Opowiadania z konkursu "Ałtor sadysta prima sort"

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Opowiadania z konkursu "Ałtor sadysta prima sort"

Postautor: archiwalny » 09.02.08, 16:24

Opowiadania powstałe na konkurs Irytka.
Warunki: uśmiercenie jak największej liczby osób (w tym jednej romantycznie) przy pomocy 10 tysięcy znaków (bez spacji). Każda osoba miała być uśmiercona inną metodą, z wyjątkiem bliźniaków Weasleyów, którzy mogli zginąć razem.


Vanth
PARTYJKA

Order Lukrecji Borgii I Klasy


"Jedna śmierć to tragedia, milion - statystyka" – Stalin

Czarno – biała płaszczyzna szachownicy i dwie pochylone nad nią w skupieniu postacie. Powietrze gęstniało od narastającego napięcia. Zaiste – to Królewska Gra!

Harry obudził się z krzykiem. Znów ten sen… Krew. Tak dużo krwi. „Muszę powiedzieć Ronowi”. Odsunął kotary jego łóżka. Przyjaciel leżał sztywny. Zimny. Martwy. Z kącika ust wypływała czerwona strużka, tworząc na policzku skomplikowany wzór…

- Ładne otwarcie.
- Wiedziałem, że docenisz!

Remus Lupin przedzierał się przez krzaki. Pełnia. Zignorował tabliczkę „Teren strzeżony” - w końcu, wilkołaka można zabić tylko srebrną kulą...
Ale też żaden nie przeżył kilku celnych serii z kałasznikowa.

- Biedny Remus…
– Nosił wilk razy kilka…

Rottweiler dopadł ją w zaułku. Już wiedziała, że nie zdąży transformować. Raz kotu śmierć...
Minerwa McGonaghall wyciągając pazury rzuciła się prosto na wyszczerzony pysk.

- Twój ruch

- Ten kociołek nie powinien wybuchnąć! – szlochała Hermiona – Och, Draconie!
- Cicho… Szlamo… cicho…
- Wytrzymaj, proszę!
- Cichutko… Ukochana moja…
- Draco… niee!
Zamknęła mu oczy, wstała. Gdyby teraz mógł przyjść po nią testral i zanieść tam, na drugą stronę, do Dracona…
Wyszła na dziedziniec – już czekał.

-Romantyzm dla kucharek…

Na latarni w Hyde Parku wisiało ciało Dolores Umbridge. Do różowego sweterka przyczepiona była karteczka „Ukarałaś o jedną osobę za dużo”.

- To ona byłą moja zwolenniczką?
- Niekoniecznie, ale namieszała gorzej niż legion Śmierciożerców.

Korneliusz Knot zwijał się z bólu przy suto zastawionym stole. Skręt kiszek! A ci od Munga sugerowali dietę…

- To też – jak rozumiem – „szkodnik”?

Filch z Panią Norris przemierzali opustoszałe nocą korytarze Hogwartu. Nagle lampy zgasły, a gdy ponownie się rozjarzyły nie było już ani woźnego, ani jego kotki. I tylko Salazar Slytherin na swoim portrecie uśmiechał się trochę bardziej złośliwie, niż zwykle…

- Stary Sal znów się nudzi!

Ciało Jugsona jeszcze drgało…

– O jeden Cruciatus za dużo.

Nowa szata! Jakże pasuje kolorem do moich oczu! Gilderoy Lockhart był zachwycony, tylko... dlaczego tak swędzi? I skąd ten zapach palonego mięsa? Nie mogę jej zdjąć... Nie moo…

- Zawsze lubiłeś starożytnych Greków…

Ogłuszyć i związać Centaura nie jest łatwą sprawą – zwłaszcza, gdy jest jasnowidzem. A jednak się udało! Goyle i Crabbe ciągnęli worek z Firenzem w stronę jeziora. Czarny Pan im zaufał! Obiecał Nagrodę! Worek zaczął już pogrążać się w wodzie, gdy nagle...
Goyle nie wierzył własnym oczom – trójząb? W jego brzuchu?
Nigdy nie lubił tych trytonów!
Crabbe uciekał przerażony przez błonia. Nagle coś oplątało jego nogi i uniosło w górę. Bijąca Wierzba tym razem biła bardzo systematycznie – aż do końca.

Sybilla Trelawney spojrzała na fusy. Umieram???

-O – sprawdziło się!

W podziemiach Hogwartu bazyliszek syknął coś plugawego i szerokim łukiem ominął spetryfikowane zwłoki Traversa.

„Prorok Codzienny” donosi: „Ucieczka z Azkabanu – Lucjusz Malfoy zmyliwszy czujność Dementorów wymknął się z celi! Mimo natychmiastowej pogoni nie udało się go ująć…”

-Do czego zmierzasz?

Wystarczyła jedna Avada…
Lucjusz Malfoy leżał pod ścianą. Jeszcze oddychał – ale już niedługo. Narcyza nie mogła uwierzyć. Wolna! Nareszcie wolna!
Tak trudno skupić uwagę, znaleźć siłę… Ręka powoli zaciska się na rękojeści sztyletu. Wyciągnąć, unieść, rzucić… Śledzić lot… i patrzeć, jak sztylet wbija się w ciało tej, którą nazywał żoną.
Narcyza uśmiechnęła się do męża. Po raz pierwszy. I ostatni.

Profesor Sprout widząc zbliżające się do jej twarzy ociekające jadem kwiaty pomyślała, że jednak skrzyżowanie rosiczki z kobrą królewską nie było jej najlepszym pomysłem.

Skulony pod ścianą Nott Senior z fascynacją patrzy na płynącą z przegryzionych żył krew. „Dla Ciebie wszystko, Czarny Panie!”

Wokół leja po bombie leżały szczątki Freda i George’a Weasleyów…

- Hmmm… To miała być łajnobomba?
- A była mina przeciwpiechotna.

Walden MacNair umiał docenić doskonale wykonane ostrze – nawet wtedy, gdy oddzielało jego głowę od reszty ciała.

Jakie śliczne maleństwo, zwinne takie, wielobarwne i błyszczące, i tak ładnie się nazywa – wąż koralowy... Ej, mały! Hagrida gryziesz...?

Słysząc stukot spadającej na wieko ziemi Rookwood zrozumiał, że został pogrzebany żywcem.

Irma Pince przygnieciona szafą biblioteczną…

Ciało profesor Sinistry rozkrzyżowane na astrolabium…

Profesor Hooch z głową roztrzaskaną kaflem…

Wypatroszony Alastor Moody z wypalonym na czole Mrocznym Znakiem…

Pomona Pomfrey z zaciśniętym na szyi aparatem do mierzenia ciśnienia…

Profesor Flitwick przebity własną różdżką…

Neville Longbottom, z rozbitą czaszką, leżący u podnóża schodów.

- Czy Ty aby nie przesadzasz?
- Jak to mówią Mugole – dopiero się rozkręcam!

Rudolf Lestrange klęczał na zgliszczach domu… Pożar wybuchł tak nagle! On zdążył uciec, ale Bella! Jeszcze brzmiał mu w uszach jej przeraźliwy krzyk…

- Myślałem, że jej śmierć bardziej Cię poruszy.
- Cóż, nikt nie jest niezastąpiony.

Szedł przed siebie starając się nie myśleć, nie pamiętać… Jego piękna, wspaniała Bellatrix… Oślepiły go światła nadjeżdżającego samochodu. Mugol za kierownicą w panice nacisnął hamulec… Za późno.

„Nikt już mi nie odbierze Harrego” - Ginny Weasley uśmiechała się rozmarzona patrząc na zamrożoną w ciekłym azocie Cho. Tanecznym krokiem ruszyła do drzwi kopiąc leżący na mokrej ziemi zwój kabla. 10 tysięcy Voltów spaliło ją na popiół.

- O zazdrości – ty zielonooki potworze!

Charlie Weasley decydując się na zostanie smokerem przewidywał taką ewentualność – ale nie przypuszczał, że tak prędko będzie miał okazję zbadać smoka od środka!

Rabastan Lestrange czuł się brudny – fizycznie i psychicznie. Odkręcił kurek prysznica i poczuł na ciele żrące krople witriolu.

- Touchè!

Molly Weasley siedziała w fotelu z drutami wbitymi w oczodoły. Niedokończony szal spowijał jej ciało.

Antonin Dołochow z satysfakcją przyglądał się swemu dziełu. Po mumifikacji – imponujące, a Karakow nie odczuje już jej braku. Odesłać do Voldemorta z adnotacją – „oto jest głowa zdrajcy”.

- Już się nie mogę doczekać!

Teraz wódka! Morze wódki i bania! Leniwie rozłożony na ławie Dołochow nawet nie poczuł kiedy pękło mu serce.

- Zawsze mu mówiłem, żeby nie przesadzał z alkoholem.
- Słowiańska dusza…

Pan Weasley z fascynacją przyglądał się urządzeniu. Czegoż ci mugole nie wymyślą – nazywa się „kuchenka”. A co się stanie, jeśli odkręcimy te pokrętła? Hm. Nic…? Może trzeba poczekać?

Zapach był tak kuszący! Peter Pettigrew w szczurzej postaci już wbijał zęby w kawał sera, gdy usłyszał świst zamykającej się pułapki na myszy…

- Łakomstwo nie popłaca…

Nymphadora Tonks balansując na krawędzi dachu walczyła z zaklęciem Imperius. Przegrała.
Mulciber spojrzał w dół na ciało aurorki. Pięknie! I co za sceneria! Nadciągająca burza! Grzmoty! Błyskawice!

- Całkiem ładnie go przysmażyło.
- Czyżbyś zgłodniał?

W chwili, gdy jego skóra sczerniała i zaczęła oddzielać się od kości Bill Weasley zrozumiał, że na Amenemhata nie ma mocnych.

Crabbe Senior nie lubił labiryntów – a zwłaszcza takich, z pojawiająca się na końcu korytarza rogatogłową sylwetką..

- I żadna Ariadna go nie uratowała.

Percy Weasley usłyszał świst. Odwrócił głowę i odznaka prefekta rozpłatała mu tętnicę szyjną.

„Świstoklik znów zawiódł” stwierdził Goyle Senior pogrążając się w kadzi z roztopionym metalem.

Sowa upuściła rulon. Avery rozwinął pergamin. Zmutowany wirus zaczął działać błyskawicznie – krew popłynęła każdym porem skóry.

Severus Snape lubił dobrą kawę, a zwłaszcza ten cały związany z jej przygotowaniem rytuał – odmierzanie składników, mieszanie, doprawianie, aby w ostatecznym efekcie otrzymać eliksir doskonały. Właśnie otwierał nową puszkę znakomitego ponoć gatunku. Jakież było jego zaskoczenie, gdy ze środka gwałtownie wyskoczyło kilkadziesiąt metrów sprężynującej, obustronnie ostrzonej stalowej taśmy.*

- Biedak – im bardziej chciał się uwolnić, tym więcej części z niego odpadało…

„To moja wina. To przeze mnie oni wszyscy nie żyją…” Harry, połykając łzy, skierował miotłę w dół i wbił się w błonia Hogwartu.

- Proponuje remis
- No, ostatecznie mogę się zgodzić. To do następnego razu, Albusie?
- Oczywiście, Tom – przyślę Ci sowę z propozycją terminu.

Voldemort był całkowicie usatysfakcjonowany. Nareszcie pozbył się Pottera! Jak lekko na duszy! I jak wesoło! Ha! Ha, ha… ha? Chcę przestać się śmiać! Dość! To piekielne zaklęcie! Haaaaaa….

Albus Dumbledore zasiadł w fotelu z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku. Cóż, takie przetasowania są niezbędne. Włożył do ust cytrynowego dropsa. Zawsze lubił ten kwaskowaty smak...
Jego ostatnią przytomną myślą było – ARSZENIK?

***
Kobieta przejrzała się w lustrze. Blizny po oparzeniach ładnie się goją. I żaden nie potrafił jej docenić! Warto było. Zdecydowanie warto!
- Zemsta jest rozkoszą bogów, nieprawdaż, Nagini? – to mówiąc, Bella Lestrange pogłaskała z czułością torebkę z wężowej skóry.

KONIEC

*Pomysł autentyczny – podczas wojny w Wietnamie amerykanie używali takich puszek do polowania na partyzantów z Vietkongu. Ostrza wyrabiała słynna firma Schick, słynąca z wytwarzania żyletek.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Opowiadania z konkursu "Ałtor sadysta prima sort"

Postautor: archiwalny » 12.02.08, 22:36

Margot
MORDERSTWO W HOGWART EXPRESSIE

.
Jak zwykle spóźniona...
Właśnie wróciłam z wakacji i ze zdumieniem odkryłam, że mój tekst konkursowy komuś jednak sie spodobał, wobec czego zamieszczam go także tutaj. Miłej lektury!


Neville Longbottom przyglądał się trupowi z wyrazem lekkiego osłupienia na przezroczystej twarzy. Chłopak leżał na wznak, a z półotwartych do krzyku ust wciąż dymiło. Ale Neville nie zwracał na to uwagi. Szukał Teodory. Po tym, jak umarł, musiała mu chyba wyskoczyć z kieszeni. Babcia mnie zabije, pomyślał rozpaczliwie.

Hermiona czuła, że sytuacja wymyka się jej spod kontroli. Pierwszaki przekrzykiwały miarowy turkot pociągu, jeden ciągnął ją za rękę.
- Proszpaniom, tam jest duch!
Prefektka zmarszczyła brwi.
- W Hogwart Expressie nie rezydują żadne duchy. Coś wam się musiało przywidzieć.
Poczuła, że się rumieni. Bardzo, ale to bardzo cichutko pomyślała sobie, że tak właściwie to nie jest tego tak całkiem pewna... Ale nie mogła się skoncentrować. Miała problemy z koncentracją od chwili, kiedy dowiedziała się, że Victor zginął poturbowany przez wyjątkowo agresywny tłuczek.
Nagle poczuła, że grupka pierwszaków wpycha ją do przedziału. W środku było ciemno i nie całkiem bezpiecznie.
O, nie, pomyślała, spoglądając w smutne niebieskie oczy. Tylko nie to.

- Hermiona… Tam była Hermiona! Tam… - głos odmówił mu posłuszeństwa. - Rozszarpał ją… Zaraz po tym, jak się przemienił. Dlaczego… nie wziął lekarstwa? Dlaczego w ogóle wsiadał do tego pociągu?
- Miał coś do załatwienia w Hogsmeade. Weź się w garść, Ron. – Harry próbował ratować sytuację, w czym trochę przeszkadzał mu jeden ze zgromadzonych na korytarzu pierwszaków - mocno pogryziony przez pchły chłopak właśnie umierał. - Trzymaj się, Hermiona na pewno by tego chciała.
- Skąd wiesz, co ona by chciaaałaaa… - ostatni wyraz zlał się w beznadziejny, płaczliwy jęk, który wkomponowywał się świetnie w skrzypienie pociągu.
- Trochę ją znałem. Stary, jesteś prefektem. Chodź, trzeba opanować ten cały bałagan.
Ron zerwał się na równe nogi.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić!
- Ron…
Ale Ron był szybszy. Szarpnął klamkę i zniknął w korytarzu.

Profesor Snape miał zły dzień. Nie dość, że został zmuszony do podróżowania z Lupinem, który "miewał ostatnio zaburzenia cyklu księżycowego", jak to zdążył jeszcze napisać w liście Dumbledore, zanim zagryzła go wściekła sowa pocztowa, to na dodatek w kiblu wysiadło światło. Spróbował zlokalizować kontakt, ale jego ręka trafiła na coś oślizgłego.
- Cześć, słodki - powiedział kobiecy głos.
Nie miał jak się bronić. Pocałunki zamknęły mu usta, a uścisk zmiażdżył szyję. Na próżno usiłował złapać powietrze. Nie doceniłem cię, pomyślał. I to była jego ostatnia myśl.

Pociąg zatrzymał się gwałtownie, co sprawiło, że pulchna wiedźma straciła kontrolę nad wózkiem. Wyskoczył z impetem do przodu, pędząc wzdłuż korytarza, by w końcu przygnieść do ściany Padmę Patil.
W przedziale Ślizgonów dwa dźwięki zlały się w jeden: ostatni oddech przywalonego spadającym kufrem Crabbe’a i zduszony pisk Malfoya, który zakrztusił się landrynką. Goyle stał przez chwilę zastanawiając się, co robić, po czym umarł z nadmiernego przeciążenia mózgu. Opuszczony przez wszystkich Draco skonał samotnie z pustym opakowaniem po landrynkach w ręku.
Nie lepiej sytuacja przedstawiała się u Gryfonów. Parvati spadła z dachu pociągu, gdzie zażywała codziennej, obowiązkowej kąpieli słonecznej, a Seamus przytrzasnął sobie głowę drzwiami przedziału.
Angelina nie przeżyła gradu odłamków z rozbitego lustra, a ciało Katie Bell przebiła sprężyna z pociągowej kanapy.

Harry z początku nie mógł uwierzyć własnym oczom. Chciał zdjąć sznur, na którym powiesił się jego przyjaciel, ale wiedział, że nie zdoła nawet zbliżyć się do hamulca bezpieczeństwa, z którego dyndało ciało Rona. Najpierw Hermi, a teraz… Odwrócił się powoli od okropnego widoku. I nawet nie bardzo się zdziwił, kiedy stanął oko w oko z ciotką Marge.

Colin Creevey przemierzał korytarze cicho i szybko. Nie zwolnił nawet, gdy za nim jakaś tłusta Puchonka, której imienia nie kojarzył, umarła na zawał, bo myślała, że zobaczyła idealnego mężczyznę. Nie zwolnił, kiedy Prefekt Krukonów pośliznął się na żabie. Nie zauważył, że w swojej szalonej wędrówce przez furkoczącą konserwę zwaną pociągiem dźgnął różdżką prosto w serce własnego brata.
Jego oczy były wpatrzone w jeden punkt gdzieś pomiędzy jednym przybrudzonym atomem tlenu a drugim, a peleryna powiewała mu złowróżebnie. Drogę Colina znaczyły trupy.

Teodora odsunęła od drzwi zwłoki Snape’a i wyjrzała ostrożnie na zewnątrz. Zachwyciła się swoimi niebłoniastymi palcami, pomiędzy którymi widziała martwe ciało Lavender Brown. Biedna dziewczyna podcięła sobie żyły pilniczkiem do paznokci. Wolała umrzeć, niż dać się zobaczyć bez makijażu, którego nie mogła nałożyć, bo łazienka była ciągle zajęta. Ech, życie.
Ech, śmierć, westchnęła Teodora. Nawet nie chciała zabijać, ale po prostu musiała jakoś pomścić śmierć Neville’a, do którego była bardzo przywiązana.
Zamknęła za sobą drzwi łazienki i ruszyła w głąb korytarza.

Był już prawie na miejscu. Drzwi przedziału majaczyły przed nim w rozchwianym rytmicznie korytarzu. Zrobił krok… i syknął z bólu. Gnom, który go ugryzł w nogę, był wyjątkowo agresywny. Chwycił go mocno i rzucił przez lewe ramię.
- AŁĆ!!! W tym wagonie obowiązuje zakaz rzucania gnomami! – rozległ się krzyk Erniego Macmillana, który właśnie wyjrzał na korytarz. Gnom zerknął ciekawie na prefekta Puchonów. A gdyby tak…
Colin nie zwracał uwagi na agonalne krzyki Erniego. Był tuż-tuż. Otworzył drzwi.

- No? Masz coś na swoje usprawiedliwienie?
W kąciku ust ciotki zbierała się kropla śliny.
- Wiedziałam. Ty podły… niedorobiony… szczeniaku. – Zamachnęła się torebką z taką siłą, że przechodząca obok Hanna Abbott padła na ziemię z gardłem przeciętym srebrzystą klamrą. - Biedna Petunia, tak dba o ciebie, że posyła cię nawet do szkoły, dzięki której mógłbyś stać się istotą niezagrażającą społeczeństwu… A TY CO?! TAK JEJ SIE ODWDZIECZASZ? Nawet nie pamiętasz, w jaki pociąg masz wsiąść! Ciamajda! Niedołęga!
Harry wyciągnął różdżkę. Tu, na magicznym, własnym terytorium czuł się pewnie.
- Przynosisz wstyd… Nie mierz tym we mnie. Co to ja… Wstyd… - w poszukiwaniu inspiracji przebiła parasolką Justyna Finch-Fletchley’a - nawet temu marginesowi, do którego się zaliczasz… Mówiłam, przestań bawić się tym kijem. To niebe…
- Motylemjestem!!! – zawył Harry. Z okazałych pleców ciotki Marge wystrzeliły tęczowe motyle skrzydła.
- Och! Znowu- … Znowu używasz tych swoich…
Otworzył okno.
- Podły smarkaaa…
Skrzydła trzepotały czarująco i nieprzejednanie. Niosły wyżej i wyżej… Prosto do piekła.

- O, cholera.
Harry nawet nie zauważył, że potknął się o wózek restauracyjny. Wrząca herbata z samonapełniającego się termosu chlusnęła prosto w twarz Deana Thomasa.
- Co tyyYYY…
Nie miał czasu zastanawiać się nad śmiercią Deana. Przestało go to jakoś ruszać. I coraz bardziej bolała go blizna. Czyżby Voldemort?…

Czarny Pan przeżywał kryzys osobowości. Od całych pięciu minut nikogo nie zabił, a śmierć Glizdogona w Brytyjskim Ośrodku Badań nad Zwyczajami Godowymi Szczurów nie ucieszyła go tak, jak powinna.
- Długo jeszcze? – zapytał Malfoy. Miał na sobie czarną kominiarkę, którą ukradł z pobliskiej wioski, zamordowawszy uprzednio sprzedawczynię. Nie musiał nawet wyciągać różdżki, wystarczył Puszek.
Voldemort zerknął na elektroniczny zegarek na swoim przegubie.
- Jakieś piętnaście minut.

Zmiażdżony trup Neville’a Longbottoma leżał wśród pędów Morderczych Sideł, które dumny Colin Crevey wiózł do Hogwartu, żeby pochwalić się kolegom. Udało mu się wyhodować Sidła o kwiatkach żółtych w białe łaty, a na dodatek dające mleko (tata był z niego TAKI zadowolony), choć z genetycznego punktu widzenia było to niemożliwe.
Nie ma co płakać, myślała Ginny, chwiejąc się na nogach. Nie ma co płakać, powtarzała sobie, ślizgając się w kałuży mleka. Nie ma co płakać, myślała wciąż, leżąc z twarzą w żółtym mleku w białe łaty i tracąc oddech.

Colin nie mógł dopuścić, by jakikolwiek świadek śmierci Neville’a uszedł z życiem. To mogłoby złamać jego przyszłą karierę! Obserwował niewzruszenie, jak Fred i George mordują się nawzajem pod wpływem Zaklęcia Bratobójstwa. W pewnej chwili jego uwagę zwrócił dziwny hałas. Gdyby zajrzał do sąsiedniego przedziału, zobaczyłby wilkołaka duszonego przez druzgotka.

Harry miał nadzieję, że w pustym przedziale znajdzie trochę spokoju i będzie mógł porozmyślać nad tajemniczym bólem czoła. Nic bardziej mylnego. Ledwie się usadowił, do przedziału wsiadła Cho.
- Wiesz, Harry – powiedziała, siadając na podskakującej na szynach kanapie – to wszystko jakoś tak głupio wyszło w zeszłym roku… Ja… Chciałabym… Jakoś to…
Harry ze zdziwieniem zorientował się, że twarz Cho jest tuż-tuż… Pociąg mruczał zachęcająco… Cho spojrzała na niego z pytaniem w oczach…
Nagle huknęły otwierane drzwi i zanim zdążył zareagować, serce Cho przebiła strzała ze składanego kieszonkowego łuku.
- Mój ci on! – zakrzyknęła stojąca w drzwiach dziewoja, falując piersią bujną, acz zieloną. W ogóle cała, jak zauważył Harry, była zielona. Twarz, ramiona, nogi, oczy, włosy… Odważna suknia, którą miała na sobie, również była zielona. Dziewoja podeszła bliżej.
- Witaj, Harry, żabciu ty moja.
Harry’emu opadła szczęka.
- Nie poznajesz mnie? Jestem Teodora. Sypiam z tobą w jednym pokoju od lat… Powinieneś mnie poznać od razu. Przyszłam… Przyszłam…
Nagle piersią dziewoi wstrząsnął spazmatyczny szloch. Opadła na poduszki koło niego, strąciła ciało Cho na podłogę i oznajmiła:
- Przyszłam ofiarować ci moje serce! – To mówiąc, wyrwała sobie serce z piersi bujnej acz zielonej i skonała z nieszczęśliwej miłości.

- TERAZ!
Dwa czarne cienie wylądowały na dachu pociągu z kocią gracją. Dwaj pozostali mężczyźni nie mieli takiego szczęścia – Crabbe senior wylądował na drucie wysokiego napięcia, a Goyle senior na przedstawicielu lokalnej odmiany wierzby bijącej.
Malfoy usunął z platformy Lee Jordana, dusząc go szybko i bezgłośnie swoim blond warkoczem. Z kieszeni Lee wyskoczyła tarantula, która przebiegła po pociągu w poszukiwaniu obiadu. Tym razem zamiast hamburgera spałaszowała Pansy Parkinson.
Czarno odziane postacie przeszły dalej przez prawie pusty ostatni wagon, a ich jedyną rozrywką było zamordowanie Oliwera Wooda popisowym matrixowym kopnięciem w klatkę piersiową i zastrzelenie Alicji Spinnet.
- Nieźle – przyznał Malfoy. Voldemort schował troskliwie broń w kieszeni i uśmiechnął się z dumą. Nabierał wprawy, trafić z dwóch kroków w siedemnastej próbie to nie lada wyczyn.
W wagonie restauracyjnym zastali tylko martwego Marcusa Flinta, który zatruł się kanapką i równie martwą Milicentę Bulstrode, która niechcący wypiła kubek płynu przeciw gnomom.
W kolejnym wagonie sami ledwo umknęli śmierci, kiedy ze ściany odpadła gaśnica, w końcu jednak cios przyjęła za nich Eloise Migden. Dwa wagony dalej natknęli się przypadkiem na Lunę Lovegood. Tym razem z niewygodnym świadkiem uporał się mały jadowity wąż, którego Voldemort hodował w kieszeni.
Kiedy Czarny Pan wreszcie dotarł do wagonu, w którym siedział Harry, nie zastanawiał się. Smuga zielonego światła przepłynęła przez szybę i ugodziła w pierś Chłopca-Który-Przeżył-Ale-Nie-Tym-Razem.
W tym momencie przez wrześniowe niebo przetoczył się jęk gromu. W lokomotywę uderzył piorun i ugodził maszynistę.
- Spadamy – powiedział Voldemort. Nie zdążyli. Czarny Pan poczuł nagle, że świat robi fikołka, kiedy na zakręcie pozbawiony maszynisty pociąg stracił równowagę. Dwa ostatnie wagony spadły w przepaść, grzebiąc młodych adeptów magii i największego czarnoksiężnika XX wieku.
Tymczasem Malfoy zdołał przeskoczyć w bezpieczne miejsce - to on odłączył ostatnie wagony, by uratować własną skórę.
Drugi piorun uderzył w pociąg, który powoli, od płomyczka do płomyczka, zajął się ogniem. Pierwszy zginął Lucjusz, któremu płonąca kominiarka poparzyła twarz, ale pożar powoli obejmował cały pojazd.
Płonący pociąg pognał w dal.
.
KONIEC
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Opowiadania z konkursu "Ałtor sadysta prima sort"

Postautor: archiwalny » 15.02.08, 21:22

Ann
CHŁOPIEC, KTÓRY NIE PRZEŻYŁ

Order Lukrecji Borgii II klasy


Był ciemny i burzliwy wieczór. Ołowiane chmury zasnuły niebo, dusząc słońce w kłębach sinego dymu. Stalowy bolid rozrywał kurtynę mgły ze złowrogim świstem pocisku dum-dum. Czarodziej pewnym ruchem ręki obrócił koło kierownicy o dziewięćdziesiąt stopni. Szkarłatny wehikuł wygiął się na kształt grzechotnika, po czym gładko wszedł w zakręt, wyjąc niczym ranny bawół.
- Coś tak zwolnił, Ern? Dzieciaki chcą się zabawić! - zawołał Stan Shunpike. - Gaz do dechy, bo zaśniemy!
Zniesmaczony Severus Snape popatrzył na konduktora. "Wolę nie wiedzieć, co on bierze" - pomyślał, otulając się połami szaty, której czerń idealnie wpasowywała się w ponurą aurę wrześniowego dnia.
- Severusie! - przenikliwy szept Poppy Pomfrey przedarł się przez pisk opon. - Prang zabije nas wszystkich!
"Łącznie z Potterem?" - ucieszył się Mistrz Eliksirów.
- A Sybilla mówiła, że nie powinniśmy wyjeżdżać w piątek trzynastego - chlipnęła pielęgniarka. - Trzeba coś z tym zrobić!
- To znaczy co? - spytał zjadliwie Snape. - Nie ja wymyśliłem tę wycieczkę i nie ja będę ingerował w jej plan. Pretensje możesz zgłaszać do dyrektora.
Severus odwrócił się i udał, że zapada w drzemkę. W takich chwilach odczuwał wielką chęć posłania do stu ghuli wszystkich pomysłów prześwietnego Albusa Dumbledore'a. Zwłaszcza tych, które wymagały udziału Mistrza Eliksirów. Ekumenizm, tolerancja - a w efekcie Severus Snape ląduje w "Nocnym Rycerzu" z kupą dzieciaków, rozhisteryzowaną czarownicą i stukniętym konduktorem. Jeżeli to ma być wycieczka integracyjna, to Czarny Pan otworzy niedługo sklepik ze słodyczami.
- Gazu! - pokrzykiwał raźno Stan, jedną ręka trzymając się aluminiowej rury, a drugą wymachując przed oczyma kierowcy.
Ernie przyhamował gwałtownie. Przechodząca przez drogę kura rozprysła się na miriady atomów pod kołami "Rycerza". Prang jeszcze gwałtowniej dodał gazu. Konduktor z gracją okręcił się wokół rury, a w autobusie wybuchła panika.
- Musimy się zatrzymać! To wbrew przepisom!
- Nie czas na przepisy, Miona!
- Dzwońcie na pogotowie!
Słowo "pogotowie" wyrwało panią Pomfrey ze stuporu. Otrząsając się z szoku, pobiegła w stronę krzyczącego Deana, którego przygniotły liczne kilogramy Longbottoma.
- Na Merlina, co mu się stało? Nie oddycha! - pisnęła i osunęła się na podłogę.
- Lumos! - zimny głos Mistrza Eliksirów uciszył uczniów. - Co się dzieje i co to za zwłoki?
- Neville - wyszeptała Ginny. - Zakrztusił się dropsem.
"Ha, tak się kończy uleganie maniom dyrektora" - pomyślał Severus z satysfakcją człowieka, który nigdy nie lubił słodyczy. Podniósł różdżkę, a z mroku wyłoniła się zarumieniona twarzyczka panny Weasley. Podejrzanie zarumieniona - jeśli do tego doda się rozpiętą szatę i stojącego obok Michaela Cornera.
- Jak mogłaś! - Dean wygrzebał się spod Neville'a i w okamgnieniu ocenił sytuację. - Jesteś fałszywa i dwulicowa! Jak...
- Jak Ginevra? - dopowiedział Snape.
Wzburzony Gryfon nie zwrócił na niego uwagi. Błyskawicznie sięgnął po różdżkę.
- Suffoco! - Dean poszedł w ślady Otella.
Michael, z rycerskim wdziękiem Lancelota, zasłonił ukochaną własną piersią.
- Iugulesco! - Ginny zawsze musiała mieć ostatnie słowo.
- Cruente! - Dean nie dawał za wygraną.
"I to by było na tyle, jeśli chodzi o integrację między Domami" - pomyślał Severus, kończąc strzepywanie wyimaginowanych okruszków z rękawa szaty. - "Trzy ciała więcej."
- Minus pięćdziesiąt punktów od Gryffindoru i Ravenclawu - obwieścił głośno. - Ktoś jeszcze ma jakiś problem?
- Vincent się nie rusza, panie profesorze - odezwał się Goyle.
- Sprawdź, jak się obudzi - doradził cierpko Snape, zmęczony uczniowskimi kłótniami.
- Mówiłem, że cyjanek nie pomaga na chorobę lokomocyjną - mruknął złośliwie Draco.
Łuuups! Trudny do zidentyfikowania obiekt rąbnął w maskę "Rycerza". Potworny zgrzyt miażdżonego metalu sprofanował wnętrze autobusu.
- Coś straciłam? - pani Pomfrey z niedościgłym wyczuciem wybrała tę akurat chwilę na powrót do przytomności.
Niestety, jej pytanie pozostało bez odpowiedzi. W "Rycerzu" rozpętał się Armageddon.

***

- Wiedziałem! Walden nie powinien prowadzić! - syknął wściekle Lucjusz, podnosząc się z podłogi.
- A kto wpadł na pomysł z samochodem? - żachnął się Macnair. - Świetny kamuflaż!
- Chyba nikomu nic się stało? - jęknął Pettigrew.
- Tylko Avery podciął sobie żyły - prychnął Malfoy.
- Ma za swoje - stwierdziła zimno Bella. - Latał wszędzie z nożem jak jakiś mugol.
W tym zamieszaniu nikt nie zapytał, gdzie właściwie podział się Lord Voldemort.

***

- Tyle lat jeździłem bez stłuczki - biadolił Ernie. - Teraz to mi zaśpiewają składkę na ubezpieczenie.
Severus zignorował jego narzekania. Pewnym ruchem ręki sięgnął po dwukierunkowe lusterko.
- Sto dwanaście, zgłoś się - powiedział, nie zważając na piekło szalejące za jego plecami.
- Czego? - burknęła nabzdyczona blondyna, której oblicze ukazało się na srebrnej tafli. - Macie problem?
- Gratuluję refleksu - zajadowicił Snape. - Pilnie potrzebne CPR.
- Gdzie? - mruknęła blondyna.
Severus spojrzał na mapę.
- Podaję współrzędne...

***

Uczniowie Hogwartu miotali się w ciemnościach "Nocnego Rycerza". Profesor Snape konferował z Ernie'em, Shunpike zniknął jak kamfora, a pani Pomfrey została ostatecznie pozbawiona tchu przez plątaninę nóg i ramion niewdzięcznych wychowanków. O takich mówią "Poległ na posterunku".
Krótko mówiąc, nikt nie wiedział, co się właściwie stało i co robić. Nikt, z wyjątkiem panny Granger, która zawczasu zdążyła się zapoznać z planem autobusu i instrukcją "Na wypadek wszelki". Dzięki szybkiej pomocy Harry'ego i Rona pani prefekt przedarła się do wyjścia awaryjnego. Celnym Evanesco usunęła szybę. Uczniowie zaczęli powoli opuszczać "Rycerza", zeskakując na pobocze drogi.
Tuż naprzeciw Śmierciożerców.

***

- No to się zabawimy - zaśmiał się demonicznie Lucjusz, ale przez ryk klaksonu, którym trąbił Peter, cały efekt druzgotki wzięły.
- Na twoim miejscu...
Macnair nie musiał kończyć. W ciągu kilku sekund Śmierciożercy schronili się za samochodem.
- Czego ich teraz uczą w tym Hogwarcie - sapnął Walden, odbijając kolejną Drętwotę.
- Za naszych czasów tego nie było - dodał oburzony Malfoy.
Różowy promień trafił w Cho Chang.
- O, tego nie znam - zdziwiła się Bellatrix. Przez ten cały Azkaban była trochę do tyłu z najnowszymi zaklęciami.
- Mari Suete - wyjaśnił Walden. - Zabójcze w stu procentach.

***

Severus Snape przysiągł sobie, że nigdy więcej nie opuści Hogwartu. Miał dość.
Wszedł w krzaki i szerokim łukiem zaczął zbliżać się do samochodu, za którym schronili się Śmierciożercy. Ktoś musiał przecież zakończyć tę farsę.
- Coś przemknęło - wyjąkał Peter.
- To tylko nietoperz - zgasił go Malfoy.
Mistrz Eliksirów przystąpił do akcji. Na pierwszy ogień poszedł Pettigrew. Snape nigdy go nie znosił, a poza tym wiedział, że po śmierci Petera nikt nie uniewinni tego kundla Blacka. Kolejne zaklęcie trafiło w Bellatrix - przynajmniej Lupin nie będzie miał się na kim mścić.

***

Dziwnym trafem Ślizgoni byli deptani i potrącani najczęściej ze wszystkich uczniów. Przynajmniej trzy Domy zintegrowały się wystarczająco, by stawić czoła czwartemu. Draco opuścił autobus jako ostatni. Kiedy zeskoczył na ziemię, jego oczom ukazał się dramatyczny widok ojca z gardłem poderżniętym fachowym Diffindo.
- Ojcze, umiłowany! - wyłkał patetycznie młody arystokrata, wzorując się na harlequinach.
- Draconie - zabulgotał Lucjusz wbrew regułom medycyny. - Twoim prawdziwym ojcem jest...
W tym momencie wzruszenie ścisnęło go za gardło, odbierając mu tym samym ostatnie chwile życia.
- Potty, to twoja wina - wrzasnął świeżo upieczony półsierota, nie precyzując, co dokładnie ma na myśli. - Avada Kedavra!
Mówi się, że nic nie dotrze do celu prędzej niż zaklęcie. Błąd. Severus Snape był szybszy.
"Dlaczego zawsze ja" - zdążył pomyśleć Mistrz Eliksirów, nim zasłonił cholernego Złotego Chłopca swoją, jakże seksowną, klatą. Po czym osunął się z malowniczym trzepotem czarnej szaty. Niestety, jego poświęcenie poszło na marne.
- Avada Kedavra! - Draco nabrał tempa karabinu maszynowego.
Tym razem Niewybaczalne nie chybiło celu. Harry, ratujący właśnie Lunę, upadł do stóp swojej lubej z głuchym stukiem ciała pozbawionego ducha.
- Ty podolcu! - Hermiona przyskoczyła do Malfoya i trzasnęła go w twarz.
Arystokrata nie był przygotowany na tak ewidentnie mugolską metodę ataku. Rymnął na ziemię, a chrzęst łamanych kości czaszki obwieścił wszystkim koniec jego półsierocej egzystencji.
- Mamusiu! Zabiłam człowieka! - przeraziła się Hermiona. - Namaścić tę dłoń wszystkimi wonnościami Arabii, a nadal będzie ją czuć... - dodała, dając świadectwo dobrego gustu literackiego, o ileż lepszego od malfoyowskiego.
- Mortis - szepnęła, przykładając różdżkę do skroni.
- Nieee! - wrzasnął Ron, z typowym dla siebie refleksem szachisty. - Nie zostawiaj mnie!
Chwycił wiotkie ciało panny Granger i ułożył je obok kilku poprzednich.
- Co się tak gapicie. Trza być solidarnym - warknął do tłumu uczniów i Śmierciożerców, którzy zamiast miotać zaklęcia, z zapartym tchem przyglądali się fascynującemu dramatowi. - Jak to leciało? - poskrobał się po głowie. - Finem facere!
Różdżka Weasleya rozjarzyła się białym światłem. Kilka sekund później jego ciało dołączyło do pozostałych.
I wtedy właśnie na szosie aportowali się uzdrowiciele. Tradycyjne pół godziny po czasie.

***

- Potrzebujemy Śmierciożercy. Tego wysokiego - uściślił Smethwyck.
- W jakim celu? - zapytał Shacklebolt, patrząc z niesmakiem na brudną szatę, w którą uzdrowiciel wycierał zakrwawione ręce.
- Transfuzji. Ma idealną grupę krwi - rzucił cierpko Hipokrates. Nie dość, że znowu nie dostał podwyżki, to jeszcze musiał użerać się z aurorami, których sam wezwał na miejsce wypadku.
- Przykro mi, ale pan Macnair został aresztowany i zgodnie z Konwencją Brukselską nie można bez pisemnej zgody dysponować jego płynami ustrojowymi - wytłumaczył spokojnie Shacklebolt.
- Czyżby? - zdenerwował się uzdrowiciel. - Apoplexia Totalica !
King zamarł ze zdziwionym wyrazem twarzy.
- O ile pamiętam, pan też ma AB Rh minus, panie Shacklebolt - wymamrotał Smethwyck, chowając różdżkę do kieszeni. - Cholerni aurorzy ze swoim "zrób to, nie rób tego".
Hipokrates zgrabnie przelewitował ciało Kinga do punktu opatrunkowego.
- Pye! - krzyknął do stażysty, który całował dłonie omdlałej brunetki o bujnym biuście. - Znalazłem świeżutką krew dla twojej dziewczyny!
Czarodziej zerwał się na równe nogi. W mgnieniu oka przygotował sprzęt. Po chwili czerwony strumyczek płynął raźno z jeden żyły do drugiej.
- Coś nie gra - ocenił fachowo Hipokrates. - Cała zsiniała.
- Jest metamorfomagiem - wyjaśnił dumnie stażysta.
- No, to już po niej. Konflikt serologiczny - orzekł Smethwyck. - Bardzo mi przykro - dodał pro forma.
- Nimfadora, nie umieraj! - zaszlochał Pye. - Przecież jutro nasz ślub!
Hipokrates, człowiek wrażliwy, uprzejmie odwrócił się plecami.
- Panie Smethwyck! - przed punktem opatrunkowym stał czarodziej lewitujący Macnaira. - Brak tętna. Mówił, że ma alergię na Drętwotę.
- Teraz? - westchnął uzdrowiciel. Zerknął na łóżko, przy którym klęczał Pye, ściskając w ręce fiolkę po truciźnie.
"Ci młodzi..." - pomyślał Hipokrates, a głośno dodał:
- Teraz to musztarda po obiedzie.

***

Długo po tym, jak ostatni pracownicy Ministerstwa opuścili miejsce wypadku, coś zaszurało między kołami autobusu. Ostrożnie, noga za nogą Stanislas Shunpike wychynął z ukrycia. Tuż obok niego leżał ciemny tłumok. Stan podpełzł bliżej.
- Tak bywa, koleś, jak się nie zapnie pasów - podsumował Shunpike, patrząc w martwe oczy postrachu magicznej Anglii.
Lord Voldemort milczał.
- Pokonaliśmy Sam Wiesz Kogo! - zawył tryumfalnie Stan. Poczuł, że musi obwieścić radosną nowinę całemu światu. Wbiegł na trzecie piętro "Rycerza". Po chwili stał na dachu w dumnej pozie zdobywcy Mont Blanc.
- Wygraliśmy! A ja przeżyłem! - wydarł się na cały głos. - Jestem Chłopcem, Który Przeżył!
Z ciemnego nieba strzelił piorun.

KONIEC


Mały aneks do zaklęć:
Suffoco - od suffocare - zadusić
Iugulesco - od iugulare - podciąć gardło
Cruente - od cruor -­ rozlew krwi
Mortis - od mors- śmierć
Finem facere - zakończyć (sprawę lub życie)
Apoplexia Totalica - od apoplexia cerebri - udar mózgu
CPR - Czarodziejskie Pogotowie Ratunkowe (wg "HP i ZF")

Uroczyście oświadczam, że:
- "Podolec" to, wg Joanny Chmielewskiej, skrzyżowanie padalca z podlecem
- dialog o nietoperzu został zaadaptowany na potrzeby fanfictu z filmu "Hrabina z Hongkongu" (o ile pamiętam)
- cytat z "Makbeta" został podany za tłumaczeniem Stanisława Barańczaka
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Opowiadania z konkursu "Ałtor sadysta prima sort"

Postautor: archiwalny » 18.02.08, 22:46

Magdalith
HARRY POTTER I ŁABĄDŹ ŚMIERCI

.
1.
Severus Snape, Mistrz Eliksirów i profesor Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, postanowił targnąć się na swoje życie. Właśnie tego wieczoru. „Bo niby dlaczego nie dziś, do cholery?”. Powinien zrobić to już dawno temu. „Powinienem zrobić to już dawno temu. Do cholery”. Po rozpatrzeniu plusów i minusów wszelakich sposobów samodzielnego zakończenia żywota, wybrał metodę najczystszą, najprostszą i najszlachetniejszą. „Życie miałem do dupy, niech chociaż umrę z klasą”. Eliksir był już właściwie gotowy. Na koniec trzeba było tylko dodać najistotniejszy składnik. Nie był łatwy do zdobycia i kosztował krocie - „Zdziercy. I jeszcze dwa sykle za dostawę!” - ale był skuteczny i zapewniał szybką, pewną i bezbolesną śmierć. „I NIEODWRACALNĄ”.
Łzy umierającego łabędzia.
Jak wiadomo, łabędzie są jednymi z niewielu monogamicznych zwierząt, które tak rozpaczają po utracie swego partnera, że same skłonne są popełnić samobójstwo. I łza takiego rozpaczającego łabędzia, uroniona tuż przed samobójczą próbą, jest kluczowym składnikiem Eliksiru – Samobója.
Snape stanął nad kociołkiem, odkorkował kryształową buteleczkę z etykietką głoszącą: „Łzy łabędzia. Zawiera: łzy łabędzia. Należy spożyć przed: 16.08.2100. Przed użyciem przeczytaj ulotkę lub skonsultuj się ze swym psychomagologiem. Wyprodukowane przez: DolceVita, DolceMorte , sp. z o.o.” i odmierzył siedem kropli. Po namyśle przechylił buteleczkę i wlał do środka całą jej zawartość. „A co, do cholery? Jak umierać, to na maksa”. Substancja w kociołku zabulgotała, zapieniła się i zmieniła kolor ze smoliście czarnego na śnieżnobiały. Snape zanurzył w niej małą chochelkę i nalał sobie całą szklankę eliksiru.
- No to chlup.

- Aua. Miało nie boleć. AUA!!! Na nigdy nieszorowany kociołek Morgany! Co za ból!!! Odpowiedzą mi za to, DolceVita, DolceCośtam… Co się, do diaska, dzieje?!”

- KURRRRRRczę!!!

- Zabiję. Utłukę, jak psa. Zaduszę, posiekam, zamarynuję i rzucę hipogryfom na pożarcie. Co się dzieje?!
Snape z trudem podszedł do stołu i machnął skrzydłem w kierunku wciąż bulgocącego kociołka… „Skrzydłem?! Na wszystkie kotły świata! Chciałem tylko umrzeć, tylko umrzeć, do cholery. Czy nawet to nie może mi wyjść normalnie?!”
Szafa na zapleczu. Lustro.
- AAAAA! Jezu Chryste! To znaczy – na Merlina!
W lustrze odbijał się całkiem dorodny, lśniąco czarny i totalnie przerażony łabędź. Miał oczy Severusa Snape’a.
- Ma moje oczy! Merlinie, on mówi. To znaczy – ja mówię.
W lustrze odbijał się dorodny, lśniąco czarny i totalnie przerażony łabędź. Miał oczy Severusa Snape’a. Łabędź był Snapem. A dokładniej – Snape był łabędziem.

2.
Snape wyciągnął szyję i spojrzał na zegar. „Dwudziesta druga. Albus jeszcze nie śpi. Sam nic nie zrobię z tymi…”. Pomachał bezradnie skrzydłami, zrzucając na podłogę kilka buteleczek ze składnikami eliksirów. „Do Albusa, szybko. Chciałem tylko umrzeć. Tylko umrzeć, do cholery.”
Albus Dumbledore wygrzewał się przed kominkiem w swoim gabinecie. Właśnie odwijał kolejną rolkę cytrynowych dropsów, gdy usłyszał jakąś szamotaninę pod drzwiami.
- Minnie, to ty? Nie wygłupiaj się i właź, kotuś.
- To nie Minnie. To ja, dyrektorze.
- O, Severus! – Albus włożył dropsa do ust. – Co cię sprowadza o tej porze? Wejdź, proszę.
Chwila ciszy.
- No, dobrze. Ale nie krzycz. Na Merlina, błagam cię – nie krzycz.
- Co takiego znów zbroiłeś, chłopcze, że miałbym cię skrzyczeć? – roześmiał się dobrodusznie Dumbledore.
Drzwi skrzypnęły. Snape wczłapał do środka.
- Stał się wypadek. Dyrektorze, czy mógłby pan… Dyrektorze?
- Kh, kh, kh…
- Dyre… Albusie, co ci jest?
- Dhrops… Dhrops…
- Co? Drops? Ręce do góry, Albusie!
- Khh! Khh! Khh!... Khhhhhhh…
Severus walił Dumbledore’a skrzydłem po plecach. Ten, siny na twarzy jak najlepszy śliwkowy pudding, z wybałuszonymi oczami zsunął się z fotela i runął na podłogę. Leżał na wznak, bez dechu.
- Albusie! Albusie! Co się stało?!
Snape, przerażony, zbliżył wielki dziób do twarzy Albusa. „On nie oddycha. Merlinie, on nie oddycha!”. Wskoczył łapami na piersi staruszka i podskakiwał, starając się zmusić płuca do pracy. Na nic.
Albus Dumbledore, dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, wyzionął ducha we własnym gabinecie, zadławiony cytrynowym dropsem.

3.
Snape, gdyby nie to, że był cały w piórach, pobladłby, jak ściana. Biegł pustymi korytarzami zamku, co chwilę tracąc panowanie nad długą szyją, która wyginała się na wszystkie strony, a chwilami nawet wplątywała mu się między nogi. „Muszę coś zrobić, muszę coś zrobić. Ja naprawdę chciałem tylko umrzeć… Oczywiście, gdy jest potrzebna pomoc, to nikogo nie ma.” Minął otwarte drzwi do biblioteki.
- Halo? Jest tu kto? Potrzebuję pomocy! To ja, profesor Snape… Panno Granger? To pani? Proszę natychmiast pobiec po panią Pomfrey. Dyrektor Dumbledore…
- Pro… profesorze? – Hermiona, stojąca na drabince pod samym sufitem i szukająca czegoś na najwyższej półce, popatrzyła w dół.
Mistrz Eliksirów doczłapał do drabiny.
- Panno Granger! – Wyciągnął szyję.
- A… a… aaaaaaa! – Hermiona, na widok czarnego łabędzia, przemawiającego do niej głosem Snape’a, zachwiała się, straciła równowagę, zdążyła jeszcze złapać się półki i wraz z nią – oraz dziesiątkami książek – zleciała z rumorem na ziemię.
Snape, instynktownie machnąwszy skrzydłami, zdążył odlecieć kawałek dalej.
- Panno Granger? Proszę się odezwać!
Spod stosu tomów i połamanych desek wystawała dłoń Hermiony.
- Granger, odezwij się! – Snape chciał zacząć rwać włosy z głowy, ale jedyne, co mógł teraz zrobić za pomocą skrzydła, to zmierzwić sobie piórka. Pracując dziobem, łapami i skrzydłami, porozsuwał książki i odsłonił twarz Hermiony. Oczy miała zamknięte. Nie oddychała.
Snape, potykając się o własne błoniaste łapy i bezgłośnie kłapiąc dziobem, wycofał się tyłem z biblioteki. Czuł prawdziwą grozę.

4.
- Jeszcze jedna i spadamy stąd. Filch zaraz wyjdzie na nocny obchód. Ja podłożę, Fred, a ty stój tam i patrz, czy nikt nie idzie. – George wziął pod pachę łajnobombę i za pomocą różdżki zapalił lont. Fred zniknął za rogiem korytarza.
- Nikogo nie ma. Kładź, i uciekamy.
Ale George nagle coś zobaczył. Z drugiej strony korytarza COŚ człapało. Gdy doczłapało, powiedziało głosem Snape’a:
- Weasley. Nie wpadaj w panikę, błagam cię. To ja, profesor Snape. Musimy natychmiast…
George otworzył szeroko oczy i usta i zaczął się cofać, wciąż trzymając w objęciach podpaloną łajnobombę.
- Panie Weasley, mówię do pana!
Fred usłyszał rozmowę i wychylił się zza winkla. Spojrzał na lont bomby.
- George! George, rzuć ją! Co ty wyprawiasz?! Rzuć ją natychmiast, bo…
BUM!!!
Profesor Snape ukrył dziób w skrzydłach.
- Za co? Za co? ZA CO?!
- George? George! – Fred wołał brata rozpaczliwie.
Ale George był już wszędzie. Zdobił ściany, podłogę, i sufit.

5.
Snape biegł korytarzem, starając się nie myśleć o tym, co się stało. „Ktoś rozsądny. Muszę znaleźć kogoś rozsądnego. Kogoś, kto, do cholery, nie nasika w majtki na widok gadającego ptaka… Slytherin! Tak, tylko Slytherin. I Malfoy! Syn śmierciojada, niejedno już widział. Zachowa zimną krew.”
W pokoju wspólnym Ślizgonów nie było nikogo. Ale w łazience świeciło się światło. Snape bez ceregieli walnął dziobem w klamkę i wpadł do środka.
„Nie. Tylko nie to. Błagam. ZA CO?!”

6.
Snape już nawet nie krzyczał. I nie mierzwił piórek. Gregory Crabbe, przyłapany w toalecie w sytuacji intymnej, na widok Mistrza Eliksirów w postaci czarnego łabędzia prawdopodobnie dostał ataku serca. „Za dużo emocji na raz. A mówiłem – otyłość szkodzi na serce. A ostrzegałem – rączki na kołdrze… i tak dalej. Trudno, idę po Hagrida. On ma dobry kontakt z… ze zwierzątkami.”
Noc był czarna, jak najczarniejszy łabędź. To znaczy… była bardzo czarna. Na szczęście w chatce Hagrida świeciło się światło. Gdy Snape już prawie do niej doczłapał (cały czas miał opory przed wypróbowaniem funkcji latania w łabędziu), zauważył coś śmigającego w powietrzu nad błoniami, koło samego Zakazanego Lasu. Wyciągnął szyję. I już wiedział.
- Panie Potter!
„Nie powstrzymam się. Punkty polecą. Gówniarz jeden. Ja tu nie mogę umrzeć, a inni… a inni owszem, a on sobie łamie regulamin w najlepsze”.
- Panie Potter! Jest już po dwudziestej trzeciej. Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru! Proszę natychmiast zejść z miotły!
- E? Eee? Eeeeee…
Łup. Trzask. Ziuu. Pac.
- Merlinie! Zejść z miotły! Ale nie miałem na myśli… NIEEE!
Pod drzewem, obok roztrzaskanej miotły, leżał Harry Potter. Krwawa ścieżka ciągnęła się przez pień drzewa, z którym się zderzył, a kończyła się na zmasakrowanym czole Harry’ego. Nie oddychał. Bo nie żył.
Severus Snape, czując, że wszystko zaczyna wokół niego dziwnie wirować, poturlał się ciemnymi błoniami w kierunku jeziora. Łabędzia część jego jestestwa wzywała go widocznie do wód. Gdy tylko poczuł piasek pod łapami, zamknął oczy, łapki ugięły się pod nim, rozłożył skrzydła i runął dziobem na ziemię. Czarna jak jego własne pióra zasłona opadła. Zemdlał.

7.
Gdy się ocknął, słońce było już wysoko. Z daleka, od strony zamku, słychać było pełne paniki i rozpaczy pokrzykiwania. Woda podmywała mu koniuszek dzioba. Wężowata szyja zdrętwiała niemiłosiernie. Otworzył oczy. W wodzie coś pluskało. Na powierzchni jeziora, otoczona falującymi, czarnymi włosami i wydętą jak balon szatą w kolorach Ravenclaw, unosiła się na wznak jakaś postać. Snape uniósł łepek. Topielica, w dłoniach złożonych na piersi jak do modlitwy, trzymała bukiet białych lilii, przewiązanych czarną wstążką z napisem: „Idę za tobą, Harry. Twoja po grób – Cho.”
Severus kwaknął.
„Kwak?! Jak to – kwak? No to koniec. Złabędziałem do reszty A chciałem tylko umrzeć. Tylko umrzeć…”. Zemdlał ponownie.

8.
Obudził się trzęsąc się z zimna. Chciał się przykryć, ale koc – jak i poduszka – były mokre od potu. „Poduszka? Na dziób Merlina! To znaczy, na… Poduszka!”.
Snape zerwał się z łóżka, pomacał swoje nogi, ramiona, brzuch, głowę i resztę. Z dziką radością przytulił samego siebie.
- Na jajo i gniazdo Merlina! Co za koszmar! – Zerknął na talerze, stojące koło łóżka. – Uff! Nigdy więcej puddingu wołowego przed snem. I żadnego umierania!
.
KONIEC
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Opowiadania z konkursu "Ałtor sadysta prima sort"

Postautor: archiwalny » 23.02.08, 22:23

Leszek

PRO MEMORIA

Księga poległych
Order Lukrecji Borgii III klasy
.
Książki mają swój własny zapach. Każda z nich pachnie inaczej. Szarym ciężkim kurzem, zalegającym te najbardziej nielubiane. Lekkim, miękkim pyłem – to te, które długo leżą otwarte, kiedy ich użytkownicy długo zostawiają je otwarte na konkretnych stronach. I wreszcie indywidualnym zapachem – wodą kolońską ( to raczej podręczniki przed OwuTeMami i to tylko z tych bardziej „teoretycznych” przedmiotów), albo lekką wodą kwiatową – najczęściej ten ostatni aromat niosą za sobą romanse i opowieści obyczajowe. A każda z tych wiodących woni miesza się ze sobą – i każda tworzy niepowtarzalny melanż.
Ta jedna książka pachnie inaczej. Czy pracuje tu wyobraźnia czytających czy mamy do czynienia z wnikaniem indywidualnych zachowań i pragnień – tego nie sposób ocenić. Ale ta księga – pergaminowy tom oprawiony w grubą skórę i spięty stalowymi, błyszczącymi okuciami, pachnie oliwnymi lampkami, liliami, jedliną i świerkiem. Jak nagrobny wieniec. I może dlatego tak często po nią sięgam.
Ciekawe – tak samo pachniała poprzednia z tego cyklu. Gruba, ręcznie pisana księga, spoczywająca teraz na półce w dziale dostępnym jedynie dla bibliotekarki. Ciężki spis niełatwych wspomnień. Tak charakterystycznie brzmi jej ostatnia strona:
- James Potter (Gryffindor) - + 31 X 1981 – zabity w walce przez Toma Marvolo Riddle’a
- Lily Evans Potter (Gryffindor) – + 31 X 1981 – zamordowana przez Toma Marvolo Riddle’a w obronie swojego dziecka
- Bartemiusz Crouch senior (Ravenclaw) – 29 V 1995 – transmutowany przez syna w kość, zakopany żywcem w Zakazanym Lesie.
- Cedric Diggory (Hufflepuff) - + 6 VI 1995 – zabity na cmentarzu w Little Hangleton przez Petera Pettigrew – jako niepotrzebny świadek
- Bartemiusz Crouch junior (Slytherin)+ 16 VI 1995 – pocałowany przez dementora, zmarł z wycieńczenia.
Karta pod nazwiskiem Croucha starszego jest lekko zniszczona. Tak jakby ktoś wycierał pracowicie z pergaminu ślady wcześniejszego napisu. Ale ja wiem, co tam przez lata widniało – przecież akurat dla mnie to nie jest tajemnica. Wpis dotyczący Petera Pettigrew zostaw wymazany na osobiste polecenie dyrektora Dumbledore’a.
Tamta księga została zamknięta – choć przez cały czas można do niej wprowadzać nowe zapisy. Leży na wąskiej, wysokiej półce, tuż koło mojego biurka, odwróconej tak aby żaden wścibski uczniak nie mógł sięgnąć po nią przypadkiem. Bo przecież nie dla uczniaków jest przeznaczona.
Pamiętam, kiedy zakładano nową księgę. Pani Pince przygotowała cały stos pergaminowych kart, połączyła je zaklęciem i oprawiła w grubą, jaszczurczą skórę, po wyprawieniu błyszczącą jak szafir. Pamiętam, jak jednym zaklęciem wywołała na jej grzbiecie i stronie tytułowej jednobrzmiący napis:
PRO MEMORIA
Księga poległych wychowanków Hogwartu
Numeru tomu nie wpisano. Jak wytłumaczono mi dużo później – nie było takiej tradycji. Nie oddziela się osobnych tomów kolejną liczbą. Wszyscy jesteśmy równi – my, hogwartczycy, obojętnie z jakiego domu i w jakim czasie przyszło nam zginąć.
Łyk herbaty, gorącej i pachnącej jaśminem. Tak pachnie wiosna – choć w tej zakurzonej mrocznej sali, zwanej biblioteką zupełnie jej nie czuć. Ale ciągle ją pamiętam...
Już pierwszy wpis w nowej księdze jest tak bardzo bliski – jakby to było ledwie przed godziną;
- Syriusz Black (Gryffindor) - + 8 VI 1996 – trafiony Drętwotą w walce przez Bellatrix Lestrange – wpadł za zasłonę w Sali Śmierci
To właśnie wtedy się zaczęło. Druga wojna, wojna, która tak bardzo przerzedziła nasze szeregi. I tylko kolejne nazwiska na powolnie przewracanych kartkach przypominają o tych, którzy zginęli w walce o sprawę, w którą wierzyli.
- Theodor Nott (Slytherin) – + 12 VIII 1996 - popełnił samobójstwo podczas przesłuchania.
... odgryzł sobie język. Stary Moody aż wzdrygał się, kiedy nam o tym opowiadał. I kazał każdemu jeńcowi wkładać w zęby kawałek drewna...
- Gregory Goyle (Slytherin) - + 30 VIII 1996 – zadławił się kawałkiem kurczaka podczas rewizji w jego rodzinnym domu.
... a zawsze mówiłam, że otyłość i łakomstwo szkodzą. Ale kto kiedy przekonał durnego Ślizgonia?
Kolejne wpisy są tak blisko siebie, że sprawiają wrażenie , jakby był to wyrównany szereg, oddział walczący w bojowym szyku. I przecież tak właśnie nieraz było...
- Neville Longbottom (Gryffindor) – + 3 IX 1996 – zginął z własnej różdżki podczas ćwiczeń
... biedny Neville, nigdy nie potrafił celnie skierować różdżki w przeciwnika. A i samo jej wyjęcie było już kłopotem. Za wcześnie rzucił zaklęcie...
- Angelina Johnson (Gryffindor) – + 19. IX 1996 – uduszona przez samodopasowujący się gorset.
... No cóż – uroda musi kosztować. Angie zawsze to powtarzała. Przecież ten niekończący się sznurek facetów, który włóczył się za nią po całym Hogwarcie nie wziął się z niczego. To była jej ciężka praca. Ale to ona wbiła mi do głowy, bym nigdy nie pozbywała się długich włosów. To Twój atut – mówiła - na to będziesz łapała chłopaków...
- Blaise Zabini (Slytherin) – + 19. IX 1996 – udusił się podczas próby reanimacji metodą sztucznego oddychania
... jedyny z adoratorów Angeliny, który próbował cos zrobić. Szkoda, że w magicznych szkołach nie uczą pierwszej pomocy...
- Katie Bell (Gryffindor) – + 18.X. 1996 - zginęła w wypadku na miotle podczas treningu quidditcha
- Alicja Spinnet (Gryffindor) – + 18.X 1996 – przygnieciona przez przyjaciółkę, kiedy próbowała ja złapać.
...Ali i Katie – do końca zawsze razem. Może gdyby spróbowała Wingardium Leviosa, zamiast „ręcznego” łapania ciężaru stu funtów...
- Lavender Brown (Gryffindor) – + 26 X 1996 - przygnieciona przez zwierciadło Ain Eingarp
... nawet nie za bardzo ją lubiłam, ale w końcu razem byłyśmy w GD. Po co próbowała zaglądać ZA lustro? Przy jej tuszy to tak się musiało skończyć...
- Padma Patil (Ravenclaw) - + 31.X 1996 – spadła ze schodów prowadzących do dormitorium Krukonów
... Ron nigdy nie mógł tego sobie wybaczyć. Po co chciał ja przestraszyć, udając pająka...
Następne wpisy. Nie sposób ukryć lekkiego uśmiechu satysfakcji.
- Lucjusz Malfoy (Slytherin) - + 24.XII 1996 – zabity przez Hermionę Granger strzałem z pistoletu.
- Draco Malfoy (Slytherin) – + 24. XII 1996 – zabity przez Rona Weasleya zaklęciem Diffindo
... Śmierciojady uparli się zaatakować Norę w noc wigilijną. Smoczofretkę zbierali z podłogi szuflą. Ron nigdy nie umiał kontrolować tego zaklęcia. A jego dumny tatusiek zapłacił za lekceważenie niemagicznych...
Poniżej są jednak kolejne rzędy liter wywołujących smutek.
- Remus Lupin (Gryffindor) – + 12.01.1997 - zastrzelony przez mugolskich myśliwych w obławie na wilka w Suffolk
... biedny profesor Lupin. Tak obawiał się swojego wilkołaczego ja...
- Nymfadora Tonks (Hufflepuff) – + 12.01.1997. – próbując wynieść śmiertelnie rannego przyjaciela wpadła w sidła i zmarła z upływu krwi.
... to, że Lupin wypijał tę krew jest tajemnicą.. W końcu wtedy rządziła nim wilkołacza część jego natury...
Znowu łyk herbaty. Wystygła już, ale ciągnie pachnie,tak, jak pachniała tamtej wiosny.
- -Severus Snape (Slytherin) - + 8.05. 1997 – zamęczony przez Toma Marvolo Riddle’a podczas przesłuchania.
...Podobno był sobą aż do śmierci. Ironiczny, dumny, złośliwy. Może gdyby nie to, żyłby dłużej? Tylko po co?...
- Pomona Sprout (Hufflepuff) – 9.05.1997. – znaleziona martwa w szklarni Hogwartu. Przyczyna śmierci nie ustalona
... To oficjalna wersja. Długo po szkole krążyła plotka, że zakochana w Snapie chciała go ożywić eliksirem z mandragory i zapomniała o nausznikach...
- Walden Macnair (Slytherin) – 9.05.1997 – zabity katowskim toporem na schodach własnego domu
... Harry i Ron twierdzili, że Hagrid zapłacił mu w ten sposób za Hardodzioba. Ale przecież Hagrid nie skrzywdziłby muchy... A McNair opowiedział o przesłuchaniu Snape’a. Może komuś nie wytrzymały nerwy...
To była przygrywka do naprawdę ostrego starcia. Następny rząd wpisów nosi tę samą datę. Oczy prześlizgują się po rządkach liter, czasami łącząc się w głowie ze znajoma twarzą, sylwetką, gestem...
- Dean Thomas (Gryffindor) – 10.06.1997 - ranny w walce ze Śmierciożercami, padł ofiarą zabłąkanej szyszymory.
- Luna Lovegood (Ravenclaw) – 10.06.1997 – spłonęła w boju z armią heliopatów.
...A ja jej nie wierzyłam. No cóż, Pomyluna nie była AŻ taką wariatką...
Przekręcona karta zaszeleściła cicho. Z wiekiem pergamin sztywnieje. Trzeba będzie pomyśleć o jakimś zaklęciu renowacyjnym.
Kolejne miesiące były spokojniejsze – choć nie obyło się bez niespodzianek, dla niektórych bardzo niemiłych.
- Pansy Parkinson (Slytherin) – 07.X. 1997 - zmarła z wycieńczenia, spowodowanego niewłaściwa dietą.
... A po co było tak się odchudzać. I tak nie miałaś u Shacklebolta szans...
- Parvati Patil (Gryffindor) – 11.XI 1997 – spadła z drabiny, schodząc z lekcji wróżbiarstwa.
... Ron to miał pecha do tych bliźniaczek. Przecież nieumyślnie potknął się o tę drabinę. Swoją drogą – Parvati naprawdę powinna bać się rudego mężczyzny. Stara oszustka wywróżyła...
- Frederick i George Weasley (Gryffindor) – 18.XI 1997 – zaatakowani przez jastrzębia podczas próby swoich udoskonalonych kanarkowych kremówek, zmarli na skutek zakażenia...
... gdyby pani Weasley wiedziała cokolwiek o mugolskiej medycynie, nie próbowałaby tamować krwi kuchenną ścierką...
Nadeszło te najgorętsze dla nas kilkadziesiąt godzin. Druga wojna osiągnęła szczyt. Tę kartkę miałam w ręku wielokrotnie – a jeszcze częściej sięgam po kilka zdjęć. Jeden wieczór – nagłe wezwanie do Zakazanego Lasu. Voldemort przedostał się na teren szkoły, miał przy sobie nie tylko swoich Śmierciożerców, ale i groźne magiczne stworzenia. A nas było tak niewielu.
- -Ronald Weasley (Gryffindor) – 24.12.1997. Zginął, zasłaniając swoim ciałem przyjaciela przed ciosem szczypiec olbrzymiego pająka
... Tak się ich bał. A jednak rzucił się do przodu, kiedy jeden z potomków Aragoga chciał przeciąć wpół Harry'ego, zaplątanego w sieć...
- Bellatrix Lestrange (Slytherin) – 24.12.1997. – Zagryziona przez Kła – psa Rubeusa Hagrida.
- Rudolf Lestrange (Slytherin) – 24.12. 1997– Zaplątany w pajęczą sieć, udusił się.
- Peter Pettigrew (Gryffindor) – 24.12.1997. Pożarty w animagicznej postaci przez sowę Hedwigę.
... No cóż – drugi raz nie udało się szczurowi uciec...
- Albus Dumbledore (Gryffindor) – 24.12.1997. Zmarł na atak serca podczas walki z Tomem Marvolo Riddle.
... dyrektor nie zawsze pamiętał o swoim wieku. A przecież nie miał już Kamienia Filozoficznego. Każde zaklęcie wyczerpywało go coraz bardziej...
- Rubeus Hagrid (Gryffindor) – 24.12.1997. – Stratowany przez nierozpoznane zwierzę.
... nierozpoznane. Tez coś. Norbercik nie mógł przecież pamiętać swojej „mamusi”. A Charlie leżał już wtedy ranny...
- Charles Weasley (Gryffindor) – 24.12.1997 – Spalony żywcem przez chińskiego ogniomiota
... do końca starał się poskromić smoki, które Voldemort wytresował do walki przeciw nam. I niemal mu się to udało...
A ten napis widać tylko wtedy, kiedy stuknie się różdżką w księgę. Nowa dyrektor Hogwartu nie chciała, aby było to zbyt łatwo spotykane imię. Ciągle jeszcze niektórzy wzdrygają się na ten dźwięk. Minerwa zawsze była przesądna, choć nie zawsze to ujawniała.
- Tom Marvolo Riddle – lord Voldemort (Slytherin) – + 24.12. 1997. Zabity przez Harry'ego Pottera ciosem różdżki w oko.
... chyba nikt nie mógł przewidzieć, że największy wróg mugoli zginie w tak niemagiczny sposób. Harry po prostu zapomniał rzucić zaklęcie. Tak bardzo chciał pomścić Rona. I udało mu się to...
Druga wojna skończyła się. Ale przecież ciągle umierały jej spóźnione ofiary.
Szczupła kobieta z burzą siwiejących już ciemnych włosów na głowie pochyliła się, sięgając po chusteczkę. Łez nie wysusza się przecież zaklęciem.
- Harry Potter (Gryffindor) – + 30. VI 1999. – zmarł po wypadku odniesionym podczas lotu na miotle.
.. tak naprawdę, on już po prostu nie miał w sobie tej wielkiej, magicznej mocy. Ranny w grudniowej walce nigdy nie doszedł zupełnie do siebie. Ale nikogo nie słuchał, jak zwykle. Ten Zwód Wrednego okazał się za trudny...
.
KONIEC
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)



Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron