Amor caecus

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Awatar użytkownika
Itheanil
Zielony
Posty: 1
Rejestracja: 08.03.09, 12:38

Amor caecus

Postautor: Itheanil » 18.05.09, 10:48

Od razu ostrzegam. Tragicznie niekanoniczne i absurdalne. Dostępne także na moim blogu: Amor caecus
Za betę dziękuję ArianieDumbledore i Gimbyi.
________________
Rozdział pierwszy

- Kiedy ich zabijemy – tłumaczył cierpliwie Lord Voldemort. Zawsze musiał wszystko tłumaczyć. Ale cóż. Tak to jest, gdy największy geniusz wszechczasów nie ma sobie równych. Niewiele osób od razu pojmuje jego zawiłe, podłe i sprytne plany. – zniknie magiczna bariera i będziemy mogli schwycić chłopaka. Najważniejsze to zabić tą mugolkę, ona ma w sobie krew matki Pottera, która chroni ich dom.
Kilku młodszych śmierciożerców, których wziął ze sobą, gorliwie pokiwało głowami. Zabrał ze sobą tylko ich, bo musieli się nauczyć pokonywać lęk przed zabijaniem i patrzeniem na śmierć innych.
Cała sześcioosobowa grupka i on, czekali spokojnie, przy Privet Drive 3 (do domu pod numerem czwartym nie mogli się nawet zbliżyć). Niedługo ze sklepu miała wrócić Petunia Dursley, wraz z synem.
Czekali.
W końcu, zza rogu wyszły dwie sylwetki. Jedna, wyjątkowo chuda, druga, przeraźliwie gruba. Zrobiło się już ciemno, więc Czarny Pan nie widział ich twarzy. Wystąpił z grupy śmierciożerców, stając na drodze mugolom.
- Witaj, Petunio. – odezwał się swoim najbardziej złowieszczym tonem. Dostrzegł, że młodzi śmierciożercy dygoczą z podniecenia.
Nie widział twarzy kobiety, ale zauważył, że cofnęła się, pociągając syna, który wydawał z siebie nieokreślone odgłosy. Strach. Voldemort czuł strach i przerażenie. Uwielbiał te dwa uczucia, wiszące w powietrzu, gdy on sam nadchodził, by zabić.
- Kim… pan jest? – spytała Petunia Dursley, mrugając powiekami, na widok upiornego mężczyzny w czarnej pelerynie. Czarny Pan zaśmiał się, a był to śmiech całkowicie pozbawiony wesołości.
- Tym, który uwolnił cię od twojej głupiej siostry, Petunio! – śmierciożercy zanieśli się śmiechem. Kobieta nie miała siły, aby uciekać, tak samo jak jej tłusty synek.
- Mamo… - wyjąkał słabo Dudley. – To chyba ten Lord… Vordecoś…, o którym gadał Harry.
Słowa młodego mugola zezłościły, a jednocześnie zadowoliły przyszłego władcę świata. Chłopak (o ile tak można było nazwać różową kupę mięsa) nie do końca potrafił wymówić jego imię, ale w końcu był durnym mugolem, a to już coś, że w ogóle o nim słyszał. Więc nawet mugole drżą na jego widok!
- Lord Voldemort. To moje imię. Jestem najpotężniejszym i największym czarnoksiężnikiem na świecie. – wyciągnął różdżkę, patrząc na Dursley’ów, którzy nadal nie mogli się poruszyć ze strachu. Nagle Petunia cofnęła się, a pobliska latarnia oświetliła jej twarz.
Czarodziej zobaczył kościstą, końską twarz, którą okalały jasne włosy, sięgające ramion. Spostrzegł niebieskie oczy, w których błyszczało wielkie przerażenie.
Nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, opuszczając różdżkę, tylko wpatrywał się w te blade, wodniste oczy. Miał wrażenie, że może się w nich utopić. Potem nagle wszystko przesłoniła mu ciemność i nie czuł już nic.
Lord Voldemort zemdlał.

*

Kiedy się obudził, zauważył że spoczywa w miękkim łóżku. Otworzył oczy. Znajdował się w Malfoy Manor, w swojej komnacie. Poczuł olbrzymi ból głowy. Co się stało?
I wtedy sobie przypomniał. Miał zabić mugolską rodzinę Pottera… i te niebieskie oczy…
Co go obchodzą jakieś oczy durnej mugolki?!
Nigdy nie czuł czegoś takiego. Chciał bardzo zobaczyć tę kobietę. W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że o czymkolwiek by nie myślał, cały czas przypominają mu się pewne przerażone, błękitne oczy…
Potem spostrzegł ciemną postać, stojącą przy oknie. Niską i pulchną.
- Glizdogon… - jęknął. Nie poznawał swojego głosu. Nie było w nim nawet słychać krzty nienawiści, czy politowania… tylko bezsilność.
„Co się ze mną dzieje?!”
- Jestem, mój panie! – niewielki człowieczek podbiegł do niego, kłaniając się.
- Przyprowadź tu… Malfoy’a… natychmiast!
- Tak jest, mój panie! – i wybiegł. Po chwili wrócił, prowadząc wysokiego mężczyznę, o białych włosach.
- W czym mogę ci służyć, panie mój?
- Glizdogon, wyjdź stąd! – Czarny Pan przegonił sługę. – Co się stało?
- Mój panie, mieliście zabić rodzinę Pottera, jednakże, z niewiadomych powodów, zemdlałeś, panie. – Lucjusz starał się nadać swemu głosowi jak najpoważniejszą barwę.
- Zemdlałem. – powtórzył za nim głucho Lord Voldemort.
- Tak, panie mój. Następnie twoi słudzy, którzy tam byli, zabrali cię tutaj.
- A ta mugolka… Ona… oni żyją?
- Tak, jeszcze tak. Śmierciożercy nie zabili ich. Przepra…
- To dobrze, że ich nie zabili! – przerwał mu natychmiast, z ulgą w głosie. – To znaczy, rozumiesz, Lucjuszu. Ja powinienem ich zabić.
- Oczywiście, panie. W czym mogę ci jeszcze pomóc?
- Powiedz mi co to jest… Kiedy człowiek czuje się tak dziwnie… jakby bardzo chciał kogoś zobaczyć… i nie chce, żeby on umarł… i ma wrażenie, że wszystko jest takie… dziwne, inne… i cały czas myśli, o tym kimś… co to jest, Lucjuszu?
Malfoy milczał, jakby się bał powiedzieć. W końcu jednak odparł:
- To jest miłość.
- Kłamiesz! – ryknął Voldemort, w jego oczach płonął gniew. Chwycił różdżkę. – Avada Kedavra!
Ale zielona błyskawica poleciała w zupełnie innym kierunku, niż stał śmierciożerca. Malfoy uciekł.
Czarny Pan z trudem łapał powietrze. Co się z nim dzieje? Czy jego potęga zanika? Łamie się? Nie potrafi dobrze wycelować najprostszego zaklęcia, a jeszcze wczoraj nie był w stanie uśmiercić głupiej mugolki? Przecież to tylko szara, bezimienna, durna, nic nieznacząca…
„Wcale nie jest nic nieznacząca! Jej nie można zabić!... Salazarze… co się ze mną dzieje?! To jest mugolka! Gorzej niż szlama!”
Miłość. Przecież to niemożliwe. Król nienawiści ma się… zakochać?! To jest śmieszne, głupie! On, najpotężniejszy, najwspanialszy i najokrutniejszy czarownik, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi… zakochał się? Nie, ten Lucjusz chyba oszalał!
Miłość. Przecież to coś dla takich starszych dziadków, jak Dumbledore. To coś dla poetów, żeby mieli o czym pisać. Dla głupich matek, osłaniających własne dzieci i dla durnych potterów, kochających wszystkich swoich beznadziejnych przyjaciół…
„Mordowałem wiele kobiet! Kilka było nawet ładnych. Niektóre wręcz piękne. I były czarownicami. Ale to jest mugolka! Brud tego świata, którego trzeba się pozbyć! I w dodatku rodzina Pottera… To jak bratanie się z wrogiem… Muszę przestać o niej myśleć…”

*

- Po wczorajszym spotkaniu, Czarny Pan kazał mi zostać po tym, które odbędzie się dzisiaj. Podobno ma do mnie jakąś sprawę. – powiedział z powagą Snape. Dumbledore cały czas nie mógł otrząsnąć się z szoku. Severus pomachał mu ręką przed nosem.
- Wybacz… ale to jest dla mnie cały czas nieprawdopodobne… Lord Voldemort zemdlał? I nie zdołał kogoś zamordować?
Mistrz Eliksirów pokiwał głową.
- I mnie wydaje się to dziwne. Rozmawiałem z Lucjuszem. Podobno Czarny Pan wezwał go do siebie. Był bardzo rozdrażniony. Najpierw wypytywał go o tamto zdarzenie, a potem spytał go o miłość.
Dumbledore wybałuszył na niego oczy.
- Co?! Voldemort zadawał mu pytania, dotyczące miłości? Nie, to jest absurdalne! W sam raz na artykuł do „Żonglera”… A może knuje jakiś plan porwania kogoś, by sprowadzić Harry’ego i chce wiedzieć, na kim chłopcu najbardziej zależy?
- Nic z tych rzeczy! Czarny Pan wymieniał Lucjuszowi uczucia, a potem spytał czym one są, na co Lucjusz odparł, że to miłość. Wtedy pan zdenerwował się i chciał go zabić, ale nie trafił.
- On nie trafił?! Niemożliwe… przecież to mistrz pojedynków! Z nim naprawdę jest coś nie tak… Dowiedz się tego, Severusie.
- Dobrze, postaram się.

*

- Zostań, Severusie.
- Wiem, mój panie.
Gdy wyszli wszyscy śmierciożercy, Voldemort rozpoczął rozmowę.
- Severusie, mam do ciebie wielką prośbę. Jesteś moim najbardziej zaufanym i najlepszym sługą. Wiem, że to może być trudne, ale postaraj się.
- Oczywiście, mój panie. – Mistrz Eliksirów z trudem opanował drżenie. Nie wiedział, czego może chcieć jego były szef.
- Spójrz na mnie uważnie, Severusie. – Snape natychmiast spojrzał na niego. Spodziewał się, że Czarny Pan użyje legilimencji, ale nic się nie wydarzyło.
- Severusie, czy ja jestem przystojny?!

Rozdział drugi

- Severusie, czy ja jestem przystojny?!
Zawsze złośliwy i opanowany Mistrz Eliksirów otworzył szeroko usta ze zdumienia i wybałuszył oczy. Szczerze mówiąc jeszcze nigdy nie był t a k zdziwiony… nawet wtedy, gdy mu powiedziano, że istnieje coś takiego jak szampon (ale Snape i teraz udawał, że tego nie wie). Tymczasem Voldemort wpatrywał się w niego. Oczywiście z nienawiścią i politowaniem, ale pod tym czaiło się oczekiwanie i coś, czego Severus nie potrafił zidentyfikować. Chrząknął znacząco i odparł.
- Jesteś, panie… bardzo męski!
- Ale czy jestem przystojny!?
- Oczywiście, panie! – Snape gorliwie pokiwał głową, przyglądając się Voldemortowi. - Emanujesz grozą i siłą…
Czarny Pan zamyślił się.
- Czy ja ci się podobam, Severusie?
Mistrz Eliksirów zakrztusił się.
- Widzisz, panie… Eee… Ja… to znaczy… Wolę kobiety.
Błysk zrozumienia na twarzy Voldemorta.
- Może powinieneś spytać o to Lestrange?
- Ech, Bellatrix. – Voldemort machnął ręką, z lekceważeniem. – Ona mnie po prostu uwielbia. Uważa mnie za zabójczo przystojnego… Nie potrafiłaby ocenić mnie obiektywnie.
Czarny Pan przyjrzał się uważnie swojemu słudze, zawsze tak świetnie ukrywającego emocje. Severus nieskutecznie próbował zakamuflować zdziwienie i rozbawienie.
- Widzisz, Severusie. Jako przyszły władca świata powinienem zadbać o swój imidż.
- Ach, tak… - Snape pokiwał głową z powątpiewaniem.
- Wracając, jak myślisz, czy coś powinienem zmienić w swoim wyglądzie?
- Eee… to znaczy… niektórzy… zwracają uwagę… na tak… hmm… nieistotne dodatki jak włosy…
- Włosy. – powtórzył przyszły władca świata. – Włosy.

*

- Severusie, chodź tu na minutkę. – Lucjusz wskazał gestem jakieś drzwi. – Muszę z tobą poważnie porozmawiać.
Snape ukłonił się po raz ostatni i wszedł za Malfoy’em.
- O czym chcesz pogadać, Lucjuszu?
- O naszym panie. – odparł poważnym, cichym głosem jasnowłosy mężczyzna. – Z nim jest naprawdę źle!
- Czemu tak sądzisz? – Mistrz Eliksirów spojrzał uważnie na Malfoy’a.
- Ostatnio… może nie powinienem ci tego mówić… cóż… ostatnio pan kazał mi przynieść sobie pisma mojej żony, np. „Czarownicę” i „Bądź piękna”... to nie jest normalne!
Snape kiwnął głową.
- Pewnie masz rację. Ale nie możemy zwątpić w geniusz naszego pana. Nie wyciągaj pochopnych wniosków, Lucjuszu. Jednakże to co mówisz jest w istocie niepokojące. Czarny Pan kazał mi zostawać po naszych spotkaniach, zajmę się tą sprawą. A ty donoś mi o wszystkich… dziwnych rzeczach, jakie zaobserwujesz…

*

- Chcesz mi powiedzieć… - twarz wuja Vernona poczerwieniała jeszcze bardziej, przypominając kolorem dojrzałe truskawki. - …że jakiś… Hrabia Valdemar chce dorwać naszą rodzinę z twojego powodu?!
- Właściwie to tak... i nie Hrabia…
- A więc wynoś się stąd, gamoniu! – ryknął wuj, nie powstrzymując furii. Małe oczka rozszerzyły się, nadając wygląd szaleńca. – Wynoś się! Tyle lat dbaliśmy o ciebie, a ty odwdzięczasz się nam…
- On nie może stąd odejść, Vernon! – przerwała mu ciotka Petunia, blada i wystraszona.
- Niby dlaczego?
- Złożyłam przysięgę… on nie może…
- I co się stanie, jak nie dotrzymasz jakiejś głupiej obietnicy?
- Wolę nie wiedzieć… - szepnęła ciotka, wracając do cucenia Dudley’a. Wobec tego wuj zwrócił się do Harry’ego.
- I jakiś magiczny Darth Vader zaraz tu przyjdzie i nas pozabija? Napisz do swoich głupich przyjaciół, aby cię stąd zabrali! Nigdy nie zamierzałem za ciebie umierać, chłopcze!
- Voldemort nie może tu wejść! – odparł zniecierpliwiony Harry. – Nie może wejść do domu. W domu jesteśmy bezpieczni. Zresztą jemu zależy na zabiciu tylko ciotki Petunii.
- Czego chce ten Baron jakiś tam od Petunii?!
- Nie baron, lord!
- Lord, baron, co za różnica! Co ma z tym wszystkim wspólnego Petunia?!
- Jest siostrą mojej matki! Jest z nią spokrewniona! Moja matka oddała życie za mnie, dlatego…
- Petunia też musi?! – przeraził się wuj. Harry złapał się z głowę.

*

Mistrz Eliksirów znowu pozostał po spotkaniu. Voldemort gestem nakazał mu iść za sobą. Zaprowadził go do swojego pokoju.
Chłodną komnatę wypełniała ciemność i jakaś dziwna, ciężka, nieprzyjemna atmosfera. Snape wyczuwał ją, uznał za wyjątkowo duże stężenie czarnej magii.
W lewym rogu stało wielkie, hebanowe łoże, ze szmaragdową pościelą. Niedaleko ogromnego okna stały półki, uginające się pod ciężarem książek o mrocznych tytułach. W prawym rogu piętrzyły się różne czarnoksięskie instrumenty i artefakty. Natomiast na czarnym biurku leżał stosik kolorowych pisemek…
- Zacznijmy. – powiedział Czarny Pan złowieszczym tonem. Snape zastanawiał się, co mają zacząć, gdy przyszły władca świata wziął kilka magazynów, oglądając je z miną znawcy. – Jakie włosy by do mnie pasowały?
Severus przełknął ślinę. Był Mistrzem Eliksirów, doskonałym legilimentem, świetnie się pojedynkował… Ale w życiu nie interesował się wyglądem, modą itp. Od tego był przecież taki Lockhart…
Co by pasowało do Voldemorta? Do bladego pół-węża, o czerwonych oczach, wybrakowanych nosie i cherlawej sylwetce… Prawdę mówiąc jedyną fryzurą, która jako tako pasowała do Czarnego Pana byłby czerwony irokez, w którym mógłby chodzić po mieście, razem z podobnymi sobie osobnikami, wrzeszcząc gardłowym głosem: „Wojna! Anarchia!”. Tego jednak Severus na głos nie zamierzał powiedzieć.
Następną godzinę spędzili na wyczarowywaniu różnych fryzur. Voldemort uparł się, że jak już ma mieć włosy, to czarne.
Czarne loki. Proste włosy, lekko falowane, krótkie, długie… Nie znaleźli nic odpowiedniego…

*

Czarny Pan miał czarny humor. Po pierwsze – w tym tygodniu rzucił tylko dwie Avady (o tej niecelnej starał się zapomnieć). Po drugie – wydawało mu się, że się zmienia, staje się pobłażliwy dla śmierciożerców… On, Lord Voldemort, ma być uosobieniem okrucieństwa! Po trzecie (i najważniejsze) – w snach i na jawie nawiedzała go wizja przerażonych, niebieskich oczu. To przez nie zachowywał się tak dziwnie (zdawał sobie z tego sprawę). Przez nie miał problemy z wymyśleniem sensownego planu, dotyczącego Ministra Magii (on – geniusz i mistrz we wszystkich dziedzinach magii!). Przedtem obsesyjnie myślał o planie porwania Pottera, teraz pewna mugolka stała się jego obsesją…
„To chore! Salazarze… Nie, to nie może być żadna… miłość…” cały czas nie potrafił myśleć o sobie w kategoriach miłości. „To tylko… chwilowe zaćmienie…”

Rozdział trzeci

- Masz rację. – Dumbledore z powagą pokiwał głową. – To rzeczywiście bardzo dziwne. Jesteś pewien, że nie odkrył twojej zdrady?
Snape potrząsnął przecząco głową.
- To niemożliwe. To nie jest w stylu Czarnego Pana. On nie bawi się ze zdrajcami w kotka i myszkę.
- A czy w jego stylu jest… jak to sam określił… dbanie o „imidża”?
Severus zasępił się jeszcze bardziej.
- To także nie. Ale to wszystko jest z pewnością w jakiś sposób powiązane z Potterem… Czarny Pan zachowuje się dziwnie od czasu wyprawy na Privet Drive.
- Ta sprawa robi się coraz bardziej zagmatwana. Już nie wiem, co jest bardziej zdumiewające: mdlejący Voldemort, czy dbający o swój wygląd… - urwał, widząc na twarzy swojego szpiega mieszaninę bólu i lęku.
Snape złapał się za lewe ramię, które piekło go niemiłosiernie. Podciągnął rękaw i ujrzał Mroczny Znak, bardzo wyraźny i przeraźliwie czarny.
- Wzywa mnie teraz… - powiedział cicho Severus. Szybkim krokiem wyszedł z gabinetu, pozostawiając dyrektora sam na sam z jego obawami.
Jednym, kocim ruchem otworzył drzwi od swojego mieszkania w lochach. Założył maskę i pelerynę śmierciożercy. Wyjął z szafeczki świstoklik, jakiego zwykle używał w takich momentach, by prędko przenieść się w miejsce, z którego może się aportować.
Mimo, że słońce jeszcze nie zaszło Malfoy Manor jak zwykle było pogrążone w mroku i ciemności, które idealnie oddawały charakter tego złowrogiego miejsca. Szybko odnalazł ukryte drzwi, przeszedł przez nie i ruszył w kierunku lochów, w których zwykle odbywały się spotkania.
W lochach nie było Voldemorta.
- Pan oczekuje ciebie w swojej komnacie. – Lucjusz pojawił się cicho i niepostrzeżenie.
- W jakim pan jest humorze?
- Raczej nie jest na ciebie zły. – odparł Malfoy, rozwiewając severusowe wątpliwości.
Snape wspiął się po marmurowych schodach i dotarł do komnaty czarnoksiężnika. Zapukał mocno, syczący głos pozwolił mu wejść.
Wszedł powoli o ostrożnie cicho zamykając drzwi. W pokoju nie było tak ciemno jak poprzednim razem: jedna, zapalona pochodnia wisiała nad biurkiem.
Spojrzał na Lorda Voldemorta i zachłysnął się.
Dumną, bladą twarz Czarnego Pana okalały czarne, proste kosmyki, sięgające ramion. Jego nowe włosy do złudzenia przypominały fryzurę Severusa, tyle że nie były takie tłuste.
Prawdę mówiąc, Voldemort prezentował się całkiem nieźle. Nowa fryzura sprawiła, że wyglądał on jeszcze groźniej niż do tej pory (tak, to możliwe), a także wzbudzał mniejszą odrazę, niż gdy świecił nagą, wężowatą czaszką.
- Coś nie tak? - czarodziej próbował odczytać wyraz twarzy sługi: czy był to zachwyt, czy obrzydzenie.
- Wspaniale, mój panie… - odparł Snape zdławionym głosem. – To jest… eee…. naprawdę świetne…
- Pewnie zapytasz, skąd taki pomysł? – triumfował Czarny Pan. – Po prostu uświadomiłem sobie, jak twoje włosy świetnie pozostawiają twoją twarz w cieniu i mroku. Stałem się bardziej tajemniczy…
Takich słów Severus oczekiwałby od Lockharta, ale nie od Voldemorta! Toteż wybałuszył oczy jeszcze bardziej tak, że prawie wyszły mu z orbit.
- Oczywiście pomyślałem o skutkach owej zmiany. Wszyscy by pomyśleli, że ściągnąłem ów pomysł od ciebie… Ja! Ściągnąłem! Rozumiesz wagę tej sytuacji. Dlatego nakazuję ci skrócić włosy i… może zmienić kolor…
Mistrz Eliksirów najpierw złapał się za serce, a następnie podszedł do ściany, by się o nią oprzeć. Z trudem oddychał, gdy jego mózg przyswajał usłyszaną informację.
„Mam zmienić fryzurę…” dotknął swoich brudnych, lepiących się kosmyków. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak jest do nich przywiązany. Zetnie je… I co? Owszem, będzie ich mniej do mycia, to też jest jakaś zaleta… I jeszcze ma zmienić ich kolor?! Kochał czerń. Mieszkał w lochach, w ciemnościach, uwielbiał mrok, a coś, z czym będzie na co dzień, przez dwadzieścia cztery godziny… ma mieć jakiś inny, okropny, nieczarny kolor?!
„Prędzej zginę!” pomyślał i wtedy dotarło do niego, że właśnie stoi w obliczu śmierci. Albo znikną jego tłuściutkie, ciemne kosmyczki, albo zniknie on – z tego świata.
Przełknął ślinę.
- Ale… mam to zrobić teraz? – pisnął cichutko, zupełnie niemęskim, nieseverusowym głosem.
- A kiedy chciałeś? Już, skróć je. Niech mają długość… no, choćby włosów Pottera!
To już był cios poniżej pasa. Perspektywa posiadania włosów o tej samej, wstrętnej długości, co Harry Potter, a co za tym idzie – James Potter, przerażała go jeszcze bardziej.
- A nie mógłbym ich… przedłużyć?
Voldemort zaśmiał się krótko.
- Severusie, nie bądź śmieszny. No, już!
Snape zamknął oczy. Wyjął różdżkę i przytknął ją do głowy. Ręce trzęsły się, a on sam pływał właśnie w otchłani rozpaczy. Usłyszał zniecierpliwiony oddech Czarnego Pana.
- Nie denerwuj mnie, Severusie! Incido! – z jego różdżki wypełzł granatowy strumyczek, który, po dotarciu do głowy Mistrza Eliskirów, skracał jego włosy. W końcu zakończył ów przykry zabieg. – Gotowe! – stwierdził tonem artysty, oglądającego swoje dzieło.
Snape otworzył oczy i spojrzał w bok. Zwykle wisiały tam przyjemnie lepiące się kłaki. Dotknął swojej głowy. Włosy opadały mu bezradnie, a długość miały identyczną, co Potter.
- I nie próbuj przy nich czegoś majstrować! Teraz kolor…
- Jak najciemniejsze… - wykrztusił słabym głosem Severus. – A nie mogą pozostać czarne?
- Nie! – zaprzeczył kategorycznie Czarny Pan. Machnął różdżką, Snape poczuł, że przechodzą go ciarki. – No, idealnie. To tyle, Severusie. Jutro jest spotkanie. Możesz już iść!
Mistrz Eliksirów wykonał dziwny ruch, mający zapewne być ukłonem, po czym wyszedł bez słowa, zakrywając głowę rękoma.
Aportował się natychmiast na skraj Zakazanego Lasu, a potem biegł, biegł przez błonia, byleby jak najszybciej dostać się do swoich czarnych, mrocznych, zimnych lochów…
Gdy tylko do nich dotarł runął na miękką, ciemną kanapę. Leniwym machnięciem różdżki przywołał butelkę Ognistej Whisky. Ona zawsze potrafiła postawić go na nogi.
Po pierwszym łyku ponownie sięgnął po różdżkę. Wyczarował lusterko, lecz bał się w nie spojrzeć. Zacisnął mocno powieki. Wypił jeszcze potężny łyk whisky i otworzył oczy…
Spojrzał w zwierciadło.
Odbijały się w nim czarne, przerażone oczy, wąskie usta, zaciśnięte w kreskę oraz długi, zakrzywiony nos. Na głowę niewątpliwie jego odbicia spadały kanarkowo żółte, tłuste kosmyczki…

Rozdział czwarty

Przez chwilę siedział nieruchomo, wytrzeszczając oczy. Obrzydliwie żółte, obleśne, okropne, wstrętne… Snape trząsł się pod nadmiarem epitetów, nawiedzających jego głowę, które mogły określić te straszne kołtuny.
„I to ma być… dbanie o imidża?! Kosztem mojego własnego?!” jeszcze nigdy nie czuł tak wielkiej nienawiści. Jego słodziutkie, czarne włosy zniknęły…
Ktoś zapukał, ale on nie miał nawet siły powiedzieć „proszę”. Do komnaty wszedł Dumbledore.
- Już jesteś, Seve… - dyrektor zamilkł, obserwując ze zmarszczonym czołem nową, kaczuszkowo-żółtą fryzurę Snape’a. Po chwili wybuchł głośnym śmiechem. – Możesz mi to wyjaśnić, Severusie? To jakaś nowa moda? Wybacz, ale masz włosy koloru moich dropsów cytrynowych…
Mistrz Eliksirów jęknął i ukrył twarz w dłoniach. Po chwili wytłumaczył Albusowi, co się stało. Dyrektor najpierw próbował okazywać współczucie poszkodowanemu, ale pod koniec historii, trzymał się za bolący ze śmiechu brzuch i chichotał cichutko.
Snape spojrzał na niego ponuro.
- Zero szacunku i litości dla cudzego nieszczęścia. – powiedział grobowym głosem.
- Przepraszam… ale te twoje… włosy… - straszy czarodziej wybuchnął śmiechem, łzy pociekły mu po pomarszczonych policzkach. – Zresztą… to tak absurdalne! Severusie… a używałeś może magii? – Mistrz Eliksirów złapał się za głowę.
Złapał różdżkę i mruknął:
- Finite incantatem!
Błękitny promyczek dotknął głowy Severusa, ale nic się nie wydarzyło.
- Obawiam się – powiedział wolno Dumbledore – że Voldemort uniemożliwił nam cofnięcie tego zaklęcia.
- Czyli… do końca życia będę miał obleśne, żółte włosy?!
- Do śmierci Voldemorta. – poprawił Albus. Snape prychnął.
- O tak, a Potter załatwi go za miesiąc. Już to widzę.
- Spójrz na to z innej strony. Bardzo do twarzy ci w żółtym. A w dodatku wiele kobiet…
Umilkł, widząc kwaśną minę Mistrza Eliksirów.

*

Petunia nie należała do odważnych kobiet. To Lily zawsze była mądra, dzielna, piękna i obrzydliwie słodka. Wzdrygnęła się na samą myśl o siostrze.
Mimo braku odwagi, Petunia miała duszę niepoprawnej romantyczki. I właśnie przez ten piekielny romantyzm istniała rzecz, której Petunia zazdrościła czarodziejom.
Czarodzieje mogli walczyć ze swoimi głupimi niebezpieczeństwami. Mogli stawić czoło śmierci. Lily jak zwykle miała lepiej. Nie, Petunia nie zazdrościła jej, że umarła.
Lily zasłoniła własnym ciałem jedynego syna przed okrutnym mordercą, który uprzednio zabił jej męża… A jej mąż umarł, by ją chronić… Czy to nie jest romantyczne?
Nie żeby Petunia chciała stanąć między śmiercią, a synem. A może Dudley rzuciłby się przed nią, z rycerskim wyrazem twarzy i stanowczością, pogodzony ze śmiercią… Albo Vernon?
Petunia nikomu nie życzyła śmierci. Ale to było takie romantyczne!
Pamiętała te porywcze, zabójczo czerwone i szyderczo okrutne oczy. Oczy mężczyzny, który chciał zabić właśnie ją, więc teraz wszyscy powinni ją chronić przed bestialskimi zamiarami tego człowieka. Petunia nie była do końca pewna, czy owo monstrum to człowiek, ale to jeszcze romantyczniej! Uwięziona w wysokiej wieży przez potwora, oczekująca na ratunek…
Najwspanialsze było to, że owa człowiekopodobna istota na jej widok zemdlała. Na pewno zobaczyła promieniujące piękno i dobro z jej romantycznego oblicza i straciła przytomność… To takie cudowne!
Czerwone oczy istoty najprawdopodobniej płci męskiej bardzo ją zaintrygowały. Jednakże na razie bała się ryzykować wyjście na ulicę. Czasem trzeba pomyśleć rozsądnie, ignorując romantyczny umysł, domagający się kolejnej dawki romansideł i czerwonych oczu.

*

- Nudzę się. – Powtórzył Voldemort, pragnąc wyrwać śmierciożerców z osłupienia. – Nudzę. Się. – Malfoyowie stali jak wryci, wybałuszając oczy w ciemne włosy swego pana. Avery, Nott i Goyle śmiesznie przekręcali głowy, przyglądając się czarnym kosmykom z zagadkowymi minami. Bellatrix, zaćmiona uwielbieniem, uśmiechała się, wlepiając cielęce spojrzenie w szkarłatne oczy Czarnego Pana. – Nudzę! Się! – Snape stał z tyłu, z kapturem zasłaniającym włosy koloru świeżych cytryn. – Dlatego też dzisiaj… -Zawiesił złowieszczo głos, a młodsze szeregi śmierciożerców zadrżały. – Wybierzemy się na małą wycieczkę. Jest w Londynie pewien sierociniec… - czarni słudzy zrozumieli. Crabbe roześmiał się szyderczo, Rookwood zacierał ręce ochoczo. Zapowiadała się niezła zabawa. – Nudzę się! – Powiedział znowu z naciskiem Voldemort, bojąc się, aby nikomu nie przyszło do głowy, że ta wyprawa ma inny cel.
Miała inny.
Czarny Pan od dawna uwielbiał torturować, wymyślać złowrogie klątwy… W końcu każdy ma jakieś hobby. Czarodziej miał cichą nadzieję, że zabawa oderwie go od nękających go myśli i wspomnień…
Wodniste, błękitne oczy…

*

Od czasu niefortunnego snu z Syriuszem w roli głównej, jaki zafundował mu Voldemort, Harry uparcie ćwiczył oklumencję. Przed snem spędzał pół godziny na oczyszczaniu umysłu. Nie dawało to jednak większych efektów. Sny nie były już tak częste, ale to zapewne dlatego, że Czarny Pan nie musiał już skłaniać Harry’ego do odwiedzenia Ministerstwa Magii.
Syriusz. Przez niego Harry spędził dwie godziny na przekręcaniu się z boku na bok. Pamiętał oczy Syriusza, pełne kpiny i szyderstwa, wpatrzone w okrutną kuzynkę.
„Bellatrix!” Harry pomyślał o niej z nienawiścią, przysięgając zemstę.
W końcu jednak zmorzył go mocny sen.
Śniło mu się, że lata na miotle. Wypatrywał znicza, a wokół niego latały setki Malfoy’ów, wołających: „O, tam jest znicz!” i wskazujących w inne kierunki.
Nagle usłyszał znajome szczeknięcie. Na trybunach stał czarny pies. Serce zabiło mu mocniej. Syriusz!
Zniżył miotłę, powoli lądował…

Cały czas leciał, uśmiechając się na myśl o czekającej go rozrywce. Zapowiadała się wspaniała noc! Ścisnął mocniej miotłę. Już niedaleko.
Poznawał okolicę. Szara, ponura, bezludna. Tak idealnie oddające klimat tego obrzydliwego miejsca…
Pamiętał każdy spędzony tu dzień. Każdy posiłek, każdy wyjazd, każdego psikusa, jakiego zrobił rówieśnikom. Pamiętał tą starą jędzę Cole i wszystkie inne okropne mugolki…
Zemsta jest rozkoszą bogów…
Sięgnął po różdżkę.
- To tutaj!
Zabije każdego, nędznego mugola…
Mugol…
Zadrżał. Za każdym razem, gdy myślał o mugolach, nawiedzały go te niebieskie oczy. Poczuł, że chce, aby ona była tutaj… blisko… i jej oczy patrzyły z…
Nie, tak dalej być nie może! Teraz zajmujemy się zabijaniem mu…mugoli!
Śmierciożercy lecieli za nim i wylądowali na miękkiej trawie. Zardzewiałe huśtawki poruszał wiatr, powodując denerwujące skrzypienie, które znał tak dobrze.
Nic się tu nie zmieniło. Rozwalona piaskownica, w której było pełno połamanych łopatek, nie… niebieska zjeżdżalnia, o którą biły się wszystkie mugolskie dzieci. Z wyjątkiem jego.
- Panie? – Malfoy odważył się podejść. – Czy może…?
- Tak, już idziemy. – Warknął. Czy bezczelność Malfoy’a nie znała granic?
Podszedł do drzwi, które odleciały, gdy machnął różdżką.
Nic się tu nie zmieniło. W stara podłoga nadal trzeszczała, schody także wyglądały tak samo.
Znał drogę. Tu mieszkała Cole. Otworzył drzwi do pokoju dyrektorki sierocińca.
Jakaś młoda kobieta leżała na łóżku. Obudził ją hałas. Podniosła głowę, rozejrzała się nieprzytomnie, a gdy jej oczy napotkały jego białą twarz, zastygły w przerażeniu. Miała niebieskie…
Niebieskie… Jak… jak oczy… niebieskie oczy zastygłe w przerażeniu… niebieskie…

Harry obudził się, zlany potem. Tępy ból rozsadzał mu głowę. Trzęsącą ręką dotknął blizny.
Cieszył się, że się obudził. Nie chciałby zobaczyć tych wszystkich tortur, jakie czekały biedne dzieci tej nocy. Co sieroty Voldemortowi zawiniły?
„Chciał rozrywki, to jasne. I…” Harry zmrużył oczy, starając sobie przypomnieć szczegóły wizji. Czarne kosmyki spadające na ramiona… „Voldemort ma włosy? Co się z nim, na Merlina, dzieje? Najpierw mdleje, potem te włosy…?” skupił się jeszcze bardziej. „Niebieskie oczy?”
Harry skądś je znał. Miał wrażenie, że widział je bardzo wiele razy.
Błękitne oczy, o kształcie migdałów. Rozszerzone ze strachu. Wodniste oczy…?
Ciotka Petunia!!!

Rozdział piąty

Torturowanie dzieci miało pomóc. Nie pomogło.
„Dlaczego to nie może być dom dziecka małych Murzynów?!”, pomyślał z rozpaczą.
Co drugi dzieciak miał jasne włoski.
Co trzeci bachor miał niebieskie oczy.
Najgorzej było przy niebieskookich blondynkach. Myślał wówczas, że załamie się psychicznie. Nie pomagały nawet najwymyślniejsze tortury, które zwykle koiły tak wrażliwe i delikatne serce Voldemorta.
Bo do tego, że posiada serce, Czarny Pan niedawno doszedł. Uznał wówczas, że, mimo iż jest istotą jedyną w swoim rodzaju, „nadczłowiekiem”, wszechmocnym i wspaniałym, ma serce, które upodabnia go nieco do nędznych i brudnych stworzeń, jakimi byli ludzie. Nie przejął się zbytnio tym podobieństwem. W końcu Petunia jest człowiekiem.
Teraz także przeżywał ciężkie chwile. Nie rozumiał, w jaki sposób ta mugolska kobieta opętała jego umysł na tyle, by zmuszać go do takich rzeczy, jakie właśnie miał zrobić. Nikt nie zdołał go nigdy do niczego zmusić. Tylko Petunia Dursley.
Voldemort nie był istotą, która umiała prosić. On jedynie potrafił udawać, że to robi, a to duża różnica. Proszenie odwiecznie kojarzyło mu się z czymś obślizgłym i obleśnym, na przykład z takim Glizdogonem. Będzie musiał upaść tak nisko!
„Cel uświęca środki… Cel uświęca środki!”, powtarzał w myślach, aby wytłumaczyć się jakoś przed sobą. „To nie jest ważne, ważna jest tylko Petunia…”
Stał obok drzewa, przy ulicy Privet Drive. Pod numerem czwartym paliły się światła. Poczuł jakąś dziwną, nieznaną wcześniej radość.
„Tam w środku jest Petunia…”
Usłyszał jakiś warkot. To już. Teraz. Zadrżał podniecony.
Granatowy, duży samochód wyjechał zza rogu. Czarny Pan podążył w stronę numeru czwartego, przy którym zatrzymało się auto.
Wysiadł z niego gruby i wysoki mężczyzna. Z impetem trzasnął drzwiami samochodu.
- Witaj… - wysyczał Voldemort, stojący teraz przy płocie. Zrobił krok wprzód, występując z cienia. Światło pobliskiej latarni oświetliło jego białą, wężową twarz i lśniące, czarne kosmyki.
Vernon Dursley instynktownie chwycił się za brzuch, z niemym przerażeniem obserwując poczynania dziwacznego osobnika.
- Śmierć jest szybka i krótka. Prawie bezbolesna – powiedział tonem spikera telewizyjnego, na co Vernon wydał niezidentyfikowany odgłos. – Ale widzisz, przydasz mi się… Sprowadź mi tu Harry’ego Pottera, a nie będę cię niepokoić. Zostawię cię żywego. Przyprowadź Pottera.
Strach jednak sparaliżował Dursley’a tak, że nie mógł się poruszyć.
- No, to porozmawiamy teraz o twojej śmierci. Mam kilka propozycji.
Vernon zakwiczał głośno i rzucił się do ucieczki.
- Pamiętaj. Potter. Jeśli mi go tu nie przyprowadzisz, mogę wejść do środka i… - Zawiesił teatralnie głos. Mężczyzna pokiwał głową i wbiegł do domu.

*

Mimo całego dnia rozważań i wątpliwości, Harry Potter nadal nie wiedział, czemu Voldemort myśli cały czas o Petunii. Nic nie przychodziło mu do głowy. Może chciał wprowadzić chłopca w błąd? Po raz drugi… Może wierzył, że jak porwie ciotkę, Harry będzie chciał ją ratować… Nie, ten czarodziej nie był taki głupi.
Niebieskie oczy Petunii często pojawiały się w wizji w najmniej oczekiwanych momentach. Pamiętał to dziwne uczucie, które czuł razem z Voldemortem, wydawało mu się ono znajome i nawet… przyjemne… A to, co było zarówno przyjemne i związane z Voldemortem było z pewnością rzeczą przykrą i tajemniczą.
A więc taką, którą Harry musiał odkryć.
Rozmyślania przerwał mu wuj Vernon, wchodząc do pokoju.
Harry nie zwrócił na niego uwagi. Cały czas stał przy oknie, gapiąc się w ciemną noc.
- Potter…
Chłopca zdziwił głos wuja. Był pełen przerażenia. Odwrócił głowę.
Zwykle czerwona twarz wuja przybrała teraz niezdrowy odcień błękitu. Oczy rozszerzyły mu się, a dłonie drżały jak w febrze.
- Co się stało?!
- Chodź… szybko…
- Gdzie?!
- Szybko! Jeden z… takich jak ty… Do ciebie…
„Chcą mnie stąd zabrać!”, ucieszył się Harry, znajdując wytłumaczenie lęku wuja Vernona. „Lupin, pewnie Kingsley…. Nareszcie ktoś o mnie pomyślał”.
Ochoczo ruszył za wujem. Zeszli na dół.
- Czeka… tam… na zewnątrz.
Harry zdziwił się.
- Mam się spakować?
- Nie, on tylko na… na chwilkę. Porozmawiać.
Chłopiec wzruszył ramionami i otworzył drzwi.
Chłodny powiew wiatru zmierzwił mu włosy, gdy próbował dostrzec kogoś w ciemnościach. Latarnia nikogo nie oświetlała. Wyszedł nieco dalej i usłyszał, jak wuj zamyka drzwi.
- Dobry wieczór, Harry… - Usłyszał za sobą piskliwy, znajomy głos. Blizna strasznie go zabolała. Odwrócił się.
- Voldemort – powiedział z odrazą, powstrzymując lęk. Umrze odważnie. Dobrze, że ma przy sobie różdżkę.
- Mam do ciebie pewną sprawę… - syknął Czarny Pan, a Harry ścisnął mocniej różdżkę. Nagle czarodziej zbliżył się do chłopca i chwycił go mocno za rękę.
Pulsujący ból rozsadzał mu głowę, poczuł jak traci oddech, nic nie widział, nie słyszał…
Uderzył stopami o chodnik.
Otworzył oczy.
Znajdował się w niewielkim pomieszczeniu, o ciemnych ścianach i zniszczonych oknach. Przy ścianie stał krzywy stolik, a przy nim kilka krzeseł.
„Co się dzieje?!”, pomyślał zdumiony chłopiec. „Czego on chce?!”. Spojrzał oczekująco na czarodzieja.
Voldemort tymczasem uśmiechnął się dumnie.
- Rozumiem, że zadziwia cię moja nowa fryzura. Wiem, jest porywająca.
Harry dostał nagłego napadu kaszlu, próbującego pohamować paniczny śmiech.
- Ech… Zupełnie jak Snape’a…
Czarny Pan łaskawie udał, że tego nie dosłyszał.
- Jak pewnie się domyślasz, nie zabrałem cię tutaj, aby gawędzić z tobą na temat mojego imidżu - Zignorował źle udane kichnięcie chłopca przy słowie „imidż”. – Muszę z tobą porozmawiać na temat twojej ciotki.
Szmaragdowe oczy Harry’ego prawie wyskoczyły z orbit.
- Na temat… ciotki Petunii?!
- Tak, postanowiłem…
- Ale… dlaczego… ciotka Petunia?!
- Tak, Potter! Mógłbyś poczekać?! Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. – Chłopiec spojrzał na niego z powątpiewaniem, a Voldemort powstrzymał się od rzucenia Cruciatusa. Potter był jeszcze potrzebny. – Podpiszemy specjalną, magiczną umowę, której każdy z nas będzie musiał dotrzymać. Inaczej umrze.
Harry kiwnął głową.
- Czego chcesz ode mnie?
- Poczekaj, Potter. Ja nigdy więcej nie będę próbował cię zabić, nie będę cię prześladować, porywać ani nic takiego…
- A ja co mam zrobić?
Zapadło nieprzyjemne milczenie, a Czarny Pan nerwowo gryzł bladą wargę. Nadszedł czas.
- Pomożesz mi… poderwać swoją ciotkę.
Rozdział szósty

- Pomożesz mi… poderwać swoją ciotkę.
Z początku Potter w ogóle nie zareagował. Jego mózg automatycznie likwidował wszelkie połączenia Voldemorta z miłością, radością, uśmiechem i podrywaniem. Toteż minęła dobra chwila zanim Harry uświadomił sobie, co usłyszał.
Wytrzeszczył wówczas swoje zielone oczy, nieświadomie rozwarł usta, zbladł i cofnął się pod ścianę. Usiadł przy niej.
To niemożliwe.
To kpiny.
Voldemort sprowadził go tu specjalnie, aby się nad nim poznęcać!

Tymczasem Czarny Pan odwrócił wzrok i cierpliwie czekał, aż chłopiec się uspokoi. Poczuł nagłą chęć rzucenia w niego Cruciatusem, której się ledwo oparł, przypominając sobie, że chłopak będzie jeszcze potrzebny
Cóż za ironia losu! Przez cały czas ścigał Pottera, aby go zgnieść, zniszczyć, zabić. A teraz ma go w garści, chłopak go jeszcze bezczelnie denerwuje, a on (istota przecież ponadludzka, za jaką się uważał) nic nie mógł zrobić. Już wyciągał rękę po swoją różdżkę, już mamrotał formułkę zaklęcia, gdy przed oczyma stawała mu jak żywa Petunia Dursley, przerażona i piękna.

Harry nie dał sobą pomiatać. Jeśli miał zginąć to mężnie, jak jego ojciec. Zerwał się więc z miejsca.
- Expeliarmus!
Ale nie na darmo Voldemort był jednym z największych czarodziei na świecie. Automatycznie wręcz odparował cios, wyczarowując magiczną tarczę. Odbite zaklęcie wyrzuciło Harry’emu różdżkę z dłoni, którą Czarny Pan sprawnie złapał.
- Jesteś teraz w moim ręku, Potter. Mogę zrobić z tobą, co chcę. Mogę cię torturować, a potem zabić. Mogę zmusić się do wszystkiego. Ale tego nie zrobię. Nie zrobię, jeśli nie podpiszesz ze mną magicznej umowy, o której szczegółach już ci powiedziałem.
Harry wrócił pod ścianę, dysząc ciężko. Patrzył z nienawiścią w te czerwone oczy, które odwzajemniały spojrzenie. Widział w nich potęgę, pychę i pogardę, ale gdzieś w głębi kryła się prośba.
„On mnie o coś… prosi?!”
- Powtórz warunki tej umowy… - powiedział Harry słabym głosem.
- Przestanę prześladować ciebie i twoich przyjaciół, a ty pomożesz mi poderwać swoją ciotkę.

„A więc to prawda…”
- Ale… czego chcesz od mojej… ciotki… Dlaczego chcesz ją poderwać? Co ty knujesz?
Voldemort obawiał się tego pytania.
- Czy ja się ciebie wypytywałem kiedykolwiek o tą durną Chang?
Harry zaczerwienił się po uszy.
- A więc… zabujałeś się, tak? I to w mojej ciotce. Która jest mugolką. A ty brzydzisz się nawet szlamami…
I zaczął się histerycznie śmiać, gdyż zauważył komizm tej sytuacji.
- Przestań! – ryknął Voldemort, którego nigdy aż tak nie ugodzono w jego dumę.
- Ale… mówisz to naprawdę? Na serio odwalisz się ode mnie i od Zakonu, jeśli ci tylko pomogę w poderwaniu ciotki Petunii?
Czarny Pan zamknął oczy. Tak pragnął, aby ta męka, jaką było użeranie się z tym bachorem, już się skończyła.
„Pamiętaj! Istoty ponadludzkie wytrzymują wszelkie okropności!”

Harry wcale nie był aż tak głupi, na jakiego wyglądał. Coś pamiętał z lekcji w Hogwarcie.
- A świadek? Do takiej umowy potrzeba świadka, który będzie przy podpisywaniu umowy.
- Świadek jest.
- Kto to? Kiedy przyjdzie?
- Snape.
Harry wybałuszył na niego oczy i jęknął.
- Tylko nie Snape!
- Snape! Koniec dyskusji!


*

Gdy nic innego mu nie pozostało, Severus Snape postanowił uciec się do mugolskich sposobów. Nie mówiąc nic nikomu, szczególnie Dumbledore’owi, który by zaraz wszystko każdemu rozgadał, Mistrz Eliksirów przebrał się w mugolskie ubrania. Na głowę założył dziwaczne, mugolskie i kolorowe nakrycie głowy, które miało tę zaletę, że dokładnie zakrywało jego włosy.
„Włosy! O ile to coś można nazwać włosami!”
Podszedł do swojego kominka, wziął garść proszku Fiuu, stojącego na komodzie, wszedł do kominka i powiedział złowieszczym głosem:
- Dziurawy Kocioł!
Zaraz też znalazł się w kominku w starym pubie.
Przy stolikach siedziało bardzo mało osób, które nie zwróciły na niego uwagi. Czym prędzej więc wyszedł z lokalu do mugolskiej części Londynu, by nikt nie zobaczył Pierwszego Nietoperza Hogwartu w stroju (o zgrozo!) mugola.
Duże grupy ludzi chodziły po ulicach. Nie było jednakże takiej, która by na jego widok nie wybuchła śmiechem. Mimo, że Snape ciskał swoimi najgroźniejszymi spojrzeniami jak Jowisz błyskawicami.
„Odważni są!”, przyznał im w duchu.
Jednak najbardziej zadziwiło go pewne dziecko, które nie bało się skomentować jego ubioru.
- Mamo! Ten facio ma czepek na basen na głowie! Czy on uciekł z wariatkowa?!
Kobieta nazwana „mamą” zachichotała cicho.
- Psst! Nieładnie tak, Mandy!
Snape zmarszczył czoło. Czepek na basen? Jaki basen?
„Głupota mugoli…”
Skręcił i wreszcie zobaczył wyglądany przez niego szyld.
„Najlepsze fryzurki tylko u nas!”, głosił wielki neonowy napis. Obok wisiał olbrzymi plakat uśmiechniętej kobiety z niebieską, misternie ułożoną fryzurą na głowie.
Snape wzdrygnął się. Oto wielki ród Snape’ów zostanie zhańbiony!
„Ale co jest większą hańbą?! Brak tłustych i czarnych, iście snapowskich włosów, czy odwiedzenie mugolskiego… fryzjera?!”
Wszedł do środka. Znalazł się w niewielkim pomieszczeniu. Po lewej stronie, przy ścianie, stało biurko, przy którym siedziała jakaś blondynka i piła kawę. Po prawej znajdowały się jakieś dziwaczne fotele. Na jednym siedziała mniej więcej piętnastoletnia dziewczynka, a młoda brunetka starannie obcinała jej włosy.
Na jego widok dziewczynka nie kryła śmiechu. Brunetka spojrzała na niego natychmiast i zaczęła kaszleć. Kobieta przy biurku również się odwróciła. Zakrztusiła się kawą.
- Dzień dobry, proszę pana! – powiedziała w końcu. – Śliczny czepek.
Snape burknął coś pod nosem.
- Proszę usiąść! – wskazała mu jeden z foteli. – I zdjąć czepek.
- Ani mi się śni! – oburzył się Severus. – Nie zdejmę go!
- To po co tu pan przyszedł? – odparła blondynka znudzonym tonem. – Niech się pan uspokoi. Cokolwiek pan ma na głowie, coś się z tym zrobi.
Musiał jej Severus przyznać rację. I chcąc nie chcąc, zdjął czepek, uważnie obserwowany przez rozochoconą nastolatkę.
- Proszę zmienić mi kolor włosów. Na czarny.
Brunetka spojrzała na niego z niechęcią i pokręciła głową.
- Ci faceci to zupełnie nie mogą sobie bez kobiet poradzić. Takie to trudne włosy przefarbować?
- Dokładnie – potwierdziła blondynka. – Angelino Jolie! Jakie pan ma tłuste włosy! Czy pan je kiedykolwiek myje?!
- Takie są teraz cool – stwierdziła nastolatka, przyglądając się żółtym kłaczkom Snape’a. – Jak może je pan sobie likwidować!? Proszę mi takie zrobić! – zwróciła się do fryzjerki.
Mistrz Eliksirów ledwo się powstrzymywał.
- Musimy je najpierw umyć…
- Nie! Ma im pani zmienić kolor, czy pani słyszy?! Żadnego mycia!
- Mężczyźni! – odparła fryzjerka jako zagorzała feministka. Nastolatka pokiwała głową, patrząc na Severusa ze szczerym podziwem.
W końcu jednak jasnowłosa fryzjerka zdołała przekonać Snape’a do zmoczenia włosów. Nagle poczuł straszny ból na lewym ramieniu.
„Tylko nie teraz!”
Zerwał się i, nie zważając na obecność mugolek, aportował.

Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron