Obrus w słoneczniki

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Awatar użytkownika
Arianrod
Początkujący
Posty: 121
Rejestracja: 24.08.07, 17:59

Obrus w słoneczniki

Postautor: Arianrod » 07.09.08, 19:56

Dla Elleen, która napisała by to lepiej. Ale ja umiem tylko tak.

Obrus w słoneczniki

Ginny

Ginny pali świece. Wdycha ciepłe powietrze, przesiąknięte dymem i zapachem wosku. Świec musi być dużo, żeby nigdzie nie czaiła się ciemność. Świec jest dużo i Ginny może zamknąć oczy. Blask świec przesiąka przez powieki i Ginny nie widzi czerni, tylko pomarańcz. Wtedy zasypia.
Pokój zachlapany jest woskiem, który zostawił tłuste plamy na dywanie i meblach. Mama czasem burczy pod nosem, niezadowolona, ale potem wzrusza ramionami. Ludzie, którzy przeżyli wojnę, mają prawo do swoich dziwactw.

Ginny na noc zamyka okno. Przez otwarte okno mógłby wpaść wiatr i pogasić świece. Kiedy świece gasną, Ginny budzi się w ciemności, patrzy w mrok szeroko rozwartymi oczami, a mrok przebiera twarz Alecto Carrows, a dłoń zaciska się na różdżce zawsze leżącej pod poduszką. Kiedy Ginny budzi się w ciemności, pamięta Hogwart.
W pokoju jest duszno i wszystko jest przesiąknięte zapachem wosku i dymu. Mama czasem burczy pod nosem, niezadowolona, ale potem wzrusza ramionami. Ludzie, którzy przeżyli wojnę, mają prawo do swoich dziwactw.

Ginny nie chce jeść śniadania, pije tylko kawę, siada przy stole i nie patrzy na nikogo, tylko w kubek, jakby chciała z fusów wyczytać przyszłość. Fusy z kawy są ciemne i gęste. Czasem Ginny myśli, że tak, tak właśnie jest. I tak już będzie. Gęsta ciemność.
Mama czasem patrzy na nią z niepokojem, bo Ginny ma podkrążone oczy i drżą jej dłonie, łyżeczka stuka o kubek, kiedy miesza kawę. Czasem mama nabiera powietrza, jakby chciała coś powiedzieć. Ale potem tylko wzdycha. Ludzie, którzy przeżyli wojnę, mają prawo do swoich koszmarów.

Harry

Harry pali lampę. Lampa nie razi w oczy, pokój pogrążony jest w spokojnym, nieruchomym półmroku. Pachnie olejem i ciepłem, nigdy deszczem i wiatrem. Nigdy deszczem.
Na ścianie, nad szafką czernieje smuga sadzy, a ubrania Harry’ego są całe w tłustych plamach. Pani Weasley czasem burczy pod nosem, niezadowolona, ale potem wzrusza ramionami. Ludzie, którzy przeżyli wojnę, mają prawo do swoich dziwactw.

Harry wieczorem dolewa oleju do zbiorniczka i zamyka okno. Przez otwarte okno mógłby wpaść wiatr pachnący deszczem. Kiedy powietrze pachnie deszczem, Harry szarpie się w pościeli i próbuje złapać oddech, czuje smród mokrego namiotu i wie, że różdżka nie pomoże. Kiedy powietrze pachnie deszczem, Harry pamięta bezradność.
W pokoju jest duszno, pościel Harry’ego jest przesiąknięta potem. Pani Weasley czasem burczy pod nosem, niezadowolona, ale potem wzrusza ramionami. Ludzie, którzy przeżyli wojnę, mają prawo do swoich dziwactw.

Rano Harry milczy i pije wodę, nigdy kawy, żadnej herbaty. Tylko krystalicznie czysta woda w przejrzystej szklance. Żadnych fusów.
Pani Weasley czasem patrzy na niego z niepokojem, bo Harry jest coraz szczuplejszy, włosy ma potargane i sklejone. Ale potem tylko wzdycha. Ludzie, którzy przeżyli wojnę, mają prawo do swoich koszmarów.

Ginny

Kiedy Ginny budzi się w ciemności, pamięta Hogwart. Dłoń zaciska się na różdżce zawsze czekającej pod poduszką. Ginny zagryza usta, żeby nie krzyczeć – panuj nad sobą, panuj nad sobą! - nie wybuchnąć klątwami, a ciemność ma twarz Alecto Carrows.
Ginny próbuje się uspokoić (palce zaciska na różdżce tak mocno, że aż bolą), oczy przyzwyczajają się do mroku i nie ma Hogwartu, nie ma Alecto, jest Nora, niewielki pokoik i zgasłe świece.
Ginny próbuje się uspokoić, nasłuchuje oddechów, po drugiej stronie korytarza śpi Ron, na dole rodzice, a za ścianą Harry i nie, nie ma się czego bać i nie trzeba zagryzać ust. Ginny wstaje i zapala świece, jedną, drugą, dziesiątą, żeby nigdzie nie czaiła się ciemność. Powietrze pachnie woskiem i dymem, Ginny kiwa się na łóżku, otulona kocem i nasłuchuje oddechów.

On nie zrozumie. Nie było go tam – w Hogwarcie, który przestał być domem. Ginny nie przymyka oczu, bo pod powiekami mogłyby pojawić się mury zamku, układające się w rysy Alecto Carrows.
On nie zrozumie. Nie było go tam – bezradnego i prawie najstarszego w gromadzie tych młodszych i bardziej przerażonych (czy można być bardziej przerażonym?). Nie próbował pocieszać, nie przynosił eliksirów, nie ukrywał oczu. Oczy są zwierciadłem duszy. W złych czasach niedobrze jest pokazywać swoją duszę. Dzieci nie mogą zobaczyć strachu. Alecto nie może zauważyć nienawiści. On nie zrozumie. Nie było go tam – w Hogwarcie, który przestał być domem. Na wojnie, na której nie można było użyć różdżki.

Ginny zawraca od drzwi i kładzie się do łóżka. Świece się palą. Wydaje jej się, że słyszy skrzypienie podłogi. Ale to złudzenie – w domu panuje cisza.

Harry

Kiedy powietrze pachnie deszczem, Harry pamięta bezradność. Szarpie się pod kołdrą, a w nos wciska mu się zapach gnijącej ziemi i mokrego namiotu. Nie ma żadnego wczoraj i nie ma żadnego jutra, na świecie nie ma dróg, nie ma map i nie ma wskazówek i Harry nie wie – ile czasu minęło, ile minie jeszcze, ile musi minąć. Harry nie wie, czy czas w ogóle mija, skoro on nie posuwa się do przodu.
Za oknem szaleje deszcz, Harry słyszy, jak ciężkie krople uderzają w dach, tłuką w drewno, a nie ma materiał, spływają po ścianach, nie wciskają się do środka.

Harry próbuje się uspokoić, to tylko deszcz, to tylko zapach, to Nora, zamknięte okno i spokojny półmrok płonącej lampy.
Harry próbuje się uspokoić, oddycha głęboko i patrzy w płomień lampy.
Ona nie zrozumie. Nie było jej tam – w miejscu bez końca i bez początku, gdzie jedyna droga prowadziła w kółko. Nie było jej tam – bezradnej, przestraszonej i samotnej. Nie próbowała ratować świata na oślep, nie umiejąc nawet doprowadzić do tego, żeby Ron i Hermiona przestali się kłócić. Nikt nie patrzył na nią, oczekując że coś zrobi – kiedy nikt nie wiedział, czy da się zrobić cokolwiek. Ona nie zrozumie. Nie było jej tam – w mokrym lesie, gdzie jedyna droga prowadziła w kółko. Na wojnie, na której nie można było użyć różdżki.

Harry zawraca od drzwi i kładzie się do łóżka. Lampa się pali. Wydaje mu się, że słyszy skrzypienie podłogi. Ale to złudzenie – w domu panuje cisza.

Ginny

Ginny pamięta, jak wyobrażała sobie życie po wojnie. Harry pokona Voldemorta i wróci, a potem oboje zapomną o tym, co było i zaczną nowe życie, w jasnej kuchni z dużym stołem, okrytym obrusem w żółte słoneczniki. (Ginny ma taki obrus, wepchnięty w najgłębszą część szuflady. W czasie wojny wyjmowała go, patrzyła na słoneczniki – wyglądały jak kwitnące słońca – i marzyła. Wojna się skończyła. Harry wrócił. Ginny już nie wyjmuje obrusa.)
Ginny pamięta, jak wyobrażała sobie życie po wojnie – jasne i spokojne. Wiedziała, że wojna zostawia rany i marzyła, że będą je sobie opatrywać. Z Harrym. Nawzajem. Wiedziała, że wojna zostawia upiory, czyhające pod łóżkami i marzyła, że będą je przeganiać. Z Harrym. Razem.
Wojna się skończyła. Harry wrócił. Fusy od kawy są ciemne i gęste, jak wróżba na resztę życia. Czasem Ginny myśli, że tak już będzie. On nie zrozumie. Nie było go tam. Na wojnie, na której nie można użyć różdżki. Czasem Ginny chce podbiec do Harry’ego, potrząsnąć nim, krzyknąć – czekałam na ciebie, cierpiałam, bałam się! Czekałam na ciebie!
Czasem Ginny już otwiera usta... i widzi jego spojrzenie, obce i puste. I milczy.

Harry

Harry pamięta, jak próbował sobie wyobrażać życie po wojnie. Próbował wyobrazić sobie życie bez lęku, bez przepowiedni, bez odpowiedzialności. Miało być ciepłe, jasne i suche. Żadnego deszczu. Ogień w kominku, wygodny fotel, połyskujące, rude włosy Ginny. (Próbując zasnąć w przesiąkniętym pleśnią namiocie, myślał o Ginny. Myślał, że wróci i wszystko jej opowie. Myślał, że ona wysłucha i zrozumie. Wrócił. I milczy.)
Harry pamięta, jak próbował sobie wyobrażać życie po wojnie – jasne i spokojne. Wiedział, że wojna zostawia rany. Marzył, że będą z Ginny mówić i słuchać. Myślał, że to, co nazwane przestanie jątrzyć. Nie wiedział, że wojna zakłada kneble.
Wojna się skończyła. Wrócił. Nadal boi się fusów. Czasem myśli, że tak już będzie. Czasem chce podejść do Ginny, objąć ją i po prostu pozwolić, żeby była obok. Ale widzi jej spojrzenie obce i puste. I milczy. Bo ona przecież nie zrozumie.

Ginny

Nauczyła się milczeć.
- Panna Weasley nie zgadza się z moją oceną? – Głos Alecto był zawsze spokojny. Spokojnie prowadziła zajęcia. Spokojnie dawała szlabany. Spokojnie i wyraźnie rzucała Crucio. Teraz głos Alecto był również odrobinę drwiący.
- Panno Weasley? – Różdżka Alecto zataczała koła, a Michael (Gryffindor, pierwszy rok, procent czystej krwi: zero) próbował nie płakać, ale nie mógł przestać się trząść.
- Panno Weasley? – Alecto uśmiechnęła się brzydko pięknie wykrojonymi, czerwonymi ustami i podniosła różdżkę.
Ginny nauczyła się milczeć. Opuszczać głowę. I tylko palce zaciskały się do białości na gładkim drewnie różdżki w kieszeni. I tylko w skroniach łomotało.
- Mój mały, rudy lew z podkulonym ogonem – szeptała Alecto.

Harry

Nauczył się milczeć. Deszcz bębnił o płótno namiotu, Hermiona łkała w swoim śpiworze, a Harry oddychał, spokojnie i regularnie, jak człowiek pogrążony w najgłębszym śnie. Słowa były fałszywe jak monety Leprokonusów. Słowa mówiły o jutrze, które nie miało znaczenia, słowa mówiły o planach, których nie było. W słowach powinna być wiedza, pewność, odwaga. Hermiona płakała w swoim śpiworze. Harry nauczył się milczeć, żeby nie mówić o bezradności.

***

Niebo na wschodzie zaczyna szarzeć, blask z okna odbija się w plastikowych oczach pluszowego misia. Miś ma sfilcowane futerko, oberwane ucho i pogodny wyraz mordki. Ginny siedzi przy kuchennym stole, tuli misia i powoli pije wodę, czując jak ściśnięte gardło powoli się rozluźnia, a sny odchodzą w niepamięć. Przynajmniej do wieczora.
Harry zatrzymuje się niepewnie w progu – Ginny ma nadzieję, że się odezwie, ale Harry nalewa sobie wody i pije szybko, jakby zaraz miał uciec od niej, kuchni z dużym stołem i pełnym zrozumienia spojrzeniem plastikowych, misiowych oczu.
Ginny chciałaby go zatrzymać, ale zamiast tego pochyla się i wyciąga z szuflady obrus w słoneczniki. Wyglądają jak kwitnące słońca i Ginny czuje, jak łzy napływają jej do oczu.
- Myślałam, że to będzie nasz obrus – mówi bez sensu, żeby tylko powiedzieć cokolwiek. Żeby tylko Harry nie wyszedł w ciszy, odwracając wzrok.
- Ładny – mówi Harry i zatrzymuje się w progu, a cisza wisi między nimi jak stalowe kraty.
- Śnił mi się Hogwart – mówi Ginny.
- Śnił mi się las – mówi Harry i z wahaniem wraca od drzwi, i siada przy stole.
Przez okno wciskają się pierwsze promienie słońca, miś uśmiecha się spokojnie, woda jest przejrzysta i przyjemnie chłodzi wargi, a potem Ginny zaczyna mówić, jakby ten świt i ta woda przerwały jakąś tamę. Ginny mówi o bezradności, niewiedzy i strachu, a Harry o deszczu i łzach Hermiony – i Ron odszedł, a ja nie wiedziałem, co mam robić...
A Ginny mówi o Alecto i najmłodszych Gryfonach – nie umiałam ich obronić, i Alecto i Snape i nie wiedziałam, co mam robić, a przecież byłam najstarsza i powinnam...
Ginny nie wie, kiedy zaczyna płakać (była dzielna i nie płakała ani razu odkąd skończyła się wojna, dopiero teraz i łzy kapią na obrus w żółte słoneczniki).
Przez okno wciskają się pierwsze promienie słońca, miś uśmiecha się spokojnie i Ginny nie wie, kto pierwszy wyciągnął rękę, ale ich palce lekko splecione, a nie zaciśnięte do białości.
- Myślisz, że ten obrus ciągle jeszcze może być nasz?
Obrus w żółte słoneczniki jest zmięty i mokry. Ginny powoli kiwa głową. Cisza jest łagodna i kojąca.
Odpowiedziała mu najpierw cisza, potem naiwne, fioletowe spojrzenie o wyrazie wcielonej niewinności, aż wreszcie miękki głosik:

- Hefalump dzwoni dom.

by Świeczek
Co biorą Świeczki?

Żywy żurnal

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Obrus w słoneczniki

Postautor: Minerwa » 07.09.08, 20:45

Trumna literacka

Harry i Ginny stoją na polanie. Polana jest wielka, przeciwległa ściana lasu jest tak daleko, że drzewa zlewają się w zielonobrązową plamę. Wschodzi słońce.
- Cholera, dobrze jest żyć - Harry jeszcze przed sekundą chciał powiedzieć coś zupełnie innego. - Nie myślałem, że z tego wyjdziemy.
- Ja też nie. Czasem myślałam, że skończę jak matka Neville'a - Ginny ze zdumieniem uświadamia sobie, że o koszmarach minionego roku myśli, jakby wydarzyły się przed wielu laty. - A teraz... nie uwierzysz, ja to wszystko oczywiście pamiętam, ale myślałam... myślałam, że po tym wszystkim nie będę umiała żyć. A żyję.
- Co jutro zdajesz? Historię magii?
- Tak. A we środę transmutację. Oceem nam darowali z automatu.
- Nam też... Zresztą, wyobrażasz sobie, żeby mi kazali zdawać z oceemu? - Harry parska śmiechem. - Albo Ronowi! Albo Neville'owi!
Śmieją się oboje. Wprawne ucho słyszy w tym śmiechu jeszcze odrobinę nerwowej głupawki. Ale to przejdzie.
Na przeciwległej ścianie lasu zaczynają się pojawiać brązowe plamy. Z gęstwiny wynurzają się ogromne, kudłate zwierzęta. Rogate łby kiwają się lekko. Nad polaną niesie się cichy pomruk.

Awatar użytkownika
Calluna
Wyga
Posty: 2344
Rejestracja: 24.08.07, 21:19
Lokalizacja: Wrzosowiska zagubione i inne manowce... :)
Kontaktowanie:

Re: Obrus w słoneczniki

Postautor: Calluna » 19.09.08, 13:59

Piękne i przejmujące. Bez przegadań.
Oddające to, co powinno.
Tak wg moich uczuć.
Dziękuję Ci, Arian, za to opowiadanie.
Ludzie postanowili, że Boga nie ma. On jednak nie ma obowiązku stosowania się do ich uchwał.


A rozmawiać? Jak jest z kim, to wystarczy i milczenie.

Bogdan


Można w formie protestu stanąć na rękach na środku Marszałkowskiej. Tylko jak długo można stać na rękach?

Piotr Szulkin


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron