Księga Szlabanów - 11

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Księga Szlabanów - 11

Postautor: Minerwa » 20.02.08, 23:48

Księga Szlabanów. Z kronik kryminalnych Hogwartu

Rozdział jedenasty

Na zegarze na Południowej Wieży wybiła druga. Hogwart zdawał się być pogrążony we śnie, każdy jednak, kto znał zamek trochę lepiej, wiedział, że ogólna senność jest pozorna, a spokój złudny. W pokoju wspólnym Puchonów, korzystając z nieobecności pani Sprout, która pojechała do Londynu po sadzonki mandragory, rżnięto hazardowo w eksplodującego durnia. Grano ostro – w puli, którą trzymała prefektka, były już dwie łajnobomby, szesnaście lizaków o smaku musztardy i żywy nietoperz, ukradziony z pracowni eliksirów przez jakiegoś miłośnika przyrody.
Dormitoria Ravenclawu spowijała cisza. Tylko w kącie korytarza za posągiem Alberta Pluja Starszego Alexander Jackson Młodszy i Balsamina Jones udowadniali słowem i czynem, że dla prawdziwych uczuć nie ma zakazów ni przeszkód.
W Slytherinie także panował spokój, zmącony jedynie cichymi krokami amatora nocnych wędrówek, który właśnie wymykał się z lochów w kierunku wieży Gryffindoru.
Gryffindor spał kamiennym snem. W gwarnej zazwyczaj wieży była cisza jak makiem zasiał. Nawet sławetne dormitorium czterech przyjaciół, nie bez racji zwanych Huncwotami, mogło dziś służyć za wzór porządku i dobrego zachowania.
Mogłoby. Gdyby nie było zupełnie puste.
- Teraz korytarz koło biblioteki – Remus końcem rózdżki narysował na magicznym pergaminie kreskę, która sama rozdzieliła się wzdłuż, znacząc równoległe ściany korytarza. – Peter, nie wierć się, bo zamiast korytarza będziemy mieli spiralne schody!
- Kiedy mi Łapa wlazł na łapę... to znaczy na nogę – zamarudził Peter. Podział pracy przy rysowaniu mapy Huncwotów był dla niego dość krzywdzący, bo gdy Remus rysował linie a Syriusz wyznaczał trasę, jemu przypadło w udziale trzymanie, oczywiście pod kryjącą ich wszystkich peleryną niewidką, zaświeconej rózdżki. Jamesa jednogłośnie wybrano szefem do spraw bezpieczeństwa.
- Mam wrażenie, że ktoś za nami lezie – szef ochrony nie miał zwyczaju zbyt pochopnie wszczynać alarmów. – Ale może mi się tylko zdawało.
- Lepiej, żeby ci się zdawało – Peter odruchowo ściszył głos. – Nie słyszałem nikogo. Lunatyk!
- Co?
- Posłuchaj ty – Remus znany był z tego, że potrafił usłyszeć na grubym dywanie stapanie Pani Norris. – Lezie ktoś za nami, czy nie?
- Czekajcie – Lupin wystawił głowę spod peleryny. – Teraz cisza. Ale przedtem rzeczywiście mogło coś być. Pod ścianę! – syknął nagle, chowając głowę.
Zwinnym, wypraktykowanym ruchem odskoczyli pod ścianę. W korytarzu nic się jednak nie działo. Dopiero gdy Peter zdążył zwątpić w nieomylność Lunatyka, u wyjścia z biblioteki zamajaczyła ciemna postać. W nikłym świetle wiszącej na ścianie oliwnej lampki mignął długi nos i czarne, źle uczesane włosy.
- Oślizgły! – syknął James.
Severus Snape zatrzymał się i rozejrzał dookoła. W ręku trzymał różdżkę, i James pogratulował sobie, że na lekcjach zaklęć u profesora Flitwicka Snape był jednym z najgorszych w zaklęciach przywołujących. Doskonale natomiast radził sobie ze szpiegowaniem, a jako szukający Ślizgonów miał na koncie kilka wyjątkowo brutalnych fauli.
- Potter? – Snape musiał iść za nimi od samej wieży Gryffindoru, albo później rozpoznać ich głosy. – Nie chowaj się, wiem, że masz pelerynę niewidkę.
James bezgłośnie pokazał przyjaciołom kierunek ewakuacji, którym było... wejście do biblioteki. Syriusz również na migi dokonał pospiesznej oceny jego stanu władz umysłowych, ale było już za późno. James na palcach ruszył w stronę otwartych drzwi, i Syriusz, nie chcąc się ujawnić musiał, podobnie jak reszta przyjaciół, iść jego śladem.
W bibliotece było ciemno. Mrok rozświetlał tylko nikły blask księżyca, wpadający przez ogromne okna. Czterej przyjaciele, ukryci za regałem, dokonali błyskawicznej oceny sytuacji.
- Dajcie mi pelerynę, i schowajcie się dobrze – polecił szeptem James. – Mam z nim porachunki za ostatni mecz.
- A my to nie? – próbował protestować Syriusz, lecz James uciszył go gestem.
- Wszyscy mamy. Ale to trzeba zrobić uczciwie, jeden na jednego.
- W pelerynie to nie będzie zanadto uczciwie – zaczął Remus, i sam sobie przerwał. – Dobra, schowamy się tutaj a ty startuj. Tylko uważaj.
- Nie tu, idźcie na antresolę – James pociągnął ich w stronę kręconych schodów. – W razie czego wiejcie górnym wejściem.
- A ty sam?... - nie dokończył Peter, patrząc na niego z przestrachem pomieszanym z uwielbieniem.
- Jeden na jednego. Uważajcie – bardziej tchnął niż szepnął James, wpychając go za regał. Stąpając ostrożnie po wyłożonych dywanem schodach ruszył w kierunku rozglądającego się nerwowo Snape’a – Hej, Oślizgły! – zawołał. – Co tu robisz? Zaklęcia na oślizgłość jeszcze nie wynaleziono!
- Potter, jak cię dorwę! – Ślizgon rzucił się w jego stronę, ale James, niewidoczny w swojej pelerynie, właśnie okrążał go z tyłu. – Dopadnę cię, i zobaczysz, wylecisz ze szkoły!
- Próżny trud, Oślizgły! – James cisnął w niego "Tysiącem zaklęć na głupie sytuacje" i natychmiast uciekł na ciągnący się wzdłuż kilku okien kamienny parapet. – Prędzej Slytherin wygra Puchar Quidditcha, a ty nauczysz się latać na miotle!
- Potter, jesteś martwy! – wrzasnął Snape, sięgając po różdżkę. – Expelliarmus!
James odruchowo uchylił się, niepotrzebnie, bo zaklęcie poszło w zupełnie inną stronę, odbiło się rykoszetem od rzeźbionego regału i poleciało w górę, strącając z żyrandola kilka ogarków świec.
- Pomiłujta, panocku – zawył James z najbardziej groteskowo-wsiowym akcentem, na jaki go było stać. – Nie strzylajta, dyć ja niewinowaty, że waszą mietłe ino na tyłku połamać... I to na twoim tyłku! – dodał już normalnie, trzepiąc Ślizgona w tyłek porwaną z parapetu drewnianą przykładnicą. Wypuścił ją natychmiast i chwytając się rękami ramy okna wspiął się na wiszącą między oknami półkę,palcami jednej nogi oparty o skrawek wolnego miejsca koło mosiężnego popiersia brzydkiego jak troll czarodzieja w kłapciastym kapeluszu. Czas był najwyższy, bo Severus Snape, nieprzytomny ze złości, właśnie wskakiwał na parapet. James wstrzymał oddech. Na półce mógł wytrzymać niezbyt długo, obciążone palce stopy już zaczynały boleć. Na domiar złego peleryna niewidka, choć zapięta mocno pod szyją, z boków zwisała niebezpiecznie luźno.
- Gdzie jesteś, Potter? – Snape miotał się pomiędzy jednym oknem a drugim, za każdym razem przechodząc dokładnie pod półką i zawieszoną w powietrzu drugą nogą Jamesa. – Musisz tu być, słyszałbym jak uciekasz...
Nagłe łupnięcie sprawiło, że omal nie zleciał z parapetu. To Syriusz, wiedziony szóstym zmysłem, albo raczej wyciągający logiczne wnioski z nagłego zamilknięcia bardzo dotąd gadatliwego Jamesa, rąbnął o podłogę twardo oprawionym tomem "Zastosowań magicznych szesnastokrotki". Snape odwrócił się w kierunku, skąd dobiegł go hałas, nie odszedł jednak na tyle, by James mógł próbować zeskoczyć.
- Hej, Oślizgły! – głos Syriusza rozlegał się z najciemniejszego kąta Działu Ksiąg Zakazanych, skąd, James doskonale to wiedział, nie było wyjścia. – Wiesz, jaką masz w tej chwili głupią minę?
Choć Syriusz w żaden sposób nie mógł widzieć jego miny, Snape z furią rzucił się w kierunku głosu. James nie czekając, aż tamten odbiegnie dość daleko, zeskoczył z półki. Zdrętwiała noga zabolała go tak, że omal nie wrzasnął. Kulejąc pobiegł jak umiał najprędzej w kierunku Działu Ksiąg Zakazanych, uważając, by dzielił go od Snape’a co najmniej jeden regał.
- Chodź tu, Black – w głosie Snape’a był tryumf bliskiego zwycięstwa. – Wiem, że nie macie drugiej peleryny-niewidki, wystarczy, żebym cię tylko zobaczył... Wylecicie z Hogwartu jak z procy, i ten wasz lalusiowaty zdechlak, i ten mały szczurek... No, pokaż się, Black.
Syriusz, schowany za regałem pełnym przykutych łańcuchami ksiąg, dziękował swoim przodkom, że jego włosy w pełni odpowiadają jego nazwisku. Nagarnął ich jak najwięcej na czoło, i chowając twarz w kołnierz szaty chciał przemknąć za plecami Snape’a, niestety jednak, zahaczył rękawem o jeden z łańcuchów. Łańcuch zabrzęczał.
- A, tu jesteś! – Snape rzucił się w jego stronę. Syriusz wymknął się i zaczął uciekać w ślepy korytarz pomiędzy dwoma regałami. Ślizgon nie gonił go nawet. Posuwał się powoli ale nieubłaganie, ignorując hałasy, którymi próbował go zwabić nadbiegający James.
Syriusz oparł się plecami o ścianę. To był koniec. Zawsze zostawała mu jeszcze walka, i nie wątpił, że zdoła naciągnąć Ślizgonowi kaptur na oczy i uciec – zostałby jednak rozpoznany. Póki Snape go nie widział, według niepisanego prawa Hogwartu jego świadectwo nie było wiarygodne.
Cofając się oparł rękę na jednej z ksiąg i natychmiast cofnął dłoń. Księgi z Działu Zakazanego...
- Hej, Oślizgły, gdzieś ty wlazł? – James najwyraźniej zgubił drogę w ciemności. – Uważaj, żeby cię szczury nie zjadły, one lubią Ślizgonów!
Syriusz wiedział, że musi zaryzykować. Stanął tyłem do regału, rozpłaszczony na grzbietach ksiąg, w wykroku, gotowy do ucieczki. I kiedy Snape, sądząc z oddechu i szelestu szat, był dwa kroki od niego, porwał z półki najbliższą księgę i otworzył ją szeroko.
Przeraźliwy chichot zatrząsł podstawami biblioteki. Syriusz w chwili nagłego olśnienia rzucił Snape’owi otwartą książkę.
- Łap!
I Snape złapał. Złapał odruchowo, i natychmiast tego pożałował. Książka zamknęła się, przytrzaskując mu palce, a coraz głośniejszy chichot obwieszczał całemu Hogwartowi, że Severus Snape próbuje nocą studiować dzieło „Magia a życie seksualne”.
- Wiejemy! – niewidzialna dłoń chwyciła Syriusza za ramię i przeciągnąła go obok szamocącego się z książką Severusa. Przykryci peleryną, wypraktykowanym od lat rytmem, pobiegli na antresolę.
- Co tam się stało? – chciał wiedzieć Remus, lecz James bez pardonu wciągnął go pod pelerynę.
- Potem – obiecał, i wszyscy czterej, tak szybko, jak pozwalał im czarodziejski płaszcz, oddalili się z niebezpiecznego miejsca.
- Jeju, ale fajowo – cieszył się Peter, gdy dotarłszy bezpiecznie do swego dormitorium składali sobie nawzajem relacje z wydarzeń w bibliotece. – Filch już tam na pewno jest, jak zobaczył Oślizgłego z tą książką...
- Ta książka to był cud – oznajmił pobożnie Syriusz. – Nic, tylko cud. Mogłem złapać za coś, co gryzło, albo po czym mówi się limerykami...
- To by nawet nie było takie złe – wtrącił się Peter. – Posłuchajcie!
Zarzucił na ramię kołdrę, stanął na środku dormitorium w pomnikowej pozie i zadeklamował:

Był raz młody czarodziej w Hogwarcie
Co nie umiał się poznać na żarcie.
Rzekł: "Jam głowę dać gotów,
Że od żartu Huncwotów
Lepsza sraczka lub trzydniowe zaparcie!"

Odpowiedzią był chóralny wybuch śmiechu, stłumiony poduszkami, rękawami szat, a nawet (Remus) wetkniętym w zęby zeszytem od transmutacji, który właściciel znalazł pod prześcieradłem.
- Piękne – zakwiczał z radości Syriusz. – Zapisz to, mały!
- Pewnie, że zapiszę – Peter urósł z dumy o co najmniej pięć centymetrów. – I wydam w tomie "Limeryki oślizgłe"!
- No właśnie – Syriusz tknięty jakąś myślą odłożył poduszkę. – Czy uważacie, żeśmy dołożyli Oślizgłemu?
- Nie. Tak – powiedzieli jednocześnie James i Remus. Peter, wciąż dumny i blady, wstrzymał się od głosu.
- Czemu tak, Lunatyk?
- Bo przez tę książkę będzie miał wystarczające kłopoty. To raz. Bo na razie mu wystarczy. To dwa. I jest jeszcze trzeci powód.
- Jaki?
- A taki, że chwilowo sprzykrzyła mi się kariera kryminalisty. Chętnie bym sobie trochę pożył jako zwykły, praworządny obywatel – Remus na potwierdzenie tych słów wywlókł spod poduszki piżamę i zaczął się rozbierać. – Nie mówię o Mapie, bo tę trzeba kontynuować, ale z innymi kawałami chwilowo dałbym spokój.
- A po co innego nam Mapa? – Syriuszowi jak zwykle nie chciało się rozpinać szaty, więc ściągał ją przez głowę, plącząc się w fałdach materiału. – Daj spokój, Lunatyk. Oślizgły też się od nas tak zaraz nie odczepi.
- Wtedy co innego – Remus usiadł po turecku i oparł brodę na twardej okładce zeszytu – Jak nas zaczepi, dziej się wola nieba. Sam będzie sobie winien.
- Nie będę czekał, aż nas zaczepi – zaprotestował James. – Na brodę Dumbledore’a, Lunatyk, czy ty zawsze musisz być takim cholernym legalistą?
- Ja ci dam cholernego legalistę! – Remus trzasnął zeszytem o kolano. – Pamiętasz, jak nas Stary wezwał? Trząsłeś portkami dokładnie tak samo jak ja. Ledwie się nam udało trochę odkuć, ledwie nauczyciele się trochę uspokoili, już mamy zaczynać od początku? Daruj, ale to cholernie dziecinne. Nie mógłbyś trochę usiąść na tyłku?
- Musiałbym być tobą – odciął się James. – Wiesz co, Lunatyk, dobry kumpel jesteś. Ale fantazji to ty nie masz za grosz.
- Nie mam? – Remus wstał, jakby chciał mu przyłożyć.
- Nie masz.
- No to się przekonasz – Lupin spojrzał na przyglądających im się w milczeniu Syriusza i Petera, jakby wzywał ich na świadków.
- Co chcesz zrobić? Nie odrobisz lekcji z wróżbiarstwa?
- Zobaczysz – Remus wzruszył ramionami. – I to nie tylko ty, ale cała klasa. A właściwie dwie klasy.
- Chcesz to zrobić na lekcji? – James spojrzał na niego ze wzrastającym szacunkiem.
- Owszem. I bez waszej pomocy.
Przez chwilę w dormitorium panowała cisza. Wreszcie James odezwał się:
- Wiesz co, Lunatyk? Jeżeli ci się uda...
- To zrobisz dla mnie jedną rzecz – dokończył twardo Lupin. – Może być?
- Jaką rzecz? – James spojrzał na niego nieufnie.
- Nie bój się – Remus uśmiechnął się. – Nic szczególnego. Taki sobie ot, drobiażdżek.
- Niech cię zaraza, pieroński wilku – James walnął w niego jaśkiem w kształcie truskawki, który dostał na gwiazdkę od Lilki. – Kiedy ty mówisz "drobiażdżek"... A zresztą, niech ci będzie.

Lekcja zaklęć była pierwsza. Czterej nocni wędrownicy przyszli na nią punktualnie dzięki zaklęciu katapultującemu, którego używali tylko w wyjątkowych wypadkach, nic jednak nie wskazywało, żeby mieli wziąć w niej szczególnie aktywny udział. Peter szedł krokiem somnambulika, nie do końca świadomy, że torba z książkami wlecze się za nim po podłodze, czupryna Jamesa zdradzała, że jej właściciel nie spotkał się tego dnia z grzebieniem, Syriusz ziewał jak hipopotam, a Remus z podkrążonymi oczyma i zieloną z niewyspania twarzą sprawiał wrażenie, jakby od pełni dzieliły go tylko godziny. Idąc do ławki potknął się o stojące na środku klasy wysokie krzesło profesora Flitwicka i omal go nie przewrócił. Wymamrotał coś pod nosem i z różdżką w ręce powlókł się na swoje miejsce, nie zważając na śmiechy i kpiny przyglądających mu się Ślizgonów.
- Witam państwa! – piskliwy głos profesora Flitwicka wydawał się tego dnia jeszcze wyższy niż zwykle. – Wszyscy obecni? To dobrze. Nie pytam, czy wszyscy przytomni, bo widzę, że nie – na te słowa James Potter natychmiast stłumił ziewanie, a siedzący w ostatniej ławce Severus Snape zrobił minę, jakby został właśnie ciężko obrażony. – Przypominam, że nadmiar nocnych atrakcji ma fatalny wpływ na wszelkiego rodzaju zaklęcia. Chyba będę musiał zaaplikować wam coś na przebudzenie...
- Nieee! – jęknęło kilka głosów. Ostatnie zaklęcie przebudzające profesora Flitwicka spowodowało, że nad każdym z uczniów zawisła gotowa do użycia konewka z lodowatą wodą.
- No to ocknąć mi się, i to już – profesor Flitwick przysunął sobie mały stołeczek, i stękając wgramolił się na krzesło. – Zapiszcie sobie temat... Ajajaj!
Temat lekcji zabrzmiał tak intrygująco, że nawet najbardziej senni podnieśli głowy. I najpierw zamarli ze zgrozy, a potem wybuchnęli śmiechem. Albowiem krzesło profesora Flitwicka najpierw podskoczyło w górę wszystkimi czterema nogami, a potem zaczęło skakać po klasie, ba, nie tylko skakać, ale tańczyć, w dodatku w rytmie polki: raz-i-dwa, raz-i-dwa, raz-i-dwa, raz-i-dwa, przytupując coraz to inną nogą.
- Ratunku! – wrzeszczał Flitwick, kurczowo zaciskając dłonie na poręczach. – Zatrzymajcie je!!!
Kilku uczniów zerwało się celując różdżkami w hopsające krzesło, ono jednak ani myślało dać się uspokoić. W efektownej promenadzie przegalopowało wzdłuż klasy, zawirowało szaleńczo. Flitwick poczerwieniał, jakby miał dostać apopleksji. Śmiechy ucichły. Nawet rozbawieni do łez Ślizgoni, którym, trzeba to przyznać, Gryffindor dzielnie sekundował, zerwali się z miejsc i za pomocą wszystkich zaklęć, jakie przyszły im do głowy próbowali opanować szalejące krzesło.
- Impedimentio! Drętwota! Petrificus totalus! Rigor mortis!
Po chwili połowa klasy była niezdolna do poruszania się, albowiem zaklęcia niekoniecznie trafiały tam, gdzie powinny. Kilka z nich dosięgło również profesora Flitwicka, który nie mogąc wyjąć różdżki nie miał ich jak odparować. Na szczęście ktoś przytomny wycelował w długie, cienkie nogi krzesła, i najprawdopodobniej przez przypadek trafił. Flitwick z ulgą osunął się na ziemię. Krzesło dla zachowania fasonu podskoczyło jeszcze dwa razy i znieruchomiało.
- Finite incantatem! – wrzasnął któryś z Gryfonów. Odpowiedział mu zbiorowy jęk ulgi i kilka ofiar zaklęć paraliżujących opadło na krzesła.
- Panie, panowie - Flitwick ochłonął zdumiewająco szybko. - Istnieje około stu sposobów dowiedzenia się, kto z was to zrobił. Ale tylko jeden z nich uważam za godny dżentelmena. Oczekuję, że sprawca przyzna się sam.
Nikt się nie odezwał. Połowa klasy spojrzała na Flitwicka wzrokiem, który mówił "Oj, naiwny, naiwny...", druga połowa, w tym także Huncwoci, udawała, że jej tu nie ma.
- Tak też sądziłem - mały profesor powiódł po klasie groźnym spojrzeniem. - Zatem zmuszony będę ukarać oba domy odjęciem pięćdziesięciu punktów.
- Panie profesorze, a my za co? - wyrwał się Ślizgon z pierwszej ławki. - To Gryffindor!
- I nawet wiemy, kto - dodał mimochodem siedzący z tyłu Severus Snape. - Panie profesorze, nie widzę powodu, żeby Slytherin miał tracić punkty przez jakiegoś Pottera!
- Za to traci dwadzieścia przez ciebie - zdenerwował się Flitwick. - I radzę wam obu pamiętać, że nawet w Slytherinie nie toleruje się donosicielstwa. Ale dobrze, sami tego chcieliście. Będzie śledztwo. Lily Evans, czy to ty zaczarowałaś moje krzesło? - zwrócił się do uczennicy siedzącej w pierwszej ławce z lewej strony.
- Nie, panie profesorze.
- James Potter, więc może jednak ty?
- Nie.
- Dosyć - z ławki na drugim końcu sali podniósł się Remus Lupin, przed miesiącem przesadzony tam karnie za notoryczne gadanie z Blackiem. - Panie profesorze, Ślizgonie miały rację. To ja.
- A zatem pan - Flitwick musiał wysoko zadrzeć głowę, by spojrzeć na ucznia, mimo to wydawało się, że patrzy na niego z góry. - Zapewne uważał pan to za bardzo zabawne?
- Tak, panie profesorze - odpowiedź została udzielona z taką powagą, że nikt nie mógł posądzić jej autora o bezczelność. - Ale tylko na początku. Potem już nie. I dlatego bardzo pana przepraszam.
- Przyjmuję pańskie przeprosiny - Flitwick z powrotem wdrapał się na katedrę. - Między innymi dlatego, że chociaż w ostatniej chwili, ale jednak zachował się pan jak człowiek honoru. Żeby jednak skutecznie zniechęcić pana do podobnych żartów, proszę – skinął różdżką, i z półki sfrunęła ogromna, stara księga w okutej miedzianymi ozdobami oprawie. Świsnęła w powietrzu i łupnęła o ławkę przed Lupinem, wzbudzając tuman kurzu.
- "Złota księga zaklęć" – powiedział z emfazą Flitwick, wskazując tomiszcze końcem różdżki. – Spisana w jedenastym wieku, przepisywana co sto lat. Ma pan zaszczyt zostać jej dziewiątym kopistą.
Gdy skończyła się lekcja, Huncwoci natychmiast otoczyli Remusa.
- Aleś dał czadu, Lunatyk – powiedział Syriusz, nikt nie wiedział, z uznaniem czy dezaprobatą. – Szlaban stulecia.
Remus z bynajmniej nie tryumfującą miną rzucił na księgę zaklęcie ćwierćwagi i starannie zamknąwszy mosiężne klamry wziął ją pod pachę. Dopiero wtedy spojrzał na Pottera.
- I jak? – zapytał krótko.
- Wygrałeś – odparł równie krótko James. – Już się zaczynam bać, co wymyślisz. Może bym ci pomógł w przepisywaniu?
- Nie – Remus dopiero teraz uśmiechnął się. – Poczekaj, Rogaczu.
- Panowie, zdaje się, że mamy kłopoty – Peter nerwowo obejrzał się w stronę drzwi, gdzie zgromadziła się właśnie, z minami nie wróżącymi niczego dobrego, męska część Slytherinu. Na czele stał oczywiście Severus Snape uśmiechając się paskudnie i starannie kryjąc w rękawach szaty palce noszące ślady wczorajszej przygody.
- Kto ma, ten ma – uśmiech Jamesa nie był ani na jotę milszy. – Idziemy.
- Mamy ze sobą do pogadania, Lupin - Severus Snape zagrodził własną osobą wyjście z klasy.
- Kto ma, ten ma - James już miał go odepchnąć, ale Syriusz chwycił go za ramię. - Nie widzę powodu, dla którego Remus miałby z tobą gadać, ty...
- Zostaw - teraz Remus pociągnął go za rękaw. - Snape podobno chce mi coś powiedzieć.
- Owszem, Lupin. Zapamiętaj sobie raz na zawsze, że jeśli kiedykolwiek jeszcze odważysz się powiedzieć o ludziach ze Slytherinu per "Ślizgonie"...
- To doniesiesz na mnie do samej pani Norris - dokończył ze stoickim spokojem Lupin. - Bo do Filcha już w tej chwili za wysokie progi.
Chóralny ryk śmiechu, jakim Gryffindor przyjął tę odpowiedź, zagłuszył reakcję Snape'a.

~~@~~

Nazajutrz rano przy śniadaniu na stole Gryffindoru leżała na honorowym miejscu ogromna, rozpadająca się księga, a Remus Lupin kończył właśnie przepisywać trzecią z tysiąca dwustu dwudziestu ośmiu stron.
- Ej, Lunatyk, odłóż to i jedz – Syriusz podsunął mu jego ulubioną wysmażoną na drewno jajecznicę. – Do końca roku spokojnie zdążysz.
- Kalendarzowego? Może – Lupin odłożył jednak pióro i zamknął księgę. – Bo szkolnego na pewno nie. To naprawdę jest szlaban stulecia.
- Będą o nim pisać w historii Hogwartu – oświadczył uroczyście James. – W rozdziale "Rzeczy, jakie w Hogwarcie robi się raz na sto lat".
- Owszem – Remus uśmiechnął się chytrze. – Ale nie będę tam sam. Coś mi obiecałeś, pamiętasz?
- Słowo się rzekło – James na wszelki wypadek nałożył sobie na talerz porcję parówek. – Rozkazuj. Ale tylko raz.
- Najpierw zjedz, bo ci wystygną – troskliwy uśmiech Remusa nie wróżył niczego dobrego. – A potem... – nachylił się do ucha przyjaciela i szepnął coś, po czym James zakrztusił się musztardą.
W chwilę potem oczy całego Hogwartu zwrócone były na stół Gryffindoru, gdzie na starannie rozłożonej gazecie, wśród półmisków, salaterek i dzbanków, stał James Potter wyśpiewując wniebogłosy:

Hogwart, Hogwart, Pieprzo-Wieprzy Hogwart,
Naucz nas trochę czegoś!
Czy kto młody z świerzbem ostrym,
Czy kto stary z łbem łysego,
Możesz wypchać nasze głowy
Farszem czegoś ciekawego.
Bo powietrze je wypełnia,
Muchy zdechłe, kurzu wełna.
Naucz nas, co pożyteczne,
Pamięć wzrusz, co ledwie zipie,
My zaś będziem wkuwać wiecznie,
Aż się w próchno mózg rozsypie!


- Wiesz co, Potter – w uroczystej ciszy, jaka zapadła po ostatnich słowach pieśni głos profesor McGonagall zabrzmiał dziwnie doniośle. – Mam wrażenie, że to ostatnie już się stało.

I to by na razie było na tyle. Dalszy ciąg... Hm. Pewnie kiedyś nastąpi.

Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron