Projekt: Chimera

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Projekt: Chimera

Postautor: Leonette » 18.10.08, 18:56

Od Autorki: Oto mój nowy projekt, powieść szpiegowska z czasów pierwszej wojny z Voldemortem. Radosne AU, co oznacza, w dużym skrócie, że Autorka niekoniecznie podążać będzie za kanonem. W głównych rolach występują: Severus Snape, James Potter oraz pewna gąska, z domu Rookwood. W rolach drugoplanowych i epizodycznych: Lily Evans, Huncwoci, Zakon Feniksa, Śmierciożercy, Arystokracja, sklepikarze, Stowarzyszenie Szalonych Szlam i wiele innych zjawisk. Parki pierwszoplanowe: James/Lily, później także Severus/Ewa. Parki drugoplanowe jak w kanonie.
OSTRZEŻENIA: Opowiadanie będzie zawierać słownictwo obraźliwe, w rozmowach może pojawiać się temat seksu, dyskretne sceny tegoż także wystąpią. Nic bardzo gorszącego. Mimo to, nie poleca się go dla czytelników poniżej 3 lat. W przedszkolu i tak już się dzieci uświadamiają.
Ach, spoilery tomu 7. To też.
&&


Projekt: Chimera


Chimerę niepokonaną,
która swój ród wywodziła od bogów, a nie od ludzi.
Z przodu lwem była, od tyłu wężem, a kozą pośrodku,
strasznie zionącą potężnym, płomiennym ogniem zagłady.
(Iliada 6,180-182)



Część I: Plany i spiski



1.
Czasami, rozpędzone Koło Czasu może napotkać okoliczności, w których o jego biegu zadecyduje jeden skrzat.
Panowie, drogie panie, nie lekceważmy skrzatów.
Nad Szacownym i Obyczajnym Domem Rookwoodów zapadała chłodna, marcowa noc. Pięcioletni August siedział tak jak przystało w swym pokoju, z powagą kontemplując krople wody zbierające się na wewnętrznej stronie szyby. Jego młody umysł nie pojmował wagi problemu z którym przyszło się zmierzyć jego rodzinie. Wiedział tylko, że mama ma dziś urodzić jego siostrę, a także, że była chora.
W innej części posiadłości nawet lustra były zaparowane.
Wiercący w uszach wrzask cierpiącej kobiety obijał się przez chwilę o ściany sypialni aż wreszcie zamilkł, zawstydzony przerażonymi minami domowników. Uzdrowiciel Rogers załamał ręce, głównie w litości nad własną obolałą głową, w następnej zaś nad Marią Rookwood, leżącą bezwładnie wśród przepoconej pościeli i czekającą na śmierć... Swoją, lub dziecka.
Odhaczył w myślach listę: temperatura utrzymana, Eliksir Jaszczrutkowy podany, pokój okadzony mieszaniną jadu niewidzialnej kobry i ziół leczniczych, pościel odkażona... To wszystko wystarczyłoby na uzdrowienie silnej kobiety, która błądząc po zwierzyńcu Malfoyów złapała Pasiastą Odrę. Ale, że kobieta owa dała się tam zaprowadzić będąc w szóstym miesiącu ciąży... Zwykła zachcianka, kaprys znudzonej szlachcianki.
Kto miał ponieść konsekwencje? To zależało od głowy rodziny, Richarda Rookwooda. Nieobecnego, niestety. W tej chwili jeden ze skrzatów próbował się z nim skontaktować...

Okruszek szukał i szukał ale pana Rookwooda nie było w miejscach gdzie zwykle bywał. To mogło znaczyć tylko jedno: Prywatne Sprawy. A nikt, zaś szczególnie Okruszek, nie śmiał przeszkadzać swemu panu w Prywatnych Sprawach. Głowa ostatniego pechowca, który się ośmielił wtrącać w Prywatne Sprawy, wciąż straszyła na ścianie pokoju wspólnego skrzatów. Nie miała nosa, uszu ani oczu.
Okruszek zrozumiał, że tym razem podjęcie decyzji należy do niego.
Czego chciałby pan? Jako, że nienarodzone dziecko miało być dziewczynką, pan bez wahania by je poświęcił.
I tak też Okruszek powiedział gdzieś, w innej rzeczywistości.
Ale tego Okruszka jeszcze bardzo bolały przypiekane żelazkiem palce. Bo herbata podana pani była za gorąca. W głowie skrzata, wśród natłoku smętnych i bolesnych myśli wykwitło, niespodziewanie dla niego samego, bluźniercze pytanie.
A czego chciałby Okruszek?

**

16 lat później...

- Coś ci wypadło z torby, Ślizgonie.
Tuż obok średniowiecznej zbroi osaczyła groźnego zwierza.
Instynkt atak-ucieczka zadziałał u niego tak naturalnie, że Ewa była naprawdę pod wrażeniem. Nie później niż w sekundę po wypowiedzeniu pierwszego słowa już spoglądała na ostrzejszy koniec jego różdżki. Oczy chłopaka błyszczały feralnie w półmroku który utworzył się między złotymi plamami światła rzucanymi przez świece. Nie, to nie był jakiś tam leniwy i ślepy pyton, pomyślała z satysfakcją, patrząc na leciutkie drżenie jego dłoni dzierżącej broń - to była kobra spięta do skoku.
Ewa samej różdżce poświęcała tyle uwagi, że Ślizgon mógłby równie dobrze mierzyć w nią laseczką lukrową z Miodowego Królestwa. Nie wyciągnęła też swojej. Czekała, jaka będzie jego reakcja gdy zobaczy co trzyma w ręku, grzbietem do góry, tak by mógł z łatwością odczytać tytuł.
Zachłysnął się powietrzem i jego oczy rozszerzyły się odrobinę. Cienie zatańczyły na jego twarzy. Był wściekły.
- Nie przypominam sobie, żebym miał dziurę w torbie - wycedził, nie spuszczając z oka swego skarbu. - Zostaw takie bajeczki dla grzecznych Krukonów. A teraz oddaj to, albo pożałujesz, że cię rodzice urodzili, ty...
Zawahał się, najwyraźniej niepewny od jakich to ścierw może ją wyzwać. Nie znał statusu jej krwi.
Punkt dla Ewy.
Książka nie wypadła znikąd i oboje dobrze o tym wiedzieli. Jeden błyskawiczny manewr łokcia i przyklęknięcia załatwił wszystko. On był zbyt zajęty śledzeniem gnieżdżącej się dwa stoliki dalej gryfońskiej wszy, sztuk cztery, by zważać na całą resztę biblioteki.
- ...ty mała jędzo! - zakończył wreszcie, tak jakoś bezradnie.
Jego dłoń wystrzeliła do przodu... Ale dziewczyna przewidziała ruch. Odskoczyła zwinnie, unikając jego rozcapierzonych palców.
- No, z takim podziękowaniem to nie wiem czy coś wskórasz - powiedziała, nie tracąc nic z rezonu. Chłopak najwyraźniej podjął jakąś decyzję, bo zobaczyła błysk jego zębów gdy wygiął wargi w paskudnym grymasie. Zagrożenie stopnia trzeciego. - Jesteś szlamą czy tak cię rodzice wychowali?
Zamarł w połowie rzucania jakiegoś prawdopodobnie bardzo bolesnego przekleństwa. Prawie widziała jak obracają się korbki w jego mózgu. Szlama - znaczy z towarzystwa. Skądś znał tę twarz? Mysie włosy. Miodowe oczy.
August Rookwood. Niewymowny. Prawdopodobnie także śmierciożerca.
Opuścił różdżkę. Tylko odrobinę, ale jednak.
Punkt dla Ewy.
- Rookwood - powiedział, kładąc nacisk na jej nazwisko. - Nie irytuj mnie. Wiesz, że jestem ostrzejszym graczem od ciebie.
Oczywiście, że wiedziała. Nie interesowali ją słabeusze.
- Oddaj moją książkę i powiedz, kto cię tu przysłał.
Nie było sensu dłużej go drażnić. Z niejakim zainteresowaniem spostrzegła, że przyciska książkę do piersi tak jak matka mogłaby tulić ukochane dziecko. Było w jego geście coś tak tragicznie zaborczego, że gdyby nie była Krukonką, rozczuliłaby się pewnie.
Przysłał? A kogóż to on miał na myśli? Jej brata, niech mu zdrowie i szczęście krótko służą? Lucjusza Pawiego Króla? Bellę szaleńczo zakochaną nie w swoim narzeczonym? A może samego Lorda Voldemorta?
Pewnie miał nadzieję na to ostatnie, marzyciel.
- Ja się przysłałam, drogi Ślizgonie.
Nadzieje chłopaka oklapły i odpełzły. Biedactwo, nie wiedział, że Ewa dopiero się rozgrzewała.
- Czemu miałby mnie ktoś przysyłać? - kontynuowała tym samym, lekko zdziwionym tonem, nie dając mu dojść do głosu. - Myślisz, że taki jesteś ważny? Że Malfoy chce ci powierzyć misję ratowania świata?
Zamrugała po puchońsku, niewinnie.
- Takiemu żałosnemu skunksowi jak ty?
Gdyby coś mogło zrobić w tej chwili "Zonk!", zrobiłoby pewnie. Gdyby szczęka Ślizgona mogła uderzyć w beton a oczy wyskoczyć z orbit i zawisnąć na sprężynkach, tak też z pewnością by się stało. Brak obycia z krukońską szczerością robił to z ludźmi.
- Oczywiście, - Ewa przygryzła wargę w udawanym zamyśleniu - nie chciałabym urazić twojego wydelikaconego ego. Nie przekażę ci więc co ludzie opowiadają za twoimi plecami. Lepiej tkwić w rozkosznej nieświadomości, prawda?
Różdżka drżała mu w ręku. Zęby pojawiały się i znikały. Spokojnie, dziki zwierzu, pomyślała. Mam na ciebie i kij i marchewkę.
- Gryfoni? - Niemal wypluł z siebie nienawistne słowo. - Oszczędź sobie, znam już całą listę ich przezwisk.
- Gryfoni? Panie Snape, nie trzymam z plebsem. Mówię o arystokracji.
Nie chciał wiedzieć... Chciał wiedzieć? Zmarszczone brwi świadczyły albo o ciężkim wysiłku umysłowym albo o morderczych zamiarach. Oraz, jedno nie wykluczało drugiego.
- Co niby? - warknął.
Punkt dla Ewy.
- Naprawdę chcesz bym cię uświadomiła? Cytat Lucjusz Malfoy: "Jest jak coś obrzydliwego co odkleiło mi się od buta w zeszłym miesiącu. Ale to wierny kundel i dosyć zdolny." Cytat Rudolf Lestrange: "Przyjaciel? Ten wycieruch? Dajcie spokój, gdzie ja bym się z tym czymś pokazał, na dorocznej wystawie magicznego szajsu? Trzymam z nim, bo gryzie Gryfonów jak wściekła fretka i zna kupę przekleństw." Cytat Evan...
- Kłamstwa! - ryknął Snape, aż kropelki śliny poleciały na wszystkie strony. Już nie był przyczajonym zwierzem, był uosobieniem czarnej chmury wściekłości, niedowierzania, nienawiści i urażonej dumy. - Ty podła krukońska wiedźmo! Ty żmijo! Ty chimero!...
Tym razem jego różdżka świsnęła w powietrzu. Ewa poczuła jak świat gwałtownie zmienił kierunek i przyśpieszył do niewyobrażalnych prędkości... By zatrzymać się gwałtownie na ścianie. Dobrze, że zastosowała wcześniej zaklęcie asekurujące, bo w przeciwnym razie jej mózg byłby już bezkształtną papką.
Miał więcej temperamentu niż się spodziewała.
Wstała i otrzepała szatę. Poprawiła kosmyki które wymknęły się z grzebienia.
Snape gapił się na nią z czymś w rodzaju niemego podziwu. Był wyraźnie rozdarty między strachem, że właśnie zabił uczennicę, a zaskoczeniem, że klaczy trojańskiej nic się nie stało.
Punkt dla Ewy.
- Czyżby? - wydyszała. - Nie bywa się na wieczorkach, wernisażach i przyjęciach charytatywnych to się nie wie. Coś boli, panie Snape? Bardzo boli?
- Idź stąd! - syknął, natychmiast otrząsnąwszy się ze stuporu. - Idź, bo tym razem skutecznie rozwalę ci ten twój przemyślny łebek. I nawet nazwisko cię nie osłoni. No idź już!
Chyba jej wierzył. Nie po raz pierwszy pomyślała, że za pomocą prawdy można skuteczniej manipulować ludźmi niż za pomocą najwymyślniejszych ślizgońskich kłamstw.
- Panie Snape, czyżby naprawdę nie chciał pan wysłuchać tego, co mam do powiedzenia?
- Co jeszcze? Masz więcej tego jadu?
Widać było, że stracił rezon. Merlinie, on chyba naprawdę wierzył w jej złotoustych krewnych. Był tak naiwny czy tak zdesperowany?
- Jadu? Pan chyba pomylił domy. Ja bywam jedynie brutalnie szczera. I, muszę tu dodać, nie ja uważam pana za żałosnego skunksa.
- Daję ci pięć sekund... - ostrzegł, ponownie unosząc różdżkę.
- Według mnie, jest pan żałosnym skunksem z obiecującą przyszłością.
Tym razem chyba zatkało go dokumentnie.
I punkt dla...
- Oczywiście, to od pana zależy. A raczej od tego, czy odważy się pan wreszcie przestać kryć się za plecami niższych od siebie form życia.
- Co? - zdołał z siebie wydusić.
- Ale najpierw chciałabym się przekonać, na jakiej płaszczyźnie stoją nasze umysły - kontynuowała radośnie Ewa. I zakończenie w prawdziwie krukońskim stylu, pomyślała.
- Równina, równia pochyła czy beznadziejna depresja? Jak pan sądzi, panie Snape?
- Depresję, to ja, owszem, widzę - sarknął Ślizgon. - Ale nie od mojej strony. W co ty ze mną pogrywasz, Rookwood?
- Spotkanie. - Uniosła brew. - Jutro, podczas wyjścia tłuszczy do Hogsmeade. Punkt dwunasta, Świński Łeb.
- I to ma mnie niby przekonać?
- Jeśli masz choć trochę oleju w głowie, to przyjdziesz - rzekła mu na odchodnym Krukonka.

**

Sto punktów dla Ewy, pomyślała panna Rookwood.
Cieszyła się, że jej pierwsza potyczka zakończyła się z tak znakomitym wynikiem. Nastroszyła trochę piórka tego biednego Ślizgona, ale może i zmusiła go do samodzielnego myślenia. Oraz osiągnęła cel nadrzędny: dopadła Snape'a zanim pochwycił go w swe szpony ten wsysacz talentów, Lord Voldemort.
Gdyż Ewa Rookwood nie zamierzała całować rąbka szaty Czarnego Pana, jak tysiące jej upodlonych krewnych. Nie, Ewa Rookwood miała inne ambicje.
Ewa Rookwood chciała mu zrobić konkurencję.
Ale, oczywiście, nie mogła wszystkiego zaplanować i zrealizować sama. Potrzebowała tęgich umysłów i odważnych serc.
Severus Snape nawinął jej się niemal od razu. Nie pozytywnie, rzecz jasna. Po prostu odstawał tak, że trudno go było nie zauważyć. Poobserwowała trochę tego niezdarnego gremlina i zobaczyła tyle złego wychowania, nieśmiałości, okrucieństwa, wstydu, nienawiści i tysiąca innych uczuć nienazwanych ale równie odpychających, że starczyłoby jej na koszmary do końca życia. Ale, odkryła też coś więcej. Severus Snape miał zdecydowanie za mało klasy, odrobinę za mało okrucieństwa no i całkiem nieodpowiednie nazwisko by arystokracja kiedykolwiek uznała go za równego sobie. Ale miał też umysł ostry jak brzytwa i różdżkę szybką jak błyskawica.
Był wyrzutkiem, a wyrzutki są tych, którzy ich przygarną. Był idealny.

**

Davinia Mills popijała w saloniku herbatę z mlekiem i przeglądała stary album rodzinny. Zdjęcia były czarno-białe i wypłowiałe od słońca, co wcale nie ujmowało im uroku. Jerry na swym trzykołowym rowerku posyłał w kierunku obiektywu szczerbaty uśmiech. Tuż obok, Jerry i Adrian siłujący się na ręce.
Kochała swojego męża.
Mówią, że ludzie którzy wychowali się bez rodziców nie sprawdzają się w roli opiekunów dla własnych pociech. I ona tak sądziła na początku swej znajomości z Adrianem. Ale on wkrótce zadał kłam przesądom. Kochała go za to jeszcze bardziej.
Zaskrzypiały otwierane drzwi. To Adrian musiał wracać z ogródka. Chciał dzisiaj oplewić młodą sałatę i omieść ścieżkę z płatków wiśni. Poczekała chwilę na tupot otrzepywanych na wycieraczce butów. Ale w domu panowała cisza.
Wyszła do przedpokoju.
To nie był Adrian. Chudy, blady mężczyzna w dziwnie skrojonym płaszczu ukłonił jej się sztywno. Koniuszkami palców trzymał drewniany kijek. Zamrugała.
- Pan?...
- Stary znajomy.
- Ale...
- Avada Kedavra!

**

- I jak tam wczorajsze sterczenie, Rogasiu? Dało jakieś rezultaty?
James skrzywił twarz jakby właśnie przeżuwał cytrynę. Gdyż James Potter, łamacz serc niewieścich, najbardziej chilloutowy kaflarz sezonu i gość który ze smokiem niejedną flaszkę wypił, w samej rzeczy, sterczał.
Sterczał podczas przerwy obiadowej i przed ciszą nocną. Sterczał w piątki, świątki i weekendy. Sterczał gdy inni w pocie czoła stwarzali wypracowania i sterczał gdy reszta Huncwotów szła nad jezioro zaznać chłodu krystalicznie czystej wody i podzielić się nim z każdym, kto się nawinął. Sterczał przed i po treningach Quidditcha. Raz próbował nawet sterczeć w czasie, za co dostał w rozczochrany łeb od pałkarza. Sterczał przed biblioteką, przed jadalnią, na korytarzach, schodach, w pokoju wspólnym i koło łazienki. Raz sterczał w lochach i się przeziębił. Jednym słowem, sterczał tam, gdzie akurat mogła przechodzić Lily Evans.
Podejrzewał, że jest idiotą.
Jak do tej pory uzyskał jedynie to, że Evans, widząc go, wykonywała gwałtowny manewr omijania. Oraz, oczywiście, cały Hogwart wiedział już, że Potter sterczy. Zyskało mu to sporo przyjacielskich klepnięć w plecy i równie sporo niepochlebnych komentarzy. Przepełzający obok Smarkerus zwykł cedzić przez zęby słowa typu "frajer", "cienka różdżka" i "dupa Gryffindoru". James chętnie przyłożyłby mu zaklęciem na porost włosów łonowych gdyby nie to że akurat, bohatersko i tragicznie, sterczał.
Z tym że był już kwiecień i James miał serdecznie dość sterczenia.
- Jasne, że dało - odparł skwaszony Gryfon. - Kazała mi iść lizać swój zestaw do polerowania mioteł.
- Kobiety - rzekł sentencjonalnie Syriusz, który w tym miesiącu miał już drugą.
- Może powinieneś uświadomić jej, jak bardzo ci na niej zależy. Zaproś ją na herbatę, powiedz jej, że jest piękna, kup jej prezent. Powiedz, że nie możesz żyć bez blasku jej oczu - zaproponował znawca przedmiotu, Remus Lupin. Ciekawe, że mimo tego wciąż pozostawał w stanie wolnym.
- Powiedziałem - burknął James. - Nawet skomplementowałem ich niesamowitą zieleń.
- Tia, pamiętam. Powiedziałeś, że ogólnie to brzydzi cię ten kolor, ale dla niej zrobisz wyjątek - przypomniał mu Syriusz, najzłośliwszy kundel świata.
- Ale on tak nie powiedział. - Peter zmarszczył brwi w jakimś niewyobrażalnym wysiłku umysłowym. - Powiedział, że godło ślizgonów jest paskudne, jaszczurki są paskudne, za to źrenice Lily...
- Tak to zabrzmiało.
- Dzięki, przyjaciele - sarknął James i wysforował się do przodu, by podąsać się w samotności.
Dnia tego, słonecznego choć chłodnego, hogwarcka tłuszcza wylewała się z zamku niczym rój szarańczy, by opaść na niczego niespodziewające się Hogsmeade. Potter minął grupkę rozchichotanych trzeciorocznych i kopnął ze złością przypadkowy kamyk. Rok. Rok mijał, od czasu kiedy po raz pierwszy spróbował umówić się z Lily Evans. Próbował przez te miesiące wszystkiego - od kwiatków i komplementów, poprzez odwracanie Smarkerusa aż po, o zgrozo i zagłado ludu magicznego, wierszowaną walentynkę.
I nic. Kicha. Zdechł wąż. A czas leciał.
Hm, nie powiedział jeszcze Evans, że uczył się grać na fortepianie. Co prawda tylko przez pół roku, bo potem nauczyciel uciekł - zdaje się, że młody panicz Potter wsadził mu do gaci znicza. W każdym razie, może to go ukazać jako wrażliwego i...
- ... najbardziej pechowe zaręczyny u Blacków? - perorował zatracony w różowej chmurce wspomnień Syriusz. Jamesowi ucięło przemyślenia. Spojrzał tępo na przyjaciela.
- Narzeczony mojej ciotki, Rubens się chyba nazywał, w pewien piątek zawitał do drzwi z naręczem kwiatów i prośbą, by przyjąć go do rodzinnego grona. Dziadek zgodził się, choć patrzył tak jakoś wilkiem. W następny weekend urządzili przyjęcie zaręczynowe. Były toasty i gratulacje... A tak około dziesiątej wieczorem dziadek zabrał gacha na zwiedzanie rodzinnej biblioteki. Rubens wrócił kulejąc, z nosem jak dynia i nietęgą miną. O jedenastej był poczęstunek i ciotka nieomal zemdlała, gdy do jej puddingu posypały się włosy Rubensa. Zanim jednak całkiem wyłysiał, nagle wrzasnął i wybiegł do ogrodu. Razem z Luckiem, Rudolfem i Rabastanem wyciągaliśmy go potem za nogi z łabędziej sadzawki. Chociaż schlany w banię wujaszek Nott wrzeszczał, by go tam zostawić, bo ptaszki też muszą jeść.
James się roześmiał. Dobry, stary Syriusz zawsze potrafił człowiekowi poprawić humor.
- Jesteś makabryczny, Łapa.
- Słyszeliście to o czym ostatnio mówi się w gazetach? Że Voldemort, który pięć lat temu wywołał w Irlandii sporo zamieszania, a potem znikł bez śladu teraz znowu zaczyna zbierać popleczników? - zmienił niespodziewanie temat Remus. Chyba bardzo go to gryzło.
Zapadła długa i niezręczna cisza. Wreszcie, James odchrząknął.
- Jasne, Remmy. I całe wioski płoną a Mroczne Znaki strzelają w niebo gęściej niż fajerwerki na Nowy Rok.
- I będzie słychać wrzaski, jęki, szczękanie zębów i pękanie czyraków i będzie czuć zapach siarki i przypalonej owsianki...
-Ojej...
-Wilkołaki znowu gryzą dzieci - kontynuował złowieszczo Remus. - Dumbledore bardzo się martwi.
- Dumbledore mógłby pokonać go za pomocą kawałka sznurka i cytrynowego dropsa. To największy czarodziej naszych czasów.
- Nie, jeśli Voldemort skompletuje sobie armię śmierciożerców.
-Wtedy będziemy walczyć - uciął dyskusję James.
Tak, będą walczyć do upadłego. Idea wydała się Potterowi bardzo atrakcyjna. Już wyobraził sobie siebie z różdżką w dłoni, szatą rozwianą, błagający o życie śmierciożer przed nim, za nim Lily ze splecionymi dłońmi i niemym zachwytem na twarzy...
Ha.
- James, pytanie ci zadałem.
Ach, tak. Rytualne pytanie.
- Oczywiście, że do "Quidditchowego Nieba" - odpowiedział automatycznie.
Uczniowska rzeka rozbijała się powoli na strumyczki, które odpływały w pokrętne i atrakcyjne uliczki Hogsmeade. Mijając księgarnię, James kątem oka zauważył gazeciarza w przekrzywionym krawacie i różnokolorowych butach, sprzedającego sobotnie wydanie Proroka. Na pierwszej stronie wielkimi, krwistoczerwonymi literami stało: "Morderstwo w Dragonville!"
- O w czapę Merlina! - syknął nagle Syriusz, chwytając go za ramię. - Patrz kto sunie w tym samym kierunku co i my! Lucek z orszakiem!
Rzeczywiście. Trójka czarodziejów wśród których dało się poznać wszechmocnego Malfoya otoczonego przez Ebnezara Traversa i byt magiczny znany Jamesowi jedynie jako Crabbe, wchodziła właśnie w przeszklone drzwi obok wystawy najnowszego modelu Zmiataczki.
- Co oni tu robią? Rozdają ulotki zachęcające do tępienia szlam? - sarknął Syriusz. - Nie ważne, przełóżmy to na później.
James chętnie by się zgodził, gdyby nie pewien szczegół. Mianowicie, odbicie rudych włosów w sklepowej szybie.
- Na cętkowane bokserki Merlina i brodawkę Jęczącej Marty, Lily tam jest! Z tymi ślizgonami!
Wyrzuciwszy to z siebie, pośpieszył na odsiecz. Nie spoglądał przy tym, czy posiłki podążają za nim.
Wpadł, zdyszany, w chwilę po tym jak za ostatnim szpiclem Malfoya zamknęły się drzwi. Lily, wyglądało na to, wcale nie wyczuła zagrożenia. Przeglądała koszyk z figurkami graczy i raz po raz rzucała jakieś spostrzeżenia, które najwyraźniej bardzo bawiły jej gryfońską koleżankę. Prócz tego, w sklepie były jeszcze dwie nieznane Jamesowi Krukonki, które w obecnej chwili obmacywały strój ścigającego.
Ego Malfoya zdążyło już zająć sobą większość wnętrza. Sprzedawca płaszczył się przed nim przez chwilę, po czym odbiegł za ladę. Lucjusz otaksował znudzonym wzrokiem sklepowy asortyment i klientów. Skłonił się dwóm Krukonkom.
- Ewa, Nastazja.
- Lucjuszu - odpowiedziały mu zgodnie.
- Piękna pogoda dziś w Hogsmeade - dodała ta nazwana Ewą.
- Nie może się równać z pięknością róży domu Rookwoodów - odparł galanteryjne Malfoy. Krukonka się zarumieniła. - Cóż sprowadziło dwie damy do tej świątyni męskich przyjemności?
- Prezent urodzinowy dla Waldena.
- Ach. Zazdroszczę mu tak troskliwej narzeczonej.
Stuknął laską w łydkę Lily. Odwróciła się, zaskoczona.
- Zasłania pani przejście - powiedział zimno.
- Jak...?
- Suń się, szlamo! - syknął zza jego pleców Crabbe.
Rozwałkuję ten świński ryj!, pomyślał James, krocząc do przodu i wyciągając różdżkę. Przez mgiełkę wściekłości widział tylko arystokratyczny kark Malfoya... Oko Traversa napotkało na chwilę jego spojrzenie...
Coś, jakaś dotąd nieznana myśl, wystąpiła z szeregu innych i wrzasnęła: Stop! James sparował na ułamek sekundy...
- Jesteś trupem, Malfoy!- ryknął Syriusz i cisnął w Lucjusza zaklęciem.
Arystokrata zablokował je jednym płynnym ruchem różdżki. Syriusz ponownie zamierzył się do ataku...
Nie zdążył.
Purpurowe i błękitne błyski zatańczyły na sklepowych wystawach. Jak na zwolnionym filmie, James obserwował grad przekleństw które zasypały przyjaciela. Syriuszem okręciło i rzuciło o podłogę. Potoczył się po posadzce. Znieruchomiał.
- Twój narzeczony gra w Quidditch?
- Owszem, bawi go pozycja ściągającego.
- Chyba chciałaś powiedzieć... ścigającego?
- Ależ skąd. Walden nie dostrzega różnicy.
Syriusz, Merlinie, Syriusz, myślał James. Rzucił się na kolana tuż przy upadłym przyjacielu. Syriusz ocknął się z chwilowego stuporu i wrzasnął. Z ust i z nosa pociekła mu krew. Jego ciało zadrgało i Black chwycił się za brzuch, wyjąc jak bity pies.
- Syriusz! - James chwycił przyjaciela za ramiona i spróbował zmusić go do utrzymania kontaktu wzrokowego. Ale oczy przyjaciela latały na wszystkie strony, jakby szukały drogi ucieczki. - Co ci jest? Syriusz!
Tuż obok, Lily żądała podniesionym głosem, by wezwać aurorów. Sprzedawca przepraszał, nie wiadomo kogo i za co. Remus powiedział coś do Petera i chłopak wystrzelił jak z procy, znikając za drzwiami.
- Wrócę, jak pan posprząta - powiedział Lucjusz Malfoy, po czym okręcił się na pięcie i wyszedł.
- James, boli! Auuu...! Ahha-ha-ha! - zapłakał Syriusz. - Co oni mi zro... - Wypluł kolejną porcję krwi. - Zrobili?Aaaaa!
James nie miał pojęcia. Wielkie łzy spływały mu po policzkach i kapały na ziemię. Rzucał zaklęcie za zaklęciem, wszystkie równie bezużyteczne. Syriusz wydał z siebie ostatni, przeciągły jęk i zemdlał.
- Syriusz! - James potrząsnął bezwładnym ciałem przyjaciela. - Żyj, do jasnej cholery! Żyj!
- James, spokojnie. Zaraz będą tu nauczyciele...
- Nic tylko święty Mungo, panie Potter - powiedziała przechodząca obok Krukonka.

**

Nie miał bladego pojęcia, dlaczego w ogóle rozważał propozycję Rookwood. Niebotycznie zdziwiło go też, że pięć po dwunastej jego dłoń rzeczywiście pchnęła obskurne drewniane drzwi. Zrzucił to na karb tego, że jeszcze wciąż był wytrącony z równowagi po wczorajszym "przypadkowym spotkaniu" i chciał odpowiedzi. Satysfakcjonującej.
Przywitała go nieobca mu zapluta speluna. W rzadkim mroku prawie niemożliwością było rozpoznanie jakiejkolwiek twarzy, znajomej czy nie. Jednak niemal instynktownie skierował się do stolika zajmowanego przez jedną drobną osobę, szczelnie opatuloną w płaszcz. Usiadł i położył przed sobą splecione dłonie.
- I? - spytał groźnie.
W świetle pojedynczej świecy czytała sobotnie wydanie Proroka. A raczej przerzucała kartki, rozczarowana i znudzona zawartością. Zamknęła go z powrotem i jakieś dwie sekundy swej uwagi poświęciła krwawemu tytułowi na pierwszej stronie. Potem westchnęła i odsunęła gazetę.
- Śmierciożercy - skomentowała krótko. - Małych chłopców bawi zabijanie żab, dużych chłopców bawi mordowanie ludzi.
Severusowi zrzedła mina. Jednym krótkim zdaniem piekielna dziewucha zapakowała cały wielki ruch, który tak podziwiał, do pudełka z klockami po czym odstawiła na półkę w pokoju dziecinnym. Juz prawie otworzył usta, by coś powiedzieć w obronie sług Voldemorta, gdy pomyślał, że może lepiej nie wyskakiwać ze swoimi ambicjami.
- Skąd wiesz, że to śmierciożercy? - spytał zjadliwie. - To praworządni obywatele już nie zabijają?
- Może - przyznała.
Tu obok usłyszeli niezbyt dyskretne chrząknięcie. Właściciel lokalu, idealnie wtapiający się w wystrój wnętrza, spoglądał na nich spod brwi.
- Zamówienie? - warknął.
- Wino - rzekła bez zastanowienia i bez pytania go o zdanie panna Rookwood. - Markowe, jeśli tu coś takiego można dostać.
Po chwili na środku stołu stanęła zakurzona butelka, zaś na jego biegunach dwa napełnione kieliszki. Zmierzyli się ponad nimi spojrzeniami.
- Co pan sądzi o lordzie Voldemorcie? - palnęła z głupia frant Krukonka.
Severus uniósł brew. Szczerość dziewczyny zwalała z nóg. Na swoje szczęście, siedział.
- Ma... interesujące poglądy - odparł enigmatycznie. Niech to wystarczy jej za odpowiedź. Nikt nie będzie zgłębiał Severusa Snape'a.
Oczywiście, że jej nie wystarczyło.
- Nie mówię o jego poglądach, lecz o nim samym.
Milczał. Ciekawe, ile wytrzyma, pomyślał zjadliwie.
- Wie pan - Krukonka zdzierżyła pięć sekund. Odchyliła się na oparciu tak, że zobaczył pod innym kątem jej zadowolony uśmieszek. - Oszczędźmy sobie krępującego milczenia i niedomówień. Od razu widać że pan go podziwia. Inaczej nie byłoby pana w tej drużynie ślizgońskiego samouwielbienia.
- I co pani nie powie - sarknął, przechodząc na jej ton rozmowy.
- Zadam pytanie inaczej: Czy pan ma mózg?
Severus poczuł nagłą ochotę wypicia wina. Najlepiej całej butelki. Ograniczył się jednak do wychylenia jednym duszkiem zawartości kieliszka. Dziwnie kleiła się do języka. Teraz mam już mniej mózgu, pomyślał, więc może zdzierżę.
- Ja panią przepraszam?
- To wcale nie takie oczywiste, kiedy trochę się pobędzie ze ślizgonami. Często prócz niezaspokojonych ambicji naprawdę nie mają się czym pochwalić, a już szczególnie nie pewnym organem między uszami.
- Nadmiar też czasem szkodzi - zauważył złośliwie.
- Czyżby? - zdziwiła się. - Jakoś nie zauważyłam. Ja na przykład mogłabym z łatwością wymienić wszystkie powody dla których wielbiłabym Voldemorta. - Z oślim uporem używała imienia Czarnego Pana. Severusa zdumiał fakt, że jeszcze nie strzelił w nią piorun ani nie zdmuchnęło jej inne gwałtowne zjawisko atmosferyczne. - Gdyż jest wielkim mordercą. Gdyż wydaje się niepokonany. Gdyż zna magię, o której innym nawet się nie śniło. Gdyż głosi wszem i wobec poglądy, które niezwykle przypadają do gustu arystokracji. Gdyż jest wyśmienitym strategiem. Gdyż, mimo iż w głębi ducha jest, jak sto procent Czarnych Lordów przed nim, samolubnym sukinsynem, potrafi przekonać wielu zupełnie zdrowych na umyśle magów, że obchodzą go ich nędzne egzystencje i śmieszne ambicje...
- Fascynujące - wycedził Severus.
W głębi ducha czuł jednak dziwny niepokój. Do czego ta Krukonka zmierzała?
- Tak więc, czy podziwia go pan za to, że jest wielkim mordercą?
- Ja wiem?... - Snape udał, że się zastanawia. - Może.
- Zabił w swym długim życiu pięćdziesięciu dziewięciu Mugoli i siedmiu czarodziejów. Jeden z nich był cieślą, jeden się upił i na rauszu zwymyślał Czarnego Pana. Czterech strzelił Avadą z zaskoczenia. - Krukonka wyrecytowała te liczby tak, jakby cytowała podręcznik do Historii Magii. - Jeśli jest mordercą, to takim malutkim.
Kciukiem i palcem wskazującym pokazała, jakim malutkim.
- Skąd te liczby? - spytał Severus, odrobinę oszołomiony ilością ofiar. Wróżka jakaś czy co? - I Mugole?
- Wszystkie niewyjaśnione śmierci Mugoli które miały cechy użycia Niewybaczalnego. To z wykazu akt Aurorów, który podejrzałam u brata. Plus, raz sąsiad widział Czarnego Pana w akcji, co stoi w miejskich kronikach policyjnych. Czarodziejami sam się chwalił. A po co mu ci Mugole?
Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się słodko.
- Nie mam pojęcia.
- To mógł być dowolny inny świr - zauważył trzeźwo Severus. - Dramatyzujesz, Krukonko.
Severus pomyślał: Ale gdyby to jednak był Czarny Pan... No właśnie, dlaczego? Chciał zatrzeć ślady?
- I zabił Rudolfa Wankowycza - powiedział, by oderwać się od nieprzyjemnych myśli. - A to była naprawdę gruba ryba.
- Rzeczywiście, jak mogłam zapomnieć - zadrwiła panna Rookwood. - Biedak został zarżnięty w moim własnym ogródku, nocą, żeby nikt nie narobił krzyku. Niemiły widok. Miałam wtedy dziewięć lat, rozumie pan. Ale to kłamstwo. Zabił go Macnair, Voldemort tylko patrzył.
Spojrzała mu w oczy, jakby chciała go zmusić do jakiejś reakcji. Przez chwilę zobaczył w jej źrenicach błysk czegoś, co sprawiło, że po plecach przebiegł mu dreszcz. Instynkt kazał mu uciekać. Zmusił się do nieruchomego odwzajemnienia spojrzenia.
- Przejdźmy dalej. - rzekła i znów byli tylko dwójką uczniów rozmawiających o polityce. - Nie będę się zatrzymywać nad jego niepokonalnością, gdyż po przeanalizowaniu faktów można sobie z łatwością zdać sprawę z tego, że Voldemorta jeszcze nikt tak naprawdę pokonywać nie próbował.
Severus zamrugał. Merlinie, wiedźma miała rację.
- Magii o której się nikomu nie śniło także nikt nie widział, a przy mitach moja logika wysiada. Choć to, przynajmniej częściowo, uznałabym za prawdę. Jest potężnym czarodziejem.
Owszem, pomyślał z satysfakcją Severus.
- To, że głosi takie poglądy a nie inne, nie znaczy że w nie wierzy. Jest w końcu wspaniałym strategiem. A, że między nami, włościanami logika jest towarem deficytowym, jego strategiczne myślenie musi się nam wydawać darem od bogów i magią samą w sobie.
- Tak się składa, że potrafię logicznie myśleć - odparł kwaśno Severus. - I nie widzę powodów, by mu nie ufać.
- Tak? Czym dla ciebie jest więc Mroczny Znak, który śmierciożercy mają wytatuowany na ręce?
- Znakiem przynależności do grupy - odparł bez wahania Snape.
- Wiesz, jaką magię w sobie zawiera?
- Magię? - zdumiał się Snape. Nie zrozumiał pytania.
- Mój ojciec musiał raz wybiec w środku wesela siostry, tak bardzo palił go ten znak...
Zapadła złowroga cisza. Severus poczuł jak powietrze próbuje wydostać się z jego z płuc. Nie śmiał oddychać, by nie powiedzieć czegoś nieodwracalnego.
- A co, chłoptasiu? - zadrwiła. - Opowiadaliście sobie na zebrankach przyszłych śmierciożerców jaki to czaderski tatuaż, czacha i wąż?
Severus nie odpowiedział, ale poczuł że mimowolnie się czerwieni. Cholera. Przegrywał z kretesem.
- Jak dla mnie, to symbol dyspozycyjności. Symbol przywiązania, na dobre i na złe. Symbol władzy nad kimś. - Atakowała dalej bezlitośnie panna Rookwood. - Innymi słowy, symbol niewolnictwa. Chce pan być niewolnikiem, panie Snape?
Severusowi jak żywo stanął przed oczyma obraz matki kulącej się przed pijanym ojcem... Wzdrygnął się.
- Wszystko to co mówisz, jest tylko teorią.
- Znajdź mi lepszą, a przyznam się do porażki.
- Możesz kłamać.
- Jeśli będziemy zakładać tego rodzaju rzeczy, to możemy równie dobrze przyjąć, że ta rozmowa nigdy nie miała miejsca i rozejść się w pokoju - sarknęła panna Rookwood. - Jeśli Voldemort w rzeczywistości jest geniuszem, to jasne, że nie pozostawia wielu śladów swej niechlubnej działalności. Nie znajdę panu lepszych dowodów.
- Może Czarny Pan rzeczywiście jest tym wszystkim.
- Może. To by jednak znaczyło, że jest Merlinem lub szaleńcem. Merlin nie używał czarnej magii i nie wypalał na swych znajomych żadnych znaków. A za szaleńcem tym bardziej nie chciałabym podążać. Ale może... Tylko może, gdyż widocznie nie chce pan w to uwierzyć, jest geniuszem strategii który uplótł wokół siebie misterną pelerynę-niewidkę wspaniałego mitu, który wciąż narasta.
Uśmiechnęła się.
- I za to właśnie naprawdę go podziwiam.
- Brawo - sarknął Severus.
- Nie podoba mi się natomiast, że jest kłamliwym, samolubnym sukinsynem - kontynuowała niczym nie zrażona panna Rookwood. Przez głowę Severusa przebiegła myśl, że nic lżejszego od Avady nie mogłoby jej powstrzymać.
- Dlatego właśnie chciałabym mu to udowodnić.
Severus nie wierzył własnym uszom. Wiedział, że najwięcej wariatów wywodzi się z Ravenclawu. Ale wariatka tej klasy?
- Chcesz ośmieszyć Czarnego Pana?
- Czemu nie? - Spojrzała na niego z ukosa. - Ma pan ochotę na własną legendę, panie Snape?
- Czy pani mówi do mnie czy do krzesła, panno Rookwood?
Zaśmiała się cicho.
- Dlaczego sądzi pan, że to niemożliwe?
- Dlatego, że Czarny Pan jest wielkim magiem i, jak już pani zauważyła, wielkim strategiem. Ma oczy, uszy i różdżki wszędzie. Zaś my...
- Zaś my mamy niewielkie opóźnienie. Będzie odrobinę trudniej, ale co to dla pana - uśmiechnęła się słodko. - Zdobędziemy własne oczy, uszy i różdżki. Co do strategii, to nieskromnie rzeknę, że czuję się w tej materii dość silna. Nie wiem jak z panem, choć wydaje mi się, że też tęgi z pana myśliciel. W kwestii magii... Tu liczę całkowicie na pana.
- Nie jestem tak potężny jak on!- syknął zbulwersowany Severus.
- No, no... Z takim poczuciem własnej wartości to i Voldemort nigdzie by nie doszedł.
A niech ją. Pojechała mu po ambicji.
- Ty to mówisz zupełnie poważnie? - spytał z podziwem. - Wiesz, że nie jesteś pierwszą kretynką która próbowała oszukać Czarnego Pana?
- Oszukać? - zdumiała się. - Ja mu wypowiadam wojnę, a ty mówisz o oszukiwaniu?
Severusowi to wszystko w głowie się nie mieściło. Krukonka była pewną kandydatką do oddziału zamkniętego świętego Munga.
- Voldemort też zaczynał w pojedynkę - przypomniała mu panna Rookwood.
Severus nagle wpadł na świetny pomysł. Wyplącze się z tego bajzlu.
- Ale to wszystko na razie czcza gadanina - zauważył. - Sama to przyznasz, Rookwood, że by stanąć w szranki z Czarnym Panem, trzeba mieć umysł nie od parady. Być geniuszem, chociażby. Udowodnisz mi to?
Uśmiechnął się zimno. Spojrzała na niego w oczekiwaniu.
- Dowiesz się, co dokładnie ukrywa pod swoim łóżkiem Rudolf Lestrange.
Tu ją miał. To była zagadka, której nie rozwikłałby nawet Czarny Pan.
- Zadanie? - spytała, zupełnie spokojnie. Totalna wariatka. - W porządku. Też mam jedno dla ciebie. Dowiedz się, bez uciekania się do jakiejkolwiek przemocy, dlaczego Kimberly Meyers, Krukonka, płakała wczoraj wieczorem.
Co?, pomyślał lekko spanikowany Severus. Krukonka? Dziewczyna? Rozbeczana? Co za diablica z tej Rookwood! Zapędziła go w kozi róg.
Skinął głową. Był to chyba najbardziej bohaterski czyn w jego życiu.
- Za dwa tygodnie, w tym samym miejscu i o tej samej porze? Wytłumaczę ci wtedy dokładnie, jak chcę tego wszystkiego dokonać. Może wtedy mi uwierzysz, wątpiący wężu.
- Zgoda - odparł słabo Snape.
- Świetnie. - Podniosła się i wyciągnęła do niego rękę. - Ewa.
Snape dopiero po chwili zrozumiał, że właśnie powiedziała mu swoje imię. Niezdarnie uścisnął jej dłoń.
- Severus.
Usiedli z powrotem i Ewa nalała wina do jego kieliszka.
- Wypijmy za zdrowie, żeby dobrze nam służyło.
- Za zdrowie - zgodził się Snape, choć zupełnie inne zdrowie miał na myśli. Wychylili kieliszki.
- Fuj! Co za lura!
- Markowy bimber - odparł Severus, uśmiechając się z przekąsem.

CDN

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Projekt: Chimera

Postautor: Minerwa » 08.01.09, 21:13

Przepiękne. Sterczący James Potter jest kwintesencją sterczenia, a jego zaloty godne któregoś z lepszych odcinków Monty Pythona. Ewa zaś... zapowiada się na silną osobowość, jeżeli Autorka nie pojedzie zanadto po bandzie i nie zrobi z niej za dużej Mary Sue, może dostarczyć czytającemu dużej frajdy z obserwowania tych wszystkich migren i zatwardzeń, jakich może przez nią dostać Voldemort. Snape... Hm. Nie powiem nic oryginalnego, jeśli stwierdzę, że to postać cholernie trudna do napisania. Gdyby był częścią krajobrazu, przypominałby rozdroże w kształcie ruskiego "ż" - sześć dróg, a wszystkie w maliny. Jeżeli Autorce uda się go nie wyprowadzić do żadnego chróśniaka, dokona rzeczy wielkiej, przy której dzieło J.K. Rowling będzie czytanką dla klas czwartych. Gorąco życzę, aby tak było.

Awatar użytkownika
James B. Weasley
Zielony
Posty: 10
Rejestracja: 10.05.09, 15:21

Re: Projekt: Chimera

Postautor: James B. Weasley » 11.05.09, 17:29

Przeczytałem sobie to i nawet strawne :) Nie moge sie obiektywnie wypowiadać bo zawiera Severusa w srodku ale jako tekst nie wywoływało mi to odruchu odłożenia i czytania czego innego, więc myślę że jest to wartosciowy kawalek opowiadania a intryga jest jak narazie, przekonująca.

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Projekt: Chimera

Postautor: Leonette » 23.08.09, 21:36

Takie zaległości! Autorce aż wstyd. Zaciera ręce i bierze się do roboty.

Część I: Plany i spiski


2.

Drogi Lucjuszu,
Mam dla ciebie pytanie delikatnej natury. Jak wiesz, mnie i Bellę łączy wieloletnia przyjaźń, dlatego też troszczę się o wszystko, co ona uważa za drogie. Chodzą słuchy, że jej narzeczony, Rudolf Lestrange, może niebawem znaleźć się w poważnych tarapatach. Mam nadzieję, że to jedynie złośliwe plotki rozsiewane przez Gryfonów i szlamy. Mimo wszystko, wolałabym przygotować go na najgorsze. Wiesz może, kto z najbliższego otoczenia Rudolfa mógłby mu źle życzyć?
Twoja oddana przyjaciółka,
Ewa Rookwood

PS. Pozdrów ode mnie Narcyzę. Umieram z zazdrości gdy przypominam sobie jej suknię z ostatniego Wielkanocnego Balu Charytatywnego - ten jedwab, ten królewski błękit i motyw kwiatu wiśni na trenie... Wyglądała jak młoda bogini! Musi mi koniecznie powiedzieć, u którego krawca szyje suknie!
Ewa

~

Droga Ewo,
Myślę, że po prostu usłyszałaś jedną z wielu pogróżek krążących w Slytherinie. To, jak sama już moja droga zdążyłaś zapewne zauważyć, kłębowisko jadowitych węży z których każdy pilnuje, by być na wierzchu. Pogróżki i fałszywe plotki są tradycyjną bronią do rozprawiania się z rywalami.
Nie powinny cię jednak zbytnio niepokoić te dziecinne zabawy. To taki niespokojny wiek, młodzi ludzie lubią się nawzajem podgryzać. Gdy dorastają, ustatkowują się.
Jeśli chodzi o odwiecznych wrogów - nie wiem czy kojarzysz pewną zabawną sytuację z kłótnią dwóch panów, Lestrange'a i Avery'ego o to, który z nich wynalazł Zaklęcie Przyspieszające. W końcu opatentowali je Lestrange'owie, czego drugi ród nigdy im nie wybaczył. Od trzech pokoleń darzą się antypatią. To jedna z tych anegdotek które opowiada się przy brydżu, ale skoro pytasz o wrogów... Nikt inny szczególnie nieprzyjaźnie nastawiony do tegoż dżentelmena nie nasuwa mi się na myśl.
Narcyza twierdzi, że krawiec jest jej słodką tajemnicą. Sądząc po fortunie, którą wydaje na suknie, można śmiało przypuszczać, że to nie Anglik.
Pozostaję z szacunkiem,
Lucjusz Malfoy


**

Sobota...
James Potter rozejrzał się niespokojnie po pomieszczeniu o wymiarach klatki na puffki, którego przewodnim motywem były segregatory. Czerwone, zielone, niebieskie i czarne, piętrzyły się na biurku, pod biurkiem i pod ścianami, zostawiając jedynie niewielką przestrzeń na twarde krzesło, na którym siedział obecnie Gryfon i wąskie przejście do drzwi. Skomplikowane i bardzo oficjalnie wyglądające dokumenty, kaligrafowane na specjalnie żółconym pergaminie z przypalanymi brzegami zdobiły te części ścian które widać było spod segregatorów. Wszystko to razem wzięte niestety nie przynosiło spokoju ducha, o którego zachowanie prosił Jamesa dyrektor Hogwartu.
- A więc... - zaczął ostro i buńczucznie, by zagłuszyć nieprzyjemnie wrażenie bycia obserwowanym.
- Nie zaczyna się zdania od "a więc". Chłopcze, to idzie do oficjalnych akt.
Siedzący po drugiej stronie biurka drobniutki urzędnik zmarszczył krzaczaste brwi i otworzył czarny segregator. Pośliniwszy palec odwrócił starannie kilka stron. Znalazłszy odpowiednią wstał i, wziąwszy w ręce cały segregator, wyszedł za drzwi.
Po pięciu minutach James zaczął się niecierpliwić.
- Przepraszam, jak zwykle kolejka do dzięciokopioła.
Człowieczek zajął z powrotem swoje miejsce. Położył przed sobą kartkę i poprawił na nosie malutkie okulary. Nagle coś zrobiło "puff" i tuż nad biurkiem wybuchła purpurowa petarda kredowa. Człowieczek westchnął z irytacją i starannie strzepnął kredę z segregatorów.
- Doprawdy - powiedział. - Już sowy były wystarczająco złe.
Ze stosu kredy wygrzebał zwinięty w rulonik niewielki zwitek pergaminu. Przeczytał go.
- Przepraszam, szef wzywa. To nie powinno potrwać długo.
Na niewyprane gacie Smarka, co tu się wyprawia?, pomyślał James, po raz drugi zostając sam na sam z segregatorami. Uczucie że ktoś go podgląda było nie do zniesienia. Odruchowo poszukał wzrokiem małych, chytrych oczek.
- Jeszcze raz przepraszam. Myślę, że możemy już zaczynać - powiedział urzędnik, wracając jakiś kwadrans później. James popadał już w paranoję. Segregatory miały nie tylko oczy ale i języki. Wywalały je na wierzch, gdy patrzył w ich stronę. - Gdzie więc skończyliśmy?
Na "a więc", pomyślał Gryfon. Nie za daleko doszli.
- Ach, pana imię i nazwisko.
- James Harold Potter.
- Ten James Harold Potter?
James poczuł się lekko skołowany.
- Yyy... Który?
- Ten który walczył w tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym w bitwie na polach Merrylandu! Wielki generał!
- To był chyba jakiś mój pra-pra-pra. - wyjaśnił James. Odchylił się na krześle i podrapał po głowie, próbując sobie przypomnieć który dokładnie, ale jakoś mu umykało. - To u nas tradycyjne imiona rodowe. Co drugie pokolenie zmienia się kolejność i już.
- Ach. - Urzędnik wyglądał na rozczarowanego. - Pana czarodziejski kod obywatelski?
I tak dalej. James zastanawiał się, kiedy wreszcie dojdą do sedna sprawy. Po jakiś dziesięciu minutach i pytaniu o numer polisy ubezpieczeniowej miał ochotę pogryźć się z segregatorami.
- Ale ja tu nie przyszedłem zakładać firmy - przerwał potok pytań James. - Ja jestem świadkiem przestępstwa!
- Musimy postępować zgodnie z protokołem - wyjaśnił cierpliwie człowieczek i poprawił sobie poduszkę pod tyłkiem. James też chciałby taką. To on tu był klientem, prawda?
- Nie możecie tego jakoś skopiować czy coś?
- Moglibyśmy, ale niestety nie figuruje pan jeszcze w naszej kartotece. Zaledwie miesiąc temu skończył pan siedemnaście lat więc dokumenty nie zdążyły dojść. Jaki rodzaj licencji ma pana różdżka?
Po kolejnych dwudziestu pytaniach Gryfon zaczął się zastanawiać, czy to nie on przypadkiem jest o coś oskarżony. Nie miał pojęcia o co, bo to raczej mało prawdopodobne by odkryli jego małą, nielegalną sztuczkę z animagią. Wiedział, że Smark coś podejrzewa, ostatnio doczepiał się do nich regularnie i próbował, dość nieudolnie, ich śledzić. Ale gacek nie złożyłby donosu, gdyby nie miał całkowitej pewności.
- Jakieś inne specjalne umiejętności magiczne?
- Nie - skłamał w żywe oczy pan Potter.
- Teraz może pan opowiadać.
No, nareszcie. A myślał, że człowieczek wyciągnie za chwilę drugi formularz i zacznie się pytać jakiego gatunku mydła używa Gryfon. Albo wróci do początku i będzie chciał się dowiedzieć "czy ma pan całkowitą pewność że nazywa się pan James Harold Potter". Syriusz ostrzegał go przed urzędnikami...
- To było tak. Szliśmy z chłopakami do "Quidditchowego Nieba"...
- To sklep w Hogsmeade?
Nie. Striptiz-bar na Śmiertelnym Nokturnie. Człowieku, w jakim świecie ty żyjesz?
James zerknął na segregatory i postanowił nie pytać.
- Tak! Więc szliśmy tam z Syriuszem, Remusem i Peterem...
- Pełne nazwiska?
- Syriusz Black, Remus Lupin, Peter Pettigrew. Mogę kontynuować?
- Proszę bardzo.
- Ale po drodze zobaczyliśmy, że do tego samego sklepu wchodzą Lucjusz Malfoy wraz z Ebnezarem Traversem i Crabbem... Nie wiem jak ma na imię. Nie za bardzo chcieliśmy się z nimi spotykać, widzi pan, to Ślizgoni a w dodatku nasze rodziny nie żyją w przyjaźni...
-Nie żyją w przyjaźni?
- Nienawidzimy się. Od jakiś dwustu lat.
Człowieczek naskrobał coś cieniutkim piórem na marginesie.
- Ale wtedy zobaczyłem, że w środku sklepu jest Lily Evans. - James wypiął dumnie pierś. - Moja dziewczyna.
Jesteś bezczelnym kłamcą, Rogacz. Ale co tam, będzie świetnie wyglądało w oficjalnych dokumentach... Do czego on to zdążał?
- Jak pan wie, Malfoyowi i jemu podobnym nie podoba się idea magicznych dzieci mugoli posiadających te same prawa co, tak zwane, rody czystej krwi. A Lily jest mugolakiem. Rozumie więc pan, że nie mogłem dopuścić by spotkała się z nimi sam na sam... Tak więc, zmieniwszy kurs, pobiegliśmy do "Quidditchowego Nieba". Dotarliśmy akurat na czas by zobaczyć jak Malfoy uderza moją Lily tą swoja laską...
- Uderza?
- Po nogach - wyjaśnił James, czując ponownie wzbierające się w jego piersi święte oburzenie. Jak on śmiał dotykać jego dziewczyny? - Uznał, że stanęła mu na drodze.
- Naruszył jej nietykalność cielesną?
- Tak! - przytaknął gorąco Gryfon. - Zaś ten jego brudny koleżka, Crabbe, ośmielił się nazwać ją... Nazwać ją... Szlamą!
Bluźniercze słowo ledwie przeszło mu przez gardło. Czuł, jak w środku trzepie nim wściekłość. Że też takie kreatury ośmielają się stąpać po cywilizowanym świecie! To musiał być jakiś błąd systemu, wszystkich podejrzanie wyglądających Ślizgonów należy wrzucać do Azkabanu w momencie kiedy zaczynają się zajmować czarną magią lub wyrażać zainteresowanie ideami Voldemorta. James by tak zrobił, gdyby był Ministrem Magii.
- I co się wtedy wydarzyło?
- Wyciągnąłem różdżkę, żeby powiedzieć im, co o tym myślę. Ale Syriusz był szybszy ode mnie. Posłał w kierunku Malfoya zaklęcie podcinające, które Malfoy zdołał odbić. W tym samym czasie, Crabbe i Travers zaatakowali Syriusza. Nie wiem jakie przekleństwo rzucił Crabbe ale Travers... Przywalił Syriuszowi pluskwiakiem, rozumie pan! Pluskwiakiem!
Urzędnik patrzył na niego. Dłoń z piórem zatrzymała się wpół wyrazu. Krzaczaste brwi miał uniesione tak wysoko, że nieomal zlewały się z linią włosów.
- Pluskwiakiem? A co to jest, na Merlina?
James nie zrozumiał pytania. Jak można nigdy nie słyszeć o pluskwiaku, do jasnej Anielki?
Urzędnik machnął różdżką i jeden z segregatorów spod ściany wyskoczył ze swojego miejsca i popłynął na biurko. Człowieczek wertował go przez chwilę w skupieniu aż wreszcie zatrzymał palec na jednej ze stron i wydał z siebie tryumfalne "Ach!".
- Miał pan na myśli zaklęcie torturujące numer osiemnaście?
- Wiem, co miałem na myśli!
- ... potocznie zwane "pluskwiakiem"?
Urzędnik spojrzał na niego wyczekująco. James podrapał się w głowę.
- No... Chyba tak - przyznał z wahaniem.
- Doskonale. - Usatysfakcjonowany człowieczek znów dopisał coś na marginesie. - Co wydarzyło się potem?
- Potem? - James usiłował sobie przypomnieć cokolwiek. Wszystko co działo się dookoła gdy klęczał nad Syriuszem wydawało mu się tak odległe jakby jego samego i Łapę otaczała gęsta mgła. Pamiętał, że czuł się jak na obrazie surrealisty. Głosy ludzi brzmiały tak jakby dudniły ze środka jego własnej głowy, świat wyglądał... czerwono... statycznie...
- Syriusz upadł, wrzeszcząc. Ja starałem się mu pomóc, ale nie potrafiłem... Remus wysłał Petera po nauczycieli. Malfoy, Travers i Crabbe chyba wyszli... Słyszałem jak Malfoy powiedział na odchodnym coś jak "Wrócę kiedy tu posprzątacie."
Taki niby czysty, a zachowuje się jak świnia po błotnej kąpieli.
- Rozumiem. Czy chciałby pan coś jeszcze dodać?
Czy chciał? Pomyślał o ogromie nienawiści, którą czuł do Malfoya... Do wszystkich podobnych jemu ludzi. Pomyślał o przerażeniu, o rozpaczy, o uczuciu bezradności które przygniatało do ziemi tak jakby usiadł na tobie smok. O tej chwili, krótkiej jak tchnienie jętki, kiedy bardzo niegryfońska drobina Jamesa schwyciła go tuż nad przepaścią w którą skoczył Syriusz.
Nie. Bo czy mógłby zrozumieć ten gryzipiórek, który świata nie widział poza swoimi segregatorami? Wykluczone. Ta myśl sprawiła, że poczuł coś w rodzaju dumy. Był prawdziwym żołnierzem i będzie cierpiał w milczeniu.
- Nie, już nic.
Niektórzy pracownicy Ministerstwa, którzy błąkali się w tym czasie po korytarzach, mogliby skomentować, że jeszcze nigdy nie widzieli świadka tak szybko opuszczającego Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów, jak to robił pan James Potter.

**

Niedziela...
- Skaczące serdelki!
James, w poczuciu dobrze spełnionego obywatelskiego obowiązku, stanął buńczucznie przed chimerą. Głupi zwierzak szczerzył zęby, ale przecież robił to od niepamiętnych czasów. Otaczali go jego dwaj najlepsi przyjaciele. Dwaj, gdyż pewni bezczelni śmierciożercy ośmielili się zaatakować Syriusza, który teraz kurował się na oddziale Urazów Pozaklęciowych świętego Munga. James życzył im za to tyle latek w słodkim Azkabanie, by mogli dobrze się zastanowić nad swoim postępowaniem i następnie wygrzebać sobie mózg przez uszy.
Schodki zawiozły ich na górę.
- Ach, jesteście chłopcy. - Światło świec odbijało się na dziesiątkach Niezwykle Tajemniczych Zabaweczek, sprawiając, że zamknięte w ramach twarze byłych dyrektorów nabierały tragicznych, szyderczych lub komicznych wyrazów. Dumbledore spojrzał na nich znad okularów-połówek i uśmiechnął się po swojemu. - Siadajcie, siadajcie. Jak poszło przesłuchanie?
James rzucił się na środkowe z trzech krzeseł i przysunął je ze zgrzytem do biurka. Oparł łokcie na blacie.
- Nie było źle, panie dyrektorze.
Omal nie pożarły mnie krwiożercze segregatory.
- Co zrobią z Traversem, Crabbem i Malfoyem? Będzie proces czy od razu wrzucą ich do Azkabanu? Najlepiej od razu, na pewno mają na rękach małe, wstrętne Mroczne Znaki.
Dyrektor odchrząknął. Kątem oka James zoczył, że Remus zajmuje miejsce po jego prawej stronie, spokojny jak woda w kałuży. On sam umierał z niecierpliwości. Chciałby widzieć miny tych opryszków kiedy zamkną się za nimi kraty...
- Tak więc, drodzy chłopcy, sprawa przedstawia się następująco. - Dumbledore poprawił przed sobą jakiś papier. Zamyślił się nad nim na chwilę, po czym złączył palce i kontynuował śmiertelnie poważnym tonem. - Po wzięciu pod uwagę faktu iż to pan Black zaatakował jako pierwszy oraz stanu emocjonalnego uczestniczących osób, uznano użyte środki za w dużej mierze usprawiedliwione.
James nieomal nie zrobił koziołka do tyłu. Całe szczęście, że uratował go wilczy refleks Remusa.
- Co? Przepraszam, panie dyrektorze, ja się chyba nie wyraziłem jasno. Chcę wiedzieć, jak ukarają te gnidy które niemal nie zamordowały mojego przyjaciela!
- Toteż mówię. Nie uznano, by tak błaha sprawa była warta angażowania całego wizengamotu. Grupa trzech ekspertów zbadała okoliczności zajścia. Pan Travers otrzymał pisemne pouczenie o granicach obrony osobistej. Dodatkowo, pan Malfoy przeznaczył szczodry datek na rzecz świętego Munga.
James chyba śnił. Takie rzeczy nie przydarzały się wielkiemu Potterowi.
- I to wszystko?! To wszystko za pluskwiaka?! To wszystko za pięć godzin męczarni Syriusza?!
Niewiele myśląc sięgnął po leżący przed dyrektorem list i wyszarpnął go spod przycisku do papieru w kształcie flaminga. Odwróciwszy się plecami do biurka, przeleciał wzrokiem zawartość korespondencji. Dumbledore podsumował ją w sposób doskonały.
- Niestety tak. Pan Black, jak już mówiłem, zaatakował pierwszy. Pan Travers był zaskoczony i, chcąc bronić siebie i swych przyjaciół, użył pierwszego zaklęcia które przyszło mu na myśl. Przypadkowo, było to zaklęcie torturujące numer osiemnaście.
- Przypadkowo? To ma być przypadek? Wypskło mu się? - ryknął James, pochylając się nad biurkiem. Dumbledore nie cofnął się ani o milimetr. - On tego chciał, jarał go każdy moment kiedy Syriusz wił się po podłodze i...
- Niech pan udowodni to w Ministerstwie.
James popatrzył na dyrektora ze zdumieniem. Czy on sobie z niego żarty stroi?
- Co ja mam udowadniać? To był pluskwiak, panie dyrektorze! Pluskwiak! Za to z miejsca powinno być dożywocie!
- Hm. - Dyrektor spojrzał w sufit. - Według oficjalnej klasyfikacji, zaklęcie torturujące numer osiemnaście jest na liście zaklęć niewskazanych. Jakkolwiek, zostało dopuszczone do użycia przez siły magicznego nacisku wyższego szczebla, innym słowem, aurorów.
- Przez aurorów? - spytał Remus, który, jak to on, wybierał sobie najmniej odpowiednie momenty żeby filozofować.
- Innymi słowy, sam fakt jego użycia nie jest karalny - dokończył myśl Dumbledore. - Przykro mi, chłopcy. Rozumiem wasze rozczarowanie.
James poczuł się straszliwie oszukany przez własny system prawny. A dyrektor wiedział, jasne. Tak jakby był tam z Jamesem w tym okropnym momencie, klęczał na podłodze obejmując umierającego przyjaciela...
Skoro tak mu współczuł, to czemu siedział teraz z zaplecionymi rękami i gapił się na własny kandelabr? Powinien ruszyć tyłek i coś z tym zrobić, prawda?
- Dyrektorze, przecież wystarczy, że pan powie słowo. Oskarży ich o bycie śmierciożercami. Będą ugotowani!
- Przeceniasz moje wpływy, chłopcze. - Dyrektor z żalem potrząsnął głową. - Dwadzieścia lat temu, zrezygnowawszy z ministerialnej teki, zrezygnowałem tym samym z władzy. Teraz to pan Malfoy ma tam o wiele więcej do powiedzenia niż ja.
- Ale... pan jest silniejszym czarodziejem od niego! Jest pan największym magiem naszych czasów!
James czytał o tym na karcie z czekoladowych żab, więc nie mogło to być nieprawdą. Jeśli on niczego nie może zrobić, to kto może? No kto, do diaska?
Dumbledore po prostu na niego spojrzał. Mimo to, z niewiadomych powodów, temperatura w gabinecie dyrektorskim nagle spadła do poziomów zwykle spotykanych na Biegunie Północnym. Coś w jego oczach, tych zwykle wesołkowatych błękitnych ślepkach za okularami-połówkami mówiło, że w rzeczy samej, mają do czynienia z potężnym magiem. Który w tym momencie nie jest w przyjaznym nastroju.
- Czy tego pan ode mnie żąda, panie Potter? Mam ich zaskoczyć w domach? Pobić? Ośmieszyć? A może torturować? Tak jak to robi Voldemort?
Remus i Peter wydawali się sparaliżowani ze strachu. James prawdopodobnie też powinien był szczękać zębami, omdlewać czy czynić inne idiotyzmy. Rozzłościł w końcu nie byle kogo.
Ale odczuwał jedynie gniew. Nie spodziewał się tej przeszkody. Dyrektor zawsze dotąd był po ich stronie. Czemu teraz nie?
- Chcę sprawiedliwości. Jeśli nie daje mi jej prawo to co mam robić?
- Czekać, panie Potter. Ludzie tacy jak Travers czy Malfoy w końcu wpadają we własne sidła. Gubi ich własne poczucie bezkarności.
I co to ma być? Tania filozofia na ukojenie zbolałej duszy?
- Czasami trzeba walczyć.
- Czasami, panie Potter, trzeba myśleć. Może pan przekazać tę niezwykle cenną informację swemu przyjacielowi. Ludzie którzy was chronią, a jest ich wielu, nie mogą przewidzieć każdej sytuacji. Jeżeli zaś chce pan walczyć, walczyć naprawdę to radzę panu najpierw zastanowić się nad zdolnościami swymi i swych przeciwników. Jeśli weźmie pan moje rady do serca, spotkamy się za rok na zupełnie innej rozmowie. Do widzenia panom.
Gdy już byli na dole, spojrzał na swoich przyjaciół. Mieli nietęgie miny, wciąż pewnie wystraszeni przedstawieniem które dał Dumbledore.
- I co wy na to?
- To niesprawiedliwe - przyznał ostrożnie Remus. Peter wzruszył ramionami i wbił wzrok w podłogę.
James zacisnął powieki by zatrzymać łzy, które niespodziewanie spróbowały wymknąć mu się spod kontroli. Gdy i to było za mało, skręcił do okna i wychylił się przez parapet, by nikt nie widział jego wykrzywionej twarzy. Ciepły letni powiew wysuszył wilgoć w kącikach oczu.
- Chciałbym ich zabić - wyszeptał.
- James...
Merlinie, co on wygaduje? Wzdrygnął się z obrzydzeniem na małe mroczne paskudztwo które wylazło z niego i przemówiło jego ustami. A sio! To nie mogło sie z nim dziać, on był Gryfonem, walecznym i honorowym, to wszystko była ich wina, tych ślizgońskich szuj...
- Albo powciskać im do gardeł segregatory. Tak, to znacznie bardziej satysfakcjonujące - zażartował, puszczając oko do Lunatyka.
Nagle, poczuł ogromną ochotę by się stąd wyrwać. Gdziekolwiek. Jak szaleniec pognał korytarzem, zostawiając z tyłu osłupiałych przyjaciół.
- James!
Lekkim krokiem przesadził kilka pięter schodów i wypadł przez główne wejście na hogwarckie błonia. Pod górkę pięła się grupka Ślizgonów. Nienawidzę, pomyślał Potter wymijając ich w biegu. Coś w jego twarzy musiało zdradzać jego nastrój, gdyż rzucane mu spojrzenia były, delikatnie mówiąc zdziwione. James miał to w nosie. Dysząc, wpadł na małą polankę tuż obok tak znajomej bijącej wierzby.
Zaklął siarczyście i z tupetem. Przygrzał wierzbie zaklęciem.
Od razu zrobiło mu się raźniej.
Był idiotą, wierząc że prawo wszystko mu załatwi. Prawo najwyraźniej stwarzali ludzie pokroju Malfoya i służyło jedynie im. Nie mógł zrozumieć, że jeszcze przed pół godziny wierzył, jak jakiś naiwniak, w sprawiedliwość wymierzaną przez Ministerstwo Magii. Teraz wiedział, że nie może liczyć ani na wizengamot, ani na Dumbledore'a. Musiał wszystko zrobić sam.
Jego własna prywatna zemsta...
Merlinie, to brzmiało jak coś co powiedziałby Smark. James wzdrygnął się mimowolnie. Ale może kutafon miał trochę racji. Czasami czarodziej musiał brać sprawy we własne ręce. Choć pan Potter był daleki od ślizgońskich podchodów. To była nieczysta gra - on chciałby czegoś, co usatysfakcjonuje jego zranioną lwią dumę. Najlepiej byłoby wyzwać Malfoya na pojedynek i ośmieszyć go przed wszystkimi. Ale jak zapewnić sobie wygraną? Malfoy miał do dyspozycji o wiele szerszą bibliotekę o tematyce mrocznej i bojowej niż ofiarował ją Hogwart.
Z całą pewnością coś wymyśli. Huncwoci też dorzucą się ze swoimi ideami. Zaś w czwórkę mogą osiągnąć wszystko - nie było jeszcze takiej przeszkody której panowie Rogacz, Łapa, Lunatyk i Glizdogon nie byliby w stanie sforsować.
Będzie miał swoją zemstę.

**

Poniedziałek...
W poniedziałek była Numerologia.
Severus Snape, do całkiem niedawna szeregowy Ślizgon, tego dnia Człowiek z Misją, patrzył jak jego stopy niosą go między rzędami ławek. To nie może być aż tak trudne, pomyślał, ignorując swe zwyczajowe miejsce z tyłu, między Lestrangem a Mulciberem. Parł dalej. Po jego lewej stronie zarysowały się najeżone nieprzyjaznymi spojrzeniami mury krukońskiej twierdzy. Bułka z masłem, stwierdził radośnie jego mózg, gdy ciało doszło do samego początku i ulokowało się w pierwszej ławce. Severus wyjął ze swej nieodzownej skórzanej torby książki sztuk dwa, rolkę pergaminu, pióro i kałamarz. Poświęcił długą minutę na ułożenie ich przed sobą w idealnie równym rzędzie. Następnie, hardo utkwił wzrok w tablicy.
Jego gruczoły potowe nie zgodziły się z mózgiem.
Dwóch Krukonów dzielących z nim ławkę, nigdy nie zadał sobie trudu by zapamiętać ich imiona, gapiło się w niego jak wół w malowane wrota. Siedząca pośrodku dziewczyna zaczęła dyskretnie przesuwać się ku krukońskiemu biegunowi. I jak on miał tu działać skoro ptactwo takie płochliwe? Severus zatęsknił za dobrym przekleństwem.
Drzwi klasy otworzyły się z siermiężnym hukiem i do środka wszedł stukot obcasów profesor Vector, razem z właścicielką. Bez zbędnych wstępów zaczęła się lekcja.
- Dziś jest piękny dzień by rozpocząć nowiutki temat, nieprawda, klaso? Przed wami oto wystąpi: geometria czterowymiarowa! Na początek trochę teorii czyli bierzemy pióra do ręki i piszemy pierwsze twierdzenie Waltera: Jeżeli dwa punkty umieszczone w czasoprzestrzeni zgadzają się ze sobą w trzech wymiarach, to...
Severus przepisał z tablicy długaśny wzór i zamyślił sie nad ostatnim igrekiem. Jak tu by podejść tych Krukonów? Problem męczył go przez cały weekend. Severus zrobił sobie nawet listę możliwych dróg uzyskania informacji. Tyle, że po wykreśleniu wszystkich przekleństw, zostało mu zaledwie kilka podpunktów. Każdy zaś z tych podpunktów wymagał jakiejś ilości socjalizowania się z obywatelami autonomii Ravenclaw... Socjalizowanie się. Severusa wzdrygało na samą myśl o tym słowie.
Zbadał sytuację na flankach. Dwoje Krukonów chłonęło słowa profesor niczym gąbka. Ich oczy miały niezdrowy blask - syndrom przedawkowania słowa pisanego. Na chwilę zapomnieli o obecności Ślizgona.
- Co, na szlami parch? - Z tylnych rzędów odezwał się cichy lecz bardzo wyraźny głos Mulcibera. - Dlaczego przy tym iksie jest szlaczek?
- To twój sflaczały mózg, smrodożerco - pisnął z okopów jakiś krukoński mezzosopran.
Vector, cała w ekstazie, nawoływała do zmierzenia się przy tablicy z pierwszym zadankiem. Severus poczuł powiew bryzy, gdy za nim uniosły się równocześnie cztery rzędy rąk. Jego sąsiedzi natomiast byli zbyt zajęci obserwacją niespodziewanego ślizgońskiego dodatku by wykazywać zwykłą sobie nadgorliwość. Dziewczyna minkę miała tak podejrzliwą, jakby tylko czekała aż Severusowi wyrosną rogi i ogon.
Czas działać, pomyślał Snape i zebrał w sobie całą odwagę. Czyli, jakąś garstkę.
Odsłonił zęby. Troszeczkę, bo miał swoją dumę. Krukonka zrobiła kleksa na środku słupka obliczeń.
- Ojej... Severus... - dobiegł go od Strefy Gryfa głos Lupina. Czaiła się w nim nutka niepewności. - On tak jakby... A może mi się coś przywidziało.
- Snape zaciesza japę? - zadrwiła Maria Taylor. - O Merlinie, Założyciele i matki Założycieli!
- Że co, proszę? - spytała zdekoncentrowana Lily.
- Nic skarbeńko. Remus nas straszy choć to przecie nie Halloween.
- Klaso, zadanka rozwiązujemy, nie gadamy! No co, dlaczego te twoje funkcyjki takie w cały świat wychodzą? - z tymi słowy Vector powróciła do męczenia przypadkowej Puchonki.
Severus skreślił swój uśmiech z listy skutecznych metod przełamywania lodów między domami. Może powinien był najpierw poćwiczyć przed lustrem, a może w ogóle miał do tego antytalent. Chociaż Lily nigdy nic nie mówiła... Ale Lily nie komentowała też i innych cech jego wyglądu z których szydziła reszta szkoły. Lily zawsze uważała go za przyjaciela, bez względu na to jak okropnie tego ranka wyglądały jego włosy i czy akurat zapomniał umyć zębów. Dlatego też jeszcze rok temu myślał, że kiedyś...
W ogóle, to za dużo myślał. Powinien skupić się na zadaniu. Nie da się Rookwood przerobić na szaro.
Jak zagiąć Krukona? Nastraszyć nie wolno, zaszantażować też nie. Zbluzgać można ale do czego się w ten sposób dojdzie? Przekupić... Ale czym? Nie miał niczego na tyle wartościowego... Wiedzą? Prędzej się Hades zapadnie a Styks wyschnie, prędzej Potter z miotły zleci niż Półkrwi Książę podzieli się z kimkolwiek własnoręcznie wypracowaną metodyką sporządzania eliksirów!
Co mu więc zostało?
Zerknął przez ramię. I zmartwiał.
Cała krukońska forteca patrzyła na niego.
Wbił wzrok w pergamin, na którym zamiast równych szlaczków obliczeń widniał jakiś bazgroł w zarysie przypominający ptaka. Czuł, że się czerwieni. Wiedział, że się czerwieni. Było to zjawisko niepożądane i nie potrafił go kontrolować. Przyszedł najwyższy czas, pomyślał, by nauczyć się powściągać swe emocje. Tak już dłużej być nie mogło.
- Panno Blaut, dziecko, nie patrz się na pana Snape'a tylko na zadanka! Ja wiem, że to wiosna, ale miłosne uniesienia nie mogą wam przesłaniać numerologii!
Na słowa profesorki Krukonka zbladła i niemal nie zemdlała. Puchonka odwróciła się od tablicy, jej wargi uformowały okrąglutkie "o".
- A teraz, droga klaso, będziemy pracować w grupach. Jeden zestawik na ławkę. Która grupa go pierwsza rozwiąże, otrzymuje po pięć punktów od każdej osoby. Gotowi? Zaczynamy!
Severus uniósł w dwa palce kartkę, która pojawiła się na stole i przeczytał tekst. Przeczytał raz drugi. Oj, chyba nie uważał na lekcji.
- Dawaj to! - syknęła Krukonka i sięgnęła nad stołem, chcąc wyrwać mu kartkę. Odsunął ją z zasięgu jej rąk.
- Pracujemy razem, co nie? - spytał jadowicie.
- Chyba w twoich marzeniach, syfilisie! - Dziewczyna na wpół podniosła się z krzesła. - Dawaj to!
- Coś ty powiedziała, ptaśko? - spytał Severus, czując wzbierającą w nim wściekłość.
- A cóż to za kłótnie, moi drodzy? Zadanka robimy, nie marudzimy! - interweniowała profesor Vector, zwieszając się nad ich ławką wraz ze swą wściekle fioletową szatą i otaczającą ją niczym całun chmurą perfum. Severus poczuł, że łzawią mu oczy. - Grupowo, mówiłam?
- Ale on nie jest z naszej grupy! - zaprotestował milczący do tej pory chłopak, który widocznie przy nauczycielce nabrał pewności siebie. - Niech się wynosi do siebie!
- Siedzi tu, to znaczy że jest w waszej grupie! Co to za podziały sztuczne robicie? Trzeba współpracować a nie izolować się, moi drodzy! Zsuńcie krzesła i do roboty!
- Nie będę się do niego zbliżać - odparła Krukonka krzyżując ręce na piersi i marszcząc zadarty nosek. - To paskudny ślizgon, a w dodatku... - Jej głos zniżył się do teatralnego szeptu. - On cuchnie jakby właśnie wrócił z treningu Quidditcha!
Severus spojrzał na swoje dłonie. Drżały.
- Panno Blaut! - szepnęła zbulwersowana nauczycielka. - Trochę kobiecej delikatności, proszę pani! To, że pani kolega ma problem, nie znaczy, że należy go mu wytykać przy całej klasie! Jak tak można? Proszę zostać po lekcjach. Pan też, panie Snape. A teraz - do dzieła, bo koledzy państwa przeganiają!
Severusowi było niedobrze. Dlaczego zawsze to on stawał się pośmiewiskiem dla całej szkoły? Chciał skrzywdzić nieznośną dziewuchę. Naprawdę chciał. Przez moment zastanawiał się, czy któregoś ze znanych mu przekleństw nie dałoby się rzucić niepostrzeżenie. Nikt nie będzie tak bezkarnie go krytykował.
- Rób trójkę - burknęła Krukonka.
Po lekcjach, kiedy zostali już sam na sam z nauczycielką, ta ochota powróciła ze zdwojoną mocą.
- Ale pani profesor! - miauknęła Blaut.
- Żadnych ale, moja droga! Proszę natychmiast przeprosić pana kolegę!
Panna Blaut westchnęła ciężko.
- Przepraszam, Snape. Mimo wszystko, powinieneś jednak trochę o siebie zadbać. Nie żyjemy w dżungli, wiesz?
- Wielkie dzięki, grubianko - sarknął Severus. - Przemyślę filozoficzne aspekty twej światłej rady.
- Nic tu do przemyślenia- odparła z wznowionym zasobem humoru profesor Vector. - Pan pójdzie do skrzydła szpitalnego, madame Maudine, skarbnica wiedzy uzdrowicielskiej, z pewnością panu pomoże. Pani zaś, panno Blaut, upewni się, że kolega tam dotarł. W porządku?
Gdy Severus wracał, dwadzieścia minut później, z butelką pełną jakiejś zielonkawej paćki którą, według instrukcji uzdrowicielki, miał nakładać na "problematyczne miejsca" codziennie przed pójściem spać, nie po raz pierwszy pomyślał jak bardzo nienawidzi tego świata. Choć tym razem, dla kolorystycznej odmiany, szczególnie nienawidził tej jego części, która zawierała w sobie Krukonów.

**

- Piąty roku, mieszamy się! - zarządziła profesor Sprout. - Parami, Ślizgon z Krukonem i żadnych kłótni! Dziś powtórka z diabelskich sideł, skoczka nadrzewnego i przekorki. Postarajcie się nie uszkodzić roślin!
- Zmieszajmy się, Black - zaproponowała Ewa cichemu chłopakowi, który stał z boku grupki z rękami w kieszeniach i sprawiał wrażenie głęboko czymś strapionego.
Chłopak wzruszył ramionami jakby mu było wszystko jedno i dołączył do niej przy stole. Przez chwilę pracowali w milczeniu. Ślizgon przytrzymywał wijące się macki młodej sztuki zaś Ewa spryskiwała ją płynem uspokajającym.
- Wróg rozbrojony - rzekła wesoło panna Rookwood.
- Hm.
- Oj, przepraszam. - Ewa gwałtownie posmutniała. - Jaka ja jestem nietaktowna! Przecież twój brat leży w szpitalu...
- Dostał to na co zasłużył. - Słowa Regulusa tryskały jadem. - Nie przejmuj się, Rookwood. Ananaskowi dobrze zrobi smak prawdziwego przekleństwa.
Machnął nożem, przecinając łodygę we wrażliwym miejscu. Pęd zapiszczał i zaczął zwijać się konwulsyjnie. Black cisnął go do kosza na odpadki.
- Ostrożnie! - skarciła ich profesor Sprout.
- Rozumiem co czujesz - wyznała Ewa. - W moim domu też zawsze najważniejszy był August.
- Ach, nie - zadrwił Regulus. - Mama i papa już dawno zdążyli zmienić zdanie. Zobaczyli, do czego jest zdolny ich pierworodny...
Oderwał kilka obumarłych listków.
- Jaki jest samolubny - kontynuował groźnie Ślizgon. - W jak głębokim poważaniu ma rodziców i wujków i...
Głos Blacka załamał się i chłopak zamilkł. W pełnym furii skupieniu kontynuował przesadzanie diabelskich sideł. Ewa pomagała mu ugniatać ziemię. Udała, że nie zauważyła jego nagłej utraty kontroli nad sobą.
- Raptus z tego twojego brata.
- Nie jest już moim bratem - prychnął Regulus. - Jeśli jeszcze nie zauważyłaś, wydziedziczyli go w zeszłe wakacje, ku wstydowi całego rodu.
Ewa, oczywiście, wiedziała doskonale. Pokiwała współczująco głową.
- Rzeczywiście, przepraszam za przejęzyczenie. Dlatego właśnie mówię, że raptus z tego Gryfona. Odrzucił na bok szlachecki tytuł, niemałą fortunę, pozycje społeczną... Niemądre, doprawdy.
- A co mu po pieniądzach! Co mu po nas! On i tak jest naj!
Chrupnęło zgniatane szkło i Black się wzdrygnął.
- Oj - powiedziała Ewa. - Otwórz łapkę.
Na ziemię posypały się odłamki kryształu. Reszta pozostała, wbita w skórę. Eliksir który wypełniał rozbitą fiolkę syczał cicho na poranionej dłoni.
- Au! - Oczy chłopaka się zaszkliły.
Najpierw robi, potem myśli. To chyba genetyka, pomyślała panna Rookwood.
- Pani profesor! - zawołała.
- I coś ty sobie zrobił, dziecko? - Sprout złapała się za głowę. - To przecież żrące! Pod zimną wodę a potem do skrzydła szpitalnego!
- Ja go odprowadzę - zaofiarowała się Ewa. - Choć, biedaku!
Pociągnęła oszołomionego Regulusa do pierwszej po drodze łazienki i odkręciła kran.
- Przepraszam - kajała się Ewa. - To nie moje miejsce. Nie powinnam się wtrącać w prywatne sprawy rodziny.
- Ta sprawa przestała być prywatna, odkąd trafiła do Proroka.
- Ale, jeśli mogę jeszcze o coś spytać... Skoro jesteś na niego wściekły, czemu nie powiesz mu tego w cztery oczy?
- Chyba nie mówisz tego poważnie? - Regulus wyrzucił do góry ręce, opryskując lustro kropelkami wody. - Ja nie chcę, żeby on mnie zamordował! Ja chcę, żeby on odzyskał rozum i przeprosił rodziców! To wszystko przez tego piekielnego Pottera, to on mu tak namieszał w głowie! Gryffindor wyciągnął z niego to, co najgorsze!
- Rozmawiałeś z nim o tym?
- Myślisz, że chciał mnie słuchać? On tylko: James to, James tamto! Pieprzony Potter i jego lizusowska banda charłaków zabrali mi brata!
Regulus zacisnął zdrową dłoń w pięść i trzepnął nią w lustro.
- Spokojnie! - Ewa uniosła dłonie do ust w udawanym przerażeniu. - Chcesz się cały pokaleczyć?
Spojrzał na nią jakby dopiero co zauważył, że tam stała.
- Przepraszam, Rookwood - mruknął, wyraźnie zakłopotany, przeczesując palcami włosy. - Nie wiem, co we mnie wstąpiło.
- To zrozumiałe - odparła pocieszająco Ewa. - Nie wiem co bym zrobiła w twojej sytuacji.
- Też nie wiem co mam robić w swojej sytuacji.
- To chyba jego problem?
- Tak? - Regulus uśmiechnął się gorzko. - Nie wiem więc czemu tylko ja się tym wszystkim przejmuję. Mama i papa świetnie sobie radzą udając, że Syriusz nigdy nie istniał. Dlaczego ja nie potrafię? To pewnie jakiś defekt, panie Black.
Ewa zgadzała się z tym w całej rozciągłości. Black, zdrajca krwi, zasługiwał na swój los. Oczywiście, nie powiedziała tego głośno.
- Jesteś szlachetnym człowiekiem, Regulusie.
- Naprawdę. Mówią mi to dziesięć tysięcy razy dziennie. Plus to, że jestem posłusznym synem, dobrze wychowanym i że wszyscy są ze mnie dumni. Tylko jakoś nadal jestem zirytowany.
- Może rzeczywiście powinieneś odwiedzić Syriusza?
- Jego gryfońska zgraja składa mu codziennie wizyty. Po co mu brat?
Ewa pozwoliła, by po słowach Regulusa zapadła krótka cisza.
- Pluskwiak to paskudne przekleństwo - zauważyła Krukonka. - Mocno nim dostał, byłam tego nieplanowanym świadkiem. Może zmieniły mu się od tego perspektywy.
Regulus się wzdrygnął.
- I tak w życiu nie poszedłbym tam sam. Nie wiadomo, co mogłoby mu strzelić do tego głupiego łba.
- A co powiesz na przyjacielską przysługę?

**

Środa...
- Hej, Snape.
Do opartego o parapet Severusa boczkiem przysunął się Mulciber. Na jego kostropatej gębie wykwitł obrzydliwie lizusowski uśmiech.
Severus zamrugał. I skąd u niego, na dziurawe bokserki Merlina, takie myśli? Zawsze dosyć lubił Mulcibera. Broń cię Slytherinie żeby go szanował, chłopak nigdy nie błyszczał inteligencją, co najwyżej kopcił niczym wilgotne łuczywo. Ale na swój prymitywny sposób podziwiał Seveusa, co wygładzało nastroszone piórka na obolałej duszy tego ostatniego. Gdy Snape coś zaproponował, zawsze mógł liczyć na Mulcibera, szczególnie jeśli to coś było nielegalne. Mulciber posiadał sporo ślizgońskiego sprytu, który pozwalał mu wyjść bez szwanku z niemal każdej przygody.
Severus wiedział. Wiedział, co wyrwało go ze spokojnej niszy przyszłego śmierciożerstwa i rzuciło jego jaźń na nowe, niezbadane a co najważniejsze niedorzeczne tory. To była ta po trzykroć przeklęta Rookwood. Przez tę wiedźmę teraz podejrzewał wszystkich, że knują za jego plecami spiski lub przynajmniej śmieją się z niego.
To było męczące.
- Co? - burknął nieuprzejmie.
- Ty tak się lampisz na te ptaszyny dlatego, że rzucasz na nie zły urok, czy dlatego, że chcesz którąś przelecieć?
Chcę ci wkopać nos w mózg, pomyślał znużony Severus. Choć Ślizgon miał rację. Od jakiś dziesięciu minut, czyli od kiedy zaczęła się przerwa między Transmutacją a Zaklęciami, Snape obserwował ukradkiem pokaźną grupę Krukonów która skomasowała się w granicach wielkiej plamy światła rzucanej przez popołudniowe słońce. Niczym drapieżnik, kalkulował metodę wydzielenia sztuki ze stada i najlepszego jej podejścia.
Jak dotąd, rezultaty miał marne. Krukonie dopadnięci pojedynczo na sam jego widok zwijali manatki i zwiewali. Co odważniejsi, przed dezercją rzucali jeszcze wiązanką wyzwisk. Jeden próbował zaklęcia, ale Snape odparował je z taką łatwością, że ptaszek tylko kwiknął i zniknął z horyzontu. Ogólnie, Severus doszedł do wniosku, że z Krukonami przeprowadzić cywilizowanej rozmowy się nie da.
- Jedno nie wyklucza drugiego - odpowiedział Severus na pytanie Mulcibera.
Ślizgon zaśmiał się krótko.
Sevrus westchnął. Postanowił zwierzyć się z części swego nieszczęścia. Co półtorej głowy to nie jedna, pomyślał ponuro.
- Wiesz, która płotka to może być Kimberly Meyers?
- Nie mam zieeeeeeloneeego - ziewnął rozdzierająco Mulciber i przeciągnął się. - Brzmi jak jakaś cholerna szlama - dodał. - I co ci po niej? Potrzebne ci składniki do eliksirów?
Zachichotał ze swojego małego żartu. Severus uniósł oczy do nieba, błagając Merlina i Założycieli o jeszcze odrobinę cierpliwości.
- Co porabiacie? - Lestrange dołączył do ich małej grupki, opierając się o parapet obok Mulcibera. Puścił do nich oko. - Severus chce zaliczyć Krukonkę?
- Niejaką Kimberly Mayas
- Meyers - poprawił Severus.
- Brzmi szlamiaście.
- No patrz - sarknął Severus. - Może jeszcze wiesz, która to, żebym mógł choć trochę oczyścić naszą krew?
- Myślisz że wiem? - Rudolf wzruszył ramionami. - Czemu nie podejdziesz i nie zapytasz wron? Wykraczą ci wszystko, a jak nie będą chciały, to trik z grubą książką pod pachą i cytatami z "Tysiąca magicznych ziół i grzybów" zawsze działa.
Podejść? Zapytać? Tak przy wszystkich? Znowu narazić się na publiczne obelgi? Severus poczuł, że miękną mu nogi.
Jesteś żałosny, Snape.
Nie zdążył jeszcze zrobić i trzech kroków, kiedy jego nieprzyjazne manewry zostały dostrzeżone przez krukońską czujkę. Nagle, wszystkie gęby nad błękitnymi kołnierzami szat były skierowane w jego stronę. Wszystkie co do jednej mówiły: Spadaj, męcie. Severus pomyślał, z niemałą dozą sarkazmu, że podchody pod Ravenclaw zdążyły już prawdopodobnie zrobić z niego krukońskiego wroga numer jeden.
Starając się wyglądać neutralnie i niegroźnie, co przy jego facjacie prawdopodobnie i tak wyglądało podejrzanie, dołączył do trójkącika uczniów. Trójkącik zareagował ze zgorszeniem.
- Hej - powiedział Snape, z całej siły starając się zachować neutralność.
- Jakiś Ślizgon tu nadchodzi - rzekł przysadzisty Krukon w grubych okularach.
Severus pomyślał, nie po raz pierwszy, że odpłaci Rookwood z nawiązką za te męczarnie.
- Tak, to ja - zgodził się, próbując zrobić z trójkącika czworokąt. Bez skutku. - Severus Snape - przedstawił się.
- Barney, ten wężu chyba czegoś od nas chce - powiedział drugi Krukon, chudy i czarnoskóry.
- Pytanie - odparł Severus, powoli zaczynając tracić cierpliwość. - Mam tylko jedno proste pytanie. Czy wiecie...
- Wężu? - burknął przysadzisty, Barney. - Ja tu widzę tylko tłustego, wijącego się robala.
- Czy w tym towarzystwie nie można liczyć na odrobinę kultury? - zapytał Severus podniesionym głosem.
- Czy to ty byłeś w grupie, która związała jedną z naszych koleżanek, podpaliła jej włosy, wytatuowała na czole "szlama" i wrzuciła do schowka na miotły? - odsarknął Barney, napierając groźnie na Severusa. - Bo wiedz, ślizgonie, że wasze śmierciożercze zabawy nas nie śmieszą. A teraz spieprzaj, zanim skopiemy ci tyłek!
Daria Lorgan. Jasne, że Severus był. To były w końcu jego urodziny - paskudnie się wtedy upili, on chyba najbardziej bo, jak się poniewczasie okazało, miał słabą głowę. Lestrange zaproponował odrobinę rozrywki. Na samo wspomnienie Severusowi robiło się lekko niedobrze, choć wtedy, jak dobrze pamiętał, całe zajście bardzo go rozbawiło. To tylko szlama, powiedział sobie twardo.
- Nie wiem, o czym mówicie - skłamał. - Ja szukam tylko jednej osoby. Kimberly Meyers.
Nie musieli mu odpowiadać. Przerażone piśnięcie skierowało jego uwagę na drobną szatynkę w której wielkich oczach rozbłysł autentyczny strach. Jej koleżanka położyła jej uspokajająco dłoń na ramieniu i szepnęła coś do ucha.
Severus, niewiele myśląc, prześlizgnął się między dwoma identycznymi Krukonkami i stanął twarz w twarz z ofiarą. Sądząc z jej miny, musiał wyglądać co najmniej równie przerażająco co Czarny Pan.
- Hej, słuchaj...
Dziewczyna odskoczyła w tył jak oparzona i prysnęła w bok, chowając się za plecami wyższego od niej kolegi. Severus podążył za nią.
- Chciałem...
Krukonka kicnęła w prawo, znikając w grupce dziewczyn. Snape zajrzał jednej z nich przez ramię.
- Nie uciekaj! Ja...
Wybiegła z drugiej strony i znów wcisnęła się za bliźniaczki. Severus rozłożył ręce.
- No to jest po prostu absurdalne!
Na trajektorii jego wzroku nagle pojawił się czarnoskóry Krukon. Wyglądał groźnie. Ślizgon zrozumiał, że jest otoczony przez nieprzyjazne siły. Barney stukał różdżką o dłoń.
- Gówno mnie obchodzi co ty od niej chcesz, Snape - syknął czarnoskóry. - Ale jeśli natychmiast nie ruszysz czterech liter na własną, zaślinioną część korytarza, naprostuję ci te krzywe siekacze.
Żadnych gróźb ani przemocy, pomyślał Severus. Zamorduję Rookwood.
- Co tu się dzieje? - McGonagall parła do przodu, zaś uczniowie rozsuwali się przed nią niczym kry przed statkiem myśliwskim.
- Ślizgon napastuje naszą koleżankę - sarknął Barney.
- Doprawdy? - profesorka obrzuciła krytycznym wzrokiem całą scenkę. Jej wzrok spoczął na moment na Severusie a potem przeniósł się na otaczającą go dwójkę Krukonów. - Koleżankę? Ma pan na myśli swoją własną osobę, czy pana Atkinsa?
Kilka osób parsknęło śmiechem.
- A teraz, proszę do sali. Czas na lekcje!

**

Oj, zaraz będzie Morderstwo na Nokturnie, pomyślała panna Rookwood, maszerując raźno wśród nabrzmiałych od kwiecia łąk hogwarckich. W cieniu prastarego dębu czekały na nią dwie osoby. Jedną był sceptyczny chłopak o czarnych włosach i manierach arystokraty. Osoba druga była eskortą.
McGonagall nalegała na eskortę. Podejrzliwa wiedźma.
Ta gryfońska prefekt... To graniczyło z bezczelnością ze strony opiekunki Domu Lwa. Nie mogła nie wiedzieć, że Regulus nigdy w życiu nie pozwoli, by jego prywatne sprawy były omawiane w obecności osoby spoza towarzystwa. A ta dziewucha była od towarzystwa tak daleko, jak to tylko możliwe. Nie znała obyczajów, umykały jej towarzyskie niuanse i w ogóle była prawdopodobnie źle wychowana... Przez mugoli. Ewa wzdrygnęła się na samą myśl.
Rozwiązanie problemu spadało rzecz jasna na jej barki. Regulus był zbyt dobrze wychowany i zbyt nieśmiały, by powiedzieć pani prefekt by nie wtrącała piegowatego nosa w nie swoje sprawy. Panna Rookwood przygotowała się do starcia.
Niczym fala wślizgująca się miękko między dwa ostre brzegi skał, krukonka zajęła miejsce między odwróconymi do siebie plecami przedstawicielami wrogich domów. Ruda dziewczyna rzuciła jej zaciekawione spojrzenie. Black sapnął cicho, chcąc wyrazić swoją irytację niezręcznością sytuacji.
- Już jesteś - rzekła gładko Ewa, posyłając Regulusowi serdeczny uśmiech. Następnie przeniosła spojrzenie na prefekt i drgnęła w udawanym zaskoczeniu.
- A co tu robi ta... - Ewa uniosła podbródek. Jej oczy mówiły: szlama. Wygięcie jej ust mówiło: szlama. Tembr jej głosu mówił: szlama. - ...ta Gryfonka?
Dziewczyna nie była głupia. Zrozumiała niewerbalny przekaz panny Rookwood. Jej oddech przyspieszył, na policzki wystąpiły rumieńce, dłonie zacisnęły się i otworzyły. Była upokorzona, jednak wiedziała, że nie może odpowiedzieć otwartym gniewem na tak zawoalowaną prowokację. Ograniczyła się więc do oparcia dłoni na biodrach i poirytowanego głosu.
- Nazywam się Lily Evans i jestem prefektem. Jako prefekt, jednym z moich obowiązków jest pilnowanie, by uczniowie zachowywali się zgodnie z regulaminem. Dziś zostałam poproszona o eskortowanie waszej dwójki do świętego Munga i zamierzam to zrobić, bez względu na wasze opinie.
Służbistka, pomyślała panna Rookwood. No pięknie.
- A wiesz chociaż, jak się należy zachować? - spytała sceptycznie Ewa.
- Doskonale - odparła hardo panna Evans. - Możemy już iść? Ta rozmowa mi ubliża.
- Ależ w jaki sposób może ci ubliżać? - zdumiała się Ewa. - Znajdujesz się wśród arystokracji. Chciałam jedynie zapytać, czy znasz zasadę trzech de.
Panna Evans spojrzała na nią jak na smoczą pisankę.
- Czy to coś co dotyczy dzieci mugoli? Dziękuję, możesz to zatrzymać dla siebie.
- W żadnym razie! Dlaczego tak myślisz? - zdumiała się Ewa. - To oznacza: Dystans, Dyskrecja, Dystynkcja. Trzy cechy, które winna wprowadzić w życie osoba, która jest świadkiem prywatnej rozmowy między członkami arystokracji. Mam nadzieję, że nie są ci obce?
Dwie pary oczu, zielone i jasnobrązowe, zmierzyły się spojrzeniem w babskiej walce o honor. Powietrze między nimi wrzało od napięcia, wściekłości, determinacji i jeszcze czegoś.
- Nie mam pięciu lat - zauważyła panna Evans, wpatrując się bez mrugnięcia w przeciwniczkę. - I mimo że nie uczono mnie w dzieciństwie tylu trudnych słów, potrafię zasady dobrego wychowania wprowadzić w życie lepiej niż niejeden arystokrata.
- Ach. W takim razie możesz iść z tyłu - pozwoliła jej łaskawie Ewa. - W stosownej odległości, rzecz jasna.
- Że jak? - Prefekt założyła ręce i odrzuciła do tyłu głowę. - Wy mnie nie mylicie ze skrzatem, prawda?
- Ależ skąd! Przed chwilą przyznałaś, że rozumiesz nasze zasady... Prosimy więc o dystans. To bardzo delikatna, rodzinna sprawa.
- Profesor McGonagall niepokoi się, że ta rodzinna sprawa może przybrać nieoczekiwany obrót. Wszyscy słyszeli o tym, co zrobiła Syriuszowi jego własna rodzina.
- Nie masz chyba na myśli mnie? - spytał bardzo cicho Regulus. Coś w jego postawie sprawiło, że obie dziewczyny zamilkły na moment.
- Doskonale - burknęła panna Evans. - Za mną.
Regulus wydał z siebie ciche "hm". Nie wyglądał na zbytnio zadowolonego. Ale nie oponował, kiedy, pod przewodnictwem gryfońskiej prefekt, ruszyli kamienistą ścieżką do Hogsmeade, skąd mieli zafiukać do świętego Munga.
Sceptyczny Ślizgon i uparta prefekt, pomyślała Ewa. I za co ją bogowie pokarali?

**

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Projekt: Chimera

Postautor: Leonette » 23.08.09, 21:40

**

- Wizyty? To tam.
Nieco z boku od kolejki poszkodowanych czarodziejów zobaczyli wysoką mahoniową ladę z wypisaną nad nią drukowanymi złotymi literami tabliczką "INFORMACJA". Znad lady wystawała burza blond okropieństwa z pucułowatą twarzą po środku. Jakiś wystraszony petent przytaknął wielokrotnie głową, niemal ją sobie przy tym urywając i uciekł w korytarz po lewej.
Czas na nich. Podeszli w trójkę i Lily, uśmiechając się uprzejmie, zapytała gdzie leży Syriusz.
Kobieta spojrzała na uczniów znad najokropniejszych okularów jakie Ewa widziała w swoim życiu i odchrząknęła z wigorem. Plakietka "Aubergine Umbridge, Informacja" zafalowała na pokaźnej piersi.
- A pozwolenie to się ma? - spytała, starannie cedząc sylaby.
Wyciągnęła z kieszeni wielką, purpurową chusteczkę i hałaśliwie wytarła nią nos.
- Piekielne przeciągi...
- Proszę bardzo. - Lily Evans, najwyraźniej spokojna za tarczą swego nieskalanego autorytetu, pewnym gestem wręczyła kobiecie podpisany pergamin. Para świńskich oczek zlustrowała ją od stóp do głów.
- I jak to można tak dzieciaki wypuszczać gromadnie, no jak... - wymamrotała do siebie po przeczytaniu pozwolenia.
- Łaaaaaaa! - darł się w kolejce pacjentów jakiś niemowlak, wyrywając się matce i machając rozpaczliwie ręką z której końca wyrastał wielki pluszowy smok.
Kobieta poderwała się gwałtownie. Potężny cień opadł na czwórkę uczniów.
- W szpitalu należy zachować ciszę! - pisnęła, aż Ewie zadzwoniło w uszach. Obok niej, Regulus jęknął cicho.
Niemowlak zamilkł, zdębiały z przerażenia. Umbridge z zadowolonym sapnięciem umieściła tyle ile się zmieściło z jej zadka na raczej wąskim krześle.
- A kapciuchy są?
- Yyy... - Regulus z powątpiewaniem uniósł do światła parę filcowego okropieństwa, które dostali od woźnego. - Tak, proszę pani.
- To będzie oddział Urazów Pomagicznych, sala numer dwadzieścia jeden.
- Czy możemy już iść? - spytała uprzejmie Ewa.
- Chwilę! - pisnęła Umbridge i cała trójka się wzdrygnęła. - Macie być tam nie dłużej niż pół godziny. I żadnych krzyków, żadnych zaklęć, żadnych zabaw w dżunglę, żadnego jeżdżenia na butach po korytarzu! Zrozumiano?
- Tak, proszę pani - powiedziała Lily.
- Żadnego dokarmiania pacjentów i żadnego zostawiania flory!
- Flory? - Regulus uniósł brew.
- Ani fauny! - dokończyła Umbridge.
- Skąd oni ją wytrzasnęli? - spytał Regulus, gdy już szli długim białym korytarzem, mijając wiele par identycznych, białych drzwi. - Z bajora?
- Nie chciałabym zwiedzać tego miejsca - przyznała Ewa.
Sala numer dwadzieścia jeden pojawiła się przed nimi jak widmo czegoś nieokreślonego lecz strasznego, co niebawem miało nastąpić. Regulus wzdrygnął się lekko i przymknął oczy.
- Na razie poczekam na was tutaj - powiedziała Lily, którą ta decyzja wyraźnie kosztowała. - Nie interesują mnie wasze arystokratyczne rozmowy. Ale za dziesięć minut wchodzę, żeby się upewnić, że Syriuszowi nic się nie stało.
Jedno z głowy, pomyślała z ulgą Ewa. Uśmiechnęła się do Regulusa, którego najwyraźniej na nowo zaczęły zżerać wątpliwości.
- Komu w drogę temu miotłę, panie Black.
Wnętrze było równie białe jak korytarz. Jedyny pacjent spał smacznie, skąpany w promieniach popołudniowego słońca. Wyglądał blado, ale oprócz tego nie najgorzej.
Ewa rzuciła proste zaklęcie wyciszające, które powinno odrobinę stłumić ewentualne wrzaski. Nie spodziewała się, że Regulus podąży za jej przykładem, a jednak to zrobił. Poczuła stygnięcie zatrzymywanego w bezruchu powietrza i spojrzała z nowym zainteresowaniem na młodszego Blacka. Ten cichy młodzieniec był czarodziejem z którym należało się liczyć.
Teraz wcisnął swoje, znów puste, ręce do kieszeni i wyprostował się na całą wysokość. Ewa przyznała że nieźle trzymał rezon w obliczu brata-furiata, który prawdopodobnie był znacznie mniej poszkodowany niż można by sobie tego życzyć. Podszedł do łóżka i odchrząknął. Panna Rookwood została przy drzwiach.
Syriusz obudził się.
- Co... Jak? - wymamrotał, trąc zaspane oczy. - James? - Przekręcił się na plecy. Jego wzrok zogniskował się na Regulusie.
- O jasna cholera pieprzona, rodzina przyszła mnie zamordować!
Black starszy zanurkował pod kołdrę. Za moment wynurzył się i rzucił na biały stolik nocny, obmacując wszystkie zakamarki i szuflady. Pudełko z fasolkami wszystkich smaków przewróciło się i zawartość potoczyła się po białej podłodze.
- Gdzie moja różdżka! Gdzie moja...
- Spokojnie, braciszku. Nie chcę ci zrobić krzywdy.
Regulus uniósł do góry otwarte dłonie, oznajmiając swe pokojowe zamiary.
- Krzywdy? Ty? Taki maminsynek? - sarknął Syriusz, siadając na łóżku i, z braku broni, zaciskając dłonie w pięści. - Zbliż się, to pokażę ci krzywdę! Polecisz z kwikiem do papy!
- Jesteś bez różdżki, chory, a jeszcze mi grozisz. - Regulus potrząsnął głową i na nowo wsunął ręce do kieszeni. - Jak gryfońsko.
- Przyszedłeś tu żeby się ze mnie nabijać? - Syriusz spojrzał z podejrzliwością na brata. - Co ty tam masz w tych kieszeniach? Truciznę?
Regulus westchnął, jakby miał do czynienia z wyjątkowo upartym gumochłonem i skrzyżował ręce na piersi.
- Nie chcę cię uszkadzać bardziej niż ty sam się uszkodziłeś. Panna Rookwood tego świadkiem.
- Rookwood - sarknął Syriusz, obdarzając Ewę jednym pogardliwym spojrzeniem. - Arystokracja, jasne. A uszkodzili mnie, tak się składa, twoi koleżkowie.
- Gdybyś nie rzucał się jak ryba bez wody, to nic by ci się nie stało. Ślizgoni mają dość inteligencji by nie atakować jako pierwsi, braciszku - rzekł z przekąsem Regulus. - Coś, czego widocznie brakuje tobie i twojej zgrai. Kiedyś byłeś ostrożniejszy.
- Kiedyś... Cieszę się, że to było kiedyś - odparł jadowicie starszy Black. - Jak dobrze, że nie jestem już częścią tego spiskowania za plecami, tej gry pozorów, tej zdrady i udawanej miłości. Jesteście wszyscy ropiejącym wrzodem na tyłku społeczeństwa! Arystokracja! Pluję na was!
Na twarz Regulusa wypełzł niezdrowy rumieniec.
- Och, tak? Chcesz usłyszeć trochę prawdy o sobie, braciszku? No to ją masz i udław się nią! Jesteś okrutny i egoistyczny, a co najgorsze, masz chyba nierówno pod sufitem! Nie myśl, że nie widziałem, jak kopnąłeś tego skrzata, nie myśl że nie słyszałem słów które powiedziałeś swojej własnej matce, ty degeneracie!
Wtedy Syriusz zrobił coś nieprzewidywalnego. Odrzucił głowę do tyłu i wybuchł śmiechem.
- Mam cię w dupie, rozumiesz, w czterech literach, ty ulizany synalku! - zawołał. - Tak, jestem zakałą tej dysfunkcyjnej rodziny, tego gniazda węży i jestem z tego cholernie dumny! Nienawidzę was, rozumiesz? Nienawidzę tej suki, mojej domniemanej matki która...
Pięść Regulusa wylądowała z trzaskiem na twarzy starszego Blacka.
- Przestań, rozumiesz! - ryknął jego brat, spłoniony i ziejący wściekłością.
Syriusza zatkało. Dotknął policzka, jakby nie mógł uwierzyć, że to zdarzyło się naprawdę.
- Oż ty smrodzie z tyłka hipogryfa!
Gryfon wyskoczył z łóżka, rzucając się jak pantera na Ślizgona. Oboje runęli na podłogę.
- Już zapomniałeś, jak ostatnim razem cię sprałem, gówniarzu? Będziesz mi tu podskakiwać, kaczuszko? Będziesz?
Wbił kolano w żołądek brata i huknął go po łepetynie z prawej i z lewej strony. Regulus, wrzeszcząc, wydobył spod Syriusza dłoń z różdżką. Machnął nią przed nosem starszego Blacka. Samotna waza z kwiatami poszybowała przez pokój i zetknęła sie gwałtownie i wybuchowo ze skronią Syriusza. Ten jęknął rozdzierająco i odtoczył się na bok, przyciskając dłonie do krwawiącego miejsca.
W tym czasie, w drugim końcu sali, Ewa była zajęta zupełnie czym innym.
- Już je... - Do sali niespodziewanie weszła Evans. Na widok scenki obyczajowej zamarła. - O Boże, oni się pomordują! Muszę...
Ruszyła do przodu wyciągając różdżkę z rękawa, ale poczuła gwałtownie, że coś ją hamuje. To Ewa trzymała ją za kaptur.
- Spokojnie, poczekaj. Nic im się nie stanie.
- Jak to nic? - wykrzyknęła oburzona prefekt. - Spójrz na nich!
Black starszy chwycił młodszego za włosy i wyrżnął jego potylicą w podłogę. Młodszy strzelił czołem w zęby starszego.
- Muszą wyładować napięcie. To tak jak my, kiedy sprzątamy dom kiedy jesteśmy wściekłe. To oczyszcza atmosferę - odparła z humorem Ewa.
- Oni nie masakrują kurzów, oni masakrują siebie, dziewczyno! - Pani prefekt zamaszystym gestem uniosła różdżkę. - To sześciolatki w ciałach nastolatków! Uduszą się skakanką, jeśli będą mieli okazję! Prote...
- Expelliarmus!
O nie, Ewa nie zamierzała dopuścić, by ta mugolka wtrącała się w nie swoje sprawy. Lily krzyknęła, zaskoczona, gdy jej broń wylądowała w dłoni Ewy. Z drugiej strony poduszka rozpadła się w półobrocie na deszcz pierza, a deszcz małych błyskawic wypalił na ścianie interesujące wzory. Chłopcy chyba odnaleźli swoje różdżki.
- Gdzie ty się chowałaś, dziecko? - sarknęła Ewa, teraz zdenerwowana nie na żarty. - Pod kloszem? Nie wchodzi się między dwóch facetów którzy sie piorą po pyskach! Nie dość, że nadgryziesz ich męską dumę to jeszcze i sama oberwiesz!
- Nie wiem gdzie ty się chowałaś, Rookwood, ale żal mi ciebie skoro uważasz to za normalne! - odparowała Lily. - Rola kobiety polega na łagodzeniu konfliktów a nie na ich biernej obserwacji!
- Tak? - sarknęła Ewa. - A ile już ich w swoim życiu załagodziłaś, świętoszko?
- Proszę, oddaj mi moją różdżkę! Naprawdę chcesz, żeby się poranili?
- To samce - odparła twardo Rookwood. - To ich sposób na załatwianie spraw.
- Oddaj moją różdżkę!
- Nie!
- Dobrze, w takim razie za chwilę będę tu z uzdrowicielem! - odwarknęła panna Evans po czym obróciła się na pięcie i zniknęła za drzwiami.
No to pięknie.
Teraz wyglądała na to że to Ewa była zmuszona zatrzymać te dwa rozjuszone ogiery. Nic nie osiągną, jeśli przyjdzie uzdrowiciel i ich stąd wyrzuci. Zacisnęła różdżkę w nagle spoconej dłoni. Potrafi to zrobić, prawda?
Syriusz zdążył już wpełznąć pod łóżko, skąd odpierał wściekły atak magiczny brata. Fruwały zaklęcia podcinające, ogłuszające, bombardujące, ptaszki, ogniki, zgniłe pomidory, kawałki pościeli i tynk ze ścian. Po prostu cyrk. Regulus posłał właśnie w powietrze mgłę paraliżującą. Starszy Black transmutował ją w chmurę wody po czym cisnął w kierunku brata solidnym kawałem skały.
Regulus uchylił się i skała wybiła okno.
Chłopcy spojrzeli równocześnie na wyrządzoną szkodę. Nagle zrobiło się bardzo cicho.
- Ja nie będę za to płacił, szczylu - wychrypiał Syriusz, zezując groźnie na brata ze swej horyzontalnej pozycji.
- To był twój kamień, synu szyszymory - odparował z równym jadem Regulus.
- To była obrona własna.
- To ty zacząłeś.
- Ja, gadzino? A kto mnie strzelił z piąchy w twarz?
- A kto bluzgał jak ostatnia szlama?
- Masz coś do szlam, serdelku?
- To powiedzenie i dobrze o tym wiesz, dupo krzaczasta.
- I to mają być bracia? - wtrąciła się Ewa. Skupiła tym samym na sobie wzrok i irytację obu Blacków.
- Nie jestem jego bratem - odwarknął Syriusz.
- Cholera. - Regulus odwrócił się do nich tyłem. W jego zgarbionych ramionach można było zobaczyć napięcie. Kopnął poniewierający się po ziemi but Syriusza z taką siłą, że ten odbił się od okopconej ściany. - Cholera jasna.
Syriusz wygramolił się spod łóżka i dokuśtykał do okna. Spojrzał krytycznie na wybita szybę.
- Powiedz mi, po co ty tu naprawdę przyszedłeś?
- Chciałem cię nabić.
- Martwił się o ciebie, Black - zasugerowała Ewa.
Regulus nic nie odpowiedział. Jednak zobaczyła, że jego dłonie zacisnęły się w pięści.
Syriusz przez chwilę najwyraźniej nie wiedział, co powiedzieć.
- Wybiłeś mi ze dwa zęby - burknął wreszcie.
Regulus przeczesał palcami włosy. Spojrzał na krew która pokrywała mu dłoń.
- Rozwaliłeś mi głowę.
- Życzę ci długich i pamiętnych migren. - Syriusz wyszczerzył wybrakowane zęby. - Brawo, nareszcie nauczyłeś się bić jak facet, nie jak ciota.
- Na Merlina, co tu sie dzieje!
Do sali wpadło dwóch uzdrowicieli i zadyszana Lily. Przerażeni mężczyźni obrzucili spojrzeniem pokój. Gdyby nie zdewastowane otoczenie i poobijane gęby Blacków, można by powiedzieć że tych dwoje właśnie prowadziło ze sobą kulturalną rozmowę.
- Okazywaliśmy sobie braterską miłość - wyjaśnił Syriusz, wycierając rękawem swój uśmiech z zasychającej krwi.
- Panowie, tak nie wolno! - Jeden z uzdrowicieli, z wyglądu spokojny człowiek uczciwie wykonujący swą ciężką pracę, złapał się za głowę. - To jest szpital, tu leżą chorzy ludzie!...
- Masz, Evans - Ewa wręczyła Lily różdżkę. Dziewczyna przechwyciła ją i spojrzała ze złością na pannę Rookwood. Jej mina mówiła wyraźnie: to twoja wina.
- Płacimy po połowie za szkody - powiedział Regulus, czym zarobił sobie mordercze spojrzenie brata.
Panowie Black zostali w trybie przyspieszonym doprowadzeni do porządku. Następnie, nakazano całej trójce natychmiastowe opuszczenie szpitala. Dla pewności przydzielono im dwóch ochroniarzy, masywnych gburów. Jeden z nich trzymał za ramię Syriusza, drugi Regulusa. Trzymali ich widać mocno, gdyż twarze obu panów były wykrzywione z bólu. Nie poskarżyli się ani słowem.
- Pozdrów tatkę i mamcię - rzekł Syriusz, gdy już dotarli do holu i nadszedł czas pożegnania. - Powiedz jej, że od wymawiania słowa "szlama" robią się zmarszczki.
- Nie omieszkam - sarknął Regulus. - Jesteś niereformowalny.
- W tym tkwi mój urok! - wrzasnął za nim brat.
- Cisza! - pisnęła Umbridge.

**

- Przepraszam za widowisko. Mój braciszek to maniak.
Regulus powiedział to z przekąsem. Mimo to szedł lżejszym krokiem a jego ciemne oczy błyszczały dziwnie.
- Ma silny charakter - przyznała ostrożnie Ewa.
- Mam wobec ciebie dług, Rookwood.
- Ewa. Nie masz wobec mnie żadnego długu. Ale... Nie obrazisz się, jeśli poproszę cię o drobną przysługę?
- Tak szybko? - Regulus uśmiechnął się krzywo. - A myślałem, że jesteś Krukonką.
- Jestem - zgodziła się Ewa. - Choć muszę przyznać, że Tiara rozważała także Slytherin.
- Och.
- Żartowałam.
- Prawie mnie nabrałaś. - Zaśmiał się głośno. - O co więc chodzi?
- O zemstę.
- Oj, to bardzo niekrukońskie.
- Zemsta jest przywilejem czarownicy - zacytowała Ewa pewnego osiemnastowiecznego myśliciela, który oprócz tego że nadużywał ognistej whisky i mieszkał na gałęzi odziany jedynie w skarpetki to miał kilka całkiem niezłych koncepcji.
- Abacus Wittywat.
- Dokładnie.
- A czy można wiedzieć na kim chcesz się mścić i za co?
- Rudolf Lestrange. Znieważył mnie.
Regulus spojrzał na nią, nagle poważny.
- Ewa, co on ci zrobił?
- To prywatna sprawa i chciałabym żeby taka pozostała - Ewa pozwoliła by jej głos zadrżał. - Znieważył mnie... jako kobietę.
Regulus zatrzymał się nagle. Jego dłonie zacisnęły się w pięści.
- A to drań - powiedział cicho, groźnie. - Trzeba mi było wcześniej powiedzieć. Nie musiałaś... Zrobiłbym to i bez tej całej szarady. Zasady są zasadami.
- Jak ty dobrze mnie rozumiesz - Ewa uśmiechnęła się przez zawilgotniałe oczy. - Ale nie chciałabym być niewdzięczna... W ten sposób będziemy kwita.
- Jak chcesz się zemścić?
- Upokorzenie za upokorzenie - odparła panna Rookwood. - Tyle, że jego będzie tym gorsze, że publiczne. Dowiedziałam się przypadkiem, że Lestrange trzyma pod swoim łóżkiem coś, czego nie chce pokazać nikomu. Skoro to taka pilnie strzeżona tajemnica, musi być to rzecz której ujawnienie albo zaszkodzi mu, albo go zawstydzi.
- Hm - Regulus podrapał się po brodzie. - Biorąc pod uwagę, że razem z Rosierem, Mulciberem, Snape'em i kilkoma innymi należy do szkolnej bandy typów spod ciemnej gwiazdy, obstawiałbym to pierwsze.
- Bez względu na to, co to jest, chcę, żeby wyszło na jaw.
- Ale jak?
- To proste. Myślę, że jest sporo osób które mu nie ufają...
- Zaufanie w naszych kręgach to towar rzadki i cenny.
- A też i kilka które zrobiłoby to z czystej złośliwości.
- Hm?
- Musisz tylko z nimi porozmawiać...

**

Czwartek...
Severus, z naręczem ksiąg pod pachą, rozejrzał się za wolnym miejscem. Ku swemu zdumieniu, zoczył samotny błękitny kaptur, siedzący w rogu biblioteki. Wyglądał znajomo.
Do trzech razy sztuka, pomyślał Severus i klapnął obok Krukonki. Odwróciła gwałtownie głowę i spojrzała na niego jak na gnoma przebranego za świętego Mikołaja.
Snape z filozoficznym wyrazem twarzy zabrał się za ostrzenie pióra.
- Co ty wyprawiasz? - burknęła panna Blaut.
- Studiuję.
Severus rozpostarł przed sobą niedokończone wypracowanie z Transmutacji i kilka grubych tomów. Otworzył kałamarz. Niemal nie odczuwał zdenerwowania.
- A musisz to robić akurat tutaj?
- Promienie słoneczne padają w tym miejscu pod kątem pięćdziesięciu trzech stopni do stołu, co po podstawieniu danych do wzoru z drugiego twierdzenia Waltera i przyjęciu helioskopii właściwej dla Hogwartu daje nam wynik w sposób doskonały rezonujący z falami mózgowymi. W dodatku, niecodzienny układ Marsa i Jowisza sprawił, że ten róg biblioteki wydaje się dziś być nadspodziewanie wręcz szczęśliwy. Innymi słowy: gratuluję wyboru miejsca, panno Blaut - wyrzucił z siebie Severus w nagłym przypływie prawdziwie natchnionej krukońskości.
Krukonka, ku jego zdumieniu, zarumieniła się.
- Ty, Snape. Ty się naprawdę do mnie przystawiasz?
- Że... jak? - Severus zamrugał. Związek drugiego twierdzenia Waltera z romansem jakoś mu umykał.
- To już drugi raz, kiedy siadasz koło mnie. A teraz jeszcze zaczynasz mi słodzić - zauważyła trzeźwo panna Blaut.
- Jasne - sarknął Severus. - Tak, jakbym chciał chodzić z takimi... - tu zrobił pauzę, szukając rozpaczliwie w pamięci epitetu, które nie byłby obraźliwy - ...nadmiernie szczerymi osobami - dokończył i poczuł się rozczarowany samym sobą.
- Aha - stwierdziła Krukonka, wracając do swej własnej, złośliwej równowagi. Snape nie mógł odeprzeć wrażenia, że w jakiś sposób ją uraził. Choć Merlin wie jak, skoro zachowywał się nadzwyczaj wprost uprzejmie. - I tak nie miałbyś żadnych szans. Jesteś okropny pod każdym kątem Waltera, a nawet jakby cię przepuścić przez pryzmat. Aż dziw bierze, że śmiesz oceniać innych ludzi. Czy ty kiedyś oglądałeś lustro od błyszczącej strony?
- Próbowałem - wyznał Severus, przywołując na twarz swój najgorszy grymas śmierciożercy. Nie mógł się powstrzymać, to było silniejsze od niego. Dziewczyna, co zauważył z satysfakcją, cofnęła się mimowolnie w krześle. - Pękło.
- Jaka szkoda. Może spróbuj stresoodpornego?
- Nie rozpychaj się tak z tym mózgiem - powiedział powoli Ślizgon. - Inni też chcą oddychać.
- Jestem Krukonką - odparła z dumą dziewczyna.
- Szkodzi ci to.
- Co ty wiesz o Krukonach, brudny wężu? - sarknęła panna Blaut. - Jesteśmy jedynymi obrońcami prawdziwej akademickiej duszy tej uczelni! Gryffindor myśli tylko o zbijaniu bąków, Slytherin knuje swe przyszłe kariery, a w Hufflepuffie ze świecą by szukać zdolnego ucznia. Gdyby nie my, to można by od razu zlikwidować Hogwart!
- Misja godna pochwały.
- Ja myślę.
- Myślicie, owszem. W innych domach nazywają was nawet maszynkami do myślenia.
Severus uśmiechnął się w duchu. W jego głowie powoli wylęgał się plan.
- Czy wy w ogóle jesteście ludźmi?
- Że jak?
- No, czy wy się śmiejecie, jak inni. Wściekacie. Smucicie. Beczycie...
- A czemu by nie?
- Naprawdę beczycie? A co mogłoby skłonić takiego gruboskórnego Krukona do wylania z siebie fontanny łez?
- Podejrzewam że to co każdego, pyskaczu.
- Naprawdę? Czyli, jak ktoś wrzuci mu łajnobombę do torby? Albo jak zgubi swoje ulubione pióro?
- Ty nas mylisz z Puchonami, czy jak? - uniosła się gniewem panna Blaut. - Mówię o poważnych rzeczach, ćwoku!
- To się tyczy także osławionej panny Meyers?
- O rany, wy też o niej słyszeliście? - jęknęła panna Blaut.
Strzał w dziesiątkę, panie Snape.
- Słyszałem, że w zeszły piątek znowu nadawała. Jak wy to wytrzymujecie?
- Doprawdy, sama nie wiem - sarknęła dziewczyna.
- O co tym razem jej poszło?
- Myślisz że wiem? Mam lepsze rzeczy do roboty niż wysłuchiwanie czyiś jęków. Zresztą, ona pewnie sama nie wiedziała o co jej chodzi. Upiorna dziewucha. - Dziewczyna spojrzała na zegarek i mruknęła coś niepochlebnego pod nosem. - Muszę już iść, Snape. Zaraz zaczyna mi się Astronomia, a gwiazdy są ładniejsze od tego co mam przed nosem.
Do diaska, pomyślał Severus. A było tak blisko.

**

Porywisty wiatr kołysał konstrukcją Podniebnego Krużganku, niczym fale statkiem zacumowanym w porcie. Przechadzający się po nim człowiek mógłby odnieść wrażenie, że ziemia bawi się z nim w kotka i myszkę, gdy deski uciekały mu spod nóg by po chwili podrzucić go filuternie do góry.
Ten akurat Ślizgon nie zwracał uwagi na niestabilność gruntu. Do połowy wychylony za barierkę, z głową zwróconą ku dołowi to ku wysokim szczytom na horyzoncie, dumał.
Woda rozciągającego sie pod nim jeziora, ciemnogranatowa i nieprzejrzysta, raz po raz rozkwitała białą pianą syczących gejzerów - to lud trytonów wyrażał swoje zaniepokojenie nadchodzącą zmianą pogody. Uderzenia ich rybich ogonów zmuszały morskie purchawki do wystrzeliwania mlecznej wydzieliny. Jednak, mimo że te prymitywne istoty szalały z obawy, to w gruncie rzeczy przecież nie miały się czego lękać. Wody jeziora nie wyschną ani ryby nie uciekną, nie stanie się nic co mogłoby drastycznie zmienić ich tryb życia.
Burze w przyrodzie przychodzą i mijają, po jednym sezonie już się o nich nie pamięta. Burze kulturalne wyciskają trwałe piętno w umysłach pokoleń. Ślizgon mógłby się założyć, że zaledwie co dziesiąty czarodziej słyszał o Starych Obyczajach. Z tej grupy zaledwie garstka naprawdę je rozumiała.
I nikt nie marzył o ich przywróceniu.
To było smutne, naprawdę. Dumna arystokracja, napuszona może nawet jeszcze bardziej niż kiedyś, była niczym innym jak resztką przeszłości, bezpańskim skrzatem. Karierowicze, pozerzy i drobni cwaniacy, snujący swoje półciemne żywoty w zakątkach śmierdzącego Nokturnu, za pomocą pustych słów i błyskotek próbujący wybić się ponad szary tłum. Nie pamiętali albo nie chcieli pamiętać o Radzie Milordów która trzęsła Anglią na długo przed tym zanim pierwszy Minister Magii wypełnił swym zadkiem urzędowy stołek, woleli nędzne posadki ręka w rękę ze szlamami i mieszańcami lub siedzieli na swych górach złota niczym spasione smoki i udawali że świat do nich należy. Nie pamiętali albo nie chcieli pamiętać o Rozdzieleniu, woleli pozwalać, by mugolskie plugawe zwyczaje wkradały się do świata czarodziejów zmieniając go w kurnik w którym już niedługo rządzić będzie chamstwo i zidiocenie. Tyle pięknych tradycji, tyle dumy i realnej władzy które poszły w zapomnienie... Czas poetów i szaleńców, czas wielkich bohaterów i niebagatelnej magii, czas w którym epopeje rodziły się same... Minął.
Ślizgon otarł samotną łzę.
Burza nazywana była Rewolucją Mugoli. Choć zdarzyła się przed wiekiem, to miało się wrażenie że wciąż trwa, niszcząc coraz to głębsze pokłady tego, co składało się na czarodziejską tożsamość. Kruszyła stary świat po kawałku lecz nieubłaganie i jeszcze do niedawna nie było nadziei by ktoś był zdolny powstrzymać ten proces.
Wtedy przyszedł On, zjawił się na politycznej arenie niczym odpowiedź na modlitwę. Był prawdziwym starożytnym magiem, miał idee, miał klasę i nie wahał się łamać raz po raz tabu, które wyznaczało granice między dobrem i złem. Już teraz na dźwięk Jego imienia wielu oblewał zimny pot choć przecież On nie wykonał jeszcze żadnego ruchu. I obiecywał że przywróci potęgę arystokracji. Zaś, jeśli obiecywał, to nie było wątpliwości że właśnie Jemu, Lordowi Voldemortowi, zamiar się powiedzie.
W to właśnie wierzył Julian Avery.
- Dziwna pogoda na przechadzkę, panie Avery.
To była ta dziewczyna od Rookwoodów. Ewa, jeśli go pamięć nie myliła. Stała, dumnie wyprostowana i pozornie niewrażliwa na przenikliwy chłód, mimo że miała na sobie jedynie cienką pelerynę - teraz zaledwie strzępek materiału szarpany przez wiatr. Był pewien, że to tylko dobre wychowanie.
- My, poeci, jesteśmy niewrażliwi na tak błahe sprawy jak zła pogoda.
- Jestem pewna, że wróci pan do zamku z wyjątkowo porywającym poematem.
Uśmiechnęła się. Miała bardzo białe i bardzo równe zęby. Jak perełki. Aż żal, że jej nienagannym manierom i wyrafinowanemu stylowi nie towarzyszyła nieziemska uroda. Pospolitość jej rysów twarzy i nieciekawa kolorystyka psuły efekt.
- Przecenia mnie pani. Przyszedłem tu jedynie dlatego, że pragnąłem chwili samotności.
I musiałem podjąć pewną niezwykle istotną decyzję co do mojej przyszłości, pomyślał. Choć oczywiście nie zamierzał powiedzieć tego głośno. Niebawem... gdy stanie się Ich częścią, wtedy będzie mógł z dumą obnosić się z tym wśród swych przyjaciół. Skłonił się dwornie by ukryć głodny blask swych oczu.
Gdy ponownie się wyprostował, jej twarz znajdowała się zaledwie o pół metra od jego własnej. Odchrząknął w rękaw by ukryć zakłopotanie. To chyba niemożliwe by ta arystokratka była w nim zakochana? Gdyby była choć odrobinę ładniejsza...
- To zdumiewające! - Jej oczy otworzyły się szeroko w niedowierzaniu. - Więc nie tylko ja lubię rozmyślać w otoczeniu natury? Co więc sprowadziło pana do tego odizolowanego zakątka?
- Jak morświn tnący fale rozbijam przyszłość na maleńkie krople zrozumienia... - zacytował sam siebie Avery, chcąc uniknąć odpowiedzi wprost.
- Jakie głębokie - zachwyciła się panna Rookwod. - To pana dzieło?
- Tak, "Odyseja Czasu" - odparł Julian. Duma spłynęła na niego niczym syreni śpiew.
- Z przyjemnością posłuchałabym więcej...
- Znam całość...
- ... ale niestety obawiam się, że nie jestem dziś w odpowiednim nastroju do odbioru poezji. Widzi pan, trapi mnie pewien głęboki problem i muszę znaleźć szybko rozwiązanie.
- Jakiż to problem? Może razem mu szybciej podołamy, by mogła pani w spokoju ocenić moją skromną twórczość?
- Chodzi o zemstę.
W jej głosie pojawiła się twarda nuta. Julian spojrzał ponad jej głową na zachodzące za szczytami słońce. Wiedział, że stąpa po grząskim gruncie. Z niektórymi kanaliami tego świata lepiej było nie zadzierać.
- Na kim pani chce się mścić, jeśli wolno spytać?
- Na Rudolfie Lestrange.
Jeśli coś mogło doprowadzić krew Juliana do wrzenia to, prócz opłakanego stanu świata było tym czymś nazwisko jego znienawidzonego wroga. Więc doprowadziło.
- Co zrobił ten parszywy oszukańczy łotr? Nie, niech pani lepiej nie mówi! Jest zdolny do absolutnie wszystkiego by osiągnąć cel! Mają to w genach, ot co!
- Mam z nim pewne niedokończone porachunki.
- Jak z połowa cywilizowanego świata - sarknął Avery. Wziął kilka głębokich oddechów by się uspokoić. Nie wypadało krzyczeć w obecności damy.
Dama wydała z siebie długie "hm". Paznokciem podrapała polakierowane drewno poręczy w miejscu, gdzie jeden z uczniów wyrył napis "J.P. kocha L.E." i obwiódł go koślawym sercem.
- Możliwe - przyznała. - Sęk w tym, że w przeciwieństwie do nich ja mam na niego haka.
No, no. To było dopiero interesujące. Sposób na Lestrange'a marzył się Avery'emu od zarania dziejów. Wyzwać otwarcie nie dało rady, nikt o zdrowych zmysłach nie podłożyłby się pod Snape'a i Mulcibera, dwa ogary Rudolfa które najpaskudniejszą czarną magię ujeżdżały równie beztrosko co mali czarodzieje swoje dziecięce miotełki. Podejść też nie było jak, bo Lestrange albo był za głupi by knuć coś naprawdę niebezpiecznego albo milczał jak grób na temat swych tajemnych sprawek. Jeśli ta dziewczyna naprawdę coś wiedziała, Julian był gotów ją ozłocić.
- Czyżby?
- Tak. Niestety, z pewnych względów, a to takich, że jestem Krukonką oraz dziewczyną, nie jestem w stanie wprowadzić myśli w czyn. Nie miałabym wsparcia innych uczniów, a także odrobinę obawiam się jego zemsty... Ale gdyby zjawił się jakiś naprawdę odważny Ślizgon, któremu sprawiłoby rozkosz utarcie nosa panu Lestrange'owi...
- Może pani na mnie liczyć - odparł szybko Avery.
Nagle zdał sobie sprawę, że nie wie w co się tak naprawdę wplątuje. Oczywiście było już za późno. Dał słowo.
- Prawdziwy z pana bohater - powiedziała panna Rookwood i uśmiechnęła się słodko.

**

Piątek...
To beznadziejne, myślał Severus, wkraczając ponownie do biblioteki. Nigdy mi się nie uda, doszedł do przygnębiającego wniosku. Coś w nim samym wzbudzało w ludziach instynktowną nienawiść i strach, choć nie miał pojęcia co. Tak jak do tej pory nie przeszkadzało mu, że ludzie z innych domów byli do niego nieprzyjaźnie nastawieni, teraz przekonał się na własnej skórze jak niepokonaną przeszkodą może być uprzedzenie. Zatopiony w depresyjnych myślach, z wzrokiem błądzącym po wzorzystej posadzce, zrobił ciasny zakręt do działu Zaklęć i niemal zderzył się z jedyną obecną tam osobą.
Był to wysoki, muskularny chłopak o otwartym i przyjaznym spojrzeniu stalowoszarych oczu. Jego dłonie dotykały po kolei grzbiety książek, pozornie celowo, lecz nieprzytomny wyraz twarzy świadczył o rozkojarzeniu. Nawet nie zauważył nadejścia Snape'a.
Severus natychmiast cofnął się pod przeciwną półkę i zamarł w niespokojnym oczekiwaniu. Jeszcze tego mu brakowało, żeby młodsza wersja Slughorne'a zrównała z gruntem jego ego. Frank Longbottom był przedmiotem podziwu większości szkoły i podmiotem nienawiści tej części Hogwartu, która miała nieczyste marzenia. Ten Ślizgon dochrapał się, jako jeden z nielicznych z domu węża, pozycji Prefekta Naczelnego i nie bez racji. Znał wszystkich i z połową szkoły był po imieniu. Miał też wielką ambicję by zostać najlepszym aurorem Wielkiej Brytanii. Już samo to, nawet gdyby nie wyrażał się o nich z jawną niechęcią, nie zrównywało mu sympatii śmierciożerczej partii Severusa.
Świętoszek, mówili o nim. I spluwali za siebie.
Jednak teraz... Teraz, uświadomił sobie Severus, Longbottom był dokładnie tym człowiekiem którego potrzebował. Jeśli ktokolwiek mógłby wydobyć z Krukonki łzawe wyznanie, to właśnie on, Pocieszyciel Umartwionych. Inną sprawą było natomiast skłonienie go do współpracy.
Nabrał powietrza w płuca i powoli wypuścił. Właśnie tak, pomyślał. Oddychaj. Spokojnie. Poczynił dwa kroki, które dzieliły go od nieobecnego duchem Prefekta Naczelnego. Nie mógł nie zauważyć, że sięga mu zaledwie do podbródka.
- Longbottom? - zagaił.
Frank zwrócił w jego stronę szare oczy. Na zwykle uprzejmej twarzy pojawiła się ledwie ukrywana niechęć.
- Czego? - spytał.
- Znasz może Kimberly Meyers?
- Może tak. O co chodzi?
Longbottom oparł się plecami o półkę i posłał Snape'owi spojrzenie znad gniewnie skrzyżowanych rąk. Był naprawdę wysoki. Młodszy Ślizgon poczuł narastającą w nim panikę.
- Bo... Bo pokłóciliśmy się w piątek... I słyszałem, że przeze mnie płakała. I chciałem się dowiedzieć, czy to prawda.
Co za rozpaczliwe brednie plotę, pomyślał Severus.
Prefekt Naczelny skrzywił wargi w pół-ironicznym, pół-poirytowanym grymasie.
- Że jakaś dziewczyna płakała przez ciebie, Snape, w to jeszcze bym uwierzył. Ale, że ciebie to wzruszyło... Chłopie, tak bezczelnie kłamać to nie Ślizgonowi. O co naprawdę chodzi? Wypróbowałeś na niej jakieś małe przekleństwo i teraz boisz się konsekwencji?
Severus milczał, próbując na gorąco wymyślić jakieś inne, wiarygodne kłamstwo. Frank przewrócił oczami.
- Tak jak myślałem. Zmywaj się stąd, ścierwojadku, zanim uznam za stosowne powiadomić nauczycieli.
- Założyłem się - wysyczał Severus przez zęby. To przynajmniej była częściowo prawda.
- Co?
- Założyłem się - powiedział głośniej - że dowiem się, czemu ta piekielna dziewucha beczała w zeszły piątek - zakończył gniewnie.
Oczy Longbottoma zrobiły się okrągłe jak spodki. Parsknął śmiechem.
- A to dobre! I co, Niewybaczalne nie zadziałały? Nie przyznała się?
- Bez przemocy - zakonkludował skwaszony Severus. Naprawdę, czy jego celem życiowym miało być stanowienie pośmiewiska dla innych? Może w takim razie od razu podetnie sobie żyły. Przynajmniej zrobi Potterowi nieplanowane urodziny.
Tym razem Longbottom o mało co nie wylądował na podłodze. Przez długą chwilę trzymał się za brzuch i próbował zdusić w sobie napad spazmatycznego śmiechu który z pewnością przywołałby tu panią Pince. Gdyby nie paląca potrzeba, Severus już dawno pozbierałby resztki swej dumy i zwiał.
- Ahaha! Biedne dziecko przedmieść, zmuszone do przeprowadzenia kulturalnej rozmowy z dziewczyną! Uhuhu!
- Skończyłeś już, Longbottom? - spytał maksymalnie zdołowany Severus.
Longbottom skończył.
- Poważnie, Snape?
- Nie, po prostu poczułem niewyjaśnioną potrzebę zrobienia z siebie idioty.
Longbottom podrapał się po brodzie. Jego twarz przybrała ślizgoński wyraz. Snape poczuł zalewającą go ulgę. Z tym wiedział jak sobie poradzić.
- Może mógłbym pomóc - przyznał prefekt. - Oczywiście, nie za darmo.
- Jasne - zgodził się Severus. Niczego innego nie oczekiwał.
Longbottom skinął głową i sięgnął do przewieszonej przez ramię skórzanej torby. Wyciągnął z niej paczuszkę, starannie opakowaną w ozdobny ciemnozielony papier w srebrne róże. Złożył ją w ręce Snape'a.
- Ostrożnie - przykazał.- Chciałbym, żebyś dał to dziś Alicji Winterblow, to Puchonka z twojego roku. I życz jej wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
- To wszystko? - spytał podejrzliwie Severus.
- Dodaj jeszcze, że w jej oczach odbija się światło gwiazd...
- Hę?
- ... a jej usta są jak płatki róż - zakończył rozmarzonym tonem Longbottom.
Potem spojrzał, znacznie bystrzej, na Snape'a.
- Oczywiście, nikomu ani słowa. Liczę na twoją dyskrecję, inaczej sam cię avaduję. - Pogroził mu palcem. - Spotkamy się jutro, o tej samej porze.
Puścił oko do zdębiałego Ślizgona.
- Wisisz mi za to, Longbottom - powiedział złowieszczo Severus.

**

- Winterblow? Alicja Winterblow?
Alicja wyjrzała zza krzaka ścieszymiłki z którego, na polecenie profesor Sprout, kończyła właśnie zrywać jagody. Na błotnistej ścieżynce szklarni numer pięć przestępował z nogi na nogę blady, chudy chłopak. Jego zwisające smętnie tłuste włosy i komicznie wielki nos skojarzyły jej się błyskawicznie z nazwiskiem Snape. Był to, jak ją ostrzegali, jeden z tych paskudników których za wszelką cenę należało unikać.
Nie wchodziła mu w drogę. Dlaczego więc jej szukał?
- Tak? - spytała, wygrzebując się z krzaków i ściągając grube rękawice ochronne. - To ja.
Chłopak, jak jej się zdawało, zgarbił się jeszcze bardziej. Niedługo zostanie mu tak na stałe, pomyślała z troską.
- Mam ci przekazać prezent - powiedział szybko. - Od Lonbottoma.
Alicja wzięła paczuszkę w obie ręce i spojrzała na nią ze zdumieniem. Od Franka? Od najpopularniejszego, najprzystojniejszego chłopaka w całej szkole? Ale to niemożliwe! To musiała być pomyłka, jej największe marzenie nie mogło się właśnie spełniać! Ślizgoni nie zakochiwali się w Puchonkach, oni je traktowali jak trochę większe puffki.
Frank...
- Dziękuję! Poczekaj tylko to odłożę!
W podskokach odtańczyła do miejsca, gdzie zostawiła swoje rzeczy. Snape podążał za nią wzrokiem.
- Dzięki, och, dzięki! - rzekła bez tchu, osłupiała ze szczęścia. - Mówisz, że to naprawdę od Franka? Od Franka! - Dotknęła dłońmi nagle rozpalonych policzków. - Ojej! To najwspanialsza chwila mojego życia!
- No... tak. - Snape zrobił bardzo ostrożny krok do tyłu. Przekrzywił głowę i przyglądał jej się przez chwilę. Wreszcie, schował ręce za plecami i odetchnął głęboko. - I jeszcze... Mam ci przekazać, że życzy ci wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
- Oooch! Pamiętał!
- I... - Ślizgon wiercił się, jakby miał owsiki. Pochylił głowę tak, że tłuste kosmyki opadły do przodu i zasłoniły mu twarz. - I jeszcze... Jeszcze mówi, że... że... że w twoich oczach odbija się światło gwiazd, a twoje usta są jak płatki róży.
Ostatnie słowa brzmiały bardziej jak wyznanie winy niż wyznanie miłości. Ale nic nie mogło zburzyć niezwykłego nastroju Alicji. Frank tak powiedział... Jej Frank... To musiał być sen. Cudowny, szalony sen. Zaraz pojawią się różnobarwne motyle i klomby kwiatów. Armia wróżek zaśpiewa jakąś słodką melodię. Coś musiało się zdarzyć, bo przecież chwila takiego szczęścia nie mogłaby się obyć bez znaku z nieba...
- No to cześć - rzekł Snape i spróbował uciec.
- Czekaj!
Złapała go za ramię. Zesztywniał tak, jakby ktoś trafił go petryfikującym.
- Możesz mu powiedzieć, że jest najprzystojniejszym chłopakiem świata i... że jest wspaniałym ścigającym i... że na miotle wygląda jak huragan i...
- I mam sobie może jeszcze sprawić białe giezełko i dokleić skrzydełka, co, Winterblow? - ryknął Snape, odwracając się gwałtownie.
- Przepraszam? - nie zrozumiała Puchonka. Ojej, ale się zdenerwował...
Snape, nie wiadomo dlaczego, pacnął się dłonią w czoło. Rosnąca obok smętna litania podążyła w jego ślady, opryskując ich słodko pachnącym nektarem.
- Piszcie sobie listy miłosne, dobra? - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Nie wykorzystujcie niewinnych ludzi.
- Naprawdę? - wyszeptała. - Myślisz, że przeczyta? Myślisz, że się ucieszy, jak zobaczy list ode mnie?
- Merlinie, Winterblow - jęknął Snape. - Tak, oszaleje z radości! Żegnam!
- Czekaj!... Jak masz na imię? Dziękuję!
Ale już zniknął za drzwiami szklarni. Dziwaczny chłopak. Wzruszyła ramionami i wróciła do zbierania jagód. Normalnie, długie godziny spędzone między roślinami sprawiały jej przyjemność. Jednak dziś śpieszyła się jak mogła, by wreszcie odpakować prezent od Franka.
Jej Franka.

**

Mulciber wynurzył się z półmroku biblioteki, gdzie też nie było Snape'a. Zastanawiał się przez chwilę, gdzie też to skunksa wywiało. Od hogwarckich błoni ciągnął zapach powietrza po burzy a ludu było rozsypanego na młodej trawie tyle co mrówków. Doszedł szybko do wniosku, że nie ma ochoty go tam szukać. I tak miał parszywy humor. Z domu przyszedł list, że ojciec musiał zakuć starszą siostrę w lochach, bo znowu wylazła na miasto i znaleziono ją po trzech dniach pod przypadkowym czarodziejem, dziwkę jedną. Zapowiadały się wakacje marzeń. W dodatku niedługo pewnie Snape wróci z kolejnego bezowocnego śledzenia Gryfonów i zacznie mu jojczyć nad głową, że peleryny-niewidki powinny być zabronione. Skunks był irytujący w tej swojej obsesji bandą Pottera. Przecież niedługo i tak zostaną śmierciożercami i zaavadują ich wszystkich. Poświęciłby lepiej swój cenny czas na pozbycie się tych kilogramów łoju z łepetyny. Mulciber nie był pewien, czy wśród śmierciożerców istnieją jakieś normy higieny, ale jeśli istniały, to Snape'a wywaliliby jako pierwszego.
Ponieważ na razie był sam, postanowił trochę się rozerwać.
Lochy były wolne od potencjalnych ofiar, widać wszyscy uciekli na słoneczko. Mulciber ruszył więc wyżej. Gdzieś w połowie wachlarzowatych schodów zachodniego skrzydła napotkał na swej trasie samotną (i nieostrożną) Krukonkę. Siedziała na stopniu z nogą założoną na nogę i korzystając z firan światła wpadającego przez ogromne witrażowe okno czytała niewielki tomik czegoś, co wyglądało na poezję. Na jej twarzy malowało się takie obrzydzenie, że Mulciber myślał przez chwilę, że może to coś autorstwa świra Avery'ego.
Niestety, dziewczyna nazywała się Rookwood i nic nie mógł na to poradzić. Postanowił więc ją minąć i poszukać odpowiedniejszej ofiary. Jednak, gdy już przeskoczył wyjący stopień i znalazł się na jej wysokości, wstała i ruszyła za nim.
- Hej, Mulciber.
- Odwal się Rookwood, jeśli nie chcesz dostać w pysk - poradził jej Ślizgon.
Szybkim krokiem przemierzył szeroki korytarz prowadzący do sali Transmutacji. Nie odstępowała go o krok, zaraza jedna.
- Po prostu chcę cię ostrzec. Inni Ślizgoni gadają już o tym na całego, a i Krukoni nie milczą.
- Co ty za bzdury pleciesz? - zdenerwował się nie na żarty Mulciber. Dowiedzieli się o jego siostrze? Zatrzymał się gwałtownie i zastąpił jej drogę. - Gadaj co masz do powiedzenia i zjeżdżaj!
- Chodzi o twojego najlepszego kumpla - powiedziała konspiracyjnym tonem, nachylając się w jego stronę. - Lestrange'a. Knuje coś za waszymi plecami. Mówią, że...
Chwycił ją za przód szaty i pchnął na ścianę. Końcem różdżki kujnął ją w gardło gdy tymczasem jego lewa dłoń była zajęta przytrzymywaniem drżącej zdobyczy. Tak, mała trzęsła się jak osika i choć próbowała zachować nieporuszoną minę to jej ciało ją zdradzało. No ale po co, głupia, z nim zadzierała?
- Śpiewaj, wróbelku - powiedział swym najgłębszym głosem przyszłego śmierciożercy. - Jak ty i twoja zgraja chcecie wrobić Rudolfa?
- Nie... Nie będę rozmawiać w takich warunkach - powiedziała, unosząc brodę do góry. - Chyba pomyliłeś mnie ze szlamą, zbóju. Puszczaj w tej chwili!
- Zmuś mnie - odparł Mulciber, szczerząc zęby w ten szczególny sposób który wywoływał przerażenie na twarzach jego ofiar. Dziewczyna przełknęła nerwowo ślinę. - Ja mam różdżkę w ręce a ty nie masz. Co chcesz mi zrobić?
Wbił koniuszek różdżki w jej podbródek i zaczął mamrotać pewne dość zabawne zaklęcie. Niestety, zdekoncentrował go nagły, ostry ból w podbiciu stopy. Wrzasnął i odruchowo odskoczył, usuwając uszkodzoną kończynę z zasięgu twardych obcasów panny Rookwood. Dziwka sięgnęła po różdżkę.
- Dienitperra!
Niewidzialna siła chwyciła ją za łydkę i szarpnięciem posłała na ziemię. Przeciągnęła ją te kilka kroków, krzyczącą i próbującą wyrwać się z uścisku szczęk, do miejsca gdzie stał Mulciber. Ślizgon przycisnął ją kolanem do ziemi i chwycił za włosy.
- Zaraz ci pokażę gdzie twoje miejsce, suko! - syknął.
Szarpała się i próbowała wydrapać mu paznokciami oczy. Była jednak od niego o wiele mniejsza i słabsza.
- Immobilus - powiedział Mulciber, by zaoszczędzić sobie fatygi. - To jak, śpiewasz czy bawimy się dalej?
- Pożałujesz tego! - wysapała. - Jak tylko moja rodzina się dowie...
- A jest tutaj? - spytał. - Nie? A to szkoda. Brim...
- Czekaj! - krzyknęła. - Proszę, nie rób tego!
- Bo co?
- Bo cię wywalą! Prefekt tu idzie!
- Nie chrzań! I tak ci nie uwie...
Zaraz... Rzeczywiście słychać było jakieś kroki. Zamarł na chwilę, odrywając wzrok od jej bladej jak ściana twarzy i nasłuchiwał. Kroki się zbliżały...
- Zjeżdżaj!
Uwolnił ją od czaru. Dokuśtykała do najbliższej łazienki, raz po raz wycierając oczy rękawem. Mulciber stał przez chwilę, niezdecydowany co robić. Wreszcie, nadchodząca osoba skręciła za róg i znalazła się z nim twarzą w twarz.
Snape.
- Mulciber? A ty co tu robisz w taki piękny dzień wiosenny? Polowanko? - sarknął, mijając go bez zatrzymywania się. Mulciber podążył jego śladem.
- Tak, właśnie przepłoszyłeś mi zdobycz, a nie masz pojęcia jak cholernie trudno było coś znaleźć! - wyrzucił z siebie, gorzko zawiedziony. - I gdzie ty znowu polazłeś, tylko nie mów że za Potterem, bo jak zaczniesz jojczyć to ci nos wygnę w drugą stronę! I... Merlinie! Jakieś nowe perfumy? - Mulcibera niemal zemdliło.
- Chcesz przekleństwem między oczy?
Mulciber zamilkł na chwilę.
- To zachowuj się.
- Ale co ty...
- Nie twoja sprawa - odwarknął Snape. - A teraz chodź na słoneczko. Potrzebuję trochę pozytywnej energii.

**

Sobota...
- I jak? Dowiedziałeś się? - spytał niecierpliwie Severus, opierając się o brzeg stołu. Postukał palcem w grzbiet potężnego oprawionego w skórę tomu "Runy wczoraj i dziś". - Hej?
Frank Longbottom podniósł wzrok znad pilnie studiowanych notatek. Na jego wargach wykwitł uśmiech. Skinął głową.
- Dzięki za Alicję.
- Czyżbyś otrzymał bardzo długi i... puchaty list? - zgadł Snape.
- Hm.
Longbottom się rozmarzył. Severus odchrząknął znacząco, by ściągnąć starszego Ślizgona z siódmego nieba.
- I co ci powiedziała?
- Ach, tak. Nie lękaj się, Snape, to nie przez ciebie. Zapomniała napisać o trzecim zastosowaniu transmutacji drewno-metal na piątkowym sprawdzianie i myślała, że McGonagall ją wytrolluje.
Severusowi ręce opadły. Klepnął na wolny stołek.
- Nie rozumiem Krukonów - wyznał.
- Ano.
No to mamy sukces, pomyślał Snape. Mimo to, wcale nie było mu do śmiechu. Otrzymał całkowicie nieistotną informację. A co dał w zamian? Został dwukrotnie zrównany z błotem. Dowiedział się, dobitnie i na wiele sposobów, za jakiego śmiecia uważa go ptasia ćwiartka Hogwartu.
Jak sobie niby wyobrażała Rookwood ich w starciu z Voldemortem?
- Wiesz - powiedział prefekt naczelny, po czym zamyślił się na chwilę. Jego twarz, co dziwne, nie wyrażała tak znanej Snape'owi niechęci. Była spokojna i poważna. Wokół szarych, życzliwych oczu zarysowały się delikatne zmarszczki. Severus nie do końca rozumiał co się dzieje, jednak jego serce załomotało niespokojnie w piersi. - Nie jesteś taki zły jak się wydajesz na pierwszy rzut oka, mały.
Nie jestem mały, pomyślał ze złością Snape. Od trzech miesięcy jestem pełnoletni. Chciał wyartykułować jakiś protest ale nie mógł. Słowa nie przechodziły przez ściśnięte gardło.
- Nie pakuj sie w to gówno. Życia szkoda.
- Uhm.
Czemu nagle wszyscy zapragnęli dawać mu dobre rady? Nie prosił o nie.
- Jeśli byś kiedyś czegoś potrzebował, wiesz gdzie mnie znaleźć.
Snape spojrzał pytająco na prefekta. Ale Longbotom już skończył.
- A teraz znikaj, wasza ślizgońskość. Dekoncentrujesz mnie, a tu za miesiąc owutemy.

**

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Projekt: Chimera

Postautor: Leonette » 23.08.09, 21:41

**

Poniedziałek...

- ... Droopster ma urodzinki. Siódemka zaofiarowała się kupić mu jakiś wystrzałowy prezent... Miejmy nadzieję, że to nie oznacza że cała buda pójdzie w powietrze. Reszta należy do nas. Pozwoliłem sobie rozdzielić obowiązki. Severus upiecze ciasto...
- Że jak? - Snape'a umieszczenie w jednym zdaniu jego osoby i produktu frywolnego definitywnie wyrwało z zamyślenia. Lestrange bezradnie wzruszył ramionami.
- Na ciebie wypadło.
- Prędzej mi oczy na tyłku wyrosną.
- Nie dąsaj się. Wszyscy wiedzą, że to ty najlepiej sobie radzisz z brejami, perdon, eliksirami.
- To ja mam mu upiec ciasto czy uwarzyć truciznę? - zapytał podejrzliwie Snape.
- Ciacho z nadzieniem! - podpowiedział Mulciber.
- I o czym my w ogóle mówimy?
- Snape, ty mnie nie słuchałeś?
Severus, w rzeczy samej, nie słuchał. Przepuszczał koło uszu paplaninę Rudolfa gdyż jego mózg ciężko pracował, próbując rozwiązać zagadkę stulecia: Co też wymodziła Rookwood? Jak do tej pory nie zauważył jakichkolwiek oznak jej działalności. Przemawiało to na jego korzyść i oznaczało, że Krukonka rzeczywiście była pozerką, mocną jedynie w gębie. Ale, mimo że na razie tryumfował, nie mógł się wyzbyć pewnego szczególnego niepokoju który przenikał go aż do kości za każdym razem kiedy wchodził do swojego dormitorium.
- Coroczne zebranie przed wakacjami, chłopie. Nie mów mi, że nie pamiętasz. To bardzo ważne żebyśmy się wszyscy razem spotkali zanim... Jesteśmy już wszyscy pełnoletni, rozumiecie. Kto wie, co wydarzy się tego lata.
Oczy Lestrange'a rozbłysły. Nie trzeba się było długo zastanawiać by wywnioskować co on miał nadzieję że się wydarzy. Jeszcze mi w całej tej radosnej mieszaninie i Czarnego Pana brakuje, pomyślał niewesoło Severus. Jeśli Rookwood chciała mu zawalić życiorys, to przynajmniej w tym osiągnęła swój cel. Nagle Snape nie był stuprocentowo pewien ani swych przyjaciół Ślizgonów ani tego, czy naprawdę chce stać się częścią elitarnej grupy, o której do tej pory mówiono mu w samych superlatywach.
Śmierciożercy. Moc. Poważanie. Możliwości. Władza.
Niewolnicy?
To twierdziła Rookwood. Co ona może wiedzieć o naśladowcach Czarnego Pana? Wychowała się wśród nich. I co z tego? On słyszał pochwały z ust samych śmierciożerców. Ciemnymi wieczorami przy szklaneczce whisky snuli opowiadania o kręgach wtajemniczonych, maskach, runicznych nożach zaklętych przez samego Lorda Voldemorta które krew jednorożca przeistaczały w eliksir wiecznego istnienia, chwilach gdy krople krwi wsiąkają w dębowe deski, na niebie roztacza się upiorna łuna Mrocznego Znaku a aurorzy kwilą jak dzieci i na klęczkach błagają o życie, o łaskach spływających na najwierniejszych druhów Czarnego Pana... Młodzi czarodzieje słuchali z otwartymi ustami. Dostać się do śmierciożerców było największym zaszczytem.
Nikt nie wie jak jest naprawdę, dopóki nie znajdzie się w środku.
Severus nie miał pojęcia skąd wzięła się ta myśl. Ale przeraziła go do głębi.
- Hej, Ziemia do Snape'a! Powtarzam po raz ostatni: w tę sobotę o pierwszej w Świńskim Łbie.
Lestrange wyglądał na zirytowanego, choć nie mogło się to równać z uczuciem, które ogarnęło Sevrusa. No pięknie! Nie dość, że wszystko mu się na łeb wali to jeszcze z nagła druzgotek zaczął cierpieć na nadmiar popularności! I jak on pogodzi ze sobą Ewę Zgubę Narodów i doroczne Kółko Szydełkowania?
- Jeśli ten spektakl z urodzinami ma być przykrywką to chyba wam na mózg padło - odparł sceptycznie Snape, starając się jednocześnie uspokoić zalewającą go burzę potężnych emocji.
- Czemu nie? - Rudolf wyglądał na rozentuzjazmowanego. - Slytherin też może pozwolić sobie na odrobinę niewinnej rozrywki.
- Straciłeś niewinność na drugim roku, kiedy zabłądziłeś do łazienki Jęczącej Marty - przypomniał mu złośliwie Severus.
- Oż ty, perwersie jeden! - oburzył się Rudolf.
- Wciąż ucieka na sam jej widok - zauważył Mulciber.
Obaj parsknęli śmiechem.
- Dobrze, możecie sobie urządzać urodzinki - Severus dzielnie przemilczał gwałtownie narastające w nim pokłady sceptycyzmu. Miał wystarczająco dużo problemów, by jeszcze martwić się, że inni robią z siebie idiotów. - Tylko nie mówcie potem, że was nie ostrzegałem, jak w połowie spotkania dołączy się do nas Dumbledore w papierowej czapeczce na głowie i zechce sobie z nami strzelić zdjęcie pamiątkowe.
Skręcili na schody do lochów. Wąskie stopnie z szarego kamienia nie należały do najbezpieczniejszych. Wyślizgane tysiącami uczniowskich butów nie dawały pewnej podpory dla stóp, zaś architekt nie pomyślał o poręczy której można by się przytrzymać na wypadek gdyby Potter upuścił słoik z ślimaczym śluzem. Severus więc, nauczony bolesnym doświadczeniem, odskoczył instynktownie. W tym samym momencie koło jego twarzy świsnęły dwa warkocze i coś potrąciło Rudolfa tak, że nieomal zleciał na pysk.
- Hej, ty! - wrzasnął chłopak, wygrażając nieostrożnej pannicy pięścią. - Uważaj gdzie stawiasz stopy, łajzo!
Ślizgonka odwróciła się w miejscu i uniosła brew jakby dopiero co go zauważyła. Prychnęła.
- Jak ty mnie nazywasz, tyłku gumochłona? Jeśli ktoś ma tu uważać, to lepiej ty to rób, Lestrange. Avery ma na ciebie takiego haka, że jak ci się w gębę wbije to ci pępkiem wyjdzie.
- Że co?
- Nie pomagam zdrajcom! - zawołała, po czym zniknęła w głębi korytarza.
Lestrange gapił się za nią z ustami otwartymi szeroko jak wrota piekielne.
- A żeby to - rzekł wreszcie. - Sądziłem, że po trzech pokoleniach się zapomni. Ale nie. Pieprzony Avery musi wymierzyć poetycką sprawiedliwość.
- O czym ty smęcisz? - spytał podejrzliwie Severus.
- Kiedyś moja i jego rodzina pokłóciła się o jakiś patent. Moja wygrała. Od tej pory jesteśmy oficjalnymi wrogami. Wygląda na to, że drogi Julian poczuł się w obowiązku dokopania mi przed zakończeniem swojej kariery szkolnej.
Mulciber się zgodził. Severus miał własną teorię, ale nie zamierzał się z nikim nią dzielić.
Salon Slytherinu wyglądał tak samo zielono, snobistycznie i w ogóle identycznie jak zawsze. Lecz, mimo że lampy i świece paliły się równym, silnym światłem to gdzieniegdzie rodziły się ciemne plamy, z rodzaju tych które znikają w chwili gdy człowiek zechce się im przyjrzeć. Przykładowo, grupka pierwszaków na ich widok zbiła się ciaśniej w swym ulubionym kąciku pod Ręką Dementora (rzeźbionym kandelabrem który w założeniu miał być pięcioma syczącymi wężami, ale rzucał makabryczny cień na ścianę) i zaczęła coś do siebie szeptać, niemal zachłystując się z podniecenia. Starsi uczniowie wykonywali jakieś skomplikowane manewry, które mogły przywodzić na myśl ruchy figur szachowych. Przechodzili z miejsca na miejsce, zmieniali fotel... Okrążali ich. Severus poczuł się jak ostatni samotny pion broniący dostępu do króla. Sprawdził, czy aby na pewno wciąż ma różdżkę...
- Nie podoba mi się to - powiedział Mulciber.
Od strony dormitoriów wkroczył do salonu Julian Avery, z tą nieodzowną miną człowieka, który ma świętą rację i niech mu ktoś udowodni, że nie. Otaczało go kilkoro siódmorocznych którzy, co Severus z niepokojem zauważył, nie należeli do jego zwykłego kręgu znajomych.
- Proszę, proszę. I któż to zawitał w nasze gościnne progi? - wycedził Avery, podpływając swym posuwistym krokiem do Rudolfa. - Mamy nadal dawać schronienie i karmę temu psu niegodnemu który kala swe rodzinne gniazdo? A może wytarmosimy go za kudły i wyrzucimy za drzwi, tam gdzie jego miejsce?
- Chcesz czegoś ode mnie, poeto za pół knuta? - spytał zaczepnie Lestrange. - To powiedz to wprost. Tylko błagam, nie rymuj.
- My też czegoś od ciebie chcemy, Lestrange - odparł jeden z Ślizgonów okupujących skórzane fotele. Severus sklasyfikował go jako piąty rok. - Już dość się nasłuchaliśmy opowieści o tym, jak zamierzasz zniszczyć reputację naszego Domu i wsadzić swoich własnych kolegów za kratki po to tylko, by móc się samemu wybić w służbie twego ukochanego Czarnego Pana. Teraz chcemy wiedzieć, co ty masz do powiedzenia na swoją obronę.
- Co wam się wszystkim uroiło? - wykrzyknął zdumiony Rudolf.
- Ja! Ja! - Jedna z mniejszych dziewczynek podskakiwała do góry, machając uniesioną dłonią i najwyraźniej pragnąc zostać dostrzeżoną. - Ja wszystko wiem! Ja powiem!
- Mów - pozwolił jej Avery.
- No bo on zna tajemnicę! Wielką tajemnicę! - wyrzuciła z siebie bez tchu młoda Ślizgonka. - Tajemnicę Komnaty Tajemnic! Ma do niej klucz i chce ją otworzyć! Wypuści z niej potwora, straszną bestię i będzie jej rozkazywał! I bestia pożre wszystkie szlamy a wtedy on zrzuci winę na innych i nastraszy ich, że jeśli nie będą współ... współ... Jeśli się nie zgodzą to bestia ich też zje!
- To największa bzdura...
- Miło, nieprawdaż? - Avery uśmiechnął się słodko. - A jeśli ta mała mówi prawdę? Wszak wiemy, że twoja rodzina nie gra czysto. Jeśli ktoś z was znalazłby rozwiązanie największej zagadki Hogwartu, to można mieć pewność...
- Tak bardzo cię gryzie historia sprzed wieku? - przerwał mu wpieniony Lestrange. Zadarty nos Juliana działał na niego niczym płachta na byka. - Jesteś żałosny! Chcesz pojedynku? Będziesz miał pojedynek! Tu i teraz! Stawaj, wierszokleto!
Dramatycznym gestem wydobył z rękawa szaty swoją różdżkę. Trysnęła fontanna karmazynowych iskier i Rudolf przez chwilę wyglądał niczym legendarny mściciel. Ale w tym samym momencie tuż przed jego nosem zmaterializował się ostry koniec innego produktu Olivandera. Severus nigdy jeszcze nie widział na twarzy Regulusa Blacka tak skoncentrowanej wściekłości.
- Chcesz walczyć i ze mną? Tak się składa, Lestrange, że ja też wiem o pewnych nieczystych sprawkach - powiedział. - I myślę, że jesteś zdolny do wszystkiego. Nie obchodzi mnie, co knujesz, ale jeśli okaże się, że zdradzasz Slytherin, dowiesz się osobiście, że cytat "I spadł na niego gniew Blacków, i pochłonął jego majątki, dziedziców, wszystko to, co ukochał" nie jest wyssany z palca.
No proszę. Co za pasja, co za głębia. I nie zapłaciłem za to ani knuta, pomyślał Severus.
- Najbardziej niewiarygodne historie czasami okazują się prawdziwe - zacytował Avery. - Ty zaś, mój przyjacielu, odrobinę przesadziłeś.
- Do naszych uszu doszło - powiedział jeden z siódmorocznych Ślizgonów otaczających Avery'ego, marszcząc groźnie czoło - że wszedłeś w posiadanie nielegalnych eliksirów. Jeden z nich sprawia, że czyjeś ciało twardnieje i zmienia się w drewno, inny rozpuszcza oczy, jeszcze inny rozdziela mózg tak żeby każda z jego połówek myślała, że jest oddzielną osobą...
Arbustosena i Ślepy Kurak. A to ostatnie to nawet nie eliksir tylko czwarte Zaklęcie Duszy, pomyślał Severus.
- Wy myślicie, że ja jestem idiotą? - spytał wyraźnie pobladły Rudolf. Nie mógł nie zauważyć, że coraz więcej osób dołączało się do otaczającego ich kręgu. Nie wszyscy wyjęli różdżki ale twarze znakomitej większości nie wyrażały poparcia dla ofiary. - Że trzymałbym coś takiego w Hogwarcie? Za kogo wy mnie macie?
- Za podstępnego karierowicza?
- Powiedz, Lestrange, na kim chciałeś tego wszystkiego użyć?
- Zdrajca!
- Nie dość ci, że Slytherin ma tak parszywą reputację? Jeszcze chcesz ją pogorszyć?
- Swoje śmierciożercze zabawki używaj na sobie, drągalu!
- To co ty tam masz?
- Ja słyszałem, że to pergamin na którym jest napisane bardzo starożytne zaklęcie! Ten kto je przeczyta stanie się do końca życia niewolnikiem właściciela pergaminu! - wykrzyknął nadgorliwy drugoroczny.
- Co ty gadasz, Jeffrey! - oburzył się inny. - To jajo bazyliszka, takie wielkie! A one są posłuszne temu, kogo pierwszego zobaczą!
- Łał! - westchnęły chóralnie dwie pierwszoklasistki.
- Oj dzieci, dzieci - Jedna ze starszych Ślizgonek potrząsnęła głową. - Wyobraźnia was ponosi.
- Ale to prawda!
- My słyszeliśmy!
- Co niby słyszeliście? - wykrzyknął Rudolf. - Ja chyba śnię! Slytherin zmienił się w bastion plotkarzy! Wy też słyszeliście? - spytał Severusa i Mulcibera.
- Która wersję? - zadrwił Snape.
- Ja... Chyba coś słyszałem... - Mulciber zmarszczył brwi. - Ale oczywiście, że temu nie wierzę! - dodał gorąco.
- Czy wy nie widzicie? - miotał się dalej Lestrange. - To wszystko jakieś bzdury! Ktoś chce mnie zniszczyć! I nawet wiem kto! - zwrócił się w kierunku Avery'ego. - Ty świnio!
Chciał się rzucić z pięściami na swego adwersarza, ale na swej drodze napotkał różdżkę, a w jej przedłużeniu Regulusa.
- Nie plątaj go do tego - powiedział Black. - Mogę zaręczyć, że to nie żadna plotka która ma na celu nadszarpnięcie twojej reputacji. W tym tkwi ziarnko prawdy. Inaczej byś się tak nie miotał.
- Miotam się, bo nagle wszyscy zachowujecie się jakbyście się szaleju najedli! - wrzasnął Lestrange.
- No, już, nie chcemy ci zrobić krzywdy. Jeśli to potwarz, wszyscy oficjalnie cię przeprosimy - powiedziała jedna z siódmorocznych, muskularna dziewczyna grająca w drużynie na pozycji pałkarza. Przystąpiła do Rudolfa i klepnęła go w plecy. Pod biednym Lestrange'em nogi się ugięły.
- Wiemy, że ukrywasz jakiś niezwykle niebezpieczny magiczny artefakt. Wiemy też, że zamierzasz go przeciwko nam użyć. A skoro nikt nie zna szczegółów, to dziwisz się, że ludzie spekulują na ten temat? - kontynuował myśl Regulus. - Szczególnie najmłodsi, którzy mają najbujniejszą wyobraźnię i najmniejsze rozeznanie w tych sprawach?
- Nie chcemy tego tutaj! - wykrzyknął jakiś śmiały czwartoroczny. - Nie wszyscy maja takie ambicje jak ty, wiesz?
- Ja naprawdę nie wiem o czym wy mówicie! Ratuj mnie, Slytherinie!
- Slytherin nic ci już nie pomoże - zauważył Avery. - Jedynym ratunkiem dla twego honoru jest udowodnić twą niewinność.
- Niby jak?
- Pokaż, że rzeczywiście niczego przed nami nie chowasz - odparł Julian. Jego wargi wygięły się w iście diabelskim uśmiechu.
Lestrange najpierw zbladł śmiertelnie. Potem na jego policzki wystąpiły krwiste rumieńce.
- Wy chyba... wy chyba... Nie zamierzacie grzebać w moich rzeczach? - wydukał. Jego oczy przebiegły po zgromadzonych i zatrzymały się niespodziewanie na Severusie. - Powiedz, że to nie ty.
- Że nie ja co?
- Że nie ty powiedziałeś...
- Co niby? - Severus posłał mu niewinne spojrzenie. - Mam lepsze zajęcia niż rozpowiadanie bredni.
- Sam nam je pokażesz - pozwolił mu łaskawie Avery.
- Mam wystawiać na widok publiczny swoje gacie? Wy chyba chorzy jesteście! Psychopaci! - zawył Lestrange. - Zawołam opiekuna domu! Gdzie jest prefekt naczelny?!
- Chcesz, żeby oni też popodziwiali? - prychnęła pałkarka. - Nie ma rady, stary. Prowadź do tej jaskini smoka.
Czarny Pan to zło, pomyślał Severus. Ale Ewa Rookwood jest jeszcze gorsza.
- Możesz komisyjnie - zaproponował, litując się nad bądź co bądź kumplem w potrzebie. - Po jednej osobie z każdego roku i sami faceci.
- To jest skandal! Ja się nie zgadzam!
- A dał ci ktoś wybór? - zadrwił jeden z siódmorocznych.
Dziesięć minut i stek przekleństw później jedenastka uczniów zajęła miejsca w dormitorium szóstego roku. Jedenastka, gdyż żaden ze współlokatorów Rudolfa nie zamierzał przegapić takiego wydarzenia, a, jak argumentowali logicznie, to było ich dormitorium i wstępu do niego nikt im zabronić nie mógł. Severus wskoczył na swoje łóżko i położył się na brzuchu, podpierając brodę na rękach. Do pełni szczęścia brakowało mu jedynie worka czekoladowych żab, niestety, podczas ostatniego pobytu w Hogsmeade nie pomyślał o przygotowaniu się na imprezę.
Rudolf kopnięciem otworzył kufer i zaczął wywalać wszystko na podłogę.
- Macie! - wrzasnął, ciskając w nich stosem ubrań. - To są moje szaty codzienne i odświętne a to moja bielizna, uważajcie bo może was zabić!
- Nosisz jedwabne gacie? - zaciekawił się Severus, za co otrzymał mordercze spojrzenie. To za wycierucha, pomyślał z satysfakcją. - Hm, musi być ci przyjemnie...
- Nie pożyczam - sarknął Rudolf. Wyciągnął kolejny stos. - A to moje książki! Patrzcie, jakie niebezpieczne tytuły! Numerologia dla zaawansowanych, śmiertelna broń! Oho, zawieruszył mi się stary numer Proroka, to chyba nie jest karalne? Patrzcie, pergaminy których przeczytanie grozi wypaleniem neuronów! Tylko nie otwierajcie tych z transmutacji, podobno atrament używany przez McGonagall powoduje u ofiary początkowo euforię a następnie śmierć w męczarniach!
Do stosu dołączył jeszcze płaszcz i buty zimowe, zestaw do eliksirów, kosmetyki i spora ilość całkowicie niewinnych przedmiotów w tym ciamkające krakersy, karty do gry, flaszka ognistej whisky, korespondencja z której unosił się słodkawo-mdły zapach jakiegoś kwiecia i bardzo wytarty smok-przytulanka.
- Ale może - Lestrange uniósł dłoń niczym jakiś prestidigitator i wskazał na kufer - Może ten kufer ma drugie dno? Jak sądzicie? Sprawdźmy! - Trzasnął nim i ponownie otworzył. - Niestety, sztuczka się nie udała. Jakieś pytania?
Spojrzał wściekle po publice.
- A i owszem. Mam jedno - zgodził się Regulus, opuszczając różdżkę. - Wykryłem sporą ilość magii, o tutaj. - Wskazał na łóżko Rudolfa. - Możesz to wytłumaczyć?
- Ja... Ja...
Rudolf otworzył usta i zamknął je. Nie trzeba było się przyglądać, żeby zobaczyć, że cały się trzęsie.
- Ty co? - spytał cicho Regulus. - Może sprawdzimy sami? Accio pościel Lestrange'a!
- Nie! Nie! - wrzasnął Rudolf i doskoczył do swojego łóżka. - Nie róbcie tego, ja... Ja wszystko wyjaśnię!
- Tylko nie łżyj - ostrzegł go Avery.
- To... To jest moja roślinka - wydukał zrozpaczony Ślizgon. - Ona nie lubi światła.
Ktoś zachichotał.
- Jaka znowu roślinka? - drążył Avery. - Pomrocznik? Rusałka księżycowa? Sprecyzuj.
- Yy... To pierwsze.
- Doskonale - ucieszył się Julian. - Pozwól w takim razie, że sprawdzę osobiście...
- Nie! To znaczy, ona nie lubi obcych!
- Pomrocznik nie lubiący obcych? - Regulus uniósł brwi w niedowierzaniu. - Coś mi tu śmierdzi.
- Ja wiem, które nie lubią obcych! - wtrącił się drugoklasista. - Na przykład schowajka bermudnik...
- Cicho, mały - przykazał mu Black. - Dajmy się wykazać panu Rudolfowi. To jak, Lestrange, mówisz prawdę czy czekamy na profesora Slughorne'a?
Rudolf nabrał głęboko powietrza.
- Pod warunkiem, że nie powiecie o tym profesorom.
- Czy ty nas za kapusiów uważasz, Lestrange? Merlinie, co za niż społeczny - westchnął Avery.
- No dobra - Osaczony Ślizgon uśmiechnął się kwaśno. - Wiedzcie, że robię to dla waszego dobra. To... trzaska.
Starsi uczniowie pobledli. Drugoklasista upomniał się głośno o informację.
- Jedna z ulubionych roślin czarnoksiężników - wyjaśnił mu szeptem uczeń czwartego roku. - Jeśli dotknie ją ktoś inny niż właściciel, to po niedługim czasie umiera... Ale, zanim to się stanie, zaraża wszystkich innych których on z kolei dotknie. To się rozszerza jak epidemia.
- Towar niewymienialny klasy A - zauważył Regulus. - No pięknie. I on coś takiego trzyma w Hogwarcie.
- Chcecie zobaczyć? - wrzasnął Rudolf. Z błyskiem szaleństwa w oku, zamaszystymi ruchami różdżki zlikwidował kurtynę zaklęć zabezpieczających. - To patrzcie!
Zanurkował pod łóżko i wyciągnął stamtąd doniczkę. Wyrastała z niej roślinka wielkości palca wskazującego. Miała drobniutkie listki i była całkowicie czarna. Na szczytach gałązek lśniły maleńkie, złoto-błękitne kwiaty.
Krąg wokół niego gwałtownie się rozszerzył.
- Nikt nie chce pomacać? - zadrwił Lestrange. - No dalej, nie sprzedaję biletów. Może ty, Avery?
- Zabierz to ode mnie! - Avery był właśnie zajęty dyskretnym wycofywaniem się z pola rażenia gdy Rudolf zaczął przesuwać się w jego kierunku, trzymając śmiertelnie niebezpieczny okaz flory w wyciągniętej dłoni.
Co za idiota, pomyślał Severus. I, całkiem niespodziewanie dla samego siebie, wkroczył między przerażonego wierszokletę a niedoszłego szaleńca.
- Nie błaznuj, człowieku. Tak tęskno ci do Azkabanu?
Zetknęły się ich spojrzenia i Rudolf pierwszy odwrócił wzrok. Roślinka zakołysała się kilka centymetrów od piersi Severusa. Nieco później, gdy Snape zdał sobie sprawę, że w tamtej chwili był o krok od śmierci, nawet zasłabł, potknął się o schodek i rozwalił sobie łokieć. Ale to już zupełnie inna historia.
- W tej chwili zapakujesz to twoje cudo i wyślesz sowią pocztą do domu.
Rudolf nie był zbyt zadowolony, ale nie miał wyboru. Po tym jak wszyscy rozeszli się do siebie, większość wciąż wystraszona zajściem, zasunął za sobą zasłony i zaszył się w swoim łóżku.
Co do Severusa, to leżał jeszcze długo, nie mogąc zasnąć. Jego mózg pracował na pełnych obrotach, próbując złożyć do kupy elementy układanki. W jaki sposób Rookwood zrealizowała swój diaboliczny plan? Z pewnością nie chodziła od Ślizgona do Ślizgona usiłując ich nakłonić do współpracy - to od razu wzbudziłoby masę podejrzeń. Wybrała osoby... I wybrała starannie... Wystarczyły... Dwie? Trzy? Niewiarygodne. To nie mogłoby się powieść. A jednak...
Odpowiednie osoby. Na odpowiednich miejscach. Odpowiednia perswazja.
Zasnął. Śnił mu się rozświetlony księżycowym światłem las i krąg ludzi w szerokich pelerynach i zamaskowanych twarzach. Każda z masek była wymodelowana na kształt zwierzęcego pyska - dziki, łosie, jelenie, lisy, ptaki i koty patrzyły na niego w milczeniu. On zaś stał w środku, również zamaskowany i przez szpary obserwował wszystkich którzy przybyli na spotkanie. Szukał jednej osoby, tej właściwej... O, tam stał, w masce rosomaka. Przywołał go skinieniem dłoni. Mężczyzna padł przed nim na twarz.
- Panie... - wymamrotał.
Podniósł ku niemu zalęknione spojrzenie. Severus znał ten głos i te oczy.
To był Potter.

CDN

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Projekt: Chimera

Postautor: Arthur Weasley » 26.08.09, 10:17

O rety, rety! Leonette żyje, Chimera żyje, a ja nie mogę skomentować, bom wpadł do gralni jak po urok. Skopiuję sobie i przeczytam w zaciszu Wierzbowego domku, Minerwie i Wierzbie też dam przeczytać, jak będą grzeczne, a potem ewentualnie będzie można komentować...
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Projekt: Chimera

Postautor: Minerwa » 16.01.10, 22:20

No to komentować!
Musiałam nie być grzeczna, bo wpadłam na ten odcinek dopiero teraz. Cóż, dziecko daje tyle szczęścia... Z konieczności zatem recenzja bedzie niedługa.
Prawdę mowiąc, mało komu udało się dobrze napisać, jak i czemu Snape został śmierciojadem. Wszystkie romantyczne hocki klocki o niespełnionej miłości spłycały problem niczym Żona Wacia tegoż Wacia szarlotką. No i Slytherin, i koledzy... czasem ma się ochotę zapytać "to i Ślizgoni też ludzie?" Tę wylęgarnię młodocianych przestępców, jaką z upodobaniem malowali inni fanfikcjoniści opowiadanie Leonette obala jednym celnym kopem. I dobrze jej tak. Wylęgarni, znaczy.
Z drugiej strony Slytherin to Slytherin, i żaden zabieg literacki nie powinien zmieniać go w kuchnię babci Longbottom, pełną zapachu cynamonu i pieczonych jabłek. Dlatego tak chwalę zbawienną u Autorki dozę bladozielonej wrogości i jasnosrebrzystej pogardy, jaka się nad domem Wąża unosi, snuje po kątach i zaprawia lekkim piwnicznym chłodkiem każdą rozmowę, relację, akcję. Doskonale zrobione.


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron