Jimmy, czyli nie wszystko było dobrze (1/10)

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Elleen
Zielony
Posty: 1
Rejestracja: 14.11.08, 19:26

Jimmy, czyli nie wszystko było dobrze (1/10)

Postautor: Elleen » 14.11.08, 19:32

Post-DH, nowe pokolenie ze sporą dawką humoru.




ROZDZIAŁ PIERWSZY
Jak dobrze mieć brata

— Potter, powtarzałam ci tysiąc razy, żebyś nie ciągnął panny Evans za warkocze — powiedziała surowo profesor McGonagall, zaciskając usta w wąską kreskę. James podniósł oczy znad swojego podręcznika i zrobił przepraszającą minę.
— Evers — powiedział głośno. — Evans to moja babcia.
Minerwa McGonagall zamrugała i spojrzała na zarumienioną Llewellyn.
— Oczywiście. Przepraszam, panno Evers. Potter, zajmij się swoimi ślimakami.
— Tajest, pani profesor!
James Potter nie miał łatwego życia. Starsi profesorowie mylili go z dziadkiem (pomimo niezliczonych piegów na nosie i płomiennorudych włosów), portret dyrektora Snape’a nienawidził (nad czym akurat specjalnie nie bolał — facet wyglądał ohydnie), a ojcu zdarzało się wołać syna obojgiem imion (co miało miejsce albo kiedy był nadzwyczaj wściekły, albo nadzwyczaj łagodny — czasem po tonie jego głosu trudno było się domyślić, na który etap nadeszła pora, więc James profilaktycznie unikał obu), na dodatek dopóki do szkoły nie przyszła Lily musiał dźwigać na swoich ramionach ciężar bycia najbardziej uroczym urwisem w szkole (otrzymany w spadku po dziadku, wujku Syriuszu i braciach Weasley), jako że Albus okazywał głęboką niechęć do przemocy, dowcipkowania i denerwowania taty (co Jamesowi na przykład wychodziło z wrodzoną niemal naturalnością).
Rudzielec przesunął swoje krzesło o kilka cali w lewo i dmuchnął w jeden ze złotych loków Llewellyn. Dziewczynka zachichotała, zakrywając usta dłonią, aby nie zaalarmować jak zawsze czujnej profesor McGonagall, a potem podsunęła Jamesowi małą karteczkę.
Tak” — odcyfrował pochyłe pismo chłopiec i wyszczerzył się radośnie. Niełatwe życie Jamesa Pottera w momentach takich jak ten stawało się zdecydowanie mniej skomplikowane. Ostatecznie Llewellyn zdawała się sama pchać w jego stęsknione ramiona, a nieco ponad dwa lata temu skupiona dotychczas na nim uwaga przeniosła się na żywiołową Lily, przesuwając nieco jego granicę swobody.
Dzwonek na przerwę zadzwonił dokładnie w tym momencie, w którym zniecierpliwienie Jamesa przekroczyło stan alarmujący, a chłopiec gotów był lada chwila wybiec z klasy, by w gąszczu studentów Hogwartu odnaleźć swoją ostatnią deskę ratunku. Zbiegł szybko po schodach i wpadł jak burza do Wielkiej Sali, a spośród wszystkich obecnych tam uczniów wyłowił kruczoczarną czuprynę brata.
— Al! — krzyknął niecierpliwie, podbiegając do stołu Slytherinu. Ponad połowa mieszkańców Domu Węża podniosła głowy znad talerzy i James pomyślał, że gdyby spojrzenia mogły zabijać, padłby (cóż za hańbiąca perspektywa!) właśnie u stóp Hazel Belt partnerującej Albusowi na eliksirach. — Czy mógłbyś na moment oddalić się od tego siedliska rozpusty i wrócić do swojego stołu? — Albus otworzył usta, zapewne w zamiarze powiedzenia czegoś równie niewinnego jak: „Hazel musi jeszcze zrozumieć zasadę zera bezwzględnego w teorii podgrzewania much siatkoskrzydłych” albo „Daj mi pięć minut, James, zostało nam jeszcze tylko osiemset trzynaście stron do przerobienia”, więc James wytrzeszczył sugestywnie oczy i jęknął: — Proszę?
Współczujące serce Albusa w mig pojęło wagę dramatu brata i chłopiec podniósł się od stołu pełnego czyhających na życie Jamesa (a przynajmniej tak zwykł twierdzić starszy z braci Potter dla zmaksymalizowania efektów specjalnych towarzyszących codziennym bluzgom na Ślizgonów) potworów, by podążyć za bratem na sam koniec stołu Gryffindoru.
— Mama czy tato? — zapytał wszechwiedząco Albus, a Jamesa zalała fala czułości względem młodszego brata.
— Al, czy ty naprawdę musisz zawsze przewidywać najczarniejsze rozwiązania? — mruknął w odpowiedzi James, uśmiechając się znacząco. W Albusie najcudowniejszy był fakt, że nigdy, ale to nigdy nie zadawał krępujących pytań.
— Czternaście lat bycia twoim bratem znacząco odbiło się na mojej psychice — odrzekł Al krzepiąco, opierając się na łokciu. — No to mama czy tato?
— Na razie nikt — odparł rudzielec, wyciągając z kieszeni zmięty kawałek pergaminu. — Na razie.
Albus spędził kilka pełnych napięcia sekund, wpatrując się w podstawioną mu pod nos karteczkę, a potem powoli pokręcił głową.
— Wiesz, że to się wyda, zanim zdążysz powiedzieć: „Hogsmeade”?
— Nie, jeśli tylko będziesz bardzo intensywnie milczał. — Albus mrugnął niepewnie. — Pro-szę?
James doszedł niemal do perfekcji w obłaskawianiu brata i skłanianiu go do robienia rzeczy, których nie implikuje czasem nawet niewinna, bezinteresowna, braterska miłość. Wprawdzie bardziej niż skruszona mina Jamesa działały na chłopca zachodzące łzami oczy małej Lily, ale rzadko zdarzało się, by Al całkowicie wypiął się na swoje rodzeństwo (chyba że ich napięty łobuzerski grafik kolidował z realizowaniem przez wierną kopię Harry’ego Pottera idealistycznych planów integracji międzydomowej tudzież ostateczną datą oddania pracy semestralnej z eliksirów).
— Okej — zgodził się litościwie Albus, biorąc od Jamesa pozwolenie i składając na nim podpis łudząco podobny do podpisu ojca. — A mogę wiedzieć, po co ci to pozwolenie?
— Evers — oznajmił dumnie James, przeczesując dłonią bujną czuprynę. Być może Llewellyn nie należała do najbardziej opornych dziewcząt, z jakimi miał do czynienia, ale swoim urokiem i klasą biła wszystkie potencjalne rywalki na głowę, więc James zarzucił próby podążania śladami wielkich podrywaczy pokroju wujka Syriusza na rzecz stabilnej pozycji wiernego psa myśliwskiego u boku swojej złotowłosej pani, która właśnie wyraziła zgodę na bajeczną randkę w Hogsmeade (i chociaż wyglądała na miłośniczkę różowego konfetti w herbaciarni pani Puddifoot, James gotów był poświęcić wiele, by tak niewiele znaczący szczegół jak kategoryczny sprzeciw matki — a kategorycznie sprzeciwiająca się czemuś matka potrafiła wyglądać przerażająco — dotyczący jego tegorocznych wyjść do wioski zniweczył jego plany uwiedzenia tej cudownej dziewczyny, zdobycia jej, poślubienia i obdarzenia siódemką uroczych dzieciaków).
— Aha — podsumował elokwentnie Albus, który wydawał się odziedziczyć po ojcu tę zdumiewającą zdolność przekazywania maksimum treści przy wykorzystaniu minimum środków werbalnych. — Zdajesz sobie sprawę, że możesz natknąć się na Rose?
— Nie idzie — oznajmił rudzielec z niezbyt dobrze ukrywaną radością i poprawił zsuwające się z nosa okulary. — W bibliotece jest jeszcze co najmniej trzydzieści książek, których nie przeczytała. Do soboty się nie wyrobi, nie ma szans.
— Czy jest ci z tego powodu tak smutno, jak to okazujesz, czy, nie daj Merlinie, jeszcze bardziej? — zadrwił Albus, wprawiając brata w niejaką konsternację. Albus Potter nie zwykł dowcipkować, a jeśli już wyparł ze swojej świadomości wszystkie o niebo ważniejsze sprawy i oddawał się tej wzbogacającej osobowość czynności, robił to zazwyczaj pod wpływem silnych emocji bądź chcąc odwrócić uwagę matki od karygodnych zachowań dwojga jej marnotrawnych potomków.
— Jestem zrozpaczony — jęknął żałośnie James, wzbudzając niezdrową ciekawość w siedzących najbliżej niego Gryfonach. — Będę ci dozgonnie wdzięczny za to, co dla mnie robisz.
— Czyli do momentu, w którym dopadnie cię mama — mruknął Al, uśmiechając się lekko. — Mogę już wrócić do tak prozaicznych czynności jak nauka? — zapytał. James rzucił szybkie spojrzenie na stół Slytherinu, a w szczególności na Hazel Belt, która nie wyglądała najprzyjemniej (James orzekł autorytatywnie, że to wina jej wysuniętej szczęki i niezwykle umięśnionych ramion).
— Al, powiedz mi, błagam, że nie spotykasz się z tą... Hazel — jęknął. — Odchorowałem już twoją niezrozumiałą potrzebę wsadzenia kija w sam środek mrowiska, ale martwię się, że kiedy ta dziewczyna będzie chciała cię pocałować, przez przypadek odgryzie ci nos.
— James — zaczął groźnie Albus, przypominając Jamesowi z całą mocą, że w dziele stworzenia ostatniego ziemskiego altruisty brały udział nie tylko geny ojca. — Ślizgoni nie są, wbrew obiegowym opiniom, żądnymi krwi ludożercami z mugolskich mitów.
— Nie!? — zakrzyknął dramatycznie James, jakby z jednym wypowiedzianym przez brata zdaniem runął cały jego światopogląd. Albus położył dłonie na biodrach i zmrużył oczy. — Okej, okej, żartowałem. Wracaj do swoich puchatych, słodkich jak plaster miodu przyjaciół.
— Ej! — oburzył się Albus. — Wcale nie powiedziałem, że są słodcy i puchaci! Taki Scorpius Malfoy na przykład...
— Czekaj! — przerwał mu nagle James, tym razem naprawdę niepewny stabilności swojego światopoglądu. — Przyjaźnisz się z Malfoyem?!
— Tata mnie zabije, nie? — zmartwił się Albus, z powrotem siadając obok brata.
— E tam, tata. Mój podręcznik podpowiada, że tata do zabijania używa co najwyżej Expelliarmusa — mruknął James. — Ale poczekaj na reakcję wujka Rona!
Brwi Albusa podjechały do góry, jakby wyobraził sobie tę scenę z całymi jej konsekwencjami, a potem chłopiec zwrócił swoje udręczone spojrzenie w kierunku brata.
— Nie powiesz im, prawda?
Ja nie. — James uśmiechnął się lekko, podnosząc głowę i wskazując bratu Rose Weasley, która siedziała przy stole Ravenclawu i od dziesięciu minut obserwowała to Albusa i Jamesa, to ślizgońskich znajomych Ala. — Ale nie byłbym taki pewien, czy twoja wielka tajemnica zostanie w murach tej szkoły.
— Wujek mnie zabije — mruknął Al, podnosząc się od stołu.
— Nie przesadzaj — spróbował pocieszyć go James. — Co najwyżej lekko poturbuje.
I ze współczującym uśmiechem na ustach pobiegł w stronę stołu nauczycielskiego, by wręczyć profesor McGonagall „spóźnioną” zgodę na wyjścia do Hogsmeade.
— Wszystko widziałem — usłyszał przy swoim uchu znajomy szept, kiedy jego podrobiona zgoda wyszła zwycięsko z dokładnego przeegzaminowania przez profesorkę transmutacji.
— Ee... co? — zaczął dyplomatycznie chłopiec, robiąc w myślach szybką podróż przez wszystkie swoje grzeszki ostatniego tygodnia. Profesor Longbottom uśmiechał się do niego promiennie, jakby nie zamierzał za parę minut wlepić mu szlabanu albo odjąć tysiąca punktów swojemu własnemu domowi (życie nauczyło Jamesa, że nauczyciele odejmowali mu punkty w naprawdę skrajnych przypadkach, bo gdyby mieli to robić za każde przewinienie, Gryffindor już w pierwszym tygodniu września byłby ogołocony ze wszystkich cennych punktów). — Ach, zapomniałbym! — krzyknął w przypływie olśnienia. — Mama przesyła panu profesorowi ucałowania!
— Jest listopad — zauważył trzeźwo profesor.
— Jestem pewien, że przesyła codziennie — upierał się chłopiec.
— Dobrze, James — zaczął złowróżbnie nauczyciel zielarstwa, zniżając głos. — Harry wspominał, że nie masz podpisanego pozwolenia na wyjścia do wioski.
Jamesa nawiedziło kilka wizji, z których spędzenie najbliższego weekendu na wkuwaniu runów z Rose zamiast raczenia zabawnymi historyjkami cudownej Llewellyn należało do najmniej przerażających.
— Jeśli pozbawi mnie profesor możliwości pójścia do wioski, zniszczy pan moją szansę na czystą i dozgonną miłość, a także obniży przyrost naturalny za jakieś dziesięć lat o co najmniej dwa oczka.
Neville Longbottom przyglądał się swojemu uczniowi z niemym zdziwieniem wymalowanym na twarzy (James dałby sobie uciąć głowę, że dostrzegł w minie nauczyciela nieznaczny ślad fascynacji jego geniuszem, gdyby nie przekonanie, iż szyja bez głowy kończy się cokolwiek głupio).
— Trzy stopy eseju o zastosowaniu ropy z czyrakobulwy w magomedycynie na poniedziałek, a we wtorek pomożesz mi w czwartej cieplarni — powiedział nauczyciel z uśmiechem, a James pokiwał energicznie głową. — W takim razie niczego nie widziałem.
Wnętrzności Jamesa wykonały kilka dzikich salt. „Gdybym był profesor Brocklehurst, też bym się w nim zakochał” — pomyślał radośnie chłopiec, w podskokach opuszczając Wielką Salę.

Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron