Dom i świat

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Dom i świat

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 12:46

Utwór stanowi bezpośrednią kontynuację moich opowiadań Oswoić smoka i Pogrzeb i stypa.
Jest też w pełni kompatybilny z tymi opowiadaniami, z którymi one były kompatybilne, a szczególniej z opowiadaniem Minerwy
Apokryf, odpowiadającym na pytania, które mogą się nasunąć w związku z postacią Remusa Lupina.
W zasadzie jest kompatybilny także z VI tomem kanonu, chyba że sprzeciwiało się to logice, kompatybilności z wyżej wymienionymi opowiadaniami albo autor jawnie tworzy wersję alternatywną.
Jako pisany przed opublikowaniem VII tomu ma prawo być z nim niekompatybilny i niekiedy z tego prawa korzysta.
Z góry załatwia się odmownie reklamacje fundowane na wypowiedziach J.K.Rowling innych niż kanon, albowiem autor stoi na gruncie zasady
solo libro i nie czuje się związany niczym, co nie zostało napisane expressis verbis w kanonie lub nie daje się z niego wyprowadzić niezawodnym wnioskowaniem.

Arthur Weasley
DOM I ŚWIAT


Gdy będzie płonął świat,
zawsze znajdzie się kobieta,
która będzie myślała o domu.
I zawsze znajdzie się mężczyzna,
który będzie myślał o świecie,
gdy będzie płonął jego dom.

Mark Twain

PROLOG

Coś było nie tak. Czuła to, idąc środkiem głównej nawy i patrząc na przyjaciół w ławkach.
Coś jest nie tak, myślała spoglądając na świecącą w półmroku wnękę z krucyfiksem w głównym ołtarzu, nauczycieli i prefektów w stallach.
Właściwie wszystko w porządku. Tylko dlaczego wychodzę za Billa?
Figura świętej stojąca na kroksztynie naprzeciwko ambony wzruszyła ramionami.
- Widocznie trzeba, żebyś wyszła za Billa – powiedziała głosem Hanny Abbott.
- Oczywiście, oczywiście – odezwał się z ambony Ernie Macmillan – to samo chciałem w tej chwili powiedzieć, kochanie.
Zbliżali się już do ołtarza. Wysoki, czarnowłosy pop spojrzał na nich podejrzliwie i zanurzył kropidło w kropielnicy stojącej na ołtarzu.
Zatrzymali się.
Pop ujął mocniej rękojeść kropidła, zamieszał z rozmachem, wyciągnął je oblepione białą pianą i zaczął sobie mydlić twarz.
Skręcili do zakrystii i wyszli.
- Dwie kawy – powiedział Charlie do ministranta stojącego przy kawiarnianym stoliku pod parasolem. – I jajecznica na drzwiach od stodoły.
- Nie będą mieli pretensji, że nas długo nie ma? - zaniepokoiła się.
- Spoko, noc jeszcze młoda...

Pop stał zaraz za drzwiami, oparty o potężną chrzcielnicę. Schylił się po kropidło i wyciągnął je nad chrzcielnicą. Na końcu zamiast włosia miało patelnię z kilkoma rozbitymi jajkami. Tłuszcz na patelni skwierczał apetycznie.
- Panno Bones, pani się nie przygotowała na dzisiaj! - powiedział Severus Snape znad patelni. - Hufflepuff traci pięćdziesiąt jaj!
Usiadła na podłodze, owijając się szczelnie trenem sukni. Ściany kościoła falowały z ogłuszającym łopotem...

- Co jest? - jęknęła Hanna Abbott, patrząc na siedzącą na posłaniu przyjaciółkę, ciasno owiniętą kocem i rozglądającą się nieprzytomnie po skórzanych ścianach czumu. - Śpijże, zarazo, i nie wyj po nocy.
- Hanna, śnił mi się ślub...
- To czego się drzesz, jakby ci się śnił co najmniej poród?
- Hanna, zawsze jak mi się ślub śni, to potem się okazuje, że się stało coś bardzo złego...
- Coś bardzo złego to możesz przepowiadać codziennie bez ryzyka pomyłki, nie ma dnia, żeby się coś nie stało. Chajtnij ty się wreszcie, to będziesz Charliego po nocy budzić, a nie mnie!
Właściwie dlaczego ja tego jeszcze nie zrobiłam, zastanowiła się. A, prawda, nie oświadczył mi się.
A tak w ogóle to nie wiadomo, gdzie byśmy mieli mieszkać, zauważyła wychodząc na zewnątrz. No i taki detal, mam szesnaście lat.
Drobiazg, zdecydowała, patrząc na krąg skórzanych stożków.
Poczuła gwałtowny dreszcz.
- Revelio! – usłyszała głos Terry’ego Boota. – Ach, to ty...
- No ja, ja, a kogo się spodziewałeś? – warknęła. – Świętej Cecylii z narcyzami?
- Daj żyć – ziewnął Terry. – Gdzie pełzniesz?
- Nad wodę i z powrotem.
- Uważaj na dzikie węże strażackie.
- Jasne. I na krokodyle nadrzewne...

Wiatr umilkł. Ciszę zakłócało tylko chrapanie dochodzące z niektórych czumów. Patrząc na drzewa oświetlone zimnym światłem księżyca miała wrażenie, że dalej śpi.
Muszę się obudzić, pomyślała.
Gdzieś w dali zaryczał dźwiedź.
Powoli docierało do niej, że nie śpi, że wszystko jest normalnie i na swoim miejscu. W każdym razie na tyle, na ile wszystko może być normalnie i na swoim miejscu, gdy się ma szesnaście lat i jest o pięć tysięcy mil od domu, który w każdej chwili może przestać być bezpiecznym miejscem, i od szkoły, która już dawno przestała nim być.
Wczoraj dostała sowę od cioci Amelii. Boimy się o Ciebie, pisała. Co jej tu może się stać? No dobra, wczoraj starszy Creevey za mocno trafił młodego Drętwotą, chyba zapomniał, że to są ćwiczenia, ale w sumie nic się nikomu nie stało. No faktycznie, parę dni temu znalazła w palenisku widłowęża, ale nic nikomu nie zrobił, wygrzewał się po prostu w popiele. Doprawdy dziecinna zabawa w porównaniu z tym, co się działo w Anglii...
- Kocham cię – powiedział kobiecy głos o parę kroków przed nią.
Stanęła jak wryta. Tak się zamyśliła, że byłaby nadepnęła na tych dwoje. Siedzieli pod drzewem i najwyraźniej nie bardzo wiedzieli, co się dzieje dookoła. Ale...
- No to mamy problem.
- Wiem, że się muszę odkochać.
- Wiem, że wiesz...
Zawróciła. Chryste, już gorzej się Tonks nie mogła wpakować?
Miała niejasne wrażenie, że ktoś na nią patrzy. Rozejrzała się dookoła. Nikogo.
Coś się poruszyło. Wróg na czwartej, odległość... dwadzieścia?
Odwróciła się błyskawicznie, wyrywając różdżkę... i dłuższą chwilę walczyła ze sobą, żeby nie wybuchnąć histerycznym śmiechem. Na gałęzi akurat na wysokości jej oczu siedział spory futruś i uśmiechał się ironicznie. Wiedziała, że futruś sprytny ma niesamowicie ludzki wyraz twarzy i bardzo żywą mimikę, ale i tak poczuła się niepewnie.
Futruś powoli znikał, poczynając od ogona.

Przechodząc między czumami, usłyszała nagle spokojny i wyraźny głos Erniego Macmillana:
- Kingsley Shacklebolt jest podejrzany.
W ostatniej chwili ugryzła się w język, żeby nie zapytać, dlaczego. Przez pięć lat znajomości zdążyła się zorientować, że Ernie mówi przez sen wyraźnie i pełnymi zdaniami.
Zresztą pytanie było zbędne. Ernie po chwili wyjaśnił głosem wpadającym wręcz w ton oficjalny:
- Odmówił picia herbaty z musztardówki.
No tak, pomyślała. Z takimi, co nie chcą pić herbaty z musztardówki, to nigdy nic nie wiadomo.
W czumie przyozdobionym napisem РАЙКОМ paliło się światło, ale nie dochodził stamtąd żaden odgłos. Podkradła się powoli i zajrzała przez szparę między skórzanymi brytami.
Charlie siedział przy stole z głową przekrzywioną na bok, chrapiąc głośno. Ostrożnie wsunęła się do środka. Nie, żadnej butelki, zapachu alkoholu też nie czuła. Widocznie był dużo bardziej zmęczony niż twierdził wieczorem.
Żesz ty sieroto moja rozczochrana, pomyślała, całując go w czoło. Żeby nikt z zewnątrz do zony nie wlazł, to pomyślałeś, ale gdyby komuś z nas odwaliło, to mógłby robić co chce...
- Nox – mruknęła. Świeca zgasła.
Nie lubiła zostawiać otwartego ognia bez opieki.

c.d.n.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Komentarze do prologu

Postautor: archiwalny » 29.08.07, 12:56

Lucy Pym w 22.12.06 01:15:27


Wow!
Nowe opowiadanie z Susan i Charliem w rolach głównych - tak, to jest naprawdę jeden z milszych prezentów świątecznych, jakich mogłabym sobie życzyć. A już się bałam, że będzie trzeba czekać dłużej...
Sam tekst smakowicie się zapowiada - sen Susan skrajnie wariacki (ze Snapem w roli popa i kropidłopatelnią szczególnie), nieźle koresponduje z futrusiem i Kingsleyem, który jest podejrzany, bo nie pije z musztardówki. Tak z ciekawości - czy futruś ma coś wspólnego z Kotem Dziwakiem? A z drugiej strony - atmosfera zagrożenia, wspomnienie o ciotce Amelii i śnie, który jest omenem - uch, tu mnie może nie przeszły ciarki, ale na pewno niepokój kolnął gdzieś pod żebrem.
I jest w tym też magia, która zawsze jakoś się pojawia między ludźmi, którzy spędzają wspólnie czas pod namiotem, gdzieś daleko od domu, w obliczu wojny. Lupin i Tonks - lubię tę parę. I jest Charlie, który zasnął przy stole, i Susan, która gasi świecę, dla bezpieczeństwa.

Uprzedzam, że będę tupać o rychłe wklejenie następnego odcinka. Więcej, więcej!
Z poważaniem -
Ucieszona Lucy


Idril Celebrindal w 22.12.06 23:29:58

O jeżujeżujeżujeżujeżujeżujeżujeżujeżujeżujeżujeżujeżujeżujeżujeżujeżu...
Tak! <krzyczy triumfalnie>
To chyba nie jest konstruktywny komentarz, ale najlepiej oddaje moje uczucia względem tego tekstu. Piękny, naprawdę piękny prezent na Gwiazdkę. Nie dość, że Susan i Charlie, to jeszcze Remus i Tonks! Uwielbiam tę parę, a tak niewiele się o niej pisze...
Ernie Macmillian podejrzewający Kingsleya, który nie pije herbaty z musztardówki posłał mnie piętro niżej ;-)
Futruś, znikający jako ten Kot z Cheshire takoż. I Snape z kropidłem.
Ale jest niepokojąco - ten sen Susan... Zagrożenia jeszcze nie ma, ale jego cień już widać za progiem. Choć sen sam w sobie straszny nie jest, to jeżeli prawdą jest to, co mówi Susan, zapowiada się kiepski okres dla niej i jej bliskich.
Jest też ciepło - Susan całująca Charliego w czoło i gasząca świecę rozczula. Dobrze, że Charlie kogoś takiego ma, zasłużył sobie.
Kurczę, będzie następny tekst do czytania kilkanaście razy w całości (od Smoka jestem uzależniona w stopniu najwyższym).
Ja wiem, to jest chaotyczne. Ale musiałam. Trumna solidna będzie, to mogę obiecać.



Jęcząca_Marta w 23.12.06 01:39:43


Arturze, zaistę prawdę mówiłeś. Jest to kwit z pralni. Ale jaki!

Wyobraźnia Twoja... Rany, jak czytałam sen Susan... Dreszcz na plecach.
Ukłon w pas.

Mając to i urywki z naszych rozmów czekam z niecierpliwością, ale spokojną. Bo wiem, że będzie, i wiem, że jest na co czekać, bo się nie zawiodę.

Więc pisz dzielnie, spokojnie i owocnie.
Natchnienia życzę. DUŻO.



Arthur Weasley w 23.12.06 09:59:19


Dzięki.
Aczkolwiek osobom zachwycającym się sceną z Tonks sugeruję uważne przeczytanie disklemera...



Professor Vector w 24.12.06 23:17:42


I oto nastąpił ciąg dalszy, i pokazał Artur haczyki swoje. Zahaczył, posmaczył, zaczął i urwał. Klimat klasyczny, weasleyowski. Tylko co to ma galopujące gargulce jest
РАЙКОМ
?


Arthur Weasley w 24.12.06 23:23:35


Pytanie nie dziwi, kierunek, z jakiego padło - owszem.
Rajkom. Rajonnyj Komitiet. Komitet Powiatowy (partii komunistycznej). Taka sama dobra tablica na czumie zamieszkanym przez naczalstwo jak każda inna...



Professor Vector w 27.12.06 12:59:24


A czemuż to kierunek Cię dziwi? Czy ja jestem zobowiązana do znajomości wszystkich języków, a tego zwłaszcza? I skąd mam wiedzieć, co było napisane na rozmaitych tablicach tak wtedy jak i teraz?
No i dalej - wymagasz tłumaczenia napisów angielskich, jako mało zrozumiałych, ja zaś podejrzewam, że akurat ten jest najmniej popularny.
Zresztą warto może przypomnieć jakie znaczenie miały takie komitety, mnie zaś dziwi, czemu Charlie jako jedyny tam spał i kto mu na to pozwolił. No chyba że to ma tylko być koloryt lokalny.



Adam Widur w 28.12.06 02:50:40


eee, pewno zakosił tabliczkę starym harcerskim sposobem i sobie powiesił na namiocie..

(akurat to wypisuję z doza stuproventowej pewności, bo Autor sam mi potwierdził taka wersję)
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Odcinek 1

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 13:07

I tym sposobem, jak w prawdziwym HP, sprawę załatwiło powołanie się na czat z autorem...

Odcinek 1

Półwysep Święty Nos, Obwód Zabajkalski, sobota, 28 czerwca 1996


- Stan wody Jeniseju układa się w dolnej strefie stanów średnich i wynosi: w Sajanogorsku...
Charlie Weasley ziewnął przeciągle. Kto, u diabła, przełączył wieczorem radio na ruską stację?
Spojrzał na zegarek. Szósta.
Odłożył brzytwę i chwilę manipulował przy odbiorniku. Po chwili z czarno lakierowanej tuby wydobył się zniekształcony odgłos bicia dzwonów, w którym wprawne ucho rozpoznałoby pierwsze i ostatnie takty „God Save the Queen”.
- Tu Radio Morgana, chrześcijański głos w magicznych domach – ogłosił z namaszczeniem spiker. - W Wielkiej Brytanii minęła dwudziesta druga.
Charlie uśmiechnął się. Kiedyś podkreślanie, że podają godzinę w Wielkiej Brytanii, irytowało go. Stopniowo przestało, kiedy słuchał tych komunikatów mając na zegarku czas o godzinę późniejszy. Zupełnie zmienił zdanie słuchając o świcie, że w Wielkiej Brytanii jest późny wieczór.
Zaczął się golić, słuchając jednym uchem, raczej z przyzwyczajenia. Bo, z całym szacunkiem, co mu teraz po wiadomości, że papież przyjął ekumeniczną delegację brytyjskiego duchowieństwa magicznego?
- Żubr występuje w puszczy – oświadczył nagle spiker.
Omal się nie zaciął.
- Nie gadaj idiotyzmów, kiedy się golę, ruro jezuicka – warknął.
- Żubr występuje w puszczy – upierał się spiker.
Tego mu tylko było potrzeba. Więc jednak zdecydowali się ewakuować Grimmauld Place. Rychło w czas.
Od początku zgadzał się z Lupinem, że obiekt, w którym fałszoskop wyje jak potępieniec, który się upił na smutno, nadaje sie na kwaterę Zakonu jak żłobek na więzienie. Syriusz z kolei nie cierpiał Grymoldówki wskutek traumatycznych wspomnień z dzieciństwa. Toteż zaraz po urządzeniu kwatery Zakonu na Grimmauld Place zaczęli opracowywać plan, który później dzięki Alastorowi Moody’emu otrzymał kryptonim „Chyłkiem pod tujami”. Po ucieczce Stforka mogli się już przyznać do tego Dumbledore'owi, ten jednak uważał, że nie ma się czego obawiać. Niemniej zgodził się na dokładne opracowanie planu „na zupełnie wszelki wypadek, co się przy tym nauczycie to wasze”.
Co się stało? Jakiż to wszelki wypadek sprawił, ze dyrektor zmienił zdanie?
Gdzie się teraz zainstalują? W Jeszcze Bardziej Zakazanym Lesie? Tam są dwa pokoje z pracownią...
I co on teraz ma zrobić? Zostawić Armię Dumbledore'a o pięć tysięcy mil od kraju i wracać do Anglii? Nonsens. Tu musi być ktoś, kto ma dobry kontakt z tutejszymi. A równocześnie nikt poza nim nie wie, że na Grimmauld jest na przykład kilka jaj smoków. Gorzej. Być może wie o tym Hagrid... A także kilka artefaktów, o których nie wie i nie powinien się dowiedzieć Snape.
A skoro nie wie i nie powinien się dowiedzieć Snape, to nie powinien też o nich wiedzieć Dumbledore, ten bowiem na wszelkie zastrzeżenia miał jedną odpowiedź:
- Ja wierzę Severusowi Snape'owi.
Dyrektorskiej pewności siebie nie osłabiło ani odkrycie zdrady Petera Pettigrew, ani zdemaskowanie w ciągu czterech lat dwóch zatrudnionych przez niego nauczycieli, którym też wierzył, jako sług Voldemorta, a dwóch jako nieodpowiedzialnych idiotów, ani nawet to, że z obmyślonymi przez niego finezyjnymi zabezpieczeniami Kamienia Filozoficznego poradziło sobie troje dwunastolatków. On wierzył Snape'owi, a przygniatająca większość zakonników wierzyła jemu. Komuś trzeba wierzyć.
Jakkolwiek - dyrektorowi świeczkę i rozsądkowi ogarek - kto mógł trzymać Snape’a z daleka od spraw, za które odpowiadał, ten trzymał.
Kursować tam i z powrotem? Absurd. Już mniejsza o to, że uzdrowiciel mu zabronił na parę miesięcy teleportacji w ogóle - mało to robił rzeczy, których uzdrowiciel zabronił? - ale transkontynentalna teleportacja jest dobra dla aurorów, a gdyby chciał się teleportować na taką odległość kilka razy w krótkich odstępach, to może od razu pisać testament. Oraz ogłosić w Proroku, że Zakon Feniksa ma kłopoty. A wszystkie inne mugolskie i magiczne środki transportu są za wolne.
No nic, raz wiedźmie stos, muszę to załatwić przez kogoś. Lupin? Owszem, wraca zaraz do Anglii i będzie kursował eurofłotami w te i nazad, ale on i bez tego ma w tej chwili dosyć roboty w Zakonie, a na okrasę komplikacje z ciążą Andrei, u warzycielki to mało dziwne. Bill? Hmm... pomyślmy... uważa mnie za kretyna, ale jak obieca, to załatwi... no nic, i tak w tej chwili nic nie mogę zrobić...
Dla uspokojenia nerwów wypił lufkę samogonu i znowu zaczął się golić.
Dziennik skończył się zapowiedzią charytatywnej kwesty z okazji zakończenia nabożeństw czerwcowych. Ale zamiast pobożnej pieśni rozległ się kobiecy głos:
- Ahcyksiążę do Khóliczych Mogił nie przyjedzie. Ahcyksiążę do Khóliczych Mogił nie przyjedzie.
Tym razem zaciął się naprawdę.

- Nie ma kawy w tym zakładzie?
Hermiona i Susan wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Informowanie Charliego, że kawę właśnie wypił i słowem się nie zająknął, że jest gorzka, nie miało sensu.
- Misiu, co jest?
- Nic. Po prostu jestem trochę niewyspany.
- Kłamiesz, Misiu. Dość umiejętnie, ale kłamiesz. Niewyspany jesteś, owszem, ale to nie to, a na niewyspanego nie wyglądasz. Coś mówili przez radio?
- Nieważne. Jeszcze nic nie wiadomo...
Susan wiedziała, że to nieprawda. Wiedziała też, że wie Hermiona.
Charlie on od porannego dziennika zadawał sobie pytanie: kto? Oprócz tego, że ktoś ze ścisłego kierownictwa Zakonu.
O Dumblu by informowali inaczej. Lupin nie, Lupina widziałem, śpi jak urżnięty... Byle nie McGonagall, bo zginiemy. Już prędzej bez ojca firma by się obeszła... ależ ja jestem bydlę... Snape to nie jest ścisłe kierownictwo, aż tak to Dumbel na głowę nie upadł, no może upadł, ale aż tak to już nie, więc to nie Snape, cholera, szkoda...

- Obudźcie mnie za piętnaście minut – poprosił.
- Spoko.
Nie zdejmując butów, położył się i zamknął oczy.
Obudził go narastający szum nad dachem. Tonks wraca.
Dla Tonks, przy jej poziomie koordynacji ruchów, możliwość legalnego latania na czymś stabilniejszym od miotły była zbawieniem. Rozbić się przy lądowaniu kibitką można było tylko na własne wyraźne życzenie. Możliwości przewozu ładunków też byty trochę większe...
Usiadł, przecierając oczy.
Szum ucichł. W chwilę później rozległ się turkot okutych kół, wreszcie skrzypnięcie resorów i głos Tonks:
- Susan Bones!
Cholera, pomyślał wstając, tego nie wziąłem pod uwagę.
Odchylił połę czumu. Na środku placu stała kibitka, a przed nią Tonks tuliła płaczącą Susan.

- Jak? - spytał, gdy Hanna przejęła od nich zadanie dalszego pocieszania Susan.
- Sama nie wiem.
- Wiesz.
- Chrzanić to. Dość, że się broniła, trzech utłukła.
- Skąd wiedzieli?
- Wróżka mieszka na Piwnej siedem - wzruszyła ramionami Tonks.
- Ale jest jakiś trop? Wiesz coś? Mają kogoś?
- Z tego, co wiem, to tylko tych trzech piekłoszczyków. Reszta się rozpłynęła. I zero tropu.
- Mogli od Snape'a?
- Cholera wie. Tak naprawdę to nikt nie wie, co Snape wiedział, nie wiadomo, czy był sam, nic nie wiadomo. Cholerny Dumbel... ups...
- Też masz żal do szefa? - ożywił się Charlie, nie próbując rozbierać na czynniki pierwsze tej chaotycznej wypowiedzi.
- No, jakby ci to powiedzieć... No mam.
- Witaj w klubie. Długo zostaniesz?
- Zaraz muszę spadać. Gdzie Remus?
Charlie odwrócił nieznacznie głowę, żeby nie patrzeć Tonks prosto w oczy.
Zeszłej nocy Lupin mamrotał przez sen „Tonks, nie... nie... to nie ma sensu...”.
Dzisiaj znalazł na stole kartkę:
NT z daleka od RL!!! TbL.
Su.

TbL. Tak będzie lepiej... Poranne wiadomości sprawiły, że nie miał głowy dochodzić, co się kryje za tą kartką, a i jej autorka najpewniej nie była w nastroju do takich rozmów, ale wierzył na słowo. Susan bardzo konsekwentnie stosowała puchońską zasadę „jeżeli nie ma powodu, to nie przypuszczać, a tym bardziej nie mówić bez wyraźnej potrzeby”.
- Walnął się spać i prosił, żeby go nie budzić.
Oboje wiedzieli, że to nieprawda.
- Cholera, tak chciałam mu... - urwała w pół zdania.
- Czekaj no – zastanowił się Charlie. - Mogli od Snape'a, dobra, mogli i od kogo innego, nie pierwszy taki numer, ale może by tak im coś rzucić na rybkę?
- Znaczy co?
- Znaczy to, że może by wreszcie sprawdzić parę osób? Najprościej i najskuteczniej, informacjami na rybkę?
- To jest jakiś pomysł. Z jedną poprawką, tego w żadnym razie nie możesz robić ty ani ja. Ktoś, kto jest poza podejrzeniami...
- Jeśli chodzi o kolegę Oślizgłego, to proponuję Gudgeona Daveya.
- Myślisz?
- Snape mu ufa. Mają wspólne zainteresowania, obaj nie znoszą Jamesa. Snape ma powody, a Gudgeon z przyzwyczajenia, taka ślizgońska świecka tradycja, ale zawsze. A poza tym to jest jedyny Ślizgoń, jakiemu jestem ewentualnie w stanie zaufać.
Nie darmo powiadano, że każdy szanujący się Gryfon ma swojego porządnego Ślizgona.
- Chyba go nie doceniasz.
- Gucia De?
- Severusa Es.
- A bo?
- A bo to jest najstarsza i najprymitywniejsza sztuczka świata.
- Mhm. I najskuteczniejsza, tylko trzeba to z głową rozegrać.
- Charlie, bądź duży. Naprawdę uważasz, że potrafiłbyś coś takiego załatwić? Bo ja sobie nie wyobrażam gorszej osoby do tego. Może poza sobą.
- Z Daveyem można otwarcie. A przedtem trzeba dać Snape'owi coś podsłuchać, jakąś rozmowę w cztery oczy.
- No! I jeszcze żeby ten drugi nawtykał temu pierwszemu, że nieostrożny.
- Jak ma nawtykać, to najlepiej Lupinowie.
- Dlaczego Lupinowie?
- Nikt inny nie potrafi się kłócić z takim przekonaniem. Tylko żeby ona przedtem rodzić nie zaczęła...
Przez twarz Tonks przeleciał skurcz bólu, ale opanowała się.
- To ja pogadam z Remusem - zaproponowała.
- Nie trzeba, ja i tak mam z nim do pogadania o Dumblu - uciął nieco ostrzej niż zamierzał.

- Następna sprawa, proszę koleżeństwa. Zjawisko, które występuje endemicznie w kilku miejscach na świecie...
Hanna Abbott wzniosła oczy ku niebu.
To, o czym Charlie mówił, najpewniej było i sensowne, i ze wszech miar potrzebne. I nawet ciekawe. Tyle, że pierwszy raz słyszała Charliego mówiącego o czymkolwiek, w dodatku o czymś ciekawym, w taki sposób, że wydawało się to nudne jak historia magii w ujęciu Binnsa, i tak samo drewnianym głosem.
Wiedziała, dlaczego. Z mieszaniną przerażenia i podziwu patrzyła, jak Susan usiłuje na bieżąco notować.
A do tego chciało jej się spać. Najpierw jej organizm kategorycznie odmawiał przyjęcia do wiadomości, że jest głęboka noc, a nie późne popołudnie, a gdy wreszcie zdołała usnąć, obudziła ją Susan.
- ...niestety również tutaj. Zjadarka. Proszę się nie śmiać. Ja wiem, Radio Maksymicha podało trzy miesiące temu, że zlikwidowali ostatnią zjadarkę na tym terenie. Półtora roku temu też podali i trzy lata temu. Tak, że ja rozumiem, że tym razem to była wstępnie ostatecznie ostatnia zjadarka i jeszcze parę ostateczniej ostatnich może działać.
Jak zjadarka wygląda, to mniej więcej wiecie, a na wszelki wypadek radzę na wszystko, co może ją przypominać, rzucać Revelio. W razie trafienia na zjadarkę, tak samo jak na leśnego dziadka, różdżka dymi, w tym przypadku nie wdawajcie się z babą ani w żadne pertraktacje, ani w walkę do upadłego. Trzaśnijcie ją jakimś zaklęciem paraliżująco-drgawkowym i spierdalajcie.
Hermiona spojrzała na niego z dezaprobatą.
- Melduję... wróć... mam pytanie - odezwał się Terry Boot.
- Pytaj.
- Ja bardzo chętnie rzucę zet pe de, lubię sobie czasem z rana cos sparaliżować, tylko czy potem nie będę miał o to sprawy jak Harry?
- Nie tutaj. Nie jesteśmy w Anglii. Co prawda to nie jest Afryka, gdzie w ogóle się nie trzeba tajniaczyć, ale dopóki sprawa nie wyjdzie poza społeczność czarodziejów, to ci kulawy pufek słowa nie powie.
Dobra. Coś jeszcze?
- Żmija – odezwał się Dean Thomas.
- I co z tą żmiją?
Dean z niepokojem rzucił okiem na Rona, od dłuższej chwili trzymającego prawą rękę pod szatą i wykonującego jakieś dziwne ruchy.
- Żmija – oświadczył – często się w nogę wpija.
Wtedy trzeba natychmiast wypić dużo wódki,
Żeby ograniczyć skutki.
- Zgadza się – przyświadczył Charlie. -
W ogóle wypić dużo wódki nie jest źle,
Czy żmija ugryzła, czy nie...
- O, ty łajdaku! - krzyknęła strasznym głosem Hermiona.
O, to stryczka, haku! Finite incantatem!
Niech zaraz ktoś i ze mnie zdejmie to zaklęcie,
Bom, zaprawdę powiadam, oburzona święcie!
- Finite incantatem!
Niestety Charlie przy inkantacji zakrztusił się. Hermiona przestała mówić, a zaczęła szemrzeć cicho niczym górski strumyk.
- Wstyd rodzinie przynosisz - prychnął Ron. - Finite incantatem!
- I to by było na tyle, jeżeli chodzi o to, co wam tu realnie może fizycznie grozić. Tak poważnie, to ze żmiją jest to samo co z widłowężem, gryzie, jak się na nią nadepnie. Jakby po was ktoś deptał, też byście gryźli. Kiedyś nadepnąłem na kota, to dotąd mam bliznę...
- Jak na niego wlazłeś smokerskim glanem... - mruknęła pod nosem Hermiona.
- O swoistościach tutejszej magii to jeszcze sobie pogadamy, na razie jeden element. Ja z góry przepraszam wszystkie panie, ale to naprawdę tutaj działa. Jeżeli mężczyzna siedzi przy ogniu, kobieta nie może przejść między nim a ogniem. Musi go obejść od zewnątrz. Ja wiem, że to dziwne, ale jeżeli się tego nie pilnuje, to zaklęcia rzucane przez niego będą działać wadliwie albo wcale.
- Powinieneś dodać - wtrąciła Hermiona - że chodzi o zaklęcia tutejszej magii.
- Nie powinienem - odparł Charlie. - To dotyczy również zaklęć opartych na magii merlinowskiej. Ktoś wie, dlaczego?
Nikt nie wiedział.
- Nie wiecie? Szkoda, bo ja też nie wiem i nie spotkałem nikogo, kto by wiedział. Teoretycznie Hermiona ma rację, ale różnica między praktyką a teorią jest mniej więcej taka jak między chędożeniem a opowiadaniem o chędożeniu...
Oczy części obecnych skierowały się na Susan. Charlie urwał zmieszany. Susan zdawała się nie słyszeć.
- Teoretycznie, owszem, wedle wszelkich prawideł ogólnej teorii magii powinny być niewrażliwe na tutejsze tabu, ale nie są. Nie wiem, dlaczego. Tak samo jak nie wiem, dlaczego walijski krótkopyski jest w stanie wzbić się w powietrze i dlaczego nie eksploduje przy erupcji, chociaż ze wszelkich obliczeń wynika coś odwrotnego. To jest żelazny punkt podstawowego kursu smokerskiego...
- Misiu... - wyrwało się Susan.
- ...bądź duży... - dorzuciła Hanna, wywołując zbiorowy wybuch nerwowego śmiechu i ciesząc się w duchu, że Susan zaczyna się zachowywać jak Susan.
Ron znowu nieznacznie się pochylił, wykonując podejrzane ruchy.
- I to już, moi drodzy, koniec – oświadczył Charlie, patrząc w dal dziwnie mętnym wzrokiem.
Nie pytajcie mnie więcej o nic,
Bo gdybym coś więcej wiedział,
Tobym sam wam opowiedział.
Hermiona rzuciła Ronowi spojrzenie mordercy.

c.d.n.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Dom i świat

Postautor: archiwalny » 29.08.07, 13:15

Irytek jz w 30.12.06 19:47:12


No, teraz trochę więcej
Choć i tak za mało. Jak już się na dobre wciągnąłem w akcję, to się wzięło i skończyło. A o ile przy wielu opowiadaniach koniec odcinka mi niespecjalnie przeszkadza - ot skończyło się, to się skończyło, jak będzie ciąg dalszy to wrócę, o ile w międzyczasie nie zapomnę - o tyle "Dom..." należy do tych, z którymi chciało by się usiąść i przeczytać od deski do deski w jeden wieczór. A tu, cholibka, tych desek nie ma
Znaczy, bardzo dobre to było.



Miria w 30.12.06 19:55:38


A i owszem, bardzo dobre. I, kurcze, niby wesole, niby smieszne... A caly czas, gdzies w dwoch, trzech slowach, gdzies w didaskaliach, stoi prawdziwa groza. I strach. I taki wstraszny smutek...

Jedno mi tylko zazgrzytalo:
Tu Radio Morgana, chrześcijański głos w magicznych domach
Bedzie, ze sie czepiam (bo i to robie), ale ta Morgana mi nie lezy. Kto jak kto, ale Morgana to akurat miala niewiele z chrzescijanstwem wspolnego. Docenilam dowcip, usmialam sie - ale chyba inne imie byloby sensowniejsze (acz faktycznie, Morgana samo sie nasuwa...)


Adam Widur w 30.12.06 20:26:28


Ja też w kwestii radia, wymsażyłem nawet więcej, ale mi się wykrzaczył komp.. Więc raz jeszcze:

Zapewniam, w Maksymisze w zasięgu normalnego odbiornika nic nie lata, a pewien czarodziej który pod Maksymichą buduje cały kompleks magiczny, dopiero robotę zaczął. Uwierzyłbym w Radio Ust-Barguzin ( wkońcu to jest centrum Rajonu) albo tez w Dolinę októrej w znanym Ci zapewne artykule pisała Wera Bielajewa. (Dolina Tunkijska) tam tyż techniki niewiele, ale za to Magii chot' ubawliaj.

A kiedy reszta (niecierpliwie przestępując z nogi na nogę) ?



Sadako w 30.12.06 21:50:26


To, co przeczytałam do tej pory, bardzo mi się podobało i z pewnością będę czekać na więcej. A później sobie przeczytam całość, jeszcze raz i jeszcze, taj, jak czytam Oswoić smoka. A na razie mogę powiedzieć tyle, że zaciekawiło mnie, że dalej lubię tych bohaterów i ten sposób o nich pisania. I że barrdzo mi się podoba sposób, w jaki humor miesza się z grozą.

Pozdrawiam



Magdalaena w 30.12.06 23:55:23


och ! och !! OCH !!!
Nowe opowiadanie z Charliem i Susan !!! z moja ulubiona para polskiego potterowskiego świata FF !!!
A ja głupia przegapiłam prolog :-(
Ale za to miałam od razu dwa odcinki :-)

Przeczytałam drugi raz i mogę trochę składniej:
W zasadzie wszystko mi się podobało:

Dobre było motto, które od razu wprowadziło nas w nastrój romantyczno - patriotyczny i podążający za nim chyłkiem prolog, który nas z niego odrobinkę wyprowadził.

Była moja ukochana wizja sensownego Zakonu Feniksa, w którym działają dorośli inteligentni ludzie, a nie tępy chórek składający się z potykającej się Tonks i karmiącej Molly z rozdającym dropsy Dumbledore'm na czele (jak w niektórych fanfikach, których autorzy nie czytali od pokoleń o konspirowaniu za ojczyznę). Naprawdę bardzo mi się podobał wątek nieufności do Snape'a - takiej ostrożnej i umotywowanej a nie opartej na niechęci do nieumytych włosów i tym samym wątek nieufności do Dumbledore'a. W ogóle sama idea pewnej hierarchii i rozbieżności w Zakonie jest bardzo miła mojemu sercu.

Rozkoszny był rosyjski klimacik, chociaż akurat zjadarka kojarzy mi się raczej z anime Miyazakiego niż z ruskim folklorem.

I bardzo duży plus za rozkoszne myślenie Susan o ślubie.

A radio Morgana było takie trochę ... przeszarżowane. Może trzeba się było zdecydować: albo odpowiednik kawałków Bravowitch ze Smoka albo brytyjskie radio z tajnymi informacjami.

Na zakończenie jeszcze raz zapiszę z uciechy <iiiiiiii> ponieważ właśnie sobie niedawno pomyślałam, że nim Arthur napisze drugą część ukaże się tom siódmy.






Napisa: Jęcząca_Marta w 31.12.06 02:18:25


Gęba mnie się cieszy!

Zaklęcie rymowania? Kwiik...

Biedna Tonks...

Generalnie - to kolejny kwit, może nie z pralni, lecz z poważniejszej yntytycji, ale śmierdzi malizną... No nic. Na pewno po Nowym Roku będzie więcej, na co czekam z niecierpliwością małego dziecka.
Arturze - natchnienia, natchnienia i jeszcze raz weny Ci życzę.


Allegra Walker w 31.12.06 22:04:02


Mój ulubiony autor Powrócił
Przyznam się, że dopiero guglanie pozwoliło mi złapać, o co chodzi z Radiem M. Wcześniej sądziłam, że to jakieś nawiązanie do Wolnej Europy

Czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg, ostrząc sobie zęby na to, o czym wspomniała Magdalaena, to znaczy konspirację na poważnie, a chyba jeszcze bardziej na rozwinięcie wątku Lupina.

(Panie Lupin! Nie bądź pan mięczak, podsuń jej pan pod nos obrączkę i niech spada! Że co? Pan sobie z nią na jakieś rendez-vous po capstrzyku wychodzi? Pan nie chce jej ranić? Pan chciałby to załatwić delikatnie? Nooo, to ja bardzo przepraszam...)



Barty Crouch Młodsza w 27.01.07 13:44:14


Oj, podoba mi się. Z jednym, potężnym wyjątkiem, ale chyba wiadomo jakim, więc co będę głowę zawracać?
Zakon Feniksa. Charlie. Susan. Hermiona. Konspiracja. Tak by to mogło wyglądać...
I śmieszny sen Susan. Oklaski, brawo Arturze. Wiem, że nie pójdziesz na łatwiznę w "wyjątku", rób więc ten "wyjątek", ale niech ma ręce i nogi, zresztą wiem, że chyba będzie miał. Odpukać. (odpukuje)
Jeżeli postanowisz doprowadzić "wyjątek" do "kropki nad i", oczywiście.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Odcinek 2

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 13:36

W odcinku pojawia się nawiązanie do fanfiktów Minerwy Apokryf oraz Srebrnej Opowieści - nie muszę dodawać, że znakomitych.

Odcinek 2

Moskwa, lotnisko Domodiedowo, sobota, 13 lipca 1996 r.


- Dlaczego nie mogę lecieć tym samolotem?! - pieklił się krępy mugol, mówiący z wyraźnym bałtyckim akcentem. - Gdzie mam lecieć? Do Krasnodaru! Jaką mam datę na bilecie? Trzynastego! A dzisiaj który jest? Trzynasty! To dlaczego mówicie, że to nie mój samolot?
- Nie możecie – tłumaczyła urzędniczka, starannie acz z widocznym wysiłkiem hamując zniecierpliwienie – bo to jest samolot przedwczorajszy. Dzisiejszy poleci jutro rano. Jeżeli dzisiaj wieczorem poleci wczorajszy...

Remus Lupin po raz kolejny zastanawiał się, czy aby aerofłoty(1) rzeczywiście są odpowiednim środkiem transportu dla czarodzieja.
Już po kilku minutach spędzonych w kolejce po bilet zorientował się, że kolejka stanowi raczej tło, dekorację, ewentualnie miejsce odpoczynku dla tych, którzy się zmęczyli przepychaniem do okienka. Jeżeli chce w dającej się przewidzieć przyszłości kupić bilet, jego miejsce jest przy okienku, a jego ręka musi dołączyć do pęku rąk wpychających się w okienko, trzymających pieniądze, paszporty i dokumenty uprawniające do obsługi wnie oczeriedi. Na swoje nieszczęście nie dysponował ani komandirowką(2), ani legitymacją uczestnika Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (jak również żadnej innej), ani uwierzytelnionym na milicji telegramem o pogrzebie. Legitymacja pracownicza Zjednoczenia Drutu, Gwoździ i Wyrobów z Drutu mogła nie wystarczyć.
Dysponował natomiast siłą. Szczupłe, dobrze umięśnione ciało wilkołaka było idealne do przepychania się przez tłum.
Samo to oczywiście nie rozwiązywało sprawy. Trzeba było, żeby jego głos dotarł do uszu kasjerki, wśród chóru głosów przekonujących ją, że krzyczący musi lecieć najbliższym samolotem i w ogóle nie ma innej możliwości.
- W Stawropol! Prodajtie w Stawropol, moj bagaż uże w samoliotie!(3)
- Ja muszę teraz do Jekaterynburga, bo mi ucieknie przesiadka na Kamczatkę!
Co inni krzyczeli po buriacku, ormiańsku czy fińsku, mógł się tylko domyślać, wszelako intonacja i pojedyncze słowa rosyjskie nie pozostawiały wątpliwości, że wszyscy oni koniecznie chcą jak najszybciej opuścić ten przybytek.
Niektórzy zaś, ufni raczej w głos niż w siłę argumentu, po prostu wykrzykiwali nazwę portu docelowego i wpychali ręce w okienko. I, o dziwo, bywali obsługiwani (przy gromkich protestach reszty tłumu). Uznał, że to dobry pomysł.
Sprawdziwszy, że teraz nazywa się Władimir Krasulin, wcisnął między palce lewej ręki pięćset rubli i paszport i położył sobie palce prawej ręki na szyi.
Pierwszy drugi czwarty trzeci... nie, pierwszy trzeci czwarty drugi... jak się pomylę to będę ćwierkał jak kanarek... zaraz, może pierwszy czwarty drugi trzeci?... mam em wu plus, czyli pierwszy drugi czwarty trzeci, dobrze.
- Sonorus – mruknął.
Bezróżdżkowy Sonorus działał wprawdzie znacznie słabiej od zwykłego, ale ostatecznie nie zamierzał przemawiać na wiecu poparcia w Hucie im. Lenina, tylko kupić bilet na samolot.
- Ułan-Ude! - zaryczał. - Ułan-Ude!
Stojący najbliżej obejrzeli się w jego stronę z wahaniem. Naparł na nich, wszedł w tłum jak w masło. Wepchnął lewą rękę w okienko, zrzucając sąsiadce z ręki złoconą „Zarię”. Paszport i banknot upadły na blat pomiędzy aparatem telefonicznym a niedopitą herbatą.
- Ułan-Ude! Ułan-Ude!
- Da, da, konieczno!(4) - kasjerka wyraźnie miała na końcu języka „tylko już nie krzyczcie...”.

- Wot figlarz, prosił, prosił i uprosił? - powiedział ironicznie znajomy niski głos.
Głosu mógłby nie poznać, ale pytającą intonację poznałby na końcu świata. Znał tylko jednego człowieka, u którego każde zdanie po rosyjsku brzmiało jak pytanie.
Może dlatego, że nie znał więcej Gruzinów.
Odwrócił się raptownie, patrząc z dobrze udanym zdziwieniem na dobrze sobie znaną twarz.
Postanowił trzymać się instrukcji. Podobnie jak Mitrofan Hogomosadze, z którego kieszeni wystawały „Izwiestia” z wyraźnie widocznym „W”.
- Czy przypadkiem nie był pan w zeszłym roku w Rzymie? - spytał.
- Nie – odparł tamten. - Wybieram się do Wiecznego Miasta w przyszłym roku.
Ani jemu, ani rozmówcy nie udało się zachować powagi na twarzy. Dumbledore jednak wyraźnie wymagał, żeby na obcym terenie używać haseł, nawet jeżeli rozmówcy znali się osobiście.
- Witajcie, Mitrofanie Grigorijewiczu! Wy tu skąd?
- Jak powiem, że jadę odebrać doktorat honoris causa Akademii Magii imienia Balkona Krawczenki, to uwierzycie?
Tym razem roześmiali się obaj. Pytanie było doskonale zbędne - gdziekolwiek Hogomosadze podróżował, na pytanie o cel podróży zawsze odpowiadał, że jedzie po ingrediencje do produkcji żelu.
- Ładnieście sobie bilet załatwili – powiedział z uznaniem. - Ale ładnie to tak różdżką na aeroportu igrać?
- Ja bez różdżki – sprostował Lupin półgłosem, dochodząc do bufetu i podnosząc dwa palce. - Nie ten sam efekt, ale wystarcza.
Hogomosadze gwizdnął przez zęby.
- Wot maładiec...
Bufetowa bez pytania nalała im po setce Stolicznej.
- Co u żony?
Lupin zmarkotniał.
- Jak tak dalej pójdzie, to nie wiem, co będzie. Za miesiąc ma rodzić, a wszystko chce robić sama, mówię jej, przecież jest skrzat, daj się czasem wyręczyć i nie łaź po mieście bez potrzeby, to nie, wszystko sama, po sklepach chodzi akurat jak jest największy tłum, uparta jak stado hipogryfów, zwariować można z taką babą...
- No co też wy mówicie? - zgorszył się Hogomosadze. - Słowo daję, jakbym miał taką żonę, tobym się jej co rano rzucał na nogi!
Po chwili namysłu Lupin uznał, że nie będzie opowiadał ze szczegółami ojcu siedmiorga dzieci o tym, jak ciąża żony może urozmaicić życie.
- Jej zdrowie, w każdym razie!
Wypili.
- W ciąży, mówicie, tak i dziecka zdrowie!
Wypili. Hogomosadze podniósł dwa palce.
- I zdrowie waszej żony! - rzucił Lupin, gdy podano im następne setki.
- Zdrowie!
- I dzieci!
- Zdrowie!
- Załoga w tym samolocie jaka? - zainteresował się nagle Gruzin.
- Że co?
- Rosjanie czy Buriaci?
Osłupiał. Skąd on to ma wiedzieć i w ogóle...
- ...co to zmienia?
- Oj, zmienia... Tak patrzyłem, że tam pod waszą tablicą sami żółci gromadzą się, będzie buriacka załoga. Rosjanin za Boga z Buriatami nie poleci, oj, będziecie wy mieli lot...
Lupin wzruszył ramionami. Nie zamierzał podrywać stewardess, więc co go obchodziła narodowość załogi?
- Ja różnych rzeczy zwyczajny – mruknął, gdy Gruzin wsuwał mu do kieszeni cygaro „Pięciomarkowe”. Nie wiedział, co w nim jest, ale Charlie i Harry, którym miał je oddać, wiedzieli. - Lepiej wy mi powiedzcie, gdzie tam najlepsze przejście.
- A skąd będziecie szli, z aeroportu?
- Z dworca.
- A to przez kino Progress, to każdy w Irkucku zna. Wejdziecie głównym wejściem, miniecie ZAGS(5) i pierwsze czarne drzwi po lewej.
- Hasło jakie?
- Nasze dieło prawoje, my pobiedim.(6)
Właściwie wypadałoby, żeby teraz wypili po setce na własny koszt, ale Lupin wolał nie ryzykować. Po trzeciej setce Hogomosadze zacząłby mu po raz nie wiadomo który klarować, że jego jasne oczy, zupełnie niegruzińskie, stanowią koronny dowód, że nie jest Gruzinem, tylko Chewsurem(7), by następnie długo i szczegółowo tłumaczyć, co to znaczy i co z tego wynika...

Gdzieś nad Buriacją, 13 lipca 1996

Hogomosadze miał rację.
Lupin czuł się mocno niepewnie, widząc, że jest jedyną bladą twarzą w samolocie pełnym niewysokich ludzi o skośnych oczach, z których niektórzy przyglądali mu się ze źle ukrywanym zainteresowaniem i gorąco o czymś dyskutowali. Mógł się tylko domyślać, o czym – po buriacku znał tylko kilka grzecznościowych zwrotów. No i ostatnio, jak zwykle w takich sytuacjach, nauczył się jednego zdania: „nie znam waszego języka, więc bardzo przepraszam, że będę mówił po rosyjsku, o co i was proszę”.
Tym razem nie miał okazji popisać się tym zdaniem, bo nikt niczego od niego nie chciał. Współpasażerowie rozmawiali bardzo żywo i najwyraźniej o nim. Za hogwarckich czasów na taki widok spodziewałby się, ze zaraz będzie świadkiem bójki na pokładzie samolotu lub zgoła zostanie zaatakowany, a całe towarzystwo jest pijane. W międzyczasie zdążył jednak się nauczyć, że to, co u Anglików a juz na pewno u brytyjskich mugoli wskazywałoby na gwałtowne poruszenie, u większości narodów stanowi normalną ożywioną rozmowę.
Spojrzał na zegarek. Za dziesięć minut powinni wylądować... Za okrągłym oknem widać było Bajkał. Obok przez ciemną plamę tajgi przebijała się gąsienica, w której był – przynajmniej powinien być – Fred i George, a w wagonach bagażowych azotan srebra i parę innych towarów dla Armii Dumbledore'a.
Odetchnął głęboko, próbując nie myśleć, co by było, gdyby ten pociąg znalazł się w wodzie.
Wszyscy Buriaci patrzyli na niego. W ich oczach widział mieszaninę współczucia i rozbawionego oczekiwania.
Ostry głos z głośnika powiedział coś po rosyjsku, ale z tak dziwnym akcentem, że Lupin zrozumiał tylko słowo „pasy”. Postawił pionowo oparcie i zapiął pasy.
Fotel ze straszliwą siłą kopnął go w odwrotną część ciała.
Nie powinien był patrzeć w okno. Ziemia w dole obróciła się o kilkanaście czy może kilkadziesiąt stopni i zaczęła się zbliżać.
Oparcie fotela napierało na plecy.
Ziemia zbliżała się coraz szybciej.
Zamknął oczy.
Remusie Johnie, ja ciebie chrzczę... Synku,zostaw tego psa!... Do tej szkoły wcale nie pisałam... Lupin Remus...Gryffindor!... James, idioto, zabijesz go!... Ja, James, biorę sobie ciebie, Lilian, za żonę... Harry Jamesie, ja ciebie chrzczę... Złapali go na gorącym uczynku, co ja ci na to zrobię?!... Nic nie rozumiesz! Przecież on by mnie zabił!... Wiedziałam, że eliksir nie zaszkodzi mi, jeśli dodam do niego krew kogoś, kto mnie naprawdę kocha... i aż dotąd ślubuję ci wierność... pociesz tych, którzy się smucą po śmierci Syriusza... Jak ci powiem, że jestem w ciąży, to uwierzysz?...
Podłoga kopnęła go w pięty. Otworzył oczy.
Aerofłot toczył się po ziemi.
Buriaci przyglądali mu się z uznaniem.
Rozprostował zaciśnięte pięści.

Wierchnieudyńsk (Ułan-Ude), 13 lipca 1996

- Charlie, jesteś pewien, że wiesz, gdzie jesteś?
- Całkowicie.
- I może jeszcze jesteś pewien, że idziemy dobrą drogą?
- Zdecydowanie. A bo?
- A bo, jak by ci to powiedzieć, mówiłeś, że to blisko.
Charlie westchnął z rezygnacją. Gdyby Fred jechał pociągiem z Moskwy, już w okolicach Uralu byłby zrozumiał, że tutaj czas biegnie inaczej, a pojęcia „blisko” i „daleko” nabierają nowego znaczenia. Z Irkucka jechał tylko dziesięć godzin, a najdłuższy postój trwał niecałe półtorej, toteż nerwowy handlowiec jeszcze nie do końca zrozumiał, na jakiej planecie wylądował.
- Coś do załatwienia właśnie wyjeżdża z Georgem ze stacji. Zanim dojadą do mostu, to chwilę potrwa...
W to Fred był skłonny uwierzyć. Ciężarówka, która zabrała z dworca jego towar, nie budziła zaufania.
- ...zanim tam przetransmutują ziła(8) w kibitkę, zanim kuczer na bramie jednego wypije, zanim co, to my byśmy dwa razy doszli pod Czachę, spoko, będziemy na miejscu przed nim i jeszcze zdążymy wypić setę w „Bałałajce”.
Fred nie był pewien, czy aby na pewno chce pić cokolwiek w takim mieście. Od ładnych kilku minut kluczyli wśród blaszanych garaży, warsztatów, które trzymały się w jednym kawałku chyba tylko siłą wieloletniego przyzwyczajenia (a i to bez przekonania) i innych atrakcji turystycznych. Przez głowę przeszła mu myśl, że jego ojciec byłby zachwycony – co krok widziało się na wierzchu jakiś rozgrzebany mechanizm, a przewody elektryczne zwisały w najmniej spodziewanych miejscach. Z drugiej strony aparycja większości tubylców zraziłaby do zawierania znajomości nawet największego mugolofila.
- Skoro tak mówisz...
Blaszane rudery skończyły się. Wyszli na rozległy plac. Dłuższą chwilę szli w milczeniu.
- Co to jest, do cholery?!
Fred nie musiał precyzować, o czym mówi. Granitowy łysy łeb wraz z postumentem miał wysokość chyba pięciu pięter.
- Pomnik śmierciojada – wzruszył ramionami Charlie. - Jacy bohaterowie, takie pomniki.
- Ale bohater nieaktualny – zauważył Lupin. - Trzymają go tu w ramach zabierania do domu głów swoich wrogów? Mówiłeś, że tu jest taki zwyczaj...
- Zwyczaj jest, ale ta baba, co do niego strzelała, nie była Buriatką, więc by im się nie należało. Z drugiej strony w końcu nie z ran umarł, ino na syfa, a od kogo go złapał, to diabli wiedzą... Tutaj, te duże drzwi.
Mugolstwo nie jest prostym brakiem magii. Istnieje coś takiego, jak skondensowane mugolstwo, i to właśnie dawało się wyraźnie wyczuć w hallu, rozległym hallu z aluminium, szkła i tandetnej ceramiki, który nigdy nie był piękny, ale teraz nawet w oczach najbardziej zakamieniałego mugola był tylko cieniem dawnej świetności.
Z przeciwka nadciągała liczna grupa mugoli, a na jej czele szła para młoda.
- Ślub? - zdziwił się Fred. - W takim miejscu?
- Mugole bywają dziwni – mruknął Charlie, podchodząc do czarnych drzwi. - Nasze dieło prawoje, my pobiedim!

W kruchcie cerkwi Spasskiej panował półmrok. Pachniało dymem ze świec wotywnych, kadzidłem i spokojem.
Fredowi mogło się tu bardziej podobać niż po mugolskiej stronie, niemniej o ile dziesiątki razy był w mugolskim kinie czy centrum handlowym i wiedział, jak się tam zachować, o tyle w cerkwi był pierwszy raz w życiu. Uznał, że najlepiej będzie ściśle naśladować Charliego i Lupina, ci zaś żegnali się prawosławnym krzyżem i bili pokłony z zapałem godnym świeżo nawróconych weteranów NKWD.
- Jedziemy czy idziemy? - spytał z nadzieją, wychodząc na Prospekt Ungerna.
Środkowy koń dorożki stojącej przed cerkwią obrócił łeb w jego stronę, jakby rozumiał, że rozmowa go dotyczy.
Charlie i Lupin odwrócili się jeszcze raz twarzą do cerkwi, żegnając się i kłaniając.
- E, pójdziemy – odparł Charlie. - To zaraz obok.
Fred zgrzytnął zębami. Po ostatnim spacerze był skłonny podchodzić z dużym dystansem do zapewnień, że gdzieś jest blisko. W dodatku cerkiew stała w szczerym polu, gdzieś daleko widniało coś przypominającego miasto. A raczej miasteczko.
Tego w Wielkiej Brytanii nie bywało. Przejścia na magiczną stronę prowadziły z miasta do miasta, podobnie zresztą magiczne skróty w obrębie świata czarodziejów. Jedyny wyjątek stanowiły bramy Ogrodów Narnijskich.
Gdzieś w głowie kołatało mu wspomnienie, że podobno na Wschodzie dzielnice czarodziejów wyglądają tak samo jak dane mugolskie miasto wyglądało sto lub więcej lat temu. Niemniej tutaj nie widać było miasta. Zanosiło się na kolejny nie kończący się spacer.
Tym razem jego obawy były płonne. Po paru minutach byli już w okolicy nieco przypominającej peryferyjne kwartały magicznego Londynu. Tyle, że tam jednopiętrowe domy były murowane, tutaj zaś budowano wyłącznie z drewna.
Środkiem głównej ulicy człapał siwy koń z długą grzywą, ciągnąc polatujący na wysokości trzech stóp tramwaj. Spojrzał pytająco na Charliego, ten jednak tylko wzruszył ramionami.
- Niedaleko.
Istotnie - zanim przeszli ćwierć mili(9), ujrzał ogromną bałałajkę lewitującą nad chodnikiem. Na wypadek, gdyby chcieli iść dalej, bałałajka pochyliła się do poziomu, zagradzając im drogę gryfem.
- Kontrolnie jak cię kopnę, to nie gadaj – poradził mu Charlie, flegmatycznie schodząc z drogi koniowi ciągnącemu bujający trzy stopy nad ziemią wagonik. - Twoja mowa cię zdradza.
- Was niby nie? - prychnął Fred. - Chyba nie powiesz, że was tu biorą za Rosjan?
- Za Rosjan nie – uśmiechnął się Charlie. - Ale we Wszechrosji narodów mnogo, ze słuchu to Remusa biorą za Polaka, trochę ich tu żyje, a mnie nie wiedzieć czemu za Pribałta...(10) zresztą to wszystko tylko Rosjan dotyczy, jakby się tu jakiś zaplątał, bo tutejsi czarodzieje to praktycznie sami Buriaci.
- Sława Bogu, witajcie, Remusie Iwanowiczu – odezwał się oberżysta, wychodząc zza szynkwasu i miejscowym zwyczajem całkowicie ignorując młodszych gości.
- Sława na wieki. Gieorgij Arturowicz się nie odzywał przez kominek?
- No, przecież to jest Gieorgij Arturowicz – zdziwił się oberżysta, ruchem brody wskazując na Freda.
- To niczego nie dowodzi, o to was nie pytają – uśmiechnął się Lupin.
- Kominkiem odzywał się, że tylko go patrzeć – odparł niepewnym głosem oberżysta. - Wam co podać?
- Po stakanie Bajkalskiego i Magiczną Prawdę.

- КНОТ ИДЁТ В ОТСТАВКУ – krzyczał tytuł na pierwszej stronie.
- Co tu piszą? - dopytywał się Fred. Tych ohydnych bukw czytać nie umiał, ale bez trudu rozpoznał niższego z dwóch krzywo uśmiechniętych jegomościów z widocznym wysiłkiem próbujących ścierpieć się wzajemnie.
- Knot idiot w otstawku – przeczytał mu Charlie.
- Idiot to on faktycznie jest, ale...
- Wykopali go. I na jego miejsce jakiś, co nie rozumiem, Screwtape czy jakoś tak, oni angielskie nazwiska piszą po swojemu...
- Scrimgeour – skorygował Lupin. - W każdym razie jednego Knota mniej.
- Dalej uważasz, że pracował dla...? - spytał Charlie.
- Tak i nie.
- Znaczy co?
- Znaczy to, że kiedyś uważałem, że jest jego świadomym tajnym współpracownikiem, a teraz uważam, że po prostu jest idiotą, który ułatwiał mu życie tym, co robił w najlepszej wierze. Wsio rawno, parę razy im się niewąsko przysłużył. Jeżeli Voldemort ma takich wrogów...
- Pewnie. Wiesz coś o tym Scrimcośtam?
- Cwaniaczek. Znaczy kiedyś był niezły jako auror, em dwa i dwa razy em trzy z tamtej wojny, ale potem stary Crouch go ściągnął do Ministerstwa. No i tak się tam obijał, aż się doobijał. Wypychali go tam, gdzie nikt nie chciał, i tak lazł w górę, lazł, lazł, aż zalazł. Cholera, dokąd to można człowieka doprowadzić kopiąc go w dupę!
- Myślisz, że będzie lepszy od Knota?
- Tak i nie.
Charlie wzniósł oczy ku niebu.
- Stary, możesz przestać cytować Andreę?
- Mogę. Zamienił stryjek... Knot był przygłup i wszyscy o tym wiedzieli, nikt go nie traktował poważnie. Scrimgeour to też jest przygłup, ale, jak to nazywają nasi młodzi przyjaciele, ma imidża. Trzy Merliny to jest coś.
- Zawsze to nie bomang - mruknął Fred, patrząc znacząco na świecącą na środkowym palcu Lupina obrączkę z napisem Oyczyzna Obrońcy swemu.
Jedyny wilkołak obdarzony tytułem Bohatera Magicznej Anglii odwrócił dłoń, jakby zawstydzony.
- No... włożyłem, bo tutaj to się przydaje... Bomang tu działa tak samo jak tutejszy Magieroj, otwiera wszystkie drzwi nie gorzej niż w Anglii.
- Zgadza się – przyświadczył Charlie. - A taki zwyczajny inostraniec nie wprowadzony przez kogoś miejscowego to tu nic nie załatwi. Szkoda, że jesteś za młody na mugolskiego Gieroja(11)...
- Na Gieroja za młody, ale legitymację uczastnika wojny mam i nikt nie pyta, czy to Afganistan czy Czeczenia. Fakt faktem, że Gierojom mugole się kłaniają w pas.
- No widzisz. Mówiłem, że to lepsze od Merlinów.
- Ale w Anglii Merliny i tak robią wrażenie. A co do Scrimgeoura, to jak znam życie na dzień dobry w Anglii będzie od cholery działań pozornych, ostrzeżeń, ograniczeń, zresztą i bez tego wszyscy umierają ze strachu, paru szarlatanów zrobi na tym dużą kasę, jak znam takich kolesi, to parę osób pójdzie za darmo siedzieć...
- A co to znaczy dla nas? - przerwał Charlie.
- Absolutnie nic. W Ministerstwie jest za dużo gości, którzy parę razy wyszli z życiem wskutek jakichś cudów, z których się nigdy nie wytłumaczyli. A powiedzieć, że się powinni wytłumaczyć, to ci zaraz ktoś bardzo mądry powie, że jesteś paranoik zarażony nienawiścią. Tak że w dalszym ciągu im mniej Ministerstwo wie o Zakonie, tym lepiej, a o Gwardii to już w ogóle.
Zwłaszcza, że Scrimgeour organicznie nie cierpi Moody'ego i zrobi wszystko, żeby go załatwić.
- Sporo ludzi nie cierpi Moody'ego.
- Pewnie, że sporo, ale nie każdemu Moody przed wojną po pijaku powiedział „ja ci mówię, ty kiedyś zostaniesz ministrem magii, gówno zawsze w końcu na wierzch wypłynie...”
Fred zakrztusił się.
- Remus – jęknął Charlie – trzy razy ci mówiłem, uprzejmie cię prosiłem, nie opowiadaj kawałów bez ostrzeżenia... Słuchaj, tak a propos hipogryfów, jak ty, do cholery, załatwiłeś z Dumblem sam wiesz co?
- Ma się ten zwierzęcy magnetyzm...
Lupin zamyślił się. Nie była to łatwa rozmowa.

- Remusie, ja cię wbrew pozorom doskonale rozumiem. Uważasz, że nienawidzisz Severusa nie jako ty, tylko, powiedzmy, w imieniu Harry'ego, Jamesa i Lilki, bo to ich głównie skrzywdził...
- Prezesie drogi, z całym szacunkiem nie rozumiesz nic. Ja po prostu nie chcę, żeby Drugi Zakon pchał się jak kamienie na szaniec, tak jak to było z pierwszym. Jeżeli już się narażamy, to może nie narażajmy się bez sensu? I w szczególności może nie narażaj Snape'a więcej niż trzeba?
- Ja chotieł by utocznit'...
Lupin odetchnął z ulgą. Zmiana języka stanowiła nieomylny znak, że Dumbledore zaczyna czuć się niepewnie.
Obiegowa opinia głosiła, że Dumbledore'a o niczym przekonać się nie da. Lupin należał do tych nielicznych, którym to się czasem udawało. Trzeba tylko było mieć naprawdę mocne argumenty, dużo cierpliwości i na ogół bardzo dużo czasu.
- ...czto wy imiejetie w widu?(12)
- Imieju w widu to, że Zakon, nie obraź się, bardziej przypomina bandę lewaków z mugolskiego uniwerku niż zbrojne podziemie. Wszyscy wiedzą za dużo, a niektórzy wiedzą wszystko.
- A toście chyba przesadzili.
- E tam. Właśnie ten nieszczęsny Snape wie wszystko. Wiesz, co będzie, jak Voldemort go przyciśnie?
- Nie przyciśnie.
- Kto to mi mówił, że nie ma ludzi niezłomnych, są tylko nieudolnie łamani? Co by i nie było, tyle mówisz o higienie konspiracyjnej, a prawda taka, że u nas wszyscy mówią wszystkim wszystko, bo przecież tu są sami swoi, weźmy chociażby te narady sztabowe, na które się wpuszcza złodziei i dzieci... Największe tajemnice powierza się przyjacielowi, za chwilę wie o nich przyjaciel przyjaciela, a jutro przy odrobinie pecha cały Zakon. Nawet ty nie powstrzymasz się, żeby nie powiedzieć Snape'owi o obozie na Świętym Nosie.
- A załóż się!
Lata praktyki w wypieraniu się wilkołactwa zrobiły swoje. Remus Lupin najmniejszym drgnieniem twarzy nie dał po sobie poznać, jak go to cieszy.
- O co?
- Jak wygram, to mi powiesz, co ci się zrobiło z ręką. A jak przegram, to ci powiem, którędy się dostawaliśmy do Hogs, jak zablokowałeś wszystkie przejścia...
- O! To chciałbym wiedzieć. Stoi.
Wyciągnął rękę.
- A tak przy okazji, jak mnie sprawdzisz? - zainteresował się dyrektor. - Skąd będziesz wiedział, czy dotrzymałem?
- Od Harry'ego. I od Neville'a El. Powiedzą mi, jakimi tekstami rzuca Snape, to będę wiedział.


- Snape nie jest głupi – mruknął zza jego pleców minimalnie rozsądniejszy George. - Dwa do dwóch dodać potrafi.
- Głupi jest całkowicie – skorygował minimalnie bardziej zacięty Fred - ale przy tym piekielnie inteligentny. Cześć, łosiu.
- Cześć wszystkim. Trochę nam zeszło z tym barachłem... Spadamy?
- Czekajże, gdzie tobie się tak spieszy... - zgasił go Lupin. - Ot, jak raz samowar kipi, masz herbatę, synu, pij...
- Samogon też się znajdzie – uzupełnił Charlie. - Jedno pewne – zauważył, patrząc na okładkę gazety - jak go królowa będzie przedstawiała ichniemu premierowi, to zrobi lepsze wrażenie niż Knot.
- A to możliwe – zgodził się Lupin. - Zwłaszcza że Knota przedstawiała babie, która obstoi za trzech facetów, a obecny premier ot taki sobie mydłek...

- Jest problem – zasygnalizował po paru minutach George.
- A bo?
- Bo miejsca jest tyle co na koźle, we czterech się nie zabierzemy.
- Jeszcze jest moja miotła – zauważył Charlie. - Ale kibitkę wolałbym sam...
- Nie ma sprawy – ożywił się Fred. - Co to za miotła?
- Tutejsza.
Fred wziął głęboki wdech.

Święty Nos, 13 lipca 1996

- Słuchaj, co tej miotle jest? - wydyszał Fred, oderwawszy Charliego od rozładunku kibitki.
- A bo?
- A bo jakoś wibruje w locie, na mój gust coś w niej pęka.
- Daj, sprawdzę. Tylko kombinez włożę...

Tego mi było trzeba, myślał. Oderwać się od ziemi i od ludzi. Tego mi było trzeba, zdecydowanie.
Wbrew wszelkim przepisom bezpieczeństwa leciał w stronę nabrzmiewającego cumulonimbusa. Ciężka, burzowa chmura o nieprzewidywalnej wysokości stanowiła dla niewprawnych czy nawet umiarkowanie wprawnych pilotów na tyle duże niebezpieczeństwo, że nie zdecydował się nauczyć kogokolwiek poza Harrym liftowania na cumulonimbusie. „Widzisz ce-ena, to spieprzaj”.
Wiatr gwizdał mu w uszach, gdy wykonywał kolejne okrążenia dookoła słupowatej chmury. Wysokości nabierał rzeczywiście gwałtownie...
Pociemniało mu w oczach. Ostatkiem sił zwiększył promień i wyrównał wysokość. Co za obciach, pomyślał. Mam dwadzieścia pięć lat, a wymiękam, jakbym miał pięćdziesiąt dwa...
Zszedł na pięć tysięcy stóp. Słońce świeciło, w dole roztaczał się przed nim Bajkał. Gdzieś dalej wielkie plamy dymu znaczyły wypalany las.
Jedna z nich była iluzją. Nie wiedział, która. Ale wiedział, że tam się właśnie odbywa ćwiczebna bytwa.
Znurkował znad skarpy nad samą powierzchnię jeziora, wyprowadził w ostatniej chwili, aż na wodzie pojawił się szeroki biały pióropusz, nabrał nieco wysokości i wziął kurs na Maksymichę. Stamtąd miotła pójdzie na pamięć.
Boże, pomyślał, rozglądając się, Ty to jednak masz gust. To Zabajkale to Ci naprawdę fajnie wyszło!

Wylądował ze ślizgu na ogon, ryjąc obcasami podłoże.
- A do nas mają pretensje, że kurz – wymamrotał Zachariasz Smith, nie przerywając w kuchni wyrabiania ciasta na chleb.
- O co tobie chodzi? Miotła jak miotła - wzruszył ramionami, otrzepując kombinezon.
- Z grubsza biorąc o to, że cały czas wibruje i przy byle ruchu zaczyna myszkować.
- Bo to jest ruska miotła. Wierzbowa. Gniotsa, nie łamiotsa. Jak ktoś chce spać w czasie lotu, to zawsze może sobie wziąć Cumulusa. A że będzie potrzebował sto stóp na dobieg, a zanim się wydrapie na trzy tysiące to minie półtorej godziny, to na to ja już nie doktor... Zładowali?
- Zładowali, co mieli nie zładować? Co teraz robicie?
- Jest chwila spokoju...
Przywiezione z Anglii numery Świata Młodych Czarodziejów zapewniły im nieco spokoju. Nie były wprawdzie całkiem świeże, ale oprócz innych ciekawych elementów zawierały początek długo oczekiwanej nowej serii Przygód Martina Miggsa, szalonego mugola.
A także dwie kolejne korespondencyjne dyskusje.

Święty Nos, niedziela, 14 lipca 1996 r.

Było cicho i ciepło.
Wiedziała mniej więcej, gdzie jest i w którą stronę do obozu, i zasadniczo nic więcej jej nie było potrzeba do szczęścia. Musiała odpocząć. Choć przez kilka godzin nie widzieć dookoła siebie kolegów. Ani nikogo. Nawet Charliego. Zostać sama ze sobą.
Harry zgodził się bez oporów, uznając w ciemno, że wprawdzie Charlie mówił, żeby nikogo nie wypuszczać z obozu bez jego zgody, ale przecież nie jest chyba między nimi tak źle, żeby takie ograniczenia obejmowały Susan.
Nie wiedziała, co jej kazało raptownie skręcić pod kątem prostym w prawo. Dość, że skręciła. Gdy uszła trzy kroki, rozległ się głośny furkot, po czym na ścieżkę, z której zeszła, upadło coś bardzo ciężkiego.
Obejrzała się. Na ziemi leżało coś. Wielkie i szare. Wyglądało jak spasiony krokodyl bez łap. Albo może ogromna chuda ropucha. W każdym razie na oko mogło mieć z piętnaście stóp bez ogona.
Ruszyła przed siebie najszybciej jak tylko dawało się to zrobić nie tupiąc.

Gruby pęk wskazówek stał na pozycji „Obóz”. Jedynie samotna wskazówka Susan wskazywała „W terenie”.
Wskazywała, wskazywała... aż przeskoczyła na „Śmiertelne niebezpieczeństwo”.
Charlie osłupiał. Rzucił okiem na mapę. Samotna kropka z dymkiem „Susan Bones” mrugała na środku Lisiej Polany.
Co, do jasnej polędwicy, mogło jej grozić na Lisiej Polanie? I, tak przy okazji, co ona tam robi?!
- Remus! - rzucił, wciągając pospiesznie siedmiomilowe buty. - Zawołaj Freda i George'a, jakbym się nie odezwał przez pół minuty, skaczcie za mną! Macie nas na mapie!
Siemiorki, prezent od Jakutów, już nieraz oddały mu spore usługi. Siedem mil to nie tak mało, zważywszy, że w Rosji wszystko jest większe, a rosyjska mila pięć razy dłuższa od brytyjskiej(13), zresztą można skakać parę razy pod rząd bez szkody dla zdrowia. Szybsze od miotły, bezpieczniejsze od teleportacji... a poza tym widział, gdzie ląduje. Po aportacji traciło się kilka bezcennych sekund na ustalenie, gdzie człowiek właściwie wylądował i co się dzieje.
Przyjrzał się starannie mapie, żeby przypadkiem zamiast na Lisiej Polanie nie wylądować w lodowatych wodach Bajkału, wyszedł na zewnątrz i podskoczył.
Poczuł potężne kopnięcie. Obcas wypadał gdzieś w okolicy kolan, podbicie między łopatkami. Śródstopie litościwie omijało tę część ciała, która dwa miesiące wcześniej zetknęła się ze smoczym ogonem.
Wznosił się pod dużym kątem, nabierając szybkości. Miał wrażenie, że co najmniej dwieście funtów przyciska go do własnych pleców.

Świst. Rzuciła się w bok. Potwór upadł pięć stóp od niej.
- Drętwota!
Potwór zaryczał chrapliwie i wzdrygnął się, ale to był cały efekt.
- Diffindo!
Bez skutku. Potwór wygiął grzbiet i kichnął. Powietrze wypełniła woń zgniłej cebuli. Rzuciła się do ucieczki. Świst. Skręciła w bok. Łomot padającego cielska. Jeszcze raz w bok. Świst. Łomot...
- Padnij! - usłyszała z góry.
Leżąc z twarzą przyciśniętą do zeschłej trawy pomyślała, że jednak ogłupiający trening miał swoje zalety. Gdyby najpierw myślała, a potem robiła, toby i owszem, padła, ale trupem...
- Pulveriso! - znowu usłyszała głos Charliego.
W nozdrza uderzył ją ohydny fetor zgnilizny i spalenizny jednocześnie.
Podniosła głowę. Charlie wyglądał, jakby właśnie spadł z miotły.
- Nic ci się nie stało, kochanie?
- A nawet nic. Trochę się potłukłam, chyba się na jakiś korzeń rzuciłam.
- Biedactwo moje...
- Mniejsza o to. Co to było? - spytała, patrząc na łachę brunatnego popiołu.
- Hadiuga. Endemiczna lądowa odmiana żagnicy. Jakim cudem ta zaraza tu dolazła... a nawet myślałem, żeby was tego Pulveriso nauczyć, tak na wszelki wypadek...
- Ale dlaczego Diffindo nie pomogło?
- Na hadiugę nie działa. Nie wiem dlaczego, kiedyś wiedziałem, lecz zapomniałem. Nigdy nie miałem zacięcia do teorii...
Ciekawe, pomyślała Susan. Od kogo to ja iks razy słyszałam „rozmawiamy teoretycznie”? Cholibka, nie mogę sobie przypomnieć...
- Hadiugę – ciągnął Charlie - się pulweryzuje, tak samo jak żagnicę, i szlus.
- W szkole nic o takim zwierzęciu nie mówili, ani o niczym podobnym...
- Daj spokój, czego oni uczą w tych szkołach. W szkole to możesz się nauczyć, że w Wielkiej Brytanii nie ma akromantul. A tymczasem w Zakazanym Lesie żyje całe stado tego ścierwa, mój rodzony brat dwa lata temu mało przez to życia nie stracił. Bo się idiocie Hagridowi zachciało z pająkami kumać.
- O, nagle doszedłeś do wniosku, że nie lubisz Hagrida?
- Kto mówi, że go nie lubię? Pewnie, że go lubię. Ja go nawet bardzo lubię. Ja go tylko nie cenię.
- Z drugiej strony – zauważyła – skoro Dumbledore zrobił go nauczycielem...
- Jak by ci to powiedzieć... - zaczął niepewnie Charlie. - Z całym szacunkiem dla Dumbla to o niczym nie świadczy.
- Moja wiara w mądrość Dyrektora...
- ...jest naiwną i dowolnie wymyśloną rzeczą – parsknął Charlie. - W którą zresztą wolałbym wierzyć.

Bajkał, wtorek, 16 lipca 1996 r.

- Do zwrotu przez sztag!
- Jest do zwrotu przez sztag! - odpowiedziały cztery roześmiane głosy.
Dean Thomas pokręcił głową. Był przekonany, że po pierwsze w ogóle z załogą złożoną z ludzi, którzy w życiu nie poruszali się żadną jednostką pływającą, nie da się żeglować, a po drugie cały, jak to na swój prywatny użytek określał, cyrk z komendami uznają za sztywny, absurdalny i śmieszny. Tymczasem załoga czarodziejów świetnie się bawiła łamiąc sobie języki na kilometrowych rzeczownikach złożonych i, o dziwo, całkiem nieźle radziła sobie z przyciężkim parusnikiem.
Harry także przestał żałować, że zgodził się poświęcić dwa dni na coś, co uważał raczej za zabawę niż za opanowanie jeszcze jednego środka transportu. Szczerze mówiąc, zgodził się głównie dlatego, że Dean i Seamus przyszli z tym do niego pół godziny po północy i zastosowali metodę przekonywania przez zanudzenie rozmówcy. Kwadrans po pierwszej był gotów zgodzić się nawet na przyspieszony kurs gotowania na gazie, byle tylko dali mu spokój.
- Prawy foka szot luz! Grota szot luz! Bezana szot luzuj! Lewy foka szot wybierz! Grota szot wybierz! Bezana szot wybieraj!
- Człowiek za burtą! - krzyknął nagle Dennis Creevey. W chwilę później o jakieś dziesięć stóp od rufy rozległ się głośny plusk. Dennis naprawdę postanowił sprawdzić, jak to jest być człowiekiem za burtą.
Nie wziął pod uwagę, że o ile angielskie jeziora latem są tylko chłodne, o tyle Bajkał nawet w najcieplejsze dni jest lodowaty.
- Środki ratunkowe dla człowieka! Zaklęciem! Ron, oko na człowieka!
- Człowiek na ósmej, cztery długości!
Harry pokręcił głową. Jak na kogoś, kto ma ambicję grać w szkolnej drużynie quidditcha, Ron miał raczej mało precyzyjną ocenę odległości. Zazwyczaj mylił się o jakieś sto procent in plus.
- Do zwrotu przez rufę! Prawy foka szot luzuj lewy foka szot wybieraj... grota szot wybierz... bezana szot wybierz... grota szot luzuj... bezana szot luzuj... Terry, przygotować się do podjęcia człowieka z prawej burty! Żagle luz!
- Jest przygotować się do podjęcia człowieka z prawej burty! - wyszczerzył zęby Terry Boot. - Harry, trzymaj mnie...
Nerwowe ruchy Dennisa dobitnie wskazywały, że woda jest naprawdę bardzo zimna.
- Człowiek na pokład! Lufa z pieprzem dla człowieka!(14)

- Wiecie, chyba wiem, jaką legendę sobie stworzę - powiedział Dean, spuszczając żagiel.
Problem legendy był stałym tematem dyskusji. Skoro nie mieli się chwalić wspólnymi wakacjami organizacji, której podobno nie ma i nigdy nie było, każdy musiał mieć na użytek niewtajemniczonych kolegów i nauczycieli spójną i prawdopodobną opowieść o tym, jak spędził wakacje.
Najgorsze, że trzeba będzie to napisać po łacinie. Temat pierwszej pracy domowej po wakacjach nie zmieniał się od drugiej klasy. Tylko z roku na rok prace musiały być coraz dłuższe.
- Znaczy co? - zainteresował się Ron.
- Byłem na obozie skautów wodnych.
- U mugoli?
- Pewnie.
- To ja też chcę! - ożywił się Ron. - Razem byliśmy. W jednym postępie.
- Odpada – zaprotestował Terry Boot. - Za mało wiesz. Seamus spoko, Dennis spoko... w każdym razie to jest patent tylko dla mugolaków. To musi być naprawdę mocna legenda.
- To przecież nam opowiesz...
- Co wam opowiem? - zirytował się Terry. - Jakiej muzyki mugole słuchają i jakich urządzeń do tego używają, jakie ciuchy noszą? Tego jest za dużo, a jeszcze niech się trafi mugolak, który był wilczkiem...(15)
- Czym?
- Quod erat demonstrandum... - mruknął Charlie, nie chwaląc się, że jemu też by to nic nie mówiło, gdyby takim wilczkiem nie była kiedyś Susan. - W dodatku u nich nie ma tak jak u nas, że jak Fatalne Jędze i Żóki były na topie dziesięć lat temu to są dalej, to się zmienia sto razy szybciej. Właściwie to my też już nie jesteśmy na bieżąco. Nie, stary, wykombinuj coś innego!
- Ja już wiem - oznajmił Goldie. - Byłem na obozie naukowym nad Amazonką. Badaliśmy pająki.
- Przecież Tibulla nie cierpi pająków!
- No właśnie. A ja jej napiszę ze szczegółami. Rzuci okiem raz i drugi, napisze środkowy stopień spod dużego palca i oleje. Od drugiej rolki w górę mógłbym równie dobrze przepisywać wybrane informacje przewozowe i taryfowe Błędnego Rycerza...
- A są dostępne po łacinie?
- No właśnie nie wiem, jak nie, to napiszę o czymś innym...

- Po diabła uczycie ich tych czarów z mugolskimi przedmiotami? - spytała Tonks. - Mało kłopotów z tymi, co latają na miotłach?
- Po pierwsze z takimi pytaniami to do Harry'ego. Dobrze wiesz, że ja tu się zajmuję bezpieczeństwem i ordnungiem, pochlebiam sobie, że nieźle...
Wzrok Tonks nie pozostawiał wątpliwości co do tego, co myśli o rozmówcy.
- Po pierwsze, to się akurat łapie na bezpieczeństwo, a po drugie wiesz równie dobrze jak ja, że jakbyś się uparł, toby tego nie było. Więc dlaczego...?
- Bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, kiedy będzie trzeba się gdzieś przemieścić i co będzie pod ręką.
- Wiesz przecież, że tego zakazu nie zniosą?
- Wisi mi. W warunkach bojowych nikt nie będzie sprawdzał kwitów, a za latanie przygodnym przedmiotem póki co nie zamykają do Azkabanu. Już nie mówię o tym, że o dopuszczeniu obiektu do latania decyduje prawo ojczyste, więc nad Anglią możesz sobie latać nawet na piecu chlebowym, pod warunkiem, że został zaczarowany na terenie Wszechrosji, zarejestrowany na jej obywatela i ten obywatel jest na pokładzie...
- Facet, czy ty aby nie przesadzasz? Nawet w akademii aurorskiej takich rzeczy nie uczą!
- Ale to nie jest akademia. W tak zwanych normalnych warunkach im się dziewięćdziesiąt procent tego wszystkiego nie przyda. Ale tu chodzi o nienormalne warunki. Jeżeli oni będą teraz musieli walczyć, to nie będą mieli takiego komfortu jak aurorzy, za którymi stoi cała potencja magicznej Anglii, przed którą drżyjcie wszyscy. Będą mieli siebie nawzajem, dobrze jak tyle. Dlatego zgodziłem się ich uczyć takich zaklęć, dlatego Dmytro uczy chłopaków jeździć na motorze...
Tonks zmełła w ustach piętrowe gotyckie przekleństwo. Charlie dość często miewał osobliwe pomysły, ale ten skłonna była zaliczyć do szczególnie udanych. Przez cały ranek biedziła się nad nastawieniem stawu kolanowego Terry'ego Boota, który pomylił w starej jawie hamulec z dźwignią zmiany biegów i wywrócił się na prostej drodze.
- ...dlatego szeroko pojęta samoobrona bez użycia magii, dlatego McGonagall ma nauczyć parę osób, o ile się da, odwracalnej transmutacji człowieka w zwierzę, nie wszystkich oczywiście...
- Coooo?! To już naprawdę jest wyższa szkoła jazdy!
- A kto mówi, że nie?
- Wiesz, co się dzieje, jak się spartaczy takie zaklęcie? Jakich zabiegów trzeba, żeby to wtedy odkręcić?
- Wiem, ale lepiej być przez miesiąc fretką niż całe życie trupem.
- Dlaczego jak raz fretką?
- Tak mi się powiedziało. Najłatwiej się transmutuje człowieka we fretkę właśnie. Tyle, że nikt z tego towarzystwa nie pozwoli się zmienić we fretkę, choćbyś im pocałunkiem dementora groziła.
- Czemu? Fretki są miłe.
- Spytaj w wolnej chwili Moody'ego. Gwarantuję niezłą zabawę... A tak przy okazji - dodał - jest od cholery krajów, gdzie możesz latać na czym chcesz. Żeby daleko nie szukać, kibitka też jest przedmiotem użytkowym... Co tam się dzieje, do cholery?
- Jakby ktoś wpadł w korkociąg – mruknęła zgryźliwie Tonks.
Charlie tym razem darował sobie swoje odwieczne pouczenie, że „Miotła nie wpada w korkociąg sama. Miotła jest wprowadzana w korkociąg rzuconym urokiem albo błędnymi manewrami pilota.” Zapewne miałby rację, przy czym miotła Owena Cauldwella nie zachowywała się jak zaczarowana przez osobę postronną.
W każdym razie jakiekolwiek problemy i zakłócenia były ostatnią rzeczą, jakiej by sobie mógł życzyć, goszcząc Minerwę McGonagall. Tymczasem gołym okiem widać było, że Owen nie do końca panuje nad miotłą. Wprawdzie, pomyślał podnosząc lunetę do oka, na dobrze wyczesanej Zmiataczce trudno sobie zrobić krzywdę i nie bardzo ma się tam co zepsuć, ale...
Luneta przestała być potrzebna. Miotła wyszła z korkociągu, zanim zdążyła zderzyć się z ziemią. Owen znurkował na wysokość kilku stóp nad polaną i najwyraźniej próbował ustawić miotłę w poprzek. Miotła nie zareagowała. Owen spróbował ponownie. Bez skutku. Na normalne lądowanie nie było już miejsca.
- O kurwa - powiedział Ron.
Hermiona przeżegnała się.
- O kurwa – powiedział Seamus Finnigan i przeżegnał się.
Najwyraźniej Owen też zauważył, że sytuacja staje się krytyczna, i próbował poderwać miotłę w górę, zrobił to jednak zbyt nerwowo...
- Inflato!
Niewidzialny balon z niefortunnym miotlarzem w środku potoczył się po polanie i zatrzymał się na pniach dwóch dębów na skraju lasu.
- Pierwsza pomoc dla człowieka!
- Co to było? - spytała Minerwa McGonagall, doszedłszy szybkim krokiem pod dęby, gdzie Charlie oglądał z zainteresowaniem miotłę Owena.
- Dobre pytanie - mruknął, oglądając mocowanie. - Tu wszystko trzyma na blachę, zresztą spróbowałoby nie... uchwyt siedzi... Na moje oko nawrotnik jest jebnięty.
- Przepraszam, chyba nie dosłyszałam - powiedziała sztywno McGonagall.
Kilka osób skrzywiło twarze w dziwnym grymasie, tłumiąc chichot. Charlie odwrócił się, gorączkowo szukając wyjścia z niezręcznej sytuacji.
- Co jest jebnięte? - spytała wicedyrektorka.

Święty Nos, środa, 17 lipca 1996 r.

- Znowu po mnie łazi! - prychnęła Lavender Brown. - Od kiedy to po mnie się łazi?!
Czy sprawiała to buriacka magia, czy specyficzny klimat, dość, że Krzywołap zachowywał się dość dziwnie, jak na swoje dotychczasowe przyzwyczajenia. Z samotnika chodzącego własnymi drogami i odmawiającego zawarcia znajomości z kimkolwiek poza swoją panią zamienił się w puszystego brata-łatę konsekwentnie nie przyjmującego do wiadomości, że nie każdy lubi mieć na kolanach dwadzieścia parę funtów kota.
Teraz właśnie zszedł z kolan Rona i próbował się przekonać, jak to jest, kiedy się jest futrzanym kołnierzem.
Jego pani swoich przyzwyczajeń nie zmieniła. Dalej odmawiała uznania, że towarzystwo i upodobania jej ulubieńca nie każdemu odpowiadają.
- A co chciałaś? - fuknęła. - Żeby ci guziki przyszywał?
Czy jej się zdawało, czy zauważyła błysk w oku Freda? Nie, to niemożliwe. Fred był pogrążony w bardzo ożywionej rozmowie z Charliem i Harrym.
Robię się chyba za bardzo nerwowa, pomyślała. Nawet Fred i George w końcu dorastają, mają co innego do roboty, niż robić głupie kawały w czasie godzinnej wizyty...
Krzywołap zeskoczył z pleców Lavender i pobiegł w las.

- Co. To. Jest? - spytała strasznym głosem Hermiona, stanąwszy w wejściu do czumu.
Odpowiedziała jej cisza. Tylko wzrok wszystkich obecnych skierował się w tę stronę, co wzrok Hermiony.
Pod tylną ścianą na stercie koców siedział Krzywołap i pracowicie przyszywał guziki do wyjściowej szaty Lavender.
- Finite incantatem! Fred, pisz testament!

c.d.n.

(1) Aerofłot był za władzy sowieckiej jedynym przewoźnikiem lotniczym obsługującym linie krajowe w ZSRS.
(2) Delegacja służbowa.
(3) Do Stawropola! Sprzedajcie do Stawropola, mój bagaż jest już w samolocie!
(4) Tak, tak, oczywiście!
(5) Urząd stanu cywilnego.
(6) Nasza sprawa jest słuszna, zwyciężymy (najpopularniejsze hasło sowieckie z Wielkiej Wojny Ojczyźnianej).
(7) Rzeczywiście taki lud na Kaukazie żyje. Ponieważ nie nazywam się Alfred Szklarski, szczegółowych informacji nie będzie.
(8) Sowiecki samochód ciężarowy.
(9) Mila angielska = 1609 m.
(10) Pribałt, Pribałtyk – Litwin, Łotysz lub Estończyk.
(11) Gieroj Sowietskogo Sojuza – Bohater Związku Radzieckiego.
(12) W wolnym tłumaczeniu: A tak konkretnie to o co ci chodzi?
(13) Mila rosyjska = 8 wiorst = 8534 m.
(14) Komenda, jakiej żaden żeglarz nie wyda w tej sytuacji na egzaminie, a każdy cywilny żeglarz chętnie wykona po podjęciu rzeczywistego rozbitka.
(15) Brytyjski odpowiednik zucha.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Dom i świat

Postautor: archiwalny » 29.08.07, 13:41

Allegra Walker w 28.01.07 23:17:44


Tekst odcinka:
- Czy przypadkiem nie był pan w zeszłym roku w Rzymie? - spytał.
- Nie – odparł tamten. - Wybieram się do Wiecznego Miasta w przyszłym roku.


Ale i Żóki, i "Oyczyzna Obrońcy swemu", i baba, która obstoi za trzech facetów - super. Co prawda to są rodzynki do wydłubywania, a ciasta, to znaczy fabuły, dostaliśmy jakby mniej, ale co tam - jeśli ciasta teraz jest mniej, to znaczy, że starczy go na dłużej. Mniam.
<oblizuje się>



Barty Crouch Młodsza w 28.01.07 23:41:00


Łał. Ile szczegółów. Rusycyzmy.Smaczki Lupinowe, mam nadzieję, naprawdę mam nadzieję, że z Andreą wszystko będzie w porządku. Charakterystyka Scrimgemoura R. Nie będę wypisywać wszystkiego.
Jak rozumiem, nie zamierzasz poświęcać działalności "wyjątka" ani jednej litery. Nawet jeśli nie rozumiem, to cóż mogę zrobić?
"Wyjątek" czeka, zadręczając kogo się da, aby dowieść swojego niewyobrażalnego s... syństwa. Nie ok, ale NA PEWNO opiszesz to BARDZO dobrze.
Za ostatnią scenę powinieneś dostać... nagrodę. Tak samo, jak za lot nad Buriacją i Hogosmadzego. Biedny Remus! Życie przed oczami...
(pije coś na nerwy i trzyma się za brzuch ze śmiechu)
NAJLEPSZE u Ciebie jest to, że łączysz dowcip z powagą smutek i wesołość, nie wiem, jak to opisać.

Edit:



Arianrod w 29.01.07 22:27:05


No, tak, a ja tu mam zaległości. Wstyd.

Ech, no i co ja tu napiszę? Sam pomysł odesłania GD na Zabajkale przedni - a jakie daje możliwości... A jak Autor z nich korzysta... Mniam mniam. Widać, że Buriaci nie giną w bani na próżno

Rozmowa Remusa z Dumblem przednia, Dumble w chwilach niepewności przechodzący na ruski - mniód! Charakteryska aerofłotu i lotniska w ogóle bomba. Same smaczki... a co najlepsze wszystkie nader prawdopodobne...
I jeszcze tylko czekam na czytanie nie przy tym stoliku



Napisa: Żmijka w 31.01.07 19:13:45


Początkowo chciałam zacytować któryś ze szczególnie udanych fragmentów, jednak jest ich na to za dużo. Zdecydowanie. Zwłaszcza, że uwielbiam rusycyzmy, a czarodzieje zagłębiający się w bliższą nam od ichniej kulturę, to jest to.
Nic, tylko usiąść i się zachwycać. Nie ukrywam, że dołączam do grona czekającego na dalszy ciąg.

Tylko jeszcze jedno:
(1) Aerofłot był za władzy sowieckiej jedynym przewoźnikiem lotniczym obsługującym linie krajowe w ZSRS.

Nie ZSRR?

Pozdrawiam.


Arthur Weasley w 08.02.07 22:44:04


Żmijka pisze:
(1) Aerofłot był za władzy sowieckiej jedynym przewoźnikiem lotniczym obsługującym linie krajowe w ZSRS.
Nie ZSRR?


Zależy, czy się skraca od Radzieckich czy Sowieckich. Z tego, co wiem, język polski za komuny był jedynym językiem spoza Związku, w którym "sowietskij" tłumaczono. Nawet po czesku był "Sovecky Svaz". Tłumaczono natomiast na języki republik, np. po ukraińsku sowietskaja włast' tłumaczy się jako radianskaja włada.
Osobiście sam się łapię na tym, że jestem nieco niekonsekwentny i dlatego mówię o armii sowieckiej, ale zegarkach radzieckich, władza jest raz sowiecka, a raz radziecka, pewnie jest w tym jakaś prawidłowość, ale jeszcze jej nie odkryłem.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Dom i świat

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 13:46

Odcinek 3

- Pół czarnej.
- Jest pół czarnej!
Rybiooki facet po drugiej stronie stolika przyglądał mu się z ledwo dostrzegalnym ironicznym uśmieszkiem.
Gdzie się podziały dzieci? A, pomyślę o tym jutro...
- Na wszystko znajdzie się rada. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że pan ma pewne zobowiązania, ale w końcu wiadomo, że od każdej reguły istnieją wyjątki...
O czym on mówi, zastanawiał się. I co ja tu w ogóle robię? Przecież powinienem być na zajęciach z prawa i ustroju państw mugolskich, nie pokazałem się tam od ślubu, to było w październiku, a już jest marzec, jak ja to zaliczę? Dippet mnie zabije i stracimy dwadzieścia punktów!
Spojrzał ponad ramieniem tamtego na barierkę oddzielającą taras lodziarni Fortescue od urwistego brzegu morza. Gdzieś na horyzoncie majaczył Azkaban.
A bliżej, absurdalnie dokładnie i wyraźnie widoczna, płynęła łódź. Takie samo czółno, jakie pamiętał z inspekcji w Azkabanie. Szerokie akurat na jedną osobę. Na dnie rzędem siedzieli więźniowie, skuci w niedorzecznej i zapewne strasznie niewygodnej pozycji.
Ginny siedziała przy samej rufie, z rękami przykutymi do sztaby łączącej szyję z kostkami, tępo patrząc przed siebie.
- Arthur, to naprawdę nie ma sensu...
Jeszcze raz przyjrzał się rozmówcy. Chris Arrows wyglądał tak samo jak zawsze. Jasnowłosy, zadbany, z chłopięcą blond czupryną, z oczami, którym plusowe okulary nadawały wyraz lekkiego dystansu do otaczającej rzeczywistości.
Chris zawsze go miał. A raczej miał dystans do tego, czego nie widać, i bardzo twardo chodził do ziemi w sprawach, które można było ugrać, załatwić, wykombinować... Jego stosunek do Arthura i innych zakonników stanowił przedziwną mieszaninę szacunku, lekceważenia i pobłażliwości.
- Ja cię bardzo szanuję, jesteś wspaniałym człowiekiem, ale tą metodą nikomu nie pomożesz, a dziecku zaszkodzisz. Jak się uprzesz, to oni się i tak wszystkiego dowiedzą bez twojej pomocy...
Spojrzał jeszcze raz na morze. Łódź zbliżała się do pomostu. Wydawało mu się, że już słyszy nawoływania przewoźników. Dwadzieścia stóp do brzegu... Piętnaście... Cuma dziobowa do podania... Dziesięć... Zaraz ten na pomoście krzyknie: Accio cuma...
Gdzieś z oddali dobiegał na zmianę głos Albusa Dumbledore'a i jego własny:
- ...a tajemnicy niezłomnie dochowam...
- ...a tajemnicy niezłomnie dochowam...
- ...cokolwiek by mnie spotkać miało...
- ...cokolwiek by mnie spotkać miało...

Mnie. Ale nie ją. Z Billem i Charliem złożyli sobie Niezłomną Przysięgę nie ratować sobie nawzajem życia, zdrowia ani wolności za cenę zdrady. Z Billem i Charliem. Ale nie z Ginny...
- Oni i tak zwyciężą.
Kto to powiedział? Obejrzał się w stronę Arrowsa. Nikogo. Został sam.
- Zwycięstwo będzie twoją nagrodą. Zdrada będzie karana śmiercią.
- Oni i tak zwyciężą.
Zgodzę się, pomyślał. Zgodzę się na wszystko.
Nie udało mu się wydać żadnego dźwięku.
Wziął głęboki wdech.
Dusił się.

- Arthur! Co ci jest?
Leżał w swoim własnym łóżku w Norze.
- To samo.
Molly spojrzała na niego wzrokiem osoby, która próbuje nie płakać.
- Zegar pokazuje...
- Wiem. To nie to. Ale gdyby... A w ogóle która godzina?
- Czwarta nad ranem.

Święty Nos, czwartek, 25 lipca 1996 r.

Ogniska promienny blask,
Ciszą zasiany zielony las -
Ciesz się z wszystkiego tego, co masz,
Daj innym pogodną twarz.
Łap iskry szczęśliwych lat...

Dennis Creevey dorzucił do ognia. Płomienie skoczyły wyżej.
...poczujesz łzy,
Wtedy zrozumiesz, jak bardzo ci
Do szczęścia brakuje ich.
Zawołasz wnuki, opowiesz im,
Jak dobrze było wśród nich.(1)

Może słowa piosenki Collina nie były wielką poezją, ale po dziesiątkach lekcji poświęconych rozkładaniu wielkiej poezji na czynniki pierwsze byłaby ona ostatnią rzeczą, jakiej by potrzebowali.

Wnuki, pomyślał Harry. Moje dzieci nie będą niczyimi wnukami. W każdym razie nie ze strony ojca. Mnie też jakoś dziadkowie nic nie opowiadali.
Dopiero w Hogwarcie zobaczył, że część jego kolegów ma dziadków. Wcześniej znał słowa „dziadek” i „babcia” tak samo jak znał słowa „bramin” i „mułła” – wiedział, że takie rozumne formy życia istnieją, ale nie miał z nimi do czynienia.

Wnuki, zastanowił się Terry Boot. Mama o rodzicach, w ogóle o rodzinie mówi niechętnie, a już z tego, co powiedziała, widać, że byłoby o czym mówić... O dziadku Boocie musiał się dowiadywać na własną rękę, kiedy na wyrównałce kazali im zbadać, skąd się wzięli. W Hogwarcie odkrył, że wszyscy dookoła wiedzą, kim byli ich pradziadkowie, a na wzmianki mugolaków o dziadku potrafią prychnąć:
- A ty w ogóle miałeś dziadka?
Miał. Długo musiał szukać śladów, zanim na kilka dni przed końcem wakacji 1993 roku stanął na cmentarzu w Northwood przed nagrobkiem fl.lt. Jamesa Boota, V.C., D.F.C., +19.09.1943 (2). Zdążył przed pięćdziesiątą rocznicą.
I kiedy zupełnie bez przekonania powiedział Flitwickowi, że chciałby w rocznicę pojechać na grób – opiekun domu dał trzynastolatkowi trzy dni wolnego bez jakichkolwiek pytań.

Ciszę zakłócaną tylko trzaskaniem płomieni przerwał cichy, lecz wyraźny głos Zachariasza Smitha:
- Jeżeli kiedyś powiem, że Hogwart to były moje najlepsze lata, to przypomnijcie mi, żebym się powiesił.

51 N, 60 E, niedziela/poniedziałek, 28/29 lipca 1996 r.

- Chyba mu się repertuar wyczerpał – zauważyła Susan.
- Faktycznie, jakoś cicho – zgodził się Charlie. - Czterech gra w gwinta, Ernie się klei do Hanny, a reszta pewnie śpi...
W dole stopniowo pojawiało się coraz więcej świateł. Z prawej strony płonęły wielkie piece Magnitogorska.
- Gdyby nie dwa małe szczegóły – westchnęła Susan – tobym mogła rozpłynąć się w nirwanie.
Charlie nie odpowiedział od razu. Wolał skupić się na przelocie nad Uralem. Nie pierwszy raz zdarzyło mu się pilotować awiokibitkę, ale pierwszy raz chodziło o nocną podróż przez pół świata. No dobrze, przez ćwierć...
- Kołyby ich trastia mordowała (3) – mruknął, w ostatniej chwili podrywając kibitkę na tyle, by ominąć szereg nieoświetlonych kominów.
Ural został w tyle. Odetchnął z ulgą i położył kibitkę w łagodny zakręt w lewo, żeby ominąć Orenburg.
- Nie mogłabyś rozpłynąć się w nirwanie – odparł, nie poruszając kwestii dwóch powodów. Z obu zdawał sobie sprawę aż nadto dobrze.
- A bo?
- A bo po pierwsze byłoby to niebiblijne...
Zmierzwiła mu starannie włosy i przytuliła się do niego.
- Ups... mruknął. - Jakaś większa kaszana na wpół drugiej.
Spojrzała lekko w prawo skos. Rzeczywiście, coś się paliło.
- Pożar? - zauważyła błyskotliwie.
- Ehe. Jakby rurociąg. Albo ktoś kurzył przy łatwopalnym, albo smok się dorwał do rury i kichnął...
- Misiu, przecież tu smoków prawie nie ma...
- Miejscowych nie ma, ale trafiają się obce. Tu wszystko jest zabezpieczone na słowo kommunista, na sznurek i ślinę, więc czasem przylatują i podpijają ropę albo gaz, tu akurat jest duży gazociąg.
Lubiła, kiedy mówi. O czymkolwiek. A podpuścić go było łatwo.

- Długo jeszcze? - zniecierpliwił się Terry Boot.
- Z tego, co Charlie mówił, to jeszcze drugie tyle – mruknął Ron. - Szach.
Terry przestawił króla na jedyne miejsce dające mu jeszcze dwa ruchy do namysłu.
- Nie ma szacha. Gdzie my właściwie jesteśmy?
Ron przytknął nos do okienka, jakby spodziewał się zobaczyć za nim drogowskaz.
- Nad chmurami pierzastymi...
Ogólnie nie mieli nic przeciwko takiemu środkowi lokomocji. Przez pół godziny – dlaczego nie? Teraz jednak lecieli szóstą godzinę, od czasu do czasu spadając na kolana współpasażerom z przeciwka, podskakując na twardych ławkach, kładąc się plecami na drewnianych ścianach.
- To teraz pomyśl – zauważyła Hermiona – że jak mugole wozili więźniów kibitkami po lądzie, to taka jazda trwała parę miesięcy, codziennie tyle co my dzisiaj...
- Też czytałem tę książkę! - zirytował się Ron. - Tylko, w razie gdybyś nie zauważyła, my tu nie jesteśmy za karę! Szach.
- Ron, ty to już siedź cicho – ziewnął Collin Creevey, dolewając oliwy do lampy pod dachem kibitki. - W końcu to twój brat wymyślił to miejsce – dodał podstawiając kubek pod kran samowara.

- No co ja mogę za to? - westchnęła Tonks, siedząc na koźle drugiej kibitki.
- Nic – zgodził się Lupin, delikatnie wysuwając dłoń z jej dłoni. - Ale ja tym bardziej nic.
- Kocham cię.
- Więc musimy się trzymać na dystans.
- Wiem...

- Nie leć na mnie! - prychnęła Hanna, przyciśnięta przez Collina do Erniego Macmillana.
- To jest silniejsze ode mnie! - warknął Collin.
Kibitka wyrównała lot. Za okratowanym okienkiem widać było w górze kilka jaskrawo migających świateł.

- Kiedy Andrea ma termin? - spytała nagle Susan.
- Nie wiem, jakoś w sierpniu.
- To faktycznie jeszcze tylko im trójkąta brakowało...
- Poradzą sobie, tego to akurat jestem pewny – powiedział Charlie zupełnie bez przekonania.
- Cała nadzieja, że Lupin jednak nie jest idiotą.
- Daj Boże.
- Wszystko jedno, potrzebne to wszystkim jak dementor na weselu... w dodatku wszystko na widoku, pół Gwardii się zastanawia, co się stało Lupinowi.
- I co się stało Tonks.
- A nie, nie. Co się stało Tonks, to akurat widać na milę.
- Cholera. Żebym tak miał jakiegoś sympatycznego singla na składzie, jak nie mam...
Zamilkł.
Nieprosta sprawa, pomyślała. Głupiego ona nie zechce, mądry z nią nie wytrzyma.
Po chwili namysłu postanowiła nie przeszkadzać mu w przeglądzie singli do upłynnienia.

Kibitka położyła się gwałtownie w zakręt. W prawo, w lewo, znowu w prawo... Z zewnątrz rozległa się seria uderzeń w przednią ścianę.
- Język za zębami! - przypomniał niepotrzebnie Harry.
Gwałtowne uderzenie kół o podłoże poderwało ich z ławek. Kibitka podskakiwała na wyboistej drodze, chwiejąc się na boki, wreszcie stanęła.
*W chwilę później w drzwiach stanął Charlie z wyciągniętą różdżką.
- Omnis transvestitus! Z wozu!
Dennis Creevey wyskoczył z kibitki, zatoczył się jak pijany, potknął się, upadł na kolana na środku żwirowej drogi – skądinąd stosownie do okoliczności, bo naprzeciwko niego stała na wpół zrujnowana kapliczka. Za nim z wozu wysypali się inni.
Byli w szerokiej dolinie o łagodnych zboczach. Drzewa szumiały, świerszcze grały, księżyc zbliżający się do pełni nadawał całości nierzeczywisty wyraz.
Susan z trudem stłumiła śmiech, patrząc na swoich kolegów. Mniejsza już o sam wygląd, choć zwłaszcza tyczkowaty Ron w nieco za szerokich szortach do ćwierć uda wyglądał mocno zabawnie. Bardziej bawiły ją ich reakcje. Patrzyli jedni na drugich, po czym spoglądali po sobie, jakby chcąc się upewnić, że mają na sobie takie same szare czy zielone mundurki i że dwubarwne chusty rzeczywiście odpowiadają barwom domów.
Bracia Creeveyowie rozmawiali półgłosem, wnikliwie komentując poszczególne elementy. Wyglądało na to, że są jedynymi osobami poza nią, dla których taki strój nie jest niczym nowym.
I oczywiście poza Charliem i Lupinem, okrytymi długimi ciemnozielonymi pelerynami. Ci jednak nawet przebrani w cerkiewne ornaty nie czuliby się nieswojo, więc to się nie liczyło.
- Panowie czapki na głowy, panie jak której pasuje – powiedział Charlie przez zęby. – Jak wysiądziemy, albo ktoś nas zatrzyma, żadnych głośnych rozmów. Nikt nie ma powodu wiedzieć, że my nie stąd. Iść w miarę równo gęsiego. Neville upchnij se bluzę do spodni bo wyglądasz jak fleja Harry dociągnij pas Terry zapnij kieszeń. Odsunąć się od wozu!
Charlie i Lupin chodzili z różdżkami dookoła kibitek, stukając to w kozły, to w tylne stopnie, to w koła.
- Transmuto!
To, w co zmieniły się kibitki, na czarodziejach czystej krwi nie robiło wrażenia. Widocznie mugole tak podróżują. Jednakże Harry, Terry i Dean oglądali oba pojazdy mocno nieufnie. Mikrobusy, które widywali za mugola, wyglądały trochę inaczej.
Collin Creevey nie miał głowy do rozmyślań. Musiał przecież oba pojazdy obfotografować...
- Do wozów!

Kibitka wyraźnie wolała być kibitką niż samochodem. Po przekręceniu kluczyka przez parę sekund słychać było odgłos przypominający kran, w którym kończy się woda, po czym zapadła cisza. Charlie przekręcił drugi raz. Samochód sapnął krótko i zamilkł. Trzeci raz. Cisza.
- Szefie, a może on benzyny nie ma? - zasugerował zgryźliwie Dean Thomas.
Spojrzenie Charliego nie pozostawiało wątpliwości, co by powiedział, gdyby obok nie siedziała Susan.
Wyciągnął spod siedzenia długą stalową korbę.
- Su, trzymaj wciśnięty gaz... no, ten pedał po prawej... Po mojej prawej!

- No tu to już mój braciszek przesadził – mruknął Ron, zahaczywszy gołym kolanem o jakiś wystający element nadwozia.
- Widocznie miał powody – ucięła Hermiona, strzepując szczypawkę z szarej spódnicy. - Gdybyś się zainteresował, tobyś wiedział, dlaczego nas przebrali tak, a nie inaczej.
- Akurat nas tu kto będzie oglądał!
- W sumie – wtrącił pojednawczo Anthony Goldstein - wcale bym się nie pogniewał za takie ciuchy w Hogwarcie, zamiast tych powłóczystych chałatów. Oczywiście jak jest ciepło. Ale z drugiej strony jakby odwinąć rękawy...
Cała operacja nie zrobiła na nim wrażenia, a już na pewno nie środek transportu, w którym się znalazł. Po podróży awiokibitką, a wcześniej po dwustumilowej jeździe mugolskim autobusem gruntową drogą przez tajgę nie zdziwiłby się, gdyby przyszło mu jechać tym pojazdem stąd do Anglii.
Nie wiedział, gdzie właściwie jest. Harry i Charlie dość konsekwentnie stosowali zasadę „bezpieczniej nie wiedzieć”, Susan zaś na wszelkie sugestie, że mogłaby się czegoś wywiedzieć, odpowiadała „gdybym spytała, to pewnie by mi powiedział – i dlatego nie pytam”. Niemniej w odróżnieniu od większości otaczających go gojów natychmiast zauważył, że krzyże, które co chwila wydobywały z ciemności reflektory pojazdu, są krzyżami prawosławnymi.
Nie minęło jednak pół godziny, a znowu usłyszeli:
- Z wozu!
Wzgórze z zalesionym wierzchołkiem, otoczonym płotem z ozdobną bramą, wyglądało zachęcająco.

- No i mówiłem – narzekał Ron, masując sobie poparzone pokrzywami kolana – pusto, wieje jak na Hebrydach, zero ludzi, duch z kulawą nogą tu nie zajrzy, można se było spokojnie to całe przebieranie darować, kto nas tu będzie oglądał...
- Czapka na łeb – przerwał Finnigan. - Nie rób żadnych gwałtownych ruchów – dodał, wspinając się na palce, żeby móc mu mówić półgłosem do ucha – ale rzuć okiem na tego kolesia, co go masz na czwartej...
Ron odwrócił głowę, udając, że się drapie w łopatkę.
W odległości jakichś trzydziestu stóp zawracał, kierując się w stronę pobliskiej wsi, nietoperz o półtorastopowej rozpiętości skrzydeł.
- Masz jeszcze jakieś pytania? - spytał Finnigan.
Ron nie miał.

- Cmentarz? - zdziwiła się Tonks.
- Cmentarz, stacja przesiadkowa, czasem parę innych rzeczy – odparł enigmatycznie Lupin.
Wewnątrz płotu stało kilkadziesiąt drewnianych krzyży. Imiona i daty życia nieboszczyków nie pozostawiały wątpliwości, że to nie jest cmentarz parafialny. Sami mężczyźni, młodzi lub w średnim wieku.
Sam środek wzgórza zajmowała skomplikowana kamienna konstrukcja, przypominająca nieco krąg menhirów (z poprawką na to, że menhirów nie budowano z cegieł), przyozdobiona napisem po niemiecku.
BRUST UM BRUST...
- Co tu napisane? - spytał Ron, wpatrując się w gotyckie litery.
Miał już dosyć tej podróży. Zaczynał majaczyć. Na trzecim krzyżu od prawej widział przez chwilę twarz Davida.
- Walczyliśmy pierś o pierś, zmartwychwstaniemy ramię w ramię – przetłumaczył Goldie.
Ron skinął głową.
Kawy, pomyślał. Albo Eliksiru Wybudzenia. Albo czegokolwiek!
Z drugiego krzyża od lewej patrzył na niego Percy.

- Jesteś naprawdę fajnym facetem – powiedziała Nymphadora Tonks.
- Jesteś naprawdę fajną dziewczyną – powiedział Remus Lupin.

Harry wszedł między menhiry, niosąc cztery kierownice.
- Su! - krzyknęła Lavender. - Czekamy na ciebie!
Od bramy cmentarza ciężkim krokiem nadszedł Lupin. Wyglądał, jakby miał za chwilę zostać złożony w ofierze w tym dziwnym miejscu.
Susan i Charlie próbowali się wreszcie pożegnać.

Londyn, Wzgórze św. Karola Boromeusza, poniedziałek, 29 lipca 1996 r.

- Awaryjny ze Wzgórza Sto Siedemnaście – powiedział głos w powietrzu. - Witamy w Londynie.

c.d.n.

(1) Szary mundur, mel. trad.ang. Scarborough Fair (z repertuaru Simona i Garfunkela), autor słów nieznany.
(2) Kpt.lotnictwa James Boot, odznaczony Krzyżem Zwycięstwa i Krzyżem za Wybitną Służbę Lotniczą.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Komentarze do odcinka III

Postautor: archiwalny » 29.08.07, 13:53

Leszek w 08.02.07 23:18:06


No, złapać Arthura na błedzie rzeczowym to jak złowić żelanego wilka. A jednak udała się sztuka...

Flight lieutenant to odpowiednik naszego kapitana, nie porucznika. Porucznik to flying officer. Tu masz stopnie RAF: http://en.wikipedia.org/wiki/RAF_officer_ranks .

A co do VC - w Polsce tłumaczy się to jako Krzyż Wiktorii, a nie zwycięstwa, bo pochodzi od imienia królowej, która własnie to odznaczenie ustanowiła.

DFC to Zaszczytny Krzyż Lotniczy.

Jeszcze słowo autowyjaśnienia. Czepiam się, bo mi się ten tekst cholernie podoba. Gdyby mi się nie podobał, machnąłbym ręką.



Arthur Weasley w 08.02.07 23:25:37


Flight lieutenant to odpowiednik naszego kapitana, nie porucznika. Porucznik to flying officer.
Już poprawiam.
A co do VC - w Polsce tłumaczy się to jako Krzyż Wiktorii, a nie zwycięstwa, bo pochodzi od imienia królowej, która własnie to odznaczenie ustanowiła.
A to akurat bywa tłumaczone różnie i odnoszę wrażenie graniczące z pewnością, że twórcy odznaczenia doskonale sobie z tej dwuznaczności zdawali sprawę.
DFC to Zaszczytny Krzyż Lotniczy.
Tłumacząc dosłownie to to jest Krzyż za Wyróżniające Się Latanie. Że zaś jest odpowiednikiem lądowego Distinguished Service Cross, czyli Krzyża za Wybitną Służbę, to tłumaczenie wydaje mi się zręczniejszym. W sumie Lotniczy Krzyż Zasługi też by nie był zły...
W każdym razie Terry mógł być dumny z dziadka.


Adam Widur w 09.02.07 00:13:45


No bo takiego dziadka to nie każdy mógł mieć..

Mało. A te kominy to gdzie nad uralem? Co ten ural tak myk i przelecieli? Tak apnocku od razu? Łeee... Jak się jedzie, to czasem się go nie zauważa, szczególnie jak sie południową trasą zasuwa.. Bo jakis taki silnie rozpłaszcozny. A złmowisk czołgów za Uralem to nie widzieli? ....

Nie czepiam się nawet, tylko bym chciał więcej.



Arthur Weasley w 09.02.07 00:16:52


51 N to jest sam południowy cypel Uralu, przedgórze właściwie. Też początkowo planowałem bardziej górski przelot, alem zobaczył, że musieliby specjalnie drogi nadkładać.
Też było do zrobienia, można się było z tego wytłumaczyć, mnóstwo rzeczy było do zrobienia (z samej ścieżki dźwiękowej ile można było wycisnąć), ale to w ogóle miał być krótki łącznik na pół strony, ino się rozrosło.



Lucy Pym w 09.02.07 01:38:39


Krótki komentarz był w Knajpie, jako słowo uznania, teraz będzie dokladniej

Nad ostatnim odcinkiem prawie płakałam ze śmiechu. A było nad czym - począwszy od szacownego Hogomosadze oraz sceny z imponujacym sonorusem Lupina, poprzez dyskusje o pomniku śmierciojada, lot życia, wierzbową miotłę, hadiugę, Minerwę, która potrafi zawsze zachować spokój, aż po Krzywołapa z igłą, który to Krzywołap mnie zamordował kompletnie. Perełka na perełce, aż się chce zapomnieć, że oni się tam szkolą, bo wkrótce, być może, będą musieli stanąć do walki.
W drugim fragmencie już nie ma lekko. Sen Arthura dotyczący Ginny jest przerażający. Boli, niepokoi, boli znowu. Bo to jest sytuacja, w której bardzo nie chciałoby się być.
Cały ten odcinek jest niby lekki, ale w tle cały czas czuje się niepokój, niejasność - pomimo tego, że Susan mogłaby osiągnąć nirwanę, a smoki piją z gazociągów. To się już wyczuwało w "Oswoić smoka", ale tutaj ta atmosfera wojny i braterstwa walki jest - zdaje mi się - jeszcze bardziej przenikająca, wyłażąca ze szwów, mimo tego, że smutek i strach się miesza ze śmiechem. I chyba najlepiej moje wrażenie podsumowuje ten fragment:
Ciszę zakłócaną tylko trzaskaniem płomieni przerwał cichy, lecz wyraźny głos Zachariasza Smitha:
- Jeżeli kiedyś powiem, że Hogwart to były moje najlepsze lata, to przypomnijcie mi, żebym się powiesił.
Chciałabym mieć takich przyjaciół na dobre i na złe. A jednocześnie nigdy nie chciałabym być w ich położeniu.
Kłaniam się i czekam na więcej.



Arianrod w 09.02.07 09:35:56


Niby, że śmiesznie, a zrobiło się już całkiem poważnie. Z knucia pod bokiem Umbridge przeszedłeś do prawdziwej wojny, chociaż jej jeszcze nie widać. "Dom..." mi się wydaje o wiele bardziej "dla dorosłych", niż "Smok". Jak przeczytałam sen Arthura, to poszły mi dreszcze po krzyżu.

Natomiast zauważam też, że w porównaniu ze Smokiem, to opowiadanie jest o wiele bardzij chaotyczne, trudno się połapać o co właściwie chodzi, a ciąg przyczynowo-skutkowy pozostaje dla czytelnika tajemnicą. Bardzo dobre dialogi, ale mnie brakuje czegoś pomiedzy dialogami. Być może mam utrudniony odbiór, bo czytam po odcinku przy porannje kawie, ale sygnalizuję, że mam taki problem.
Pozdrawiam
A.



Magdalaena w 14.02.07 01:25:27


Z jednej strony chciałabym to opowiadanie zdecydowanie pochwalić. Bo jest potterowski klimacik, jest konspira i rosyjskie dekoracje, co już opisali moi przedmówcy
Ale ... w zasadzie jest ich dwa.

1. Jeśli to ma być kontynuacja Smoka, to miło by było, gdyby wątkiem kluczowym albo chociaż zbierającym wszystkie inne był wątek Susan i Charliego. A tego wątku nie ma :-( W ogóle nic się między nimi nie dzieje. Tej pary jest nawet mniej niż nieodwzajemnionej miłości RL/NT.

2. Wątek szpiegowsko - konspiracyjny. Jest taki ... hmmm. mglisty. O ile w Smoku stanowił albo drugie dno wydarzeń kanonicznych (znanych każdemu) albo jakieś ogólne tło, którego prawdziwego znaczenia nie znaliśmy, to w Diś czegoś mi brakuje. Może scen wizjonerskich jest zbyt dużo ? może z knucia poszczególnych bohaterów zbyt wiele nie rozumiem ? Mam nadzieję, że po wejściu w rok szkolny zobaczę w tym trochę więcej sensu.

Generalnie pozdrawiam i czekam na kontynuację.




Arthur Weasley w 20.02.07 01:34:45


1. Jeśli to ma być kontynuacja Smoka, to miło by było, gdyby wątkiem kluczowym albo chociaż zbierającym wszystkie inne był wątek Susan i Charliego. A tego wątku nie ma :-( W ogóle nic się między nimi nie dzieje.
No cóż, stabilny związek jest zjawiskiem żałośnie banalnym. Na ślub za wcześnie, na dzieci tym bardziej... W takim na przykład Potopie Skrzetuski jest postacią epizodyczną, a Helenę widzimy w jednej rozmowie z Zagłobą pod hasłem
(Helena z Kurcewiczów Skrzetuska)
- Co tatuś woli dzisiaj pić, dębniaczek czyli miód?
A o wzajemnej relacji pp. Skrzetuskich wiemy tyle, że są małżeństwem i mają co najmniej dwoje dzieci.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Odcinek 4 cz. I

Postautor: archiwalny » 29.08.07, 13:56

Fragmenty pochodzące ze znakomitych skądinąd fanfiktów Toroj Koła czasu i Magdalith Międzydomowe sceny łóżkowe zostały wykorzystane za wiedzą i zgodą autorek, którym za powyższe uprzejmie dziękuję.
Żgłycza wymyśliła Lucy Pym, zastosowanie jest moje.


Odcinek 4 cz. I

Londyn, poniedziałek, 29 lipca 1996 r.


Margit Boot wzdrygnęła się nerwowo. Podeszła do okna.
Sroka. Uff. To tylko sroka.
Niech już będzie jutro, niech Terry wróci cały i zdrowy i niech wreszcie będzie spokój!
Do następnego razu...
Odkąd pamiętała, miała z nim kłopoty. Rozwijał się nie po kolei. Nauczył się czytać w tym samym czasie, co zapinać guziki, czyli dużo wcześniej, niż opanował trudną sztukę wiązania butów. Rzeczy bardzo trudne chwytał w lot, a najoczywistsze do niego nie docierały.
Kiedy trafił do szkoły, w której mając w klasie dwóch imienników z miejsca otrzymał przezwisko „U-Boot”, przez pierwszy rok komunikaty po powrocie zaczynały się od „Mamo, bo...” Mamo, bo Ken...! Mamo, bo Willie...! Mamo, bo Abdul...! Mamo, bo Ivan...!... tylu ich było, a ona jeszcze teraz byłaby w stanie wyliczyć całą listę.
A potem stało się coś. Nikt dokładnie nie wiedział, co.
Najlepiej znała wersję Terry'ego.

- Pełne zanurzenie!
- Wariaci, on nie umie pływać! - krzyczy z drugiego brzegu Carmen Silvera.
Kennetha Connora to nie zraża.
- Dobra dobra, to się nauczy!
Jest jeden, a ich sześciu. I naprawdę nie umie pływać.
- Zostawcie mnie!
David Janson odlatuje w bok, kopnięty w szczękę. W chwilę później Terry już zupełnie nie może się ruszyć.
- Okay, lecisz!
Narastający szum w uszach, świat zaczyna wirować, coraz szybciej, potem zwalnia, staje, obraca się w pionie...
Stoi na brzegu. Tamci bujają w powietrzu parę metrów nad powierzchnią wody...
Lecą!
- Peryskopowa! - Terry nie może się powstrzymać od złośliwego komentarza, widząc sześć fontann wody.


Poza tym było jeszcze jedenaście wersji, bo tyle właśnie osób poza Terrym było w krytycznym momencie na basenie.
Ostatecznie zastosowano standardową mugolską metodę radzenia sobie z tym, co nie daje się wyjaśnić naukowo: wszyscy milcząco umówili się, że w gruncie rzeczy dokładne odtworzenie przebiegu wydarzeń nie jest aż takie ważne, Terry zaś cierpi na zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi i to wszystko tłumaczy.
Nauczyciele uznali kolejnego ucznia ze zdiagnozowanym ADHD za dopust Boży i cieszyli się, że i w tym przypadku nieszczęsnemu zespołowi towarzyszą wybitne uzdolnienia matematyczne. Poza tym trudno było zaprzeczyć, że jak na adheda Terry jest zdumiewająco spokojny i dopóki mu nie dokuczają, nie stwarza problemów wychowawczych.
Koledzy uznali, że U-Boot jest nie tylko jakiś dziwny, lecz także niebezpieczny dla otoczenia, i na wszelki wypadek dali mu spokój. Zwłaszcza Janson omijał odtąd Terry'ego szerokim łukiem.
Ona uznała, że jej dziecko może i jest nienormalne, ale to bardzo źle świadczy o normie. Lekarstwa przepisywane przez specjalistów wykupywała sumiennie na wypadek, gdyby jakiś Komitet na rzecz Zaniedbanych Wychowawczo Dzieci Imigrantów zapragnął to sprawdzić, wrzucała do sedesu i spuszczała za nimi wodę. Wytłumaczyła synowi, że co prawda kłamać jest nieładnie, ale mówić pewnym osobom całą prawdę nierozsądnie, i odtąd recept na ritalin i inne świństwa było znacznie mniej.
Sam zainteresowany uznał, że status inteligentnego wariata (bo tyle z całej sprawy zrozumiał) ma swoje plusy, błyszczał na matematyce, bulwersował nauczycieli niesłusznymi tezami w wypracowaniach z angielskiego i ogólnie biorąc pędził spokojny żywot outsidera.

W Wielkiej Brytanii nie zadaje się wielu pytań. W każdym razie w mugolskiej Wielkiej Brytanii. Przyzwyczaiła się.
W Wielkiej Brytanii nie ma żadnego powodu, dla którego dentysta miałby wiedzieć, czy pacjent, którego leczy regularnie od lat, ma dzieci, i na odwrót. A ile śmiechu było, kiedy po trzech latach omijania tematu wpadła na Grangerów na peronie 9¾!
W Wielkiej Brytanii można we własnym mieszkaniu rozłożyć się do szkieletu i dopóki na koncie są pieniądze, a bank opłaca czynsz, nikt nie zwróci uwagi. To ostatnie było nieco deprymujące. Ale na szczęście czarodzieje byli, wedle mugolskiej miary, ludźmi skandalicznie źle wychowanymi. Zarówno ona jak Grangerowie z ulgą przejęli na swój użytek ich fatalne maniery.

Od początku nauki w Hogwarcie Terry, przyjeżdżając na Święta czy na wakacje, zawsze miał dużo do opowiedzenia. Początkowo nie rozumiała, o czym mówi. Potem poznała inne mugolki, których dzieci – dotąd uważane za nienormalnych mugoli – okazały się normalnymi czarodziejami, zaprenumerowała Świat Młodych Czarodziejów, po jakimś czasie w jej domu zaczęli się pojawiać koledzy Terry'ego... i ani się spostrzegła, jak zaczęła żyć w dwóch światach. Kiedy wieczorami wchodziła na http://www.yournet.mag/muggleparents, miała wrażenie, że wraca do siebie. I tylko czasem, kiedy rozmawiała z podobnymi sobie, docierał do niej absurd tego, że pisze „mugole nie rozumieją..., mugole nie wiedzą...”. Oni - ci, którzy na wpisanie adresu z domeną .mag dostają odpowiedź „nieznany serwer: yournet.mag”. Oni – mugole. A ona kto?
To nie był jej świat. Starała się go poznać. Polubiła ludzi w staroświeckich ubraniach, którzy świat bez magii nazywali tamtym światem i mówili o nim, jakby leżał gdzieś za oceanem, polubiła kolegów syna, którzy całowali ją w rękę na powitanie i nigdy nie usiedli, gdy ona stała, ale zawsze to był inny świat.

Gdy rok temu Terry przyjechał na Boże Narodzenie, już na dworcu zauważyła, że coś się zmieniło. W samochodzie odpowiadał monosylabami, a w domu zamknął się w swoim pokoju i przez cały wieczór słuchał heavy-metalu.
Następnego dnia przyszli jego koledzy. Tak samo grzeczni, jak zawsze, ale nie tak samo pogodni.
Tak samo było na Wielkanoc.
A kiedy zaczęły się wakacje, Terry zaraz po przyjeździe oświadczył, że na razie zostanie trzy dni, a potem wyjeżdża na miesiąc na obóz naukowy.
Nigdy nie umiał kłamać. Doskonale czuła, że nie jedzie na obóz naukowy, na którym będą badać smoki i inne zwierzęta magiczne.
- Jadę do bazy smokerskiej w Muntele Jorzea w Transylwanii - oświadczył z naciskiem. - Na obóz naukowy. I tego się trzymajmy.
Tym razem stanowczo nie chciał, żeby go odprowadzała na dworzec. Pójdzie z kolegami.
Przyszli po niego. Ubrani po mugolsku jak który umiał... wyglądali, jakby właśnie obrabowali sklep z demobilem.
Gdy tylko znikł, ubrała się tak, żeby wśród czarodziejów nie rzucać się w oczy. Wiedziała, że jako mugolka bez obstawy na magiczną stronę nie przejdzie. Ale jej wystarczył Dziurawy Kocioł, do którego jako matka czarodzieja miała wstęp w każdej chwili. I gdzie mogła poczytać Proroka czy Czarodzieja Powszechnego.
Posłuchała rozmów czarodziejów, połączyła to z komentarzami Powszechnego, z oszczędnymi w słowach skrótami wydarzeń ostatniego tygodnia, z enigmatycznymi dementi rzecznika prasowego Ministra Magii, przefiltrowała to wszystko przez wyniesioną z ojczystego kraju umiejętność czytania między wierszami i wszystko zaczęło się układać w spójną całość. Im obraz stawał się wyrazistszy, tym mniej się jej podobał.
Potem Becky Granger powiedziała jej, że ze względów bezpieczeństwa przejście do magicznego Londynu zostało zamknięte dla mugoli.
W Dziurawym Kotle była od tego czasu trzy razy. Dwa razy widziała czarodziejów palących spirytus w kieliszkach. Coraz mniej liczni goście pili coraz więcej i śpiewali coraz bardziej bojowe piosenki.
Świat zamieszczał coraz więcej wspomnień kombatantów Wojny Dziesięcioletniej i wcześniejszych zawieruch, które przetoczyły się przez magiczną Anglię.
Terry przysłał jeden jedyny list, który dodatkowo ją zaniepokoił:
Droga mamo!
Żyję, jestem zdrowy, czuję się dobrze. Nie martw się o mnie. Całuję Cię bardzo. Terry.
P.S. Skręciłem nogę, ale nie martw się.

Post scriptum robiło wrażenie pisanego lewą ręką.

Powoli zaczynało do niej docierać, co się dzieje.
Nagle poczuła z całą wyrazistością, że nie chce uważać świata czarodziejów za swój. Jest mugolką i jej miejsce jest w świecie mugoli. Z całym bagażem swoich absurdalnych zwyczajów, z rodzinami sprowadzonymi do postaci elementarnej, z nowymi tabu pospiesznie wprowadzanymi na miejsce poprzednich, ze sposobami myślenia i reagowania, które kiedyś przyjmowała jako oczywistość, może nie zachwycającą, ale nieuchronną, a potem przestała rozumieć, jak tak można żyć - to był jej świat; a tamten, pociągająco obcy świat stryjecznych teściów i trzecich kuzynek, skrojony na ludzką miarę, rządzący się swoimi prawami, może okrutnymi, ale prostymi - nie był jej światem. Był natomiast światem jej syna.
Tam można było zginąć. Tamta Wielka Brytania nie przypominał Wielkiej Brytanii mugolskiej - raczej mugolski Izrael (w najlepszym przypadku). A pod pewnymi względami nieprzyjemnie przypominał świat, w którym się urodziła, z którego uciekła i o którym chciała na zawsze zapomnieć, a który szczęśliwie przestał istnieć siedem lat temu.

Był zmęczony. Trudno było nie zauważyć. I poważny jak nigdy.
- Synku, poświęć mi chwilę... proszę.
Usiadł.
- Powiedz mi tak szczerze... czym ty się tam w szkole zajmujesz?
Spojrzał na nią ze zdziwiony.
- W szkole?
- W szkole.
- A czym się mam zajmować? Rano wstaję, idę na lekcje, wracam, robię pracę domową, czasem z chłopakami w eksa gram albo w gwinta, coś poczytam, z dziewczyną się kremowego napiję...
Gdy wspominał o dziewczynie, głos mu lekko zadrżał. Rozbawiło ją to i zmartwiło jednocześnie. W tej chwili to, co robi z dziewczynami, obchodziło ją najmniej.

Dziurawy Kocioł, poniedziałek, 29 lipca 1996 r.

- Pan Weasley! Sługa uniżony! Tak dawno pan do nas nie zaglądał...
Arthur Weasley nie prostował, że był w tym lokalu raptem półtora miesiąca temu. Tyle właśnie minęło od stypy po Syriuszu - prawda, że nie zabawił na niej długo. Obiektywnie nie było to dawno, ale miał wrażenie, że minęły wieki.
- Czym mogę służyć?
- Na razie nic, czekam na kogoś.
- Ale przecież kieliszka pigwówki pan nie odmówi?
- Nie odmówię.
Wir fühlen in Horsten und Höhen
Des Adlers verwegenes Glück!
Wir steigen zum Tor
Der Sonne empor,
Wir lassen die Erde zurück!

chrypiało radio na zapleczu.

Kamerad! Kamerad!
Alle Mädels müssen warten!
Kamerad! Kamerad!
Der Befehl ist da, wir starten...

Mugol znający ten utwór zdziwiłby się niepomiernie, że można go usłyszeć w jakimkolwiek brytyjskim radio, niechby i magicznym. Spodziewałby się, że zaraz usłyszy:
Ran an den Feind!
Ran an den Feind!
Bomben auf Engelland!
(1)
Dla Arthura Weasleya oznaczało to zupełnie co innego. Pamiętał, jak dwadzieścia lat temu o szczęściu orłów odnalezionym w przestworzach śpiewali czarodzieje w białych szatach z czarnym krzyżem, którzy pojechali na drugą stronę Kanału walczyć z Ciemną Stroną. Ślubowali walczyć z – jak to określali – Dołem, gdziekolwiek by się ów Dół uaktywnił, i rzeczywiście nie zaniedbywali żadnej okazji.
A Ron właśnie przywiózł podejrzaną przesyłkę od Charliego z informacją, że może się po nią zgłosić Klaus Wunderwaffe...
...im Feuer getauft und geweiht.
Vom Rhein bis zum Meer,
Das fliegende Heer,
So steh'n wir zum Einsatz bereit!

- Już też nie mają co nadawać – mruknął Tom.
- Nie lubi pan tego?
- Ja z mugolskiej rodziny jestem. A pan szanowny przecie niemiecki posiada...
- O tyle, o ile...
W lokalu było mało ludzi nawet jak na tę porę: powszedni dzień i środek lata. Przy żylecie trzej trupio bladzi kadeci – najpewniej po oddaniu krwi na eliksiry, bo normalne pobranie takich efektów nie wywoływało – najwidoczniej z braku lepszego pomysłu na spędzenie wolnego dnia siedzieli przy opróżnionej do połowy rurze piwa. W kącie przy przejściu do gabinetów wiekowy czarodziej udawał, że czyta Magiczny Czas. Poza tym nie było nikogo.
Arthur wyciągnął z kieszeni Proroka Codziennego, zlekceważył pierwszą stronę i otworzył gazetę na ogłoszeniach drobnych.
Herbatę Mata pije mama i tata! - głosiła reklama u góry strony. Odetchnął z ulgą. Gwardia wróciła bez strat i problemów, prawdopodobnie również bez dekonspiracji, a kto miał dotrzeć do bazy, dotarł również.
Odzież skórzana, eliksiry różne, żywność gotycka na miejscu i na wynos. Ceramiczna naprzeciwko Miotlarskiej, skrzaty pokażą... o, mało było Lupinom sklepu, jeszcze będą mieli jadłodajnię pod nosem... Whisky tania, smaczne dania! „Kącik”, Długa 28 w podwórzu - szukaj, a znajdziesz – otwarte do 10. Tanie napoje, kuchnia domowa – zacisznie, przytulnie i spokój w głowie. Dwa kroki od Ministerstwa, trzeba będzie zajrzeć, może być sensowny lokal...
Przyszedłbyś już, pieroński wilku, odrywasz porządnego człowieka od zajęć, pomyślał odwracając gazetę na ostatnią stronę.
Niejaki Gordon Kaye lewitował wzdłuż ulicy Pokątnej kufer z pufkami dla sklepu Eylopa. Nagle straciwszy panowanie nad ładunkiem, dopuścił, by kufer uderzył w latarnię. Kufer upadł na jezdnię i otworzył się, a pufki pouciekały. Część z nich rozchwytali chłopcy, kilka zaś sztuk schowało się pod stojący tramwaj. Zrobiło się zbiegowisko. Tramwaj nie mógł ruszyć, a pufki nie chciały spod niego wychodzić. Przerwa w ruchu trwała około 20 minut.
Odpowiedzi redakcji: „Czujny” z Edynburga. Ściganiem przestępstw zajmuje się Służba Egzekwowania Magicznego Prawa.


- Cześć, Arthurze.
- Cześć, Remus.
- Po małym?
- Po dużym, co się będziem ocyndalać, tyle mojego co teraz... – Lupin uśmiechnął się.
- Nie łam się. Najgorsze pierwsze trzy tygodnie, pierwsze trzy miesiące, pierwsze trzy lata, a potem to już z górki...
Dyskusja była bezprzedmiotowa. Tom nie czekał na zamówienie, nalał obu po kwarcie Mocnego Kremowego.
- Opowiem ci dowcip – ożywił się Lupin, wypiwszy pospiesznie połowę zawartości kufla.
- Ten o Gąsce...? - zainteresował się Arthur, wieszając na oparciu krzesła pas mugolskiego munduru komandosa, który miał na sobie w ramach kamuflażu.
- Nie, ten o ośle. Przychodzi sekretarka Scrimgeoura rano do roboty i stwierdza – w oczach Lupina pojawił się łobuzerski błysk – że szef powiesił się na żyrandolu. Znasz to?
- Nniee... - Arthur przyjrzał mu się uważnie.
- Ja też nie! - oczy rozmówcy zalśniły jeszcze jaśniej. - Ale fajnie się zaczyna, nie?
Arthur wypluł do kufla porcję piwa.
- Super. Ale jak znam życie, to nie po to wyciągnąłeś mnie w trybie nagłym do knajpy, żeby mi opowiadać kawały polityczne?
Lupin posmutniał.
- No nie... Zdrowie Jima, w każdym razie.
Wypili.
- I zdrowie twoich koniecznie.
Wypili.
- Zaraz się skończy – mruknął Lupin. - Weźmy więcej na raz...
- Ale dzban – zastrzegł Arthur. - Bo rura na dwóch to za dużo, coś jeszcze muszę załatwić.
Lupin skinął głową i stuknął różdżką w rysunek dzbana w rogu stołu.
- No to co z tym żgłyczem? - spytał Arthur, dolewając sobie piwa.
- Z jakim żgłyczem?
- Tym, co cię żre...
Lupin podniósł kufel.
- Twoje zdrowie...
Wypili. Przez chwilę siedzieli w milczeniu.
Arthur rozejrzał się po lokalu. Pusto. Kadeci przy żylecie kiwali się jak gobliny na modlitwie.
- Arthur, co ty myślisz o Tonks? - wypalił Lupin.
- Molly koniecznie chce ją mieć za synową, ale chłopcy mają własne koncepcje. A co jest?
Lupin pociągnął potężnie piwa.
- Od kiedy ty jesteś z Molly? - spytał.
- Od szóstej klasy jednym ciągiem – wzruszył ramionami. - A od kiedy miałem być?
- I za ten czas... myślałeś kiedyś, że mógłbyś być z inną?
- Co by było, gdyby było – odparł Arthur, patrząc gdzieś w pustkę. - Różdżka, śmierć i żona od Boga przeznaczona.
- Git. Ale zdarzyło ci się, że cię jakaś inna chciała?
- Remus! - roześmiał się Arthur i pociągnął z umiarem. - Spójrz na mnie...
Lupin spojrzał. Siedział przed nim zmęczony życiem pięćdziesięciolatek. Nie podejmował się oceniać męskiej urody, ale chyba ten facet trzymał się nieźle, nawet bez poprawki na to, co przeżył. Teraz. A dwadzieścia lat, pół wojny i pięcioro dzieci temu?
Nie mówiąc już o takim drobnym szczególe, że Arthur nie był wilkołakiem.
- Powiedzże krótko, co jest. Tonks coś do ciebie cierpi?
- Nawet kilka cosiów – odparł ponuro Lupin.
- I co ty na to?
Lupin pociągnął nieznacznie i przez chwilę nie odpowiadał.
- Kocham Andreę.
- Powiedz to Tonks.
- Powiedziałem.
- I nie uwierzyła?
- Uwierzyła.
- To masz spokój? - ucieszył się Arthur.
- Chała. Łazi za mną jak Voldemort za Harrym, jakimś dziwnym sposobem na siebie wpadamy, wyżala mi się, że jej źle na świecie i że nic ode mnie nie chce, tylko żeby się mogła zwierzać, że ona mnie przestanie kochać, tylko chce...
- Spuść ją ze schodów – przerwał Arthur.
- Powiedziałem jej... zresztą mało istotne, bo sama mówi, że wie... że sobie zdaje sprawę...
- To spuść ją ze schodów z dużym kopem i nie ma, że się pogniewa.
- Arthur, byłeś kiedyś w takiej sytuacji jak ona?
- Bogu dzięki nie.
- Słuchaj... to wszystko jest proste. W ogóle wszystko jest proste, jak nie musisz tego zrobić sam. Ja przez pół życia kombinowałem, żeby nie być sam... na zawsze...
W dzbanie została już mniej niż połowa piwa.
- ...i teraz... kiedy... dwa, no, trzy lata temu ja bym wszystko... ja wiem, jak to jest... i akurat teraz...
- Boże, Boże, dałeś temu, co nie może – mruknął Arthur.
- A kiej człek mógł, to nie dał Bóg – dokończył Lupin. - I mnie teraz jakoś nie tego... ot tak – strzelił palcami - ciao bambina, spadaj mała, tam są drzwi?
Dolna szczęka Arthura wysunęła się do przodu, a w oczach odmalował się wysiłek umysłowy.
- Spałeś z nią?
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, sytuacja stałaby się skrajnie niezręczna.
- Arthur, jak cię lubię, ty sobie...
- Dobra-dobra-dobra-dobra-dobra, ja tylko tak...! - wycofał się wierny mąż i troskliwy ojciec. - Wiesz, ja wiem, co to są pod tym względem ostatnie dwa miesiące... Wsio rawno, niech spada, wie, że masz żonę i dziecko!
- Wiesz – mruknął Lupin – to nie jest takie łatwe... mówi ci baba, że skoro nie ty, to nikt, a ty jej ot tak, że pomyliła drzwi... umiałbyś?
Arthur podejrzanie długo kontemplował widok ozdobnej etażerki z kuflami.
- Nie wiem - powiedział w końcu. - Jak to jest z jej strony, też nie wiem, ale sobie wyobrażam. Ja tylko wiem, że jak jedno chce, a drugie nie postawi sprawy jasno... jak się nie da inaczej, to tak jasno, że to jedno się nogami nakryje, i nie ma że boli... to sprawa się paprze bez końca i wszyscy są do tyłu.. Ty o tym bardzo dobrze wiesz. I że najbardziej do tyłu jest to, które by chciało, też wiesz. Mam rację?
Teraz Lupinowi przyszło bardzo długo patrzeć w stronę baru.

Tabliczki z napisem Udawanie drzemki, gdy dama szuka miejsca, jest niegodne dżentelmena, jakie ostatnio pojawiły się w tramwajach kursujących ulicą Pokątną, na pewno nie zostały tam umieszczone z myślą o Remusie Lupinie. Zazwyczaj ustępował miejsca wszystkiemu, co nosiło spódnicę i nie było jawnie nieletnie.
Teraz jednak zupełnie nie zauważał, że tramwaj wypełnił się i niejedna dama szuka miejsca. Co więcej, dwie damy właśnie zajrzały mu przez ramię.
Zajrzały, spojrzały na siebie, pokiwały głowami i udały się na dalsze poszukiwania. Tytuł „Wychować czarodzieja i przetrwać” mówił sam za siebie.
Tym bardziej, że książka była właśnie otwarta na dużym rysunku przedstawiającym, jak należy nosić na ręku niemowlę do trzeciego miesiąca życia, żeby miało odpowiednio podparty kręgosłup i głowę...

Londyn, Ceramiczna 10, środa, 31 lipca 1996 r.

- Aaarghniewierćsiętybydlaku!
- Co robi twój mąż? - zapytała Salomea Swift tonem uprzejmego zainteresowania.
- Nie wiem, babciu – odparła zmęczonym głosem Andrea Lupin. - I, wybacz, nie chce mi się teraz specjalnie po to chodzić...
Babci się chciało. Korytarz z kuchni miał wprawdzie dwadzieścia stóp długości, ale w końcu taka odległość też dla ludzi.
- Słuchajcie, kot! - usłyszała gniewny głos prazięcia, dochodząc do drzwi salonu. – Nie utrudniajcie!
Stanąwszy w drzwiach uznała, że warto było się przejść. Remus Lupin chodził naokoło stołu z jej kotem paskowym na ręce. Co więcej, najwyraźniej bardzo mu zależało, żeby kot leżał na jego przedramieniu brzuchem do góry i z głową opartą o łokieć.
Okrążywszy stół, zobaczył, że nie jest sam w pokoju, i zatrzymał się raptownie. Spojrzała na niego pytająco.
- Mam nadzieję, że dziecko jest lżejsze - powiedział niepewnie.
- Tyle co Obormot waży mniej więcej roczne – odparła pani Swift. - One już są samobieżne. Przemieszczają się same. Czasem dość szybko. I nie trzeba ich trzymać pod główkę.
- Bo tego... Andrea mówiła, że wielkości kota...
- Kota – zgodziła się babcia. - A to jest raczej kocisko. Czy zdradzisz mi tajemnicę, co właściwie robisz?
- Ćwiczę. Chwilami mam wrażenie, że najprościej byłoby spetryfikować...
Starsza pani zrobiła trzy głębokie wdechy.
- Rozumiem – powiedziała w końcu. - Ale na wszelki wypadek nie próbuj ubierać Obormota w śpioszki. Obaj na tym lepiej wyjdziecie.

Londyn, Dziurawy Kocioł, wtorek, 6 sierpnia 1996 r.

- Charlie - zachrypiał świeżo upieczony tata - a ty się z nią chcesz ożenić?
- O szym ty do mnie rozmawiasz? - zdziwił się Charlie, patrząc na niego maślanym wzrokiem.
- Nie o czym, tylko o kim.
- O kim, to ja wiem. Polej...
Lupin polał.
- No to nasze kawa... aha, ty już nie... Nasze zdrowie!
Wypili.
- To jak, zamierzasz? - naciskał Lupin.
- A ja wiem? Ja nie mam większych zmartwień? Jest wojna, ona ma szesnaście lat, to jej jeszcze i tak czas, a ja co, dziś żyjem, jutro gnijem, się skończy, jakimś cudem przeżyję, to się będziemy martwić...
- Charlie, ty słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać...
- Obiecanki cacanki – wtrącił Sturgis Podmore.
- Że co proszę?
- Akurat, Lupin napruty jak kufer i powtarzał nie będzie...
- ...to jest jak raz najlepszy czas, żebyś się ożenił. Tak to co, pokombinujesz z nią rok... no powiedzmy, że się rozpiszesz, możesz raz.
A, to jest myśl, zastanowił się Charlie. Faktycznie moglibyśmy się zarejestrować jako narzeczeni, parę spraw by to ułatwiło... a, zaraz, tobym się jej musiał oświadczyć... to trzeba w każdym razie na trzeźwo rozważyć...
- ...zostaje taka ani panna, ani wdowa, nic się jej nie należy.
- Remus, daruj sobie, przynajmniej ty mnie nie umoralniaj, a poza tym skąd wiesz, że my...
- Co wy ze sobą albo nie, to jest wasza sprawa i tylko wy znacie wszystkie przesłanki swoich decyzji. Ja patrzę czysto pragmatycznie. Pójdziesz pod drzewko jako jej mąż, to ona będzie wdową po wojennym bohaterze ze wszystkimi konsekwencjami tego radosnego faktu. Pójdziesz pod drzewko jako jej narzeczony, to jej zostanie ładna fotografia w ozdobnych ramkach... Może byś polał?
Charliemu stanęła w oczach fotografia dziewczyny z mysimi ogonkami. Owszem, w ozdobnych ramkach.
Polał.

Welwyn Garden City, sobota, 10 sierpnia 1996 r.

- No i doigrali się! – oznajmiła triumfalnie Susan.
- A co jest? - zaniepokoił się Charlie. Susan zwracająca uwagę na to, co piszą w Proroku Codziennym, stanowiła dla niego nowe zjawisko.
- A patrz...
Starannie ukrył zniecierpliwienie. Trafił do Anglii na bardzo krótko i doprawdy miał lepsze zajęcia...
Izba Cywilna Centralnego Trybunału Magicznego utrzymała w mocy zaskarżony wyrok Sądu Cywilnego Czarodziejów dla Miasta Londynu w sprawie Sue Hodge przeciwko Wmigurok Sp.z o.o. o nienależyte wykonanie zobowiązania. Wmigurok musi zwrócić pani Hodge koszt kursu korespondencyjnego i zamówionych materiałów w wysokości 23 galeonów, zapłacić 161 galeonów nawiązki na cel charytatywny wskazany przez powódkę oraz zwrócić jej koszty zastępstwa prawnego wynoszące 223 galeony 2 sykle i 3 knuty.
Proces ten może stać się dla Wmiguroka początkiem końca nie dlatego, że nawiązkę orzeczono w najwyższej dopuszczalnej wysokości (siedmiokrotna wartość przedmiotu sporu), a wysokość honorarium mec. Nicholasa Frankau wskazują, że pani Hodge najęła najdroższego plenipotenta, jakiego mogła znaleźć, lecz dlatego, że może on pociągnąć za sobą lawinę podobnych pozwów.
Klienci Wmiguroka wielokrotnie pozywali firmę, twierdząc, że ich materiały lub instrukcje okazały się bezwartościowe, jednakże pani Hodge jest pierwszą klientką tej firmy, która zdołała udowodnić ponad rozsądną wątpliwość, że ściśle stosowała się do zaleceń Wmiguroka i z należytą starannością wykonywała wskazywane ćwiczenia, a mimo to obiecywany skutek nie nastąpił.
Firma co prawda obwarowała swoją ofertę licznymi klauzulami mających chronić ją przed odpowiedzialnością, jednakże w większości okazały się one bezskuteczne, jako napisana zbyt drobnym drukiem lub sformułowane w sposób niezrozumiały dla ludu.
- Jeżeli umowa, którą zawarła moja klientka, miała być zrozumiałe dla ludu, co zgodnie z przyjętą wykładnią oznacza: dla człowieka przeciętnie wykształconego i średnio inteligentnego - powiedział w swoim przemówieniu mecenas Frankau - to albo ja jestem kretyn, albo to pisał kretyn.
- Dwadzieścia geenów to nie majątek, na biednego nie trafiło - powiedziała nam po ogłoszeniu wyroku pani Hodge - ale nie można się dać okradać. Zezwalać na grzech lub grzechu nie karać to też grzech.
Tego, co nam powiedział pełnomocnik firmy Wmigurok, nie możemy zacytować, ponieważ jego wypowiedź zawierała wyrazy powszechnie uważane za obelżywe.

- Nie mają większych zmartwień! - prychnął.
- A bo? - zdziwiła się Susan.
- A bo jest wojna...
- No to co?
- Jak to co? Nie mają co do roboty, tylko się wozić z Wmigurokiem...
- Że jest wojna, to życie ma stanąć? - zirytowała się Susan. - Bill, o ile wiem, zamierza się ożenić, ja się uczę, ty w chwilach wolnych od zbawiania magicznego świata pracujesz, ogólnie wszyscy próbują żyć normalnie. Że wojna, to już mają się ludzie nie zajmować niczym, co nie jest konieczne dla wygrania wojny? Poprzednia wojna, w razie gdybyś nie zauważył, trwała dziesięć lat.
- Że Wojna Dziesięcioletnia trwała dziesięć lat, to ja się akurat mniej więcej orientuję... łaaaa-ha!
Susan wzdrygnęła się. Co jakiś czas Charlie brał wielki haust powietrza.
- Co tobie?
- Nie wiem - warknął Charlie tonem człowieka, który doskonale wie coś, czym się nie ma zamiaru dzielić. - Od smoków mi się udzieliło.
Mogło być gorzej, pomyślała. Lepiej tak, niż miałby od czasu do czasu z ogłuszającym grzmotem zionąć ogniem.
Przytuliła się do niego, drapiąc go za uchem.
- Misiu, dbaj o siebie.
- Dbam. Ale to taka praca... Od tego się nie umiera.
Zaniósł się spazmatycznym, wyczerpującym kaszlem.
- Ale czasem męczy...

Nora, piątek, 23 sierpnia 1996 r.

W salonie państwa Weasleyów panowała cisza. O ile ciszą można było nazwać denerwujące tykanie zegara, który wciąż wieszczył wszystkim rychły zgon, i szelest przewracanych kartek.
- Aaaauuuaaa!!! - – z kanapy po raz kolejny rozległ się ryk pana domu.
- Co jest, kochanie? - spytała Molly, wznosząc oczy ku sufitowi.
- To, co zwykle. W dalszym ciągu zachodzę w głowę, czy oni tak na poważnie, no posłuchaj... Auuuu!!!
Molly znów wzniosła oczy w górę.
Piątkowe wydania Proroka od paru tygodni ubarwiało dzieło pod tytułem Kanapa pachnąca dziewicą. Utwór wywołał wśród czarodziejów dysponujących minimum wyrobienia literackiego długi i zażarty spór między tymi, którzy twierdzili, że to jest pisane na poważnie, a zwolennikami tezy, że to niemożliwe, żeby ktoś pisał coś takiego na poważnie i niewątpliwie chodzi tu o pierwszorzędną parodię literatury czwartorzędnej
- Arthurze, odłóż to na chwilę. Przypominam, że mieliśmy iść na Pokątną.
- No to i tak nie dzisiaj, bo Ron i Ginny dzisiaj od Haralda nie wrócą. Sama mówiłaś, że lepiej niech zostaną do jutra.
- Rona i Ginny nie zamierzam brać.
- Nie przesadzaj. W tym wieku zakupy dla siebie powinni robić sami.
- Nawet o tym nie myśl. Nie jesteśmy w stanie im zapewnić bezpieczeństwa, poza tym jest kilka spraw, które wolałabym załatwiać bez dzieci.
- Molly, oni są już duzi, a poza tym i tak dwie trzecie ludzi zabitych przez śmierdzieli zginęło we własnych domach.
- Nie, Arturze, nawet o tym nie rozmawiajmy. Do rejenta z dziećmi nie pójdziemy, a puścić ich nie ma z kim. Nawet o tym nie myśl – dodała pospiesznie, jakby czytała w jego myślach. - Sami nigdzie nie pójdą.
- Obiecałaś im, kochanie. Nie możesz teraz złamać słowa. To byłoby niewychowawcze. I tak nie dasz rady trzymać ich cały czas pod kloszem. Ja wiem, że ty byś ich najchętniej w ogóle nie wypuszczała z Nory...
- Jesteś niesprawiedliwy. Jak widzisz, dzisiaj puściłam. Bardzo chętnie bym ich puszczała częściej, ale nie mam z kim. Pamiętasz zalecenia Ministerstwa? Powinieneś zacząć od siebie...
- Pojutrze przyjeżdża Hagrid i na pewno bardzo chętnie się z nimi przejdzie.
- Oczywiście żartujesz?
- Nie. Naprawdę przyjeżdża.
- Na miłość Boską, Arturze, nie obracaj wszystkiego w żart! Hagrid to jest po pierwsze duże dziecko, że już ty jesteś przytomniejszy...
Artur Weasley westchnął. Doczekał się komplementu. Jego żona uważała, że jest przytomniejszy od Hagrida.
- ...jego Ron był w stanie wyprowadzić w pole już w pierwszej klasie, a po drugie człowiek niepoczytalny. Nie, Arturze, nie puszczę dzieci z człowiekiem, który kazał im bez zabezpieczenia karmić sklątki!
- Może coś w tym jest, zwłaszcza że...
- Tak, słucham?
- Nie, nic takiego.
- Mężu! Wiem, że to nie było „nic takiego!”
Artur Weasley zawahał się. Nie, to zdecydowanie nie był moment na informowanie Molly, że Hagrid trzy lata temu przez głupotę wysłał Harry’ego i Rona na pożarcie akromantulom.
- Nieistotne. Chciałem powiedzieć coś głupiego... Nie wiem, może Bill? Albo Charlie?
Molly spojrzała na męża strasznym wzrokiem.
- Bill pojechał do Lyonu. Służbowo – sarkazm, którym ociekał jej głos, zdawał się wypalać dziurę w stole. - A Charlie albo by poszedł z Susan i z ulgą pozbył się towarzystwa zaraz na granicy, albo sam i wtedy... no cóż, ja chcę, żeby Ron wrócił trzeźwy. Nie, Arthurze, naprawdę nie ma co transmutować igły w widły. Szesnaście lat to nie jest dużo.
- Kochanie ty moje najsłodsze!
Molly nadstawiła ucha.
- Ron miał dwanaście lat, kiedy poszli z Harrym po kamień filozoficzny. I był taki moment, że szedł na pewną śmierć, nie wiedział, że ma jakąkolwiek szansę przeżycia.
- Coooo???
- Wtedy przy szachach.
- O czym ty mówisz?!!
- Nieistotne...
- Bardzo istotne!
- Bardzo – zgodził się pospiesznie Arthur. - Zaraz ci to wyjaśnię, ale po kolei. A w tym roku było to w Ministerstwie...
- Nie przypominaj mi o tym! To cud, że oni żyją!
- Cud. W każdym razie to, że nikt nie zginął, to jest cud. Tak czy owak, nie można im powiedzieć, że byli dostatecznie duzi, żeby walczyć, a są za mali, żeby w biały dzień zrobić zakupy w mieście.
Temu rozumowaniu nie można było nic zarzucić. Równocześnie jednak Molly czuła, że nie może puścić dzieci na miasto bez towarzystwa kogoś dorosłego.
- Wiem – powiedział nagle Arthur. - Obstawa.
- Co?
- Harry.
- Co Harry? Arthurze, co ci się nagle stało? Powiedz pełnym zdaniem...
- To nie jest żadna sztuka spowodować, żeby Harry dostał na jeden dzień ochronę. Jednego czy nawet dwóch aurorów. Oficjalnie i od Ministerstwa. A to, że zupełnym przypadkiem okaże się, że to jest na przykład Tonks...
- Tonks może być.

Londyn, Dom Na Granicy, sobota, 24 sierpnia 1996 r.

Alastor Moody wprawił w ruch swoje magiczne oko. Szum na sali, jak było do przewidzenia, stopniowo umilkł.
W oczywisty sposób obarczono go zadaniem ponad jego siły. Zreferowanie dwustu mugolom obecnych środków bezpieczeństwa to nie problem. Od początku jednak miał wrażenie, że zrobienie tego tak żeby się nie zdenerwowali go przerasta.
- Proszę panów... - zaczął, gdy już zrobiło się całkiem cicho.
Z drugiego szeregu rozległo się głośne chrząknięcie.
- ...przepraszam, proszę państwa... ja doskonale rozumiem państwa wzburzenie. Prawda jest taka, że nie jesteśmy w stanie zapewnić państwu bezpieczeństwa. W tej chwili poruszanie się czarodziejów po Londynie jest znacznie ograniczone ze względów obronnych. Mugol, żeby mieć jakąkolwiek szansę, musiałby stale mieć obstawę. My jej każdemu chętnemu zapewnić nie jesteśmy w stanie. Owszem, jeżeli będzie sytuacja skrajnej konieczności, pogrzeb, pobyt w szpitalu z obrażeniami zagrażającymi życiu...
- To nam po prostu oddajcie nasze dzieci! - odezwała się kobieta, która przed chwilą chrząknęła.
- Pani Boot, to się nie da zrobić.
- Nie rozumiem.
- Które słowo było za trudne?
Na Margit Boot takie impertynencje nie działały.
- Każde słowo z osobna rozumiem - odparowała kobieta. - Natomiast łącznie sensu nie uchwyciłam. Co stoi na przeszkodzie, żeby po prostu nasze dzieci wróciły do domów, chodziły do mugolskich szkół... pomijam w tej chwili kwestię zaległości, bo to powinien być nasz problem... i po prostu żyły jak mugole?
- Kilka spraw. Po pierwsze nasz wróg jest zdecydowany na ostateczne rozwiązanie kwestii mugolaków, czyli, jak to oni nazywają, szlam.
Przypomniała sobie, jak zeszłego lata zaraz po wyjściu na Pokątną powitał ją nabazgrany na murze napis: PROBLEM SZLAM NIE ZNIKNIE SAM. W Proroku Codziennym rzecznik Ministerstwa uspokajał, że takie chuligańskie wybryki zawsze się zdarzały i nie ma powodu do obaw.
Becky ostatnio wspominała, że jej spokojna i zrównoważona córka przy każdym pożegnaniu bardziej nerwowym głosem mówi: uważajcie na siebie!
Terry bardzo się niepokoił, czy aby na pewno matka potrafi w razie potrzeby posłużyć się kominkiem jako wyjściem awaryjnym i czy zawsze śpi właśnie w tym pokoju, w którym jest kominek.
- Inaczej mówiąc, na wybicie czarodziejów pochodzenia mugolskiego. Namierzyć czarodzieja na mugolskim terenie jest bardzo łatwo. Po drugie, nieszkolony czy niedoszkolony czarodziej jest bardzo niebezpieczny i dla siebie, i dla otoczenia. Prawdę mówiąc, najlepszym wyjściem byłoby ewakuowanie państwa z terenu mugolskiego, bo tam też nie jesteście bezpieczni. Było dostatecznie wiele ataków po mugolskiej stronie...
- Ciekawe, że my nic o tym nie słyszeli! - odezwał się krępy mężczyzna o opalonej twarzy ze znaczkiem „Salem Parents” w klapie.
- Jeszcze jak słyszeliście! - prychnął Moody. - Tylko w wygładzonej wersji. Tak, żeby nie było tam słowa o magii. Za pierwszego Voldemorta... to znaczy lata siedemdziesiąte, do osiemdziesiątego pierwszego roku... była seria zdarzeń tłumaczonych bardzo mętnie. Nie wiem, czy państwo pamiętają, jak w siedemdziesiątym ósmym roku od wybuchu na polu namiotowym zginęło ze dwieście osób...
Wyraz twarzy części obecnych wskazywał, że pamiętają.
- ...powód - wybuch gazu. Bardzo mętnie to wyglądało, bo działy się przy tym rzeczy, których się wybuchem gazu wytłumaczyć nie da. Był pod sam koniec, w osiemdziesiątym pierwszym, wybuch na dworcu, kilkaset osób zabitych. Oficjalny powód - bomba. Tyle, że wybuch nastąpił na dużej objętości jednocześnie. Było po drodze jeszcze kilka innych dziwnych katastrof, w Polsce między innymi, bardzo często tłumaczonych właśnie jako wybuch gazu. Tak właśnie działają zaklęcia niszczące. To wszystko były odpryski tamtej wojny.
Proszę państwa, będę szczery. Wiem, że jak jestem szczery, to niektórzy odbierają to jako brutalność, przykro mi, nie nauczyłem się inaczej przez sześćdziesiąt lat i w tym wieku uczył się nie będę.
Otóż państwu si ę zdaje, że gdzieś tam daleko jest świat czarodziejów, a tutaj jest świat mugoli, i tamten świat nie wiadomo z jakiego paragrafu wyciągnął łapę po wasze dzieci, wciągając je w konflikt, który was nie dotyczy i mógłby nie dotyczyć także ich. Czy dobrze rozumiem?
Nikt mu nie odpowiedział. Kilka osób nerwowo szeptało coś do sąsiadów.
- Teraz będę straszny i opowiem dowcip.
W Chińskiej Republice Ludowej wprowadzono wolne soboty. Na razie jedną w roku. Zebrał się Komitet Centralny Komunistycznej Partii Chin i rozważa problem, jaki czyn społeczny urządzić dla członków Partii w tę sobotę.
Z sali pada propozycja:
- Zajmijmy Związek Radziecki!
Na co sekretarz generalny:
- W zasadzie dobry pomysł, ale co będziemy robić po południu?
Sala podzieliła się na dwa obozy: tych, którzy śmiali się do rozpuku, i tych, którzy roześmiawszy się przez uprzejmość, próbowali zrozumieć, z czego tamci tak się śmieją.
- Otóż, proszę państwa, po południu wróg przejąłby świat mugoli. Były próby przejęcia najpierw świata mugoli, ale to nie wypaliło.
Tymczasem te dwa światy są powiązane dużo bardziej, niż państwo myślicie. Tu chodzi o władzę nad światem w ogóle. Władzę, której nie da się zdobyć nie kontrolując świata czarodziejów. Były takie próby, owszem, ale zawiodły. Przypuszczamy, że współpracują z Sami Wiecie Kim niektóre organizacje terrorystyczne, zwłaszcza azjatyckie.
Spojrzał na zegarek.
- Czas na przerwę, zresztą widzę, że niektórzy z państwa mają pytania niekoniecznie interesujące dla wszystkich. Przed przerwą pomódlmy się przez chwilę.
Panie, postawiłeś nas i nasze dzieci w obliczu ciężkiej próby. Daj nam siłę, abyśmy potrafili wytrwać, cokolwiek by nas spotkać miało. Przez Chrystusa Pana naszego...
- Amen – odpowiedziało niepewnie kilkanaście głosów.
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie...

- Więc ksiądz sądzi, że to wszystko byli oni? - spytał szczupły blondyn z silnym irlandzkim akcentem..
- Ja nie sądzę, ja wiem – odparł Moody. Ale dlaczego zwraca się pan do mnie per ksiądz? Jestem aurorem. Emerytowanym, ale pochlebiam sobie, że niezłym.
- Ta modlitwa...
- Poprowadzenie modlitwy nie jest zarezerwowane dla osób duchownych, a co miałem w tej sytuacji poprowadzić? Kadryla z homarami?

Moody zaczynał się niecierpliwić.
Wbrew przewidywaniom mugole wcale nie mieli zamiaru się rozejść. Co ciekawe, do niego nie mieli za wiele pytań. Kłębili się na sali, rozmawiając między sobą, i najwyraźniej nie mieli ochoty wracać na tamte ulice.
Za jego plecami mężczyzna ze znaczkiem „Salem Parents” rozmawiał z kimś, kogo Moody bardzo dobrze znał, ale zupełnie nie mógł sobie przypomnieć, skąd.

- Pan też z Południa?
- Nie, jestem Szkotem. A dlaczego pan sądził, że z Południa... z południa Stanów, jak rozumiem?
- Bo wcale pan się nie zdziwił, że modlitwa. Wie pan, ja w Anglii bywam czasem, żona jest stąd, i ciągle się do tego nie mogę przyzwyczaić. Człowiek się przeżegna albo Biblię zacytuje, to już na niego patrzą jak na ducha co najmniej. Na magiczną stronę jak poszedłem, to się poczułem jak u siebie w Tennessee.
- Widzi pan, tu są przeważnie rodzice czarodziejów z pierwszej klasy. A ja miałem trzech synów i w pierwszej klasie jest najmłodszy. Najstarszy jest już dorosły i pracuje przy smokach.
- A trzeci?
- Miał szesnaście lat, kiedy go zabili Śmierciożercy. Tylko dlatego, że był mugolakiem.
Moody wytężył magiczne oko, przyglądając się mówiącemu. Już wiedział.
Dziewięć lat temu przemawiał na pogrzebie jego syna.

...ja bardzo jestem ciekaw, i trochę się niepokoję, co z nim dalej będzie. Przyjechał na Święta, to prawie cały czas przesiedział jak nie przy komputerze, to przy telewizorze...
- A to ciekawe, bo Martin wręcz przeciwnie. Włączył telewizor raz, drugi, poskakał po kanałach, jakiś teleturniej szedł, jakaś reklama, ot jak to w telewizji, wzruszył ramionami, powiedział „Ale głupi ci mugole!” i więcej na telewizor nie spojrzał. Natomiast wypytywał bez końca o naszych, to znaczy moich i żony, dziadków, babcie, pradziadków wręcz... ja nawet nie wiem, jak moje babcie były z domu, to nigdy nie było dla nas ważne. Zawsze staraliśmy się orientować na przyszłość. Inny świat, inna kultura. Główkował, liczył, aż stwierdził, że dla wujka Boba on jest stryjecznym bratankiem. Najpierw mnie musiał nauczyć, co stryjeczne, a co cioteczne...

- ...to zawsze było dziecko żywe i takie bardzo niezależne... szwagier to wręcz nam wypominał, że rozwydrzone... pojechał do szkoły, jak wrócił na Święta, to nie poznałam własnego dziecka. Wchodzę w nocy do jego pokoju, ubranie poukładane równiutko, buty na baczność. Przy stole siedział sztywno. Nie tknął sztućców, dopóki mąż nie zaczął jeść. A z drugiej strony przy starszym bracie uszy po sobie, a na młodszego z góry. Wszystko zupełnie inaczej niż go uczyłam...
- Uczyła pani czy mu pani pozwalała?
- Uczyłam. Żeby nie pomiatał młodszymi, a starszym nie dał pomiatać sobą. Ja może jestem mugolka, ale miałam czworo rodzeństwa, to wiem...

- ...ja się naprawdę bardzo obawiam o jego rozwój. To jest może dobra szkoła dla dzieci mało i średnio zdolnych, ale dziecku o nieprzeciętnej inteligencji taka tresura może tylko zaszkodzić. W tych warunkach... to po prostu zabójcze dla indywidualności.
- Hm. To pani pierwsze magiczne dziecko?
- To jest w ogóle moje jedyne.
- Widzi pani, ja mam troje czarodziejów w domu. Mój świętej pamięci teść, nie znałam go, był czarodziejem i dzieci to odziedziczyły z przeskokiem, Kevin jest najmłodszy... o czym to ja? Aha, już. Siłą rzeczy poznałam przez te parę lat sporo czarodziejów, bywałam na Pokątnej i spotkałam tam mnóstwo nieprawdopodobnych oryginałów, traktowanych przez otoczenie zupełnie serio. U nas by takich ludzi wysłano na terapię.
- Tyle, że oni pewnie nie przeszli przez takie szkoły.
- Ja nie wiem, jak wyglądają inne szkoły czarodziejów, ale generalnie też to są szkoły z internatem. Zresztą część z tych ludzi, o których myślę, jest po Hogwarcie. Żeby daleko nie szukać, dżentelmen, który prowadzi to spotkanie, też skończył Hogwart, a indywidualności mu odmówić nie sposób...
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Odcinek 4 cz. II

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 14:04

cz. II

Nora, poniedziałek, 2 września 1996 r.


- Arthurze! Pozwól tu na chwilę!
Arthur Weasley westchnął ciężko. Chciał w spokoju przeczytać Czarodzieja Powszechnego.
Po ogłoszeniu dekretu wyjmującego śmierciożerców spod prawa, w szczególności zaś zezwalającego każdemu czarodziejowi na ich zabijanie („tak jakby mieli Mroczny Znak wypalony na czole!” - irytowała się Molly) wśród czarodziejów rozpętała się burza. Był pastor, który twierdził, że śmierciożercy nie mają duszy, więc w ogóle nie ma problemu, byli tacy, którzy uważali, że wprawdzie mają dusze, ale zaprzedane diabłu, więc to też się nie liczy, byli duchowni traktujący to, co się dzieje w magicznej Anglii, jak wojnę, w której z natury rzeczy wrogów się zabija, ale należy czynić to z umiarem i oszczędzać im zbytecznych cierpień, a byli i tacy, którzy uważali, że nic się nie zmieniło i nadal zabijać wolno tylko w obronie własnej lub czyjejś.
George Bullson prezentował to ostatnie stanowisko i Arthur właśnie próbował zapoznać się z jego argumentami.
- Arthurze!!!
Z rezygnacją złożył gazetę i wszedł do kuchni.
- Co tam?
- Zegar...!
Wszystkie wskazówki ich dzieci wskazywały "Śmiertelne niebezpieczeństwo".
Skwierczenie tłuszczu pod naleśnikiem na małej patelni wydawało się ogłuszającym hałasem. Przez ostatni miesiąc nie było okazji, żeby użyć małej patelni. Przez ostatni miesiąc w Norze rzadko bywało cicho – głównie w nocy – a nigdy pusto.
Tylko w tle bardzo cicho grało radio, przypominając kolejny przebój sprzed lat. Pamiętał dokładnie, kiedy usłyszał go pierwszy raz. Piętnaście minut po tym, jak się dowiedział, że ich ósme dziecko jest w drodze.(2)
...nie widziała cię długo matka,
Jeszcze trochę poczekaj, dorośnij,
Opowiemy ci o tych wypadkach...(3)

- Molly – jęknął – przecież sama mówiłaś, że on tak zawsze...
- Nie zawsze! - zaprotestowała. - Nasze pokazują „Dom”!
- Jak sobie chcesz...
Podszedł do szafki kuchennej, na której blacie widniał rysunek przedstawiający narożną kamieniczkę w jakimś francuskim mieście. W sklepiku na dole rolety były opuszczone, ale kilka okien było uchylonych. Stuknął różdżką w okno facjatki.
W chwilę później okienko rozszerzyło się. Zobaczył niewielki pokój w Muntele Jorzea i siadającego na łóżku Pata Finnigana.
- Dobry!
- Bo ja wiem... Jest tam gdzieś Charlie?
- Za ścianą, zawołać?
- Nie wiem, a co robi?
- Witki czesze.
- To nie, zostaw. Dzieje się tam coś nietypowego?
- Norbert zeżarł trzy cynowe wiadra i teraz pluje guzikami – odparł lakonicznie Finnigan. - Nic poważniejszego.
Tak jak było do przewidzenia, pomyślał.
- Molly, nie wiem jak inni, ale Charliemu w tej chwili nic szczególnego nie grozi – powiedział, odwracając się do żony. - Ten zegar zgłupiał na amen.
- Od czego miał zgłupieć?
- Nie mam pojęcia. Będą w niedzielę Fred i George, to może coś wymyślą. Pamiętasz, jak narobiłaś w sobotę alarmu, bo zegar im pokazywał to samo, a oni spokojnie siedzieli w sklepie?
- Pamiętam. Ale co to...?
- Nie wiem, może pokazuje to, co czuje patrzący, albo to co czujesz imiennie ty, z zegarami to nigdy nic nie wiadomo... Słuchaj, dawno te wskazówki tak stoją?
- Nie, przed chwilą.
- Wtedy, jak to zaczęli grać?

...o tych nocach kiepsko przespanych,
Naszych sercach mocno bijących,

O tych ludziach, którzy poczuli,
Że są teraz wreszcie u siebie...


- Ale dlaczego by zegar miał reagować na piosenkę z radia?
- Nie on. Ty. A on na ciebie. Nie wiem, nie znam się na tym, zawołajmy urocznika albo po prostu poczekajmy, aż chłopcy coś z tym zrobią.

Hogwart, poniedziałek, 2 września 1996 r.

- Nie rozumiem... może inaczej: chciałbym nie rozumieć – powiedział nerwowo Lupin. - Znalazłaś sztywnego Harry'ego w przedziale?
- No przecież mówię – zniecierpliwiła się Tonks.
- A obstawa pociągu?
- Zero.
- Kto miał być?
- Nie wiem, ale się dowiem.
- Ty się lepiej nie dowiaduj... bez urazy...
- Bez – w głosie Tonks słychać było sporą urazę. - Myślisz, że co? Nawalili?
- To raczej nie. Dunga już drugi raz do pilnowania Harry'ego nie wyślą.
- Fletcherowi – parsknęła Tonks – to ja bym nie dała pilnować nieczynnego wychodka!
- Ja też nie. Sprzedałby na opał. Nieważne. Myślę, że coś gorszego. Ktoś ich odwołał.
- Ein Moment. Obstawa obstawą, ale dlaczego nikt na stacji nie spytał, gdzie jest Potter? Jego jest trudno nie zauważyć. Zwłaszcza Ron i Hermiona powinni zauważyć natychmiast...
- Nie wiem. Masz teraz jakieś zadanie?
- Żadnego.
- To sprawdźmy stację na uroki. A potem się zobaczy...

Bufet dworcowy w Hogsmeade, wtorek, 3 września 1996 r.

- Ano wiem... - westchnął ciężko Remus Lupin.
Trzy lata temu o niczym tak nie marzył, jak o tym, że pewnego dnia usłyszy te słowa. Teraz jednak wypowiedziane przez kogoś, kto nie jest Andreą, stawiały go w niezręcznej sytuacji.
Co miał zrobić z osobą, która deklaruje mu płomienne uczucia i jednym tchem mówi, że wie, że nic z tego nie będzie? Której z kolei on szczerze życzy wszystkiego najlepszego, ale która nie widzi możliwości otrzymania wszystkiego najlepszego od kogokolwiek poza nim?
Doskonale zdawał sobie sprawę, że zostawanie na noc w Hogwarcie nie było najlepszym pomysłem. Ale zbadać stację mogli dopiero o świcie.
Nic zresztą nie znaleźli. Natomiast w szkole kilku zapytanych uczniów upierało się, że widzieli Harry'ego na stacji zaraz po wyjściu z pociągu, a potem gdzieś znikł. Collin Creevey pokazał im nawet zdjęcie Harry'ego wysiadającego z pociągu.
Ron i Hermiona mieli pozaklęciową przerwę w życiorysie.
- Kocham Andreę– powiedział najtwardziej, jak w tej sytuacji potrafił.
- Wiem.
- Z wzajemnością.
- Wiem...
Wiedział, że to za mało. Sprawy zaszły za daleko. Albo się pewnego dnia podda - czego nie brał pod uwagę, albo musi zranić ją tak, żeby nie mogła na niego patrzeć – czego sobie nie wyobrażał. I w dodatku im dłużej będzie czekał, tym mocniej będzie ją musiał zranić.
Dla dobra wszystkich zainteresowanych. Cholera, myślał, dlaczego ja się nie nazywam James Potter? Jim się w takiej sytuacji nie ocyndalał. Ale do Jima zawsze stała kolejka chętnych.
Za dużo myślicie, Lupin. Tu nie ma co myśleć, tu trzeba spieprzać!
Jak z oddalenia dobiegł go głos Tonks:
- ...bo ja to jestem jak taki hipopotam wysuszony, znalazł się ktoś, kto mnie chociaż czasem do wanny wpuszcza...
- Wiem. Jeszcze jak wiem. Tyle, że dopóki siedzisz w tej wannie, blokujesz sobie szansę znalezienia kogoś z basenem. Albo najlepiej z sadzawką. A ja w pewnym momencie będę się sam chciał umyć, albo Jima wykąpać...

Hogwart, pokój wspólny Gryffindoru, wtorek, 3 września 1996 r., wieczorem

- Hermi, miałabyś chwilę?
Hermiona miała.
- Wypracowanie domowe na temat: Jak wakacje tego roku spędziłem – czytała, tłumacząc słowo po słowie łaciński tekst. - Połowę pierwszą wakacji roku tego spędziłem... Ron, po jakiemu to jest?
Ron spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby go spytała o jego własne imię i nazwisko.
- Po łacinie, a po jakiemu ma być?
- Ronald, gdzie się po łacinie stawia orzeczenie?
- A...
- ...u cioci mojej Blackpoolu, małego miasta... Mater Dei, przymiotnik po rzeczowniku się pisze!...
Rokrocznie na pierwszej lekcji łaciny zadawano wypracowanie „Jak spędziłem wakacje”. Tyle, że z roku na rok było ono dłuższe.
W tym roku dochodziła dodatkowa trudność. Musiało być wiarygodne. Trudno jest wiarygodnie sporządzić fikcyjną relację z wakacji na cztery rolki pergaminu, mając w perspektywie odpowiadanie na pytania dodatkowe. Po łacinie co prawda, więc zawsze można zapomnieć tego języka w gębie, ale i tak wypracowanie musiało być wiarygodne.

Hogwart, wtorek, 10 września 1996 r.

- ...kwestię czerwonych kapturków mamy zatem omówioną – podsumował Severus Snape.
Ostatnie doświadczenia nauczyły Harry'ego nie okazywać wszystkiego, co czuje. Niemniej tym razem ukrycie złośliwej satysfakcji przyszło mu z dużym trudem. Snape mówił o czerwonych kapturkach dokładnie to, co trzy lata temu Lupin. Dokładnie to, co tenże Snape na zastępstwie dezawuował wtedy jako kompletną bzdurę.
- Leśnych dziadków również – ciągnął szósty nauczyciel obrony przed czarną magią w ciągu sześciu lat. - Jedne i drugie występuje losowo w różnych częściach świata. Jakie zagrożenia z tej grupy występują endemicznie i gdzie?
Ręka Hermiony uniosła się nieznacznie i natychmiast opadła. Snape naturalnie jej nie zauważył.
- Potter?
- Zjadarka.
- Aha. Zjadarka. I co pan ma do powiedzenia na temat zjadarki?
Harry był zbyt zdenerwowany, żeby poczuć, jak Hermiona kopie go w kostkę.
- Zjadarkę można spotkać w Azji, dawniej również w Europie Środkowej i Wschodniej...
Snape słuchał z zainteresowaniem, nie przerywając. Wreszcie Harry skończył.
- Znakomicie. A skąd pan to wszystko wie, panie Potter?
- Z książki... to znaczy... eee...
- Słucham?
- Właściwie... u państwa Weasleyów była taka książka...
- Autor? Tytuł?
- Eeee...
- Dosyć. Gryffindor traci dziesięć punktów. Granger!
Hermiona zerwała się z dobrze udanym wyrazem zagubienia na twarzy.
- Co możesz dodać do tego, co powiedział Potter?
- Zjadarki... eee... są wytępione i... eee... to znaczy... chyba jest tak, jak Harry mówił...
- Siadaj! Granger, przez ciebie Gryffindor stracił właśnie dwadzieścia punktów. Przerwa!

- No, toś nas wkopał - wysyczała wściekle Hermiona.
- Kto, ja? - zdziwił się Harry.
- A kto, ja? On już ma pewność, że coś kombinujemy.
- Pewność to on ma tak mniej więcej od pięciu lat - odparł Harry. - A poza tym jeżeli ktoś nas tu wkopał, to ty, a nie ja.
- Co takiego?!
- Harry ma rację - wtrącił się Ron. - Hermi, Snape uwierzy we wszystko, nawet w to, że Harry się naczytał takich rzeczy w mądrych książkach, tylko nie w to, że ty kompletnie nie masz o czymś pojęcia.
Przymknęła oczy i oparła się o kolumnę podpierającą strop, oddychając ciężko.
- Harry, masz jeszcze tę Biblię, co Flitwick zostawił?
- Mam, mam, zaraz mu zaniosę...
- Daj na chwilę.
Otworzyła na chybił-trafił.
Boć nie jest nic skrytego, co by objawione być nie miało, ani tajemnego, czego by się dowiedzieć nie miano.
Przetoż coście mówili w ciemności, na świetle słyszane będzie, a coście w ucho szeptali w komorach, obwołane będzie na dachach.
(4)
Wiedziała już, co zrobi.

Londyn, jadłodajnia „Kącik”

- Znaleźli coś? - spytał Bill.
- Zero – odparł ponuro Lupin. - Czysty jak dupa po lewatywie.
Od początku się tego spodziewał. Miał jednak nadzieję, że się myli.
- Czyli wszystko w normie - podsumował Bill. - Harry ma haluny, a Zakon ma kłopot. Jeszcze po jednym?
- Z boku tak to wygląda, ale coś mi tu śmierdzi... Jak dla mnie, może być jeszcze po jednym.
- Niby co?
- On jest za czysty. Zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Nie ma siły, w każdym domu, który jest od dawna w rękach starego magicznego rodu, coś czarnomagicznego się znajdzie. A tam ekipa obwąchała każdy gwóźdź... weź pod uwagę, że są jeszcze cynki od byłego skrzata Malfoya... i zero czegokolwiek. Ten dom był świeżo czyszczony.
- Czyli co, był przeciek?
- Tyś powiedział - wzruszył ramionami Lupin, odbierając od gospodarza dwie lufki.
- Masz pomysł, kto?
- Może inaczej. Nie mam pomysłu, kto by to mógł być, poza Snapem.
- No no no. I kto tu ramię w ramię z tatą tłumaczył Harry'emu...
- Daruj sobie – jęknął Lupin. - Staram się być fair wobec prezesa, na ile potrafię... swoją drogą jego zdrowie, teraz to nigdy za wiele.
Wypili.
- A Harry - podjął po chwili - i bez dodatkowych zachęt z mojej strony jest na prostej drodze do zrobienia czegoś głupiego. I bez dodatkowych zachęt z mojej strony też nie wierzy Snape'owi.
- Ty mu wierzysz?
- Snape’owi czy Harry’emu?
- I, i.
- Snape'owi nie wierzę za złamany knut. Harry'emu jak cię mogę. Harry ma w tyle głowy to, czym żyli jego rodzice pod koniec, czyli podejrzliwość graniczącą z alastoryzmem, węszy śmierciojada w każdym kiblu. Ja nie twierdzę, że w którymś kiblu nie może naprawdę siedzieć śmierciojad, ale to nie powód... Z całego towarzystwa, o którym rozmawialiśmy, to ja najbardziej wierzę Malfoyom i grupie Lestrange. Oni służą Voldemortowi i szlus.

Hogwart, pokój wspólny Gryffindoru

- Ron, masz jeszcze wejścia w kuchni?
- No pewnie że mam, a co?
- Potrzebuję półtorej uncji kolendry i dwie łyżki stołowe octu siedmiu złodziei. Harry, możesz wysłać Zgredka do szklarni?
Chłopcy patrzyli na nią jak na zjawę. Przez ostatni rok Hermiona nabrała dystansu zarówno do szkolnych przepisów, jak i do palącej kwestii wyzwolenia skrzatów domowych, ale wysyłanie skrzata do szklarni - zapewne żeby coś ukradł - stanowiło jednak w jej wykonaniu pewną nowość.
- Pewnie mogę, ale po co?
- Po chryzantemy złociste, sztuk pięć.
Ron był już na schodach, gdy z kominka wynurzył się Zgredek.
- Cokolwiek Harry Potter rozkaże, sir! - oświadczył radośnie.
- Zrób wszystko, cokolwiek panienka ci powie - polecił Harry.
- Zgredku – zaczęła ostrożnie Hermiona - przepraszam, że cię wykorzystuję...
Harry przewrócił oczami. Zgredek psyknął niecierpliwie i natychmiast lekko uderzył się prawą ręką w ucho.
...czy możesz przynieść mi ze szklarni pięć chryzantem złocistych?
- Zgredek się bać, ale Zgredek pójść! - oznajmił wojowniczo i zniknął.
- Co ty właściwie kombinujesz?
- To co zawsze - odparła. - Ratuję nam tyłki.

- Co to za bajzel? - zirytowała się Ginny, wchodząc w pół godziny później do sypialni. - Co tu się dzieje?
- To co zawsze - wyjaśniła Lavender Brown. - Hermiona ratuje nam tyłki.

Hogwart, Wielka Sala, wtorek, 10 września 1996 r., wieczorem

Susan Bones z przyzwyczajenia przyglądała się stołowi nauczycielskiemu, by przekonać się o tym, o czym i tak wiedziała - że w dalszym ciągu nie ma za nim Charliego.
Nie było także Dumbledore'a i to ją trochę zaniepokoiło. Był natomiast, a jakże, Snape, a wyraz jego twarzy, gdy patrzył w stronę szóstej klasy Gryffindoru, bardzo jej się nie podobał. Z drugiej strony Snape rzadko miewał wyraz twarzy, który mógłby jej się podobać.
Nalała sobie z wazy solidną porcję zupy z wąża i zaczęła jeść.
Przy drugiej łyżce poczuła, że żołądek jej się kurczy, a resztki śniadania podchodzą do gardła i nie mają najmniejszego zamiaru tam się zatrzymać.
Zerwała się z miejsca, przewróciła krzesło, rozsypała kromek stos i, walcząc z torsjami, rzuciła się w stronę toalety. Po drodze potknęła się o leżące krzesło Zachariasza Smitha.

- Co to było? - spytał Ernie.
- Pojęcia nie mam. Zjadłam łyżkę zupy, po drugiej się porzygałam.
- Dziwne - mruknął Ernie i zaczął jeść.
Skutki nie dały na siebie długo czekać. W chwilę później miejsce Erniego było puste.
- Mogę się podłączyć? - zwróciła się do małej Rose Zeller, jedzącej ze smakiem zupę nabraną z innej wazy.
- Ależ proszę bardzo - odpowiedziała poważnym głosem dwunastolatka, wyraźnie speszona faktem, że przed chwilą widziała oboje prefektów mających kłopoty z żołądkiem.
Zupa nie była ani lepsza, ani gorsza od innych zup z wąża, jakie Susan jadała w Hogwarcie. Nie umywała się oczywiście do podobnych potraw z jej rodzinnego domu, ale w końcu nic nie jest doskonałe. W każdym razie w odróżnieniu od tamtego świństwa pozwalała się zjeść bez sensacji... obejrzała się szukając wzrokiem zatrutej wazy, ale już jej nie było na stole.

- Uważam za konieczne przebadać uczniów, którzy padli ofiarą tego zatrucia! - oświadczył Severus Snape. - To na milę czuć czarną magią!
- Ależ kolego - Minerwa McGonagall uśmiechnęła się zimno. - To na milę czuć zupełnie czym innym. Myślę, że pani Pomfrey zajmie się poszkodowanymi.
Zastukała widelcem w szklankę. Gwar na sali ucichł.
- Uczniowie, którzy mieli lub ewentualnie będą mieli w czasie obiadu jakieś problemy ze zdrowiem, udadzą się do izby chorych. Natychmiast. Kolego Snape, proszę niezwłocznie przygotować eliksiry, jakie w pańskiej ocenie mogą być przydatne. Niezwłocznie.
Severus Snape rzucił jej swoje słynne mordercze spojrzenie, które część uczennic klas szóstych i siódmych doprowadzało na skraj omdlenia z rozkoszy, a resztę uczniów na skraj załamania nerwowego.

- Dobra, może nam wreszcie powiesz, co to było? - spytał słabym głosem Ernie, zderzywszy się z Hermioną na bocznych schodach.
- Zatrucie pokarmowe, nie słyszałeś, co mówiła Pomfrey?
- Słyszałem. I to, co jej mówiła McGonagall, też słyszałem, więc sobie daruj. Co to było?
Wypowiedziane mimochodem przez zęby słowa: „Poppy, oni mają zatrucie pokarmowe. Jestem tego całkowicie pewna.” wystarczyły za wszystko.
- Proszek Słynna Praczka. Zabezpieczenie przed veritaserum. Proste i skuteczne. Normalnie powoduje z opóźnieniem to, na co nazwa wskazuje, natomiast w zestawieniu z fau? es powoduje gwałtowny odruch antyperystaltyczny.
- Czyli, krótko mówiąc...
- Czyli, krótko mówiąc, to co widziałeś.
- Czekaj, ale co w takim razie jest warte vau es, jak można je tak łatwo zablokować?
- Wiesz, więźniowi można zrobić płukanie żołądka i tak też robią, a trudno, żeby nam wszystkim zrobili płukanie żołądka.
- Jasne... Patrzyłaś, kto od nas rzygał, kto nie?
- Nie, dlaczego?
- Bobyśmy wiedzieli, kogo nie podejrzewają.
- A... Spytaj Susan. Gryffindor rzygał cały jak leci.

- Myślisz, że ile nas zostanie? - spytała Hermiona.
- A bo ja wiem? - wzruszył ramionami Harry. - Ze sześć osób to pewnie będzie.
- Szesnaście chyba - skontrował Ron.
- Akurat - parsknęła Hermiona. - Módl się, żeby te sześć było... Jak to chcesz rozegrać?
- Możesz zrobić tak, żeby wszyscy dostali cynk, ale każdy trochę inny?
- Spróbuję. Może wyjdzie, ale bez gwarancji.

(1) Bomben auf England, 1940, sł. Wilhelm Stöppler, muz. Norbert Schultze.
Przekładu nie ma, tłumaczenie dosłowne wypada drętwo (choć jeśli kto ciekaw, mogę napisać). Użyte fragmenty odwołują się do doznań lotnika i gotowości do walki w ogóle, bez wskazania wroga; natomiast fragment „Ran...”, który w wersji czarodziejów nie wystąpił, znaczył „Naprzód na wroga! Bomby na Anglię!”.
(2) Licząc Davida.
(3) Kołysanka dla córki, sł. K. Kasprzyk, muz. M. Strzelczyk.
(4) Łk 12:2-3.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Odcinek 4 cz. III

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 14:08

cz. III

Londyn, piątek, 20 września 1996 r.


Margit Boot z ulgą zamknęła drzwi za ostatnim gościem. Cholerni mugole. Raczej głównie cholerne mugolki.
Mignęła jej myśl, że nie ma prawa ich potępiać. Że patrzy na nich tak samo niesprawiedliwie, jak ćwierć wieku temu patrzyła w ogóle na Anglików. Jakby to była ich wina, że w jej kraju nie można było narzekać...
Usiadła zmęczona na skórzanej kanapie, patrząc tępo na okładkę Observera. Z jakiej okazji na okładce jest czarno-białe zdjęcie dwóch czternastolatków w furażerkach? I dlaczego ten z wężykowatą lamówką na kołnierzu ma okulary i zygzakowatą bliznę na czole?
Zaraz, chwileczkę. Już kiedyś widziała to zdjęcie!
Mali żołnierze uśmiechnęli się smętnie i zasalutowali - Potter dwoma palcami do brzegu czapki, Terry całą dłonią do gwiazdy... Gwiazdy?!
Widziała. Na okładce Ifju Komuniszta z okazji dwudziestopięciolecia, niech ich szlag najjaśniejszy trafi, wyzwolenia Budapesztu przez Armię Czerwoną.
Zaczynam wariować, pomyślała.
Banda kretynów. Żyją na wulkanie, a robią wielkie halo wokół dziwki, która złapała następcę tronu i dalej się puszcza, elektronicznych zabawek i diabli wiedzą jakich bzdur wymyślonych przez ludzi, którzy nie mają prawdziwych problemów...
Zaraz, chwileczkę.
To naprawdę nie było winą Franceski Gonshaw, że skandale obyczajowe produkowane przez żonę następcy tronu, jakkolwiek niewątpliwie kłopotliwe dla monarchii brytyjskiej, miały nieco inny ciężar gatunkowy niż problemy, z którymi borykała się społeczność czarodziejów, a o których Francesca nie miała powodu wiedzieć. Gdyby wiedziała, pewnie by się przejęła.
Nie mogła mieć pretensji do Kim Hartman, że jej największym problemem jest to, iż jej syn za dużo czasu spędza przy komputerem.
To, że mimo naszczerszych chęci nie potrafiła współczuć Vicky Michelle, która podejrzewa, że jej córka jada żywność gotycką, cokolwiek to znaczy, też nie było w żadnym stopniu winą Vicky.
Kiedy Terry miał dziesięć lat, ją też żywo obchodziło, czy tym razem laburzyści wreszcie wygrają wybory i jak to wpłynie na wysokość podatków. Ale kiedy musiała uczyć się czytać w Świecie i Proroku między wierszami, odświeżając sobie umiejętności nabyte w dzieciństwie i wczesnej młodości, te rozmowy stały się jej równie dalekie jak wspomnienia z podstawówki.
One naprawdę nie miały większych problemów. A jej syn miał szesnaście lat i, trudno jej to było inaczej nazwać, wybierał się na wojnę. Chciał walczyć (czyli mówiąc wprost: chciał zabijać i gotów był zginąć) w obronie świata, który dla nich nie istniał, świata, w którym dzieci noszą broń i czasem strzelają do dorosłych - żeby one dalej mogły paplać o koncertach charytatywnych, w których gwiazdy filmowe pstrykają palcami co trzy sekundy i to coś tam symbolizuje. I ona nie miała prawa o tym mówić.
A gdyby nawet miała, gdyby nawet jej uwierzyły, nic by to nie zmieniło. Nikt nikomu nie zabraniał mówić Anglikom o życiu w kraju związanym bratnim sojuszem ze Związkiem Sowieckim, i co z tego. Bardzo się starali rozumieć, ale nie rozumieli nic.
Podniosła ze stołu telefon.
- Ormond Crescent 9, pół kwarty Gorbatschoffa poproszę.
No ile ja mam czekać, myślała, nerwowo przeglądając stary Świat Młodych Czarodziejów.

...Przyznaję Katie całkowitą rację. Nam też nauczyciele mówią, że naszym pierwszym patriotycznym obowiązkiem jest nauka. Ale czy wszyscy bohaterowie byli dobrymi uczniami? Wcale nie jestem tego taka pewna...

...Drogi „Ostatni Strażniku”, rozumiem, że w czasie wojny łatwiej jest wykazać się efektownym bohaterstwem, ale trochę przesadziłeś. Spytaj rodziców i dziadków, czy jak wybuchła wojna, to skakali do góry z radości?
Ron z Ottery St.Catchpole
P.S. Moi mówią, że nie skakali.

...Piszę w sprawie listu „Banshee”. Nie wiem, dlaczego Banshee tak pochopnie stwierdza, że poprzednie pokolenia musiały walczyć, a nas czeka spokojne (w podtekście nudne) życie - nie będzie, cytuję, „czasu, w którym łatwo zostać szują lub bohaterem”.
Chciałbym, żeby Banshee miała rację. Mam kochających rodziców, wspaniałą dziewczynę, fajnych kolegów i chętnie bym się w życiu trochę z nimi ponudził. Ale wiem, że nigdy Anglia czarodziejów nie zaznała spokoju dłużej niż trzydzieści lat. A od upadku Sami Wiecie Kogo minęło już lat trzynaście.
Cedric z Londynu


Dzwonek do drzwi uwolnił ją od konieczności przypomnienie sobie, co Terry opowiadał o jakimś Cedriku.
Pospiesznie wsunęła gazetę pod kanapę, nie zastanawiając się, czego mogła dotyczyć rada redakcji dla czytelnika: Przeżegnaj się i nie myśl takich rzeczy!.
- Ile płacę?
Odpowiedziało jej milczenie. Taksówkarz gapił się bezmyślnie na szafkę na buty.
- Ile? - powtórzyła niecierpliwie.
- Czternaście funtów.
Wyjęła z torebki dwudziestofuntówkę, zastanawiając się, dlaczego nie doliczył ani pensa do ceny ze sklepu.
- Jest okay – powiedziała.
- Dziękuję. Proszę uważać na siebie. Mało nas już zostało.
Zamknęła drzwi za taksówkarzem i zgarnęła z szafki egzemplarz Czarodzieja Powszechnego.

Hogwart, środa, 25 września 1995 r.

- I myślisz, że ile nas zostanie? - spytał Ron.
Harry twardo obstawał przy przeprowadzeniu serii rozmów z wszystkimi członkami Gwardii po kolei i na osobności. Miał dosyć odpowiadania na pytania, z których jasno wynikało, że niektórzy chętnie by dalej uczestniczyli w spotkaniach Gwardii traktowanej jak szkolne koło naukowe OCM, natomiast Gwardia jako organizacja sposobiąca się do czynnej walki ich nie interesuje. A właśnie zamierzał przejść do ćwiczeń jednoznacznie obliczonych na udział w czynnej walce.
- Lepiej czternaście sztuk pewnych, jak czterdzieści byle jakich – odparł, otwierając sprężynowe zamknięcie butelki z kremowym piwem. - Pomocnicy z łapanki tylko przeszkadzają.
- Koniec cytatu z Charliego – przycięła Hermiona. - Żeby się z tego czworo nie zrobiło.
- Ile będzie, to będzie. W Ministerstwie nas było sześcioro, a tamtych najmarniej dwa razy tyle, i się utrzymaliśmy, prawie bez strat...
- Można to tak nazwać – prychnął Ron.
- Cudem zupełnym – zauważyła Hermiona. - Gdyby to była książka, wszyscy by powiedzieli, że zgrzyta prawdopodobieństwo sytuacyjne. Żeśmy wszyscy wyszli z życiem i mieli tylko dwóch rannych, to naprawdę jest cud.
- A mówiłaś, że cudów nie ma...
- Są. Ale nie na każde żądanie. Wolałabym nie liczyć na następny.
- Ale jak to chcecie rozegrać? - spytał Ron.
- No nie wiem... - zmieszał się Harry. - Tak po prostu zapytamy na osobności.
- W Wielkiej Sali?
- Chociażby w życzeniówce. Miona, dasz radę tak zrobić, żeby się na każdej blaszce pokazała inna godzina?
- Dam.
- I jeszcze najlepiej, żeby jakieś... no, żeby im jakoś przetłumaczyć... nie, tak to ja nie umiem...
- A tak konkretnie...?
- Chcesz ich nastraszyć, tak? - przyszedł mu z pomocą Ron.
- No, w sumie to tak... tylko zupełnie nie wiem, jak... bo ja bym wolał, żeby to oni sami...
- Przecież to bardzo proste – oświadczyła Hermiona. - Jak chcesz, żeby sami wymyślili co trzeba, to przecież wiesz, co się robi.
- Wystaw sobie, że nie wiem!
Hermiona westchnęła ciężko.
- Nieważne. Harry, ty mi tylko powiedz, gdzie i kiedy chcesz z nimi rozmawiać. Jak ich będziesz ściągać co siedem minut, to przez jedno popołudnie będziemy mieli z głowy.
- Siedem minut nie wystarczy! - zaprotestował Ron.
- Wystarczy – zapewniła go Hermiona. - Jeszcze jak wystarczy.

Hogwart, Komnata Życzeń, czwartek, 26 września 1996 r.

- Cześć, Harry... o, pierwszy jestem? - zdziwił się Seamus Finnigan.
- Pierwszy. Zresztą i tak rozmawiam z każdym osobno. Słuchaj, krótkie pytanie: chcesz być w Gwardii?
- A bo co?
- A bo nie musisz.
- A co mam nie chcieć – wzruszył ramionami Seamus. - Źle mi tu? Mój pradziadek był w IRA, mój dziadek był w Wehrmachcie, mój ojciec był w Legii Cudzoziemskiej, to i ja muszę być w jakiejś bandzie.

- Ty też wymiękasz? - spytał wojowniczo Harry, patrząc na sępią twarz Zachariasza Smitha.
Właśnie pożegnali się z Cho Chang. Nie było to długie pożegnanie - Cho od progu oświadczyła, że chce się wypisać. Była czwartą taką osobą z rzędu - przed nią zrezygnowały Angelina Johnson, Katie Bell i Alicja Spinet.
Ogółem z dziesięciu osób, z którymi rozmawiał, sześć postanowiło odejść. Nie dyskutował z nimi. Nie przekonywał. Gryząc się w język, żeby nie powiedzieć na pożegnanie czegoś przykrego, wrzucał do kieszeni fałszywego galeona, Hermiona rzucała zaklęcie zapomnienia i w coraz gorszych humorach czekali na następnego rozmówcę.
Bracia Creeveyowie, pomyślał, zostaną na pewno. No, chyba żeby najwyżej jednak nie...
- Skąd? - spytał Smith z właściwą sobie elokwencją.
- Z Gwardii.
- Bo co?
- Bo nic. Pytam. Chcesz być dalej w Gwardii czy nie?
- Weź mnie nie wkurzaj. Chcę.

- Pewnie, że chcę, i w ogóle co za pytanie - oburzył się Terry Boot.
Rozmowy dobiegły końca. Mogło być gorzej. W kieszeni Harry'ego podzwaniało raptem siedem fałszywych galeonów. Oprócz Cho Chang opuściły Gwardię jego koleżanki z drużyny, siostry Patil i Michael Corner.
- A przyjmujecie nowych? Bo mam dwóch chętnych na bank i dwóch prawdopodobnie...

- No, to przynajmniej wiemy, na czym stoimy – podsumował Harry, zapinając plecak. - W sumie spodziewałem się, że będzie gorzej.
- Znaczy co, zaczynamy porządne ćwiczenia? - ożywił się Ron.
- Tak, chyba tak. Miona, możesz mi teraz powiedzieć, co właściwie zrobiłaś?
Hermiona była zbyt zmęczona, żeby się z nim droczyć.
- Rzuciłam wczoraj przy kolacji urok Snu Prawdy.
- Na wszystkich po kolei?
- Nie, ogólnie na wszystkich, tyle że działał tylko w sąsiedztwie tych fałszywek.
Harry i Ron mieli mord w oczach.
- To dlatego...! - prychnął Ron.
Harry wziął głęboki wdech i nic nie powiedział. To, co miał ochotę powiedzieć Hermionie, wystawiłoby ich przyjaźń na ciężką próbę.

Minionej nocy budził się chyba z dziesięć razy, a w jego snach dominowała krew, gruzy, dym i śmierć. Budząc się, miał wrażenie, że koszmar trwa, gdy z jednej strony słyszał rzucającego się Rona, z drugiej tłumiony szloch Deana, za ścianą krzyczał przeraźliwie Neville, a w tle brzmiał głuchy głos Seamusa:
- Ucieczko grzesznych, módl się za nami... Pocieszycielko strapionych... Wspomożenie wiernych...
Rano zastał go śpiącego przy łóżku.

- Nie żyjesz – powiedział Ron. - Jutro jest sprawdzian z teomagu, ja z tego jestem denat kompletny, chciałem się wieczorem pouczyć, a nadaję się tylko do tego, żeby się zaraz po kolacji walnąć spać.
- Sto razy ci mówiłam, uprzejmie cię prosiłam, przestań odkładać wszystko na ostatnią chwilę. Już nie mówię o tym, że teorii magii nie można się uczyć na wykucie, ale jest wojna.
- I co z tego?
- I to z tego, że nigdy nie wiesz, kiedy będziesz musiał iść na akcję.
- Coś w tym jest... - mruknął Harry.
Podskoczył nerwowo. Drzwi Komnaty Życzeń otwarły się ze zgrzytem. Stali w nich Euan Abercrombie i Owen Cauldwell.
- Cześć – powiedział niepewnie Euan.
Ron zesztywniał. Harry najwolniej jak potrafił opuścił rękę pod stół i położył dłoń na rękojeści różdżki.
- Cześć – odparł.
Euan obejrzał się niepewnie na Owena.
- Teraz ty – powiedział.
- Tego, no... - zaczął niepewnie Owen. Wziął głęboki wdech. - Czy tu się odbywa tajne spotkanie Gwardii Dumbledore'a? - wypalił.
- Już nie tajne... - westchnęła Hermiona.
- A ten, co wam o tym powiedział, właśnie nie żyje – dodał Ron, który najwyraźniej koniecznie chciał kogoś dzisiaj zamordować.
- Ale nam nikt nie powiedział! - zaprotestował Euan. - Nam się przyśniło!
- Właściwie to ja go namówiłem – dodał Owen. - Uparł się, że to nie może być prawda. Krukon, rozumiecie... Auć! - podskoczył kopnięty w kostkę. - Ale mimo to swój człowiek.

Hogwart, sobota, 5 października 1996 r.

- Potter! Zrób z nim coś! - zażądał Dean Thomas.
- Wal się! - warknął Harry. - Co ja z nim mianowicie mam zrobić?
- Cokolwiek! Kampi się cały czas, wszystkich wystrzela, to nie o to chodzi!
Ćwiczenia Gwardii w Pokoju Życzeń zmieniającym się w kolejne miejsca w Hogwarcie – tym razem w kaplicę - dla Harry'ego też były okazją do nauki. Kiedy trafiał do Hogwartu, o komputerowych strzelankach wiedział tylko, że są. Teraz slang ich amatorów znał całkiem nieźle. I właśnie wychowani na tych grach mugolacy czuli się na tych ćwiczeniach jak gumochłon w sałacie.
I tak samo jak przy zabawie na komputerach nie lubili kamperów. A Collin Creevey bardzo tę taktykę lubił. Teraz też znalazł sobie bezpieczne miejsce na chórze i zamiast nacierać wraz z pozostałymi złymi facetami, uniemożliwiał trzem dobrym facetom wykonanie jakiegokolwiek ruchu.
- Widocznie mu się to opłaca... - mruknął, osłaniając głowę przed kamieniem spadającym ze sklepienia. Miał wrażenie, że pęka mu kość łokciowa.
Collin popełnił błąd. Harry'emu wreszcie udało się to, czego od początku domagał się od wszystkich: przestał myśleć o tym, że to są ćwiczenia. Mógł rzucać zaklęcia, których nie da się rzucić bez dużego zaangażowania emocjonalnego.
- Dillabo!
Bariera chóru przestała istnieć. Harry rzucił kolejne zaklęcie. Wycie Collina na chwilę zagłuszyło odgłosy walki.
- O kurwa! Potter, wariacie! - jęknął Dean Thomas, gdy Collin wreszcie zamilkł. Zdawało mu się, że trwało to wieki, choć w rzeczywistości nie było to nawet dziesięć sekund. - Co to było, Cruciatus?! Pogięło?!!
- Frajerze, żeby to był Cruciatus, toby się Collin jeszcze pięć minut wił, głupie ćwiczebne Tormento!

- Ja się ciebie naprawdę zaczynam bać – powiedział Seamus Finnigan, zdejmując miotlarski kombinezon i zastanawiając się, czy po pięciu naprawach, jakich wymaga, będzie się jeszcze nadawał do normalnego użytku. - Chłoszczyść – mruknął. Kurz zniknął, a dwie plamy krwi na kołnierzu spłowiały. Dalej były widoczne, ale nie rzucały się w oczy.
- A co, za dobrze demonstruję warunki bojowe?
- A to jeszcze pikuś, ale ty się wczuwasz. Wyglądałeś, jakbyś był w stanie pół świata spalić i powiedzieć „na eto i wojna”. A to były tylko ćwiczenia...
- Sacra, no i w tym jest z wami cały problem! Ty nie masz myśleć, czy to są ćwiczenia! Ty nie masz ćwiczyć walki! Ty masz walczyć! Ty nie masz ćwiczyć atakowania, ty mnie masz atakować!
- A jakbym cię naprawdę trafił klątwą?
- To będę przeklęty – prychnął Harry.
Charlie jednak miał rację, pomyślał.

Pokój wspólny Gryffindoru, tegoż dnia wieczorem

- I jak wypadło? - spytała niecierpliwie głowa Charliego.
Harry rozejrzał się, czy aby na pewno jest sam w pokoju.
- W zasadzie spoko – odparł ostrożnie – Ale to nie jest rozmowa na Fiunet.
- Możesz otwartym tekstem, rzuciłem Zaklęcie Babel. Jak jest?
- Umieć to oni umieją, ale się cykają walczyć. To ciągle jest za grzeczne, oni nie walczą, tylko ćwiczą walkę... to co mi mówiłeś...
- Nic na to, obawiam się, nie poradzisz – westchnął Charlie. - Człowiek jest delikatne stworzenie.
- Ja sobie jakoś w Ministerstwie radziłem... i Ron...
- Wy macie swoje porachunki ze śmierdzielami. Tobie zabili rodziców, Ronowi brata. Zresztą obaj już mieliście jakieś doświadczenie. Normalny człowiek, zanim do niego nie zaczną strzelać, albo mu nie zabiją ojca, nie zgwałcą siostry, albo chociaż nie spalą domu, i najlepiej żeby na jego oczach, to mu się nie chce zabijać, nawet jak uważa, że powinien...

Posterunek Aurorski w Edynburgu, wtorek, 8 października 1996 r.

- Co robić? - westchnął Kingsley Shacklebolt, zapalając kolejnego papierosa.
Trudno było o trafniejsze sformułowanie jego problemu. Za chwilę w pokoju zjawi się chłopak, o którym on doskonale wie, że był członkiem Gwardii. A Richard Gibson, który razem z nim ma tego szczeniaka przesłuchiwać, nie jest wprowadzony. Wręcz przeciwnie, to jest człowiek Towarzyszki Dolores, która koniecznie chce udowodnić po pierwsze – że Gwardia istnieje, po drugie – że stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa magicznej Wielkiej Brytanii.
W dodatku sfrustrowany niemożnością uczestniczenia w jakichkolwiek akcjach, dopóki ma sztywną nogę po nieszczęśliwym upadku z miotły. Przed Nowym Rokiem się nie wyliże. I koniecznie chce pokazać, ze się może na cos przydać. Gdyby mu pozwolono, najpierw rzuciłby na chłopca Tormento, a potem stopniowo zwiększał nakład sił i środków.
A rozkład pomieszczenia jest taki, że modyfikacja pamięci może się nie udać i wszystkie kombinacje, dzięki którym ma uczestniczyć w tym przesłuchaniu, na nic się wtedy nie zdadzą...
Corner Michael, syn Harveya i Rose z domu Hill... - notowało samopiszące pióro. - Zamieszkały... urodzony...
Chłopak był ledwo żywy z przerażenia. Nawet zaklęcia nie będą potrzebne. Wystarczy teraz dobrze na niego huknąć albo pozwolić mu zupełnym przypadkiem rzucić okiem na jakąkolwiek planszę szkoleniową z cyklu „Uzyskiwanie informacji od opornych podejrzanych bez użycia magii”, a powie wszystko, co wie, i jeszcze dołoży trochę od siebie.
- Co ci jest wiadome o tajnym stowarzyszeniu zorganizowanym w szkole Hogwart przez Harry'ego Pottera i innych?
Corner spojrzał na Gibsona, a potem na Shacklebolta takim wzrokiem, jakby byli co najmniej dementorami.
- Osiołek Porfirion to gość podejrzany - powiedział głuchym głosem.
- Dlaczego? - spytał szybko Gibson, obrzucając Cornera tym, co określał jako ”nasze aurorskie wielkiej mocy spojrzenie”. Kingsley z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem.
- Odmówił picia herbaty w musztardówce - wyjaśnił Corner tym samym tonem.
- Zaś u Weasleyów zaskroniec wpadł do barszczu - mruknął pod nosem Kingsley.
- A pan Weasley co? - ożywił się nieznacznie przesłuchiwany.
Hermiona Granger znała swoją robotę lepiej niż Kingsley Hermionę.

Hogwart, piątek, 11 października 1996 r.

- A on: No, dalej! A ona: Ale przytul! A on: Przytuliłem, jadziem z tem koksem!
Susan pokręciła głową. Dowcipy, w których główną rolę odgrywali anonimowi przedstawiciele różnych domów, były na ogół równie schematyczne jak dowcipy zaczynające się od słów „szła przez pustynię wiedźma, troll i skrzat”.
W dodatku ostatnio po Hogwarcie krążyła długa seria dowcipów o dwojgu Hogwartczyków w łóżku. Teraz właśnie Terry Boot opowiadał, co za zbieg okoliczności, o Gryfonie i Puchonce...
- ...a on: No przytuliłem. Wystarczy? A ona: Pocałuj mnie... a on: Nie no, bez przegięć!
- Chcielibyście o tym porozmawiać? - uśmiechnęła się promiennie, mijając posąg Alberta Pluja.
Stewart Ackerley robił wrażenie wstrząśniętego i zmieszanego.
- W zasadzie niekoniecznie – odparł niepewnie.
Poczuła przypływ wrednej złośliwości i postanowiła ich dobić.
- A to o Krukonie i Krukonce znacie?
Krukoni obojga płci w tej serii wypadali stanowczo najgorzej. Wiedziała, że o tym doskonale wiedzą.
- Su – spróbowała uratować sytuację Orla Quirke – jak już tu jesteś... bo ty zdaje się jesteś niezła z łaciny...
Była rzeczywiście niezła i zdecydowanie nie ją miał na myśli Charlie, w iście belferskim tonie fulminując po spartaczonych zaklęciach:
- Bo wam się, cholera, zdaje, że łacina to jest przedmiot, z którego trzeba dostać zet, bo do sumów nie puszczą! A potem rzuca jeden z drugim zaklęcie odsyłające, a wychodzi mu zaklęcie Olbrzymiego Nosorożca Spadającego Z Szafy Z Wielkim Hałasem Prosto Na Głowę!
Krukoni mimo swej przysłowiowej pilności łacinę traktowali po macoszemu. A Tibulla, jak większość nauczycieli, nie lubiła, kiedy jej przedmiot traktowano po macoszemu, i właśnie była na etapie intensywnego udowadniania Ravenclawowi, że łaciny nie należy traktować po macoszemu.

- Chwileczkę... - zastanowiła się po czterdziestu minutach prób nauczenia łacińskiej deklamacji ludzi niezdolnych pojąć, że rzymskie ody to nie angielskie pieśni pobożne i transakcentacje są jak najbardziej na miejscu. - Bo tego, no... właściwie to ja tu chyba skręciłam w jakimś kreatywnym celu...
Krukoni spojrzeli na nią z zainteresowaniem, w jakim to kreatywnym celu (cokolwiek by to miało znaczyć) mogła przyjść pod posąg Alberta Pluja dziewczyna, której facet jest w Transylwanii, nad Bajkałem albo jeszcze gdzie indziej, w każdym razie nie w Hogwarcie.
- A, już wiem! - zawołała po dłuższym namyśle. - Miałam iść do klopa!

c.d.n.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Komentarze do odcinka IV

Postautor: archiwalny » 29.08.07, 14:15

Arianrod w 21.02.07 10:36:24


Ech, no...
Dialogi - nie dziwię się, że u Ciewbie tyle dialogów, skoro jesteś w nich mistrzem - rewelacyjne.
Wątek Tonks/Lupin - świetny, niesamowicie życiowy i prawdziwy. Jakbyś opisywał coś, co długo i ze współczuciem obserwowałeś. Biedna Tonks...

Może, jak jeszcze raz to przeczytam, wyłapię sens zaskrońca w barszczu i herbaty w musztardówce i co ma do tego Hermiona. A może nie. Bo, jakkolwiek tekst jest ucztą dla oka, to jakimś większym sensem żeś go nie przyprawił, no ale to moze tak ma być. Uprzedzam, że jak za dziesięć rozdziałów nadal nie będę mogła zrozumieć połowy fabuły, to uznam, ze jestem za głupia - i przestanę czytać
Bo to panie tajemnica na tajemnicy i szyfr szyfrem pogania, a biedny czytelnik połowy nie rozumie.



Arthur Weasley w 21.02.07 11:06:54


(Arianrod @ 21.02.07 09:36:24)
Może, jak jeszcze raz to przeczytam, wyłapię sens zaskrońca w barszczu i herbaty w musztardówce.
<ciach>Bo to panie tajemnica na tajemnicy i szyfr szyfrem pogania
Jak wyłapiesz, to mnie o tym szybko powiadom. Albowiem według mojej najlepszej wiedzy zaskroniec w barszczu i herbata w musztardówce sensu nie ma za knut i tak właśnie ma być. A
i co ma do tego Hermiona
to akurat można zgadnąć na gruncie tego odcinka.
Uprzedzam, że jak za dziesięć rozdziałów nadal nie będę mogła zrozumieć połowy fabuły, to uznam, ze jestem za głupia - i przestanę czytać
Nie będziesz miała wyboru, bo właśnie utwór się skończy



Gisele w 21.02.07 15:06:27


A ja na pocieszenie dodam, że wszystko zrozumiałam i podziwiam zręczność pióra autora! Jednak pochwał się nasłuchano, a ja tylko ośmielę się wytknąć, że znalazłam chyba dwie literówki, ale żeby je teraz znależć niestety nie mam czasu, bo to tylko przerwa. Weny życzę


Gisele

p.s. Kot na mnie dziwnie spojrzał, jak przeczytawszy ostatnie zdanie, ze śmiechu omal nie spadłam z ulubionego krzesełka;-p



Nesmin w 21.02.07 15:52:21


Uprzedzam, że jak za dziesięć rozdziałów nadal nie będę mogła zrozumieć połowy fabuły, to uznam, ze jestem za głupia - i przestanę czytać
Nie będziesz miała wyboru, bo właśnie utwór się skończy
I oto jak sprytnie wyciągnięto z autora przynajmniej przybliżoną objętość dzieła ;-)...

Nie będe komentowac konstruktywnie, ale, jako że niektórzy uważają, że każdy komentarz karmi wena, a ja autorowi życze wena wielkiego i rozpasanego, napisze co mnie się najbardziej podoba.

Otóż. Po pierwsze primo: Przenikanie świata mugolskigo i czarodziejskiego. Każde słowo o pani Boot. Przemowa Alastora. Ukazanie, jak te dwa światy są w gruncie rzeczy blisko i daleko jednocześnie. To jest to, czego zawsze szukam w ff-ach, czego mi bardzo brakuje u Rowling. Sprecyzowanie sytuacji mugoli mających kontakt ze światem magicznym. Np. te rozmowy mugolskich rodziców.

O, i tu dochodze do zalety drugiej którą jest żonglerka stylami, sytuacjami, nastrojami, formami. To, że nie tylko postaci mają swoje idiolekty, ale że każda grupa społeczna jest opisana tak realistycznie. Że Harry mówi do kolegi "wal się" a Susan zaraz po "kreatywnym zadaniu" mówi "miałam iść do klopa". Że sny są odpowiednio nierealne, że w barze słychać piosenkę.

Co mi się podoba jeszcze: smaczki. Zwłaszcza przysłowia i powiedzonka typu: "czuli się jak gumochon w sałacie". Pomijając, że wprowadzają humor to jeszcze ładnie budują spójność świata.

I - oczywiście - wciągajaca fabuła.

Przykłady brałam wprawdzie tylko z ostatnich odcinków, przeczytanych dzisiaj, ale wszystkie wymienione zalety obecne są w całym "DiŚu"

Ale nie mogę się nie zgodzić z Arianrod - faktycznie, wielu rzeczy nie kumam, tu i ówdzie nie mogę wyłapać powiązań. Może za drugim - uważniejszym czytaniem coś się rozjaśni. I faktycznie, zdarzają się literówki. Ale czytać nie przestanę. Jak uznam, że jestem za głupia, to się przynajmniej formą podelektuję .

pozdrawiam


Milena... w 21.02.07 16:41:49


Chciałabym zaznaczyć, że czytam
I że to, co czytam bardzo mi się podoba. Choć przyznam, że troszku ciężko się czyta - czasami czytam z uśmiechem niektóre teksty, a czasami gubię się w fabule, w zrozumieniu tego co się dzieje. Więc doskonale rozumiem tych, którzy mają czasami problem ze zrozumieniem pewnych fragmentów - ale ja sens zaskrońca w barszczu i herbaty w musztardówce i tego, co ma z tym wspólnego Hermiona, wyłapałam i dumna jestem z siebie . Właśnie na przykładzie Twojego opowiadania widać, że nie da się wszystkiego "hop - siup" zrobić, nie da się przeczytać szybko kolejnych rozdziałów i wyłapać wszystko, trzeba na spokojnie przeczytać je kilka razy i wtedy na pewno coś się pojmie. I to w czytaniu jest najlepsze - zawsze są jakieś "ukryte smaczki", które odkrywa się dopiero po kilkakrotnym przeczytaniu tekstu.

A w ogóle to wielkie brawa za to, co piszesz.
POZDRAWIAM.



Lucy Pym w 23.02.07 16:24:06


Z odcinka na odcinek bardziej mi się to opowiadanie podoba.
I jedyne, co mi w nim przeszkadza, to kanon, który właśnie czasem jest mało prawdopodobny - tak, pomysł z cudem w Ministerstwie Magii bardzo życiowy. Niemniej kanonu się autor trzyma w sposób sensowny, a każdą możliwą lukę wykorzystuje po mistrzowsku.
Co poza tym... Cieszę się, że akcja przyspiesza. Pewnie bym nie doceniła, gdyby nie to, że ostatni fragment wywołał uczucie melancholii i zadumy. Zatem - moim zdaniem - dobrze sobie to autor wymyślił, bo bez kontrastu nudno by było. Hermiona, która ratuje po raz kolejny tyłki przyjaciołom, sama ich w kłopoty wkopawszy - kanoniczna jak wszyscy diabli. A pomysły to ta dziewczyna ma... Harry i Ron, reaktywujący Gwardię, sceny ćwiczeń w kaplicy, prawdziwa walka a walka pozorowana - dla mnie sam miód. Czuje się dynamikę, niepokój. Nie wiem, co mi się bardziej podoba - pomysł ze "Smoka", gdzie przeciwnik był na podorędziu i tworzono przeciw niemu ruch oporu, ale głównie moralnego, czy właśnie ta opisywana tutaj atmosfera ciszy przed burzą, napiętego wyczekiwania na rozpoczęcie "prawdziwej" walki.
I dodatkowy plus - prezentacja bohaterów drugo- i trzecioplanowych. Czasem jedno czy dwa zdania wystarczą, żeby ich polubić.
Czy są jakieś minusy...? Hm. Literówki - bywają, ale w tym akurat odcinku nie zauważyłam. Główny kłopot, jak mam z "Domem i Światem" dotyczy bohaterów: w "Oswoić smoka" para Susan-Charlie była w centrum; czułam, że to tekst szczególnie o nich. A teraz mam uczucie, że każdy odcinek skupia się na kim innym. I, mimo że całość mi się podoba niezmiernie - czegoś mi w materii głównobohaterskiej brakuje.
A z perełek odcinka - zupa z wąża, rozsypany kromek stos, chryzantemy złociste, paranoiczny Harry... Ech, długo by można wymieniać. I Seamus Finnigan. Za całokształt. Bo tak.



Magdalaena w 24.02.07 01:50:10


Komentuję ten odcinek dopiero po kilku dniach, bo chciałam napisać dłużej.

Ostatnia część zaspakaja moje potrzeby, jeśli chodzi o wątek CW/SB. Nie domagam się bynajmniej od razu ślubu i ciąży (popularnych sposobów mało kreatywnych autorów na przełamanie nudy stabilnego związku), ale miło jest ich co jakiś czas zobaczyć ich po prostu jako parę.

Bardzo dobry jest watek nieodwzajemnionej miłości Tonks do Lupina. Jest o tyle bardziej życiowy - bo w idealnym romansie wokół głównej pary również ich wszyscy kumple znajdują swoją drugą połowę. A w realu tak nie jest.

Dzięki wejściu w okno czasowe kanonu konspira się jakoś dopasowała. Bardzo podobał mi się watek profesjonalnej "walki naprawdę". Może to naiwne, ale taka patriotyczna postawa bardzo mi się u płci przeciwnej podobała.

Smaczki jak zwykle były rozkoszne i wyłapywanie ich sprawiło mi prawdziwą przyjemność. Fakt, że o ile herbata w musztardówce zadziałała od razu, to przez dłuższa chwilę musiałam myśleć, gdzie ja widziałam tę reklamę herbaty MATA.

Czy masz nadzieję, opublikować całość przed wydaniem siódmego tomu ?




Jęcząca_Marta w 08.03.07 02:22:30


No wreszcie doczytałam te dwa ostatnie akapity.
Tyle dają bezsenne noce.


Allo, allo! Kwiik... Vicki Michelle!
Hipopotam!
Nosorożec lecący na łeb!
Kwiik.


Konstruktywny cel użyty nieco zbyt dosłownie. Dziewczyna pokroju Su powiedziałaby raczej coś o łazience.
Mimo smokera za chłopaka.


Musztardówki cudne.


Generalnie - jak zwykle kłaniam się w pas.
Wena życzę w ciapki i bez ciapek.



Barty Crouch Młodsza w 15.03.07 15:21:44


W nic się nie będę wdawać ani też z nikim i o nic wspierać.
Może i się mylę, ale smuci mnie jakoś to wszystko.
Że Tonks się nieszczęśliwie zakochała, że Remus ma w stosunku do niej wyrzuty sumienia, trzymam kciuki za Andreę, żeby mały Jim się urodził i był zdrów.
No żesz ta Miona! Ona czegoś nie wie! SS musiałby mieć w głowie siano zamiast mózgu, żeby coś nie zaczęło mu śmierdzieć.
Dobrze, że do tego całkowicie subiektywnego uczucia smutku mogę dodać trochę śmiechu. Gratulacje, Arturze W.



Arthur Weasley w 23.03.07 01:40:36


Tak, wiem, miesiąc pomiędzy odcinkami to o dwa tygodnie za dużo. Sądzę jednak, iż zawirowania w życiu osobistym, których doznałem od opublikowania ostatniego odcinka, usprawiedliwiają mnie przynajmniej częściowo.

Czy masz nadzieję, opublikować całość przed wydaniem siódmego tomu ?
Staram się. Ostatecznie jak znam życie, po VII tomie znowu coś się zrobi niekanoniczne.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Odcinek 5

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 14:19

Odcinek 5

Londyn, Ceramiczna 10, niedziela, 13 października 1996 r.


Remus Lupin miał cięzkiego kaca, a za sobą jeszcze cięższą noc.
Jego syn spokojnie poczekał, aż tata wróci z obchodzonych w Dziurawym Kotle urodzin Kingsleya Shacklebolta, położy się spać, zaśnie, po czym o trzeciej zabrał głos. Gardło miał mocne, a zbudziwszy się w nocy nie dawał się zbyć półśrodkami w rodzaju pocieszania przez skrzatkę lub nakarmienia piersią. W widoczny sposób zależało mu na obecności ojca. Niech ma, i tak za tydzień ojciec zniknie i daj Boże, żeby wrócił na Boże Narodzenie. Żeby w ogóle wrócił... Pomysł operacji „Dęby w zupie” był, najdelikatniej mówiąc, dziwny, ale rozkaz to rozkaz. W każdym razie tak to przedstawiał Andrei. Nawet ona mogłaby nie zrozumieć, że mając dwumiesięczne dziecko zgłosił się ochotniczo do długotrwałej, niebezpiecznej misji.
Od rana padał deszcz.
Deszcz ze śniegiem.
W zborze pastor przez całe kazanie mówił o zupie jarzynowej.
Możliwe, że mówił o czymś jeszcze, a zupa była mu potrzebna do jakiegoś podobieństwa, ale po porannej rozmowie z Harrym Lupin był zbyt zdołowany, żeby to zarejestrować. Uspokajanie wzburzonego szesnastolatka nigdy nie jest zajęciem łatwym, a już zwłaszcza gdy się uważa, że szesnastolatek ma całkowitą rację. Ostatecznie on już od jakiegoś czasu nie miał szesnastu lat, a gdyby spotkał na ulicy Mundungusa Fletchera handlującego jego własnymi srebrami, też pewnie by się zdenerwował. Na temat obecności Dunga w Zakonie miał wyrobione zdanie i nie była to jedyna sprawa, w której zgadzał się z Harrym, a nie podzielał zdania Dumbledore'a.
A poza tym miał kaca.
Nalał sobie kieliszek Eliksiru Wybudzenia, wypił i rozłożył Czarodzieja Powszechnego.
Doskonale wiemy
– pisał w artykule wstępnym George Bullson – że zostaniemy oskarżeni o preparowanie i publikowanie fałszywek. Osobiście nie mam też złudzeń, że padnie parę niezbyt eleganckich komentarzy na temat mojego wieku, w podtekście daleko posuniętej sklerozy i innych przypadłości wieku starczego. Nie dbam o to. Przyzwyczaiłem się.
Najlepszą odpowiedzią jest życie. To, co dzieje się w magicznej Anglii przez ostatnie cztery miesiące, potwierdza, że Ciemna Strona realizuje strategię autora dokumentu, który zamieszczamy, a społeczność czarodziejów, przede wszystkim zaś Ministerstwo reaguje dokładnie tak, jak autor to przewidział.
Mogę tylko powtórzyć: bądźmy gotowi, ale żyjmy normalnie. Nie dajmy się zwariować.

Pismo zamieszczało tekst parostronicowej analizy sporządzonej, zdaniem opisującego ją Johna Gavina, krótko po wojnie dziesięcioletniej przez kogoś z grupy Lestrange. Dokument, pochodzący według Gavina z archiwów Straży Bezpieczeństwa Magicznej Anglii, datowany był w przybliżeniu na 1983 rok i głosił, że należy najpierw zabić kilka ważnych osobistości ze świata czarodziejów, potem zaś od czasu do czasu zabijać przypadkowe osoby. Na tyle często i na tyle przypadkowe, żeby w społeczności czarodziejów każdy bał się każego. Do frontalnego ataku należało przejść, kiedy czarodzieje będą mieli dosyć strachu, ograniczeń wprowadzanych ze względów bezpieczeństwa z jednej strony, a bezsilności władzy wobec ataków z drugiej.
Gavin twierdził, że na razie scenariusz się sprawdza.
No cóż, pomyślał, zobaczymy, co będzie jutro. Sądząc z niejasnych wypowiedzi Kingsleya gdzieś między piątym piwem a szóstą whisky, dokument był autentyczny. Można było tylko mieć nadzieję, że jego autor czegoś nie uwzględnił w rachubach...
Podniósł głowę znad gazety. Kominek migotał jaskrawozielono. Czegóż, u diabła, chce jego teściowa?
- Connecto.
- Hej, synku, świetnie, że cię widzę...
Niedobrze. Ilekroć teściowa zwracała się do niego per „synku”, zwiastowało to kłopoty.
- Słuchaj, mamy problem z twojej dziedziny.
- Przywieźli wam wilkołaka? - zainteresował się.
- Gorzej. Dziewczynę z Hogwartu po czymś, co parzy przy dotyku. Nieprzytomna, skoki aury jeden do pięciu.
- I co?
- I nie wiem! Nie mamy łączności! Fachowców ściągnęli na jakąś ważną naradę, miejsce tajne przez poufne, a z dyżurnym na mieście nie mogę się skontaktować, jakby ktoś mu zablokował łączność! Jak nie robisz w tej chwili nic ważnego...
- Mamo, kto tu jest uzdrowicielem?
- A kto tu się zna na czarnej magii? Ja jestem porządnym zaklęciowcem, na artefaktach magicznych to ja się znam jak sowa na eliksirach! Gdyby to była klątwa, tobym to rozwaliła już dawno, ale sprawdziłam, to nie jest klątwa, a pacjentka mi tu zaraz gotowa zejść albo zamienić się w skastrowaną rozgwiazdę!
Lupin pokręcił głową. No, pomyślał, tom se odpoczął.
W sumie mogło być gorzej. Lucy Swift miała swoje dziwactwa, ale była w stanie mówić o sprawach swojego zawodu nie używając języka arabskiego i hebrajskiego.
- Dobrze, zaraz tam będę...

Londyn, Długa 23, Komenda Główna Straży Bezpieczeństwa Magicznej Anglii, poniedziałek, 14 października 1996 r.

- Co z tym? - spytał Richard Gibson.
- Co uważasz – wzruszył ramionami Kingsley Shacklebolt. - Ja tam tylko sprzątałem.
A i to rzadko i niechętnie, pomyślał.
Przesłuchanie Michaela Cornera i Zachariasza Smitha niewiele wniosło do sprawy. Chłopcy, jak było do przewidzenia, bredzili jak Baker pod Tormentem.
- Możesz napisać służbówkę z rozpytania – podsunął zgryźliwie. - I poczęstować nią naczalstwo, z odpisem dla Umbridge.
Rozpytanie, jak eufemistycznie nazywano przesłuchania, z których nie można było sporządzić oficjalnego protokółu, dało mniej więcej takie wyniki, jakich Kingsley się spodziewał. Czyli biegunowo odległe od oczekiwań Gibsona.
Zapomniał, że legilimencja pozwala poznać nie zawartość mózgu obiektu, lecz tylko to, co aktualnie zaprząta jego uwagę. Wgląd w fantazje seksualne dwóch szesnastoletnich chłopców dał wyniki tyleż pasjonujące, co absolutnie nie nadające się do zaprezentowania Dolores Umbridge. Wątpliwe bowiem, by pragnęła dowiedzieć się, jakich bezeceństw najmłodsi więźniowie w dziejach Azkabanu chcieliby się, najchętniej w licznym towarzystwie, dopuścić nie tyle z, co na osobie, której zawdzięczali swój krótki pobyt w tej szacownej instytucji.
Gdyby Richard Gibson miał silniejsze nerwy, przyjrzałby się starannie owemu towarzystwu i wyciągnął wnioski co do kierunków dalszej pracy operacyjnej w Hogwarcie. Na szczęście Gibson nie miał silnych nerwów.
Gdyby Kingsley Shacklebolt był niedyskretny, opowiedziałby Billowi albo Charliemu, co Michael Corner chciałby ponadto zrobić z ich siostrą. Na szczęście Kingsley był dyskretny.
I potrafił bardzo przekonująco udawać, że cała ta sprawa nie tyle go mierzi, ile nuży.
- Ja mam swoją działkę i z nią dosyć roboty – ziewnął.
- A co masz? - zainteresował się przelotnie Gibson.
- Napisać odpowiedź dla tej łysej kocicy...
Odkąd dyrektorem Hogwartu został Albus Dumbledore, konsekwentne korzystanie z pradawnych przywilejów szkoły uczyniło Hogwart istnym państwem w państwie, a jego dyrekcję zmorą Ministerstwa Magii. Dwie próby zmiany tego stanu rzeczy, podjęte przez Korneliusza Knota z właściwą mu finezją, skończyły się żałosnym fiaskiem.
Posterunek SEMP w Hogsmeade od dawna wiedział, że uczniów Hogwartu, którzy zbyt radośnie korzystali z darowanych im paru godzin wolności, należy przekazywać do ukarania szkole, chociażby w konkretnym przypadku nie wynikało to z żadnego przywileju. W przeciwnym razie dyrekcja Hogwartu zgłosi zastrzeżenia do wszystkiego, do czego się da przyczepić (a także do kilku spraw, do których się przyczepić nie da). Minerwa McGonagall (broń Boże nie sam Dumbledore, bo ten pism do byle kogo osobiście nie podpisuje!) wystosuje skargę do Ministerstwa z odpisem albo przeciekiem kontrolowanym do prasy i będzie się trzeba tłumaczyć. Hogwartczyk mógł zgwałcić siedem centaurów, a i tak dyrekcja Hogwartu uważała, że szkoła powinna sobie z tym radzić sama.
Prawdę mówiąc, czasem radziła sobie w taki sposób, że gdyby uczniowi dano wybór, wolałby trafić do Rhondy.
Toteż kiedy dwóch uczniów Hogwartu wezwano w trybie nagłym do Edynburga i przesłuchano z zastosowaniem zaawansowanej legilimencji, Kingsley wcale się nie zdziwił, gdy w kilka dni później do Ministerstwa trafiła oficjalna skarga z lekceważącym adresem „Wg rozdzielnika”. Rozdzielnik był, trzeba przyznać, imponujący:
Otrzymują:
1.Minister Magii Pan Rufus Scrimgeour
2.Minsterstwo Magii, Departament Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego
3.Centralny Trybunał Magiczny, Wydział Ochrony Swobód Magicznych
4.Jego Ekscelencja Ksiądz Arcybiskup Edward Sattler, Zwierzchnik Zjednoczonego Kościoła Czarodziejów Pełnej Ewangelii w Wielkiej Brytanii i Irlandii
5.Jego Eminencja Ksiądz Francis kardynał Wagger, arcybiskup Edynburga i całej Szkocji
6.Redakcja „Proroka Codziennego”
7.Redakcja „Świata Młodych Czarodziejów”
8.Redakcja „Bravo Witch”
9.Redakcja „Quibblera”
10.Czarodziejska Rozgłośnia Radiowa
11.Radio Bangor
12.Radio Morgana
...
Dalej nie czytał. Sowy są cierpliwe. Zaniosą odpis do Dywanu Zagranicznego Wielkiego Kalifatu Zachodu, jeśli taka będzie wola Dumbla.
Teraz trzeba przygotować odpowiedzi. Minimum trzy – jedną dla urzędów, drugą dla biskupów, trzecią dla tych wszystkich pismaków. I to takie, żeby samemu nie wyjść na idiotę, za to mimochodem zrobić kretynkę z Umbridge. To ostatnie podobało mu się najbardziej.
Dużo mniej podobała mu się konieczność odsunięcia od siebie podejrzeń, że to dzięki niemu George Bullson dostał do ręki kopię memoriału Rabbastana Lestrange'a. Tego samego memoriału, który dziś rano w wywiadzie dla Proroka Codziennego Scrimgeour z właściwym sobie taktem nazwał kolejnym produktem halucynacji pana Bullsona.
Bullson istotnie już dawno nie był człowiekiem młodym, a nawet określenie „w sile wieku” stanowiło strzelisty eufemizm, ale nie miał halucynacji. Dokument, który wstrząsnął magiczną Anglią, był autentyczny.

Londyn, Ceramiczna 10, wtorek, 15 października 1996 r.

- Kochanie... wiesz co? - spytał Remus Lupin.
Andrea przewróciła nerwowo oczami. Nie cierpiała takich pytań. I Remus wiedział, że ona ich nie cierpi.
- Nie mam najbledszego pojęcia! - warknęła.
Spojrzał na nią wzrokiem przydeptanego pufka.
- Zostaw... Ja i tak mam dosyć...
Nigdy nie wiedziała, jak się w takiej sytuacji zachować. Kiedy próbowała zadawać pytania, irytował się. Kiedy zajmowała się swoimi sprawami, on popadał w odrętwienie, a potem miał pretensje, że go ignoruje - w ogóle połowa ich kłótni brała się stąd, że czuł się ignorowany. Trwać w milczeniu bez ruchu nie potrafiła, zresztą i tak wcześniej czy później odzywał się Jim albo ktoś się pojawiał w kominku.
Martwiło go to.
- Usiądź - powiedziała w końcu. - Pewnie głodny jesteś... Zuzia już robi ci jajecznicę...
Uśmiechnął się blado. Wzmianka o jajecznicy na ogół wprawiała go w dobry humor. Odetchnęła z ulgą.
Bez pytania nalała mu lufkę Ognistej. Wypił.
- Masz jeszcze coś do picia? - spytał, kiedy podała mu talerz jajecznicy na kiełbasie.
Nalała. Wypił.
Powoli jego oddech stawał się coraz głębszy i coraz mniej nerwowy.
- Ja już nie mogę... - zaczął i umilkł.
Zachowywał się jak człowiek, koło którego kręci się czuś. Małe, niewidzialne stworki skutecznie powodowały u ludzi stany depresyjne – co ciekawe, o wiele skuteczniej u mężczyzn niż u kobiet.
Zważywszy jednak, że w domu był łowny kot, czusia można było wykluczyć. Pod jednym dachem z Obormotem żaden czuś nie miał prawa przeżyć kwadransa. Jeżeli więc jej mąż zachowywał się tak, jak się zachowywał, to albo chodziło o...
Lupin pożerał jajecznicę, jakby to był jego pierwszy posiłek co najmniej od opuszczenia Hogwartu.
- Moje ty szczęście jedyne – nie wytrzymała w końcu - powiedz krótko: co tym razem, Tonks czy wujek Albus?
- Dyrektor.
Oho, niedobrze. Nigdy tak o Dumbledorze nie mówił.
- Remus, mnie niewiele zdziwi. Ja wiem, że po kontakcie z takimi klątwami wszystko się może z człowiekiem porobić. Co jest?
Remus odsunął do połowy zjedzoną jajecznicę i wstał.
- Ja już nie mogę - powtórzył. Energicznym krokiem pomaszerował do okna, zawrócił i ruszył w stronę drzwi. Zawrócił znowu. Kręcąc głową, zawrócił przy drzwiach wiodących na balkon.
- Niech mi kto powie, co ja mam z tym zrobić! - wybuchnął, zawracając znowu w stronę balkonu.
Kiedy miał zawrócić po raz piąty, Andrea ubiegła go i szeroko otworzyła drzwi do przedpokoju.
Zatrzymał się raptownie.
- Wychodzisz?
- Nie, dlaczego?
- To po co otworzyłaś drzwi?
- Żebyś miał dłuższy kawałek prostej. Rzadziej będziesz musiał zawracać.
Oparł się plecami o ścianę. Przymknął oczy. Wzięła go za rękę. Otworzył oczy.
- Chodź... - pociągnął ją w stronę salonu.
Skrzatka bezszelestnie podążyła za nimi z napoczętą jajecznicą w jednej ręce, a stożkowatą karafką whisky w drugiej.

- Powiedz mi teraz, co się właściwie dzieje – zażądała Andrea. - Zrozumiałam tyle, że jest jakiś problem i to ma związek z wujkiem. Co dalej?
Czyścił fajkę tak starannie, jakby od tego miał zależeć byt lub niebyt racji stanu.
- Otorbił się – powiedział w końcu. - Nigdy nie był łatwym partnerem w rozmowie, ale teraz to już jest kompletnie impregnowany. I zrobił się nerwowy. Widziałaś go kiedyś wyprowadzonego z równowagi?
- Nie..
- Nie chciałabyś, zapewniam cię. Ja też do dzisiaj nie widziałem.
Rzeczywiście nie chciała wiedzieć, jak wygląda wujek Albus wyprowadzony z równowagi.
- Ale właściwie dlaczego? - spytała.
Czekała cierpliwie, aż skończy nabijać fajkę.
Zapalił.
Zaciągnął się głęboko.
- Ten człowiek nas wszystkich pozabija! - wybuchnął. - My tu będziemy analizować, kombinować, a jakiś jego kolejny podwójny agent nas w stosownym momencie pośle do lali!
- Myślisz, że Snape...
- Ja już to w tej chwili praktycznie wiem. Sprawdziłem go paroma sposobami. On donosi, to jedno jest pewne. Nie mówię, że tylko on, ale on na pewno.
- Mówiłeś o tym wujkowi?
- O tym akurat nie. I nie zamierzam.
- Jak to?!
- Po co? Już Syriusz próbował. Też Snape'a sprawdzał i poszedł z tym do dyrektora. Skutek był taki, że został odsunięty od akcji i kiblował na Grymoldówce prawie do końca, coraz bardziej świrując.
Otworzyła usta i zaraz zamknęła, obserwując Obormota moszczącego się na szczycie kredensu.
Syriusz Black pod koniec życia rzeczywiście był dziwny, ale każdy by był dziwny, jakby przesiedział dwanaście lat w Azkabanie, w dodatku za niewinność. Nawet bez dodatkowych atrakcji, jakich nie szczędziło mu życie na wolności.
- Remus, ja Syriusza bardzo lubiłam, ale powiedzmy sobie szczerze, to nie był człowiek normalny...
- Pewnie, że nie był! - prychnął Lupin. - Był maniakalno-depresyjny z nutką paranoi, doskonale o tym wiem. Ale to nie powód, żeby go zakopywać w tym pieprzonym rodzinnym grobie! Miesiąc tam posiedzieć, to Zuzia by dostała depresji!
- Zuzia by nie dostała depresji - oznajmiła skrzatka, zbierając talerze ze stołu. - Zuzia jest odporna.
- Dlatego powiedziałem po miesiącu. Ja bym dostał depresji po tygodniu, a po trzech bym się powiesił na lejcach.
Andrea chwilowo nie miała ochoty dociekać, dlaczego jej mąż chciał się wieszać właśnie na lejcach i skąd by je wziął w siedzibie szlachetnego i starodawnego rodu Blacków.
- Ale w sprawie Gwardii...
- W sprawie Gwardii wlazłem mu na ambicję i poczucie humoru jednocześnie. I pewnie dlatego te wszystkie szczawie jeszcze żyją.

Hogwart, czwartek, 17 października 1996 r.

Susan Bones czuła, że okropnie jej brakuje tej drugiej siebie.
Właściwie to i trzecia by się przydała.
Jedna by trwała myślami przy Charliem, co było stanowczo najłatwiejsze, druga odrobiła angielski, trzecia pomyślała o tym, co z zielarstwa ma przygotować na najbliższe szkolenie Gwardii, czwarta... aha, miały być trzy... w sumie dla czwartej też by się robota znalazła, mogłaby na przykład uważać na mugoloznawstwie...

- Proszę państwa... kto z państwa bywał czasem w mugolskich domach?
Podniosła się połowa rąk.
- Dobrze... zatem kto z tych osób, które podniosły ręce poprzednio, pamięta mugolskie domy, w których by nie było telewizora?
W powietrzu została samotna ręka Jima Stebbinsa.
- Dziękuję. Jak państwo widzą... oczywiście nie jest to grupa reprezentatywna, niemniej jednak... wśród mugoli posiadanie telewizora i, co więcej, regularne korzystanie z niego jest sprawą równie oczywistą jak wśród czarodziejów posiadanie i korzystanie z radia.
Niemniej jednak wpływ telewizji jest nieporównywalny z wpływem radia. Kto wie, dlaczego?
Podniosła rękę. Arthur Bostrom miał parę dziwactw, a jednym z nich było to, że wolał, żeby uczniowie mówili od rzeczy, niż miałby przez całą lekcję musiał mówić sam.
Poza tym jeśli teraz się odezwie, będzie miała względny spokój do końca lekcji i będzie mogła dalej odrabiać angielski.
- Panna Bones?
- Na oglądaniu telewizji trzeba się skupić dużo bardziej niż na słuchaniu radia. Nie można mieć tak po prostu włączonego telewizora, jak czasem się słucha radia, że ono gdzieś sobie brzęczy w tle, tak jak mugole słuchają na przykład radia w samochodzie albo prowadząc taksówkę...
- Ktoś się nie zgadza? Słucham, panie Finch-Fletchley?
- Pozwolę sobie nie zgodzić się ze zdaniem koleżanki – zabierając głos na lekcjach, Justyn przemawiał tonem niemal urzędowym. - Osobiście widziałem, że w domach mugolskich telewizor bywa włączony na stałe i nikt na niego nie zwraca uwagi. Odniosłem nawet wrażenie, że mugoli to wcale nie rozprasza.
- To prawda – zgodził się nauczyciel. - Równocześnie zaś z faktu, że się na coś nie patrzy, wcale nie wynika, że się tego nie widzi. W przeciwnym razie nie poznawalibyśmy znajomych na ulicy. Podobnie można coś usłyszeć przez radio, chociaż się teoretycznie radia nie słuchało. W porównaniu z radiem telewizja przekazuje o wiele więcej treści na poziomie podprogowym lub quasi-podprogowym... czy ja zacząłem grypsować?
- Ośmielę się zauważyć, że chyba tak – odparł z powagą Justyn.
- Dobrze... to znaczy niedobrze, powiem więcej, fatalnie, tak bardzo się starałem... trudno, spróbuję przetłumaczyć to na język zrozumiały dla ludu. Jest takie zjawisko, że człowiek na coś nie patrzy, a odbiera. Na przykład nie wiem, czy państwo zauważyli, jaki ptak siedzi na gałęzi drzewa nad Grubą Damą?
Wyraz twarzy uczniów dobitnie wskazywał, że nie wiedzą, o jakim ptaku mowa.
- Państwo się przy okazji przyjrzą. Jest bardzo charakterystyczny. I gdybym go państwu teraz pokazał luzem, mielibyście wrażenie, że skądś go znacie. Otóż mugolowi oglądającemu telewizję coś podobnego przytrafia się dziesiątki razy dziennie. Przez radio słyszymy w zasadzie tylko pierwszy plan – gdyby kilka osób mówiło jednocześnie, słyszelibyśmy po prostu hałas. Radio, w ogóle przekaz dźwięku, to jest tak samo przekaz jednotorowy jak przekaz tekstu pisanego. W telewizji widzi się jednocześnie bardzo wiele szczegółów. To jest tak, jakby państwa, bo ja wiem, wprowadzono na pół minuty do panoramy oblężenia St.Michel, kazano się obrócić, żeby zobaczyć pełny obwód, i potem zapytano, co widzieliście - każdy zapamięta co innego. Mugole doprowadzili do perfekcji sposoby pokazywania ruchomego obrazu tak, by osoba oglądająca zapamiętała to, co pokazujący chce, żeby zapamiętała.
Susan odłożyła pióro. Analizę wiersza może w ostateczności napisać po lekcjach, i tak na razie niewiele jej przychodzi do głowy poza odkrywczym stwierdzeniem, że Johann von Schwarzwald wielkim poetą był, a Oda do wierzby wciąż nas zachwyca i wzrusza... a to, co mówił Bostrom, zaczynało być interesujące.
Gdyby ten człowiek umiał mówić o swoim przedmiocie tak, jak Lupin o swoim, mugoloznawstwo byłoby najbardziej obleganym fakultetem, pomyślała. Z drugiej strony mogło być gorzej. Mógł mówić o swoim przedmiocie tak jak Binns.
- To zagrożenie zauważyli już dosyć dawno nawet mugolscy naukowcy, z tym że niewiele z tego wynika. Oprócz, oczywiście, wykorzystania tego do nieuczciwej reklamy i propagandy. To oczywiście nie jest tak groźne w skutkach jak możliwość użycia telewizji do przekazu czarnomagicznego, ale o tym to państwo już mieli w zeszłym roku na obronie przed czarną magią...
Miny słuchaczy wyraźnie wskazywały, że dowiadują się tego z niekłamanym zdziwieniem.
- Wszakże się nie mylę? Państwu o tym mówiono na obronie przed czarną magią?
- Obawiam się, że nie, panie profesorze – odpowiedział Justyn.
- Na katodę! Kto państwa w zeszłym roku uczył obrony?
- Umbridge, panie profesorze.
Po krótkiej, wyraźnie widocznej walce ze sobą Bostrom zrezygnował z żądania od najlepiej ułożonego z Puchonów, by tytułował Dolores Umbridge panią profesor.
- To wiele wyjaśnia. Zatem trzeba będzie do tego wrócić, a na razie skupię się na utajonym przekazie. Otóż tą metodą można na przykład doprowadzić do miejsca, w którym odbiorca identyfikuje daną sobę z twarzy na zasadzie „on się dużo pojawia w telewizji”. Dla czarodzieja komentarz byłby „no to co?”. Natomiast dla mugola taka osoba od razu staje się osobą znaczącą i, co ciekawe, nie ma znaczenia, z jakiej okazji pokazywano ją w telewizji. Rozumie pani, panno Bones?
- Oczywiście – odparła, zdumiewając się nad własną bezczelnością. Ostatecznie jej wiedza o mugolach brała się głównie z kontaktów z mugolami najwyżej dziesięcioletnimi. - On rozpoznaje tę twarz jako twarz kogoś ważnego, a więc zapewne mądrego...
- W zasadzie tak, ale nie do końca. Gdyby było tak, jak pani mówi, to jeszcze nie byłoby tak źle. I niczym by się to nie różniło od mechanizmów działających w społeczności czarodziejów. Niestety tutaj sprawa wygląda trochę gorzej. On rozpoznaje twarz kogoś ważnego, owszem. Najczęściej nie uświadamia sobie, dlaczego ten ktoś jest ważny. I tak jest mu skłonny wierzyć. Również w sprawach, o których ta osoba może nie mieć żadnego pojęcia. Wróg, któremu bardzo zależy na opanowaniu umysłów mugoli - ponieważ docelowo chce przejąć władzę nad całym światem, mugolskim również - stosuje takie metody w nadziei, że przy bezpośredniej akcji nie napotka skutecznego oporu. I, niestety, wedle dotychczasowych ustaleń jest to dobra taktyka...

Londyn, Kominiarska 8, piątek, 18 października 1996 r.

- A jak to dupnie po drodze? - zaniepokoił się minimalnie rozsądniejszy George.
- Wszystko się może zdarzyć, ale jak nie spróbujemy, to się nie dowiemy – wzruszył ramionami minimalnie odważniejszy Fred.
Kapelusze ochronne były produktem nowym i jak każdy nowy produkt przygotowywany w pośpiechu, mogły być niedopracowane. Ale największym problemem był transport i przechowywanie. Kapelusze, jeśli nie znajdowały się akurat na czyjejś głowie, trzeba było przechowywać każdy osobno, w starannie wytłumionym pudle o średnicy minimum dwóch stóp – w instrukcji eksploatacji przezornie zalecali trzy.
Nie było możliwości niepostrzeżonego dostarczenia czterdziestu takich urządzeń do Hogwartu, a dochodził jeszcze do tego zapas odwracaczy uwagi i innego drobnego sprzętu. Trzeba było upakować je o wiele gęściej, skrzynie transmutować w coś innego i liczyć na to, że nic się nikomu nie stanie.
- Ja bym się mocno zastanowił – nie ustępował George. - W dodatku wcale nie wiesz, czy im się do czegoś przyda.
- W ogóle nie ma o czym mówić, obiecaliśmy, że zrobimy, to się zrobi – upierał się minimalnie uczciwszy Fred. - A to, czy oni to będą umieli wykorzystać...
- Stary, ja tak mam, że cholernie lubię żyć – przerwał mu minimalnie bardziej życiowy George.
- Ja też – odparł Fred. - Ale Ronuś ewidentnie uparł się dać grabarzom zarobić. Jak już koniecznie chce łba nadstawiać, to niech go chociaż coś chroni.

Hogsmeade, „Trzy Miotły”, sobota, 19 października 1996 r.

- Chłopaki, naprawdę... yyy... nie wiem jak wam dziękować... - wyjąkał osłupiały Ron. - To znaczy... yyy... oczywiście jakby się udało... yyy... może się uda coś wyciągnąć od Zakonu...
- Daruj sobie – przerwał Fred. - Wbiłeś sobie do łba, że dla nas to tylko forsa, kasa i dodatkowo hajs, może jeszcze ewentualnie szmal się liczy. A prawda jest taka, że ktoś musi zarabiać, żeby ktoś inny mógł sobie pozwolić na takie luksusy.
- I w sumie nie wiadomo, kto z nas pierwszy pójdzie spać pod drzewkiem – dodał George.
W sumie coś w tym jest, pomyślał Ron. Dziadek Harry pakował się w każdą zadymę, a żył najdłużej z rodzeństwa.
- Chwila, moment – zaprotestował. - Wtedy w sklepie żeście mi nie chcieli trzy i pół galeona odpuścić, a teraz ot tak – strzelił palcami – odpalacie nam towar wart najmarniej trzysta?
- Ludzie, trzymajcie mnie! - jęknął George. - Fred, powiedz mu, ja idę zapalić, bo jak ja mu coś powiem...
- Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać – Fred mówił powoli i wyraźnie, starannie dobierając słowa. - Po pierwsze my możemy robić ze swoim towarem co chcemy. Po drugie teraz my wam dajemy, a wtedy to ty chciałeś brać. A po trzecie, moje ty biedne niedorozwinięte dzieciątko, co ty wtedy chciałeś od nas wysępić?
- Rety, nie pamiętam dobrze...
- A dla kogo, to pamiętasz?
- No... dla siebie...
- A teraz bierzesz dla kogo?
- Dla Gwardii.
- No to i masz odpowiedź. My mamy chęć sponsorować Gwardię, a nie mamy chęci sponsorować ciebie.

Londyn, poniedziałek, 21 października 1996 r.

Nie, nie była nadopiekuńcza.
Po prostu bała się o swoje dziecko.
Gdyby sam zainteresowany to usłyszał, oburzyłby się śmiertelnie. Niech będzie, nie dziecko. W porządku, niepokoiła się o swojego dorastającego syna. Każdy by się niepokoił, gdyby sobie poczytał Proroka Codziennego.
No dobrze, nie każdy. W końcu nie każdy spędził dziesięć lat na placówkach w Ameryce Łacińskiej, a potem latami czytał służbowo latynoskie gazety. Ale ona spędziła i czytała. Ledwo zaszczycając wzrokiem tytuły z pierwszych stron poważnych pism, czytała michałki wciskane dla zapełnienia miejsca na dół trzeciej strony, z udanym lekceważeniem przeglądała tabloidy, ze skupionym wzrokiem wczytywała się w ogłoszenia drobne i wiedziała, że gdzieś tam, w Boliwii czy Kolumbii, ludzie już wiedzą, że coś się kroi. Złoto poszło w górę. Nikt nie chce sprzedawać nieruchomości. Wpadły trzy gangi fałszerzy paszportów, ciekawe, czemu akurat teraz trzy jednocześnie?
Wiedziała, że jeśli chce się wiedzieć, co się stanie jutro, trzeba umieć usłyszeć nie tylko to, o czym ludzie mówią po pijaku, lecz także to, o czym milczą po trzeźwemu. Może dlatego była w stanie choć trochę zrozumieć przynajmniej niektórych czarodziejów...
W pierwszym dniu wiosny 1982 roku powiedziała:
- Na Wielkanoc będziemy mieli wojnę.
- Z kim? O co?
- Z Argentyną. O Falklandy.
Wzbudziła tym ogólną wesołość. Długo jej przypominano, że Prima Aprilis dopiero za półtora tygodnia.
Drugiego kwietnia argentyńscy żołnierze rozgościli się w Port Stanley. Nie na długo, ale.
A teraz czytała Proroka Codziennego i bardzo jej się nie podobało to, co czyta. Z informacji o aresztowaniach śmierciożerców czy ich wspólników nietrudno było wyczytać, że chodzi bardziej o aresztowanie niż o śmierciożerstwo. To nie wróżyło nic dobrego.
Stanęli jej przed oczami koledzy Terry'ego, kiedy po niego przyszli przed wyjazdem na obóz naukowy w Transylwanii. Tak samo grzeczni, jak zawsze, ale z zaciętymi twarzami żołnierzy na urlopie. Takie same twarze widywała w knajpach Managui w siedemdziesiątym ósmym roku. Coraz więcej. A potem była wojna domowa.
Ostatkiem sił uprzytomniwszy sobie, że dziś musi być trzeźwa i przytomna do wieczora, oderwała oczy od ogłoszeń drobnych i przeszła do lektury kolumny „Sprawy honorowe”.
Zaprzeczenie zamiaru obrazy.
Arthur Bostrom oświadcza, że w dniu 29 września 1996 roku w restauracji „Hipogryf” mówiąc to, co powiedział i nad czym ubolewa, nie miał zamiaru obrazić szlachetnego rodu Macmillanów ani w ogóle nikogo.
Odwołanie potwarzy.
Amos Diggory ogłasza, że zarzuty śmierciożerstwa, które rozgłaszał względem Rogera Kittera, nie polegają na prawdzie, a ogłaszał je wprowadzony w błąd przez osoby trzecie, którym niechaj odda Pan wedle uczynków ich...
Westchnęła ciężko, podeszła do barku i wyjęła z nich niewielką, smukłą a wysoką butelkę. Gotyckie litery na tle ośnieżonych gór głosiły, że w tej butelce zaklęto ogień Tatr.
Przezornie nalała sobie uncjowy kieliszek, a i to nie do pełna, i wypiła jednym haustem.
Ogień. Może nie Tatr, ale ogień na pewno... Po paru sekundach, z których każda trwała jakieś sto do dwustu lat, ogień znikł. Zrobiło się jej po prostu gorąco. A potem ciepło.
Nogi zmiękły. Usiadła ostrożnie. Właściwie, pomyślała, to nie jest takie złe.
Nalała drugi kieliszek. I wtedy zadzwoniła komórka.
- Boot, słucham – powiedziała, nie patrząc na wyświetlacz.
- Możemy się spotkć po tamtej stronie?
W tym stanie ducha Margit nie zdziwiłaby się, gdyby Becky Granger chciała spotkać się z nią w życiu pozagrobowym. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że chodzi o spotkanie na Pokątnej lub w okolicy.
- W zasadzie tak, ale jutro. Dzisiaj pogoda się nie nadaje.
- Trzecia trzydzieści?
Bardzo starała się nie myśleć o oszczędzaniu impulsów przez Becky per chorobliwe skąpstwo.
- Pasuje – odparła.
- Może być w Hipogryfie.
- Niech będzie.
Co myśmy takiego zrobili, żeby się tak kryć, żeby godziny podawać z przesunięciem, żeby nazwa lokalu oznaczała coś innego...

Londyn, „Dziurawy Kocioł”, wtorek, 22 października października 1996 r.
.
REMĄTY MJOTEU FSZYZTKIH TYPUF!
Margit Boot przez dłuższą chwilę wpatrywała się w osłupieniu w napis witający każdego, kto wchodził na Pokątną przez Dziurawy Kocioł, znakomicie widoczny już z okna sali na piętrze. Nagromadzenie błędów ortograficznych czyniło napis niemal nieczytelnym.
Ale uwagę, trzeba było przyznać, skupiał. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że nie mijał się z prawdą dalszy ciąg napisu:
Na miotłach znamy się lepiej niż na ortografii.
W sumie mało ją to obchodziło. Prawdopodobnie była jedyną osobą na ulicy, która w życiu nie leciała na miotle i w życiu na miotle nie poleci.
Krókto mówiąc, była chyba jedyną mugolką w tym zakazanym mieście, ewentualnie jedną z dwóch. Nie wiedziała, kogo Becky Granger znała (i ile mu musiała dać w łapę - podpowiadała Paranoja). W każdym razie to dzięki Becky szła teraz zamkniętą dla najbardziej nawet wtajemniczonych mugoli ulicą Pokątną.
W głębi lokalu kilkunastu młodych ludzi stało dookoła stołu. Spomiędzy nich wydobywało się migocące niebieskie światło.
Barman nie czekał, aż kobieta o południowej urodzie zamówi cokolwiek.
- Tatrafeuer? - spytał.
- Skąd pan wie?
- Widać, łaskawa pani.
Skinęła głową.
- Kusztyczek miodu bym proponował na popitkę – podsunął barman. - U dam to na żołądek szkodliwe.
- Poproszę.
Znowu to samo uczucie, jakby się napiła ognia piekielnego w płynie, a potem gorąco rozlewające się po całym ciele i stopniowo zamieniające się w ciepło.
Lekko chwiejnym krokiem z pucharkiem miodu w ręce podeszła do pustego stolika przy fisharmonii.
Młodzi ludzie przy stole już byli usiedli i teraz lekko zachrypniętymi głosami na spokojną, niemal sentymentalną melodię śpiewali dość makabryczną piosenkę:

Jak dobrze mi w pozycji tej,
w pozycji horyzontalnej,
ubodzy krewni niosą mnie na swych ramionach,
a za trumną idzie żona.

Choć pada, właśnie pada deszcz,
w dębowej trumnie sucho jest,
ubodzy krewni przemoczeni są zupełnie,
żona pewnie się przeziębi.

Dość długa droga czeka ich,
półtorej mili muszą iść -
oj, będzie bardzo ciężko
z pełną trumienką, z moją trumienką...

O wieko bębnią krople dżdżu,
kołyszą słodko mnie do snu,
ubogim krewnym trumna wrzyna się w ramiona
i już ledwie idzie żona.
(1)

Londyn, kawiarnia „Cafe Rose”, nieco później

- Co ty robisz z rękami? - spytała Becky Granger.
Margit Boot spojrzała na swoje dłonie z udanym zaskoczeniem. Nigdy się Becky nie uskarżała na kłopoty dermatologiczne, ale rzeczywiście długo nie mogła dojść do ładu ze skórą na rękach. Dopóki...
- Zdziwię cię. Zaczęłam wyrabiać ciasto na chleb. W końcu miałam dosyć słuchania, jak Terry wydziwia na tę watę, którą w mugolskich sklepach sprzedają jako chleb.
- Rzeczywiście magiczny jest lepszy, ale co to ma wspólnego ze skórą?
- No więc właśnie okazuje się, że ma.
- Coś mi się nie wydaje. Chyba, że to efekt placebo. Przecież w cieście nie ma nic, co by mogło wpływać na skóre, więc biorąc rzecz naukowo...
Margit westchnęła ciężko. Pod pewnymi względami jej przyjaciółka, choć matka czarownicy, była niereformowalna.
- Wiesz, jakoś to na mnie nie robi wrażenia. Po pierwsze działa. A po drugie wiesz, co to jest socjalizm naukowy?
Okrągłe oczy Becky były dostateczną odpowiedzią.
- Widzisz. A ja wiem, bo mi to w szkole powszechnej kładli w głowę do upadłego. Socjalizm naukowy, światopogląd naukowy, obiektywne prawa rozwoju historii. Nawet wymyślili chorobę polegającą na tym, że ktoś uważa, że ostatecznie komunizm nie zapanuje na całym świecie, chociaż oni wyliczyli naukowo, że zapanuje.
- Jak się nazywała? - zaciekawiła się Becky Granger. - Komunofobia?
- Nie. Bezobjawowa schizofrenia(2).
Becky zakrztusiła się.
- W każdym razie – ciągnęła Margit - skutek jest taki, że na mnie to, że coś jest naukowe, robi dużo mniejsze wrażenie.
Teraz tak. W ogóle teraz można było wątpić.
Był kiedyś mugol szczycący się tym, że odbezpiecza rewolwer słysząc słowo „kultura”. Ona, gdyby miała rewolwer, odbezpieczałaby go, słysząc o humanizmie, tolerancji i właśnie naukowości. Znalazła bezpieczną przystań prawie trzydzieści lat temu. Nie ruszyła się z Wielkiej Brytanii na krok, dopóki nie poczuła w kieszeni dokumentu stwierdzającego, że jest poddaną Jej Królewskiej Mości i prosimy trzymać się z dala, jeśli nie chcecie stanąć oko w oko z całą potencją Paktu Północnoatlantyckiego, przed którą drżyjcie wszyscy... a do dziś co pełnię śniło się jej, że musi wytłumaczyć jakiemuś typowi o zimnych oczach ryby, dlaczego ideały Wiosny Ludów stanowiły etap przejściowy w formowaniu się ideałów demokracji socjalistycznej albo coś równie mądrego, gdyż w przeciwnym razie jej syn zostanie uznany za zaniedbanego wychowawczo ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu.
Gdzieś z oddali słyszała głos Becky:
- Wiesz, ja się wychowałam w domu takim bardzo ą – ę. Jeszcze nie wiedziałam, ile chcę mieć dzieci... a jak sobie potem ustaliłam, to i tak wszystko było inaczej... ani z kim, ani co, tylko wiedziałam, że chcę, żeby moje dzieci wybrały same, kiedy będą dostatecznie dorosłe. Mnie rodzice wbili do głowy religię, ale ja w tym wszystkim nie widziałam wiary.
- Bardzo angielskie – mruknęła pod nosem.
- Dość, że chciałam, żeby Hermiona wybrała sama, żeby jej niczego nie narzucać.
- Ja tak samo. I z tego, co widzę, to nam się udało. Terry wybrał, i Hermiona wybrała. Niczegośmy im nie narzucali, co to to nie. Wybrali i tego się trzymają pazurami. O co ci chodzi?
- O to, że w porównaniu z tym, co ja miałam, to Hermiona poszła z deszczu pod rynnę! O to chodzi!
Margit Boot podniosła nieznacznie dwa palce. W ciągu minuty na stoliku pojawiły się dwa niewielkie naczynia.
- Zdrowie naszych dzieci!
Wypiły.
- No to ci powiem – podjęła Margit. - Sęk w tym, że to jest ich rynna. Sami pod nią wleźli i teraz...
Nie wiedzieć czemu wydało jej się, że nagle zaczęła mówić bardzo głośnio. Urwała.
To nie ona mówiła głośno. To w lokalu zrobiło się cicho. Czarodzieje wstawali z miejsc, patrząc w stronę okna, zza którego dobiegał odgłos trąb.
Są melodie, których się nie zapomina. Nasz marsz żałobny, pomyślała, nie zastanawiając się, co to znaczy my, tu, po magicznej stronie, na ile dla niej, obywatelki brytyjskiej urodzonej za Żelazną Kurtyną, mugolki matki czarodzieja, jest naszym marsz napisany przez Polaka o francuskim nazwisku, mugola? czarodzieja? kto go tam wie...
Gdzie widziała wcześniej tych dwoje, którzy przystanęli po drugiej stronie ulicy na tle na wpół zatartego napisu na murze, wysokiego mężczyznę w cylindrze i dużo od niego niższą drobną, szczupłą kobietę, jakby oboje zeszli przed chwilą z fotografii sprzed stu lat? Mężczyzna tłumaczył coś kobiecie, bardzo przejęty, acz starający się zachowywać powściągliwie.
Środkiem ulicy kroczył dziwaczny stwór, z wielkimi oczami, wielkimi uszami, wzrostu trzech czy czterech stóp, bez widocznego wysiłku dźwigający na plecach pięciostopowej średnicy bęben.
Muzyka zmieniła się. Z ulicy dochodziła ta sama łagodna melodia, którą słyszała w Dziurawym Kotle.
I coś jeszcze się zmieniło. Znikły kolory. Ciepłobrązowe tynki kamienicy naprzeciwko, czerwone litery szyldu, zielony szal drobnej czarownicy naprzeciwko – wszystko było szare. Jakby oglądała to w telewizji i ktoś wyłączył kolor. Rozejrzała się dookoła. Wściekle zielona apaszka Becky też zszarzała, zszarzało złotawe piwo w przezroczystej baryłce na szynkwasie...
Za uszatym potworkiem z bębnem szło kilka takich samych stworów niosących dziwaczny instrument, przypominający skrzyżowanie fortepianu z organami, na którym grał przeraźliwie chudy czarodziej, wzrostu chyba siedmiu stóp.
Krzyż nieśli już ludzie, człowiekiem był duchowny idący za krzyżem i ludzie nieśli solidną trumnę.
- Kto to umarł? - spytała stojącego obok niej siwego czarodzieja w jaskrawośliwkowej szacie.
- To ja wiem? - wzruszył ramionami. - W każdym razie protestant, papieżnickie pogrzeby chodzą od Wypędzenia. Tu co drugi dzień jakiś pogrzeb przechodzi.
Zdążyła się już przyzwyczaić, że umierać należy dyskretnie i dyskretnie chowa się umarłych. Tak dyskretnie, jak dyskretnie się człowiek rozmnaża. Tak, jak umarł na wiosnę Ken Morley – poszedł na chorobę, a w miesiąc potem przeczytała w gazecie, że Ken umarł, a pogrzeb odbył się w najściślejszym gronie rodzinnym.
Czarodzieje najwyraźniej uważali, że nie ma się czego wstydzić. To samo widziała u Latynosów. Jakby śmierć była dla nich ostatnią okazją, żeby znaleźć się w centrum uwagi.
Ulicę znowu wypełniła przytłaczająca muzyka trąb udających dzwony. Przed oknami knajpy przeciągnęło kilkadziesiąt osób w czerni.
Mężczyzna naprzeciwko włożył cylinder i wziął swoją towarzyszkę pod rękę. Margit nagle zrozumiała, skąd ich zna.
Kiedy miała siedemnaście lat, raz na tydzień wieczorem życie w Wielkiej Brytanii zamierało. W telewizji nadawali Sagę rodu Forsyte'ów.
W trzydzieści lat później najwyraźniej Aneta z Lamotte'ów i Soames Forsyte'owie zeszli z ekranu, żeby obserwować pogrzeb nieznanego jej czarodzieja, jak wtedy, kiedy widziała ich po raz pierwszy, obserwowali pogrzeb królowej Wiktorii.
Odeszli. Kolor wrócił. Napis na ścianie znowu był czerwony. Tym razem mogła go przeczytać bez trudu. To jej i jej synowi wieszczyły rychły zgon koślawo napisane słowa:
MUGOLE I SZLAMY ULEGAJĄ BIODEGRADACJI.
To za wasze grzechy, podpowiadało Sumienie. To Boża kara, warczało Sumienie.
Twoi rodacy wydawali sojusznikom swoich współobywateli na pewną śmierć za to, że mieli niewłaściwy kształt nosa.
Cicho bądź!
To za grzechy twoich ustosunkowanych krewnych, którzy nie chcieli lub nie potrafili temu przeszkodzić, twój syn nie jest pewien dnia ani godziny.
Milcz!
Ja jestem Bogiem surowym, który za grzechy ojców nawiedza synów do trzeciego i czwartego pokolenia...(3)
Rozum powinien zapytać, za czyje grzechy w takim razie miałaby cierpieć na przykład Hermiona. Ale rozum uciekł z podkulonym ogonem i ukrył się w najdalszym kącie.
Nie miała siły o tym myśleć. Wypiją jeszcze po kielonku i będą dzielne. A przynajmniej będą się starały.

Gdy skrajem Starego Rynku dochodziły do Pokątnej, było już ciemno. Gdyby nie nieliczni przechodnie zmierzający na wieczorną mszę w kościele Wypędzenia Przekupniów ze Świątyni, rynek byłby pusty.
- Co to jest? - zainteresowała się Margit.
Nad bramą ciemnozielonej kamienicy na rogu Kpiarskiej powiewała wielka czarna flaga z białym krzyżem. Przysięgłaby, że dwie godziny temu, kiedy tędy przechodziła, jeszcze jej nie było.
- Ktoś umarł – odparła Becky. - Wejdziemy?
- Znałaś go?
- Nie, ale...
- No to chyba jakoś głupio?
- Dlaczego? Jak tu ostatnio byłam z Weasleyami, to też spotkaliśmy coś takiego, stąd to znam... no więc kupiliśmy na ulicy po świeczce, weszliśmy, w sieni stała trumna, oni się pomodlili, ja przeczekałam, wypiliśmy po kieliszku wina i poszli. O, proszę, już się handełes ze świeczkami rozłożył naprzeciwko.
Lina trakcyjna zwisająca nad środkiem ulicy napięła się i z brzękiem dzwonu niespiesznie nadjechał tramwaj, zasłaniając na chwilę przedsiębiorczego czarodzieja.
- I tak nie mam na świeczkę – wykręciła się.
- Nie szkodzi, ja mam...
Margit westchnęła ciężko. Becky pod pewnymi względami miała wyczucie jak, za przeproszeniem, mężczyzna.
- Becky, ja naprawdę mam na dzisiaj dosyć nieboszczyków. W Kotle, jak przechodziłam, to chyba odbywała się jakaś stypa. Spotkałam się z tobą na kawę, to nam pogrzeb przez talerz przeszedł. Może wystarczy?

W Dziurawym Kotle zegar nad etażerką z kuflami wskazywał trzy na siódmą.
Młodzi ludzie, których widziała przechodząc przez lokal w poprzednim kierunku, najwyraźniej byli już w lepszych humorach. Jakkolwiek bohater skocznej piosenki, którą teraz śpiewali, także niewątpliwie był trwale i nieodwracalnie martwy:
Niosą jego przez dąbrowę,
Bracia nogi, szwagier głowę,
Zakopali, przyklepali,
Dobrze jemu tak!
(4)

c.d.n.

(1) Ostatnia posługa, sł. Maciej Zembaty, muz. Fryderyk Chopin.
(2) O mieszaniu psychiatrii z polityką przez mugolskich sojuszników Śmierciożerców można przeczytać np. tutaj.
(3) Wj 20:5
(4) Wg: Ułan, autorzy nieznani.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Komentarze do odcinka V

Postautor: archiwalny » 29.08.07, 14:24

Magdalaena w 23.03.07 08:31:11


Właśnie idę do pracy więc tylko na szybko napiszę, że odcinek jest dobry, a szczególnie podobała mi się kontynuacja sporów doktrynalnych w zakonie.



Arianrod w 06.04.07 20:28:01


Zachęcona obietnicą, że Autor będzie pisał zrozumiale (mam Świadków!!!), zbijam obiecaną trumnę.

Odcinek dobry jest. Tym razem moją ulubienicą jest Magrit i jej umiejętność przekładania doświadczeń. I przywiązanie do brytyjskiego paszportu i wszystkiego, co ten za sobą niesie. Apel do Autora - nie rób z Magrit alkoholiczki! To jest baba z jajami, ona sobie poradzi!

Przesłuchanie 16-letnich chłopców za pomocą legilimencji - mniód! W sumie, co innego mogło się w tych pustych głowach znaleźć
Wykład z mugoloznawstwa też mi sie podobał nader bardzo. Kanon jest ubogi we wszelkie nauki psychologiczne i socjologiczne, trzeba te luki wypełniać. Ciekawa rzecz swoją drogą - oni w kanonie uczą się tylko rzeczy użytkowych - jak wykonać zaklęcie, jak zrobić eliksir itp. Pomijam, że żadnych języków, a łacina by sie na ten przykład przydała - to jeszcze ani literatury, ani matmy... Z Hogwartu kalecy wychodzą???



Lucy Pym w 11.04.07 18:26:59


Czytałam już trzy razy, to teraz wyprowadzenie trumny... Akurat w klimacie odcinka.

Rozwój akcji, wiązanie ze sobą wątków nadal mi się podoba. Ciekawa jestem, jak by się to czytało na zmianę z szóstym tomem - pewnie dobrze, gdyby pominąć rozdźwięk między klasami pisarstwa obojga autorów... Bo tekst Rowling, jeszcze przepuszczony przez filtr tłumaczenia Polkowskiego, mógłby mnie w końcu zamęczyć.
Wolę Twoich bohaterów, mają w sobie więcej krwi i kości. Niezmienne brawa za rozwijanie postaci drugoplanowych i odsłanianie drugiego dna wydarzeń. Zmęczony i znerwicowany Lupin, atmosfera wśród dorosłych członków Zakonu - przygnębia jak należy, nieufny Dumbledore, który w najlepszej wierze popełnia błędy - i smuci, i straszy. Podobnie jak rozmowa Margit i Becky Granger - z jednej strony nieco typowych, kobiecych kłopotów, z drugiej - cień wojny, śmierć, wyrzuty sumienia, wątpliwości... Dobrze to jest zrobione. I że się Margit zdarzy nadużyć trunków - nie dziwne.
A z drugiej strony - trochę wytchnienia w postaci interesującej lekcji mugoloznawstwa (Justin ze swoim szalenie oficjalnym stylem wypowiedzi jest uroczy!); choć, jakby się przyjrzeć temu uważniej, to diabli wiedzą, jaka wojna niebezpieczniejsza - ta na różdżki i klątwy, czy ta pełzająca, ukryta pod płaszczykiem normalności...
I fragmenty zabawne - Fred i George z minimalnymi różnicami w charakterach, braterskie pouczenie dla Rona, czuś a koty łowne, odporność skrzatów na depresję, słynne wieszanie się w stajni na lejcach... Wreszcie wyniki zaglądania w głowę Cornerowi i Smithowi - ojjj... Plus hogwarcki rozdzielnik korespondencji.
A w ogóle, jako że jestem akurat po kolejnym tomie Świata Dysku - trochę mi Andrea i Lupin przypominają Vimesa i Sybil Ramkin, moją ulubioną powieściową parę małżeńską. I w sumie chciałabym więcej państwa Lupinów na wizji...
Pozdrawiam z ukłonami,
L.



Arthur Weasley w 27.04.07 18:30:43


Ciekawa jestem, jak by się to czytało na zmianę z szóstym tomem - pewnie dobrze
Zapewne o tyle słabiej niż Smok i pozostałe z tomem piątym, że tym razem pozwalam sobie na jawne niekanoniczności – np. sposób spędzenia przez Harry'ego lipca 1996 czy powakacyjna działalność Gwardii (w kanonie mamy powiedziane otwartym tekstem, że Gwardia działalności zaprzestała, co uważam za kompletnie nieprawdopodobne).
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Odcinek 6 cz. I

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 14:29

Odcinek 6a

Muntele Jorzea, niedziela, 3 listopada 1996 r.


- Pogięło??? - ryknął Charlie Weasley, odwracając się od lustra.
- Poczekajże, dobry człowieku. O co ci chodzi?
- A o co ma chodzić? Nie widzisz, jak ja wyglądam?
Charlie miał prawo być nieco zdenerwowany. Jego twarz wyglądała, jakby ktoś po niej parę razy przejechał szerokim pędzlem umoczonym w błocie.
- Jak kretyn - odparł spokojnie Pat Finnigan. - Kto ci się kazał lizać z dźwiedziem?
- A kto wam kazał dawać dźwiedziowi węgiel?
- A co mieliśmy dać dźwiedziowi, który zeżarł oponę od KrAZ-a(1)? Indyka w maladze?!
- Piranie w Tiranie - podsunął Lee Jordan, któremu najwyraźniej Malaga kojarzyła się raczej z miastem niż z winem.
- A ty siedź cicho, jak starsi rozmawiają! - zgasił go Pat. - Charlie, nie memłaj, umyj się, zjedz coś, albo wypij, albo jedno i drugie, albo list przeczytaj, bo właśnie dwa dostałeś, ło patrzaj...
Charlie spojrzał na okno, na którym zazwyczaj siadywały sowy pocztowe. Istotnie, Hedwiga siedziała na framudze, a Zwłaszcza na parapecie.
Pomysł wysyłania płomykówki na taką odległość był dosyć ryzykowny, Zwłaszcza wyglądała, jakby się miała za chwilę rozsypać w drobny puch. Widocznie Susan miała swoje powody, żeby się nie posługiwać szkolną sową, a do Hogsmeade nie miała okazji pójść.
Charlie miał ciężki dzień.
Po powrocie z cerkwi odkrył, że zamiast ukraińskiego paszportu, przydatnego przy podróżach na mugolskiej stronie, Legalizacja dostarczyła mu legitymację pracownika Kijowskich Zakładów Kawy Zbożowej i Środków Odżywczych.
Potem został wylizany przez dźwiedzia.
A potem przyszedł list od Susan.
Niby nic szczególnego. Zestaw banalnych opowieści o tym, co w szkole, starannie wybrane sprawy, o których można pisać nikogo nie narażając. Tylko co drugi akapit wspominała, że jej go bardzo brakuje – i odniósł wrażenie, że to nie tylko żal, ale i wyrzut, ze wzmianki na wzmiankę ostrzejszy.
- Przyzwyczaić się – poradził mu Pat Finnigan. - Ile możesz tak się gryźć? Przejdzie jej. Po prostu weź coś na spokój, może być samogon, i przeczekaj.
- Aha – przyświadczył Mike Shag. - Przejdzie jej. W stan chroniczny.
- Albo przejdą jej takie jazdy, albo Charlie... Może normalnie na rozum, jak biali ludzie, zapytaj ją, jak często ona potrzebuje, żebyś się odzywał, i tego się trzymajcie?
W obliczu próby wlania jego i Susan do menzurki Charlie miał wrażenie, że zaraz albo jego zabiją, albo on kogoś.
- Albo w ogóle się wyłącz – podsunął Lee Jordan. - Napisz jej, że dla czegoś tam nie będziesz mógł się kontaktować przez jakiś czas w ogóle. Jak kocha, to poczeka, a jak nie kocha, to lepiej, że...
Tego już było za wiele.
- A weźże ty jeden z drugim – ryknął - takie rady spisz ładnym pismem na małej kartce, zwiń w rulonik i przeanalizuj starannie znaczenie słowa „czopek”!

Hogwart, czwartek, 7 listopada 1996 r.

-... i niech do niego dotrze, że ja o Martinie Miggsie wiem tyle, że ktoś taki jest, i mi to wystarcza! - kończyła swój monolog Laura Madley. - I mi to wystarcza! Z zapasem!
Susan westchnęła ciężko.
Odkąd stało się jasne, że jej znajomość z Charliem nie jest chwilowym kaprysem niewyżytego seksualnie smokera i niedopieszczonej nastolatki, w związku z czym chłopcy z Hogwartu jej nie interesują, część dziewczyn uznała ją za idealną partnerkę do rozmów o kłopotach z takowymi. Męczyło ją to coraz bardziej, zwłaszcza że nigdy swoich rówieśników nie rozumiała, a od roku nie rozumiała ich jeszcze bardziej. Dlatego właśnie była z Charliem, a nie z, dajmy na to, Jimem Stebbinsem.
Z drugiej strony wiedziała, że Laury łatwo się nie pozbędzie, a ten akurat problem była w stanie zrozumieć.
- A może właśnie nie powinno docierać – zauważyła sucho.
- Bo co? Bo on by chciał...
- Dokładnie – ucięła.
- Czyli co, jak jemu odwala na jakimś punkcie, to mnie też powinno?!
- Oj, tam zaraz odwala. O czym z nim chcesz rozmawiać? Ile można wałkować zestaw dyżurny „moje problemy, twoje problemy, problemy naszego związku”?
- Tobie to dobrze mówić, twojego chłopaka interesuje to samo co ciebie.
Coś w tym jest, pomyślała. O miotłach jakieś pojęcie miałam. Ale o smokach bardzo słabe.
- Akurat.
- Sama se akurat. Pamiętam, jak wszystkich przed SUM-ami douczałaś potworów, jak ci się oczy świeciły, gdy mówiłaś o smokach, do mnie dopiero wtedy dotarło, dlaczego smok pluje ogniem i się nie parzy...
- Aha. Świeciły mi się, bo mnie o nich uczył Charlie. A co umiałam wcześniej, to się nauczyłam dla niego.
- Czekaj, sekundę, a opieka, a potwory...
- Opieka w sensie opieki to mi jeszcze jakoś szła, ale cała reszta to Boże spuść nogę i kopnij, a zdrowo. Wiesz, co ja w czwartej klasie miałam z potworów?
- No?
- Zet. U Hagrida! Czym się różni norweski kolczasty od walijskiego krótkopyskiego... poza kolcami i długością pyska... to wiedziałam tyle, że jeden ma cztery łapy i skrzydła, a drugi skrzydłapy, ale który jest który to już za mnie odpowiedział Hagrid. Nawet nie pamiętałam, że to się nazywa skrzydłapy, powiedziałam, że „takie coś jak u toperza”. Już nie mówię o takich subtelnościach, jak to, które smoki są żyworodne...
- I co się stało, że się tak zainteresowałaś?
- Toż ci mówię. Chciałam wiedzieć maks o tym, co interesuje Charliego. Żeby jak mu się zbierze, to żebym mogła z nim o tym rozmawiać, a nie słuchać, jak mówi, bo jeszcze się jakaś przygada, która będzie umiała, i kicha. Sorki, ja tu przyszłam zafiukać, a właśnie się zwolnił kominek.

Tymczasem w Muntele Jorzea

- Co ty, kurwa, wiesz o wojnie!
Mike Shag ostatkiem sił skupił uwagę na plakacie BHP z wielkim napisem:
NIE OBCHODŹ SIE ZE SMOKIEM NIEUDOLNIE BO CIE
Koniec napisu był zaklejony grafikiem dyżurów kuchennych.
Listopad dla smokerów niebezpieczna pora. Część smoków już zapadła w sen zimowy, inne dopiero się do tego zbierają i są wyjątkowo kłopotliwe. Jest zimno, mokro, a jeszcze nie ma śniegu. Można dostać doła i większość smokerów z tej możliwości skwapliwie korzysta.
Każdy na swój sposób. Charlie zwykł w takich sytuacjach doprowadzać się do stanu subtelnego niedopicia i udowadniać otoczeniu, że wszyscy mieli lepiej niż on. Tym razem skupił się na mugolakach. A Mike miał pecha do tej kategorii należeć.
- Wojnę to wyście oglądali, jak wam w kinie pokazali bitwę o Anglię!
Mike wziął głęboki wdech. Tylko się nie denerwować, nie wspominać, jak za jego przedszkolnych czasów w rzekomo spokojnej mugolskiej Wielkiej Brytanii bomby zabijały niewinnych ludzi, nie mówiąc już o tym, co się działo w Ulsterze...
- Wasi starzy się martwili, czy akcje spadną, a kapitały się podniosą, a nasi, czy dożyją do jutra!
Mike nie wytrzymał.
- A u nas niby co? U nas to ludzie nie ginęli za darmo, bo im się spaceru po starym Londynie zachciało? U nas niby Ajrysze bomb nie podkładali?
Tym razem Pat Finnigan bardzo zainteresował się plakatem BHP.
- To ja może spróbuję wykurzyć żgłycze ze ścian... - mruknął.
Charlie wzruszył ramionami. Doskonale wiedział, że jedynym sposobem na żgłycze jest polubić. W końcu poza chrobotaniem w ścianach nic nie robiły. Pat zresztą wiedział to również.
- Bardzo mnie to cieszy – mruknął. - Wdzięczny ci za to jestem ogromnie, niech Allach pasie twoje wielbłądy i niech deszcze spadają miękko na twoje pola.
Stanowczo muszę odpocząć, myślał, pójdę na górę, wychlam Finniganowi samogon, walnę się na wyro i choćby tu sam Voldemort przylazł i na kolanach błagał, żebym go wypatroszył, nie wstanę, niech czeka do rana...
- Rudy! - wydarł się ktoś od kominka.
Charlie i Pat starannie udali, że nie słyszą.
- Weasley! Ogłuchłeś? Twoja fiuka!
Susan Bones w kominku pokręciła głową. Maniery kolegów Charliego doprawdy trudno było nazwać wyszukanymi.

- Weź nic nie mów, ja żyję z przyzwyczajenia...
- A bo?
- A bo wziąłem nockę za Pata, dwie pod rząd dla ścisłości, i to takie więcej niespokojne wyszły.
Susan stropiła się nieco.
Komunikat był jasny: Charlie spędził dwie noce poza bazą. I raczej nie w mugolskim hotelu. Jeżeli w ogóle przyznał się, że jest zmęczony, znaczyło to, że leci z nóg. A ona od pół godziny raczyła go banalnymi opowieściami o różnych szkolnych sprawach...

- ... czym ja tak nagrzeszyłem?
- Jadłeś cukierki przed obiadem? - podsunęła.
A co ja jestem, pomyślał, hrabia Bebe?
W dzieciństwie, jak większość magicznych dzieci, bywał straszony losem nieszczęsnego hrabiego, który za życia strasznie nagrzeszył, między innymi jadał cukierki przed obiadem, i teraz straszy w sieci Fiuuu. W szczególności porywa dzieci, które próbują korzystać z sieci bez opieki dorosłych.
- Nie, nigdy nie lubiłem cukierków.
- Piłeś wódkę przed śniadaniem?
- No co ty? Ja szanuję swoje zdrowie!

Rozmowa zeszła na kolejny temat zastępczy. O smokach, dźwiedziach i innej żywinie Charlie mógł mówić długo, a Susan od pewnego czasu naprawdę to interesowało. Ostatnio bardzo poważnie rozważała, czy byłaby szansa od razu po OWTMach pojechać na staż do Muntele, a jak nie, to w inne podobne miejsce, z którego mogłaby się tamże dostać.
- Maleństwo – westchnął Charlie – ja mogę jeszcze długo, jutro mam wolne, ale czy ty aby nie powinnaś iść spać?
- Właściwie to powinnam...
- To może ja się pożegnam, choć serce boli... -
- To się trzymaj, misiu...
Westchnął ciężko. Zapowiadało się kolejne długie pożegnanie.
Nigdy nie rozumiał, dlaczego większość kobiet nie potrafi powiedzieć „cześć” i żeby każdy poszedł w swoją stronę. Uważał, że albo się rozmawia, albo się przestało. Tak samo albo się śpi, albo się człowiek obudził i wtedy wstaje z łóżka. Zdążył się już ze słuchu zorientować, że kobiety mają inaczej, przyjął to do wiadomości, ale nie rozumiał w dalszym ciągu.

Hogwart, dormitorium żeńskie Hufflepuffu, w chwilę później

- Alohomora.
W ciszy panującej na schodach skrzypienie drzwi wydawało się hałasem słyszalnym w Zakazanym Lesie. Nie zapalając światła, skierowała się na pamięć w stronę swojego łóżka.
Coś jej wlazło pod nogi. Zmełła w zębach jeden ze skomplikowanych zwrotów, których nauczyła się od Charliego, gdy ten swoim zwyczajem rozmawiał przez jeden kominek z nią, przez drugi z jakimiś dalekowschodnim znajomymi, a do tego jeszcze z kolegami na żywo.
- Lumos – mruknęła.
Pod nogami miała stertę cienkich broszur sporego formatu. Podniosła jedną z nich. Na okładce chłopak w spodniach z nisko zwisającym krokiem i bluzie przypominającej przykrótką szatę czarodzieja wywrócił się do tyłu u stóp wysokiego cokołu pomnika. Spod nóg wyprysnęła mu owalna deska.
Znała to. Eddie miał tego całe stosy. Nauczył ją alfabetu, bo miał dosyć nudzenia, żeby jej czytać napisy.
Martin Miggs szybko podniósł się z ziemi i otrzepał dżinsy, patrząc na nią z wyrzutem.
- Nox.
W ciemności wyraźnie widać było słabe światło prześwitujące zza kurtyny łóżka Laury.
Zegar na Północnej Wieży z ociąganiem wybił drugą.

Jadłodajnia „Kącik”, środa, 13 listopada 1996 r.

- I ty uważasz, że to jest w porządku? - spytał Kingsley Shacklebolt, krojąc tępawym nożem duży gorący grzyb.
„Kącik” miał parę zalet i jedną wadę: w piątek nie podawano mięsa. A także czasem kiedy indziej – Moody podawał mu kiedyś sposób obliczenia, kiedy przypadają Suche Dni, ale nigdy nie mógł spamiętać.
W każdym razie właśnie był jeden z takich dni, toteż o naleśnikach z pacałychą mógł zapomnieć. Co więcej, właściciel lokalu był tak pobożny, że oprócz mięsa nie podawał wtedy napojów mocniejszych od piwa.
- Nie wiem - odparł Moody, odblokowując drucianą konstrukcję przytrzymującą korek od butelki Sakramencko Mocnego Kremowego. - Coś na niego musieli mieć.
- Pewien jesteś?
- Stary, tak konkretnie to o co ci chodzi?
- W sumie o nic wielkiego, po prostu o to, że to jest droga donikąd.
- A ty co, też uważasz, że nawet w takich czasach lepiej wypuścić stu wrogów niż zamknąć jednego niewinnego?
- Żeby to był taki wybór, to ja bym się chwilę zastanowił.
- Ja bym się nie zastanawiał – odpalił Moody, wpychając sobie do ust osobliwie dużą porcję klusek ze szpinakiem.
- Wystaw se, że wiem. Ja bym się zastanawiał, ale w każdym razie jestem, tego, no, otwarty.
- Sso echcheś? - wybełkotał Moody poprzez kluski.
- Na dyskusję otwarty jestem. Tyle, że oni zamykają paru ledwo podejrzanych, chwalą się na lewo i na prawo, kogo to oni złapali, i dosyć. I nie mów mi, że gdzie eliksiry warzą, tam iskry lecą, bo ja tu nie widzę żadnego eliksiru, tylko same iskry i przypalony kociołek, który śmierdzi na milę pod wiatr! A równocześnie widziałem w archiwach parę zwojów danych o ludziach, którzy chodzą na wolności, niektórzy u nas pracują, normalnie takie rzeczy, że dwa pytania od Kontry i facet prosi o trzy minuty na otrucie się.
- Sprzedaj to Kontrze.
- Sprzedałem. Anonimowo. Bardzo intensywnie szukają teraz wroga, który zmontował taką intrygę wymierzoną przeciwko sprawdzonym ludziom poza wszelkimi podejrzeniami. Świnia świni nie naświni.
Moody dłuższą chwilę siedział bez ruchu, kontemplując popstrzony przez muchy portret przodka.
- Polej – mruknął wreszcie.
Kingsley polał.

Pop Iwan, wtorek, 19 listopada 1996 r.

- Charlie, miałbyś ochotę pojechać do Anglii?
Pytanie było na tyle głupie, że Charlie uznał, iż byłoby skrajną nieuprzejmością udzielić na nie innej odpowiedzi niż głupia.
- A po co, jakby już? - spytał nienaturalnie powolnym głosem człowieka śmiertelnie znudzonego.
Przydział do Międzynarodowych Sił Ochrony nie byłby atrakcyjny dla ojca dzieciom, ale dla niego był zbawieniem. W miarę wiarygodne uzasadnienie podróży w służbie Zakonu było coraz trudniejsze, a jako członek MiSiO w najbardziej naturalny sposób mógł nazajutrz po powrocie z Tybetu znaleźć się w Dakarze. Wszędzie były jakieś magiczne zwierzęta wymagające ochrony.
Związek pomiędzy powyższym a tym, że ostatni misiek nie należący do Zakonu zrezygnował z tej pracy dziesięć lat temu, w Niemczech zaś MiSiO trzęśli ludzie z czarnym krzyżem na płaszczach, był – rzecz jasna – przypadkowy i trudny do uchwycenia.
- To podobno piękny kraj – Klaus Wunderwaffe nie pozostał dłużny.
- Dobra, a bez metafor?
- A jest potrzebny na spotkanie Mieszkomu ktoś z Misia, kto się dobrze zna na smokach i ma dobre kontakty na wschodzie...
Mieszana Komisja Magiczno-Mugolska, wysokie progi. Moja pozycja w świecie wzrasta, pomyślał.
- Da się zrobić. Materiały mi przyślesz?
- Wiesz co, lepiej leć do Anglii przez Wolkenkuckucksheim, a nie prosto, to je opracujemy razem. Możesz też przywieźć ze sobą jakiś ciekawy referat...

Wolkenkuckucksheim, piwiarnia „Pod Wisielcem”, czwartek, 21 listopada 1996 r.

- Za porządnie tu u was na mój gust – mruknął Charlie.
Przekraczając po lądowaniu bramę z napisem „Niebo gwiaździste nad nami, ziemia mugolska pod nami, a prawo moralne w nas”, przez chwilę zastanawiał się, czy aby nie powinien zdjąć butów, żeby nie pobrudzić chodnika. To wrażenie nie opuszczało go przez całą drogę do piwiarni. W dodatku miotły stojące na stojaku przed piwiarnią wszystkie miały równo przystrzyżone witki i stały skierowane włosiem w tym samym kierunku.
Nie darmo złośliwi powiadali, że niemieckie różdżki, jeśli akurat nie robią nic innego, rzucają co pięć minut zaklęcie Chłoszczyść. Same z siebie.
- Tak między nami, to na mój też – odparł Wunderwaffe. - Nie wiem, jak tu można żyć.
- O? - zdziwił się obłudnie Charlie. - To ty ojczyzny nie kochasz?
- E tam, zaraz nie kocham – wzruszył ramionami Klaus. -Kocham nad życie. Und? Moich starych też kocham. I też jak z nimi jestem dłużej niż tydzień, to nie wyrabiam... Prosit!
Dopił kufel. Charlie, nie chcąc przynosić wstydu swojemu krajowi w ogóle, a brytyjskim smokerom z drugiej, dopił również swój. Gospodarz i pozostali dwaj biesiadnicy wstali z miejsc, wyrzucając prawe ręce przed siebie i do góry.
Przy każdym z nich wylądował pełny kufel. Usiedli.
Charlie z trudem powstrzymał się od śmiechu, przypomniawszy sobie, jak dwa lata temu w Irkucku na mugolskiej stronie kelner, usłyszawszy niemiecki język, powitał Klausa podobnym gestem w przekonaniu, że Niemcy tak się witają.
- Ups... - wymamrotał Klaus i zerwał się z miejsca, powtarzając operację. Podsunął kolejny kufel Charliemu.
Taki sam jak poprzedni, z pół galona chyba. Charlie lekko zbladł. Dwa takie kufle to rura. Jeszcze do wytrzymania... ale spotkanie trwało niewiele ponad godzinę, a oni już wypili po pół galona!
Ale to dobrze. Co miał z Klausem obgadać, to obgadał, a teraz trzeba się napić. I nie zastanawiać się, czy jego towarzysze znają angielskie słowa piosenki, którą właśnie grało trzech facetów w skórzanych spodenkach i kapeluszach z piórkiem.
Piosenka była ludowa, stara jak świat. Ale kiedy po rozgromieniu Grindelwalda następca Redgrave'a zapałał wielką sympatią do bratniego germańskiego narodu, powstały nowe słowa, z ironicznym refrenem:
Wesoły wieczór, wesoły wieczór,
Jakby w dzień zaręczyn,
A dookoła, a dookoła,
A dookoła sami dobrzy Niemcy
.
Nie, nie będzie z nimi rozmawiał o Grindelwaldzie. Są sojusznikami, a przede wszystkim miłymi facetami, z którymi można porządnie dać w banię. I należy godnie reprezentować honor Wielkiej Brytanii.

Pociąg Londyn King's Cross Wąsk. - Ottery St. Catchpole, piątek, 22 listopada 1996 r.

Mugoli nienawidzić
Umie byle ciołek -
Czy zawsze równą niechęć
Miałeś do mugolek?

Po dłuższej chwili Charlie zaprzestał prób przypomnienia sobie, na czyją cześć napisano ten wierszyk. Nie miało to istotnego znaczenia i nie z myślą o tym kimś powstał artykuł w Prosto z mostu. Hilary Minster posłużył się znanym cytatem, żeby zilustrować powiązania między światem czarodziejów i mugoli. Szeroko i wnikliwie rozwodził się nad powszechnie znanymi faktami, żeby na koniec dojść do odkrywczego wniosku, że żadna z tych społeczności nie mogłaby normalnie funkcjonować bez drugiej, że więc mugoli należy chronić przed Ciemną Stroną równie ofiarnie jak czarodziejów. A nawet bardziej, biorąc pod uwagę ich całkowitą bezradność.
Gdyby taki artykuł pojawił się w Czarodzieju Powszechnym, Charlie wcale by się nie zdziwił – chyba tylko poziomem argumentacji. Czarodziej od dawna na każdym kroku przypominał, że w liście Pawła do Pryscylli jest napisane „a tak nie masz już Greka i Żyda, mugola i czarodzieja”, a Gamaliel w liście do Kreteńczyków wręcz nakazywał czarodziejom szczególną opiekę nad naszymi słabszymi braćmi w Chrystusie. Jednakże w Prosto z mostu jeszcze rok temu można było przeczytać na pierwszej stronie wywody tegoż Minstera, że „człowieczeństwo mugola jest kwestią wiary. Państwo nie jest powołane do narzucania czarodziejom poglądu Zjednoczonego Kościoła”. Dlaczego właśnie Zjednoczonego Kościoła, skoro katolicy mieli stanowisko jeszcze bardziej radykalne, skoro katoliccy księża już dwieście lat temu potępiali tezę o zbiorowej winie mugoli za prześladowanie czarodziejów i głosili, że zabójstwo nie tylko mugola, ale i skrzata domowego jest grzechem i trzeba się z tego spowiadać - pozostawało słodką tajemnicą autora artykułu.
Mocno, oj, mocno zakorzeniła się w ludzkich sercach nauka prosto i dobitnie wyrażona w pokutującym w Norze siedemnastowiecznym modlitewniku „Przeraźliwe echo trąby Archanielskiej, na Sąd Ostateczny wzywaiącej”:
„- Mugol jestże człowiekiem?
- Mugol nie jest w pełni człowiekiem, ale jest pośredniczym jestestwem, posiadającym oprócz ciała pewne przymioty duszy. Mugol, mówiąc językiem teologii, jest substantia incompleta.
- Dlaczego mugol nie jest w pełni człowiekiem?
- Mugol nie jest w pełni człowiekiem przeto, iż nie może posiadać całej pełni władz ozdabiających naturę człowieka”.
To było dawno. Przed opublikowaniem memoriału, którego autentyczności Ministerstwo tak stanowczo zaprzeczało.
Należy jak najszerzej upowszechniać opinię, że wszelkie poczynania władz – zwłaszcza te, które dla nas będą najbardziej uciążliwe – stanowią jedynie działanie pozorne.
Po osiągnięciu stanu, w którym wszyscy będą się bali wszystkich, a przedłużające się ograniczenia swobód będą odbierane jako nadmiernie uciążliwe przy jednoczesnej nikłej skuteczności, należy zaprzestać ataków na czarodziejów czystej lub prawie czystej krwi. Na tę zmianę wskazywać w prasie i rozpowszechniać opinię, że Ministerstwo zmusza całą społeczność czarodziejów do znoszenia uciążliwych ograniczeń mających bronić jedynie szlam i mugoli. Należy też nieustannie przypominać, że człowieczeństwo mugola jest kwestią wiary i że w dodatku zarówno kościół katolicki jak unitariański dopiero od niedawna uważa mugoli za ludzi.
Wskazane jest też stałe przypominanie o ofiarach polowań na czarownice.

Po opublikowaniu tekstu nazywanego w potocznych rozmowach po prostu „Dokumentem” dyskusje o człowieczeństwie mugoli ucichły. O polowaniach na czarownice też przestano wspominać.
Ale niewidzialna ręka dalej pisała na murach: SALEM POMŚCIMY.
Ale zaklęcia, dzięki którym kwiaty pod Pomnikiem Spalonych trzymały się tygodniami, a pod pomnikiem Redgrave'a więdły po godzinie, nie rzucały się same.
Ale matka niedawno pisała, że co kilka dni fiuka do niej jakiś wcielony i informuje, że jej mąż nie żyje.

Stacja Ottery St. Catchpole Miasto, nieco później

Nazwa stacji nieodmiennie wprawiała go w dobry humor. Miasto, niech ich smok opluje...
- Gdzieś pan był tyle lat? - zapytał kolejarz.
Stacja w Ottery St. Catchpole żadną miarą nie zasługiwała na miano miejsca tętniącego życiem. Ściśle biorąc, była odpowiednim miejscem, żeby umrzeć z nudów.
- E tam tyle. Przecież byłem w tamtym roku na Boże Narodzenie.
- To widocznie nie na mojej zmianie...
Ta rozmowa nic do żadnej sprawy nie wnosiła. I bardzo dobrze.
Był w starej wesołej Anglii. Na małej stacji wąskotorowej kolejki. Tu nie było ani Voldemorta, ani mugolskich brukowców krzyczących na pierwszej stronie o najbardziej osobistych sprawach następcy tronu i jego żony. Tu wszystko było tak, jak między wojnami, kiedy przyjeżdżał na wakacje, i jak w czasie tamtej wojny, której na tej stacji też się nie czuło. Kiedy ojciec za każdym razem zastanawiał się, ile właściwie dzieci potrzebuje biletu, a ile jeszcze nie, a kasjer wypisywał tyle biletów, ile było potrzeba, i nigdy się nie mylił. Na ścianie poczekalni wisiał ten sam plakat z głupkowato uśmiechniętym aurorem trzymającym w ręce kufel piwa „Willow Light” i informacją, że kwarta piwa zawiera tysiąc BTU(2), zaś człowiek pracy potrzebuje dziennie BTU dwanaście tysięcy.
- Pan na długo?
Czar prysł. Zadano mu pytanie o jego plany. Należy odpowiedzieć wymijająco.
- Kto to może wiedzieć? Ot, trochę wolnego się znalazło, to wpadłem.
Na dalsze pytania odpowiadał monosylabami. Wiedział, co zawiadowca powie żonie:
- Przyjechał młody Weasley, ale strasznie zdziczał...
Już po pięciu minutach opuścił stację i ruszył boczną uliczką przez mugolską część wioski. Nie lubił mugolskich głównych ulic. Można pod coś wpaść. Kiedyś przynajmniej instynktownie wiedział, z której strony można się spodziewać samochodu, ale po latach spędzonych w Transylwanii, na Zakarpaciu czy w głębokiej Rosji i to mu się myliło. Oczywiście zawsze można się teleportować w ostatniej chwili, ale wtedy mógłby ściągnąć sobie na kark Sempów – a tego właśnie za wszelką cenę chciał uniknąć.
Listopadowy wiatr ucichł, wyszło słońce. Ciepło nie było, ale w końcu mogło być gorzej. Mogło padać.
Z drugiego wzniesienia widać było dach Nory. Ale coś było nie tak. Od kiedy to papa błyszczy w słońcu? W dodatku na zielono?
Przecież nie piłem! No dobrze, w Londynie na dworcu, ale co to jest kwarta Kremowego?
Zamrugał oczami. Potrząsnął głową. Dach Nory nie przejął się tym specjalnie i dalej błyszczał.
Za chwilę dojdzie do domu i... Wzdrygnął się. Nie lubił przyjeżdżać do domu. To znaczy dobrze się czuł z rodziną, oczywiście, ale samo wejście do domu, czy zwłaszcza wcześniej do obejścia, nie było przeżyciem miłym. Źle się czuł patrząc na rozmaite coraz bardziej rozpaczliwe prowizorki, które rodzice od wielu lat zamierzali naprawić, jak będą jakieś pieniądze. Kiedy już pieniądze się pojawiały, zawsze były pilniejsze wydatki niż remontowanie domu i w efekcie teraz trudno było zaprzeczyć, że dom trzyma się w jednym kawałku wyłącznie siłą wieloletniego przyzwyczajenia.
I nie lubił wiecznych eksklamacji „Ale urosłeś!”, czy też, odkąd jasne się stało, że przestał rosnąć i wyższy nie będzie „Ale schudłeś!”. Gdyby to miała być prawda, mógłby już startować w konkursie „Mister Azkabanu”z szansą na co najmniej trzecie miejsce.
Tak rozmyślając, dotarł przed furtkę, nacisnął klamkę...
Klamkę?
Odkąd pamiętał, furtkę otwierało się patentową konstrukcją założoną przez pradziadka.
Przechodząc przez podwórze miał niejasne wrażenie, że coś się zmieniło. Zatrzymał się.
Na podwórzu nie było ani jednej kury. Po dłuższej chwili zorientował się, że kury, i owszem, są. W przeciwległym kącie podwórza, wygrodzonym i zapewne zabezpieczonym zaklęciem, skoro ghul nie był w stanie wygryźć dziury w płocie.
Stał pośrodku podwórza, które znał jak własną kieszeń, i nie wierzył własnym oczom.
- U nas to się nazywa: Remus myśli – powiedziała Andrea, kiedy latem opowiadał o skłonności ukraińskich mugoli do poprzestawania na stwierdzeniu, że nieźle byłoby zrobić to czy owo.
- A u nas – powiedział wtedy – to się nazywa: ojciec mówi, że będzie...
Otóż właśnie było. Było wszystko to, co ojciec mówił, że będzie. Stał na podwórzu domu po gruntownym remoncie. Jakby na wypadek, gdyby ktoś chciał wiedzieć, jak to obejście wyglądało przed remontem, garaż wyglądał jak zawsze.
Nie musiał być asem legilimencji, żeby wiedzieć, co się stało. Wyobraził sobie nagle stężałą twarz ojca i usłyszał głos:
- Molly, dosyć. To. Jest. Bardzo. Dobry. Garaż.
Nie musiał też być wykwalifikowanym kosztorysantem, żeby się zorientować, że tego wszystkiego nie dałoby się zrobić w krótkim czasie, dysponując tylko pensją urzędnika Ministerstwa. Nawet z dodatkiem funkcyjnym.
Pomysł, że ojciec zaczął na stare lata brać łapówki, można było włożyć między bajki. Nikt przy zdrowych zmysłach nie da łapówki urzędnikowi, po którym na milę widać, że zaraz po jej zainkasowaniu umrze ze wstydu i do wszystkich kłopotów dojdzie konieczność zrobienia czegoś ze świeżymi zwłokami...

Nora, zaraz potem

- Synku, czy ty tam czasem coś jesz?
Matka była doprawdy niezawodna.
- Owszem, prawie codziennie – miał nadzieję, że jego głos dostatecznie ocieka sarkazmem.
- Zjesz co? Pewnieś głodny...
- Zaraz, nie wszystko naraz... - jęknął, przyglądając się pracującemu młynkowi do kawy.
Młynek mełł równo, spokojnie, jakby mu wymieniono wszystkie tryby. Ten sam młynek, który od lat trzeba było co minutę zatrzymywać na dłuższą chwilę, inaczej groził nieodwołalnym rozsypaniem się w kawałki. I który rodzice od lat zamierzali naprawić albo zmienić na nowy.
Rozejrzał się po kuchni. Nie było ani jednego mebla, którego by nie pamiętał z dawniejszych wizyt. I nie było ani jednego mebla zniszczonego. Najwidoczniej rodzice wierni starej zasadzie „nie wymieniaj tego, co się da naprawić” spowodowali naprawę wszystkiego, co wymagało naprawy. To znaczy wszystkiego, co znajdowało się w kuchni.
Za co, na młot Tora i sierp Odyna? Przecież Fred i George nie wzięli rodziców na utrzymanie!
Oni nawet może i byliby skłonni sponsorować taki remont, ale mama w życiu by się na to nie zgodziła.
- A w ogóle ja nie na długo i mnie tu w ogóle nie było...
Coś było nie tak. Miał przykre wrażenie, że więcej tego domu w jednym kawałku nie zobaczy.
- Gdzie ojciec?
Molly Weasley spojrzała na zegar. Wskazówka „Artur” właśnie przepełzała od „Biuro” do „Tamte ulice”.
- A, znowu go pognało na mugolską stronę – mruknęła sztucznie lekkim tonem.
- O, naprawiliście zegar? - zainteresował się, pamiętając, że latem wszystkie wskazówki stały twardo na „śmiertelne niebezpieczeństwo”.
- Fred naprawił. Wziął jakiś mugolski eliksir uspokajający, nopazminę czy jakoś tak, przedestylował i wlał do zegara. Zegar dymił przez tydzień, a potem zaczął pokazywać tak jak widzisz.
- Ale co mu było?
- George po pijaku zamiast wyzbierać gnomy spróbował je ściągnąć przez accio - odparł Fred, stając w drzwiach. - Gnomy go olały, a zegarowi odwaliło totalnie. Zamiast tego, co jest, pokazywał przeczucia otoczenia. Stał w kuchni, najwięcej koło niego chodziła mama, to co miał pokazywać? A tak w ogóle to cześć, braciszku.
- Priwiet. (3)
- Mamo, przepraszam cię bardzo, ale my tu mamy nasze ciemne sprawy. Charlie, chodź na moment do stołowego, bo muszę ci coś powiedzieć, zanim razem z Ronem polegniesz na polu chwały...

- Czyli co, da się podejść pod szkołę od jeziora? - upewnił się Charlie, wysłuchawszy szczegółowej instrukcji używania Tarczy Niewykrywalności.
- W zasadzie tak. Na wodzie działa bezbłędnie. Z tym sprzętem możesz dojść... znaczy się dopłynąć... pod samą budę i nikt cię nie wymaca, a jaskinia jest akurat od strony stoczni. Potem jest trochę gorzej, trzeba się przebić. Na lądzie to na razie tylko zakłóca obraz.
- A wejście z jaskini?
- To, coś nam pokazywał, to się poszło kochać jakoś w okolicach naszych sumów. Jest drugie, ale szerokie na jedną osobę i z wyjątkowo parszywym wyjściem. Jak chcesz sobie zrobić romantyczną randkę w jaskini, to ideał, dla silnej grupy pod wezwaniem odpada, wybiją was jak znikacze.
- Charles, Frederick, co to ma znaczyć?
Wzdrygnęli się nerwowo. Nie zauważyli, że matka stoi w drzwiach.
- Nic, mamo. Rozmawiamy teoretycznie.
- W sumie nawet prawdę powiedziałeś – zauważył Charlie, gdy drzwi się zamknęły. - Słuchaj, jak rzucisz ściemniacz, to tylko ciebie nie widać czy ty też nic nie widzisz?
- Ściemniacz to jest egipska noc w proszku. Ty nic nie widzisz i ciebie nikt nie widzi. Więc jak chcesz się nagle wyłonić z mroku, to musisz najpierw złapać kierunek i dobrze się przyjrzeć, a potem rzucać, inaczej nie żyjesz.
- Da się jakoś precyzyjnie kontrolować zasięg działania? Żeby na przykład ściemniło równo do bramy?
- Na razie nie, ale pracujemy nad tym.

Londyn, restauracja „Hipogryf”, sobota, 23 listopada 1996 r.

Tam nad brzegiem jezioraaa... -
zawodziło towarzystwo zgromadzone w sali na prawo od wejścia.
... stała wierzba zielonaaa,
A na tej wierzbie,
Na tej zieloniutkiej,
Trzej dźwiedziowie śpieewaaliiii...

- Pan Weasley? - powitał go kelner. - Drugi gabinet po prawej.
Nie byli to dźwiedziowieee,
- gonił go niosący się po lokalu śpiew -
Jeno animagowieee...
Nigdy dotąd korytarz Hipogryfa nie wydawał mu się tak nierzeczywisty. Promieniująca ze ścian atmosfera spokojnego dostatku w zestawieniu z tym, co się działo w magicznej Anglii, miała w sobie coś nieprzyzwoitego.
W dodatku już był zdążył zapomnieć, jak wygląda Anglia, nawet magiczna, w listopadzie. Słoneczna pogoda, jaką przywitało go wczoraj Ottery St. Catchpole, była raczej wyjątkiem niż regułą.
Tym bardziej - jak wygląda angielskie miasto w listopadzie. Fakt, że za trzy tygodnie będzie jeszcze bardziej ponuro, bo na czteroramiennych latarniach będzie świeciło tylko po jednej lampie, wcale mu nie poprawiał humoru.
Nacisnął głowę mosiężnego lwa, otwierając sobie drogę do gabinetu, i przez dłuższą chwilę zastanawiał się, co powiedzieć.
- Cześć, tato - powiedział w końcu.
Kingsleya Shacklebolta i Klausa Wunderwaffe też mu nie było trzeba przedstawiać. Z mugoli znał tylko jednego, zresztą ojciec uznał za stosowne przedstawić mu wszystkich, doktora Grangera nie pomijając.
Na razie jasne stało się jedno: skąd rodzice wzięli pieniądze na gruntowny remont Nory. Bo skąd mieli na miotłę dla Rona, wiedział od dawna - Bill gdzieś między trzecim piwem a czwartą lufką Ognistej wygadał się, że był głównym sponsorem tego prezentu.
O zarobkach członków Mieszkomu krążyły legendy. Jak to legendy – mocno przesadzały. I, jak to legendy, zawierały ziarnko prawdy...

Hogwart, pokój wspólny Hufflepuffu, sobota, 30 listopada 1996 r.

- Su, ile bierzesz kasy? - spytał bez zbędnych wstępów Stebbins, pojawiając się w drzwiach męskiej klatki schodowej.
- Zamknijże te drzwi – jęknęła Susan. - Nie wiem, pewnie z pół geena, żadnych zakupów nie planuję ani jakiegoś wielkiego pijaństwa.
- A weźmiesz dla mnie do limitu? Po stawce...
Wprowadzone po wakacjach ograniczenie sumy wynoszonej ze szkoły było zmorą lepiej sytuowanych uczniów. Nie dość, że zamiast chodzić do Hogsmeade co tydzień – co od dawien dawna było jednym z głównych uroków życia ucznia szóstej klasy – ze względów bezpieczeństwa musieli zadowolić się (jak szczawie przed sumami – komentowali co bardziej krewcy szóstoklasiści) przepustkami raz na miesiąc, to jeszcze pozwalano im mieć przy sobie jednego galeona i ani knuta więcej. Co oni sobie mieli za to kupić? Mało tego, pieniądze przesyłane na pocztę w Hogsmeade też przechodziły przez kasę szkoły.
Zmora bogatych okazała się zbawieniem ubogich, którzy i tego jednego galeona na przehulanie nie mieli. Jedna czwarta galeona, wyniesionego dla dobrze sytuowanego kolegi, to dwa piwa w Trzech Miotłach (ze zniżką dla Hogwartu) albo trzy w Świńskim Łbie. Ale Susan mogła sobie pozwolić na luksus robienia takich przysług za darmo.
- Daj spokój ze stawką – wzruszyła ramionami. - Stać mnie na robienie takich grzeczności z czystej sympatii.
- A mnie znowuż – uniósł się honorem Stebbins – stać ci z czystej sympatii postawić piwo. Chyba mnie twój za to nie rzuci na pożarcie smokom?
- No nie wiem, nie wiem... - droczyła się. - No dobra, niech będzie – zgodziła się łaskawie. - Ale małe.

http://www.blogpress.pl/node/582
(1) KrAZ (od: Kremenczugskij Awtomobilnyj Zawod) – ciężki radziecki samochód terenowy.
(2) Pachnie ziemia, sł. Agnieszka Osiecka, muz. Stefan Rembowski.
(3) 1 BTU (British Thermal Unit) = 0,252 kcal.
(4) Priwiet (ros.) - Cześć. (2)
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Odcinek 6 cz. II

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 14:31

Odcinek 6b

Londyn, sobota, 30 listopada 1996 r.


Atlanta płonęła.
Stanowczo Margit Boot miewała już lepsze pomysły na ukojenie skołatanych nerwów. Czując, że znowu nadciąga irracjonalny (załóżmy) niepokój o Terry'ego i wiedząc, że od byle czego może się zamienić w paniczny strach, przełączyła telewizor na TNT. Nadawali Przeminęło z wiatrem. Czytała tę książkę jako szesnastolatka i zapamiętała ją jako świetny melodramat. Pamiętała, jak się wściekała na nieporadną Scarlett. Ona byłaby sprytniejsza. Ona potrafiłaby już w pierwszej rozmowie zmusić Rhetta, żeby jej wyznał miłość. A wojna secesyjna? No, ktoś się tam w tle z kimś strzelał...
Scarlett O'Hara z obłędem w oczach przebijała się przez zapchaną wozami główną ulicę. Przed dworcem kolejowym leżały szeregi rannych żołnierzy, którymi nie miał się kto zająć.
Jak właściwie wygląda wojna czarodziejów? Jak się prowadzi wojnę, nie mając czołgów, a mając do dyspozycji zaklęcia? Nikt nie umiał jej tego sensownie powiedzieć, a ona wstydziła się zapytać o tak elementarną rzecz.
Na razie tamta strona przypominała raczej Belfast (i to niekoniecznie w najgorszych czasach) niż Stalingrad, ale z tego, co słyszała, wynikało, że to dopiero uwertura. Jak będzie wyglądał finał?
Na ekran sypały się kolejne stronice konfederackiej gazety.
Calvert Raiford... Fontaine Joseph... Munroe Lafayette... Tarleton Brent... poległ... poległ... poległ... ranny w głowę... poległ... zaginął... poległ... poległ... w niewoli...
Czy oni biorą jeńców? I co z nimi robią?!
Tarleton Thomas. Finnigan Seamus. Tarleton Stuart. Creevey Collin. Goldstein Anthony. Ackerley Stewart. Potter Harry...
Zamrugała oczami. Zaraz, chwileczkę. Potter Harry to nie ten film! To w ogóle nie film!
Zamrugała oczami jeszcze raz.
Z ekranu już dawno znikły i gazety, i opis zwycięskiego pochodu armii Shermana, a teraz roześmiany Murzyn na koźle zrabowanego w imię historycznej sprawiedliwości powozu spychał do rowu rannego południowca wlokącego się o kulach brzegiem drogi. Nie było na liście poległych ani Pottera Harry'ego, ani Boota Terry'ego, ani Granger Hermiony.
Co się ze mną dzieje? Przecież nic nie piłam!
Właśnie dlatego, zasugerował cichy głos. Pani sobie trzaśnie.
Otworzyła barek... Zaraz, moment. Tak nie można. Tą metodą zapije się na śmierć, zanim ta wojna się na dobre zacznie...
Nie chcę, żeby się zaczęła na dobre! Nie chcę!
A Sam Wiesz Kto cholernie się tym przejmuje, mruknął głos.

Tymczasem w głównej bramie Hogwartu

- Nie przesadziłaś z tymi ciuchami? - spytała Hanna Abbott, patrząc na niebo. - Pogoda jak drut.
- Łe tam jak drut. Widzisz te kłaki? Charlie zawsze mówił „cirrusy na niebie, pogoda się zjebie”.
- No, skoro Charlie zawsze mówił... – mruknęła zgryźliwie Hanna.
Nagle poczuła, że widzi siebie z zewnątrz. I słyszy. A właściwie słyszy swoją matkę, tyle razy, nieraz bez wyraźnego powodu, powtarzającą: Edgar zawsze mówił...
Te same słowa.
Ten sam głos.
Te same nieznaczne gesty.
Z zamyślenia wyrwał ją głos Filcha.
- Extraho pieniądze!
Jak było do przewidzenia, z sakiewki wyfrunęła garść trzysyklówek i dwa single. Filch skrupulatnie przeliczył walutę.
- Już też by mogli tam jakiegoś czarodzieja postawić – mamrotał Ernie Macmillan. - Zaczym człowiek wyjdzie...
Susan zgrzytnęła zębami. W zdenerwowaniu Ernie zaczynał mówić z ostrym szkockim akcentem i trudno było go zrozumieć.
- Wolałabym nie – odparła Hanna. - Nie wiem jak ty, ale ja wolę, żeby mnie sprawdzał ktoś, kto mnie nie poczęstuje jakimś mocniejszym zaklęciem typu Przezroczysta Szata. Swoją drogą nie wiem, czym oni go nafaszerowali, że w ogóle jest w stanie rzucić jakiekolwiek zaklęcie...
- Extraho to jest takie zaklęcie, że byle troll je rzuci – mruknął Ernie.- Żeby go nauczyli Accio albo głupiej Leviosy, tobym się też zbulwersił. Przypomnij mi, że musimy w Hogs zajść do apteki i kupić Filchowi węgla.
- Po cholerę?
- Bo już sraczki dostaje, żeby coś znaleźć.

Hogsmeade, nieco później

- Ryby śpiewają w Ukajali.
Susan Bones, czekająca, aż jej podadzą grzane piwo, wzdrygnęła się nerwowo, słysząc z zaplecza lokalu namaszczony głos spikera.
- Ryby śpiewają w Ukajali.
Wiedziała, że w tej samej chwili - gdzieś daleko, może bardzo daleko, a może właśnie dwa kroki stąd - Charlie, usłyszawszy ten sam komunikat, na siłę próbuje znaleźć sposób na pogodzenie tego, co planowali od jedenastu miesięcy, z kolejną akcją, którą Alastor Moody z właściwym sobie polotem opatrzył kryptonimem w rodzaju „Kurd na morwie”.
Gdyby ktoś ją zapytał, skąd wie, że to ma związek z Charliem, nie potrafiłaby odpowiedzieć. Po prostu wiedziała. I wcale się to jej nie podobało.
Wcale.
Wygląd Terry'ego, który właśnie płacił za dużą porcję miodu, też jej się nie podobał. Krukon wyglądał jak ofiara ciężkiego pobicia. Zaklęcia gojące nie działały od razu i nie trzeba było specjalnej spostrzegawczości, by zauważyć podbite oczy, opuchnięcie ust czy ślad po pęknięciu kości jarzmowej. Podbródek też swoje przeżył. Strach było pomyśleć, co kryje się pod szatą.
- Terry, kto cię tak urządził? - spytała.
- Sam się tak urządziłem – syknął. - Trochę mi gimnastyka nie wyszła.
Pokiwała głową. Terry należał do elitarnego grona, które w Gwardii nazywano „wybranymi” - tych, których Minerwa McGonagall uznała za przydatnych do nauki odwracalnej transmutacji w zwierzę z zachowaniem świadomości.
Określenie „kopnął ich zaszczyt” było jak najbardziej na miejscu. O Terrym można było nawet powiedzieć, że zaszczyt go skopał. Gdyby uczeń jakiejkolwiek mugolskiej szkoły między Atlantykiem a Bugiem przyszedł na lekcje tak poobijany, nauczyciele zawiadomiliby policję. Gdyby brytyjski mugol wrócił w takim stanie ze szkoły czy z zajęć przez szkołę organizowanych, rodzice zawiadomiliby telewizję. Wystarczyłby sam widok twarzy, nie mówiąc już o tym, co przyniosłyby dalsze oględziny.
Ale Hogwart nie jest mugolską szkołą. Na pełne zadziwiającej troski pytanie Severusa Snape'a, czy aby nie należy zainteresować się, dlaczego uczeń wygląda jak po pieszczotach z hipogryfem, dyrektor odesłał Snape'a do Minerwy McGonagall jako odpowiadającej za bieżące sprawy porządkowe, McGonagall do opiekuna domu, Flitwick zaś odpowiedział tylko:
- Widocznie trzeba, żeby wyglądał.
Trzy miesiące temu na Świętym Nosie Terry, mając jednocześnie skręconą nogę, rozbitą głowę, podejrzenie złamania ręki i sto dwa stopnie(4) gorączki, na pytanie „co cię boli?” odpowiedział „Wszystko!” Ale wtedy to była strzelista hiperbola, a teraz proste stwierdzenie faktu.
No, bez przesady. Żebra bolały tylko przy dotknięciu, a grzbiet tylko jak się schylał...
Już po kilku zderzeniach twarzy z posadzką czuł każdy ząb z osobna, a to był dopiero wstęp do tego, co przeżywał od powrotu do ludzkiej postaci. Ból, jaki sprawiały stawy skokowe po zgięciu chociażby do kąta prostego, a kolana po rozgięciu poza kąt prosty, zamieniał chodzenie w wyrafinowaną torturę.(5)
- Inni i tak mają gorzej – mruknął, gdy siadali przy stole w kącie.
Coś w tym było. Taka na przykład Ginny Weasley, w ucieczce przed Krzywołapem zsuwając się po twardej linie kotary, rozcięła sobie obie dłonie i oba uda, nie mówiąc już o głębokim śladzie na piersi i brzuchu, długim na półtorej stopy.

- ...chciałem iść na jungę do Latającego Holendra – narzekał obok Euan Abercrombie - to się mama zaparła na Hogwart, bo mówiła, że we flocie za ciężko dla mnie.
Pojutrze następne ćwiczenia...
- Cześć Terry, wszystko w porządku?
Pytanie Harry'ego było formalnością. I odpowiedź była formalnością.
- W zasadzie tak.
- Wytrzymasz?
Wytrzyma. Gdyby mógł cofnąć czas, toby się nie zdecydował. Ale jak już tyle wytrzymał, to szkoda, żeby się miało zmarnować. Krukon zdycha, ale się nie cofa.
Teraz już mniej więcej wiedział, jak się ruszać na czterech łapach, żeby co chwilę nie trafiać twarzą w ziemię, jak je stawiać, żeby się nie rozjeżdżały na śliskim podłożu. Pod koniec drugiej nocy szkolenia nauczył się nawet posługiwać się ogonem tak, żeby pomagał w utrzymaniu równowagi, zamiast przeszkadzać.
Pojutrze ma się uczyć skakać.
- To co, bierzemy rurę, żeby się napić za zwycięstwo? - spytał Harry, kładąc na stole odwróconą tiarę.
Uwadze Terry'ego nie uszło, że Harry ma ręce lekko sine, jak przy wychłodzeniu, i że drżą mu jak po dużym, długotrwałym wysiłku.

Hogwart, tegoż dnia wieczorem

Terry Boot myślał.
Zdaniem przeciwników stanowczo za długo. Zwłaszcza jak na człowieka, który częściej niż ktokolwiek inny powtarzał partnerom i przeciwnikom:
- No ile będziesz myślał, na Szetlandach dnieje!
No tak, ale on miał powody.
Jego matka piła za dużo, był cały potłuczony, rzuciła go dziewczyna, a na dodatek jego partner, przynosząc hańbę Narodowi Wybranemu, po licytacji przypominającej rozmowę ślepego z głuchym zostawił go w pięciu dzwonkach do rozegrania na siedmiu trumfach.
Najwyraźniej Susan Bones też zdawała sobie sprawę, że tego się nie da ugrać. Chyba pierwszy raz w życiu odważyła się coś zawetować.
- Dobra, państwo drogie – przynagliła - ale może lepiej jakieś ludzkie tempo, już nie mówię o zjawiskach astronomicznych zachodzących na Morzu Północnym, ale my tu gramy, gramy, uśmiechy robią nam się coraz szersze, a tu zaraz dziewiąta, zawsze jest ryzyko, że Filch na chwilę wyjdzie z klopa i przejdzie się po korytarzach...
Terry opluł kawą karty, stół i Erniego Macmillana.
- Nie rzucaj tekstami, kiedy gram pięć – warknął, kładąc na stole liściową siódemkę. Ernie z ciężkim westchnieniem położył na niej goblina. Goldstein bez namysłu dołożył z wychodka samotną wiedźmę.
Ernie wlepił wyczekujące spojrzenie w Susan.
Susan wzruszyła ramionami. Nie miała już liści, trumfów też, nie widziała sposobu na przeszkodzeniu przeciwnikom w dograniu. Po trolla ona to wetowała?
A, prawda, kolory jej się pomyliły.
Komunikat usłyszany w „Trzech Miotłach” zupełnie ją wytrącił z równowagi. Nie przekonał jej rozsądny wywód Hermiony, że Zakon jest spory i naprawdę nie w każdej akcji uczestniczy Charlie, że nie każda zresztą jest niebezpieczna, że ponadto na pewno część – może większość – niezrozumiałych komunikatów w ogóle nic nie oznacza, że więc nie ma sensu martwić się na zapas. Wiedziała swoje.
Rzuciła pierwszą kartę z brzegu i zapatrzyła się tępo w przestrzeń.
Goldie zamrugał oczami i spojrzał na nią wyczekująco.
Czegóż on chce ode mnie?
- Wasze – powiedziała niecierpliwie. - Wzięliście.
- Doceniam, że nam ją chcesz sprezentować – skomentował sarkastycznie Terry. - Drobne upominki umacniają przyjaźń. Ale mimo wszystko grajmy normalnie. Wzięłaś.
- Jak wzięłam? To jest wasza wiedźma, z wychodka.
- Wiedźma nasza, ale dzwonek twój.
- No to co?
Terry wziął głęboki wdech i bardzo intensywnie wpatrzył się w porysowane oblicze posągu Alberta Pluja Starszego.
- No to to – wyjaśnił bardzo uprzejmie Goldstein, mówiąc powoli i wyraźnie, jakby tłumaczył prostą rzecz osobie cierpiącej na daleko posuniętą sklerozę - że jak się przebije trumfem na czwartej ręce, to to na ogół powoduje wzięcie szychty.
- Jakim trumfem, do jasnej różniczki? - zirytowała się. - Gracie pięć krzyży czy nie?
- Nie. Stanowczo twierdzę, że gramy pięć dzwonków.
- W pierdolca gracie? - spytał przechodzący mimo Stewart Ackerley.
- Jak się gra w pierdolca? - zainteresował się Ernie.
- Mniej więcej tak, jak wy teraz. Cztery osoby siadają dookoła stołu i pierdolą głupoty...
- O ile wiem, w gwinta. Konkretnie to ja gram, nie wiem jakim cudem ponurym, wetowane pięć dzwonków – odparł Terry, obrzucając swojego partnera posępnym spojrzeniem. - I Susan właśnie to obłożyła. Jest bez raz i bez więcej nie będzie – położył karty na stole. - Dzwonki zeszły, krzyży nie masz, serca dobre, liście dobre. Ktoś zgłasza jakieś pretensje?
Susan nie zgłaszała. W ogóle miała serdecznie dosyć gry i wszystkiego.
- Wiecie co, ja spadam.
- Dajże spokój – zaprotestował Ernie - jedno rozdanie i skończymy.
- Sam daj spokój – zirytowała się. - Nie widzisz, że gramy jak mugole w quidditcha? Już nie mówię teraz, ale w poprzednim rozdaniu co było? Zlitujże się, źle zrozumieć odpowiedź na pytanie o smoki?!
- Ale skończyłaś prawidłowo, na baryłce. Trzy smoki mieliśmy i graliśmy baryłkę. Po to się pyta, żeby z trzema smokami grać baryłkę, a nie beczkę.
- Fajnie. Baryłka też nie wyszła.
- A to już, wiesz, na układy nie ma rady, będziesz to teraz przeżywać jak Grindelwald wojnę? Rozdajesz.
- Naprawdę nie. Spadam. Pograjcie sobie z Ackerleyem, gdzieś tu był ostatnio.
- Ale wymyśliła! - prychnął Terry. - Ackerley to nie jest partner, tylko stojak na karty! Zostawi cię w pytaniu o smoki, żeby tylko nie rozgrywać!

Hogwart, pokój wspólny Hufflepuffu, nieco później

Susan miała niejasne wrażenie, że zaczyna wariować. A co najmniej głupieć. Przecież nawet zakładając, że Charlie znowu pakuje się w jakieś kłopoty, nie można spędzać życia na martwieniu się o niego!
Podeszła do masywnego regału pomiędzy kominkiem a drzwiami na męskie schody, zza których dochodziła charakterystyczna woń dymu „Smokerów z filtrem” (paczka dwa sykle trzy knuty, szkodliwe z uwagi na zawartość nikotyny i sznurków), i wyciągnęła z dolnej półki grubą księgę oprawną w skórę.
Księga pochodziła z czasów jeszcze przed opublikowaniem pierwszej Encyclopaedia Magica i zgodnie z podtytułem „De omnibus rebus et quibusdam aliis”(6) zawierała mnóstwo cennych informacji z każdej dziedziny, podanych w formie pytań i odpowiedzi według najlepszej wiedzy autora. Susan uważała ją za znakomity środek na chandrę.
Usiadła i otworzyła księgę na chybił trafił. Nie zawiodła się.
Czemu ptacy mleka nie miewają?
Przeto iż by cyce mieć musieli, które by im wadziły ku lataniu.


Hogwart, pokój wspólny Gryffindoru, środa, 4 grudnia 1996 r.

- Wy w to wszystko wierzycie? - zainteresował się Ron.
- Kto my i w co wszystko?
Głos Seamusa Finnigana wyraźnie wskazywał, że doskonale zrozumiał pytanie i że nastroiło go ono dość wojowniczo.
- Katolicy. W takie rzeczy, jak Luna opowiada.
Ostatnio ulubionym tematem Luny była trzecia i czwarta tajemnica fatimska. Jej zdaniem to, co działo się ostatnio w Anglii - zarówno magicznej jak i mugolskiej - znakomicie pasowało do obrazu dni ostatecznych przedstawionego w czwartej tajemnicy, księżna Diana była nikim innym jak nierządnicą babilońską we własnej osobie, a Voldemort Antychrystem. To ostatnie nawet trafiało im do przekonania.
Ron co prawda protestował, że gdyby nawet wierzyć w Czwartą Tajemnicę, i tak dałoby się znaleźć na poczekaniu tuzin innych wykładni, ale przyciśnięty przez Lunę do muru nie potrafił zaproponować żadnej.
Równocześnie zimno, długie wieczory, niedoświetlone korytarze i adwentowe wieńce zamiast lamp (w dodatku w tym tygodniu z zapaloną tylko jedną z czterech świec) nastrajały do dyskusji na wysokim poziomie abstrakcji.
- Nie – prychnął Seamus. - Przynajmniej ja nie mam zamiaru. Tak samo jak my czarodzieje nie wierzymy w widłożabągi trójskrzelowe.
- Ale chyba musicie. Te wasze dogmaty, objawienia i takie tam...
- Nic nie musimy! - zirytował się Seamus. - Papież powiedział, że nie musimy! Ani czarodzieje, ani mugole!
- Jakoś ostatnio?
- Żadne ostatnio! Jakoś cholernie dawno! Jakiś Klemens czy Benedykt, numeru ci nie powiem, Granger będzie wiedziała...
- Hermiona jest protestantką – zauważył Dean Thomas, nie podnosząc głowy znad Tajemniczej wyprawy Jima.
- No i co z tego! - zirytował się Seamus. - Jak czegoś nie wiem z katechizmu, to idę do Granger i ona wie, żebym był nawet Czcicielem Wążżża tobym robił to samo. Jak Goldiemu czulent nie wyszedł, to też poszedł po radę do Granger!
- Mniejsza o to – Ron najwyraźniej nie miał ochoty rozwijać tematu wszechwiedzy i doskonałości Hermiony. - Co z tym Anzelmem?
- Anzelm to nie. Benedykt albo Klemens, dwucyfrowy numer w każdym razie, powiedział, że w objawienia świętej Benzedryny czy innej Antyfony, w ogóle to wszystko, co po Apokalipsie, to można wierzyć, można czcić, ale nie ma obowiązku! I ja wcale nie zamierzam.
- Co wiem? - spytała Hermiona, zjawiając się nie wiadomo skąd.
- Kto powiedział, że nie należy się spodziewać objawienia publicznego przed chwalebnym przyjściem i takie tam.
- Benedykt Czternasty.
- A, właśnie, jak już jesteś – ożywił się Ron - czym się różni mugolski kalendarz?
- Tym, że ma nieparzyste strony bardziej - odparła bez namysłu Hermiona. - A tak konkretnie to o co ci chodzi?
Pięć lat w Hogwarcie nie nauczyło ambitnej dziewczyny, że niewiele pytań tak skutecznie doprowadza rozmówców do szału. Ale Ron był akurat pokojowo nastawiony do świata.
- Jaka teraz jest data u mugoli?
- Jak gdzie. W Wielkiej Brytanii czwarty grudnia. A co?
- Ale kiedy u nich jest Boże Narodzenie?
- Dwudziestego piątego grudnia, a kiedy ma być? Ronald, o co ci chodzi?
- A bo wbiłem ostatnio do Dolnego Hogs i tam wszystko wyglądało, jakby jutro miały być święta. Girlandy, aniołki, kolędy...
Hermiona westchnęła ciężko.
- To jest normalna konsekwencja procesu laicyzacji u mugoli - zaczęła. - Ponieważ oddzielili obchodzenie świąt Bożego Narodzenia od cyklu liturgicznego...
Ron przymknął oczy.
Zanim jednak odpowiedź Hermiony rozwinęła się w referat, odezwał się Harry, rozwiązujący przy kominku krzyżówkę z „Proroka”.
- Miona, tu mi brakuje „nasz człekokształtny kuzyn”, sześć liter, czwarta B...
- Crabbe – prychnęła Hermiona.
To już nie była ta Hermiona, która na każdym kroku protestowała przeciwko, jak to z przekąsem określała, „domocentryzmowi”. Nie po wyczynach Brygady Inkwizycyjnej. Nie po tym, jak w gabinecie Dolores Umbridge spędziła parę minut z różdżką Goyle'a przyłożoną do głowy. Nie po Malfoyu grożącym Ronowi Azkabanem.
Oczywiście, jak każdy szanujący się Gryfon, miała swojego porządnego Ślizgona, ściśle biorąc nawet troje porządnych Ślizgonów. I, jak każdy szanujący się Gryfon, uważała za głęboką naiwność obdarzanie zaufaniem jakiegokolwiek Ślizgona spoza tego elitarnego klubu.

Hogwart, poniedziałek, 16 grudnia 1996 r.

- Proszę państwa, czy zdarzyło wam się przeczytać coś ciekawszego od Śladów smoczych pazurów? - spytał Jonatan Ahum.
Susan czuła na sobie wzrok kolegów. Gdyby normalnie przespała noc, prawdopodobnie wystąpiłaby z obszerną przemową, skupiając się bądź na zaletach niemal dowolnej przeczytanej powieści, bądź na nieprawdopodobieństwach psychologicznych i sytuacyjnych, od jakich roiły się Ślady – ze szczególnym uwzględnieniem dość mglistego pojęcia autorki o życiu smokerów i jeszcze słabszego o życiu smoków.
W odróżnieniu od kolegów przeczytała tę książkę dosyć uważnie, co parę minut informując wszystkich dookoła, że Wendy Yellows jest kretynką znającą się na smokach jak gumochłon na gwiazdach.
Ale Susan nie przespała ostatniej nocy normalnie. Położyła się późno, a teraz jej myśli błądziły między wczorajszym wieczorem, zeszłą pasterką, nadchodzącą pasterką oraz zagadnieniem wagi zasadniczej, jak wyciągnąć Charliego do teatru.
Jak było do przewidzenia, nikt nie uznał za stosowne zabrać głosu. Anglista pokiwał głową.
- Współczuję – powiedział z lekkim uśmiechem na brodatej twarzy. - Osobiście potrafiłbym znaleźć co najmniej dziesięć tysięcy bardziej interesujących rzeczy, ale nie po to tu jesteśmy, niestety zresztą.
Właściwie Ślady nawet nie były takie złe. Miała wrażenie, że gdyby autorka zrezygnowała ze smoków, dalej nie byłoby to żadne arcydzieło literatury, ale dałoby się czytać.

Londyn, Pokątna róg Kpiarskiej, piątek, 20 grudnia 1996 r.

- Cześć Charlie, ty już w Anglii?
Charlie przez ostatni rok zmienił parę swoich dawnych przyzwyczajeń, ale zasady, że na głupie pytania udziela się głupich odpowiedzi, trzymał się twardo. Czasem robił wyjątki, ale w przypadku pytania Ralpha Michaelsona nie widział powodu.
- Nie - odparł bez namysłu. - Charlie Weasley jest w Usti nad Łabą, a ja jestem cudownie ocalonym Syriuszem Blackiem. W czym mogę przeszkodzić?
Był w Anglii, a jakże. I wcale nie tak sobie to wyobrażał. Przyjechał przedwczoraj i właśnie znalazł dla siebie chwilę wolnego czasu.
- Super. Revelio!
Ból to nie był, ale doprawdy nic przyjemnego.
- Revelio! - odwzajemnił się Michaelsonowi pięknym za nadobne.
- No, to przynajmniej coś o sobie wiemy... Wejdziemy na chwilę?
Charlie nie tracił czasu na dopytywanie się, czy rozmówca chce wejść do „Esów i Floresów”, koło których właśnie przechodzili, czy też dwa domy dalej do „Dziurawego Kotła”.
- Możemy. Tylko wiesz, ja tu służbowo i w ogóle mnie tu nie ma, więc sam rozumiesz, że bez przegięć.
Szansonista na scenie lekko przepitym głosem opiewał uroki życia chłopaka z Nokturnu, prowadzącego tryb życia, który przy największej nawet dozie tolerancji trudno byłoby nazwać uczciwym:
...Lecz dziś to nie jest hańbą żadną,
Bo w Ministerstwie także kradną!

Grunt to rodzinka, grunt to rodzinka,
Bo kto rodzinkę fajną ma,
Nie wie co bieda,
Bo gdy potrzeba,
To mu rodzinka zginąć nie da!

Skoro występował w tej chwili, widocznie lokal spodziewał się większej grupy gości. Na razie jednak śpiewał sobie a muzom, bo gości było niewielu, można było liczyć na kelnerską obsługę. Ralph strzelił palcami.
- Panowie sobie życzą?
- Panów to wyrżnęli - prychnął Ralph. - Nasze kufle z wsadem, a dalej się zobaczy.
Charlie zapatrzył się na etażerkę z kuflami. Lokal kupił większą ilość nowych naczyń. Las rur do piwa widoczny przez uchylone drzwi na zaplecze też był gęstszy niż kiedyś. Najwidoczniej londyńscy czarodzieje otrząsnęli się z pierwszego szoku i teraz intensywnie go odreagowywali.
- Jak tu żyjecie? - spytał.
- A co, radia nie masz?
- Radio może i mam, i w ogóle my tam w górach czytamy gazety i wszystko wiemy, ale... wisz pan, jak jest.
- No nie przesadzaj, Bangor się nie ocyndala. Nasze zdrowie!
- Nasze. Pewnie że Bangor nie, ale ja pytam tak po ludzku, na co dzień.
- Jakoś się żyje, jak widzisz. Na początku był istny cyrk, sempy sprawdzały każdego, kto wyszedł na ulicę, nie gromadzić się wyżej pięciu osób, a potem wszystko sklęsło. Tylko się wszystko strasznie pobożne i patriotyczne nagle zrobiło.
- Przeszkadza ci, że ludzie chodzą do kościoła?
- Przeszkadzać to mi przeszkadza to, że nieraz najgorsze kurwy przed samym ołtarzem stoją, ten ołtarz to im się powinien na pysk wypierdolić za to, co przez cały tydzień nagrzeszą...
- Polej – mruknął Charlie.
Ralph dopełnił oba kufle.
Wypili.
- A, właśnie – ożywił się Ralph, jakby kolejny łyk piwa odświeżył mu pamięć – co robisz w Święta?
- A bo?
- A bo miałem cię zapytać...
Charlie zamienił się w słuch.
- Tak, słucham?
- Bo właściwie to jedziemy z Sally do Tuwy i najlepiej by było... - urwał.
Charlie nie mógł już zamienić się w słuch, więc zesztywniał.
Sally Oaks, która zamierza opuścić rodzinny dom na Boże Narodzenie, zanim wyjdzie za mąż (za Ralpha oczywiście, bo nigdy nie rozpatrywała innej kandydatury) - to było coś szokującego.
I co się ma zamiar dziać w tym bynajmniej nie zapomnianym przez ludzi kącie Azji, też wiedział.
Ralph patrzył na niego, najwidoczniej zastanawiając się, czy nie powiedział za dużo.
- Akcja „Krówki w mroku” - powiedział. - Mówi ci to coś?
- Mówi. Ale myślałem, że to mają załatwić Rusini i miejscowi, a od nas tylko Moody?
- Też tak myślałem.
Pieszczoną od zeszłego Bożego Narodzenia, dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach wizję zaczynającą się od świetlistej plamy rozlewającej się przy dźwiękach kolędy po sklepieniu i ścianach kościoła Oświecenia Gamaliela zasnuła gęsta mgła.

Londyn, kościół pw. Oświecenia Gamaliela, niedziela, 22 grudnia 1996 r.

- ...wśród mugoli obowiązuje pogląd, że grzech pierworodny polegał na odkryciu seksu. Na rozpoczęciu współżycia płciowego. Zupełnie nie wiadomo, skąd się wziął...
Susan westchnęła ciężko. Była właśnie w trakcie pisania pracy semestralnej o różnicach między duchowością mugolską i magiczną i doskonale wiedziała, że pastor – oględnie mówiąc - upraszcza sprawę, aż różdżka więdnie. Mugolska teologia, i owszem, w wielu sprawach szła zupełnie innymi drogami od magicznej, ale bez przesady!
- Grzech pierworodny to jest grzech pychy. To jest pójście za kimś, kto powiedział Bogu: non serviam! Nie będę służył!
Historia jest pełna ludzi, którzy chcieli być bogami. Dla siebie i dla innych. Teraz z kolei świat czarodziejów ma przeciwko sobie człowieka, który uważa się za szatana osobiście.
Non serviam! Jestem wolny. Nikt mi nie będzie narzucał, w co mam wierzyć, jak mam postępować. Non serviam! Jestem ponad Bogiem, a jeśli nie, to o najmniej jestem dla Niego równorzędnym partnerem. Nie On mnie wybrał, ale ja jego wybrałem. Non serviam! To jest podporządkowanie swojego życia temu, żeby być „w zgodzie ze sobą”, a z Bogiem o tyle, o ile nie przeszkadza. O tyle, o ile jest zgodne z logiką i prawami etyki – taką logiką i takimi prawami etyki, jakie człowiek w ślad za innymi ludźmi przyjął za swoje.
W ten sposób człowiek staje się bogiem sam dla siebie. Tymczasem człowiek nie może być jest bogiem. Nie może człowiek być bogiem, bo Bóg jest Bogiem.
Odrzuciwszy to ograniczenie, oczywiście każdy może oczywiście stworzyć swoją wiarę i swojego Boga. Może w szczególności uznać, że ani Bóg, ani diabeł nie jest potrzebny, żeby posługiwać się magią. Uznać magię za jedną z sił przyrody, nad którą on i tylko on panuje – nie dostrzegając, że odrzuciwszy Boga, używa magii dzięki diabłu i żadnej trzeciej drogi nie ma. I kiedyś będzie musiał za owo używanie zapłacić.
Super, pomyślała. Tylko komu to mówisz, wielebny? Gdybyśmy odrzucali Boga i kombinowali, jak tu się stać Materialistycznym Magiem, toby nas tu nie było!
Odwróciła lekko głowę, żeby podzielić się tą myślą z spojrzeć Charliemu w oczy. Dopiero po dłuższej chwili uchwyciła jego wzrok. Nie spodobało jej się to. Już przy zsiadaniu z miotły miała wrażenie, że Charlie ma jej coś do powiedzenia i zupełnie nie wie, jak to powiedzieć.

Nabożeństwo zbliżało się ku końcowi. Ludzie zaczynali się niespokojnie kręcić, słuchając jednym uchem ogłoszeń.
- Do stanu małżeńskiego zabierają się: Kirsten Cooke, mugolka, wyznania katolickiego, panna, z Edynburga, i Robin Parkinson, czarodziej, wyznania unitariańskiego, kawaler, parafii tutejszej...
Charlie ścisnął ją mocno za rękę.
Za mocno.

Welwyn Garden City, nieco później

- Przynajmniej w święta będziemy mieli dla siebie trochę czasu...
Charlie posmutniał.
- Co jest? - spytała Susan po chwili kłopotliwego milczenia.
- A bo, tego... bo ja właśnie o tym chciałem... bo ja nie wiem...
- Co jest?! - zirytowała się Susan. - Czego nie wiesz?
- Z tymi Świętami. Bo to wiesz... to, co mi mówiłaś... ten taki wiersz czy modlitwa, o tych fletniach i gwiazdach, żeby człowiek umiał wszystko zostawić...(7) no to właśnie we mnie to chyba trafia...
- Święta Flakonio od Cymbałów, daj mi cierpliwości! Powtarzałeś mi do chrypki, że jesteście prości, że do was trzeba otwartym tekstem, to może mi powiedz otwartym tekstem, o co chodzi?
- Jak by ci to powiedzieć.... Jest robota. Jest coś, co będzie trzeba załatwić od drugiego do czwartego dnia po przesileniu. Zajęcie dla odpornych fizycznie, z doświadczeniem przy smokach, dobrą znajomością rosyjskiego i... I musi parę osób pojechać.
Zamilkli na dłuższą chwilę.
- Musisz ty?
- Nikt personalnie nie musi.
Znowu zapadła cisza.
- Cały rok czekałam - powiedziała w końcu Susan. - No i się, żeby to szlag trafił, doczekałam.
- Uważasz, że nie powinienem?
- Uważasz, że powinienieś?
- Ba. Jak nie ja, to kto?
Portret pradziadka wiszący nad biurkiem Susan pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Ktoś musi, a ja przynajmniej znam tamtejszych ludzi. Przecież wiesz...
- Wiem. Dla mnie to nie jest nowość. Mało tego, jak usłyszałam, to pierwsze co pomyślałam...
- Gdzie o tym słyszałaś?!
- Ściany mogą mieć uszy, to i ja nie jestem gorsza. W Heksie podsłuchałam jakichś dwóch gości, żebym nie była wprowadzona tobym nie skojarzyła, bo mówili aluzjami, ale tyle wyłapałam, że jest jakaś akcja, gdzie trzeba większej ekipy ludzi z mocną głową, dobrym rosyjskim i wejściami na Wschodzie, i pierwsze co pomyślałam to że mało kto tam będzie tak na miejscu jak ty. Tylko, nie wiem, miałam nadzieję...
- Że się nie dowiem?
- Nie przesadzaj. Taka głupia to ja nie jestem. Może głupia, ale...
- Wiem. Że będę wolał...
- Sama nie wiem.
Skąd ja to znam, pomyślał. „Sama nie wiem”. Tyle razy to słyszał od matki. Gdy wiadomo było, że wie, że doskonale wie dwie przeciwstawne rzeczy naraz.
- Przecież wiedziałaś...
- Wiedziałam.
Siedział ze złożonymi rękami, patrząc tępo w niedopitą kawę.
- Myślałam, że tam się może bez ciebie obejdą. Nie że się nie zgłosisz, taka naiwna też nie jestem, ale że... - urwała.
Co miała mu powiedzieć? Że dziewczyny od tygodni mówiły, żeby sobie za wiele po świątecznym czasie nie obiecywała, bo nie będzie miał dla niej czasu?
- Uważasz, że musisz? - spytała w końcu.
- Uważasz, że nie powinienem?
- Uważasz, że sobie bez ciebie nie poradzą?
- Uważasz, że się nie przydam?
- Charlie, do cholery, ja chcę normalnie żyć! Rozumiesz? Normalnie!
- Toś sobie fatalnie czas wybrała. A faceta jeszcze fatalniej! Ja się nie będę zajmował hodowlą dźwiedzi na sierść!
Pradziadek roześmiał się, ale zaraz wrócił do zwykłego wyrazu twarzy.
Susan uśmiechnęła się blado. Hodowla dźwiedzi na sierść była przysłowiowa jako przykład beznadziejnej działalności obliczonej na szybkie wzbogacenie.
- Polowaniem na futrusie pewnie też nie – powiedziała bezradnie. - Futrusie są zbyt sprytne.
W ciszy słychać było tylko ciężki oddech Charliego.
- Czekałam...
- Wiem.
- I jeszcze teraz, jak ciocia... - głos jej się załamał.
- Wiem. Wiesz, u nas też różnie może być. Percy...
- Wiem.
- Jasny szlag, ja też na to czekałem! - wybuchnął nagle Charlie. - Dłużej niż ty, możesz być dziwnie spokojna! Ja się już dziesięć lat temu wybierałem na pasterkę z...
Urwał i siedział nieruchomo z wysuniętą do przodu dolną szczęką, z zaciśniętymi oczami.
Wziął głęboki wdech.
- Przysięgałem - powiedział w końcu głucho. - I to się łapie. Chciałabyś być z człowiekiem, który nie dotrzymuje przysięgi? Tę sobie odpuszczę, to może i małżeńską tak samo luźno bym traktował... oczywiście rozmawiamy teoretycznie...
- Teoretycznie, oczywiście.
Pierwszy raz od początku uśmiechnęli się blado.
- Ja naprawdę mam nadzieję – podjął - że kiedyś nie będziemy mieli większych zmartwień niż klozetudes w rurze odpływowej i kto go ma spławić...
Susan pierwsza przestała się uśmiechać.
- Czego właściwie ode mnie oczekujesz? - spytała. - Po pozwolenie przyszedłeś? Pozwolenia żadnego nie potrzebujesz, duży chłopiec jesteś. Jak będziesz chciał jechać, to pojedziesz, zresztą jak cię znam, to decyzję już podjąłeś...
- Akurat nie - przerwał, ale Susan nie zwróciła na to uwagi.
- ...a nie oczekuj, że powiem, że mnie to zachwyca, bo jak zachwyca, kiedy nie zachwyca? Więc czego się spodziewasz?
- Że zrozumiesz.
- Staram się. Na razie bez skutku. Uważasz, że powinieneś. Więc robisz. Sam mówiłeś, że całe życie robisz to, co powinieneś... - urwała na chwilę, jakby próbując czegoś nie powiedzieć. Nie udało się. - Jakbym miała rodzić, też byś pojechał?!
Charlie zbladł.
- Jesteś...?!
Perlisty śmiech Susan wypełnił pokój.
- Z tego, cośmy robili? Chyba bym musiała być wiatropylna!
Wprawne ucho wychwyciłoby w jej głosie zdenerwowanie graniczące z histerią. Ale Charlie nie miał wprawnego ucha. Parsknął krótkim, urywanym śmiechem.
- Rozmawiamy teoretycznie – wyjaśniła, poważniejąc. - Jest jakaś granica?
- Granica czego?
- Tego, z czym mnie jesteś w stanie zostawić, żeby zbawiać świat?

c.d.n.

(1) KrAZ (od: Kremenczugskij Awtomobilnyj Zawod) – ciężki radziecki samochód terenowy.
(2) 1 BTU (British Thermal Unit) = 0,252 kcal.
(3) Priwiet (ros.) - Cześć.
(4) 102°F = 38,9°C.
(5) Tomek Wilmowski palnąłby tutaj wykład na temat anatomii palcochodnych ssaków czworonożnych. Terry nie może tego zrobić z powodu braku bosmana, który by takowego monologu słuchał.
(6) De omnibus... (łac.) - O wszystkich rzeczach i niektórych innych.
(7) K.I.Gałczyński, Notatki z nieudanych rekolekcji paryskich.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Komentarz do odcinka VI

Postautor: archiwalny » 29.08.07, 14:34

Ariel w 28.04.07 02:13:59


Trochę długi odcinek, na co najmniej jeszcze jedno czytanie w najbliższym czasie. Ale że komentarz, znając siebie, mogę napisać teraz albo wcale, to będzie teraz. I krótki.
Zabiłeś mnie zamawianiem piwa w Niemczech oraz, z innej beczki, przedłużanymi pożegnaniami. Spodobało mi się ogromnie wyjaśnienie, dlaczego zegar Molly działał jak działał i sposób na jego wyleczenie. Świetna jest końcowa rozmowa Charliego i Susan i przerwanie relacji w tym właśnie momencie. Chwalę jeszcze Dolne Hogs i w ogóle rozmowę z wiedzącą Hermioną w tle, kupienie Filchowi węgla, znajome rozważanie znaczenia czopek, rozmowę Kingsleya z Alastorem, przypis z bosmanem...
W zupełnie osobnym akapicie, dla wyróżnienia: wymienianie nazwisk poległych żołnierzy. Znajome wtapiają się w tło, zwłaszcza że pierwsze znalazło się między braćmi T. - i nagle, dla przebudzenia, Harry.
Z minusów: zignorowanie potrzebnych lub brakujących spacji w okolicach znaków interpunkcyjnych i iluś drobnych literówek. Tekst ewidentnie miał o jedną korektę za mało. Chwilami trochę irytuje mnie też pokładanie wiary w inteligencję czytelnika, który na pewno zorientuje się o co chodzi, ewentualnie zakładanie, że rozumieć nie musi - na przykład w rozmowie podczas gry w gwinta. Przydałaby się minimalna ilość zasad - zamiast, na przykład, tłumaczenia słowa "cześć".
I może jednak trochę mniej scen. Czy wszystkie są ważne dla fabuły i klimatu?
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Odcinek 7 cz. I

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 14:38

Autor uprzejmie prosi, żeby go nie informować, że popadł w sprzeczność z kanonem, albowiem doskonale o tym wie, a wydarzenia, które wedle kanonu powinny się rozegrać 24 grudnia, umieścił pod datami 23 i 25 grudnia z premedytacją, a nie przez roztargnienie.
Autor na temat sposobu spędzania wieczoru 24 grudnia przez czarodziejów w ogóle, a Weasleyów w szczególności ma zdanie wyrobione i nie będzie co tom zmieniał koncepcji.
Autor zdaje sobie też sprawę, że jego Arthur jest niekanoniczny, ale kanonicznego uznał za nieprawdopodobnego i napisał takiego Arthura, jakiego należałoby rozsądnie oczekiwać po człowieku z takim zawodem i życiorysem.
Zaklęcie
Erectus jest pomysłu Niebieskiego Migdała.

Odcinek 7a


Welwyn Garden City, poniedziałek, 23 grudnia 1996 r.


Susan Bones zazwyczaj budziła się przed pobudką.
Równy oddech koleżanek nieodmiennie wywoływał marzenia o pierwszym poranku po przyjeździe do domu. Kiedy obudzi się w swoim pokoju. Sama. I tak będzie następnego dnia, i jeszcze przez kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt następnych. I nikogo nie będzie obchodziło, że zostawiła coś na nie swoim kawałku podłogi i w ogóle że zostawiła coś na podłodze, narażając Hufflepuff na stratę punktów w razie lotnej kontroli czystości.
Rok temu ten poranny sen na jawie trochę się zmienił. Pojawiła się wizja, w której pewnego dnia obudzi się, i owszem, we własnym łóżku – ale nie sama.
A teraz, wbrew wszelkim planom, główny bohater tej wizji znowu był w drodze do świata, w którym czterdzieści mil to nie odległość, czterdzieści stopni nie mróz(1), a czterdzieści procent nie wódka.
Patrzył na nią z fotografii stojącej na nocnym stoliku, tym swoim cholernym wzrokiem kopniętego psa, jakby błagał, żeby go zrozumiała. Chciałaby. Ale sama też się czuła niewiele lepiej od kopniętego psa.
Drzwi pokoju otworzyły się. Grendel podszedł do niej, machając ogonem – nieznacznie, dyskretnie, jakby bał się ją urazić – i położył jej biało-rudy łeb na kolanach.
Jakaś obsesja z tymi rudymi, pomyślała, machinalnie drapiąc psa za uchem.
Zza uchylonych drzwi dobiegała z radia świąteczna piosenka.
Biało, biało już,
Za oknami śnieg,
Za oknami mróz,
Mocniej przytul się...

W zasadzie nie miała zwyczaju wzruszać się piosenkami z radia. Ale od każdej zasady są wyjątki.
Tak jak robiła wyjątek od zasady, że płyt ani z kolędami, ani z piosenkami o Bożym Narodzeniu nie wyciąga się latem, wiosną ani jesienią. Ile razy przyjeżdżała do domu, słuchała o tym, że
...Biały jest twój sen,
Tak jak ślubny strój,
Kołysanka też
Biała, biała jest...

i myślała o Bożym Narodzeniu 1996, kiedy to, co w zeszłym roku było zaskoczeniem, a doszło do skutku jakimś niepojętym cudem, będzie prostą konsekwencją tego, co się stało przez ten rok.
I jeszcze wczoraj wszystko było na najlepszej drodze. A teraz wszystko, co po nim zostało, to polecenie dla gwardzistów, żeby się zaopatrzyli w smokerskie glany.
A ja chciałbym Ci pod choinkę dać
Moje Boże Narodzenia z najdawniejszych lat...

Nie ubierał tego tak w słowa, ale nieraz mówił na przykład o „pasterkach, na których ciebie nie było, nie wiem dlaczego”...
Wstała i ruszyła w stronę kuchni.
...Może zdziwisz się, może o tym wiesz,
Że ci dać chcę wszystkie Święta - te, co przyjdą, też.

- Zawsze wykręci, kto nie ma chęci - powiedziała przez łzy, wchodząc do kuchni.
Mama nie dała po sobie poznać, że czekała jakiegokolwiek punktu zaczepienia do rozmowy jak kania dżdżu.
- Domem mężczyzny jest świat - powiedziała. - Dlatego świat jeszcze istnieje. Światem kobiety jest dom. Dlatego jeszcze istnieją jakieś domy.
Cała mama, pomyślała. Ja tu mam problem, a ona mi wygłasza głębokie prawdy, które ja doskonale znam.
Znała, fakt. Ogólnie nawet się zgadzała, ale co innego zgadzać się ogólnie, a co innego konkretnie.
- Ale dlaczego ja musiałam trafić na takiego, co musi ten świat zbawiać?
- Bo żadnego innego nie chciałaś – mruknęła Aspazja Bones znad otwartego na trójwymiarowej krzyżówce Czarodzieja Powszechnego na tyle cicho, że ani jej córka, ani wnuczka tego nie usłyszała.
- Z tego samego powodu, z którego ja musiałam trafić na twojego ojca, i dla którego Charlie jest taki, a nie inny: tak zostaliśmy wychowani.
- Nie mogłaś inaczej?
- Próbowałam, ale ojciec nie dał mi szansy.
- Jak ci miał dać albo nie dać, skoro zginął?
- No właśnie...
Biało, biało już,
Za oknami mrok,
Za oknami mróz
I najdłuższa noc.
Biały jest Twój sen,
Tak jak ślubny strój,
O mnie, proszę, śnij -
Biały leci puch.
(2)
Za oknem skrzat przecierał szkła latarni.
Jutro rano zniknie wieniec z pochodniami. Wieczorem znowu zaświeci równe, białe światło, a w CRR głęboki głos Andy'ego Horna będzie ogłaszał, że smucić się w tę noc – to wstyd...

Nora, poniedziałek, 23 grudnia 1996 r., późnym wieczorem

- Moja droga – zaczął Bill z namysłem, niemal sztywno. - Coś sobie chyba musimy wyjaśnić.
Fleur Delacour najwyraźniej też czuła taką potrzebę.
- Dophawdy? - spytała zimno.
Rodzinny wieczór nie przebiegał w atmosferze szczególnej serdeczności. Fleur nie siliła się ukrywać, co myśli o guście muzycznym pani domu, domowym winie z aronii i dyskusjach Arthura z Billem o mugolskich sprzętach do zabijania użytych w wojnie falklandzkiej, krótko mówiąc - że rodzina ukochanego ją drażni, a spędzanie czasu w ich towarzystwie uważa za tego czasu marnowanie.
- Ja wiem – ciągnął Bill głosem sztucznie rzeczowym, wpadającym w ton oficjalny - że miłości między wami nie będzie...
- Między mną a twoją matką?
- Między tobą a moją matką, między tobą a moją siostrą, między tobą a moimi braćmi... W każdym razie, jak mówię, widzę, że miłości tu nie będzie. Zdaję sobie z tego sprawę już od lata. Ale życzyłbym sobie - głos Billa stwardniał, brzmiał teraz jak propozycja nie do odrzucenia – żeby wasze stosunki były przynajmniej poprawne.
Przez cały wieczór bardzo starał się robić dobrą minę do złej gry, ale niespecjalnie mu to wychodziło. Fred i George trzy razy uprzejmie (szczerze mówiąc, za każdym razem mniej uprzejmie) prosili kandydatkę na bratową, żeby powstrzymała się od okazywania dezaprobaty dla upodobań swojej in spe teściowej. W końcu, straciwszy cierpliwość, przyprawili ją o lekkie porażenie strun głosowych i rzucili na nią Zaklęcie Nieznaczności. Zadziałało znakomicie. Przez resztę wieczoru rodzina Weasleyów, poza Billem, zdawała się Fleur nie widzieć i nie słyszeć. Podobnie jak Harry i Lupinowie.
Zapowiadała się ciekawa wigilia.
- Zamierzam wyjść za ciebie, a nie za twoich bhaci, a tym bahdziej nie za twoją matkę!
Bill zesztywniał na tyle, na ile jeszcze było to możliwe.
- Zapewne nie planujesz też poślubienia mojego ojca ani siostry. Niemniej to jest moja rodzina i to będzie twoja rodzina.
- Twoja hodzina to będziemy przede wszystkim my! Ty i ja!
W takich chwilach brzydła gwałtownie. I wydawała się zdolna do wszystkiego.
- I powinieneś stać po mojej sthonie!
- A ty – stracił cierpliwość – powinnaś korzystać z tego tyle, ile trzeba, i ani knuta więcej! Nie będą się tu wszyscy dostosowywać do ciebie. Gdybym nawet stanął po twojej stronie, to do nas też się nie będą wszyscy dostosowywać. Jesteś tu gościem...
- Nie trzeba łaski! W dupie to mam! Hozumiesz? W dupie!!! I możesz mnie tehaz zabić!
Pociemniało mu w oczach. Wieloletnie nawyki starszego brata i prefekta wzięły górę.
- Nie mam zamiaru – oświadczył sucho.
- To ja to zhobię sama!
Trzasnęły drzwi. Skoczył do nich. Złapał za klamkę. Zawahał się.
Odetchnął głęboko, policzył powoli do dziesięciu, odetchnął głęboko jeszcze raz i wyszedł z pokoju.
Przy drzwiach prowadzących na werandę coś się działo. Pod jedną ścianą stał zrolowany dywan, a pod drugą Fred i George.
- Odblokuj mnie, bydlaku! - warknął dywan.
Przyzwyczajone do egipskich ciemności oczy szybko oswoiły się z mrokiem. Dywan okazał się jego najmłodszym bratem, najwyraźniej potraktowanym Erectusem.
- Fe, Ronuś, jak to nieładnie tak mówić do braciszka – skarcił go Fred.
- I w ogóle tak mówić jest be - uzupełnił George.
- Właśnie – podjął Fred. - Nie mów tak brzydko, bo ci Bozia język upierdoli.
- Ona tam na mrozie...!
- Widocznie trzeba, żeby ona tam na mrozie – na Fredzie fakt, że Fleur wyleciała do ogrodu jak stała, najwyraźniej nie robił wielkiego wrażenia.
- Bill, powiedz im coś!
Zaległa cisza.
Mógł w ciemno założyć, że bliźniacy doskonale wiedzą, co się stało, zanim Fleur wypadła z pokoju. A to przecież był dopiero sam dym smoka. Była jeszcze daleko od szczytu tego, co potrafiła, kiedy coś było nie po jej myśli, bardzo daleko. W tej rozmowie nie padła żadna obelga ani pod jego adresem, ani pod adresem osób trzecich.
Rozum mówił mu, że Fleur wróci – i to raczej niedługo, zważywszy, jaka jest pogoda na dworze – w kwadrans później zacznie udawać, że się nic nie stało, a jutro znowu będzie patrzyła wielkimi niebieskimi oczami i wzdychała:
- Mój miś, kochany, puszysty, każdy by chciał takiego misia...
I znowu będzie dobrze. Do następnego razu.
- Chłopaki, zlitujcie się nad młodym, dajcie mu lufkę na uspokojenie - poprosił. - Widzicie, że się dziecko męczy...

Londyn, Ceramiczna 10, środa, 25 grudnia 1996 r., wieczorem

- No dobrze – upierał się Harry – ale jeżeli Dumbledore się myli co do Snape’a, to...
Remus Lupin oparł łokcie o stół, a czoło o dłonie, symulując okrutne i nieludzkie zmęczenie. Czuł się wyjątkowo parszywie i zupełnie nieświątecznie. Znowu on, jedna z kilku osób, którym Harry jeszcze ufał, nie mógł mu powiedzieć tego, co myśli.
Harry urwał w pół zdania. Lupin czuł na sobie jego wzrok. Wiedział, że ze zbrązowiałej fotografii stojącej na kredensie przyglądają mu się wyczekująco James, Lily i Syriusz.
- Znam to na pamięć i na wyrywki – powiedział w końcu. - Wszystko sprowadza się do tego, czy uznajemy, że tu dowodzi Dumbledore, czy kombinujemy każdy na własną rękę. Ja kombinować nie zamierzam. Wszyscy myślą, jeden mówi, wszyscy robią.
- Ale – nie ustępował Harry – Dumbledore też człowiek i może się mylić. Sam mi to powiedział. A pan... – spojrzał Lupinowi w oczy - ...czy pan tak naprawdę lubi Snape’a?
Siedzący na piecu kot uśmiechał się ironicznie.
- Żebym go lubił, to nie, ale mi nie przeszkadza – odparł Lupin.
Harry spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Nie, Harry, szczerze. Pewnie, że po wszystkim, co się stało między nim a Jamesem i Syriuszem, trudno się spodziewać wielkiej przyjaźni. Ale pamiętam, że w Hogwarcie co miesiąc robił dla mnie wywar tojadowy i robił go dobrze. I nie mordowałem się przy każdej pełni.
- A potem przypadkiem palnął przy ludziach, że pan jest wilkołakiem, i przez to stracił pan pracę!
- I tak by się wydało – wzruszył ramionami Lupin. – Żadna tajemnica, że chciał się załapać na moje miejsce, ale mógł równie dobrze przypadkowo spartaczyć wywar i załatwić mnie na amen.
Harry otworzył usta, zamknął, przez chwilę nad czymś rozmyślał.
Spojrzał Lupinowi prosto w oczy.
- Ale to pan załatwił, żeby nie wiedział o Gwardii! - wypalił. - Dlaczego, skoro podobno pan mu tak ufa?
Teraz to Lupin myślał dłuższą chwilę. Zaciągnął się potężnie.
- I w ogóle pan się stara, żeby wiedział jak najmniej! - dodał Harry, nie spuszczając wzroku z jego twarzy.
Lupin wypuścił dym nozdrzami, nazbyt mocno ściskając w ręce fajkę.
- Ty też się staraj – powiedział. - Żeby w ogóle każdy wiedział tyle, ile musi, i ani knuta więcej. Ja na przykład nie wiem, gdzie się zbiera Gwardia, jak się z nimi kontaktujesz...
- To ja panu powiem...
- Po co? - uciął Lupin. - Od tego, żeby wiedzieć takie rzeczy, jest Charlie. I też nie musi wiedzieć wszystkiego. Będzie chciał, żebym wiedział, to mi powie.
- Ja mam do pana stuprocentowe zaufanie!
- Twój ojciec miał do Petera dwustuprocentowe. Wszyscy w Zakonie mieliśmy do siebie dwustuprocentowe. Połowa zakonników, którzy zginęli, to właśnie przez to. Panna Chang do tej swojej psiapsiółki też miała zaufanie... Tak, ufam Snape'owi. I tak samo ufam Alastorowi. I Weasleyom też ufam tak samo. Czyli nie na sto procent. A ty takiemu na przykład Ronowi jesteś gotów powiedzieć wszystko!
- Ronowi można na trzysta! - zaperzył się Harry. - Ron nawet pod Cruciatusem nic nie powie!
- Jim, jak cię lubię, nie bądź idiotą!
- Nie jestem idiotą. I nie jestem Jim.
- Przepraszam. Harry, ja nie mówię o Cruciatusie, tylko o sytuacji, że ktoś go wsadzi do komórki pięć stóp na pięć na pięć, wpuści dwadzieścia tarantul i zgasi światło. Albo że po prostu wypije dwa kieliszki za dużo i będzie chciał się pochwalić ładnej dziewczynie, jaki to on jest gieroj.

- Ja to się ciebie czasem boję – oświadczyła Andrea, gdy na schodach umilkły kroki Harry'ego.
Lupin zastygł z dopiero co rozwiązanym krawatem w rękach.
- Czemu?
- Niewielu spotkałam ludzi, którzy potrafią bliskiemu człowiekowi łgać w żywe oczy z takim przekonaniem jak ty Harry'emu.
Lupin usiadł na kanapce przy oknie takim ruchem, jakby nagle mu zwiotczały wszystkie mięśnie.
- A jaki wybór? - westchnął. - Knuć przeciwko dyrektorowi ponad to, cośmy zrobili z obozem, nie zamierzam. Co mam zrobić? Powiedzieć mu: tak, oczywiście, masz świętą rację?
- A co by to zmieniło poza tym, że byś mu nie kłamał bez wyraźnej potrzeby?
- Albo by postanowił Snape'a sam sprzątnąć...
- Bardzo byś się zmartwił? - głos Andrei ociekał sarkazmem.
- Jak cholera – odparł ponuro Lupin. - Kolega Oślizgły ma dużą odporność na sprzątanie i nie takich cwaniaków załatwiał odmownie. A druga możliwość, że Harry by poleciał z tym wszystkim do prezesa, nie wiem co gorsze.
- A ty sam nie mógłbyś porozmawiać z wujkiem? - po raz kolejny Andrea starannie nie zauważyła, że jej mąż uporczywie tytułuje Dumbledore'a prezesem lub dyrektorem. Od lata nie słyszała „wujek” ani „Albus”. - Jeżeli kogokolwiek posłucha, to ciebie.
Lupin wzruszył ramionami.
- Akurat. Nie posłuchał McGonagall, nie posłuchał Artura, to posłucha mnie. Myślałby kto. Tyle bym z tego miał, że by mnie odsunął od akcji jak Syriusza.
- Nie przesadzajmy. Ty nie jesteś psychopatą.
- Jakby to miało jakieś znaczenie! Moody jest psychopatą, Fletcher jest złodziejem, Podmore jest kretynem i wszystkich ich na akcje brał. A Syriusza trzymał w tej klatce, aż Snape go wyciągnął i załatwił!
Lampa pod sufitem przygasła. Przez uchylone drzwi wsunęła się Zuzia z butlą spirytusu i natychmiast znikła.
Andrea spojrzała na regał z literaturą fachową i skupiła się na obserwacji miarowych ruchów ogona kota siedzącego na szczycie mebla.
- Słuchaj, czy oni się czują bezpiecznie? - spytała.
- Gwardia? Na moje oko nie. I wcale mnie to nie dziwi.
- No właśnie. A dlaczego?
- Nie da się utrzymać w tajemnicy, że trzydzieści czy czterdzieści osób się regularnie spotyka. Nawet jeśli używają Komnaty Życzeń. Dzieści osób znika na parę godzin. Myślisz, że to nie jest podejrzane? Musieliby znikać tak, żeby ich cały czas ktoś widział.
- Wielosok. Tylko nie wiem, kto by ich miał dublować.
- Mogliby na dwie zmiany, ale to nie... Fantomy?
- Myślisz?
- Taaak. Z fantomem nie pogadasz.
- A może...?
Spojrzeli sobie głęboko w oczy.
- Czy myślisz – spytał w końcu Lupin – o tym samym, co ja?
- Na pewno, jeśli ty myślisz o tym samym, co ja.
- Owszem, o tym... Pewna jesteś?
- Najlepsze są rozwiązania proste. A to spełnia wszystkie warunki.
- Poza podstawowym, nie mamy sprzętu. A jeszcze dla tylu ludzi.
- Kto szuka, ten znajdzie – Andrea uśmiechnęła się. - A kto prosi, ten otrzyma...
Korzystając z chwili ciszy, do pokoju bezszelestnie wsunęła się Zuzia. Postawiła na stole dwie herbaty i znikła tak samo sprawnie jak się pojawiła.
- A przy okazji jeszcze się upewnimy co do Snape'a, idealny pomysł na przeciek podwójnie kontrolowany...
- No właśnie. A wiesz, czemu o to wszystko pytam?
- Nie.
- Snape.
Lupin obrzucił ją posępnym spojrzeniem i uniósł pytająco brwi.
- Spotkałam go parę dni temu na Placu Dworcowym, poszliśmy „Pod Setkę” na kawę...
Gdyby chodziło o jakiegokolwiek innego mężczyznę, Lupin nie odmówiłby sobie złośliwego komentarza na temat słomianych wdów włóczących się po knajpach z obcym chłopem.
Gdyby chodziło o jakiegokolwiek innego.
- ...rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, ale z tego, co go znam, a trochę znam...
- Wiem – przerwał Lupin z kwaśną miną.
- ... czułam się sondowana. On coś przewąchał.
- Mówisz o Gwardii?
- Nie tylko. Bardzo go interesuje, czy mu ufacie. Wyczuł, że coś się zmieniło.
- Kiedy to było?
- Teraz, w sobotę.
- A dziś mamy, chwała Bogu, środę! - zirytował się. - I dopiero teraz mi to mówisz?!
- A kiedy miałam powiedzieć? Wróciłeś w poniedziałek, byliśmy u Weasleyów, wczoraj się nie zgadało, jeszcze po drodze się Susan przez kominek wypłakiwała... a, właśnie, zaprosiłam ją na jutro, musimy sobie pogadać.
- Dzięki – mruknął zgryźliwie Lupin.
- ...a dzisiaj w dzień jakoś mi nie do tego było, żeby informować ślubnego męża, że jest kretynem. Konspiratorzy za trzy sykle!
- Kto?
- Towarzystwo Nieprzyjaciół Severusa Snape'a! Tak się subtelnie wzięliście do roboty, że on już wyczuł, że mu nie ufacie! Te wszystkie wasze przecieki o kant rzyci potłuc, czy tobie się zdaje, że on jest taki głupi? Wszystko, co nas może uratować, to to, że on jednak nie pracuje dla Voldemorta!
- Naprawdę uważasz za możliwe, że on faktycznie pracuje dla Zakonu?
- Snape pracuje dla Snape’a. Li i jedynie. Voldemorta olewa tak samo jak Zakon. A także jak ciebie, za co uprzejmie przepraszam, Scrimgeoura i ogólnie wszystkie rozumne formy życia poza sobą, mojej skromnej osoby nie pomijając. Severus ma zajoba na tle czarnej magii i może pracować dla Dumbla, Voldemorta albo samego diabła osobiście, jeżeli mu tylko w piekle dadzą odpowiednie laboratorium.
Zegar nad kominkiem zaczął bić jedenastą.
- Polej – poprosił Lupin.
- Remus, już piłeś...
- Ale nie żołądkową, a wiesz, jak mi to leży na wątrobie...
- Idź i utop się w sadzawce Siloe!

Pociąg Welwyn Garden City - Londyn King's Cross Wąsk., czwartek, 26 grudnia 1996 r., rano

Ale zaraz ukazały się znaki świadczące, że nowi przybysze są wielkimi czarodziejami. Ściany zajazdu rozsunęły się, aby wszyscy mogli się pomieścić. Śnieg z deszczem przestał padać...
Skąd w tamtym klimacie śnieg?
...i zrobiło się ciepło jak w miesiącu Tamuz. Nad miastem ukazała się dziwna gwiazda z ogonem, wskazująca nim prosto na gospodę. Oczywiście zaraz wpuszczono przybyłych do zajazdu i zwolniono dla nich najlepsze miejsce przy ogniu. Każdy z gości i gospodarzy chciał im usłużyć...
Susan pokręciła głową ze złością. Taki cukierkowy tekst byłby od biedy na miejscu w Sówce, bo już nie w Rupaku. Ale żeby w Czarodzieju Powszechnym?
Pociąg zwolnił, wspinając się na Pieprzowe Wzgórza. Niedługo będzie Londyn.
- Kłamiesz jak zwykle – powiedziała stara kobieta z dzbanem na ramieniu.
- Więc to nie było tak, jak twój syn opowiadał? - spytałem. - A jak było?

Więc jednak w tym szaleństwie była metoda.
Pociąg minął obskurne domy Nokturnu, potem buchającą kłębami pary maszynownię tramwaju miejskiego i po lewej stronie pojawiły się ponure zabudowania Składów.
- To nie było tak, jak ci opowiadał mój syn. Dzień był taki jak dzisiaj, zupełnie taki sam. Wszędzie pełno błota, wszędzie pełno ludzi, to dlatego, że był ten spis...
...mąż powiedział:
-Pozwoliłem tym ludziom spać w grocie ze żłobem. Tam mniej wieje.
Odpowiedziałam:
- Wypędzić było! Psami wyszczuć! Dziady jakieś, i tak nic się nie zarobi, więcej zachodu jak to warte!...

Mogło tak być, pomyślała. I pewnie to właśnie tak było. A szkoda, wolałabym... każdy by wolał...
- Więc ściany waszego zajazdu nie rozstąpiły się? - spytałem niecierpliwie. - Nie było gwiazdy, która miała wskazywać waszą gospodę?
Wzruszyła ramionami.
- Kobiety jak ja – powiedziała nie podnosząc w górę oczu – nie mają na to czasu. Oglądanie gwiazd to sprawa mężczyzn.
(3)
- Święte słowa - mruknęła na tyle głośno, że siedząca obok dziewczyna w mugolskiej skórzanej kurtce obejrzała się na nią. Lampią się w gwiazdy, pomyślała, a nie widzą tego, co mają pod nosem.
Pociąg drgnął. Spojrzała w okno w samą porę, żeby zobaczyć powoli odjeżdżający w tył napis: LONDYN SKŁADY. Tu powinna była wysiąść. Ona też nie zauważyła tego, co miała pod nosem.
Już mniejsza o to, że ze Składów miałaby bliżej do Lupinów. Z King's Cross jest w najgorszym razie o pół mili dalej. Ale nie była dziś w nastroju do spacerowania po Placu Dworcowym, podziwiania świątecznych dekoracji na Pokątnej i choinek przed Ministerstwem. Wolała przejść skrótem do Pokątnej, po drugiej stronie wejść w Miotlarską, gdzie i tak mieszkają sami Żydzi, i już byłaby prawie na miejscu.
Trudno, stało się.
Pociąg zwalniał. Wstała i włożyła pelerynę z sierści dźwiedzia.
Za oknem lina rozwieszona na przypominających szubienice słupach wzdłuż ulicy Kominiarskiej naprężyła się. W chwilę później pojawiło się, wielkie pudło, śmiesznie wahające się dziesięć stóp nad ziemią. Dzisiaj?
Dzisiaj, dzisiaj, a co ma nie być dzisiaj, odpowiedział rząd kanciastych liter na burcie pudła, pisanych od prawej do lewej.

Ominąwszy z bezpiecznej odległości stragan zachwalającego głośno swój towar sprzedawcy gorących bilaszy, szybkim krokiem ruszyła w stronę Pokątnej przez pochyły plac, zamknięty w perspektywie rozłożystym gmachem Ministerstwa.
Wszystko ją tu denerwowało. Śnieg przestał padać, niebo nabrało kiczowatej barwy z obrazka dla dzieci, ludzie jak jeden mąż robili wrażenie bezczelnie szczęśliwych i zadowolonych z życia, a choinki przed Ministerstwem były jeszcze okazalsze niż w zeszłym roku. W przebłysku poczucia sprawiedliwości przyznała, że to wszystko bardzo ładnie wygląda, a byłoby jeszcze ładniejsze, gdyby wzdłuż fasady Ministerstwa nie ciągnął się ogromny transparent: SILNI – ZWARCI – GOTOWI.
Minęła Dziurawy Kocioł i skręciła w Starą Pokątną. Przed barem „Pod Setką” stało chyba z dziesięciu czarodziejów, po części z różnymi instrumentami, i śpiewali nieco ochryple:
Dajcie nam, dajcie, co nam dacie dać,
Długo nie trzymajcie, bo nie możem stać,
Ja w koszuli, drugi boso, a trzeciego ledwo niosą,
Hej, kolęda!

Kątem oka zauważyła, że właściciel sklepu czai się przy drzwiach.
Może kolędę tu dostaniemy,
Jak nic nie dadzą, to odejdziemy
I będziemy rozgłaszali, że tu skumpcy nic nie dali,
Hej, kolęda!
I będziemy rozgłaszali, że tu skumpcy nic nie dali,
Hej, kolęda!
I będziemy rozgłaszali, że tu skumpcy nic nie dali,
Hej, kolęda!
(4)
Pierwszy raz tego dnia uśmiechnęła się. Zawsze bawiły ją, jak to określał Charlie, obustronne zabawy w rżnięcie głupa. Doskonale wiadomo, że kolędnicy nie odejdą, dopóki nie dostaną paru sykli. Doskonale też wiadomo, że gdyby jednak odeszli, właściciel byłby niepocieszony.
Naprzeciwko wylotu Kpiarskiej, przed salonem Madame Malkin, stanęła jak wryta. Był to jeden z nielicznych już sklepów, które nie odsłoniły witryn. Zamiast jednak nieheblowanych desek okno wystawowe zasłaniała ogromna płaskorzeźba przedstawiająca kwintesencję sielskiego obrazka. Przed chałupą ze śparogami siedziała kobieta przędąca na kołowrotku. Dookoła niej kręciły się różne zwierzęta domowe, zaraz obok po mikroskopijnym oczku wodnym pływały kacze pisklęta (zapewne dlatego, że dorosła kaczka nie miałaby tam gdzie zawrócić), na drzewie przy tymże oczku dojrzewały jabłka, całość zaś okalał wielki napis:
ZA NASZ SPOKOJNY DOM.
Są jeszcze artyści na świecie, mruknęła sarkastycznie, skręcając w Stary Rynek.
Z kościoła Wypędzenia Przekupniów dochodziła kolęda.
...nas oswobodzi,
Anieli grają, króle witają...

Znowu zrobiło jej się smutno. Zdawało jej się, że słyszy Charliego i Lupina, jak wśród tłumu ludzi czekających na komunię drą się na całe gardło ku uciesze jednych, a irytacji innych:
Pasterze klękają, bydlęta śpiewają...

Tymczasem na Ceramicznej 10

John Lupin nieraz wspominał - czasem z rozrzewnieniem, czasem z irytacją - jak to pewnego lipcowego dnia 1962 roku jego pięcioletni synek wszedł do sypialni o piątej rano minut trzydzieści i zapytał tonem człowieka spodziewającego się konkretnej odpowiedzi na rzeczowe pytanie:
- Tata, po co śpisz?
Od tej chwili minęło trzydzieści parę lat i zmieniło się tyle, że Remus Lupin podobne pytania zadawał w bardziej wyrafinowanej formie.
- Kochanie - zaczął - czy zamierzasz wstać, czy o tej porze już ci się nie opłaca wstawać, bo i tak zaraz się trzeba będzie kłaść?
- Hmm - zamyśliła się Andrea. - Dobre pytanie. Muszę się z tym przespać.
Westchnął ciężko. W końcu czego się spodziewać po jedynym animagu przybierającym postać zwierzęcia zapadającego w sen zimowy?
- Z pewną taką nieśmiałością przypominam, że zaprosiłaś Susan. Może to jednak nie byłby głupi pomysł, żeby się trochę ogarnąć, zanim przyjdzie?

- Mellon!
Drzwi ustąpiły. Susan pokręciła głową. Zabezpieczenie drzwi hasłem zmienianym raz na miesiąc wydało jej się nieco iluzoryczne.
- Jest tu kto?
Ruszyła w głąb ciemnawego korytarza. Po trzech krokach nadepnęła na coś miękkiego.
Coś podskoczyło gwałtownie, miauknęło ogłuszająco, wyrwało się jej spod nóg i uciekło co sił w nogach, tupiąc rozgłośnie. Tupiąc. Przecież nic nie piłam, pomyślała, więc dlaczego słyszę, jak kot tupie?
Doszła do końca korytarza. Andrea wspominała, że do salonu może spokojnie dojść, a pukać ma dopiero do ich pokoju.
Zanim jednak zapukała, zza drzwi rozległy się odgłosy, w obliczu których poczuła się nieco niepewnie.
- Au! - piszczała Andrea. - Odpiętaj się ode mnie! Au! Puszczaj, dźwiedziu, daruję cię zdrowiem! Małpiszonie futrzasty, tyle razy ci mówiłam!
- Dlaczego? - w głosie Lupina brzmiało głębokie zdziwienie.
- Bo nie lubię!
Susan przemknęło przez myśl, że kobieta, która czegoś naprawdę nie lubi, przemawiałaby nieco innym głosem.
- Au! Zostaw! Naprawdę cię kiedyś ugryzę! Auć!
Zapadła cisza. Po roku, czy może dwóch, Susan odważyła się zapukać. W chwilę później drzwi otwarły się i stanął w nich Lupin w wygniecionej szacie i Andrea na bosaka.
- Ups – powiedziała Andrea.
- Dawno tu stoisz? - zainteresował się Lupin.
- No, parę minut to będzie.
- A, to przepraszam...
- Też przepraszam – przyłączyła się Andrea. - Moje szczęście uważa za stosowne rzucać mi się na nogi. I okropnie przy tym łaskocze.
- Ale dlaczego?
- Hogomosadze to mądry człowiek – odparł Remus. - Jak u nas kiedyś był, to stwierdził, że gdyby miał taką żonę, toby jej się co rano rzucał na nogi...
Susan wzięła głęboki wdech.
- Ja was bardzo proszę, nie opowiadajcie o tym Charliemu!

- Wiedziałaś, że tak będzie? - spytała nagle Susan.
Od godziny rozmawiały o Jimie. Andrea miała nieprzyjemne wrażenie, że na siłę odwlekają naprawdę poważną rozmowę. Szesnastolatki nie umawiają się na poważną rozmowę w środku Świąt, żeby rozmawiać o pielęgnacji niemowlęcia.
Chyba, że są w ciąży. Ale Susan stanowczo twierdziła, że nie jest, a Andrea – z tego, co wiedziała o Charliem – nie miała powodu jej nie wierzyć. Zresztą cokolwiek by się działo, panna z takiego domu nie zapomniałaby zawczasu rzucić na siebie zaklęcia Ciskania Klapą.
- Że jak będzie? - spytała na wszelki wypadek. Dziesiątki razy sparzyła się na odpowiadaniu na niedopowiedziane pytania.
- Że twój mąż pojedzie do tych wilkołaków. To znaczy w sumie skoro go wysłali, to...
- E tam wysłali. Łgał jak najęty, aż mu się z uszu kurzyło. Sam się zgłosił, dam sobie rękę uciąć. Nakłamał mi, że mu kazali, bo się bał, że nie zrozumiem.
- Skąd wiesz?
- Po prostu wiem. Za dwa czy trzy lata też będziesz wiedziała takie rzeczy.
- Aha... No nic. Chodzi mi o to, że czy wiedziałaś, że się będzie pakował w takie misje, tutaj ty, dziecko i w ogóle, a on... - urwała, popijając herbatę.
- Tak i nie.
Susan zagryzła wargi. Z trudem powstrzymała się od zapytania, czy sprawa naprawdę jest tak złożona, czy Andrea po prostu chce zyskać na czasie.
- Znaczy?
- Znaczy: liczyłam się z tym, bo musiałabym być zupełnie ślepa, żeby się nie liczyć...
- A nie byłaś? Zakochanym się zdarza.
- Ale ja w nim nigdy nie byłam zakochana. Nigdy. Ani on we mnie. Takiego szczeniackiego zakochania, „jak ona ślicznie przypala kociołki”, to myśmy nie przerobili. Nie te lata. Ja go po kawałku pokochałam... - zamyśliła się, patrząc na zdjęcie nad nie używaną o tej porze roku wnęką na lód. - W każdym razie widziały gały, co brały. Wiedziałam, co w życiu robił, i musiałabym być zupełnie głupia, żeby uważać, że nagle dla mnie całkiem się zmieni. Aż taka zarozumiała to nie jestem.
- No dobra, to wiem, dlaczego tak. A dlaczego nie?
- Bo, wiesz, to jest tak: gdyby ci powiedzieli, że albo wyjdziesz za Charliego teraz zaraz, albo nigdy, wyszłabyś?
Andrea starannie ukryła zaskoczenie. Susan długo patrzyła w okno.
- Tak, oczywiście – powiedziała z pośpiechem zupełnie nie pasującym do długiej przerwy.
- Gdyby miał być dokładnie taki, jak jest?
- Tak.
- Ale wolałabyś, żeby mniej pił, mniej klął, mniej się rozbijał po świecie, więcej zarabiał i częściej używał noża i widelca?
- No pewnie!
- No właśnie. Więc ja też miałam nadzieję...
Samowar dymił.
- Herbaty? - spytała Andrea.
- A chętnie...
Dłuższą chwilę siedziały w milczeniu nad parującymi filiżankami.
- No więc ja właśnie też miałam nadzieję – powiedziała grobowym głosem Susan. - Jak widzisz, nacięłam się. Dlatego dzisiaj nie ma chrzcin Jima.
- Gorsze rzeczy bywały – odparła Andrea. - I pewnie tobie też nie tego najbardziej szkoda.
- Tego też. W ogóle wszystkiego... Chciałam, żeby było normalnie...
- Jedna normalna – uśmiechnęła się Andrea. - Zawsze mnie szlag trafiał, jak wojenne wdowy i takie różne zapierały się zadnimi łapami, że o niczym innym nie marzyły, tylko żeby być żonami bohaterów. Chała. Marzyły, że chłop cały czas będzie pod ręką, dostanie bomanga nie wiadomo za co, niczego mu nie urwie, nie dostanie zmian w psychice, a one będą miały wszystkie bonusy bez kosztów. A teraz robią dobrą minę do złej gry. Ty się przynajmniej nie wygłupiasz... zresztą twoja mama też nie. Kiedy on wróci? - zmieniła temat.
- A kto go tam wie – wzruszyła ramionami Susan. - Na krótko to się pojawi jakoś zaraz, jutro-pojutrze, ale to nie na długo, na sylwka pewnie znowu go nie będzie...

Nieco później

- Kochanie, mamy problem – ogłosił Remus Lupin
- Nowina – mruknęła zgryźliwie Andrea.
- Co zrobić z Tonks? - wypalił bez zbędnych wstępów.
- Udusić – odparła bez namysłu, po czym zrobiło jej się zimno. Gdyby ktoś jej kilkanaście lat temu sugerował uduszenie Snape'a, odebrałaby to źle.
Najwyraźniej jednak jej męża mniej obchodził los Tonks niż ją wówczas los Mistrza Eliksirów.
- Też to brałem pod uwagę – oświadczył spokojnie. - Ale to jest niewskazane ze względu na dobro służby. A to, co mi Arthur radził...
- Rozmawiałeś o tym z Arthurem?!
- A z kim miałem rozmawiać? - zirytował się. - Chociaż – zastanowił się – może powinienem z jakąś kobietą...
- Nawet o tym nie myśl – ucięła. - Z kobietą, która nie jest mną, to ja już bym wolała, żebyś poszedł do łóżka niż się jej zwierzał z takich spraw.
- A kobieta, która jest tobą, ma jakiś pomysł?
- Może i ma, ale wolała najpierw dowiedzieć się, jak wygląda męska recepta na rozwiązanie problemu. Co ci radził Arthur?
- Spuścić ze schodów.
- Z szyderczym śmiechem? - spytała zgryźliwie. Stałe ozdobniki, dodawane przez Arthura do różnych powiedzeń, ostatnio zaczęły ją drażnić.
- A nie, nie, o szyderczym śmiechu nie wspominał. O dużym wykopie owszem. I nie ma, że boli, koniec cytatu.
- Może i racja – mruknęła. - Podejmujesz się?
- No właśnie nie. Parę razy próbowałem. Dlatego pytam, czy ty masz inny pomysł.
- Wyswatać – oświadczyła stanowczo. - I tak byłam za tym, żeby ją wyswatać, to jest bardzo porządna Tonks.
Molly to wymyśliła już dawno, i nawet miała na składzie kandydata, pomyślał.
- Łatwo powiedzieć – zauważył. - Bill jej nie zechce, a z Charliem ona nie wytrzyma...
- ...a Ron jest za młody! – prychnęła. - Tamci dwaj poza tym zajęci, ale dlaczego koniecznie Weasleyowie?
- Niekoniecznie, ale mnie chodziło o typ człowieka. Inteligentna, uparta i roztrzepana. Cholery można dostać. Ty jesteś tylko inteligentna i uparta, a i tak czasem ciężko wytrzymać...

Londyn, tramwaj miejski, niedziela, 29 grudnia 1996 r.

- Nie masz pojęcia, jaki syf tu był latem...
Charlie akurat miał całkiem niezłe pojęcie. Co prawda latem nie był w Anglii, ale Susan była. A, tam. Niech se mały pogada.
- Na ulicach zero ludzi, a jak już ktoś jest, to nie zagada ani co, w Kotle puchy, połowa sklepów pozamykana, a nawet jak otwarty, to i tak wystawa dechami zabita, nic tylko papierowego sznurka i gwoździa szukaj...
Mając do wyboru relację Susan i Rona, Charlie wolał wierzyć Susan. Ron zawsze miał skłonność do przesady. To, co sam widział czy przeżył, nieodmiennie wydawało mu się zbyt mało interesujące, a to, czego dokonał - zbyt mało bohaterskie. Nawet jeśli chodziło o zdarzenia w Ministerstwie - choć to, co rzeczywiście zrobił, w zupełności starczyłoby na Order Merlina co najmniej II klasy - czy wcześniej we Wrzeszczącej Chacie. Wrzeszcząca Chata była dla Charliego źródłem szczególnie traumatycznych przeżyć - niewielu osobom Ron mógł powiedzieć na ten temat cokolwiek, tym srożej więc cierpieli ci nieliczni.
Tym razem jednak ponury obraz rysowany przez Rona nie różnił się radykalnie od tego, co Charlie słyszał od innych. Za to jedno i drugie, owszem, biegunowo różniło się od aktualnego wyglądu Pokątnej. Tętniła życiem jak za najlepszych lat. Dopiero teraz, nigdzie się nie spiesząc, był w stanie to docenić.
Kusiły atrakcyjnymi cenami ogłoszenia o poświątecznej wyprzedaży. Dymiły stragany oferujące gorące kanapki ze sklątką, grzany miód i inne artykuły sezonowe.
Krajobraz psuły tylko nie pasujące do świątecznych dekoracji budujące napisy oraz portrety Ministra Magii. Samego, z Dumbledorem, ewentualnie w towarzystwie arcybiskupów Waggera i Saddlera.
Odkąd Rufus Scrimgeour został ministrem, bardzo zależało mu na pokazaniu, że stoi przy nim zarówno Kościół Katolicki, jak i Zjednoczony Kościół Czarodziejów Pełnej Ewangelii.
- Jeszcze brakuje zdjęć z kimś od Świadków Merlina albo chociaż z Naczelnym Rabinem – zauważył Ron, gdy wysiadali z tramwaju na Starym Rynku.
Charlie zaczynał się robić zły. Miał Ron jakiś interes w Londynie, to miał, w kościele mu nie przeszkadzał, ale jeśli zamierzał mu towarzyszyć na spotkanie z Susan, to nie był to dobry pomysł. Miał wysiąść przy Ministerstwie!

Przez frontowe okno „Hipogryfa”, przez które widać było nakryte stoły, biegł skośnie wielki napis ILUZJA. Na drzwiach zaś można było przeczytać:
Z powodu ataku określonych sił lokal nieczynny do 30 grudnia włącznie. Zapraszamy na Sylwestra.
a poniżej dopisek odręczny:
Sorki, myśmy ich tu nie zapraszali. Na pohybel skurwysynom!
No cóż, pomyślał, mądrą mam dziewczynę.
Istotnie, kiedy chciał się umówić w „Hipogryfie”, Susan uściśliła:
- A gdyby Hipogryf nie działał, to w najbliższym czynnym lokalu idąc w stronę dworca.
Zmełł w ustach przekleństwo i ruszył w kierunku, z którego przyjechał.
- Po co? - zdziwił się Ron, gdy znienacka skręcili w Kpiarską. - „Dorożkarska” i tak o tej porze jest zamknięta.
No proszę, pomyślał Charlie. Rozwijasz się, Ron. Lubię, kiedy moi bracia rozwijają się.
- Po tytoń - odparł. - Niestety tego gówna, które sprzedają w Transylwanii i na Zakarpaciu jako tytoń, to się palić nie daje.
- Coś chyba ściemniasz - mruknął Ron, schodząc z drogi przeładowanym dziećmi saniom. - Biorąc pod uwagę te wszystkie wynalazki, które u nich pijesz...
- Piję - zgodził się Charlie. - Pić to ja mogę wszystko, co oni piją, tylko pryta truskawkowa mi trochę szkodzi. A palić – dodał, naciskając klamkę drzwi pod szyldem TOWARY TABACZNE - Kapitał ludzki - wolę coś sensownego i kumple tyż.
- Pan Weasley! - ucieszył się sprzedawca. - Czym mogę służyć?
- Po funcie winogronowego, miętowego, bananowego i... co by pan polecał?
- Myślącą gruszę.
- Po ile?
- Tanie to nie jest, galeon za paczkę, ale warto, mówię panu, na specjalne okazje...
- Dwanaście sykli - odparł zimno Charlie.
...nasz jest ten dzień,
A jutro jest nieznane,
Lecz żyjmy tak, jak gdyby nasz był wiek...

chrypiała czarna trąba stojąca na sfatygowanej konsoli pomiędzy półką z ozdobnymi fajkami a sporą glinianą sową cierpiącą na rozbieżnego zeza w ciężkim stadium.
- Panie złociutki, no coś pan? Taki rok na śmierciojadów, jak pan mnie chcesz złupić! Dwanaście sykli, to z czego ja pójdę żyć?
- Z tego, co pan zarobił na tamtym towarze. To jak będzie?
- No już niech będzie, przez wzgląd na pana Haralda, niech będzie błogosławiona pamięć jego, piętnaście sykli, niech już będzie moja krzywda, po kosztach własnych...
A jeśli ktoś nasz wspólny dom podpali,
To każdy z nas gotowy musi być,
Bo lepiej byśmy stojąc umierali...
(5)
- ...a mama też dobra, kupić co nasze i spieprzać... - Ron podjął opowieść o swoich ciężkich przeżyciach podczas poprzedniej bytności na Pokątnej.
- Pierdol się - warknął Charlie, gdy zamknęli drzwi i znów zamiast patetycznej pieśni usłyszeli daleki zgrzyt przejeżdżającego Pokątną tramwaju, nawoływanie sprzedawcy najlepszych króliczych parówek na gorąco, rewelacje dotyczące życia erotycznego matek funkcjonariuszy SEMP, schrypnięte głosy kilku podochoconych Irlandczyków ogłaszających wszystkim wesołą nowinę i namawiających, by wraz z nimi witać Niebieską Dziecinę, słowem zwykłe odgłosy londyńskiej ulicy w okolicach Bożego Narodzenia.
- Co? - najeżył się Ron.
- Nie ty. Ten leszczu z radia.
- Przecież sam gadałeś do chrypy, że lepiej zginąć stojąc...
- Po pierwsze niech mi tego nie pchają w uszy na każdym kroku, wszędzie to słyszę, już się człowiek boi wejść do kościoła, a po drugie to ostatnio mam cholerną chęć przeżyć. Stojąc oczywiście.
- No co ci się stało na stare lata?
Z przeciwnej strony ulicy ukłonił mu się wychodzący z baru „Pod Setką” Blaise Zabini, który był członkiem Gwardii, lecz ukrytym z obawy przed Gryfonami.
- A nie wiem – odparł Charlie, celnie pakując Ronowi palec pod żebro. - Tak jakoś, od ostatniego sylwka...
Wiatr zelżał. Śnieg padał w dalszym ciągu.

Londyn, Dziurawy Kocioł, nieco później

I tak jest zawsze, tak być musi,
Bo tylko jeden mamy w życiu dom..

Zdębiała. Znała tę piosenkę. Powstała jako hymn brytyjskich czarodziejów czarnej Afryki, którzy mówili o sobie, że są białym plemieniem afrykańskim i woleli użerać się z ciemnymi czarownikami przyzywającymi demony na służbę mugolskich dyktatorów niż wracać pod pochmurne niebo kraju, którego w życiu nie widzieli. Z nieco zmienionymi słowami słyszała ją nieraz na szkolnych akademiach, śpiewaną przez przejęte swoją rolą Gryfonki z pierwszej czy drugiej klasy. Wiedziała od Charliego, że w Kotle pojawia się czasem w Godzinie Smutów. Ale wtedy była to spokojna, sentymentalna piosenka.
Teraz, daleko do zamknięcia lokalu, refren wypełniał lokal gromkim, bojowym niemal śpiewem:
Tu jest moje miejsce!
Tu mam swój ciasny, ale własny kąt,
Tu jest moje miejsce,
Tu jest mój dom!
(6)

- Tam też full – oznajmił Charlie, wynurzając się z bocznej sali. - Co robimy? Zostajemy czy idziemy dalej?
Wbrew ich oczekiwaniom lokal był pełny. Z tego, co zauważyli po drodze, nie stanowił wyjątku. Jakby cały magiczny Londyn jednocześnie zapragnął napić się piwa.
- Tam jest wolne – zauważyła Susan. - I chyba nie zarezerwowane.
Charlie zawahał się. Pod dęciakami, jak nazywano stół stojący opodal baru pod jedyną w lokalu wnęką na kapelusze, siadywało na ogół tak zwane lepsze towarzystwo. Obawiał się, że będzie się czuł jak pierwszak w prezbiterium.
Ale w końcu zawsze twierdził, że przede wszystkim liczy się to, jak ona się będzie czuła.
- Dobra – zgodził się.

Lokal kwitł. Im gorzej działo się w magicznej Anglii, tym obficiej lało się piwo i mocniejsze trunki. Absolutnym hitem okazał się Ancymon. Równie mocny jak Sakramencko Mocne Kremowe, niewiele droższy od zwykłego kremowego, a dwa razy mocniejszy. O ile sprowadzany z Transylwanii Drakula mało komu smakował (choć Charlie nie mógł się go nachwalić), a Sakramencko Mocne Kremowe, znane w skrócie jako SmoK, powodowało potężnego kaca nazajutrz i nikt nie znał na to sposobu, o tyle Ancymon szybko zdobył powszechne uznanie.
Kwitła cała magiczna gastronomia. Po ochłonięciu z pierwszego szoku większość czarodziejów, zwłaszcza młodych, doszła do wniosku, że co komu pisane, to go nie minie. Reklama nad wejściem do Kotła od strony Pokątnej, wielki napis:
WSTĄP I WYPIJ, PÓKI ŻYJESZ -
PO ŚMIERCI SIE NIE NAPIJESZ!

działała znakomicie.
...tu jest mój dom!
Niby nic się nie zmieniło. Tylko jakby głosy bardziej ochrypłe, choć dopiero pora obiadu. Tylko Charlie miał bardziej zaciętą twarz. I im z większym zaangażowaniem śpiewał, tym bardziej czuła, że potrzebuje opieki.
I coś jej jeszcze nie pasowało, tylko co?

Powoli docierało do niej, co się zmieniło.
Dwa lata temu większość piosenek, które dzisiaj słyszała, można było usłyszeć głównie w szkole, na patriotycznych przedstawieniach na cześć, zresztą z reguły odgrywanych przez Gryfonów. Chyba, że trzeba było wyrecytować jakiś bardzo długi wiersz, bo nikt nie nadawał się do tego tak dobrze jak Diggory. Kapela, która spróbowałaby z takim repertuarem wystąpić w Kotle, zostałaby zapewne wygwizdana.

Rozległa się spokojna, nastrojowa melodia. Przy stołach widać było poruszenie. Część ludzi wstała, ktoś kogoś szturchał, ktoś próbował wyjść zza stołu... Gdzieś z boku usłyszała ostry głos:
- Tego się nie tańczy!
Charlie też wstał. Zrozumiała, że wypada.
Był pięćdziesiąty dziewiąty rok,
Pamiętam ten grudniowy dzień...
(7)
- Przepraszam na chwilę - syknął Charlie i odszedł od stołu. W chwilę później, pochylony nad sąsiednim stołem, tłumaczył coś siedzącym przy nim gościom. Coś mówił, ktoś o coś pytał, nie rozumiała słów.
- ...bo ja was o to, do kurwy nędzy, bardzo grzecznie proszę!
Wstali.
Opodal centralnej kolumny kiwała się niewysoka, bardzo tęga blondynka w czerwonym sweterku i rudobrody czarodziej w kurtce z węża morskiego. Jeden ze stojących przy stole pod sceną trzynasto- czy czternastolatków w granatowych szatach z szerokimi kołnierzami, ozdobionych widmowym zarysem żaglowca, pochylił się nad stołem. Jego koledzy jak na komendę wyciągnęli różdżki.
W chwilę później para, obrócona do poziomu i ciasno sklejona, wirowała pod sufitem, obijając się o belki stropowe.
Wiem dobrze, że synowie ich
Na morze pójdą, kiedy znów
Do oczu komuś zajrzy śmierć...

Jungowie Latającego Holendra na mocy pradawnego przywileju nie podlegali zakazom krępującym innych nieletnich czarodziejów i chętnie z tego przywileju korzystali.
- Oni tam lewitują! - usłyszała od baru.
Obejrzała się. Stary Tom patrzył przed siebie, jakby nie widział poirytowanego klienta.
- Widocznie trzeba, żeby lewitowali - powiedział głucho.
Klient odszedł.
- Za knut patriotyzmu chomąt jeden z drugim nie ma - mruknął półgłosem Tom.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Odcinek 7 cz. II

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 14:41

Odcinek 7b


Tymczasem na Ceramicznej 10


- Był pan Hobbit - oznajmiła babcia Salomea.
- Kto?!
- Oj, nie, nie Hobbit. Jakoś inaczej...
Remus Lupin westchnął ciężko. Wiekowa dama była ogólnie biorąc pełna wigoru i obdarzona znakomitą pamięcią, co jednak nie obejmowało nazw własnych. Jeszcze w przeddzień ich ślubu stanowczo twierdziła, że narzeczony wnuczki nazywa się Lenin.
-...jakiś Buriat w każdym razie.
To niewiele wniosło do sprawy. Buriatem babcia nazywała każdego, kto mówił po angielsku z silnym akcentem lub wcale i nie miał rysów typowego Anglika, a nie daj Boże jeszcze nosił wąsy.
- I tak dobrze, że nie furiat - mruknął pod nosem.
- A furiat to swoją drogą - zgodziła się Salomea Swift. - Powiedziałam, że cię nie ma, to poleciał nie wiem gdzie, chociaż już była przyszła herbata, a drzwiami na ulicę tak strzelił, że Jima obudził.
- Furiat i Buriat w jednym stali domu... - zaczęła Andrea.
Lupin i babcia zesztywnieli.
- ...Furiat na górze, a Buriat na dole.
Furiat spokojny, nie wadził nikomu,
Buriat mamuty wyganiał na pole...
- ...zaraz, jakżeż on się nazywał – babcia nadal próbowała sobie przypomnieć nazwisko tajemniczego Buriata - nie, Hogwart też nie...
- Hobbson? - podsunęła życzliwie Andrea.
- Nie, nie Hobbson. Hogsmeade czy jakoś tak...
- Hogomosadze?
- A może i Hogomosadze - zgodziła się babcia.
Lupin zamyślił się. Hogomosadze teoretycznie przyjeżdżał do Londynu w interesach. Praktycznie jednak na dobrą sprawę większość swoich spraw mógłby załatwić o wiele mniejszym kosztem, nie ruszając się z Tyflisu. Sennik egipski mógł się nie sprawdzać, natomiast implikacja „Hogomosadzego w Londynie widzieć - bolszaja rozpierducha” działała niezawodnie.
Zwłaszcza jeśli w tym samym czasie w Londynie jest Charlie.
Z drugiej strony tym razem spadał z nieba. Jeśli ktoś mógł pomóc w realizacji pomysłu Andrei, to właśnie on. Pomysł był szaleńczy, ale Andrea dość często miewała osobliwe pomysły i na ogół z dobrym skutkiem.

Tymczasem w Dziurawym Kotle

...przyznasz chyba, że to wielka była gra,
Takie różne były końce naszych dróg
I nie wierzę bym cię znowu ujrzeć mógł...

Kiedyś o tej porze można było raczej spodziewać się, zależnie od wieku publiczności, Białej sukienki albo Nie kochać w taką noc – to grzech...
Nieraz zachodziła w głowę, dlaczego przy tej piosence nie rozlegają się gniewne okrzyki „Tego się nie tańczy!” W końcu wiele jest smutnych piosenek, przy których ludzie lubią tańczyć...
Teraz obchodziło ją zupełnie co innego. Charlie, zasłuchany w piosenkę, patrzył w dal, nieznacznie bębniąc po blacie palcami, które w kręgu błękitnego światła rzucanego na środek stołu przez spirytusową lampą nabierały nieprzyjemnego trupiego koloru – i miała wrażenie graniczące z pewnością, że wie, kogo zobaczył w kłębach dymu wirującego wokół ciepłożółtego klosza.
Choć na dworze była jesień - u mnie wiosna
I bez trwogi, że dookoła płonął świat,
Tak na wskroś cię przecież wtedy chciałem poznać...

Była jesień. Wiedziała o tym. Czasem pierwszego września lato znika jak sen jaki złoty i z dnia na dzień nastaje jesień. I wtedy tak właśnie było. Opowiadał jej bardzo dokładnie.
Mama zaś... Mama nie opowiadała. Ona jednak dobrze pamiętała. Joe Crows, który w osiemdziesiątym... ileż ona wtedy mała, ze trzy lata... no to musiał być osiemdziesiąty trzeci... bywał w domu na okrągło, niejedna kolacja przeciągnęła się w śniadanie, mówiła do niego „wujku”... kiedyś podsłuchała, jak rozmawiał z mamą, czy wtedy - nie wiedziała, o co chodzi – ona się przyzwyczai, że ma do niego mówić „tato”... Wujek Joe, na pierwszy rzut onieśmielający szatą aurora i marsowym wyrazem twarzy, a pozwalający się drapać w łysinę i zaplatać sobie warkoczyki na gęstej brodzie... A potem wszystko się urwało.
I od tego czasu mama nie cierpiała tej piosenki. Ale zdjęcie wujka ciągle stało na nocnym stoliku mamy w sypialni, podczas gdy portret taty wisiał w salonie.
Przyznasz chyba, że to wielka była gra
I tak różne były końce naszych dróg -
Przecież ujrzeć ciebie już nie będę mógł...
Dziś na dworze szara jesień, u mnie jesień
I ta trwoga, że dookoła spłonął świat -
Już mi ciebie nic nie wróci nie przyniesie...
(8)
Czy on też zniknie? Co on we mnie widzi, myślała, przeglądając się w nożu. W czym ja się różnię od Jenny?
Jenny miała włosy raczej jasne, a ona czarne. Jenny się czesała w mysie ogonki, a ona w warkocz. Jenny miała oczy piwne, a ona czarne. Jenny była szczupła, a ona... no nie, gruba nie, co to to nie, ta zniewaga krwi wymaga... no w każdym razie mocno zbudowana. Więc ani uderzające podobieństwo, ani kontrast... gdyby chciał kontrastowo różnej, toby se wyrwał wysoką blondynkę, takich w Szkocji do wyboru i w Hogwarcie też trochę było, taką Lisę Turpin na przykład, nawet by wyrywać nie musiał, miałby ją na jedno gwizdnięcie, Jezu, jak ona mnie nie cierpiała...
Ale coś jej kazało ciągle pytać: czy on coś ma do mnie jako mnie? Czy jestem czymś więcej niż odtrutką na Jenny? Jak się nie ma i nigdy nie będzie miało, co się kochało, to się bierze to, co się lubi?

Tymczasem na Ceramicznej 10

Mitrofan Hogomosadze z rozmachem huknął szklanką o biurko, aż nalewka chlapnęła na nastrojowy abażurek.
- Andrea! - ryknął. - Andrea, do jasnej piorunoogonowej sklątki, dlaczego ty się narażasz?
- Ciszej, małego obudzisz...
- Dlaczego ty się spotykasz z takimi osobami? Dlaczego z nimi rozmawiasz?! Dlaczego w ogóle się z nimi widujesz?!!
Andrea miała niejasne wrażenie, że za chwilę usłyszy pytanie, dlaczego w ogóle przebywa w tym samym mieście co owe osoby, ktokolwiek to miał być.

Owszem, spotykała się z wieloma osobami, z którymi wolałaby nie rozmawiać. Zresztą w takich czasach w ogóle rozmawianie z wieloma osobami było ryzykowne, ale ostatecznie kto nie ryzykuje, ten miodu nie pije.
Jej matka z kolei mocno się niepokoiła tym, że córka przyjmuje w domu takie osoby jak gość z Kaukazu. I poniekąd narażała się, przyjmując go, bo niewielu rzeczy była tak pewna jak tego, że do Londynu przyjechał nie tylko i nie przede wszystkim po ingrediencje do produkcji kosmetyków.
Ale jak się jest żoną Remusa Lupina, to jedno ryzyko więcej czy jedno mniej doprawdy nie robi różnicy.
- Mam zmartwienie? - wtrącił się Lupin, kordialnie obejmując gościa ramieniem. - Jak dla mnie, niech się spotyka z kim chce, lepszego ode mnie i tak nie znajdzie, a na gorszego nie poleci, głupia nie jest. Polać?
Mitrofan oczywiście mógł wiedzieć coś ważnego i najprawdopodobniej wiedział, ale w tym stanie wydobycie z niego konkretnej odpowiedzi trwałoby zbyt długo. I tak dobrze, że zanim spotkanie się rozkręciło, zdążyli z nim omówić to, na czym im zależało najbardziej.
Właściwie nawet gdy był trzeźwy, uzyskanie od niego konkretnej informacji trwało stanowczo zbyt długo jak na brytyjskie standardy. W stosunku do czarodziejów ze Wschodu powiedzenie babci Salomei „na pół godziny to może przyjść sąsiadka pożyczyć soli” z bon mot stawało się prostym stwierdzeniem faktu.
W dodatku ze schodów dobiegł znajomy głos, z lekka zachrypnięty:
...nie żałujmy swojej ochoty
Zaśpiewać Panu, stojąc przed wroty,
Wykrzyknijmy wielcy, mali,
Żeby nam co prędzej dali,
Hej, kolęda!

Zawsze mogło być gorzej, pomyślała. W każdym razie śpiewał po angielsku..
Śpiew umilkł się na chwilę, słychać było nerwowy głos Charliego. Widocznie Susan próbowała go uciszyć.
Śpiew rozległ się jednak znowu. Ciszej, ale za to bardzo fałszywie.
Przyłączył się też do nas kulawy,
A z nim też było dosyć zabawy,
Bo skakał na jednej nodze,
Druga go bolała srodze...

Kołatanie do drzwi. Otworzyła.
- Nie chcę krępować twojej swobody artystycznej - powiedziała - ale czy jesteś całkiem pewien, że to jest właściwa interpretacja tego utworu?
Zanim Charlie zdążył właściwie zinterpretować jej pytanie, długi przedpokój wypełnił tubalny głos Hogomosadzego:
- Witajcie, Karolu Arturowiczu! Kopę lat, resztę na wolności!
Obaj panowie przywitali się z iście smokerską wylewnością.
- Masz włosy jak papka - powiedział wreszcie Hogomosadze, zwracając się znów do Charliego. - Nie mówili ci tego?
Przez chwilę zastanawiała się, jakie angielskie słowa Gruzin pomieszał. Charlie najwyraźniej też nie zrozumiał, ale w widoczny sposób nie przeszkadzało mu to.
- Nie - odparł bez namysłu. - Daj mi żelu i nie marudź.

- Wielki giewałt! - perorował Charlie. - Cały problem sprowadza się do wzbudzenia w sobie nienawiści doskonałej, tak? No to dajcie mi Śmierciojada, byle jaki protokół Głównej Komisji do Badania Zbrodni Śmierciożerców i dwie lufy Ognistej, to zobaczycie...
Andrea pokręciła głową. Została z Susan w kuchni przez dziesięć minut. To w zupełności wystarczyło, żeby panowie spełnili dwa hojne toasty i zaczęli rozmawiać o czarnej magii. W tym przypadku skupili się na możliwości rzucenia zaklęcia Avada Kedavra przez osobę nie zaprzedaną diabłu.
- Jak Moody rzucał takimi tekstami, to mówiłeś, że się załamuje pod ciężarem prawdziwej wiary – zauważył zgryźliwie Lupin.
I kto to mówi, pomyślała. W końcu to Remus całkiem niedawno twierdził ze śmiertelną powagą, że śmierciojadów należy zabijać tak, żeby mieli jeszcze te pół minuty na nawrócenie w godzinie śmierci. Dotąd zachodziła w głowę, czy mówił poważnie.
- A czy ja kiedyś mówiłem, że ja się nie załamuję? - prychnął Charlie. - Prawdziwa wiara jest cholernie ciężka!
- Nikt nie obiecywał, że będzie lekka – zauważyła jeszcze trzeźwo Susan, siadając przy stole
- No to napijmy się na wzmocnienie! - zaproponował Hogomosadze.
- Nalej – zgodził się Lupin, gestem wskazując pękatą butelkę z winem. Gruzin napełnił kieliszek gospodarza, potem sięgnął w stronę nakrycia Charliego i nagle zastygł w pół ruchu. Wszyscy obecni patrzyli na niego, jakby co najmniej wlał wino do talerzy.
Odstawił butelkę i złapał się za głowę.
- Aj! Aj! Ajajaj! Ja niekulturalny! - jęczał. - Ja się u nas w Gruzji tak przyzwyczaił, że mężczyźni w swoim gronie piją, a kobiety w swoim idą na ploty...
- I to wcale niegłupie – zauważyła Andrea. - Chodź, Su, idziemy na ploty!
Susan spojrzała na nią z wdzięcznością.
- A wy tu sobie siedźcie – uzupełniła – i czekajcie, aż czkawki dostaniecie.

- Andrea... mogę cię o coś spytać? – zaczęła Susan, gdy tylko wyszły z jadalni.
- Pytaj.
- Tylko mi trochę głupio... bo to takie osobiste, o ciebie i o twojego męża...
- Mówię, pytaj. Najwyżej ci nie odpowiem.
W każdym razie Susan udało się obudzić jej ciekawość. Odkąd dwa lata temu Agnieszka zapytała ją otwartym tekstem, jaki Lupin jest w łóżku, w dziedzinie niedyskretnych pytań niewiele mogło ją zaskoczyć.
- Ile on pije?
Pytanie rzeczywiście było dość bezpośrednie.
- Więcej niż bym chciała, mniej niż się obawiałam. Na codzień ot tak jak każdy chłop, piwo wieczorem albo nawet i to nie. Raz na jakiś czas go napada... I po akcjach... chyba po tych ze stratami po którejś stronie.
- Trochę tego jest.
- Trochę. A dlaczego pytasz?
- A bo tak mnie naszło... czy oni wszyscy muszą tyle pić?
- Oni, czyli mężczyźni?
- Oni, czyli faceci z Zakonu.
- Nie wiem... Ja wiem o dwóch, którzy byli w pierwszym Zakonie i którzy potem nie pili albo prawie nie pili. Jeden się powiesił cztery lata temu, a drugi od trzech lat jest na Czwartym Piętrze...
- Ale dlaczego...?
- Może za dużo widzieli, a za mało mogą powiedzieć... O nie! Paszoł won, ty kupo futra!
Było już za późno. W jadalni na samym środku stołu siedział wielki kot paskowy i przewieszony przez krawędź wazy, z apetytem chłeptał zupę z wąża.
- No, to kolację mamy z głowy - jęknęła Andrea.
- Bo co? - spytał zza ich pleców Hogomosadze.
- Bo kot się dorwał.
- No to co? - zdziwił się Gruzin. - Przecież całej zupy nie zje.
Hogomosadze miał rację. Kotu wystarczyła jedna czwarta. Oblizał się ze smakiem, przemknął im pod nogami, wskoczył na półkę w przedpokoju i zajął się ugniataniem kapelusza babci do pożądanej konsystencji.
- Ładny kot – powiedział z uznaniem Hogomosadze. - Duży, futrzasty, jak u nas w Gruzji!


Londyn, Kominiarska 18, wtorek, 7 stycznia 1997 r.

- Nie, panie Weasley.
Joe Böhm starał się mu patrzeć w oczy, ale nie do końca mu się to udawało.
- Ja pana bardzo lubię, ale wam nie pomogę. Za bardzo pana uważam, żeby panu mówić, że nie mogę. Nie pomogę wam, bo się boję.
- Pan? - Arthur nie ukrywał rozczarowania. - Świat się kończy. Człowiek, który...
Umilkł. Wszystko, co mógł powiedzieć o tym, co Krawiec Sangwinista robił w czasie Wojny Dziesięcioletniej, brzmiałoby jak wspomnienie pośmiertne w Proroku.
- Czysta krew – mawiał wtedy – taka piękna idea, a co oni z tego zrobili!
Gdyby po upadku Voldemorta uznał za stosowne się ujawnić, miałby Order Merlina w kieszeni, a i Bohater Magicznej Anglii nikogo by nie zdziwił.
A on trzymał się z dala od wszystkiego, co wiązało się z minioną wojną, i głosił - zgodnie z nauką Świadków Merlina, choć do nich nie należał - że obrzydliwością przed Panem jest każdy, kto łączy się cieleśnie z mugolem czy mugolką.
- Który w mrocznych czasach strachu i pogardy i takie tam – wpadł mu w słowo Böhm. - Tak, owszem. Robiłem różne rzeczy, w pewnym momencie miałem jeden wyrok od was, drugi od śmierdzieli, to wszystko prawda. A teraz mam żonę i dziecko.
Miał irytujące poczucie, że gdzieś w oddali David kiwa głową ze zrozumieniem.
- Nie imponuje mi to. Też mam żonę i dzieci. Ale rozumiem.
- Gówno pan rozumiesz, panie Weasley. Z całym szacunkiem, gówno pan rozumiesz. Ile pan masz tych dzieci, siedmioro?
- Siedmioro.
- A ja mam, uważasz pan, jedno. I więcej... - urwał na chwilę, słychać było tylko szybki, płytki urywany oddech. - Więcej, kurwa, miał nie będę, rozumiesz pan? Nie będę! Dotarło?!
Znowu zapadła cisza.
- Dotarło – powiedział powoli Arthur. - A pochował pan ile?
Böhm zesztywniał.
- Mam tylko jedno – powtórzył. - Nigdy nie miałem więcej i nie będę miał.
- A ja już jedno pochowałem. I to jest, zapewniam pana, dostatecznie przykre, nawet jak to jest jedno z ośmiorga. A tam jest moich dwoje.
Sangwinista ostygł z zapału. Z ponadprzeciętną dokładnością poprawiał fastrygę na czarnej wizytowej szacie.
- Wiem, co powinienem zrobić - powiedział w końcu. - Ale tego nie zrobię. Pomogę wam tyle, na ile mnie stać. Proszę bardzo, kontakt. Skrzynka na krótko. Żadnego odpalania papierosa przez pół godziny na dworcu. Ktoś tu przychodzi, to albo niech konkretny towar przyniesie, albo zamówi usługę i potem odbierze.
Wstał nagle i wyszedł z pracowni. Po chwili wrócił, niosąc niewielki metalowy zwój.
- To wam się przyda – powiedział. - Mnie na nic.
Arthur skinął głową, chowając w fałdę szaty trzydziestostopowy drobniutki łańcuszek z dwimerytu.
- I to jest wszystko, co dla was mogę zrobić, panie Weasley. Proszę pozdrowić żonę.
Arthur nie skomentował. Jakby nie wiedział, co otrzymuje. Na co Sangwinista właśnie naraził siebie, żonę i dziecko. I ile za ten łańcuszek daliby Borgins i Burkes.
- Z tym, że dalej to już nie ja – powiedział. - To już moi synowie się tym będą zajmować – dodał, skrobiąc bażancim piórem po stole.
Pufek siedzący na półce przy drzwiach kichnął rozgłośnie, gdy drzwi otworzyły się i stanęli w nich dwaj rudowłosi producenci magicznych zabawek.
- Moi synowie...
- Fred Weasley – powiedział ten w zielonej pelerynie, kłaniając się nieznacznie. - A to mój brat George.
Do Arthura nagle dotarło, że znając tych dwóch od dziewiętnastu lat, w życiu nie słyszał zdania „Jestem George Weasley, a to mój brat Fred”.
Z drugiej strony nie miał pojęcia, czy zdanie „Jestem Fred Weasley, a to mój brat George” zawsze wypowiadała ta sama osoba.

Nora, sobota, 12 stycznia 1997 r., w południe

Drogi Czytelniku!

Czytelniku, hmm, zastanowił się. Teraz mugole piszą inaczej. Można by o tym teraz wspomnieć, sporo się z tego da wycisnąć.
Podczas zajęć z eliksirów dla zaawansowanych korzystałem z podręcznika Libacjusza Borage'a, historii magii uczyłem się z Historii Zjednoczonego Brytyjskiego Królestwa (czarodziejów) – Krótki kurs, a na mugoloznawstwie w charakterze tekstów źródłowych używaliśmy scen i czytanek z mugolskiego podręcznika angielskiego Angielski w pigułce C.E.Eckersleya.
Pod powyższym zdaniem mogłoby się podpisać wielu czarodziejów. Równie dobrze moich rówieśników, co kolegów moich dzieci.
Krótki kurs, utraciwszy status oficjalnego podręcznika, stał się ku rozpaczy nauczycieli ulubionym brykiem. Kolejne wydania nieśmiertelnego „Libora” nieznacznie różnią się od dawnych i znakomicie zdają egzamin, Eckersley zaś pozostaje jednym z głównych źródeł wiedzy młodych czarodziejów o życiu brytyjskich mugoli – przynajmniej dla tych, którzy sami nie pochodzą z rodzin mugolskich.
O ile jednak historia magii jest księgą zamkniętą – choć ciągle odczytuje się na nowo jej zapomniane stronice – a w dziedzinie warzycielstwa na poziomie, jakiego potrzebuje uczeń szkoły magii, niewiele się zmieniło, o tyle życie bohaterów tekstów Eckersleya ma jeszcze mniej wspólnego z życiem współczesnych mugoli brytyjskich, niż język, którego ten podręcznik uczy, z realnie używanym mugolskim angielskim. Wie o tym każdy, kto bywa czasem na mugolskiej stronie i zajmuje go wtedy coś więcej niż paląca konieczność jak najszybszego dotarcia do najbliższego portalu.
Czyli mniej więcej dwa procent czarodziejów.
W większości szkół uczeń może uzyskać na piśmie i z pieczęciami potwierdzenie znakomitego opanowania wiedzy o życiu i obyczajach brytyjskich mugoli, ani razu nie rozmawiając z mugolem, a telewizor widząc wyłącznie na obrazku. Tak wygląda nasza wiedza o świecie, który istnieje tuż obok nas.

Arthur Weasley odłożył pióro. Coś było nie tak. To brzmiało jak kazanie. Przecież nie miał pisać, co myśli o systemie oświaty czarodziejów... Pomyśli o tym jutro.
Postawił gwiazdkę przy inwokacji i zaczął wpisywać u dołu strony odsyłacz.
Gdybym pozwolił sobie na taką inwokację w tekście wydawanym przez mugoli, wydawca zażądałby zmiany na „Droga Czytelniczko lub Drogi Czytelniku”. W przeciwnym razie zostałby oskarżony o szerzenie dyskryminacji ze względu na płeć.
To jedna z wielu osobliwości współczesnego świata mugoli. Jedna z wielu spraw, o których nie słyszałeś na angielskim ani na mugoloznawstwie, jeśliś na takowe chodził.

Dolny margines skończył się. Obrócił rolkę i zaczął pisać na bocznym.
Im mniej pozycja kobiety w mugolskim społeczeństwie różni się od pozycji mężczyzny, tym bardziej mugole szukają różnic i walczą z nimi. Pół wieku temu czarownice z mugolskich rodzin, trafiając do szkoły czarodziejów, zdumiewały się panującym u nas równouprawnieniem kobiet. Dziś ich mugolscy krewni uważają, że tkwimy w średniowieczu (to w mugolskim dialekcie bardzo pejoratywne określenie), twierdząc, że kobieta z natury lepiej nadaje się na przedszkolankę, a mężczyzna na aurora. Podobnie...
Pisał już drobnym maczkiem. To chyba nie w tym odsyłaczu? A, co tam. Na razie napiszę, co trzeba, a potem i tak McGonagall mi to wywróci na lewą stronę.
...czasy, kiedy zajęcia wyrównawcze dla mugolaków obejmowały powiedzenie dwunastoletnim (wówczas) kawalerom, skąd się biorą dzieci, dawno odeszły w przeszłość...
McGonagall jak McGonagall, zastanowił się. TO powinien przede wszystkim weryfikować jakiś mugol.

- Kochanie, pozwól tu na chwilę – rozległ się błagalny głos Molly.
Wzniósł oczy ku sufitowi i po raz czwarty w ciągu pół godziny wstał zza biurka.
- Tak, słucham – odezwał się, przechodząc do kuchni.
- Czy mógłbyś sprawdzić kieszenie i znaleźć jakieś drobne? Myślę, że jak uzbierasz sykla...
- Po cholerę mam zbierać sykla? - zirytował się. Niewiele rzeczy drażniło go tak, jak to, że jego żona w dalszym ciągu zachowuje się, jakby musiała każdego knuta oglądać trzy razy, zanim go nie wyda. - Kochanie, obudź się! Nie musimy wyskrobywać knutów na chleb, w życiowych masz fafnaście galeonów trygławami, to sobie weź...
- Nie chcę trygława! Po co mi trygław? Za kwartę mleka będę trzema galeonami płaciła? Znajdź, jak cię proszę!
Arthur przewrócił oczami i wstał od biurka.
- Aha, i jak już wstałeś, to odwieś wreszcie szatę do szafy, niech ci nie wisi nad głową. Jak ci zleci na łeb, to nie będziesz nic widział, bo ona jest czarna...

Londyn, bar „Pod Setką”, piątek, 17 stycznia 1997 r.

Wróżby dobre albo nie, ale zawsze prawdziwe. Piwna 7, kręte schody z bramy.
Dobra, wszystko git, pomyślał Remus Lupin, składając przeczytanego od deski do deski Proroka Codziennego, wspaniałe płyty, piękne kobity, trzecia godzina gratis, ale gdzie są Weasleyowie?
- Nie śpij, bo ci dziecko podrzucą – usłyszał nagle tuż obok siebie. Aż podskoczył z wrażenia.
Przed nim stali Fred i George Weasleyowie.
- Co wyście zrobili?
- Cześć, po pierwsze.
- Cześć. A nic, przetestowaliśmy na tobie mgiełkę rozkojarzającą. Jeszcze nie wprowadzone do produkcji.
- A co z działaniami ubocznymi? - spojrzał na nich spode łba.
- A nie wiemy – wyjaśnił George.
- Ale mamy nadzieję, że jak jakieś zaobserwujesz, to nam powiesz – rozwinął Fred.
- W każdym razie teraz się nie rzucamy w oczy.
- Jakby ktoś sobie próbował potem przypomnieć, to odtworzy tyle, że jakichś trzech tu siedziało, bliższych danych brak, choćbyśmy tu tańczyli taniec z miotłami – dodał Fred.
- Wybornie – uśmiechnął się Lupin, zręcznym ruchem odryglowując drucianą konstrukcję zamykającą butelkę. Nie lubił używania magii przy stole.
- Wiesz, co to jest nicość? - spytał nagle Fred, patrząc znacząco na butelkę.
- No?
- Pół pinty na trzech.
- Toteż ja rozumiem – odparł Lupin, sprawnie rozlewając nalewkę kawową, z której słynął ten lokal – że ja zagajam, a wy pociągniecie temat.
- Temat zabezpieczenia rzyci naszemu braciszkowi pociągnęliśmy – skinął głową Fred. - Dokładnie tak, jak mówiłeś. Z Hogomosadzem się spotkać, to znajdziemy zawsze milion powodów. Twoje zdrowie!
Wypili.
- Bardzo dobrze, ale to nie jest wszystko – oświadczył Lupin ponuro. - Charlie ma załatwić to samo w Wierchnieudyńsku. I też trzeba będzie tu ściągnąć.
- W Wierchu? Wiesz, co będzie, jak to się oprze o Shaolin?
- Gówno będzie.
- A skądeś taki pewny?
- Bezpieczniej nie wiedzieć – uciął.
- Ale właściwie po co te kombinacje? Skoro Mitka załatwia...
- Bo to jest Hogomosadze. Ja go bardzo lubię, ale on jest z Kaukazu.
- No to co?
- No to to, że tam, jak by to delikatnie powiedzieć, są trochę inne standardy odpowiedzialności za słowo. Gdyby Hogomosadze miał jedną czwartą tych możliwości, co mówi, tobyśmy Voldemorta w dziurkę od klucza wcisnęli. Tam jest od groma takich gości, co to w pojedynkę grindelwaldzką wojnę wygrali, a jedyne, co sobie jeden z drugim ma do zarzucenia, to że nie powiedział Stalinowi, żeby się potem podał do dymisji, bo Soso był znajomym szwagra bratowej jego chrzestnego i na pewno by go posłuchał...
Bracia woleli nie dociekać, kim był wspomniany Soso i jak jego parantele mogły wpłynąć na decyzje Stalina.

Londyn, „Hipogryf”, czwartek, 22 stycznia 1997 r.

- Chyba przesadza pan z tym zarzutem dogmatyzmu – zaprotestował Richard Marner.
- Może przesadzam, może nie – uśmiechnął się nieznacznie Arthur Weasley. - Pamięta pan sprawę doktora Boiland?
- Szczerze mówiąc, nic mi to nie mówi.
- W roku... psiakość, roku to dokładnie nie pamiętam, kiedyś w osiemnastym wieku w każdym razie, do Akademii Francuskiej przybyła delegacja mieszkańców jakiegoś miasteczka, z merem, którzy na własne oczy widzieli upadek meteorytu...
Mugol strzelił palcami.
- A, to znam sprawę. „Kamienie nie spadają z nieba?”
- Właśnie.
- To znam. Tylko nazwiska nie kojarzyłem.
- Otóż, proszę pana, ten nieszczęsny doktor wiedział, że kamienie nie mogą spadać z nieba, bo skąd by się tam miały wziąć. Jak panu się zdaje, co by było, gdyby ktoś spróbował, ja wiem, uzyskać grant Komitetu Europejskiego na badania, czy Ziemia jest płaska? Albo opatentować perpetuum mobile?
- Nic by nie było. Perpetuum mobile zbudować się nie da.
- Wie pan to z całkowitą pewnością?
- Zdecydowanie.
- Jest pan tego pewien?
- Tak jak tego, że pana widzę.
W oczach Arthura zamigotały iskierki.
- Tak jak doktor Boiland był pewien, że kamienie nie spadają z nieba, czy trochę mniej?
- Zaraz, sekundę - osłupiał Marner - czy pan mnie próbuje przekonać, że da się skonstruować perpetuum mobile?
- Pierwszego rodzaju na pewno nie. Ale do do drugiego rodzaju nie jestem pewien... Przekonać to ja pana próbuję, że tak zwany naukowy światopogląd jest tak samo dogmatyczny jak porządna religia. W naukach ścisłych oczywiście, bo w wielu innych sprawach wpadliście w drugą skrajność.
- Gdyby tak było, jak pan mówi, tobyśmy się zatrzymali na mechanice Newtona. Cały dwudziesty wiek stoi na... - zawiesił głos.
- Niech zgadnę. Na zakwestionowaniu mechaniki Newtona?
- Owszem. A co doprowadziło do zakwestionowania mechaniki Newtona?
- Doświadczenie Michelsona-Morleya.
Na twarzy mugola odmalował się lekki podziw.
- Pańskie zdrowie... Zgadza się. Gdyby było tak, jak pan mówi, nikt by wyników tego doświadczenia nie przyjął do wiadomości.
- Gdyby sprawa została w kręgu mugoli, doświadczenie by tak długo udoskonalano i poprawiano, aż by dało właściwy wynik, że ce plus coś to nie jest ce, tylko więcej.
- Nie rozumiem. Czy sugeruje pan, że Michelson był czarodziejem?
- Michelson nie. Ale jego szwagier owszem. Michelson miał początkowo duże kłopoty, był o krok od wyrzucenia z pracy, a o dwa kroki od umieszczenia w zakładzie psychiatrycznym. Po pijanemu zwierzył się szwagrowi, jaki ma problem, i spytał, czy by szwagier nie spróbował mu jakoś pomóc, rzucić może na kogoś jakieś zaklęcie czy coś takiego. Szwagier, że też był pijany, wbrew wszelkim przepisom się na to zgodził, miał zresztą przez to duże kłopoty. Dzięki temu, i wyłącznie dzięki temu, Michelson nie uchodzi za takiego samego wariata jak Tesla...
- Chce pan powiedzieć, że Tesla też był czarodziejem?
- Nie, skąd. Tesla był autentycznym i niefałszowanym mugolem z czysto mugolskiej rodziny. Natomiast pod koniec życia próbował nawiązać łączność ze światem czarodziejów bez użycia magii i niewiele brakowało, żeby mu się to udało.
- W biografiach piszą, że na starość zidiociał i próbował przez radio wywoływać duchy.
- Duchów nie ma, każdy przecież wie, prawda? I tyle z tej waszej otwartości...

Hogwart, pokój wspólny Hufflepuffu, poniedziałek, 27 stycznia 1997 r.

Cieszy mię rym: Czarodziej mądr po szkodzie,
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść wnet czarodziej kupi:
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi...

- Su, mogłabyś przestać? - parsknął Jim Stebbins.
- Może bym i mogła przestać, ale co?
- Deklamować wierszyki.
Susan przysunęła sobie puf w pobliże kominka, usiadła, westchnęła ciężko.
- A masz pomysł, żeby napisać coś twórczego o tym utworku? - spytała.
- Nie. I dlatego za trolla bym nie wybrał tego tematu!
- Żaden inny mi nie leżał – odparła Susan. - A tego, co wzięłam, Davey mi nie przyjmie, jeżeli spróbuję pisać o Schwarzwaldzie bez Zabicia. I co ja tam mogę jeszcze napisać, jak wszystko na talerzu napisane? Clara non sunt interpretanda(9).
- In saecula saeculorum!(10)
Jim musiał mieć naprawdę serdecznie dosyć słuchania Susan deklamującej Pieśń o zabiciu templariuszy. Tylko machnął różdżką, a dębowe krzesło stojące naprzeciwko niego poderwało się, zatoczyło łuk w powietrzu, zgrabnie wyminęło obserwującego całą scenę z uprzejmym zainteresowaniem Jacka Peccary'ego i rozbiło się o ścianę.
Na chwilę zrobiło się cicho jak na pogrzebie organisty.
- Niewątpliwie Johann von Schwarzwald wielkim poetą był – oświadczył Justyn Finch-Fletchley – ale po cóż łamać krzesła? Reparo!
Od pewnego czasu wśród szóstoklasistów dało się zauważyć wzrastającą nerwowość. Wprawne oko zauważyłoby, że dziwnym trafem nerwową atmosferę stwarzają wokół siebie osoby w swoim czasie podejrzewane o przynależność do organizacji, która – jak to ponad wszelką wątpliwość stwierdziła ekipa kierowana przez Kingsleya Shacklebolta – nigdy nie istniała.
Pozostawało mieć nadzieję, że żadne wprawne oko nie zwraca uwagi na to, którzy uczniowie od początku stycznia zrobili się drażliwi, agresywni, skłonni do niezrozumiałych wahań nastroju. Gdyby wprawne oko zwróciło na to uwagę, stopniowo trop doprowadziłby do fałszywych galeonów w kieszeniach humorzastych uczniów.
Te galeony w zeszłym roku pozwalały nie czuć się przed obliczem Dolores Umbridge jak tłusta plama. Jesienią odbierały gryzące poczucie bezsilności, kiedy Prorok Codzienny donosił o napadach i pożarach, o zabitych i rannych. Czuli, że robią tyle, ile mogą – przygotowują się, żeby pewnego dnia zrobić więcej.
Teraz tego zabrakło. Od Bożego Narodzenia Gwardia nie spotkała się ani razu, a Harry na pytania, kiedy się spotkają, odpowiadał coraz bardziej opryskliwie „W odpowiednim czasie”. Kiedyś, szczególnie poirytowany, wypalił:
- Na Wszystkich Świętych, jeśli taka będzie moja wola!
Tylko Wybrani po staremu od czasu do czasu przychodzili na lekcję wyglądając jakby spadli ze schodów.

- Baryłka – powiedział głucho Justyn Finch-Fletchley.
- Obok Susan rósł równy stos szycht. Ernie i Hanna machinalnie dokładali kolejne karty. Ich wyraz twarzy od początku rozgrywki dobitnie świadczył, że uważają takową za stratę czasu, a jej wynik za z góry przesądzony.
Justyn położył swoją ostatnią kartę, dzwonkowego króla.
- Beczka – powiedział grobowym głosem.
- Nic nie wzięli? - upewniła się Susan.
- Ani knuta – potwierdził Justyn. - Obawiam się, żeśmy spierdolili targ, że pozwolę sobie wyrazić się tak nieco kolokwialnie.
Wytworny młody arystokrata miał w sobie coś z dziecka, które odkryło, że brzydkie słowa w jego ustach robią duże wrażenie. Raz na parę miesięcy pozwalał sobie na jakiś wulgaryzm, najchętniej w chwili, w której nikt się tego nie spodziewał.
- Coś zrobiłam nie tak? - zaniepokoiła się Susan.
- Sądząc po tym, że stanęliśmy na czterech, a wyszło lewą ręką siedem, to raczej tak, nie? – zauważył Ernie.
Susan patrzyła na Justyna bezradnym wzrokiem.
- Jak sądzę – powiedział – przez pierwsze okrążenie licytacji myślałaś jeszcze... - spojrzał na drzwi, w których stanęła właśnie Laura Madley - o Schwarzwaldzie. To moja wina. Niepotrzebnie nalegałem, żeby już siadać do stołu, a to, co mówiłem, teraz nie wydaje mi się należycie przejrzystym.
Susan, Ernie i Hanna patrzyli na Justyna z mieszaniną podziwu i przerażenia. W pół słowa zaczął mówić coś, co nie miało nic wspólnego z rzeczywistością, bez zająknięcia, bez skrzywienia.

Londyn, „Dziurawy Kocioł”, środa, 29 stycznia 1997 r.

- Im dłużej z panem rozmawiam... bardzo dobre to piwo... tym bardziej mam wrażenie, że takie coś, jak pan pisze dla czarodziejów o nas, to przydałoby się w drugą stronę – zauważył Richard Marner. - Dla tych, którzy mają służbowo kontakt z czarodziejami...
- Sens tak, w takiej formie niekoniecznie – odparł Arthur. - Pana zdrowie! Jakieś informacje na pewno, tylko nie widzę tego w formie pisanej. Primo: ilu jest tych wtajemniczonych ? Sto osób? Pewnie i tyle nie.
- Nie, ale niewiele mniej.
- Secundo: nikt nie pozwoli na stworzenie takiej książki. Takie są po naszej stronie przepisy, trudno. Tertio: tak naprawdę to nie bardzo wiadomo, o czym musiałaby być i jak ją pisać.
- Jak to?
- Proszę pana... pamięta pan naszą pierwszą rozmowę, kiedy wspomniałem o wyrzuceniu ślepo urodzonego z synagogi(11)? Odwołałem się do czegoś, co każdy czarodziej – wierzący czy nie - zna dobrze, do jednej z bardziej znanych historii z Ewangelii, i bardzo się zdziwiłem, że pan, wykształcony człowiek, tego nie kojarzy.
- Pamiętam bardzo dobrze. Ja się wtedy zdziwiłem, że pan się dziwi.
- I tak się obaj dziwiliśmy. Jeszcze nieraz się zdziwimy. Otóż taka książka czy broszura miałaby mnóstwo odwołań do rzeczy, które dla autora są oczywiste, a dla czytelnika niekoniecznie, nie dawałaby się czytać bez przypisów, jak Ewangelia Mateusza, która jest tekstem pisanym przez Żyda dla Żydów... - urwał, widząc lekkie rozbawienie na twarzy rozmówcy. - No właśnie. Tak samo gdyby ten tekst – stuknął ręką w pergamin leżący na stole - pisał pan, a nie ja, pewnie by się tam przemknęła jakaś broń palna, jakieś kino, telewizja, jakieś porównania z ruchem drogowym, kompletnie nieczytelne dla kogoś, kto w życiu nie widział samochodu, a już na pewno nim nie jechał, jakieś zielone światła i tym podobne, zupełnie inne pojęcie o wychowywaniu dzieci, o szkole... Mniejsza o to. Dość z tym, że na mój gust to by musiał być wykład, czy spotkanie raczej, powiedziałbym nawet cykl spotkań. Trochę tak, jak się robi dla mugolskich rodziców czarodziejów.
- Podjąłby się pan czegoś takiego? - ożywił się mugol.
- Ja na pewno nie. Mnie zbyt ciekawi wasz świat, skończyłoby się na tym, że zamiast mówić mugolom o świecie czarodziejów wypytywałbym ich o różne rzeczy. Ale mam pomysł, kto by to mógł zrobić. Dwóch ludzi, którzy mówić umieją i lubią, mają coś do powiedzenia, a przy tym wyglądają i zachowują się na tyle nie po waszemu, że się nie nabierzecie na podobieństwo.
- Nie bardzo rozumiem...
- Większość czarodziejów zachowuje się, przynajmniej przy mugolach, podobnie do nich. Dlatego do was nie dociera, że to, że my jesteśmy biali, ubieramy się dosyć podobnie, a czasem po waszemu, mówimy po angielsku i tak dalej, to wszystko nie zmienia faktu, że to nie jest taki świat jak wasz, tylko trochę mniej oświecony. Gdybym wyglądał jak, dajmy na to, Dalajlama...
Richard Marner zachłysnął się piwem.

Hogwart, sobota, 1 lutego 1997 r.

- Co wy sobie wyobrażacie, do jasnej cholery!
Zachariasz Smith nie miał w zwyczaju atakować pierwszy. Tym bardziej kobiet. Z drugiej strony stojąc nos w nos z rozjuszoną Alexą Toran obawiał się, że jeśli ona zaatakuje pierwsza, to on już nie będzie miał okazji zrobić czegokolwiek.
Draco Malfoy nadstawił ucha.
- Nie wypadaj z roli – syknęła cicho do Smitha. - Macie grafik, to się go trzymajcie! - podjęła podniesionym głosem.
- Wszelkie pretensje – warknął Smith – do kapitana. Albo do opiekuna domów. Mnie co? Ja miałem inne plany!
Malfoy wzruszył ramionami i odszedł.
- Co jest? - spytał Smith półgłosem.
- Malfoy nie jest ślepy – odpowiedziała równie cicho. - A pewnie, że zrobimy wiatrak, bądź pewien! - huknęła. - Chociaż w tych smokerlanach do Hogs nie łaźcie, butów nie macie czy munduru wam się zachciało? Ja już wyczaiłam, więc jemu pewnie też niewiele brakuje. Jeszcze nie wie, ale węszy, bardziej koło Pottera, ale...
- Odczepże się ode mnie! - ten jęk nie był szczytowym osiągnięciem aktorskim. - Wiesz czy się domyślasz?
Alexa Toran zgrzytnęła zębami. Smith mówił mało, ale szybko. Krótkimi zdaniami, jakby szczekał. Nie lubiła tego.
- Ta kretynka Parkinson – odparła krótko. - Jak sobie chcesz, Smith, tylko żebyś się nie dziwił! - dodała na wszelki wypadek podniesionym głosem. - Chcecie się narażać – szepnęła – to z głową, a nie jak jakieś Gryfiaki...

Hogwart, piątek, 14 lutego 1997 r.

Rój sów wlatujących do Wielkiej Sali czternastego lutego rano nie był zjawiskiem dziwnym ani zaskakującym. Fakt, że jedna z sów ląduje przy prefektach Hufflepuffu, tak samo nie był dla Susan zaskoczeniem jak to, że przyniosła list jej, a nie Erniemu.
Zaskakiwać mógł co najwyżej wygląd tejże. Tak była przekonana, że na walentynce od Charliego będzie smok albo przynajmniej dźwiedź, że długo nie mogła oderwać oczu od kartki, na której bardzo namiętnie całowały się dwa kurczaki, a wierszyk obok głosił:
Nawet głupi drób
Wie, po co ma dziób.
Nie bądź głupsza od dróba -
Daj dzióba!

Mimochodem spojrzała na stół nauczycielski, przy którym znowu nie było Charliego (Dumbledore'a zresztą też nie). Był natomiast Snape, otwierający list z wyrazem takiego obrzydzenia na twarzy, że uznała za stosowne się tym zainteresować.
Zaklęcie Szprechrury było co prawda niezarejestrowane, ale za to bardzo poręczne.
- Kto, do cholery, chce mnie ciumciać po brzuszku?! - zawarczał Mistrz Eliksirów.
- W każdym bądź razie nie ja - wymamrotała Hanna Abbott.
- Oddycham z ulgą - mruknął zgryźliwie Ernie.
- Jeszcze w dodatku po ślicznym?!
- Może jakaś cicha wielbicielka? - zasugerowała Minerwa McGonagall.
- Spróbujmy to ustalić przez eliminację - zaproponowała sarkastycznie profesor Vector. - Myślę, że Granger możemy wstępnie wykluczyć, chyba nie jesteś w jej typie. Weasleyowie też są raczej poza podejrzeniami.
- Może Malfoy? - prychnęła Susan.
- Nie przypominasz sobie jakiejś kretynki wśród uczennic? - dopytywała się McGonagall.
- Całe kopy - warknął Snape. - W każdej klasie najmarniej trzy...

c.d.n.


(1) Skala obojętna, -40 °C = -40 °F.
(2) Biało, biało już, sł. E. Zechenter-Spławińska, muz. E. Kornecka.
(3) Jan Dobraczyński, Listy Nikodema. List XI.
(4) Pójdziemy, bracia, z repertuaru kapeli „Drewutnia”.
(5) Solidarni, sł. Jerzy Narbutt, muz. Stanisław Markowski.
(6) Casablanka, sł. Andrzej Cierniewski, autor melodii nieznany.
(7) Mona, sł A. Peszkowska, autor melodii nieznany.
(8) Mała dziewczynka z AK, sł. Mirosław Jezierski, muz. J. Markowski.
(9) Clara non sunt interpretanda (łac.) - Nie należy interpretować tego, co jasne.
(10) In saecula saeculorum (łac.) - Na wieki wieków.
(11) J 9, 1-34.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Komentarze do odcinka VII

Postautor: archiwalny » 29.08.07, 14:54

Irytek jz w 11.06.07 19:34:04


AUUUUU!!!
No cóż. Już "Andrea, dlaczego ty się narażasz?! Dlaczego ty się spotykasz z takimi osobami" mnie rozwaliło na amen. Przez moment miałem nawet nieodparte wrażenie, że za chwilę znajdą Hogomosadzego z nożem w plecach...
A ciumcianie po brzuszku rozłożyło mnie na amen! Snape ciumciany, ratunku.... w dodatku po ślicznym...

No i pochlebiam sobie, że niemieckiego nie znając, Johanna von Schwartzwald rozszyfrowałem Co prawda jakieś specjalnie trudne to nie było, ale zawsze.

Innych smaczków nie wymienię, bo za dużo ich było. W każdym razie wielce smakowicie się to czytało.

Zastanawia mnie tylko dziwna moda na wybielanie wulgaryzmów. W tekście literackim wulgaryzm jest czasami niezbędny, a jeśli to kogoś razi, to niech czyta co innego. Mam nadzieję że nie jest to spowodowane jakimś nowym punktem regulaminu HPff? Osobiście sugereował bym odejście od tej praktyki, bo na czytelnika działa to nieco irytująco i uprzykrza lekturę tego znakomitego przecież opowiadania.

Nowym nie. Być może zbyt rygorystycznym stosowaniem przez Arthura Weasleya obowiązującego pkt. 4.3 zdanie pierwsze do Arthura Weasleya. Jeśli chodzi o utrzymanie lub zaniechanie tej praktyki, jestem otwarty na dyskusję, którą niniejszym otwieram. MO.



Magdalaena w 15.06.07 23:48:13


Jaki miły długi odcinek. Jest sporo smaczków, sporo scenek z życia zakonników i trochę kolęd. Aż żałuję, że nie wklejasz linków do muzyki (w fandomie SS/HG jest autorka, która daje odnośniki do zdjęć biżuterii, która pojawia się w utworze).

I być może nareszcie zakonnicy cokolwiek wykonspirują ...



Napisa: Barty Crouch Młodsza w 19.06.07 02:24:43


Łaaał, Chmielewska. Lubię Chmielewską!!!!
Hmmm. Ale. Hmm. Rozumiem - a nawet jeśli nie rozumiem, to nie mam innego wyjścia niż tolerować - niechęć do obywatela SS, ale porównywanie go do osobnika o wzroście siedzącego psa i porośniętego włosiem, jest raczej dość...
Złośliwie śmieszne.
Smutne to to wszystko. Cały "Dom i świat". Gwardia, obóz, Umbridge. Sytuacja państwa Lupinów, a zwłaszcza Remusa. Sytuacja mugolskich rodziców hogwartczyków troska, lęk... Artura, radzącego sobie ze strachem o dzieci, Dumbledore'a, który ufa wbrew wszystkiemu, Snape'a, który czuje, że nikt poza dyrektorem mu nie ufa, Susan, Charlie...
Postacie. W słowach Andrei odbija się Twoja wizja obywatela SS. Rozumiem, dlaczego Andrea jest taka inna niż w fan fiku Minerwy. Rozumiem, że wojna, że Voldemort i tak dalej, że to w końcu Ty a nie Minerwa. Smuci mnie jakoś. Ale to Twoja wizja.
Podoba mi się "Dom i świat". Z jednym wyjątkiem.
Ale, pomijając ten wyjątek, to znaczy mam nadzieję, że piszę teraz obiektywnie, chciałabym powiedzieć, że to co mówiła Andrea jest jakby za bardzo łopatologiczne. Może się mylę, ale tak jakby nie widzę powiązań z resztą tekstu. Przedtem rozumiałam z Twojego fika, że obywatel SS jest zdrajcą Zakonu, to wynikało z opisywanych przez różnych ludzi jego działań, a tutaj podsuwasz jak na kartce kim on jest i to z ust osoby, która kojarzy mi się z chwilą, gdy do obywatela SS podchodzi Agnieszka jednorożec...
Może się mylę co do postrzegania słów Andrei L. jako łopatologicznych, albo jestem nieobiektywna albo co innego.
Tak czy owak gratuluję tekstu.
(klaszcze)



Arthur Weasley w 19.06.07 11:30:10


niechęć do obywatela SS, ale porównywanie go do osobnika o wzroście siedzącego psa i porośniętego włosiem,
A tego to nie rozumiem. Gdzie ja porównałem SS do Bobusia?
Rozumiem, dlaczego Andrea jest taka inna niż w fan fiku Minerwy. Rozumiem, że wojna, że Voldemort i tak dalej, że to w końcu Ty a nie Minerwa.
Nie ma Andrei Minerwy i Andrei Arthura. To jest Andrea, i nie wypowiada ani słowa, które nie byłoby merytorycznie zatwierdzone przez Minerwę. Właśnie dlatego, że to jest Andrea Minerwy. Inna może być dlatego, że i w realu, i w książce minęło parę lat i w życiu obu pań to i owo się przez ten czas wydarzyło.
Smuci mnie jakoś. Ale to Twoja wizja. Przedtem rozumiałam z Twojego fika, że obywatel SS jest zdrajcą Zakonu, to wynikało z opisywanych przez różnych ludzi jego działań, a tutaj podsuwasz jak na kartce kim on jest
Już nie mówię o tym, że póki co to to jest pogląd Andrei, a nie narracja obiektywna, ale czy ten pogląd jest sprzeczny ze zdradzaniem Zakonu? Andrea uważa, że on zdradza Zakon, tyle że nie z miłości do Voldemorta.



maggiebr w 19.06.07 12:01:36


Z tym, że dla mnie na przykład pogląd Andrei jest najbardziej prawdopodobnym zdiagnozowaniem Snape'a, z jakim się dotychczas spotkałam.

Powiem ci, Arthurze, że bardzo, bardzo przypominasz mi Sapkowskiego. W wielu kwestiach.

Jestem człowiekiem, który w książkach najbardziej docenia to, jak autor posługuje się językiem, co potrafi z polskiego wyciągnąć. Świetna fabuła i skupienie na szczegółach też są plusami, ale na nie aż tak nie patrzę. Dlatego niezależnie od recenzji kupuję książki Sapkowskiego czy Chmielewskiej.
Zacznij pisać książki, jednego stałego kupca już masz.



Barty Crouch Młodsza w 19.06.07 12:05:56


No tak. Nadinterpretuję. Bobuś dostał kartkę o ciumcianiu po brzuszku i obywatel SS dostał. Masz rację...
Co nie zmienia faktu, że to bardzo śmieszne, bez względu na porównywanie czy nie porównywanie... Obywatel SS i brzuszek :-)
Przyjmuję do wiadomości Andreę samą w sobie i jej niepodzielność.
Swój ostatni pogląd trudno mi wytłumaczyć, może też się mylę.
Może być, że SS zdradza Zakon, Voldemorta i resztę globu, to Twoja wizja, nie mam nic przeciwko, no i to Twój sposób przekazania tego ustami Andrei, wiem, że to nie jest narracja obiektywna, z niewiadomych przyczyn jakoś mi nie pasuje sposób, w jaki Andrea wywala eliksir na ławę Snape to Snape tamto.
Najlepiej nie zwracaj na mnie uwagi.
Podoba mi się szczegółowość fika, podoba mi się obraz rodziny Weasleyów i w ogóle tych szczegółów jest czasem tak dużo, że wydaje mi się że jest ich za dużo i co jakieś wnoszą lub nie wnosżą.
Tak czy owak gratuluję.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Odcinek 8 cz. I

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 14:57

Odcinek 8
Londyn, Stary Rynek, niedziela, 16 lutego 1997 r.


Alastor Moody machinalnie omiótł magicznym okiem schody kościoła Wypędzenia Przekupniów ze Świątyni, zwanego potocznie kościołem Rozpierduchy. Stałej czujności nigdy za wiele.
Najwyraźniej jednak wrogowie mieli tego mroźnego poranka inne zajęcie niż atakowanie starej części magicznego Londynu. Magiczne oko nie dostrzegło nic podejrzanego, a kieszonkowy fałszoskop milczał jak zaklęty.
Ukłonił się z należnym szacunkiem siedzącej w saniach wyjeżdżających z ulicy Długiej Salomei Swift, która w drodze do i ze swojego kościoła pokonywała podobną drogę jak on, mieszkając w połowie drogi między kościołem Oświecenia Gamaliela a Uniwersytetem Merlina, do i ze swojego, lecz w przeciwnym kierunku, i ruszył ulicą w stronę Komendy Głównej, wytrząsając się w duchu nad dziwactwami wymyślonymi przez pierwszego papieża Puchona, a wprowadzonymi przez jego mugolskiego następcę. Przecież, myślał, każdy czarodziej zna łacinę, a który nie zna, to niech się prędko nauczy, bo powtarzanie zaklęć „na skrzata” może powodować pomyłki i bolesną śmierć. W większości krajów czarodzieje pozostali zresztą przy łacinie, ale jego rodacy ochoczo przeszli na angielski. Dziwactwo, stwierdził stanowczo, dziwactwo wymyślone dla leniwych mugoli. Jak ktoś koniecznie chce, żeby po angielsku i nos w nos z księdzem, to niech idzie do Zjednoczonych albo gdzie, myślał wchodząc do bramy kamienicy numer 3 i wypijając niewielką buteleczkę płynu o ohydnym smaku.
Eliksir wielosokowy pozbawił go możliwości korzystania z magicznego oka, ale w końcu nic nie jest doskonałe. Wyszedł na ulicę, bardzo starając się nie kręcić ciągle głową.
Obrzucił niechętnym wzrokiem niewielki biały dom między boczną bramą Ogrodów Narnijskich a Komendą Główną, rezydencję Ministra Magii. Knot nosił się z zamiarem jej rozbudowy, w końcu wolał jedna zatroszczyć się o swój prywatny dom opodal Wzgórza św. Karola. Słusznie skądinąd, bo ile można być Ministrem?
W dodatku takim Ministrem, pomyślał sarkastycznie, skręcając w prawo w niewielki plac oddzielający Ministerstwo Magii od Starej Pokątnej. Pomnik upamiętniający zwycięstwo nad Urgiem Utytłanym, z wyczuciem hipogryfa w składzie porcelany umieszczony niemal naprzeciwko banku Gringottów, a ze względu na konwulsyjne pozy wyobrażonych na nim postaci znany jako Pomnik Paralityków, obwieszony soplami i przyprószony śniegiem wyglądał niemal dostojnie. Zegar na widocznej w oddali wieży dworca wskazywał kwadrans po jedenastej. W sam raz zdąży pod „Młot i Sierp” na spotkanie z tym jakimś Ślizgonem, Davym czy jakoś tak, z którym miał stworzyć przeciek kontrolowany dla Snape’a.
Właśnie ta perspektywa psuła mu humor. Ze Ślizgonem, też coś! Lupin twierdził, że porządny Ślizgon. Akurat. Porządną Ślizgonkę to on, i owszem, w życiu jedną spotkał, była jego sąsiadką, jak jeszcze mieszkał na Radosnej, w burdelu na Składach pracowała, ale ją za pijaństwo wyrzucili.
Przeciął Pokątną przed Ministerstwem, starannie nie patrząc na transparent na frontonie gmachu głoszący, że nie pozwolimy smażyć śmierciożerczej jajecznicy na naszej magicznej patelni, minął okazałe czteropiętrowe kamienice Wysokiej Pokątnej, by wreszcie ostentacyjnie spokojną Warzelniczą dotrzeć do placu oficjalnie noszącego elegancką nazwę Nowego Rynku, a przez czarodziejów twardo nazywanego Placem Gotyckim. Za Gotami nie przepadał, zbyt mu przypominali wampiry, ale żywność gotycką cenił sobie bardzo, a perspektywa zjedzenia udźca baraniego popijanego niechmielonym piwem znacząco zmniejszała jego niechęć do załatwiania poważnych spraw z wychowankiem domu Slytherina.
Runy znał słabo, a języka Gotów prawie wcale. Jednak narzędzia wyobrażone na szyldzie drugiej karczmy za rogiem nie pozostawiały wątpliwości, że to w tym lokalu się umówił.
- Plebeius - mruknął, celując sobie różdżką w pierś, i pchnął drzwi. Kamuflaż kamuflażem, a lepiej nie zwracać uwagi. Stała czujność to podstawa.
Zwierzęce tusze powoli obracane na rożnach nad paleniskiem pośrodku kamiennego wnętrza wyglądały zachęcająco. Blada acz mocno zbudowana karczmarka bez pytania postawiła przed nim gliniany kufel. Skinął głową i powoli zaczął pić, oparty o skórę łosia wiszącą na ścianie przy drzwiach.
- Ładna pogoda – zagadnął go długowłosy blondyn w długim, szerokim płaszczu z czarnej skóry. – W zeszłym roku o tej porze padał deszcz.
- Deszcz ze śniegiem – skorygował. Z uznaniem odnotował, że Davy... nie, nie Davy, ale jakoś podobnie... potrafił się zakamuflować dużo skuteczniej niż robili to aurorzy, zwłaszcza młodzi, idąc na rozpoznanie. Wybrał kamuflaż idealnie dopasowany do miejsca i zrealizował perfekcyjnie.
Chwilę patrzyli w płomień paleniska. Blondyn skinął dłonią na karczmarkę i ruszył w stronę masywnego stołu w głębi lokalu.

- Uwierzył? – spytał Moody, nie mając specjalnych wątpliwości, jaką odpowiedź usłyszy.
Gudgeon Davey dłuższą chwilę walczył z opornym ścięgnem.
- Nic z tego – odparł.
Moody odstawił pusty kufel.
- Wspomniał coś?
Kufel odleciał w stronę szynkwasu, mijając się w locie z drugim, pełnym.
- Bezpośrednio nie, bo bezpośrednio to on mi przecież o was nie powie. Ale wiem, co powinien był zrobić, gdyby kupił to, coście mu podsunęli.
Moody nie zdziwił się specjalnie. Zdziwiłby się raczej, gdyby Snape uwierzył w informację, którą podano mu otwartym tekstem.
Poniekąd był nawet zadowolony. Plan „Zupa dla ducha” zapowiadał niezłą zabawę i w sumie szkoda byłoby, gdyby miał pozostać w sferze teorii.
- No to słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać...

- I myślisz, że on to kupi? – spytał Davey, gdy Moody w połowie kolejnego kufla skończył drobiazgowy opis fikcyjnego planu. Jeśli plan się powiedzie, ubiją dwa smoki jednym zaklęciem – szpieg w Zakonie zostanie ostatecznie zdemaskowany, a ładunek bezpiecznie dotrze do Hogwartu. Tym samym pociągiem zresztą, ale o tym nie uznał za stosowne rozmówcy informować.
- A ty jak uważasz? Po mojemu to się trzyma kupy.
- Po mojemu właściwie też. Gdybym nie znał sprawy, tobym się właśnie spodziewał, że transmutujecie ładunek, cokolwiek to jest, w jakiegoś elemelka o intrygującym wyglądzie i wyślecie na bezczelnego wagonem bagażowym. Ale jak to kiedyś wylezie, to kolej was pobłogosławi – zauważył zgryźliwie Davey. – A wylezie na pewno, bo to jest numer z gatunku tych, o których będziecie opowiadać dzieciom na spotkaniach z kombatantem, a one będą bardzo znudzone, bo to znają na pamięć. A za ten wagon, co śmierciojady rozwalą, to kto zapłaci?
- Na eto i wojna – wzruszył ramionami Moody. Rozmówca wprawdzie nie miał żadnego powodu rozumieć po rosyjsku, ale gest i ton głosu były aż nadto wymowne. – Swoją szyną ciekaw jestem, jak mu to podsuniesz...
- Skutecznie – uciął rozmówca. – On też lubi niektóre nasze specjały. I też mówi przy nich za dużo.

Londyn, Dziurawy Kocioł, niedziela, 23 lutego 1997 r.

- Nie wiem czy to będzie typowy wykład, do jakich przywykliście...
Część mugoli z widocznym trudem powstrzymała się od śmiechu. Zdziwiliby się raczej, gdyby wykład faceta o ruchach niedźwiedzia i aparycji Frankensteina, z upiornym wirującym okiem, był typowy.
- Raczej nie, dlatego, że jestem nietypowy i pan dyrektor też jest nietypowy i przez większość życia byliśmy w nietypowych sytuacjach. Postaramy się mówić nie więcej jak dwadzieścia minut, może pół godziny, a potem państwo powiedzą, co byście chcieli wiedzieć. Jak nie będzie pytań, to nie ma sprawy, my poprowadzimy monologi, czyli wykłady. Z tym że monolog, jak to monolog, może być nieciekawy dla niektórych, więc od razu dwa warunki. Po pierwsze jeśli Państwo za te pół godziny wybiorą monolog, to nikomu nie wolno stąd wyjść, bo nam nie płacą za mówienie do pustej sali. Po drugie ci, którzy będą znudzeni i będą zasypiać, a wiedzą, że jak śpią to chrapią, niech się przeniosą dalej, bo nas to wybija z rytmu...
- Dzięki, Alastorze – wpadł mu w słowo Dumbledore. - Proszę państwa, ja ze swej strony przede wszystkim z góry przepraszam, jeżeli powiem coś oczywistego albo też coś pominę, bo mi się zdawało oczywistym.
Trudno mi jest mówić o świecie mugoli, bo go za słabo znam. Jeszcze trudniej mi mówić o świecie czarodziejów, bo go znam za dobrze. Ale spróbuję opowiedzieć trochę o różnicach między tymi światami.
Podstawowa różnica między cywilizacją mugolską a magiczną polega na tym, że czarodzieje, choćby chcieli, nie są w stanie uwierzyć, że człowiek jest wszechmocny. Ja wiem, że intuicyjnie to właśnie czarodzieje powinni wierzyć w ludzką wszechmoc, bo przecież umiemy czarować. Mówicie czasem, że coś się zmieniło „jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki”. Ale właśnie ta różdżka zaprzecza naszej wszechmocy. Bo ta moc, z której korzystamy, nie jest z nas i nie wiemy, skąd się bierze. Czarodziej może nie wierzyć w Boga, ale choćby się nie wiem jak starał, nie zdoła zaprzeczyć istnieniu magii. Trudno zresztą być materialistą, jeśli się na codzień ma do czynienia z duchami, na przykład w szkole, którą mam zaszczyt i przyjemność kierować, jest siedem duchów, z których jeden uczy historii magii. Czyli w każdym razie czarodziej wie z niezachwianą pewnością, obiektywnie i niezależnie od jego woli istnieje coś, co nie jest materialne, coś, z czego on może korzystać, ale tego nie wytworzył, nie może zniszczyć i nigdy ani stworzyć, ani zniszczyć nie będzie mógł. Toteż dla czarodzieja rzeczy są tym, czym są, ludzie są tym, kim są (na przykład mężczyźni mężczyznami, a kobiety kobietami, dzieci dziećmi, a dorośli dorosłymi), i Bóg, jeśli się w niego wierzy, jest tym, kim jest. Rzeczy i ludzie mogą się zmieniać, ale na razie rzeczy są tym, czym są, a nie tym, czym by człowiek chciał, ludzie są tym, kim są, a nie tym, kim by chcieli.
Mugole są w stanie zaprzeczyć. Założę się o każde pieniądze, że wielu z państwa nawet wierząc w Boga po cichu uważa, że człowiek jest bogiem.
Oczywiście to, o czym mówię, dotyczy mniejszości mugoli, ale właśnie z tą mniejszością się stykamy, bo ona żyje w Europie, Ameryce Północnej czy Australii. Proszę zwrócić uwagę, że z jednej strony w środowiskach, w których państwo się wychowali, z założenia nie wierzy się w magię i czarownice, a z drugiej strony w waszej społeczności bardzo dobrze prosperują wróżki, spotyka się też inne usługi magiczne. Część tych usług to jest ewidentna szarlataneria uprawiana przez mugoli, ale część świadczą zasymilowani charłacy, to znaczy dzieci czarodziejów nie mające lub mające bardzo słabe cechy magiczne. I ci ludzie, podając się za czarodziejów, obiecują skutki magiczne, jakich żaden szanujący się czarodziej by się nie podjął wywołać.
Słyszałem też o różnych pomysłach z dziedziny magii nazywanych jakoś inaczej, robienie różnych rzeczy siłą woli, sprowadzanie lub usuwanie złej energii i tak dalej. Tak, żeby korzystać z magii, nie wierząc w nią. Ale o tym to państwo niezawodnie wiedzą więcej ode mnie.
Ja ten temat jeszcze rozwinę, na razie jednak powiedziawszy o tym, co mi się zdaje najważniejszym, o to samo poproszę pana Moody'ego.
Alastor Moody przetarł żywe oko. Był tak przekonany, iż czeka go co najmniej kwadrans słuchania kwiecistej przemowy w najlepszym dyrektorskim stylu, że myślami był gdzie indziej. Co najmniej o piętro niżej, w głównej części Dziurawego Kotła.
- Wybór trudny, bo bardzo ważnych spraw, o których państwo moim zdaniem powinni wiedzieć, jest sporo. Wspomnę o szczególe, na który nie wiem, czy pan dyrektor nie zwrócił uwagi przez przeoczenie, czy rozmawiał ze zbyt rozgarniętymi mugolami, czy może powodowany uprzejmością nie wspominał o tym. To jest coś, na co się w rozmowach z mugolami natknąłem bardzo wiele razy. Większości mugoli zdaje się... jeśli państwu się nie zdaje to ja bardzo państwa przepraszam, ale tym, z którymi rozmawiałem, to się zdawało... że świat się zaczyna od nich, no powiedzmy od ich rodziców...
- Brytyjskich mugoli, Alastorze – upomniał go Dumbledore.
- Brytyjskich, oczywiście. Państwo wiedzą, kto to był Churchill, ale co robili wasi krewni, jak on był premierem, to pewnie nie macie pojęcia. A ja wiem, co robili moi przodkowie, jak była w osiemnastym wieku rebelia goblinów, i moi koledzy w szkole też wiedzieli. W dwóch przypadkach okazało się, że mieliśmy wspólnego przodka. I ogólnie dla was to, co było w czasie wojen powiedzmy burskich, to mogło być sto lat temu albo dwieście, albo wcale mogło nie być.
Są narody, w których to się liczy. Dlatego na przykład my rozumiemy, o co chodzi mugolom w Palestynie albo na Bałkanach, a większość mugoli nie rozumie. Bo dla nas to jest oczywiste, że ktoś chce mieć u siebie miejsce, w którym jego przodkowie walczyli w czternastym wieku, a dla was jest tak samo oczywiste, że to nie ma żadnego znaczenia. Już nie mówiąc o tym, jakie to ma znaczenie, że Żydzi gdzieś mieszkali od zawsze do pierwszego wieku po Chrystusie...
Skąd to się bierze? Nie wiem dobrze, ale pewnie to ma coś do czynienia z tym, że u nas niektórzy żyją dłużej. Na ogół czarodziej żyje tyle co mugol, wielu ginie wcześniej, zwłaszcza w moim zawodzie, ale czasem rodzą się czarodzieje, którzy się starzeją bardzo powoli. Dwa, czasem i trzy razy wolniej. Ot, na przykład obecny tu pan dyrektor... któryż ty jesteś rocznik, Albusie?
- Sześćdziesiąty trzeci.
- No właśnie. Pan dyrektor ma sto trzydzieści trzy lata. Nieźle się trzyma, jak na ten wiek. A trafiają się tacy, co żyją po trzysta. No i do tego posiadacze kamienia filozoficznego, którzy żyją, aż im się znudzi, chyba że wcześniej stracą Kamień. - Na sali podniósł się szmer niedowierzania. - Pięć lat temu - Alastor mówił nieco głośniej, nie zmieniając jednak tonu - pochowałem znajomego, alchemika z zawodu, który miał sześćset dwadzieścia siedem lat. Z młodości pamiętał spalenie Jana Husa, był dobrze starszym człowiekiem, kiedy odkryto Amerykę. Jak się rozmawiało z takimi ludźmi, to można mieć wrażenie, że kolej żelazną wymyślono wczoraj...

Londyn, dworzec King’s Cross, peron 9 ¾, sobota, 1 marca 1997 r.

- Opóźniony pociąg...
Charlie Weasley nie dowiedział się, skąd i dokąd jedzie opóźniony pociąg i co teraz ma zrobić. Z megafonu rozległy się prychania, trzaski, zgrzyty i wiele innych intrygujących odgłosów, po czym rozległ się ten sam co na początku kobiecy głos:
- ...przy peronie wpół do trzecim.
Nieznacznie pomacał się po kieszeni i sprawdził, czy piersiówka z eliksirem wielosokowym jest na swoim miejscu. Była.
Starając się nie rozglądać zbyt intensywnie, próbował zidentyfikować swoich towarzyszy podróży. Ot, na przykład ten brodaty czarodziej w króliczej uszance i rozpiętym palcie, które najwyraźniej przed ufarbowaniem na czarno było sowieckim szynelem oficerskim, stojący pod tablicą z rozkładem jazdy i wpatrujący się w Wybrane informacje przewozowe i taryfowe tak intensywnie, jakby naprawdę pasjonowała go informacja, że Bohater Magicznej Anglii nie potrzebuje płacić za bilet, chyba że się koniecznie uprze. Czy jest tu jakiś frajer, żeby się założył o półkwartę Tatrafeuer, że to nie jest Remus Lupin?
Niedobrze, pomyślał, patrząc na rabina w lisiurze, którego kanciaste ruchy i ciągle przymknięte prawe oko nie pozostawiały wiele wątpliwości. Skoro ja widzę, to dobrze poinformowany wróg też się kapnie.
- Pociąg ekspresowy Hogwart Express do Manchesteru i dalej jako pospieszny do Glasgow, Hogsmeade i Fort William wjedzie na tor...
Z ulgą zwinął Naszego Proroka, którego z zasady nie czytał i dlatego tym razem kupił w celu odwrócenia uwagi, i ruszył w stronę wskazanego peronu. Starannie nie patrząc na dwóch Gotów wysiadających z wagonu bagażowego, wsiadł do tego samego wagonu co oni, lecz o przedział dalej. W chwilę później w przedziale zjawił się rabin, za którym skrzat bagażowy niósł wielki kufer, a po minucie człowiek w uszance, z pokaźnych rozmiarów walizą.
Spojrzeli na siebie i jednocześnie skinęli głowami. Gdy pociąg opuścił dworzec, wszyscy trzej jednocześnie wyciągnęli różdżki.
- Plebeius!
Przez kilka godzin będzie można nie pić tego świństwa. Oni się nie będą rzucać w oczy. Fantomy towarzyszące w wagonie bagażowym intrygująco wyglądającym skrzyniom – i owszem.
- No to jak, panowie? – odezwał się głos Gota stającego w drzwiach od strony korytarza. – Gramy?
- Nie widzę inaczej – poparł go drugi głos, mieszając się ze świstem powietrza zza otwartych drzwi zewnętrznych. – A mugol i rabbi stoją na cynku...

- Ale przecież tłumaczę pani...
Konduktor wyszedł z ich przedziału półtora rozdania temu, a ciągle go słyszeli. Próbował coś wytłumaczyć wiekowej pasażerce, która najwyraźniej przerywała mu w pół zdania i coś mówiła – na tyle niewyraźnie, że zza ściany nie można było zrozumieć, co mówi.
- Tak, proszę pani, ale w tym pociągu bezpłatny przejazd pani nie przysługuje...
Znowu głos kobiety, wyraźnie coraz bardziej zdenerwowanej. Konduktor także z widocznym trudem zachowywał spokój, mówiąc jednak głośniej i bardziej dobitnie.
- Wiem, proszę pani ale to jest pociąg ekspresowy...
Kobieta wygłosiła długi monolog, w którym dawało się wyróżnić słowa „niepoważny” i „oszustwo”.
- Proszę pani! – tym razem konduktor chyba użył Sonorusa. – Ma pani, o, tu, wyraźnie napisane, raz w miesiącu bezpłatny przejazd do i z miejsca zamieszkania wnuków, które nie ukończyły lat dwunastu, pociągiem osobowym!
- A ten – teraz również kobietę było słychać wyraźnie – to jaki jest?! Bydlęcy?!!!

Robin Parkinson z satysfakcją patrzył na wypadające z tunelu i majestatycznie spadające w przepaść resztki wagonu. Chyba nie będzie potrzeby deportować się i sprzątać. Nie po takich zaklęciach, jakimi potraktował tych frajerów razem z ich cennym ładunkiem. Ten wąwóz stanie się ich grobem.
W sumie właściwie warto sprawdzić...
Zanim zdążył podjąć decyzję, poczuł ostry ból w kości ogonowej. Pomost wagonu usunął mu się spod nóg.
Czarny Pan nauczył ich wielu przeciwzaklęć prewencyjnych. Nie było wśród nich jednak takiego, które uchroniłoby przed wypadnięciem z wagonu człowieka kopniętego poniżej krzyża obcasem smokerskiego glana rozmiaru 50. Ani takiego, które mogłoby uchronić czaszkę i mózg przed skutkami uderzenia z prędkością pięćdziesięciu mil na godzinę w stalową konstrukcję nośną mostu.
Charlie Weasley wyciągnął nóż, przyłożył do różdżki i zawahał się. Jakoś głupio robić nacięcie na różdżce, skoro załatwił sprawę po mugolsku, bez użycia magii.
Ale w takim razie czy ma zrobić sobie sznyt na nodze?

- Poszło? - spytał Lupin z udaną obojętnością, nie przerywając wykładania kart na stół.
- Co miało nie pójść – mruknął Charlie. - Łatwo przyszło, łatwo poszło. Co gracie?
- Przygotowują się do przerżnięcia czterech liści – odparł George, patrząc, jak na jego blotkę spada singlowy smok.
- Wist pod samotnego smoka to jest to, co dźwiedzie lubią najbardziej – skomentował Fred.
- A ciężar prawdziwej wiary ci nie przeszkodził? - zainteresował się jadowicie Alastor Moody, nieco zbyt pedantycznie składając szychtę.
- Nie. Bo to zły człowiek był – wyjaśnił uprzejmie Charlie, wychodząc z przedziału.

- Czysto? - spytał żylastą staruszkę wchodzącą z zewnętrznego pomostu.
- A co ma nie być czysto – odparła Tonks, przybierając swój zwykły wygląd. - Tylko trochę wieje... - Zapalisz?
- A wiesz, że chętnie. Trochę się jednak zdenerwowałem.
- A co było?
- Chwast do wyrwania, a co miało być?
- Ach, to.
Wypalili po papierosie prawie do końca, nic nie mówiąc.
- Życie jest cholerne – odezwała się nagle Tonks.
- Można to tak nazwać – zgodził się Charlie. - A co tym razem?
Ogólnie się domyślał. Tonks bardzo rozsądnie zrezygnowała z jawnych prób zacieśnienia znajomości z Lupinem, ale za to podejrzanie często okazywało się, że różne sprawy wymagają ich współpracy.
Tonks długo nie odpowiadała. Patrzyła w zamglone okno.
- Do cholery – wybuchnęła nagle - kochać mnie nie musi, ale szanować powinien!
Pytanie, kto mianowicie, było zbędne. Charlie westchnął ciężko. Lupin nie miał wysokiego wyobrażenia o kwalifikacjach aurorskich Tonks i trudno mu się było dziwić.
Tonks została aurorką z najwyższym trudem i głównie dzięki metamorfomagii. Dość szybko okazało się, że ta cenna skądinąd właściwość nie wyrównuje braku wielu innych kwalifikacji aurorowi niezbędnych. Lupin mawiał, że to jest aurorka przez grzeczność.
Widocznie albo w pewnym momencie nie udało mu się tego ukryć, albo ta opinia dotarła do Tonks okrężną drogą.
- A uchyla się od tego obowiązku? Dawać go tu!
- Jeszcze nie wiem. Ale jak się dowiem, obiecuję się wkurzyć.

Hogsmeade, „Trzy Miotły”, tegoż dnia wieczorem

- Uważaj, mała!
W stosunku do dziewczyny jego wzrostu brzmiało to dosyć dziwnie. Kiedyż to dziecko tak urosło?
- Sam se mały! – prychnęła Ginny Weasley, patrząc z góry na typa, z którym zderzyła się w drzwiach toalety. – Nie nauczyła mama, że się najpierw wychodzących wypuszcza?
Czego mnie mama nauczyła, to ty wiesz najlepiej... siostrzyczko, pomyślał Charlie Weasley. Mógł sobie pogratulować. Harry Potter spytał go o godzinę per „proszę pana”, , teraz rodzona siostra go zwymyślała, a on nie wypadł z roli. Eliksir Wielosokowy to nie wszystko. Trzeba jeszcze pamiętać, że się nie jest sobą.
Żeby tylko nie Susan, myślał kiwając się nad pisuarem. Po raz pierwszy od półtora roku za wszelką cenę chciał uniknąć spotkania z Susan.
- Dlaczego, na widły i gumofilce czcigodnego Kim Jong Tika, musieli wieźć ten towar pociągiem? - syczał scenicznym szeptem Lupin. - Jeszcze naszym? Mugolskimi środkami transportu trzeba było, to i towar by był, i Charlie by żył...
Charlie zesztywniał. Żeby tylko Susan nie...
- Dlatego, że, na szpilki i pończochy szanowanej i kochanej towarzyszki Kim Dzon Suk...
Cho Chang, która zastrzygła uszami już przy poprzedniej kwestii, teraz wyglądała jak słup soli, ale Charlie tego nie zauważył. Susan słyszała. Może słyszał też ktoś, dla kogo te słowa były przeznaczone, ktoś, kto zaraz zamelduje swojemu szefowi o pełnym powodzeniu akcji, ale na pewno słyszała Susan. Siedziała sztywno w kącie, między Erniem Macmillanem i tym wyrośniętym chłopakiem, z którym grała w gwinta, kiedy się spotkali w pociągu, i rozpaczliwie rozglądała się po lokalu, jakby spodziewała się, że zobaczy jego ducha.
- La chaim! – krzyknął, usiadłszy z powrotem między Lupinem a Fredem. – Za pobiedu!(1)
Susan obejrzała się gwałtownie. Potrząsnął głową i spojrzał jej w oczy.
Krótko. Ale wystarczyło.

Hogwart, sobota, 8 marca 2007 r.

- No dobra, ale dlaczego nie ja? – Ron wreszcie zdecydował się postawić sprawę jasno.
Nieraz rozmawiali, że trzeba wyznaczyć jakiegoś zastępcę – kogoś, kto by mógł dowodzić Gwardią, jeśli w krytycznym momencie jego zabraknie. Zdawał sobie sprawę, że Ronowi przez myśl nie przejdzie, że tym zastępcą mógłby być ktoś inny niż on.
Równocześnie nie miał najmniejszego zamiaru powierzać Gwardii Ronowi. Zbyt łatwo Rona uskrzydlały sukcesy, zbyt łatwo i zbyt głęboko przygnębiały porażki, zbyt łatwo było go wyprowadzić z równowagi. I zbyt lubił dowodzić.
Wiedział, że będzie musiał przeprowadzić tę rozmowę, wiedział, że nie będzie łatwo. Miał zamiar przyjść do szpitala wieczorem. McLaggen jednym celnym ciosem pałki sprawił, że teraz Harry, zamiast teraz oblewać w pokoju wspólnym zasłużone zwycięstwo, przeżuwał w szpitalu najgłupszą porażkę od trzech lat. I doprawdy kłótnia z Ronem była mu potrzebna jak dementor na weselu.
Nie tak miał ten dzień wyglądać. Do czasu wszystko szło zgodnie z planem. Przed meczem cały Gryffindor był tak podniecony, że jednoczesne wyjście wszystkich gwardzistów na minutę pozostało niezauważone.
Skąd Charlie tym razem wziął zmieniacz czasu zdolny objąć dwadzieścia osób, pozostawało jego tajemnicą. Grunt, że wziął.
- Bo ty jesteś zajęty i nie jedynak.
- Harry, nie wyskakuj z tematu! – zezłościł się Ron. – Jedynacy mają większą moc?
- Z niczego nie wyskakuję – odparł Harry, podziwiając własną cierpliwość. – Jedynacy nie mają rodzeństwa. W tym nie mają rodzeństwa w Gwardii ani w ogóle w Hogwarcie, a ty masz Ginny. Hermiona nie ma rodzeństwa, nie ma chłopaka... no, coś byśmy chyba wyczaili?... a ty byś w razie czego Ginny nie poświęcił. Hermiony zresztą też nie.
- Hermiona mnie ani ciebie też by nie poświęciła!
- Mnie nie, ale wcale nie dlatego. Mnie jako mnie to spoko. Tylko z powodu tej pieprzonej przepowiedni nie.
- Jasne – mruknął z goryczą Ron. – A ja co? Jeden Weasley więcej, jeden mniej, chuj z tym, i tak nikt się nie doliczy!
- Nie pieprz – zirytował się Harry. – Nie prosiłem się o to! Nie prosiłem, żeby mnie ktoś chronił! A może uważasz, że... – urwał, bo w drzwiach stanęła Hermiona. – Cześć, Miona.
- Cześć. Co tam u was?
- Mam skasowaną całą florę bakteryjną i niewyjaśnione dolegliwości nerek i wątroby, ale poza tym jestem zupełnie zdrów – uspokoił ją Ron.
- Stan po pęknięciu czaszki, wstrząśnienie mózgu, żądza mordu, poza tym wszystko w porządku – dostosował się do niego Harry.
- Kiedy was wypuszczą?
- Jak Pomfrey się zgodzi albo jak Voldemort rozpieprzy Hogwart, w zależności od tego, co nastąpi prędzej – wyjaśnił sarkastycznie Ron.
- Mogę coś dla was zrobić?
- A miałabyś chwilę czasu, żeby o czymś pomyśleć?
Hermiona nie odpowiedziała od razu. Jakby przez dłuższą chwilę zastanawiała się, czy ta prośba nie kryje w sobie jakiegoś podstępu.
- Chyba bym mogła, a o czym?
- O tym, jak zakamuflować ćwiczenia.
- A nie można dalej zmieniaczem? - wtrącił się Ron.
- W zasadzie można – zgodził się Harry – ale to nie wszystko. Tym razem mogliśmy wszyscy pójść w boczny korytarz, bo cała buda żyła meczem, następnym razem tego nie będzie i nie może też nagle tak ni z różdżki, ni z gruszki cała ekipa naszych z Gryffindoru iść do klopa...
- Harry mówił, że rzuciliście Plebeiusa?
Hermiona patrzyła na ścianę nad jego głową, jakby spodziewała się znaleźć tam trochę cierpliwości.
- A mówił, że to jest słaby sposób, kiedy trzeba zamaskować większą ilość osób przed ludźmi, którzy te osoby dobrze znają?
Harry nie mówił.
- Nie robi – zdecydował w końcu Ron. - Lepiej mówcie, jak wyszło.
- A jak miało wyjść? Za chwilę był mecz – przypomniała sarkastycznie. - Wszystko, co lata, skupiło się na ćwiczeniu walk powietrznych, jakby tego nam było najbardziej potrzeba... Ty mu opowiedz – zwróciła się do Harry'ego – bo ja jak o tym myślę, to mnie jeszcze trzęsie.

Nora, niedziela, 16 marca 2007 r.

Arthur Weasley odsunął od siebie stos pism i oparł się ciężko o biurko. Spojrzał na zegar. Dziesięć po pierwszej. Trzy zielone sowy na szczycie zegara zdawały się patrzeć na niego z mieszaniną zdziwienia i współczucia.
- Incendio – mruknął, wkładając koniec różdżki do kominka dwustopowej fajki. Ciągnął, aż poczuł w ustach ostry smak dymu tytoniu sykomorowo-kawowego.
Zaciągnął się jeszcze dwa razy.
Przywieziony przez Billa z Egiptu specyfik zasłużenie uchodził za znakomity środek na poprawienie koncentracji i odpędzenie senności. To właśnie dzięki temu specyfikowi Arthur, zamiast godzinę temu zasnąć z głową opartą o biurko pomiędzy dębową pukawką odziedziczoną po teściu a niedopitą piątą filiżanką kawy, zgłębiał teraz mugolską prasę z najniższych półek.
Po pierwszej godzinie takiej lektury stwierdził, że nic nie rozumie. Od tego czasu minęły cztery godziny i Arthur nic nie rozumiał jeszcze bardziej.
Zainteresował się tego typu prasą w ambitnym zamiarze przeniknięcia logiki mugoli. Już po krótkim czasie zorientował się, że zamiar okazał się zbyt ambitny. Zgadnięcie, dlaczego na pierwszych stronach pojawiają się intymne szczegóły życia osób, o których nic nie pisano rok wcześniej ani trzy lata później, a w dodatku nic nie wskazuje na to, by te osoby dokonały czegoś godnego uwagi, przerastało jego możliwości intelektualne.
No dobrze, Lockhart też błyszczał i uwodził, ale on przynajmniej napisał parę ciekawych książek, a przypisywano mu sporo bohaterskich czynów. Że to był humbug, to zupełnie inna sprawa.
Owszem, o Harrym Skeeter się rozpisywała zupełnie absurdalnie, ale to był człowiek, który zatrzymał Voldemorta. Żadnemu czarodziejowi nie przyszłoby do głowy podniecać się życiem prywatnym spikera CRR. A ewentualne romanse żony ministra wzbudziłyby najwyżej zażenowanie.
Starannie ułożył pisma w pryzmę. Powinien za to zajęcie dostać dodatek za zgłupienie. Bieda w tym, że chyba musiałby go sam od siebie zażądać.
Miał wrażenie, że porwał się na zadanie ponad jego siły. Niejasno czuł, że aby napisać sensownie to, czego sie podjął, musi zrozumieć mugolstwo w jego najtrywialniejszych przejawach.
Na razie nie rozumiał zupełnie. Jedyne, co mu się udało zrozumieć, to – że w mugolskim świecie nie ma nic stałego i cokolwiek napisze, i tak za dziesięć lat będzie trzeba połowę zmienić.
Odsunął swoje materiały badawcze i zagłębił się w lekturze Prosto z mostu.
Sześćdziesiąt lat temu pewien mugolski polityk patrząc, jak rządzący jego krajem próbują obłaskawić umiłowanego ucznia Grindelwalda, powiedział:
- Mieli do wyboru wojnę albo hańbę. Wybrali hańbę, a wojnę będą mieli również.

No nie, świat się kończy. Matt Fisher powołuje się na Churchilla...
Wojna przyszła rok później. Mugolska Wielka Brytania nie przegrała jej między innymi dlatego, że czarodzieje, nauczeni smutnymi doświadczeniami przeszłości, od początku wybrali wojnę.
Polityka pokornego cielęcia jest ohydna, ale to samo w sobie jej nie przekreśla, bo polityka w ogóle nie jest sprawą miłą w dotyku, nad którą unosi się zapach róż przecudny. Oprócz tego jednak jest po prostu głupia i nieskuteczna, a to już zarzut poważniejszy.
Rozpisałem się tak o wielkich sprawach nie z nudów i nie z braku aktualnego tematu. Temat jest bardzo aktualny. Oto na pierwszej stronie
Proroka Codziennego, co prawda nie na czołówce, zupełnie serio widzę pomysł, co zrobić, żeby nie powtórzyła się tragedia z Cardiff.
Tragedia. Ładnie powiedziane. Tragedia, myślał, to jest dopust Boży. Tragedia, którą ktoś świadomie i z premedytacją spowodował, to już nie jest tragedia.
A restauracja goszcząca wesele czarodzieja z mugolką nie zamieniła się w kupę gruzów sama z siebie. Dwóch innych par mieszanych wraz ze świadkami, w tym jednej razem z księdzem, też nie zabił grom z jasnego nieba.
Zdaniem red. Ashby należy po prostu zakazać (czasowo, rzecz jasna) małżeństw mieszanych. Pomysł genialny w tej prostocie. Prawie tak, jak likwidacja choroby przez zabicie pacjenta.
I tak nie mają łatwo, pomyślał Arthur. Rejestracja w Ministerstwie, której co prawda nie mogą odmówić, ale żadna przyjemność się tłumaczyć, dyspensa od biskupa, specjalny kurs przeciwmałżeński... tego, no, przedmałżeński... w sumie to akurat może lepiej, że jest, bo nawet z czarownicą czasem ciężko się dogadać, a co dopiero z mugolką...
Ciekawe, co usłyszymy, kiedy z kolei pioruny kuliste zaczną niszczyć lokale, do których wpuszcza się mugoli, potem takie, w których obsługuje się mugolaków...
Arthur odłożył na chwilę gazetę, sięgnął ręką do pukawki i energicznie odpukał.
Czarodziej ma prawo oczekiwać, że magiczna Anglia zapewni mu bezpieczeństwo. Toż samo mugole obojga płci, którzy przez małżeństwo w jakimś sensie stają się jednymi z nas – choćby dlatego, że są lub będą ojcami czy matkami magicznych dzieci. A każdy z nas musi mieć pewność, że w razie potrzeby cała społeczność czarodziejów stanie za nim murem. Jeśli Ministerstwo gwiżdże na to, czego wymaga przyzwoitość, to może przekona je zimna kalkulacja sięgająca dalej niż koniec własnej różdżki? Ta zaś również nakazuje im to bezpieczeństwo zapewnić – przyjmując dla dobra dyskusji, że nie chcemy pewnego dnia obudzić się w kraju faktycznie rządzonym przez tego, którego imienia nie ma zwyczaju wymawiać.
Że co? Że jak? Że słucham? Że w tej sytuacji każdy magiczno-mugolski ślub będzie potrzebował ochrony aurorskiej?
No to niech ją dostanie. Po to mamy aurorów.

Odłożył gazetę i próbował oszacować, ile co roku ślubów odbywa się w magicznej Wielkiej Brytanii i ile z nich stanowią śluby mieszane – miał niejasne wrażenie, że jakieś półtora procent, ale nie był pewien. Niecałe pół miliona przez siedemdziesiąt, jakieś siedem tysięcy, czyli mieszanych byłoby z tego ze sto. Dwa śluby na tydzień, dałoby się zrobić, tylko co potem? Jak długo można ich chronić?

Hogwart, 14 adar 5757 r.

- Git Purim! – w głosie Susan nie było słychać radości.
- I co? - spytał bez zbędnych wstępów Ernie Macmillan.
- Nu, cymes i makagigi – odparła zgryźliwie Susan. - A rebe Goldstein bałabas(2) jest, un cały pan, osoba!
- Su, mogłabyś otworzyć szafę? - zaproponował uprzejmie Ernie.
- Może bym i mogła, ale po cholerę?!
- Bo to chyba jest jedyna szansa, żebyś zaczęła mówić do rzeczy...
Susan rzuciła mu spojrzenie mordercy i usiadła ciężko na fotelu przed kominkiem. Odkąd centaury uwolniły Hogwart od krępującej obecności Dolores Umbridge, nie miała zwyczaju się upijać.
No dobrze, na weselu Eddiego trochę przesadziła, ale tam wszyscy przesadzali. Zwłaszcza po tym, jak pan młody kategorycznie zażądał wymiany eleganckich wąskich kieliszków na pękate, krzycząc: „Pić z tych naparstków, jeszcze w dodatku ajerkoniak, to trzeba być mrówkojadem!”
- A cukierki ślazowe – dodała z ciężkim westchnieniem - to une szie spaliły w ten pożar i są karmel.
Ernie przyjrzał się współprefektce i ze zdziwieniem stwierdził, że jest idealnie trzeźwa.
- A tak poza tym to co słychać?
- A co ma być słychać? Mówiłam, że w Purim nic z Goldiem nie załatwię, bo oni tam bardzo pobożnie chlają na umór i żadna dyrekcja im słowa nie powie, bo oni mają taki obrzęd religijny(3) i prosimy się odstosunkować, bo w ryj. Równie dobrze można by im ze względów bezpieczeństwa zabronić urządzenia Święta Namiotów.
- Obrzęd to obrzęd, my będziemy mieli podobne za parę dni, poleje się czerwone wino niewąsko, a jakoś we Wielki Czwartek można się z nami dogadać...
- Też coś – prychnęła Susan. – Wielki Czwartek u nas to przy Purim jest kinderbal dla grzecznych pierwszoklasistów.
- Jasne – pokiwał głową Ernie. – Zwłaszcza u smokerów.
- No dobrze, u smokerów to jest zabawa dla grzecznych trzecioklasistów. A Purim to jest balanga do oporu i tak ma być, z założenia.
- Niech będzie, ale chyba mamy w Ravenclawie jakichś gojów?
- A mamy, mamy – przyświadczyła zgryźliwie Susan. – Lunę El. Idealny partner do uzgadniania czegokolwiek. I Euana Abercrombie, lat dwanaście...
- A Terry to pies?
- A Terry to myślisz, że co? Od południa się integrował ze starszymi braćmi w wierze i jest już dawno zintegrowany w trzy dupy. Mało, że Purim, to Goldiemu wujek przysłał na siedemnastkę jakąś cholerycznie mocną pejsachówkę. Z zaklęciem uzupełniania chyba. Siedzi teraz z innymi Izraelitami i toto rozpracowują. W żadnym chrześcijańskim języku się z nimi nie dogadasz. Po angielsku w tej chwili nie rozumieją, a jak Goldstein próbuje mówić, to mu właśnie wychodzi taki bulgot. Poprawka. Powiedział mi oksfordzką angielszczyzną, żebym była uprzejma nie bębnić mu w czajnik... Charlie by się z nim może jakoś dogadał, bo zna trochę jidysz.
- Ewentualnie jakiś uzdrowiciel – mruknął Ernie. - Oni na studiach mają hebrajski, nie?
Susan nie była w nastroju do tłumaczenia im, że hebrajski jest tak podobny do jidysz jak angielski do węgierskiego, również mających ten sam alfabet.
- Może wyślij do niego Granger? - zaproponował Owen Cauldwell. - Mówiłeś, że ona wie wszystko, to może i z napranym Żydem się dogada?
- Odpada – odparła smętnie Susan. - Hermiona może sobie być genialna z zaklęć, transmutacji, oceemu, teologii wszystkich wyznań i jak przyrządzić trutkę dobrą na stryjny, ale do języków jest dętka. Poza łaciną, łaciny się jakoś wykuła...
- Aha. To zmienia postać – powiedział poważnie Owen, będąc pod wrażeniem faktu, że Hermiona Granger czegoś nie umie.
- Ja w każdym razie po ichniemu to umiem tylko powiedzieć „La chaim!”
- E tam. Jeszcze rabbi. I effatha. To jest po hebrajsku...
- Na tej zasadzie to jeszcze „Alleluja” - mruknęła zgryźliwie Laura Madley.
Ernie poczekał, aż Susan na niego spojrzy, i ruchem brwi zasygnalizował, że chciałby porozmawiać na osobności. Mrugnęła oczami i nieznacznie skinęła głową.
- To co z tym zrobimy? – spytała, gdy znaleźli się sami.
- A co my możemy za to? – odpowiedział pytaniem. – Trza zrobić te ćwiczenia do Wielkanocy, to się zrobi, nie? U was w sklepie by można, nie?
Wolała nie dopytywać się teraz, co Ernie nazywa sklepem(4).
- A tu by się nie dało? Ja wiem, że Wielki Tydzień, ale może jest jakiś sposób.
- We Wielkim Tygodniu nie idzie zrobić. Nie w zamku. W szkole i okolicy to aż po świętach.
Zgrzytnęła zębami. Potem nie będzie okazji. Charlie chciał szkolić ekipę latającą, w czym ogniście popierał go Harry i Ron. McGonagall obiecywała, że zajmie się intensywniej Wybranymi. Seamus i Dean upierali się, że trzeba przypomnieć części towarzystwa, jak się żegluje, wykorzystując do tego drakkar ukradziony z pobliskiej przystani szkoleniowej Latającego Holendra, bo te umiejętności też mogą się przydać, a Harry i tu dziwnie łatwo się z nimi zgadzał.
Krótko mówiąc, szkolenie musiało się odbyć przed Wielkanocą i w ogóle nie było innej możliwości.

Tymczasem w pokoju wspólnym Gryffindoru

- I naprawdę uważasz, że można sobie pozwolić na uczenie ludzi niezarejestrowanych zaklęć? – upewniała się Hermiona.
Harry wziął głęboki wdech.
- Zaklęcia nie dzielą się – tłumaczył tonem, jakim tłumaczy się niedorozwiniętemu dziecku oczywistą rzecz, czyli takim, jakim Hermiona tłumaczyła różne złożone sprawy jemu i Ronowi - na zarejestrowane i nie, tylko na skuteczne i nie.
- I to, że tego zaklęcia używali prawdopodobnie Śmierciożercy na mistrzostwach, też na tobie nie robi wrażenia?
- Jakbyś przy tym była – potwierdził Harry. – Wiesz, zdziwię cię, ale oni prawdopodobnie używają też Diffindo i Drętwoty, i co z tego? Powiem więcej – przeszedł w sceniczny szept – nie zdziwiłbym się, gdyby czasem używali Accio!
- Daj spokój – zezłościła się Hermiona. – Zawsze jak chcę coś serio, to ty albo zmieniasz temat, albo se robisz jaja. To może być czarna magia.
- Sama daj spokój. Skrzeczysz jak pospolitość. Działa? Działa! Lupin mówi, że kiedyś wszyscy tego używali!
Hermiona osłupiała. Mimo woli ogarnęło go poczucie triumfu. Nieczęsto zdarzało mu się do tego doprowadzić.
- Czego, przepraszam, używali?
- Levicorpusa! To było wtedy tak samo na topie jak, bo ja ci wiem, jak myśmy przyszli do budy to wszyscy rzucali na kumpli Galaretowate Nogi. I stało się co komu? A Lord, sama widziałaś, wymyślił parę ekstra zaklęć, a jest jeszcze z dziesięć takich, przy których ma napisane „na wrogów”, tylko żeby jeszcze skądś skołować paru wrogów do doświadczeń...
- W sumie nie ma potrzeby – wtrącił się Ron.
- Bo co? – spytali jednocześnie Harry i Hermiona.
- Bo i tak wiemy, że Lord nie sprzedawał kitu. Jak napisał na wrogów, znaczy to załatwia wroga na amen. A co mu konkretnie zrobi, to się dowiemy na miejscu, w sumie jaki masz problem czy ich patroszy czy zamienia w ohydne bryły... Hermi, co się tak patrzysz?

Londyn, Ceramiczna 10, Poniedziałek Wielkanocny, 31 marca 1997 r.

- Podurnieli w tym Czarodzieju - mruknął Charlie.
- A co jest? - zainteresowała się niemrawo Susan. Szczerze mówiąc, mało ją interesowało, co piszą w Czarodzieju czy gdziekolwiek indziej.
Najchętniej, z całą sympatią dla Lupinów i rodziny Andrei, opuściłaby wraz z Charliem gościnne progi i poszła gdziekolwiek, byle we dwoje. Pogoda była idealna na pierwszy wiosenny spacer do Ogrodów Narnijskich.
Ale jakoś głupio, żeby ojciec chrzestny znikał zaraz na początku chrzcin. A za godzinę, znając Charliego, będzie za późno.
- A zobacz... - klepnął dłonią płachtę pisma leżącego na komodzie w przedpokoju.
Od pewnego czasu Charlie wyrażał się o Czarodzieju ze zdecydowanie mniejszym szacunkiem niż kiedyś. Stanowczo odmawiał uznania, że nie było zdrajców, byli tylko uwikłani. Twierdził, że wprawdzie musi wszystko wybaczyć, ale nie ma powodu wszystkiego tolerować, że jest granica między przebaczeniem a pozwalaniem na zło i że Czarodziej ostatnio tę granicę przekracza.
Widocznie wiersz na pierwszej stronie wielkanocnego numeru jego zdaniem w to zjawisko się wpisywał.
Za nami noc, przed nami świt,
My morza sól, my ziemi ból
I nie prowadzą nas sztandary,
Triumfu hymnów nie zna nikt,
A jeśli walka będzie krwawa,
To nam tej walki będzie wstyd...
(5)
- No i co?
- No i to, że jak chcą, to niech się wstydzą. Ja się wstydzić nie mam zamiaru. Jest jeden wyjątek, dwa, góra trzy.
- Mianowicie?
- Jeżeli ktoś zginie niepotrzebnie. Po naszej stronie, dodam dla ułatwienia. Albo jeżeli przegramy, chociaż mogliśmy wygrać.
- Ja bym znalazł jeszcze kilka – wtrącił się ojciec świeżo upieczonego chrześcijanina, podchodząc do nich z zachęcająco wyglądającym gąsiorkiem. – Ale, na świętą Urszulę i jedenaście tysięcy dziewic, może chociaż dzisiaj nie rozmawiajmy o pracy... Polać?
- Chorego pytają...

(1) Za pobiedu (ros.) - za zwycięstwo.
(2)Bałabas (jid.) – gospodarz.
(3) Es 9, 14-28.
(4) Sklep (pozn.) – piwnica.
(5) Za nami noc, sł. i muz. Luis Llach, tł. Filip Łobodziński.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Odcinek 8 cz. II

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 14:59

Londyn, Dziurawy Kocioł, poniedziałek, 7 kwietnia 1997 r.

- To on jeszcze żyje?! - zdziwił się z lekką przesadą Remus Lupin.
- Kto? - spytał Arthur Weasley.
- A zobacz – odparł Lupin, stukając ręką w otwartego ”Proroka Codziennego”.
Próba rozboju... zatrzymanym okazał się 52-letni Mundungus F., nigdzie nie pracujący...
- No i co? Ty się dziwisz? Bo ja nie.
- Że Mundungus Ef nigdzie nie pracujący wycina taki numer, to mnie zasadniczo nie dziwi zupełnie, tyle że z pół roku temu... w każdym razie przed Wszystkimi Świętymi jeszcze... Harry mi się żołądkował, że Dung szabruje jakiś szpej po Blackach, srebra rodowe czy inny złom...
- Pamiętam, pamiętam – przerwał Arthur. - Aż takiej sklerozy to ja mimo wszystko nie mam. Bardzo ładnie to wtedy ograłeś. Tylko dalej nie wiem, co ma jedno z drugim.
- Jedno z drugim ma tyle, że w srebrach rodowych Blacków musiało być więcej klątw niż srebra, a to jest menel, a nie łamacz uroków starożytnego Egiptu. Spodziewałem się, że wymaga leczenia, a już w każdym razie jak się wziął do czegokolwiek, co chociaż pachniały martwiakiem, to powinien już dawno nie żyć. Wcale się nie zdziwię, jak Azkaban się zawali...
- I co z tym chcesz zrobić? - w głosie Arthura słychać było wyraźny niepokój.
- A co mam zrobić? Absolutnie nic. Nie będę palił Zakonu. Bardziej mnie zajmuje to, że mógł coś wiedzieć o ”Kurdzie na morwie”.
- Nie wiedział – uspokoił go Arthur. - Naprawdę odkąd zrobiłeś tę aferę o tajność, raczej się dba, żeby każdy wiedział tyle, ile musi, i ani knuta więcej.
- Z tego punktu widzenia Dung powinien nie wiedzieć nic – zauważył Lupin.
- I też, Bogu dzięki, wie niewiele, a o krówkach w mroku i zupie dla ducha nie wiedział absolutnie nic.
- Pewien jesteś?
- Mniej więcej tak, jak tego, że ciebie widzę. Czyli sto procent minus ryzyko, że jesteś wcielony niewykrywalny. A właśnie, ostatecznie są efekty?
- Czego? Krówek w mroku?
- Krówek. Mówiłeś, że po Wielkanocy będzie coś wiadomo.
- Tak i nie.
- Czyli co – zniecierpliwił się Arthur - księgi są bezpieczne, ale nie na pewno?
- Księgi są bezpieczne z jednym ale. Obie biblioteki są nad dużymi rzekami niedaleko od gór, jedna pod zamkiem, druga pod kościołem, ta druga wręcz na wyspie. Wiesz, co to znaczy?
- Myślisz, że powódź by tam doszła?
- Dobry wiatromistrz powinien sobie poradzić. Liczyłem to trzy razy. Przy trzech siódemkach w dacie da się zrobić. Ja na ich miejscu bym poszedł w tym kierunku.
- Może wywieźć...?
- Wytropili i pilnują. Biblioteki chroni stara magia, jedna jest w ogóle w polu działania dużego czakramu, wywieźć się nie da, o żadnej transmutacji nie ma mowy, kopiować się nie da, trzeba inkantować zaklęcia z księgi na miejscu, zresztą co ja ci będę mówił. Jedyna nadzieja, że da się coś zrobić, żeby woda nie doszła.
- Albo że wymyślą coś innego, co nie wypali.
- Albo.
- Tyle, że nie mamy nikogo, kto by ich mógł na to napuścić.
- Ano nie mamy.
Chwilę palili w milczeniu.
- ...i, rozumiesz – opowiadał siedzący dwa stoły dalej czarodziej o włosach lekko przyprószonych siwizną innemu, o głowie lekko przyprószonej włosami – przylecieli we czterech, co jeden to mądrzejszy, kombinowali nad miotłą przez dwie godziny, już prawie chcieli wiecheć rozdupcyć i każdą witkę z osobna sprawdzać. A wystarczyło puknąć różdżką w zacięty nawrotnik...
- No wygłupiasz się!
- Niech mnie dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości magicznej, jeśli kłamię!
Arthur zaciągnął się po raz kolejny.
- Dobry tytoń – powiedział.
- I węgiel tu dobrze suszą...
- Dyrektor też nic nie poradzi?
- Teraz już nie. Poza tym on z tej strony nie widzi zagrożenia. Obstawił, że Voldemort postawi na metody jawnie magiczne, a nie na coś, co może wyglądać na działanie sił przyrody. I w ogóle nie ma innej możliwości. On zna Voldemorta i jest całkowicie pewien.
- O to samo się z nim kłóciliśmy za tamtej wojny – zauważył Arthur. – Pamiętasz? I wyszło, że miał rację.
- Wtedy miał – odparł Lupin, bawiąc się obrączką. – Ale to był inny Voldemort. Sprzed tej całej historii z Potterami. Wiesz, jaka jest różnica między Voldemortem a Dumblem?
Arthur nie był w nastroju do dowcipów z gatunku „Czym się różni babcia od parasola”.
- Którą masz na myśli?
- Najprostszą. Pięćdziesiąt lat. Voldemort jeszcze umie się uczyć. I dlatego teraz się nie będzie ochrzaniał, jemu jest rybka, czy coś załatwi magią wprost, manipulacjami przy pogodzie czy cegłą.
Wysypał popiół z fajki i nabił ją starannie.
- Wiesz – powiedział, zapalając fajkę – zaczyna mnie to męczyć.
- Wojna?
- Te podchody bez końca. Niech to już buchnie, zawrze, zgaśnie i niech ja w chwilach wolnych od pracy zawodowej nie zbawiam świata, tylko mogę spokojnie pójść z dzieckiem karmić wiewiórki w Ogrodach Narnijskich albo co.
- Wiewiórki w Ogrodach Narnijskich i tak są przekarmione – mruknął Arthur. - Włóczą się po parku ze znudzonymi minami i bekają z przejedzenia. Nie wiem, jakim cudem są w stanie jeszcze wdrapać się na drzewo...

Hogwart, sobota, 12 kwietnia 1997 r.

- W dodatku szef już całkiem w piętkę goni – westchnął Lupin.
Zawsze lubił karuzele, nie miał też raczej skłonności do klaustrofobii, ale nie kończące się kręcone schody stanowiące skrót na siódme piętro zaczęły go już męczyć.
- Pchał Harry'ego na zajęcia legilimencji... - ciągnął.
- To akurat miało trochę sensu – zauważyła przytomnie Tonks.
Od pewnego czasu nie słyszał od niej płomiennych deklaracji i westchnień, nie płakała mu w ramię, jak to źle, że on jest jeden. Natomiast bardzo starała się być pod ręką wtedy, kiedy on będzie potrzebował pomocnika.
- To miało nawet sporo sensu – zgodził się - ale, do cholery, nie z tym nietoperem!
- A, o to biega...
- No właśnie. Po czym jak się posypało, bo musiało się posypać... średnio rozgarnięty pufek by przewidział, że to pieprznie... to już po wakacjach sam tematu nie podjął. Teraz z kolei byt lub niebyt racji stanu zależy od tego, czy Harry dowie się, o czym Riddle pięćdziesiąt lat temu rozmawiał ze Slughornem. Co to ma za znaczenie?
- Fakt, cienko to wygląda – mruknęła Tonks.
- Albus dosyć często miewał dziwne pomysły, ale ostatnio to już nikt za nim nie trafia. Od jesieni żyje w jakimś własnym dziwnym świecie.
- Tylko proszę, nie mów mi o trzeszczącej miotle – uprzedziła go Tonks.
- Nie będę. Ta miotła za głośno trzeszczy. Cześć, Guciu.
- Wszelki duch Pana Boga chwali! – odparł w lekkim osłupieniu Gudgeon Davey.
- I ja Go chwalę – skinął głową Lupin.
– Jeszcze wam mało Hogwartu?
- Co chcesz, bardzo porządny Hogwart...
- Bywał porządniejszy – zauważył kwaśno anglista. – Tu się za chwilę stanie coś bardzo niemiłego, a tu szpitalka ciasna, a cmentarz daleko...
- A tak kon... – zaczęła Tonks, ale Lupin uciszył ją ruchem dłoni.
- A tak konkretnie – odparł Davey – to część moich ziomków sposobi się do większego kęsim, nazwisk nie powiem, bo trafnie się domyślacie. Tyle przynajmniej zrozumiałem z tych strzępków, co do mnie docierają. Czasem ktoś nie zdąży w porę zmienić tematu na widok nauczyciela, który się nie nazywa Severus Snape, czasem ktoś nie skojarzy, że można czytać z ruchu ust. A ja akurat mam dobre oczy. W każdym razie to jedno, w które nie oberwałem z poręki twojego nieodżałowanej pamięci przyjaciela...
- Było się nie zakładać – przerwał Lupin. – Zakład to jest umowa...
- ...pomiędzy głupim a oszustem – dokończył Davey. – Też to znam. Fakt faktem, że mnie Potter wsadził na smocze jajo. Nie należy mówić źle o zmarłych, ale prawda jest taka, że zanim go Evans nauczyła, że ludzie nie są do zabawy...
- Ale jak już nauczyła, to dotarło – ucięła Tonks. – Więc może daj mu spokój.
- Ależ ja mam do niego mnóstwo szacunku – wycofał się Davey – jako dla człowieka, który potrafił zejść z tego świata z dużą klasą. Co nie zmienia faktu, że w szkole to był kompletny leszcz.
- Błagam, tylko mi teraz nie wyskakuj ze skrzywdzonym biednym Snapem – zniecierpliwił się Lupin.
- Nie mam zamiaru. Obaj nawzajem byli siebie warci. Tylko jeden potem dojrzał umysłowo, a drugi nie.
Spojrzał na zegarek.
- W każdym razie gdybyście tu mieli jakiś wywiad... oczywiście rozmawiamy teoretycznie... to ja bym na waszym miejscu kontrolował, co robią pewne osoby... Na mnie już czas. Uważajcie na siebie.
- Cześć.
- Na razie.
Czekając, aż Davey zniknie za zakrętem, Tonks wymownie spojrzała na pusty kawałek ściany, potem na Lupina.
- Nie taki ten Harry głupi, jak myślałeś, co?
Lupin przewrócił oczami.
- Ja nie twierdzę, że on jest głupi, i nigdy tego nie twierdziłem. Gdybym twierdził, toby nas tu teraz nie było. Ja tylko nie chcę, żeby narobił głupstw, a to różnica.
- Ale nie przeszkadza ci to popierać czegoś, co się ma pełne prawo skończyć robieniem głupstw.
- Masz na myśli...?
- Mam na myśli szkolenie małolatów już nie do obrony, ale do czynnej walki. Harry z twoim poparciem doprowadził do tego, że całe to towarzystwo tylko czeka na okazję, żeby czynnie walczyć, najchętniej w Hogwarcie.
- Słyszałaś, co Gucio mówił! – zirytował się Lupin. – I co mówił szef, też wiesz. Możesz być pewien, że nie zostawiłbym szkoły bez należytej ochrony – zacytował, przedrzeźniając lekko zachrypnięty głos Dumbledore’a. – A ja to z Weasleyami przećwiczyłem, jak tu byliśmy w tamtym miesiącu, można wleźć do budy tym przejściem, co wiesz, wynieść co nam się spodoba, jakbyśmy chcieli, tobyśmy mogli wyrżnąć pół szkoły i dodatkowo odtańczyć na wieży astro Taniec z różdżkami! To samo, co było trzy lata temu, pełna ochrona, a Syriusz wchodził do szkoły jak chciał! Może mamy liczyć na Ministerstwo?
- Licz sobie podwójnie – prychnęła Tonks. – Widziałam analizę. Wszelkie informacje o możliwości ataku na Hogwart to jest dezinformacja, a coś, co będzie wyglądało na atak, będzie tylko działaniem pozorowanym odwracającym uwagę od rzeczywistego celu. Szlus, finito, nie ma tematu.
- No więc sama widzisz – westchnął. – Aurorzy ich nie ochronią, bo nie pozwoli dowództwo, które wie lepiej. Zakon ich nie ochroni, bo nie pozwoli Dumbel, który wie lepiej. Jak się coś zacznie dziać, to was będą trzymać w odwodzie, bo to jest działanie pozorowane, a my jak dotrzemy, to będziemy mogli najwyżej policzyć trupy... Hej, Jim!
Czarnowłosy chłopak chodzący z zamkniętymi oczami wielkimi krokami tam i z powrotem po pustym korytarzu otworzył oczy i odwrócił się w ich stronę z mocno zdegustowaną miną.
- Nie jestem Jim! – warknął, podchodząc.
- Przepraszam, Harry. Ja się już chyba nie odzwyczaję... Co robisz?
- Próbuję się dostać do Komnaty Życzeń, bo tam jest Malfoy.
Tonks i Lupin spojrzeli na siebie i jednocześnie pokiwali głowami.
- Lepiej nie próbuj – poradziła mu Tonks.
- Ma rację – poparł ją Lupin.
- Muszę! Nikt mi nie chce pomóc! Dyrektor...
Lupin położył palec na ustach.
- My spróbujemy. I, z całym szacunkiem, jeżeli nam się nie uda, to tobie też by się nie udało. A jeżeli nam się uda, to jest szansa, że wyjdziemy z tego z życiem... Tu nie ma warunków na rozmowę, więc bądź w drugim gabinecie Trzech Mioteł o... mamy rezerwację o szóstej, nam godzina powinna wystarczyć... niech będzie siódma, w porywach kwadrans na ósmą.
Bardzo starał się nie patrzyć na Tonks. I tak wiedział, że chciałaby go zabić siłą woli. Że chciałaby zjeść z nim tę kolację we dwoje, chociaż przez ten jeden wieczór czuć się jak ktoś, kim dla niego nie jest i nigdy nie będzie.
Każdemu to, na czym mu mniej zależy, wzdychał. Świrowałem z samotności, to nie było nikogo, może bym diabłu duszy nie dał za to, żeby mnie tak ktoś adorował, ale już nad Voldemortem tobym się chwilę zastanowił, to nie, nikogo. Teraz mam rodzinę, to nie miała Tonks co do roboty...

Londyn, Ceramiczna 10, niedziela, 13 kwietnia 1997 r.

Na szerokim małżeńskim łożu leżał upiór.
Miał przymrużone oczy o spuchniętych powiekach, lekko obrzękłą twarz i uchylone usta, przez które oddychał z głośnym świstem. Nie licząc tych szczegółów, bardzo przypominał Remusa Lupina. Z tego ostatniego powodu Andrea wstępnie założyła, że ta istota nie jest upiorem, tylko jej mężem. Owszem, nie do końca zdrowym.
Stuknęła różdżką w zdjęcie mamy stojące na kominku. W chwilę później ogień w kominku zawirował i pojawiła się głowa Lucy Swift.
- Co Remus zrobił? - spytała rzeczowo.
- Nie wiem, czy on zrobił, czy jemu zrobili – odparła. - Wczoraj wyjeżdżał do... no, miał jakiś wyjazd, nie wiem kiedy wrócił, ale rano wyglądał...
Mama słuchała opowieści z taką miną, jakby z góry wiedziała, co będzie dalej.
- PPS – powiedziała krótko. - Książkowe objawy PPS-u.
- Książkowe objawy czego?
- Pozaklęciowego porażenia słonecznego. Z jakimś mocnym artefaktem musiał mieć do czynienia.
- I co się z tym robi?
- Obłóż mu łóżko zaklęciem chłodzącym, nie budź go, jak się obudzi, to wlej w niego jak najwięcej płynów, ale bez alkoholu, kawy i herbaty...
- Ups. Wygląda, że zanim się położył, to wypił półkwartę piwa.
- Mocnego?
- Kremowego.
- A, to może być. Tak jak mówię, dużo płynów i, no niestety, to trzeba przeleżeć, ze trzy dni.
- Nie ma eliksirów, żeby się poskładał jakoś szybciej?
- Są, ale z takimi efektami ubocznymi, że stanowczo odradzam... W razie braku oddechu sztuczne oddychanie – dokończyła tym samym tonem, jakim mówiła, zanim córka jej przerwała.
- Oddycha. Byle jak, ale oddycha.
- Za sztuczne oddychanie pewnie i tak się nie pogniewa.

Londyn, Stary Rynek, piątek, 18 kwietnia 1997 r.

- Tu też stoją – zauważyła Margit Boot, nieznacznym ruchem głowy wskazując schody kościoła Wypędzenia Przekupniów.
- Gdzie i kto? - spytała z umiarkowanym zainteresowaniem Rebeka Granger.
- Nie rób żadnych gwałtownych ruchów, ale rzuć dyskretnie okiem na tych dwóch na schodach.
Becky nie wykonała żadnego ruchu. W każdym razie Margit nie zauważyła. Ale na chodnik upadła moneta.
Na schodach stali dwaj młodzi ludzie w dopasowanych szatach i patrzyli na Stary Rynek. Przeżuwali coś w ustach, co jakiś czas wypluwając wiązki pestek, z tępymi minami, do których zupełnie nie pasowały szybkie ruchy oczu. Mieli bardzo pospolite twarze.
O identycznych rysach.
Dwaj inni stali u wylotu Ceramicznej, ze znudzonymi wyrazami twarzy, oparci o słup ogłoszeniowy oklejony plakatami teatrzyku „Di Grine Kaczke”, rozmawiając leniwie i trzymając w rękach kufle, z których nic nie pili. Jeszcze jeden siedział nad niedopitym piwem w ogródku na rogu Długiej, rzucając zblazowane spojrzenia znad otwartego Cojbersztyme(6).
Margit nie znała żadnego z języków posługujących się tym alfabetem. Wiedziała jednak, że ludzie, którzy nimi mówią, na ogół nie bywają wysokimi szczupłymi blondynami o długiej głowie, niebieskich oczach i pociągłej twarzy. Wzorcowy egzemplarz rasy nordyckiej doprawdy nie miał powodu być stałym czytelnikiem tego zasłużonego pisma.
- Stoją, i co z tego? - spytała Becky, podnosząc sykla.
- Służbowo stoją – odparła Margit.- Lepiej poszukajmy ogródka gdzie indziej, tu się za chwilę coś może dziać.
- To można poznać?
Zdziwienie Becky było zrozumiałe. W piątkowy wieczór Stary Rynek robił wrażenie najbezpieczniejszego miejsca na świecie. Jakby zastygł sto lat temu i zamierzał tak trwać przez następne tysiąc. W zupełnym kontraście z tym, co wiedziała od Hermiony – że ci wszyscy ludzie żyją na wulkanie i doskonale sobie z tego zdają sprawę.
- A tego można nie poznać?
Można. Jeszcze jak można. Jeżeli się spędziło życie w Starej Wesołej Anglii. Jeżeli się nie spędziło dzieciństwa i wczesnej młodości daleko stąd, gdzie czasem przydaje się umiejętność rozpoznania, jak to zgryźliwie określał jej ojciec, facetów, co sterczą pod ruską ambasadą i myślą, że ich nie widać.
Zresztą to, co robiła już jako obywatelka brytyjska, też zrobiło swoje.
Dość, że dobrze wiedziała: żeby wiedzieć, co się dzieje w kraju, trzeba widzieć nie tylko to, co jest w gazetach i co widać na ulicach, lecz także i przede wszystkim zwrócić uwagę na to, czego nie ma, choć na zdrowy rozum być powinno. Słyszeć nie tylko to, co ludzie mówią po pijanemu, lecz także to, o czym milczą po trzeźwemu.
Powinna być na przykład policja na ulicach, a najwięcej w okolicy dworca. Tymczasem... Na Placu Dworcowym czasem się Sempa widziało. Na Pokątnej rzadko. Na Kpiarskiej, Piwnej, Składowej czy nawet Długiej nie było ich widać wcale. Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, żeby zgadnąć, że nie zapuszczają się w labirynt podwórek między Ceramiczną a Niską Pokątną, gdzie tubylcy nawet w największe upały nie chadzali z gołą głową... Dość, że Sempów widywała dużo, dużo rzadziej niż kiedyś. Za to coraz częściej spotykała – czasem pod nic nieznaczącymi domami albo, jak teraz, pod kościołem – takich facetów. W jej ojczyźnie ich koledzy po fachu mieli jednakowy smutny wyraz twarzy, ale trochę się jednak te twarze różniły. Cóż, mugolscy tajniacy nie dysponowali Zaklęciem Nieznaczności.
Młodzieńcy jak na komendę spojrzeli na siebie i kiwnęli głowami. Ten przy wylocie Długiej ruszył szybkim krokiem w ich stronę.
- Proszę stąd iść – powiedział nerwowo. - Nieistotne – uprzedził pytanie, gdy Becky otwierała usta. - Nie ma obowiązku, ale ja bardzo proszę.
- Kocioł też dla ludzi – mruknęła Margit. - A ja i tak mam coś do załatwienia w tamtym kierunku.

Zza słupa ogłoszeniowego wyleciało COŚ. Polatywało na wysokości jakichś trzech stóp i omal nie zwaliło ich z nóg.
Osobnik siedzący na CZYMŚ miał na oko jakieś dziewięć lat. Spojrzał na nią przerażonymi czarnymi oczami, zawrócił gwałtownie i stracił panowanie nad CZYMŚ, co w międzyczasie okazało się niewielką miotłą.
Stanęła jak wryta. Rebeka Granger również.
Osobnik przetoczył się dwa lub trzy razy po chodniku, rozdzierając sobie koszulę na plecach, zerwał się, potoczył dookoła nieprzytomnym wzrokiem, pobiegł w stronę CZEGOŚ, pomacał się ręką po ciemieniu, jeszcze bardziej przerażony pomknął w miejsce, w którym upadł, poniósł z chodnika jakiś płaski przedmiot, umieścił go sobie na ciemieniu, popatrzył na nią, wybełkotał:
- Ja nie chciałem, że pani coś się stanie! Ja panią bardzo przepraszam!
I tyle go widziały.
- W życiu bym dziecka nie puściła w takich czasach samego – zauważyła Becky. - Ileż on mógł mieć, osiem lat?
- Ja bym mu dała z dziewięć – odparła Margit. - W każdym razie duży nie był.
- No więc właśnie. Jest niebezpiecznie, a poza tym może narobić komuś szkód...
- Oni się tu w ogóle mało przejmują – zauważyła Margit. - Coś stłucze, to koszty własne, a dziecku się coś stanie, to się zagoi. Inny świat.
Wsłuchawszy się uważniej w opowieści Terry'ego, posłuchawszy rozmów na Pokątnej, a jeszcze bardziej – w sklepach przy bocznych uliczkach, stworzyła sobie protezę myślową. Zamiast myśleć o magicznej Anglii jak o drugiej Anglii, tylko biedniejszej i z magią, zaczęła patrzeć na nią jak na drugą Amerykę Łacińską, tylko bogatszą (i z magią oczywiście – zresztą z perspektywy czasu miała wrażenie, że za wieloma sprawami, których u Latynosów nie rozumiała, kryła się właśnie magia). Działało.
Wracając któregoś dnia do domu, zauważyła ze zdziwieniem, że o ile na magicznej stronie od razu rzucił jej się w oczy brak placów zabaw dla dzieci, o tyle na mugolskiej stronie place są, tylko dzieci nie ma. W sumie skąd by się zresztą miały brać w kraju, w którym czterolatki jak jeden mąż idą do przedszkola, a rodzice panicznie boją się puścić dziecko bez obstawy gdziekolwiek?
Tutaj się nie bali. Wszędzie było pełno dzieci. Włażących pod nogi, strofowanych przez obcych ludzi, tarmoszących się, brudnych – choć bystre oko matki od razu zauważało, że niepodobna je nazwać zaniedbanymi – i najwyraźniej szczęśliwych prostym, szczeniackim szczęściem, do którego tak niewiele trzeba.

- Nie wiem, dlaczego taniej – powiedziała zdegustowana Rebeka Granger. - Jak nie liczę, wychodzi mi, że taniej by ci wyszło wymienić walutę u Gringottów i kupić za magiczne, więc dlaczego...?
Koniec pytania zagłuszył zgrzyt tramwaju nadjeżdżającego od strony Niskiej Pokątnej, a potem nawoływanie sprzedawcy ryb:
- Śledzie, śledzie, komu śledzie! Komu, komu, bo idę do domu! ! Śledzie matiasy, samce rozpłodowe! Kupujcie śledzie od starego sprzedawcy śledzi! Na kaca, na porost włosów i na odciski!
Ale Margit Boot to nie przeszkadzało.
- Terry powiedział, że tak będzie lepiej – ucięła.
Nie zastanawiała się, dlaczego właściwie Terry’emu zależało, żeby kupiła proszek ściemniający bezpośrednio u Weasleyów za funty, zamiast pójść z kartą matki do Gringotta i wymienić funty na galeony, co rzeczywiście wypadłoby taniej... Jeżeli uzna, że może jej to powiedzieć, to powie sam.
Rebeka Granger otworzyła usta i natychmiast zamknęła. Cięta riposta nie byłaby na miejscu u osoby, która sama wielokrotnie powoływała się na słowa swojej córki jak na ostateczny i rozstrzygający argument.
Dzieci jej mugolskich przyjaciółek też wiedziały lepiej. Ale tam było to w zgodzie z ogólnym porządkiem świata, w którym nowe było z założenia lepsze od starego. Hermiona powoływała się na porządek odwieczny, na pisma szesnastowiecznych mędrców, na pradziadków swoich kolegów, jedyny niepojęty wyjątek czyniąc dla walki o prawa skrzatów domowych (którą zresztą wobec braku entuzjazmu ze strony zainteresowanych dość szybko porzuciła, pochłonięta walką o prawa ludzi). Odległości między światem jej i Henry’ego a światem, który wchłonął ich córkę, nie mierzyło się w milach – ostatecznie do najbliższego przejścia do świata mugoli nie dzieliło jej nawet ćwierć mili – lecz w latach.
Może nawet w wiekach. Miała prawo nie rozumieć.
Margit Boot kalkulowała inaczej. Wiedziała, że są miejsca i czasy, w których o najważniejszych sprawach się nie mówi – o nich się wie, w których ludzie o szczerych twarzach i mocnych głowach jakimś niepojętym sposobem wiedzą, z kim o czym można rozmawiać, i nigdy nie mówią niewłaściwym osobom o niewłaściwych sprawach (oczywiście do momentu, kiedy się pomylą), w których nie ma tematów tabu, ale są sprawy nie na telefon i takie, o których pogadamy innym razem, a dobór naturalny preferuje formy życia, które opanowały umiejętność niedziwienia się.
- Wiesz – powiedziała Becky, patrząc w stronę drącego się sprzedawcy śledzi – jak patrzę na tych ludzi, to chwilami mam wrażenie, że oni wszyscy są lekko wstawieni.
- O tej porze to pewnie nawet niewiele się mylisz – zauważyła trzeźwo Margit. – Ten rybol to akurat pewnie nie, ale spora część przechodniów na pewno. Co się mają przejmować, piątek wieczorem, samochodami nie jeżdżą, a miotła do domu trafia sama...

- Ja się tak nie bawię! - darł się może sześcioletni chłopiec przed narożną kamienicą o węgle ozdobionym dziwną rzeźbą przedstawiającą dwa smoki ze wspólnym łbem. - Ja nie chcę być śmieciojadem! Ja nie będę śmieciojadem!
- Śmierciojadem, młodzieńcze, śmierciojadem! - poprawił go ojcowskim tonem drugi, na oko o jakieś dwa lata starszy.
Margit pokręciła głową. Czy słyszała kiedyś takie kłótnie chłopców po angielsku? Po raz kolejny zastanawiała się, czy Terry coś zyskał, czy stracił.
- A ja właśnie będę! - nadął się inny. - I ja wam zaraz pokażę!

Hogwart, sobota, 10 maja 1997 r.

- ...to jest genialne! - gorączkował się Harry, demontując zmieniacz czasu. - Zobacz, ja nawet nie wiedziałem, co z tego ma być, czyli efekt powinien być mniejszy, a i tak z Malfoya się lało jak z wieprza, to masz pojęcie, co będzie przy świadomym stosowaniu?
Hermiona nie miała pojęcia i wolała nie sprawdzać. Wiedziała jednak, że Harry’ego nie przekona. Próby wpłynięcia na Charliego za pośrednictwem Susan spaliły na panewce, ta bowiem oświadczyła, że spraw, które musi Charliemu wytłumaczyć, i tak ma w nadmiarze.
Zaklęcia niezarejestrowane budziły w niej paniczny lęk i, wbrew temu co jej uporczywie wmawiali Ron i Harry, nie miało to związku z traktowaniem prawa jak samoistnej wartości. Gdyby tak podchodziła do sprawy, jej przyjaźń z tymi dwoma nie przetrwałaby kwartału. Niezarejestrowane to niezarejestrowane, pal sześć – gorzej, że to najczęściej znaczy: niezbadane.
Długo szukała jakichkolwiek wiadomości o Sectumsemprze czy Levicorpusie. Nic nie znalazła. Natomiast, i owszem, wiele informacji o ubocznych skutkach użycia prowizorycznych, niedopracowanych, słabo zbadanych zaklęć, które sto razy działały prawidłowo, a sto pierwszy raz – na przykład za jakimś przypadkowym wahnięciem poziomu tła magicznego, o co przecież w warunkach bojowych nietrudno – różdżka wypaliła do tyłu albo co prawda zaklęcie zadziałało, ale rzucający zaklęcie uległ petryfikacji.
Dean Thomas zdawał się podzielać jej obawy. Ale czarodzieje z czarodziejów wzruszali ramionami.
- Wola Boża i skrzypce – mówili.
- Będzie, co ma być.
- Kto nie ryzykuje, miodu nie pije.
Jeśli coś nie wyszło, stwierdzali melancholijnie, że mogło być gorzej albo żeby człowiek wiedział, że się wywróci, toby se usiadł. Przez trzy lata z tym walczyła, a teraz przez następne trzy próbowała się przyzwyczaić. Bezskutecznie.
Tacy byli nie tylko jej koledzy. Dorośli czarodzieje, od Hagrida poczynając, a na Dumbledorze kończąc, postępowali bardzo podobnie.
Z mugoli, których spotkała, przypominali jej w tym Abdula, z którym chodziła do szkoły podstawowej, a który słysząc, że z tego, co wymyślił, mogą być kłopoty, odpowiadał z filozoficznym spokojem zupełnie nie pasującym do dziesięciolatka z temperamentem:
- Allah zsyła kłopoty, Allah uwalnia od kłopotów...

Harry miał już głowę zaprzątniętą zupełnie czym innym.
- ...Gryffindorowi na chwałę, a temu ciulowi na złość! - kończył przemówienie do drużyny. – Do żadnego meczu nie byliście tak przygotowani jak do tego. Musi się udać!
Wlokąc się w stronę schodów prowadzących do lochu Snape’a miał nieprzyjemne wrażenie, że to przemówienie nie brzmiało tak przekonująco jak chciał.

Hogwart, poniedziałek, 19 maja 2007 r.

- Przychodzi Snape do fryzjera...
Susan nadstawiła ucha. Dowcipów Kevina Whitby o babie przychodzącej do lekarza, Żydzie do rabina i trollu do wróżki miał już powyżej uszu, ale tego zestawienia dotąd nie przerabiała.
A poza tym każdy pretekst był dobry, żeby oderwać się od opisywania technologii przetwarzania tranu śniardwy pełnomorskiej.
- ...a fryzjer: Dla szanownego pana strzyżenie czy wymiana oleju?
Tym razem Kevinowi udało się rozbawić nawet siostry Alfę i Omegę Montgomery, nieszczęsne ofiary specyficznego poczucia humoru rodziców, które od śmierci ich pięcioletniego brata przeważnie siedziały w kącie pokoju wspólnego, przy czym Alfa zazwyczaj była zajęta kładzeniem pasjansów, a Omega rozwiązywaniem krzyżówek. Tylko gdy dochodziło do śpiewów chóralnych, siostry odkładały swoje rekwizyty, dawały z siebie wszystko – a głosy miały znakomite – po czym wracały do swoich stałych zajęć.
Susan definitywnie porzuciła śniardwy pełnomorskie.
Nie czuła się też na siłach pisać kolejnego eseju na historię magii. Ambitna historyczka za punkt honoru postawiła sobie nauczenie uczniów historycznego myślenia, a za najlepszą metodę uważała analizowanie, co by było, gdyby... w tym przypadku: czy, caeteris paribus, doszłoby do II wojny arabskiej, gdyby bez wojny zawarto porozumienie z Urgiem Utytłanym. Od miesięcy to ona ratowała przy takich okazjach honor Hufflepuffu, prowadząc burzliwe dyskusje z Terrym Bootem, tym razem nie miała jednak żadnego pomysłu.
Jutro i tak będzie rozmawiała z Charliem, to zarzuci temat, Charlie poda dziesięć możliwości, z czego dwie abstrakcyjne, pięć kompletnie bez sensu, dwie tak zwyczajnie bez sensu i jedną sensowną, a dalej się zobaczy. Teraz musi się zrelaksować.
Najchętniej poczytałaby sobie Bravo Witch. Nigdy nie lubiła tego pisma, twierdząc, że to jest coś dla istot, które nie myślą, a jeśli już, to nie głową. Zdania zresztą nie zmieniła, tyle, że właśnie w tej chwili bardzo chciała nie myśleć i potrzebowała jakiejś pożywki. Redakcja Bravo Witch z konsekwencją godną lepszej sprawy udawała, że nic się w kraju nie zmieniło i w dalszym ciągu młodzież nie ma nie tylko większych, ale w ogóle innych zmartwień niż ciuchy, kosmetyki, techniki uwodzenia i to, jakie legalne produkty mają działanie porównywalne z eliksirami miłosnymi.
Bravo Witch jednak, jako się rzekło, nie było pod ręką. Zbyt wiele Hogwart widział w ciągu ostatniego roku, żeby to pismo mogło nie stracić na popularności. Równocześnie czasy, kiedy do wprowadzenia jej na chwiejną ścieżkę ogólnej akceptacji wystarczało pół pinty piwa, dawno minęły. Nie wypada zaś, żeby prefektka bez okazji wypijała kwartę. Nie uchodzi.
Sięgnęła po Świat Młodych Czarodziejów. Niestety zamiast go zamknąć i skupić się na Przygodach Martina Miggsa, w których nieodmiennie zaczytywał się jej najmłodszy szwagier, nieopatrznie rzuciła okiem na redakcyjną dyskusję o nieco dętym tytule Nienormalne czasy, normalne życie.
...coś, czego nigdy nie mogłam zrozumieć, jak można było w czasie wojny normalnie być w szkole, jak można normalnie żyć, kiedy dookoła jest wojna, uczyć się tego co zawsze... A teraz jest wojna i wszystko jest normalnie, z wyjątkiem tego, co w gazetach, oczywiście...
Też się zastanawiała, czy byłaby w stanie nie zwariować, gdyby nie było Gwardii. A czasem nawet budziła się w niej myśl, czy tak naprawdę Gwardia jest potrzebna komuś poza swoimi członkami.
Nie zauważyła, jak przysiadł się do niej Ernie Macmillan. Odkąd rodzice Hanny Abbott pomimo protestów córki zabrali ją z Hogwartu, trzymali się razem. Jego dziewczyna była daleko, jej chłopak jeszcze dalej, oboje wiedzieli, na czym stoją.
Otoczenie nie miało takiej pewności. Pół szkoły plotkowało, że puścili kantem swoich nieobecnych partnerów i są razem. Susan to trochę krępowało, parę razy wspominała o tym Erniemu, ten jednak z typowo męską delikatnością wzruszał ramionami i mówił
- Godają, to niech godają, nie? Ludzie zawsze godają, nie? To ludzka rzecz pogodać, nie?
Odkąd zabrakło Hanny, Ernie zapomniał, jak się mówi poprawnie po angielsku. Na lekcjach jakoś sobie przypominał, ale już na przerwach, a tym bardziej w pokoju wspólnym mówił tak, jak się mówiło w jego rodzinnym domu, w świecie klapsznytek z leberką i szneki z gzikiem.
Tak czy owak, Ernie właśnie oderwał się od lektury mugolskiej przeróbki Tajemniczej wyspy, która ku zachwytowi mugolaków, a rozpaczy reszty uczniów ostatnio trafiła do spisu lektur obowiązkowych z mugoloznawstwa, i usiadł przy niej, zaglądając jej przez ramię.
- Ja tak nie mogę – odezwał się, stukając palcem w gazetę. - Ja po ćwiczeniach w szkole jestem nieprzytomny, nie mogę się na niczym skupić poza...
- A to akurat standard po zarwanej nocy.
- Daj skończyć. Na historii magii to jeszcze idzie zrobić, nie?
Susan westchnęła ciężko. W sumie zawsze mogło być gorzej, pomyślała. Tfu, zaraziłam się od Goldsteina... ale naprawdę mogło być gorzej. Mógł się jej trafić współprefekt Walijczyk.
- ...ewentualnie na angielskim – ciągnął Ernie - jak jest coś podchodzącego, jak na przykład teraz, że robimy Opowieść o prawdziwym czarodzieju...
Susan przewróciła oczami. Opowieść uważała za jedno z większych nieporozumień na liście lektur. Jak większość dziewczyn. Ernie natomiast pochłonął to osobliwe dzieło z wypiekami na twarzy. Jak większość chłopców. No, ale skoro mu to pomagało...
- ...ale to jest wszystko, nie? Zaczym małego kremowego nie wypiję, to mam łeb nabity wojną, że cegłą nie wybijesz.

Kościół w Hogsmeade, niedziela, 1 czerwca 1997 r.

...i rzekł mu Jezus:
Zaprawdę powiadam wam, ktokolwiek by przyłożył rękę swoją do pługa a oglądałby się wstecz, nie jest sposobny do królestwa Bożego...(7)

Harry westchnął ciężko.
Zszedłszy się z Ginny, przez pierwsze dwa tygodnie był szczęśliwy jak nigdy przedtem. Słońce świeciło jaśniej niż kiedyś, miotła latała lepiej, skrzaty lepiej przyrządzały potrawy i nawet Snape był mniej męczący niż zazwyczaj.
Potem jednak, wisząc głową w dół na kolejnych ćwiczeniach Gwardii, uprzytomnił sobie, że właściwie miał zwalczyć Voldemorta. A także to, dlaczego odmówił Ronowi uczynienia go swoim zastępcą. Ty jesteś zajęty i nie jedynak... Ty byś w razie czego Ginny nie poświęcił... A on? Próbował to sobie wyobrazić. Nie wyszło.
Od tego czasu usilnie bronił się przed myślą, że dopóki Voldemort żyje i ma moc, dopóty każdy, kto jest zbyt blisko z Wybranym, znajduje się stale w śmiertelnym niebezpieczeństwie jako murowany kandydat na zakładnika. Wniosek nasuwał się sam.
Harry był przekonany, że jest jakieś boczne wyjście z sytuacji, ale na razie żadne nie przychodziło mu do głowy. Niejasno przeczuwał, że eliksirem wielosokowym może oszukać ludność okoliczną i ewentualnie spotkanych w miasteczku nauczycieli, ale do zmylenia Voldemorta może to nie wystarczyć.

- Umiłowani w Chrystusie Panu!
Mocne słowa padają w dzisiejszej Ewangelii. Bardzo mocne. Zresztą lekcji starotestamentalnej też nic nie brakuje.
Ewangelia w ogóle obfituje w mocne słowa. Jezus nie przedstawia propozycji do dalszych rokowań. Tak, jak w Starym Testamencie Żydzi nie mogli sobie wybrać przykazań i różnych pomniejszych postanowień. Lista takich na przykład zwierząt trefnych nie była punktem wyjścia do negocjacji. Tak, jak to powiedział Jozue, jak to słyszymy w dzisiejszej lekcji starotestamentalnej - czytałem to, ale warto powtórzyć: jeżeli wam się zda źle służyć Panu, obierzcie sobie bogi, którym byście służyli. Lecz ja i dom mój będziemy służyć Panu.
Dziś świat proponuje nam różnych bogów. Można sobie wybrać. Można sobie wybrać na przykład człowieka, który czarnoksięskimi sztuczkami sam siebie zmienił w demona i jest na prostej drodze do ogłoszenia się bogiem. Niektórzy, boleśnie liczni, go wybierają.
Lecz my i domy nasze będziemy służyć Panu.
Trudna jest to mowa i nie każdy jej słuchać może. Twarda jest mowa Jezusa, kiedy mówi, że nie jest go godzien, kto nie ma w nienawiści swojego ojca i matki... Tu mała dygresja. Kiedy padają słowa naprawdę mocne, to oczywiście trzeba pamiętać, że Ewangelia to jest, co do stylistyki, przekaz człowieka Wschodu do ludzi Wschodu. Tam mocne słowa padają łatwo, tam strzelisty styl jest przyjęty. Poprzestańmy więc na wersji przekazanej przez Gamaliela: kto bardziej się liczy z ojcem i matką niż ze mną, nie jest mnie godzien. Bo bardziej trzeba słuchać Boga niż człowieka. Bo jeśli zasady, których nas nauczyli ludzie, choćby to był ojciec i matka, dyktują coś innego niż słyszymy od Boga, tym gorzej dla tych zasad. Jeżeli nasze sumienie dyktuje nam coś innego niż słyszymy od Boga, tym gorzej dla nas.
To problem, z którym trzeba się zmagać, odkąd Bóg objawił się człowiekowi. To problem, z którym spotkał się Abraham. Abraham byłby fanatycznym zbrodniarzem, gdyby nie obcował z Bogiem. Byłby groźnym dla otoczenia szaleńcem, gdyby mu się zdawało. Ale on obcował z Bogiem. Nie z sumą swoich wyobrażeń. Nie z ideą stworzoną przez ludzi, niechby i najwznioślejszą. Z Bogiem osobiście.
Iluż z nas poznało pierwsze litery na Pomniku Paralityków... - W oczach słuchaczy zamigotały wesołe iskierki. - Pamiętamy te słowa:
Uczyniwszy na wieki wybór,
W każdej chwili wybierać muszę.

Pan stawia przed nami takie wybory. Niektórzy mówią, ze to przekleństwo świata czarodziejów, inni - że jego błogosławieństwo. Fakt jest faktem: z porażającą regularnością, raz na pokolenie, przychodzi czas, kiedy bardzo łatwo jest zostać kanalią albo bohaterem.
Powiadają, że kanalią zostaje ten, kto nie potrafił zostać bohaterem. Ale nieraz, patrząc, jak na świeżym grobie wyrasta dąb z młodą twarzą na pniu, myślałem: to nie tak. Zostałeś bohaterem, bo nie potrafiłeś zostać kanalią. Bo nie umiałeś wypowiedzieć jednego zdania, wymienić jednego nazwiska, podjąć jednej decyzji, którą nakazywał rozsądek.
Bo miałeś tyle szczęścia, że kuszono cię topornie. Niecierpliwie. Że ktoś zażądał, żebyś się wyparł samego siebie od razu, natychmiast i całkowicie. Że nie mogłeś w danych warunkach być „w sumie porządnym człowiekiem”. Ktoś naciskał „Wszystko albo nic!”, więc dumnie odpowiedziałeś „Nic!”, możeś i miał wątpliwości, ale „Wszystko” nie przeszłoby ci przez gardło.
Co by było, gdyby zażądano tylko trochę? A potem jeszcze trochę, i troszeczkę, no i jeszcze raz całkiem niewiele, aż wreszcie można by powiedzieć „oddałeś tyle, to się przestań szczypać, oddaj i resztę, teraz to już rybka?”
W każdej chwili wybierać muszę. Trzeba o tym myśleć raz na dzień - od świtu do nocy. Ta myśl musi nam towarzyszyć na każdym kroku, jak na zakupach rozsądny małżonek, który ilekroć zatrzymamy się przy straganie, pyta: potrzebujemy tego? Naprawdę? A stać nas? Na pewno?
Przecież w kłopoty finansowe nie popada się przez jednorazowe duże wydatki, lecz stopniowo i niedostrzegalnie, tu obiad z koniaczkiem, tam podróż pierwszą klasą zamiast trzecią, tu srebrzony kociołek, chociaż wystarczyłby cynowy, tam mahoniowa odpukawka, tu pięć galeonów, tam trzy... na różdżkę Merlina, gdzie się podziało sto galeonów? Bóg dał, diabli wzięli!
Pamiętamy wszyscy ze szkoły Srebrne krzesło. Tam bohaterowie wyruszają w drogę z jasno sprecyzowanym celem, ale po drodze, zmęczeni, znużeni - zatrzymują się na trochę w miejscu, gdzie jest ciepło i wygodnie... i tam zostają na dłużej. Omal nie kończy się to tragicznie, ich śmiercią i fiaskiem wyprawy. Nie kończy się tak, ponieważ miejsce, w którym się znaleźli, przestaje być przyjazne. W życiu najczęściej dzieje się inaczej. Sprawy ważne odkładamy na później, jak oni. I - jak oni niepomni, że najtrwalsze są prowizorki - cały czas twierdzimy, że jesteśmy w drodze, tylkośmy się na chwilę zatrzymali. A potem chwila się przeciąga, chwile tak mają, i zostajemy w miejscu ciepłym i wygodnym. Potem coraz mniej ciepłym, coraz mniej wygodnym, no ale jużeśmy się przyzwyczaili do posady w firmie kłamstwa, żelaza i papieru, do stołu z kryształem i abażuru z rybą.
Ten mechanizm doprowadził obecnie cywilizację mugoli, przynajmniej białych mugoli, na skraj zagłady - jako ciekawostkę powiem, nie wiem czy wiecie, że akurat Opowieści z Narnii mugole znają i cenią. Uważają, że to piękna bajka dla dzieci.
Tu i ówdzie rozległy się parsknięcia zduszonego śmiechu.
Mugole często tak robią - sprawy proste a trudne kwalifikują jako dziecinne uproszczenia albo młodzieńcze porywy. Nazywają to mądrością życiową. U nas o to trudniej. Żyjemy w świecie, w którym co ćwierć wieku przychodzi czas prostych wyborów i trudnych decyzji.

Harry przymknął oczy. Przez większą część kazania dokonywał skomplikowanych akrobacji myślowych, żeby obronić się przed myślą, że całe kazanie było o nim i do niego.
Bezskutecznie.
Jakby chcąc go dodatkowo pognębić, pastor zaintonował starannie dobrany hymn.
Mą drogę znasz, choć ja jej nie znam wcale,
Ta pewność pokój wlewa w serce me,
Ucisza serca wszystkie trwogi, żale -
Ty drogę znasz, więc czego lękać się?
Mą drogę znasz, Ty znasz też wszystkie czasy,
Wytknąłeś dawno mego życia plan...

Wiedział, co powinien zrobić. Wiedział też, czego chce. I jedna wiedza w żaden sposób nie dawała się pogodzić z drugą.
...Więc choć w nieznane idę, lecz z nadzieją,
Żeś Ty jest ze mną, Ty mą drogę znasz!


c.d.n.

(6) Cojbersztyme (jid.) – Magiczny Głos.
(7) Łk 9:62.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Komentarze do odcinka VIII

Postautor: archiwalny » 29.08.07, 15:05

Adam Widur w 19.07.07 10:29:54


Mogę byc szczery? Wszystko pięknie ładnie, wszystko cudnie, ale jak na tyle smaczków smakowitych, nie tylko żydowskich (akurat zdecydowanie już za dużo, MSZ), to mało mięsa dałeś. Mało wartkiej niepoprzerywanej akcji a za dużo mędrkowania. Po prostu zaczyna nieco... Męczyć.

naotmiast język miodzio, psychologia miodzio, i oprócz jednej literówki
Bardo
którą udało mi sie wyłapać...

No i niektóre postaci są nieco za Bardo niekanoniczne. Ale taki już urok, prawda? Jak będę miał więcej konkretów, z chęcia sie przysłuże. To tylko pierwsze, moze i niesłuszne wrażenie.


Arthur Weasley w 19.07.07 13:34:07

żydowskich (akurat zdecydowanie już za dużo, MSZ)
Może i dużo, ale skoro moje wcześniejsze utwory bywały krytykowane, że za dużo chrześcijaństwa, to uznałem za stosowne jakoś to zrównoważyć.



Srebrna w 20.07.07 02:46:38


A moze by tak bezreligijnie raz na czas? Albo - bez lokalizowania bohaterow w kulturach nam znanych po sasiedzku i nie tylko? :)

Wlasnie nadgonilam z niedoczytanymi kawalkami (a zaleglosci mam potezne) i - bez cytowania, czy wskazywania podobajacych sie szczegolnie fraz - ze dobre to jest niezmiernie. To jest taki tekst, co ja go czytam i nic bym nie zmienila (moze poza tym natezeniem rusycyzmow czy tez innych izmów pojawiajacych sie znienacka).



Ariel w 03.08.07 22:45:41


To jest taki tekst, co ja go czytam i nic bym nie zmienila

Gdyby mnie przypadkiem naszło na zmienianie – a na szczęście nie najdzie, bo nie jestem ani betą, ani tym bardziej Autorem, tylko zwykłym czytelnikiem, który lubi się czepiać – parę rzeczy by się znalazło.
Na przykład wiek pochowanego pięć lat temu alchemika (acz po uprzednim zapytaniu, czy aby na pewno chodzi o Flamela, którego śmierć na rok przed ukończeniem sześciuset sześćdziesięciu sześciu lat jest dość znacząca) lub być może lekko naciągana uwaga o stosunku Hermiony do WESZ. Z drobiazgów.
Zastanowiłoby mnie też, czemu w powojennej Anglii aż tylu Żydów, i to tak wyraźnie żydowskich. Czy czarodziej w opowiadaniu symbolizuje nie tylko chrześcijanina, ale i jego starszego brata w wierze? Bo w mugolskiej Anglii ponoć Żydów nie jest aż tak dużo, by przebranie się za jednego z nich gwarantowało niezwracanie na siebie uwagi.
Prawdopodobnie odcinek byłby krótszy, a ściślej: wklejony jako dwa, skrócone o scenki w sumie ładne, ale wklejone trochę na siłę (jak PPS czy pociąg bydlęcy) i zwiększające wrażenie lekkiego chaosu albo czytania szkicu.
Zamiast nich, być może, pojawiłoby się nieco więcej kanonu. Bo to nie jest tylko opowiadanie „na marginesie VI tomu”, wymagające przed lekturą gruntownego powtórzenia sobie całości, żeby wiedzieć o co chodzi, ale także – poniekąd, i chyba powoli coraz bardziej, acz głowy nie dam – na marginesie HP. Przy czym niekanoniczny, ale za to bardzo Arthurowy, jest przede wszystkim klimat tekstu. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle: do nadbudowywania do kanonu wydarzeń i rozbudowywania postaci o różne przeżycia przyzwyczaiły mnie setki fanfictów, ale tak intensywne modyfikowanie rodzaju świata, w jakim żyją bohaterowie, zdarza się rzadko (i zwykle w drugą stronę). Prawo Autora opisywać wszystko tak jak widzi i chce widzieć, od tego są fanficty – niemniej jednak mnie w tym opowiadaniu zaczyna brakować „Harry’ego Pottera”.
Też mam na koncie ileś tekstów-pamiętników, uwieczniających własne i cudze warte uwiecznienia przeżycia oraz aktualnie przetrawiane problemy, więc tę tendencję rozumiem znakomicie. Tym intensywniej jednak odczuwam rosnącą niemojszość czytanego tekstu. O ile „Smok” był najmojszy ze wszystkich Twoich opowiadań (dużo, dużo Charliego, równie znajoma i jeszcze dość dyskretna ewolucja Susan, etc.), o tyle jego kontynuacja jest - z wielu powodów - najmniej moja.
Na moje czytelnicze szczęście, fabuła pozostaje ciekawa, a rozmaite smaczki nie tracą swojego uroku. Tyle że jedno i drugie trzeba wydłubywać.


Arthur Weasley w 04.08.07 21:03:13


Przyczyn znalezienia się cokolwiek na marginesie HP jest parę, na pewno nie bez znaczenia jest fakt, że zacząłem pisać po V tomie i w sytuacji kolizji między VI tomem, tym bardziej VII, a moimi wcześniejszymi opowiadaniami te ostatnie zwyciężają.

Zastanowiłoby mnie też, czemu w powojennej Anglii aż tylu Żydów, i to tak wyraźnie żydowskich.
Bo to jest Anglia czarodziejów, wszystko może być. No, nie wszystko, ale wiele.
Czy czarodziej w opowiadaniu symbolizuje nie tylko chrześcijanina, ale i jego starszego brata w wierze?
Czarodziej w opowiadaniu ani jednego, ani drugiego nie symbolizuje, natomiast może być zarówno jednym jak i drugim. A także jeszcze paroma innymi.
Bo w mugolskiej Anglii ponoć Żydów nie jest aż tak dużo, by przebranie się za jednego z nich gwarantowało niezwracanie na siebie uwagi.
Primo, może ktoś uznać, że niechby i zwracał uwagę, grunt, żeby absolutnie nie wyglądał na siebie. I nie jest to strategia głupia.
Secundo, Żyd pojawia się w poczekalni, w której wisi informacja o uprawnieniach Bohatera Magicznej Anglii, i tamże wsiada do Hogwart Expressu. W związku z tym to, co w mugolskiej Anglii, nic do sprawy nie wnosi. A w uniwersum, w którym rozgrywa się akcja tego utworu, na magicznej stronie Żydów mocno żydowskich jest tylu co, nie przymierzając, Arabów mocno arabskich i Azjatów mocno azjatyckich na mugolskiej.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Odcinek 9

Postautor: Arthur Weasley » 29.08.07, 15:09

Odcinek 9


Wydarzenia pamiętnej nocy w Hogwarcie są zgodne z kanonem w takim stopniu, w jakim to było możliwe w ramach realiów tego opowiadania.

Wszelka zbieżność wydarzeń i okoliczności opisanych w tym i następnym odcinku z wydarzeniami i okolicznościami opisanymi w VII tomie jest całkowicie przypadkowa, albowiem ich fabuła powstała przed opublikowaniem VII tomu.
(no bobrze, jedna scena nawiązuje)
Jeśli zaś wskutek opublikowania VII tomu stały się one sprzeczne z kanonem, tym gorzej dla kanonu.

Powodowany uprzejmością wobec osób wrażliwych na wulgaryzmy stosuję dalej metodę pisania wulgaryzmów biało na białem – osobliwie że przynajmniej w dwóch scenach wszelkie eufemizmy brzmiałyby sztucznie. Osoby nie lubiące białego nabiału mogą się go pozbyć prostym CtrlA i tym sposobem zobaczyć wersję reżyserską.

Za dodatkowe zbetowanie dziękuję Arianrod, Ariel i Adamowi Widurowi.

Szczególne podziękowanie i najlepsze życzenia dla Inachis Io, której urodziny zmotywowały mnie do wklejenia wreszcie tego odcinka zamiast cyziowania go jeszcze parę dni.




Londyn, Dziurawy Kocioł, poniedziałek, 9 czerwca 1997 r.

- Jest źle. - Tonks odgarnęła z czoła bure, od dawna nie czesane włosy.
- Dobrze nie jest – mruknął Lupin.
- Jest kijowo!
- Wiem – wzruszył ramionami.
Zgodził się przyjść do Dziurawego Kotła, bo w głosie Tonks, gdy rano wywołała go przez kominek – z właściwym sobie wyczuciem trafiając nieomylnie w moment, kiedy Andrea była w łazience – brzmiała autentyczna i niefałszowana histeria.
Aurorki – nawet nieprzesadnie zdolne – nie wpadają w histerię bez wyraźnego powodu.
- A tak konkretnie to o co ci chodzi? - wypalił, mając głęboką nadzieję, że tym razem nie będzie chodziło o niego ani o lęki egzystencjalne Tonks.
Tonks podciągnęła kolana pod brodę i mocniej wcisnęła się w kąt.
- Kiedy ostatni raz widziałeś Dumbla?
- Dobre pytanie... Na pewno ani wczoraj, ani przedwczoraj, ani tydzień temu. Nie wiem, czym go widział po chrzcinach Jima. Względy bezpieczeństwa, w sumie sam się plułem, że jesteśmy w Zakonie nieostrożni. Komunikujemy się sową... wiesz, Wolfgang jest niewykrywalny...
- No więc ja go widziałam wczoraj. Odbierał przysięgę od mojego ojca.
- To chyba dobrze – zauważył Lupin.
Od dawna uważał, że sytuacja, w której Ted Tonks, siedząc po uszy w sprawach Zakonu – tak jak to zresztą było w czasie poprzedniej wojny – nie jest jego członkiem, jest chora. Ted ze swej strony twierdził, że nie chce z ręką na krucyfiksie składać przysięgi nie mając pewności, że jest w stanie jej dotrzymać – ze szczególnym uwzględnieniem prostych słów: a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało.
- Owszem...
Chwilę siedzieli w milczeniu. Dwa stoły dalej poirytowany czarodziej mówiący z silnym irlandzkim akcentem opowiadał drugiemu o traumatycznym przeżyciu:
- ...i, uważasz, modlili się nad tą miotłą Bóg wie ile, już prawie chcieli witki rozkładać, a wystarczyło puknąć stopką różdżki w podstawę nawrotnika i już, siadać i lecieć...
Podsunął jej kufel pod kran. Skinęła głową.
Dolał i sobie.
- Jego zdrowie!
Wypili.
- Słuchaj... Remus... czy tobie kiedyś przyszło do głowy, że... że on mógłby...
Chryste, cierpliwości, pomyślał Lupin, oczywiście że mógłby, ale to wiadomo od dawna. Wszyscy byśmy mogli.
Pociągnęła solidny łyk.
- ...że moglibyśmy go stracić?
Po dłuższej chwili zrozumiał, że Tonks nie o swoim ojcu mówi, lecz o Dumbledorze. Nieraz słuchając mugolaków mówiących o dyrektorze myślał, że na miejscu ich ojców byłby zazdrosny.
Pociągnął.
- Wystaw sobie, że tak – powiedział. - Niespecjalnie to sobie wyobrażam, ale tak na rozum to wiem... Nie jest dobrze.
- Jest fatalnie. Ja się mało znam na czarnej magii, ale... Jak tyle czasu i nic z tym nie poradzili zrobić... Ja tego nie widzę... Jeśli jego zabraknie... Bez niego...
I komu ty to mówisz, pomyślał. Toż i ja bez niego byłbym niczym, żeby daleko nie szukać.
- Mówimy Zakon, a w domyśle Albus – zauważył. - Ale tak naprawdę na mówieniu się kończy. Jakoś sobie poradzimy.
- Wiesz... nie żebym nie kochała ojca... ale Albus był... jest...
- Dla mnie też swoje zrobił, nie musisz mi mówić. Ale większość ludzi przeżywa swoich ojców i żyją. Dorośli jesteśmy podobno.
Tym razem to Tonks podsunęła kufle pod kran.
- Podobno.
- Niektórzy to nawet mają własne dzieci.
- Zdrowie Jima.
Brak entuzjazmu w głosie Tonks, gdy wznosiła ten toast, nie umknął uwadze Lupina. I dobrze, pomyślał. Ona nie ma Jima kochać, ona ma nie interesować się jego ojcem.
Wypili.
- Jadę do Albanii – powiedziała nagle.
- Co?
Wiedział trochę o tym kraju w ogóle, a o tamtejszej społeczności czarodziejów w ogóle i było to mniej więcej ostatnie miejsce, w jakim wyobrażał sobie Tonks.
- Poprosiłam dyrektora, żeby mnie tam wysłał. Montuje się tam radiostacja... na wszelki wypadek.
Wszelki wypadek wisiał w powietrzu. Niektórzy urzędnicy DEMP nagle przestawali zauważać najoczywistsze naruszenia prawa, jeśli mogli za nimi stać Śmierciożercy. Niektórzy sędziowie i aurorzy wysyłali rodziny za granicę. Z dnia na dzień znikały z łamów gazet nazwiska dziennikarzy jeszcze wczoraj bardzo bojowych. Nawet niespecjalnie się dziwił – ostatecznie nazwiska ich paru kolegów znikły wraz ze swoimi właścicielami.
- Wiesz, że w razie czego to będzie większe ryzyko niż robota w kraju?
- Wiem. Właśnie dlatego.
Spojrzał na nią pytająco.
- U ciebie nie mam szans. Przeżyję, znaczy widocznie mam żyć bez ciebie. Nie przeżyję, to tym bardziej nie będę miała problemu.
- Nie przeżyjesz, to Tedowi... to ojcu będzie przykro. Pewnie chce mieć wnuki, a... - urwał. Niepotrzebnie przypomniał Tonks, że stopniowo stała się jedynaczką.
- Właśnie... słuchaj... jakbym zginęła... jak będziesz miał drugiego syna...
- Nie gadaj głupot!
- Sam mówiłeś, że na to wojna i takie tam... No więc jeżeli zginę, a ty będziesz miał drugiego syna...
- Daj spokój. To jest cud i szok, że się raz rozmnożyłem. Wyczerpałem limit cudów.
- Rozmnożysz się. Ja ci to mówię. Więc jak będziesz miał drugiego syna...
Lupin otworzył usta i zaraz zamknął. Tej pani już nie nalewamy, pomyślał patrząc w zamglone oczy Tonks.
Nerwy, wszystko nerwy. Ileż ona wypiła, kwartę? Przecież ta dziewczyna posyłała pod stół najtęższych pijaków!
- ...masz dla niego upatrzone imię?
- Nie...
- A może być Ted?
Poczuł nagle, że bardzo chciałby mieć córkę.
- Podsunę to Andrei. Ale coś mi mówi, że to ty mnie pochowasz, nie ja ciebie.
Na razie to niech ten jeden ma oboje rodziców. Albo chociaż jedno...
Andrea właśnie oświadczyła, że Jim jest na tyle duży, by ona mogła się z nim przenieść do Jeszcze Bardziej Zakazanego Lasu albo podzielić się opieką nad nim ze swoją matką. Trudno było zaprzeczyć, że wyszkolenie paru animagów było potrzebne, a Minerwa McGonagall miała parę innych zajęć.

Londyn, Dziurawy Kocioł, piątek/sobota, 13/14 czerwca 1997 r., około północy

Gdzieś się włóczył przez dzień cały, Billy Boy?
- Gdzieś się włóczył przez dzień cały, Billy Boy?
(1)
- podjęli czarodzieje.
Najgłośniej darło się męskie towarzystwo przy długim stole naprzeciwko Żylety. Wysoki rudy czarodziej z włosami w kitę patrzył na nich z wyrazem tępej rezygnacji w oczach.
Domyślał się, że tę piosenkę zamówili jego goście, nie przejmując się słabym podobieństwem jego narzeczonej do ukochanej jego imiennika.

Powiedz, jaka jest w łóżeczku, Billy Boy?
- Powiedz, jaka jest w łóżeczku, Billy Boy?
- Wiele dziewcząt w życiu miałem,
tak ognistej nie spotkałem.
- Słodka Nancy to moja szansa - mówi mi czule Billy Boy.


Charlie czuł się nieco niezręcznie.
Już mniejsza o to, że nie rozumiał, co do niego mówi Wiking, który go właśnie ochlapał piwem. To mu przeszkadzało trzy kwadranse i kwartę piwa temu.
Bardziej krępowało go zainteresowanie jego sąsiadki.

Czy gotować umie dobrze, Billy Boy, Billy Boy?
- Czy gotować umie dobrze, Billy Boy?
Robi pyszne Irish Stew,
a jej ciasta to sam miód...


Nie, stanowczo, pomyślał Bill, przypadkowa zbieżność imion.
Kuchnia nie była tym, za co Fleur należało cenić najbardziej. Cóż stąd, że to, co podawała, było istną ucztą dla oczu, a szczerze mówiąc było nawet dość smaczne, skoro ich goście wstawali od stołu głodni i nie zawsze mieli tyle taktu, żeby tego nie okazać.
Teraz jednak miał inne zmartwienie. Jasna blondynka, która przysiadła się do ich stołu z niemłodym już rudobrodym czarodziejem próbującym mówić po angielsku, wyraźnie była bardziej zainteresowana Charliem niż swoim towarzyszem.
Bill próbował z nim porozmawiać, ale trudno jest rozmawiać, kiedy się rozumie co piąte słowo wypowiadane przez rozmówcę, a twarz tegoż rozmówcy wskazuje, że tamten rozumie niewiele więcej...
- Zdrowie pana młodego! - zaryczał mu nad uchem Kingsley Shacklebolt.
- Niech żyje! Niech żyjeee! Niech się rozmnaża!!!
Charlie potoczył maślanymi oczami po współbiesiadnikach. Jego wzrok zatrzymał się na Wikingu.
- Skol! - ryknął, przechylając się do niego. Po drodze zahaczył łokciem o biust siedzącej między nimi dziewczyny.
Billowi przemknęło przez myśl, że w tym musi być metoda. Charlie mógł po pijaku zdemolować lokal, całować się ze smokiem, przyjmować najbardziej straceńcze zakłady, mógł nawet rozlać piwo... ale z kobietami obchodził się jeszcze ostrożniej niż po trzeźwemu.
Blondynce najwyraźniej to nie przeszkadzało. Skorzystała z okazji, żeby... zaraz... ona mu coś mówi do ucha czy go w to ucho całuje?!
I jakim żywym sposobem Charlie jest się w stanie z nim porozumieć? Gdyby to był Rosjanin, to proszę bardzo. Gdyby jakiś skośnooki, też by się specjalnie nie zdziwił. Natomiast ze wszystkim, co żyło na zachód od Odry, Charlie rozmawiał po angielsku i nie widział potrzeby, żeby się uczyć ich języków. Powiedział kiedyś:
- Po pierwsze, oni i tak wszyscy mówią po naszemu, a po drugie to mam na świecie dosyć ciekawszych rozmówców...

A co robisz z nią w niedzielę,Billy Boy?
- A co robisz z nią w niedzielę, Billy Boy?
Chwalę Pana każdym pchnięciem,
By obdarzył nas dziecięciem...


Hogwart

- ...tego rodzaju pytanie jest dla mnie egzemplifikacją dyskursu konfrontacji, który wykorzystując istniejące stereotypy i posługując się fundowaną na tychże stereotypach kategoryzacją i generalizacją, łączy to z arbitralną asercją dotyczącą osoby adwersarza...
Susan pokręciła głową. Wprawdzie nie udało jej się zrealizować planu „Biblia w rok”, niemniej odnosiła wrażenie graniczące z pewnością, że to, co wygłasza z ambony Hagrid, nie jest fragmentem Nowego Testamentu.
A już na pewno nie jest to lekcja nowotestamentalna, którą wybrali na ślub.
- Wzmacnia efekt tego posunięcia – ciągnął grzmiącym głosem gajowy - nieuprawnione użycie liczby mnogiej. Tego rodzaju enuncjacje nie mają zwykle na celu rzeczowej wymiany zdań, ani nawet skłonienia adwersarza do zmiany stanowiska, służą zaś jedynie wzmocnieniu poczucia „słuszności” bronionej przez siebie pozycji, a w konsekwencji „zwarciu szeregów” przed zmultiplikowanym przez pluralis rozmówcą, skojarzonym przy pomocy wytworzonego artefaktu myślowego z ową stereotypowo postrzeganą grupą...
- A tak konkretnie to o co ci chodzi? - odezwał się sennie Charlie.
- Mi...
Nie mogła wydobyć z siebie głosu
- Mi...!
Nie było Hagrida. Nie było Charliego. Nie było nawet Hanny Abbott, żeby znowu zaprotestowała przeciwko jej budzeniu bez wyraźnego powodu.
Było puste od trzech miesięcy łóżko po Hannie. Był zegar na Północnej Wieży bijący trzy kwadranse. Ciekawe, na którą? Położyła się o północy...
I był nerwowo wibrujący nocny stolik, w którego szufladzie zostawiła fałszywego galeona.

- Ron! Ron! Obudź się!
- Ron śpi dwa łóżka dalej – wymamrotał przez sen Ron. - Ja jestem...
Hermiona westchnęła ciężko. Co komu z tego, że Ron w ramach stałej gotowości bojowej od tygodnia sypia w miotlarskim kombinezonie, skoro nie da się go obudzić?
Energicznym ruchem posadziła rudzielca na łóżku, odrzucając kołdrę na bezpieczną odległość.
- Ronald, do cholery!
Pomogło. Ron zamrugał oczami i najwyraźniej powoli zaczynał nawiązywać kontakt z rzeczywistością.
- Co jest?
- Zaczęło się.
- A Harry... - zaczął Ron, wodząc nieprzytomnym wzrokiem po dormitorium.
- Pieprzyć Harry'ego! Wstawaj!
- Chciałabyś – mruknął za jej plecami Seamus Finnigan. Na jego szczęście Hermiona nie miała głowy do obrażania się.
- Jeszczeście tu? Obaj na stanowiska!
Seamus i Dean oddalili się tak błyskawicznie, że gdyby na ich miejscu zobaczyła smugę kondensacyjną, chyba nie zdziwiłaby się specjalnie.
- A ty pod Komnatę!
- Kapelusz...
- Neville ma dla ciebie kapelusz! Jest na miejscu! Spieprzaj! Ja się muszę połączyć z ge wu!
Ron rzucił się do drzwi, nie zwracając uwagi na to, że odwrotnie włożył buty.
Hermiona zmełła w ustach przekleństwo.
- Inversus – mruknęła, celując różdżką między jego pięty. Wyciągnęła z szuflady bażancie pióro i napisała na poręczy łóżka trzy słowa.
Poczuła nagle dziwny, zupełnie irracjonalny w tej sytuacji spokój. Gdzieś znikł strach. Znikły rozterki, czy ma prawo posyłać nieletnich kolegów do walki.
Zrobili co się dało – ona i Harry, a potem także Charlie, Lupinowie, McGonagall... Nauczyli ich, czego było można. Ściągnęli taki sprzęt, na jaki sobie można było pozwolić. Dali tyle bezcennego Felix Felicis, ile mogli. Teraz pozostawało tylko mieć nadzieję, że to wystarczy.
Pogłaskała Krzywołapa, przeżegnała się i ruszyła w stronę lochów.

Niesamowite, myślał Ron, pędząc po trzy stopnie w górę zapasowymi schodami. Na ćwiczeniach zawsze panicznie bała się wydawać polecenia, a teraz rozstawia wszystkich po kątach.
Przez głowę przemknęła mu myśl, że większość Grupy Wsparcia jest wedle wszelkiego prawdopodobieństwa na wieczorze kawalerskim Billa i ich przydatność w walce może być, jak by to powiedzieć, nieco ograniczona.
Zatrzymawszy się na kolejnym zakręcie, by złapać oddech, usłyszał z góry tupot nóg, a zza następnego zakrętu wypadł Terry Boot.
- Przemień mnie i spierdalaj! - krzyknął.
Odruchowo wyciągnął różdżkę, rozpaczliwie próbując sobie przypomnieć, kogo w co można przemienić i jak się ta cała menażeria nazywa po łacinie.
- Herpestes! - krzyknął w panice, wykonując skomplikowany zawijas różdżką. Była to jedyna łacińska nazwa, jaką w tej chwili pamiętał.
Ciemnorudy ichneumon pomknął w dół schodów.
Ron cofnął się w załom ściany, wyrwał z kieszeni torebkę z czarnym proszkiem, zamaszystym ruchem sypnął na schody. Zrobiło się całkiem ciemno.
W chwilę później mógł do woli analizować, ilu Śmierciożerców wpadło w chmurę sztucznej ciemności i ilu z nich będzie zdolnych do dalszej walki.
Po omacku ruszył w górę schodów. Ciemność skończyła się tak nagle, jak nagle zapadła.
Światło pochodni wydało mu się oślepiająco jasne. Przymrużywszy oczy, pomknął w górę.

Dziurawy Kocioł

A więc krzycz, o-ho! Odwagę w sercu miej!(2)
Remus Lupin miał nieprzyjemne wrażenie, że coś jest nie tak. Czegoś mu brakowało, ale czego?
Hej, panno, po co łzy?
Nic nie zatrzyma mnie
I prędzej pufek sklątkę zgwałci,
Niż wycofam się!

Przez dłuższą chwilę nasłuchiwał. W końcu dotarło do niego, co jest nie tak jak powinno. Wszystkie inne piosenki, poza nieszczęsnym Billy Boyem, śpiewał mu prosto w ucho pan młody. Tej nie.
Obejrzał się. Bill siedział sztywno, z nadpitym kuflem w zastygłej dłoni, ze zmienionym wyrazem twarzy, oddychając ciężko, niemal hipnotycznie wpatrzony w wirujący pod lampą kłąb dymu z nargili.
- I, kurwa, chuj - powiedział półgłosem.
- Bill?
- Wszystko trafi szlag. Kary nie będzie dla przeciętnych drani. To wszystko o dupę potłuc. Wszystkich trafi szlag. Ojciec dostanie w czapę. George dostanie w czapę.
- Bill!
- Ron dostanie w czapę. Ja zdechnę w lochu we własnych szczynach. Morderców będą grzebać z honorami. Percy...
- Bill!!!
- I, kurwa, chuj. Po co...
Zacisnął zęby i z całej siły trzasnął Billa w twarz.
...w sercu miej!
Śmierciojadów klątwy groźne są,
Lecz wytrzymamy je!


Nora

Molly mieszała mus mątewką z takim zapamiętaniem, jakby od tego miał zależeć byt lub niebyt rodziny Weasleyów. Za ścianą z radia sączył się odkurzony po piętnastu latach przebój Johna Petersa.
...sumienie jak Kasandra
Przestrzega i złowieszczy:
Bądź wierny temu, co kochałeś,
Choćby to były sprawy małe...
(3)
- Chodź spać, kochanie.
- Arthurze, zaczęłam, to skończę.
- Boję się. Chodź.
Przymknęła oczy i wzięła głęboki wdech. Jej mąż nie miał zwyczaju deklarować takich uczuć otwartym tekstem.
- Marudzisz makabrycznie, miły małżonku – mruknęła.
Kiedy wchodząc do kuchni spojrzała na zegar Weasleyów, wskazówki Freda i George'a pokazywały Sklep, Billa i Charliego Knajpę, a Rona i Ginny Szkołę. Nie widziała, że za jej plecami wskazówki Rona i Ginny przeskoczyły w pozycję Wojna.
Ale Arthur widział.
- Chodź, naprawdę. Ja muszę wcześnie wstać, a... - urwał, patrząc na nią błagalnie. - Zabezpiecz i... tego, no...
Spojrzała na męża z niepokojem. Co mu się stało?

...wierny temu, o czym-ś marzył,
Zachowaj twarz w ten czas bez twarzy,
Nie ufaj wróżbom, nie wierz snom,
Zamek na lodzie to nie dom,
Zanim się zbudzi życia mit,
Ktoś musi prawdzie wierny być.


Dziurawy Kocioł

Bażancie pióro w kieszeni Charliego musiało drgać już od pewnego czasu, bo zanim wreszcie zwrócił na nie uwagę, wwierciło mu się pod skórę na pół cala.
Postawił je na stole. Pismo było równe, czytelne, ale szło stromo w górę.
Równo z górki.
- Panowie, wypad z baru!
- Co jest?
- Lecimy do budy!
Część biesiadników już się podnosiła, ale Remus Lupin, człowiek niedzisiejszy z życiowym doświadczeniem, podniósł lewą rękę i zawibrował palcami w geście sygnalizującym potrzebę wykonania małego przedstawienia.
Pęczek rąk z kuflami wyciągnął się w stronę kranu.
- La chaim!
- Prosit!
Czas do domu czas! - zaintonował Lupin.
Już wołają nas!
Dzwonek z wieży do pacierzy,
Matka z domu do wieczerzy...

- Tom, przygotuj trzeźwiałkę - poprosił Alastor Moody.
Czas do domu, czas!
Już wołają nas!
Choć wspaniała to biesiada,
Dłużej być tu nie wypada...

- Do domu, akurat - mruknął starszy pan sączący przy barze Ancymona z półtorakwartowego kufla. - Jak znam życie, to idą pociągnąć temat w Dorożkarskiej...
Lupin pochylił głowę, nie umiejąc do końca ukryć łobuzerskiego uśmiechu.
...wołają nas!
Chociaż gospodarze mili
Nieźle nas tu ugościli...


Zaplecze wypełniał fetor przypominający mieszaninę zjełczałego masła i tanich perfum.
Dookoła stołu wędrowała trzyuncjowa buteleczka napełniona fioletowym płynem. W chwilę później biesiadnicy zatłoczyli ubikację, w której przezorny właściciel umieścił wanienki specjalnie na taką okazję.
Nie tak sobie tę imprezę wyobrażałem... cholera, nie tak... myślał Bill w przerwach między kolejnymi torsjami, opierając się ciemieniem o ścianę, którą nieznana ręka przyozdobiła koślawo wypisanym apelem „Nie wrzucajcie nam wengli do pisuarów przecierz wam nie siusiamy do fajek!” Nie tak. Cholera jasna, nie miały... pieprzone śmierciojady kiedy... cholera, ja zaraz flaki z tym pawiem wypluję...
...jupi aj hej, jupi aj ho!
Ze wszystkich różdżek jeszcze raz,
Dosięgnij go!
(4)
- Co? - krzyczał Charlie z piórem przy uchu. - Fiunet że odcięty to wiem, nawet bym nie próbował, ale co ze skrótem? Co?! No tak...
Lupin zbladł.
- Co jest? - spytał.
- Skrót odcięty.
- Kto o nim wiedział?
- Dumbel. I McGonagall. I Harry. I Snape. Jak znam życie, to pewnie jeszcze Fred i George.
- Co robimy?
Wygląd wychodzących z lokalu uczestników imprezy dobitnie wskazywał, że radykalna kuracja otrzeźwiająca nie dała aż takich skutków, żeby można było pozwolić sobie na dalekosiężną teleportację. Zresztą przy takiej odległości byliby zbyt łatwi do namierzenia i prawdopodobnie zginęliby zaraz po aportacji.
- Alastor weźmie siódemki i zrobi rozpoznanie, a my lecimy do budy.
- Czym?
Charlie wyciągnął różdżkę w kierunku bramy magazynu „Esów i Floresów”.
- Rompere!
Okute skrzydło bramy zwaliło się na bruk o trzy stopy od Alastora Moody'ego wkładającego siedmiomilowe buty.
- Tym!
- Charlie, jesteś...
- Żebym nawet różdżki od cegły nie odróżniał, to z tym sobie poradzę!
- Inszallach(5) – w głosie Billa nie słychać było entuzjazmu.

***

W pustej kuchni Nory wskazówki Billa i Charliego dołączyły do Rona i Ginny.

Hogwart

- Goldie, musimy spadać!
Anthony Goldstein spojrzał na Seamusa Finnigana, jakby ten właśnie z ogłuszającym grzmotem zionął piekielnym ogniem.
- Co?
- Łajba potrzebna – wyjaśnił Irlandczyk, trzymając na dłoni podskakującego fałszywego galeona.
Goldstein zdobył się na heroiczny wysiłek niekomentowania tych słów. A także pomysłu Hermiony, która wysłała go na wysuniętą placówkę samotrzeć z dwoma żeglarzami. Rozkaz to rozkaz.
Teraz będzie musiał blokować dostęp do głównej bramy w pojedynkę. Jak długo? Teraz już wiedział – aż ci dwaj dotrą na przystań za jeziorem, ukradną snekar i przywiozą odsiecz, aż padnie martwy z wychłodzenia spowodowanego zbyt długim rzucaniem zaklęć lub aż go zabiją. W zależności od tego, co nastąpi wcześniej.
Ułożył otwartą tubę z Odwracaczami Uwagi wylotem w stronę stołu nauczycielskiego i stuknął różdżką w denko. Jak było do przewidzenia, promienie strzelające z hukiem zza stołu sprawiły, że śmierciożercy na chwilę przestali interesować się tym, co się dzieje za prawą kolumną Tablicy Chwały.
- Expulso! Expulso!
Działanie zaklęcia odrzucającego przeszło wszelkie oczekiwania. Thomas i Finnigan nie tylko dotarli prosto pod zamaskowane przejście, lecz także sforsowali ścianę – w tym miejscu grubą na ćwierć cegły– z rozpędu. Pozostawało mieć nadzieję, że choć jeden z nich nie stracił przy tym przytomności. I że będą pamiętali, żeby zablokować przejście...
Implozja pioruna kulistego, który trafił w ścianę o trzy stopy nad Tablicą, porwała mu jarmułkę.
- A żeby on zdechł, ten pies z uszami!
Fresk przedstawiający świętą Flakonię torturowaną zapachem kocimiętki sypał mu się za kołnierz.
- Boże Abrahama, Boże Izaaka, Boże Jakuba, Boże Dawida, Boże Merlina, w Tobie ufam; wybawże mię od wszystkich prześladowców moich...

- A żeby im flaki wygniły i dupą wyciekły!
- Co się stało? - spytał Lupin, siląc się na głos rzeczowy i opanowany.
- Główna zablokowana – odparł Charlie, odsuwając się na środek wrót.
- To co...
- Otworzę sposobem. Słuchaj... wiesz jak tym się leci?
- Nie bardzo.
- Złap za tę kołatkę i leć jak awiokibitką. Będzie trochę rzucało, ale to jest zupełnie normalne i nie należy się tym przejmować. Na jeziorze wywal wszystkich, będą znaki, cztery zielone światła w prostokącie dwieście na czterysta stóp, zrzuć w to ludzi z małej wysokości i sam skacz... Bill niech rzuci Zaklęcie Skupionego Lądowania... albo po prostu posadź tam to ustrojstwo, byle pod wiatr. Ktoś was podejmie, dowiezie pod bramę, jak się zrobi ciemno to wbijajcie do środka.
- A ty...
- A ja idę do Hogomosadze po klucze od bramy.
I tyle go widzieli.

Welwyn Garden City

- Coś mi się nie podoba - powiedziała Aspazja Bones. - Belciu, włącz radio.
...wierny temu, w co wierzyłeś,
Pamięć tej wiary daje siłę,
Że jednak warto co dzień znów
Znajdować sens w łupinach słów...

- Przełącz na Bangor.
Annabela Bones przewróciła oczami. Jej teściowa miała czasem złe przeczucia i wtedy domagała się ich sprawdzania do skutku. Ostatnio przeczucia zawsze się sprawdzały - w ciągu doby nadchodziły jakieś złe wieści.
Ściśle biorąc, złe wieści nadchodziły również wtedy, kiedy starsza pani nie miała złych przeczuć.
- Przerywamy program, żeby podać ostatnie wiadomości z Hogsmeade.
Tym razem mama trafiła, pomyślała pani Bones. Nie widziała spikera, ale sądząc po głosie założyłaby się o każde pieniądze, że trzęsą mu się ręce.
- W Hogsmeade jest nasz reporter, nie wiemy jeszcze, czy udało mu się dotrzeć do Hogwartu, czekamy na połączenie, chyba już jest... halo Sam, co ustaliłeś?
- Hogsmeade, Sam Kelly. Proszę państwa, niewiele na razie wiemy, dostęp do zamku jest odcięty, widać promienie zrykoszetowanych zaklęć bojowych, widzę Mroczny Znak nad najwyższą wieżą, łączność przez sieć Fiuuu jest odcięta...
Z głośnika rozległ się trzask łamanego drewna i odgłos szybkich kroków kilku osób.
- ...natomiast udało mi się ustalić... Kurwa go mać!
- Rompere!
- Diffindo!
- Protego
! - rozległ się jednocześnie nienaturalnie piskliwy głos reportera.
Brzęk szkła. Gdzieś jakby z oddali kilka nerwowych głosów, nie dawało się zrozumieć słów. Potem wszystko ucichło, słychać było tylko szum, jakby ktoś wyłączył mikrofon.
- Proszę państwa - tym razem spiker nawet nie próbował ukryć zdenerwowania - połączenie zostało przerwane, nie wiemy co się w tej chwili dzieje w Hogsmeade, nie wiemy, co się stało z naszym kolegą, nie udało nam się skontaktować z nikim z Ministerstwa, próbujemy ustalić, co się stało i co się dzieje...
Mówił coraz szybciej.
- ...będziemy informować na bieżąco, a na razie... przepraszam na chwilę...
Rozległ się trzask, jakby ktoś kogoś uderzył otwartą dłonią w twarz
- Przepraszam państwa – powiedział spokojnym tonem ten sam spiker. - Kolejne wydanie wiadomości nadamy punktualnie o godzinie drugiej. Do tego czasu prosimy słuchać muzyki poważnej.
Spojrzała na zegar. Kwadrans na drugą.
- Mamo, daj mi nalewki.
Babcia zaniepokoiła się. Annabela alkohol mocniejszy od czerwonego wina pijała tylko do ciężkostrawnych posiłków, a i to rzadko.
- Przecież stoi za tobą, na oknie.
- Ale ja poproszę o żmijówkę. Mamo, tam jest Susan. Nie wiem, gdzie jest Eddie. I mam niejasne wrażenie, że wiem, gdzie za chwilę będzie Charlie.
- Ach, ta dzisiejsza młodzież! - westchnęła starsza pani, wstając i zdejmując ze ściany srebrny kluczyk wiszący obok trójkątnej narożnej szafki. - Ledwo się zaczęło, a już bez żmijówki nie podchodź...

Little Whinging, Magnolia Crescent 7

Zza wieży ciśnień wyłonił się pokaźnych rozmiarów piec, na którym siedzieli jacyś dwaj faceci. Piec znurkował, zatoczył koło nad skwerkiem i odleciał, kierując się na północ.
Malcolm Polkiss pokręcił głową. Coś takiego! Dwa razy się sztachnął i już ma wizje!
- Ja pieprzę – powiedział, patrząc na z podziwem na Kevina Pierce'a. - Ty to masz towar!

Loch Hogwarts, niedaleko przystani szkolnej Latającego Holendra

- Musiałeś walić tego ciecioguarda Tumanką? - spytał nieco zdegustowany Dean Thomas. - Zapomniałeś hasła?
- A zapomniałem – odparł zawstydzony Seamus Finnigan. - Zresztą on po prostu zapytał, dlaczego odwiązujemy snekar... Pungo!
Olbrzymia macka zsunęła się z kolumny steru. Kałamarnica odpłynęła, bulgocąc gniewnie.
- To było hasło, tłuczku. Odpowiedź była „Pan go potrzebuje”. Mniejsza o to. Indetectus!
Obaj pierwszy raz w życiu musieli płynąć we dwóch na dwumasztowcu. Szkolny snekar duży nie był, ale miał za dużo żagli jak na ich możliwości.
- Rzuć sygnałówki – polecił Dean. - Coś mi się zdaje, że nadlatują...
Seamus nie pytał, skąd Dean wie. Dean, podobnie jak Angelina Johnson, wiedział różne rzeczy nie wiadomo skąd, a wypytywany wzruszał ramionami. A jakoś tak wiedziałem.
- ...aha, póki czas... z brzegu leć do cichej jaskini i skrótem na górę. Hasło „Edynburg”, odzew „Cylinder”.
W świetle księżyca mignął niewielki prostokąt, skierował się w stronę wyraźnie rysującej się na tle nieba sylwetki zamku, zawrócił w ich stronę, rosnąc w oczach. Niemal równocześnie od zamku oderwało się kilka punkcików.
- O w morde, może być gorąco – mruknął Dean.
- Poradzimy na tym we dwa zrobić człowieka?(6) - zaniepokoił się Finnigan.
- Zrzuć bezan i będziemy kręcić na jednym maszcie.
- A nie zrobi się zawietrzny?
- Zrobi się jak cholera, ale to nawet lepiej.
Seamus miał niejasne wrażenie, że akurat przy tym manewrze dużo gorzej, ale nie było czasu na dyskusję. Poniżej prostokąta pojawiła się niewielka świetlista kula. Pojawiła się i zaraz znikła w obłoku dymu, z którego po chwili zaczęły wypadać maleńkie figurki.

Hogwart

- Niech okryją się wstydem i hańbą ci, którzy nastają na życie moje... Dillabo! Drętwota!
Drętwotę właściwie mógł sobie darować. Fragment krużganku, na który rzucił zaklęcie niszczące, spadał z wysokości kilkudziesięciu stóp wraz ze śmierciożercą, który się po nim wspinał.
- Wołałem do Pana, a On mnie wysłuchał. Niech się cofną i zawstydzą ci, którzy myślą o zgubie mojej, niech będą jak plewa na wietrze i anioł Pański niech ich rozproszy. Niech droga ich będzie ciemna i śliska... o, właśnie! Glaciatus!
Pomysł był trafny. W chwilę później, jak na zamówienie, na gzymsie prowadzącym do okrągłego okna nad główną bramą pojawiły się dwie zamaskowane postacie. Pojawiły się i zaraz go opuściły, koziołkując w drodze na środek hallu wejściowego.
- Oto tam upadli złoczyńcy – westchnął pobożnie Anthony Goldstein – zostali powaleni i nie mogą powstać. Expulso!
Zwłoki złoczyńców odleciały pod ścianę. Nawet nieźle mi z Bożą pomocą idzie, pomyślał, tylko jak długo?
Gdyby po odesłaniu Thomasa i Finnigana nie rzucił na siebie zaklęcia Indefatigabilis, prawdopodobnie już dawno nie byłby w stanie czarować - wychłodzony rzucaniem zaklęć organizm odmówiłby posłuszeństwa, broniąc się przed śmiercią z wyczerpania.
Było mu już porządnie zimno, ręce miał sine i jeszcze parę zaklęć bojowych, a najzwyczajniej w świecie zamarznie. Mojżesza pod Refidim to chociaż miał kto podeprzeć...(7)
Brama wejściowa otwarła się. Ściśle biorąc, wpadła do wnętrza szkoły bez otwierania.
Tuż nad posadzką przemknęła kanciasta bryła wielkości niedużego domku. No, może przesadził... Przez chwilę miał wrażenie, że siedzi na niej dwóch ludzi, po czym hall wejściowy pogrążył się w egipskich ciemnościach.
Anthony Goldstein utrzymał placówkę nie do utrzymania.

Kto w szkolnych czasach nie marzył o psocie, o której pokolenia uczniów opowiadałyby młodszym kolegom w długie zimowe wieczory, i nie nazywa się Percy Weasley, ten chyba nie był w Gryffindorze.
Marzeniem Charliego Weasleya było wlecieć do Wielkiej Sali na czymś dużym. Od hipogryfa w górę. Nie zdarzyło się. Zżerała go zazdrość, gdy słyszał, że Ron przyleciał do szkoły samochodem ojca i w dodatku nieźle poszczerbił wierzbę bijącą, że Fred i George latali po Wielkiej Sali co prawda banalnie na miotłach, ale za to wśród fajerwerków własnej roboty...
Teraz jego marzenie spełniło się. Ale nie miał głowy, by się z tym cieszyć. Próbował się mianowicie nie zabić. A właśnie na kursie wyrosły główne paradne schody. Mitrofan Hogomosadze odbił w lewo. O ułamek sekundy za późno. Poręcz podbiła prawą stronę pieca, który, jak było do przewidzenia, zaczął się powoli obracać, roztrzaskał szklaną kolumnę licznika punktów Gryffindoru, zgubił obydwu załogantów, w końcu zarył w podłogę. Potrzaskane kafelki widowiskowo tryskały na boki, mieszając się z rubinowoczerwonymi kulkami turlającymi się po podłodze.
Poniekąd Charlie mógł mówić o szczęściu. Kryta fioletowym safianem kanapa, którą rozwalił sobą przy upadku, zamortyzowała uderzenie. Szybko odskoczył na bok, chroniąc się we wnęce kryjącej kiedyś posąg Justusa Paskudnego.
I w tym momencie poczuł znajomy ucisk poniżej mostka. Próba powstrzymania kaszlu nie na wiele się zdała, zaczął się dusić.

Przez chwilę Susan nie wierzyła własnym oczom. Wyglądało tak, jakby Charlie za wszelką cenę chciał polec na polu chwały.
Po chwili zrozumiała. Charlie nie wychylał się zza posągu umyślnie, lecz zginał się wstrząsany spazmatycznym kaszlem, skutkiem nieleczonego zatrucia związkami siarki – choroby zawodowej smokarzy, którą zawsze bagatelizował, twierdząc, że od tego się nie umiera.
Przez zniszczoną twarz zwalistego śmierciojada stojącego za zegarem na podeście paradnych schodów przemknął uśmiech triumfu. Złożył się do zaklęcia. Wiedziała, że trafi. I że nikt poza nią go nie widzi.
Podniosła różdżkę.
Czas płynął absurdalnie powoli.
Na tyle powoli, że zdążyła starannie wycelować.
Na tyle powoli, że wyraźnie słyszała słowa Charliego pamiętnego wieczoru w chacie Hagrida:
- ...i będę zabijał śmierdzieli, dopóki jakiś śmierdziel mnie nie zabije...
- Ava...
- Drętwota
!
Śmierciojad zatoczył się do tyłu. Bariera, za zegarem – może przez oszczędność - zbyt niska, by zatrzymać człowieka o wzroście sześciu i pół stopy i proporcjonalnie szerokiego, podcięła mu nogi.
Spadał długo.
Może sobie coś zrobić, pomyślała, gdy przelatywał obok niej.
Krzyczał. Bardzo głośno.
Koziołkował w powietrzu absurdalnie powoli.
Upadł na wznak pomiędzy przewróconym krzesłem a resztkami stołu. Pod nienaturalnie spłaszczoną głową widniała plama szaro-czerwonej masy. Krew mieszała się z rozlanym rosołem, malowniczo opływając niedojedzoną makrelę.
Zabiłam go, pomyślała. Ktoś powinien dla pewności zrobić krzyżyk, poświęcana kreda chyba się znajdzie?

Mitrofan Hogomosadze ze zwinnością zupełnie niepojętą jak na człowieka o jego tuszy doskoczył do drzwiczek piekarnika rozbitego pieca i wyciągnął z niego podłużny przedmiot. Uskoczył za piec. Przyłożył przedmiot do ramienia. Rozległ się huk. Jeden. Drugi. A potem cała seria.
Trzej śmierciożercy, którzy przed chwilą rozwalili piorunami kulistymi schody po lewej stronie Wielkiej Sali i właśnie brali na cel schody po prawej stronie, gdzie Blaise Zabini lewitował nieprzytomnego Zachariasza Smitha, zgięli się wpół, trzymając się za brzuchy. Spomiędzy palców najwyższego tryskała krew.
- Co...
Hogomosadze nie czekał, aż Charlie złapie oddech i dokończy pytanie.
- Nic tak nie cieszy, jak seria z pepeszy – zauważył sentencjonalnie.

Susan Bones klęła w żywy kamień owłasną niefrasobliwość. Już czego jak czego, ale prostych zaklęć pierwszej pomocy mogła się porządnie nauczyć, przecież wiadomo było, że będzie potrzebne...
Rzucając Drętwotę, nie miała czasu ustawić się prawidłowo i różdżka najwyraźniej skręciła jej nadgarstek. A teraz bezradnie patrzyła na pełznącego w jej stronę piętnastostopowego węża.
Drzwi. Widziała przed sobą drzwi. Wysokie, dwuskrzydłowe, z bardzo porządną mosiężną klamką. Za tymi drzwiami, przy małym brązowym stoliku pod ścianą czeka ktoś bardzo mądry i bardzo dobry. Trochę jest podobny do jej ojca, trochę do dziadka, trochę do Dumbledore'a... Nie ma się czego bać. Tylko trochę szkoda, że pewnie najpierw zapyta, czy musiała ginąć tak głupio.
Coś się zakotłowało pod jej nogami. Potrząsnęła głową i spojrzała na podłogę.
Wąż wił się konwulsyjnie o trzy stopy od niej, rzucając na boki łbem, do którego przyssał się rudobrązowy zwierz. Wpił się czterema łapami w łuski gada i próbował go ugryźć.
Wąż uniósł łeb na jakieś trzy stopy, obaj zwalili się na ziemię. Ujęła różdżkę lewą ręką.
- Diffindo!
Wiele to nie dało. Pomimo długich starań nigdy nie nauczyła się skutecznie rzucać lewą ręką zaklęć innych niż transmutacja człowiek-zwierzę i z powrotem.
Nie zdołała go przeciąć, ale wystarczyło, żeby ichneumon wyśliznął się z uścisku. Po chwili walka była skończona.
Kudłaty ssak popatrzył na nią pytająco.

- Kłapnął cię? - przeraziła się, patrząc na czerwoną pręgę ciągnącą się wzdłuż lewego ramienia Terry'ego. Zanim go z powrotem przemieniła, rana nie rzucała się tak w oczy. - Glutino!
To nie było dokładnie to zaklęcie, ale jedno z nielicznych, jakie była w stanie rzucić. Pręga nie znikła, ale przestała się powiększać.
- Wała tam. Jakby mnie kłapnął, tobym już nie żył. Zahaczyłem o jakieś żelastwo.
- Nie wiem, jak... - urwała, szukając słów, które nie będą brzmieć patetycznie. - Gdyby nie ty...
- Nie dziękuj – mruknął. - Oddasz przy okazji.
Straszny kicz, pomyślał. Był za dobry z literatury, żeby sobie z tego nie zdawać sprawy. Ale skąd miał wiedzieć, jak się zachować, kiedy ktoś mu dziękuje za uratowanie życia? Nigdy nikomu nie ratował życia.
- Lepiej stąd spadać – zauważyła trzeźwo, patrząc na martwego węża. - Gad zwiał, ale mają nas jak na talerzu.

- Zwód! - krzyknęła rozpaczliwie Ginny.
Dean kucnął, w ostatniej chwili unikając Diffindo rzuconego przez śmierciożercę, o którym chwilę wcześniej pomyślał, że jego twarz rozwiewa wątpliwości co do pochodzenia ludzi od małpy. W każdym razie co do pochodzenia niektórych osobników.
- Sciurna(8)! - krzyknął, celując w nią różdżką.
- Avada kedavra! - krzyknął jednocześnie śmierciożerca. Zielony promień wypalił zarys czaszki na murze, mniej więcej tam, gdzie dopiero co znajdowała się głowa Ginny.
W tej samej chwili z miejsca, gdzie stała Ginny, wystrzeliło po ziemi coś przypominającego niewielki rudy płomień.
Ognistoruda wiewiórka zawisła zębami u krocza śmierciożercy.
- Ożeż ty... - powiedział w osłupieniu Ernie Macmillan. - Potter, ty to mosz ale życie...
Szereg ostrych ząbków wbitych w czułe miejsce pozbawił śmierciożercę zdolności myślenia. Zamiast posłużyć się różdżką czy po prostu rękami, próbował nerwowymi podskokami strząsnąć z siebie gryzonia. Wreszcie stracił równowagę, zatoczył się w stronę schodów i runął w dół, staczając się na półpiętro wprost pod nogi Alastora Moody'ego.
- Constringo – mruknął auror, kierując różdżkę na jego szyję. Zły a nieudolny sługa czarnoksiężnika tytułującego się lordem zaczął się miotać w konwulsjach.
- On się męczy! - zaprotestował Owen Cauldwell.
- Faktycznie – zgodził się Moody. - Diffindo!
Głowa potoczyła się schodami o dalsze pół piętra w dół. Owen wyrzygał się na marmurowe stopnie.
- Dzieci... - prychnął Moody. - Chłoszczyść!

- Accio szlama!
Trafiony zaklęciem Terry Boot wyleciał z galerii, przeleciał nad stołem, upadł na posadzkę.
- Enervate!
- No, to się pobawimy – głos ociekał jadowitą słodyczą. - Jak to wy mówicie? Lepiej umierać stojąc, niż żyć na kolanach? No, to sobie poumieramy...
Nie chcę!
- Poproś ładnie, żeby cię zabić bezboleśnie, to może się zastanowię...
Nie umiem!
- Manus constringo!
Straszliwa siła złączyła mu nadgarstki za plecami.
- Pamiętasz może, jakiego pierwszego zaklęcia was uczyli?
Pamiętał.

Susan Bones desperacko próbowała uzmysłowić sobie powagę sytuacji. Zabiła człowieka. Tak po prostu? Gdzie szok? Gdzie wyrzuty sumienia? Gdzie wałkowane do upadłego na literaturze rozterki Ala Davidsona?
Wielka Sala. Z roku na rok ta sama dekoracja na Dzień Pamięci.
Ponury głos Cedrika Diggory'ego:
- Chyba niewiele starszy ode mnie... Upadł. Twarzą w piach. Człowiek. Mój... pierwszy... człowiek!

Żadne takie. Chciał zabić Charliego. Ona była szybsza. Tak trzeba.

Terry wstał.
Pochylił się do przodu, wspiął na palce.
Pochylił się jeszcze głębiej, wyprężył jak struna. Złączone nadgarstki unosiły się coraz wyżej.
Stopy Terry'ego oderwały się od ziemi.
- Kurwa, zasłania ich!
Teraz Śmierciożercy nie musieli już się kryć, bezpiecznie osłonięci żywą tarczą, bujającą tam i z powrotem jak potworne wahadło, niestety ze zmienną prędkością.
- Diffindo! Diffindo! Diffindo!
Promienie zaklęć tryskały spod stóp i zza głowy Terry'ego.
- Dillabo!
Ostrołukowe okno nad miejscem, gdzie w kamiennej niszy leżał Collin Creevey, złożyło się, od jego dolnej krawędzi pełzła w dół pogłębiająca się rysa.
Krzyk. Krótki.
Grad cegieł.
Cisza.

- Kurwa, Charlie, zrób coś, bo zaraz nas wytłuką!
Charlie rozejrzał się błędnym wzrokiem, po czym porwał z kąta jedyny przedmiot, jaki przy dużej dozie wyobraźni można było nazwać miotłą, i schronił się z nim za kolumną. Dłuższą chwilę ostukiwał sprzęt różdżką, mamrocząc zaklęcia.
- Osłaniajcie mnie! Rzućcie parę odwracaczy pod bufet, i jakieś dobrze rykoszetujące zaklęcia też, i puśćcie za mną ogonówkę! Jak będę blisko, przemieńcie go!

Śmierciożercy patrzyli jak urzeczeni na lśniącoczarnego węża wijącego się między witrażami. Zielone ślepia spoglądały na nich ironicznie.
Łeb gada wpełzał już na sklepienie, gdy nagle Rokwood doznał olśnienia.
- To nie nasze! To oni! Serpentem evanesco!
Wąż zadrżał, ale pełzł dalej, absurdalnie szybko...
- Olać węża! - krzyknął Rabbastan Lestrange, zobaczywszy człowieka na absurdalnie krótkiej miotle wykonującego dziwne ewolucje wokół ażurowej konstrukcji pod sklepieniem. - Tam! Drętwota!... Dostał!

- Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających... - wyszeptała Susan, patrząc, jak Charlie wraz z miotłą niczym nie hamowany spada spod sklepienia Wielkiej Sali, otoczony szkiełkami z rozbitego witraża.

Metoda swobodnego spadania może w sytuacji bojowej oddać nieocenione usługi, wymaga jednak nie tylko silnych nerwów, ale i dużego wyczucia. Jeśli się spóźni o dziesiątą część sekundy, roztrzaska się. Jeżeli się pospieszy o dziesiątą część sekundy, tamci się zorientują. Drugi raz mogą nie chybić.
Pochylił się do przodu. Miotła obróciła się styliskiem w dół. Lewą ręką złapał je od spodu, jak najdalej od siebie, prawą objął tuż przed sobą. Może nie patrzą, co robię... Teraz!
Szarpnął. Miotła skręciła gwałtownie w górę, muskając obrus (a może tylko tak mu się zdawało?), wytraciła prędkość akurat na wysokości Terry'ego. Wyrównał do poziomu, prawą ręką sięgnął po różdżkę, lewą wyciągnął przed siebie. Cienki kij zatrzeszczał ostrzegawczo.

- Na ziemię gnoja! - warknął Rokwood.
- Co?
W chwilę później Nick Lestrange zrozumiał, czego od niego chcą. Ale było już za późno.
- Herpestes!
Zaklęcie Deana nie chybiło celu. Zamiast dosyć wysokiego szesnastolatka w powietrzu bujał czworonóg o długości trzech stóp, z czego połowę stanowił ogon.
- Dillabo!
Trzy czwarte balkonu, z którego Śmierciożercy miotali zaklęcia, przestało istnieć. Stali na wąskiej kamiennej półce, stanowiąc doskonały cel.
- Liberacorpus! - ryknął Charlie, na pełnej prędkości odbijając od ściany.
Wielokrotnie zastanawiał się potem, jakim cudem udało mu się rzucić zaklęcie z doraźnie zaczarowanej miotły długości pięciu stóp, trafić w ruchomy cel i nie stracić panowania nad miotłą. W końcu doszedł do wniosku, że to jest po prostu nie do zrobienia, i przeszedł nad tym do porządku dziennego. Ostatecznie nie była to ani pierwsza, ani ostatnia rzecz niemożliwa, którą zrobił.
Ichneumon zaczął spadać. W ostatniej chwili złapał go za ogon.
Terry poczuł ostry ból w krzyżu i zemdlał.
Miotła wyprysnęła w górę, złamała lot w ślizgu na ogon, wykręciła pętlę. Promienie zaklęć tłukły szyby, odbijały tynk ze ścian, rozbijały w proch ośmiusetletnie ornamenty.
- Przejmijcie go! - krzyknął Charlie, rzucając na galeryjkę bezwładnego zwierzaka.
Nie mając jak wyhamować, znurkował, wyrównał tuż nad podłogą. Wiedział, że nie wyhamuje przed ścianą, a tym bardziej przed linią stołów. Przechylił się do poziomu, wykręcił miotłę poprzecznie do kierunku lotu, zniżył się tak, że kombinezon tarł o posadzkę. A prędkość wciąż była za duża.
Pełnowymiarową miotłę zbudowaną z myślą o lataniu pewnie by w tej sytuacji opanował. Ale na pełnowymiarowej miotle, gdyby ją nawet miał, nie wykonałby tych akrobacji na tak ograniczonej przestrzeni. Nawet na ósemce, o dziesiątce nie wspominając. Pięciostopowa kogucia miotełka do odkurzania tiar pozwalała na najdziwniejsze ewolucje, ale praw von Bielaua się nie oszuka – co zarobisz na sterowności, stracisz na stateczności. Zwłaszcza jeżeli to, na czym lecisz, ma o połowę za cienkie stylisko, a w ogóle nie zostało zbudowane z myślą o lataniu.
Odepchnął się od miotły. Trudno, raz maty rodyła, przynajmniej żywcem go nie wezmą. Bo że tego lądowania nie przeżyje, wiedział. Nie ma cudów. No dobrze, są, ale jemu się już tej nocy trafiły dwa.

- I co, Charlie, i co? - pyta trzyletni David. - To Adam i Ewa nie wiedzieli, że to głupio chodzić bez majtek?
- No, nie wiedzieli...
- To dobrze, że zjedli to jabłko, co?
...
- Weasley Charles... Gryffindor!
Od stołu Gryffindoru rozlega się zblazowany głos Billa:
- Królowa Wiktoria umarła...


- Tato!
Odstawił kufel spojrzał z lekkim zdziwieniem w stronę drzwi. Dwaj faceci stojący za plecami Rona uśmiechali się ironicznie.
- Incendio!
Ron osunął się na kolana, zaciskając skute ręce na genitaliach.
- Tatooooo...!!!
Swąd spalenizny. Krzyk przeszedł w wycie.
Otworzył usta i poczuł, że się dusi.
- Arthur, co ci jest?
- To samo....

Arthur Weasley był zły. Na siebie.
W pewnym wieku człowiek nie powinien bać się sam spać. Można się spierać, czy ten wiek to cztery lata czy pięć, ale pięćdziesiąt jeden (bez dwóch tygodni) to w każdym razie aż nadto dosyć.
A on się bał. Ostatnio koszmarne sny nawiedzały go co noc. Eliksir Bezsennego Snu można wziąć raz, dwa, góra trzy – tak też robił, ilekroć przychodziło mu nocować poza domem - ale nie można go sobie aplikować noc w noc.
Obecność Molly pozwalała mu nie zwariować.

Było cicho. Ze ścian sypał się gruz i szkło, w powietrzu latały promienie zaklęć. Było mu bardzo zimno, bolała go głowa i nie mógł się ruszyć. Było naprawdę bardzo cicho.
Charlie Weasley leżał pod dębowym stołem w nabiegającej powoli krwią kałuży piwa, z twarzą wtuloną w kotlet schabowy panierowany.
Nic nie bolało.
Psiakość, pomyślał, jakie życie, taka śmierć...

- Wyślijcie mnie po niego.
- Absurd – odparł krótko Ernie Macmillan.
- Masz inny sposób? - warknął Ron. - Obłóż mnie amortyzacją, daj Expulso i wyhamuj mnie przed lądowaniem, a potem ściągnij, wielka sztuka powiedzieć Accio Weasleyowie!
- W sumie ściągnąć przez Accio to go mogę i tak.
- Nie możesz, bo mu zrobisz taki krwotok, że trup na miejscu, a poleży tam jeszcze trochę, to się wykrwawi.
- Skoszą was obu! Sam zginiesz, a jemu nie pomożesz!
Ron wyciągnął różdżkę. Nie widział swojej twarzy, ale z wyglądu obecnych wnosił, że robi wrażenie.
- Masz pięć sekund – powiedział - a potem cię rozwalę i skoczę po Charliego na piechotę.
- Volenti non fit iniuria – zauważył Justyn Finch-Fletchley.

Było ciemno. Ciemność tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Dotykalna.
Nie bał się. Po raz pierwszy w życiu Collin Creevey kompletnie nie bał się ciemności.
Bolały go ręce, żebra, brzuch.
Ciemność kołysała się.
- Co on ma z tymi nogami? – pytał zirytowany kobiecy głos.
Z jakimi nogami, do cholery? On w ogóle coś takiego ma?
- A co ma mieć, jak mu na nich pół szkoły leżało? – odparł męski głos o wschodnim akcencie. - Kręgosłup cały, swoją drogą też nie wiem jakim prawem, ale od ogonowej w dół drobna kaszka w środku, obręcz biodrowa, kości udowe, stawy kolanowe...
Nic nie bolało. Spróbował poruszyć nogami. Nie udało się. Nic nie czuł.
- Stopy chyba całe, nie wiem jakim cudem...
- Żadnym cudem, po smokerskich glanach możesz pociągiem do Berdyczowa jechać. Mam nadzieję, że mu tam w środku chociaż jakieś mięśnie zostały, a nie ludzina mielona.
- Dasz radę to poskładać?
- Zwariowałaś, niby jak? Wydrylujemy go i niech mu odrasta, i nie ma że boli...

- A ty tu po co? - spytała ostrym głosem Poppy Pomfrey.
Ron miał szaloną ochotę odpowiedzieć jej coś tak głupiego, jak głupim wydało mu się pytanie, ale był zbyt zmęczony. Poza tym miał wrażenie, że jego prawy pośladek trzyma się w jednym kawałku tylko siłą wieloletniego przyzwyczajenia.
- Na opatrunek – jęknął.
- A gdzie ty niby jesteś ranny? - pielęgniarka obejrzała go nieufnie.
- W dupę, siostro! - wybuchnął, bo rana właśnie dała o sobie znać z nową siłą.
- Ja nie mam głowy do żartów, idź spać...
Odwrócił się i zaczął rozpinać kombinezon. Na prawym pośladku spodnie były już lepkie od krwi. Przez rozdarcie na biodrze przeciskały się pierwsze krople.
- Koleżanko – odezwał się tubalnym głosem czarodziej o posturze przerośniętego dźwiedzia - chyba lepiej będzie, jeżeli to ja opatrzę tego dżentelmena.

- Daj różdżkę.
Podała, nie wiedząc po co.
Starając się nie syczeć z bólu ani nie rozerwać świeżo zasklepionej rany na prawej łopatce, Charlie wyciągnął z kieszeni smokerski nóż i starannie naciął różdżkę w połowie długości.

Owen Cauldwell podskoczył, wieszając się u sznura dzwonu. Skulił się.
Powoli, jakby z wahaniem, sznur z uwieszonym do niego trzynastolatkiem ruszył w dół. Dzwon zadźwięczał żałośnie.
- Zejdź – usłyszał głos Euana Abercrombie. Zeskoczył na ziemię.
Sznur popełzł do góry. Dzwon znów przemówił. Euan podszedł do dzwonu, wyciągnął lewą rękę na wysokość swojego ucha, pociągnął energicznie i puścił sznur. Ogromna opuchlizna po prawej stronie czoła przysłaniała oko, nadając jego twarzy wyraz niezmiernego zdziwienia.
Owen podskoczył, łapiąc sznur w najwyższym położeniu, i skulił się. Dzwon odezwał się po raz kolejny.
Owen zeskoczył na ziemię.
- A poza tym? - spytał.
- Poza czym? - spytał Euan, znowu szarpiąc za sznur.
- Że Dumbledore...
Euan nie odpowiedział od razu, czekając, aż dzwon znowu uderzy.
- Poza tym to wiem tyle, że zwiali. Żeby kto jeszcze zginął, to nie wiem. Trochę rannych.
- Oni się chyba nie spodziewali, że... - zaczął Owen i urwał, znowu łapiąc sznur.
- Żeby nie kapelusze Weasleyów, toby gorzej było. Luna dostała Sectumsemprą i ma tylko siniaki.
- A ciebie kto tak urządził? - spytał Owen, wskazując ruchem brody bezwładnie zwisającą prawą rękę Euana.
- Sam się urządziłem – mruknął Euan. - Rzucałem Sectumsemprę, różdżka nagle odbiła, trzepnęła mną o ścianę. Ale chwasta wyrwałem.
Dzwon płakał.

Cholera, rozmyślał Ron. Biednemu zawsze wiatr w oczy.
Wsunął rękę w spodnie i zmacał bliznę. Urozmaicony górski pejzaż na powierzchni równej dłoni. No dobrze, trochę mniejszej...
Harry nic nie musiał robić, pomyślał, tylko się urodzić gdzie trzeba, świeci wszystkim tym sznytem na czole i patrzą na niego, jakby miał tam wybity co najmniej Order Merlina. A ja? Co klasa to na koniec roku na szpitalce, a to szachy, a to pieprzone pająki, jeszcze mi się to po nocach śni, potem mi Syriusz nogę złamał, a w zeszłym roku te cholerne mózgi, i nic, wszystko robi Harry Potter z towarzyszami. A teraz? Broniłem Hogwartu. Co tam broniłem - byłem ranny broniąc Hogwartu, rannego spod ognia wyniosłem! Mam z tego taką piękną bliznę... i nawet na basenie nikt jej nie zobaczy!

c.d.n.
(1) Billy Boy, sł. J. Rogacki, A. Mendygrał, autor melodii nieznany.
(2) Wg: Śmiały harpunnik, sł. Marek Siurawski, autor melodii nieznany.
(3) Bądź wierny, sł. Ryszard M. Groński, muz. Jan Pietrzak.
(4) Złoto dla zuchwałych, autor melodii nieznany, sł. Krzysztof Lebionko.
(5) Inszallach (ar.) - Jak Bóg pozwoli.
(6) Zrobić człowieka (żegl.) - wykonać manewr „człowiek za burtą”.
(7) Wj 17, 8-12.
(8) Sciurna (łac.) - wiewiórka.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Komentarze do odcinka IX

Postautor: archiwalny » 29.08.07, 15:11

Irytek jz w 22.08.07 18:03:01


Chapeaux bas!!! Za opis bitwy.
Chyba najlepszy w polskim fanfiction. A przynajmniej ja lepszego dotąd nie czytałem.



Minerwa w 22.08.07 18:11:51


Łaaa! I kto to mówi, mistrz rozpierduch, potyczek, bitew a także małych i większych wojen! Arthurze, wielki Ci komplement powiedziano.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Dom i świat

Postautor: Arthur Weasley » 14.10.07, 17:13

Odcinek 10
Londyn, Ceramiczna 10, sobota, 14 czerwca 1997 r., nad ranem


Salomea Swift obudziła się z bólem głowy.
Przez dłuższą chwilę próbowała ustalić, gdzie jest, zanim dotarło do niej, że u siebie w domu.
Wyciągnęła różdżkę.
- Lumos.
Rozejrzała się po pokoju. Wszystko w porządku. Trzydrzwiowa szafa, fotel na biegunach, okrągły zielony piec w kącie - wszystkie sprzęty wyglądały, jakby za chwilę miały powiedzieć: o rany, nic się nie stało!
Joseph Swift na portrecie otworzył oczy, przygładził dłonią resztki włosów, poprawił potarganą brodę i spojrzał na nią tak, jak patrzył za życia, gdy uważał, że niepotrzebnie panikuje (a uważał tak stanowczo za często). Przez chwilę miała wrażenie, że zaraz usłyszy znajomy głos:
- No i czegoż ty się, panie ja kogo, rzucasz, jakby się tobie teleportacja śniła?
Do śmierci taki był. Dorosły człowiek, a czasem beztroski jak dziecko...
Podeszła do okna. Ulica była pusta. Rzadko rozmieszczone latarnie rzucały siny blask. W niektórych oknach po drugiej stronie paliły się szabasowe świece.
Wszystko wyglądało tak bardzo normalnie, jak bardzo była pewna, że to tylko pozory.
Wyszła do przedpokoju. Wszystko normalnie. Klosz fałszoskopu emanował łagodnym błękitnym blaskiem - urządzenie w gotowości, brak powodów do obaw.
Wsunęła głowę do pokoju synowej. Maria Zuzanna Swift spała spokojnie. Niech śpi. Sama się domagała, żeby poszła spać, zamiast się zajmować Jimem. Jutro sobota. Przyszłej nocy Maria ma dyżur. A dyżur na zaklęciówce u św. Munga dawno przestał oznaczać dwanaście godzin nieźle płatnej bezczynności, w najgorszym razie urozmaiconej koniecznością zaopiekowania się ofiarą lekkomyślnego używania zaklęcia Gumowych Żeber przy rozpalaniu nargili.
Po dłuższym namyśle postanowiła, że nie będzie wchodzić do przyległego mieszkania i niepokoić Andrei i Remusa - o ile ten wrócił już z wieczornej imprezy. Stare toto a głupie, pomyślała, czterdziesty mu idzie, a wypuścić go na parę godzin, to jak dzieciak, co się pierwszy raz do piwa dorwał...
W każdym razie nie słychać już było płaczu Jima. Płaczu, który rozlegał się przez cały długi wieczór. Starsza pani położyła się spać o drugiej, a Jim płakał.
Ale coś było nie tak.
Włączyła radio. Z głośnika popłynęły kojące dźwięki Serenady księżycowej.
- Wieczerza hojna, noc niespokojna - mruknęła bez przekonania i położyła się spać.

Tym razem wiedziała, co jest nie tak. Ktoś próbował otworzyć drzwi sąsiedniego mieszkania i wyraźnie mu to nie szło. Fałszoskop milczał, więc wniosek był tylko jeden. Jej prazięć właśnie wracał z pubu w stanie wyraźnie wskazującym na wieczór kawalerski.
Dniało. Nieźle zabalowali, pomyślała otwierając drzwi.
W progu stał Lupin w stanie bynajmniej nie wskazującym na wieczór kawalerski.
- Wejdź. Może herbaty?
- Może herbaty - powtórzył głuchym głosem.
- Remus...?
- Babciu... - odezwał się niepewnym głosem i zamilkł. Nigdy jej tak dotąd nie tytułował. - Dyrektor... - urwał.
Spojrzała na niego pytająco.
Bardzo powoli pokiwał głową.
- Więc jednak - powiedziała. - Jim płakał co najmniej do drugiej.
- O drugiej - potwierdził.
Bez słowa wyjęła z trójkątnej szafki karafkę ze śliwowicą i dwa duże kieliszki.

Remus Lupin spał.
U wielu osób to, że śpią w sobotę o dziesiątej rano, nie jest niczym dziwnym. U Andrei było to wręcz regułą. Ale nie u jej męża. Remus mógł wrócić do domu nad ranem, ale i tak wstawał najpóźniej o ósmej. Skacowany, niewyspany, zły na cały świat, ale wstawał.
Przyjaciele Lupinów zgodnie twierdzili, że w życiu nie widzieli tak idealnie dobranej pary. Pod pewnymi względami mieli rację. Pod innymi mylili się srodze. W wielu sprawach trudno było o parę bardziej niedobraną. Lupin spędził siedem lat pod jednym dachem z Syriuszem i dwa z Andreą, ale nieodmiennie zdumiewało go, że można - jak to określał - spać bez wyraźnej potrzeby.
A teraz spał.
Nie wiedziała, o której wrócił. Kiedy o wpół do czwartej wreszcie poszła spać, jeszcze go nie było.
Teraz leżał przy niej w slipach i w podkoszulku. Czyli wrócił pijany - inaczej byłby się przebrał - ale nie bardzo pijany. Gdyby wrócił bardzo pijany, spałby w ubraniu.
Wyglądał poza tym na bardzo zmęczonego. Nie potrafiłaby powiedzieć, dlaczego, ale tak czuła. Coś się stało. Coś bardzo złego.
Z łóżeczka w kącie rozległ się cichy płacz. James Lupin nie spał.

...do ataku grupy osób używających zaklęć czarnomagicznych na Szkołę Magii Hogwart. W wyniku starć zginął dyrektor szkoły profesor Albus Dumbledore... - chrypiało radio.
Odstawiła filiżankę, aż herbata chlapnęła na obrus, zerwała się z miejsca i ruszyła w stronę sypialni. Otworzyła drzwi, spojrzała na swoich śpiących mężczyzn... i zrozumiała.
Dlatego Remus wrócił w takim stanie.
Dlatego Jim płakał.
Ostrożnie zamknęła drzwi i wróciła do salonu.
...odmówił jakichkolwiek komentarzy, a dziennikarzy nie wpuszczono na teren szkoły. Jednakże z wiarygodnych źródeł dowiadujemy się, że rannych zostało co najmniej dziesięcioro uczniów, w tym co najmniej cztery osoby ciężko...
Poczuła, że musi wyjść. Natychmiast. Cel i kierunek obojętny. Nie wytrzyma ani chwili dłużej sama. Nie chce rozmawiać z mamą ani z babcią. Musi wyjść.
Musi się znaleźć między ludźmi. I najlepiej, żeby na razie nie była to pani Breeze z drugiego piętra, do której ciągle nie dociera, że tej dziewczynki z warkoczami, co mieszkała piętro wyżej, już dawno nie ma, ani pani Sparrow z pierwszego, której Andrea zawdzięczała połowę swojego zasobu brzydkich słów.
Pierwszego człowieka napotkała w sieni. Musiał mieć dziewiętnaście lat - inaczej nie nosiłby tego munduru - ale wyglądał najwyżej na siedemnaście.
Najkrótsza droga ze sklepu naprzeciwko wylotu Miotlarskiej do bursy kadetów prowadziła przez sień i podwórze domu przy Ceramicznej dziesięć, a kamienicznik bardzo rozsądnie uznał, że nie ma takich zamknięć, które by skutecznie zmusiły spragnionego lub skacowanego adepta aurorskiego rzemiosła do nadłożenia drogi. Udręczony wyraz twarzy chłopaka dobitnie wskazywał, że wykonuje misję specjalną zaopatrzenia kolegów w klina. I że sam takowego rozpaczliwie potrzebuje.
Drugiego minęła zaraz po wyjściu, przy sklepie z żywnością gotycką. Ten przynajmniej był na tyle przytomny, żeby się równo zapiąć...
Bawcie się, chłopcy, pomyślała. Bawcie się, póki czas, bo zaraz będziecie mieli pełne ręce roboty. Daj Boże, żeby z waszych bezsennych nocy, specdyżurów i wstrzymanych przepustek wynikło coś więcej niż to, że masy zobaczą, że władza działa.
Doszła Ceramiczną do Starego Rynku, po chwili wahania zostawiła z boku kościół Wypędzenia Przekupniów ze Świątyni i, ścigana zdziwionymi spojrzeniami czterech monumentalnych figur na frontonie, skosem przez Rynek skierowała się do Hipogryfa, by usiąść w pustym jeszcze ogródku.
- Pani uważa?
- Czekoladę z bitą śmietaną.
Kelner przyjrzał jej się uważnie.
- Pani Swift... ja już wiem... Pani sobie trzaśnie. Ja pani zrobię dobrą mieszankę.
- Dziękuję. To dobry pomysł. Ale czekoladę poproszę i tak.

- Proroka poproszę – powiedziała ciężko do pleców sprzedawczyni, opierając się o ladę kanciastego kiosku na rogu Kpiarskiej.
- Nie ma. Mieli przysłać, potem się okazało, że będzie tylko dodatek nadzwyczajny, a w końcu nie dali nic. Chyba ktoś poleciał albo zaraz poleci. Że Dumbledore'a zabili...
- Wiem o tym dobrze - przerwała.
Sprzedawczyni odwróciła się raptownie od półki.
- Panno And... tego... pani Lupinowa... ja przepraszam... nie poznałam od razu po głosie... przykro... dobry człowiek był...
Pokiwała niecierpliwie głową. Nie była w nastroju do przyjmowania kondolencji.
- I Czarodzieja Powszechnego poproszę.
Sprzedawczyni spojrzała na nią przepraszająco.
- Złociutka, wyszedł. Zawsze leżał do niedzieli, a teraz rano schodził jak woda.
Ludzi na Pokątnej było niewielu. W sobotnie przedpołudnie na Pokątnej nie ma dużego ruchu.
Sama nie wiedząc kiedy, stwierdziła, że stoi przed Dziurawym Kotłem. Weszła.
- Pani sama? - zainteresował się Tom.
Delikatność nigdy nie była tym, za co personel Dziurawego ceniono najbardziej.
- Mąż wrócił rano... - umilkła na chwilę. - Z Hogwartu.
Barman pokiwał głową. Przez chwilę milczeli oboje. Od stołu stojącego przy wyjściu do części hotelowej dobiegł tubalny głos :
- Chopie, jak ta ich papuga już teraz mówi, że dziesięcioro dzieciaków rannych, w tym cztery ciężko, to tam musiało być ze dwadzieścia trupów najmarniej, co ty, życia nie znosz?

Ceramiczna 10

- Co tam się, do jasnej i pieprzonej cholery, dzieje? - warknęła Andrea, patrząc na uchylone drzwi salonu, zza których dobiegała spokojna, wręcz smętna melodia grana na fortepianie.
- Pan Remus gra - wyjaśniła bardzo uprzejmie Zuzia. - Zaczął grać zaraz jak wstał. Niech Andrejka nie wchodzi. Pan Remus prosił, żeby nie przeszkadzać.
Otworzyła usta, żeby powiedzieć skrzatce, że wie, kto gra i dlaczego. I natychmiast zamknęła. Skoro wiedziałaś, to po diabła pytasz, pomyślała. I właściwie co cię tak dziwi?
Przecież tak samo było rok temu po śmierci Syriusza. Też siedział przy fortepianie i grał w kółko to samo co dziś. Pograł godzinę, może półtorej, a potem poszedł do Dziurawego Kotła.
Pamiętała dobrze, kiedy słyszała tę melodię pierwszy raz, w mugolskim hotelu pod Czeskimi Budziejowicami. Jeszcze wtedy nie było wiadomo, co dalej ma z tego być, jeszcze wszelkie plany brali w bezpieczny nawias rozmów teoretycznych, jeszcze na każdym kroku przypominali sobie nawzajem, że wspólna podróż nie ma być wstępem do niczego poważnego. A i tak oberżysta spisał tylko dane Remusa i patrząc w telewizor, w którym kilkanaście tysięcy mugoli na trybunach stadionu śpiewało tę pieśń, z roztargnioną miną wypisał dla niej kwit, który dotąd wisiał nad ich łóżkiem:
Pani Lupinova.
Po chwili wahania zignorowała ostrzeżenie Zuzi i weszła do salonu. Wielki płaski zegar w dębowych ramach wskazywał za dziesięć drugą. Remus siedział przy fortepianie i grał Kde domov můj ¹. Linia melodyczna gubiła się w wariacjach i ozdobnikach.
Kiedyś, w narzeczeńskich jeszcze czy wręcz przednarzeczeńskich czasach, dwa razy zaciągnął ją na mugolskiej stronie do kina. Nie podobało jej się, zresztą niewielu czarodziejów było w stanie zrozumieć, co mugole w tym widzą. Jedno ją tylko urzekło: muzyka. To, na ile sposobów można zagrać jedną mało skomplikowaną melodię, ile wyciągnąć z tego samego motywu, ogrywanego przez dwie godziny, na tych samych kilkunastu taktach opowiedzieć radość, smutek, strach...
Coś takiego było w tym, co Remus Lupin potrafił zrobić z jedną melodią. Kolędą, piosenką o Jessice i aurorach, hymnem państwowym, czymkolwiek. I właśnie robił.
Miotały nią sprzeczne uczucia. Z jednej strony była nieziemsko wściekła, czuła, że on się od niej tym oceanem dźwięków odgradza, że się za nimi schował przed całym światem i zostawił ją po niewłaściwej stronie. Z drugiej stwarzało to nadzieję, że ze świata dźwięków, w którym zniknął człowiek na granicy obłędu, wróci rozumna forma życia choćby z grubsza przypominająca jej męża.
Podeszła do Remusa i pogłaskała go po głowie. Pokiwał głową, nie przerywając gry.
Przeczekała jeszcze dwie zwrotki.
- Cześć, futrzaku - powiedziała, siląc się na swobodny ton.
Remus znowu pokiwał głową i zaczął grać o półton wyżej. Dla odmiany Kde domov můj.
Rozejrzała się po pokoju i policzyła do dwudziestu trzech. Dłuższą chwilę oddychała ciężko.
Remus zaczął grać po raz kolejny, melodię równym, marszowym rytmem, akompaniament niemal staccato. Tym razem Kde domov můj.
Podeszła do fortepianu i szybkim ruchem zatrzasnęła pokrywę klawiatury. Remus w ostatniej chwili zabrał palce z drogi dębowego wieka. Spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem.
- Nie wal tym tak, bo Jima obudzisz - mruknął.
- Jasne! - wybuchnęła. - Przeszkadzam ci w wypełnianiu obowiązków wiernego męża i troskliwego ojca! Jim, jakby kto pytał, nie śpi. Ale żeby to wiedzieć, tobyś musiał widzieć coś poza sobą!
Patrzył na nią, jakby docierało do niego co piąte słowo.
- Kochanie - powiedział cicho. - Albusa nie ma... I nie będzie...
- Przytul mnie.
Zrobił to, o co prosiła. Nieco mechanicznie, sztywno, jakby z poczucia obowiązku.

Londyn, Ormond Crescent

- Szuflandia, Szuflandia, Szuflandia maja... - zanucił rozmarzonym głosem młody człowiek w spodniach z worka i koszuli w kwiaty.
Margit Boot odwróciła się raptownie.
- Pani syn został ciężko ranny – powiedział półgłosem rozczochrany młodzieniec. - Dwie przecznice dalej wsiądzie pani do niebieskiego forda anglia, który panią zawiezie do szpitala.
- Skąd mam wiedzieć, że pan mówi prawdę? - spytała sztywno.
- Kura na gorąco – odparł z naciskiem. - I nie przechodzi się dwa razy przez tę samą drogę...
Wyluzował się tak samo nagle, jak nagle zesztywniał, i ruszył przed siebie nucąc dalej:
Szuflandia, Szuflandia, Szuflandia maja...

Londyn, Ceramiczna 10

- ...i w tej sytuacji - mówił męski głos - doprawdy nie rozumiem zastrzeżeń szanownej pani...
- Paszoł won, gówniarzu - przerwał mu głos kobiecy, niewątpliwie należący do babci Salomei. - Czy teraz pan rozumie?
- Jeśli mam być szczery...
Andrea nadstawiła ucha. Ten głos też wydawał jej się znajomy, ale skąd?
- Byłoby to niewątpliwie wskazane - babcia przybrała z powrotem sztywny ton arystokratki rozmawiającej z handlarzem ryb z Cheapside oświadczającym się o rękę jej córki. Musiała być naprawdę bardzo zdenerwowana. - Jeśli pan oczywiście potrafi, w co osobiście wątpię. Cóż zatem ma mi pan do powiedzenia, próbując być szczerym?
- Że Ministerstwo ma przede wszystkim na uwadze należyte uczczenie pamięci nieodżałowanego pana dyrektora. Dążymy do stworzenia, że tak powiem, panteonu wielkich postaci magicznej Anglii i nie wątpię, że świętej pamięci Albus Dumbledore powinien tam zająć poczesne miejsce.
Teraz nie miała już żadnych wątpliwości. Rozmówcą babci był Rufus Scrimgeour.
W jej rodzinnym domu Minister Magii usłyszał „paszoł won, gówniarzu” i nie zraziło go to.
- Młody człowieku, jeśli pan nie szanuje siebie, to jest to pańska sprawa. Jeśli nie szanuje pan mnie...
- Ależ pani Swift!
- ...i wmawia we mnie większą sklerozę niż mam, to mogę mieć fanaberię udać, że tego nie dostrzegam, i właśnie z tego prawa korzystam. Natomiast stanowczo proszę i apeluję, by był pan uprzejmy przynajmniej podjąć rozpaczliwą próbę uszanowania nieboszczyka. Nie chcę być nietaktowna, więc nie zacytuję, co mój świętej pamięci brat mawiał o takich poczesnych miejscach - to raz. Miejsce, w którym chce pan widzieć wspomniany panteon, to w tej chwili jest hall w stanie surowym zamkniętym i fontanna w stanie opłakanym i nie wiem, czy to zostanie doprowadzone do porządku za pańskiego życia, jakkolwiek wygląda pan dosyć zdrowo - to dwa. Albus Dumbledore życzył sobie być pochowanym w Hogwarcie i - głos babci stwardniał - jego wola zostanie uszanowana, czy się to panu podoba, czy nie - to trzy.
Rufus Scrimgeour także nie silił się już na wyszukaną uprzejmość.
- Nie sądzę, byśmy wyrazili zgodę na pogrzeb w Hogwarcie. Decyzja została podjęta.
- Przypuszczam, że próba jej wprowadzenia w czyn może napotkać na trudne do pokonania przeszkody.
- Nie rozumiem.
- Które słowo było za trudne?
- Z jakiego mianowicie powodu mamy nie być w stanie przeprowadzić tego pogrzebu?
- Z bardzo prostego. Nie macie ciała. Ciało znajduje się w bezpiecznym miejscu i czeka na przetransportowanie w miejsce, w którym odbędzie się pierwsza część uroczystości żałobnych. Jak mniemam, orientuje się pan, co się dzieje przy próbie przeprowadzenia magicznego pogrzebu bez ciała? Aby oszczędzić fatygi służbom specjalnym Ministerstwa Magii, które mają ważniejsze sprawy – winnam może raczej rzec: które powinny mieć w tej chwili ważniejsze sprawy - niż podchody z rodziną nieboszczyka, z góry uprzedzam, że żadne z tych miejsc nie leży na terytorium Wielkiej Brytanii. Ani magicznym, ani mugolskim.
Andrea miała wielką ochotę otworzyć drzwi, żeby zobaczyć twarz ministra.
- Pogrzebu państwowego również zmarły sobie nie życzył. Acz, oczywiście, może pan przybyć na pogrzeb, sam pogrzeb odbędzie się w Hogwarcie i to nie będzie impreza zamknięta. Zuziu, odnoszę wrażenie graniczące z pewnością, że pan minister pragnie być odprowadzonym do drzwi.
Lupin najwyższym wysiłkiem powstrzymał się od śmiechu. Poczekawszy, aż za ministrem i Zuzią zamkną się drzwi, wszedł do salonu i ukłonił się sztywno.
- Gratuluję - powiedział głosem oficjalnym - skutecznego przeprowadzenia operacji „Harry stój”.
- Małe sprostowanie - odparła babcia z powściągliwym uśmiechem, odejmując od oczu lorgnon. - Z tego, co widzę, stosowniejszy byłby kryptonim „Perski dziadzio”.
Spod czajniczka stojącego na samowarze zaczęły się dobywać kłęby pary. Babcia odłożyła lorgnon na blat sekretarzyka, niespiesznie dobyła z witryny filiżankę, nalała esencji, delikatnie odstawiła czajniczek, dopełniła filiżankę wrzątkiem i podreptała w stronę fotela.
- Nooo – powiedziała, usiadłszy w fotelu. – Tak. Taaak.
Rozparła się nieco wygodniej i pociągnęła łyk herbaty.
- Teraz już mogę umrzeć - oświadczyła, odstawiając filiżankę. W jej głosie brzmiało poczucie dobrze spełnionego obowiązku.
- Dlaczego? - spytał rzeczowo Lupin.
Andrea przewróciła oczami i rzuciła mężowi spojrzenie mordercy.
Starsza pani pociągnęła jeszcze łyk.
- Spełniło się marzenie mojego życia - wyjaśniła. - Spuściłam ze schodów urzędującego Ministra Magii. Od dziecka o tym marzyłam!

Hogwart

Roku Pańskiego 1727 w pierwszą sobotę po jesiennym Ekwinokcjum na Lisiej Polanie niedaleko Nottingham wielebny John Wesley pobłogosławił małżeństwo swojej stryjeczno-stryjecznej siostry Jane Weasley z Gregorem Aasem.
Gdyby Jane, posłuchawszy rady ojca, szanowanego uzdrowiciela z Glasgow – który bardzo chciał mieć za zięcia dobrze zapowiadającego się warzyciela - została żoną Asparagusa Finnigana, wyblakłe imię i nazwisko jej pierworodnego syna na Tablicy Chwały błąkałoby się gdzieś pod koniec pierwszej ćwiartki i poza innymi Finniganami i ewentualnie niektórymi Weasleyami mało kto by pamiętał o jego istnieniu. Ponieważ jednak osiemnastowieczni Weasleyowie byli równie uparci jak ich dwudziestowieczni potomkowie, dla dwustu pięćdziesięciu jeden roczników uczniów Hogwartu jedną z pierwszych rzeczy, jakich się dowiedzieli w szkole, było to, że siedemnastoletni James Aas poległ na polu chwały w roku 1745.
Dla kobiety stojącej przed tablicą w przedostatnią sobotę przed letnim Solstycjum roku 1997 nie miało to wielkiego znaczenia. Nie zaintrygowała jej też pusta linijka zionąca między lśniącoczerwonym PETERSEM Johnem, 1945-1996 a słabiej widoczną PFISTER Joan, 1871-1895. Przelotnie odnotowała fakt, że nazwiska się powtarzają. DIGGORY Cedric, DIGGORY Julia, DIGGORY Timothy... Ją interesowała ją litera B. BLACK Syriusz, 1958-1996... BONES Amelia, 1947-1996. BONES Edgar, 1951-1981. BONES Edwin, 1793-1817. BONES Ernest, 1908-1944. BOOT Teodor...
Margit Boot zamknęła oczy.
Nie, to nieprawda!
Otworzyła. Próbowała przeczytać. Widziała tablicę jak przez mgłę, zresztą daty życia były niemal zatarte. Nie, to nie on, przecież ma w papierach Terry... a kto tam wie, co z tego wyinterpretowali... aha, 1407-1453, jasne... BOOT Terencjusz...
- Pani do szpitala, madam?
Rozejrzała się nerwowo. Nikogo.
- Mędrek zaprowadzi, madam. Mędrek wie. Mędrek dużo wie.
Spojrzała w dół. Istota wzrostu trzech stóp z wielkimi uszami, w okularach przypominających denka od butelek, okryta czymś, co przy najszczerszych chęciach trudno było nazwać odzieżą, patrzyła na nią wyczekująco.
- Tak, do szpitala...
Próbowała panować nad sobą. Gdzieś z oddali dobiegały pouczenia babci Karolyi, absolwentki pensji w Sátoraljaújhely, o której mówiono, że uczennice mają tam we środy i soboty po śniadaniu ćwiczenia z patrzenia na poddanych jak na tłuste plamy:
- Otwierać się można i należy, ale wśród swoich. Wobec służby trzeba zachować dystans. Nie może dziać się dobrze w kraju, w którym się rozpaskudza służbę.
Pierwszy raz w życiu czuła, że ma służbę. Ta istota miała w sobie coś, czego nie mieli taksówkarze, kelnerzy, hotelarze. Tamci obsługiwali innych, bo mieli taką pracę. Mieli w obowiązkach świadczenie usług i biada temu, kto nie może za nie zapłacić zgodnie z cennikiem. Od Mędrka natomiast biła niezachwiana pewność, że sens jego istnienia polega na usługiwaniu jej. On był jej sługą, a ona była jego panią - i taki był odwieczny porządek świata. To nie była jego praca – to było jego powołanie i jego duma: służyć komuś tak znakomitemu jak ona.
Hrabiance jednego z najznamienitszych węgierskich rodów nie przystoi obnażać się przed służbą. Nawet duchowo.
Gdyby na miejscu skrzata był zawodowo uprzejmy pracownik, pewnie by się rozpłakała, nie bacząc, że to nie wypada wobec obcego. Ktoś, kogo to zupełnie nie obchodzi, dowiedziałby się, jak desperacko próbowała się dochować potomka. Jak spoliczkowała holenderskiego ginekologa, który namawiał ją na na zabieg. Jak to się stało, że jej pierwsze, po tylu próbach wydane na świat dziecko pozostało ostatnim. Jak to jest o kimś, o kim się już myślało jako o swoim dziecku, czytać w epikryzie per jajo płodowe bez śladów akcji serca.
- Proszę się nie martwić, madam. Panicz Terry na pewno ma odpowiednią opiekę.
Mędrek rzeczywiście wiedział sporo i czerpał widoczną satysfakcję z dzielenia się swoją wiedzą. Po kilku zakrętach korytarza i dwóch klatkach schodowych wiedziała już, co się stało i komu zawdzięcza fakt, że jeszcze ma syna.
Wchodząc do szpitalnej sali, z niepokojem pomyślała o spotkaniu z Charliem Weasleyem. Nie wiedziała, jak się dziękuje za uratowanie życia jedynemu dziecku.
I w tym momencie jak na zawołanie z głębi sali wyszedł, mocno kulejąc, tenże Charlie. Zobaczył ją, zatrzymał się jak wryty i rozejrzał się nerwowo, jakby szukając drogi ucieczki.
- Dzień dobry – powiedział niepewnie.
- Nie wiem, jak panu dziękować... - zaczęła.
- Wcale. Robiłem, co do mnie należało. Zrobiłem, ile mogłem. Przykro mi, że tylko tyle.
- Uratował pan życie Terry'emu.
- A on przedtem uratował życie mojej dziewczynie. A tak w ogóle to jeszcze chwilę przedtem ona uratowała życie mnie, kółko się zamknęło. Tylko szkoda, żem tej bladzi, co tak urządziła Terry'ego, nie zabił. Żebym był trzeźwy, tobym ją załatwił, z tej odległości bym trafił centralnie i mokra plama by została, a tak to...
- Był pan pijany?!
- No pewnie, że byłem pijany! Jakbym był trzeźwy, tobym się zesrał ze strachu! Nas tu ściągnęli z wieczoru kawalerskiego mojego brata!
Powiedział „nas”. Pytała o niego, a on odpowiedział „my”. Tak jak od pewnego czasu Terry, ilekroć pytała o cokolwiek związanego z nimi.
- To chyba pan młody nie był zachwycony...
- Chyba nie. Zresztą może go pani spytać. Też się bił. Leży na drugim łóżku od drzwi.
Odruchowo spojrzała w stronę drzwi.
- Rany kąsane twarzy zadane przez wilkołaka, niewyjaśnione zaburzenia koordynacji ruchów i ogólny wstrząs pourazowy – dodał rudzielec nienaturalnie rzeczowym tonem.
- Będzie żył?
- Jeśli przez najbliższy tydzień nikt mu nie podsunie lustra pod nos, to pewnie tak.

- Zechce pani zrobić trochę miejsca.
Odsunęła się. Pielęgniarka, czy kto to tam był, zdjęła kołdrę okrywającą leżącego na sąsiednim łóżku jasnowłosego chłopca w piżamie w smoki. Mógł być z rok, może dwa lata młodszy od Terry'ego.
Od pasa w górę wyglądał normalnie. Ale tam, gdzie powinien mieć nogi, widniało coś, co wyglądało jak dwie byle jak wypchane, lekko zmięte pończochy. Albo, jeśli kto woli, jak dwie monstrualnych rozmiarów blade, potwornie posiniaczone, miejscami zakrwawione pijawki zakończone ludzkimi stopami.
- Mama, ja gadam głupoty... - odezwał się nagle Terry.
Usiadła na brzegu łóżka, z trudem tłumiąc szloch.
- Ja gadam głupoty, ale ty się nie przejmuj - ciągnął. - Jak to się nazywa, że ja gadam głupoty?

- Nieszczególnie to wygląda - mruknął Charlie, patrząc na to, co kilka godzin temu było twarzą Billa.
- Do wesela się zagoi.
- Wątpię – odparł sarkastycznie. – Nie wiem, czy ktoś panu wspominał, że wesele miało być za tydzień.
- Odradzam – pokręcił głową uzdrowiciel. – Twarz tobyśmy do tego czasu chociaż prowizorycznie doprowadzili do względnego porządku, ale co do nocy poślubnej...
- Taak - prychnął Artur Weasley. - A ja to dla was za stary byłem. I potem się dziwić...
- Tato - jęknął Charlie - już ci mówiłem! Wiesz dobrze, co by było, jakby ci się tamte rany otworzyły. Tak naprawdę to dalej nie wiadomo, co ci ten gad zostawił i na co to się mogło przerzucić od byle czego. Ja wiem, co się bez czarnej magii potrafi wyrabiać po ugryzieniu przez smoka... Żebyś tu był w nocy, bez urazy, pewnie ty byś teraz tu leżał z wypatroszoną twarzą!
- Wolałbym! Stać mnie na to, ja się nie żenię za tydzień!

- ...ja nie śpię i jak to się nazywa? – dopytywał się Terry.
- Jawa - podsunęła bezradnie.
- Nie... Jawa to jest motocykl...

- Pani Bootowa?
Margit Boot odwróciła się raptownie.
- Pani mnie zna?
- Znam Terry'ego – odparła niska, krępa kobieta o zmęczonej twarzy. - A pani bardzo z twarzy podobna... Molly Weasley – wyciągnęła rękę.
- Margit Boot – odparła machinalnie. - Pani jest matką Charliego Weasleya?
- Charliego, Billa, który tu właśnie leży, Rona... Ośmioro dzieci urodziłam, siedmioro żyje, czworo tu walczyło, z tego trzech chłopców jest rannych, ale będą żyli.
- Tak spokojnie pani o tym mówi?
- Pani mugolka?
- Tak – odparła zdziwiona. - Czy to pani przeszkadza?
- Nie, tak pytam... Mugolka, czarownica, co to robi? Nasi synowie robią to samo, razem głów nadstawiają... Życie takie. U was się młodzież zabija narkotykami albo na motorach. W tamtą wojnę zginęli moi dwaj bracia, w zeszłym roku był ranny mąż i najmłodszy syn, w ogóle od pięciu lat był jeden taki rok, że tu do szpitala nie przyjeżdżałam. Jednego mi zabili, we wrześniu będzie dziesięć lat... Życie.
- Syn zginął i pani pozwala, żeby następni...?!
- Tak trzeba.
Margit oddychała ciężko.
W tych dwóch słowach zamykało się to, przed czym uciekła do Wielkiej Brytanii. To, co męczyło ją bardziej niż cokolwiek innego i o czym nie mówiła autochtonom, uważając, że i tak nie zrozumieją.
Tak trzeba. To samo usłyszała od Terry'ego, kiedy pytała, czy wie, że jak się walczy, to można zginąć. Dodał jeszcze, że czarodzieje mają większą odporność na zginanie.
Tak trzeba. Jesteś – mocą samego urodzenia tu, a nie gdzie indziej, z tych, a nie innych rodziców - fragmentem większej całości i ona się o ciebie pewnego dnia upomni. A sobą to możesz sobie być, jeżeli akurat owa całość nic od ciebie nie chce.
To samo wyzierało ze starych angielskich książek, ale pokolenie jej brytyjskich rówieśników potrafiło sobie z tym poradzić. I to jej odpowiadało. Nie chciała zamykać oczu i myśleć o ojczyźnie, cokolwiek by to słowo w jej przypadku znaczyło, czy o jakiejkolwiek idei. Nie chciała, nie umiała i nie zamierzała się uczyć.
I nie chciała, żeby musiał się tego uczyć jej syn.
A teraz Terry, ciężko ranny, bredząc w malignie leżał w miejscu, którego nie ma na mapie - bo upomniała się o niego większa całość, o której istnieniu sześć lat temu żadne z nich nie miało pojęcia.
Uzdrowiciele pocieszali, że od tego się nie umiera (na ogół), a za parę tygodni człowiek odzyskuje pełnię zdrowia (przeważnie). Jakoś budzili większe zaufanie niż ci, którzy zeszłej jesieni to samo mówili jej matce, zanim w styczniu umarła na raka. Tylko co jemu właściwie jest? Rzucali arabskimi, celtyckimi czy Bóg wie jakimi jeszcze nazwami, a jej głupio było powiedzieć, że jej te nazwy nic nie mówią...
Od dziecka uczono ją, żeby się nie odsłaniać bez wyraźnej potrzeby.
Ale teraz czuła wyraźną potrzebę. Tamta patrzyła na nią wyczekująco, jakby odgadując jej myśli. A może naprawdę czytała w myślach? Z tymi czarodziejami to nigdy nic nie wiadomo.
- Terry mówił, że jest jakiś eliksir, który sprawia, że wszystko się udaje. Nie mogli sobie go zrobić?
- Oni go mieli. Niedużo, ale mieli. I zresztą zadziałał.
- Zadziałał?!
- Oczywiście. Droga pani, przecież to dzieci są, a tamci mają pakt z diabłem. A obronili się i nikt nie zginął. Dyrektor nie miał eliksiru i jego zabili. Ale z młodych nie zginął nikt. Są ranni, ale mogło być gorzej.
Margit pokręciła głową. Nieraz już zastanawiała się, co się musi stać, żeby czarodzieje nie relatywizowali tego stwierdzeniem, że mogło być gorzej. Trzech synów rannych w jednej bitwie (z tym że dwaj, Bogu dzięki, lekko – ona by raczej powiedziała: w tym jeden ciężko) to najwidoczniej za mało.
- Straszny świat – powiedziała w przestrzeń.
- Ja w waszym też bym nie umiała żyć – odparła Molly. - Z tego, co mąż opowiada, to nie, za nic.
- Pani przynajmniej zawsze wiedziała, że nasz świat istnieje. A ja o waszym wiem, odkąd Terry poszedł do szkoły. Od dziecka słyszałam najpierw bajki o złych czarownicach, a potem, że czarownic nie ma, tylko były polowania na czarownice...
- Były – zgodziła się Molly. – Pamiętam ze szkoły.
- Pamiętamy to samo! – ożywiła się Margit. - Ale mnie uczyli, że wtedy ginęły normal... no, tego... mugolki, które zostały wrobione?
- Też. Więcej mugolek zginęło jak rzeczywistych czarownic...
Margit mimo woli pomyślała o ubocznych skutkach poszukiwania wrogów słusznego ustroju i wieczystego sojuszu.
- ...potem udało się wmówić mugolom, że czarownic nie ma, i się skończyło polowanie, a myśmy się nauczyli lepiej maskować.
- Pani wtedy żyła?
Molly roześmiała się. Pierwszy raz od przekroczenia progów Hogwartu Margit zobaczyła wesołą twarz. No, poza bladym uśmiechem Terry'ego na jej widok.
- A co ja jestem, wampir? Ludzie tyle nie żyją.
- Skąd mogłam wiedzieć? Przepraszam bardzo...
- Nic nie szkodzi. Mam, żadna tajemnica, czterdzieści osiem lat. Nie wiem, ile jeszcze pożyję, ale drugie tyle to góra. My też ludzie. Tak samo żyjemy, tylko spokojniej, tak samo rodzimy dzieci, tylko więcej i w domu, tak samo umieramy, na to samo chorujemy, tylko inaczej się leczymy, czasem czarownice leczą mugoli...
- Powiem pani szczerze, że jak usłyszałam, że Terry jest w magicznym szpitalu, to się przeraziłam. To, co wcześniej wiedziałam o magicznym leczeniu, było dosyć makabryczne, w szkole mieliśmy na przykład lekturę, w której chore dziecko wsadzili do pieca chlebowego, żeby z niego gorączka wyszła, i ono się tam usmażyło...
- Rodzice tak ją urządzili? - zainteresowała się Molly. - Czarodzieje?
- Nie, znachorka. A rodzice mugole.
- Albo to jest zmyślona historia, albo czarownica spartaczyła zaklęcie, albo, mogło być i tak, to była po prostu szarlatanka, mugolka podająca się za czarownicę. Mnóstwo mugoli przez to życie straciło. A przecież ja ile razy kładłam Rona do szabaśnika, jak był zaziębiony, i dobrze mu to robiło, tylko to trzeba umieć... U mugoli też się zdarza, że doktor kogoś zarżnie albo lekami otruje.
Coś w tym jest, pomyślała Margit. Jak się dobrze zastanowić, to u nas wcale nie jest lepiej niż tutaj.
Nawet się nie spostrzegła, jak zaczęła opowiadać Molly o swoich kłopotach z kolejnymi lekarzami.
- ...nie było łatwo. A potem jak się okazało, że jest ciąża, to mi ginekolog palnął „w pani sytuacji to najlepiej usunąć, na tym etapie to nie jest większy problem niż usunięcie zęba...”
- I co pani zrobiła?
- Usunęłam ginekologa.
- Na miłość Boską! Zabiła go pani?!
- Nie – zmieszała się Margit. - Dałam w pysk i zrezygnowałam z jego usług. Pani by zabiła?
- Nie, tak tylko pytam...

- O to wam chodziło? - spytała Molly, jak zwykle przy takich okazjach nie tracąc czasu na zbędne wstępy.
- A o co nam miało chodzić? - wzruszył ramionami Charlie. - Walczyli, obronili. Przy minimalnych stratach własnych. Wróg próbował zdobyć Hogwart i nie zdobył.
- Charlie, nie traktuj starej matki jak idiotki...
Charlie przewrócił oczami. Gdy Molly mówiła o sobie „stara matka”, wiadomo było, że dyskusja z nią ma jeszcze mniej sensu niż zazwyczaj.
- ...wiesz dobrze, o co mi chodzi. Widziałam tu chłopca, któremu zmiażdżyło obie nogi. Z mugolskiej rodziny. Wydrylowali go, mówią, że mu odtworzą kości i będzie dobrze. Będzie albo nie. Niech się okaże, że nie będzie mógł chodzić - co powiesz jego rodzicom? Że to są minimalne straty własne? Tylko – dodała szybko – błagam, nie mów mi, że to nie ty...
- Jeżeli jakimś ponurym cudem padnie na mnie, to powiem, że dla takich jak on nie było wyboru. To znaczy był. Między ryzykiem śmierci w walce a pewnością śmierci w rzezi. Myślisz, że jakby w tej chwili czarni trzymali zamek, to jutro rano jeszcze by tu żył jeden mugolak?

Londyn, Długa 20, Komenda Główna Straży Bezpieczeństwa Magicznej Anglii

Na piątym poziomie pod Komendą Główną Straży Bezpieczeństwa Magicznej Anglii nikt nie usłyszy twojego krzyku.
Na piątym poziomie pod Komendą Główną Straży Bezpieczeństwa Magicznej Anglii odbywają się przesłuchania ludzi, których wina nie budzi wątpliwości, prowadzone przez ludzi, którzy nie mają zwyczaju mieć wątpliwości.
Na piątym poziomie pod Komendą Główną Straży Bezpieczeństwa Magicznej Anglii zdobywa się informacje, które decydują o losach wojen.
- ...naszym zadaniem – notowało samopiszące pióro – była eliminacja szlam oraz dzieci zdrajców Czystej Krwi z Hogwartu. Dzięki nadzwyczajnej przezorności Czarnego Pana dysponowaliśmy zaklęciami pozwalającymi szybko odróżniać szlamy od czarodziejów pochodzenia magicznego lub częściowo magicznego.
Guy Siner zapalił siódmego papierosa, ostatkiem sił odsuwając od siebie myśl, że najwyższy czas rzucić jakieś ćwiczebne Tormento, by nie wyjść z wprawy.
- Kto konkretnie miał ich eliminować? - spytał.
- Czarny Pan w swojej niezgłębionej mądrości postanowił – ciągnął monotonny głos człowieka po maksymalnej dawce veritaserum - że dzieci zdrajców Czystej Krwi wyeliminuje w ramach inicjacji młodzież, która ma wstąpić w jego służbę, używając zaklęć torturujących. Szlamy natomiast mieli zlikwidować inni uczniowie będący czarodziejami czystej krwi.
- Czy nie wydaje ci się, że podejrzany przygotowuje próbę ucieczki? - spytał półgłosem Kevin Croaker.
Siner nie odpowiedział od razu.
- Jak zamierzaliście ich do tego skłonić? - spytał.
- Czarny Pan – wyjaśnił przesłuchiwany - w swojej niebywałej przebiegłości nakazał, byśmy każdemu czarodziejowi czystej krwi dali do wyboru, że przydzieloną mu szlamę albo on zabije szybko, albo my powoli...
- Tak, coś w tym jest – mruknął Siner, patrząc na stalowe obejmy mocujące ręce i nogi więźnia do fotela i na dwucalowej szerokości dwimerytową obrożę na jego szyi. - Chyba rzeczywiście mamy do czynienia z próbą ucieczki.

c.d.n.

¹ Kde domov můj, sł. František Škroup, muz. Josef Kajetán Tyl, hymn państwowy Republiki Czeskiej.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Magdalaena
Zielony
Posty: 12
Rejestracja: 25.08.07, 15:41
Lokalizacja: Warszawa

Re: Dom i świat

Postautor: Magdalaena » 18.10.07, 22:49

A ja już zupełnie straciłam nadzieję na aktualizację ...
Odcinek jak zwykle miły. Reakcje Lupina, Andrei etc. na tyle dziwaczne, że prawdopodobne. Subtena atmosfera heroizmu zagęszcza się ...
Mniam !
Magdalaena

Carole la Mari ad Mare

Re: Dom i świat

Postautor: Carole la Mari ad Mare » 23.02.09, 23:19

Ten fanfick będzie kontynuowany? ;]

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Dom i świat

Postautor: Arthur Weasley » 24.02.09, 10:10

Będzie. To znaczy będzie jeszcze jeden odcinek, ostatni.

edit
Na pewno wcześniej, niż na Mirriel, bo tam ten tekst, podobnie jak kiedyś Oswoić smoka, ukazuje się z opóźnieniem.
Następne opowiadanie jest w planie, ale to trudno będzie, bo nie podejmuję się napisać sensownego FF do VII tomu zachowując taki stopień kanoniczności jak tutaj i w poprzednich utworach.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Mary a nawet Rose

Re: Dom i świat

Postautor: Mary a nawet Rose » 17.07.09, 19:10

Ostatni odcinek? *chlip* Ja się tak nie bawię ja nie chce ostatniego ja chcę jeszcze dużo, dużo odcinków! Przecież to jeszcze nie koniec wojny a i szalenie jestem ciekawa jak Autor wybrnie z trójkąta Tonks - Remus - Andrea a i jakby jeszcze rozjaśnić nieco Apokryficzny wątek relacji Andrea - Severus... Tak, to może być ostatni odcinek tylko pod warunkiem że będą następne opowiadania ;)
Naprawdę to jest jeden z lepszych ficków jakie czytałam. Ośmielę się nawet powiedzieć iż Arthurowy opis wydarzeń jest o wiele bardziej zajmujący i o wiele lepiej napisany niż same książki Rowling! Tylko... kiedy ciąg dalszy? I gdzie? Bo widziałam coś i na Mirriel, ale dawno nie aktualizowane no i nie wiem gdzie się przyczaić...

Mary a nawet Rose

Re: Dom i świat

Postautor: Mary a nawet Rose » 17.07.09, 19:50

(o kurczę, nie spodziewałam się tak szybkiej odpowiedzi ^^)
Pal licho kanoniczność! Stwórz własny kanon, a czytelnikom i tak się spodoba ;) Byleby tekst był dalej utrzymany w podobnych klimatach! To ja się bardzo cieszę, przepraszam za offtop i to że nagle wyskakuje z odmętów internetu i idę się przyczaić w nadziei na kontynuację. Weny życzę!

Awatar użytkownika
Magdalaena
Zielony
Posty: 12
Rejestracja: 25.08.07, 15:41
Lokalizacja: Warszawa

Re: Dom i świat

Postautor: Magdalaena » 18.07.09, 09:39

Mary a nawet Rose @ 17.07.09, 20:50 pisze:(o kurczę, nie spodziewałam się tak szybkiej odpowiedzi ^^)
Sprawdź daty - wypowiedź Arthura jest z lutego. Ja od dwóch lat mam ustawiony powiadamiacz o nowych wypowiedziach w tym temacie i ciągle czekam na kontynuację.
Magdalaena

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Dom i świat

Postautor: Arthur Weasley » 24.04.10, 00:16

Nie skonstruowano jeszcze zmieniacza czasu, który pozwalałby w lutym odpowiedzieć na notkę z lipca tegoż roku. Natomiast istnieją skrypty umożliwiające dokonanie edycji notki lutowej w reakcji na notkę z lipca, co też istotnie uczyniłem.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

mkw98
Zielony
Posty: 1
Rejestracja: 02.07.12, 18:07

Re: Dom i świat

Postautor: mkw98 » 13.07.12, 14:23

Arthurze, niedawno przeczytałam z wielką przyjemnością wszystkie Twoje opowiadania. Na "Wigilii w Norze" miałam już okazję gościć kilka lat temu, a teraz odkryłam pozostałe fanfiki Twojego autorstwa.
Czy powstanie ostatni odcinek "Domu i świata"?


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron