Toroj - Koła czasu

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Toroj - Koła czasu

Postautor: archiwalny » 10.11.08, 22:14

Toroj:

KOŁA CZASU
czyli
Słoneczko Slytherinu
.
Każdy budynek ma swój własny, niepowtarzalny zapach, na który składają się osobne wonie kamienia, cegieł, zawartości pokoi i setek pojedynczych zapaszków przebywających w nim ludzi, które lepią się do wszystkiego na podobieństwo niewidzialnej melasy. Podziemia Ministerstwa nie odbiegały pod tym względem od normy. Syriusz wciągnął powietrze do wnętrza połyskliwego, wilgotnego nosa. Psi zmysł węchu natychmiast rozdzielił wielki zapachowy gobelin na pojedyncze nitki. Korytarz pachniał kurzem, drobnymi śladami myszy, pergaminami i gorzkawą spalenizną z pochodni, oraz - co było nieco zaskakujące - cukierkami na kaszel, ale ponad wszystkim dominował niepokojący smrodek zdenerwowanych ludzi w skórzanych płaszczach. Na ścianach widać było tu i ówdzie osmalenia po zaklęciach ofensywnych. Tonks cicho przemykała się pod ścianami, z wyciągniętą przed siebie różdżką. Wykonywała drobne ruchy nadgarstkiem, by w razie czego objąć zaklęciem jak największy obszar rażenia. W jednym z zaułków natknęli się na nieprzytomnego aurora. Żył, ale jego tętno było słabe. Tonks już miała polewitować go ku wyjściu, gdy pojawiła się inna postać w popielatym uniformie z charakterystycznym emblematem służb magomedycznych, więc młoda stażystka z „psem” u nogi mogła udać się na dalszy patrol. Następne odkrycia były jeszcze mniej przyjemne. Za zakrętem odkryli ofiarę potraktowaną Rackharrowem, o czym zresztą zawczasu powiadomił Syriusza nos. Tu ratować nie było kogo, raczej przydałaby się szufelka. Tonks przełknęła kurczowo ślinę, przybierając w świetle pochodni interesujący kolor sera gorgonzola. Przeszła fatalny rejon jak najszybciej, pozostawiając tylko zaklęcie lokalizacyjne. Potyczka w Ministerstwie była ostra. Tuż za progiem Wydziału Czasu i Przeznaczenia natknęli się na kolejne ciało, tym razem Śmierciojada. Pobieżne oględziny pozwalały się domyślać, że udusił się pod wpływem źle rzuconego zaklęcia paraliżującego.
- A gdzie Snape? Chyba go nie ustrzelili w tym zamieszaniu? – spytała Tonks z pewnym niepokojem, uświadamiając sobie, że podczas starcia widziała przelotnie znajomą chudą postać Mistrza Eliksirów, który otrzymał wezwanie, podobnie jak inni Śmierciożercy z najbliższego otoczenia Wiadomo-Kogo.
- Złego diabli nie biorą – rzucił Black lekceważąco, przyjmując na powrót ludzką postać. – Włóczy się gdzieś po Departamencie i węszy swoim zwyczajem, albo już się ewakuował.
- Ostatnio widziałam go gdzieś tam. – Tonks machnęła ręką w kierunku wielkiego zmieniacza czasu, za którym widoczne były drzwi, prowadzące do kolejnych pomieszczeń. Urządzenie otaczała duża, opalizująca sfera, do złudzenia przypominająca gigantyczną mydlaną bańkę. Coś zaszurało i usłyszeli dziwny dźwięk.
- Kot...? – zdziwił się Syriusz, ostrożnie obchodząc postument i leżące koło niego ciało martwego Śmierciożercy. Za nim kroczyła Tonks.
- Nie kot – autorytatywnie stwierdziła Tonks, która posiadała kota i była dobrze zorientowana w asortymencie wydawanych przez niego dźwięków. Za postumentem na posadzce leżały jakieś szmaty, pod którymi coś się poruszało.
- Ninny, ubezpieczaj mnie.
Syriusz powoli wyciągnął różdżkę, równie powoli podniósł nią skraj czarnej płachty i zamarł. Brwi mimowolnie podjechały mu do połowy czoła.
- Słodka Morgano... – wymamrotała Tonks za jego plecami.
Z dołu, spomiędzy zwojów tkaniny patrzyła na nich żałośnie para czarnych ślepek, drobna dziecięca buzia właśnie wykrzywiała się w podkówkę, a nosek marszczył, dając nieomylny znak, że za chwilę rozpocznie się ulewa łez.
- Dzieciak... – jęknął Syriusz. – Skąd tu dziecko, na miłość Boską!?
Dziecko tymczasem wybuchnęło okropnym płaczem z głębi serca, głosząc światu swą krzywdę.
- Maaaaaamaaaaaa...!!!
- Chwila, co tu robi ten bachor i dlaczego jest goły?
Black podejrzewał, że dziecko niedbale zawinięte w wełnianą szmatę nie ma poza tym nic na sobie. Tonks złapała dziecko pod paszki i uniosła w górę, co potwierdziło, że istotnie Syriusz ma rację.
- O, chłopczyk – powiedziała, rzuciwszy okiem w odpowiednie miejsce. Dziecko kopało i skręcało się w jej objęciach, wyjąc histerycznie. Na oko malec miał około dwóch lat, i o ile Tonks znała się na dzieciach, raczej nie więcej niż dwa.
- Śmierciojadom chyba już zupełnie odwaliło, że biorą na akcje dzieci. Pewnie chcieli tu odprawić jakiś rytuał? Złożyć go w ofierze, albo coś w tym stylu, pieprzeni zboczeńcy.
- Myślałam, że krwawe ofiary odprawia się na cmentarzach, a nie w budynkach Ministerstwa – prychnęła Tonks, tuląc malucha, który tymczasem przestał się wyrywać, ale nadal łkał żałośnie. Łzy jak groch spływały mu po buzi.
- To są bardzo nowocześni zbrodniarze, Ninny. No nic, zabierzesz dzieciaka na posterunek. Niech się ktoś dowie, czyj jest. Może rodzice już złożyli doniesienie o porwaniu. O ile to nie jego starzy go tu przywlekli – dodał Black przytomnie.
- Bidulku, wrócisz do mamy i taty... Wszystko będzie dobrze. – Tonks zacmokała pieszczotliwie. – Syri, trzeba go w coś opatulić. Tu jest zimno jak w ślizgońskich lochach.
Syriusz podniósł skwapliwie z podłogi ów tajemniczy kawał czarnego welwetu, a wtedy z fałd posypały się ze stukotem i dzwonieniem jakieś drobne przedmioty. Zaskoczony Syriusz potoczył wzrokiem po kolekcji guzików i sprzączek. Po podłodze poturlało się kilka szklanych buteleczek... i różdżka. Różdżka, która wydawała mu się dziwnie znajoma. Syriusz czuł, że coś jest nie w porządku. Bardzo nie w porządku.
- Syri... możesz tu spojrzeć? – usłyszał zdławiony głos kuzynki.
Tonks trzymała chłopczyka za rączkę i gapiła się na jego przedramię, wytrzeszczając oczy. Na skórze dziecka widniał szary, nieco zamazany ale nadal rozpoznawalny zarys Mrocznego Znaku. Syriusz gwizdnął przeciągle. „Oznaczają takie szczawiki?” – pomyślał w pierwszej chwili, ale potem inna myśl uderzyła go jak piorun. Popatrzył na trzymaną w ręku szmatę, rozsypane guziki, a potem wymienił zalęknione spojrzenie z pobladłą Tonks. Jak na komendę odwrócili się ku wciąż działającemu zmieniaczowi czasu.
- O Boże... – jęknęła Tonks. – Musiał przypadkiem dostać się w strefę.
Małoletni Severus Snape na jej rękach rozmazywał sobie łzy po policzkach, powoli chrypnąc od płaczu.
- Cofnęło go jakieś trzydzieści trzy lata – rzekł Syriusz. – Ninny, po prostu przerzuć go z powrotem. Ale jaja, będzie musiał wracać do domu z gołym tyłkiem.
- Zwariowałeś! Masz jakieś pojęcie jak to działa?! On może zniknąć całkiem!
- Szczerze powiedziawszy, raczej bym się nie zmartwił – odparł Syriusz.
- Słodki Merlinie!! – ryknęła Tonks, wyrywając kuzynowi materiał i owijając nim Snape’a. – Jestem spokrewniona z kompletnym bydlakiem! Wyrzeknę się ciebie, panie Black, jak mamę kocham! Chcesz zabić dziecko!
- Dobra, dobra... Tak tylko mówiłem – odburknął Syriusz. – Ale co mamy robić?
- Spróbuj coś wrzucić w tę banię – poradziła Tonks.
Syriusz podniósł więc jeden z guzików i cisnął nim poprzez strefę zmieniacza. Rozległ się cichy trzask, jakby ktoś rozrywał jedwabną przędzę, a po powierzchni sfery przebiegły tęczowe fale i rozbłyski miniaturowych błyskawic. Syriusz obszedł magiczne urządzenie i odnalazł guzik, leżący na posadzce.
- I co? – spytała Tonks. Snape szczęśliwie uciszył się, objąwszy ją za szyję.
- I nic – odparł Syriusz ponuro. – Nie widzę żadnych zmian. Ani na lepsze, ani na gorsze. Guzik jak guzik.
- Nie możemy ryzykować. Dumbledore coś wymyśli. Wracajmy na Grimmauld Place.
Rackharrow – wynalazca zaklęcia patroszącego
Albus Dumbledore przekładał na stole przyniesione przez Syriusza przedmioty.
- Sądząc po obecnym wieku Severusa, i tego, co stało się z jego ubraniem, faktycznie musiał cofnąć się w czasie około trzydziestu dwóch albo trzech lat. Mały włos, a stracilibyśmy go na amen. Wszystko, co miało mniej niż trzydzieści lat, po prostu rozpłynęło się w powietrzu.
- Czy to znaczy, że Snape od ponad trzydziestu lat nie kupił sobie nowej szaty? Taki skąpy? To przesada nawet jak dla niego – zdziwił się Black.
- Niekoniecznie. Raczej po prostu materiał ma trzydzieści. Guziki też nie niszczą się od samego leżenia u krawca.
- A różdżka? Też ma więcej niż trzydzieści? Odziedziczył po matce, czy jak?
- Ollivanderowie robią różdżki na zapas. Nie zdziwiłbym się, gdyby ta różdżka przeleżała sto lat w pudełku na Pokątnej, aż nadszedł czas, by dostał ją Severus.
- Jaki ma rdzeń? – zainteresował się Syriusz, obracając w palcach rzeczony przedmiot.
- O ile pamiętam, łuski salamandry – odrzekł Dumbledore, odbierając mu różdżkę Snape’a i troskliwie owijając ją serwetką. – Nawet pomyślałem, że to do niego pasuje. Biedny Severus zawsze spalał się wewnętrznie, choć na zewnątrz utrzymywał fasadę zimnego drania.
Black nieznacznie wzruszył ramionami.
Obaj popatrzyli w stronę kanapy, gdzie Severus spał, przytulony do resztek swojej odmłodzonej peleryny, których nie dał sobie odebrać, jakby instynktownie czując, że ten kawałek materiału należy do niego. Nie wyglądało na to, by pamiętał cokolwiek ze swojego poprzedniego życia. Był po prostu malutkim dzieckiem, niespodzianie rzuconym w obce środowisko. Nie rozpoznawał nikogo i niczego. Tonks z ogromnym trudem zdołała go ubrać w piżamkę, transmutowaną ze starej koszuli Syriusza, a następnie namówić do zjedzenia czekoladowej żaby i wypicia kubka słabej herbaty. (Mleku stawił stanowczy odpór.) Zmęczony, zapłakany i kompletnie skołowany ex Mistrz Eliksirów zasnął w końcu nad ranem, przewracając się po prostu na środku dywanu w salonie, jakby ktoś odłączył mu zasilanie.

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Toroj - Koła czasu

Postautor: archiwalny » 12.11.08, 22:36

Tonks siedziała na krześle okrakiem, opierając brodę na oparciu i patrzyła na śpiącego chłopczyka.
- Nigdy bym nie przypuszczała, że Sev był takim ładnym dzieckiem – odezwała się nagle.
- Bo ja wiem..? – mruknął Syriusz niechętnie. – Paskudny, rykliwy, nieznośny bachor. I do tego wygląda na przygłupiego. Ja w jego wieku umiałem powiedzieć coś więcej niż „mama”.
- A ty byś się zachowywał inaczej? Przecież on nie ma pojęcia ani kim jest, ani jak się tu znalazł. Biedaczek jest w szoku.
Jakby na potwierdzenie tych słów, malec poruszył się niespokojnie we śnie, wzdychając spazmatycznie, kuląc się i mocniej ściskając w rączkach czarny welwet. Tonks opiekuńczo otuliła go dokładniej kocem i wygładziła fałdy. Dumbledore uśmiechnął się w głębinach siwej brody. Mały Severus nie odznaczał się pocztówkową urodą i na pewno nie zająłby pierwszego miejsca w Konkursie na Najładniejsze Dziecko Magicznego Świata (prawdę powiedziawszy, nie było szans aby zmieścił się w pierwszej pięćdziesiątce) ale był ładny na swój sposób. Buzię miał bladą i owalną. Czarna grzywka opadała mu na czoło, lśniąc jedwabiście w miękkim świetle naftowej lampy. Zaskakujące było to, że jego słynny snape’owski nos zredukował się do całkiem przeciętnych rozmiarów i nawet był lekko zadarty.
- A co ze Znakiem? – spytał Syriusz. – Niby Snape odmłodzony do szczenięcych latek, a nadal ma tę cholerną pieczęć.
Dumbledore przetarł okulary.
- To nie takie proste, Syriuszu. Mroczny Znak, jak wiesz, nie jest zwykłym tatuażem, to jedynie widoczna manifestacja bardzo skomplikowanego i silnego zaklęcia. Źródło jego mocy nie tkwi w Severusie, tylko w Voldemorcie. Można wyobrazić sobie ich związek jako coś w rodzaju magicznej smyczy. Póki żyje jeden z nich, więź nie zostanie zerwana.
- Nawet po czymś tak drastycznym jak magia czasu?
- Quod erat demonstrandum, drogi chłopcze.
- Niezła awantura... A jakby tak go potraktować eliksirem postarzającym? – zaproponował Syriusz.
- To byśmy otrzymali trzydziestolatka z umysłowością dwuletniego dziecka – wtrąciła się Tonks, zanim Dumbledore zdążył się odezwać. – I to dopiero byłaby katastrofa.
- Tonks ma, niestety, rację – potwierdził Dumbledore. – W tym wypadku muszę uruchomić kontakty w Departamencie i poprosić o pomoc Zegarmistrzów. Na własną rękę możemy tylko pogorszyć sytuację.
- Okej. – Tonks ziewnęła i przeciągnęła się. – Mam rację, a przede wszystkim mam w pracy dyżur o ósmej rano i powinnam złapać choć godzinę snu. Szefostwo źle reaguje na pracowników zachowujących się jak zombi. Dobranoc.
Skuliła się na kanapie obok śpiącego Severusa, podkładając sobie pod głowę aksamitną poduszkę, haftowaną w pomarańczowe motylki.
- Ninny, idź do gościnnego pokoju, będzie ci wygodniej – odezwał się Syriusz.
Tonks tylko machnęła ręką, nawet nie racząc otworzyć oczu.

Kiedy Tonks obudziła się wczesnym rankiem, pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła, była smoliście czarna grzyweczka tuż obok jej twarzy i para równie czarnych oczu, wpatrujących się w nią z wyrazem powagi. Severus Snape obserwował ją niemal bez mrugania, ssąc przy tym kciuk. Tonks uśmiechnęła się przyjaźnie, nieznacznie się przeciągając. Snape wyjął palec z buzi.
- Mamusia...? – odezwał się żałosnym tonem.
- Nie ma mamusi – odrzekła Tonks łagodnie, bezwiednie wpadając w pieszczotliwe tony, jakimi dziewięćdziesiąt dziewięć procent dorosłych zwraca się do maluchów, a które dorosłego Mistrza Eliksirów doprowadziłyby do mdłości. – Jest ciocia. Ciocia cię lubi, nie płacz skarbie – pospieszyła z zapewnieniem, widząc, że małemu zaczyna się trząść broda. – Mamusia przyjdzie później.
„Ależ kłamię” – pomyślała, a głośno spytała prędko:
- Chcesz śniadanko?
Severus powoli pokręcił główką.
- Mleczka?
Ten sam gest, wzmocniony pełnym obrzydzenia zmarszczeniem nosa. Małoletni Severus Snape najwyraźniej nie lubił mleka. Tonks wysiliła otępiałe o poranku szare komórki, usiłując pozbierać nieliczne posiadane wiadomości o małych dzieciach.
- Siusiu?
Tym razem doczekała się przytaknięcia, co przyjęła jednocześnie z ulgą i niejakim lękiem.
„Słodka Helgo” – pomyślała, wstając i biorąc małego na ręce, wraz z jego welwetowym „kocykiem bezpieczeństwa”. – „Spałam ze Snapem, a teraz będę mu pomagać w ubikacji. Toż jak on wróci do naturalnego wieku, upiecze mnie żywcem.”
Tymczasowo jednak Severus Snape nie zdradzał morderczych zamiarów. Wręcz przeciwnie, otoczył ramionkami szyję „cioci”, przytulając się do niej ufnie. Posłusznie i w milczeniu poddawał się zabiegom toaletowym.
- Gadatliwy to ty nie jesteś. Zresztą nigdy nie byłeś – mruknęła Tonks, czesząc Severusa srebrnym grzebieniem, który przed laty należał do pani Black. Zainteresowany urządzeniem łazienki, Snape rozglądał się dokoła, a sądząc z miny, wystrój w kolorach srebrno-seledynowych przypadł mu do gustu. Dopiero kiedy jego wzrok zatrzymał się na prysznicu, udatnie imitującym łeb kobry ze złowrogo rozpostartym kapturem i szeroko rozdziawioną paszczą, stwierdził z niesmakiem:
- Beee. Glizie.
- Mnie też się nie podoba – poparła go Tonks, trzęsąc się od tłumionego śmiechu.
Tymczasem minuty leciały jedna za drugą nieubłaganie, a na ręcznym zegarku Tonks pojawił się ostrzegawczy napis: Zaraz się spóźnisz. Niestety, dalszą opiekę nad małym Snapem trzeba było scedować na Syriusza. Problem w tym, że Tonks nie była pewna, czy jej kuzyn jest zdolny do opieki nad samym sobą.
- Późno! Bardzo późnoooo! – zaśpiewał zegarek złośliwym dyszkancikiem, więc Tonks czym prędzej zawinęła Severusa w pozostałość jego szaty, tak że wystawała mu tylko głowa. Przeszła szybkim krokiem przez błękitno-srebrną sypialnię. Na korytarzu kopnęła drzwi pokoju Syriusza.
- Siri! Wstawaj!!
- Jestem w kuchni! – dobiegł z dołu przytłumiony głos Syriusza. Tonks miała przemożną ochotę zbiec po schodach, swoim zwyczajem przeskakując po dwa stopnie. Tym razem jednak niosła dziecko, więc zeszła statecznie, starannie omijając stopień-pułapkę, który pan domu od miesięcy obiecywał naprawić i zawsze odkładał to na przysłowiowe jutro.
- Spóźnienie dwie minuty! – zaskrzeczał zegarek nieprzyjemnie, więc Tonks na granicy paniki wepchnęła Severusa w objęcia Syriusza, gdy tylko ten wyłonił się z sutereny. Zaskoczony Black upuścił opróżnioną do połowy puszkę piwa, odruchowo chwytając niespodziewane brzemię. Bursztynowy płyn rozlał się pienistą strugą na posadzce.
- Ożesz, buki i borsuki! Już się spóźniłam – jęknęła Tonks, przeczesując palcami nastroszoną malinową fryzurę. – Szef mnie spetryfikuje! Nie zaliczę stażu! Siri, zajmij się małym, muszę lecieć!
- Ale... ale ja... – zaczął Syriusz i nie dokończył, gapiąc się na Snape’a ze zgrozą i trzymając go w wyciągniętych rękach daleko od siebie, jakby ociekał czymś paskudnym. Tonks mruknęła „freshgate”, a potem puknęła się w zęby czubkiem różdżki.
- Tak, tak – rzuciła niecierpliwie, wionąc ostrym zapachem mięty. – Nie lubisz Snape’a i nie wiesz co się robi z dziećmi. W ten koniec wkładasz jedzenie. – Poklepała Severusa po czuprynie. – A o drugi dbasz, żeby był suchy. Łatwizna.
Mina Syriusza świadczyła, że wolałby raczej konkretne wiadomości encyklopedyczne, najchętniej dużo teorii, a po zaliczeniu semestru ewentualnie mógłby poćwiczyć na makietach.
- Eh, nie marudź i zafiukaj do Molly.
Tonks zniknęła z głośnym trzaskiem aportacji, udając się do miejsca pracy. Syriusz został sam ze swym problemem. Problem nadal zwisał metr nad podłogą, gapiąc się na niego wielkimi, wilgotnymi oczami i łapiąc powietrze niczym karp zagrożony grillem.
- Jak zaczniesz ryczeć, to cię zjem żywcem – zagroził Black pedagogicznie. Severus zatrzasnął buzię, zacisnął zęby, aż przy uszach wystąpiły mu małe guzki, a jego oczy urosły jak u Andersenowskiego psa. Syriusz postawił go na podłodze w hallu, a sam wrócił do kuchni, by odbyć przez kominek konferencję z kuzynką Molly. Niestety, kuchnia w Norze była opustoszała. Mimo nawoływania nikt się nie zjawiał. Pomieszczenie wyglądało tak, jakby opuszczono je w pośpiechu. W otwartym oknie powiewała perkalowa zasłonka w kwiatki, na podłodze poniewierała się upuszczona cukierniczka, a domowy ghul wylizywał z podłogi resztki cukru. Po stole natomiast spacerowała jarzębata kura z wypisaną na dziobie miną właścicielki grzankowego raju. Z pewnością te miłe stworzonka nie pozwoliłyby sobie na takie ekscesy, gdyby Molly przebywała w promieniu stu metrów. Syriusz popatrzył na rodzinny zegar Weasleyów. Wskazówki z twarzami Ginny i Rona twardo stały na pozycji „szkoła” za to wskazówki bliźniaków tkwiły przy napisie „kłopoty”, a wskazówki Molly i Arthura miotały się niespokojnie między „w drodze”, „katastrofa” i „nakarmić kury”. Niewątpliwie w Norze zaszło coś wstrząsającego. Zaniepokojony Syriusz wycofał głowę do własnej kuchni. Po chwili namysłu sypnął nową szczyptę proszku Fiuu, mówiąc głośno:
- Ogrowa sześć.
U Gringotta otwierano dopiero o dziewiątej, więc istniała pewna szansa, że Bill będzie jeszcze u siebie.

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Toroj - Koła czasu

Postautor: archiwalny » 13.11.08, 18:55

Wynajmowany pokój Billa tchnął optymizmem i atmosferą luzu. Ściany w kolorze zielonego groszku zdobiły plakaty zespołów muzycznych, fragmenty egipskich papirusów i kolekcja mugolskich znaków drogowych. W pokoju nie było stołu, więc Bill siedział na materacu, na skłębionym śpiworze w maskującej barwie pustynnego piasku i pił kawę z kubka w kształcie głowy królowej Nefertiti. Rozczochrane włosy spływały mu po obu stronach przystojnej twarzy jak rdzawy deszcz. Na pytanie o zaginioną część rodziny odpowiedział:
- Mój ojciec usiłuje powstrzymać moją matkę przed obdarciem ze skóry moich braci.
Syriusz uniósł brwi w niemym zdumieniu.
- Moi genialni braciszkowie wymyślili sobie, że rzucą budę i założą własny interes – kontynuował Bill. – Na miesiąc przed owutemami, łapiesz? Matka dostała ataku furii. Wyrzuciła ich z domu i z rodziny. Najpierw. Jak ochłonęła, to poleciała za nimi do Londynu, żeby ich przeprosić i zamordować. I powiedzieć, że ich mimo wszystko kocha. Możliwe, że pochrzaniłem kolejność, ale mama bardzo desperowała.
- A co na to Percy i Charlie? – zainteresował się Syriusz, na chwile zapominając o własnych kłopotach.
- Charlie siedzi u smokerów i jeszcze nic nie wie, a pan Jajogłowy się odciął od sprawy.
- Ty też się odciąłeś?
- Ja wprost przeciwnie, popieram. Może mamie trudno się z tym pogodzić, ale nie każdy może być Percym. Prawdę powiedziawszy, im mniej Percych, tym lepiej. Fred i George nie usiedzieliby ani minuty nawet na studiach podyplomowych w Instytucie Alchemii, a co dopiero na stołku w Ministerstwie. Lepiej będzie, jak pójdą na swoje.
Syriusz pożegnał się, czując rosnącą frustrację. Na Molly w tej sytuacji nie było co liczyć i wręcz nie wypadało jej prosić o pomoc. Natomiast na pewno zawsze i wszędzie mógł liczyć na jedną osobę. Oczywiście z wyjątkiem okresu pełni.
- Remmyyyyy!!! – zawył Syriusz desperacko w kominek. – Lunatyk, ratunku! Mam dziecko!
- Urodziłeś? – spytał Lupin uprzejmie, unosząc ołówek nad jakimś pergaminem. Widać dostał akurat kolejne zlecenie na korektę jakiegoś dzieła naukowego, co miało mu zapewnić skromny, ale honorowy kawałek chleba.
- Wrogowie podrzucili! – zazgrzytał zębami Syriusz. – Remmy, wiesz jak się toto hoduje?
Lupin podrapał się ołówkiem w głowę.
- Miałem kiedyś pufka... – rzekł niepewnie.
- Zbawco! Pójdź w me ramiona! – zakrzyknął Black patetycznie.
Lupin westchnął.
- Dobra, dobra... Idę w twe ramiona, tylko się tu ogarnę.
Po paru minutach wkroczył do kuchni na Grimmauld Place.
- Ninny zostawiła mnie samego z tym bachorem, a Molly nie ma w domu – powiedział Syriusz z goryczą, prowadząc przyjaciela do hallu.
- Mnie zostawiła z kotem. To się nazywa femme savante – mruknął Remus. – Gdzie to dziecko?
Rozejrzał się po korytarzu, na próżno wypatrując czegoś dzieciopodobnego, ale na posadzce leżała tylko puszka po Guinessie, w kałuży piwa. Od niej biegły mokre ślady bosych stópek, wysychające już, niestety.
- Yyyy... tu go zostawiłem! – wystękał Syriusz, wskazując palcem dywanik w herbaciane róże.
- Chodnik?
- Dzieciaka!!!
Remus westchnął ponownie.
- Rany, Łapa, myślałem, że wiesz, że dzieci są samobieżne. Przemieszczają się, wiesz? Czasem dość szybko. Ile lat ma ten twój podopieczny?
- Dwa.
- Oj, to lepiej szukajmy prędzej.

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Toroj - Koła czasu

Postautor: archiwalny » 15.11.08, 12:00

W przedsionku znaleźli jedynie Stforka, który właśnie popadł w kolejną depresję i kiwał się w stanie półkatatonicznym przed czarnym prostokątem w srebrnych ramach. Nietrudno było się domyślić, że nie zwróciłby uwagi nawet na stado różowych słoni, defilujących mu za plecami.
- Dwulatek jest za mały, żeby dosięgnąć klamki – powiedział Remus. – Sprawdźmy hall i wszystkie uchylone drzwi. Jak sądzisz, dałby radę wejść sam na górę?
Syriusz obrzucił krytycznym spojrzeniem schody na pierwsze piętro. Były wysokie, zwłaszcza dla krótkich obecnie kończyn Smarkerusa (przezwisko stało się wyjątkowo adekwatne), Ale Black był skłonny podejrzewać Snape’a o wszystko najgorsze. Ostatecznie gówniarz schował się, żeby zrobić mu na złość. W kącie pod schodami znaleźli tylko następną puszkę po piwie, nieco kurzu, pojedynczą skarpetkę i martwego pająka. W palarni na parterze też było pusto – na wszelki wypadek przetrząsnęli wypłowiałe kotary i zajrzeli do wszystkich szafek.
- Jak ten maluch ma na imię? Zawołajmy, może się odezwie – zaproponował Lupin.
Syriusz wymamrotał pod nosem coś niezrozumiałego. Imię „problemu” jakoś mu nie chciało przejść przez gardło.
- Łapa, rodzice nie nazywają dzieci Mfm-mfm – skarcił go kolega. – Chyba że to jest goblin...? – dodał z nutką niepokoju.
- Ależ skąd – żachnął się Syriusz. – Normalny smarkacz. To znaczy nie wiem czy normalny, ale wygląda zwyczajnie. Może po prostu wezwiemy go accio?
- Nie. Nie wiemy gdzie jest. Może po drodze w coś uderzyć i zranić się – sprzeciwił się Lupin.
- No to co? – burknął Syriusz.
- Łapa!
- Okej, okej...
Syriusz nagle klepnął się w czoło, a w następnej chwili na jego miejscu pojawiło się kudłate psisko. Łapa zaczął gorliwie obwąchiwać dywanik. Remus przyklęknął nad herbacianymi różyczkami, przymykając w skupieniu oczy. Przechodziło tędy wielu ludzi. Zdeptana wełna nasiąkła zapachami całego Zakonu Feniksa, które wilkołaczy węch bezbłędnie dopasowywał do konkretnych osób. McGonagall pachniała starym drewnem, wełną i wrzosową wodą toaletową, Dunga zawsze otaczał obłok woni taniej whisky i rynsztoków Nokturnu. Ninny – Remusowe serce zalała ciepła fala czułości – pachniała bawełnianymi podkoszulkami, perfumami Hexen i miłą wonią młodej, zdrowej kobiety. Jednak na pierwszy plan w chodnikowej symfonii zapachowej wysuwała się koniakowa woń Syriusza i nieprzyjemny, kwaskowaty odorek niedomytego skrzata. W końcu z niemałym trudem wyłowił pojedynczą, bardzo słabą nitkę obcego zapachu. Ten ktoś pachniał lawendowym mydłem, piwem i tym jedynym w swoim rodzaju zapachem skóry, indywidualnym dla każdej osoby.
- Hufff – odezwał się Łapa znaczącym tonem. Najwidoczniej też to wyczuł.
Obaj panowie z nosami tuż nad podłogą poszli ulotnym tropem. Remusowi przemknęło przez myśl, że musi wyglądać niewiarygodnie śmiesznie. Ale cóż, nadzwyczajnie okoliczności wymagały nadzwyczajnych środków. Dobrze, że nikt tego nie widział. Ze śladów wynikało, że malec błąkał się po całym hallu jak zdezorientowany karaluch. Wdrapał się również na trzy stopnie, lecz ku uldze Remusa zawrócił, pokręcił trochę przy zejściu do kuchni, a następnie pokonał trzy schodki w dół.
- Aha... – mruknął Lupin.
- A-ha... – potwierdził Syriusz z satysfakcją, wracając do ludzkiej postaci. Rejon poszukiwań został właśnie poważnie zawężony. Zajrzeli pod stół – pusto. W kącie za lodówką stał tylko kosz z ziemniakami – zawierający ziemniaki, co skrupulatnie sprawdzili.
- Spiżarnia zamknięta. Lodówka... – Syriusz z nagłym niepokojem otworzył rzeźbione drzwiczki przedpotopowego molocha, a ze środka wionęło mrozem. – Lodówka nie zawiera dzieci – stwierdził, okazjonalnie wyciągając następną puszkę Guinessa.
Wreszcie Lupin, raczej z zasady niż wyczucia sensu, zajrzał za kredens. Między ścianą a owym szacownym, ciężkim jak okowy piekieł meblem, odziedziczonym przez ród Blacków po jakichś przodkach omszałych, była szpara, w której na oko można byłoby wetknąć niewiele więcej niż deskę do prasowania. Tymczasem w owej ciasnej przestrzeni lśniła para oczu.
- No proszę, tu jest zguba – rzekł Lupin, przykucając przed kryjówką.
- Wyłaź, szczeniaku! – warknął Syriusz, patrząc mu nad głową.
- Brunecik – kontynuował Remus. – Całkiem podobny do ciebie, Siri. Wdał się w tatę.
- To nie mój bachor! – wściekł się Syriusz. – I nie jest do mnie podobny!!
- Wypierasz się własnego dziecka, Siri? Nie ma się czego wstydzić, to są całkiem ludzkie sprawy – natrząsał się dobrotliwie Lupin.
- No jasne. Ledwo wylazłem z... z Az... z tego miejsca, a pierwsze, o czym pomyślałem, to żeby przelecieć jakąś panienkę – odgryzł się Syriusz.
- Za młodych lat przelatywanie panienek zajmowało ci połowę wolnego czasu. Pozostałą połowę poświęcałeś na przelatywanie tej potwornej mugolskiej maszyny.
- To był Harley – rzekł Syriusz grobowym głosem.
Remus sięgnął w wąską przestrzeń za kredensem. Dziecko skuliło się w najdalszym kącie, wpasowane w szparę niczym kasztan w łupinę.
- No wyjdź.
Mały udawał głuchego.
- Wyjdź, eee... kotku.
Remus namacał bosą stopę dziecka.
- Ma nogi jak lód. Wyjdź stamtąd... ee... kochanie, bo zamarzniesz. Nie bój się.
Chwycił małego za rączkę i próbował delikatnie pociągnąć, lecz poczuł na palcu drobne zęby i cofnął dłoń jak oparzony, zanim zdążyły zacisnąć się mocniej. Dziecko chlipnęło zduszonym głosikiem.
„Jak mały kociak” – przyszło Remusowi na myśl.
- Ajjj, długo jeszcze mamy się z nim cackać? – zdenerwował się Syriusz, wyjmując różdżkę. – Accio dzieciak!
Dziecko wystrzeliło z kryjówki za kredensem jak korek od szampana, wydając kwik przerażenia. Lupin chwycił je w locie.
- No, no... już po wszystkim. Spokojnie – mówił, tuląc roztrzęsionego malca. Usiadł na krześle, sadzając sobie chłopczyka na kolanach, podczas gdy Syriusz przyglądał się tej scenie z nieskrywanym obrzydzeniem. Cała ta sytuacja wydawała się Remusowi co najmniej dziwna.
- Gdzie jego rodzice? – spytał.
- Nie wiem – padła natychmiast odpowiedź ze strony Syriusza.
- Skąd się tu wziął?
- Z ministerstwa żeśmy se przynieśli. Taka pamiątka turystyczna.
- Siri, bądź poważny.
- Nie będę, kurwa, poważny, bo mnie szlag trafia.
- Nie klnij przy dziecku, Łapa.
Syriusz prychnął pogardliwie. Lupin zaczął z innej beczki.
- Trzeba by mu dać jakieś śniadanie. I ubrać. Nie może przecież chodzić w piżamie. Zwłaszcza brudnej.
Na piżamce faktycznie zostały liczne smugi tłustego kurzu i tynku. Chłopczyk siedział sztywno na kolanach Remusa, strzelając na boki nieufnymi spojrzeniami. W rączkach wciąż ściskał jakiś brudny czarny gałgan, który po pobieżnej analizie można było uznać za kawałek aksamitnego płaszcza lub sukni.
- Łapa, gdzie jego rzeczy?
- Nie ma – odparł Syriusz lakonicznie.
Brwi Lupina podjechały do góry. Robiło się coraz dziwniej. Ale poprzez rodzinę Blacków zawsze przetaczały się wydarzenia nietypowe. W porównaniu z niektórymi, jego wilkołacza egzystencja wydawała się przewidywalna i wręcz nudna.
- Jak to nie ma? Chcesz powiedzieć, że to biedne dziecko pojawiło się tutaj w nocnej bieliźnie?
- Nawet gorzej. To kiedyś była moja koszula. – Black wskazał palcem na piżamkę o kolorze rzewnego lila w białe groszki.
Lupin skrzywił się.
- Fatalny kolor.
- Dlatego oddałem na tak zwane cele charytatywne.
- Zawsze wzruszała mnie twoja szlachetność, Syriuszu. Nadal jednak nie wiem co to za szkrab. No, mały, jak się nazywasz?
Czarnooki malec popatrzył na Lupina w posępnym milczeniu, gryząc dolną wargę. Remus połaskotał go lekko palcem pod brodą.
- Jak ci na imię? Coś ty taki małomówny? No, powiesz wujkowi?
Black parsknął pogardliwie, przewracając oczami.
- Odpowiadaj, smarrrkaczu, jak cię pan Lupin pyta! – warknął.
- Sefuśnep – wymamrotał szybko chłopczyk, popatrując na Syriusza z obawą i kuląc się, jakby w każdej chwili oczekiwał uderzenia. Remus poczuł, że jego tolerancja się kończy.
- Siri, odpowiedz mi szczerze na jedno pytanie. Rozumiem, że brak ci cierpliwości do dzieci, więc czy gdyby Harry po śmierci Lily i Jima trafił do ciebie, też byś go tak traktował?
Syriusz zdębiał, nieruchomiejąc w trakcie otwierania piwa.
- Coś ty?! To przecież... Harry. Syn mojego najlepszego kumpla. Jim był dla mnie jak brat!
- Aha... A co ci zrobił ten dzieciak, że traktujesz go jak piąte koło, albo jakiego zbrodniarza? Wcale nie mam pewności, czy z Harrym nie byłoby tak samo.
Syriuszowy zły humor przerodził się w autentyczną złość. Gestykulując zamaszyście, wykrzyknął:
- To ja ci powiem, kto to jest, ten cholerny gówniarz. Powiem ci, kogo piastujesz na własnych kolanach! TO JEST SNAPE!
Remus zmarszczył powoli brwi w wyrazie namysłu. Dzieciak wtulił nos w aksamit, wbijając wzrok w podłogę.
- Nie wiedziałem, że stary Snape dorobił się potomstwa.
- Czy ja mówię po chińsku? To jest Snape! Severus-Smarkerus, Mister Bombastic Sarkastic, Śmierciożerczy Król Łojotoku. Ten sam Snape, który omal nie wyprawił Jima na tamten świat, sabotując jego miotłę. I nie przepuścił nigdy okazji, żeby nam dowalić. Ten, co dręczył Harry’ego w szkole i wywalił cię z posady w Hogwarcie! – pienił się Syriusz, wymachując puszką z piwem.
- Sam zrezygnowałem...
- Ale to on w odpowiednim momencie wypuścił jedno słówko za dużo przez ten swój krzywy zgryz!
Remus zerknął w smoliste ślepka, które umknęły błyskawicznie w bok.
- Niemożliwe. Nawet nie jest za bardzo podobny.
- A jednak to on. Śmiecierus Snape we własnej osobie.
Remus ostrożnie powąchał ciemne włosy dziecka.
- Nawet nie pachnie jak Snape.
To była prawda. Zapach Severusa Snape był zawsze mocny i zdecydowany. Mistrz Eliksirów generalnie wydzielał woń nikotyny, melanżu oparów z rozmaitych eliksirów i magicznych zielsk, a czasem nieświeżej bielizny, zwłaszcza gdy w nawale pracy zaniedbywał sprawy tak trywialne jak higiena osobista. Dziecko tymczasem pachniało świeżym, niewinnym zapachem młodości, czyli po prostu dzieckiem, oraz lawendowym mydłem, wełnianymi kocami i kurzem zza kredensu. Remus wysłuchał nieco chaotycznej relacji przyjaciela z wydarzeń w Ministerstwie, a potem podwinął rękaw liliowej piżamki.
- Biedny Sev – mruknął, patrząc na niewyraźnie rysujący się Mroczny Znak pod cienką skórą małego Severusa. - Czy on cokolwiek pamięta?
- Nie – burknął Syriusz. – Na szczęście. Inaczej mielibyśmy tu normalnie piekło.
Remus westchnął i ostrożnie pogłaskał po głowie Severusa, który nadal tulił do siebie resztki swej czarnej szaty, wciąż wpatrując się w podłogę otępiałym wzrokiem.
- Severus Alexander Wolfram Snape... Strasznie długie i skomplikowane jak na tak małą osobę. Musisz dorosnąć do tak wielu imion. Sev...? Sevvie? Alex?
Snape nie reagował. Remus podniósł mu brodę palcem.
- No dalej, kolego, jak masz na imię? Jak mówi na ciebie mama? – zagadywał Lupin łagodnie.
Chłopczyk mruknął coś w aksamit.
- Jak? Nie dosłyszałem? – Remus skrzywił się zabawnie, nastawiając ucha dłonią. – Aj, musi pan mówić głośniej, panie Snape.
- Śunio – wyszeptał Severus, zmiękczając S. – Mamusia mófi Śunio.
- Siunio! Słyszałeś? Chyba się popłaczę ze śmiechu – wyjęczał Syriusz, zginając się wpół.
- A co w tym takiego śmiesznego? Sunio jest Sunio. Finał. – Remus wzruszył ramionami.
- Śunio gzecny – zapewnił Snape Lupina, kierując na niego ciemne oczy, w których czaił się lęk.
- Eh, za bardzo się z nim cackasz. – Syriusz z charakterystycznym pyknięciem otworzył piwo. W następnej sekundzie wstrząśnięta puszka wybuchła jak gejzer. Pienista struga z impetem trafiła Syriusza prosto w oczy, dodatkowo ochlapując spory obszar dokoła. Zalany chmielowym napitkiem Syriusz klął na czym świat stoi, Remus wytarł mokrą twarz rękawem i śmiał się w kułak, podczas gdy „Sunio” siedział sztywno jak chińska figurynka, z buzią otwartą w wyrazie najwyższego przerażenia.
- Śmieszne. Bardzo śmieszne – burknął Syriusz ironicznie, wycierając się ścierką do talerzy, a potem stosując zaklęcie suszące.
- Łapa, ty to umiesz rozładować sytuację – rzekł Lupin, wciąż roześmiany od ucha do ucha.
Sunio patrzył to na niego, to na doprowadzającego się do porządku groźnego „wujka”. Doszedłszy do wniosku, że na razie nic mu nie grozi i nowy, wesoły „wujek” będzie go bronił w razie potrzeby, ostrożnie polizał mokrą dłoń, próbując Guinessa.
- Ble – orzekł, wysuwając różowy ozorek. – Niedoble.
- Ale było śmiesznie, nie, Sunio? – zagaił Remus.
- Smjesne – zgodził się chłopczyk, z powagą kiwając główką.

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Toroj - Koła czasu

Postautor: archiwalny » 15.11.08, 12:01

W przedsionku znaleźli jedynie Stforka, który właśnie popadł w kolejną depresję i kiwał się w stanie półkatatonicznym przed czarnym prostokątem w srebrnych ramach. Nietrudno było się domyślić, że nie zwróciłby uwagi nawet na stado różowych słoni, defilujących mu za plecami.
- Dwulatek jest za mały, żeby dosięgnąć klamki – powiedział Remus. – Sprawdźmy hall i wszystkie uchylone drzwi. Jak sądzisz, dałby radę wejść sam na górę?
Syriusz obrzucił krytycznym spojrzeniem schody na pierwsze piętro. Były wysokie, zwłaszcza dla krótkich obecnie kończyn Smarkerusa (przezwisko stało się wyjątkowo adekwatne), Ale Black był skłonny podejrzewać Snape’a o wszystko najgorsze. Ostatecznie gówniarz schował się, żeby zrobić mu na złość. W kącie pod schodami znaleźli tylko następną puszkę po piwie, nieco kurzu, pojedynczą skarpetkę i martwego pająka. W palarni na parterze też było pusto – na wszelki wypadek przetrząsnęli wypłowiałe kotary i zajrzeli do wszystkich szafek.
- Jak ten maluch ma na imię? Zawołajmy, może się odezwie – zaproponował Lupin.
Syriusz wymamrotał pod nosem coś niezrozumiałego. Imię „problemu” jakoś mu nie chciało przejść przez gardło.
- Łapa, rodzice nie nazywają dzieci Mfm-mfm – skarcił go kolega. – Chyba że to jest goblin...? – dodał z nutką niepokoju.
- Ależ skąd – żachnął się Syriusz. – Normalny smarkacz. To znaczy nie wiem czy normalny, ale wygląda zwyczajnie. Może po prostu wezwiemy go accio?
- Nie. Nie wiemy gdzie jest. Może po drodze w coś uderzyć i zranić się – sprzeciwił się Lupin.
- No to co? – burknął Syriusz.
- Łapa!
- Okej, okej...
Syriusz nagle klepnął się w czoło, a w następnej chwili na jego miejscu pojawiło się kudłate psisko. Łapa zaczął gorliwie obwąchiwać dywanik. Remus przyklęknął nad herbacianymi różyczkami, przymykając w skupieniu oczy. Przechodziło tędy wielu ludzi. Zdeptana wełna nasiąkła zapachami całego Zakonu Feniksa, które wilkołaczy węch bezbłędnie dopasowywał do konkretnych osób. McGonagall pachniała starym drewnem, wełną i wrzosową wodą toaletową, Dunga zawsze otaczał obłok woni taniej whisky i rynsztoków Nokturnu. Ninny – Remusowe serce zalała ciepła fala czułości – pachniała bawełnianymi podkoszulkami, perfumami Hexen i miłą wonią młodej, zdrowej kobiety. Jednak na pierwszy plan w chodnikowej symfonii zapachowej wysuwała się koniakowa woń Syriusza i nieprzyjemny, kwaskowaty odorek niedomytego skrzata. W końcu z niemałym trudem wyłowił pojedynczą, bardzo słabą nitkę obcego zapachu. Ten ktoś pachniał lawendowym mydłem, piwem i tym jedynym w swoim rodzaju zapachem skóry, indywidualnym dla każdej osoby.
- Hufff – odezwał się Łapa znaczącym tonem. Najwidoczniej też to wyczuł.
Obaj panowie z nosami tuż nad podłogą poszli ulotnym tropem. Remusowi przemknęło przez myśl, że musi wyglądać niewiarygodnie śmiesznie. Ale cóż, nadzwyczajnie okoliczności wymagały nadzwyczajnych środków. Dobrze, że nikt tego nie widział. Ze śladów wynikało, że malec błąkał się po całym hallu jak zdezorientowany karaluch. Wdrapał się również na trzy stopnie, lecz ku uldze Remusa zawrócił, pokręcił trochę przy zejściu do kuchni, a następnie pokonał trzy schodki w dół.
- Aha... – mruknął Lupin.
- A-ha... – potwierdził Syriusz z satysfakcją, wracając do ludzkiej postaci. Rejon poszukiwań został właśnie poważnie zawężony. Zajrzeli pod stół – pusto. W kącie za lodówką stał tylko kosz z ziemniakami – zawierający ziemniaki, co skrupulatnie sprawdzili.
- Spiżarnia zamknięta. Lodówka... – Syriusz z nagłym niepokojem otworzył rzeźbione drzwiczki przedpotopowego molocha, a ze środka wionęło mrozem. – Lodówka nie zawiera dzieci – stwierdził, okazjonalnie wyciągając następną puszkę Guinessa.
Wreszcie Lupin, raczej z zasady niż wyczucia sensu, zajrzał za kredens. Między ścianą a owym szacownym, ciężkim jak okowy piekieł meblem, odziedziczonym przez ród Blacków po jakichś przodkach omszałych, była szpara, w której na oko można byłoby wetknąć niewiele więcej niż deskę do prasowania. Tymczasem w owej ciasnej przestrzeni lśniła para oczu.
- No proszę, tu jest zguba – rzekł Lupin, przykucając przed kryjówką.
- Wyłaź, szczeniaku! – warknął Syriusz, patrząc mu nad głową.
- Brunecik – kontynuował Remus. – Całkiem podobny do ciebie, Siri. Wdał się w tatę.
- To nie mój bachor! – wściekł się Syriusz. – I nie jest do mnie podobny!!
- Wypierasz się własnego dziecka, Siri? Nie ma się czego wstydzić, to są całkiem ludzkie sprawy – natrząsał się dobrotliwie Lupin.
- No jasne. Ledwo wylazłem z... z Az... z tego miejsca, a pierwsze, o czym pomyślałem, to żeby przelecieć jakąś panienkę – odgryzł się Syriusz.
- Za młodych lat przelatywanie panienek zajmowało ci połowę wolnego czasu. Pozostałą połowę poświęcałeś na przelatywanie tej potwornej mugolskiej maszyny.
- To był Harley – rzekł Syriusz grobowym głosem.
Remus sięgnął w wąską przestrzeń za kredensem. Dziecko skuliło się w najdalszym kącie, wpasowane w szparę niczym kasztan w łupinę.
- No wyjdź.
Mały udawał głuchego.
- Wyjdź, eee... kotku.
Remus namacał bosą stopę dziecka.
- Ma nogi jak lód. Wyjdź stamtąd... ee... kochanie, bo zamarzniesz. Nie bój się.
Chwycił małego za rączkę i próbował delikatnie pociągnąć, lecz poczuł na palcu drobne zęby i cofnął dłoń jak oparzony, zanim zdążyły zacisnąć się mocniej. Dziecko chlipnęło zduszonym głosikiem.
„Jak mały kociak” – przyszło Remusowi na myśl.
- Ajjj, długo jeszcze mamy się z nim cackać? – zdenerwował się Syriusz, wyjmując różdżkę. – Accio dzieciak!
Dziecko wystrzeliło z kryjówki za kredensem jak korek od szampana, wydając kwik przerażenia. Lupin chwycił je w locie.
- No, no... już po wszystkim. Spokojnie – mówił, tuląc roztrzęsionego malca. Usiadł na krześle, sadzając sobie chłopczyka na kolanach, podczas gdy Syriusz przyglądał się tej scenie z nieskrywanym obrzydzeniem. Cała ta sytuacja wydawała się Remusowi co najmniej dziwna.
- Gdzie jego rodzice? – spytał.
- Nie wiem – padła natychmiast odpowiedź ze strony Syriusza.
- Skąd się tu wziął?
- Z ministerstwa żeśmy se przynieśli. Taka pamiątka turystyczna.
- Siri, bądź poważny.
- Nie będę, kurwa, poważny, bo mnie szlag trafia.
- Nie klnij przy dziecku, Łapa.
Syriusz prychnął pogardliwie. Lupin zaczął z innej beczki.
- Trzeba by mu dać jakieś śniadanie. I ubrać. Nie może przecież chodzić w piżamie. Zwłaszcza brudnej.
Na piżamce faktycznie zostały liczne smugi tłustego kurzu i tynku. Chłopczyk siedział sztywno na kolanach Remusa, strzelając na boki nieufnymi spojrzeniami. W rączkach wciąż ściskał jakiś brudny czarny gałgan, który po pobieżnej analizie można było uznać za kawałek aksamitnego płaszcza lub sukni.
- Łapa, gdzie jego rzeczy?
- Nie ma – odparł Syriusz lakonicznie.
Brwi Lupina podjechały do góry. Robiło się coraz dziwniej. Ale poprzez rodzinę Blacków zawsze przetaczały się wydarzenia nietypowe. W porównaniu z niektórymi, jego wilkołacza egzystencja wydawała się przewidywalna i wręcz nudna.
- Jak to nie ma? Chcesz powiedzieć, że to biedne dziecko pojawiło się tutaj w nocnej bieliźnie?
- Nawet gorzej. To kiedyś była moja koszula. – Black wskazał palcem na piżamkę o kolorze rzewnego lila w białe groszki.
Lupin skrzywił się.
- Fatalny kolor.
- Dlatego oddałem na tak zwane cele charytatywne.
- Zawsze wzruszała mnie twoja szlachetność, Syriuszu. Nadal jednak nie wiem co to za szkrab. No, mały, jak się nazywasz?
Czarnooki malec popatrzył na Lupina w posępnym milczeniu, gryząc dolną wargę. Remus połaskotał go lekko palcem pod brodą.
- Jak ci na imię? Coś ty taki małomówny? No, powiesz wujkowi?
Black parsknął pogardliwie, przewracając oczami.
- Odpowiadaj, smarrrkaczu, jak cię pan Lupin pyta! – warknął.
- Sefuśnep – wymamrotał szybko chłopczyk, popatrując na Syriusza z obawą i kuląc się, jakby w każdej chwili oczekiwał uderzenia. Remus poczuł, że jego tolerancja się kończy.
- Siri, odpowiedz mi szczerze na jedno pytanie. Rozumiem, że brak ci cierpliwości do dzieci, więc czy gdyby Harry po śmierci Lily i Jima trafił do ciebie, też byś go tak traktował?
Syriusz zdębiał, nieruchomiejąc w trakcie otwierania piwa.
- Coś ty?! To przecież... Harry. Syn mojego najlepszego kumpla. Jim był dla mnie jak brat!
- Aha... A co ci zrobił ten dzieciak, że traktujesz go jak piąte koło, albo jakiego zbrodniarza? Wcale nie mam pewności, czy z Harrym nie byłoby tak samo.
Syriuszowy zły humor przerodził się w autentyczną złość. Gestykulując zamaszyście, wykrzyknął:
- To ja ci powiem, kto to jest, ten cholerny gówniarz. Powiem ci, kogo piastujesz na własnych kolanach! TO JEST SNAPE!
Remus zmarszczył powoli brwi w wyrazie namysłu. Dzieciak wtulił nos w aksamit, wbijając wzrok w podłogę.
- Nie wiedziałem, że stary Snape dorobił się potomstwa.
- Czy ja mówię po chińsku? To jest Snape! Severus-Smarkerus, Mister Bombastic Sarkastic, Śmierciożerczy Król Łojotoku. Ten sam Snape, który omal nie wyprawił Jima na tamten świat, sabotując jego miotłę. I nie przepuścił nigdy okazji, żeby nam dowalić. Ten, co dręczył Harry’ego w szkole i wywalił cię z posady w Hogwarcie! – pienił się Syriusz, wymachując puszką z piwem.
- Sam zrezygnowałem...
- Ale to on w odpowiednim momencie wypuścił jedno słówko za dużo przez ten swój krzywy zgryz!
Remus zerknął w smoliste ślepka, które umknęły błyskawicznie w bok.
- Niemożliwe. Nawet nie jest za bardzo podobny.
- A jednak to on. Śmiecierus Snape we własnej osobie.
Remus ostrożnie powąchał ciemne włosy dziecka.
- Nawet nie pachnie jak Snape.
To była prawda. Zapach Severusa Snape był zawsze mocny i zdecydowany. Mistrz Eliksirów generalnie wydzielał woń nikotyny, melanżu oparów z rozmaitych eliksirów i magicznych zielsk, a czasem nieświeżej bielizny, zwłaszcza gdy w nawale pracy zaniedbywał sprawy tak trywialne jak higiena osobista. Dziecko tymczasem pachniało świeżym, niewinnym zapachem młodości, czyli po prostu dzieckiem, oraz lawendowym mydłem, wełnianymi kocami i kurzem zza kredensu. Remus wysłuchał nieco chaotycznej relacji przyjaciela z wydarzeń w Ministerstwie, a potem podwinął rękaw liliowej piżamki.
- Biedny Sev – mruknął, patrząc na niewyraźnie rysujący się Mroczny Znak pod cienką skórą małego Severusa. - Czy on cokolwiek pamięta?
- Nie – burknął Syriusz. – Na szczęście. Inaczej mielibyśmy tu normalnie piekło.
Remus westchnął i ostrożnie pogłaskał po głowie Severusa, który nadal tulił do siebie resztki swej czarnej szaty, wciąż wpatrując się w podłogę otępiałym wzrokiem.
- Severus Alexander Wolfram Snape... Strasznie długie i skomplikowane jak na tak małą osobę. Musisz dorosnąć do tak wielu imion. Sev...? Sevvie? Alex?
Snape nie reagował. Remus podniósł mu brodę palcem.
- No dalej, kolego, jak masz na imię? Jak mówi na ciebie mama? – zagadywał Lupin łagodnie.
Chłopczyk mruknął coś w aksamit.
- Jak? Nie dosłyszałem? – Remus skrzywił się zabawnie, nastawiając ucha dłonią. – Aj, musi pan mówić głośniej, panie Snape.
- Śunio – wyszeptał Severus, zmiękczając S. – Mamusia mófi Śunio.
- Siunio! Słyszałeś? Chyba się popłaczę ze śmiechu – wyjęczał Syriusz, zginając się wpół.
- A co w tym takiego śmiesznego? Sunio jest Sunio. Finał. – Remus wzruszył ramionami.
- Śunio gzecny – zapewnił Snape Lupina, kierując na niego ciemne oczy, w których czaił się lęk.
- Eh, za bardzo się z nim cackasz. – Syriusz z charakterystycznym pyknięciem otworzył piwo. W następnej sekundzie wstrząśnięta puszka wybuchła jak gejzer. Pienista struga z impetem trafiła Syriusza prosto w oczy, dodatkowo ochlapując spory obszar dokoła. Zalany chmielowym napitkiem Syriusz klął na czym świat stoi, Remus wytarł mokrą twarz rękawem i śmiał się w kułak, podczas gdy „Sunio” siedział sztywno jak chińska figurynka, z buzią otwartą w wyrazie najwyższego przerażenia.
- Śmieszne. Bardzo śmieszne – burknął Syriusz ironicznie, wycierając się ścierką do talerzy, a potem stosując zaklęcie suszące.
- Łapa, ty to umiesz rozładować sytuację – rzekł Lupin, wciąż roześmiany od ucha do ucha.
Sunio patrzył to na niego, to na doprowadzającego się do porządku groźnego „wujka”. Doszedłszy do wniosku, że na razie nic mu nie grozi i nowy, wesoły „wujek” będzie go bronił w razie potrzeby, ostrożnie polizał mokrą dłoń, próbując Guinessa.
- Ble – orzekł, wysuwając różowy ozorek. – Niedoble.
- Ale było śmiesznie, nie, Sunio? – zagaił Remus.
- Smjesne – zgodził się chłopczyk, z powagą kiwając główką.

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Toroj - Koła czasu

Postautor: archiwalny » 12.12.08, 00:07

- Ta... - mruknął Syriusz, kierując różdżkę na dziecko. - Teraz jest nie tylko brudny, ale i mokry. Midbar lejabesz!(1)
Sunio wzdrygnął się i wcisnął głowę w ramiona, kiedy owionęła go fala ciepłego powietrza.
- Remmy, nie patrz na mnie jak na zbrodniarza! Nic mu przecież nie zrobiłem - zirytował się Black.
- Siri, nie bredź. Przecież nawet na ciebie nie patrzę.
- Patrzyłeś.
- Nie.
- Tak.
- Może przelotnie. Dlaczego on jest taki nerwowy? - zastanowił się Remus.
Jego przyjaciel wzruszył ramionami i łyknął nieco ocalonego piwa.
- Przecież to Snape. Zawsze był nerwowy jak kot z podpalonym ogonem. Wystarczyło na niego spojrzeć, a już pokazywał pazury.
- Ale mnie się to nie podoba. - Lupin potrząsnął głową.
- Remmy, ja nie mam zamiaru wnikać w psychikę Severusa Snape'a. Mam zamiar go jedynie ubrać i nakarmić. W przeciwnym wypadku moja cioteczna siostra, a twoja... eee...
- Kobieta mego życia - podpowiedział usłużnie Remus.
- ...urwie mi głowę i nie tylko, jeżeli tego zaniedbam. Ninny kompletnie odbiło. Może to są te, no... homriny? Poczuła się, kurde, matką. Zobaczysz, Lunatyk, zaciągnie cię do ołtarza i ani się obejrzysz, a będziesz miał własnego Sunia.
Remus uśmiechnął się melancholijnie.
- Chętnie dałbym się zaciągnąć, drogi szwagrze in spe. Niestety, honor mi nie pozwala, żeby mnie utrzymywała żona, więc póki nie zdobędę posady, wszelkie działania przy ołtarzu odpadają. To jak, najpierw papu, czy najpierw ćwiczenia z transmutacji odzieżowej?
- Ciepło jest... Koniec maja - mruknął Syriusz. - A ja bym też już coś zjadł. Nie można żyć samym piwem.
- Święte słowa, Siri. Ale w tej suterenie zawsze jest raczej chłodnawo, więc może najpierw go ubrać...
Syriusz machnął ręką.
- A może po prostu zapytać? Głodny jesteś? - zwrócił się do Severusa. - Ty, pytam cię, czy chcesz śniadanie.
Chłopczyk jednak łypnął tylko na niego nieufnie, zaciskając usta.
- Nie no... Ja nie wytrzymam - zirytował się Black. - Czy to stworzenie nie potrafi odpowiedzieć na proste pytanie? Głodny jesteś?!
Dziecko spuściło oczy, zakrywając buzię szmatką. Lupin owinął Sunia połami swojej szaty, obejmując go ramionami.
- Łapa... Idź zobaczyć co jest w lodówce jadalnego. Podejście do dzieci masz zerowe.
- Iiiii... - Syriusz skrzywił się. - W lodówce mam tylko piwo i ser. STFÓR!! - ryknął. - Stfór, koniec nabożeństwa, chodź tu natychmiast!
Po kilku długich minutach oczekiwania, gdy aktualny pan na włościach Blacków awanturował się coraz głośniej, wzywany skrzat wreszcie raczył się zjawić.
- Stfór, ty chole... - zaczął Syriusz gniewnie i urwał, z osłupieniem wpatrując się w Stforka, podobnie jak Remus i Sunio. A było na co popatrzeć. I czego posłuchać!
Stary sługa jak zawsze obleczony był w ohydną, starą ścierkę, za to głowę przykrywała mu koronkowa serweta ze stołu w salonie, niczym welon panny młodej. Końcówki spiczastych uszu wystawały mu przez ażurowe oczka. Wydawało się, że blade, wyłupiaste oczy skrzata obracają się w oczodołach całkiem niezależnie od siebie, przy tym powieki i żabie usta miał wysmarowane koszmarną parodią makijażu, co wyglądało, jakby ktoś go ciężko pobił.
- Jesteś słodkom rożyczkoooom w ogrooodzie myyych snów... - zawodził fałszywie. - Lalala... o moooja ukochaaana, kiedy cie ujrze znów... lalala...
Kaczkowatym krokiem okrążył stół kuchenny, po drodze zgarniając z niego maselniczkę, którą przycisnął czule do piersi, a następnie wydefilował z sutereny, wciąż ze śpiewem na ustach zniknął w czeluściach domu. Chrapliwe "lalala" niosło się jeszcze echem po stiukowych sufitach.
- Lala...? - odezwał się Severus, nieufnie spoglądając nad ramieniem Lupina w stronę wyjścia.
Black sapnął, przeciągając dłonią po rozczochranej czuprynie.
- A niech mnie pegaz kopnie! Kompletnie mu już odbiło! - stwierdził rzecz oczywistą.
- To nie lala - powiedział jednocześnie Lupin. - To skrzat domowy. Sunio, nie wolno do "lala" podchodzić, rozumiesz? Nie wolno! - podkreślił z naciskiem.
- Śunio gzecny - zapewnił go chłopczyk skwapliwie, kiwając główką.
- Gze... tfu, grzeczny, a my zostaliśmy bez śniadania - mruknął posępnie Syriusz.
- Umiesz chyba usmażyć jajecznicę? - zagaił Remus.
- Oczywiście... że nie.
- Żartujesz.
- A kiedy niby miałem się nauczyć? - Black lekko się zirytował. - W szkole, a może w tym hoteliku na wyspie? U Jima gotowała jego mama, a potem Lily, a jak byłem na swoim to jadałem w barach.
Zmarszczki w kącikach oczu Lupina pogłębiły się od szerokiego uśmiechu.
- No popatrz, stary... Trzeci krzyżyk na karku, a wciąż możesz zdobywać nowe doświadczenia. A czy w tym domu w ogóle są jajka?
Black zrobił minę pod tytułem "Wątpliwości przenikają me jestestwo", ale zajrzał do kredensu.
- Nie ma.
Dla kontrastu otworzył również drzwiczki lodówki.
- Nie m... O, jest coś! - ucieszył się raptem, wyciągając z pewnym trudem owalny przedmiot wielkości kafla i tryumfalnie kładąc go na stole.
Brwi Remusa ułożyły się w zdumiony daszek.
- Nie w ilości sedno, ale w jakości - stwierdził Syriusz tonem tak chełpliwym, jakby owo gigantyczne jajo wyprodukował samodzielnie.
- Ekhm... Łapa, czy to aby na pewno jest jajko? - zapytał nieufnie Remus. - Bo ono jest jakby...
- Nie rób sobie jaj, stary. A co to miałoby być, jak nie jajko?
- A czy ono jest jadalne?
- Jakby nie było jadalne, to co by robiło w mojej lodówce? - logicznie odparł właściciel rzeczonej lodówki i jej zawartości.
Lupin jednak popadł już chyba w stan napięcia perilunarnego.(2)
- Wiesz, Siri, w lodówkach nie zawsze przechowuje się jedzenie.
- A co na przykład?
- Na przykład... zwłoki.
Syriusz spojrzał na niego jak na upiora.
- Towarzystwo aurorki wyraźnie ci szkodzi, Remmy. Szynka to w zasadzie też zwłoki. Jadalne.
- Ale może to są zwłoki niejadalne.
- Lunatyk! Ja jestem głodny! To jest jajko!
- To jest embrion.
Tymczasem Sunio, powodowany dziecięcą ciekawością, wychylił się daleko z kolan Remusa, kładąc się brzuchem na stole, pomacał ostrożnie przedmiot sporu.
- Be - osądził krótko, acz z niesmakiem, cofając rączkę i wycierając ją o piżamę. Stuletni zabytek Syriuszowego gospodarstwa domowego miał tę właściwość, że chłodził nierówno, a zaklęcie destabilizowało się czasami do tego stopnia, że na półkach zaczynały sąsiadować ze sobą Arktyka i Meksyk. W ten sposób na przykład masłem można było wbijać gwoździe, a truskawki zmieniały się w parujący dżem. Podejrzane jajko było zamarznięte na kamień. Na jego szarej skorupie szron wymalował ciekawe wzorki, niestety, już spływające kroplami wilgoci.
- Zamarzło - mruknął Syriusz, pukając w nią grubszym końcem różdżki. - Nie szkodzi, zaraz to załatwię.
Jak magik podrzucił różdżkę w powietrzu, łapiąc ją za rękojeść, i wycelował w jajeczną bryłę lodu.
- Uuni!! (3)
Nad jajem natychmiast z głośnym pufnięciem uniósł się obłok pary, szronowe paprotki diabli wzięli, a zaniepokojony Remus dostrzegł, że obiekt zaczął lekko drgać. Z jego wnętrza dało się słyszeć ciche bulgotanie, a potem seria coraz głośniejszych stukotów. Kiedy z boku pojawiła się rysa, Lupin bez namysłu stoczył się na podłogę, przykrywając dziecko własnym ciałem.
- Padnij!!
Ułamek sekundy później koło niego znalazł się Black, w chwilę potem rozległ się potężny huk, a potem zaległa cisza, zakłócana jedynie cichym odgłosem kapania.
- Remmy... - odezwał się Syriusz szeptem. - TO wybuchło...
- Mhm. Tradycyjnie w kuchni. - Remus potrząsnął głową. Miał wrażenie, że uszy ma wypchane watą.
- Zaminowane? - ciągnął jego przyjaciel tonem, w którym nieufność mieszała się z niedowierzaniem. Syriusz miewał już w domu różne dziwne rzeczy: hipogryfa w sypialni, mumię przodka, Severusa Snape'a w pokoju gościnnym, ale wybuchowe jajko zdarzyło mu się po raz pierwszy.
- Myślisz, że to jakiś patent bliźniaków?
- Stawiałbym raczej na Stforka. Bliźniaki mają teraz inne sprawy na głowie.
Remus podniósł się na łokciu, sprawdzając, czy przypadkiem nie zrobił krzywdy podopiecznemu.
- Siri...
Syriusz spojrzał tam, gdzie wskazywał palec Lupina. Snape leżał zwinięty w kłębek, kryjąc głowę w ramionach. Dyszał szybko, aż groszki na piżamce falowały.
- Sev... Sunio... - Remus delikatnie poklepał dziecko po pupie. - Uspokój się, nic się nie stało.
Jedyną reakcją było jeszcze ciaśniejsze skulenie.
- Nie płacze - wyszeptał Remus posępnie i zagryzł wargę. - To nienormalne.
Syriusz wzruszył ramionami. Nie znał się na dzieciach. Nie stykał się z nimi zbyt często. Roczny Harry był radosnym i roześmianym maluchem. Natomiast nieliczne dzieci zarówno z rodziny Blacków (Ninny Tonks), jak i Malfoyów (potomka kuzynki Narcyzy) widział jedynie na fotografiach. Z tego jednak co przechowywał w pamięci, smarkaty Regulus wyłby już w niebogłosy, posikany ze strachu.
- Remmy, to jest Snape. On i normalność to są rzeczy tak od siebie odległe jak grudzień od lipca.
- Niemniej nie zachowuje się jak zwykłe dziecko i to mnie mocno zastanawia - upierał się Lupin, biorąc chłopczyka na ręce. - Wyłaźmy już spod tego stołu i oceńmy straty.
Kuchnia ociekała jajecznicą. A na dodatek była to jajecznica przypalona.


c.d.n.



(1) midbar lejabesz - (hebr.) dosłownie: pustynia suszyć
(2) perilunarne napięcie - napięcie okołoksiężycowe (na odpowiedzialność Mithiany)
(3) uuni - (fin.) dosł. "piec" lub "piekarnik", fińskie zaklęcie używane do wypiekania chleba i sucharów
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Toroj - Koła czasu

Postautor: archiwalny » 14.12.08, 23:13

*
Opatulony powycieraną szatą Lupina, Sunio dochodził do siebie na twardej ławce, rozprostowując się powoli i zaczynając przypominać dziecko, a nie bezkształtny tobołek. Tymczasem jego dwaj niewykwalifikowani opiekunowie sprzątali pomieszczenie, usuwając zewsząd rozbabrane żółtko i białko. Wpierw za pomocą zaklęcia Evanesco, lecz kiedy Syriusz z rozmachem zdezintegrował puszkę herbaty Earl Grey i dzbanek na mleko, przeszli na rozważniejsze Chłoszczyć. W końcu Syriusz zaparzył kawę i obaj panowie, w aromatycznych oparach zagranicznej „Arabiki”, zaczęli rozważać swe położenie. Zapasy żywnościowe przedstawiały się mizernie. W lodówce leżał tylko zamrożony na kość kawałek ementalera i połowa grejpfruta (ta z kolei niemal upieczona), a w kredensie znaleźli słoik, którego zawartość zyskała już świadomość i chyba nawet źle się prowadziła.
Sunio wyjrzał spod szaty Remusa, węsząc z ciekawością, jak jeż wyłażący ze sterty liści. Ukląkł, wyglądając ponad krawędzią stołu i uważnie lustrując jego powierzchnię.
- On jest chyba głodny – powiedział Remus, odstawiając gorącą kawę poza zasięg dziecięcych rączek. – Siri, jego trzeba nakarmić. Masz w domu owsiankę? Albo jakąś kaszkę dla dzieci?
- Chyba żartujesz, Remmy – mruknął posępnie Syriusz do wnętrza kubka.
- A mleko...? Sunio, chcesz mleka? – zapytał Lupin z nadzieją, że odpowiedź zabrzmi „tak”. Niestety, maluch obdarzył go iście „snaperskim” spojrzeniem, które w wersji oryginalnej robiło wrażenie zdolnego przebić beton, a w małoletniej zapewne dałoby radę tekturze.
To oznaczało, że mleko najwyraźniej nie wchodzi w rachubę, nawet gdyby Sunio Snape konał z głodu.
- Stfór miał dbać o spiżarnię, ale, jak widać, dopadła go ostateczna skleroza. Z tego cholernego skrzata nie ma już żadnego pożytku – powiedział Syriusz z goryczą. – Chyba czas wzbogacić domową kolekcję...
- Łapa!
- Przecież żartuję.
- Wygląda na to, że muszę iść na zakupy. – Remus odruchowo poklepał się po chudej kieszeni. – Masz jakiś złom?
Black bez słowa podniósł się ze swego miejsca i zdjął z kredensu ceramiczne popiersie Elvisa Presleya. Bezceremonialnie zdjął gwieździe rockandrolla głowę i wysypał na stół garść złotych monet.
- Hmmm... – zastanowił się. – Chyba powinno być więcej...
- Ciężka dola rentiera? – zakpił Remus łagodnie.
- Iiiiidź... dużo bym dał za jakąkolwiek normalną pracę. I jeszcze bym dorzucił Stfora jako premię. To przeklęte domiszcze wysysa mnie jak wampir.
- No widzisz, jak się miło złożyło. Dziecko wniesie tu nieco miłej, rodzinnej atmosfery – zauważył niewinnie Lupin.
- Taaaa... – Syriusz rzucił mu spojrzenie niewinnego człowieka ciężko doświadczanego przez los. – Sevcio Snape, istne słoneczko.
Tymczasem chłopczyk podniósł galeona, który potoczył się w jego pobliże i zaczął oglądać z upodobaniem błyszczący przedmiot. Na aversie widniał profil starego czarodzieja w tiarze, która była zapewne ostatnim jękiem mody jakieś czterysta lat temu; revers natomiast zdobił złowieszczo wyszczerzony smok.
- Śśśśmok! – powiedział Sunio dobitnie, zezując lekko i również pokazując ząbki w imitacji groźnego grymasu. – Źji nas... Be, śmoki gliziom....
Remus zgarnął bilon z blatu, ale nim zdążył spytać, czy jego przyjaciel ma jakieś specjalne życzenia kulinarne, za drzwiami kuchennymi rozległ się łomot, jakby ktoś z całej siły w nie kopał. Sunio z brzękiem upuścił monetę na podłogę, z lękiem na buzi odwracając się w stronę źródła hałasu. Syriusz błyskawicznie zredukował swoje słuszne sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów do znacznie skromniejszych psich wymiarów i przyczaił się pod stołem, bezgłośnie obnażając kły.
- K...ekhm... Kto tam? – zapytał Lupin, starając się, by zabrzmiało to normalnie.
- Służby aurorskie! Otwierać w imieniu prawa! – zakrzyknął dziarsko znajomy kobiecy głos. Chwilę później pomieszczenie wypełnił radosny szczebiot Tonks, która wparowała do środka ze sporym pudłem w objęciach. Wysypywały się z niego jakieś niezidentyfikowane na pierwszy rzut oka torebeczki, paczuszki i zawiniątka. Tonks zwaliła cały ten kram byle jak na stół, po czym rzuciła się entuzjastycznie Lupinowi na szyję.
- Remiś!! Mój misiaczku! Mogłam się spodziewać, że Siri wezwie cię na pomoc – wykrzykiwała, obsypując wniebowziętego Remusa całusami. - A, właśnie, gdzie to nieszczęście czterołape?
- Tu – odezwało się „nieszczęście”, wyłażąc spod stołu.
- Schowałeś się?
- Nie. Piniondz mi spadł – zełgał Syriusz bez mrugnięcia okiem.
Tonks zakończyła przytulanie Remusa tylko po to, by z kolei rzucić się z nowym ładunkiem karesów na Severusa, który znosił cierpliwie wybuch czułości, acz z miną wyrażającą niepewność, czy aby dziwna ciocia jest całkowicie poczytalna. Lupin oglądał to widowisko z rozbawieniem, natomiast Syriusz upomniał się zazdrośnie:
- A ja? A ja?
- Ty stary koniu niedopieszczony! – Tonks, wciąż tryskając dobrym humorem, wskoczyła na ławę i cmoknęła kuzyna w nieogoloną szczękę.
- Wzięłam trochę szmalu z Elvisa i kupiłam ci coś do jedzenia, bo w spiżarni masz tylko echo, tak samo jak w lodówce. Nawiasem, mógłbyś ją wreszcie wyregulować. Chciałam wziąć sobie Gingera i był zamarznięty. No, to napełniamy bestii brzucho...
Tonks, wciąż w skowronkach, otworzyła drzwiczki lodówki i w tejże chwili cała skowrończość opadła z niej jak igliwie z przeterminowanej choinki. Odwróciła się błyskawicznie z powrotem, a jej oczy w jednej chwili zaczęły przypominać dwa fiołkowe wyloty luf dubeltówki. Tak, Nimphadora Tonks mogła być młoda, gadatliwa, trzpiotowata i rozczulająco niezdarna, ale bądź co bądź, dostała się na prestiżowy Uniwersytet Aurorski, i zdołała go ukończyć z niezłymi ocenami.
- Gdzie mój dowód rzeczowy? – spytała lodowatym tonem.
- Dowód rzeczowy...? – powtórzył zbaraniały Syriusz, widząc kątem oka rozpaczliwe i chaotyczne znaki, czynione przez Remusa zza uchylonych drzwiczek zamrażarki.
- Zeżarłeś dowód rzeczowy?! – wrzasnęła Tonks ze zgrozą, blednąc jak kreda.
- Nie! Skądże znowu! – odkrzyknął Syriusz, odruchowo łapiąc się za oko. – Coś ty! Po prostu... eee... wyglądało jakoś podejrzanie, więc...
Rzucił się pospiesznie w stronę wyjścia do hallu.
- Zaraz ci przyniosę.
Remus nie wiedział, co też jego druh chciałby zaprezentować Ninny Tonks, skoro fatalne jajo zostało zredukowane do paru atomów nieprzyprawionej jajecznicy przeoczonych na meblach, ale przezornie wolał trzymać język za zębami. Sunio obgryzał krawędź stołu, nie spuszczając wzroku ze zdenerwowanej „cioci”. Siedział nieruchomo, milczał i widać było, że woli się nie rzucać w oczy.
- Hm, Ninny...? Co jakiś dowód rzeczowy robił w lodówce Siriego? – zapytał Lupin ostrożnie.
Tonks westchnęła głośno, przeczesując palcami malinową czuprynę.
- Grupa Kingsleya nakryła nielegalnego hodowcę. Miał parę ciekawych zwierzaków, a między innymi to jajo. Leżało w wiadrze z morską wodą. Rory Shagan twierdził, że to konia morskiego, za to Cherry Ann dowodziła, że smocze, bo ma jakieś tam parametry. Moim zdaniem zawracanie głowy. Facet tak czy owak posiedzi, chociaż za smocze, fakt, dostałby więcej. Tamci się handryczyli z całym tym nielegalnym zoo, a mnie Shacklebolt na wszelki wypadek wysłał przodem, żebym wpakowała dowód rzeczowy do lodówki, bo nie wiadomo, co może się z tego wylęgnąć. A że wiedział, że my tu mamy pewien kryzys, to mi szepnął, że mogę się nie spieszyć.
Tonks z irytacją zerknęła w stronę, gdzie zniknął Syriusz.
- Ale nie przyszło mi do głowy, że nie mogę tu zostawić niczego na pół, dosłownie pół godziny, bo mój ukochany i głupiutki brat cioteczny natychmiast nabroi.
Remus ukrył uśmiech.
- Nin, twój głupiutki brat cioteczny jest od ciebie starszy o dwanaście lat. Chyba zdążył przez ten czas spoważnieć?
- Czasem mam wrażenie, że jest o te dwanaście młodszy. – Tonks pokazała zęby w lekkim uśmiechu, rozchmurzając się nieco.
- Udaje – szepnął Remus. – Jest podłamany i smutny.
- Wiem – odszepnęła. – I dlatego nie mam zamiaru nad nim się rozpływać. To wcale nie pomaga.
Syriusz wrócił, niosąc w ręku „dowód rzeczowy”, przy czym Remus po raz nie wiadomo już który odczuł szacunek dla zdolności kolegi. Syriusz zawsze przejawiał naturalny talent do transmutacji i swego czasu był ulubieńcem profesor McGonagall, która widziała go jako genialnego projektanta lub architekta, a w przyszłości swego następcę. Niestety, srodze się rozczarowała, gdy młody pan Black zrezygnował z kariery transmutatora, woląc być „gliniarzem”. Fałszywka domniemanego smoczego jaja wyglądała dokładnie jak oryginał. Syriusz bez słowa wręczył je Tonks, która pieczołowicie schowała je do papierowej torby.
- Na Oberona! Już myślałam, że przepadło. Kingsley obdarłby mnie ze skóry. I tak pewnie zwalą na mnie pisanie raportu. Muszę lecieć. Zróbcie śniadanie i, do licha, ubierzcie wreszcie Seva! Dziecko nie może ciągle chodzić w piżamie! Ci mężczyźni...
- Robisz się zrzędliwa na stare lata – wymamrotał Syriusz.
Puszczając tę złośliwość mimo uszu, Tonks cmoknęła pospiesznie Remusa w policzek, a po chwili zostało po niej już tylko echo trzasku aportacyjnego i sterta sprawunków na stole.
Syriusz z głośnym sykiem wypuścił powietrze, robiąc wielkie oczy, gnąc się demonstracyjnie w udawanym omdleniu i afektowanym gestem kładąc dłoń na sercu.
- Boże! Myślałem, że wykituję. Dowód rzeczowy! – Pokręcił głową w udawanym przerażeniu.
- Mały włos, a byśmy zjedli własność rządową. Ciekawe czy wyciągnęłaby nam ją z żołądków. Co zamieniłeś? Wyglądało bardzo... realistycznie.
Syriusz machnął ręką.
- Poduszkę z kanapy.
- Mam nadzieję, że Ninny nie będzie miała kłopotów z tego powodu – zatroskał się Lupin.
- To bardzo dobra imitacja – uspokoił go autor nowego jajka, prostując się dumnie.
- A jeśli tamtego faceta nie skażą tylko dlatego, że sfałszowałeś dowód rzeczowy?
- No to co? – warknął Black z nagłą złością. – To zapiszę sobie na plus, że ocaliłem jednego biednego frajera od Azkabanu!
- A jeśli zasłużył? Ostatecznie chciał hodować smoka w warunkach domowych. Nie jest to ani legalne, ani bezpieczne.
- Nikt nie zasługuje na Azkaban, Remmy! Nikt!
- Nawet Śmierciożerca? Nawet... Peter? – zapytał Remus, zniżając głos.
Syriusz potarł dłońmi ramiona, jakby nagle zrobiło mu się zimno.
- Nikt – powtórzył zawzięcie. – Śmierciojady zasługują na avadę. Nawet tego parszywego szczura bym tam nie wsadził. Normalnie bym go zatłukł na miejscu. Są po prostu rzeczy, których nie powinno się robić nikomu.
Remus położył mu rękę na ramieniu, ale Syriusz otrząsnął się nagle jak mokry pies.
- Dość tego margania. Jestem wściekle głodny. Mam nadzieję, że Nin kupiła polską kiełbasę... Ej, a gdzie ten szczeniak!?
Rzeczywiście, Severus, który jeszcze parę minut temu siedział grzecznie za stołem, nieznacznie wystając znad blatu, zniknął jak sen jaki złoty. Zanim jednak jego niewprawni opiekunowie zdążyli znów wpaść w stan irytacji i paniki (z przewagą irytacji u pana Blacka), Lupin, tknięty przeczuciem, zajrzał pod stół, po czym kiwnął palcem na kolegę.
W przyjemnym półmroku pod solidnym dębowym blatem siedział Sunio Snape. Jakoś zdołał zedrzeć tekturową pokrywkę z niewielkiego glinianego garnuszka, a teraz w spokoju ducha raczył się jego zawartością. Podniósł na Remusa ciemne oczka, do których spłynęła cała niewinność przypadająca na Londyn i okolice. Wyglądał jak aniołek w wersji niger. Aniołek wysmarowany w mniej więcej pięćdziesięciu procentach marmoladą pomarańczową.

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Toroj - Koła czasu

Postautor: archiwalny » 16.12.08, 00:03

*
Ku uldze obu panów, śniadanie przebiegło bez zakłóceń. Umyty Sunio bez najmniejszego oporu wypił kawę żołędziową (uznali ją za odpowiednią dla dziecka, gdyż producent zapewniał, że nie zawiera kofeiny) i samodzielnie spożył grzankę z miodem gryczanym oraz kawałek mango, w wyniku czego wystąpiła paląca potrzeba ponownego umycia nie tylko dziecka, ale także wszystkiego w zasięgu lepkich rączek.
Wyglądało na to, że Tonks właśnie przeżywa fazę fascynacji zdrowym odżywianiem. Z pewnym zdziwieniem, ale bez szczególnych złych przeczuć Remus i Syriusz rozmieszczali w szafkach paczuszki z zieloną fasolką mung, puszki z kiełkami bambusa czy też kiełbasę Polish Organic Sausage from Kasheby. - Champagne soya – przeczytał głośno Syriusz, a twarz pofałdowała mu się w bardzo głębokim namyśle. – Lunatyk, myślisz, że to zawiera alkohol?
- Zwariowałeś? Alkohol w soi?
- Ale tu pisze, że szampan...
- To z Szampanii, a nie z szampana. Soja z Szampanii.
- Szkoda...
Kolejnym zagadkowym przedmiotem była torebeczka zawierająca coś na podobieństwo kłębka czarnych nici. Na wierzchu wydrukowano nieco japońskich czy też chińskich znaczków i napis Arame.
- Nie, ja w to nie wierzę. To się JE? – odezwał się Black ze śmiertelnym zdumieniem.
- Owszem, to się je – oświecił go Lupin, który ostatnio był obiektem kulinarnych eksperymentów swej dziewczyny. – To są wodorosty i można je wrzucać do zupy.
- Ohyda!
- Łapa, Japończycy to jedzą tonami.
- No i sam widzisz jak wyglądają. Małe, żółte pokurcze, na pewno właśnie od tego świństwa. Nakarmimy tym Smarkerusa?
Remus uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Czemu nie? Podobno zawierają mnóstwo witamin i minerałów. Są bardzo zdrowe.
Syriusz ponownie zajrzał ze wstrętem do torebki.
- Wyglądają bardzo niezdrowo. Nie będę jeść jakichś wodnych chabazi. Wrogowi, owszem, mogę dać.
Na samym dnie kartonu znajdowało się zawiniątko zatytułowane odręcznym pismem, głoszącym: „Małpia głowa”. Teraz zwątpił również Lupin.
- Boże miłosierny... – wymamrotał, ostrożnie szturchając pakunek palcem, jakby owa głowa miała wyskoczyć ze środka i zaatakować, kłapiąc zębami.
- Był taki czas, że jadałem szczury, ale żeby małpi łeb...? – skomentował Syriusz ze zgrozą. - Czy ta Ninny oszalała? Co można zjeść ze łba, i to małpiego?
- Móżdżek? – zaryzykował Remus, nie odrywając oczu od trefnej paczki.
Odpowiedzią Blacka był jęk obrzydzenia. Sunio, zaciekawiony przedłużającą się konwersacją, porzucił zabawę młynkiem do pieprzu i wlazł na stół, również zaglądając do pudła.
- Siri, to trzeba rozpakować...
- Ależ proszę, nie krępuj się.
- Dlaczego ja?
- Bo to twoja narzeczona nabyła.
- Ale za twoje pieniądze.
- Pecunia non olet – zacytował Syriusz bez związku.
- Ale to zacznie olet, jak nie włożymy go do zamrażarki.
- Nie będę przechowywał małpiego czerepu obok mojego piwa! Wyrzucę w diabły! – oburzył się wielbiciel chmielowych rozkoszy.
- Miałeś już obok tego świętego piwa smocze jajko, a nawet chciałeś je zjeść, Łapa.
- Ale ono było... bardziej higieniczne. I w ogóle.
Tymczasem Sunio, znudzony toczącym się nad jego głową sporem, sięgnął do wnętrza kartonu i energicznie pociągnął za róg opakowania. Papier rozwinął się z łatwością, a ze środka wypadła... gąbka.
Zaraz potem z obu męskich gardeł gruchnął śmiech unisono.
- Piekielna Nin... – wystękał Syriusz, zwijając się jak ofiara Zniewalającej Łaskotki. – W pięty jej pójdzie, tak jej nagadam. Małpia głowa... skąd ona to wytrzasnęła, jak pragnę drinka?
- Daliśmy się wpuścić w jeżyny. To pewnie po prostu nazwa drogerii – wyraził przypuszczenie narzeczony nieznośnej Tonks. – Sunio, zostaw! – dodał szybko, odbierając gąbkę małemu, który usiłował nadgryźć znalezisko. – Tego się nie je.
Były Mistrz Eliksirów popatrzył na niego z miną, która mogła znaczyć „a co ty tam wiesz”, lecz nie zaprotestował. Remus podniósł go ze stołu.
- Chodź, żarłoku. Zaniesiemy gąbkę do łazienki. Zrobimy siusiu, umyjemy łapki, a potem zrobimy ci jakieś ubranko. Nie możesz biegać w piżamce, nawet jeśli jest taka ładna, w kropeczki...
Obarczony gąbką i Severusem, Lupin opuścił kuchnię pogadując do niego niezobowiązująco. Syriusz zdążył zauważyć, że malec wpatruje się w Lupina szeroko otwartymi oczami – bez mrugania, cichy, zasłuchany z powagą zupełnie nie pasującą do tak małego szkraba.
„No, ale to przecież Snape, on nigdy nie był normalny” – pomyślał Syriusz i wzruszył ramionami. – „A Remmy’ego wydaje się bawić niańczenie tego łobuza.”
Zajrzał do szafki pod bojlerem, mając nadzieję przyłapać Stforka, ale po skrzacie nie było ni śladu, ni popiołu. Obłąkany skrzat robił się niebezpieczny, a Syriusz nie miał już nadziei, że temu kłopotliwemu „rodzinnemu spadkowi” polepszy się w jakikolwiek sposób. Zamiast ryzykować, że Stfór narobi nieszczęścia, należało go dyskretnie uciszyć. Z nową ideą w głowie i różdżką w garści, Syriusz udał się na obchód domu. Deseczka w hallu nie wchodziła, oczywiście, w grę – Syriusz brzydził się tego rodzaju demonstracjami, chociaż sam Stfór pewnie uznałby to za godne ukoronowanie kariery lokaja; natomiast gdyby dowiedziała się o tym Hermiona, rozpętałaby krucjatę proskrzacią, przy której Pearl Harbor zdawałoby się piknikiem. Na szczęście panna Granger była daleko, pewnie zakuwając w upojeniu przed SUM-ami, natomiast Stfór czaił się blisko, gdzieś za ścianą. Zaledwie parę tygodni temu Syriusz jeszcze tolerował go z wysiłkiem, ostatnio jednak skrzat nie wykonywał podstawowych obowiązków, mylił proste polecenia albo całkiem o nich zapominał, a jego złośliwość wzrosła w dwójnasób. Znikał też na długie godziny i nie można było mieć pewności, czy nie opuszcza domu, by donosić Narcyzie i Bellatrix o tym, co dzieje się w kwaterze głównej Zakonu. Syriusz z furią zgrzytnął zębami, myśląc o wydarzeniach ze stycznia. Sprawozdanie otrzymał z drugiej ręki, ale i tak trzęsła go złość na samo wspomnienie. Ucieczka więźniów z Azkabanu, Snape osaczony jak królik... Nie żeby sam Syriusz nie miał ochoty czasem go poczęstować Tormentem czy umówić na randkę z dementorem, ale rzucanie Niewybaczalnego na pierwszoklasistkę było po prostu zbrodnią. Ale czego się można było spodziewać po „kochanej Belli”, która trzepnęła nielegalnym Slasherem swojego kuzynka, bo jej nadepnął na falbanę u sukni? Po prawie trzydziestu latach Syriusz wciąż pamiętał tamten palący ból – paradoksalne, nadal było to jedno z najbardziej wstrząsających wspomnień, chociaż od tamtej pory zdążył już nie raz oberwać i zaliczyć odsiadkę. Otrząsnął się.
- Syriuszu!! Syriuszu Black!!
Natarczywe wołanie sprowadziło go z powrotem do kuchni. W kominku tkwiła głowa Minerwy McGonagall. Już na pierwszy rzut oka było widać, że jest w fatalnym humorze. Z jej zwykle schludnego czarnego koka zwisały luźne pasemka włosów, a twarz pokrywał malinowy rumieniec, zupełnie jakby wicedyrektorka właśnie ukończyła bieg na sto jardów, albo długo i głośno na kogoś wrzeszczała.
- Witam. Nareszcie pan Black raczył się zjawić – wycedziła.
Syriusz w ostatniej chwili ugryzł się w język, zanim wyrwało mu się pokorne: „Przepraszam, pani profesor”. Zamiast tego wyszczerzył się w powitalnym uśmiechu i oparł kredens w pozie a’la James-Dean-Buntownik-Bez-Powodu.
- Hello, Minerwa. Co cię sprowadza?
- Co z Severusem? – spytała prosto z mostu.
- Remus uczy go mycia zębów – odparł Black wymijająco.
- Rozumiem, czyli bez zmian od wczoraj. – Zdawało się, że z Minerwy uszło nieco powietrza. – Czy to musiało się wydarzyć akurat na trzy tygodnie przed egzaminami? – rzuciła światu pytanie retoryczne.
- Czy to musiało się w ogóle wydarzyć? – dodał Black. – Mam teraz na głowie usmarkanego śmierciojada, z którym muszę się cackać jak ze śmierdzącym jajem.
- Chętnie się z tobą zamienię – odrzekła ostro profesorka, sięgając gdzieś w bok. – Ja teraz mam na głowie Severusową kohortę. Bohater nie wrócił z akcji, a jego Dom dostaje amoku i roznosi lochy. Najchętniej popetryfikowałabym ich, związała w pęczki i pochowała w szafach aż do egzaminów.
- A Gryfoni grzeczni? – spytał Syriusz niewinnie.
Oczy McGonagall zmieniły się w dwa zielonkawe sztylety.
- Nie... – zawiesiła głos, jakby szukając słowa. – Nie... przeginaj! – dokończyła. – Jeszcze porozmawiamy o sprawkach twojego chrześniaka.
- A co się stało?
- Och, co się NIE stało. Główną atrakcją dzisiejszego poranka był Malfoy w nocnej koszuli... MOJEJ koszuli, nadmieniam! Powieszony w męskiej toalecie!
Huncwockie serce Syriusza zatrzepotało jednocześnie z radości i niepokoju.
- Draco Malfoy?
- Przecież nie Lucjusz!
- Powieszony? Eeee... nie żyje?
Wicedyrektorka cmoknęła niecierpliwie.
- Powieszony za kołnierz! Na kinkiecie.
- Minerwo, przecież to nie w stylu Harry’ego. On by Malfoyowi po prostu dał po pysku, a nie tak znienacka... różdżką w plecy.
McGonagall potrząsnęła głową z dezaprobatą, zaciskając usta.
- I tylko dlatego nie miałam go jeszcze na dywaniku. To bardziej w stylu bliźniaków, ale ci akurat mają żelazne alibi – już ich wtedy nie było w szkole. A Malfoy symuluje amnezję i wstrząs mózgu. Ale nie zawołałam cię tutaj na plotki.
- Nie?
- Black, chociaż raz w życiu bądź poważny. Powiedz Lupinowi, że Severusa musi obejrzeć specjalista z Departamentu Tajemnic. Nie można go sprowadzać na Grimmauld Place, więc ktoś musi Seva tam odtransportować. W Departamencie będzie czekał Zegarmistrz nazwiskiem Scrap. Szkoda, że Molly ma tę domową katastrofę... A teraz bądź łaskaw zdjąć blokadę.
- Jaką blok... – zaczął Syriusz, ale natychmiast się zreflektował. – Tak, oczywiście... Laxare!
Dopiero gdy z kominka zniknęła osłona, przypominająca cieniutką, przezroczystą błonkę, można było się zorientować, że w ogóle była tam jeszcze chwilę temu. Pod nogi Syriusza z głuchym tapnięciem upadła torba podróżna.
- To rzeczy Severusa. Ubrania i parę niezbędnych drobiazgów. Brzytwa, woda po goleniu, grzebień, eliksir na żołądek... – McGonagall przygładziła włosy. – Gdybym wiedziała wcześniej, jakie on ma zabezpieczenia na drzwiach... Forsowanie trwało godzinę. Ufff... Mam nadzieję, że magicy od zegarów doprowadzą go jeszcze dziś do porządku, inaczej chyba zwariuję. SUM-y, Owutemy i rewolucja w Slytherinie. Powiedz mu, że Albus i Lizzie Vector podzielili się jego grafikiem. Jutro ma być w pracy! Do widzenia. – Po tych słowach głowa profesorki Transmutacji rozpłynęła się wśród zielonych płomieni. Stropiony Syriusz podniósł torbę, w zamyśleniu ważąc ją w dłoni.
- Mam wielką nadzieję, że to będzie faktycznie proste, Minerwo. Naprawdę szczerze bym chciał – wymamrotał. Jednak nie opuszczało go złe przeczucie, że przysłane przez troskliwą profesorkę rzeczy nie będą jeszcze Snape’owi potrzebne przez jakiś czas. Może z wyjątkiem grzebienia. Odnowił osłonę na kominku i powlókł się na poszukiwanie Remusa.

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Gość

Re: Toroj - Koła czasu

Postautor: Gość » 20.12.08, 14:03

Bardzo dobre ^^ Podobało mi się. Szczerze się uśmiałam, bo język pisarski Toroj to po prostu cud, miód, rum, orzeszki. I jestem taka dumna ilekroć rozumiem, co czytam, bo Autorka ma naprawdę ogromny zasób słów - co jej się oczywiście chwali. Sam pomysł jest oryginalny i świetnie wykonany. Mam tylko nadzieję, że będzie tu więcej części.

Treviss

Awatar użytkownika
Magdalaena
Zielony
Posty: 12
Rejestracja: 25.08.07, 15:41
Lokalizacja: Warszawa

Re: Toroj - Koła czasu

Postautor: Magdalaena » 31.08.09, 20:50

Czy jest jakaś szansa na kontynuację ? bo widzę, że na mirriel "Koła czasu" nie wiszą :-(
Na fanfiction.net jest trochę więcej http://www.fanfiction.net/s/2152642/8/Koa_czasu
ale też nie było aktualizacji od trzech lat.
Magdalaena


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron