A ilu jest wilkołaków, to wiesz. Plus wysyłki zagraniczne.
Czarownica oparła głowę na łokciu. Nie bała się, że Pandora albo ktoś z instytutu podkradnie jej przepis, bo stanowiło to złamanie najświętszej zasady alchemików i skazałoby ewentualnego złodzieja na całkowity ostracyzm środowiska. Niestety nie miała takiej wiary w Ministerstwo Magii.
- Kombinowałam z tym, ale to nie jest takie proste. Wiesz, co się teraz dzieje, pamiętaj, że mam mugolskie pochodzenie i jakiś zasrany urzędas może stwierdzić, że dobrowolnie chcę ofiarować prawa do receptury ministerstwu.
Poza tym, żeby umowa patentowa była ważna, musiałabym podać prawdziwe nazwisko, Snape, dodała w myślach.
- Nie możesz na to pozwolić, Lily, ta receptura to twoja praca. I dzieło miłości – dodała lekko egzaltowanym głosem.
Lily uniosła lekko do góry brew, trochę jak Severus, kiedy był z czegoś niezadowolony.
- Dzieło miłości? - zapytała.
- No wiesz – Pandora rozejrzała się po kawiarni, czy nikt nie słucha i ściszyła głos. - Mnie możesz powiedzieć, nie? Ten wilkołak, dla którego stworzyłaś recepturę i z którym mieszkałaś. On jest ojcem, prawda? W sumie nie można ci się dziwić, w końcu magnetyzm zwierzęcy. I zupełnie szpetny nie jest, chociaż nie w moim typie. Swoją drogą, nie boisz się, że wilkołactwo może przejść na dziecko? Bierzesz jakiś eliksir?
- Pandora, czy ciebie porąbało? Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?
- Nie mi – obruszyła się czarownica. - Ludzie przy kociołkach gadają. Marvel założyła się z Deanem, ale nie pytaj o co. Ona twierdzi, że to na bank wilkołak. Dean stawia na Rubena i dużą ilość ognistej, ale musisz mu wybaczyć, jest facetem i nie łapie pewnych rzeczy.
Lily poczuła, że opadają jej ręce. Reakcja środowiska na jej ciążę nie przestała ją zaskakiwać.
- Banda plotkarzy – burknęła.
- A co, jesteś w najbardziej aspołecznym zespole, to nic do ciebie nie dochodzi. A przy kociołku dobrze czasem porozmawiać.
- Byle nie o mnie! A u nas w zespole się nie gada, tylko pracuje – dodała.
- A znasz lepszy temat niż połączenie seksu, czarnej magii i magnetyzmu zwierzęcego? Kto jak nie ten twój wilkołak? Siedzimy w tej robocie cały dzień i na nic nie ma czasu. Twój zespół składa się z Pana Wyglądam-Że-Nie-Pytaj-I-Bez-Kija-Nie-Podchodź i Rubena, który bez większych efektów próbuje przelecieć całą żeńską populację Anglii i Szkocji. Może i oni są kompetentni, cholernie inteligentni i w ogóle genialni, ale towarzysko to trafiłaś w zupełny kanał. Ale tu mieszkałaś z całkiem przystojnym czarodziejem i z determinacją chciałaś go wyleczyć z wilkołactwa.
Lily już nabrała powietrza, żeby wytłumaczyć przyjaciółce, że jej ocena atrakcyjności Severusa jest błędna, ale się powstrzymała. Może tak było lepiej, pomyślała. Ostatecznie zdecydowała się nie zaprzeczać i nie potwierdzać tych plotek. Tylko skoro taka teoria powstała w instytucie, to jak tłumaczono sobie jej ciążę w Zakonie Feniksa? Pewnie tak samo. Najgorsze było jednak, co pomyśli James, kiedy się dowie. On jako jeden z nielicznych wiedział o zaklęciu blokującym i miał o nie do niej duży żal. A teraz dojdzie do niego, że znalazł się ktoś, kto sprawił, że zaklęcie opadło.
Do tego wszystkiego dochodził Severus, który mówił mało, ale słyszał wiele i te plotki na pewno już do niego doszły. W tych okolicznościach raczej nie ścierpi jej wspólnego wypadu z Remusem. Zresztą jeżeli znikną oboje, to ktoś na pewno to skojarzy i zaczną się podejrzenia. Przyjaciółki rozmawiały ze sobą jeszcze przez dwa kwadranse, a wracając, Lily jeszcze raz wstąpiła na pocztę i wysłała do Szkocji drugą sowę.
Luniak jednak absolutnie nie powinien jechać na południe. Ktokolwiek inny, przepraszam za zamieszanie. L.

***

W autobusie było duszno i gorąco, a Lily czuła, jak bawełniana sukienka klei jej się do pleców. Oczywiście mogła się teleportować pod sam dom, ale chciała dać sobie trochę czasu i przemyśleć kilka rzeczy. I przede wszystkim pooglądać miejsce, gdzie się wychowała. Cokeworth przez lata niewiele się zmieniło. Przed domami stały nieco inne samochody, a z piwnic i garaży dochodziło gdzieniegdzie mocniejsze gitarowe brzmienie, ale poza tym wszystko było takie, jak zapamiętała. Trzy małe dziewczynki szły drogą, którą ona chodziła codziennie do szkoły, zanim wsiadła do ekspresu do Hogwartu. Jakaś para piła piwo w parku, gdzie siadywali czasami z Severusem. Każda uliczka, każde drzewo i dom były pokryte nitkami wspomnień z czasów, kiedy jeszcze wszystko było proste i bezpieczne. Teraz, w gorące niedzielne popołudnie Lily wracała do domu, bo czuła, że musi w końcu powiedzieć rodzinie o dziecku. Biorąc pod uwagę to, z jaką euforią świętowano narodziny Dudleya, to spodziewała się, że raczej się ucieszą. Zresztą nie musiała im niczego mówić, w letniej sukience jej brzuch był wystarczająco widoczny. Lily wysiadła z autobusu i skręciła w ulicę jednakowych szeregowych domków z idealnie przystrzyżonymi trawnikami.
Kiedy zbliżała się do domu, zobaczyła stojące na podjeździe wielkie kartonowe pudła jak przy wyprowadzce. Podbiegła, z trudem łapiąc oddech, żeby zobaczyć, co się dzieje. Kartony były otwarte, więc mogła zajrzeć do środka. Pierwsza rzeczą, jaką zobaczyła, była jej książka Wyspa Skarbów, a za nią jej ulubiona lampka na biurko, dywanik z pokoju i stare ubrania, które kiedyś zostawiła na wakacjach. Odsunęła pudła i w kolejnych znalazła książki ojca, jego fajkę, okulary. Poirytowana weszła do domu, ale w salonie nikogo nie było. Mamę z Petunią znalazła w ogrodzie za domem. Kobiety piły popołudniową herbatę, kołysząc na przemian wózek ze śpiącym noworodkiem.
- Cześć, Mamo, cześć, Tunia – powiedziała na powitanie. - Przed domem znalazłam pudła. Ktoś mi może powiedzieć, co to znaczy? Wyprowadzacie się?
- Witaj, kochana – zaszczebiotała Petunia. - Zamiast gadać o starych gratach, lepiej byś się przywitała z Dudziaczkiem-słodziaczkiem.
- No, ale to są moje rzeczy. I tam są też pamiątki po tacie.
- Oj, nie irytuj się tak i nie mów głośno, bo obudzisz małego – powiedziała mama. - Tunia bywa tu często i potrzebuje mieć kącik na rzeczy dziecięce. Nie miałyśmy z tobą kontaktu, więc trzeba było to jakoś uprzątnąć. Samochód ma to zabrać jutro rano, jak tak ci zależy, to możesz zabrać, co tam ci się podoba.
- Jak masz to gdzie trzymać – dodała Petunia.
Lily zrezygnowana opadła na krzesło. Cała atmosfera powrotu do bezpiecznego i znajomego świata pękła jak bańka mydlana. Nalała sobie herbaty, ale po chwili dziecko się obudziło i zaczęło wrzaskiem domagać się butelki. Czarownica z przerażaniem obserwowała całą scenę karmienia. Jej instynkty macierzyńskie momentalnie wyparowały na widok krzyczącego stworzonka z czerwoną twarzą i grubymi palcami. Mama i siostra w ogóle przestały już ją zauważać, starając się histerycznie nakarmić i uspokoić dziecko. Zrezygnowana poszła do swojego starego pokoju, który teraz był przemalowany i zastawiony wszelkimi akcesoriami dla niemowląt. Nie zdawała sobie sprawy, że tego może być tak dużo; łóżeczko, smoczki, zabawki, grające karuzele i maskotki. Wszystko to przypominało bardziej sklep niż przytulny dziecięcy pokój. Poczuła się strasznie obco i odruchowo pogłaskała się po brzuchu.
- Chyba ty tego nie dostaniesz, co, Młode? - powiedziała cicho. - Ale nie martw się, tak naprawdę myślę, że wcale tego nie potrzebujemy. Znajdę ci coś lepszego.
Przez następną godzinę z determinacją przeglądała pudła. Wiedziała, że nie może zabrać wszystkiego, zresztą w końcu to były tylko przedmioty. Spakowała Wyspę Skarbów, Przygody Tomka Sawyera, w których na marginesie pisała do Tomka liściki, i Zimę w Dolinie Muminków z wklejonymi własnymi ilustracjami. Zabrała też muszlę, którą dostała na targu w Londynie, i duży wytarty koc, w którym zawsze było jej ciepło. Wszystko to potraktowała zaklęciem zmniejszającym i upchnęła w torebce. Pakując się, miała przykre wrażenie, że widzi swój dom po raz ostatni.
Za namową mamy zdecydowała się zostać jeszcze na obiedzie, ostentacyjnie wypinając przy tym brzuch w nadziei, że ktoś coś powie. Miała przez chwilę wrażenie, że Petunia coś zauważyła, ale nawet jeżeli tak było, to tylko uśmiechnęła się krzywo i zaczęła opowiadać o nowym samochodzie, jaki kupił sobie jej mąż. Lily nie doczekała deseru i pożegnała się jak najszybciej, bo bała się, że za chwilę zacznie płakać i zamieni się w histeryczną mała dziewczynkę, której ktoś zabiera dzieciństwo.
Szła bez celu po znajomych ulicach. Ominęła przystanek autobusowy i sama, nie myśląc o tym, gdzie się kieruje, trafiła nad rzekę. Za starym żelaznym mostem rozciągała się biedniejsza część miasta; domy były tu bardziej zaniedbane, a podwórka małe i zabetonowane. Zastanawiała się, czy Severus czasem tu przychodzi, czy tak jak ona dzisiaj pożegnał ten świat na zawsze. Stała przez dłuższy czas na moście, na którym się spotykali i patrzyła na brudną rzekę. W pewnej chwili minęła ją zgarbiona kobieta. Nie była staruszką, mogła być niewiele starsza od jej matki, ale w jej twarzy było coś zmęczonego i zniszczonego. Kobieta była ubrana w poplamioną zieloną sukienkę, a brudne ciemne włosy spięła starannie w kok. Nagle Lily ją poznała.
- Dzień dobry, pani Snape – powiedziała szczęśliwa, jakby spotkała starego przyjaciela. - Miło panią widzieć!
To zabawne, pomyślała, ta kobieta nie wie nawet, że jest moją teściową i urodzę jej wnuka. Może właśnie pożegnałam jedną rodzinę, ale przecież mam nową?
Kobieta zatrzymała się i przez długi czas patrzyła na Lily badawczo. W rysach jej twarzy było coś, co sprawiało, że wyglądała bardzo podobnie do Severusa.
- Lily Evans – stwierdziła obojętnie. – Czyżby mała szlama z sąsiedztwa trafiła z powrotem do swojego świata, zamiast zatruwać powietrze porządnym czarodziejom?
Lily nie wiedziała, co odpowiedzieć. Wzrok Eileen powędrował znacząco na jej brzuch i rękę, na której nie było obrączki. Uśmiechnęła się.
- Cóż, nigdy nie potrafiłaś trzymać kolan razem, prawda? Mówiłam to Severusowi. Od dzieciństwa uganiałaś się po całym miasteczku dniami i nocami. Na szczęście słyszałam, że szlamy mają sterylizować. Czarny Pan jeszcze się do was dobierze.
Czarownica poczuła, jak oczy robią jej się wilgotne od łez, ale zagryzła wargi, wyciągnęła różdżkę i z trzaskiem teleportowała się do lasu nieopodal ich domu. Może powinna po prostu odejść, zamiast ostentacyjnie używać magii w biały dzień w świecie mugoli? Zależało jej jednak, żeby pokazać starej wiedźmie, że ciągle jest czarownicą i nie da się nikomu zastraszyć. Dopiero w lesie pozwoliła sobie na płacz i wściekłość. Co dziwniejsze, po spotkaniu z Eileen Snape jeszcze większy żal czuła do własnej matki i Petunii. Z poglądami zwolenników Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać spotkała się nie raz, więc to, co usłyszała, jej nie zdziwiło. Zresztą Eileen nigdy jej nie lubiła i raz wyrzuciła ją z ich domu, kiedy przyszła odwiedzić Severusa. A teraz ta kobieta, która jej nienawidziła, nie tylko ją poznała, a nawet zauważyła, że spodziewa się dziecka. No ale przecież nie wybrała Severusa ze względu na przyszłą teściową. To, co stało się w jej domu, było w jakiś sposób dużo gorsze. Tak naprawdę mogłaby zacząć rodzić w salonie, a i tak nikt nie zwróciłby na nią uwagi.

***

Andromeda rozejrzała się nerwowo po hali lotniska Heathrow. Tłumy ludzi czekających na odprawę mieszały się z tymi, którzy dopiero co przyjechali do Londynu. Czarownica była już od wielu lat obeznana ze światem mugoli, ale lotniska nie przestawały jej fascynować. Kojarzyły jej się z długim korytarzem pełnym portali prowadzących w najdalsze zakątki świata. Teraz siedziała razem z Lily w hali odlotów i piła kawę.
- Myślisz, że przyjdzie na czas? - zapytała w końcu z niepokojem.
Co prawda samolot odlatywał dopiero za dwie godziny, ale sama najlepiej wiedziała, że osoba żyjąca przez całe życie w czarodziejskim świecie, potrafi czasem być bardzo nieporadna wśród mugoli.
- Spokojnie – uspokoiła ją Lily. - Alicja ma skończone szkolenie aurorskie, trafi na pewno. Rozmawiałam z nią wczoraj, trochę się denerwuje przed lotem, ale ogólnie się cieszy.
Albus Dumbledore poprosił Lily, żeby wybrała się do Albanii i w górach poszukała śladów obecności Heleny Ravenclaw. Ponieważ z oczywistych powodów nie mógł jechać z nią Remus, Albus poprosił Alicję Longbottom, żeby jej towarzyszyła. Przyjaźniły się jeszcze ze szkoły i Lily wiedziała, że może zawsze na niej polegać. Szczerze mówiąc, jeżeli chodziło o magię bojową i obronę przed czarną magią, to mogła się nawet wiele od niej nauczyć. Dyrektorowi zależało jednak, żeby cała wyprawa była tajemnicą w świecie czarodziejów, dlatego, chociaż posiadały stosowne magiczne zezwolenia, to w miarę możliwości miały przebywać w świecie mugoli.
- A jak twój szanowny małżonek, puścił cię ze smyczy? – zapytała pani Tonks, wsypując do kawy łyżeczkę cukru.
- O dziwo jest nawet zadowolony i mam pewne podejrzenia, że uknuł z Dumbledore’em, żeby mnie wysłać w jakieś wielkie zadupie, na którym nic się nie będzie działo. No, ale nie powiem, że nie jadę, bo za mało niebezpieczna misja.
Andromeda spojrzała badawczo na przyjaciółkę.
- A wiesz, że to do ciebie podobne?
- Swoją drogą Severus nawet jakoś Młode przyjął, bo nic o tym nie mówi. Myślałam, że będzie gorzej. Naprawdę jest dobrze między nami, tylko przedwczoraj się pokłóciliśmy o jedną rzecz i trochę mu nagadałam – westchnęła. - Już ze sobą rozmawiamy, ale takie huśtawki są czasem ciężkie.
- O co tym razem poszło? - zapytała Andromeda.
- O Remusa. Posłuchaj i przyznaj, że mam rację. – Czarownica wypiła łyk kawy i zaczęła opowiadać. - O mnie i Remusie chodzą głupie plotki, a ponieważ on cały czas siedzi w Szkocji, to nie mam się z nim jak skontaktować i wytłumaczyć się. Poszłam więc do jego mamy, żeby zapytać, czy Remmy nie jest pod jakimś mugolskim telefonem. Kominki mogą być przecież na podsłuchu, więc wolę być ostrożna. Tak czy inaczej, Hope numeru nie miała, ale sama stara się taki kontakt do syna zdobyć. I jakoś tak wyszło, że się zasiedziałam do późna. Wiesz, ona uważa za swoją życiową misję dokarmianie mnie. Wracam przed północą do domu, a on się pyta, gdzie byłam. Powiedziałam prawdę, a co miałam mówić? No to jak na mnie naskoczył, że sobie nie życzy, że mam tam nie chodzić, że po co ja tam w ogóle byłam, a jak chcę coś wilkołakowi przekazać, to mogę dać Albusowi. Sama rozumiesz, że mnie coś trafiło i mu wygarnęłam, żeby się Hope Lupin nie czepiał i powiedziałam mu, co sądzę o jego matce. Wspominałam ci, że miałyśmy ostatnio przyjemność się spotkać.
Andromeda wstała i bez słowa podeszła do baru. Wróciła po chwili, niosąc szklankę whisky z lodem. Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła, pijąc alkohol.
- Nic nie powiesz na tę jego chorą zazdrość? - dopytywała się czarownica.
- Durna jesteś, Lily, tyle ci powiem. Na trzeźwo słuchać się tego nie da. Ile ty masz lat dziewięć czy dziewiętnaście? Chciałabyś ciastko mieć i ciastko zjeść, co? Być żoną, matką, a w piątek z kumplami na kremowe? Wybrałaś coś i teraz się tego trzymaj. Tutaj akurat uważam, że Severus ma rację.
Lily zrobiła obrażoną minę.
- Nie robię nic złego. Jestem mu wierna, świata poza nim nie widzę i jaki problem w tym, że czasem z kimś innym pogadam? Zresztą to nawet nie był Remus, a jego matka.
Czarownica westchnęła.
- Tym gorzej. Dobra, to opowiem ci historię. Wymyślam ją teraz, ale wyobraź sobie, że to, co powiem, to prawda, ok? Opowieść brzmi tak: twój szanowny małżonek od lat przyjaźni się z moją siostrą, Narcyzą. Wiele ich dzieli, ale pamiętają się ze szkoły i Cyzia w jakiś sposób zawsze się nim opiekowała. Ona ma dobre serce, serio. Tutaj odetnie nitkę od mankietu, tu pogładzi po głowie. Niby ludzie gadają o nich, ale ty przecież wiesz, że twój mąż jest wierny. Co było kiedyś, to nie jesteś do końca pewna, w końcu, co prawda, moja siostrzyczka nie wygląda jak Pani Robinson, ale musi być czasem nieźle sfrustrowana zdradami Lucjusza – Andromeda uśmiechnęła się chytrze.
W miarę jak Andromeda snuła wizję, Lily robiła się coraz bardziej blada.
- No i wyobraź sobie, że ostatnio twój mąż zasiedział się dłużej przy Grimmauld Place. Tłumaczył się, że przyszedł tylko oddać coś Cyzi, ale jej nie było, a on dobrze czuł się w atmosferze czystokrwistej rodziny, nie takiej jak twoja. Co ty na to, kochana?
- Jest takie zaklęcie na literę A – powiedziała powoli. - Zabiłabym, poważnie. Nie wiem jeszcze, które z nich najpierw, ale bym nie wytrzymała. Powiedź, ty to teraz wymyśliłaś, czy naprawdę coś wiesz? On, jakoś, coś, z Narcyzą?
Czarownica zachichotała złośliwie.
- Ktoś tu się robi paranoicznie zazdrosny, co? Historia jest z tego, co wiem, nieprawdziwa. Można powiedzieć, że mogłaby się wydarzyć w rzeczywistości alternatywnej. Ale w małżeństwie dobrze jest stosować zasadę: nie rób drugiemu, co tobie niemiłe. On tak widzi tę historię i ma trochę racji. I kolejna sprawa to, że każdy sam najlepiej wie, jak bardzo koszmarna jest jego rodzina. Wypominanie mu tego to cios poniżej pasa. Hope Lupin nie jest twoją teściową. Wzięłaś Severusa z całym inwentarzem, że tak powiem, to teraz nie marudź, że ci teściowa nie pasuje. On ma jeszcze gorzej. Pomyśl sobie, mieć taką mamusię.
Lily oparła głowę na łokciach.
- W sumie to możesz mieć rację – przyznała niechętnie po chwili milczenia. - Dzięki, że mi to tak poukładałaś.
- A swoją drogą nie pomyślałaś, że ta Hope też pomyślała, że dokarmiając ciebie, tak naprawdę dokarmia swojego wnuka? Często u nich bywałaś, a jak facet przyprowadza dziewczynę do rodziców, to już coś znaczy, nie?
- Wielki Merlinie, ja się nigdy niczego nie nauczę - czarownica wyglądała na załamaną.
- Myśl, Lily. To czasem pomaga.
- A wiesz, co mnie wkurza najbardziej w tej jego zazdrości? Że we mnie nie wierzy. Mogłabym dla niego w ogień skoczyć, jest mi najbliższą osobą na świecie, a on i tak wątpi, że jest kochany. Zakłada z góry, że na pewno coś się zepsuje.
- Zakłada, że nie zasługuje na ciebie. On ma zrytą głowę i to się nie poukłada ot tak po miesiącu. Dlaczego wszystkie kobiety zakładają, że jedno kocham cię wyleczy wszystkie traumy?
- A ja za łatwo się wkurzam. Przesadziłam tym razem chyba.... On ma chyba ze mną ciężko, co?
- Ma. Ale mu się należy. Pokuta za śmierciożerstwo. Swoją drogą słyszałam, że wśród populacji magicznej Anglii jest najniższy odsetek rozwodów na świecie. Uważam, że to przez to, że mamy świadków, którzy potem pilnują, żeby się młodym układało. Nie mamy psychologów, ale ciotki. Wychodzi taniej i skuteczniej. – Czarownica dopiła ostatni łyk whisky. - Patrz, Lily, czy to nie jest Alicja Longbottom? Wielki Salazarze, w co ona się ubrała? Jak macie się konspirować wśród mugoli, to musicie zaraz odwiedzić kilka butików w wolnocłowym.

***
Gdyby Alicja Longbottom w tym momencie otworzyła szafę, w której czai się bogin, jej strach przybrałby postać startującego mugolskiego samolotu. Jako czarownica wychowana w izolacji od świata niemagicznego, wszystko, co dotyczyło technologii, było dla niej dziwne i tajemnicze. Jednak idea, że coś może unosić się w powietrzu bez użycia magii, była naprawdę przerażająca. Na dodatek teraz musiała wejść do tego zamkniętego huczącego metalowego pudła i spędzić w nim dobrych kilka godzin. Perspektywa, delikatnie mówiąc, mało przyjemna, ale Alicja postanowiła, że da sobie radę i nikomu nie powie, jak bardzo się boi. W końcu nie dalej jak miesiąc temu sama przyszła do Albusa Dumbledore’a i błagała, żeby wyznaczył ją do jakiegokolwiek zadania, najlepiej poza Szkocją. Czułą, że musi się ruszyć i uciec, inaczej zwariuje.
Czarownica skończyła szkołę z jednym z najlepszych wyników na roku i od razu zaczęła wraz z Frankiem szkolenie aurorskie. Specjalizowała się w obronie przed czarną magią i łamaniu uroków, ale doskonale radziła sobie też z pracą w terenie, szczególnie z walką podczas lotu na miotle. Dwukrotnie starli się z grupą śmierciożerców, w której miał być Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać i odparli ich atak. Alicja Longbotom kochała swoją pracę i swoją rodzinę, ale z czasem coraz trudniej było jej pogodzić te dwie miłości.
Jak wiele czarodziejskich rodzin mieszkali u teściów, co dla Alicji po pewnym czasie stało się nie do zniesienia. Szczególnie od kiedy czarownica zaszła w ciążę, Augusta Longbottom zaczęła kontrolować każdy wycinek jej życia. Co może jeść, jakich zaklęć używać, a jakich nie, wszystko, co mogło mieć wpływ na potomka ich rodu, było precyzyjnie określone. Oczywiście o dalszej pracy aurora nie było mowy. Frank wracał późno albo znikał na całe dnie, a one siedziały w dusznym salonie pani Longbottom i ćwiczyły zaklęcia wyszywające. Oczywiście teściowie dawali im też poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że w razie czego ktoś zaopiekuje się ich dzieckiem, ale Alicja nie była przekonana, czy to jest ten rodzaj wychowania, który chce dać swojemu dziecku. Obawiała się, że mogłoby być zbyt mało gryfońskie.
Chociaż Szkocja była ciągle względnie bezpieczna, to Alicja miała przeczucie, że może zdarzyć się coś złego. Cień Bellatrix Lestrange, która zapowiedziała, że zemści się na Franku, wisiał nad nimi jak dementor. Na Boże Narodzenie przyleciał kruk z kartką pocztową od Lestrange:Szczęśliwych ostatnich waszych świąt. B.
Frank szybko wrzucił kartkę do kominka, ale strach unosił się po domu jak zapach spalenizny.
- Czasem ci zazdroszczę, Lily – powiedziała, kiedy samolot wystartował i zdołała opanować atak pierwszej fali paniki.
- Czego? - Trochę się zdziwiła, bo większość ludzi okazywało raczej współczucie dla jej stanu. - Coś się psuje między tobą a Frankiem?
- Nie. Między nami dobrze, przynajmniej tyle, ile się widzimy. Zazdroszczę ci tego, że jesteś wolna.
- Chciałaś powiedzieć samotna – sprecyzowała.
- To nie tak. Jesteś sama, ale nikt ci nie mówi, jak masz żyć. Możesz warzyć eliksiry, pracować, masz odwagę, żeby mieć dziecko i sama sobie ze wszystkim poradzić. Możesz wszystko.
Lily przypomniała sobie te kilka dni po tym, jak wyprowadziła się od Jamesa i mieszkała u Longbottomów. Chyba rozumiała, o co chodziło Alicji.
- Pani Augusta? - zapytała, patrząc porozumiewawczo.
- A kto by inny? Wyobraź sobie, że jak powiedziałam, że jadę do Albanii, to poleciała na miotle do Hogwartu i zrobiła Albusowi awanturę, że nie może narażać jej wnuka. A pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu stawialiśmy opór Sama-Wiesz-Komu. Czuję się, jakby to było lata temu.
- I co dyrektor powiedział?
- Nic. Posłał ją do diabła. Dość uprzejmie, rzecz jasna.
Lily pokiwała głową z uznaniem.
- Rzeczywiście Albus Dumbledore jest odważnym i niezłomnym czarodziejem. Prawdziwy potomek Godryka.
Obie czarownice wybuchnęły śmiechem.
- Alice, czy ty też masz wrażenie, że jedziemy w miejsce, gdzie nic się nie będzie działo? Po prostu chcieli nas wysłać na koniec świata.
- Też tak sądzę. Ale szczerze mówiąc, w ogóle mi to nie przeszkadza. Albus Dumbledore chce nas wysłać na wakacje? Nie ma sprawy.
Lily podała przyjaciółce rolkę pergaminu.
- Z tymi wakacjami to też nie będzie tak świetnie. Przeczytaj, co piszą o mugolskiej Albanii. Jakiś kosmos. Widzisz tych ludzi, którzy tu jadą? Nie wyglądają na turystów. Podobno tylko dwa razy w roku turyści mogą odwiedzić ten kraj. Przygotuj się na przywitanie jak w Azkabanie. Gdyby chodziło tylko o wakacje, mogli nas wysłać na Rodos.
Czarownica miała już pewne doświadczenia z krajami bloku wschodniego podczas wypadu do Rumunii. Jednak, zgodnie z tym, co przeczytała, tym razem miało być jeszcze trudniej. Pięćdziesiąt lat temu przez społeczność albańskich czarodziejów przetoczyła się wojna domowa. Jednemu ze zwalczających się stronnictw, które sprawniej posługiwało się czarną magią, udało się przejąć kontrolę nad społeczeństwem mugoli. Oficjalnie Albania nie utrzymywała kontaktu z żadnym innym czarodziejskim ani mugolskim rządem. Partia mugoli, którymi sterowała garstka czarodziejów, zakazała używania magii i wyznawania religii. Większość społeczeństwa czarodziejskiego zeszło do podziemia, tworząc nieoficjalny rząd przez cały czas prześladowany zarówno przez władzę mugolską, jak i słynących z okrucieństwa aurorów.
Plan Albusa Dumbledore’a polegał na tym, żeby obie kobiety przedostały się do Albanii, uczestnicząc w oficjalnej mugolskiej wycieczce państwowego biura podróży Albtourist. Przy odrobinie magii załatwienie wszystkich wiz i pozwoleń nie było rzeczą trudną. Musiały jednak bardzo uważać, żeby nikt nie dowiedział się, że są czarownicami. Wśród przewodników wycieczki mogły spodziewać się zakamuflowanych aurorów.
Zadaniem Lily i Alicji było dyskretne odłączenie się od grupy i modyfikacja pamięci wszystkich jej uczestników, tak żeby nikt o nich w ogóle nie wiedział. Potem miały udać się w góry, gdzie ciągle ukrywali się czarodzieje, nie chcący poddać się nowej władzy. Albus Dumbledore znał kilku z nich osobiście jeszcze z czasów pierwszej wojny z Grindelwaldem i napisał obu czarownicom listy polecające. Miały odnaleźć Ramiza Lekë, nie dać się złapać aurorom ani mugolom, odnaleźć ślady pobytu Roweny Ravenclaw i wypocząć. Lily pomyślała, że jeżeli Severus rzeczywiście chciał ją wysłać w spokojne miejsce na końcu świata, to chyba nie czytał raportu z tego, co się dzieje w Albanii.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXIX ( aktualizacja 22 10)

Postautor: labruja » 02.11.15, 19:58

XXX
Kiedyś nad meczetem Ethem Beja w popołudniowym skwarze latały ptaki. Raz w roku, w noc, w którą niebo rozświetlały fajerwerki, przelatywał też feniks, ale już mało kto pamiętał te czasy. Dzisiaj nad miastem krążyli tylko dementorzy, posłuszni i okiełznani złą magią, rzadko atakowali ludzi, karmiąc się jedynie unoszącym się nad miastem strachem i samotnością. Nikt nie podnosił już oczu, żeby popatrzeć na ptaki, bo od przeszło trzydziestu lat nad Tiraną nie latały żadne z nich. Odkąd Enver Hodża, w zamian za władzę nad mugolami, oddał duszę czystokrwistym czarodziejom, dla wszystkich nadeszły ciężkie czasy. Teraz pełne prawo do używania magii miało tylko trzynaście rodzin, które rękami mugoli i z pomocą dementorów trzymały Albanię w żelaznym uścisku. Służyło im Bractwo Szarych Psów, grupa okrutnych aurorów złożona z czarodziejów mieszanej krwi, która za pewne przywileje i możliwość zatrzymania różdżki fanatycznie służyła nowej władzy. Lily i Alicja, już po kilku godzinach w Albanii, żałowały wszystkich żartów o wakacjach, na które wysłał je Albus. Ponure betonowe miasto, nad którym leniwie kołowali syci strachem dementorzy, sprawiało wrażenie największego na świecie więzienia.

Czarownice były pewne, że są obserwowane, dlatego swoją decyzję o ucieczce odłożyły na ostatnią chwilę. Lily pamiętała Alicję ze szkoły jako dokładną i skrupulatną czarownicę, ale dziwiła się, jak bardzo jej przyjaciółka zmieniła się podczas szkolenia aurorskiego. Przypomniała sobie, co mówił Syriusz - bycie aurorem to nie zawód, ale stan ducha. Stała czujność - powtarzali jak mantrę za swoim guru, Alastorem. Pierwsze dni poświęciły na poznanie środowiska mugoli, ich waluty, zwyczajów i wszystkiego, co w dniu ucieczki pozwoli im zniknąć niepostrzeżenie. Uderzyła ich szarość i bieda, ulice, na których jeździło niewiele samochodów, wielkie betonowe budynki i smutni ludzie, którzy unikali rozmów z obcokrajowcami. Cały czas chodziły w zorganizowanej grupie i nie chcąc wzbudzać podejrzeń, starały się wyglądać na zwykłe turystki.
- Madame! - mały chłopiec w brązowej koszulce chwycił Lily za rękę, kiedy wchodziły do hotelu. - Më jep disa para.* Money! - Czarne jak węgielki oczy dziecka błyszczały zawadiacko, jakby z jakiegoś powodu ulicznik był odporny na smutek miasta i kołujących nad nim dementorów.
Czarownica chciała z nim porozmawiać, ale przewodnik szybko przegonił małego żebraka. Zdążyła tylko dać mu torebkę fig, którą kupiły sobie na podwieczorek.

Wkrótce zresztą zapomniała o całym zdarzeniu, bo nadchodziła noc, którą wraz z Alicją wybrały na ucieczkę. Zdały sobie sprawę, że jeżeli zostaną wykryte, nikt nie będzie sobie zawracał głowy wyrzucaniem ich z kraju. Gdyby ktokolwiek złapał je z różdżką, okaże się, że znikną i nikt nie pamięta, że kiedykolwiek wsiadły na pokład samolotu. Ostrożnie wchodziły do każdego z pokoi i wymazywały z pamięci wszystkich uczestników wycieczki swoje istnienie. Posługiwały się fałszywymi dokumentami. Kiedy okaże się, że brakuje ich w samolocie, one będą już daleko. Nic więcej nie mogły na to poradzić.
- Pssst, korytarz po prawej wolny – szepnęła Lily.
Czarownice powoli wyszły na oświetlony mrugającą żarówką hol. Na dole portier nie zwrócił na nie uwagi. Z łatwością udało im się podejść i rzucić na niego zaklęcie oszałamiające. Przed wyjściem na ulicę duszkiem wypiły fiolkę z eliksirem. Wprawdzie, ze względu na brak czasu, nie mogły przygotować pełnego wielosokowego, ale ten, który miała przy sobie Lily, po dodaniu włosów miejscowych kobiet pracujących w kuchni, sprawiał, że nie rzucały się w oczy. Rysy ich twarzy oraz karnacja nieco upodobniły się do miejscowych.

Noc była duszna i cicha. Nie jeździły prawie samochody, tylko kroki mugolskich patroli i aurorów odbijały się echem w cichych ulicach. Teleportacja, jako najbardziej narażona na magiczne śledzenie, nie wchodziła w grę, więc musiały przemykać się pieszo.
- Wyszłyśmy – stwierdziła cicho Alicja. - Teraz trzeba znaleźć jakieś miejsce, gdzie będziemy mogły przeczekać do rana. Na pustych ulicach wyglądamy podejrzanie. To nie jest Piccadilly.
Ostrożnie przeszły kilka przecznic i znalazły schronienie na strychu jednego z budynków.
- To mamy wakacje – zażartowała Lily. - Chyba nie tego się spodziewałyśmy.
- Znaczy, że naprawdę jest coś do zrobienia. Tak będzie wyglądał nasz świat, jeżeli Sama-Wiesz-Kto przejmie pełną władzę. Na razie poszło dobrze, martwi mnie tylko ten gówniarz.
- Ten sprzed hotelu?
Czarownica kiwnęła głową.
- Mnie zaczepił dwa razy wczoraj. Nikt inny nikogo innego, tylko on nas. Jak dla mnie to może być aurorem na wielosokowym. Buchnął ci coś? Może coś wyczuli i chcieli sprawdzić, czy mamy różdżki?
Lily przewróciła oczami.
- Albo cwany dzieciak. Panikujesz, Alicja.
- Widziałaś jego oczy?
- Normalne oczy dziecka – wzruszyła ramionami. - Założę się, że u nas wysłaliby go do Gryffindoru za samo spojrzenie.
Alicja nie wyglądała na przekonaną. Była zdenerwowana i bolał ją brzuch. Tak bardzo chciała walczyć i wyrwać się z domu, że nie pomyślała, jak to odbije się na dziecku. Lekko pogładziła brzuch przez sukienkę, jakby chciała dodać sobie otuchy.
Wyszły na ulicę dopiero o świcie. W długich spódnicach i chustkach na głowie z daleka nie zwracały na siebie uwagi. Lily zobaczyła, że Alicja chowa w rękawie gotową do użycia różdżkę. Przy ulicy stał zaparkowany samochód osobowy, kierowca siedział w środku i paląc papierosa, czytał poranną gazetę. Alicja pociągnęła przyjaciółkę w jego stronę i wyciągając różdżkę, szepnęła:
– Imperio! Na marrë, shpejt, shkoj!**
Zanim Lily zdążyła zaprotestować, aurorka wepchnęła ją na tylne siedzenie samochodu, pokazała kierowcy miejsce na mapie i zaklęciem wyciszającym zabezpieczyła tył samochodu.
- Alicja! - syknęła Lily. - Merlinie wielki, to jest Niewybaczalne!
Czarownica odwróciła głowę.
- Tak będzie szybciej i bezpieczniej. Mam pozwolenie.
Przez dłuższą chwilę milczały, mijając puste skrzyżowania i wielkie podmiejskie osiedla Tirany. Lily pomyślała, że czepiała się, kiedy Severus w podobnej sytuacji użył łagodnej formy magicznej sugestii. Ich dawna wyprawa do Rumunii wydawała się jej teraz dziecinnym wypadem na piknik.
- Używacie Niewybaczalnych, tak? Czy ty... - zamilkła, zastanawiając się, czy chce poznać odpowiedź na to pytanie.
- Nie Crucio. Ja nie – powiedziała smutnym głosem, odgadując jej pytanie.
Droga wiła się teraz przez małe górskie miasteczka i porośnięte lasem zbocza. Mugol jechał szybciej i po godzinie miały już za sobą ponad połowę drogi.
- Dwa razy – powiedziała niespodziewanie Alicja. – Pierwszy raz podczas aresztowania. Miał na imię Stephan i przyjechał z daleka walczyć u boku Sama-Wiesz-Kogo. Nie chciał się poddać podczas aresztowania. Drugi to stara wiedźma z Yorkshire, wzięła zakładników. Mogliśmy ją pokonać, ale Alastor nie chciał ryzykować. To jest złe, Lily, zostawia ślad, blizny gdzieś głęboko we mnie, ale czasem nie ma wyjścia. Naprawdę nie ma czego być ciekawym.
Lily milczała, nie wiedząc, co powiedzieć. Patrzyła przez okno na krajobraz, który tak różnił się od ponurego miasta i pomyślała, że może jest jednak dla tych ludzi nadzieja. Na jednym ze skrzyżowań niedaleko Mirakë zobaczyła chłopca pasącego kozy, który bardzo przypomniał jej tego sprzed hotelu, ale nie wspomniała o tym. W końcu miały dość problemów, a wszystkie tutejsze dzieciaki wyglądają podobnie.
- Jasna cholera! - krzyknęła Alicja. - Chyba widziałam kogoś lecącego na miotle za tamtymi drzewami. Musiałyśmy pominąć kogoś przy zmianie pamięci. Shpejt! Shpejt!*** - ponagliła kierowcę.
Mężczyzna gnał teraz przed siebie po ostrych górskich zakrętach, podnosząc tumany pyłu.
- Albus mówił, że od Zgosht trzeba przejść nie dalej niż dwa kilometry lasem i będziemy bezpieczne. Przygotuj różdżkę, Lily. Masz w torbie miotły? Miały być awaryjne, ale jak za nami jadą, to trzeba będzie szybko uciekać. Dasz radę?
Czarownica kiwnęła głową i wyjęła z torby zmniejszająco-zwiększającej dwie miotły i swoją różdżkę. Ledwie to zrobiła, kierowca zatrzymał się z piskiem opon, bo zza zakrętu wyszło w jego kierunku stado owiec. Lily pomyślała, że zaraz będą jechać dalej, ale bez ostrzeżenia oślepił je błysk zielonego światła i mugol na przednim siedzeniu osunął się martwy. Schyliły się za fotelami, przekazując sobie porozumiewawcze gesty.
- Na trzy – szepnęła Lily.
- Trzy, dwa, jeden, Protego Maxima! - krzyknęła aurorka i potężna świetlista tarcza osłoniła samochód. Zaklęcia raz po raz odbijały się od tarczy, ale czarownicom udało się unieść na miotłach i przez cały czas osłonięte barierą poleciały w kierunku drzew. Lily leciała pierwsza i szybko zauważyła, że coś jest nie tak. Chociaż wydawało im się, że osiągają maksymalną prędkość, to cały czas były nad tym samym kawałkiem drogi.
- Bariera! - krzyknęła Alicja. - Tędy nie da rady!
Sfrunęły na ziemię i stanęły do siebie plecami, wspólnie podtrzymując zaklęcie tarczy. Wokół samochodu beczały bezradnie owce. W odległości nie większej niż trzydzieści metrów otaczało je kręgiem pięciu ubranych w szare szaty czarodziejów. Raz po raz któryś z nich celował zaklęciem do tarczy. Nie spieszyli się. Zdawali sobie sprawę, że dwie czarownice nie zdołają utrzymać tak potężnej blokady dłużej niż kwadrans.
- Wielka Hekate, od śmierci niespodziewanej zachowaj nas – szepnęła Lily.
Jasna poświata zaklęcia zaczęła gdzieniegdzie błyszczeć i opadać. Widząc to, grupa czarodziejów podeszła kilka metrów bliżej.
- Od ognia i zaklęcia uchroń nas, Hekate – dodała Alicja, łapiąc Lily za rękę. - Jak opadnie zaklęcie, biorę tego z prawej. Ty celuj... - nie zdążyła dokończyć zdania, bo niespodziewanie czarodziej, o którym mówiła, eksplodował. Nie wiedziała, co się stało, bo zaraz po nim dwóch kolejnych stanęło w płomieniach. Alicja zobaczyła nad swoją głową krótką wymianę zaklęć i ostatnich dwóch czarnoksiężników, którzy widocznie próbowali ratować się ucieczką, zapłonęło, lecąc w powietrze jak fajerwerki w dzień Guya Fawkesa. Czarownice zamknęły oczy i skuliły się na ziemi. Kiedy znowu je otworzyły, zaklęcie tarczy zupełnie już opadło. Przestraszone ogniem owce rozbiegły się na stok, a niedaleko nich dopalało się kilka ciał. Pośrodku tego wszystkiego stał łobuzersko uśmiechnięty dziesięcioletni chłopiec, trzymając w ręku gruby pasterski kij. Alicja wyprostowała się i wycelowała w niego różdżką.
- Strasznie jesteś podejrzliwa, aurorko – powiedział bezbłędną angielszczyzną z lekkim szkockim akcentem. - Ale to normalne w dzisiejszych czasach. I przy okazji dziękuję za figi – chłopiec mrugnął porozumiewawczo do Lily.
Dziecko zrobiło krok w ich kierunku i jego ciało zaczęło się zmieniać. Najpierw stał się wysokim mężczyzną o ogorzałej od słońca twarzy, czarnych włosach i zielonych oczach. Było w nim coś niepokojącego i niebezpiecznego, chociaż uśmiechał się ciepło i chłopięco. W końcu stał się siwym staruszkiem, niższym i chudszym od Dumbledore’a. Nosił podobne do dyrektora nakrycie głowy, a na pomarszczonej twarzy jego uśmiech był ciągle zawadiacki. Alicja pomyślała, że nigdy wcześniej nie widziała tak doskonałego metamorfomaga.
- Witamy w Albanii! Jestem Ramiz Lekë. Albus przekazał mi wiadomość, że mogę się was spodziewać. Dobrze, że udało wam się wyjechać z miasta, bo nawet ja bym was stamtąd nie wyciągnął.
- A… oni? - Lily wskazała ręką na ciągle palące się ciała. Mimo że wojna trwała już długo, nie mogła przejść obojętnie wobec faktu, że ten uśmiechnięty staruszek właśnie zabił pięć osób.
- Ich dusze wróciły do Allaha, tam, gdzie wszyscy zmierzamy – powiedział mężczyzna bez cienia ironii. - To on wyznacza godzinę początku i końca, my tylko wypełniamy jego wyroki. A teraz ruszajmy, za chwilę mogą zjawić się następni.
- Polecimy? - zapytała Alicja. - Ich blokada powinna już opaść?
Czarodziej spojrzał na nią zaskoczony.
- Aurorko, nie chcę wątpić w twoją spostrzegawczość, ale chyba zauważyłaś, że są tu moje owce. One też mają swój dom i musimy je do niego zaprowadzić. Nie spodziewasz się, że potrafią latać na miotłach, prawda?

***

Za niewidzialną granicą, której dzień i noc strzegły stworzone z ognia i dymu dżiny, czas zatrzymał się setki lat temu. Minęły już prawie trzy tygodnie, od kiedy Lily i Alicja znalazły schronienie w górach Albanii i każdy kolejny dzień był podobny do poprzedniego. Po upalnych dniach następowały chłodne noce, które kończyło śpiewne nawoływanie muezzinów. Było tak cicho i spokojnie, że Lily nie mogła uwierzyć, że zaledwie dwie godziny drogi dalej panował ponury reżim. Wyglądało to tak, jakby jakimś tajemniczym sposobem przeniosły się setki lat wstecz, do czasów, kiedy czarodzieje i mugole żyli między sobą w pokoju, a głównym zajęciem jednych i drugich było zbieranie ziół i wypasanie owiec. Tutejsi mieszkańcy nazywali to miejsce Shtëpi, co po albańsku znaczyło po prostu dom. W jakimś sensie było ono odpowiednikiem Hogwartu, bo dawało schronienie i naukę prawie setce młodych czarodziejów. Wszyscy mieszkali w ogromnej kamiennej budowli wydrążonej w skalistej górze. Niezliczone jaskinie połączone były korytarzami ciągnącymi się głęboko w sercu góry. Na szczycie górował strzelisty meczet, w którym wszyscy pięć razy dziennie spotykali się na modlitwie.

Przyjaciółki dzieliły czas na szukanie w kronikach Shtëpi śladów Heleny Ravenclaw i pracę dla wspólnoty. Alicja przez pierwsze dni uważała, że marnowanie większości dnia na zamiatanie podwórza i podlewanie pomidorów i bakłażanów było zupełnie bez sensu, ale Ramiz Lekë upierał się, że nie ma lepszej metody, żeby dowiedzieć się czegoś o Helenie Ravenclaw.
- Jeżeli chcecie poznać czyjeś tajemnice, musicie iść jego ścieżkami – powiedział czarodziej, przydzielając im obowiązki. - Zresztą zawsze uważałem, że ogrody uczą więcej niż biblioteki.
Helena, tak jak one teraz, gościła w Shtëpi przed setkami lat. Spała w podobnej kamiennej celi z małym okienkiem i, tak jak one, pomagała w pracy. Prawdopodobnie świat, który wtedy zobaczyła, niewiele różnił się od tego, jaki teraz wiedziały.
- Tęsknisz za domem? – zapytał Ramiz, kiedy Lily odpoczywała na kamiennych stopniach Shtëpi i myślała o świecie, który zostawiła za sobą.
Noc była chłodna, a powietrze rześkie i przepełnione magią. Lily siedziała otulona w koc na schodach i patrzyła na księżyc. Tęskniła za Severusem. Nie było żadnej możliwości, żeby się z nim skontaktować, żadnych wieści o przebiegu wojny, informacji o tym, czy ktoś z bliskich jest ranny. Czarodziej siedział obok niej, bosy w brudnobiałej tunice i wełnianej czapce na głowie.
- Trochę tak – powiedziała po chwili. - Jesteśmy tu już prawie miesiąc, a w sumie niewiele się dowiedziałyśmy. Alicja mówi, że stoimy w miejscu i marnujemy czas.
Ramiz uśmiechnął się pod nosem i zaciągnął fajką.
- Czas nie należy do was, żebyście mogły go marnować. On po prostu jest. A wy wykonałyście dziś bardzo wiele dobrej pracy. Czy to nazywasz zmarnowanym czasem?
- Ale Albus wysłał nas, żebyśmy dowiedziały się czegoś o Helenie.
- I właśnie to robicie. Wiecie już, co robiła, jak tutaj żyła. Być może siadała dokładnie tu, gdzie ty teraz i patrzyła na księżyc. Jesteście zbyt niecierpliwe.
Lily pomyślała, że Ramiz Lekë to najdziwniejszy czarodziej, jakiego kiedykolwiek spotkała. Był pełen sprzeczności. Z jednej strony emanował dobrem i łagodnością, a jednocześnie widziała, jak na jej oczach spalił żywcem pięciu ludzi. W jego oczach widać było zawadiackie iskierki dziecka i okrucieństwo starca. Ubierał się najczęściej w potarganą tunikę i sandały, jadł przy końcu stołu wraz z innymi, a większość czasu spędzał pasąc owce i kozy na pobliskich pastwiskach. Jednocześnie Lily czuła, jak bardzo jest tu szanowany i jak potężną magią dysponuje. Był członkiem starego bractwa derwiszów, magiem i imamem jednocześnie. Lily nie mogła pojąć, jak dla tych ludzi magia, modlitwa i medytacja mogą być jednym.
- Dziwi cię to? - zapytał, wskazując głową wieżę minaretu.
- Trochę – wzruszyła ramionami. - Zawsze myślałam, że wiara i magia, no, dają się jakoś pogodzić, ale są czymś, no, innym...
Czarodziej roześmiał się.
- Jeden z naszych odwiecznych sporów z Albusem. Magia jest tylko jednym z wielu elementów wszechświata; jest świat materialny, dusze, żywioły, energia. Dlaczego mamy przyjąć, że właśnie magia ma jakieś inne źródło? Wszystko pochodzi od Stwórcy, którego wy i my nazywamy innym imieniem. Różnica polega na tym, że wy chcecie mocy rozkazywać, a my pozwalamy tylko, żeby przez nas przepływała.
Lily zamyśliła się przez chwilę.
- Dobrze się znacie z Albusem?
- Ostatnio nie widywaliśmy się zbyt często, ale powiedzmy, że mamy u siebie nawzajem długi wdzięczności, wiele wspólnych przygód i godziny spędzone przy sziszy. Spytaj go przy okazji, czy pamięta Bosfor w 1901. Cóż, podróż w burzy z Anglikiem, który nie ma pojęcia o latających dywanach, to dość ryzykowna sprawa – zachichotał jak dziecko, przypominając sobie przeszłość.
Czarownica pomyślała, ile tajemnic skrywa Albus Dumbledore.
- Był pan kiedyś u niego w Hogwarcie? Przyszło mi do głowy, że w sumie Shtëpi jest, pod pewnymi względami, podobne do naszej szkoły.
- Tak i nie – Ramiz zamyślił się i zaciągnął fajką. - Byłem tam raz, ale zupełnie nie przekonuje mnie wasz program edukacji. Klasy, plany lekcji, egzaminy, konkursy i prace domowe. Cały skomplikowany system, który kształci całą masę miernych odtwórców magii, ale nigdy nie stworzy mistrza.
- Tutaj mam wrażenie, że uczą się jeszcze mniej – obruszyła się Lily. - Widziałam tylko, jak pasą owce, pracują w ogrodzie, robią sery i hodują pomidory. W ten sposób można chyba wykształcić mistrza ogrodnictwa.
- Znowu nie rozumiesz, angielska warzycielko. Uczymy się cierpliwości, dokładności i miłości do tego, co robimy. W pracy, tańcu i medytacji sami szukamy źródeł magii. Każdy z tych chłopców musi sam odkryć zaklęcia, których się nauczy. Musi usłyszeć je w górskim wietrze, poznać zioła, których będzie używał, zapamiętać ich zapach i poznać ich język. To prawda, niektórzy uczą się pierwszego zaklęcia dopiero po wielu latach. Ale z drugiej strony, powiedz mi, po co wam zaklęcia do nalewania herbaty z dzbanka czy podnoszenia książki, skoro natura dała wam, tak samo jak nam, dwie ręce? Naprawdę nie jestem pewien, czy wasi młodzi adepci magii mieliby szanse w pojedynku z naszymi ogrodnikami i pasterzami.
Lily zastanawiało w tym wszystkim jeszcze jedno. Gdzie uczyły się magii albańskie czarownice. W całym Shtëpi spotkała jedynie chłopców i mężczyzn. Ramiz opowiedział jej wcześniej, że albańskie dzieci z mugolskich lub mieszanych rodzin są zabijane zaraz po urodzeniu przez Bractwo Szarych Psów. Musieli znaleźć je jak najszybciej, zabrać rodzicom i wychować tutaj, gdzie były bezpieczne. Nauka trwała nawet kilkadziesiąt lat i młodsi wychowankowie opiekowali się starszymi.
- A czarownice? Nie spotkałam tu żadnych dziewczynek. Ich nie ratujecie?
- Oczywiście, że to robimy. Biorą je do siebie starsze czarownice, kształcąc je i kochając jak swoje córki. Takie dziecko to dar i błogosławieństwo. Tylko widzisz, kobieca magia jest inna. Żeby wzrastać, wymaga bliskości i intymności. Jeśli mam być szczery, to magia kobiet jest w jakiś sposób potężniejsza. Poza tym – dodał po chwili – nie jestem szaleńcem, żeby wziąć tu na wychowanie kilka tuzinów małych dziewczynek. Obawiam się, że Shtëpi by tego nie wytrzymało.

***

Wszystkie magiczne biblioteki pachną podobnie. Starym papierem, pajęczyną zaklęć i myszami. W bibliotece Shtëpi unosiła się dodatkowo charakterystyczna dla jaskiń lekko wilgotna woń ziemi. Co ciekawe, ten unikalny klimat w żaden sposób nie szkodził książkom. Ponieważ Alicja stanowczo odmówiła dalszej pracy przy pomidorach i bakłażanach, Ramiz Lekë skierował ją do pomocy w bibliotece. Musiała przepisywać stare rękopisy w językach, których nawet nie znała. Praca była lekka i potrafiła wygospodarować sporo czasu na szukanie wiadomości o Helenie Ravenclaw. Zgodnie ze starymi kronikami czarownica przebywała tu przez sześć lat, pomiędzy rokiem 932 a 939. Ze wszystkich zapisów, jakie udało się z tego okresu znaleźć, Alicja wywnioskowała, że Helena była zmęczona Anglią i poszukiwała spokoju oraz swojej własnej, innej niż chciała jej matka, drogi do mądrości. Kroniki Shtëpi mówiły o mężczyźnie, który przyjechał do niej, a potem zamordował ją i uciekł. Czarownicom udało się nawet odnaleźć grób Heleny Ravenclaw - zmurszały kamienny obelisk, jaki ustawiono jej w sercu lasu.

Alicja Longbottom spisała te wszystkie informacje na czystej kartce pergaminu i zabrały jej ledwie kilka linijek. Czy po to Albus Dumbledore miał je wysyłać w ten niebezpieczny rejon Europy? Z drugi strony nie miała już pomysłu, jak może się czegoś dowiedzieć. Tęskniła za Frankiem, a będąc już w szóstym miesiącu ciąży, bała się, że jeśli zasiedzi się dłużej, będzie musiała urodzić w tym miejscu, a potem przekradać się razem z dzieckiem do Anglii. Jej rozważania przerwało wejście Lily i Ramiza Lekë.
- Nasza aurorka zawsze nad książkami – zaśmiał się czarodziej. - Nie wiem, jak można siedzieć w tych ciemnościach, kiedy na dworze świeci słońce.
- Mamy do wykonania zadanie. Zdaje się, że wyciągnęłam już z tego wszystkie informacje. Helena mieszkała tu ponad tysiąc lat temu. Pracowała, przepisywała księgi. A potem ktoś ją zamordował.
- Uważasz, że to wszystko? – zapytała Lily. - Chcesz już wracać?
Czarownica zastanawiała się, co odpowiedzieć. Bardzo chciała wracać, a jednak coś jej mówiło, że jeszcze nie powinna.
- Nie. Uważam, że Helena coś tu zostawiła. Może zapis potężnego zaklęcia, formułę magiczną, nie wiem.
- Nie ma tu czegoś takiego. Jestem tego pewien – powiedział czarodziej odrobinę za szybko.
- Nie pomaga nam pan. To jest bardzo ważne dla Albusa Dumbledore’a, a pan obiecał mu pomóc – wybuchnęła Alicja. Może to nie było zbyt uprzejme, ale była już serdecznie zmęczona całą sytuacją.
- Jestem absolutnie pewien, że niczego nie ma, bo już raz szukaliśmy czegoś, co należało do Heleny. Wtedy, kiedy przyjechał ten drugi Anglik.
W sali zapanowała zupełna cisza, jaka zdarza się tylko w jaskiniach i podziemnych grotach.
- Ten drugi? - zapytała po chwili Lily.
- Albus wam nie mówił? Nie zna go?
- Nie – powiedziały jednocześnie.
- Nie mówiłem wam nic, bo byłem pewny, że wiecie. A może nie chciałem do tego wracać, sam już nie wiem. Przeklęty chłopak, do dziś żałuję, że go tu wpuściłem. To był czterdziesty czwarty albo nie, rok wcześniej. Trwała wojna, to były złe okrutne czasy, chociaż pod wieloma względami nie było tak źle jak teraz. Przynajmniej nie czarodziejom. Naszego lasu nie musiały strzec dżiny, a przybyszów witaliśmy ufnie i gościnnie. Kiedy zjawił się tamten chłopak, nie pytałem go o nic, bo byłem przekonany, że skoro przybywa z Anglii, przysyła go Dumbledore. Dziś nie byłbym już tak naiwny. Tak czy inaczej, zaprosiliśmy go pod nasz dach, poczęstowaliśmy chlebem. On wydawał się wdzięczny, pracował wytrwale, ale z każdym dniem wyczuwało się w nim coś sztucznego, jakby ukrywał swoją prawdziwą twarz za maską. On, tak jak wy, szukał wszystkiego, co mogła pozostawić po sobie Helena Ravenclaw. Znikał też na całe dnie w lesie, przesiadywał nad jej grobem. Pomagałem mu szukać, więc wiem, że nic nie znalazł. Aż do dnia, kiedy doszło do mnie, kim jest naprawdę. Pokłóciliśmy się i kazałem mu opuścić Shtëpi. Odszedł, ale mówiono, że ciągle widują go w lesie. Żałuję, że nie zrobiłem z tym porządku, bo kilka tygodni później znaleziono ciało jednego z naszych chłopców. Leżał pod drzewem, niedaleko grobu Heleny. To było kiedyś wspaniałe stare drzewo, potężny stary grab. I wiecie, nie tylko dziecko było martwe, ale drzewo też. Miało jakby bliznę, coś jak rozcięcie. Pochowaliśmy tam małego Faika i od tego czasu na drzewie nie pojawił się ani jeden liść.
- Czy ten Anglik się przedstawił? - zapytała Alicja.
- Zdaje się, że przedstawił się tylko z imienia, ale już go nie pamiętam. Nie prowadzimy rejestru naszych gości, a wszystkich staramy obdarzać zaufaniem.
- No to lipa – westchnęła Alicja. - Jeżeli Dumbledore szuka czegoś, co on zabrał i być może sprzedał, to musimy dowiedzieć się, kim był i gdzie jest teraz.
- Czekajcie, mam pewien pomysł – powiedziała Lily. - Mówiliście, że znaleziono jednego z chłopców martwego. Jeżeli ten Anglik zabił go za pomocą magii, różdżką, to w kościach ciągle jest ślad zaklęcia. Może udałoby się rozpoznać różdżkę.
Ramiza Lekë spojrzał na nią z wyrazem obrzydzenia na twarzy.
- Chcesz wykopać kości? Badać martwe ciało? Tego teraz uczą w Hogwarcie?
- Nie chcę – zmieszała się. - Nie mam na to ochoty, ale to jedyna możliwość sprawdzenia, kto się tego dopuścił. Proszę pomyśleć, być może ten człowiek przez wiele lat unikał kary, a teraz jego zbrodnia wyjdzie na jaw.
- Chcecie wymierzać sprawiedliwość, chcecie tworzyć magię, chcecie odkopywać ludzkie szczątki – wycedził przez zęby. W słabym świetle łojowej lampy jego rysy przybrały teraz wilczy wygląd.
- To jest bardzo ważne – powiedziała błagalnie Alicja.
- Ważny jest spoczynek umarłych. Myślę, że wasz pobyt w Shtëpi można uznać za zakończony. Jutro porozmawiamy o tym, jak was bezpiecznie przerzucić przez granicę.

Tej nocy ani Lily, ani Alicja nie mogły zasnąć. Siedziały na podłodze w swoim pokoju i popijały mocną czarną herbatę z maleńkich glinianych czarek. Były już pewne, że Albus Dumbledore wysłał je po coś, co zabrał ten Anglik. Jeżeli nie dowiedzą się, kim był, trop się urywał i nie wiedziały wiele więcej niż przed przyjazdem tutaj. Miały poczucie zmarnowanego czasu, zmarnowanego życia mugola, który wbrew swojej woli podwiózł je w góry, i bezsensu całej sytuacji.

Kwadrans po trzeciej w nocy, kiedy już zapadły w płytki niespokojny sen, usłyszały ciche pukanie do drzwi. Na korytarzu stał Ramiza Lekë i ruchem ręki nakazał im ciszę.
- Weźcie wszystkie swoje rzeczy i chodźcie za mną – szepnął.
Były już spakowane do podróży powrotnej w torbie zmniejszająco-zwiększającej, więc błyskawicznie ubrały się i starając się iść jak najciszej, podążyły za czarodziejem przez ciche korytarze. Początkowo myślały, że muszą już na zawsze opuścić to miejsce, ale okazało się, że czarodziej kieruje się po krętej kamienistej drodze w stronę lasu. Szli przez kwadrans w milczeniu, aż w końcu czarodziej się odezwał.
- Być może zbyt długo przebywałem z Anglikami. Być może robię błąd, ale jeden już popełniłem, pozwalając temu przybłędzie pozostać wtedy w lesie. Tak czy inaczej, powiedzcie Albusowi, że spłaciłem dług. Znalazłem w kronikach dokładną datę tych wypadków, ale ciągle nie pamiętam, jak miał na imię morderca.
- Zgodzi się pan, żebyśmy zbadały kości? - zapytała z nadzieją Lily.
Ramiz skrzywił się, jakby ciągle ten pomysł był dla niego wstrętny.
- Księga mówi, że ohydnym jest w oczach stwórcy zakłócanie spokoju umarłych za dnia, jak i w nocy. Istnieje jednak taka godzina, kiedy kończy się już noc, a jeszcze nie wstało słońce. To czas poza dniem i nocą, czas, w którym podobno stworzono świat. Tak, wiem, że próbujemy w ten sposób przechytrzyć naturę, ale to jedyny czas, którym nie rozgniewamy ani duchów nocy, ani dnia. I pamiętajcie – dodał groźnie – jeżeli chociaż przez chwilę uznam, że to, co robicie z kośćmi tego chłopca, jest niegodne, spłoniecie.

Kiedy dotarli na wzgórze, na którym rosło drzewo, niebo szarzało już na horyzoncie. Ramiz przez długi czas stał oparty o pasterski kij i intonował pieśń, od której Alicję przechodziła gęsia skórka. Lily w tym czasie w ciszy rozpalała niewielkie ognisko i przygotowywała kociołek i składniki do eliksiru. W pewnym momencie czarodziej urwał melodię i uderzył swoim kijem w ziemię tuż pod drzewem. Korzenie skrzypnęły, usłyszeli obsuwające się kamienie i ziemia powoli rozstąpiła się pod działaniem jego magii. Mężczyzna schylił się i po chwili podał Lily na białej chuście kawałek ludzkiej kości. Pomyślała, że jeszcze nigdy nie spotkała się z takim szacunkiem wobec ludzkiego ciała.

Nie miała do dyspozycji wszystkich narzędzi, brakowało niektórych składników, nie było też maszyny do destylacji, więc jedynym sposobem było stworzenie z kości, w której znajdowało się zaklęcie, wywaru, a potem za pomocą różdżki odbicie klątwy na samą siebie. Metoda była bardzo ryzykowana, ale na tamten moment nie było innego wyjścia. Czarodziej patrzył najpierw podejrzliwie, a potem ciekawie, jak Lily mieszała składniki, otrzymując jednorodny wywar. Kiedy pierwsze promienie słońca oświetliły las, Lily ostrożnie włożyła czubek różdżki do kociołka. Jej ciało sparaliżował niewyobrażalny ból. Tak jakby ta mikstura rozdrapała jakąś starą ranę w jej duszy. Coś, czego nie umiała nazwać, a co tkwiło w niej głęboko jak cierń. Znała tę różdżkę bardzo dobrze, wielokrotnie w przeszłości trafiała na jej zaklęcia, ale czuła też, jakby otworzyła się jakaś jej własna rana.

Drzewo rośnie na krańcu cmentarza. Rozwija się tak powoli, jakby żyło całą wieczność. Miękkie zielone igły błyszczą w słońcu. Żywe w krainie umarłych. Spróbuj słodkich czerwonych owoców, a umrzesz. Co robisz o tej porze sam w lesie, mój chłopcze? Chodź, pokażę ci coś, czego nie zapomnisz. Feniks spala się, ale nie umiera nigdy. Nie zapomnisz tego do śmierci, mój drogi. Drzewo rozwarte jak dusza przecięta na pół.

Lily obudziła się dopiero następnego dnia wieczorem. Była przykryta ciepłym owczym futrem, a mimo to było jej tak zimno, jakby odkopano ją z grobu. W pomieszczeniu zobaczyła Ramiza, który wrzucał do kominka zioła, dające słodkawy gryzący dym. Obok niej przy łóżku siedziała Alicja Longbottom, chowając twarz w dłoniach. Dopiero po chwili Lily zauważyła, że twarz jej przyjaciółki jest czerwona i spuchnięta od płaczu.
- Dobrze, że się obudziłaś – powiedział czarodziej, widząc, że się ocknęła. - To była dość ryzowana magia. Nie pozwoliłbym na to, gdybym wiedział, co dokładnie chcesz zrobić. Rozpoznałaś różdżkę?
- Tak – powiedziała powoli. - To był Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.
Czarownica ostrożnie podniosła się na łóżku, ale była ciągle bardzo słaba i kręciło jej się w głowie.
- Dam ci napój, po którym wrócą ci siły. Jeszce dziś musicie wyruszyć w drogę. Pomożemy wam przedostać się górami na wschód i dalej nad jeziorem aż do Grecji. Stamtąd dotrzecie bezpiecznie do domu. W razie czego pomogą wam tamtejsi czarodzieje.
Lily przetarła oczy, nie bardzo rozumiejąc całą sytuację i pośpiech.
- Przyszła wiadomość od Albusa Dumbledore’a – powiedziała głucho Alicja. - Złapali Franka.


* ( alb.) - Daj mi trochę pieniędzy
** ( alb.) - Zabierz nas szybko, jedź!
*** ( alb.) - Szybciej, Szybciej!

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXXI ( aktualizacja 16 11)

Postautor: labruja » 16.11.15, 19:19

XXXI
Bananowa kaszka dla dzieci spływała mężczyźnie po brodzie i skapywała powoli na pasiastą flanelową pidżamę. Alicja zagryzła wargi i drżącą ręką ponownie podała mężowi łyżeczkę z kleikiem. Lily stała w drzwiach, obserwując całą scenę. Ściskała kurczowo kubek z herbatą i zastanawiała się, jak może jak najszybciej uciec z tego miejsca. Od kiedy dowiedziały się, że złapano Franka, było dla niej jasne, że musi najpierw pojechać z Alicją do Szkocji, żeby dowiedzieć się, co się stało, i wesprzeć przyjaciółkę.

W Albanii podróżowały latającym dywanem nad krystaliczną tonią Jeziora Ochrydzkiego i dalej nad Macedonią aż do Aten, gdzie udało im się złapać samolot z przesiadką do Edynburga. Przez ten cały czas Lily uważała, że jest potrzebna i może w jakiś sposób pomóc Alicji. Dopiero kiedy zobaczyła Franka kiwającego się w łóżku jak małe dziecko, z siwymi włosami, pustym spojrzeniem i kaszką ściekającą na pidżamę, zrozumiała, że nie może zrobić już zupełnie nic. Alicja nie potrzebowała jej wsparcia, ona potrzebowała cudu. Lily przeniosła się cicho do kuchni, gdzie przy stole siedziała Augusta Longbottom.
- Wiadomo jak to się stało? – zapytała czarownica, dosiadając się do stołu.
- Nie do końca. Poszedł na patrol jak zawsze. To wyglądało tak, jakby ktoś wiedział, gdzie będą i kiedy się zmieniają. Ten drugi auror, Martin MacMalm, zginął na miejscu. Franka trzymali przez trzy dni, zanim go podrzucili w tym stanie, nagiego i poranionego w Battersea Park.
- Co mówili w Mungu?
Starsza czarownica wzruszyła ramionami.
- Nie chcieli dawać złudnej nadziei. To na pewno były Cruciatusy, ale w takiej ilości, że doszło do nieodwracalnych zmian w mózgu. Nie poznaje nas, nie może mówić ani chodzić samodzielnie. Nie można na nim przeprowadzać żadnej formy magicznej rehabilitacji. Kiedy próbowali wyleczyć go magią, prawie im umarł.
Lily zastanawiała się, czy w jakimś sensie śmierć nie byłaby dla jego bliskich łatwiejsza do zniesienia. I czy jego pozostawienie przy życiu nie było kolejną formą tortury dla tych, którzy pozostali. Siedziały przez chwilę w milczeniu, kiedy do kuchni weszła Alicja i ze złością wrzuciła miskę z resztą kaszki do zlewu.
- Z Munga wysłali sowę. Dadzą znać, jak tylko będą mieli miejsce na oddziele opieki długotrwałej – powiedziała powoli pani Augusta, nalewając sobie kawy.
- Mama źle się czuje, że pyta o miejsce u Munga? – syknęła Alicja. - Po co mielibyśmy się z nimi kontaktować? Oni chyba zrobili już wszystko.
- Nie damy rady się nim opiekować, ty będziesz miała dziecko, a my mamy swoje lata. Frankowi potrzebna jest stała pomoc i rehabilitacja. Rozmawialiśmy już o tym z Harfangiem i nawet nie wiesz, ile nas to kosztuje – teraz starsza czarownica znowu brzmiała stanowczo i pewnie.
- A mowa o kosztach emocjonalnych czy galeonach? - zapytała złośliwie Alicja. - Rozmawialiście beze mnie i nie przyjmuję tych ustaleń. Tutaj Frank ma dom i na pewno nie zostawię go w szpitalnej sali w mieście okupowanym przez śmierciojadów.
- Alicja, bądź rozsądna, pomyśl o dziecku.
- Myślę o dziecku, które potrzebuje ojca! – krzyknęła.
Lily spoglądała raz na panią Augustę, raz na Alicję. Miała wrażenie, że nie wiadomo, czy przez odosobnienie w Albanii, czy przez stan Franka, ale coś się w jej przyjaciółce złamało. Miła Alicja, która starała się wpasować w konwenanse czarodziejskiego świata, zniknęła bez śladu.
- Jak będzie trzeba i stanę na nogi, to go stąd zabiorę. I tak czy inaczej, sama potrafię się zająć swoim dzieckiem i swoim mężem.
Lily zastanawiała się, czy przez Alicję przemawia bezwarunkowa miłość czy może desperacja i żal, które uruchomiły w niej zawziętość. Przez chwilę rozważała, czy mogłaby pomóc jakoś swoimi eliksirami, ale tak naprawdę nie było na to szans. Jeżeli uszkodzenia były mechaniczne, a pacjent nie tolerował magii, to nie było sensu nawet próbować. Nie trzeba było być wybitnym magomedykiem, żeby wiedzieć, że szałwią i melisą komórek nie poskleja. Na pożegnanie przytuliła Alicję, ale przyjaciółka prawie tego nie zauważyła, jej ciało było sztywne i napięte, a oczy czerwone od łez.
- Damy radę – szepnęła jej do ucha. - Musimy. Zobaczysz, młode przyjdą i wszystko się jakoś ułoży. Jesteśmy silne i damy radę.
Na wspomnienie o dziecku Alicja uśmiechnęła się blado.

Prosto z domu Longbottomów Lily udała się do Hogwartu, żeby przekazać Albusowi wieści z Albanii. Być może przez fakt, że nie widziała dyrektora przez miesiąc, a może przez to, że trafiła akurat na pierwszy dzień paskudnej szkockiej jesieni, Dumbledore wydawał jej się dużo starszy i słabszy. Chcieli przejść się po błoniach i Lily przez cały spacer musiała podtrzymywać jego zdrową dłoń. Wydawało jej się, że jest lekki i kruchy jak dziecko, a mocniejszy podmuch wiatru może go zdmuchnąć. Miała też wrażenie, że dyrektor nie jest zaskoczony jej relacją. Ich wyprawa miała chyba tylko potwierdzić, że Helena Ravenclaw coś ukryła, a Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać zabrał to przed wielu laty. Albus Dumbledore zainteresował się tylko dokładną datą tych wydarzeń.

Lily chciała jak najszybciej skończyć spotkanie i złapać pociąg do Anglii. Za murem mogła już spokojnie teleportować się do domu. Chciała jak najszybciej zobaczyć Severusa. Przyjęła, że skoro dyrektor nie wspomina, że stało się coś złego, to chyba wszystko było w porządku. Wylądowała koło ścieżki, pół kilometra od domu. Na wypadek gdyby ktoś śledził ślady teleportacyjne, warto było ostatni kawałek drogi pokonywać pieszo. W lekkim swetrze, w którym przyleciała z Grecji, było jej zimno, a chłodna mżawka sprawiała, że miała wilgotne włosy. Biegła po rudych liściach, rozchlapując kałuże. Było sobotnie popołudnie i o ile śmierciożercy nie urządzali akurat jakiejś krwistej herbatki, Severus powinien być w domu. Już z daleka zobaczyła światło lampy naftowej, a jej mąż stał przy stole i mieszał w kociołku. Na jej widok pobladł jeszcze bardziej, zostawił gotujący się wywar, podbiegł do Lily i z całych sił ją objął. Czarownica wczepiła się w niego ramionami najmocniej jak umiała, twarzą wtulała się w jego koszulę i czuła znajomy zapach, którego brakowało jej przez te wszystkie tygodnie. Dopiero po dłuższej chwili poczuła, że już się przywitała, ale Severus ciągle trzymał ją tak mocno, że z trudem oddychała.
- Chyba coś się w kociołku pali – powiedziała bełkotliwie, bo Severus przytrzymywał ją tak, że trudno jej się mówiło.
- Pieprzyć to. Niech się spali.
Odwróciła lekko głowę i przyjrzała mu się podejrzliwie. Jej mąż nigdy z własnej winy nie spalił eliksiru.
- Udusisz mnie.
- Uduszę Albusa Dumbledore’a – powiedział, w końcu zwalniając uścisk. - Dopiero po tygodniu od twojego wyjazdu przyznał się, że posłał cię do Albanii. Niech go jasny szlag.
- Miałyśmy ważna misję. Jak chciałeś mnie wysłać w bezpieczne miejsce, to przekombinowałeś. – Lily wzruszyła ramionami. - Jest coś do jedzenia?
- Której to misji oczywiście nie mógł wykonać nikt inny niż dwie ciężarne. I tak dobrze, że nie wysłał was, żebyście zlikwidowały Czarnego Pana. Chleb jest. I cebula, mleko też, ale już chyba kwaśne, bo trochę stoi.
- Czyli z kiedy jest? - zapytała podejrzliwie.
- Sprzed twojego wyjazdu – westchnął i znowu przyciągnął Lily do siebie, wtulając się w jej mokre włosy. - Już cię nigdzie nie puszczę, wariatko jedna. Do żadnej Albanii, nigdzie i nigdy.
Odwróciła się w jego kierunku i delikatnie pocałowała męża w szyję, wkładając zimne dłonie pod koszulę.
- Nie puścisz mnie? A co jeżeli ja będę miała ochotę się puszczać – szepnęła mu do ucha. - Co wtedy zrobisz, Severusie Snape?
- Cóż – odpowiedział, rozpinając guziki jej sukienki. - Wtedy będę musiał cię pilnować i puszczać się razem z tobą.

Godzinę potem leżeli na rozłożonym na podłodze kocu i patrzyli na dogasający w kominku ogień. Chociaż w końcu któreś z nich przezornie zestawiło kociołek z ognia, to i tak w powietrzu unosił się ostry, gryzący zapach spalonych ziół. Lily ścisnęła mocno rękę Severusa.
- Wiesz, bałam się o ciebie – powiedziała cicho. - Bałam się o ciebie tak bardzo, że nie miałam już siły bać się o siebie samą.
- Zupełnie niepotrzebnie – uciął temat.
- To wszystko jest takie kruche, nawet nie masz pojęcia. Przyjechałyśmy do Edynburga i byłyśmy u Franka. Frank Longbottom był moim przyjacielem – zamilkła, bo zdała sobie sprawę, że mówiąc o nim użyła czasu przeszłego. - Frank Longbottom jest moim przyjacielem – poprawiła się. - I kiedyś uratował mi życie. Rzucił tarczę i wyciągnął mnie praktycznie spod Avady. Gdyby nie on, nie spaliłbyś dziś eliksiru, a ja dawno leżałabym na cmentarzu. Wiedziałeś o tym?
Mężczyzna odwrócił się bez słowa i zaczął ubierać. Lily znała go na tyle długo, że dało jej to do myślenia.
- Ty coś wiesz, prawda? Byłeś tam...
Zawahał się, nie wiedząc, co powinien odpowiedzieć. Nie miał ochoty na szczegóły tej historii, ale z drugiej strony Lily od razu zauważy, jeżeli skłamie, że nic nie wie.
- Ty byłeś przy tym – powiedziała zimno. - Opowiedz mi, jak to się stało.
Odwrócił się do niej gwałtownie.
- Tak, byłem tam. Były Cruciatusy, dużo. Chcesz jeszcze pooglądać sobie w myślodsiewni? - zadrwił.
- Frank Longbottom jest moim przyjacielem – powiedziała, zakładając koszulkę. - Mam prawo i obowiązek wiedzieć, co się dokładnie stało. To tak jakbym mu towarzyszyła w tym, rozumiesz?
Nie rozumiał, ale wiedział, że nie wywinie się od odpowiedzi.
- Wezwali nas nagle – zaczął mówić powoli. - Czarny Pan nie planował wcześniej niczego większego, więc myślę, że mogliście mieć przeciek. Mówiłem to Albusowi. Tak czy inaczej, Bellatrix poprosiła, żeby akurat Longbottoma zostawić jej do zabawy. Było jasne, że chce go zabić, ale nikt nie przypuszczał, że posunie się tak daleko.
- Czy ty też…? - zapytała ostrożnie.
- Nie. To była tylko jej… zabawa. Tu nie chodziło tylko o ból, ona chciała go złamać. – Na początku Severus nie chciał Lily opowiadać tej sytuacji, ale w miarę jak mówił, czuł coraz większą potrzebę wyrzucenia tego z siebie.
- Stał pośrodku kamiennej piwnicy. Każde zaklęcie zginało go w pół i przewracało. A on ciągle wstawał, ledwo trzymając się na nogach, i śmiał się jej w twarz. Nawet wtedy, kiedy już nic nie widział, a z ust ciekła mu krew. Lestrange wściekła się zupełnie, bo chociaż to on umierał, to na jej porażkę patrzyliśmy.
Severus Snape przymknął oczy i przypomniał sobie ostatnie półprzytomne słowa bełkotane z zakrwawionych ust.
- Ostatniej jednak doświadczyć chcę próby; Zasłaniam wierną tarczą moją ciało. Uderz Macduffie, niech będzie przeklęty, Który z nas pierwszy zawoła: „Stój! Dosyć!” krzyczał, wypluwając ślinę z krwią. Frank Longbottom upadał i znowu powstawał, w swojej głowie był już nie tyle aurorem, co na zmianę Macduffem i Makbetem walczącym do ostatniej kropli krwi o ukochaną Szkocję. W ostatniej chwili, zanim upadł nieprzytomny w kręgu śmierciożerców, jego twarz wykrzywił uśmiech.
Biedna moja ziemio, Przywłaszczyciela krwawym berłem zgięta, Kiedyż swobody swojej dzień zobaczysz. Szkocja pamięta, madame Lestrange - dodał, osuwając się na ziemię.
- To było przerażające, Lily – skończył swoją opowieść Severus. - On zwariował z bólu, ale do końca się nie poddał.

***
Ludzie chętnie plotkują, a Peter lubił słuchać. Tajemnica Lily Evans nie dawała mu spokoju od wielu miesięcy. Czarny Pan wyznaczył mu zadanie, a on go zawiódł. Nawet jeżeli to w tej chwili nie było aż tak ważne, to jego intuicja podpowiadała mu, że kryje się za tym tajemnica mogąca zmienić przebieg wojny. Lubił sobie wyobrażać, że to on ją odkryje i przyniesie wieści swojemu Panu. W Zakonie mówiło się, że to Remus Lupin jest ojcem dziecka Lily. Peter wiedział, że to bzdura. Po pierwsze, nie zgadzały mu się daty. W czasie, kiedy Lily zaszła w ciążę, od dawna nie mieszkała już z wilkołakiem. Po drugie, gdyby coś ich łączyło, to czarownica siedziałaby teraz razem z nim w Szkocji. Jeżeli nie Lupin, to kto? Peter miał dobrą pamięć i przypominał sobie ze szkoły brzydkiego bladego chłopca, z którym się często spotykała. Nawet wtedy na błoniach, kiedy James spuścił mu łomot, broniła go jak wściekła kotka. A teraz ten sam chłopak był głównym warzycielem Czarnego Pana i pracował razem z Lily w Instytucie Eliksirów. Gdyby nie sprawa w latarni, pomyślałby, że Lily też zdradziła Zakon i tak jak on szpieguje dla śmierciożerców. Czarodziej zastanawiał się, dlaczego wszyscy byli zbyt ślepi, żeby to zobaczyć. No tak, pomyślał w końcu z uśmiechem, Snape był szpetny i miał wiecznie tłuste włosy. Nikomu z tych wysportowanych czystych chłopczyków nie przyjdzie do głowy, że ktoś taki jak Snape może przelecieć ich dziewczynę. Grubi i brzydcy muszą siedzieć w kącie i przegrywać z uśmiechem. Nie są nawet brani pod uwagę jako poważna konkurencja. Zdziwicie się chłopcy, pomyślał, wznosząc toast kremowym.
Mógłby od razu iść ze swoimi domysłami do Czarnego Pana, ale wiedział, że bez solidnych dowodów tylko narazi się na jego gniew, a Lily i Severus będą jeszcze ostrożniejsi. Peter nawet pod nieobecność Lily przychodził do jej mieszkania. Wyglądało na niezamieszkałe, a jednak cały czas było tam to okropne ptaszysko i ktoś musiał je karmić. Czekał godzinami przyczajony pod postacią szczura i miał nadzieję, że ktoś się pojawi, ale ptak co jakiś czas skrzeczał i nikt nie zjawiał się w mieszkaniu. Po miesiącu frustrującego czekania postanowił działać. Nie miał pojęcia, gdzie była Lily, ale udało mu się dowiedzieć, że zniknęła razem z Alicją Longbottom. Zdobył też informację gdzie i w jakich godzinach następuje zmiana warty nad murem i kiedy najłatwiej zaatakować. Osobiście nie miał nic do Franka, ale jeżeli zginie, to na jego pogrzebie z pewnością pojawi się ukochana żona. A wraz z nią wróci do Anglii Lily Evans. Co prawda, koniec końców sytuacja wymknęła się trochę spod kontroli, Bellatrix zawsze była trochę niezrównoważona, ale z drugiej strony czy ranny mąż skuteczniej nie zwabi żony niż martwy?
Kiedy już Lily będzie w Anglii, z łatwością odkryje prawdę. Peter wiedział, że największą z ludzkich słabości był strach o tych, których kochali. Wystarczy, że poczeka na moment, aż Snape gdzieś będzie zajęty przez Czarnego Pana i wtedy spotka się z Lily i jakby od niechcenia wspomni, że śmierciożerca, Severus Snape, jest ranny i pojmany. Jeżeli jego podejrzenia były prawdziwe, to zobaczy w jej oczach rozpacz i strach. Będzie zdruzgotana, a wtedy on poda jej pomocną dłoń, zaufa mu, jeżeli nie z rozsądku to z rozpaczy i poczucia samotności. Wiedział, że Evans go nie lubiła. Trochę go to dziwiło, bo przecież jeżeli jej gusta były na tyle specyficzne, że zaszła w ciążę ze Snape’em, to przecież, na Merlina, on nie był chyba gorszy?
Lily była jego zdaniem jedną z tych kobiet, które myliły miłość z litością i wolały być potrzebne niż adorowane. A mimo to, kiedy poprosił ją o pomoc, odmówiła mu. Cóż, pomyślał, kolejny powód, dla którego warto doprowadzić sprawę do końca. Evans nie musi go lubić, ważne, że mu zaufa. Może po wszystkim Czarny Pan odda mu ją do zabawy, a on jednym zaklęciem rozłoży te jej chude kolana. Chociaż teraz, kiedy była w ciąży, wydawała mu się już dużo mniej atrakcyjna. Chuda dziwka z wzdętym brzuchem, jakby przejadła się fasolką.
Peter Pettigrew sam się sobie dziwił, jak łatwo przychodziło mu zdobywanie zaufania. Był przezroczysty, niegroźny, uśmiechnięty grubasek, na którego zawsze można liczyć. Zwłaszcza starsze czarownice chętnie powierzały mu swoje sekrety, często gościł u matek i ciotek aurorów, a one zwierzały mu się ze swoich strachów i z tego, co robią ich synowie i siostrzeńcy. Niektóre nawet same do niego przychodziły. Jak choćby ta żałosna Andromeda Tonks. Myśli może, że jej koligacje rodzinne zapewnią jej bezpieczeństwo ze szlamowatym mężem, ale to kwestia czasu, zanim Czarny Pan dobierze się też do nich. Ale ona też już się chyba bała, bo przyszła do niego wieczorem jak ktoś, kto czuje na szyi oddech śmierci.
- Możemy porozmawiać, Peter? – zapytała przez drzwi, rozglądając się nerwowo.
- Oczywiście – zaprosił ją do środka, przepraszając za bałagan. Zrobił w imbryku herbatę i poczęstował ją ciasteczkami owsianymi swojej matki.
- Przepraszam za najście, Peter – powiedziała, spuszczając wzrok. - Długo zastanawiałam się, czy mogę do ciebie przyjść i komu mogę zaufać. Lily bardzo cię ceni i mówi, że zawsze można na ciebie liczyć.
Szkoda, że na nią nie można, pomyślał.
- Chodzi o Lily? – zaciekawił się. - Martwię się o nią, od kiedy zniknęła. Wiesz może co u niej?
- Niestety nie mam pojęcia, gdzie jest – skłamała. - Też się martwię. Mam do ciebie prywatną prośbę. Nie wiem, do kogo innego mogłabym się zwrócić o pomoc, a ty byłeś na pogrzebie Syriusza… - urwała, kiedy uświadomiła sobie, że rozmowa o Syriuszu nie jest najlepszym pomysłem.
Patrzył na nią wyczekująco, zastanawiając się, jaką prywatną prośbę może mieć do niego gospodyni domowa.
- Wiesz, z jakiej rodziny pochodzę, Peter… - zaczęła niepewnie.
Jasne, Blackowie rzadko pozwalają ludziom o tym zapomnieć, pomyślał.
- Nikt nie wybiera sobie krewnych – odpowiedział uprzejmie.
- To prawda – przyznała. - Ale moja rodzina ma wiele sekretów. Zanim odeszłam z domu, zabrałam z niego coś, co może być bardzo niebezpieczne. To… pewien artefakt. Nie mogę pozwolić, żeby dostał się w ręce Czarnego Pana. Ten przedmiot… on jest zły, rozumiesz Peter? Schowałam go i myślałam, że to wystarczy, ale teraz sama nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Wszystko, co się ostatnio dzieje, jest przerażające.
Jeszcze się przekonasz jak bardzo, przeszło mu przez myśl, ale dalej milczał, ciekawy do czego zmierza czarownica.
- Nie chciałam, żeby ten artefakt był wykorzystany przez którąkolwiek ze stron, ale nie wiem, czy mam rację. Gdyby coś mi się stało, gdyby sytuacja jeszcze się pogorszyła, wtedy oddaj to Albusowi. – Kobieta położyła na stole szarą mugolską kopertę. - Tam są wskazówki, jak to odnaleźć. Na razie schowaj to, proszę, Peter, i nie myśl o tym. Nie chcę, żeby to dłużej było w moim domu, nie chcę wiedzieć, gdzie to trzymasz. Wiem, że można ci zaufać i jesteś na tyle rozsądny, że tylko w ostateczności oddasz to Dumbledore’owi.
Peter uśmiechnął się pod nosem. Ta kobieta była tak głupia, że było mu jej prawie żal.
- Dziękuję za zaufanie, Andromedo – powiedział cicho. - Mam nadzieję, że żadna ze stron nigdy nie będzie musiała tego użyć.
Rozmawiali jeszcze przez chwilę, a potem obserwował, jak wsiada do swojego luksusowego samochodu i odjeżdża w deszczu. Czuł, jakby dostał najbardziej wyczekiwany prezent świąteczny.

Czarownica spokojnie wyjechała z uliczki i dopiero na autostradzie przyśpieszyła. Była z siebie bardzo zadowolona. Oczywiście nie istniał żaden niebezpieczny artefakt, była tylko dobrze przygotowana pułapka. Kilka tygodni wcześniej znalazła małą grotę na wybrzeżu. Dostęp do niej był bardzo utrudniony, trzeba było wynająć motorówkę lub lecieć na miotle. Przygotowała trzy koperty, w których była zaszyfrowana droga do tego miejsca. Jeżeli któraś z osób naprawdę jest zdrajcą, na pewno pokusi się, żeby odnaleźć to miejsce, a wtedy uruchomi runę ochronną, która uaktywni bliźniaczą runę na jej naszyjniku. Nawet jeżeli złodziej przekona się, że miejsce jest puste, to Andromeda będzie w stanie rozpoznać, kto interesował się jej kryjówką. Każda z kopert zawierała nieco inny sposób otwarcia groty. Z pułapki nie można się było też tak prosto wydostać.

Po reakcjach na jej prośbę trudno było przewidzieć, kto może być winny. Pierwszą wiadomość zostawiła u Franka Longbottoma, który skinął głową, ale patrzył na nią podejrzliwie. Cóż, zdaje się, że jej siostra miała z nim osobiste porachunki i miał powody, żeby jej nie ufać. Z kolei Severus Snape w ogóle odmówił przyjęcia koperty. Stwierdził, że powinna ją oddać bezpośrednio Albusowi Dumbledore’owi i nie pomagały żadne przekonywania, że nie jest to artefakt, który w ogóle powinien zostać użyty w tej wojnie. Słyszała wcześniej, że jego podejście do czarnej magii było dość elastyczne. Pokłócili się i w końcu ona wyszła, zostawiając kopertę na stole w Instytucie Eliksirów. Rzucił jej na pożegnanie, że i tak przekaże to Albusowi. Pomyślała, że jeżeli to Snape jest zdrajcą, to powinien właśnie tak zareagować. Gorzej jeżeli w pułapkę złapie się sam Albus. Trudno, wtedy nie stanie się nic strasznego poza tym, że ona zrobi z siebie skończoną idiotkę, a dyrektor ujawni swoją hipokryzję.

Teraz pozostało jej czekać. Może kilka tygodni, może miesięcy. Była pewna, że złodziej nie rzuci się od razu na poszukiwania, ale też wskazówki, jakie zostawiła w kopertach, były niejednoznaczne i wymagały pewnego wysiłku. Nie miała jednak wątpliwości, że prędzej czy później naszyjnik da jej znać jak dzwoneczek w pułapkach na myszy, jakie skrzaty zostawiały w ich domu. Polowanie się rozpoczęło, uśmiechnęła się do siebie i docisnęła pedał gazu.

***

Lily Snape ze złością podarła gazetę na drobne kawałki i rzuciła na podłogę. W ostatnim czasie wszystko szło nie tak. Zimna angielska jesień razem z deszczem przyniosła chandrę. Jej organizm w końcu zaczął odczuwać skutki bycia w ciąży; była senna i ociężała, puchły jej nogi od długiego stania przy kociołku i nie mogła skupić myśli na nauce. Coraz trudniej było jej się też poruszać; nie mogła latać na miotle, a po teleportacji odczuwała bolesne kopnięcia swojego dziecka, któremu zupełnie nie odpowiadał ten rodzaj poruszania się. Ale wszystko to byłoby do zniesienia, gdyby nie nowiny, o których wszyscy mówili. Ministerstwo Magii postanowiło wprowadzić nową ustawę, która mogła wywrócić jej świat do góry nogami. Rozpłakała się bardziej ze złości i bezsilności niż ze smutku. Kiedy Severus Snape wszedł do mieszkania i odłożył na piec przemoknięty płaszcz, zobaczył Lily, jak siedzi w kącie pokoju, obejmując kolana.
- Co jest? - spytał, widząc jej zapłakane oczy i podartą gazetę.
- Czytałeś Proroka? - wskazała ręką na rozrzucone na podłodze strzępki.
- Nie, ale coś słyszałem. – Zrobił ruch różdżką i strzępki skleiły się w jedną, choć mocno pogiętą, całość. Wziął do ręki gazetę i zaczął czytać tekst, który tak wyprowadził z równowagi Lily.

Minister Magii, Treweriusz Nott, podpisał dziś ustawę dotyczącą poprawy integracji osób pochodzenia mugolskiego ze społeczeństwem magicznym. W dzisiejszych niespokojnych czasach, kiedy szkoccy separatyści chcą popchnąć społeczeństwo magiczne do bratobójczej walki, jeszcze ważniejsze jest, żeby wszyscy czarodzieje stanowili spójną i solidarną grupę. Niestety, niejednokrotnie ci, którzy pochodzą z rodzin mugolskch, mimo lat nauki w Hogwarcie, nie są w stanie w pełni zintegrować się ze społeczeństwem magicznym, co powoduje liczne konflikty i nieporozumienia.

- No proszę, Evans, a my się tak dobrze integrujemy – zadrwił.
- Zamknij się, Snape, i czytaj dalej – warknęła.

Według najnowszych badań to właśnie wśród czarodziejów mugolskiego pochodzenia najczęściej dochodzi do złamania ustawy o tajności oraz prezentowania swoich zdolności wśród mugoli. Aby lepiej wspierać koegzystencje społeczeństwa magicznego i mugolskiego oraz w pełni monitorować ten proces, Minister Magii podpisał specjalną ustawę, według której wszyscy czarodzieje mugolskiego pochodzenia są zobowiązani w ciągu dwóch tygodni, tj. do 30 października, zarejestrować swoje różdżki. Różdżka po rejestracji będzie w pełni sprawna. Jedyną różnicą będzie fakt, że status krwi takiego czarodzieja będzie od razu widoczny na jego różdżce, przez co będzie mógł liczyć na większą pomoc świata magicznego. Ponadto będzie możliwe monitorowanie zaklęć, jakie rzuca czarodziej, oraz jego miejsce pobytu, co wpłynie dodatnio na przestrzeganie ustawy o tajności.

- To jest jakiś bełkot – wtrąciła Lily. - Pieprzeni hipokryci. Czytaj dalej, teraz będzie najlepsze.

Czarodzieje, którzy w wyznaczonym czasie nie zarejestrują różdżek, niestety nie będą mogli w żaden sposób uczestniczyć w życiu społeczności magicznej. Zakazane będzie używanie przez nich czarów, praca w organizacjach magicznych, a nawet przebywanie w miejscach zamieszkałych wyłącznie przez czarodziejów. Ministerstwo liczy, że ustawa ta pozwoli na poprawę stosunków z mugolami i polepszenie integracji czarodziejów mugolskiego pochodzenia. Rejestracja taka będzie też miała niebagatelny wpływ na poszerzanie statystycznej wiedzy o społeczeństwie angielskich czarodziejów. Do tej pory nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, ile osób magicznego pochodzenia zamieszkuje Anglię.

Kiedy czarodziej skończył czytać, zapanowało dłuższe milczenie.
- Ty rozumiesz, co to oznacza w praktyce, Snape?
- Chcą was oznakować jak prosiaki przed rzeźnią.
- Wiesz, Garrick powiedział mi to samo. Poszłam dziś do niego, żeby zapytać, co myśli o tej ustawie. Co tak naprawdę taka rejestracja różdżek może im dać, czy ministerstwo nie blefuje i tak dalej. I powiedział mi coś takiego. Miał niecałe osiemnaście lat, kiedy Europę ogarnęło szaleństwo wojny. Światy mugoli i czarodziejów pogrążyły się we krwi. I jednym z pierwszy kroków do tego było to, że kazali się jednej części populacji oznakować. Ogólnie zdecydowanie odradził mi rejestrowanie różdżki.
- No chyba nie myślałaś poważnie, żeby się rejestrować?
Czarownica przez dłuższą chwilę patrzyła na męża szeroko otwartymi oczami.
- Ty chyba masz problemy z rozumieniem tekstu pisanego. Zakazane będzie używanie przez nich czarów, praca w organizacjach magicznych, a nawet przebywanie w miejscach zamieszkałych wyłącznie przez czarodziejów. Wszystko, czego się uczyłam, co mnie pasjonowało, co chciałam osiągnąć, pójdzie w cholerę. Wyrzucą mnie ze społeczeństwa, do którego należałam przez prawie dziesięć ostatnich lat. Stracę ulubione miejsca, przyjaciół. Naprawdę nie jestem pewna, co powinnam zrobić.
Severus wzruszył ramionami.
- I tak zamierzałaś teraz zrobić sobie przerwę. Zresztą wojna nie potrwa wiecznie.
- Zamierzałam zmienić tryb nauki. Canton nawet podpisał mi plan na dwa lata. A wojna może potrwać całe lata i dobrze o tym wiesz.
- To wyjedź do Szkocji. – Czarodziej z trudem ukrywał, że w jakimś sensie ustawa jest mu na rękę.
- I co? Zostawić to wszystko? Zostawić ciebie, nasz dom?
- Wynajętą chatę, ściślej rzecz biorąc – sprecyzował.
- Dom to nie cegły i kamienie, Snape. Dom to jest coś, z czego czerpiesz siłę, miejsce, gdzie zapuściłeś korzenie. To jest mój pierwszy dom, to miejsce, gdzie jesteśmy my. I żaden Minister Magii mnie z niego nie wygoni, nawet gdyby przylazł tu osobiście. Więc nie wspominaj już o Szkocji, dobrze?
- To pozostaje ci powrót do świata mugoli. W jakimś zakresie ciągle możesz korzystać z różdżki, to jest praktycznie niewykrywalne. Bylebyś robiła to dyskretnie.
- Do świata mugoli? Ja mam skończone kilka lat szkoły podstawowej! Nic nie umiem. Ja już do tego świata nie należę. Jeżeli nie zarejestruję różdżki, wszystko stracę, rozumiesz? Nic mi nie zostanie. Dobrze ci mówić, bo ty dalej będziesz w instytucie. Dalej będziesz współpracował z Dumbledore’em. A ja co, kozy sobie kupię? Rzepę wyhoduję?
Snape długo patrzył na Lily w milczeniu.
- Nie stracisz wszystkiego. Będziesz żyła. To jest dość istotny szczegół. Mówiłaś też, że masz dom. No i… to – wskazał gestem na jej brzuch, jakby samo mówienie o dziecku przychodziło mu z trudnością. - Czy to wszystko to jest nic? To stracisz, jeżeli się zarejestrujesz.


W następnym odcinku: James, Remus, Andromeda, Peter, Lily, Albus, pewna grupa Krukonów i podkład muzyczny, którego dawno nie było.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXXI ( aktualizacja 16 11)

Postautor: labruja » 23.11.15, 17:53

XXXII

Sekretem Krukonów jest to, że dochodzą do prawdy drogą mozolnych małych kroków oraz potrafią skupić się na szczegółach i wyciągać z nich wnioski. Albus Dumbledore, mimo całej wiedzy, jaką posiadał, na pewno nie był Krukonem, a wiele lat wcześniej Tiara Przydziału nawet przez moment nie rozważała przydzielenia go do tego domu. Mimo to, z czasem zaczął doceniać ich metody; metodyczne, dokładne i zawsze prowadzące do wyznaczonego celu. W zasadzie cała niebezpieczna wyprawa Lily i Alicji nie przyniosła żadnych rewelacyjnych nowin. Helena Ravenclaw uciekła do Albanii i tam przed swoją śmiercią schowała diadem. Wiedza o tym dostała się w ręce Voldemorta, który odnalazł go i zabijając albańskiego chłopca, przemienił w horkruksa, a potem zabrał ze sobą. Gryfon, mając te informacje, westchnąłby zniecierpliwiony, bo tak naprawdę nie posuwały one sprawy do przodu. Krukon zapytałby, kiedy dokładnie to miało miejsce.

Śmierć chłopca nastąpiła dwunastego listopada 1944 roku. Dokładnie trzy dni później Tom Marvolo Riddle zapukał do drzwi gabinetu dyrektora, prosząc o posadę nauczyciela w Hogwarcie. Przez wiele lat dyrektor nie miał pojęcia, dlaczego Tom wtedy do niego przyszedł. Voldemort wydawał się być pogodzony z odmową, zresztą wiedział zapewne, że Dumbledore za nim nie przepada i to przez niego Dippet go nie przyjął do pracy zaraz po szkole. Teraz Albus zrozumiał, że Riddle chciał jedynie mieć pretekst, żeby na chwilę wejść do Hogwartu. Każdy z przedmiotów ukrywał osobno i za każdym razem było to miejsce dla niego w jakiś sposób ważne i znaczące. A jakie miejsce może być ważniejsze dla sieroty niż Hogwart?


Albus Dumbledore trzykrotnie przeszedł drogę od wejścia do szkoły do swojego gabinetu. Tom Riddle z pewnością nie ryzykował długich spacerów po Hogwarcie, bo ktoś mógłby go spotkać i uznać jego zachowanie za podejrzane. Dyrektor czuł, że gdzieś blisko, prawie na wyciągnięcie ręki, znajduje się ostatni element układanki. Coś, co pozwali mu złożyć w całość serce Kościeja Nieśmiertelnego. Zaglądał za portrety, szukał w murze skrytek, ale nie znalazł zupełnie nic. Po raz kolejny Krukoni pokazywali, że nie znajdzie drogi na skróty. Ollivander pewnie powiedziałby mu, że drogą do poznania muszą być doświadczenia i badania, a nie liczenie na ślepy traf. Następnego dnia poprosił opiekunów wszystkich domów, żeby przyprowadzili do niego na popołudniową herbatę po dwóch najzdolniejszych pierwszorocznych. Zależało mu na współpracy z najmłodszymi dziećmi, bo liczył, że będą potrafiły zachować otwarty umysł i nie zastanawiać się zbytnio, czemu ma służyć jego eksperyment.



Ósemka dzieci dzieci siedziała naprzeciwko jego biurka i wpatrywała się w dyrektora ciekawym wzrokiem.

- Proszę – powiedział. - Tu są ciastka imbirowe i herbata. Częstujcie się.

Dwoje dzieci wyciągnęło ręce po słodycze, ale z ich spojrzenia mógł wyczytać, że dobrze wiedzą, że nie tylko na ciastka zostały zaproszone.

- Poprosiłem waszych opiekunów, żeby was wezwali, bo chcę wam przedstawić pewne zadanie. Oczywiście ci z was, którzy wykażą się sprytem i umiejętnościami, zdobędą dla swojego domu punkty. Zadanie jest bardzo proste. Wręczę teraz każdemu z was kulę. Chciałbym, żebyście idąc z mojego gabinetu, aż do wyjścia z Hogwartu, starali się ją ukryć. Nie macie zbyt wiele czasu. Oczywiście możecie w pewnym zakresie przemieszczać się po szkole, ale starajcie się zbytnio nie zbaczać ze ścieżki. To test z tego, jak dobrze poznaliście przez ostatnie miesiące Hogwart.

- W jakim zakresie wolno nam zbaczać z trasy? Czy są jakieś dozwolone regulaminem granice? – zapytała młoda Krukonka o jasnych warkoczach.
No tak, pomyślał dyrektor, niedokładnie sprecyzowane zasady.

- W zasadzie to od was zależy. Pamiętajcie, że macie niewiele czasu.

- Czy możemy odkryć jakieś straszne niezabezpieczone tajne komnaty? Czy odnajdziemy tajemnicze przejścia i potwory? - zapytał chudy Gryfon siedzący po lewej stronie.

- Mam szczerą nadzieję, że do tego nie dojdzie. – Dyrektor zaczął się zastanawiać, czy jego pomysł był naprawdę dobry.

Rozdał złote kule i wypuszczał kolejno dzieci z gabinetu w odstępie dziesięciu minut. Kiedy wszystkie już poszły, wyjął mapę Hogwartu, na której jaśniało wszystkie osiem kul, które wcześniej zaczarował, i wprowadził ich namiar na mapę. Jedna z kul była w salonie Slytherinu, który w ogóle nie był po drodze, ale jeżeli dyrektor szukałby jej po drodze, była nie do znalezienia. Kolejna z kul, którą przydzielił jednemu z Gryfonów, została wyniesiona poza szkołę i zawieziona miotłą do rynny w jednej z wież. Też dobra kryjówka – Albus kiwnął głową z aprobatą. Trzecia z kul, którą dał małej Krukonce, była zaczarowana tak, że udawała trzecią rękę kamiennej rzeźby na korytarzu. Imponujące umiejętności transmutacji jak na pierwszorocznych, szkoda, że czar zapewne pryśnie po kwadransie, pomyślał dyrektor. Młody Puchon z kolei poprosił o pomoc przechodzącego akurat skrzata, który zabrał kulę aż do kuchni. Trzy pozostałe kule były w równie przewidywalnych i łatwych do znalezienia miejscach. Tylko jedna, schowana przez Ślizgonkę, zastanowiła dyrektora. Dziewczynka zboczyła trochę z wyznaczonej trasy i zostawiła kulę na siódmym piętrze naprzeciwko gobelinu z Barabaszem Bzikiem. Problem w tym, że tam nie było żadnego pomieszczenia. Dyrektor czym prędzej udał się na siódme piętro i kilka razy sfrustrowany przeszedł obok pustej ściany.

- No gdzie ją ukryła? – powiedział do siebie. - Naprawdę potrzebuję ją znaleźć!

W chwili, kiedy to powiedział, ściana zalśniła słabym światłem i pokazały się drzwi.
Na wpół legendarny Pokój Życzeń, Albus uśmiechnął się do siebie. Dippet niejednokrotnie powtarzał, że trzeba go zlokalizować i zapieczętować, bo jego obecność osłabia morale uczniów, dając niejednokrotnie schronienie kochankom płci przeciwnej i nie tylko.
Pomieszczenie wyglądało jak skrzyżowanie graciarni z muzeum. Setki ważnych dla uczniów przedmiotów, które zostawili tu kiedyś i o których zapomnieli. Zdjęcia, półlegalne artefakty, listy miłosne i pytania do sumów. Wśród tego stosu rupieci z łatwością znalazł zaczarowaną kulę Ślizgonki.
- Pięćdziesiąt punktów dla Slytherinu – mruknął do siebie. - Wygląda na to, że znalazłem miejsce, którego szukałem.
Dumbledore był pewien, że gdyby przeanalizował historię każdego z tych przedmiotów, poznałby niejedną tajemnicę byłych uczniów. Nie mógł się jednak za bardzo skupiać na wspomnieniach, pamiętając, że przyszedł tutaj, żeby odnaleźć diadem Roweny Ravenclaw. Poszukiwania przypominały inwentaryzację albo szlabany, jakie musiał odrabiać, kiedy sam chodził do szkoły. Był zmęczony, jednak nie chciał opuścić pokoju w obawie, że zniknie znowu z jego oczu i nie będzie mógł go otworzyć. W końcu, po wielu godzinach, odnalazł w jednej z szuflad przedmiot owinęły poszarzałym płótnem. Nie musiał go odwijać, doskonale wyczuwał jego aurę. Starając się nie popełniać drugi raz tego samego błędu i nie dotknąć horkruksa, przelewitował zawiniątko do swojego gabinetu. Skrzaty podały mu gorącej herbaty, a on nasmarował dłoń maścią przygotowaną przez Severusa i usiadł wygodnie w fotelu.


A więc udało się, pomyślał. To chyba już wszystkie elementy tej potwornej układanki. Wcześniej miał nadzieję, że do czasu znalezienia horkruksów uda mu się znaleźć sposób na ich zniszczenie. Jedyne, czego udało mu się dowiedzieć, to to, że można użyć tylko czegoś absolutnie niszczącego jak choćby jadu bazyliszka. Niestety, wbrew temu, co mówiły legendy, w szkole nie mieszkał żaden bazyliszek, a przynajmniej przez setki lat nikt nie trafił na wzmianki o nim. Albus Dumbledore zrezygnowany oparł głowę o poduszkę i prawie natychmiast zasnął. We śnie czuł ból ręki, miał świadomość, że klątwa pożera go za życia, rozkłada jego ciało i doprowadza do szaleństwa.


- Nie chcesz umierać, Albusie Dumbledore – mówił cichy głos w jego głowie, który niepokojąco przypominał mu starego przyjaciela z młodości. - Śmierć nie jest jeszcze jedną przygodą, ale wielką pustką i cichym grobem, który z czasem zarośnie darnią. Ale przecież nie musisz umierać. Rozwiązanie jest tak blisko. Wyzwolenie od bólu i śmierci. Potęga, o której nawet ci się nie śniło, wystarczy, że wyciągniesz do niej rękę. Możesz to zrobić. Możesz zdecydować się na zło dla większego dobra. Boisz się śmierci, Albusie Dumbledore, ale nie musisz jej ulegać.


Ocknął się z płytkiego snu zlany potem. Za oknem świtało, a w szyby uderzały ciężkie krople deszczu. Potykając się, wstał z łóżka i w panice otworzył swoją najpilniej strzeżoną skrytkę, w której trzymał horkruksy. Nie mogły tu pozostać ani chwili dłużej, inaczej zwariuje. Musiał znaleźć naprawdę dobrą kryjówkę, ale już teraz trzeba było przenieść rzeczy. Ostatecznie schował je w pomieszczeniu, które służyło jako poczekalnia jego gabinetu. Rzadko ktoś czekał tu dłużej, a sądząc po czystości w szafce, nawet skrzaty nieczęsto tu zaglądały. Na wszelki wypadek zabezpieczył drzwiczki kilkoma zaklęciami i wrócił do swojej komnaty. Na końcu wlał do szklanki trochę koniaku, który lata temu dostał od Horacego, i fiolkę z eliksirem bezsennego snu. Nieczęsto go używał, ale teraz czuł, że go potrzebuje. Musiał wypocząć, a jeżeli chodziło o horkruksy, to - jak mawiała bohaterka pewnej mugolskiej książki - pomyśli o tym jutro.



***



Odkąd wybuchła wojna i życie czarodziejów w dużym stopniu przeniosło się do Szkocji, Gospoda pod Świńskiem łbem stała się modnym miejscem. Aurorzy, którzy patrolowali mur i brali czynny udział w walkach, chętnie w wolnym czasie teleportowali się do Hogsmeade i regenerowali siły w najsłynniejszej szkockiej magicznej wiosce, w której mogli poczuć się jak za czasów dzieciństwa. Trzy Miotły były oblegane najczęściej przez uczniów starszych klas, więc aurorzy woleli spotykać się w Świńskim Łbie. Chociaż Albus Dumbledore nigdy osobiście tam nie przyszedł, miejsce to zyskało sławę nieformalnego centrum Zakonu Feniksa. Remus Lupin zawsze mógł tam spotkać wielu przyjaciół, jednak, jako jeden z nielicznych, nie lubił Gospody pod Świńskim Łbem. Za bardzo przywykł do odwiedzanych równie chętnie przez mugoli, co czarodziejów pubów nad Tamizą, gdzie grali na żywo jazz, żeby teraz czuć się dobrze przy drewnianym topornym stole, który przypominał trochę średniowieczną gospodę z mugolskich filmów fantasy. Zresztą, od kiedy zaczęły dochodzić do niego plotki o nim i o Lily, wolał usunąć się w cień, żeby nie drażnić ludzi. I tak słyszał głosy, że jako wilkołak powinien darować sobie prokreację. Oczywiście mógł zaprzeczyć, ale czy ktoś by w to uwierzył? Z wilkołaka, który zrobił dziecko ich koleżance, stałby się wilkołakiem, który zrobił dziecko ich koleżance i jeszcze się tego wypiera. Starał skupiać się na pracy: Dumbledore zlecił mu opracowanie lepszego sposobu komunikacji ze sobą nawzajem i z tymi, którzy zostali w Anglii. Sowy można było przechwycić, kominki kontrolować, a połączenie mugolskiej i magicznej technologii bywało zawodne. Remus pracował do późna i tylko czasem wychodził zjeść coś w Trzech Miotłach albo przejść się nocą po lesie i zebrać myśli.



Spadł już pierwszy, wczesny w tym roku śnieg, który sprawiał, że nocne uliczki wydawały się nienaturalnie ciche i spokojne. Remus Lupin szedł z rękami w kieszeniach, kiedy poczuł uderzenie w plecy. Obrócił się gwałtownie i zdał sobie sprawę, że ktoś rzucił w niego śnieżką. Naprzeciwko niego stał James Potter, który najwidoczniej dopiero co wyszedł z położonego niedaleko Świńskiego Łba.

- Cześć Remmy – powiedział, wkładając ręce do kieszeni. - Dawno cię nie widziałem.

Remus wzruszył ramionami.

- Tak jakoś. Robota. Ty też prawie cały czas na murze siedzisz.

- Z muru dużo widać, wiesz? Co się w Anglii dzieje na przykład – głos starego przyjaciela był szorstki i nieprzyjemny. - Przy okazji gratuluję.

- Czego? - Remus domyślił się od razu, o co chodzi Jamesowi.

- Nie udawaj, kurwa. A wiesz, że ci ufałem. Miałem cię za przyjaciela, który chce ją wesprzeć – mówił powoli, krok po kroku zbliżając się do wilkołaka. - Co takiego jej dałeś, czego ja nie mogłem, co?

Remus milczał, wpatrując się w płatki śniegu.

- Weź spójrz mi w oczy i powiedz, że to, kurwa, nie ty. Uwierzę ci, tylko to powiedz! Powiedz to, do cholery, Remus! - Czarodziej szarpnął go za kurtkę.

Wilkołak zastanawiał się, co powinien zrobić. Domyślał się, kto jest ojcem dziecka, ale wiedział też, że Lily nie chciała, żeby ta informacja wyszła na jaw. Była szczęśliwa, a on jako wilkołak był ostatnią osobą, która mogła ją oceniać. Sytuacja, w której wszyscy uważali go za ojca tylko dlatego, że Lily przez chwilę u niego mieszkała, była chyba dla niej wygodna. Remus spojrzał głęboko w ciemne oczy przyjaciela i uśmiechnął się ciepło.

- Co masz mi do powiedzenia, Lupin?! - wrzasnął Potter.

- Pierdol się, James. Tyle ci powiem – odpowiedział i zanim skończył mówić, poczuł solidne uderzenie w twarz. Świat zawirował w jego głowie, ale ciągle jeszcze mógł stać. Zastanawiał się przez moment, czy powinien wyciągnąć różdżkę, kiedy drugie uderzenie powaliło go na ziemię. James odszedł, a on leżał jeszcze przez dłuższy czas na śniegu, kontemplując widok wirujących płatków śniegu. Bolał go nos i prawe oko, ale ból był i tak dużo mniejszy niż podczas przemiany. Wisisz mi kremowe, Lilka. Albo nie, lepiej coś mocniejszego, pomyślał, ścierając z policzka krew.



***



Ostatniego dnia października ulica Pokątna była ozdobiona setkami kolorowych światełek i unoszącymi się w powietrzu dyniami. Lily skończyła zajęcia w Instytucie Eliksirów, pobrała z Gringotta wszystkie swoje oszczędności i po raz ostatni zdecydowała się przejść uliczkami magicznego świata. W Lodowej Różdżce kupiła pięć gałek lodów i zabrała dla Ollivandra dyniową kawę na wynos. Był czystokrwistym czarodziejem i teraz, kiedy całkowicie wróci do świata mugoli, ich kontakt będzie mocno utrudniony. Oprócz Garricka nikomu innemu nie powiedziała, że następnego dnia po prostu jej nie będzie. Mogłoby to prowokować niepotrzebne pytania, w końcu większość czarodziejów mugolskiego pochodzenia, jakich znała, zdecydowała się ostatecznie zarejestrować różdżki. Wprawdzie narzekali na nową ustawę i wiedzieli, jakie to niesie ze sobą zagrożenia, jednak trudno było im zrezygnować z życia, jakie znali. Na końcu sprzedała swoje szaty w SzmatSzacie, wychodząc z założenia, że nie będzie już ich potrzebować, a wisząc w szafie, będą zabierały tylko miejsce i przypominały o czymś, co się skończyło. Poza tym każdy grosz im się teraz przyda.
Zrezygnowała też z wynajmu mieszkania, w którym i tak nie bywała, co pozwalało na kolejne oszczędności. W sumie jeżeli liczyć pieniądze, które zostały jej ze smoczych skorupek, nawet po wszystkim, co zainwestowała w badania nad eliksirem tojadowym, to ich sytuacja materialna nie była zupełnie beznadziejna. Lily rozważała schowanie dumy do kieszeni i zgłoszenie się do mugolskiego ośrodka pomocy społecznej po zasiłek, ale musiała podać tam jakiś adres zamieszkania w ich świecie, co nie było wcale proste. Ostatecznie część pieniędzy zamieniła na funty, za które będą mogli przeżyć, a część zostawiła w nadziei, że może uda jej się kupować przez Severusa składniki i kontynuować pracę.

Dwa tygodnie później czuła się, jakby od jej odejścia z magicznego świata minęła cała wieczność. Przez większość dnia spała albo krzątała się bez sensu po domu, sprzątając. Kiedy Severus wracał wieczorem, rzucała się na jego notatki i starała się nadrabiać zaległości, ale nie wszystko rozumiała i pomału dochodziło do niej, że nie uda jej się kontynuować nauki w ten sposób. Problemem był też brak możliwości komunikacji z magicznym światem; nie mogła wysłać sowy w obawie, że ktoś ją wyśledzi, a ich kominek nie był połączony z siecią Fiuu. Jedynie z Andromedą zdarzało jej się rozmawiać z mugolskiego aparatu telefonicznego na oddalonej o dziesięć kilometrów od ich domu poczcie. Doskwierała jej nuda i czuła się nikomu niepotrzebna, dlatego bardzo się ucieszyła, kiedy przyjaciółka wyciągnęła ją na jeden dzień do mugolskiego Londynu.

Lily najpierw teleportowała się na skraj lasu, a potem jechała przez kilka godzin autobusem do Yorku, żeby w w końcu przesiąść się na pociąg do Londynu. Mogła teleportować się w kilka sekund, ale gdyby zobaczył ją jakiś mugol, konsekwencje byłyby poważniejsze niż tylko wypisanie kilku papierków i formalne pouczenie z Biura Aurorów. Pod pewnymi względami czuła się w Anglii jak zbieg, który musi się ukrywać.



Połączona z księgarnią kawiarnia Srebrna Jaskółka była prowadzona przez charłaczkę Kate Tomson. Chociaż w większości gościła tu mugolska klientela, to pojawiali się też czarodzieje. Było to zdecydowanie ulubione miejsce pani Tonks i kilka lat wcześniej pomogła nawet Kate wyjść z tarapatów finansowych i rozbudować nieco lokal. Andromedę, która wtedy dopiero poznawała mugolski świat, fascynowało to, jak pogardzani charłacy, mimo braku umiejętności magicznych, dobrze radzili sobie na styku dwóch światów. Teraz była stałym gościem kawiarni i miała nawet do swojej dyspozycji małe pomieszczenie na zapleczu, w którym bez obaw mogła się teleportować.
- Wyglądasz na zmęczoną, Lily – powiedziała na widok przyjaciółki. - Nie mów, że jechałaś całą drogę w twoim stanie.
- Podobno są łapanki na tych, którzy olali zarządzenie i nie zarejestrowali różdżek. Nie chciałam ryzykować.
- Przesadzasz. Kate można zaufać. Ma tak samo dość ministerstwa jak my. Kochanie – Andromeda zwróciła się do właścicielki kawiarni – zrób nam proszę podwójne kakao i czarną kawę dla mnie, dobrze?
Przyjaciółki rozsiadły się w wygodnych fotelach i Andromeda położyła na stole małe kartonowe pudełko.
- To dla ciebie, Lily. Nie powinno być zbyt ciężkie, spakowałam je zaklęciem. Zebrałam wszystkie rzeczy po Nimfadorze i dokupiłam to i owo. Trochę ubranek, zabawki, pieluszki, takie tam. Jak cię znam, to jeszcze nic nie masz przygotowane, prawda? Na kiedy masz termin?
- Jakoś za miesiąc. Nie było okazji na takie sprawunki – przyznała Lily.
- Nie mogę sobie wyobrazić twojego małżonka, jak na szybko kupuje śpiochy. A tu masz wszystko, co będzie ci potrzebne. I jeszcze najlepsze, popatrz na to – wyjęła z torebki małą książeczkę. - Udało mi się to kupić w antykwariacie na Pokątnej.
- Zaklęcia praktyczne a użyteczne dla matek czarodziejskich skrzatów nieposiadających - przeczytała Lily. - Merlinie wielki, rok wydania 1831, co to w ogóle jest?
- Masa praktycznych rzeczy, kochanie. Zaklęcia na czyste pieluszki i jak lewitować dziecko, żeby się nie porzygało. Nie uczą tego w Hogwarcie, ale jak nie masz pralki automatycznej ani skrzatów, to bez tego się nie obejdzie, bo oszalejesz.
- Naprawdę nie wiem, jak ci dziękować.
- Nie musisz dziękować, tylko najpierw przetestuj te zaklęcia na jakimś kocie czy na czymś. Nie chcę ci uśmiercić potomka, jakby coś nie działało.
Lily przeglądała podręcznik, popijając kakao i ukradkiem zerkała na Andromedę. Po raz pierwszy od kiedy się znały, czarownica wyglądała na przemęczoną, miała sińce pod oczami i nie zdążyła zrobić makijażu. Na jej lewej ręce Lily zauważyła świeży opatrunek.
- Coś się stało? Nie wyglądasz najlepiej – zagadnęła.
- Ja? Wydaje ci się – powiedziała, przecierając oczy. - Tak jakoś się nie wyspałam. Ale to nic takiego – dodała szybko.

W rzeczywistości Andromeda Tonks spała tej nocy tylko kilka godzin. O trzeciej nad ranem obudziło ją gorące pulsowanie naszyjnika, w którym spała, i od razu wiedziała, że ktoś złapał się w jej pułapkę. Nie budząc Teda, jak najszybciej ubrała się, wzięła różdżkę i przygotowała się do wyjścia. Teraz po miesiącu wcale nie była już pewna, że jej plan jest taki dobry. Frank był torturowany, więc jego trzeba było raczej skreślić z listy podejrzanych. Żałowała, że pominęła też Remusa, który był wilkołakiem i w czasie akcji u Gringotta był w bliskich relacjach z Lily. Jeżeli chodziło o Severusa i Petera, to jakoś bardziej podejrzewała tego pierwszego. Kiedy przygotowywała plan, przyświecała jej tylko myśl o zemście, jednak teraz zaczęła się zastanawiać, co jeżeli naprawdę zdrajcą jest Snape. Jeżeli będzie musiała go wydać albo zabić. Naprawdę lubiła Lily, a jej zależało na nim i nosiła jego dziecko. Jak będzie umiała spojrzeć Lily w oczy, jeżeli przyczyni się do jej wdowieństwa? Inna rzecz to czy da sobie radę w bezpośrednim pojedynku. O tym szczególe nie pomyślała i dopiero teraz, kiedy pośpiesznie całowała na dobranoc małą Nimfadorę, zaczynała się obawiać, że może już do niej nie wrócić.
- Chyba zgryfoniałam przez was – mruknęła cicho, zamykając drzwi. - Wszystko przez ciebie, Syriuszu.
Z ulicy błyskawicznie teleportowała się do małej zatoczki, gdzie czekała na nią wynajęta łódka motorowa. Po uaktywnieniu pułapki działał czar utrudniający latanie na miotle, żeby uniemożliwić ewentualną ucieczkę. Rzuciła na motorówkę czar wygłuszający i przez kwadrans sunęła bezszelestnie po zimnej toni morza. Płynęła ostrożnie, panował zupełny mrok, fala była wysoka, a jej umiejętności kierowania ograniczały się do tego, co objaśnił jej mężczyzna, od którego wynajęła łódkę. Najpierw podpłynęła do skały obok, na której wyryła runy i gdzie powinien być ślad tego, kto wszedł do jaskini.
- Błagam cię, Snape, żebyś to nie był ty – mruknęła do siebie, dotykając różdżką runy. Wśród ciemnej nocy na skale zaiskrzyła się srebrnie odwrócona runa Ansusz. Obłuda. Dodatkowo jej błysk świadczył o tym, że złodziej ciągle jest w grocie.
- Ansusz – Andromeda odetchnęła z ulgą. – A więc to ty, Peter. Cóż, i tak miałam ci powiedzieć, że ciasteczka wcale nie były dobre.
Mimo że z trzech przeciwników uważała go za najsłabszego, to jeżeli Peter był zdrajcą, nie mogła go lekceważyć. Rzuciła wcześniej na siebie dwa działające dłużej zaklęcia. Pierwsze pozwalało jej poruszać się bezszelestnie, drugie, zaklęcie lustra, sprawiało, że była widziana w nieco innej lokalizacji niż była naprawdę. Jeżeli Peter przywita ją zielonym światłem Avady, to prawdopodobnie spudłuje o jakiś metr. Ostrożnie wpłynęła do groty łódką i wyjęła mugolską latarkę. Różdżka jako przedmiot magiczny mogłaby nie poddać się zaklęciu Lustra i zdradzić jej położenie.

W środku panowała zupełna cisza. Czarownica spodziewała się ataku albo przynajmniej próby tłumaczeń, ale grota była całkowicie pusta. Ze światłem w dłoni przeszukała każdy centymetr jaskini i nie znalazła nic interesującego. Poczuła się jak idiotka. Nie tak to miało wyglądać. Wyobrażała sobie, że złapie złodzieja na gorącym uczynku, dojdzie do pojedynku, po którym ciało zdrajcy zostanie na zawsze w tej grocie. Jak każdy z rodziny Blacków miała pewne skłonności do przesady i gotyckiej epickości, więc jedyne, co nie przyszło jej do głowy, to fakt, że jej pułapka nie zadziała. Runę aktywuje przypadkowo przelatujący ptak, który wleci do groty, albo sztorm. Czarownica coraz bardziej sfrustrowana jeszcze raz przeszukała grotę, ale kiedy nie znalazła zupełnie nic, wróciła do łódki. Dopłynęła do brzegu i w chwili, kiedy wysiadała, zobaczyła w ciemności przy linach cumowych jakiś ruch. Z różdżką w jednej ręce i kijem w drugiej podeszła, żeby zobaczyć, co to jest, ale cień wyskoczył tuż obok niej, kierując się w stronę trapu. Wydawało jej się, że jest to jakieś zwierzę, przez chwilę miała nawet wrażenie, że widzi płowe futro. Chciała je złapać za kark, ale stworzenie ugryzło ją w rękę i wyskoczyło na brzeg.

W domu zabandażowała dłoń i do rana siedziała w kuchni nad kubkiem zimnej kawy. Czuła, że nawaliła. Najprawdopodobniej źle skonstruowała pułapkę i coś innego ją uaktywniło. A jeżeli rzeczywiście Peter był zdrajcą? Wtedy powinna o tym poinformować Albusa Dumbledore’a. A co jeśli był niewinny, a ona jednym podejrzeniem zniszczy mu życie? Jeszcze raz rozpisała na kartce runy zabezpieczające grotę i wydawało jej się, że wszystko powinno działać jak trzeba. W takim razie dlaczego wszystko pokazywało, że Peter jest w środku, jeżeli go nie było?
- Snape ma rację – powiedziała do siebie, dopijając zimna kawę. - Przez te lata stałam się bezużyteczną gospodynią domową. Umiem robić kanapki, chodzić na zakupy i rozwiązywać krzyżówki. Zbyt długo nie używałam prawdziwej magii i wszystko pozapominałam.

Siedząc z Lily w Srebrnej Jaskółce, Andromeda odczuwała zmęczenie po nieprzespanej nocy i przygnębienie. Miała wielką ochotę podzielić się z Lily swoimi wątpliwościami, ale jej mąż był jedną z osób, na które potencjalnie polowała, i miała wrażenie, że przyjaciółka nie będzie entuzjastycznie nastawiona do jej planu.
- Co jest, Andromeda? Zamyśliłaś się. Przecież widzę, że coś się dzieje. Możesz mi chyba powiedzieć, nie?
No właśnie nie bardzo, pomyślała Andromeda.
- Chyba trochę przeceniłam moje umiejętności magiczne w jednej sprawie – powiedziała smutno. - A tak z innej beczki – dodała po chwili – znasz dobrze Petera Pettigrew? Powiedz, co o nim sądzisz? Ufasz mu? Wiesz, gdzie przebywa ostatnio?
- Petera? Czemu pytasz? Tak, myślę, że mu ufam. Zdaje się, że wynajął mieszkanie w Londynie. Robi coś dla Zakonu, ale nie wiem dokładnie co. Chyba przewozi informacje z Anglii i Szkocji. On nigdy nie był dobry w zaklęciach bojowych, ale można na nim zawsze polegać. Wiesz, myślę, że w szkole trochę go nie docenialiśmy. James i Syriusz… oni zwłaszcza traktowali go trochę, jakby był z nimi na doczepkę. Zupełnie niesłusznie zresztą, bo jego umiejętności magiczne są całkiem spore. Potrafi rzeczy, których nigdy nie umiałam się nauczyć. Moim zdaniem jest całkiem potężnym czarodziejem.
- Na przykład? - zaciekawiła się Andromeda.
- Oj, takie tam – zaśmiała się Lily. - Jak Remus przechodził przemianę w szkole, to chłopaki chciały mu towarzyszyć. I wyobraź sobie, że udało im się, całej trójce, zostać animagami. To był sekret oczywiście. Ja też próbowałam, bo raz, że lubię Remusa, a dwa, że byłam trochę zazdrosna o te nocne eskapady. Ale jedyne, co mi się udało osiągnąć, to to, że pojawił mi się lisi ogon i to taki, który nie chciał zniknąć. Chłopaki miały potem ze mnie ubaw. A Peterowi się udało praktycznie od razu, więc sama widzisz, że nie jest słabym czarodziejem. Powinien tylko bardziej w siebie wierzyć. Oczywiście chłopaki nie chciały się rejestrować. Nawet Dumbledore nic nie wiedział.
Andromeda przyglądała jej się uważnie, jakby zaczynała coś rozumieć.
- A w jakie zwierzęta się zamienialiście?
- Syriusz w psa, ale to wiesz. Potem się z ciebie nabijaliśmy, jak się wkurzałaś o te psie kudły w pokoju. James zamieniał się w jelenia, a Peter w szczura.
Czarownica zrobiła się blada jak papier. Drżącymi rękami wyjęła z torebki papierosy i zapaliła jednego od palącej się na stoliku świeczki. Więc jednak jej pułapka zadziałała, Peter tam był i wymknął jej się. Przemknął obok niej i schował się w łodzi, a potem sama zabrała go z powrotem na brzeg.
- Ty sukinsynu… - powiedziała do siebie cicho.
Lily spojrzała na nią zaskoczona.
- Andromeda, przepraszam, że przeszkadzam – wtrąciła Kate Tomson, podchodząc do stolika. - Dzwoni Ted, mówi, że to ważne. Podejdziesz do telefonu?
Kobieta niechętnie wstała z fotela. Nie miała teraz ochoty na rozmowy z mężem. Zastanawiała się, jak mogła najszybciej skontaktować się z Dumbledore’em i powiedzieć mu o zdradzie Petera.
- Cześć, Andromeda – głos Teda był spokojny, ale znała go na tyle długo, żeby wyczuć, że jest zdenerwowany. - Nimfa jest z tobą? Wzięłaś ją w końcu, tak?
- No co ty. Chciała jechać, ale mówiłam ci, że jej nie zabiorę, bo jest przeziębiona. Wieczorem miała gorączkę. Zostawiłam ją rano w domu, spała.
W słuchawce zapadła długa cisza.
- Nie ma jej. Myślałem, że cię w końcu uprosiła, żebyś ją zabrała, bo rano jak wstałem, to jej nie było.
- Jak to jej nie było? Kurwa, Ted, ona ma sześć lat! Chyba nie wyszła sama z domu!
- Andromeda, nie wrzeszcz! Skąd miałem wiedzieć, że nie jest z tobą? Zacząłem się martwić, bo dzwonił przed chwilą jakiś dziwny facet i chciał z tobą rozmawiać. Jak się dowiedział, że cię nie ma, kazał cię pozdrowić od Dory.
Czarownica poczuła, jak uginają jej się kolana i modliła się w duchu, żeby jej przypuszczenia okazały się tylko panikowaniem wystraszonej matki. Spokojnie, Nimfa ubrała kalosze i poszła bawić się kałużach.
- Gadał coś od rzeczy – kontynuował Ted. - Powiedział, żeby ci przekazać, żebyś się nie martwiła, bo nic złego się nie stanie, o ile zachowasz tajemnice dla siebie. I kazał pozdrowić od Dory. Chyba nie chodzi o Nimfę, co?
- Oddzwonię do ciebie za chwilkę – wydukała. - Kocham się, Ted.
Odłożyła słuchawkę i bez słowa usiadła w fotelu. Kate Tomson widząc, że Andromeda skończyła rozmowę, włączyła radio, z którego rozległa się głośna muzyka*. Andromeda poczuła, jak po policzkach ciekną jej łzy.

https://www.youtube.com/watch?v=n1zBG2TEjn4

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXXII ( aktualizacja 23 11)

Postautor: labruja » 01.12.15, 20:12

XXXIII

- Co teraz? - zapytała Lily, wpatrując się w stół.
- Nic – odpowiedział Ted Tonks. - Czekamy.
Zaciągnięto zasłony i każde okno zabezpieczono dodatkowymi zaklęciami. Była czwarta nad ranem i żadne z nich nie położyło się spać tej nocy. W kominku w kuchni palił się ogień, ale nie pojawiały się nowe informacje. Andromeda i Ted Tonks siedzieli w milczeniu i wpatrywali się w kubki z zimną herbatą. Byli przerażeni tym, co działo się teraz z Nimfadorą, ale ich strach zmieszany był z wzajemnymi pretensjami i żalem.

Ted, który dotychczas był bardzo pozytywnie nastawiony do świata czarodziejów, traktując ich jako interesującą społeczność obdarzoną jeszcze niewyjaśnionymi przez fizykę zdolnościami, teraz czuł się oszukany. Miał żal do żony, że nie powiedziała mu o szczegółach wojny, która działa się dosłownie obok niego. Teraz czarodzieje jawili mu się jako grupa groźnych fanatyków, wariatów, którzy porwali jego małą córeczkę, a on nie miał możliwości jej ochronić.

Lily miała żal do Andromedy. Kiedy jeszcze w Srebrnej Jaskółce wysłuchała wszystkiego, miała ochotę bez słowa teleportować się do domu i więcej nie odezwać do przyjaciółki. Czuła się oszukana, bo ktoś, kto był świadkiem na jej ślubie, kto znał każdy szczegół jej życia, potajemnie podejrzewał jej męża o zdradę i rozważał jego zabójstwo. Oczywiście Lily ani przez moment nie zakładała, że Severus może skrycie stać po ciemnej stronie, a samo podejrzenie uważała za zdradę. Coś było w tym, co powtarzał James, Ślizgonom nie można do końca ufać. W grę wchodziło jednak życie Nimfadory i ostatecznie postanowiła odstawić własne uczucia na drugi plan.

Andromeda miała żal do wszystkich ze sobą włącznie. Dlaczego nie zabezpieczyła należycie domu? Co prawda udało im się ustalić, że prawdopodobnie Peter wywabił Nimfadorę z domu i tam ją porwał, a na to nie miała większego wpływu. Okno pokoju małej wychodziło na ulicę i mężczyzna musiał dać jej jakieś znaki, a kiedy wyjrzała, żeby zobaczyć, co się dzieje, skusił dziewczynkę, żeby na chwilkę do niego wyszła. Andromeda nie mogła nic zrobić, jednak i tak czuła się winna. Była też w jakiś sposób zła na Teda, że był w domu i niczego nie zauważył. Że nie potrafił obronić ich córki tak, jak to powinien zrobić mężczyzna. Nic nie mówiła, ale jej żal unosił się w powietrzu jak papierosowy dym. Chociaż najbardziej winna czuła się ona sama. Gdyby od początku zdecydowała się z nimi pełnić dyżury pod Gringottem, to nie dopuściliby tej szumowiny do zespołu i Syriusz ciągle by żył. A Nimfadora byłaby w domu.
- Andromedo, wiem, że już to mówiłam – przerwała milczenie Lily. - Musimy zawiadomić aurorów i Albusa Dumbledore’a. On jakoś pomoże. Poza tym musi wiedzieć, że Peter jest zdrajcą.
- Nie – sprzeciwiła się czarownica.
- To daj mi przynajmniej pogadać z Severusem – jęknęła. - Może on coś wie z drugiej strony.
- Nie. Wiadomość była jasna. Zabije ją, jak zaczną jej szukać.
- To co robimy?
- Czekamy.
Andromeda Tonks zastanawiała się, jaki będzie następny krok Petera. Nie może trzymać Nimfadory wiecznie, prawdopodobnie zgodzi się ją zwolnić, jeżeli wszyscy złożą Wieczystą Przysięgę, że go nie wydadzą i pozwolą sobie wyczyścić pamięć. Żałowała, że w chwili desperacji i słabości wszystko opowiedziała Lily. Trzeba ją była wysłać do domu i udawać, że nic się nie stało. Rozważała też skontaktowanie się z Bellatrix. Więzy krwi zobowiązywały, a ona była gotowa wydać całą jasną stronę w zamian za córkę. Wiedziała jednak, że Blackowie są do końca wierni swoim przekonaniom i jeżeli jej siostra stanęła po stronie Czarnego Pana, to nie zrobiła tego z oportunizmu i teraz na pewno nie zgodzi się na targi. Czarownica w milczeniu bawiła się różdżką, rozważając rzucenie na Lily Obliviate. Kominek zamigotał zielonym światłem i w ogniu pojawiła się głowa mężczyzny. Godzinę wcześniej Lily przekonała ich, żeby zapytali angielską i szkocką grupę zajmującą się niewłaściwym użyciem czarów, żeby rozejrzeli się, czy w ciągu ostatnich godzin nie działo się cokolwiek dziwnego. Na południe od muru nic nie zauważyli, teraz czekali na wieści ze Szkocji. Deargh Coliville był starszym czarodziejem, który zajmował się przestrzeganiem ustawy o tajności od bardzo wielu lat.
- Masz coś, Deargh? - zapytała ciekawie Lily.
- Nic. Spokój. Zresztą byłoby łatwiej, gdybyś powiedziała mi, czego szukasz. Wiesz, że nie wszystko znajdujemy.
- Niczego konkretnego. Po prostu powiedz mi, czy dzisiaj od rana były jakieś interwencje.
- Zupełnie nic się nie działo. Jedyne co to wezwali mnie na mugolski dworzec autobusowy w Edynburgu, bo jakiś magiczny dzieciak narysował na ścianie ubikacji psa, który biegał. Naprawdę, Lily, rodzice mogliby bardziej pilnować bachorów. Bezczelny gówniarz nawet próbował się podpisać, ale wyszło z tego tylko koślawe N. Z tego powodu musieliśmy tam jechać i sprawić, żeby kundel przestał biegać po kafelkach.
Andromeda poruszyła się nerwowo.
- Dziękujemy za pomoc - powiedziała cicho. - Rzeczywiście nic się nie działo. Jakby co, daj znać.
Odezwali się dopiero, kiedy mieli pewność, że łączność przez kominek się przerwała.
- Czyli zabrał ją za mur – stwierdziła Lily. - Sprytna dziewczynka, wypuścił ją do ubikacji, a ona zostawiła nam znak. Musiała mieć magiczne kredki w kurtce. Znaczy, że nie zaniósł jej do Sami-Wiecie-Kogo.
- To ostatnia osoba, którą Peter chce w to mieszać – zaoponowała Andromeda. - Mówić swojemu panu, że o nim wiemy? Tylko czemu akurat Szkocja? Przedzieranie się przez mur z małą, która może zacząć krzyczeć, jest dość niebezpieczne w jego sytuacji.
Przez dłuższą chwilę milczeli, zastanawiając się, jakie mogą być plany Petera.
- Wiem, czemu Szkocja – wypaliła Lily. - Nie miał czasu się przygotować i na pewno szukał miejsca schronienia, jakie zna. Kojarzysz Wrzeszcząca Chatę? Wcale nie jest nawiedzona, tylko obłożona zaklęciami ochronnymi. Remus spędzał tam przemiany jeszcze w szkole i Peter o tym wie. Można się tam dostać przez Bijącą Wierzbę, wiem jak i on też to potrafi. Jestem pewna, że tam musiał iść. Jeżeli teraz zawiadomimy aurorów, to go z stamtąd wyciągną.
- A razem z nim trupa mojej córki.
- Lily ma rację – wtrącił się Ted. - W takich akcjach liczą się cywile.
- Ale nie kiedy ich rodowe nazwisko brzmi Black! Wy, kurwa, nie rozumiecie? Moja siostra prawie każdemu z nich zabiła kogoś z rodziny. Myślicie, że będą się cackać z siostrzenicą Belli? A Peter nie użyje jej jako żywej tarczy? Sama muszę tam pojechać. Jak się tam dostać, Lily?
- Jadę z tobą, Andromeda.
- Ja też - powiedział Ted.
- Nie. Ktoś z was musi zostać, żeby Peter wiedział, że zabicie nas wszystkich nie rozwiąże problemu. Ukryj się i jeżeli nie damy znaku życia, to wiesz, jak porozumieć się z magicznym światem – wskazała głową na kominek.
Nie chciała dodawać, że jako mugol jej mąż niewiele jest w stanie pomóc.

Jaguar XJ6 czarownicy musiał być odrobinę poprawiony magią, bo sunął autostradą z zawrotną prędkością. Od kiedy pojawił się jakiś trop, Andromeda otrząsnęła się z letargu, w jaki wpędził ją strach i beznadziejność. Teraz miała cel; odzyskać dziecko i dokończyć coś, co nie udało jej się w jaskini. Kiedy droga minęła mur, podleciało do nich na miotłach dwóch aurorów, ale znali Lily i mimo pewnej nieufności wobec Andromedy pozwolili im jechać dalej. Jeżeli Peter podróżował mugolskim autobusem, to nawet jeżeli jechała koło niego śpiąca dziewczynka, też pewnie nie zadawali mu pytań. Lily rozłożyła skórzany fotel i przytulając się do swetra, próbowała zasnąć. Dziecko niespokojnie kopało w jej brzuchu, zupełnie nie akceptując nocnych eskapad swojej matki.
- Podjedziemy samochodem na ile się da. Potem myślałam, żeby zabrać się na miotle – powiedziała Andromeda. - Dasz radę latać?
- Nie bardzo. Punkt ciężkości mi się przesunął i kiepsko u mnie teraz z równowagą.
- Tylko mi nie zacznij rodzić. Podjadę bliżej niż się da, najwyżej się będziemy potem tłumaczyć. Pokażesz mi drogę. W tunelu pójdę pierwsza i spróbuję z nim negocjować, ty idź za mną i spróbuj go trafić tak, żeby nas nie zabić.
Na ostatnim odcinku drogi samochód wzniósł się ponad Hogsmeade i wylądował lekko niedaleko Hogwartu. Było już jasno i czarownice były zaskoczone, że nikt ich nie zauważył.
- Jak tak pilnują, to ja nie jestem pewna, czy jestem po zwycięskiej stronie – stwierdziła kwaśno Andromeda. - Na smoku by tu można wylądować i pies z kulawą nogą by nie zauważył.
- Pies by zauważył – stwierdziła smutno Lily. - Taki bez kulawej nogi.
Czarownica bez trudu uspokoiła Bijącą Wierzbę i ostrożnie, krok za krokiem, zaczęły przedzierać się przez wąskie korytarze.
- Pamiętaj, ja odwrócę jego uwagę, a ty go obezwładnij – szepnęła Andromeda. - Myślę, że będzie chciał ze mną gadać.
Czarownica wczołgała się przez otwór do małego pomieszczenia oświetlonego słabym światem wpadającym przez zakurzone okno. Od razu zobaczyła Nimfadorę śpiącą na stercie brudnych szmat na podłodze. Jej ręce były związane, a czoło wilgotne od kropel potu. Peter siedział na fotelu, jego oczy były przekrwione z niewyspania i przedawkowania eliksirów rozbudzających i kawy. Widząc wychodzącą z przejścia kobietę, otworzył oczy szeroko ze zdziwienia i momentalnie sięgnął po różdżkę.
- Diffindo! - krzyknęła Andromeda.
Na widok związanej córki odechciało jej się negocjacji. Chciała pokroić Petera na kawałki i to było pierwsze zaklęcie, jakie przyszło jej do głowy. Czar przeznaczony był jednak na przedmioty, a nie na ludzi i nie podziałał tak mocno, jak zakładała. Jedyne, co osiągnęła, to krwawa szrama na jego ramieniu.
- Expulso! - krzyknął Peter i Andromeda wywróciła się do tyłu.
- Impedimento – Lily wyszła z korytarza, rzucając zaklęcie. Przeklinała siebie w duchu, że w sytuacji walki zawsze przychodzą jej do głowy nieodpowiednie zaklęcia.
To jednak wystarczyło, żeby Peter na moment zatrzymał się, a Andromeda podniosła różdżkę i rzuciła ostatnie zaklęcie.
- Petrificus Totalus!
Obie czarownice spętały Petera, złamały jego różdżkę i czym prędzej uwolniły Nimfadorę. Dziecko miało wysoką gorączkę i było przerażone.
- Lily - powiedziała Andromeda, uśmiechając się pod nosem. - Zabierz Nimfę do Hogsmeade. Ja w tym czasie go popilnuję i zastanowimy się, co robić dalej.
Bez trudu przecisnęły się wąskim korytarzem i ruszyły w drogę do Hogsmeade. Lily postanowiła zostawić małą u Madame Rosmerty i jak najszybciej wrócić do Andromedy.
- To ty narysowałaś psa, prawda, kochanie?
- Tak. Bardzo mnie pilnował, ale powiedziałam, że chcę siku i mnie puścił. Na początku mówił, że musi mnie zaprowadzić do mamy, ale potem pomyślałam, że chyba kłamie. Byłam dzielna i bałam się tylko trochę. Kiedyś będę aurorem i nie będę się już bała wcale a wcale.
Oni też się boją, pomyślała Lily, ale nie powiedziała tego głośno.

W drodze powrotnej miała złe przeczucia, ale nie potrafiła biec, umiała tylko robić ostrożne małe kroczki na zamarzniętej ziemi. Jej niepokój wzrósł, kiedy już z daleka usłyszała w korytarzach krzyki przypominające wycie upiorów. Trzymając się za brzuch, ze ściśniętą w dłoni różdżką przyśpieszyła i zatrzymała się dopiero w pomieszczeniu, w którym zostawiła przyjaciółkę. Peter wisiał w powietrzu rozebrany od pasa w górę i krzyczał, podczas gdy Andromeda siedziała wygodnie w fotelu i paliła papierosa z półprzymkniętymi powiekami.
- Crucio! - krzyknęła, strzepując popiół na podłogę.
- Andromeda! Co ty robisz?
- Edukuję – odpowiedziała spokojnie. - Szkoda by było, żeby ten sukinsyn umarł bez świadomości, co spotyka tych, którzy atakują moją rodzinę. Nie powinien był mieszać w to Nimfy. Crucio!
W rozpuszczonych czarnych włosach i na wysokich obcasach przypominała teraz swoją budzącą strach siostrę.
- Opuść go na ziemię! Tak nie można!
- Wedle życzenia – zaśmiała się czarownica i Peter wylądował z hukiem na podłodze.
Lily zauważyła, że ma złamaną rękę i spodnie poplamione moczem.
- Lily – wyjąkał. - Błagam, proszę, nie możecie… pomóż mi, proszę! Syriusz by tego nie chciał.
- Crucio! - krzyknęła czarownica. - Masz czelność mówić o Syriuszu, gnido?
- Nie możemy tak robić – zaprotestowała Lily. - Musimy oddać go w ręce Dumbledore’a. Jasna strona tak nie postępuje i nawet on zasługuje na uczciwy proces.
- A kto ci mówił, że ja jestem po jasnej stronie, kochana? Jestem po stronie tych, których kocham. Wiesz, Bella mówiła kiedyś, że czytała, że człowiek nie jest w stanie wytrzymać więcej niż dwóch godzin Cruciatusów. Myślisz, że to prawda? Sprawdzimy. Mamy tu małego szczurka doświadczalnego.
- Ty jesteś szalona – szepnęła Lily, robiąc krok do tyłu.
Wzięła głęboki wdech i zanim Andromeda zauważyła, co się dzieje, wyciągnęła różdżkę.
- Expelliarmus! - rzuciła czar i zanim Tonks otrząsnęła się ze zdziwienia, skrępowała ją magicznymi więzami i skierowała różdżkę na Petera.
- Jak spróbujesz zmienić się w szczura albo zrobisz jeden głupi ruch, zabiję cię, rozumiesz?
- Lily, ja… musisz mnie zrozumieć, Czarny Pan przyszedł do mnie, nie miałem wyboru – Peter pomału odzyskiwał pewność siebie.
- Zamknij się. Idź pierwszy tak, żeby czuć moją różdżkę na plecach.
Kiedy wracali na powierzchnię, Peter próbował ułożyć sobie w głowie plan ucieczki. Jego różdżka była złamana, a on był poważnie poraniony. Z drugiej strony Lily była tylko babą w zaawansowanej ciąży i z łatwością mógł ją przewrócić. Trzeba było jednak pamiętać, że to ona miała różdżkę i jeżeli ucieczka się nie powiedzie, to może trafić znowu w ręce tej wariatki, Tonks. Jeżeli miał uciec to jak najdalej od niej. Kiedy zbliżali się do szkoły, Lily pomyślała, że nie może tam wejść, trzymając na końcu różdżki poranionego człowieka.
- Teraz tak – powiedziała, zatrzymując się i tworząc dookoła barierę. - Zamienisz się w szczura. Jest bariera, więc nie uciekniesz. Zaniosę cię i nie próbuj robić żadnych głupot.
- Nie oddawaj mnie w ich ręce, Lily. Nie miałem innego wyjścia. Oni mnie zabiją, nie dadzą mi drugiej szansy.
- Nie zasługujesz na drugą szansę! Sam wybrałeś taką drogę, Peter.
- Tak jak Severus Snape, Lily? On też nie zasługuje na drugą szansę?
Przez ciało czarownicy przeszedł zimny dreszcz. Zdała sobie sprawę, że jeżeli Peter się domyśla, to może zniszczyć wszystko, co dla niej ważne. Przypomniała sobie to, co Severus mówił jej o oklumencji.
- Nie wiem, jaką drogę wybrał Severus Snape – powiedziała obojętnie. - I szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi. A teraz zmieniaj formę, bo wrócimy do Wrzeszczącej Chaty.
Peter nie mając innego wyjścia, zmienił się w szczura i pozwolił nieść się za ogon, wypatrując okazji do ucieczki. Zanim dotarli do Hogwartu, było już przed południem. Dzieci były na zajęciach i z wyjątkiem Filcha, który pozdrowił ją podejrzliwie skinieniem głowy, nie spotkała nikogo. Doszła do gabinetu Albusa Dumbledore’a i zauważyła, że szczur robi się z każdą chwilą bardziej niespokojny i lada chwila może nie dać rady go już dłużej trzymać.
- Dyrektor jest u siebie? - spytała jeden z portretów.
- Nie. Jest gdzieś w szkole. Poszukamy go.
Słysząc to, zwierzę wywinęło się, usiłując ją ugryźć w rękę i Lily była pewna, że zaraz go upuści.
- Cytrynowe dropsy – spróbowała starego hasła.
Oczywiście goście znający to hasło mogli wejść tylko do pierwszej sali, która służyła jako poczekalnia i czasem pokój spotkań. Żeby dostać się do prawdziwych komnat Albusa Dumbledore’a, trzeba było przejść o wiele bardziej szczegółową weryfikację. Pomnik Chimery skrzypnął i czarownica ze szczurem trzymanym za ogon weszła do poczekalni. Kiedy drzwi się zamknęły, zabezpieczyła je dodatkowym zaklęciem tak, że dało się je otworzyć tylko z zewnątrz, od strony, od której wejdzie Dumbledore. Ledwie stanęli, Peter znowu zmienił się w mężczyznę. Był przerażony, Dumbledore’a bał się prawie tak samo jak Czarnego Pana i zwlekając zbyt długo z ucieczką, niemal trafił w jego ręce. Lily mierzyła do niego z różdżki, a on zdawał sobie sprawę, że rozmowa z nią niewiele zmieni w jego sytuacji.
- Myślisz, że jestem ci wdzięczny, tak? Słodka Lily Evans, szlamowata kurewka z wielkim brzuchem i jej jasne zasady. Litość i prawość, rzygać mi się chce. Nie wiecie jeszcze, do czego Czarny Pan jest zdolny.
- Jesteś obrzydliwy, Peter – powiedziała przerażona.
Czarodziej mimo bólu ręki i sytuacji, w jakiej się znalazł, poczuł, jak wraca mu pewność siebie. W jakimś sensie było to wspaniałe uczucie, bo po raz pierwszy w życiu mówił dokładnie to, co myślał. Nie zważając na wyciągniętą różdżkę, podszedł do Lily tak blisko, że czuł jej oddech.
- Krok do tyłu, Peter – powiedziała czarownica, czując, że trzęsą jej się nogi.
- Bo co? Wyczarujesz małe ptaszki? Nie jesteś w stanie rzucić Crucio, nie jesteś w stanie mnie zabić, powinienem to wiedzieć od początku, kretynko.
Podszedł jeszcze bliżej i Lily musiała zrobić krok w tył. Przycisnął ją do ściany, a potem przejechał ręką po jej pośladku i jednym silnym ruchem wyrwał jej różdżkę.
- Alohomora! - krzyknął w kierunku drzwi, które jednak ani drgnęły.
- Nie otworzą się, Peter. Musimy poczekać na Albusa Dumbledore’a.
- Otwórz, kurwa, te drzwi! - wrzasnął, celując do niej różdżką.
Lily zasłoniła ręką brzuch, modląc się w duchu, żeby dyrektor zdążył przyjść na czas. Usłyszała z korytarza jakieś głosy. Ktoś widocznie rozbrajał jej zaklęcie. Peter z przerażeniem na twarzy odsunął się w głąb pomieszczenia i w chwili, kiedy drzwi uchyliły się, Lily poczuła powiew gorącego powietrza i ogień buchający w jej stronę. Czarodziej musiał w desperacji rzucić jakieś potworne zaklęcie, bo całe pomieszczenie wypełnił ogień. Skuliła się i w odruchu, który ćwiczyli z Severusem dziesiątki razy, wyrwała sobie z ucha kolczyk. To był świstoklik, który jej mąż dał jej zaraz po tym, jak zamieszkali w chacie w lesie, i miała użyć go tylko w ostateczności. Przypominał jej o tym średnio dwa razy w tygodniu, doprowadzając do szału. Cóż, pomyślała, kiedy fala ognia uderzyła w jej kierunku, to zdecydowanie jest sytuacja kryzysowa.

***
Z ósmego piętra Royal Free Hospital widać z oddali Tamizę. Lily siedziała wieczorami w szlafroku przy oknie i patrzyła na światła przepływających statków i bożonarodzeniowe dekoracje. Dni były szare i krótkie, a wielkie płatki śniegu wirowały w powietrzu i osiadały na parapecie. Do terminu porodu brakowało prawie tygodnia, ale udało jej się nakłonić lekarzy, żeby już teraz położyli ją w szpitalu. Załatwiła wszystkie formalności związane z ubezpieczeniem po mugolskiej stronie i bez większych problemów została przyjęta na obserwację do Royal Free Hospital. Dojazd z ich chaty do jakiejkolwiek formy opieki medycznej był mocno utrudniony, a raczej nie odważy się teleportować w tym stanie, pomijając już fakt, że ciągle nie miała nowej różdżki po tym, jak stara spaliła się w poczekalni gabinetu Albusa Dumbledore’a. Wprawdzie większość czarownic rodziła w domu, a wykwalifikowane położne były niezawodne i pomocne, ale nie należała już do magicznego świata i ta forma pomocy jej nie przysługiwała. Zresztą nawet gdyby znaleźli kogoś, kto był chętny do pomocy, to nie chciała przecież podać swojego adresu ani danych dziecka. Zdecydowanie bezpieczniej było urodzić w świecie mugoli. W tym układzie można było nawet zarejestrować dziecko pod nazwiskiem ojca. Wiadomość o tym pojawi się w świecie magicznym dopiero za jedenaście lat, kiedy wysyłane będą listy z Hogwartu.

Większość kobiet leżących na oddziale była regularnie odwiedzana przez kogoś z rodziny, a jej musiało wystarczyć czytanie książek i kopnięcia dziecka, które pomału przygotowywało się do przyjścia na świat.
- Jesteśmy tu razem, prawda, młode? - mówiła wtedy, próbując zagłuszyć samotność.
Tylko raz dziennie mogła kontaktować się z Severusem. Dokładnie o dwudziestej teleportował się w okolice poczty i dzwonił na numer stojącego na siódmym piętrze aparatu telefonicznego. Lily zazwyczaj czekała już piętnaście minut wcześniej i gapiąc się na odpryskującą żółtą farbę, modliła się, żeby czas mijał szybciej.
- Jak tam, Evans? - usłyszała znajomy głos w słuchawce.
- Nudno. Substancja niejednorodna Snape-beta ciągle nie wykazuje wskaźników rozpoczęcia procesu ekstrakcji elementów. W kociołku spokój. Tylko butów nie umiem już sama zawiązać.
- To chodź w klapkach. Wytrzymujesz jakoś z tymi mugolami?
- To jest teraz mój świat, panie czarodziej. Zapominasz, żeście mnie wykopali? – powiedziała smutno.
- W drodze wyjątku może cię jakiś czarodziej do domu przyjmie z powrotem.
Na wspomnienie chaty w lesie Lily poczuła się strasznie samotna w sterylnych szpitalnych korytarzach.
- Tęsknię, Snape. Chodziłam dziś dwie godziny po schodach, żeby jakoś to wszystko przyśpieszyć.
- Nie rób głupot, Lily – upomniał ją.
- A ty nie marudź. Nigdy nie robię głupot, tylko szczodrze dystrybuuję odwagę.
Po tych rozmowach Lily kładła się spokojnie spać, wiedząc, że mimo wojny gdzieś tam jest ktoś, do kogo może wrócić. Bolało ją tylko, że Severus konsekwentnie unikał tematu dziecka. Zachowywał się tak, jakby wylądowała w szpitalu z powodu kamieni nerkowych; bolesnej, ale uleczalnej dolegliwości, która w żaden sposób nie wpłynie na ich życie. Cały czas tłumaczyła go, że mężczyzna potrzebuje czasu, żeby oswoić się z ojcostwem, ale jej cierpliwość była już na wyczerpaniu. Nie mówili też o imionach. Lily przyjęła, że kiedy zobaczy dziecko, to wyczuje, tak jak się wyczuwa różdżkę, i odkryje, jak powinna nadać mu na imię. Uważała, że potomek powinien sam się przedstawić, zamiast dostawać narzucone imię od rodziców.


W końcu odważyła się też zadzwonić do Andromedy. Wiedziała, że czarownica musi być na nią wściekłą za to, że ją zaatakowała i zabrała Petera. Nie mogła jednak postąpić inaczej i spokojnie patrzeć, jak torturuje się człowieka, nawet jeżeli był nim zdrajca.
- Cześć, wiesz, kto mówi – zagadała, bojąc się, że Andromeda odłoży słuchawkę.
- Witaj, Lily – odpowiedziała.
Teraz dopiero Lily zdała sobie sprawę, że jej przyjaciółka nie tyle jest na nią zła, co wstyd jej za wybuch nienawiści.
- Jak Nimfa?
- Dobrze. Poza tym, że wszystkim opowiada, jak zostawiła znaki i oszukała zdrajcę Zakonu Feniksa. Poważnie się zastanawiam, czy nie wyczyścić jej pamięci.
Czarownica zachichotała.
- Nie chcę cię straszyć, ale to się może Gryffindor szykować.
- No przestań. Zostawienie śladów było bardzo ślizgońskie.
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.
- Dziękuję, Lily – powiedziała czarownica z wyraźnym trudem. - Miałaś rację, nie wiem, co we mnie wstąpiło tam we Wrzeszczącej Chacie.
- Matka w ciebie wstąpiła. Nie wracajmy już do tego.
- Peter nie żyje, wiedziałaś?
Doszła już do niej ta informacja. Zaklęcie, które Peter rzucił, myśląc, że za chwilę za drzwiami pokaże się Dumbledore, nazywało się, zdaje się, Szatańska Pożoga. Widocznie nauczył się gdzieś tego ohydnego czaru, ale nie umiał nad nim do końca zapanować, bo ogień zajął całe pomieszczenie i zabił też jego samego.

Lily brakowało różdżki; nie rozstawała się z nią od jedenastego roku życia, a w czasie pożaru spaliła się razem z całym pomieszczeniem. Chciała jak najszybciej dostać nową, ale Ollivander odpisał na jej list, mówiąc, że z przyjemnością sprezentuje jej kolejną różdżkę, ale lepiej poczekać, aż urodzi się dziecko, bo niedobrze jest zmieniać ją w okresie przełomowym i czasie zmian życiowych. Musiała zatem odczekać przynajmniej kilka tygodni od urodzenia dziecka.

Lily urodziła w końcu po sześciu godzinach bolesnej walki i dwóch mugolskich kroplówkach w słoneczny zimowy poniedziałek piętnastego grudnia. Wieczorem pokazali jej dziecko; malutką, niewiele ponad dwukilową dziewczynkę o czarnych sterczących włosach i zielonych oczach. Czarownica od razu wiedziała, jak powinna dać jej na imię.
- Ariana Snape – powiedziała cicho, dotykając jej lekko sterczącego noska. - Witamy na świecie, młoda.

Lily nie wiedziała, kim była Ariana, ale domyślała się, że był to ktoś ważny dla Dumbledore’a. Pamiętała to imię wyryte na nagrobku w miejscu, gdzie pochowali Regulusa. Ktoś, kto odszedł dawno temu, a mimo to nie został zapomniany. Czarownica nie wiedziała dlaczego, ale coś mówiło jej, że właśnie tak powinna nazywać się jej córka. Tego wieczora była zbyt zmęczona, żeby dojść do aparatu telefonicznego i powiedzieć Severusowi, że wszystko w porządku. Leżała cicho, kołysząc łóżeczko, w którym spała córka, kiedy w pokoju rozległo się ciche pukanie. Zanim zdążyła powiedzieć proszę, w drzwiach pokazała się głowa Remusa Lupina.
- Cześć – zawołała zdziwiona. - Wiesz, która godzina? Piguły cię wpuściły?
- Teleportowałem się do łazienki. Chyba damskiej, ale nikogo nie było – wyjaśnił.
- Andromeda się wygadała, gdzie jestem? - zapytała.
- Tak. Jutro spodziewaj się pielgrzymek całego Zakonu Feniksa.
Czarownica przewróciła oczami, ale w sumie się cieszyła, że czarodziejski świat ciągle o niej pamięta. Wilkołak zajrzał do małego szklanego łóżeczka na kółkach, w którym spała Ariana. Dziecko było małe i niespecjalnie piękne. Patrząc na sterczące czarne włosy, przydługi nos i ostre rysy widoczne już u noworodka, Remus chciał powiedzieć, że jest podobna do ojca, ale w porę ugryzł się w język.
- Może z wiekiem wyładnieje – stwierdził dyplomatycznie.
- Remus! No wiesz co?! Śliczna jest!
Czarodziej westchnął, nie chcąc wyprowadzać Lily z błędu.
- Przepraszam za te plotki. To naprawdę nie ja je puszczałam – powiedziała czarownica przepraszającym tonem.
- Przecież wiem. Nie tłumacz się. Chciałem tylko zapytać, czy jej ojcem jest...
- Nie pytaj o to, Remus – przerwała mu, podnosząc się na łóżku. - Proszę cię.
- Czy jej ojcem jest ktoś, z kim jesteś szczęśliwa?
- Tak – powiedziała z ulgą.
Jednym z powodów, dla których nikomu nie powiedziała, że jest w szpitalu, była niechęć do odpowiadania na takie właśnie pytania.
- To w porządku. Tylko tyle chciałem wiedzieć. A swoją drogą nieźle nas nastraszyłaś. Czemu nie dałaś znaku życia po pożarze?
Lily westchnęła. Kiedy świstoklik przeniósł ją do domu, była tak zmęczona i przerażona, że musiała się położyć na kilka minut. Chciała przykryć się kocem i poleżeć chwileczkę, a zasnęła na całe dwadzieścia godzin. W końcu skontaktowała się z Dumbledore’em i powitano ją, jakby wróciła z zaświatów. Przez ten cały czas przeszukiwano pogorzelisko w poszukiwaniu jej ciała, ale znaleziono tylko zwęglone resztki Petera.
- Zaspałam – wzruszyła ramionami. - Przepraszam.
- Zjaraliście Dumbledore’owi pół gabinetu. W sumie tylko Fawkes się ostał, ale jest teraz nieopierzony. Ale dyrektor nie był bardzo wkurzony.
- Miałam mało szlabanów w szkole, to teraz nadrobiłam. Poza tym to nie ja, tylko Peter. Dobrze, że miałam ten świstoklik.
Kiedy wychodził po godzinie, Remus odwrócił się jeszcze w drzwiach.
- A tak à propos tajemnic. Chyba cię tu przyjęli na mugolskie dokumenty, które niedawno wyrabiałaś.
- Tak. I co?
- Nic. Zakryj jakoś tę kartkę z łóżka małej, bo tam, nie wiadomo czemu, napisali nazwisko domniemanego śmierciożercy. Wiesz, ludzie mogliby to jakoś zbyt dosłownie interpretować – wilkołak puścił do niej oko i zniknął za drzwiami.

***
Severus Snape o dziecku starał się zbyt wiele nie myśleć. Miało spełniać dwie funkcje; odciągnąć Lily od niebezpiecznych działań i sprawić, że będzie szczęśliwa. Traktował je jak niedogodność nie większą od posiadania kota i miał nadzieję, że za jakiś czas sytuacja się uspokoi i za jedenaście lat będzie je można wysłać do Hogwartu. Kiedy Ariana pojawiła się w domu, stwierdził, że chociaż dziecko idealnie spełniło obydwie funkcje, to jednak nie czuł się w jego obecności komfortowo. Stworzenie, które Lily przyniosła ze szpitala, było małe i dość brzydkie. W zasadzie przypominało coś, co powinno stać się alchemiczną ingrediencją; białe i łyse jak głębinowa ryba.

Severus lubił racjonalizować sprawy, które go przerastały i tym razem też powtarzał sobie, że jego stosunek do Ariany jest obojętny. Często jednak łapał się na tym, że kiedy Lily nie patrzyła, zaglądał do koszyka, gdzie spała i obserwował ją. Chociaż była niespotykanie cichym i spokojnym dzieckiem, to jej obecność dziwnie go irytowała. Zakłócała wewnętrzny spokój, poruszała coś, czego nie chciał i nie potrafił zrozumieć. Na dodatek, najczęściej, kiedy do niej zaglądał, dziewczynka otwierała nagle zielone oczy i przyglądała mu się ciekawie. Miał dziwne irracjonalne wrażenie, że mała patrzy na niego i wie o nim wszystko. Jakby zdawała sobie sprawę, że wcale jej nie lubi. Oczywiście wiedział, że to była bzdura. Miał świadomość, że stworzenia w jej wieku w ogóle nic nie wyczuwają poza potrzebami fizjologicznymi, a jednak czuł się nieswojo, kiedy na niego patrzyła. Raz nawet chciał wypróbować na niej legilimencję, ale po chwili wydało mu się to śmieszne. Jak można odczytać myśli kogoś, kto jeszcze wcale nie myśli. Podobno psy i małpy były bardziej rozwinięte od noworodków. Złapał się na tym, że Ariana wyciągnęła do niego rękę, a on prawie jej dotknął. Czarodziej kątem oka zauważył jednak Lily stojącą koło pieca i przyglądającą mu się, więc jakby od niechcenia poprawił koszyk, w którym spała Ariana, mamrocząc przy tym coś o meblach, które wszystko zagracają.

Ariana Snape zachowywała się, jakby miała świadomość, w jak trudnym świecie przyszło jej żyć. Była spokojna; przez większość dnia spała albo obserwowała magiczną karuzelę kołyszącą się nad koszykiem. Jadła i płakała niewiele i uspokajała się od razu, kiedy Lily brała ją na ręce. Jej mama tuliła ją i nie wiedziała, co myśleć o zachowaniu Severusa. Zauważyła, że mimo zupełnego braku zainteresowania dzieckiem, jest wręcz przeczulony na jej sygnały i potrzeby. Ilekroć Ariana zakwiliła, stawał się momentalnie czujny i spięty. Nawet w środku nocy, jeżeli zdarzyło jej się zapłakać, to on budził się pierwszy. Nigdy jednak nie brał jej na ręce ani o nią nie pytał, kiedy wracał z instytutu. Lily zabolało też, że przyjął obojętnie wiadomość, jakie imię jej wybrała i nigdy nie wypowiedział go na głos. Nawet kiedy budził Lily w nocy, żeby nakarmiła córkę.
- Ona się obudziła – jego głos był poważny, jakby chodziło o jakiegoś potwora z głębi oceanu.
- Ona ma imię, Sev – odpowiedziała zaspana.
- No przecież mówię. O co ci znowu chodzi?
- O nic. Śpij – westchnęła, biorąc małą na ręce.

Lily wróciła z Royal Free Hospital autobusem, a potem szła z dzieckiem na rękach przez dwie godziny w zamarzniętym błocie i wysokiej trawie aż do ich chaty w lesie. Severus prosił ją, żeby dała znać, kiedy przyjedzie, to teleportuje ich do domu, ale zależało jej, żeby pokonać ten ostatni kawałek drogi samodzielnie. Ciągle jeszcze czuła zmęczenie po porodzie, ale miała też wrażenie, że w jakiś sposób się zmieniła, tylko nie umiała nazwać tej zmiany. Stała się spokojniejsza i silniejsza, tak jakby mocniej stąpała po ziemi i wyżej trzymała głowę. Jej serce nie było już tak rozedrgane i szarpane zmiennymi nastrojami; kiedy idąc szukała najlepszego słowa na nazwanie tego stanu, przyszło jej do głowy, że zrobiła się Ukorzeniona. Mimo spalonej różdżki czerpała teraz siłę i magię gdzieś głęboko z ziemi i wiedziała, że żaden wiatr jej nie przewróci. Nie była już tylko czarownicą, ale wiedźmą.

Przez następne dni, kiedy Severus szedł do instytutu, piła przy stole herbatę z głogu i mięty, czekając, aż Ariana się obudzi. Potem karmiła ją, przywiązywała chustą do brzucha i wychodziła w zimowy las. Czasem szła aż do miasteczka po zakupy, a czasem po prostu spacerowała po lesie. Oglądała przymarznięte zioła i uśpione drzewa. Wyjmowała ostrożnie rękę Ariany spod chusty i pokazywała jej fakturę kory. Uczyła się rozpoznawać tropy zwierząt i ptaki latające na zimowym niebie. Musiała przyznać teraz rację Ollivanderowi, że kazał jej czekać z wyborem nowej różdżki. Przypomniała sobie też coś, co kiedyś mówił jej pół żartem, że różdżka w jakiś sposób trzyma się czarodzieja i jeżeli się niszczy lub łamie, to jest niezawodny znak, że w życiu przyszedł czas na nową. Czas wierzby w jej życiu się skończył i była bardzo ciekawa, jakie drzewo wybierze dla niej Ollivander.

Pewnego popołudnia, kiedy ciemne chmury odznaczały się na jasnym niebie w sposób, w jaki dzieje się to tylko zimą i wczesną wiosną, spacerując po lesie, zatrzymała się. Ostrożnie schyliła się i pogrzebała palcem w chłodnej ziemi. Szybko znalazła małe brązowe orzechy o cierpkim i ostrym smaku. Zjadła dwa i oparła się o wielkie rozłożyste drzewo z lekko srebrną korą.
- Ariana, chyba go znalazłam. Mam wrażenie, że to będzie buk. Co o tym sądzisz, maleńka?
Dziewczynka w chuście obudziła się i wyciągnęła do niej rękę.






Powyższy rozdział dedykuję Zuzie, która choć nie komentuje to czyta. I która prawdziwie jest wiedźmą.
W kolejnym rozdziale dużo Albusa i Severusa. Trochę Lily też.
To https://www.youtube.com/watch?v=04fEWQO ... Eg&index=4 jest ilustracja muzyczna do ostatniego kawałka - kto ma ochotę może posłuchać. Nie miałam jak go wpleść fabularnie, ale bardzo tu pasuje.

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXXII ( aktualizacja 23 11)

Postautor: Minerwa » 01.12.15, 23:12

O jejku. Arthur mnie nudzi o redakcję, żeby poprawić Ci jakieś tam literówki, i że adapter nie może być szpulowy, tylko magnetofon... Dobrze, dobrze, niech sobie będzie, a mnie się to wszystko po prostu strasznie podoba. Widać autorkę... i nikt nie pomyśli, że nie ma dzieci. Co to to nie :)

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXXII ( aktualizacja 23 11)

Postautor: labruja » 11.12.15, 21:21

XXXIV

Dobranie nowej różdżki wcale nie było łatwą sprawą. Po pierwsze, dorośli czarodzieje mogli używać nieswoich różdżek i chociaż nie było to ani tak efektywne, ani przyjemne, to trudniej było zauważyć różnicę między tą jedną właściwą różdżką, a inną. Żeby taką różdżkę wybrała Lily, czarownica musiała wejść do sklepu Ollivandera, a to nie było proste, bo jej wizyta na Pokątnej była bardzo niebezpieczna. W końcu ustalili, że Garrick przygotuje świstoklik prowadzący do sklepu i przekaże go przez Andromedę Tonks. Lily przeniosła się na tyły sklepu godzinę po zamknięciu. Rolety były opuszczone, a witryna wygłuszona specjalnym zaklęciem. Czarownica przez chwilę chodziła wśród zakurzonych półek i wspominała czasy, w których przychodziła tu codziennie.
- Mówisz, że buk – zagadnął czarodziej. - A wiesz, tak myślę, że możesz mieć rację.
Przyglądał jej się przez chwilę zmrużonymi oczami i zastanawiał się nad możliwym rdzeniem. Poprzednia różdżka Lily składała się z wierzby i pióra feniksa. Jego pierwszą myślą było, żeby rdzeń zostawić bez zmian. Podał jej giętką krótką różdżkę bukową z piórem feniksa. Lily zrobiła nią lekki ruch i od razu oboje wiedzieli, że to zły wybór. Drugim tropem był włos jednorożca, który pasował zdecydowanie lepiej, ale ciągle nie był idealny.
- Jest zbyt… - Lily szukała właściwego słowa - wodnista. Rozcieńczona. Wiem, że to złe słowo, ale tak bym to opisała.
Przez kolejne pół godziny próbowali innych drzew, ale chociaż czarownica potrafiła ich używać, to żadna nie była jej różdżką.
- Czyli jednak buk. Nie miałem racji z tym orzechem. A szkoda jak się nad tym zastanowić.
W końcu wyjął leżące na widoku pudełko.
- W sumie czemu nie? – mruknął do siebie. - Spróbuj. Nie pasowała mi do ciebie, ale może...
Różdżka była sztywna i prosta. Zrobiono ją z drzewa bukowego i włókna serca smoka. Kiedy tylko Lily jej dotknęła, wiedziała, że to było coś, po co przyszła.
- Biorę – zawołała zachwycona, wyczarowując w pomieszczeniu magiczne płatki śniegu.
- Jesteś pewna? - zapytał, ale rozumiał, tak samo jak Lily, że różdżka już wybrała.
- Tak. Czemu pytasz?
- Jest specyficzna. Nie pomyślałbym, że mogła być dla ciebie. Ale może one widzą więcej i rozumieją nas lepiej niż my sami? Serce smoka to rdzeń ognia.
- Tak jak feniks, którego miałam ostatnio – przypomniała Lily.
- Tak i nie. Feniksy są związane z magią odradzania i przemiany. Smoki mają zupełnie inną naturę. – Ollivander zmarszczył czoło, jakby szukał właściwego słowa. - Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć. To jest rdzeń gniewu, buntu, ale też wolności. Różdżki ze smoczych serc zrobiły wiele złego. W połączeniu z bukiem daje silne, chociaż dość sztywne połączenie. Zmieniłaś się, Lily.
Kiedy czarownica teleportowała się ze sklepu, Ollivander zrobił sobie kubek herbaty i usiadł przy stoliku na zapleczu, gdzie kiedyś z Lily porządkowali rachunki. Czarownica została wybrana przez dobrą i silną różdżkę. Był z niej zadowolony jako ktoś, kto ją stworzył. Co jednak nie zmieniało faktu, że gdyby miał córkę i gdyby to ona ją dostała, bardzo by się o nią martwił. Nie obiecywała nic łatwego.

***

Nad pustą plażą zaklęciem wyczarowano ogromną przezroczystą kopułę. Od morza wiał chłodny lutowy wiatr, a Lily mogła siedzieć razem z Arianą na kocu, jakby była połowa czerwca. Albus Dumbledore przyniósł z Hogwartu kosz z jedzeniem i w środku zimy mogli urządzić prawdziwy piknik. Dyrektor zaprosił ją do małej miejscowości niedaleko Doliny Godryka, w której się wychowywał.
- Pyszności – pochwaliła Lily, biorąc trzeci pasztecik. - Już prawie zapomniałam, jak w dobrze się jada w Hogwarcie.
- Chciałem się z tobą spotkać – powiedział, dodając w myślach, że może już ostatni raz. - I chciałem ją zobaczyć – wskazał gestem na Arianę, która leżała na kocu, wkładając sobie do buzi piach.
- Severus coś mówił o małej?
- Nie. Remus mi opowiadał. Ale nie mówił, że tak podobna do ojca. - Albus uśmiechnął się. - Mam wrażenie, że Lupin wie, ale myślę, że możesz mu zaufać.
Przez dłuższą chwilę siedzieli, patrząc w morze i słuchając przytłumionego barierą szumu fal.
- Dlaczego Ariana, Lily? - zapytał w końcu czarodziej. - Czemu tak jej dałaś na imię?
Kobieta wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Kiedy ją zobaczyłam to było pierwsze, co przyszło mi do głowy. Pamiętasz ten grób, w którym pochowaliśmy Regulusa? To był ktoś, kogo kochałeś, prawda?
Dyrektor nie odpowiedział.
- Tak – przyznał w końcu. - Chociaż chyba nie tak mocno jak powinienem.
Czarodziej ostrożnie podniósł zdrową ręką dziewczynkę i położył sobie na ramieniu. Żałował, że nie doczeka czasów, kiedy mała pójdzie do Hogwartu. Był ciekawy, do jakiego domu zostałaby przydzielona i miał pewność, że niezależnie od decyzji Tiary Przydziału, będzie miała do odrobienia wiele szlabanów.
- Ręka ciągle cię boli, Albusie? - zmartwiła się Lily. - Powinieneś z tym iść do jakiegoś dobrego magomedyka.
- Severus przygotowuje mi eliksir.
- To się mój mąż obija, bo coś się długo goi.
Wypili ciepłą herbatę z mlekiem i zjedli ciasto czekoladowe. Przez dłuższy czas nie rozmawiali o niczym ważnym, a jednak oboje czuli, że to jedna z tych chwil, które zapamiętuje się na całe życie. Popołudnie z przyjacielem i herbatą na pustej słonecznej plaży.
- Lily – zaczął w końcu dyrektor, kiedy mieli już wracać. - Chciałem ci coś dać. Sprezentować, ale przyznam, że nie mogłem wybrać nic odpowiedniego. Tak naprawdę macie siebie, macie Arianę, więc macie wszystko.
Czarownica skinęła głową.
- Chciałbym ci tylko powiedzieć, żebyś nie traciła wiary i niezależnie od tego, co się stanie, co usłyszysz i zobaczysz, wierzyła w swoje głębokie przeczucia.
- Ale ja właśnie tak robię – roześmiała się Lily. - I wszyscy mówią, że nie jestem rozsądna i są z tym same kłopoty. – Zamilkła, kiedy zobaczyła poważny, prawie surowy wyraz twarzy dyrektora.
- Być może czekają cię trudne chwile. Wiesz, jest wojna, różnie się może potoczyć – dodał wymijająco. - Chciałbym cię prosić, żebyś ufała swojej intuicji. Nieważne, co się stanie – powtórzył. - Nawet kiedy to będzie trudne jak chodzenie nad przepaścią, nigdy nie trać nadziei. Dobrze?
Czarownica ponownie przytaknęła.
- Obiecuję, Albusie.
Dumbledore nie był pewien, czemu w zasadzie pozwolił sobie na tę banalną przemowę. Może próbował przygotować Lily na coś, na co nie można się przygotować. Może chciał uspokoić swoje sumienie. Albo po prostu powiedzieć coś, co było bardzo ważne.

***

Ariana Snape spała w koszyku lewitującym między drzewami. Kołyska unosiła się w półprzezroczystej kuli chroniącej przed wiatrem, chłodem i śmiercionośnymi zaklęciami.
- Expelliarmus! - krzyknęła Lily, ale Severus odskoczył i szybkim ruchem odbił zaklęcie.
- Expulso! - Snape rzucił zaklęcie i Lily przeleciała dwa metry do tyłu, lądując w miękkiej śnieżnej zaspie. Po raz piętnasty tego dnia.
- To bez sensu, Lily – powiedział czarodziej z wyraźną dezaprobatą. - Skup się. To nie są żarty. Musisz być szybsza i rzucać coś mocniejszego niż Expelliarmus.
- Przecież rzuciłam przed chwilą Petrificusa! - odpowiedziała obrażonym tonem, otrzepując się ze śniegu.
- Tak – zrobił kwaśną minę. - Dwa metry ode mnie.
- Nie chciałam ci zrobić krzywdy.
- W tych zaklęciach o to chodzi, żeby zrobić krzywdę – wyjaśnił zrezygnowany. - To nie ma sensu, spróbujemy poćwiczyć na manekinie.
W schowku za studnią mieli przygotowaną drewnianą postać, która poruszała się w ich kierunku i reagowała na zaklęcia magiczne podobnie jak człowiek. Kilka dni wcześniej Lily dorysowała jej kredką Mroczny Znak na drewnianej ręce, a na głowę przyczepiła mikołajową czapkę, którą dostała w promocji w jakimś mugolskim sklepie. Czarownica nazywała manekina Tom, co doprowadzało Severusa do białej gorączki.
- Stoisz lekko odwrócona bokiem, koncentrujesz się i celujesz w serce. Spróbuj Sectumsemprę.
- Sectumsempra! - krzyknęła Lily, a z jej różdżki uniosła się srebrna nitka zaklęcia, które ledwie drasnęło manekina.
- Robisz mu masaż? - Severus był mocno poirytowany. - Patrz. Sectumsempra!
Drewniany człowiek momentalnie pokrył się głębokimi bruzdami i pęknięciami.
- Robię to, co ty. Nie wiem, jak to można rzucić inaczej.
- Sekret jest w twojej woli. Musisz chcieć go zranić. Tak samo jest z Avadą.
Lily spojrzała na męża z uniesionymi brwiami, jakby zaczął mówić po walijsku.
- Ale to jest tylko manekin. Nic do niego nie czuję. Jak mam chcieć, żeby zranić coś, co nie wywołuje we mnie żadnych uczuć?
- Tak po prostu… chcieć i już? - Snape uniósł brwi. Tym razem to on nie rozumiał, o czym mówi Lily.
- To skąd mam brać tę złość?
- Z siebie? - Nie wiedział, jak ma jej to wytłumaczyć. Lily była jedną z najzdolniejszych czarownic, jakie znał, ale magia bojowa szła jej zupełnie opornie. - Musisz szczerze chcieć wyrządzić komuś krzywdę. Zmieść go. Zadać ból.
- Ale ja tego nie czuję. Znaczy, na rozum, to jasne. Chciałabym żeby Sam-Wiesz-Kogo jasny Sam-Wiesz-Co trafił. Ale to nie jest ze mnie, rozumiesz?
Czarodziej westchnął głęboko.
- To musisz to w sobie odnaleźć. Expelliarmusem i Protego nie wygrasz. Zrozum, nie zarejestrowałaś różdżki. Polują na takich jak ty i wystarczy, że znajdą cię w miasteczku. Chodzą szmalcownicy, więc musisz umieć się bronić.
Lily spojrzała na niego bezradnie.
- A ona? - Snape wskazał różdżką na lewitującą w kuli Arianę. - Jakby ktoś ją zaatakował, to co być zrobiła?
Czarownica podparła się pod boki i spojrzała w oczy męża.
- Potrafię obronić moje dziecko, Snape. O to się nie martw. Nie chciałbyś trafić między wiedźmę a jej córkę.
- A więc widzisz! - ucieszył się. - To w tobie jest. W magii obronnej...
- W czarnej magii – przerwała mu.
- Zwał jak zwał. Chodzi o to, żeby to w sobie uwolnić i kontrolować – poczuł, że wreszcie może to jakoś wytłumaczyć. - Skoro wiesz, o czym mówię, to spróbuj rzucić Avadę.
- Nie wyjdzie mi. To opiera się zupełnie na czymś innym.
Uśmiechnęła się do niego i wyciągnęła różdżkę.
- To co, próbujemy dalej? - zapytała z zawadiackim błyskiem w oku.
Snape bez ostrzeżenia rzucił Expulso, ale Lily błyskawicznie odskoczyła. Wykonała przy tym delikatny ruch różdżką i czarodziej po raz pierwszy tego dnia wywrócił się na zaspę śnieżną.
- Co to było? – zapytał, usiłując wstać.
- Sznurówki, Snape.
Czarodziej spojrzał na swoje buty i zobaczył, że zaklęcie Lily splątało i połączyło jego sznurowadła.
- To właśnie chciałam ci dzisiaj z głębi serca zrobić. Pamiętaj, że kiedy zawiedzie czarna magia, zawsze zostają ci sznurówki – zachichotała.

***

Severus Snape nigdy nie uważał, że zawdzięcza cokolwiek swoim specjalnym zdolnościom. Tylko głupcy i lenie uważają, że sukces im się należy dlatego, że urodzili się mądrzejsi od innych. Jego receptą na wyrwanie się ze Spinner’s End była ciężka praca, determinacja i spryt wymieszany z codzienną harówką. Nauczył się czytać, kiedy miał pięć lat i siedział sam w domu, podczas gdy matka gdzieś znikała, a ojciec pracował do późna w warsztacie. Najważniejsze było odkrycie, że pojedyncze znaki na papierze łączą się ze znaczeniami. Potem trzeba było dopasować wypowiadane przez rodziców słowa z nazwami na pudełkach. P-ł-a-t-k-i. K-a-w-a. Siedem liter, którymi można było rozszyfrowywać kolejne słowa. Litery łączyły się w całość i chociaż zabrało mu to całe miesiące, w końcu nauczył się czytać. Zresztą co miał lepszego do roboty, siedząc sam w pokoju z widokiem na betonowe podwórko.

W Hogwarcie było łatwiej. Nauczyciele starali się przekazać wiedzę i wystarczyło nie być aroganckim kretynem i nie świrować na lekcjach, żeby rozumieć materiał. Oczywiście po zajęciach trzeba było wszystko powtarzać wielokrotnie, robić notatki i czytać, ale w końcu się opłacało. W salonie Slytherinu był jedynym półkrwi, a jednak już po dwóch latach jako tako go tolerowali. Po kolejnych dwóch, nawet jeżeli go nie lubili, to bardzo potrzebowali jego notatek. W Instytucie Eliksirów sprawa się komplikowała. Łatwo było być najlepszym pod dobrotliwym okiem Slughorna, wśród bandy idiotów, którzy zamiast czytać recepturę, gapili się na dekolt koleżanek. W Instytucie Eliksirów trzeba było być naprawdę dobrym. Zwłaszcza, że ze względu na sytuację Lily bardzo potrzebował stypendium, a Canton postanowił najwidoczniej, że jego opór względem nowej władzy będzie polegał na utrudnianiu życia studentowi, wobec którego podejrzewa sympatię do Czarnego Pana. Poprzeczka była postawiona jeszcze wyżej, ale Snape się nie skarżył. Trzeba było wypić kawę zmieszaną z eliksirem pobudzającym, zagryźć zęby i nauczyć się prawie na pamięć podręczników z anatomii zwierząt magicznych i sposobu warzenia ziół leczniczych we wczesnym średniowieczu. Siedział na podłodze oparty o piec i usiłował opanować cały zadany materiał.
- Hyssopus officinalis – mruczał do siebie pod nosem. – Często mylony z Origanum syriacum. Nigdy nie stosować ze składnikami pochodzącymi od smoków. Liście najlepiej zbierać...
Przerwał, bo poczuł, że coś dotyka jego nogi. Zirytowany oderwał się od książki i zobaczył Arianę, która rączką złapała go za nogawkę spodni.
- Gdzie lezie? - burknął do niej. - Sio stąd – strzepnął dziecko jak namolnego zwierzaka i przesunął się pół metra dalej.
Odkąd Lily ponownie miała różdżkę, to zdarzało jej się na kilka godzin wychodzić z domu. Wiedział, że jeżeli jego żona będzie siedzieć tylko i wyłącznie w towarzystwie stworzenia niepotrafiącego wydać z siebie żadnych artykułowanych dźwięków, to zwariuje, jednak konieczność zostawania w domu samemu z dzieckiem była irytująca. Podniósł wzrok na małą. Ponownie przewróciła się na brzuch i pełzła powoli po drewnianych deskach w jego kierunku. Robiła to jeszcze bardzo powoli, z trudem, tylko na chwilę unosząc głowę nad ziemię. Przez moment przyglądał jej się z niesmakiem i wrócił do czytania.
- Kwiaty Hyssopus officinalis zbierane przy świetle księżyca różnią się istotnie od tych zbieranych za dnia. Uważa się, że...
Przerwał, bo dziecko było już w połowie drogi. W tych warunkach nie mógł się skupić.
- Czego ty ode mnie chcesz, co?
Wziął różdżkę i od niechcenia wyczarował w powietrzu coś, co miało odwrócić uwagę Ariany i przypominało bąbelki unoszące się z kociołka. Dziecko zupełnie je zignorowało, pełznąc dalej w jego kierunku. Zirytowany rzucił czar, który przelewitował Arianę prawie pod drzwi wejściowe i niezbyt delikatnie odłożył na ziemię. W pierwszej chwili bał się nawet, że się rozryczy i z nauki zupełnie nic już nie będzie, ale dziewczynka tylko przez chwilę leżała z twarzą na wycieraczce, a potem odwróciła się i centymetr po centymetrze dalej pełzła w jego kierunku.

Mimowolnie zaczął się jej przyglądać. W jakimś sensie zmagania małej były fascynujące. Miała trzy miesiące, jej mięśnie były jeszcze nierozwinięte, a ona z zaciśniętymi pięściami pełzła, wyciągając rączki do przodu i z trudem przyciągając do siebie tułów. Była uparta i cierpliwa. Nawet jeżeli przez moment odpoczywała z głową opartą o deski, to po chwili dalej ruszała w jego kierunku. Nie mógł skupić się na czytaniu i obserwował jej walkę. Po dziesięciu minutach była z powrotem i z triumfem na twarzy uczepiła się jego koszuli. W pierwszym odruchu chwycił za różdżkę, żeby przelewitować ją kawałek dalej i zapewnić sobie kwadrans spokoju, ale coś mówiło mu, że ona i tak nie da za wygraną i nie będzie się mógł w spokoju uczyć.
- Czego chcesz, pytam? Idź sobie. Próbuję się skupić, rozumiesz? Nie rozumiesz. Nic nie...
Urwał, bo poczuł się jak idiota, który mówi do stworzenia, które nie jest w stanie go zrozumieć. Ariana zacisnęła pięść na materiale jego koszuli, usiłując podciągnąć się w górę, co zupełnie przekraczało jej możliwości. Sam nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi, odłożył różdżkę, wziął ją na ręce i posadził sobie na piersi.
- I co? Tego chciałaś? To możesz już sobie iść. Zostaw mnie w spokoju.
Dziecko było zgrzane z wysiłku i po chwili poczuł, jak ogarnia go fala ciepła. Mała podniosła główkę i spojrzała na niego. Nigdy przedtem nie trzymał jej tak blisko. Była lżejsza niż przypuszczał, mała i krucha tak, że można ją było skrzywdzić jednym nieostrożnym ruchem. Ariana wyciągnęła rękę i dotknęła jego twarzy. Miała ostre pazurki, ale nie poczuł drapnięcia. Działo się z nim coś, czego nie rozumiał. To było trochę jak legilimencja, tyle że bez żadnej możliwości obrony. W jednej chwili coś w nim się roztrzaskało. Tak jakby mur, który budował wokół siebie przez lata, był ze szkła i teraz rozpadł się z trzaskiem. Nie było w tym magii, jaką znał, to było coś innego, czego nie rozumiał i co w jednej chwili pokonało go zupełnie. Ariana machała ręką jak kot próbujący złapać muchę, dotykała jego policzka, łapała za włosy, a on trzymał ją w absolutnym zdumieniu i panice kogoś, kto wpada w przepaść.
- Ariana, Ariana, Ariana – powtarzał cicho, tuląc ją do piersi.
Książką z jego kolan spadła na podłogę, kiedy dziewczynka złapała go za ucho.

***

W gabinecie Albusa Dumbledore’a spłonął komplet wełnianych skarpet, które kolekcjonował od lat, kilka rzadkich artefaktów i czarno-białe zdjęcie przedstawiające młodego czarodzieja na tle gór z podpisem Geliebte na drugiej stronie. Właściwie to spłonął nawet Fawkes, ale dość szybko odkryto w popiołach małe żółte jajko, z którego po godzinie wykluł się młody feniks. Mimo pewnego żalu nad utratą pamiątek, Albus czuł się tak, jakby mógł znowu, po miesiącach spędzonych w dusznej piwnicy, oddychać czystym i świeżym powietrzem. Ręka ciągle go bolała. Albus zdawał sobie sprawę z postępującej klątwy, ale od kiedy ogień spalił jego gabinet, a wraz z nim horkruksy, wszystko nabrało nowej perspektywy. I nie chodziło tylko o to, że byli bliżej zwycięstwa, ale przede wszystkim dyrektor zmienił spojrzenie na rzeczywistość. Tak jakby ktoś otworzył okno i razem z zimnym powietrzem do jego gabinetu wpadła nadzieja. Co prawda we wspomnieniach Slughorna Tom Riddle planował podzielić swoją duszę na siedem kawałków, ale dyrektor był pewien, że jeszcze tego nie zrobił. Trudno mu było to wytłumaczyć, ale przedmioty, jakie trzymał w swoim gabinecie i jakie zniszczył Peter, stanowiły kompletną całość. Pytanie brzmiało, jak Voldemort odczuje tę stratę?
- Jak tam nasz wspólny znajomy, Severusie? – zapytał pogodnie dyrektor, kiedy spotkali się na początku marca.
Snape skrzywił się. Nie znosił, kiedy Albus w żartobliwy sposób wypowiadał się o Czarnym Panu. Sprawiał wtedy wrażenie dobrotliwego staruszka, który nie ma pojęcia o powadze sytuacji.
- Nie wiem, o co chodzi, dyrektorze, ale Czarny Pan zachowuje się dość... dziwnie. Jego pozycja w Anglii jest coraz pewniejsza, wielu członków Wizengamotu złożyło rezygnację, a on sprawia wrażenie, jakby tracił kontrolę nad sytuacją.
Jakby był ranny, pomyślał dyrektor.
- Jakiś czas temu zapytał Lucjusza o ten dziennik – przypomniał sobie Severus po chwili. - Ten, który Lily… ja… zabrałem. Przeszukał nawet jego myśli, ale Malfoy zgodnie ze swoją wiedzą odpowiedział prawdę. Że zeszyt ciągle jest u niego. Tyle że nie wie, że nie ten.
Więc już coś podejrzewa, ale nie wie do końca, zamyślił się Dumbledore. Czyli czasu jest mniej niż myślałem, nie można już zwlekać.
- Za tydzień Szkocja ma ruszyć na mur. Chcą odbić Ministerstwo Magii. Nie wiem, czy uda mi się dłużej powstrzymywać Edynburg.
- Czarny Pan mówił, że czeka, aż to się stanie. Dla wielu czarodziejów angielskich, szczególnie tych ze starych rodzin, to będzie napaść Szkotów na Anglię. Przestanie się liczyć, kto jest, a kto nie jest śmierciożercą, ale z której strony muru pochodzi. Wielu, którzy nigdy by nie poparli Czarnego Pana, stanie po jego stronie.
Dyrektor pokiwał smutno głową, jakby dobrze zdawał sobie z tego sprawę.
- Nie może dojść do walki w takiej formie – powiedział. - Z drugiej strony nie możemy też dłużej czekać. Ilu śmierciożerców zginęło nad murem od jesieni?
Snape wzruszył ramionami. Nie wiedział dokładnie ilu.
- Dziesięć razy mniej niż aurorów. Szkocja się wykrwawia.
- Więc może rzeczywiście lepiej zaatakować?
- Czyli dać się zetrzeć na proch. Nie. To, czego potrzeba, to ataku śmierciożerców na Szkocję. Musimy walczyć na swoim terenie. W tych górach i lasach.
- Wykluczone – przerwał Snape. - Czarny Pan nie jest Gryfonem. Nie zaatakuje, jeżeli nie ma pewności wygranej. Poza tym on jest… - urwał, szukając właściwych słów. - Jego nie da się pokonać.
Albus Dumbledore przyglądał się przez połówki okularów młodemu śmierciożercy. On ciągle wierzył w potęgę Voldemorta, a jednak dobrowolnie stanął po stronie, którą uważał za przegraną. Dyrektor rozważał, ile może mu powiedzieć.
- Voldemort jest rzeczywiście bardzo potężnym czarodziejem – przyznał. - Ale nie jest niepokonany. W każdym razie nie w tej chwili. Mam pewne informacje, żeby przypuszczać, że obecnie, mimo że ciągle bardzo niebezpieczny i potężny, jest tylko człowiekiem. Rozumiesz, co mam na myśli?
- Czy on o tym wie, że nie jest już wszechmocny? - zapytał Severus, zaczynając rozumieć sytuację.
Dumbledore uśmiechnął się. Jego szpieg szybko się orientował.
- To ty mi powiedz, Severusie. Sam mówiłeś, że jest czymś zaniepokojony. Podejrzewa, ale nie wie, tak sądzę.
- A zatem trzeba się spieszyć – przyznał. - Kolejna rzecz to ty...
- Boi się mnie? - przerwał Albus.
- Wprost tego nie nazwał. Ale takie mam wrażenie. Będzie unikał konfrontacji. Zdaje się, że nie wie… - urwał, wskazując głową chorą rękę.
- Zaczynamy dochodzić do sedna. Voldemort musi zaatakować Szkocję teraz. Zanim ci idioci rzucą się do samobójczego ataku i zanim on odbuduje swoją moc. Ja stoję na przeszkodzie. Zatem musisz mnie zabić.
Severus Snape zamrugał oczami, jakby nie był do końca pewien, czy się nie przesłyszał.
- To jakiś żart?
Dyrektor wypił łyk herbaty. Cieszył się, że wreszcie to powiedział. W chwili obecnej to był najlepszy sposób, jaki przychodził mu do głowy.
- Bynajmniej, Severusie. Chciałbym, żebyś mnie zabił.
- Teraz czy poczekamy aż dopijemy herbatę? – zirytował się czarodziej. - Mam łyżeczką wydłubać ci serce, czy może zdzielić czajniczkiem?
- Szczerze mówiąc, preferowałbym Avadę.
Przez chwilę w milczeniu patrzyli na siebie. Do Severusa powoli dochodził fakt, że dyrektor nie żartuje.
- I to tylko po to, żeby wywołać atak na Szkocję?
- Oczywiście, że nie tylko - prychnął. - Dobrze wiesz, że umieram. Za kilka miesięcy albo nawet tygodni umrę we własnym łóżku. Klątwa się przesuwa, czuję, że dochodzi już do płuc i zaczynam się dusić. Albo zostanę pokonany w pojedynku. Tak naprawdę połowa szóstorocznych byłaby w stanie teraz mnie zabić. Ale jeżeli zginę pokonany przez chorobę albo jakiegoś dzieciaka, to wielu ludzi straci wiarę w jasną stronę. Stracą nadzieję. Myślę, że łatwiej im będzie przyjąć, że zostałem zdradzony i podstępnie zamordowany. A najważniejsze jest to, że zabijając mnie, zyskasz, choćby chwilowo, podziw i wypływy u Voldemorta. Będziesz stał blisko niego, kiedy bitwa się zacznie. I być może w decydującym momencie twoja pomoc okaże się nieoceniona.
- Może mam jeszcze osobiście go zabić? - zadrwił.
Dyrektor spojrzał na Severusa poirytowany, bo cała ta ironia była jego zdaniem zupełnie nie na miejscu
- Nie czuj się niedoceniany, ale gdybym uważał, że potrafisz, to wysłałbym cię, żebyś to zrobił. Voldemort jest człowiekiem, ale przy tym ciągle bardzo potężnym czarodziejem.
Do Snape’a powoli dochodziło, jakie konsekwencje miałoby zabicie Albusa Dumbledore’a. Tak, Czarny Pan by to wynagrodził. A Lily... Zagryzł wargi, kiedy tylko o tym pomyślał.
- Nie. Chcesz mnie wykorzystać i żądasz ode mnie zbyt dużo – zaprotestował ostro.
Albus odpowiedział coś, czego Snape zupełnie się nie spodziewał.
- Masz rację, Severusie. Wykorzystuję cię i żądam zbyt dużo. Ale tego samego chcę od każdego innego, kto uczestniczy w tej walce. Od siebie również. Myślisz, że ja chcę umierać? Że nie boję się śmierci? Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wiem, czy zbyt dużo okaże się wystarczająco. To, co możemy zrobić, to tylko zwiększyć prawdopodobieństwo uzyskania określonego wyniku.
- Mówisz, jakby to była jakaś gra! Jak tak bardzo potrzeba ci Avady, to zrób z siebie męczennika i daj się zamordować. Jestem w stanie się założyć, że na południe od muru będzie wielu chętnych.
- Nie chcę dać się zamordować – wyjaśnił cierpliwie dyrektor. - Bo dając się zamordować, stworzę mordercę. Mało już złego się stało? Nie chcę obciążać czyjejś duszy...
- A co z moją duszą to już nie pomyślałeś?! - krzyknął Severus.
- Nie wiem, czy twoją duszę szczególnie obciąży ulżenie w cierpieniu starca. Zwłaszcza, że może to się przyczynić do skończenia tej wojny.
- Nie zgadzam się, dyrektorze – powiedział zrezygnowany, ukrywając twarz w dłoniach. - Nie zrobię tego.
Przez dłuższą chwilę milczeli. Albus mógłby użyć jeszcze innych argumentów, ale czuł, że nie ma do tego prawa. Jeżeli ktoś miał dać z siebie zbyt wiele, to dlatego, że sam chciał, a nie ponieważ przekonano go w rozmowie.
- Nie będę cię winić, jeżeli się wycofasz – powiedział w końcu dyrektor. - W takim razie postaraj się zabrać stąd Lily i Arianę i wyjechać gdzieś daleko.
Snape chciał coś powiedzieć, ale Albus go zignorował.
- Tak, wiem. Mroczny Znak. Macie małe szanse, ale zawsze jakieś. Jeżeli zostaniecie tutaj, a Voldemort wygra, nie wiem, jak długo uda wam się utrzymać tajemnicę. To i tak cud, że przez ten cały czas się nic nie wydało. Lily, wiesz, ona ma wiele zalet, ale nie należy do nich ostrożność.
Czarodziej milczał, wiedząc, że to, co słyszy, to prawda.
- Możesz wyjechać i liczyć, że uda wam się ukryć, albo walczyć tutaj. Ale tylko zupełne pokonanie Voldemorta zapewni im bezpieczeństwo. To nie może dłużej trwać w takiej formie, nie możesz dłużnej pomagać nam jako szpieg, bo ja umieram. Wszystko się zmieni niezależnie od tego, jak zdecydujesz się postąpić.
- Jak sobie to wyobrażasz? Co musiałbym zrobić? - Severus ciągle nie był przekonany, ale musiał przyznać, że argumenty Dumbledore’a były słuszne.
- Przyjdź jutro około dziewiątej rano. Tym razem świstoklik przeniesie cię do Zakazanego Lasu. Chcę, żeby wszyscy widzieli, jak wchodzisz do Hogwartu, żeby nie było wątpliwości, co się stało. Będę czekać na ciebie na wieży astronomicznej.
- Zdaje się, że w tym czasie jest trening quidditcha – zauważył Severus.
- Dobrze ci się wydaje. Jeżeli spadnę między grających, wszyscy będą na tyle przerażeni, że ewakuują dzieciaki. Hogwart musi teraz służyć jako twierdza i jestem pewien, że Voldemort połamie trochę zębów na jego starych murach. Daj im trzy dni. Tyle wystarczy, żeby Szkocja przygotowała się do walki. Moja śmierć będzie jak wypowiedzenie wojny. Pamiętaj, że Lily nie może wiedzieć. Ona jest wspaniała, ale z jej twarzy można wyczytać wszystko. Mogłaby służyć do ćwiczeń legilimencji dla początkujących. Potem sprowadź śmierciożerców do Zakazanego Lasu. Remus Lupin opracował pewne zaklęcie, Simulla Vocem, jeżeli przyjdziesz jutro, nałożę je na twoją różdżkę. Będziesz miał możliwość słyszenia rozmów, jakie toczy ze sobą nasza strona. Wiedząc, co robią, będziesz mógł sugerować takie decyzje, które w ostatecznym rachunku doprowadzą do upadku Voldemorta.

Snape milczał. Albus przypatrywał mu się badawczo, zdając sobie sprawę, że właśnie poprosił kogoś, kto niedawno przestał być dzieckiem, żeby manipulował poczynaniami jednego z najgroźniejszych czarnoksiężników.
- Jedno pytanie – powiedział po chwili Severus. - Co z murem? Ciągle jest blokada. Czarny Pan powinien ją pokonać, ale reszta nie. Dojdzie do walk na murze, a tego chcesz podobno uniknąć.
Albus uśmiechnął się do siebie, myśląc, że może jednak nie wybrał do tego zadania nieodpowiedniej osoby.
- A pamiętasz te dropsy, które ci dałem? Powinno zostać jeszcze ponad trzy czwarte paczki. Zresztą jak zacznie się bitwa, mur będzie niestrzeżony.
- Ty… - Severus Snape zrobił się czerwony na twarzy. - Ty planowałeś to od początku.
Dyrektor wzruszył ramionami.
- Powiedzmy, że rozważałem różne opcje – uśmiechnął się zagadkowo. - Mój stan zdrowia nie miał najlepszych rokowań. Decyzja należy do ciebie, Severusie. Jutro o dziewiątej.

***

Ogień pomału dogasał w kominku. W pokoju pachniało suszonymi nad piecem ziołami i przypalonym mlekiem. Severus Snape siedział po turecku na podłodze i wpatrywał się w dogasające szczapy drewna. Ciągle jeszcze się żarzyły, ale za chwilę zgasną zupełnie, zmieniając się w popiół. Pomyślał, że właśnie to zostaje z każdego ognia; choćby nie wiem jak jasno płonął i tak kończy się na kupce popiołów, które trzeba uprzątnąć. Może była to dziecinna metafora, ale w sumie wszystko do tego się sprowadzało. Lily usiadła obok niego i objęła go ramieniem.
- Nie idziesz spać? Można przed snem dołożyć trochę drewna. Chłodno jest.
- Jeszcze nie, nie mogę spać.
- Połóż się. Jutro masz ciężki dzień.
- Tak... - powiedział cicho.
- Warzycie drugi raz to, co wam Canton dzisiaj wylał?
- Tak. Chyba, nie wiem.
Lily spojrzała na męża podejrzliwie. Usiadła przed nim przy kominku i oparła głowę na jego ramieniu.
- Martwisz się wojną? – zapytała.
Kiwnął niechętnie głową
– Sytuacja nie wygląda dobrze.
- Ale będzie dobrze. Wierzę w ciebie, Severusie Snape. Wierzyłam w ciebie, nawet kiedy robiłeś najgorsze głupoty. Wierzę w nas. Mamy siebie, mamy szczęście, rozum i miłość. I cokolwiek się stanie, damy sobie z tym radę. Zawsze.
Czarodziej wtulił się w jej włosy. Chciał, żeby ten wieczór trwał wiecznie, ale kątem oka obserwował dopalający się ogień, który mu przypomniał, że wszystko się kończy.
- Połóż się, Lily. Ja jeszcze trochę posiedzę.
Czarodziejka wstała i ziewnęła.
- Dobrze, ale nie za długo, bo nieprzytomny alchemik to zły alchemik – uśmiechnęła się ciepło.
Severus siedział przed kominkiem przez kolejne godziny i zastanawiał się, co ma zrobić. Ogień w końcu zgasł i siedział w zupełnej ciemności, czując resztki ciepła z popiołu i słuchał regularnych oddechów Lily i Ariany. Wiedział, że Dumbledore ma rację i nie ma innego wyjścia, a jednak starał się jakoś opóźnić tę chwilę. Po południu odwiedził Gringotta i wyjął z konta większość swoich pieniędzy. Potem zamienił je na mugolskie funty i włożył do woreczka schowanego w puszce na herbatę. Nie było tego dużo, ale przynajmniej na początku Lily będzie miała z czego żyć. Kiedy za oknem zaczęło szarzeć, ubrał się w płaszcz, wziął torbę i obrączkę ze schowka. Ze światłem różdżki patrzył na śpiącą Lily. Kobieta miała wyciągniętą rękę, którą trzymała śpiącą w koszyku Arianę. Czarodziej chciał w duchu, żeby Lily się obudziła i zaczęła go wypytywać, czemu się nie położył. Żeby wyciągnęła z niego prawdę i zatrzymała przy sobie. Wiedział jednak w głębi duszy, że nawet gdyby zaczęła go pytać, wymyśliłby na poczekaniu jakieś wiarygodne kłamstwo.

Długo szedł po lesie. Dopiero po świcie rozgryzł cytrynowego cukierka, który, tak jak obiecywał Albus Dumbledore, przeniósł go na skraj Zakazanego Lasu. Dochodziła za kwadrans dziewiąta, kiedy przechodził obok jeziora. Zatrzymał się i zdjął obrączkę, po czym wrzucił ją w granatową toń wody.
- Dobrze było, ale się skończyło – mruknął do siebie i przyśpieszył kroku.
Przeszedł przez błonia i salę wejściową, wywołując zdziwienie na twarzach starszych uczniów i nauczycieli. Minerwa McGonagall chciała go nawet zatrzymać, ale zignorował ją i ruszył prosto w kierunku wieży astronomicznej. Albus Dumbledore już czekał na niego. Na tle szarego nieba widać było dzieciaki w barwach Slytherinu latające na miotłach.
- Zapowiada się efektowne widowisko. Zdaje się, że publiczność już czeka – stwierdził cierpko na widok dyrektora.
- Tak. Wyślą sowy do swoich rodziców i nie będzie wątpliwości, co się stało. I jeszcze jedno – Dumbledore wyciągnął różdżkę i przeniósł z niej srebrną poświatę na różdżkę Severusa. - Zaklęcie brzmi Simulla Vocem. Tylko ty trzymając różdżkę, będziesz słyszał, co się dzieje.
Czarodziej patrzył na dyrektora stojącego na krawędzi wieży i pomyślał, że popiół w kominku jest już pewnie zupełnie zimny. Wypaliło się.
- Severusie, proszę – powiedział Albus Dumbledore, słysząc kroki na schodach.
Snape zdał sobie sprawę, że nienawidzi go teraz jak nikogo innego na ziemi.
- Avada Kedavra! - krzyknął i nad szarym niebem rozbłysło na moment zielone światło.

Awatar użytkownika
labruja
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 12.09.07, 14:51
Lokalizacja: zabrze
Kontaktowanie:

Re: Summertime XXXIV ( aktualizacja 11 12)

Postautor: labruja » 27.12.15, 19:04

XXXV

Po siódmej wieczorem Lily stwierdziła, że miarka się przebrała. Kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi, pomyślała i zjadła dwa ostatnie naleśniki, które największym wysiłkiem woli zostawiła dla Severusa. Po północy jednak zaczęła odczuwać rosnący w brzuchu niepokój i wyrzuty sumienia z tego powodu. Jeżeli wezwał go Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, to będzie miał ciężki wieczór i Merlin wie, w jakim stanie wróci. O szóstej nad ranem, kiedy Severus dalej się nie pojawiał, Lily chodziła po pokoju, wyobrażając sobie najgorsze scenariusze. Ich związek i praca dla Dumbledore’a zostały wykryte albo trafił go któryś z aurorów nad murem. Mogło stać się sto różnych rzeczy i każda kolejna bardziej ją przerażała. Kiedy zaczęło świtać, postanowiła zrobić sobie mocnej czarnej herbaty, która pomoże jej się obudzić po nieprzespanej nocy. Przy tej okazji znalazła woreczek z pieniędzmi i przestraszyła się nie na żarty. Raczej nikt obcy nie wszedł do domu, zatem to Severus musiał zostawić je dla niej. Czy wiedział, że grozi mu jakieś niebezpieczeństwo i przez jakiś czas nie będzie mógł się skontaktować? Zdenerwowana obudziła Arianę, zaklęciem przypięła jej koszyk do roweru i po błotnistej drodze ruszyła w stronę poczty. Otwierali dopiero o ósmej, ale telefon do Andromedy był jedynym sposobem na dowiedzenie się, co słychać w magicznym świecie.
- Cześć, Tonks – powiedziała zdyszanym głosem. - Co tam na świecie?
Starała się, żeby brzmiało to naturalnie, ale jeżeli ktoś dzwoni w czasie wojny o ósmej rano, żeby spytać, co słychać, to nie brzmi to niewinnie.
Po drugiej stronie słuchawki Andromeda westchnęła ciężko. Nie musiała mówić nic więcej, Lily już wiedziała, że coś się stało.
- Cześć, Lily – powiedziała w końcu, starając się panować nad głosem. - Teleportuj się do mnie, dobrze? Musimy pogadać.
- Co się stało? Wiesz, co z Severusem? – nie wytrzymała Lily.
- Bierz córkę i teleportuj się teraz! - krzyknęła czarownica. - To nie jest rozmowa na telefon!
Lily nie zadała sobie trudu, żeby zachować regułę tajności i przed teleportacją schować się w jakieś niewidoczne miejsce. Chwyciła córkę i już po kilku sekundach znalazła się w ogrodzie Andromedy Tonks. Kiedy wbiegła do salonu, przy stole siedział już Remus Lupin i skinął jej, nie podnosząc głowy znad kubka z kawą.
- Co się dzieje? Powiecie mi wreszcie? Coś z Severusem?
Lupin i Andromeda wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia.
- Ty jej powiedz – powiedziała pani Tonks, siadając w fotelu.
- Nie żyje. Znaczy, nie Severus – poprawił się. - Albus Dumbledore nie żyje. Został zamordowany wczoraj rano przez Snape’a.
Lily zamrugała oczami, jakby próbowała się obudzić z koszmarnego snu.
- Nie - zaprzeczyła ruchem głowy. - To jest jakaś bzdura, Remus. Severus Snape jest szpiegiem i pracuje dla Zakonu Feniksa. Od dawna. Albus mu ufa.
Andromeda i Remus jeszcze raz spojrzeli na siebie.
- Może był szpiegiem. Jest wielu świadków, którzy potwierdzają, że wczoraj rano Snape wszedł na wieżę astronomiczną i zamordował go. Może to zaufanie zgubiło Albusa – wyjaśnił Remus. - Lily, ja, ja wiem, co czujesz...
- Gówno tam wiesz! - krzyknęła. - Musiałeś się pomylić. Może był pod Imperiusem? Może, może... - zająknęła się, bo chciała wymyślić coś, co by wyjaśniało tę koszmarną sytuację, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
- Lily, to była Avada – wyjaśniła Andromeda. - Nie można rzucić Avady pod Imperiusem. To jest zbyt silna magia. Musisz samemu chcieć zabić. Nie wiem, co teraz czujesz i nawet nie próbuję sobie wyobrazić. Ale pamiętaj, że nie jesteś winna. Zaufałaś złej osobie, tak jak zrobił to Albus Dumbledore. To nie jest twoja wina – powtórzyła.
Lily poczuła, jakby stała na krawędzi wydmy, która powoli zaczyna się osypywać. Pod jej stopami otwierała się wielka dziura, a ziarnka piasku stopniowo ją zasypywały, a ona nie miała siły ruszyć się z miejsca. Andromeda podała jej jakiś napar na bazie alkoholu i eliksiru uspokajającego, wzięli od niej Arianę i mówili coś, czego nie chciała słuchać. Było jej wszystko jedno. Dopiero wieczorem poczuła się na tyle dobrze, że zabrała córkę i teleportowała się do domu. Musiała wprawdzie skłamać i obiecać Andromedzie, że nie wróci do swojego starego domu, ale dokładnie tam chciała się znaleźć. Nie bała się, że Severus wróci. Wiedziała, że nie odważyłby się spojrzeć jej w oczy. Zresztą powrót do domu był wobec niego demonstracją siły. Nie uciekała przed śmierciożercami, nie będzie też uciekać przed nim. W domu wzięła kąpiel, cały czas funkcjonując jak w transie, położyła Arianę spać i umyła naczynia. Miała wrażenie, jakby ktoś zamroził ją od środka i nie czuła zupełnie nic. Dopiero późno w nocy, kiedy zgasiła światło i wyczuła znajomy zapach na poduszce, poczuła, jakby ktoś potraktował ją Cruciatusem. Zacisnęła dłonie w pięści, zagryzła wargi i mocno postanowiła sobie, że nie będzie płakać. Fala bólu pomału zmieniała się w nienawiść.

Rano Lily obudził płacz Ariany. Przez jedną krótką chwilę wydawało jej się, że wszystko było złym snem, ale zaraz potem przypomniała sobie, co się wydarzyło. Minął kwadrans, zanim poczuła się na tyle silna, żeby otworzyć oczy i stawić czoło rzeczywistości.

Wyobraziła sobie, że gdzieś, głęboko w niej, jest małe pudełko, do którego może schować uczucia. Ból, rozczarowanie, rozpacz, zawiedzione nadzieje, żeby to wszystko, co ją raniło, schować i zamknąć na kluczyk na samym dnie duszy. Problem w tym, że kiedy to zrobiła, zdała sobie sprawę, że schowała też całą radość, dobre wspomnienia i nadzieję. Tak jakby została z niej pusta skorupa. Otworzyła oczy i wzięła z koszyka płaczącą Arianę. Ona była ostatnim punktem, który łączył ją jeszcze z rzeczywistością, z dawną kochającą i czującą Lily. Przystawiła córkę do piersi, przykryła ją kołdrą i przymknęła oczy.
- Zaraz wstaniemy, moja maleńka – powiedziała cicho. - I chociaż nic nie będzie już dobrze, to damy sobie radę. Mamy serce smoka, prawda?
W końcu Lily ubrała się i przymocowała koszyk z córką do roweru. Raz na tydzień jeździła na mały targ w Scarborough, gdzie wśród mugoli sprzedawała swoje eliksiry na stoisku z medycyną naturalną. Oczywiście brakowało jej składników i mogła używać tylko to, co znalazła w lesie i co zostało z jej starych zapasów, ale i tak popyt na jej mikstury był całkiem spory. Było to nie do końca legalne, ale udało jej się załatwić lewe dokumenty, które mówiły, że jest charłaczką, i w razie kontroli aurorów ryzykowała tylko grzywną. Jeżeli rzecz jasna nikt by jej nie rozpoznał lub udałby, że tego nie zrobił. Może nie było to najbardziej dochodowe zajęcie, ale pozwalało jej kupić herbatę, mleko i trochę chleba do domu.

Żeby mieć wolne ręce, Lily przywiązała Arianę na plecach i obsługiwała klientów, podając im zioła i maści. Większość z tego, co sprzedawała, opierało się na roślinach i wszystkim tym, co można znaleźć w mugolskich sklepach zielarskich, a prawdziwą magię można było znaleźć tylko w specjalnych fiolkach sprzedawanych nielicznym klientom. Pomyślała, że to dziwne, ale dopiero pobyt w niemagicznym świecie przekonał ją o tym, jak bardzo wyjątkową rzeczą jest magia. Jest towarem spod lady, darem, uśmiechem losu, a nie czymś pospolitym i błahym.
- Przepraszam panią – przed nią stała może dwa lata młodsza od niej dziewczyna. - Słyszałam, że sprzedaje pani wyjątkowe rzeczy. Zaczarowane – dodała konspiracyjnym szeptem.
- Zioła mają wielką moc – powiedziała wymijająco Lily i sięgnęła po różdżkę. Nigdy nie wiadomo, z kim się rozmawia.
- Chciałabym coś, co sprawi, że się we mnie zakocha… nazywa się Adam i chciałabym coś… na miłość. Słyszałam, że sprzedaje pani wyjątkowe rzeczy i pomyślałam… - urwała, nie wiedząc, co powiedzieć dalej.
Lily patrzyła na nią zdziwiona, nie mając pojęcia, jak powinna zareagować.
- Ja zapłacę – dodała dziewczyna.
- Zapłacisz – powtórzyła bezwiednie Lily. - Niewątpliwie zapłacisz – przypomniała sobie słowa starej cyganki i dodała w myślach, że zapłaci łzami.
W pierwszym odruchu chciała posłać dziewczynę do diabła, ale zrobiło jej się jej żal. W lusterku wiszącym wśród suszonych ziół zobaczyła swoje odbicie i pomyślała, że wygląda staro. Minął dopiero pierwszy dzień ze złamanym sercem, a ona już myślała jak stuletnia zgorzkniała starucha. W końcu za grosze sprzedała dziewczynie trochę wody z sokiem z czarnego bzu. Jeżeli go wypije i uwierzy w jego działanie, poczuje, że zasługuje na miłość i po nią sięgnie. To, że sama straciła nadzieję, nie dawało jej prawa, żeby odbierać ją innym. To był właściwy eliksir, pomyślała, w końcu czym innym była miłość, jeżeli nie słodko-kwaśną mieszaniną nadziei i oszustwa?

Wieczorem czarownica rozstawiła na stole kociołek i powoli zabrała się do warzenia. Praca ją uspokajała. Nie myślała o wojnie ani o swoich problemach, wszystko, co się liczyło, to odpowiednio pokrojone składniki, barwa i zapach wywaru oraz słaby ogień palnika. Trzeba postępować zgodnie z instrukcją i przez cały czas koncentrować się na zadaniu. Położyła się dopiero po północy i ze zmęczenia zasnęła prawie od razu. Po kilku godzinach obudził ją głośny płacz córki. Zapaliła lampę i wzięła ją do siebie, ale mała ciągle była niespokojna i nie chciała zasnąć. W zimnym już kominku wył wiatr, a szyby trzeszczały od jego podmuchów. Przez dłuższy czas chodziła po pokoju, nosząc córkę na rękach, ale z każdą chwilą jej też udzielał się niepokój dziecka. Odruchowo wyjrzała przez okno, ale na szyby padały krople deszczu i zupełnie nic nie było widać. Ariana w końcu zasnęła jej na rękach, ale czarownica wiedziała, że już nie da rady się położyć. Zrobiła sobie mocnej czarnej herbaty i usiadła przy stole z mocnym poczuciem niepokoju.

W końcu wzięła różdżkę i wyszła boso przed dom. Szła po błotnistej zimnej drodze aż do furtki i dalej w stronę lasu. W ciemną bezksiężycową noc nic nie widziała, ale miała wrażenie, że ktoś, stojąc na skraju drzew, ją obserwuje. Deszcz szybko sprawił, że jej włosy i koszula, którą narzuciła na siebie, były mokre, ale ciągle stała, z determinacją wpatrując się w noc. Była pewna, że ktoś tam stoi i obserwuje dom. Domyślała się kto. Miał czelność przyjść tutaj i patrzyć na świat, który stracił na własne życzenie.
- Zostawiłeś nas, Severusie Snape – krzyknęła, wyciągając różdżkę w ciemność. Głos jej drżał i była pewna, że w tym momencie mogła nawet rzucić Avadę. - Nienawidzę cię! Słyszysz mnie?! Zostawiłeś nas i zdradziłeś!
Zamilkła przerażona tym, ile jest w niej wściekłości. Przez chwilę wydawało jej się, że słyszy jakiś dźwięk wśród drzew. Może był to głuchy trzask teleportacji albo nocny ptak polujący na mysz. Wróciła szybko do domu i żeby zagłuszyć ciszę i się uspokoić, zaklęciem włączyła stary magnetofon szpulowy, który dostała od Lupina. Melodia początkowo wydała jej się lekka i wesoła, ale po chwili, kiedy wsłuchała się w tekst,* skrzywiła się i ze złością rzuciła w magnetofon kubkiem z herbatą.
- Nawet nie powiedział „żegnaj”. Nawet nie poświęcił chwili, by skłamać – zacytowała piosenkę. - Niech cię szlag, Severusie Snape.


***

Cześć, Ariano! Jeżeli teraz oglądasz te wspomnienia, to znaczy, że wszystko poszło nie tak i od dawna nie żyję. Mam chaos w głowie i nie wiem, co ci powiedzieć i co zrobić. Chyba nie umiem nic mądrego powiedzieć, w ogóle nie ma dobrych słów na taką rozmowę.

Zastanawiałam się całą noc i rozsądek mówi mi, że powinnam z tobą zostać, wyjechać gdzieś i zacząć wszystko od nowa. Może masz do mnie żal, że tak nie zrobiłam, ale uwierz mi, zgorzkniała matka, która podejmuje decyzje z obowiązku, to nie jest dobra matka. Nie poszłam ginąć, ale walczyć za to, żeby świat, w którym żyjesz, był trochę lepszy. Żebyś nie żyła w świecie, w którym nie ma dobrych wyborów.

Kocham cię najbardziej na świecie i żałuję, że nie było mnie przy tobie w tych wszystkich ważnych chwilach. Nie kupiłyśmy różdżki u Ollivandera ani nie robiłyśmy pierwszego eliksiru pieprzowego. Mam nadzieję, że możesz mi to wybaczyć i jeżeli mogę cię o coś prosi