Długa droga do domu

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Trainspotting
Zielony
Posty: 5
Rejestracja: 15.09.09, 22:27

Długa droga do domu

Postautor: Trainspotting » 16.09.09, 09:57

Ja tu już kiedyś byłem. Bardzo dawno temu. Ale to nieistotne. Istotne jest to, czy ktoś będzie zainteresowany przeczytaniem dalszego ciągu.

*********

Długa droga do domu

I.

Nad Londynem wisiały ciężkie, ołowiane chmury. Listopadowy deszcz siekł w okna samolotu, który od pół godziny krążył nad lotniskiem Heathrow, powodując narastającą irytację pasażerów, całkiem zrozumiałą po ośmiu godzinach lotu nad Atlantykiem. Nie bez znaczenia był też fakt, że na pokładzie skończyły się buteleczki z winem, whisky i piwem.

- Proszę państwa, mówi kapitan – zaskrzeczał głośnik – Otrzymaliśmy właśnie pozwolenie na lądowanie. Jak widać w starej, dobrej Anglii pogoda bez zmian. Na zewnątrz temperatura 48 stopni Fahrenheita, 9 Celsjusza. Nie muszę dodawać, że pada. Proszę zapiąć pasy i ustawić fotele w pozycji pionowej. Dziękujemy za skorzystanie z usług linii Delta.

Masywny Boeing 747 ciężko usiadł na lśniącym od deszczu pasie i powoli dotoczył się do rękawa. Do rękawa lotniskowego wysypał się tłum spieszących się biznesmenów, udręczonych matek z dziećmi i turystów z Kalifornii, którzy najwyraźniej nie przewidzieli, że na drugim końcu świata może być inna pogoda, niż w San Diego. Na samym końcu z samolotu wysiadł jasnowłosy, obcięty na jeża mężczyzna w skórzanej kurtce i z kilkudniowym zarostem. Niespiesznym krokiem opuścił rękaw i skierował się do odprawy celnej. Ze stoickim spokojem obserwował zmagania zażywnej pary ze Środkowego Wschodu, która urządzała awanturę obsłudze z powodu bagażu wysłanego, jak słyszało całe lotnisko i zapewne najbliższa okolica, do Tokio. Uśmiechnął się pod nosem na widok małej, czarnowłosej dziewczynki, która przepchnęła się między pozostałymi pasażerami i ignorując pokrzykiwania celnika popędziła do stojącego nieopodal automatu z napojami, drżącymi rękami wrzuciła kilka monet i po chwili z głośnym westchnieniem ulgi wzięła solidny łyk Coca-Coli. Po chwili z zadowolonym wyrazem twarzy przepchnęła się z powrotem do miejsca, w którym stali jej rodzice.

- No co, ostatnią puszkę wypiłam jeszcze w Nowym Jorku!

Amerykanie wszędzie będą Amerykanami. Jasnowłosy mężczyzna w końcu podszedł do okienka i wręczył swój paszport pulchnej kobiecie ufryzowaną na Bette Davis.

- Turystycznie, czy w interesach? – zapytała Bette Davis śpiewnym, walijskim akcentem.
- W interesach – odparł mężczyzna.
- Życzymy miłego pobytu w Londynie, panie Black.
- Dziękuję uprzejmie.

Odebrał paszport, bagaż i powoli skierował się w kierunku postoju taksówek. Przed samym wyjściem z Terminalu 4 lotniska Heathrow zawahał się i przez chwilę stał niepewnie, wpatrując się w zalaną deszczem ulicę po drugiej stronie szklanych drzwi.

- Będzie pan tak stał? – rozległ się zniecierpliwiony głos – Ludzie chcieliby wyjść…

Mężczyzna zamrugał oczami jak wybudzony ze snu. Nie odwracając się wyszedł na zewnątrz i niemal natychmiast pożałował, że jego prochowiec leży na samym dnie walizki. Oczywiście w zasięgu wzroku nie było żadnej taksówki. Mężczyzna zaklął cicho i dyskretnie strzepnął palcami w powietrzu. Tuż przed nim zmaterializowała się szara honda z bardzo zdziwionym wąsatym kierowcą. Mężczyzna zapakował walizę do bagażnika, otrzepał kurtkę z wody i wsiadł do środka.

- Dzień dobry panu – przywitał go wciąż oszołomiony kierowca – Dokąd?
- Róg Whitcomb Street i Orange.
- Służę.

Londyńczycy byli przyzwyczajeni do swojej firmowej pogody. Mimo zacinającego deszczu i przeszywającego zimna ulice były pełne ludzi pędzących za swoimi sprawami. Jasnowłosy mężczyzna patrzył na nich bez specjalnego zainteresowania. Taksówkarz początkowo próbował nawiązać konwersację, ale wkrótce zrezygnował i włączył radio.

- … powracamy do tematu ostatniej serii zniknięć w Surrey – zabrzmiał melodyjny głos spikera – Policja oficjalnie twierdzi, że schwytanie odpowiedzialnych jest jedynie kwestią czasu, jednakże nasz specjalny wysłannik Teddy Tonks zdołał uzyskać nieoficjalne informacje, z których wynika, że wymiar sprawiedliwości nie ma bladego pojęcia, kto stoi za uprowadzeniami…

Mężczyzna drgnął i mimowolnie zacisnął pięści. Taksówka powoli przedzierała się przez Northumberland Avenue do Trafalgar Square, gdzie utknęła na dobre w popołudniowym korku. Jasnowłosy zapłacił kierowcy i wysiadł na placu. Szybkim krokiem ruszył przed siebie, wlokąc ciężką walizkę po mokrym bruku. Skręcił w Orange Street i po kilkudziesięciu metrach wszedł do zepsutej budki telefonicznej. Pochylił się nad walizą i mruknął „Reducio”. Waliza natychmiast skurczyła się do rozmiarów pudełka zapałek. Mężczyzna schował ją do wewnętrznej kieszeni kurtki. Podniósł słuchawkę telefonu i wystukał 6642.

- William Black, służbowo do Biura Aurorów – powiedział mężczyzna do słuchawki.

Wnętrze budki skrzypnęło i powoli zjechało pod ziemię.

W Atrium Ministerstwa Magii roiło się od czarodziejów. Rząd kominków co chwilę rozbłyskał zielonymi płomieniami, z których wyłaniali się uwalani popiołem ludzie w szatach. Na środku Atrium stał olbrzymi, złoty posąg, przedstawiający parę czarodziejów w towarzystwie goblina, skrzata domowego i… hipogryfa? William Black podszedł bliżej. Tak, zdecydowanie był to hipogryf. W dodatku wyglądał znajomo. Przeniósł wzrok na figurę skrzata domowego i uniósł brwi ze zdziwienia. Po chwili jednak odwrócił się i z obojętną miną ruszył dalej. Kiedyś znał skrzata, który miał podobną twarz. To jednak było dawno temu. W innym życiu.

Winda z cichym stukotem zatrzymała się na drugim piętrze, a przesłodzony kobiecy głos oznajmił:

- Piętro drugie, Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów.

William Black opuścił windę. Pomału, jakby niepewnie podszedł do masywnych drzwi opatrzonych elegancką, czarną tabliczką, na której białymi literami napisano „Ministerstwo Magii. Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Biuro Aurorów”. Delikatnie pchnął drzwi, które natychmiast otworzyły się na pełną szerokość, ukazując przestronne pomieszczenie z przeszklonymi ścianami, kilkorgiem drzwi i dębowym biurkiem na środku. Za biurkiem siedziała lekko znudzona, młoda czarownica, wertując wymięty numer Transmutacji Codziennej. Na widok przybysza schowała gazetę pod blat i przybrała profesjonalną pozę. William Black prawie parsknął śmiechem. Być może udałoby się stworzyć jakąś atmosferę własnej ważności, gdyby nie sprana koszulka Fatalnych Jędz i czerwone pasemka we włosach.

- W czym mogę pomóc? – odezwała się grobowym tonem.

William Black sięgnął za pazuchę i wyciągnął niewielką, srebrną odznakę.

- Porucznik William Black, Wydział Zabójstw Amerykańskiego Departamentu Magii.

Czarownica bardzo starała się zachować zimny profesjonalizm i kamienną twarz. Nie wyszło jej.

- Bitamy w Wiurze Rawrorów, poruczniku Black – powiedziała bardzo szybko – Czym pożemy manu służyć?
- Chciałbym widzieć się z Dyrektorem Biura i jego Zastępcą. Nie, nie jestem umówiony – dodał, gdy pochyliła się nad pustą kartką, która natychmiast zaczęła zapełniać się nazwiskami – Jeśli jednak obaj są nieobecni, to chciałbym się umówić. Możliwie szybko.

Czarownica przez chwilę przyglądała mu się podejrzliwie. Zanim jednak zdążyła coś powiedzieć, drzwi po prawej otworzyły się i do recepcji wkroczył potężnie zbudowany, wysoki czarodziej o ogniście rudych włosach.

- Assie, czy w tym przeklętym Biurze została choć kropla kawy? – rudy Auror spostrzegł Williama Blacka, który lekko pobladł na jego widok – Ron Weasley, Zastępca Dyrektora. A pan to…?
- Porucznik William Black z Amerykańskiego Departamentu Magii – zaszczebiotała Assie – Pan porucznik chciał się z panem widzieć, Aurorze Weasley.
- Doprawdy? – Ron Weasley otaksował Williama Blacka spojrzeniem i uśmiechnął się – No cóż, akurat mam wolną chwilę, więc zapraszam do mojego Biura.
- Porucznik Black chciałby także zobaczyć się z Dyrektorem – wtrąciła usłużnie Assie.
- Ach tak? No cóż, nasz nieustraszony przywódca wymknął się pół godziny temu na obiad, a kiedy on idzie na obiad z żoną, to biada temu, kto mu przeszkodzi – Ron uśmiechnął się szelmowsko – Sądzę jednak, że pan Black nie zadawałby sobie trudu żeby przybyć do nas z drugiej strony sadzawki, gdyby to nie było pilne. Zgadza się? – spojrzał pytająco na porucznika Blacka, który skinął głową. Zastępca Dyrektora sięgnął po różdżkę i wymruczał „Expecto Patronum”. Srebrny wyżeł pomknął przez uchylone drzwi.

- Dyrektor Potter powinien zjawić się niebawem. Tymczasem zapraszam do mojego gabinetu, poruczniku. I Assie, na miłość boską, zorganizuj jakąś kawę, bo za chwilę będziesz miała tu stado Aurorów na głodzie kofeinowym!
- To jedna z najpilniej strzeżonych tajemnic Biura – powiedział Ron, prowadząc porucznika Blacka szerokim korytarzem – Nie trzeba na nas żadnych wymyślnych zaklęć. Wystarczy odciąć dopływ kawy na dwie godziny i wszystko się sypie.

Porucznik Black uśmiechnął się lekko, jednocześnie dyskretnie studiując postać potężnego Aurora. Ron Weasley przypominał sękaty dąb. Płomiennie rude włosy sięgały mu do ramion. Na lewej ręce miał imponującą, zbielałą bliznę.

Gabinet Zastępcy Dyrektora Biura Aurorów był prostokątnym, obszernym pomieszczeniem, które byłoby nawet gustowne, gdyby nie walające się wszędzie stare numery Proroka Codziennego, notatki służbowe i wszechobecne kubki po kawie. Ron zerknął przepraszająco na porucznika Blacka i machnął różdżką. Gazety, papiery i naczynia zbiły się w zwartą kulę i wypłynęły przez drzwi. Porucznik Black przyjrzał się zdjęciom na biurku Rona Weasleya. Największe z nich przedstawiało ładną dziewczynę z długimi, kręconymi włosami i nieco przemądrzałym wyrazem twarzy. Na ścianach wisiały oprawione wycinki z działu sportowego Proroka poświęcone drużynie Harpii z Holyhead, choć na ścianie za biurkiem widniało duże zdjęcie Armat z Chudley. Black uśmiechnął się. Nieciekawa sława Armat jako najgorszej ekipy w dziejach brytyjskiego quidditcha dotarła także za ocean.

- No dobrze – powiedział Ron, przysiadając na krawędzi biurka – Co pana do nas sprowadza, poruczniku? Przy okazji, może herbaty?

Black skinął głową. Ron wyjrzał przez drzwi.

- Rimski!

Do gabinetu wszedł chudy, ciemnowłosy chłopak w koszulce Zjednoczonych z Puddlemere.

- No?
- Zaparz dwie herbaty.
- Dlaczego ja?
- Bo jesteś najmłodszy, a ja jestem twoim przełożonym. Na jednej nodze!

Rimski skrzywił się, ale skinął głową i zniknął.

- Muszę w końcu zrobić z tym porządek – mruknął Ron – Ubierają się jak banda dzieciaków, jak nie Fatalne Jędze to Puddlemere, swoją drogą kto normalny kibicuje tym frajerom…

Po chwili Rimski wrócił z tacą i dwoma parującymi filiżankami herbaty. Ron wziął łyk i zrobił nieszczęśliwą minę.

- Królestwo za kubek kawy – westchnął – Ale do rzeczy. W czym możemy panu pomóc, poruczniku?
- Cóż, myślę, że jednak wolałbym zaczekać na Dyrektora. Bez urazy, Aurorze Weasley, ale to jest sprawa wagi, hm, międzynarodowej.

Ron zmrużył oczy, przypatrując się uważnie amerykańskiemu czarodziejowi. Było w nim coś bardzo znajomego, ale nie potrafił dokładnie określić co.

- Czy myśmy się już nie spotkali, panie Black?
- Na pewno nie w tym życiu – odparł enigmatycznie porucznik.
- Wierzy pan zatem w życie pozagrobowe?
- Ja w niewiele rzeczy wierzę, Aurorze Weasley. Natomiast widziałem to i owo.

Ron nie bardzo wiedział co na to odpowiedzieć, ale przed niezręczną ciszą ocalił go dźwięk kroków na korytarzu. Drzwi do gabinetu otwarły się z rozmachem i stanął w nich wysoki, szczupły mężczyzna z burzą czarnych włosów, przenikliwymi, zielonymi oczami i widoczną na czole blizną w kształcie błyskawicy.

- Ron, do cholery, ile razy prosiłem, żeby mi nie przeszkadzać, kiedy idę na obiad z Ginny? – odezwał się ze złością – Lepiej, żeby to było naprawdę pilne.
- Harry, przedstawiam ci porucznika Williama Blacka z Amerykańskiego Departamentu Magii – powiedział szybko Ron – Poruczniku, przedstawiam panu Harry’ego Pottera, Dyrektora Biura Aurorów.

Harry Potter uścisnął dłoń porucznika i przyjrzał mu się uważnie.

- Uprzedzając pytanie, Aurorze Potter, nie spotkaliśmy się wcześniej – powiedział z uśmiechem porucznik – W każdym razie nie w tym życiu.
- Pan porucznik jak się zdaje ma jakieś głębsze doświadczenia z życiem po życiu – wtrącił Ron.
- Zdziwiłby się pan, panie Weasley.
- Amerykański Departament Magii, mówi pan? Wydział Zabójstw o ile się nie mylę? – odezwał się Harry, wciąż przypatrując się twarzy porucznika.
- Zgadza się.
- Nie mówi mi, że o tym wiedziałeś – jęknął Ron.
- Ron, gdybyś czasem poczytał notatki służbowe, zamiast używać ich do wycierania kawy, którą tak obficie rozlewasz po całym biurku – i w konsekwencji w całym Biurze nie została nawet kropla – to mógłbyś się dowiedzieć kilku ciekawych rzeczy. Na przykład tego, o której masz być dzisiaj w domu, bo w przeciwnym razie twoja urocza żona uroczyście obiecuje urwać ci co trzeba. A głowę przede wszystkim.

Ron z wyrazem paniki na twarzy spojrzał w kierunku drzwi, przez które kilka minut wcześniej wypłynęły wszystkie papierzyska z jego gabinetu.

- O siódmej – poinformował go Harry – Żeby się przebrać i wyglądać jak człowiek na kolacji u twoich rodziców. Charlie w końcu ma nam przedstawić kobietę swojego życia.

Ron skrzywił się.

- Którą?
- Według ostatniej rachuby szóstą. Ale George twierdzi, że tym razem Charlie wpadł na poważnie.
- To samo mówił o Katie. O Annie też – mruknął Ron.

Porucznik Black uznał za stosowne odchrząknąć.

- Proszę wybaczyć, poruczniku – powiedział Harry z zakłopotaniem – Tak to jest, kiedy Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów zmienia się w rodzinny interes. No dobrze, o ile sobie przypominam, pańska wizyta dotyczy tej serii uprowadzeń w Surrey, zgadza się?
- Owszem, panie Potter.
- Od kiedy zajmujemy się porwaniami mugoli? – zapytał Ron, wypijając resztę herbaty.
- Od kiedy stoi za nimi czarodziej, panie Weasley – odparł porucznik – W dodatku obywatel amerykański na, powiedziałbym, gościnnych występach. Nasz Wydział ściga od półtora roku, ale zawsze jakimś cudem udaje mu się wymknąć. Niemniej jednak, panowie, zanim przejdziemy do szczegółów, chciałbym z wami o czymś porozmawiać. To, co powiem, nie może pod żadnym pozorem wyjść poza ten gabinet.

Ron bez słowa zeskoczył z biurka, zamknął drzwi i mruknął „Muffliato”, po czym wrócił na poprzednie miejsce. Porucznik Black odetchnął głęboko.

- Panowie, obaj macie przeczucie, że gdzieś mnie już widzieliście. Powiedziałem wam, że nie spotkaliśmy się nigdy w tym życiu. To nie znaczy jednak, że nie spotkaliśmy się w ogóle.

Obaj Aurorzy spojrzeli na siebie pytająco.

- Byłem wtedy kimś innym – powiedział porucznik Black.
- Gumochłonem? – rzucił kpiąco Ron.
- Raczej sklątką tylnowybuchową. Metaforycznie rzecz ujmując oczywiście.
- No więc?

Porucznik Black wytrzymał badawcze spojrzenie Harry’ego.

- Panowie, z przyczyn nie do końca zależnych ode mnie nie mogę powiedzieć wam wprost. Moja poprzednia tożsamość chroniona jest bardzo silnym Zaklęciem Fideliusa.
- Pan żartuje?
- Obawiam się, że nie, Aurorze Weasley. Proszę mi wierzyć, że wolałbym załatwić to od razu i zająć się śledztwem.
- Dlaczego pańska dawna tożsamość jest tak istotna? – zapytał Harry i prawie niezauważalnie mrugnął do Rona, który dyskretnie przesunął się bliżej drzwi. Porucznik Black znajdował się teraz dokładnie pomiędzy dwoma Aurorami.
- Dlatego, że będziemy razem pracować, być może przez dłuższy czas – odparł porucznik, zawieszając wzrok na ścianie – Prędzej czy później zorientujecie się, z kim macie do czynienia i nie spodoba wam się to. Uznałem, że lepiej będzie uporać się z tym na początku.

Wszyscy trzej milczeli przez chwilę. W końcu Ron oparł się o ścianę i założył ręce na piersi.

- Czyli mamy bawić się w kalambury?
- Jeśli tak chce pan to nazwać.
- Dobra… Podsumujmy: obaj skądś pana znamy, ale nie możemy sobie przypomnieć skąd. Pan twierdzi, że nie może nam powiedzieć przez Zaklęcie Fideliusa. Zakładam, że legilimencja na nic się nam nie przyda? – spojrzał pytająco na Harry’ego, który pokręcił głową.
- Jeśli tożsamość pana porucznika faktycznie jest chroniona Fideliusem, to niczego nie zobaczymy.
- Idźmy dalej. Twierdzi pan, że w końcu połapiemy się, kim pan jest i nie będziemy zachwyceni. Wnioskuję, że w pańskim poprzednim życiu nie byliśmy przyjaciółmi?
- Zgadza się.
- W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo się nie znosiliśmy?
- Jedenaście.
- To zawęża pole poszukiwań – mruknął Ron po chwili.
- Nie do końca – odparł Harry – O ile pamiętam, to w życiu tak serdecznie nienawidziliśmy kilku osób. I wszystkie nie żyją.

Porucznik Black uśmiechnął się enigmatycznie.

- No dobrze, co jeszcze może nam pan powiedzieć?
- Ślimaki, hipogryf, fretka, naszyjnik – odparł porucznik.
- Proszę?
- Ślimaki…
- To już słyszeliśmy – przerwał Harry – Bawi się pan w wyliczanki?

Ron milczał, wpatrując się intensywnie w oczy porucznika. Nagle zbladł.

- Niemożliwe… - wymamrotał – Harry, czy to jest…

Harry podążył za jego wzrokiem. Ślimaki. Hipogryf. Fretka… Harry wzdrygnął się.

- To niemożliwe – powiedział po chwili – On nie żyje od dwunastu lat. Osobiście byłem na jego pogrzebie. W co pan gra, „poruczniku”?

Black zanotował podejrzliwy ton, z jakim Harry Potter wypowiedział jego stopień służbowy.

- Oficjalnie uznany za zmarłego – odparł – Ale czy kiedyś znaleziono ciało?

W gabinecie zapadła ciężka cisza. Ron zamrugał oczami, wpatrując się w twarz człowieka, który według dwudziestu wiarygodnych świadków zginął w nieszczęśliwym wypadku na miotle. Harry przypatrywał się Blackowi spod przymrużonych oczu.

- Proszę mi zadać pytanie, Aurorze Potter – powiedział po chwili porucznik – Wie pan, jakiego rodzaju.

Harry zastanawiał się przez chwilę.

- Co chciałeś kupić u Borgina i Burkesa, kiedy miałeś dwanaście lat?
- Rękę Glorii – odparł bez namysłu porucznik Black – A mój ojciec, niech go piekło pochłonie, tamtego dnia podrzucił pamiętnik Toma Riddle’a twojej siostrze, Ron. Pamiętasz?

Ron zbladł i odruchowo sięgnął po różdżkę. Harry przytrzymał jego rękę.

- Jeśli będziemy musieli go zabić, obiecuję, że będziesz pierwszy w kolejce – mruknął, patrząc prosto w oczy porucznika – Na razie jednak musimy odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: jak to się stało, że arogancki dupek i niedokończony śmierciożerca, na którego pogrzebie byliśmy obaj, siedzi dzisiaj przed nami jako porucznik Wydziału Zabójstw Amerykańskiego Departamentu Magii? Coś ty wywinął, Draco?
- Umarłem – odparł cicho jasnowłosy mężczyzna w skórzanej kurtce, który w innym życiu był Draconem Malfoyem.

Trainspotting
Zielony
Posty: 5
Rejestracja: 15.09.09, 22:27

Re: Długa droga do domu

Postautor: Trainspotting » 18.09.09, 17:26

Widzę, że Twój.net chyba jednak ostatecznie umarł... Zainteresowanych dalszym ciągiem tej historii zapraszam na Forum Mirriel. Ten sam tytuł, ten sam nick autora.

Arthur niezalogowany

Re: Długa droga do domu

Postautor: Arthur niezalogowany » 18.09.09, 21:14

Nic nie umarło, tylko np. niektórzy mają dzieci itp. zjawiska.

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Długa droga do domu

Postautor: Minerwa » 21.09.09, 19:12

Prawda! Mają.

A ja się cieszę, że Trainspotting znowu chwycił za pióro. I oczekuję dalszego ciągu, tu, na TN, ponieważ opowiadanie bardzo dobrze się zapowiada. Chwyt z ukrywaną tożsamością Malfoya piękny, powiało starym, dobrym filmem sensacyjnym, z czasów kiedy jeszcze liczył się scenariusz i nie musiano jego braku nadrabiać hektolitrami krwi i tuzinami latających w powietrzu odciętych członków, głównie męskich, że tak strawestuję Ewę Białołęcką.

Tak czy owak, jestem zainteresowana dlaszym ciągiem tej historii. Bo jest dobrze - nie wraca się zza grobu w celu wytropienia, kto wpuścił klozetudesa do urządzeń sanitarnych magicznej izby wytrzeźwień. Czuje się, że wisi w powietrzu gruba afera i jak pieprznie... ale nie uprzedzajmy wypadków.

Mam wrażenie, że Autor czyta HP po angielsku. I czasami też "po angielsku" pisze... Auror to nazwa zawodu, tak samo jak policjant czy szewc - w języku polskim nie ma potrzeby pisać tej nazwy dużą literą. Podobna angielszczyzna zgrzyta mi w dialogach. Po polsku nie mówi się "aurorze Weasley", tak, jak nie mówi się "policjancie Kowalski". Przydałaby się beta-pies tropiący do wyłapywania anglicyzmów.
Kolokwializmy w dialogach są jak najbardziej w porządku - wypadałoby jednak unikać ich w narracji. Jeden bohater mógłby opisać drugiego jako "obciętego na jeża", u obiektywnego narratora brzmi to niezręcznie.

Ale to są drobiazgi. Opowiadanie zapowiada się bardzo ciekawie. Jeśli Autor po wstępnym trzęsieniu ziemi zafunduje nam dalszy wzrost napięcia kontynuując chwalebne tradycje Mithlammotha i Hagrida Trzy Plomby, będziemy mieli świetną lekturę.

Trainspotting
Zielony
Posty: 5
Rejestracja: 15.09.09, 22:27

Re: Długa droga do domu

Postautor: Trainspotting » 23.09.09, 20:07

Od autora: Autor jest z zawodu dyrektorem... znaczy, tłumaczem jest i czasem angielszczyzna może przebijać. Akurat w ww. przypadkach jest to działanie celowe (Auror jako coś w rodzaju stopnia służbowego. A że z dużej litery... Tak się napisało i tak zostało). Tak czy owak życzę przyjemnej lektury.

II.

Atmosfera w gabinecie Zastępcy Dyrektora przypominała ołów. Harry i Ron w milczeniu wpatrywali się w człowieka, który wrócił zza grobu. Dosłownie.

- Draco… - zaczął Ron.
- Draco Malfoy nie żyje – przerwał mu porucznik Black – Nazywam się William.
- No dobrze… William. Skłamałbym mówiąc, że cieszę się na twój widok, ale skoro już tu jesteś, to chyba powinieneś nam to i owo wyjaśnić. Na przykład, dlaczego sfingowałeś własną śmierć, skąd się wziąłeś w Stanach Zjednoczonych i jak zostałeś funkcjonariuszem Wydziału Zabójstw. Nie jestem biegły w strukturze Amerykańskiego Departamentu Magii, ale wiem, że to jest dość elitarna jednostka.
- Bardzo elitarna – mruknął Harry..

William Black milczał przez chwilę, studiując fotografie na biurku Rona. Obaj Aurorzy nie spuszczali z niego wzroku.

- Z góry uprzedzam, że to dość długa historia – powiedział w końcu chrapliwym głosem.
- Mamy czas – odparł Harry.
- Czy Auror Weasley nie powinien przypadkiem być o siódmej w domu pod groźbą utraty witalnych części ciała?

Ron prychnął.

- Zdecydowanie nie jesteś Draconem Malfoyem. Draco Malfoy miał jeszcze mniej poczucia humoru niż mój brat Percy.
- Uznam to za komplement.
- Zanim przejdziemy do wyjaśniania, kim właściwie teraz jesteś i skąd się tu wziąłeś, jedno pytanie – wtrącił Harry.
- Tak?
- Dlaczego William Black?

Porucznik przez chwilę wyglądał, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał.

- Jak mówiłem, to długa historia. Równie dobrze mogę zacząć od tego. Po mojej… śmierci ze zrozumiałych względów musiałem porzucić swoje nazwisko. Przyjąłem panieńskie mojej matki. Tu w Anglii każdy czarodziej zna ród Blacków, ale w Stanach to tylko nazwisko jak każde inne. A co do imienia, to nie chciałbym wybiegać za bardzo naprzód. Być może moja historia nie należy do najbardziej pasjonujących opowieści, jakie słyszeliście, niemniej jednak pewnych reguł wypada przestrzegać.

- Niech ci będzie – odparł Harry – A teraz powiedz nam, co się właściwie wydarzyło dwanaście lat temu.

William Black westchnął.

- Mój przeklęty ojciec wyszedł z Azkabanu. I nie był zachwycony tym, co zastał. Po rodowej fortunie zostały wspomnienia, matka wydała większość na wyciągnięcie go z więzienia. Poza tym był zdegustowany światem jako takim. Zdrajca Shacklebolt Ministrem Magii? Niedorajda Weasley Dyrektorem Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów? Ten przeklęty smarkacz Potter żyje? Po kilku tygodniach stwierdził, że wszystko ostatecznie zeszło na psy. A jego obowiązkiem jest wobec tego zaprowadzić porządek. Zaczął kontaktować się ze śmierciożercami, którzy wciąż byli na wolności. Nie było ich wielu, ale każdy był równie opętany. Ja pracowałem wtedy w Departamencie Transportu Magicznego…

- Pamiętam – przerwał Ron – W Nadzorze Miotlarskim. Liczyłeś witki.

Porucznik zaśmiał się gorzko.

- Byłem na samym dole. Nawet sprzątaczka była moją przełożoną. Ale jednak pracowałem w Ministerstwie Magii. Mój ojciec ubzdurał sobie, że dzięki temu znakomicie nadam się na szpiega. Nie był zachwycony, kiedy mu odmówiłem.

Przerwał na chwilę i wziął łyk zimnej już herbaty.

- Nazwał mnie zdrajcą krwi, niewdzięcznym gówniarzem i jeszcze kilkoma innymi soczystymi epitetami, których pozwolę sobie nie przytaczać. Nie przejąłem się tym specjalnie, ojciec wciąż nie miał własnej różdżki, a z jakiegoś powodu różdżka matki nigdy go nie słuchała. Problem zaczął się w momencie, gdy ojciec uznał, że skoro nie jestem z nim, to jestem przeciw niemu. Nie wiem dokładnie, co planował, ale zdaje się, że zamierzał uczynić z mojej śmierci coś w rodzaju demonstracji. Chyba miał nadzieję, że to przyciągnie do niego więcej zwolenników.

- Przecież to kompletny obłęd – powiedział Ron, marszcząc brwi.
- Owszem. Azkaban wyssał z niego tę resztkę normalności, jaka mu została po Voldemorcie.

Voldemort. Harry zwrócił uwagę, że William Black, bądź co bądź były śmierciożerca, nie nazwał Toma Riddle’a „Czarnym Panem”. To był dobry znak.

- W każdym razie zorientowałem się, co się dzieje. Stwierdziłem, że go uprzedzę. Nie miałem zbyt wiele czasu na przygotowania, ale jakoś udało mi się nabrać nie tylko ojca, ale nawet matkę na tragiczny wypadek na miotle.
- Dlaczego nie wtajemniczyłeś matki? – zapytał Ron.
- Narcyza Malfoy mogła wyprzeć się Voldemorta, ale nie potrafiła wyprzeć się mojego ojca. Przez pięć lat wytrwale walczyła o jego uwolnienie, a kiedy wrócił, kompletnie straciła głowę. Widziała tylko jego. Paradoks, nieprawdaż? Przyznam, że sam do końca tego nie rozumiem i szczerze mówiąc przestałem próbować.
- Co było dalej?
- Uciekłem. Przez Francję do Ameryki.
- Dlaczego właśnie tam?

Porucznik uśmiechnął się.

- Bo to duży kraj. Łatwo pozostać anonimowym. Zwłaszcza, kiedy się żyje wśród mugoli.

Harry był pewien, że się przesłyszał. Wyraz twarzy Rona powiedział mu, że jego Zastępca podziela to wrażenie.

- Czy ja przed chwilą usłyszałem to, co usłyszałem? – odezwał się Ron – Draco Malfoy żył w świecie mugoli?

Mięsień na twarzy porucznika drgnął wyraźnie.

- Byłbym wdzięczny, gdybyście jednak nie wypowiadali tego imienia. Ono należało do człowieka, który umarł dawno temu.
- Oficjalnie – mruknął Ron.
- Nie ufa mi pan, Aurorze Weasley.
- Dziwisz się?
- Bynajmniej. Byłbym raczej rozczarowany, gdyby było inaczej.
- Proponuję kwestię wzajemnego zaufania odłożyć do końca tej historii – przerwał Harry – Co się działo potem?
- Potem… No cóż, żyłem po swojemu. Uciekając z Anglii zabrałem ze sobą sporo pieniędzy, więc mogłem sobie pozwolić na trochę szaleństw.
- Na przykład?
- Na przykład najdroższy hotel na 55. Alei w Nowym Jorku. To taka amerykańska Pokątna, tylko dużo droższa. Tequila po 100 dolarów za butelkę. Nocne wyścigi na miotłach przez centrum miasta…
- Niech zgadnę, złapali cię?
- Przysłowie mówi, że Nowy Jork nigdy nie śpi. Sporo w tym prawdy. To była chyba czwarta nad ranem, ścigaliśmy się nad Central Parkiem a widziało nas co najmniej dwudziestu mugoli. Amnezjatorzy z Departamentu Magii pracowali nad tym przez trzy dni. Moi towarzysze ulotnili się w sobie tylko znany sposób. A ja trafiłem przed sąd.
- Jako kto? – zapytał Harry – Bo zakładam, że nie jako Dra… Nie pod swoim dawnym imieniem?
- Powiedziałem, że nazywam się Vincent Parkinson.

Obaj Aurorzy zachichotali.

- Sędziego za bardzo to nie interesowało, podejrzewam, że przeszedłby też Ezekiel Munchhäusen. Cała rozprawa trwała może pół godziny. Dostałem dwa lata zakazu praktykowania magii. Skonfiskowali mi różdżkę, zajęli większość pieniędzy na poczet strat i pokazali drzwi.

Ron gwizdnął.

- Dwuletni zakaz za pijacki wybryk na miotle?
- Amerykanie się nie patyczkują. Traktują Dekret o Tajności o wiele poważniej niż my – powiedział Harry – O ile pamiętam, w Stanach czarodziejom wolno się ujawnić tylko krewnym pierwszego stopnia. Czytałem, że w niektórych stanach łatwiej jest hodować smoka w przydomowym ogródku, niż dostać zezwolenie na ujawnienie się przed własną żoną lub mężem, jeśli jest mugolem.
- Paranoja.
- Nie do końca – powiedział porucznik Black – Obsesja na punkcie tajności u amerykańskich czarodziejów ma swoje uzasadnione przyczyny. Amerykanie to dziwny naród. Ich sportem narodowym jest doszukiwanie się wszędzie spisków i obwinianie rządu o „ukrywanie prawdy”. Bardzo łatwo wzbudzić ich podejrzenia, co więcej, gdy tylko zauważą coś… nietypowego, natychmiast rozgłaszają to całemu światu. O istnieniu społeczności czarodziejów wiedzą tylko dwie osoby – prezydent i zastępca sekretarza stanu. Na obu zawsze rzuca się bardzo skomplikowane Zaklęcie Fideliusa.

- Takie, jak rzucono na ciebie?

William Black zagapił się na Harry’ego, który przyglądał mu się badawczo.

- Silniejsze – odpowiedział po chwili – Ale podobne.
- Zakładam, że opowiesz nam i o tym?
- Wszystko w swoim czasie.

Harry uśmiechnął się pod nosem. W nieco protekcjonalnym tonie porucznika wyczuł pozostałości po jego dawnym życiu. A to oznaczało, że porucznik William Black, dawniej znany jako Draco Malfoy, nie potrafi się całkowicie kontrolować. Kolejny dobry znak.

- Czyli znalazłeś się na ulicy, bez różdżki, pieniędzy i, jak przypuszczam, zielonego pojęcia, co dalej? – zapytał Ron.
- Mniej więcej.
- Co zrobiłeś?

Porucznik nie odpowiedział. Zamiast tego znowu zaczął się wpatrywać w zdjęcie na biurku Rona. Obaj Aurorzy taktownie milczeli. W końcu porucznik przejechał ręką po twarzy i westchnął.

- Zostałem mugolem. Wołali na mnie Black. Po prostu. Przez jakiś czas… kręciłem się tu i tam bez wyraźnego celu.

Coś jego głosie powiedziało Harry’emu, żeby rzucić ostrzegawcze spojrzenie Ronowi, który już zbierał się do zasypania Williama Blacka gradem pytań. Prawdopodobnie nie było to najrozsądniejsze posunięcie, ale porucznik wyraźnie chciał pominąć ten epizod milczeniem. Harry postanowił mu na to pozwolić. Na razie.

- W końcu opuściłem Nowy Jork – podjął porucznik po dłuższej chwili – Zbiegiem okoliczności trafiłem do pewnej zapomnianej mieściny w Maine. Byłem bez grosza przy duszy, ale przynajmniej czułem się trochę pewniej jako mugol. Pierwszej nocy przysnąłem w miejskiej altance. Oczywiście zgarnął mnie szeryf…
- Przyciągasz wymiar sprawiedliwości jak magnes – skomentował Ron.

Porucznik roześmiał się niewesoło.

- Można tak powiedzieć. W każdym razie szeryf był porządnym człowiekiem. Zamknął mnie w celi, ale przynajmniej dostałem ciepły koc, kubek herbaty i najlepszą zupę gulaszową, jaką jadłem w życiu. Rano zapytał mnie, czy mam się gdzie podziać. Odpowiedziałem, że na razie się rozglądam. Oczywiście nie uwierzył i powiedział, że tymczasem mogę pomieszkać na komisariacie. Dostałem całkiem wygodną kanapę. A po kilku dniach z nudów zacząłem pomagać szeryfowi i jego zastępcy. Trochę sprzątałem, holowałem do celi pijanych miejscowych, zresztą zawsze tych samych, porządkowałem dokumenty, parzyłem kawę…
- Jakoś trudno mi sobie to wyobrazić – stwierdził Ron.
- Sam się dziwiłem. Ale po paru tygodniach szeryf zawołał mnie do swojego gabinetu. Kazał mi usiąść, a potem… Potem wywrócił moje życie do góry nogami.
- To znaczy?
- Kazał mi usiąść i zapytał, czy nie chciałbym zostać jego drugim zastępcą, bo Donny, pierwszy zastępca, przestał z nim rozmawiać o futbolu i rybach, a zaczął o pogodzie. A to według szeryfa oznaczało, że się starzeje i pewnie wkrótce przejdzie na emeryturę. Nie pytajcie – dodał, widząc zdziwione miny Rona i Harry’ego.
- Zgodziłeś się?
- Najpierw zapytałem, czy mówi poważnie. I wtedy… Wtedy szeryf spojrzał mi w oczy i powiedział: „Widzę, żeś się trochę pogubił w życiu, Black, ale dobry z ciebie chłopak. Szkoda by było, żebyś się zmarnował.” Do końca życia nie zapomnę tych słów. „Dobry z ciebie chłopak”! Rozumiecie? Ten cholerny mugol nazwał mnie dobrym człowiekiem. Mnie! Może to śmieszne, ale…
- Ja nie widzę w tym nic śmiesznego – przerwał mu Ron. – Natomiast widzę, że to był mądry mugol.
- Najmądrzejszy człowiek jakiego spotkałem – powiedział cicho porucznik. – Ale powiedział mi coś jeszcze. Powiedział, że przypominam mu syna, który pojechał na wschód na cudzą wojnę i zginął. Nazywał się Will. William.

Porucznik zamilkł i wbił wzrok w ścianę. Harry i Ron cierpliwie milczeli.

- Zostałem drugim zastępcą – powiedział w końcu porucznik z wyraźnym wysiłkiem. – Donny rzeczywiście odszedł na emeryturę po kilku miesiącach. Polubiłem to miejsce, polubiłem nawet swoją pracę. Zostałem tam, kiedy po dwóch latach zdjęli ze mnie zakaz i oddali różdżkę. Zacząłem pracować z szeryfem okręgowym przy trudniejszych sprawach. W naszej zapadłej dziurze wydarzeniem tygodnia było, jak ktoś wjechał samochodem w hydrant, ale w większych miastach nie było już tak sielsko. Wyspecjalizowałem się w morderstwach. Oczywiście pomagałem sobie magią, ale szeryf twierdził, że mam wrodzony instynkt. Cóż, przynajmniej na tyle się przydała moja kariera śmierciożercy – zaśmiał się z goryczą. – Byłem na tyle dobry, że zwróciłem na siebie uwagę kilku osób z centrali. Jak się okazało, funkcjonariuszy Departamentu Magii pod przykrywką. Któregoś dnia po prostu pojawili się u mnie w domu i zaproponowali mi przejście do czarodziejskiego wymiaru sprawiedliwości, czyli oficjalnie do Wydziału Przestępczości Zorganizowanej policji stanowej. Wahałem się, ale szeryf stwierdził, żebym się nie wygłupiał, bo taka szansa już się raczej nie powtórzy. W końcu się zgodziłem. Przenieśli mnie do Portland. Wtedy już posługiwałem się imieniem Williama Blacka, ale oczywiście wiedzieli, kim jestem. A zwłaszcza kim byłem. Okazuje się, że łatwiej nabrać własną rodzinę, niż Amerykański Departament Magii.
- I mimo to cię przyjęli?
- Mimo to. Powiedzieli mi, że Ameryka jest krajem dla ludzi, którzy szukają drugiej szansy i tak dalej. Musiałem opowiedzieć im ze szczegółami cały swój życiorys, potem przeorali mnie jeszcze legilimencją. Ze względów… bezpieczeństwa musieli obłożyć moją dawną tożsamość Zaklęciem Fideliusa. Piekielnie silnym i skomplikowanym. W dużym skrócie, nie mogłem nikomu zdradzić, kim jestem. Jeśli ktoś mnie wcześniej znał, będzie miał wrażenie, że gdzieś mnie wcześniej widział, ale nie zdoła sobie przypomnieć, gdzie.

Harry między słowami porucznika wyczytał kolejne niedomówienie. Spojrzał na Rona, który wzruszył ramionami.

- My cię rozpoznaliśmy.
- Owszem, ale tylko dlatego, że dla was dwóch Zaklęcie zostało… poluzowane.
- Dlaczego?
- Nie domyśla się pan, Aurorze Potter?

Harry przez chwilę patrzył w oczy porucznika.

- Nie przyjechałeś tu tylko po to, żeby złapać tego porywacza.
- Nie.

Harry westchnął.

- Nie mogę panu niczego obiecać, poruczniku Black.
- Wiem.
- Wielu rzeczy nam nie powiedziałeś. Na pewno masz swoje powody, żeby ukryć to i owo, ale od niektórych pytań nie uciekniesz.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Już mówiłem, że nie oczekuję od was, żebyście od razu mi zaufali.
- I słusznie. Dobry Auror ufa tylko drugiemu Aurorowi, własnej różdżce i żonie. Chociaż to ostatnie nie jest żelazną regułą – powiedział Ron.
- Z twojego punktu widzenia ważniejsze jest co innego, Williamie Black – Harry uśmiechnął się nie bez pewnej złośliwości. – Jeśli naprawdę chcesz uzyskać to, czego szukasz, to ty będziesz musiał zaufać nam.

***

Trainspotting
Zielony
Posty: 5
Rejestracja: 15.09.09, 22:27

Re: Długa droga do domu

Postautor: Trainspotting » 20.10.09, 09:30

III.

Przestało padać. Porucznik William Black stał na balkonie, wpatrując się intensywnie w pomiętą, prostokątną paczkę, którą trzymał w lewej dłoni. W końcu pstryknął lekko palcami w denko i wyciągnął papierosa. Przez chwilę obracał go w palcach.

Uwielbiał newporty. I nienawidził ich całym sercem. Próbował przerzucić się na inną markę, na chwilę nawet rzucił palenie, ale prędzej czy później zawsze wracał do newportów. Czasami zadawał sobie głośno pytanie, za co właściwie tak bardzo nienawidzi tej czerwono-białej paczki. Paczka nie była niczemu winna. Po prostu znalazła się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie i w rękach niewłaściwego człowieka.

Zaciągnął się, starając się odpędzić wspomnienie. Oparł się o balustradę i spojrzał w dół na wieczorny korek, przesuwający się żółwim tempem po Pall Mall i światła w ogrodach St. James’ Square. Mniejsza o newporty. Przede wszystkim musiał zająć się tym przeklętym porywaczem. A w tym celu też musiał zmierzyć się z przeszłością.

Weasley traktował go podejrzliwie. Porucznik Black nie oczekiwał niczego innego, choć prawdę mówiąc był raczej zaskoczony. Ron Weasley, którego pamiętał, był impulsywny i nie grzeszył błyskotliwością. Być może w końcu dorósł, choć porucznik podejrzewał raczej wpływ żony. Skrzywił się lekko i poczuł coś na kształt współczucia. Hermiona Granger w wieku siedemnastu lat była zarozumiała i działała mu na nerwy. Wolał nie myśleć, jaka mogła być teraz.

Jednak to nie Weasley go martwił. Prawdziwym problemem był Potter. Cholerny Harry Potter, który czytał w nim jak w otwartej książce.


***

- Co ty na to? – zapytał Ron, gdy Harry przerwał krępujące milczenie, stwierdzając, że na dziś usłyszał dostatecznie dużo. Porucznik Black pożegnał się ze słabo skrywaną ulgą.
- Interesujące.
- Interesujące? Harry, facet, którego przez dwanaście lat uważaliśmy za umarłego, nagle wraca i oznajmia nam, że doznał objawienia i teraz jest kimś innym!
- Dlatego właśnie mówię, że to interesujące.
- Ktoś ci już mówił, że z wiekiem coraz bardziej zmieniasz się w Dumbledore’a?
- Uznam to za komplement.
- Harry, proszę cię…
- Ron, jestem tak samo zaskoczony jak ty, ale staram się to jakoś logicznie ułożyć. Co wiemy? Draco Malfoy sfingował własną śmierć, uciekł do Ameryki, tam go aresztowali i na dwa lata skonfiskowali różdżkę. Wyrzekł się swojego imienia i nazwiska, żył wśród mugoli, wstąpił do policji, a w końcu trafił do Departamentu Magii. Tyle. Znacznie ciekawsze jest jednak to, czego nam nie powiedział.
- Na przykład?
- Na przykład to Zaklęcie Fideliusa. Względy bezpieczeństwa? Bez żartów. Tam musiało chodzić o coś więcej. Najbardziej jednak chciałbym wiedzieć, co dokładnie porabiał nasz przyjaciel w Nowym Jorku po wyroku. Zauważyłeś, że jakoś niechętnie o tym wspomniał?
- Zauważyłem. Podejrzewam, że raczej nie sprzedawał precli.
- Otóż to. Porucznik Black twierdzi, że Draco Malfoy umarł. Teoretycznie wszystko się zgadza, bo Draco Abraxas Malfoy oficjalnie zginął po upadku z miotły dwanaście lat temu. Wydaje mi się jednak, że chodziło mu o coś innego. Coś musiało się wydarzyć, kiedy został mugolem. Coś, co skłoniło go do ucieczki z Nowego Jorku nad Atlantyk. I popchnęło go do wstąpienia do mugolskiej policji. Bo nie wierzę, że zrobił to z nudów.
- I dlaczego wrócił – mruknął Ron – Dlaczego się przed nami ujawnił? Czego on szuka, Harry?

Dyrektor Biura Aurorów milczał przez chwilę, ważąc słowa.

- Odkupienia – odparł w końcu.
- Za grzechy przeszłości?
- Tak i nie. Nie sądzę, żeby chodziło mu o oczyszczenie nazwiska. Wydaje mi się, że nie chce mieć nic wspólnego ze swoim dawnym życiem. Raczej próbuje naprawić coś, co zrobił… albo czego nie zrobił w Ameryce. I zdaje się, że mamy mu w tym pomóc.
- Uhm. Nie wykluczamy żadnej możliwości?
- Żadnej. Na razie pozwolimy mu grać swoją partię, ale będziemy go uważnie obserwować. Rozmawiał z nami … ile, półtorej godziny? A przynajmniej dwa razy spod maski porucznika Blacka wyjrzał Draco Malfoy. Przyciśniemy go w odpowiednim momencie i wszystkiego się dowiemy.
- Brawo. Jestem z ciebie dumny, Harry.
- Dzięk… Zaraz, co?
- Zaczynasz myśleć strategicznie. Jak szachista. Może wreszcie przestaniesz tak sromotnie ze mną przegrywać.
- Ha, ha. Popracuj jeszcze nad dowcipami, bo wychodzą ci ciężkawe.
- Co ja poradzę, biorę przykład z ciebie. Która godzina?
- Siódma za dwadzieścia.

Ron zerwał się jak oparzony.

- Jasna cholera! Lecę! Spotkamy się w Norze! – złapał płaszcz i wyfrunął na korytarz.

Harry uśmiechnął się i spojrzał na fotel, w którym siedział porucznik Black. Porucznik Black? Zabawne, jak szybko przestał myśleć o nim jak o Draconie Malfoyu. Co tam się stało, panie poruczniku? Co takiego musiało się wydarzyć, żeby zmusić cię do powrotu?

Zerknął na zegarek i zachichotał pod nosem. Było dziesięć po szóstej. No cóż, Hermiona na pewno się ucieszy. Wyszedł z gabinetu Rona, pomachał Seamusowi Finneganowi, który jak zwykle ślęczał nad raportami ze szkoleń rekrutów, pożegnał się z przysypiającą już Assie i ruszył w kierunku wejścia dla gości. Rzadko korzystał z sieci Fiuu, teleportował się tylko w sytuacjach kryzysowych. Jego upodobanie do chodzenia i korzystania z mugolskiej komunikacji stanowiło niewyczerpane źródło dowcipów w Biurze. Postawił kołnierz i wyszedł na Orange Street. Wieczorne światła odbijały się w kałużach i oknach. Ruszył przed siebie do skrzyżowania z Charing Cross Road. W Dziurawym Kotle jak zwykle o tej porze w piątki było gwarno. Odpowiadając na pozdrowienia przecisnął się na zaplecze. Wyciągnął różdżkę i wyćwiczonym latami ruchem uderzył w odpowiednie cegły w ścianie na podwórku.

Niespiesznym krokiem ruszył ulicą Pokątną, wtapiając się w czarodziejski tłum. Lata treningu zrobiły swoje – Harry Potter, Chłopiec, Który Przeżył, Wybraniec, Wybawca (ten tytuł zawsze najbardziej go irytował) potrafił stać się twarzą w tle. Spojrzenia ludzi prześlizgiwały się po nim z równym zainteresowaniem, jakie Ron okazywał kolejnym wersjom regulacji na temat przepisowej długości pergaminów do formularzy B173/C, którymi Percy Weasley z godną podziwu regularnością zasypywał wszystkie departamenty Ministerstwa.

Minął kolorową, hałaśliwą wystawę w Magicznych Dowcipach Weasleyów i skierował się ku masywnym, dębowym drzwiom w kamienicy obok. Miedziana tabliczka nad klamką głosiła: „Redakcja Proroka Codziennego. Twoje codzienne źródło czarodziejskich informacji”. Wszedł do środka i natychmiast pożałował, że akurat tego dnia postanowił osobiście odebrać Ginny z pracy.

- Panie Potter! Panie Potter!

Harry jęknął w duchu na widok aż zbyt dobrze znanej mu pociągłej twarzy z rozbieganymi oczami.

- Pan Howley – mruknął niechętnie.
- Co też pana do nas sprowadza, panie Potter?
- A jak pan myśli, panie Howley? – burknął Harry w odpowiedzi – Właśnie wyrzucili mnie z pracy i pomyślałem, że poszukam zatrudnienia jako goniec.
- Ach, zawsze jest pan taki dowcipny, panie Potter! – zaskrzeczał Morton Howley, gwiazda jednoosobowego zespołu redagującego rubrykę towarzyską Proroka Codziennego. – Czy może zechciałby pan…
- Nie, panie Howley, nie zechciałbym. Do widzenia.

Wyminął podskakującego reportera i skierował się do redakcji sportowej, odpowiadając półgębkiem na powitania. Westchnął. Minęło siedemnaście lat, a ciekawość czytelników Proroka na temat jego osoby pozostawała wiecznie nienasycona. Z drugiej strony, mogło być gorzej. Zainteresowanie Proroka sprowadzało się głównie do nadużywającego kawy i cukrowych piór redaktora Howleya. Ron musiał zmagać się z molestującą go trójcą redaktorek Tygodnika Czarownica. A nie ma nic gorszego, niż zadurzone dziennikarki.

Ginny pracowała przy swoim biurku, jak zwykle zarzuconym stosami statystyk, biogramów i zdjęć. Harry uśmiechnął się i oparł plecami o ścianę. Nie należało przerywać Ginny Potter, gdy kończyła swoje trzy kolumny do sobotniego wydania. Pewien stażysta kiedyś spróbował. Potem przez godzinę wisiał głową w dół pod sufitem, wyśpiewując do zdarcia gardła: „Nie będę przeszkadzał pani Potter w pracy”.

Kiedy zamaszyście postawiła ostatnią kropkę, Harry zbliżył się do niej bezszelestnie i delikatnie dmuchnął w pewne specjalne miejsce tuż pod lewym uchem. Ginny przeciągnęła się jak zadowolony kot.

- Cześć, kochanie – powiedziała, nie odwracając się. – Właśnie skończyłam.

Harry pocałował ją w szyję.

- Co jutro przeczytamy w rubryce redaktorki Potter?
- Błyskotliwą analizę przed niedzielnym meczem Puddlemere i Holyhead.
- Całkowicie obiektywną, ma się rozumieć.
- Całkowicie. Wood to dobry obrońca, ale ma już swoje lata. Harpie ich zmiażdżą.

Zachichotała i powoli podniosła się z fotela, podpierając ręką plecy. Harry zwalczył instynktowną chęć, by pomóc jej wstać. Ginny nie znosiła, kiedy ktoś jej pomagał w codziennych czynnościach, nawet w ósmym miesiącu ciąży. A raczej, dodał Harry w myślach, zwłaszcza w ósmym miesiącu ciąży.

- Jak tam nasze dziewczyny? – zapytał, dotykając jej brzucha.
- Kopią – mruknęła Ginny, zgarniając połowę zawartości biurka do torby.

Harry miał teorię, że w damskich torebkach nie obowiązują normalne reguły czasu i przestrzeni. Ginny twierdziła, że wszystko jest kwestią właściwej organizacji. Zdecydowanie zbyt dużo czasu spędzała z Hermioną. Uśmiechnął się i podał jej płaszcz. Poczucie samodzielności jego żony nie obejmowało dżentelmeńskich gestów.

- Idziemy? – zapytał Harry. – W kominkach za chwilę będzie kolejka.
- Nie ma mowy. Wystarczy, że jeszcze dzisiaj czeka mnie podróż do rodziców. Na samą myśl robi mi się niedobrze. Wolałabym się przejść…
- Wiesz, co nam zrobi twoja mama, jak się spóźnimy na kolację?

Ginny prychnęła i wzruszyła ramionami.

- Jestem w stanie błogosławionym, więc mam prawo do kaprysów. A w tej chwili mam kaprys, żeby pójść do domu piechotą.

Harry natychmiast wycofał się na z góry upatrzoną pozycję i tylko skinął głową. Osiem miesięcy ciąży nauczyło go bezbłędnie rozpoznawać, kiedy dyskusja jest przegrana. Podał jej ramię i wyszli na Pokątną, ignorując po drodze entuzjastyczne pokrzykiwania redaktora Howleya. Gdy weszli do Dziurawego Kotła, zmurszały barman Tom poderwał się zza kontuaru i osobiście utorował im drogę do wyjścia. Ginny podziękowała mu promiennym uśmiechem.

- Wiesz, chyba wolę mugolski Londyn – powiedziała, gdy spacerowym krokiem szli przez Tottenham Court Road. Miejsce kawiarni, w której Harry, Ron i Hermiona starli się siedemnaście lat temu ze śmierciożercami, zajmował teraz sklep muzyczny z wielką podobizną Johna Lennona na witrynie, reklamującą kolejną „ostateczną kolekcję nagrań The Beatles”.
- Dlaczego?
- Nie wiem, Pokątna jest jakaś taka… Przypomina mi tiarę ciotki Muriel. Jest piękna i w zasadzie wszystko z nią w porządku, ale wolałabym założyć coś… nowocześniejszego.
- Ja akurat lubię Pokątną taką, jaka jest i chyba dziwnie bym się czuł gdyby ktoś zaczął ją modernizować.
- Nie mówię, żeby zaraz przebudowywać całą ulicę, ale to i owo można by odświeżyć.

Sprzeczając się na temat rewitalizacji ulicy Pokątnej i wyższości mugolskiej architektury (Ginny uwielbiała wieżowce w City) dotarli do Grimmauld Place. Ginny z westchnieniem ulgi wyciągnęła się na kanapie.

- Nie ruszam się stąd – oznajmiła.
- Ginny.

Jęknęła i podźwignęła się na nogi.

- No dobrze, ale zostaniemy na noc. Jedna podróż siecią Fiuu dziennie mi wystarczy.

W Norze jak zwykle w piątkowe wieczory było tłoczno, głośno i rodzinnie. Ginny zaraz po wyjściu z kominka ruszyła w stronę łazienki, odprowadzana zmartwionym spojrzeniem pani Weasley.

- Nie przypominam sobie, żebym tak źle znosiła sieć Fiuu, kiedy byłam w ciąży.
- Daj spokój, Molly, pamiętam, że przy Charliem przez pół roku w ogóle nie mogłaś patrzeć na kominki – powiedział pan Weasley ze śmiechem, ściskając dłoń Harry’ego.

Kolacja jak zwykle istotnie ograniczyła wszystkim zdolność i chęć do przemieszczania się. Ginny wyciągnęła się na kanapie. Harry usiadł obok, układając jej nogi na swoich kolanach. Hermiona dyskutowała o czymś z panem Weasleyem i Percym, który nie wyglądał na zachwyconego. Harry mógł się założyć, że chodziło o przepisową długość formularzy. Ron, George i Bill bawili się na podłodze z Rose, Victoire i małym Fredem. Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu na widok rozczulenia, jakie malowało się na twarzy jego najlepszego przyjaciela, gdy patrzył na swoją pięcioletnią córkę. Pani Weasley zabarykadowała się w kuchni nad zmywaniem. Fleur i Angelina rozmawiały o czymś, czego Harry kompletnie nie rozumiał, ale na pewno dotyczyło wychowywania dzieci. Leniwym spojrzeniem ogarnął całą rodzinę i jak zawsze poczuł przyjemne ciepło gdzieś pod sercem. Mimo upływu lat czasami wciąż nachodziła go myśl, że to wszystko jest snem, z którego kiedyś będzie musiał się obudzić. Położył rękę na brzuchu Ginny i poczuł delikatne kopnięcie. To nie sen, pomyślał. To rzeczywistość, a pan jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, panie Potter.

Porucznik William Black śnił. Zawsze ten sam sen. I za każdym razem, gdy budził się zlany zimnym potem, uświadamiał sobie, że ten sen zdarzył się naprawdę.

Trainspotting
Zielony
Posty: 5
Rejestracja: 15.09.09, 22:27

Re: Długa droga do domu

Postautor: Trainspotting » 20.10.09, 09:36

IV.

W poniedziałek rano lał deszcz. Harry musiał zmobilizować całą siłę woli, by wyjść z łóżka. Ostrożnie, starając się nie obudzić Ginny, poszedł do łazienki i spojrzał w lustro, z którego zerknęła na niego szarawa, zmęczona twarz z kilkudniowym zarostem i wyblakłą blizną w kształcie błyskawicy na czole. Oto prawdziwa twarz Chłopca, Który Przeżył, pomyślał wisielczo, sięgając po szczoteczkę do zębów.

Ginny nawet się nie poruszyła, gdy grzebał w szufladzie w poszukiwaniu czystych skarpet. Jedno z odwiecznych praw wszechświata, mówiło, że prawdopodobieństwo znalezienia pary pasujących skarpet w poniedziałek rano graniczyło z niemożliwością. W ten poniedziałek jednak prawo najwidoczniej nie obowiązywało i Harry po kilku minutach wymknął się na palcach z sypialni, całując po drodze śpiącą Ginny w czoło.

- Kawa i tosty, paniczu Harry – zaskrzeczał Stworek, gdy Harry wszedł do kuchni – Uwaga na krzesło.
- Jakie krzes… au!
- To krzesło, na które panicz właśnie wpadł. Jak co poniedziałek.

Harry zdusił w ustach przekleństwo i łyknął kawy. Merlinie, pomyślał z wdzięcznością, patrząc na parujący kubek, Dudley miał rację. Żaden policjant nie jest w stanie rozpocząć tygodnia bez kubka mocnej, przesłodzonej kawy.

- O której spodziewać się panicza w domu? – zapytał Stworek, odbierając od niego pusty kubek.
- Postaram się być o szóstej, ale sam wiesz, jak to jest, Stworku…
- Stworek wie. Stworek na wszelki wypadek przygotuje paniczowi późną kolację.
- Jesteś nieoceniony. No dobrze, czas na mnie. Do widzenia, Stworku.
- Do widzenia, paniczu Harry, Stworek ma nadzieję, że panicz będzie miał dobry dzień w pracy.

Też mam taką nadzieję, pomyślał Harry, wychodząc na lodowaty poranek i zacinający deszcz. Ale coś mi mówi, że to będzie bardzo długi i bardzo zły dzień.


- Ron, kochanie, wstawaj.
- Hmfrh…
- Ron!
- Mff… sso?
- Jest dwadzieścia po siódmej! Spóźnisz się!

Zastępca Dyrektora Biura Aurorów z nieszczęśliwą miną wygrzebał się spod kołdry.

- Powinno się zakazać poniedziałków – oznajmił ponuro.
- Poniedziałki nie mają tu nic do rzeczy. Powinno się raczej nie wypijać z Harrym całej butelki Ogdena w niedzielę wieczorem.

Ron skrzywił się i powlókł do łazienki. Co tydzień to samo. Przez uchylone drzwi usłyszał nieomylny tupot pięcioletnich nóg i radosny wrzask, gdy Rose wskoczyła Hermionie do łóżka. Uśmiechnął się lekko. Czy to dziecko w ogóle sypia? A już tyle energii w poniedziałek o wpół do ósmej rano było wręcz nieprzyzwoite.

Pocałował Hermionę i Rose na do widzenia, po drodze zapał w kuchni zimną sajgonkę i sięgnął po wazon z proszkiem Fiuu.

- Biuro Aurorów – mruknął, wchodząc w zielone płomienie.


Porucznik William Black strząsnął krople deszczu z płaszcza i wszedł do niczynnej budki telefonicznej przy Orange Street. Zerknął na zegarek. Kwadrans po siódmej. W Biurze Aurorów prawdopodobnie nikogo jeszcze nie było. Nie szkodzi. Wolał poczekać na korytarzu w Ministerstwie Magii, niż w swoim sterylnym pokoju w hotelu St James. Spędził tam zaledwie jedną noc i już zdążył serdecznie go znienawidzić.

W Atrium było pusto, jeśli nie liczyć zaspanego recepcjonisty. Porucznik oddał swoją różdżkę do inspekcji, odebrał identyfikator i ruszył do windy. Wysiadł na drugim piętrze i wszedł do holu Biura. Ku swojemu zdziwieniu za biurkiem zastał chudego chłopaka, który nazywał się bodajże Rimski.

- Dzień dobry, porucznik William Black – powiedział, podchodząc do biurka.

Rimski potoczył wokół nieprzytomnym spojrzeniem. W końcu zamrugał i skupił wzrok na poruczniku.

- Eee… A tak, rzeczywiście. Dyrektora Pottera i Zastępcy Weasleya jeszcze nie ma, ale powinni być za parę minut.
- Dziękuję. Mam tu zaczekać?

Rimski wskazał przeszklone drzwi za sobą.

- Tam będzie panu wygodniej.

Porucznik skinął głową i wszedł do obszernego, zastawionego biurkami pomieszczenia, które dziwnie przypominało mu komendę policji stanowej w Portland. Przy jednym z biurek zobaczył młodą czarownicę, która w piątek obsługiwała recepcję.

- Dzień dobry.
- O, pan porucznik. Dzień dobry – stłumiła ziewnięcie – Co pana do nas sprowadza w ten obrzydliwy dzień?
- Służba, panno…?

Czarownica zaróżowiła się lekko i odchrząknęła.

- Greengrass. Astoria Greengrass.

Porucznik zesztywniał na moment.

- Jak sobie pani życzy, panno Greengrass – powiedział po chwili.
- Ehm… Proszę nazywać mnie Assie, panie poruczniku.

William Black uśmiechnął się lekko. Astoria Greengrass miała szare oczy. Bardzo ładne szare oczy.

- Dobrze więc… Assie. Przez jakiś czas będę tu częstym gościem. Międzynarodowa wymiana kadr, jeśli wiesz o co mi chodzi.
- Chyba wiem – zachichotała. – Ma pan do wykonania ściśle tajne zadanie i gdyby mi pan powiedział, to potem musiałby mnie pan zabić. Zgadłam?

Porucznik Black poczuł się nieswojo. Ta dziewczyna z nim flirtowała. Co samo w sobie nie powinno go wprawiać w zakłopotanie, miał już pewne doświadczenie w postępowaniu z kobietami i zwykle radził sobie bez większych problemów. Nawet z czarownicami z Wydziału, a to już było coś. W takim razie dlaczego właśnie poczuł się jak trzynastolatek?

- Nie potwierdzam, nie zaprzeczam – odparł, usiłując zachować kamienną twarz. Assie roześmiała się. Śmiech też miała ładny.
- Przypomina mi pan kogoś – powiedziała po chwili.
- Tak? A mogę zapytać kogo?

Assie zmarszczyła brwi.

- Jednego chłopaka, którego znałam w Hogwarcie… Zakładam, że pan wie, co to jest Hogwart?
- Jak mógłbym nie wiedzieć, najlepsza szkoła magii w Europie – odpowiedział ostrożnie. – Kolega z klasy?
- Nie, był dwa lata wyżej, z moją siostrą.

Z Daphne Greengrass, dopowiedział w myślach porucznik. Najlepszą przyjaciółką Pansy Parkinson zwanej smutnym mopsem.

- Hm, a to dobrze, czy źle, że go przypominam?

Assie zmieszała się.

- To był straszny dupek. Chodził po szkole jakby należała do niego, wszędzie pętało się z nim takich dwóch goryli…

Gregory Goyle i Vincent Crabbe, niech mu ziemia lekką będzie, pomyślał porucznik.

- Poza tym lubił dręczyć ludzi. Jak byłam w piątej klasie, to szkołą rządziła para śmierciożerców. Był ich pupilkiem. Nie wiem, co się z nim działo po Bitwie o Hogwart… Przypuszczam, że o tym też pan słyszał?

Porucznik skinął głową. Gdybyś tylko wiedziała…

- W każdym razie słyszałam, że się zabił na miotle. Moja siostra się w nim podkochiwała, ale chyba tylko dlatego, że był przystojny, tak jak pan…

Urwała i oblała się szkarłatem. Porucznik zastygł w bezruchu. W powietrzu zawisła cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Na szczęście w tym momencie kominek w rogu błysnął zielono i z płomieni wyłonił się Ron Weasley.

- O, już pan jest, poruczniku. Widzę, że nasza mała Assie dotrzymała panu towarzystwa?

Assie Greengrass, wciąż czerwona jak piwonia, umknęła za swoje biurko. Ron przez chwilę patrzył na nią z dziwną miną.

- Pogadaliśmy sobie dla zabicia czasu – mruknął porucznik, również patrząc na Assie. W żołądku poczuł dziwny ścisk, który nie miał nic wspólnego z niezjedzonym śniadaniem. Niech to diabli.
- I nadal nie ma kawy – westchnął Ron. – No dobra, chodźmy do mnie. Nasz nieustraszony przywódca powinien się zjawić niebawem, o ile znowu nie zaleje tunelu przy Leicester.
- Tunelu?

Ron prychnął.

- Dyrektor Potter ma słabość do mugolskich środków transportu i do Ministerstwa dociera metrem. Twierdzi, że to go relaksuje, ale szczerze mówiąc nie mam pojęcia co jest relaksującego jeździe puszką po konserwach pod ziemią w tłumie mugoli.

Śmiejąc się, porucznik Black podążył za Ronem do jego gabinetu. Po kilku minutach pojawił się ociekający deszczem Harry.

- Przyjemną miałeś podróż? – odezwał się Ron ze złośliwym uśmiechem.
- Nadzwyczaj. A ty? Sieć Fiuu zwykle kiepsko działa na kaca…
- Punkt dla ciebie. Zaczynamy?

Harry skinął głową i wyczarował dla siebie fotel.

- Zanim zajmiemy się porwaniami, chciałbym żebyśmy sobie coś wyjaśnili, poruczniku.
- Słucham, Aurorze Potter.
- Jesteś funkcjonariuszem Amerykańskiego Departamentu Magii, ale dopóki pracujesz z nami nad tą sprawą, jesteś również pracownikiem Biura Aurorów. Kiedy jesteśmy tutaj, możesz nie zgadzać się z moim zdaniem. Możesz ze mną dyskutować, polemizować, nawet się kłócić. Ale w momencie, gdy wychodzimy w teren, dowodzę ja. I nie toleruję niesubordynacji. Czy to jasne?
- Tak jest, Aurorze Potter.
- Świetnie. Teraz do rzeczy, panowie. Will, rozumiem, że masz ze sobą akta?

Porucznik Black sięgnął do kieszeni i wyciągnął mały, brązowy prostokąt. Stuknął w niego różdżką i prostokąd rozrósł się do pękatej teczki.

- Doskonale. Na razie jednak chciałbym, żebyś nam powiedział, co wiesz, czego nie i czego się domyślasz.

Porucznik przez chwilę wpatrywał się teczkę. Po chwili odłożył ją na biurko i odchrząknął.

- Wszystko zaczęło się mniej więcej pół roku temu. Z początku Wydział nie interesował się tym, że w Nowym Jorku, New Jersey, Connecticut i Maine zaczęli znikać mugole. Prawdę mówiąc w ogóle o tym nie wiedzieliśmy, dopóki ktoś nie przysłał nam do biura całej sterty wycinków z mugolskich gazet. Nie wiemy, kto to zrobił i prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy.
- To co was skłoniło do zajęcia się tymi porwaniami?
- Moi przełożeni nie byli przesadnie zainteresowani. Ja z ciekawości zacząłem czytać te wycinki. Na pierwszy rzut oka w tych porwaniach nie było nic niezwykłego, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Ludzie znikają bez wieści i pojawiają się kilka dni później beż widocznych urazów, za to z głęboką traumą. Niektórzy trafiali potem do szpitali psychiatrycznych…
- Zaklęcie Cruciatus – mruknął Ron.

Porucznik zagapił się na niego. Ron odpowiedział nieco pogardliwym spojrzeniem.

- Nie zorientowaliście się, co jest grane? Człowiek zapada się pod ziemię, po czym wraca w szoku, ale bez żadnych obrażeń? Goblin by się domyślił.
- Mugole też mają swoje sposoby na tortury bez zostawiania śladów – odparł porucznik zimno. – Zdziwiłby się pan, Aurorze Weasley.
- Być może, ale przede wszystkim od razu bym sprawdził.
- W takim razie szkoda, że pana tam nie było.
- Spokój! – ryknął Harry – Panowie, dogryzanie sobie odłóżcie do momentu, aż rozwiążemy tę sprawę. Mów dalej, William.

Porucznik ponownie odchrząknął.

- Jak mówiłem, z początku – tu obdarzył Rona lodowatym spojrzeniem – nic nie wskazywało na udział jakiegoś czarodzieja. Potem zaczęly do nas docierać sygnały, że w miejscach, w których wydarzyły się porwania, zaobserwowano ludzi w dziwnych strojach, a było już po Halloween. Nieoficjalnymi kanałami dotarliśmy do kilku ofiar i przeprowadziliśmy obdukcję…
- Co zrobiliście?!
- Obdukcję, Aurorze Weasley. W mugolskiej medycynie tak się nazywa badanie ofiar.
- Kojarzy się z… no, nieważne z czym. I co dalej?
- Dalej okazało się, że wszystkie ofiary były torturowane Zaklęciem Cruciatus.
- Tylko?
- Tylko. I to właśnie było najbardziej zaskakujące. Ktokolwiek za tym stoi, najwyraźniej nie chce zabijać mugoli. Tylko torturować.
- Podejrzani?

Porucznik uśmiechnął się bezradnie.

- Brak. Na wschodnim wybrzeżu nie ma zbyt wielu praktykujących czarną magię na tym poziomie, a ci, którzy są, nie bawiliby się w torturowanie i wypuszczanie, tylko zabijali od razu. Na tym właśnie polega nasz problem z tą sprawą. Nie mamy motywu.
- Może ktoś wpadł na, jak to określiłeś, gościnne występy? – zasugerował Ron.
- Rozważaliśmy tę możliwość, ale po raz kolejny trafiliśmy na ten sam problem. Brak motywu.
- Śmierciożercy robili to dla rozrywki – zauważył Harry.
- Owszem, ale po upadku Voldemorta żaden nie uciekł do Stanów Zjednoczonych.
- Jesteś pewien?
- Ja to wiem, Ron. Do Europy Wschodniej, na północ, nawet do Chin – tak. Ale nie do Ameryki.
- Czyli śmierciożerców możemy na razie wykluczyć – powiedział Harry. – Co było potem?
- Dostaliśmy informację, że w Westbrook na przedmieściach Portland kręci się kilku ludzi w szatach. Mój dowódca kapitan Dunbar stwierdził, że wystarczy mu trzech funkcjonariuszy…
- Co się stało?
- Wszyscy trzej trafili do szpitala z ciężkimi obrażeniami, a Dunbar zniknął. Do tej pory go nie znaleźliśmy. A porwania ustały. Myśleliśmy, że może porywaczom chodziło o Dunbara, ale… - porucznik zawahał się na sekundę. – Szukaliśmy go po całej Ameryce, ale bez skutku. A pół roku później znowu ktoś przysłał do biura stertę wycinków z mugolskich gazet. Tym razem brytyjskich. Ta sama historia, w Surrey.
- I Departament wysłał ciebie.

Porucznik skinął głową.

- Jestem Anglikiem… A raczej byłem. Moi przełożeni uznali, że poradzę sobie lepiej, niż inni nasi funkcjonariusze.
- Miejmy nadzieję, że się co do ciebie nie pomylili – mruknął Ron. Porucznik zignorował go.
- Szczegółowe informacje o porwaniach w Stanach są w tej teczce. Chociaż prawdę mówiąc nie wiem, czy do czegoś nam się przydadzą.
- Tak czy owak trzeba im się przyjrzeć – stwierdził Harry, sięgając po akta.

Przez następne dwie godziny Harry i Ron wczytywali się w raporty Wydziału Zabójstw, od czasu do czasu prosząc porucznika o dodatkowe wyjaśnienia. Otwierając teczkę Harry nie liczył zbytnio na to, że amerykańskie dokumenty w czymś im pomogą. Nie pomogły. Raporty były szczątkowe i ograniczały się do suchego przedstawienia faktów. Wzorzec, myślał Harry po siódmym kolejnym raporcie, który zawierał raptem kilka zdań. Potrzebujemy wzorca. Jakiejś myśli przewodniej. W dokumentach nie ma właściwie nic, więc trzeba szukać gdzie indziej. Tylko gdzie…

Pacnął się dłonią w czoło. Gdzie!

- Will, wszystkie porwania miały miejsce na wschodnim wybrzeżu, tak?
- Tak.
- A tutaj porywacz działa tylko w Surrey.
- Przynajmniej na razie. Do czego zmierzasz?
- Jeszcze nie wiem, ale od czegoś musimy zacząć. Miałeś rację, te raporty są bezwartościowe, ale przynajmniej wiemy, że wszystkie porwania zdarzyły się w jednym miejscu. Tak, wiem, że wschodnie wybrzeże jest długie. Hrabstwo Surrey też. Ale to już coś. Powiedz mi, czy Wydział Zabójstw kontaktował się z mugolską policją?
- Tak, ale nic nam to nie dało. Wiedzieli jeszcze mniej niż my.
- No cóż, w takim razie zobaczymy, jak sobie poradzi policja angielska.
- To znaczy?
- To znaczy, że jedziemy z wizytą do Little Whinging.

***



Nigdy się do tego nie przyzwyczaję, myślał Harry, gdy kolejna ciężarówka minęła ich o centrymetry. Popatrzył na Rona, który miał w oczach bojowy płomień kierowców i przełknął ślinę.

- Gdzie, baranie, gdzie! – ryczał Ron, blokując wyprzedzającą go toyotę – Podwójna ciągła!
- Sam przed chwilą wyprzedzałeś… - dobiegł z tylnego siedzenia słaby głos porucznika Blacka.
- Ja mam zaklęcie supersensoryczne i spowalniające, a on nie – odparł Ron.

Harry westchnął. W świecie Rona Weasleya nie istniały stany pośrednie. Najpierw latami upierał się, że samochody są dobre dla jugoli i przydają się ewentualnie do zawiezienia bagaży 1 września na dworzec King’s Cross. A potem, podczas rekonesansu w Ipswich, zobaczył wystawionego na sprzedaż odrapanego Forda Gran Torino rocznik 1978 i z miejsca się zakochał. Samochód był w tragicznym stanie, ale Ron spędził pół roku, czytając wszystko co wpadło mu w ręce na temat tego modelu i dłubiąc przy nim w każdej wolnej chwili, przy entuzjastycznym współudziale pana Weasleya. Harry nie był wielkim miłośnikiem samochodów i zdecydowanie wolał motocykle, ale musiał przyznać, że trzecia największa miłość Rona (po Hermionie i Rose oraz quidditchu) robiła wrażenie. Tym niemniej, pomyślał, gdy Ron gwałtownie wyminął kolejną ciężarówkę, w obecnej chwili wolałbym, żeby robiła wrażenie na kimś innym.

Komisariat policji okręgu Little Whinging był jednopiętrowym, szarym prostokątem, równie pozbawionym wyrazu co cała miejscowość. Harry z westchnieniem ulgi wysiadł z samochodu. Za nim z tylnego siedzenia wygramolił się blady porucznik Black.

- W porządku, poruczniku? – zapytał Harry.
- Uhm. To byłaby dobra metoda przesłuchań. Przejażdżka po autostradzie z Aurorem Weasleyem i każdy czarnoksiężnik wyśpiewa wam wszystko, co chcecie.

Harry parsknął.

- Zastanowię się nad tym, chociaż to mi pachnie torturami.
- Wchodzimy? – spytał Ron – Strasznie leje.

Starszy inspektor Dudley Dursley nerwowo mieszał kawę. Tydzień zaczął się źle, podobnie jak poprzednie dwa. W jego okręgu uprowadzono już sześć osób, a on nadal nie miał nic. Co gorsza, sprawą zaczęła się interesować komenda metropolitalna. Tego tylko brakowało, żeby po komisariacie zaczął mu się kręcić jakiś wypacykowany oficer z Londynu. Zgrzytnął zębami i łyknął kawy. Była paskudna, jak to policyjna.

Drzwi do jego gabinetu uchyliły się.

- Inspektorze?
- Słucham, Terry.
- Ktoś do pana.
- Kto?
- Eee… Chyba ktoś ważny.

Dudley westchnął. A to jego zawsze mieli za tępaka… Funkcjonariusz Malcolm Terry przypominał mu amebę. Tak fizjonomią, jak intelektem.

- Wpuść.

Dudley przymknął oczy. Usłyszał, jak do gabinetu ktoś wchodzi. Otworzył oczy i natychmiast znowu je zamknął.

- O nie, nie, NIE! Tylko nie wy!
- Też miło cię zobaczyć, De. Znaczy, panie inspektorze – odezwał się Harry z uprzejmym uśmiechem.
- Ładny gabinet, panie inspektorze – dodał Ron.

Dudley jęknął i zasłonił dłonią oczy.

- Czego chcecie?
- Ależ inspektorze, wpadliśmy tylko na chwilę.

Dudley ponownie jęknął i spojrzał w górę.

- Jesteście w moim gabinecie na moim komisariacie, a to znaczy, że czegoś chcecie. I jestem pewien, że mi się to nie spodoba. Kto to? – zapytał, patrząc na porucznika.
- Gdzie moje maniery… - parsknął Ron – Inspektorze Dursley, przedstawiam porucznika Williama Blacka z… - urwał na chwilę i zerknął na Harry’ego, który wykonał dyskretny ruch ręką w kierunku drzwi - … Wydziału Zabójstw Amerykańskiego Departamentu Magii.

Dudley wstał i uścisnął dłoń porucznika. Potem spojrzał spode łba na Harry’ego i Rona.

- No dobra, to teraz mówcie o co chodzi. I błagam, niech to nie będzie żaden wilkołak.
- Obiecuję, że nie będzie wilkołaków. Obiecuję też, że będziemy się trzymać z daleka od metra – zachichotał Harry.

Porucznik Black popatrzył na niego ze zdziwieniem.

- Poruczniku, to jest inspektor Dudley Dursley. Mój kuzyn. Bardzo nam pomógł dwa lata temu – wyjaśnił Harry. – Paskudna sprawa, banda wilkołaków, która ubzdurała sobie, że będzie kontynuować dzieło Fenrira Greybacka. Polowaliśmy na nich w całym Surrey, aż w końcu dopadliśmy na stacji metra Surbiton.

Dudley ukrył twarz w dłoniach.

- I co się stało? – zapytał porucznik.
- Wysadzili ją – odparł ponuro Dudley.
- Co?
- Stację Surbiton. Wysadzili. W powietrze.
- Nie przesadzaj, De, ściany zostały…
- Zawaliły się następnego dnia!
- Ale przynajmniej ładnie ją odbudowali. Chociaż nie ma już tam tej fajnej kawiarni. Ty dostałeś awans za ujęcie groźnej grupy przestępczej w pojedynkę, my nie wyczyściliśmy ci pamięci i wszyscy są zadowoleni – podsumował Harry.

Dudley machnął ręką.

- De, czy ja czuję kawę? – zapytał nagle Ron. – Błagam, powiedz, że masz kawę…
- Mam. A co, zapomniałeś jak się wyczarowuje?
- Gdyby to było takie proste – westchnął Ron tragicznie – Ale za jeden kubek będę twoim dozgonnym sługą.
- A zostawicie mnie w spokoju i pozwolicie łapać zwykłych przestępców?
- To Ron chce kawy, a nie ja – wtrącił Harry. – A póki co, to ja jestem jego przełożonym.

Dudley westchnął z rezygnacją, sięgnął po czajnik ekspresu, nalał pełny kubek i wręczył go Ronowi, który wziął potężny haust i westchnął z ulgą.

- Powiecie mi w końcu, po co tu jesteście?
- Zakładam, że słyszałeś o tych porwaniach?

Dudley prychnął.

- Czy słyszałem? Harry, ludzie praktycznie znikają w biały dzień na środku ruchliwej ulicy, w dodatku w moim okręgu. Trudno byłoby nie usłyszeć. Ale dlaczego was to interesuje?
- Mamy podstawy by sądzić, że za porwaniami stoi czarodziej – odpowiedział porucznik Black. – Amerykański czarodziej.

Dudley zachmurzył się.

- Czarodziej… To by sporo wyjaśniało.
- Na przykład?
- Dlaczego ludzie dosłownie rozpływają się w powietrzu, a potem pojawiają z powrotem w ciężkim szoku. Żadnych zewnętrznych obrażeń, ale zachowują się tak jakby ktoś ich…
- Torturował? – dokończył porucznik.
- Dokładnie.
- Ofiary były torturowane, inspektorze. Magią.
- Jak…?
- Nie będziemy się wdawać w szczegóły, De – powiedział Harry. – Oto co wiemy: porywacz jest czarodziejem, prawdopodobnie potężnym. Nie znamy jego motywacji i to jest problem, ale nie najważniejszy. Przede wszystkim brakuje nam jakiegoś wzorca. Wiesz co mam na myśli.

Dudley skinął głową.

- Dlatego potrzebujemy informacji. Miejsca, godziny, świadkowie.
- Chcesz powiedzieć, że nic nie wiecie?

Harry spojrzał na porucznika, który odchrząknął.

- Niezupełnie. Ale jest pan blisko, inspektorze. Wiemy tyle, że to czarodziej. Wiemy, w jaki sposób torturuje tych ludzi. Poza tym nie wiemy nic.
- No dobra… Tą sprawą zajmuje się sierżant Polkiss, a on jest chwilowo na patrolu. Zaraz go ściągnę.

***

Sierżant Piers Polkiss z policji hrabstwa Surrey nienawidził poniedziałków. Nienawidził też pozostałych dni tygodnia, zwłaszcza tych, w które musiał patrolować piechotą opustoszałe ulice Little Whinging. Wlókł się noga za nogą, od czasu do czasu rozglądając się wokół. Nic się nie działo. Żadnych nastolatków na wagarach, żadnych rozbitych budek telefonicznych, ani przebitych opon w samochodzie sąsiada. Sierżant Polkiss zaklął pod nosem. Oczywiście, że nic się nie działo. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wychodził w taką pogodę z domu. Nikt poza policjantem, któremu akurat wypadł dyżur patrolowy.

Mijając zjazd z Magnolia Crescent w Privet Drive zatrzymał się na chwilę, rozważając popełnienie drobnej niesubordynacji w postaci wizyty w domu. Westchnął. Dudley urwałby mu głowę i pewnie jeszcze kilka innych części ciała. Już miał ruszyć przed siebie, kiedy kątem oka dostrzegł coś dziwnego na placu zabaw. Przez chwilę wydawało mu się, że ma przywidzenia, ale po chwili wyraźnie zobaczył postać w długim, błękitnym płaszczu. Odruchowo sięgnął po służbową pałkę i skręcił w Privet Drive. Postać w płaszczu stała nieruchomo wpatrując się w podjazd numeru 4. Sierżant Polkiss wzdrygnął się. Dom Dudleya. Przez okno salonu widział zapalone światło. Kathy Dursley była w domu. Już sięgał po krótkofalówkę, kiedy człowiek w płaszczu nagle ruszył w jego kierunku. Cofnął się i ukrył za zaparkowanym nieopodal samochodem. Aresztować typa? No tak, ale za co? Nie ma przepisu zakazującego stania w deszczu na placu zabaw przy Privet Drive i gapienia się na podjazd… Ale zawsze można go spisać. Z tą myślą sierżant Polkiss wychylił się zza samochodu. Człowiek w płaszczu zniknął. Sierżant rozejrzał się wokół nerwowo, ale po płaszczu nie było nawet śladu. Poczuł przebiegający mu po karku dreszcz, a potem puścił się biegiem w kierunku komisariatu.

***

- Nie odbiera – mruknął Dudley, odkładając telefon komórkowy na biurko. – Zastanawiam się…

Nie dokończył jednak zdania, bo w tym samym momencie ktoś załomotał do drzwi. Harry strzepnął palcami i drzwi otworzyły się z hukiem.

- Piers? Właśnie do ciebie dzwoniłem…
- Twój… Dom… Facet… W płaszczu… Był… Zniknął! – wydyszał sierżant Polkiss, trzymając się za brzuch.
- Piers, uspokój się. Co z moim domem? Jaki facet w płaszczu?

Odzyskanie oddechu zajęło sierżantowi Polkissowi kilka minut. Ron, Harry i porucznik Black wpatrywali się w niego ciekawie.

- Już? – zapytał Dudley.

Piers Polkiss pokiwał głową i odetchnął głęboko.

- Przechodziłem przez skrzyżowanie Magnolia i Privet Drive, i zobaczyłem jakiegoś dziwnego typa w płaszczu. Na placu zabaw. Stał tam i gapił się na twój dom.

Dudley zesztywniał. Ron rzucił Harry’emu szybkie spojrzenie.

- Zaczął iść w moim kierunku. Chciałem go aresztować, prewencyjnie znaczy się. I wtedy on się rozpłynął w powietrzu! Był i nagle go nie było. Nie mógł nigdzie skręcić, ani się schować, po prostu szedł i…
- Jest pan pewien? – wtrącił Harry.

Sierżant Polkiss dopiero teraz zauważył, że w gabinecie inspektora było trzech innych ludzi. Ten, który mu przerwał, wyglądał jakoś znajomo.

- Tak, eee…
- Piers, to są panowie… - zaczął Dudley.
- Komisarz Evans i komisarz Prewett ze Scotland Yardu – uzupełnił szybko Harry, wskazując na siebie i Rona. – Oraz porucznik Black z…
- Wydziału Zabójstw policji stanu Maine – dokończył Black uprzejmie. – Jesteśmy tu w sprawie ostatnich porwań. Inspektor Dursley powiedział nam, że to pan zajmuje się tą sprawą.

Sierżant Polkiss zerknął na Dudleya, który skinął głową.

- No, tak to wygląda, chociaż nie powiem, żebyśmy mieli jakieś sukcesy – powiedział powoli.
- Proszę nam na początek opowiedzieć o tym człowieku, którego widział pan przy… Jak się nazywa ta ulica? – zapytał Harry z kamienną twarzą.
- Privet Drive – odpowiedział Dudley, któremu nie drgnął nawet mięsień.
- Otóż to. Jak wyglądał, czy zachowywał się w nietypowy sposób i tak dalej.
- Hm… Po prostu stał na placu zabaw, przy karuzeli. I patrzył na dom inspektora Dursleya.
- Jak był ubrany?
- No, w płaszcz. Trochę dziwny. Granatowy.

Harry ze zdziwieniem patrzył, jak porucznik Black blednie i ze świstem wciąga powietrze.

- Will?
- Czy dom inspektora jest chroniony? - zapytał porucznik dziwnym głosem.
- Osobiście obłożyłem go zaklęciami ochronnymi.

Porucznik odetchnął lekko.

- Więc dopóki żona inspektora nie wyjdzie na zewnątrz, jest bezpieczna.

W tym momencie zbladł Dudley.

- Która godzina?
- Dwunasta za dziesięć – odparł Ron. – Bo co?
- Kathy ma wizytę u dentysty o dwunastej – wymamrotał Dudley. – A do gabinetu idzie się od nas dziesięć minut…

Harry błyskawicznie sięgnął po różdżkę. Wycelował nią w zdumionego sierżanta Polkissa i syknął: „Obliviate!” Wzrok sierżanta stracił ostrość. Harry wypchnął go na korytarz.

- Ron, procedura piąta.

Ron tylko skinął głową i wybiegł z gabinetu.

- Will, aportujesz się ze mną do domu Dudleya. Spróbujemy zatrzymać jego żonę. Dudley, ile jest stąd do twojego domu?
- Pięć, sześć minut.
- Jedź tam natychmiast. Jeśli zobaczysz kogoś w granatowym płaszczu, najpierw strzelaj, potem zadawaj pytania.

Dudley bez słowa zerwał się i popędził w kierunku wyjścia z komisariatu. Harry spojrzał na porucznika i wyciągnął do niego rękę.

- Jak to się skończy, będziesz musiał mi odpowiedzieć na kilka pytań.

***

Aportowali się w korytarzu, tuż obok komórki pod schodami. Harry uniósł różdżkę i mruknął: „Homenum revelio”.

- Cholera jasna. Wyszła.

Rzucili się do drzwi wejściowych i wypadli na zewnątrz. Harry zobaczył wysoką, smukłą kobietę, idącą powoli w kierunku skrzyżowania. Zanim jednak zdążył krzyknąć, obok niej zmaterializował się mężczyzna w granatowym płaszczu. Bez słowa machnął różdżką i ciało Kathy Dursley zawisło bezwładnie kilka stóp nad ziemią.

- Drętwota! – ryknął Harry w biegu, ale spudłował. Mężczyzna w płaszczu odwrócił się i uśmiechnął lodowato do porucznika.

- Cześć, Black. Kopę lat.

Porucznik zbliżył się do niego szybkim krokiem, celując w niego różdżką.

- Zostaw ją, Berger. Wiem, że chodzi ci o mnie.

Mężczyzna uśmiechnął się szerzej.

- Zadziwiające, ile czasu ci to zajęło. A teraz stój w miejscu i ani drgnij, albo usłyszysz jak ta mugolka wrzeszczy.

Porucznik zamarł w bezruchu.

- To samo dotyczy pana, Dyrektorze Potter – warknął mężczyzna do Harry’ego, który zachodził go z drugiej strony.
- Czego chcesz? – zapytał porucznik przez zaciśnięte zęby.
- Ja? – mężczyzna roześmiał się – Ja jestem tylko posłańcem. Jego posłańcem. A on chce ci się odpłacić, Black. Za hańbę, którą okryłeś jego ród.
- Więc puść ją i weź mnie. Zabierz mnie do niego.

Mężczyzna zarechotał.

- Myślisz, że on chce cię zabić, Black? Cholera, a miałem cię za inteligentnego faceta.
- No to czego?! – ryknął porucznik – Czego do kurwy nędzy chce ode mnie ten psychopata?
- Odebrać ci to, co ty odebrałeś jemu – odparł mężczyzna, poważniejąc. – Odebrać ci to, co każdy z nas ma najcenniejszego.

Porucznik zagryzł wargi, próbując opanować drżenie rąk. Wciąż celował różdżką w twarz mężczyzny w płaszczu.

- Właśnie o to chodzi, Black – powiedział mężczyzna. – Czujesz bezradność. Już wiesz, że nic nie możesz zrobić. Możesz tylko patrzeć, jak ją zabieram i wyobrażać sobie, co z nią zrobimy. Zapewniam cię, że będzie biegła. I będzie krzyczała, aż zedrze sobie gardło do krwi. A potem zostawimy ją tu, na tej ulicy. Jak psa. A ty będziesz mógł tylko zastanawiać się, co by było, gdybyś dwanaście lat temu okazał należytą lojalność.

Mężczyzna uniósł różdżkę. Porucznik mocniej ścisnął swoją, rozpaczliwie usiłując skoncentrować się na niewerbalnym zaklęciu rozbrajającym.

I wtedy padł strzał.

Mężczyzna zawył i opadł na jedno kolano. Ciało Kathy Dursley bezwładnie opadło na ziemię. Porucznik bez namysłu rzucił zaklęcie pełnego porażenia ciała. Z drugiej strony Harry dołożył zaklęcie petryfikacji i jeszcze jedno, którego porucznik nie znał.

- Kathy!

Harry obejrzał się i zobaczył biegnącego ku nim Dudleya, który miał w ręku pistolet. Spojrzał na porucznika Blacka, który był blady jak trup. Za nim z cichym pyknięciem pojawił się Ron, a po chwili kolejni Aurorzy. Harry uklęknął przy nieprzytomnej Kathy.

- Co jej jest? – zapytał roztrzęsionym głosem Dudley.
- Nic poważnego – odparł Harry po pobieżnych oględzinach. – Straciła tylko przytomność.

Dudley przez chwilę wpatrywał się w swoją żonę. Po chwili wstał, podszedł do porucznika i bez słowa wymierzył mu solidny cios w szczękę.

- Słyszałem – syknął, gdy porucznik zachwiał się i zatoczył. – Jemu chodziło o ciebie, kimkolwiek jesteś. Przez ciebie moja żona mogła zginąć, pieprzony Jankesie!

Zamierzył się do kolejnego ciosu, ale został powstrzymany. Dudley Dursley nie należał do ułomków, ale w żelaznym uścisku Rona Weasleya szybko poczuł, jak drętwieje mu dłoń.

- Wystarczy, inspektorze Dursley – powiedział cicho Ron. – Zajmiemy się tym. Teraz najważniejsze jest wasze bezpieczeństwo i przesłuchanie tamtego. Potem pan porucznik odpowie nam na kilka pytań.

Podszedł do nich Seamus Finnegan.

- Szefie?
- Bierzcie się do roboty – powiedział Harry. – Wszystkim mugolom przy tej ulicy wyczyścić pamięć ostatnich dwudziestu minut. Usunąć ślady po zaklęciach, a jego – wskazał dłonią na spetryfikowanego mężczyznę w płaszczu – do Azkabanu. Niech Gordon się nim zajmie. Zgłosimy się po niego jutro.
- Coś jeszcze?
- Całodobowa ochrona tego domu – Harry skinął głową w kierunku numeru czwartego. – Cztery zmiany, jeden Starszy i jeden Młodszy. Wykonać.
- Tak jest – Seamus zasalutował i oddalił się.

Tymczasem Dudley wziął Kathy na ręce i zaniósł do domu. Ron pomógł mu ułożyć ją na kanapie i wypowiedział kilka zaklęć.

- Co robisz?
- Modyfikuję jej pamięć. Nie będzie pamiętała tego zdarzenia. Kiedy odzyska przytomność, będzie przekonana, że zdrzemnęła się na kanapie.

Dudley skinął głową i spojrzał w kierunku drzwi. Ron położył mu dłoń na ramieniu.

- Wiem, że masz ochotę rozerwać go na strzępy. Prawdę mówiąc, ja też. Ale musisz nam zaufać.
- Kathy prawie przez niego zginęła – warknął Dudley, zaciskając pięści.
- Dlatego od dzisiaj do zakończenia tej sprawy waszego domu będzie stale pilnowało dwóch Aurorów – odezwał się Harry, wchodząc do salonu.
- Co z Amber?

Harry uśmiechnął się uspokajająco.

- Nie sądzę, żeby twoja córka była ich celem, a poza tym znajduje się w najbezpieczniejszym miejscu w Anglii. Żaden porywacz nie wedrze się do Hogwartu. Tym niemniej – dodał, widząc minę Dudleya – napiszę do szkoły, żeby mieli na nią oko.
- Dziękuję.
- Nie ma za co. Od czego ma się rodzinę.

Porucznik Black wciąż stał na ulicy. W głowie miał całkowitą pustkę. Gapił się bezmyślnie na miejsce, w którym kilka minut wcześniej dopadła go przeszłość. Ta przeszłość, którą wymazał z pamięci i widywał tylko w snach. Wyczuł, że ktoś za nim stoi, ale nie odwrócił się.

- Najwyższy czas dokończyć opowieść, poruczniku Black – powiedział cicho Harry.


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości