Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: archiwalny » 05.02.08, 21:13

S&S i Ministerialny Ból Głowy

Wstęp czyli Słodkie Straszne Słoneczka...
.
Głucha cisza panowała w mieszkaniu Snape'ów, wypełniając pokoje, przelewając się czarną mazią przez szpary w oknach i drzwiach, skapując ciężkimi kroplami z kranu w którym poszła uszczelka, spływając po zasłonach i wdzierając się bezlitośnie do układu oddechowego wielkiej, czarnopiórej sowy siedzącej w klatce koło okna.
Ptaszysko spojrzało nieprzyjaznym wzrokiem na zegar ścienny, który wskazywał drugą i następnie skierowało swą uwagę w stronę sypialni, skąd dochodziły ciche oddechy dwojga śpiących ludzi. Jego ptasi móżdżek nie pojmował co się ostatnio stało z właścicielami. To prawda że ich pisklęta miały się wkrótce wykluć, ale to chyba nie był dostateczny powód by zapominać o wypuszczaniu go na noc? Sowa zahuczała ze złością i uderzyła dziobem w klatkę, przerywając monotonię nocnej ciszy...

Hermiona otworzyła oczy, nasłuchując przez chwilę, czy hałas się powtórzy. I wtedy poczuła, że prześcieradło pod nią jest zupełnie mokre.
Zaklęła cicho pod nosem i odsunęła kołdrę. Dokładnie to, czego się spodziewała...
- Severus! - potrząsnęła delikatnie ramieniem śpiącego smacznie męża. - Wody płodowe mi poszły! Musimy jechać do szpitala!
- Hmphhh... - to była jedyna odpowiedź, jaką zdołała od niego wydusić.
- Severus! - potrząsnęła, tym razem mocniej.
- C-co! - mruknął zły i zaspany mężczyzna, otwierając zapuchnięte oczy. - Mówiłem ci przecież, że jutro naprawię ten kran!
Hermiona patrzyła na niego przez chwilę ze zdumieniem. Nagle parsknęła śmiechem.
- Ohohoho! Nie mogę! Ahahahaha! Se-Sev-Severus! Oooo! - wrzasnęła nagle, chwytając się za bardzo wystający brzuch.
- O co ci do diaska chodzi! - zdenerwował się Snape.
- Rusz się natychmiast, ty samolubna glisto! - krzyknęła Hermiona ze łzami w oczach. Skurcze okazały się być wyjątkowo bolesnym przeżyciem. - Zaraz zacznę rodzić!
- C-co? - wyjąkał Snape z przerażeniem na twarzy - Ale to miało być dopiero za dwa tygodnie! - zaprotestował.
Hermiona poczuła, że zalewa ją wściekłość.
- To, że dzieci nie przyszły wtedy, kiedy ty sobie wyliczyłeś, zapamiętałeś i zapisałeś w terminarzu to nie znaczy, że masz teraz stać tu jak ten głąb i gapić się kiedy ja cierpię! Jeśli w tym momencie nie wezwiesz kogoś ze szpitala, żeby mnie zabrał...
Snape zerwał się z łóżka i na bosaka podrałował do salonu, nie czekając na część dalszą.

- Aaaaau! - wrzasnęła Hermiona, już leżąc na szpitalnym łóżku, pod wpływem wyjątkowo silnego skurczu - Severusie Albercie Snape! Przysięgam, że jeszcze raz mnie dotkniesz to obedrę cię żywcem ze skóry, wsadzę do twojego największego kociołka i ugotuję z oczami kraba!
- Tak, tak, kochanie - mruknął nieco zielony na twarzy i nieobecny myślami Snape, ściskając jej rękę.
- Przyj! Przyj! - zachęcał Hermionę jeden z uzdrowicieli. Snape spojrzał mimochodem na dolną stronę swojej żony, która była w tej chwili przedmiotem szczególnego zaciekawienia uzdrowicieli i pozieleniał jeszcze troszkę.
- Może raczej by pan wyszedł? - zapytał z troską ciemnowłosy uzdrowiciel.
- Nawet się nie waż! - wysapała Hermiona między jednym skurczem a drugim. - To ty mnie doprowadziłeś do takiego stanu, tłustowłosy palancie! Teraz odbierz swoją działkę!
- Pani mąż nie wydaje się dobrze radzić sobie z tego typu drastycznymi sytuacjami - wyjaśnił uzdrowiciel. Severus pokiwał szybko głową, czując nagły przypływ sympatii dla mężczyzny.
- Jeśli ktoś... Uch!... jest w stanie siekać... Auuuu!... żywe gumochłony czy ciąć w plasterki... Achachau!... gałki oczne to jest z pewnością w stanie dotrzymać swej żonie towarzystwa w czasie porodu! - wyrzuciła z siebie Hermiona, wbijając paznokcie w rękę męża.
- Widać główkę! - wykrzyknął jeden z uzdrowicieli.
Snape osunął się na ziemię.

- Uch! - sapnął Severus, podnosząc się z sofy. Głowa łupała go niemiłosiernie.
- Już pan się obudził? - zapytał z wyraźną sympatią ciemnowłosy uzdrowiciel, podając mu kielich z zielonkawym eliksirem. Snape wypił go z wdzięcznością i poczuł, jak ból głowy natychmiast przechodzi.
- Jak pan widzi - prychnął. - Czy moja żona nadal uważa moją obecność za nieodzowną?
- Myślę że nie - mężczyzna uśmiechnął się życzliwie. - Nie wszyscy mężczyźni dobrze reagują na tego typu sprawy - zauważył. Snape zaczerwienił się lekko.
- W każdym razie - powiedział, decydując się zmienić temat. - Co tam się dzieje w tej chwili?
- Ach! - uzdrowiciel uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Powinienem panu pogratulować! Jest pan ojcem ślicznego, zdrowego chłopczyka!
- Naprawdę? - zapytał Snape z niedowierzaniem. - Mówiłem jej, że to będzie chłopiec! To znaczy, że to się już skończyło? Mogę go zobaczyć? Jak czuje się Hermiona?
W tym momencie w drzwiach pojawiła się uzdrowicielka z zawiniątkiem na ręku.
- Och! - ucieszyła się. - Już się pan obudził! Chce pan potrzymać synka?
Severus skinął głową i po chwili trzymał w ręku szczelnie zawiniętego w kocyk noworodka.
- Mam syna! - powiedział do wszystkich i do nikogo (normalne zachowanie u świeżo upieczonych tatusiów), patrząc w śpiącą twarzyczkę dziecka.
- Już go nazwaliście? - zapytała uzdrowicielka.
Snape przytaknął, nie odrywając zdumionego spojrzenia od najbardziej niespodziewanej rzeczy, jaka przydarzyła się w jego życiu (jeszcze rok temu uczniowie Hogwartu stawiali zakłady na to, że Snape jest bezpłodny).
- Sergiusz Samuel Snape - oznajmił. Prawdę mówiąc, przez dłuższy czas Hermiona upierała się przy tym, by jeśli jej pierwsze dziecko okaże być się mężczyzną, nazwać je Syriuszem w celu upamiętnienia tragicznie zmarłego przyjaciela. Snape odparł na to, że po jego trupie. Po stłuczeniu trzech porcelanowych zastaw, jednego okna, rozwaleniu dwóch par drzwi w wyniku nadmiernego trzaskania, przedziurawieniu obrazu prababki Severusa, ucieczce z domu Krzywołapa, wyprowadzeniu się Hermiony na tydzień do rodziców i dwóch tygodniach zimnej wojny na milczenie i wściekłe spojrzenia został podpisany traktat ugodowy na mocy którego męski potomek rodu miał dostać to imię, wystarczająco podobne do Syriusza by zadowolić Hermionę i wystarczająco niepodobne, by zadowolić Severusa.
- Wezmę je teraz - powiedziała uzdrowicielka, zabierając tobołek Snape'owi.
- A moja żona? - zapytał Severus, gdy zamknęły się drzwi.
- Pańska żona jeszcze nie skończyła rodzić - poinformował go uzdrowiciel. - Drugie jest ciągle w drodze.
- Co? - zapytał Snape, patrząc na mężczyznę w zielonych szatach z całkowitym brakiem zrozumienia.
- Ma pan bliźniaki - uzdrowiciel wyszczerzył zęby.
- O raju - Severus z nadmiaru szczęścia osunął się na sofę.

Minęły już trzy godziny i nadal nie było żadnego znaku, że druga część potomstwa zamierza ewakuować się z brzucha rodzicielki. Severus zaczął przysypiać na sofie...
- Szybko! Tutaj! Dajcie ją do pokoju 202; 201 jest zajęty!
- Czy nic jej nie będzie? Słonko, co z tobą?
Głos był znajomy. Aż nazbyt. Prawdę mówiąc, męczył Severusa we wszelkiego rodzaju koszmarach.
- Proszę tu poczekać, chyba, że chce pan towarzyszyć swojej żonie.
- Raczej... Poczekam tu.
Drzwi zatrzasnęły się. Ciche westchnienie. Lekkie brzęknięcie sprężyn.
Snape otworzył oczy i rzucił okiem na drugą stronę poczekalni. W samej rzeczy, siedząc z czołem opartym na dłoniach był tam chłopiec-który-przeżył-by-zostać-tatusiem.
- Potter? - prychnął Severus z lekkim niedowierzaniem.
Chłopak drgnął i spojrzał na niego z wyraźną niechęcią.
- Snape! - syknął - Co ty tutaj robisz?
- A co tu można robić o wpół do szóstej rano? - spytał z nutą ironii w głosie Severus. - Zastanów się przez chwilę, Potter.
- To Hermiona też... - Harry wybałuszył oczy. - Ale przecież to miało być za dwa tygodnie!
- Niektórzy nie lubią czekać, Potter - zauważył Snape cierpko. - Ja do takich należę, moje dzieci zapewne też.
- To znaczy, że... nasze dzieci będą miały urodziny w tym samym dniu! - Harry nagle zaczął chichotać.
- Doprawdy, cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności - mruknął do siebie Snape.
- I tego samego roku pójdą do Hogwartu, może nawet będą spały w tym samym dormitorium... - Potter chichotał coraz głośniej.
- Bynajmniej nie! - warknął Mistrz Eliksirów. Ale jego żona była w końcu Gryfonką. Jakaś szansa istniała... Snape zazgrzytał zębami ze złości. Snape'owie i Potter na jednym roku. Historia zaczęła się powtarzać i Severusowi wcale się to nie podobało.
- Wiesz już, co macie w drodze? - zapytał Harry, wycierając z twarzy łzy. - Hermiona powiedziała, że chcecie mieć niespodziankę i nie sprawdzać płci dziecka. My mamy dziewczynkę.
- Połowicznie wiem - odparł Severus. - Druga część przesyłki jeszcze nie doszła.
- Druga? - zdziwił się Harry. Nagle w jego oczach zaświtało zrozumienie. - Cholera - powiedział do siebie. - Przegrałem zakład.
Nie wiedział, że zdecydowana większość populacji Hogwartu niedługo będzie także przeklinała. Za to parę osób miało wygrać naprawdę duże pieniądze...

Snape nawet nie zauważył, że znowu przysnął. Obudził go zgrzyt otwieranych drzwi.
- No, jest nareszcie! - oznajmił mu ten sam, wyraźnie ucieszony uzdrowiciel. - Bardzo rzadko się zdarza, żeby drugie dziecko przychodziło na świat pięć godzin po pierwszym...
- Severusie Snape! - rozległ się krzyk Hermiony - Chodź tu natychmiast! Zamierzam cię zamordować za to, co mi zrobiłeś!
Harry wybuchnął śmiechem.
- Nie ma to jak kochające małżeństwo - zauważył.
Snape zignorował go i wszedł do środka. Nie zauważył, że wiedziony ciekawością Potter wsunął się za nim.
- Dziewczynka! - oznajmił uzdrowiciel, wskazując na drugie zawiniątko, spoczywające w ramionach mamy.
- I patrz, mężu, jak ja się dla ciebie poświęcam! - mruknęła Hermiona, spoglądając z czułością na oba bliźniaki.
- Jak się nazywają? - zapytał Harry, zarabiając mordercze spojrzenie Snape'a.
- Nie przypominam sobie, żebym cię zapraszał, Potter! - warknął rzeczony.
- Harry! - ucieszyła się Hermiona. - Co ty tu robisz?
- Luna - Harry wyszczerzył zęby.
- Ty też! - ucieszyła się dziewczyna. - To świetnie! Będą miały jednego dnia urodziny!
- Cudownie! - prychnął Snape, przyglądając się swoim dzieciom. Dziewczynka miała bardziej okrągłą twarz, poza tym oba były identyczne.
- Chłopiec nazywa się Sergiusz Samuel Snape - kontynuowała Hermiona. - A dziewczynka Sara Renata Snape.
- Er... - Harry spojrzał na Hermione pełnym powątpiewania wzrokiem. - Herma, czy ty naprawdę czujesz się szczęśliwa w tym małżeństwie?
- Coś ci przeszkadza, Potter? - warknął Severus.
- Ależ skąd! - zaprzeczył ociekającym ironią głosem Harry. - Słodkie! - stwierdził, pochylając się nad dziewczynką.- A jaka podobna do swojej mamusi...
Sara Snape otworzyła oczy i spojrzała na pochylającego się nad nią stwora.
- Aaaaaaaaaaaaaaaa! - ryknęła nagle i niespodziewanie.
- AAAAAAAAAAA!!! - wrzasnął przerażony Potter odskakując do tyłu i wpadając na uzdrowiciela, a razem z uzdrowicielem na podłogę.
- Cisza! - krzyknął Snape zatykając uszy.
- Przestraszyliście ją! - zdenerwowała się Hermiona, tuląc płaczącą dziewczynkę. W międzyczasie zdążył się obudzić i chłopiec.
- Może ja sobie stąd jednak pójdę - mruknął Potter, uciekając czym prędzej od nieproszonej symfonii Bethovena.

**

Cztery dni później...
- AAAAAAAAA!!!
- Twoja córka się zbudziła - mruknął Severus nie otwierając oczu.
- Mphhhmm... - Hermiona zwlokła się z łóżka i weszła do drugiego pokoju. Przelotem spojrzała na zegarek. 12.30.
- Co się stało, kotku? - spytała, wyjmując dziewczynkę z łóżeczka.
- AAAAA!!! - oznajmiła jej Sara. Hermiona rozchyliła koszulę nocną i dziewczynka natychmiast dobrała się do jej piersi.
Gdy dziecko się najadło, Hermiona odłożyła je z powrotem i wślizgnęła się do łóżka. Sen natychmiast skleił jej oczy...
- Aaaaaaaaaaaa!
- Twój syn się zbudził - zauważył ironicznie Severus, przekręcając się na drugi bok. Hermiona westchnęła ciężko i powlokła się nakarmić drugą pociechę.
1.45.
Włożyła synka do łóżeczka i powlokła się do swojego. Wsunęła się pod kołdrę, przytulając się do męża.
- Mam nadzieję, że to już koniec - mruknęła.
Severus tylko prychnął.
- AAAAAAAAA!!!
- Aaaaaaaaaaaa!
- Nieeeeeeeee!
Trzecia w nocy...

**

Rok i dwa miesiące później...
- No dobra - Snape spojrzał krytycznie na dwie sztuki potomstwa siedzące przed nim na fotelu i patrzące na niego szeroko otwartymi oczami. - Nie zamierzam pozwolić, żeby ten dzieciak Potterów był od was lepszy. Czas, żebyście wreszcie zaczęły mówić. Dzisiaj będzie łatwa lekcja, aby nie przeciążyć waszej kory mózgowej. Nauczycie się pierwszego słowa. Hermiono, weź Sergiusza.
Dziewczyna tylko zachichotała i posadziła sobie chłopca na kolanach, podczas gdy Severus usiadł z dziewczynką.
- Teraz słuchaj uważnie, Saro - powiedział Severus, utrzymując kontakt wzrokowy z małą, jak pisali w podręczniku. - Tata. T-a-t-a. TATA.
- Powiedz: Mama - zachęcała Hermiona chłopca. - No dalej, Sergiuszku! Mama! - wskazała na siebie. - Mama!
Chłopczyk uśmiechnął się szeroko.
- Mama! No dalej! Mama! M-a-m-a!
- Elitil! - oznajmił tryumfalnie Sergiuszek, wskazując na fiolkę z ciemnoczerwonym eliksirem stojącą na półce. Hermiona poczuła, że robi jej się słabo.
- Co? - Snape na chwile stracił zainteresowanie swoją połową potomstwa.
- Severusie Albercie Snape - oznajmiła groźnym głosem jego żona. - Czy zdajesz sobie sprawę, że pierwszym słowem twojego syna jest “eliksir”?
- Elitil! - zawołał Sergiuszek, machając ręką w stronę fiolki.
- Naprawdę? - ucieszył się Severus.
- I ty nie widzisz w tym NIC złego? - zapytała złowieszczym głosem Hermiona.
- A co niby? - zdziwił się jej mąż.
Hermiona potrząsnęła tylko głową i westchnęła ciężko. Tymczasem Severus kontynuował z Sarą.
- Tata! No powiedz! T-a-t-a. T-a-t-a!
Dziewczynka zmarszczyła groźnie czółko.
- T-a-t-a - nie ustawał w staraniach Severus. - Widzisz, że twój braciszek już mówi! T-a-t-a!
- Idota! - warknęła Sareczka.

**

Dziesięć lat i miesiąc później...
Trzy sowy wleciały przez otwarte okno, rzucając trzy oficjalnie wyglądające listy z pieczęcią Hogwartu na stół, przy którym czteroosobowa rodzina właśnie jadła śniadanie. Listy (z pieczęcią) wylądowały w jajecznicy Severusa, w budyniu czekoladowym chłopca wyglądającego jak dokładna (może jedynie nieco pogodniejsza) miniaturka swego taty i napiły się prawym górnym rogiem nieco różowawej cieczy z kubka dziewczynki, posiadającej szczupłą twarzyczkę z małym noskiem wokół którego zabłąkało się kilka piegów, piwne oczy, wyraziste brwi i czarne, mocno kręcone włosy opadające jej na ramiona.
- Jak zwykle doskonałe wyczucie czasu i miejsca - zauważyła Sara. - Szczególnie miejsca.
- Pierzasta Armia Dumbledore'a jest nieomylna, tak jak jej właściciel - potwierdził Severus, wyciągając swój list z jajecznicy i patrząc z obrzydzeniem na przylepione do pergaminu skrawki jajka. - Zawsze można na nich liczyć.
Hermiona przycisnęła dłonie do ust w ciężkim wysiłku powstrzymania upartego chichotu. “Ciekawe, czy zdają sobie sprawę, jak są do siebie podobni” pomyślała.
Tymczasem Sergiuszek zabrał się do zlizywania budyniu ze swej korespondencji. Wywołało to pełen obrzydzenia wzrok jego siostry.
- Jesteś ohydny! - wykrzyknęła, wyciągając swój list. - Ble!
- Dodatkowy błonnik jeszcze nikomu nie zaszkodził - oznajmił z szerokim uśmiechem Sergiuszek, kontynuując wylizywanie pergaminu - Otwieramy? Raz-dwa-trzy!
Dwie pieczęcie pękły równocześnie, odkrywając dwa listy.
- Czyżby kogoś, mimo moich modłów, przyjęli do Hogwartu? - prychnął Severus, czytając swój list.
- Czyżby ktoś, mimo naszych modłów, będzie nas w tym roku uczył Eliksirów? - odpowiedziała pytaniem Sara.
- Zabierzesz nas na Pokątną? - dopytywał się Sergiuszek. - Muszę mieć różdżkę i książki!
- Muszę mieć miotłę! - dorzuciła się ze swą ofertą Sara.
- Żadnych mioteł na pierwszym roku! - sprzeciwiła się Hermiona, patrząc na swego męża w oczekiwaniu poparcia. Mąż skinął głową, co wzbudziło wśród potomstwa ogólną niechęć do wapniaków.
- Buuuuu! Protest! Strajk głodowy! - wrzasnęła Sara, waląc łyżką w stół.
- Dołączam się do protestu! - zaofiarował się Sergiuszek, który w głębi ducha marzył o tym, by wypróbować parę zwodów, o których przeczytał w książce “Quidditch dla każdego”.
- NIE MA MOWY! - wybuchnął Severus, zrywając się od stołu. - Żadnych mioteł! To moje ostatnie słowo! Jutro wybieramy się na pokątną po POTRZEBNE wam artykuły! A jeśli nie przestaniecie upierać się przy swoim, to nie dotkniecie ani jednej sztuki sprzętu latającego do końca siódmego roku!

- Ojciec jest idiotą - oświadczyła Sara swemu bratu w połowie drogi na pierwsze piętro. - Chciałabym go czasami wrzucić do klatki i WYTRESOWAĆ...
- Chcesz mieć miotłę? - zapytał cicho Sergiuszek, jego oczy błyszczały dziwnie.
- Jakiś plan awaryjny? - jego siostra uniosła brew w pewien bardzo charakterystyczny sposób.
- Ja ZAWSZE mam plan awaryjny - odparł z dumą Sergiuszek. - Poczekajmy tylko do jutra...

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: archiwalny » 12.02.08, 22:45

Rozdział pierwszy
BLIŹNIAKI WYKAZUJĄ ASERTYWNOŚĆ!

.
Harry Potter, Chłopiec Który Przeżył, Wybawca Czarodziejów, właściciel Orderu Merlina Pierwszej Klasy i Ból W Pewnej Części Ciała hogwarckiego Mistrza Eliksirów otworzył oczy na dźwięk aż nazbyt znajomego stukania w okienną framugę. Zaklął cicho, zastanawiając się kto przysyła pocztę w takie upiornie nadranne godziny (dziewiąta dziesięć) i podciągnął się do pozycji siedzącej z zamiarem sprawdzenia.
- Mówiłam ci, żebyś wysypał przed snem siemię lniane dla sikotek kolczastych. Nie pukałyby wtedy do okna - mruknęła jego żona, nie zmieniając pozycji.
Harry popatrzył na nią z zadumą. Po chwili doszedł jednak do wniosku, że nie tylko na niego źle działa ta wczesna pobudka. Nie zapytał więc Luny czym właściwie są te “sikotki kolczaste”. Miał tylko nadzieję, że to nie jakieś krewne bobrożubrów wywrotowych.
Podszedł do okna i otworzył je pośpiesznie, dostrzegając jaki to przedstawiciel sowiego gatunku czai się za framugą.
- Mam tylko nadzieję, że Snape nie zaprasza mnie na wspólne zakupy - powiedział do siebie, odwiązując list od łuskowatej nogi czarnopiórego ptaszyska, które bezceremonialnie władowało się do pokoju. - Już całe osiem miesięcy udało mi się go nie widzieć.
Harry rozwinął mały rulonik pergaminu, kątem oka obserwując sowę. Ta zjadała właśnie spokojnie bekon, który Lily zostawiła na stole.
- Ależ nie krępuj się! - powiedział drwiąco. Ptak obrzucił go najlepszym spojrzeniem członka rodziny Snape, nie przestając pochłaniać plasterków mięsa. Harry wzruszył ramionami i spojrzał na list:
“Drogi wujku!...”

**

Ding! Dong!
Jedna z dwóch dziewczyn nacisnęła dzwonek przy dębowych drzwiach, na których srebrnymi literami było napisane “S. H. Snape”.
Nic się nie wydarzyło. Dziewczyny spojrzały po sobie.
- Spróbuj jeszcze raz - powiedziała wyższa z nich, blondynka o łagodnych rysach twarzy.
Ding! Dong!
Odgłos szybkich kroków... Drzwi otworzyły się z hukiem.
- Czego?
Dziewczyny odskoczyły lekko na widok górującego nad nimi nieprzyjemnie czarnowłosego mężczyzny ubranego w jakiś dziwny strój oraz wyraz twarzy będący mieszaniną obrzydzenia i wściekłości. Blondynka zebrała się na odwagę.
- Jesteśmy z fundacji “Serce na dłoni” pomagającej zdobyć pieniądze na przeszczep serca...
- Czy ja wyglądam na kogoś, kto potrzebuje przeszczepu serca? - zapytał mężczyzna dziwnie łagodnym głosem. Jego czarne oczy błyszczały niebezpiecznie a wyjątkowo pokaźne nozdrza drżały. Blondynkę zatkało.
- No... - zaczęła. - Ale...
- No to wynocha stąd, wy żebracze odpadki społeczeństwa! - ryknął mężczyzna i trzasnął drzwiami.
Blondynka obrzuciła zamknięte drzwi wściekłym spojrzeniem.
- Prawdę mówiąc, to tak - odpowiedziała w końcu na zadane wcześniej pytanie.

- Kolejni akwizytorzy? - zapytała Hermiona, nie podnosząc oczu znad “Proroka Sobotniego”.
- Coś w tym rodzaju - przytaknął Severus, siadając do stołu.
- Ach - jego żona uśmiechnęła się lekko do siebie.
- Wiesz... Masz wzruszające podejście do problemów społecznych - dorzuciła po krótkiej chwili, w ramach której Snape zdążył posmarować swoją kanapkę grubą warstwą Nutelli (“Jeśli któreś z was chociażby napomknie KOMUKOLWIEK co wasz ojciec jada na śniadanie, dostaniecie szlaban do końca waszej niepełnoletności!”)
Snape zakrztusił się swoją kanapką.
- Mam właściwe podejście do problemów społecznych! - warknął, biorąc potężny haust herbaty z filiżanki i rozcierając sobie przy tym na twarzy czekoladę. - Moje powinności społeczne skończyły się w momencie, gdy Voldemort został unicestwiony przez Chłopca Który Dożył Do Tego By Mnie Torturować Swoimi Opowieściami O Córeczkach!
- A nie sądzisz, że Lily i Kalia są słodkie? - zapytała niewinnie Hermiona. - Ach! Zapomniałabym! Jak będziesz na Pokątnej, kup prezent na dziesiąte urodziny Kalinki!
Severus mruknął coś niesłownikowego i zaczął smarować drugą kanapkę.
- Nie dosłyszałam?
- Tak żono. Spełnię swój małżeński obowiązek! - warknął jej mąż.
- Wiedziałam, że mogę liczyć na twoją dobroduszność! Pomogłabym ci, ale sam wiesz, ile ostatnio mamy pracy w Św. Mungo... - odparła Hermiona z szerokim uśmiechem, zabierając się z powrotem do porzuconej chwilowo lektury.
- Poproszę masło - odezwała się nagle Sara.
Severus obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem. Dopiero w tej chwili zauważył, że jego potomstwo było dzisiaj dziwnie spokojnie. Zwrócił swój wzrok w stronę Sergiusza. Chłopiec wcinał z zapałem czekoladowe płatki, reklamowane przez królika-terrorystę propagującego zatruwanie pól bronią chemiczną. Wyglądał absolutnie niewinnie. Czarne oczy Severusa zwęziły się nieco a usta zacisnęły...
- Czy w tym domu nie można o nic normalnie poprosić? - zaperzyła się Sara.
Snape otrząsnął się ze swoich myśli i podał swojej córce upragniony element posiłku.
- Ależ skąd, zawsze można - odparł głosem aż ociekającym ironią. - Czemu więc tego nigdy nie robisz?
- Każdy uczeń jest zobowiązany okazywać respekt swojemu profesorowi - głos jego córki dziwnie przypominał jego własny. Dziewczynka uśmiechnęła się złośliwie i zabrała do swojego mleka.
- Żadnych wykładów na temat ilości kalorii i tego, że będziesz gruba jak córka sąsiadki z góry? - zapytał obojętnym głosem.
- Wytłumaczyłem jej dlaczego mleko jest niezbędne dla naszego organizmu - powiedział dumnym głosem Sergiuszek, przerywając na chwilę walenie łyżką w dno talerza.
- Widzę - skomentował Snape.
- Czy wiesz - Hermiona znowu oderwała wzrok od gazety i spojrzała na męża - że została zwiększona ilość czarodziejów patrolujących nasze granice i wzmocniono zaklęcia ochronne?
- Założę się, że to w związku z ostatnimi doniesieniami o przemycie do kraju niedostępnych na rynku składników czarnomagicznych eliksirów - odparł Severus pochłaniając trzecią kanapkę. - Tak, jakby ten przemyt nigdy nie istniał...
- Nasz wszechwiedzący Minister Magii zdaje się być tym faktem szczególnie zaniepokojony - prychnęła Hermiona. - Gdyż wygląda na to, że chce przegłosować ustawę o obowiązkowym pozwoleniu na teleportację międzynarodową.
- Och- Severus spojrzał z nagłym zainteresowaniem na swoją kanapkę. - Wiesz przecież, że to nigdy nie przejdzie. To jest wprost śmieszne. Żaden czarodziej nie pozwoli na tak drastyczne ograniczenie swobody przemieszczania się. Minister jest zwykłym paranoikiem.
Hermiona przyjrzała się uważnie twarzy swego męża. Po tylu latach znajomości potrafiła odczytać z minimalnych zmian jego miny niemal każdy jego nastrój. Także teraz, mimo jego kamiennej twarzy, wiedziała, że jest czymś wyraźnie zaniepokojony.
- Coś jednak w tym wszystkim jest, nieprawda? - zapytała cicho.
-Oczywiście, że nie - odparł odrobinę zbyt dobitnym głosem. Jednym łykiem dopił resztę herbaty i poderwał się od stołu. - Potomstwo! Wstawać i ubierać się! Szybko, bo nie mam dla was całego dnia!
Bliźniaki pobiegły do szafy z paltami. Sara, przelatując obok, rzuciła jeszcze swojemu ojcu pytające spojrzenie, które zignorował.
Hermiona zamknęła gazetę i podeszła do męża.
- Baw się dobrze - powiedziała, całując go lekko.
Odpowiedział jej drwiącym uśmiechem.
- Postaram się o tym nie zapomnieć - mruknął, zarzucając płaszcz na ramiona. Tymczasem Sergiusz chwycił garść proszku Fiuu i z zapałem cisnął ją do płonącego kominka.
- Ulica Pokątna! - krzyknął.

**

- Tato, nie powiewaj!
- Czy moja córka może się z łaski swojej zamknąć i nie denerwować swojego ojca? - warknął Severus, nie przestając ani na chwilę powiewać swą teatralną, smoliście czarną peleryną. - Który jest i tak już wystarczająco zdenerwowany?
- Wystraszysz wszystkich moich kolegów! - poskarżyła się Sara, starając się nadążyć za swoim ojcem. Wcale nie było to łatwe, zważywszy, że ten ostatni bynajmniej nie czekał na swoje dzieci, a nawet wprost przeciwnie. Jego mina świadczyła, że chciałby się ich jak najszybciej pozbyć. - Pomyślą, że porwał mnie Batman!
- Że co? - Snape spojrzał na nią z dezaprobatą. - Czy będziesz tak łaskawa wyrażać się ludzkim językiem w mojej obecności?
Sara westchnęła głęboko, mrucząc pod nosem coś o wapniakach i chodzących z nosem w chmurach czarodziejach którzy myślą co to nie oni, a sądzą, że mikrofalówka to przyrząd do mierzenia ciśnienia. Jednak robiła to na tyle cicho, by jej rodziciel tego nie usłyszał. W zamian otrzymała jego wybitnie podejrzliwe spojrzenie.
Sara zasłoniła twarz rękami.
- Co za wstyd. - mruknęła.
Sergiuszek zaśmiał się cicho gnając z drugiej strony Severusa, idącego szybkim krokiem przez Pokątną. Wielobarwny tłum zalewał wąską ulicę, płynąc niby rzeka, której strumyczki odbijały na bok, znikając za drzwiami licznych sklepów. Dookoła pełno było rodziców wraz z uczniami Hogwartu, kupujących potrzebne im szkolne przybory oraz szaty. Sara miała wrażenie, że niektórzy z nich pokazują sobie ich trójkę palcami, szepcząc coś i chichocząc. Poczuła, że się czerwieni.
- Nie lubię być widowiskiem dla połowy ulicy! - poskarżyła się.
- Zapewne dlatego chcę możliwie szybko skończyć tę miłą przechadzkę! - syknął Snape, obrzucając kilkoro wyjątkowo gapiących się uczniów spojrzeniem, które sprawiło, że natychmiast odwrócili wzrok. - Prosiłem matkę, żeby z wami poszła, ale ona, rzecz jasna, nie ma ostatnio na nic czasu! Nawet na własne dzieci!
Sara wzruszyła ramionami z miną pod tytułem “to są właśnie profity posiadania za ojca etatowego Tłustowłosego Nietoperza Hogwartu”, ale nic nie powiedziała. Tatusiek nie wyglądał na swój najlepszy nastrój.
Tymczasem cała trójka weszła do Gringotta.
- Wy tu poczekacie! - zarządził Snape i wręczył kluczyk łysemu goblinowi w okularach. Po chwili zniknął w korytarzyku prowadzącym do podziemnych sejfów.
- Nareszcie! - westchnęła Sara .- Już nie mogłam oddychać!
- Kiedy kota nie ma, myszy robią bal - skomentował Sergiuszek, rozglądając się po marmurowym wnętrzu z tajemniczym uśmiechem.
Sara uniosła brew.
- Tutaj? - zapytała cicho. Sergiusz potrząsnął przecząco głową.
- “Esy i Floresy”. Musimy zaciągnąć tam ojca za godzinę - powiedział, zatrzymując wzrok na dużym, okrągłym zegarze ściennym ze złotymi wskazówkami. Zegar mrugnął do niego zawadiacko.
- Myślisz, że się uda? - zapytała Sara z lekkim powątpiewaniem w głosie.
- Oczywiście - odparł Sergiusz, szczerząc zęby. - Masz moje słowo, siostrzyczko! Uśmiechaj się tylko ładnie do taty. Ja zajmę się wujkiem Harrym.
Sara potrząsnęła tylko głową.
- Wariat - powiedziała. - Ale sama bym tego nie wymyśliła.
- Od tego właśnie masz mnie! - powiedział z wyraźną dumą.
Sara obrzuciła go zimnym spojrzeniem.
- Przepraszam. Czy wy też jesteście czarodziejami?
Odwrócili się gwałtownie. Przed nimi stał brązowowłosy chłopiec ubrany w mugolskie dżinsy i kurtkę. Miał owalną, lekko piegowatą twarz i duże orzechowe oczy, które spoglądały na bliźniaków zarazem ciekawie i niepewnie. Sara uniosła brew i przywołała na twarz wyraz uprzejmego zdziwienia, choć kącik jej ust drżał w powstrzymywanym śmiechu. Sergiusz uśmiechnął się ironicznie.
- Czy to aż tak widać? - spytała w końcu drwiącym głosem.
- Wszystkie dowody potwierdzają słuszność tezy - dorzucił jej brat.- Jesteś z rodziny Mugoli?
Chłopiec pokiwał energicznie głową.
- Tam są moi starzy - wskazał na dwoje ludzi przy ladzie, w pocie czoła próbujących zrozumieć przelicznik z funtów na galeony.
- Mają wyraźne kłopoty z aklimatyzacją - zauważył mimochodem Sergiusz.
- Tak - potwierdził chłopiec. Spojrzał znowu na rodzeństwo i uśmiechnął się szeroko. - Nazywam się Mark Prestine i zaczynam pierwszy rok w Hogwarcie. A wy?
- Sergiusz Snape, a to moja siostra, Sara Snape. My też w tym roku zaczynamy - odpowiedział Sergiusz. Sara jedynie wzruszyła obojętnie ramionami i spojrzała znacząco w stronę tunelu. Ich ojciec właśnie wychodził z wagonika i, jeśli to w ogóle możliwe, był w jeszcze gorszym nastroju niż do tej pory.
- Jesteście bliźniakami? - zapytał wyraźnie ucieszony Mark.
- Podobno tak - przyznał Sergiusz uśmiechając się krzywo. - Tak przynajmniej twierdzą rodzice. Tymczasem. Musimy już lecieć. Ta czarna burza gradowa drałująca w naszą stronę jest niestety naszym ojcem.
- Robi wrażenie! - zauważył Mark.
- Żebyś ty wiedział, jakie! - prychnęła Sara. - Przeżyj tylko Eliksiry!
Oba bliźniaki rzuciły się w pogoń za rodzicielem, który zdążył już dopaść drzwi.
- Nigdy... więcej... żadnych... piekielnych... wagoników... - usłyszeli jak warczy pod nosem.
- Symptom Gringotta! - szepnął Sergiuszek w ucho Sary. - Nie wsadzać palców między pręty klatki przez najbliższe pół godziny!
Sara zachichotała.
Severus nie zwalniając ani chwili swego zabójczego tempa zaciągnął ich wpierw do Madam Malkin, następnie do apteki, w końcu całe zziajane mocno towarzystwo wylądowało u Olivandera.
- Co ja widzę! - ucieszył się staruszek. - Dorobiłeś się potomków, Severusie!
- Niestety muszę przyznać ci rację - odparł ponuro Snape.
Po zaopatrzeniu bliźniaków w różdżki (Sergiusz - wierzba i serce smoka, doskonała do zaklęć, Sara - buk i pióro feniksa, bardzo duża moc) Severus pobiegł z nimi w kierunku Esów i Floresów, by dokonać ostatniej części zakupów.

W sklepie było tłoczno i duszno. Pachniało starym pergaminem, tuszem oraz dużą ilością klientów. Snape przepchał się bezceremonialnie do przodu, czym zdobył sobie kilka nieprzyjemnych uwag od postronnych. Zbył je paroma celnie wymierzonymi morderczymi spojrzeniami.
- Snape? Witaj stary druhu! Jakie to wiatry przywiały cię na Pokątną! - rozległ się z boku czyjś ironiczny głos. Severus obrócił się o 90 stopni i stanął twarzą w twarz z niezbyt szczęśliwym Potterem.
- Witaj, Potter - odpowiedział chłodno. Gdzieś głęboko w jego oczach czaiła się żądza mordu ale powstrzymał ją ze względu na swoją małżonkę. - Zapewne to samo co ciebie - wskazał na kryjącą się za plecami swego ojca jasnowłosą, zielonooką dziewczynkę. - Nieszczęśliwy przypadek, że moje potomstwo dorosło do wieku, by zacząć naukę w Hogwarcie. A teraz żegnam, mam pilne sprawy do załatwienia.
- Widzę, że to cię nie bawi - zauważył mimochodem Harry, mrugając w stronę Sergiusza. - Może pomogę ci w wypełnieniu tego niemiłego obowiązku? Dwa więcej nie zrobią większej różnicy, tak myślę.
Snape zamrugał.
- Dzięki wielkie, Potter, ale i tak już kończymy.
- Obiecałeś nam lody! - odezwała się nagle Sara.
- Pięć kulek, w czekoladzie! - potwierdził z zapałem Sergiuszek - Nie pamiętasz?
- Nie! - ryknął rozwścieczony Snape. - I nie wmawiajcie mi że powiedziałem coś, czego nie powiedziałem!
- Nie wyjdę stąd bez loda! Jesteś nędzną imitacją ojca, która nie dotrzymuje obietnic!- zaprotestowała Sareczka z starannie dobraną ilością decybeli tak, by mieć pewność że połowa sklepu zwróci uwagę na jej nieszczęście. Dla lepszego efektu zrobiła minę, jakby za chwile miała się rozpłakać. Większość matek obrzuciła Snape'a zgorszonym spojrzeniem.
Harry spojrzał przepraszająco na Severusa, z trudem powstrzymując napad śmiechu.
Severus otworzył usta, ale nagle poczuł, że nie ma ochoty się kłócić. Zresztą, skoro Potter taki chętny, to dlaczego by nie? Uśmiechnął się zimno.
- No dobrze. Zajmij się nimi. Tylko pod żadnym pozorem nie kupuj im niczego żywego i włochatego, ewentualnie pierzastego. I zwróć je w zdrowym stanie przed wieczorem. Tu masz pieniądze na podręczniki.
Wcisnął sakiewkę w ręce Pottera i z wyraźną ulgą na twarzy wypadł ze sklepu.
Gdy tylko drzwi zatrzasnęły się za czarną postacią, na twarzy Sary pojawił się tryumfalny uśmiech.
- No i co? - uniosła znacząco brew w stronę brata, który niepoprawnie szczerzył zęby.
- Ty też jesteś niezła. Gratuluję - odparł pojednawczym tonem.
Harry odwrócił się w stronę bliźniaków.
- No dobra - powiedział z zawadiackim uśmiechem. - Skoro siła sprawcza zniknęła z horyzontu przejdźmy do omawiania ważnych spraw. Wiecie, że my, Potterowie, zawsze pomagamy kolejnym pokoleniom dzielnych łobuziaków. Dostaniecie swoje miotły, ale to jest w ramach prezentu gwiazdkowego, zrozumiano?
Rodzeństwo pokiwało z zapałem głowami. Sergiuszek aż klasnął w ręce z uciechy.
- Najpierw podręczniki, potem przyjemności - Harry wraz z bliźniakami i swoją córką, która kryła się wciąż za jego plecami (uciekała na sam widok bliźniaków od czasu, kiedy Sara wypróbowała na niej Zestaw Magicznych Upiększaczy, świeżo zakupionych w sklepie Weasleyów. Trzeba przyznać, że efekt był wstrząsający - Potterowie nie byli w stanie rozpoznać własnej córki) ustawił się w ogonku długiej kolejki do lady z podręcznikami.
- Jak sprawy domowe? - zapytał. - Czy mama jeszcze żyje, czy dyktatura waszego ojca już przyprawiła ją o załamanie nerwowe?
Sergiuszek uniósł pytająco brew.
- Czy nazwałbyś “załamaniem nerwowym” wczorajszy dzień, kiedy mama kazała umyć tacie wszystkie okna bez użycia czarów, bo nie chciała być gorsza od pani Smith z naprzeciwka? - zapytał Sergiuszek niewinnie.
- I tak była gorsza - zauważyła Sara z wszechwiedzącą miną. - u pani Smith myli okna mąż, zięć i syn.
- Ale sama przyznasz, że zabawnie wyglądał ze ścierą w jednej ręce i psikadłem “Domestos. Miętowa świeżość” w drugiej.
- Zapomniałeś o kuchennym fartuchu z falbankami!
Harry słuchał tej wymiany zdań z szeroko otwartymi oczami.
- No dobrze - mruknął niepewnie. - Może starczy tych obrazoburczych rozmów. Bo coś czuję, że będę zmuszony zmienić fronty i stanąć w obronie Snape'a. Nigdy w życiu nie podejrzewałem, że do tego dojdzie...
- Słucham? - spytała kobieta ubrana w czerwoną szatę i obojętną minę. - Co państwu podać?
- Och! - Harry spojrzał na nią nieco nieprzytomnie. - Proszę trzy zestawy podręczników dla pierwszego roku.
Trzy identyczne kupki książek pojawiły się na stole. Wśród nich “Zaklęcia: stopień pierwszy. Wersja edytowana”, “Tysiąc magicznych ziół i grzybów”, “Transmutacja dla początkujących”, “Podstawowe eliksiry dla początkujących” (Debramus Britss i Severus Snape), “Geografia gwiazd wraz z Atlasem Nieba” oraz cienka, czerwona książeczka, która nie miała żadnego tytułu. Ani autora.
- Co to jest? - spytał z zaciekawieniem Sergiusz, podnosząc ją z kupki i kartkując. Była zupełnie czysta, jeśli nie liczyć kilku dziwnych znaczków w samym rogu pierwszej strony. Sergiusz był niemal pewien, że gdzieś już widział ten układ znaków. Ale gdzie?
- Pamiętnik? - prychnęła lekceważąco Sara.
- Nie, ale przekonacie się niedługo - powiedział Harry z tajemniczym uśmiechem. - Ile płacę?
- Dwanaście galeonów, pięć sykli i osiem knutów - powiedziała sprzedawczyni.
Harry spojrzał na nią ze zdumieniem.
- Lavender? - zapytał z miną, jakby dopiero co obudził się z długiego snu.
- Tak, to ja! Refleks jak zawsze, Potter! - warknęła.
- Ale... Ale co ty tutaj robisz? Słyszałem, że masz doskonałą posadę w Ministerstwie!
- To chyba nie twoja sprawa, prawda? Płacisz, czy nie?
Harry, potrząsając ze zdumieniem głową, uiścił należność i wyprowadził swoją trójkę na zewnątrz, zaczarowując ich książki by leciały za nimi.
- No to czas na przyjemności! - wykrzyknął wesoło, prowadząc ich do sklepu Quidditcha. Podjęcie decyzji nie trwało zbyt długo.
- Torpeda 10! Wow! - wrzasnęły zgodnie oba bliźniaki zatapiając głodne spojrzenia w lśniącej miotle, wiszącej dumnie na wystawie.
- Ostatni model! – westchnął Sergiusz, przybierając minę człowieka, który niespodziewanie teleportował się do siódmego nieba. – Cedrowa rączka, witki z modyfikowanej magicznie Wierzby Akceleracyjnej, przyśpieszenie do 70mil/h w czasie trzech sekund, osłona antypogodowa…
- Chcę! Chcę! – zaśpiewała Sara, wchodząc do sklepu sportowego. – Pragnę! Pożądam!
- Czy nie za dobry sprzęt dla początkujących? – zapytał Harry, przyglądając się miotle z dziwnym błyskiem w oku.
- Dla nas nic nie jest za dobre! – odparła stanowczo Sara. Młody czarodziej stojący za ladą zachichotał.
Harry także się zaśmiał.
- Niech wam będzie! A ty, Lily? Chcesz miotłę? – zapytał swej córki, która w stosownej odległości od bliźniaków przyglądała się zestawowi piłek do Quidditcha. Wyciągnęła dłoń i musnęła palcem skrzący się Znicz. W odpowiedzi pomachał skrzydełkami.
- Nie – powiedziała, nie odwracając się nawet. – Śliczny, prawda?
Harry westchnął.
- Wykapana mama – mruknął do nikogo szczególnego. – Nie to, co Kalinka…
Sergiuszek skrzywił się lekko.
- Co podać? – zapytał sprzedawca, bębniąc wyczekująco palcami o blat.
Harry spojrzał na niego trochę nieprzytomnie.
- Ach. Dwa razy Torpeda 10.
Po chwili starannie zapakowany sprzęt miotlarski pojawił się na blacie.
- Obrobicie mi kieszenie! - wykrzyknął żartobliwie Harry.
- Tuzin głodnych Weasleyów by tego nie dokonał – prychnęła Sara, zarabiając kuksańca od wujka.
- Tylko ma to służyć szlachetnym celom! - ostrzegł Harry. - Takim jak wygrywanie meczów dla Gryfonów!
- Uch! Tata by nas pogrzebał żywcem razem z miotłami! - stwierdziła Sara, spoglądając z miłością na swoją miotłę.
- Zapewne zrobi to i tak - zauważył Harry. - Jeśli tylko zobaczy, na co traciliście czas na Pokątnej...
- Nie ma strachu - Sergiuszek wzruszył ramionami. - Nie zobaczy.
- Oho, Sergiusz ma asa w rękawie! Strzeżcie się pokolenia wapniaków! - zachichotała Sara.
- Wszystko jest tylko kwestią wybrania DOBREGO czasu - przemądrzał się dalej jej brat.
- Czyli? - zapytała Sara podejrzliwie.
- Tego, który trwa od dziesięciu minut. Tata bierze kąpiel a mama nie wróciła jeszcze z pracy... - Sergiuszek błysnął zębami.
Sara potrząsnęła głową.
- Czasami mnie przerażasz - wyznała.

Rzeczywiście, Severus właśnie topił się w bąbelkach, kiedy usłyszał w przedpokoju hałas swojego potomstwa wyskakującego z kominka i biegnącego po schodach na górę.
“Przynajmniej wrócili w jednym kawałku. Inaczej Hermiona by mnie zamordowała” pomyślał i beztrosko chlapał się dalej.
Tymczasem dwoje czarnowłosych przestępców zgromadziło się w pokoju Sergiusza. Miotły zostały wepchnięte tymczasowo pod łóżko, zaś Sara i Sergiusz usiedli na łóżku.
- No dobra. Skoro jesteś taki genialny i w ogóle to powiedz mi teraz, jak my je przeszmuglujemy do Hogwartu. Zaklęcie Kurczące odpada, bo po pierwsze go nie znamy, a po drugie nie wolno nam czarować poza szkołą.
- A po trzecie nie wolno go używać na miotłach, bo niszczy ich magiczną powłokę - dorzucił chłopiec. - Myślałem już o tym i mam sposób. Potrzebny nam jest Eliksir Zmniejszający.
- I co? Może poprosisz ojca, żeby ci go zrobił? - zadrwiła Sara.
- Nie - odparł niewinnie Sergiuszek. - Sam go uwarzę. Tata ma wystarczający zapas składników.
Oczy Sary zrobiły się wielkie jak dwa spodki.
- Gdzie? Kiedy? - wydusiła z siebie. - Ty jesteś naprawdę kopnięty!
- Gdzie? W laboratorium ojca. A kiedy? Chyba dziś w nocy. W środę już wyjeżdżamy a poza tym jutro mama robi sprzątanie i gdyby zauważyła... - powiedział Sergiuszek z zamyśleniem. - Przepis jest dość prosty, dwie godziny mi wystarczą.
- To ty to POTRAFISZ?
- No jasne - Sergiusz uniósł z dumą swój rodowy nos. - Uczył mnie w końcu najlepszy, prawda?
.
c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: archiwalny » 16.02.08, 12:18

Rozdział drugi
DŁUGA DROGA DO HOGWARTU


Severusowi śniła się ulewa. Stał na środku mokrego asfaltu czując, jak wielkie, gęste, przeraźliwie wilgotne krople spadają na niego z ciemnego nieba, mocząc włosy, ubranie...
- Ojojoj! - jęknął nagle Snape, zrywając się z łóżka. W wielkim pośpiechu wypadł z pokoju.
- Kochanie? - mruknęła Hermiona, nie starając się nawet otworzyć szczelnie zaklejonych zmęczeniem oczu. - Orzełku?
Cisza. Łóżko obok było puste.
- No nie. Znowu przyśniła mu się ulewa - Westchnęła Hermiona, z braku wyboru zapadając ponownie w objęcia Morfeusza.

Mieszkanie Snape'ów. Noc. Kompletna cisza. Ależ oto nie! Coś jest nie w porządku! Coś zakłóca spokój niewinnego domostwa, dybie na życie jego niczego niespodziewających się mieszkańców...
W prywatnym laboratorium Severusa ktoś jest. Słychać mrożący krew w żyłach głos zabójcy...

- Zamorduję ojca! Gdzie on schował te pikle z ogórka trójbarwnego!
Sergiuszek miotał się dziko po małym pomieszczeniu zastawionym szczelnie półkami ze składnikami do eliksirów, na których widok niejeden profesjonalista mógłby dostać białej gorączki. Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej nie trafiłaby go jasna cholera. Na wielkim drewnianym stole pośrodku grzał się kociołek srebrny rozmiar 3, zaś znajdująca się w nim chorobliwie zielona ciecz bulgotała zarazem obrzydliwie i kusząco.
- Ach! Jest! - westchnął Sergiuszek z ulgą, na szczęście jeszcze zanim straszna groźba zdążyła dojść do skutku. Wyciągnął słoik, który przyczaił się między marynowanymi oczami węża a embrionem małpim w zalewie jogurtowej.
Szczypczykami wyjął ze słoika dwa pikle, posiekał i dorzucił do roztworu. Ciecz zabulgotała głośniej i radośniej.
“No dobra” pomyślał, zaglądając do książki. “Teraz zamieszać trzy i ćwierć raza w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara.”

Sergiuszek właśnie w śmiertelnym skupieniu odważał ostatni składnik, 12,45 grama sproszkowanego jelita kolcogłowca bergamuckiego, gdy nagle usłyszał zbliżające się przeraźliwie szybko kroki...
- Uch! - sapnął. A żeby to! Ojciec! A jeśli tu wejdzie? A jeśli odkrył brak swojej różdżki? Trzeba się kryć!
Jednym machnięciem wyżej wymienionej różdżki zamknął drzwi. Drugim próbował zgasić światło, ale zawadził przy tym o słój pełen oczu żuka, który na chwałę prawu ciążenia poleciał w kierunku podłogi.
Brzdęk!
Zamarł...

Zamarł.
To był z całą pewnością odgłos tłuczonego szkła, co gorsza dochodzący z jego prywatnego laboratorium! Kto byłby na tyle bezczelny, by naruszać spokój jego osobistej świątyni? A jeśli to... złodziej?
Severusa coś trzepnęło. Jego bezcenne, zdobyte z wielkim wysiłkiem, cudowne, kochane, wypieszczone, wycałowane składniki eliksirów!!!!
Ruszył w stronę zamkniętych, drewnianych drzwi, które ukrywały jego skarby. Ruszył stanowczo, grzmiąco, groźnie, potępiająco i...
- Ojojoj!
Jednak w tym momencie łazienka okazała się sprawą najważniejszą.

Drzwi do łazienki zamknęły się z cichym, za to błyskawicznym trzaskiem. Sergiuszek westchnął z ulgą. Apokalipsa odroczona o jakieś trzy minuty.
Przeklinając siarczyście wszelkie ulewy świata zabrał się do kończenia eliksiru w naprawdę ekspresowym tempie. Dorzucił piekielne jelito. Zamieszał. Zdjął eliksir z ognia i przelał zawartość (bladobłękitną) do butelki samochłodzącej. Półtora minuty. Przepłukał kociołek, włożył go na miejsce. Machnięciem różdżki sprzątnął rozsypane oczy żuka. Dwie minuty, czterdzieści pięć sekund. Zgasił świece. Chwycił butelkę i wybiegł, zamykając ze sobą drzwi.
Dokładnie w momencie, gdy odkładał różdżkę ojca na stoliku przy łóżku rodziców drzwi łazienki się otworzyły.

Snape wypadł z łazienki z jedną tylko myślą “Zabiję drania i posiekam!”. Rzucił się na drzwi laboratorium jak orzeł opadający na zdobycz i z całej siły szarpnął klamkę...
- Ahaaaaaau!!
Nieludzkie wycie wstrząsnęło cienkimi ścianami apartamentu.
- Severus! - przerażona Hermiona, w trybie nagłym wybudzona ze snu, wypadła na korytarz z różdżką w ręku, okiem błędnym a włosem rozwianym. Dopadła swego siedzącego na podłodze męża, który wpatrywał się dziko w drzwi własnego laboratorium i w przypływie histerii rzuciła mu się na szyję. Nie zareagował.
- Co się stało, kochanie? Co się stało?? - zapytała, wzrokiem doświadczonego uzdrowiciela szukając na ciele swego małżonka jakichkolwiek oznak ran ciętych, szarpanych, ewentualnie świeżo przebytego zawału. Wyglądał na całkiem zdrowego.
- Ktoś tam jest – oświadczył Severus głosem złowieszczym, wskazując na drzwi.
Spojrzała w tą samą stronę. Machnęła różdżką.
- Nikogo tam nie ma - oświadczyła stanowczo.
- Och? - zdziwił się. Po jego twarzy przemknęła cała gama uczuć od szoku, przez zrozumienie aż do zakłopotania. - A ja...
Zaczerwienił się niezdrowo. Hermiona pojęła nagle, co takiego trzepnęło jej męża.
- No tak - westchnęła ciężko, zapisując sobie w pamięci, by następnego dnia powiesić na drzwiach tabliczkę:
“Uważaj!
Zabezpieczyłeś swoje laboratorium Barierą Antywłamaniową! Drzwi otwierają się WYŁĄCZNIE przy użyciu twojej różdżki!”

- To ja - szepnął Sergiuszek, otwierając drzwi do pokoju Sary. Siedziała w zielonej pidżamie na łóżku, chichocząc cicho. Podszedł i położył przed nią na kocu miotełkę wielkości ludzkiej dłoni.
- Śliczna robota - skomentowała, nadal uśmiechając się głupio.
- Powróci do poprzedniej wielkości za jakieś cztery dni - oświadczył Sergiusz zadowolonym z siebie głosem. Na to Sarę ogarnęła nowa fala chichotu.
- O co chodzi? - zapytał, nieco zirytowany.
- Żadnych problemów? - zaciekawiła się.
- No... Mało brakowało - przyznał Sergiuszek.
- A ten ryk ranionego bawołu?
- Ach, to - Sergiusz machnął lekceważąco ręką. - Ojciec nadział się na własne zaklęcie zabezpieczające.
Sara pokiwała głową ze zrozumieniem.

- Smakujesz jak parówka. Wyglądasz jak parówka. Jesteś parówką - intonowała Sara idealnie grobowym głosem, patrząc w oczy Sergiusza. Severusowi kawałek parówki stanął kołkiem w gardle.
- Co ty wyprawiasz? - warknął w stronę żeńskiej połowy potomstwa.
- Zamilknij, śmiertelniku - powiedziała Sara, nie zmieniając ani na jotę obumarłego tonu. - Sara Snape rzuca urok.
Jej ojciec czując, że traci grunt pod nogami, zdecydował się nie rozpoczynać dyskusji o urokach których nie znał (a znał dotychczas wszystkie).
- Jedz ten śmietnik! - warknął wobec tego w stronę męskiej połowy potomstwa, która zamarła nad talerzem zupy mlecznej z czekoladowymi odpadkami, reklamowanymi tym razem przez krowią mafię z Tyrolu. - Za pół godziny odjeżdża wasz pociąg i jeśli nie zdążycie na niego, to zaprzęgnę was do waszych kufrów, i jak przygrzeję zaklęciem, to dotrzecie do Hogwartu szybciej niż ekspres!
- Parówki nie jadają zup mlecznych - odparował naukowym tonem Sergiuszek.
- Parówki nie dostają także kieszonkowego - zauważył sucho Severus.
- W takim razie pozwalam ci mnie zjeść.
Snape nie skomentował tego.
- Ale dlaczego nie możemy jechać z tobą? - zapytała nagle Sara głosem pełnym ponurej rozpaczy.
- Zapewne dlatego - wycedził jej ojciec - że tradycją jest, żeby każdy uczeń, bez względu na posiadanie czy też nie rodziców w kadrze nauczycielskiej jechał tym pociągiem...
- Ludzie! Żyjemy w XX wieku! Dajmy sobie spokój z idiotycznymi tradycjami! - zdenerwowała się Sara.
- ... pobocznym zaś czynnikiem można nazwać odgryzienie mi głowy przez dyrektora, jeśli ośmieliłbym się wysłać was jakimś sensowniejszym środkiem transportu - dokończył z ironicznym uśmiechem. - Nieprawdaż, żono?
- Hm - wydało z siebie głos blade stworzenie sterczące smętnie nad filiżanką kawy. Było ono wynikiem trzydziestosześciogodzinnego ostrego dyżuru na oddziale zatruć przy pacjencie, którego i tak nie udało się uratować.
- Naprawdę. Oni cię tam totalnie wykorzystują - zauważył Severus, przemocą wciskając do swej przemowy ton współczucia. Nie bardzo mu to wyszło.
- Idźcie już - poprosiła Hermiona z bolesnym wyrazem twarzy. - Po prostu idźcie.

Severus Snape wyrzucił z siebie potok wyjątkowo wyszukanych przekleństw.
- Dzięki tato! Dwóch nawet nie znałam! - ucieszyła się Sareczka.
- Cicho tam z tyłu! - ryknął Snape, trąbiąc przeraźliwie na bogu ducha winnych kierowców.
Bogu ducha winny kierowca z mercedesa obok pokazał mu środkowy palec.
Severus otworzył przednią szybę i ryknął w jego stronę:
- Języka migowego używaj przy głuchoniemych, chamie!
Bogu ducha winny kierowca również otworzył szybę.
- To nie trąb tak, trąbo jedna! Do fryzjera się śpieszysz?
Korek istniał nadal i nie wykazywał najmniejszych skłonności rozładowania się.
- Jak tak dalej pójdzie, na pewno nie zdążymy na pociąg - stwierdził Sergiuszek, wpatrując się ze zdumiewającym spokojem w zegarek.
Snape poczuł, jak jego zwykle nawet kruche mury cierpliwości zaczynają się kruszyć.
- A mówiłam żeby wybrać się przez sieć Fiuu.
Snape zazgrzytał zębami.
- Jeśli dobrze pamiętam, to tłumaczyłem wam, że dziadkowie spotykają się z wami na dworcu. - powiedział niebezpiecznie łagodnym głosem. - a oni nie mogą tak jak wy przejść przez barierę na peron 9 i 3/4.
- Ale my możemy przejść do nich - zauważył Sergiuszek.
Snape pomodlił się do bogów o jeszcze odrobinkę błogosławionej cierpliwości.
- Jak wiecie, dziadkowie to Mugole. I to dosyć konserwatywni. Nie uznają, a w każdym razie nie popierają magicznych środków transportu.
To była szczera prawda. Kiedy tylko George i Renata Granger dowiedzieli się, że ich przyszłym zięciem jest rasowy, pełnokrwisty czarodziej, od razu pomyśleli o prezencie ślubnym.
I nie da się opisać szoku Severusa, gdy w dzień swego ślubu w darze od teściów otrzymał... kluczyki do nowiutkiej Toyoty Avensis! Wraz z samochodem, ma się rozumieć.
Naturalnie próbował protestować. Ale szybko okazało się, że Hermiona naprawdę odziedziczyła charakter po swojej matce. Jego żona wysłała go za to na kurs prawa jazdy, co samo w sobie jest warte odrębnej opowieści.
- Pewnie i tak nie zdążymy się z nimi spotkać - zauważyła Sara.
Severus nagle pobłogosławił korek. Który w odpowiedzi zaczął znikać.
- Jedziemy! - ucieszył się Sergiuszek.
Snape nic na to nie odpowiedział.

- Spokojnie. Mamy jeszcze piętnaście minut - zauważył Severus z niejakim żalem, krocząc za dwoma wózkami, do końców których uwiesiły się bliźniaki.
Może zapomnieli i nie przyszli...
Jego nadzieje rozwiały się jednak oszałamiająco szybko, gdyż w tym momencie zobaczył aż nazbyt znajoma parę, czatującą na nich w pobliżu peronu piątego.
- Dziadek! Babcia! - ryknęła jego progenitura, rzucając się w kierunku statecznego siwowłosego mężczyzny i lekko korpulentnej kobiety w eleganckim kostiumie.
Kobieta wyściskała najmłodszą część rodziny, po czym przypuściła atak na starającego się zniknąć w tłumie Severusa.
- Gdzie Hermiona!
- Uch... - sapnął zbity z tropu Severus.
Teściowa wyciągnęła w jego stronę oskarżycielski palec.
- Co z nią zrobiłeś? Gadaj!
- Mama nie mogła przyjść. Była zbyt zmęczona. Miała całonocny dyżur - uratował go Sergiuszek.
- Ach, tak - babcia najwyraźniej przyjęła informację do wiadomości. Spojrzała potępiająco na zięcia i królewskim gestem podała mu uzbrojoną w pierścionki dłoń. Nie mając większego wyboru, Severus ucałował ją, po czym powiedział bez większego przekonania:
- Witaj, mamo. Miło cię znowu widzieć.
- Witaj, Severusie - Gerorge Granger wybrał sobie ten właśnie moment, by wkroczyć na scenę dramatycznych wydarzeń. Snape z wyraźną ulgą uścisnął mu dłoń. - A co się stało z moją córką?
- Nie przyszła, bo jest wykończona - wycedziła Renata Granger. - A mówiłam, żeby nie pchała się do szpitala tylko została dentystą tak jak my! - powiedziała to tak, jakby jej córka powinna była ją przepraszać na kolanach za to, że nie zastosowała się do jej rady.
Snape na wszelki wypadek pokiwał głową. Spojrzenie babci skierowało się w stronę stojącej grzeczniutko młodzieży.
- Mam nadzieję, że będziecie przez ten rok zachowywać się porządnie i nie zrobicie wstydu MOJEJ rodzinie?
Bliźniaki uśmiechnęły się iście anielsko.
- Oczywiście, babciu! - odparły chórkiem.
- Mamy mało czasu - wtrącił Severus sucho.
- Już, momencik! Mam coś więc dla was, moje słoneczka! - zmiana w tonie babci była wprost szokująca. Severus ledwie powstrzymał się od dostania zawału.
Babcia ze swej torebki wydobyła dwie paczki pełne czegoś białego opatrzone napisem “Łakocie dr Berna z fluorem” i podała je bliźniakom.
- Dziękujemy, babciu! - bliźniaki uśmiechnęły się jeszcze szerzej. Severus obrzucił je wielce podejrzliwym spojrzeniem, które natychmiast zmieniło się w spojrzenie przerażone, gdy babcia wcisnęła w jego ręce tubkę pasty do zębów “Śnieżny uśmiech”.
- Przyda ci się - oznajmiła sucho.
- Aaaa... och... musimy już iść! Do widzenia! - wyrzucił z siebie Severus i pognał za swoją progeniturą w kierunku peronu 9 i 3/4.

- Pooociąg! Pociąg, który zawiezie nas do raju! - zaśpiewała Sara na widok Hogwarts Ekspresu, który jak zwykle w ten dzień i o tym czasie stał na tym samym peronie. Taka opoka czarodziejskiej rzeczywistości, której nawet starania Voldemorta o przewrócenie świata do góry nogami nie były w stanie przemóc.
- Aż do pierwszej lekcji Eliksirów - zauważył Snape.
Cisnął swym słynnym spojrzeniem w grupkę uczniów, którzy nieprzygotowani na tak traumatyczne przeżycie o tak wczesnej porze zachwiali się lekko. Kilka osób wykonało gesty mające na celu odstraszenie złych widm. Kilka wyjęło wodę święconą.
- Całe szczęście, że nie będziemy go musieli oglądać aż do wieczora - mruknęła Sara pod nosem na tyle cicho, by siła rodzicielska jej nie usłyszała.
- Tato, zamiast psuć innym przyjemność nowych doświadczeń, uśmiechnąłbyś się lepiej. Twoje potomstwo wkracza na drogę samodzielnego życia - oznajmił radośnie Sergiuszek, przyglądając się wszystkim dookoła.
Snape spojrzał na niego dziwnie.
- Uśmiechnąć? - prychnęła Sara. - Ten peron nie wytrzyma skutków.
- I jak mam się uśmiechać - wycedził Severus - gdy mam świadomość, że już jutro zobaczę te bezczelne gęby w mojej klasie?
- Makiawel! Makiawel! Zaczekaj, ty kocurze!
Czarny jak noc kot przeleciał między nogami Severusa i w słusznej kolejności w jego osobę władował się chudy, wysoki chłopak. Snape zatoczył się do tyłu, omal nie zaliczając marmurowej podłogi. Chłopak wrzasnął i odskoczył.
- Witam, Binns. Czyżbyś chciał mi oddać swoje, ufam, że wybitne wypracowanie? – wycedził Severus, otrzepując szatę.
- P-profesor Snape?
- Ależ skąd. To tylko twój prywatny bogin.
Chłopak zamrugał oczami. Potrząsnął głową. Zdecydowanym ruchem wyciągnął różdżkę.
- Riddiculus!
Nie stało się nic. Snape stał dalej w pełni swej czarnej chwały i sadystycznego uśmiechu.
- Zawsze podejrzewałem, że twoja miernota rozciąga się dalej niż eliksiry - oznajmił swobodnym tonem Severus.
Chłopak skamieniał. Potem jego wzrok padł na potomstwo Severusa. W jego oczach błysnęło zrozumienie.
Z mrożącym krew w żyłach krzykiem zwiał do pociągu.
Sara obrzuciła swego ojca zaciekawionym spojrzeniem. Na rękach trzymała czarnego kocurka.
- Czy ty zawsze wywierasz takie wrażenie na swoich uczniach? - zapytała z podziwem w głosie.
- Dosyć często - przyznał Severus.
- Hmmm... - Sara skinęła głową. - Czuję, że zaczynam cię szanować.


- Wolne?
- A czemu nie?
- Widzisz przecież że tak, Sergi! Lokuj się.
Bliźniaki bez dalszych komentarzy załadowały się do przedziału, który zajmowało obecnie dwoje chłopców. Sara posadziła Makiawela na siedzeniu (rozkoszny kociak natychmiast zaczął ostrzyć pazurki o obicie) i gwizdnięciem przywołała oba kufry, które dolewitowały posłusznie do swoich miejsc w przedziale.
Chłopcy patrzyli z podziwem.
Sergiuszek wyszczerzył zęby i klapnął obok jednego z nich, blondyna o zadartym nosie i wesołych, błękitnych oczach.
- Pożyteczne zaklęcie - oznajmił z niejaką wyższością.
- Nie pusz się tak - warknęła Sareczka, także siadając i biorąc na kolana Makiawela, który zainteresował się niezmiernie jej sweterkiem. - wiesz dobrze, że to ojciec je zaczarował.
- Ale mimo wszystko... - Sergiusz wzruszył ramionami. - Cześć. - zwrócił się do chłopców - Jestem Sergiusz Snape a to moja siostra, Sara.
- Eliot Toilan - przedstawił się blondyn.
- Borys Dernson - drugi chłopiec, szatyn, patrzył na nich z wyraźną nieufnością. - znacie może Severusa Snape'a? Ma nas uczyć Eliksirów.
Sara prychnęła.
- Spójrzcie na mojego braciszka. Napatrzyliście się już? To dobrze, bo właśnie taki widok, tylko nieco starszy i bardziej ponury będziecie musieli znosić przez całe siedem lat.
- Ejże! - sprzeciwił się Sergiuszek.
- Słyszałem, że nie jest zbyt miły - mruknął Borys.
- Pierwszoklasiści? - ucieszyła się Sara. Skinęli głowami. - Powiem wam coś więc - szepnęła konspiracyjnym tonem. - Raz ojciec przyniósł do domu jakieś dziwne kawałki mięsa. Pomagałam mu je kroić. Potem zamarynował je i odstawił na półkę. Do dzisiaj pamiętam, to był kryształowy, bladozielony słoik. Podpisał go “Zwłoki piątoklasisty zatrutego źle przyrządzonym eliksirem prawdy”.
- Ech... czuję, że muszę iść do łazienki... - wydukał Borys, podrywając się z miejsca.
- Ja też - dorzucił Eliot.
- Dajcie spokój! To brednie! - westchnął Sergiuszek, przewracając oczami.
Nie wyglądało na to, że dali mu wiarę.
Moment później bliźniaki zostały same.
Sara ryknęła śmiechem, tarzając się po siedzeniu i bijąc weń pięściami. Po chwili wahania Sergiuszek też się dołączył. Makiawel prychnął wściekle i schował się pod siedzeniem.
- Wiesz, to było paskudne - powiedział Sergiuszek gdy wreszcie przestali.
- A widziałeś ich miny? - sapnęła Sara, wycierając łzy.
- Biedni idioci - potwierdził jej brat - Jak tak dalej będziesz wszystkich straszyć, to wyrobisz nam parszywą reputację - dorzucił.
- Hmmm - Sara zamyśliła się.
Makiawel wyszedł spod siedzenia, wskoczył na nie i zabrał się za obgryzanie firanki.
- Jak ty złapałaś tego kota? - zaciekawił się Sergiuszek.
- Sam do mnie przyszedł.
- Pokrewieństwo dusz - mruknął do siebie jej brat.
- Co powiedziałeś? - Sara obrzuciła go wielce podejrzliwym spojrzeniem.
- Chciałem zauważyć, że powinnaś go oddać właścicielowi.
Sara spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- Ale mnie wybrał a nie jego.
- Ale to JEGO kot.
Jego siostra westchnęła ciężko, jakby miała do czynienia z wyjątkowo nieposłusznym gumochłonem, ale wstała i wzięła czarnego kocurka na ręce.
- Dobra - oznajmiła. - Idę.
- No to zostałem sam - powiedział do siebie Sergiusz i wyciągnął z kufra opasłe tomisko.

Zanim jednak zdążył zanurzyć się odpowiednio głęboko w rozkoszach “Opowieści o dziesięciu eliksirach”, drzwi przedziału otworzyły się.
- Słyszałem, że znajdę tutaj seryjnych morderców - odezwał się od progu pełen nadziei głos. - Czy dobrze trafiłem?
- To zależy - odparł Sergiusz, nie odrywając wzroku od fascynującej 658 strony tomiska. - Usługi na zlecenie wykonujemy jedynie w piątki i soboty w godzinach pracy zakładu.
- Sergiusz? To ty?
Chłopak spojrzał z nagłym zainteresowaniem na świeżo przybyłego.
- Cześć, Mark! - uśmiechnął się szeroko i uścisnął rękę kasztanowłosego chłopaka.
Ten usiadł na przeciwko Snape'a i spojrzał z zainteresowaniem na opasłą książkę.
- Czemu tak was nie lubią? - zapytał.
- Jak poznasz bliżej mojego ojca, to zobaczysz.
- Poznasz bliżej?
- Zobaczysz - Sergiuszek uśmiechnął się tak, jak to tylko Snape'owie potrafią. Szczególnie ci z rodowym nosem. - Dotarłeś tu bez kłopotu? Żadnych przeszkód typu rodzice walący głową w betonową ścianę?
- Z rozpaczy? - zaciekawił się Mark.

Sara zrezygnowanym ruchem otworzyła drzwi kolejnego przedziału.
- Nie znacie może takiego chudego wysokiego o głupkowatym wyrazie twarzy i nazwisku Binns? - zapytała trzy siedzące nieruchomo i wpatrujące się w siebie bez szczególnego zainteresowania dziewczynki.
- Jest jeden taki, owszem, głupkowaty, ale kolejne dwie jego cechy to gruby i nudny. I jest duchem - przyznała blondynka, która w jakiś dziwny sposób kojarzyła się Sarze z nazwiskiem “Malfoy”. - A czego chcesz od tego Binnsa?
- Zgubił swojego kota - Sara wskazała na Makiawela, który z właściwym sobie wdziękiem tarmosił jej bardzo już wymęczony sweterek.
Blondyna spojrzała na nią ze zdumieniem.
- Co ty, pracujesz w instytucji dobroczynnej? Nie jesteś czasami Gryfonką? - zapytała głosem w którym podejrzliwość mieszała się z ledwo powstrzymywaną pogardą.
Sara poczuła się lekko urażona w imieniu swojej matki.
W gruncie rzeczy całkiem ją lubiła. Nawet mimo tego, że to ojciec zwykle miał dla nich więcej czasu niż mama. Nie to, żeby popierała jej zwariowane poglądy o skrzatach, nie. Zresztą dyskusje na ten temat skończyły się w dniu, w którym tata powiedział, że jeśli jeszcze raz usłyszy w tym domu słowo “skrzat”, to mama będzie mogła się pożegnać na pięć lat z sobotnimi wieczorami.
Sara nie miała pojęcia, co miał na myśli. Ale mama jakoś zaniechała tematu wyzwolenia skrzatów.
- Jeśli cię to interesuje, to jeszcze nie wiem, do jakiego domu mnie wybiorą - odparła Sareczka słodkim głosem. - Ale wiedz, że w każdym przypadku nie będzie ci to na rękę.
Blondyna wyglądała na zaciekawioną.
Bardzo piegowata szatynka o trójkątnej twarzy i mocno kręconych włosach zachichotała cicho.
- Witaj w klubie - powiedziała. - My też dopiero zaczynamy. Siadaj z nami, co będziesz szukać tego fajtłapy od kota? Jak go zgubił, niech go sam szuka. Jestem Avaradia Bolton, ale możesz mi mówić Ava.
- Lidia Malfoy - przedstawiła się dumnym z siebie i jeszcze paru innych rzeczy głosem blondynka. Sara uśmiechnęła się do siebie. No tak, Malfoyowie.
- Viola Patil - mruknęła trzecia dziewczynka niechętnie. Siedziała wciśnięta w kącik, dzierżąc w ręku jakiś bliżej nieznany katalog kosmetyków. Nie raczyła podnieść oczu. Sara zdecydowała się ją zignorować.
- Sara Snape - powiedziała wobec tego i usiadła koło Avy, naprzeciwko Lidii. Udała, że nie słyszy cichego sapnięcia, które wydobyło się niewątpliwie z ust młodej Malfoy.
Wniebowzięty Makiawel zeskoczył z kolana Sary i ruszył poznawać nowych ludzi. Zaczął od Avy, wbijając pazury w jej nogę.
- Jaki śliczny kociaczek! - zachwyciła się dziewczynka. - Jak ma na imię?

- To był dopiero cyrk, mówię ci, chłopie! Kiedy przyszedł ten cały list z Hogwartu, to mama rzuciła się do znajomej wróżki, żeby powiedziała jej co to oznacza - mruknął Mark, odgryzając nogę czekoladowej żabie i przyglądając się z fascynacją karcie z Harrym Potterem. - To musi być świetny gostek, co nie? Nie mogę się przyzwyczaić do tego, że się ruszają... Znasz go może? Słyszałem, że wy tutaj wszyscy się znacie.
- Wszyscy to raczej nie. Jest nas trochę więcej niż myślisz - prychnął Sergiusz, z wielce podejrzaną miną oglądając karminową Fasolkę O Nieokreślonym Smaku Bertiego Botta.- Ale Harry Potter to dobry przyjaciel mojej mamy. I co z tą domniemaną wróżką?
- No i wróżka podobno jak zobaczyła ten list to zaczęła wrzeszczeć coś o końcu świata i kompletnym braku manier i wyrzuciła mamę za drzwi! - obwieścił tryumfalnym głosem Mark. - No więc mama się przestraszyła i zamierzała iść z tym listem do znajomego egzorcysty i bioenergoterapeuty, nie wiem w jakiej kolejności. Ale tata się dowiedział, i wytłumaczył jej, że może najpierw trzeba się dowiedzieć, czy to nie jest prawda. Kiedy się okazało, że tak, to był strasznie z siebie zadowolony. Myślę, że naoglądał się za dużo filmów z Marry Poppins jak był mały... - dorzucił po głębokim namyśle i kilku kolejnych fragmentach biednej żaby. - No i tyle. Dalej poszło gładko, chociaż rodzice musieli utrzymywać w tajemnicy gdzie mnie wysyłają.
- I podoba ci się to? - zapytał Sergiuszek, wciąż wpatrując się w fasolkę wzrokiem Mistrza Eliksirów mającego dodać do kociołka jakąś niebezpieczną i wysoce reaktywną substancję. Biedna fasolka od nadmiernej uwagi zaczęła się rozpływać.
- Co? - zdziwił się Mark - To wszystko? Jest świetne! Jasne, że szkoda, że nie ma telewizji i mikrofalówek, ale pomyśl sam! Prawdziwy średniowieczny zamek! Magia!
- Hm - mruknął Snape i uśmiechnął się ironicznie. - Tata kazał nam się nauczyć na pamięć listy stu jeden rzeczy, których nie należy robić w Hogwarcie. Tak na wszelki wypadek, żebym się od razu nie zabił. I...
- I co? - zapytał Mark unosząc brwi w wyrazie udawanego zdumienia.
- I zamierzam zacząć od numeru pierwszego.
Sergiuszek w geście tryumfu włożył sobie fasolkę do ust. Jego czarne oczy błyszczały niebezpiecznie.
- Mali... - zaczął.
Ale nie dokończył. Nagle pociąg zahamował gwałtownie, posyłając go na ziemię.

- Ahaaa! - pisnęła Ava, lądując na kolanach. Makiawel zasyczał i wbił pazury głębiej w rękę Sary.
Gdzieś w korytarzu rozległ się zduszony pisk i odgłos ciała uderzającego w twardą powierzchnię.
Pociąg stanął.
- Co się z tym światem porobiło! - zdenerwowała się Lidia. - A mówili, że ekspres jest najpewniejszym środkiem transportu do Hogwartu!
- Na zewnątrz musiało się coś wydarzyć. Cos naprawdę ciekawego - zawyrokowała Sara, wstając i stanowczym ruchem odkładając na bok kociaka. - Idę sprawdzić.
- Nie jesteś jedyna - zauważyła Ava. Na korytarzu słychać było trzask wielu drzwi i hałas wielu podnieconych głosów. - Już się tam pchają tłumy ludzi.
- Jak chcemy zająć dobre miejsca na widowni trzeba się pośpieszyć - mruknęła Sara i wycisnęła się z przedziału do kolejki przepychających się w stronę wyjścia uczniów.
- Proszę zawrócić! Natychmiast macie zawrócić! - rozległ się nagle zdecydowany dziewczęcy głos i Sara poczuła, że kolejka się zatrzymuje, a nawet zaczyna powoli cofać. Zaklęła cicho pod nosem. Zewsząd rozległy się protesty ciekawskich uczniów.
- Nie bądź chamicą, siostro! - wybił się ponad inne piskliwy chłopięcy głosik. - Patrzcie ją, dostała odznakę i już zaczyna się puszyć!
- Właśnie, Weasley! Daj ludziom dowiedzieć się o co chodzi!
- Zamknij się, Nott, na pewno nie o ciebie! - warknęła dziewczyna. - Wszyscy do przedziałów, już! Tam nie ma nic ciekawego!
- Jasne, jak cholera! - zdenerwował się ten sam piskliwy głosik.
- Paul Weasley! Jeśli natychmiast nie wyczyścisz swojego języka, to powiem o tym twojemu ojcu!
- Tak nic nie dojrzysz, siostrzyczko. Chodź za nami.
Sara niemal podskoczyła na głos i dotyk swojego brata.
- Nie strasz mnie, bo następnym razem możesz nie dożyć efektu! - syknęła.
- Jasne, jasne. Chodź.
Sara westchnęła i zaczęła sunąć za Sergiuszem. Rozczarowani uczniowie powoli wracali do swych przedziałów. Wkrótce oni także dotarli do swojego. W jego środku siedział uśmiechnięty tryumfalnie Mark.
- Cześć, Sara - powiedział, wskazując w stronę uchylonego okna.
- Cześć - Sara spojrzała na okno i zauważyła, że do rączki okna przyczepione jest coś w rodzaju przezroczystej, gumowej linki...
- Ty NIE CHCESZ tego robić! - wykrzyknęła, spoglądając oskarżycielsko na brata.
Wzruszył ramionami.
- A masz jakiś inny sposób? Drzwi pociągu zostały zamknięte. Chcesz się dowiedzieć, co się stało, czy nie?
- Co planujecie? - do przedziału nagle zajrzała zaciekawiona Ava.
- Mój brat idiota planuje wyskoczyć przez okno na zewnątrz pociągu, żeby zobaczyć co się stało - oświadczyła Sara.
- Naprawdę? - Ava wyglądała na zaciekawioną. - To na co czekamy?
- I to jest właściwe podejście do sprawy! - oświadczył Sergiuszek. Otworzył okno do końca i wyjrzał przez nie. - Pole czyste, wygląda na to, że wszyscy polecieli na przód pociągu.
Chwycił jedną ręką za koniec linki i obwinął ją wokół dłoni. Przerzucił jedną nogę przez brzeg okna, usiadł na nim okrakiem, przerzucił drugą nogę i zeskoczył na dół. Linka naprężyła się lekko, po czym, nagle puszczona, wystrzeliła w górę.
- No nie - westchnęła Sara. - Przecież nie mogę go zostawić samego. A jak sobie coś zrobi?
Z wielką niechęcią zaczęła się gramolić na okno.

- Brygada uderzeniowa gotowa do akcji? - zapytał Sergiuszek konspiracyjnym szeptem, gdy cała czwórka znalazła się już poza pociągiem. Stali w szczerym polu, z jednej strony był las, z drugiej, daleko, majaczyły się rzadko rozsiane domy.
- Nie. Obiłam sobie piętę - oświadczyła Sara z ponurym grymasem bólu. Nie miała zaufania do przedmiotów magicznych w stylu “Samounoszących Linek Weasleyów”. Szczególnie, jeśli chodziło o jej własne zdrowie fizyczne.
- Przypomnij mi, żebym wspomniała ojcu, aby zwracał większą uwagę na zabawki, które sobie kupujesz.
- Ale ględzisz - Sergiuszek westchnął boleśnie. - Chodźcie lepiej. Tylko cicho. Tam, do przodu pociągu.
Cała grupka sunąc wzdłuż metalowej ściany podeszła do ludzi stojących w kółku dookoła czoła lokomotywy. Nie byli mistrzami kamuflażu, każdy, kto miałby ochotę się odwrócić, zobaczyłby ich z pewnością. Na szczęście ludzie nie patrzyli na przybyszów, ich uwaga była raczej skoncentrowana na czymś, co leżało na torach.
- Naprawdę! - mruknął podenerwowanym głosem jeden z nich, jasnowłosy mężczyzna wyglądający na Aurora. - Ci ze św. Munga mogli by dorzucić trochę węgla do swoich mioteł, żeby im szybciej odpaliły! Ile można czekać na stwierdzenie zgonu!
- Nikt nie ma tu ochoty stać! - odparł ponuro drugi. Sergiuszek poczuł nagle, że Mark nabiera powietrza, żeby coś powiedzieć...
- Ciii! - syknął, zatykając mu w porę usta.
- Harry Potter? - wyszeptała Ava, wyglądając zza ramienia Sergiusza.
- Tak! - syknęła Sara. - Jak tylko wujaszek nas przyłapie, to zobaczycie jak oberwiemy! I to podwójnie!
- Wystarczy, że użyjesz słynnego uroku Snape'ów i nic się nie stanie - uspokoił ją Sergiusz.
- Co tam leży? - szepnął Mark, kiedy tylko jego układ mowy wyzwolił się ze szpon Sergiusza. - Czy ktoś wreszcie sprawdzi?
- Już... - mruknął Sergiusz. Oderwał się od ściany lokomotywy, przyklękając w wysokich trawach.
- Nie rozumiem, po co on miałby to robić! - zdenerwowała się niska kobieta w fioletowym płaszczu - To nie ma żadnego sensu.
- To nie musi mieć sensu - odparł Harry, pochylając się nad nieruchomym kształtem. - Ludzie często robią to z bardzo osobistych powodów. A to mi wygląda na czysty przypadek samobójstwa.
- Samobójstwo! To zdarza się wśród Mugoli nie wśród czarodziejów! Nie wierzę w to! - zaopiniowała kobieta.
- Mnie nie pytajcie o zdanie - prychnął jasnowłosy. - Jak dla mnie to ten facet mógł to równie dobrze zrobić jako protest przeciwko monopolowi Hogwartu na nauczanie brytyjskich dzieci magii. Albo dlatego, że nie podobało mu się, że tyle karpi hodowlanych ginie w święta Bożego Narodzenia...
Sergiuszek zdołał dopełznąć do nóg najbliższego mężczyzny. Popatrzył miedzy nimi...
Poczuł, że robi mu się lekko niedobrze.
Całe czoło lokomotywy było czerwone od zakrzepłej krwi... Krwi człowieka, leżącego na szynach, twarzą do dołu. O ile tą nieruchomą, czerwono-czarną masę można było nazwać człowiekiem. Jedna z jego rąk leżała nieopodal, odcięta w połowie i zmiażdżona przez koło pędzącego pociągu...
Sergiusz zacisnął oczy, dysząc ciężko. Nie chciał tego oglądać.
Jak oni mogli na to patrzeć z takim spokojem?
- ...lub niepokoiła go ilość drzew wycinanych w puszczy brazylijskiej.
- Jesteście niemożliwi! Nic nie rozumiecie! - zdenerwowała się kobieta. - Tak, jakby byłego śmierciożercę obchodziła ilość drzew na świecie!
- Może zabił się, bo poczuł, że wraz z nieobecnością Czarnego Lorda odszedł cały sens jego życia? - zapytał złośliwie blondyn.
- Ty jesteś bez sensu! – zdenerwowała się kobieta. - Gdyby go to tak bardzo uwierało, to zabiłby się piętnaście lat temu!
- Może zbierał odwagę?
- Hmmm... - Harry wpatrywał się w leżącego z dziwnie zamyślonym wyrazem twarzy. - Pozorowane samobójstwo? Ciekawa teoria.
- Bardziej prawdziwa niż samobójstwo z rozpaczy po śmierci obślizgłej ryby, której mięso psuje się w dwa dni po zabiciu - mruknęła kobieta. - Ale dlaczego? Zemsta ofiary Voldemorta? Po tylu latach?
- Nie chciałbym wam przeszkadzać - wtrącił się barczysty mężczyzna wyglądający na maszynistę ekspresu. - Ale czy moglibyście się decydować szybciej? Dzieci czekają na dowiezienie ich do zamku.
- Już panu mówiłem, panie Willton, że ekipa ze szpitala musi przybyć, żeby stwierdzić zgon - odparł spokojnym głosem Harry. - Nie to, żeby ktokolwiek miał co do tego jakieś wątpliwości... - dorzucił uśmiechając się ironicznie.
- Wszyscy wiedzą, Harry, że na naszych pracodawcach żeruje w obfitości mól biurokracji - prychnęła kobieta. - żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie próbowałby z tym walczyć.
- Co się dzieje?
Sergiusz nieomal podskoczył, gdy usłyszał cichy szept w swoim uchu. Obok niego klęczał Mark, który właśnie ze zgrozą w oczach patrzył na ciało.
- Fuj! To wygląda gorzej niż w 'Terminatorze'! - szepnął. - Naprawdę sam się zabił?
- A skąd ja mam wiedzieć? - zapytał Sergiusz, wciąż nie mogąc się zmusić by spojrzeć na ciało.
W tym samym momencie na niebie pojawiła się grupa ludzi na miotłach. Ich jasnozielone szaty łopotały na wietrze, gdy lądowali.
- No, dla mnie to on wygląda na zupełnie martwego - prychnęła rudowłosa kobieta zsiadając z miotły i podchodząc do denata. Był to nie kto inny jak Ginny Weasley, która ku zdumieniu mas zdecydowała się na zawód uzdrowiciela. Jej spojrzenie przeleciało po twarzach obecnych i zatrzymało się...
- A co wy tutaj robicie?
- Ups. - mruknął Sergiuszek. Po raz kolejny żałował, ze nie ma peleryny niewidki.

- Jak wy śmiecie tak się zachowywać już pierwszy dzień poza domem! I co wy sobie w ogóle myślicie! Biedna Hermiona haruje dniami i nocami, żeby wam zapewnić godziwe życie a wy tak jej się odpłacacie? Nie możecie się powstrzymać od przysparzania jej kłopotów?
Sergiuszek siedział z przerażeniem w oczach, wciśnięty w siedzenie, już od pięciu minut wysłuchując tyrady Ginny Weasley. “Czy ona nie mogłaby trochę ciszej?” pomyślał z rozpaczą. Jego ciotka dostarczała doskonałej zabawy całemu wagonowi, który zbijał boki, słuchając o licznych przewinieniach potomstwa znienawidzonego nauczyciela Eliksirów. W dodatku Sara ciągle rzucała mu spojrzenia zdolne spetryfikować muchę w locie.
“Jak zacznie wspominać o ilości pieluszek i smoczków, które moi rodzice zużyli, żeby wychować tak niewdzięczne istoty jak my, to ja się chyba zapadnę pod ziemię! Mój honor Snape'a legł w gruzach!” pomyślał.
- Od początku wiedziałam, że będą z wami same kłopoty! Nie myślcie, że nie pamiętam dnia, kiedy ugryzłaś swego ojca w rękę, kiedy próbował cię nakarmić! Albo, kiedy ty rozrzuciłeś w pokoju Lily łajnobomby! Biedaczka płakała przez pół dnia! Jesteście parą niewdzięcznych, rozpuszczonych smarkaczy! Myślałam, że wyrośniecie na porządnych ludzi, ale jakoś nie widzę poprawy! I nie myślcie, że nie powiem o tym waszemu ojcu!
Sergiusz już miał odpowiedzieć, że ze strony Severusa nie może ich spotkać nic gorszego niż to, co spotkało ich w tej chwili, ale w porę powstrzymał go ostrzegawczy wzrok Sary. Ginny obrzuciła ich ostatnim wściekłym spojrzeniem i wypadła z przedziału. Sergiuszek odetchnął z ulgą.
- Wiedziałam, że tak to się to skończy - warknęła Sareczka.. - I co teraz powiesz, geniuszu?
- Hej, u was wszystko w porządku? - wyraźnie stropiony Harry zajrzał do przedziału.
- Nie - burknęła Sara.
- Mieliście parszywego pecha - wujek wzruszył ramionami. - Ginny stała się strasznie podobna do swojej matki, odkąd urodziła Violę. Co nie znaczy, że twierdzę, że dobrze zrobiliście, szpiegując nas - dodał poważniejszym tonem. - Ten widok nie był dla was przeznaczony. Jak myślicie, dlaczego kazaliśmy zawrócić was wszystkich do pociągu?
- Och, daruj sobie! - jęknęła Sara - Mam dosyć jak na dzisiaj!
- Nosy do góry, dzieciaki! - Harry uśmiechnął się szeroko. - Coś widzę, że jesteście na dobrej drodze do pobicia rekordu ustanowionego przez Freda i George'a Weasleyów. Albo... przeze mnie - mrugnął do nich porozumiewawczo. - Trzymajcie się i nie zapomnijcie odwiedzić nas w święta. Ginny powinna do tego czasu wydobrzeć.
Wyszedł, zamykając a sobą drzwi.
- Na pewno to zrobimy, jak tylko przeżyjemy konfrontację z ojcem - prychnął Sergiuszek.
Sara pokiwała głową.

- Hej, tu jesteście! - do przedziału zajrzeli Mark i Ava z Makiawelem na rękach.
- Patil niemalże się rozpłakała. Przeżuł jej cały katalog i nie chciał wypluć - zachichotała Ava wskazując na kociaka. - Nie dość, że słodki, to jeszcze inteligentny!
- Przygotowujcie się! Dojeżdżamy do stacji Hogsmeade! - rozległ się w korytarzu dziewczęcy głos.
- No, trzeba się ubrać. - Sara otworzyła swój kufer i wyciągnęła szatę. Sergiuszek po chwili zrobił to samo.
- To było niesamowite - powiedział nagle Mark, zakładając prawy rękaw. - Dowiedziało się o was chyba z pół szkoły! Jak wy to możecie wytrzymać?
- Sama nie wiem - burknęła Sara.
- Zła sława chyba jest cechą dziedziczną w naszej rodzinie - Sergiuszek wyszczerzył zęby.
- Przepraszamy - mruknął nagle ktoś za ich plecami.
Eliot i Borys weszli do przedziału, zabrali z kufrów swoje szaty i bez słowa wyszli.
- A to jej wczesne ofiary - dorzucił Sergiusz uśmiechając się jak prawdziwy Snape.

- Brrrr! I kto wymyślił przeprawę łódką przez jezioro o tej porze roku! - zdenerwowała się Sara, trzęsącym się krokiem idąc przez hall.
- Kolejny sadystyczny zwyczaj - zaopiniował Sergiuszek. - Ale wielka kałamarnica naprawdę tam jest! Widziałem!
- „I omal nie wpadłem do wody” - mruknęła Sara.
Weszli po schodach, gdzie czekała już na nich McGonagall.
- Witajcie w progach Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwart - zaczęła formalnym tonem. - Za chwilę zostaniecie przydzieleni do własnych domów. Wejdziecie tymi drzwiami i usiądziecie na stołku, gdy wyczytam was z listy. Są cztery domy: Gryffindor, Ravenclaw, Hufflepuff i Slytherin. Tiara Przydziału wskaże wam dom, do którego będziecie należeć. Ach, i jeszcze jedno - nagle jej spojrzenie spoczęło na bliźniakach. - Pan i pani Snape, pan Restinga oraz pani Bolton zgłoszą się po uczcie do opiekunów swoich domów. Zapraszam do środka.
Sergiusz przełknął ślinę i wkroczył za innymi do Wielkiej Sali.
.
c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Leoś niezalogowana

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leoś niezalogowana » 16.02.08, 21:36

Lol, to co tu się namięszało? Ja już nie wiem, wklejać tu, wklejać tam, nie wklejać wogóle... opowiadanie zdążyło mi się rozrosnąć od kiedy je wklejałam na twójnecie, ale tego bajzlu to ja siły rozsupływać nie mam.
pozdrawiam,
Leo

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Arthur Weasley » 16.02.08, 22:48

Wklejać, oczywiście że wklejać. Proponuję w takim tempie jak dotąd było przeklejane, bo wszystko hurtem to za dużo szczęścia naraz.
Do rozsupływania to tu dużo nie ma, są przeklejone 3 odcinki takie, jak były na starym TwójNecie.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 21.02.08, 18:15

Rozdział trzeci
Pierwsze godziny w Hogwarcie



Pozłacane w rogach odrzwia, upstrzone bogato i bezpretensjonalnie mieszaniną motywów służących za godła wszystkich czterech domów, uchyliły się bez najlżejszego skrzypnięcia. Czego żaden z pierwszaków nie wiedział, ich niezawodność można było zapewne przypisać wielu nieprzespanym filchowym nocom, spędzonym na polerowaniu do błysku wszystkich trybików zamku i w przerwach mozolnym kaligrafowaniu listy Przedmiotów Zabronionych. Ta zaś, dzięki usilnym staraniom panów Weasleyów, wydłużyła się w tym roku o trzydzieści cztery pozycje.
Sergiuszek wraz z innymi kotkami podążył rządkiem za władczym trenem szaty McGonagall. Miejsce, które ukazało się tuż za drzwiami przekraczało jego wszelkie wyobrażenia. Prawdę mówiąc, przez chwilę w jego głowie kołatała tylko jedna myśl:
Wielka Sala była naprawdę wielka.
Mark nie zachował aż takiej ilości zimnej krwi. Zaraz za drzwiami sapnął, cofnął się dwa kroki, wpadł na idącą za nim grupkę dziewczynek, któraś z nich złapała za szatę sąsiada, ktoś wrzasnął potknąwszy się o własne buty, ktoś zachwiał niebezpiecznie i wśród rozlicznych pisków cała ta konstrukcja runęła na ziemię.
- Au! Mój nos! Złamałam sobie nos! - zawodził jakiś głos z dna.
- Zejdź ze mnie, ty kretynie!
- Aaaaaaa! Mamaaaa mnie zabijeee! Moje ubranieee!
- Cisza! Cisza, mówię!
- Poodcinać, to co wystaje i wrzucić do kociołka - zaproponował od stołu nauczycielskiego pewien Mistrz Eliksirów. Opiekunka Gryffindoru rzuciła mu przelotne spojrzenie, pełne czegoś, co przy mniej pokojowej naturze profesorki można by było uznać za milczącą zgodę, po czym zabrała się do rozplątywania pierwszaków. Tymczasem trzy czwarte Wielkiej Sali rżało z radości.
- Gumy Gipsowe w promocyjnej cenie 16 knutów za sztukę! - odezwał się jakiś głos od stołu Gryffindoru. Rudowłosy chłopak machał zawzięcie foliową torebką. - Zagipsują ci język na mur beton!
- Paul Weasley! Konfiskuję to! - Dłoń wysokiej i równie rudowłosej dziewczyny zacisnęła się na torebce i wyrwała ją z kurczowego uścisku chłopaka. - Jeszcze raz zobaczę u ciebie którykolwiek z tych produktów, dostaniesz tygodniowy szlaban!
- Sprzedam kuzynkę! - zawył chłopak, uderzając widelcem w puchar. - Umie gotować, prać i wymądrzać się! Cena wywoławcza dwa knuty! Kto da więcej?
- Pięć knutów!
- Dwanaście knutów, ale razem z zestawem “Oszołom Weasleyów”!
- Dwanaście knutów po raz pierwszy! Dwanaście knutów po raz dru...
- CISZA! - ryknęła McGonagall, ciskając piorunami z oczu w swych wychowanków. Na sali zrobiło się cicho jak makiem zasiał.
- Cool! - szepnął Mark, stając obok Sergiuszka. Rozglądał się dookoła szeroko otwartymi oczyma. - To jest prawdziwe niebo?
- Nie, stary. Choć trzeba im to uczciwie przyznać, zainwestowali w tapetę - odparła cynicznie Sara. Ale widać było, że i na niej główna jadalnia rezydentów Hogwartu uczyniła spore wrażenie. Gryzła w zamyśleniu wargę i spoglądała na setki uczniów, mierzących nowo przybyłych zaciekawionym spojrzeniem. Niektórzy nadal chichotali.
- Dlaczego nic się nie dzieje? - zapytał lekko zaniepokojony Mark.
Sergiuszek westchnął ciężko i wskazał brodą leżącą na wysokim stołku Tiarę Przydziału.
- Ten stary łach ma niby coś zrobić? - dociekał dalej chłopiec.
Dokładnie w tym momencie stary łach zaczął śpiewać swój standardowy tekst.

**

- Jaki piękny chłopczyk! A jaki podobny do ciebie! Będzie pewnie doskonały w Eliksirach, prawda, Severusie?
Snape zazgrzytał zębami, co zabrzmiało trochę jakby otwierał przerdzewiałe drzwi do sejfu. Jednak nawet tak drastyczny dźwięk nie odstraszył Sprout, która wiercąc się na stołku i rozsiewając wokół siebie zapach zdechłych konwalii i czarnoziemu, trajkotała w jego kierunku z zacięciem przekupki na pustkowiu. Jej piskliwy głos zsypywał się na Severusa jak deszcz pcheł, przyprawiając biednego Mistrza Eliksirów o niekontrolowane drżenie rąk. Dopóki jeszcze gadała o tym, jak źle tegoroczna pogoda zadziałała na Kolczację Plamistą i o nowym przepisie na kiszenie ogórków, Severus mógł to spokojnie zignorować (chociaż z jej przemowy wynikało, jakoby Severus sam miał ukisić te ogórki w swoim największym kociołku). Ale po niedługim czasie jej ogrodnicze zainteresowania przeniosły się na potomstwo Mistrza Eliksirów. Skrycie obawiał się pytania o to, czym je podlewał, że tak dobrze wyrosły. Ale stwierdzenie Sprout przekroczyło jego najśmielsze oczekiwania. Już otwierał usta by wytknąć jej brak logiki: ktoś nie mógł być równocześnie piękny i podobny do niego.
Na szczęście właśnie w tej chwili zaczęła się Ceremonia Przydziału i profesorka Zielarstwa zamilkła. Snape spojrzał na swoje dzieci, stojące grzecznie w grupce pierwszaków. Na pewno będą z nich dobrzy Ślizgoni...

**

- Bolton, Avaradia!
Piegowata szatynka lekko chwiejnym krokiem podeszła do wysokiego drewnianego zydla. Usiadła na nim i spojrzała nerwowo w kierunku pozostałych. Jej mina mówiła aż nazbyt wyraźnie, że nienawidzi być pierwsza. Sara podniosła kciuk do góry i w tym momencie Tiara opadła na kręcone włosy Avy.
- Ravenclaw! - wykrzyknęła niemal natychmiast.
Ava wyszczerzyła zęby i w podskokach pobiegła do wiwatującego stołu Krukonów.
- Kurczę, jesteśmy niemal na końcu - zauważyła Sara, rozglądając się wśród uczniów. Było ich prawie pięćdziesięciu. Sergiusz skinął głową, przyglądając się jak kolejni pierwszoroczni zostają przydzieleni do swoich domów. Dernson, Borys trafił do Hufflepuffa, na co Sergiuszek uśmiechnął się złośliwie. Młoda Malfoy przewidywalnie wylądowała w Slytherinie, tak samo zresztą jak Viola Patil. Wszyscy wstrzymali na chwilę oddech, gdy Tiara Przydziału opadła na głowę starszej córki słynnego Harry'ego Pottera. Kiedy Tiara wykrzyknęła “Gryffindor!”, wiwaty które rozległy się przy stole Gryfonów wywołały protest samej McGonagall, a Lily została obsypana czerwonymi serpentynami i złotym konfetti. Wreszcie nadeszła sądna chwila.
- Snape, Sara!
Na Wielkiej Sali zaległa śmiertelna cisza. Sergiuszek miał wrażenie, że co drugi uczeń spogląda to na Sarę, to na Mistrza Eliksirów, który na tę okazję wyciągnął ze schowka swoją najbardziej odstręczającą minę. Twarze większej części obserwatorów były albo jednym wielkim znakiem zapytania, albo mieszanką ciekawości i złośliwości. Tymczasem panna Snape, wyraźnie mająca ich wszystkich w nosie, zajęła spokojnie miejsce na zydlu i pozwoliła włożyć sobie na głowę Tiarę Przydziału.
- Slytherin!
Stół Ślizgonów wybuchł tak głośnymi brawami, że Sergiuszek zaczął podejrzewać, że robią to w ramach wiecznej konkurencji z Domem Lwa. Kątem oka dojrzał, że jego ojciec pozwolił sobie na pełen samozadowolenia uśmieszek i poczuł, że przechodzi go niemiły dreszcz. I co teraz?
- Snape, Sergiusz!
Jeśli przedtem oczy uczniów były wielkie jak spodki, teraz przypominały raczej talerze. Tego się brać hogwarcka nie spodziewała! Pojedynczego Snape'a jeszcze byli w stanie strawić, ale dwie sztuki naraz? Sergiuszek idąc przez podest czuł, że od skoncentrowanych spojrzeń zaczyna go swędzieć nos i przemógł z trudem ochotę, by się weń podrapać. Mamrocząc pod nosem modlitwy do wszystkich bóstw Orientu osunął się ciężko na zydel. Tiara opadła.
- A niech mnie kule biją, jeszcze jeden Snape? - odezwał się cichy głosik koło jego ucha. - To przecież aż niezdrowe, żeby Snape'owie mieli tyle dzieci! Jestem całkowicie pewna, że to sprzeczne z naturą.
- Ty... jesteś rodzaju żeńskiego? - zdumiał się Sergiuszek.
- No jasne, mały pętaku! Jestem czwartą kochanka Godryka. Transmutował mnie w Tiarę, kiedy mu powiedziałam, że chciałabym na zawsze być przy nim. Nie uczą was tego na Historii Magii, co?
- Eee... Nie wiem.
- Niech ci będzie. No to co z tobą zrobimy? Hm... Aż dziwne. Byłbyś pierwszy od tysiąc dwieście osiemdziesiątego drugiego roku... No dobra. GRYFFINDOR!
Gdzieś komuś na ziemię upadł widelec i to by było na tyle, jeśli idzie o dźwięki. Sergiuszek zeskoczył z zydla i ruszył do stołu Gryfonów, gdzie jakoś wszyscy zapomnieli o klaskaniu. Przy stole nauczycielskim ktoś nagle zaczął krztusić się sokiem dyniowym i młody Snape usłyszał odgłos walenia w plecy, oraz spokojny głos dyrektora:
- Oddychaj, chłopcze, oddychaj! Właśnie tak, dobrze!
Sergiuszek poczuł narastającą irytację. No bo, ostatecznie, czemu nie mógł być w Gryffindorze? Jego mamie jakoś nikt z tego powodu wyrzutów nie czynił! Tymczasem, wszyscy przy jego stole gapili się na niego jak na bliznę Harry'ego Pottera, a niektórzy zaczęli nawet gorączkowo szeptać.
- No wiecie co! - wykrzyknęła nagle rudowłosa dziewczyna, ta sama, która niedawno miała być zlicytowana. - Wstydzilibyście się!
I zaczęła klaskać. Po chwili dołączyła się do niej reszta stołu. Czworo siódmoklasistów siedzących przy końcu skandowało: “Mamy Snape'a! Mamy Snape'a!” Sergiuszek uśmiechnął się szeroko i zajął miejsce koło Marka, który natychmiast zdzielił go pięścią między łopatki tak, że bohater chwili niemal nie zarył swoim rodowym nosem w blat.
Tymczasem, Ceremonia Przydziału dobiegła końca i dyrektor Dumbledore powstał.
- Witam wszystkich w nowym roku szkolnym! Wiem, że wcale wam się nie chce i dobrze was rozumiem. Ale mam nadzieję, że jednak coś zostanie w waszych głowach dłużej niż do czerwca, nawet jeśli miałaby to być instrukcja obsługi kociołka. Pragnę wam tylko przypomnieć, że Las Zakazany jest zakazany jakby z definicji, co znaczy oczywiście, że nie wolno do niego wchodzić. Pan Filch prosił mnie też o powiadomienie was, że lista Przedmiotów Zabronionych powiększyła się w tym roku o trzydzieści cztery pozycje. Jeśli chcecie ją poznać w całości, znajduje się ona w gabinecie pana Filcha, ewentualnie wystarczy zajrzeć do katalogu braci Weasley'ów... A teraz wcinajcie!
Na stole pojawiły się potrawy. Mark chwycił widelec i naładowawszy sobie na talerz miniaturowy MtEverest, zaczął natychmiast wcinać go z tak błogą miną, jakby właśnie znalazł się w prywatnym raju.
- Umieram z głodu - wyznał Sergiuszkowi między kęsami. - Myślisz, że oni nas tak specjalnie trzymali cały dzień bez jedzenia? Żeby nas rzucić na pożarcie tej gigantycznej ośmiornicy, jak ten śmieszny kapelusz powie, że się nie nadajemy?
- Kałamarnicy - poprawił go odruchowo Snape, żując powoli kęs pieczonego indyka. Coś sobie przed chwilą przypomniał i coraz mniej mu się ta myśl podobała. Zdołała już niemal całkowicie zneutralizować jego dobry humor. - Może. Nie wiem. Jestem teraz zajęty.
- Czym?
- Nie patrzeniem na ojca - burknął Sergiuszek, wbijając wzrok w talerz.
- A co się stanie jak spojrzysz?
- Nie mam pojęcia, ale nie eksperymentuję z materiałami wybuchowymi.
- Aż tak źle?
- Nawet sobie nie wyobrażasz. Marzył o tym, żebyśmy byli w Slytherinie.
- No, ale twoja siostra jest. Pięćdziesiąt procent sukcesu! Więc o co chodzi?
Sergiuszek wykrzywił się i już miał powiedzieć Markowi coś niemiłego, ale w porę przypomniał sobie o tłumieniu genetycznie uwarunkowanych odruchów. W dodatku Mark był przecież dzieckiem Mugoli, mógł nie wiedzieć.
- Słuchaj, tu są cztery domy, prawda? W dużym skrócie wymyślono je po to, by pogrupować ludzi o podobnych cechach charakteru. I tak się złożyło, że różnica między Gryfonami a Ślizgonami wynosi dokładnie sto osiemdziesiąt stopni. Między wszystkimi domami istnieje rywalizacja, ale Dom Lwa i Dom Węża nienawidzą się namiętnie i od zarania dziejów. Tata jest Opiekunem Slytherinu więc chciałby, żebym i ja tam był. Ravenclaw ostatecznie by przeżył. Ale Gryffindor? Założę się, że mnie wydziedziczy, albo cos podobnego.
- O rany.
- No właśnie.
- To ja już wolę...
- Hej, ty naprawdę jesteś Snape? - rudowłosy chłopak, który chciał sprzedać swoją siostrę, spoglądał na niego krytycznie.
- No wiesz co, Paul! I ty masz jeszcze wątpliwości? Przy jego wyglądzie? - ofuknęła go czarnowłosa dziewczyna. - Tu nawet test ojcostwa nie jest potrzebny!
- Dzięki za przypomnienie! - prychnął Sergiuszek, pukając się znacząco w nos. Kilka osób wybuchło śmiechem.
- Może zdarzy się cud i Gryffindor zdobędzie punkty na Eliksirach! - wysunęła dzikie przypuszczenie pulchna, brązowowłosa istotka o wielkich, błękitnych oczach, wpatrujących się z rozmarzeniem w ścianę.
- Chyba żartujesz?
- Niech ktoś da kubeł lodowatej wody! Longbottom znowu śni na jawie!
- Prędzej się mnie wyprze, niż podaruje nam choćby jeden punkt! - stwierdził autorytatywnie Sergiusz.
- Hej, ty a jak to jest mieć starego Snape'a za ojca? Słyszeliśmy o jakiś lochach ze szczurami w których zamyka was w każdy weekend bez jedzenia... - wyszeptał scenicznym szeptem rudzielec. Jego oczy błyszczały nieskrywaną uciechą.
- Paul Weasley! Jak ty śmiesz obrażać swojego profesora!
- ...Albo, że biczuje was regularnie, bo twierdzi, że to dobrze działa na skórę...
- Paul, natychmiast przestań!
Sergiuszek spojrzał na gotującą się z wściekłości rudowłosą panią Prefekt i nagle pojął. Uśmiechnął się iście diabelsko.
- Naprawdę TYLKO tyle słyszeliście? - spytał lekko urażonym tonem.
W tym momencie coś pod stołem zakotłowało się i wprost z blatu wystrzelił najprawdziwszy duch. Mark wrzasnął i rozpostarł ręce w obronnym geście, strącając na ziemię kielich z sokiem dyniowym. Jakaś pierwszoroczna zapiszczała.
- Witajcie! Jam jest sir Nicholas alias Prawie-Bezgłowy Nick! - wykrzyknął duch, wirując nad stołem w szaleńczym tempie. Nagle zatrzymał się i spojrzał na nowych uczniów. Na jego półprzezroczystej twarzy wykwitł szeroki uśmiech. - Pierwszaki! Świetnie, nowy zastęp Gryfonów wstępuje w szranki! Ale cóż moje oczy widzą! - Wbił spojrzenie w Sergiuszka, który poczuł, że zaczyna się czerwienić. - Snape w Gryffindorze? Toż to pierwszy raz od...
- Tysiąc dwieście osiemdziesiątego drugiego roku - podsunął życzliwie Sergiuszek.
- Dokładnie to chciałem powiedzieć! Proszę, proszę, będzie o czym rozmawiać na rocznicy śmierci Floriana Po Trzykroć Na Miedzy Przeklętego... Sam znam dwóch Snape'ów, porządne duchy! Jeden straszy całkiem niedaleko, w szkockim zamku...
Nick odpłynął dalej i dzięki temu Sergiuszek nie miał szczęścia dowiedzieć się, gdzie dokładnie straszy jego przodek.

**

- Hej, braciszku! Zaczekaj!
Sergiusz i Mark obejrzeli się. Od strony Wielkiej Sali biegła Sara. Zatrzymała się koło nich zdyszana i zaczerwieniona.
- Wiesz chyba, że teraz oficjalnie jesteśmy śmiertelnymi wrogami? - zapytał z drwiącym uśmiechem Sergiuszek.
- Tak, czuję, że mam ochotę cię zamordować na miejscu - oświadczyła grobowym głosem siostra. - I co ty sobie w ogóle myślisz?
- Że co?
- A teraz udaje, że o niczym nie wie! Ty sobie wkurzyłeś naszego ojca, a ja teraz będę musiała go znosić! Jeśli nie wyjdę z jego gabinetu żywa, to będziesz miał mnie na sumieniu do końca swojego nędznego życia, ty gryfońska gnido!
- A, przypomniałaś mi! - Sergiuszek stuknął się w czoło. - Nie wiesz może, gdzie jest gabinet McGonagal?
- Nie zbaczaj z tematu!
- Nie musiałaś pchać się do Slytherinu. Ktoś ci kazał?
- A tobie ktoś kazał do Gryffindoru?
- Tiara mi kazała!
- Mi też!
- No!
- No!
- Aleś ty się elokwentny zrobił - zauważyła Sareczka po dłuższej chwili wrogiego milczenia. - Już na ciebie złe fluidy działają?
- Nie wspominając o tobie - odparował Sergiuszek. - Przynajmniej ojciec się trochę rozerwał.
Na twarz Sary wypełzł szeroki, złośliwy uśmiech.
- A wiesz, jego mina była tego warta. Żałuję tylko, że nie miałam przy sobie aparatu fotograficznego.
- Szkoda, że nie widziałem.
- Nie widziałeś? No cóż, twoja strata. I te piękne odcienie od bladego, przez białawy, aż po popielaty... Przez chwilą bałam się, że to atak serca.
- Pan Snape? Pan Prestine? Proszę za mną.
Z Wielkiej Sali wyłoniła się McGonagall i przywołała ich do siebie władczym ruchem ręki. Problem z głowy, pomyślał Sergiuszek.
- No to cześć. Liczcie mnie na straty - rzuciła Sara i pognała schodami w dół, w kierunku lochów.

**

Sergiuszek i Mark ruszyli za swym Opiekunem po szerokich marmurowych schodach. Cztery wielkie szklane tuby, wciąż jeszcze puste, lśniły się delikatnie na kamiennej ścianie hallu. Mark spojrzał na nie zdumiony.
- Zegary Domów, panie Prestine - odpowiedziała na niezadane pytanie McGonagall. - Każdy z uczniów zdobywa lub traci punkty dla swojego Domu, zależnie od zasług. - Rzuciła im przez ramię ostre spojrzenie.
Mark zaczerwienił się lekko ale nic nie powiedział. Szeroki korytarz doprowadził ich do kolejnych, nieco węższych schodów. Sergiuszek pomyślał, że nigdy w życiu nie widział tylu obrazów naraz. W domu mieli co prawda sporo powiększonych zdjęć rodziny i przyjaciół, które mama kazała oprawić w stylowe ramy i porozwieszać na ścianach. Było to zresztą jednym z tematów kłótni. Pamiętał, że kiedy był mały zawsze pytał się rodziców, dlaczego tata na każdym zdjęciu, nawet ślubnym, ma taką skwaszoną minę. Tata odpowiadał niezmiennie, że dlatego, iż mama powiesiła Pottera w jego sypialni. Potter zresztą został szybko zdjęty, gdyż tata odmówił spania w tym pokoju.
Ale te obrazy były zupełnie inne. Wyglądały, jakby zagnieździły się tutaj wieki temu i wtopiły w otoczenie. Większość z nich przedstawiała starożytne podobizny zmanierowanych czarownic i czarodziejów, którzy plotkowali beztrosko, nie zwracając uwagi na mieszkańców zamku. Dziewczynka w błękitnej sukience wyglądającej jak powódź falbanek zaprzestała na chwilę dzikiej gonitwy po ukwieconej łące i zamachała do niego małą, białą rączką. Jej złote włosy iskrzyły się w promieniach słońca, tańcząc dookoła jej twarzy w powiewach delikatnego wiatru. Ręka malarza czy magia tchnęła życie w loki dziewczynki?
- Proszę do środka - McGonagall otworzyła drzwi do swego gabinetu i wszyscy troje znaleźli się w niewielkim pomieszczeniu mającym wygląd biura. Jedną ze ścian zajmowały regały pełne książek, których tematyka nie odbiegała raczej od przedmiotu nauczanego przez profesorkę. Na najwyższej półce samotna porcelanowa figurka białego kota wygięła grzbiet i przeciągnęła się z zadowoleniem. Biurko było zajęte przez równe stosy dokumentów, które, jak Sergiuszek zauważył, w większości były kartoteką uczniów. Reszta przedstawiała sobą jakiś straszliwy plik rachunków, z czego wierzchni opiewał na sumę 80 galeonów za “owies dla jednorożcy i innych koniów”.
Profesorka usiadła za biurkiem i zmierzyła ich chłodnym spojrzeniem. Snape doznał wrażenia, że jest na nich bardzo zawiedziona i zrobiło mu się trochę wstyd. Mark miał spuszczony wzrok i właśnie prowadził intensywne studia nogi biurka.
- Bardzo mi przykro, że w tak niefortunny sposób zaczynamy naszą znajomość. Jednak jak zostałam powiadomiona, złamaliście wyraźne polecenie zostania w pociągu - powiedziała suchym tonem McGonagall. - Czy mogę zapytać, co sprawiło, że zlekceważyliście zakaz aurorów, narażając się na potencjalne niebezpieczeństwo?
- Byłem ciekawy co tam się dzieje - mruknął Sergiuszek. Mark zainteresował się butem McGonagall.
- To nie jest żaden powód, panie Snape! - odparła ostrym tonem. - Skoro zadecydowano, że widoki na zewnątrz nie nadają się dla oczu uczniów, to powinien pan się tej decyzji podporządkować.

Nagle coś sobie przypomniał. Cichy wieczór w domostwie Potterów. Kominek trzaskał wesoło, rzucając złote smugi na ściany. Sara z Kalią szeptały o czymś w kącie pokoju i chichotały cicho. Sergiuszek wpatrywał się w zdjęcie Zakonu, starego Zakonu, powiększone i wiszące nieco z boku, częściowo zakryte zasłoną. Nie wiedział dlaczego, ale obrazy i zdjęcia zawsze go przyciągały. Miały w sobie coś dziwacznie magicznego, zaklętego.
“Kiedyś bałem się tego zdjęcia.” powiedział nagle cichy głos i Sergiuszek zrozumiał, że wujek znowu zdołał go podejść. Twarz Harry'ego miała wyraz spokojnego zamyślenia, gdy przyglądał się śmiejącym i machającym do nich podobiznom. “Przypominało mi o ulotności życia. Większość tych ludzi została zabita w niedługim czasie po tym jak stali tutaj, szczęśliwi i beztroscy.” Nagle spochmurniał i przeniósł wzrok na Sergiusza, który wpatrywał się w wujka szeroko otwartymi oczami. Spojrzenie Hary'ego było dziwnie twarde. Sergiuszek poczuł że przechodzi go niemiły dreszcz. ”Niewiedza jest rzeczą niemal tak złą jak sam Voldemort, Sergi.” powiedział wujek “Nikt nie ma prawa zabronić ci dostępu do informacji, szczególnie jeśli dotyczy ona także ciebie. Ja przez lata dawałem się wodzić im wszystkim za nos... Zobacz co z tego wyszło!”
Sergiusz nie miał pojęcia co, ale nie powiedział tego. Harry uśmiechał się w straszny sposób, jego głos przeszedł w pośpieszny, urywany szept. “Syriusz umarł wyłącznie dlatego, że uznali, że jestem za młody na wiedzę! Ja za młody, ja który trzy razy walczyłem z potworem, którego imienia oni nawet nie odważyli się wymówić!” Zamilkł i przez moment wpatrywał się w ścianę dzikim wzrokiem. Potem, tak nagle, że Sergiusz prawie wrzasnął, wujek przyklęknął i chwycił go za ramiona. Teraz chłopiec spoglądał prosto w zielone oczy. “Obiecaj mi, że nigdy nie pozwolisz odebrać sobie prawa do wiedzy, która należy do ciebie.” “O-obiecuję” wyjąkał oszołomiony Sergiusz.


- Panie Snape?
- Wujkowi też zabranialiście, prawda? - zapytał Sergiusz oskarżycielskim tonem. McGonagall zacisnęła usta w linijkę, jakby powstrzymywała się przed wypowiedzeniem czegoś, czego później będzie żałować. Mark spojrzał na przyjaciela z wielkim znakiem zapytania w oczach.
- Owszem, panie Snape, przyznaję, że wtedy popełniliśmy niewybaczalny błąd - powiedziała zmęczonym głosem. - Ale ta sprawa nijak się ma do pańskiego występku. O samobójstwie dowiedziałby się pan i tak, podejrzewam że nawet niebawem. Zaś jeśli idzie o niesubordynację wobec Aurorów, to można za to nawet znaleźć się w Azakabanie. Nie, nie sądzę, żebyśmy zastosowali w pana przypadku aż taką karę - dorzuciła, widząc jego przestraszoną minę.
- On nie popełnił samobójstwa - powiedział nagle Sergiusz.
- Słucham? - McGonagall uniosła brwi w wyrazie zdumienia. - A skąd pan to wie, skoro nawet Aurorzy wciąż się wahają? Jeśli jest tym pan tak zainteresowany, to mogę dodać od siebie, że wszystkie dowody zebrane do tej pory wskazują na samobójstwo. Skok pod pociąg z powodu zdrady żony i kłopotów w pracy.
Sergiuszek potrząsnął głową. Nie miał pojęcia skąd nagle zalęgła się w nim dziwna pewność, że mężczyzna został zamordowany. Możliwe, że miała na to wpływ podsłuchana dyskusja.
- Ale nie jesteśmy tu, by dyskutować o ostatnich sensacyjnych wydarzeniach. Biorąc pod uwagę, że to wasz pierwszy dzień, dostaniecie ode mnie tylko szlaban. Proszę zgłosić się tutaj jutro o szóstej. Możecie iść.
Sergiuszek z niejaką ulgą ruszył w stronę drzwi.
- Ach, i panie Snape?
Zatrzymał się i spojrzał na profesorkę. Miała nieodgadniony wyraz twarzy.
- Wiem, chłopcze, że Harry zdążył już wywrzeć na ciebie zły wpływ. Ale proszę cię, postaraj się nie złamać WSZYSTKICH reguł, dobrze?
Sergiuszek uśmiechnął się szeroko i zamknął za sobą drzwi.

**

Ciężkie drewniane drzwi wmurowane w kamienną ścianę lochu straszyły z sukcesem już kilkadziesiąt lat, grożąc czymś więcej niż tylko przytrzaśnięciem palców. Unosiła się nad nimi nieokreślona groza, a jeśli ktoś wystarczająco się wsłuchał, mógł doznać wrażenia, że dobiegają zza nich jęki i szlochy duchów z zamierzchłej przeszłości. Nic dziwnego, gdyż to właśnie w tym pomieszczeniu Salazar Slytherin zwykł trzymać jadowite węże, z którymi zamykał od czasu do czasu swoich uczniów.
Sareczka wzięła dwa relaksacyjne oddechy i zapukała z nadzieją, że jej obecność zostanie wyniośle zignorowana. Niestety, nie miała aż takiego szczęścia.
- Wejść! - głos który zadudnił z wnętrza był aż nabrzmiały od potencjalnego zagrożenia życia. Sara na palcach wsunęła się do skąpo oświetlonego pokoju i, lawirując między roztrzaskanym szkłem i kawałkami małpich mózgów zdobiącymi w obfitości podłogę lochu, zbliżyła się do biurka.
Severus Snape z kamienną twarzą czytał gruby plik dokumentów. Nie wyglądało na to, by ją zauważył. Wiedziała, że to jest gorzej niż źle. Dziewczynka zebrała się na odwagę i odchrząknęła dyskretnie. Poderwał gwałtownie głowę i spojrzał na nią tak, jakby zastanawiał się, czy lepsza będzie smakować z rożna czy jako gulasz.
- Co się stało? - zapytała niewinnym tonem, wskazując na gabinet za sobą, wyglądający jak po przejściu średniej wielkości trąby powietrznej.
- Sprzątałem.
- Acha.
Snape z trzaskiem zamknął teczkę z dokumentami i odsunął ją na bok. Jego czarne oczy błyszczały niebezpiecznie w papierowo białej twarzy, a usta były zaciśnięte w wąską linijkę.
- Czy możesz mi powiedzieć w jakim celu tu przyszłaś? - zapytał prawie miłym tonem. - Bo jeśli tylko po to, by marnować mój cenny czas, to...
Sareczka aż zatrzęsła się w środku z wściekłości. Jak on śmiał ją tak traktować! Zupełnie jakby... jakby była obcą osobą!
- Jestem twoją córką! Mogę przychodzić kiedy mi się żywnie podoba! - wrzasnęła Sara, waląc piąstką w biurko.
Snape poderwał się nagle z krzesła, przewracając je na ziemię. Jego dłoń wystrzeliła do przodu i chwyciła Sarę za przód szaty, pociągając ją do siebie. Jej ciało zderzyło się z krawędzią blatu z takim impetem, że wypchnęło całe powietrze z jej płuc.
- Aha-ha! - zarzęziła, znajdując się niespodziewanie niemal nos w nos z wykrzywioną wściekłością twarzą ojca.
- A tak się składa, że ja jestem twoim Opiekunem Domu! - ryknął, potrząsając nią jak szmacianą lalką. Zakwiczała z przerażenia, wlepiając w niego spojrzenie wielkich, bursztynowych oczu. - I choćby z tego względu należy mi się szacunek! I w tej instytucji nie masz większych praw niż setki innych smarkaczy które rozbijają się po korytarzach! Czy dotarło to do tej twojej pustej łepetyny?
- T-tak! - zaszlochała. - R-rozumiem!
- To dobrze - na jego bladej twarzy wykwitł cienki uśmiech. Puścił ją tak gwałtownie, aż zatoczyła się do tyłu, po czym podniósł krzesło i usiadł na nim z powrotem. Oparł brodę na dłoniach i spojrzał na nią krytycznie.
- Coś jeszcze? - zapytał takim tonem, jakby wyzywał ją, by znowu odważyła się go rozzłościć.
Sara wytarła zapłakaną twarz rękawem i siąknęła nosem. Dawno nie widziała ojca tak wściekłego, przez moment wydawało się jej, że ją zabije. Ale to przecież nie jej wina, że Sergiusz wylądował w Gryffindorze! Jakie on ma prawo wylewać na nią swoje żale? I... I czy on powiedział, że już nie jest jego córką? DLACZEGO?
Niesprawiedliwość tego wszystkiego ukuła ją w samo serce. Zacisnęła zęby i wyprostowała się dumnie. Gdy mówiła, głos już jej prawie nie drżał.
- Profesor McGonagall powiedziała, że po uczcie mamy się zgłosić do swoich Opiekunów. Chodzi o pociąg.
- Ach, to - Snape skinął głową, marszcząc czoło. - A gdzie się podział mój syn?
- Poszedł do profesor McGonagall. Ona jest teraz jego Opiekunką.
I znacznie lepiej na tym wyszedł, dodała w myślach Sara.
Ojciec zaśmiał się zimno. Jego prawa dłoń, która przed chwilą chwyciła pióro, teraz z całych sił wbijała jego koniuszek w czyjś akt urodzenia. Czarny atrament wystrzelił, opryskując kartę.
- Okazuje się więc, że nie mam już nawet prawa do swoich dzieci? - zapytał. Jakoś dziwnie zapomniał przy tym o Sarze.
- Pociąg - warknęła.
- Niech ci będzie. Masz jutro szlaban z Filchem. Usatysfakcjonowana?
- Bardzo-bardzo - odparła, zbierając się do odejścia.
- Świetnie. Przecz z moich oczu.
Sara położyła dłoń na klamce i zawahała się. Nagle odwróciła się i obrzuciła ojca jednym, długim spojrzeniem.
- Jak sobie chcesz.
Bardzo starannie zamknęła za sobą drzwi.

**

- Znasz Harry'ego Pottera, tego gościa z karty, prawda? Wszyscy tu o nim rozmawiają! Naprawdę jest taki wspaniały jak mówią? Naprawdę? - wykrzykiwał Mark, galopując po łóżku Sergiusza jak rozszalały ze szczęścia źrebak. Młody Snape pogładził z rozmarzeniem czerwono-złotą narzutę. Wieża Gryffindoru była dokładnie tak fantastyczna, jak opisywał ją wujek.
- Jasne, że go znam - odparł Sergiusz z pobłażliwym uśmiechem. - To w końcu mój ojciec chrzestny. Jest o wiele wspanialszy niż mówią. Pokonał Voldemorta, nawet wielokrotnie, i całą jego złą bandę. Nazywali się śmierciożercami i byli najgorszymi zbrodniarzami końca dwudziestego wieku. Jeszcze nikt go nie zwyciężył w pojedynku - dorzucił, uśmiechając się tryumfalnie, jakby było to jego osobistą zasługą.
- Jak go dziś zobaczyłem, to pomyślałem od razu: odjazdowy gość. - Mark przewrócił się na plecy i spojrzał w sufit. - Jeszcze nigdy w życiu nie spałem w takim gigantycznym łóżku. Wy macie naprawdę czadersko! Kiedy dostałem ten list to wyobraziłem sobie zapleśniałe zamczysko z tabunami pająków, stare śmierdzące księgi i nauczycieli-zombie wysysających nocą krew ze swych uczniów.
- Tabuny pająków są, ale w lesie - pouczył go Sergiusz, zabierając się za przegrzebywanie kufra, a w szczególności wszelkich sekretnych szufladek. - Te większe mogą cię połknąć nawet w pojedynkę. A w lochach śmierdzi. Ale są znacznie ciekawsze miejsca. Mogę ci pokazać wejście do kuchni. Albo pokój, który staje się tym czym chcesz, żeby był. Albo łazienkę w której straszy duch dziewczyny zabitej przez bazyliszka.
- Chcę! - wykrzyknął Mark, zaglądając przyjacielowi przez ramię. Sergiuszek podskoczył i z otwartej szkatułki którą trzymał w ręku wysypało się kilkanaście różnobarwnych kulek. - Co robisz?
- Hej! Nie wydzierajcie się tak! - jęknął jakiś głos od strony drugiej pary łóżek zasłoniętych szczelnie kotarami. - Ludzie chcą spać!
- Tajemnica - powiedział przytłumionym głosem Sergiusz, zbierając kulki. - To są próbki z bożonarodzeniowej oferty braci Weasleyów. Jeszcze nie w sprzedaży, ale dali mi do przetestowania. Nazywają się pastylkami “Trochę-Tego-Trochę-Owego”.
- Co robią? - zainteresował się żywo Mark. - Wyrasta ci trąba zamiast nosa?
- Nie. Znacznie... ciekawsze rzeczy. Sam zobaczysz.
Odłożył na bok szkatułkę i z kolejnej kieszonki wyciągnął zminiaturyzowaną miotłę. Była gładka, chłodna i przyjemnie ciężka na jego dłoni. Przez chwilę patrzył na nią z rozmarzeniem.
Świat, w końcu, nie był przecież taki zły...

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 31.05.08, 14:31

Rozdział czwarty
Sposób na Snape'a


“Najlepszy układ w życiu:
Dochodzący mąż i stała służąca”

Z Księgi Mądrości Wszelakich Przyjaciółek Mojej Mamy
(wersja oryginalna)

**

Przymglone światło bladego świtu przestrzeliło gotyckie okienka dormitorium Slytherinu, kładąc złote smugi na soczystozielonym dywanie wyściełającym kamienną podłogę. Ukryta za grubymi pluszowymi kotarami Sara, nieświadoma nadchodzącego dnia, westchnęła cicho przez sen.
Smok, na którego grzbiecie siedziała, był smukły, atramentowo czarny, a jego ślepia błyszczały w świetle księżyca jak para onyksów. Te oczy widziały oceany, lądy i gwiazdy o jakich ujrzeniu mogła tylko marzyć. Wiatr targał jej loki i odbierał oddech. Byli wysoko, wysoko w górach. Może na Krańcu Świata.
Smok obniżył lot, kierując się wprost na masywny szczyt pokryty wiecznym lodem. Sara wiedziała, że gdzieś przed nimi znajduje się jaskinia. Wkrótce bestia wleciała zgrabnie w szeroki korytarz, którego ściany były wysłane lodem. Smok wylądował i Sara zsiadła.
- To tu. Rozejrzyj się - powiedział, kładąc się na ziemi z masywnym ogonem owiniętym wokół cielska. Wyglądało na to, że pobędą w tym miejscu dłużej.
Sara podeszła do jednej ze ścian i dotknęła palcem lodu. Był ciepły i dziwnie pulsował pod palcami. Wytężyła wzrok, wpatrując się w niewielki, wirujący czarny punkcik widoczny w głębi...


&&

- Tato? Przeczytasz mi bajkę?
Severus przeniósł wzrok z rolki pergaminu na swoją pięcioletnią córkę, stojącą w progu gabinetu. Stosy pozostałych wypracowań zaścielały jego biurko na podobieństwo spienionych morskich fal.
- Niech mama ci poczyta - powiedział z nutą irytacji w głosie.
- Mama czyta mi cały tydzień! Proooszę? - wielkie, kasztanowe oczy spojrzały na niego błagalnie. Ojciec wykrzywił się okropnie i odgarnął włosy z czoła. Na jego twarzy błysnęło na moment coś na kształt czarnej rozpaczy.
- Jutro - burknął w końcu, ponownie zanurzając rodowy nos w wypocinach jakiegoś nieszczęśnika. - Nie widzisz że muszę sprawdzić trzy kilo prac niepełnoletnich półgłówków?
- Jutro już cię nie będzie! - wykrzyknęła Sareczka, tupiąc nóżką w ziemię i zaciskając rączki w piąstki. - Nigdy cię nie ma! Nigdy!
Snape uniósł oczy do góry, w niemej modlitwie do Świętej Cierpliwości. Po chwili wewnętrznej walki odłożył pióro i spojrzał na Sarę znad splecionych palców. Jego czoło zdobił groźny mars.
- Jestem tutaj tak często, jak tylko mogę. Wiesz doskonale, że pracuję w Hogwarcie na pełny etat, a dodatkowo mam jeszcze na karku obowiązki Opiekuna Slytherinu. A jak się tylko zjawię, twoja mama nie chce mnie wypuścić - dorzucił ze złośliwym uśmieszkiem.
- Ale ja jestem ważniejsza niż te dzieci, prawda? - znów wlepiła w niego brązowe ślepia.
- Jasne, że tak - odparł z lekkim zdziwieniem w głosie ojciec.
- No to poczytasz mi bajkę?
Severus spoglądał na chwilę, jakby rozważał możliwe wyjścia z podbramkowej sytuacji. Jego twarz zmieniła w tym czasie wyraz od irytacji do rezygnacji. Nagle rozjaśnił ją szeroki, łobuzerski uśmiech.
- A wiesz, przydałaby mi się chwilka przerwy, zanim rozległy idiotyzm moich uczniów przepali mi mózg – powiedział, zamyślony. Wstał od biurka i kilkoma susami dopadł Sareczki podrywając ją do góry. Dziewczynka zapiszczała z uciechy i zarzuciła mu ręce na szyję.
- Ty wstrętna spryciaro! - wymruczał w jej ucho, idąc w kierunku salonu. - Ładnie to tak?
- Jesteś Ślizgonem, z wami inaczej nie można. Mama mi tak powiedziała - odparła dziewczynka.
- Ale żadnych “Opowiastek o trzech wesołych nietoperzach” ani “Pięknych i Bestii” - ostrzegł ją, siadając na kanapie. Zachichotała na widok jego srogiej miny. - Pamiętaj o moich delikatnych nerwach!
- Ale wujek Harry dał mi je na urodziny! Powiedział, że to bardzo ładne bajki! - zaprotestowała Sareczka i natychmiast umknęła z zasięgu rąk Severusa.
- Powiedz wujkowi, że następnym razem go osobiście wypatroszę! - ryknął za nią ojciec. W odpowiedzi usłyszał radosny śmiech. Po chwili dziewczynka wróciła z przeraźliwie kolorową książeczką zatytułowaną “Czarodziejska różdżka”. Snape zezował przez chwilę nieprzyjaźnie na obrażający jego inteligencję wytwór pisarstwa, aż wreszcie z cierpiętniczą miną otworzył go na pierwszej stronie.
- Naprawdę nie wolałabyś “Tysiąca magicznych ziół i grzybów”? - zapytał nagle, dziwnie przerażony.
- Czytaj! - zażądała, sadowiąc się na jego kolanach.
- Już dobrze... Dawno, dawno temu w Królestwie Liliputów żyła maleńka dziewczynka o imieniu Maja. Maja wstawała każdego ranka tuż przed wschodem, by powitać słonko ukłonem i ucałować każdy z kwiatków rosnących w jej ogrodzie...
- Kocham cię, tato - szepnęła Sareczka.

&&

- Nie zrobisz tego, Harry - mama wyszczerzyła zęby. Widać było, że bardzo bawi ją cała ta sytuacja.
- Nie rób tego, Potter - poprosił ojciec. Wyglądał jak człowiek ciężko chory na grypę oceaniczną, jego dłoń zaciśnięta kurczowo na szyjce kieliszka z czerwonym winem, szkliste oczy wpatrzone w bohatera chwili.
Harry odchylił się w krześle, mierząc wzrokiem całe towarzystwo. Jego dłoń bezwiednie skubała naszyjnik z różnokolorowego kwiecia, zarzucony na szyję. Twarze bliźniaków, ubranych w identyczne czarne koszulki z napisem “Podwójne jest piękne!” rozjaśniał identyczny, szeroki uśmiech. Wargi Hermiony drżały, zaś Luna sączyła swój koktajl Hawajskie Marzenie, zatopiona we własnych, nieodgadnionych myślach. Kalinka z trudem tłumiła chichot, rzucając rozbawione spojrzenia w stronę rzęsiście oświetlonej sceny, na której dwie smukłe dziewoje przystrojone w kilogramy kwiecia i bardzo skąpe spódniczki z liści bambusa zapraszały kolejnych śmiałków. Lily właśnie wlazła pod okrągły stolik w wiecznym poszukiwaniu ukochanej białej fretki o imieniu Norka, której ogon właśnie wystawał z torby Severusa. Sam Snape zaś miał minę, jakby każde miejsce na tej przeklętej wyspie było obecnie lepszym od tego, w którym miał nieprzyjemność się znajdować.
- Dawaj, wujku! - krzyknął w końcu Sergiuszek. - Dokopmy tym bezjajowcom!
- Sergiusz! - syknęła oburzona Hermiona. - Wysmarować ci język pastą do butów?
- Wujkowi trzeba dopingu! - zadecydowała Sareczka i z całą werwą zaczęła walić łyżką w szklankę z colą.
- Hej, piękna, to jest jak chcesz żeby rodzice się pocałowali! - poinformowała ją Kalia. - Przestań bo wezwę adwokata!
- O żesz, rzeczywiście - zgodziła się Sara i natychmiast przestała.
- Czy ja dobrze słyszę, że moja córka chce mnie zmusić do publicznego okazywania uczuć? - wycedził Severus, wyraźnie zadowolony, że wreszcie może się do czegoś przyczepić.
- Nie rozumiem, co masz przeciwko publicznemu okazywaniu uczuć! Sądzisz, że nie mam prawa publicznie pocałować swego męża? - obruszyła się Hermiona.
- Norka! Gdzie jesteś? - zawołała spod stołu Lily.
- Sądzę, że istnieją pewne rzeczy, których nie należy robić w towarzystwie, jakiekolwiek by ono nie było - odparował Snape.
- Ach tak? - wykrzyknęła Hermiona, stawiając szklankę z koktajlem na stoliku z taką siłą, że połowa zawartości chlusnęła na blat. - A ja sądzę, ty zmanierowany nietoperzu, że Ron nie wstydziłby się okazywać mi publicznie swoich uczuć!
- Tak jak je okazuje swojej południowej piękności wprost na gorących piaskach Florydy? - wycedził Severus, aż pęczniejąc z satysfakcji.
- Hej, mówicie o moim przyjacielu! - wtrącił się Harry, marszcząc groźnie brwi. - Wiesz doskonale, Snape, dlaczego Ron wyjechał do Ameryki! A może mam ci przypomnieć?
Ojciec obrzucił go zdegustowanym spojrzeniem. Sara zawróciła oczami. Temat kłótni nieco już ją nużył, jako że rodzice wałkowali go zaledwie w zeszły wtorek przez całe przedpołudnie. Postanowiła wobec tego zastosować terapię szokową.
- Wiem, co robiliście w ostatnią sobotę.
Nagle wszyscy dyskutanci zamilkli, wbijając spojrzenie w żeńską część potomstwa Snape. Severus pokraśniał gwałtownie, co wyglądało dosyć zabawnie przy jego bladawej cerze i czarnej koszuli (mimo zniszczenia jednej trzeciej porcelanowego wyposażenia bungalowu, mamie nie udało się namówić go na założenie kwiecistej, prezentu od teściowej Severusa).
- Słucham? - wypluł w końcu, pochylając się nad stolikiem w pozie atakującego lamparta.
Tymczasem Kalinka, drobna, zielonooka istotka o czarnych włosach związanych w kosmaty kucyk, zarozumiałej mince najmłodszego dziecka, niespożytej energii i nieograniczonej wyobraźni, wyciągnęła z kieszonki przetartych dżinsów dziwny przedmiot. Wyglądał jak dwie złożone razem drewniane deszczułki, zwinięte w kształcie muszli ślimaka i opatrzone na końcu ustnikiem. Kalia wymruczała pod nosem coś co zabrzmiało jak “wściekły słoń” i przedmiot zalśnił delikatnie. Podniosła go do ust i dmuchnęła z całych sił.
Krwiożercze “ŁRAAAAAAAA!!” wstrząsnęło niebem, ziemią i wszystkimi klientami kawiarni “Tropicanos”. Przy stolikach zakotłowało się, rozległ się brzęk tłuczonego szkła, jakieś kobiece wrzaski. Ludzie oderwali oczy od swoich drinków, rozglądając się dookoła w panice.
- Akha-kha! - zakrztusił się Severus, chwytając za różdżkę. - Śmierciożercy! Kryć się!
Rozpaczliwym rzutem ciała wślizgnął się pod stół, gdzie nagle znalazł się nos w nos z Lily Potter, wygrzebującą z jego torby swoją fretkę.
- Dzień dobry, wujku - powiedziała odrobinę zdziwiona Lily. - Co tu robisz?
- Słoń! Ludzie! Słoń uciekł z cyrku! - wrzasnął któryś z klientów.
- Spokojnie! - zawołał Harry. - To nie słoń, to moja córka!
- Tato, możesz wyjść! Śmierciożercy już się deportowali! - ryknął Sergiuszek, waląc pięścią w blat. Sara i Kalia kwiczały z uciechy.
- To gwizdawka mojej siostry - wyjaśniła Lily, odrywając pazurki Norki od zapięcia ze smoczej skóry. Snape otarł pot z czoła i nagle zdał sobie sprawę z tego, co widzi.
- Co twoja szynszyla robi w MOJEJ torbie? - zapytał złowrogim tonem.
- Mężu! Żyjesz jeszcze? - odezwała się z góry zaniepokojona Hermiona.
- Prosiłam ją, żeby nie zjadała cudzych rzeczy, ale bardzo jej to posmakowało - powiedziała Lily przepraszającym tonem, machając przed oczami Snape'a pustą torebką po jajkach szylkretowego kornika hawajskiego. Severus zbladł i zaniemówił, wpatrując się w torebkę z taką rozpaczą, jakby właśnie stracił ukochane dziecko.
- Wujku? - nieco przestraszona Lily pomachała mu ręką przed oczami, a gdy nie zareagował, wypełzła spod stołu i doskoczyła do Hermiony. Wyraźnie zadowolona z siebie fretka wspięła się tymczasem po jej ramieniu i zawinęła wokół szyi. - Ciociu! Wujkowi się coś stało! Siedzi nieruchomo i jest okropnie biały!
- Matko święta, Severus! - krzyknęła Hermiona, chwytając się za głowę. Harry poderwał się od stołu i z pomocą mamy wyciągnęli spod stołu zdrętwiałego ojca. Opadł bezwładnie na krzesło i zagapił się przed siebie.
- Tata jest w ciężkim szoku - wytłumaczyła Sareczka zaniepokojonej rodzinie Potterów.
- Kochanie? Co się stało? - zapytała Hermiona, stając nad swym mężem. Uniosła jego podbródek i spojrzała w czarne oczy. Snape w milczeniu wskazał palcem na Lily.
- Nooo... - mruknęła nieco zakłopotana dziewczynka, znalazłszy się nagle w centrum uwagi. - Norka zjadła te białe kuleczki, które wujek trzymał w torbie.
- Mówisz o tym robactwie, które tata wygrzebywał ze spróchniałych drzew przez cały ostatni tydzień? - zaciekawiła się Sareczka.
- To nie żadne robactwo, ty ignorantko, tylko jajka endemicznego gatunku kornika, żyjącego jedynie na Hawajach - wtrącił Sergiuszek przemądrzałym tonem, po czym parsknął śmiechem na widok zdegustowanej miny siostry.
- Spokojnie, Severus, nic się nie stało. Pozbierasz sobie następne - zamruczała Hermiona, głaszcząc męża po policzku. Spojrzał na nią, jak na endemiczny gatunek kornika.
- Panowie biorą udział w konkursie na najlepszego tancerza hawajskiej samby? Za chwilę się zaczyna - zapytała ciemnoskóra piękność, podchodząc do ich stolika. Jej biodra kołysały się uwodzicielsko, a kwiecisty stanik ledwo przykrywał obfity biust. Wiedzione pierwotnymi instynktami spojrzenia obu mężczyzn skierowały się automatycznie w jego stronę.
- Tu jestem! - warknęła Hermiona, odwracając głowę męża.
- No jasne? Czemu nie! Kibicujcie mi, dzieciaki! - wykrzyknął Harry, podrywając się z krzesła. Towarzyszyły temu głośne wiwaty bliźniaków i Kalinki, która podniosła do ust gwizdek, w wyraźnym zamiarze powtórnego zatrąbienia. Jednak w tym momencie gwizdek wyskoczył z jej rąk i poszybował w kierunku Severusa.
- Pozwól, że się tym zaopiekuję - powiedział Snape, uśmiechając się okropnie.
Kalia zazgrzytała zębami i mruknęła pod nosem coś, co zabrzmiało jak “tłustowłosy palant”. Sareczka zacisnęła wargi. Siedzący obok Sergiuszek zmarszczył brwi.
- Hej, Potter, skąd masz to ryczadło? - zapytał, trącając ją łokciem.
- Nie twoja sprawa, Snape! - odparła niegrzecznie i niemal natychmiast wywaliła jęzor.
- Jak chcesz, to zmienię ci język w ropuchę - zaproponował Sergiusz.
- Masz jeszcze ten eliksir? - zaciekawiła się Sareczka. - Mówiłeś, że zużyłeś go w zeszłym tygodniu.
- Czy ja o czymś nie wiem? - wycedził ojciec, który zdążył już wrócić do własnej, parszywej równowagi emocjonalnej.
- Ty dużo rzeczy nie wiesz - stwierdziła jego córka. - Hej, patrzcie! To wujek Harry!
- Mój mąż? - zapytała Luna, spoglądając na wszystkich po kolei.
- Słuchaj, smarkata, jeszcze raz nazwiesz tatę w sposób, który mi się nie spodoba, to obudzisz się piękniejsza niż twoja siostra kiedyś - wysyczała Sareczka w ucho Kalii. Dziewczynka wygięła usta w podkówkę, ale nie odpowiedziała.
- Wiedziałem, że to zrobi! - ucieszył się Sergiuszek , błyszczącymi z podziwu oczyma wpatrując się w swojego ojca chrzestnego.
Rzeczywiście, słynny Harry Potter stał na scenie w środku grupki równie odważnych mężczyzn. Ubrany był jedynie w spódniczkę z liści bananowca i gigantyczny kwiatowy naszyjnik, ostro odcinający się od jego opalonej skóry. Miał minę, jakby dopiero co pokonał Voldemorta.
- Mogę się znów schować pod stół? - poprosił Severus.

&&

Sara zacisnęła powieki. Czarny punkcik w głębi lodu wirował szaleńczo.
- Skończyłaś? - zapytał smok, przeciągając się leniwie. Odwróciła się w jego stronę.
- Co to ma znaczyć? - zapytała. - Po co mi to pokazujesz?
- Ja? - zdziwił się smok. - To twoje myśli. Lecą jak chcą. Ja nie mam na to wpływu.
- Ale po coś tu przylecieliśmy, prawda?
- Tak - jeśli smok potrafiłby to zrobić, zapewne w tej chwili uśmiechnąłby się szeroko. - Wkrótce zapomnisz.
- Co?
- Wszystko - odpowiedział po prostu smok.
- Nie rozumiem! - zezłościła się Sareczka - Słuchaj ty przerośnięta góro węgla, jeśli nie zaczniesz za chwilę mówić jaśniej, to...
- Po co? - zdziwił się smok. - To takie zabawne widzieć, jak się denerwujesz. Jesteś taka podobna do swojego ojca.
- Jeszcze zabawniejsze będzie, jak wypruję ci flaki i nawlokę na sznurek! - zawarczała dziewczynka.
- Możesz to zrobić w każdej chwili - odparł smok. - Ale wtedy jeszcze szybciej zapomnisz.
Machnął ogonem i Sarę otoczyła ciemność...



**

- A wtedy mój tata uśmiechnął się do tej szlamy i powiedział: “Nie, proszę pani. Niestety nie dysponujemy miotłą na której pani tylna część ciała będzie wyglądała wystarczająco arystokratycznie, by pomylono panią z krewną hrabiego Hershwinga.” - trajkotała piskliwym głosem przysadzista szatynka o mało inteligentnym wyrazie twarzy, za to bardzo zadartym nosie. Nazywała się Brigit Mort i o ile Sara dobrze pamiętała, jej ojciec, Apoloniusz Mort, pracował w Ministerstwie jako tester nowych modeli mioteł.
Lidka Malfoy odrzuciła do tyłu swe długie, jasne i arystokratycznie proste włosy, śmiejąc się srebrzyście. Sara westchnęła z irytacją i wyjęła jeden z owych włosów ze swojej zupy mlecznej, która stygła spokojnie na stole. Sara wcale ale to wcale nie była głodna. Dziś rano, zaraz po tym jak w parszywym nastroju zwlokła się z łóżka, otoczyła ją pięcioosobowa lawina współczucia, oglądając ją z troską i dopytując się, czy nie brakuje jej przypadkiem któregoś kawałka anatomii. I na nic nie zdały się jej cyniczne zapewnienia, że Opiekun Slytherinu nie stoczył się jeszcze do poziomu mordercy własnego potomstwa. Malfoy już była zdecydowana ją obmacać, kiedy na szczęście w sukurs Sarze przyszedł sam Wielki Makiawel. Kocurek obudził się nagle i z mrożącym krew w żyłach sykiem skoczył w stronę grupki dziewcząt. Te na widok oprawcy rozpierzchły się w popłochu, dając Sarze możliwość spokojnej zmiany stroju.
I zastanowienia się nad dziwacznym snem oraz wydarzeniami ostatniego dnia. Czy też może w odwrotnej kolejności. Gdy tylko próbowała połączyć wszystko w sensowną całość, włos jeżył jej się na głowie.
“Ale ja jestem ważniejsza niż te dzieci, prawda?”
“Jasne, że tak.”
“... nie masz większych praw niż setki innych smarkaczy, które rozbijają się po korytarzach!”
Nie mogła zrozumieć. Nie chciała. Jedynym wyjaśnieniem, które przychodziło jej na myśl, było to, że jakimś niepojętym sposobem tata nagle przestał ją kochać.
To by oznaczało koniec świata.
Przełknęła ślinę, która wcale nie mogła przejść przez jej ściśnięte do bólu gardło i podniosła wzrok znad zimnej zupy. Ojciec popijał sok dyniowy, z wyraźnym obrzydzeniem wpatrując się w stół Gryffindoru, przy którym Sergiuszek z szerokim uśmiechem i błyszczącymi oczyma słuchał długich wywodów jakiegoś Weasleya. Zdrajca. A doskonale pamiętała, jak umawiali się ze sobą, że pójdą razem do Ravena, by rodzice nie mieli powodu do kolejnej kłótni. Teraz, przez niego, front gryfońsko- ślizgoński jeszcze zyskał na sile.
Tak, kłótnie rodziców były zwykle dosyć zabawne. Zawsze wiedziała, że tylko żartują, nawet, kiedy potem tata musiał kupować nową zastawę stołową.
Na nią też czasami krzyczał, choć musiała bardzo na to zasłużyć. Ale nigdy nie zachowywał się tak jak wczoraj. Jak... jak rozjuszony dziki zwierz. Spójrz na mnie, tato, pomyślała. Powiedz, że to było nic. Jakby na jej życzenie, Severus skierował wzrok w stronę swojego Domu. Przez chwilę zatrzymał go na Sarze, po czym spojrzał gdzie indziej. Twarz Mistrza Eliksirów była obojętna jak czysta kartka papieru.
A więc jestem jednym z tych smarkaczy, pomyślała Sareczka. Nagle poczuła, że coś, co tkwiło w niej od rana zaczyna wyłazić i robić się coraz paskudniejsze. Pragnęła chwycić półmisek z grzankami i rozbić go, wywrócić stół, uderzyć kogoś, wrzeszczeć na całe gardło...
- Hej, Sara! Nie przejmuj się! Kiedyś mu przejdzie! - Lidia uśmiechnęła się protekcjonalnie. - Płacz to nie sposób na Snape'a. Mój ojciec przynajmniej trzy razy w tygodniu uznaje za stosowne podkreślić, że jestem dziewczyną, a on chciał chłopaka. Gdybym za każdym razem ryczała, juz dawno by mnie wydziedziczył... No właśnie! Opowiedzieć ci, jak zrobił z siebie idiotę na zeszłorocznym balu sylwestrowym w Ministerstwie? Takiego faux pas świat nie widział!
W tym momencie wzdłuż ich stołu przeszła McGonagall, rozdając wszystkim plany lekcji. Rozmaite nienawiści rodowe, spiski, zmowy i przyszłe małżeństwa natychmiast zostały odłożone na bok wobec przytłaczającego i bardzo realnego faktu rozpoczęcia się roku szkolnego. Chóralne jęki przetkane gdzieniegdzie westchnieniami ulgi wstrząsnęły Domem Węża.
- I popatrz CO oni sobie myślą! Poproszę mojego ojca, żeby zaskarżył tę instytucję!
- Eliksiry DZISIAJ? Już wiem skąd ten uśmieszek na twarzy McGonagall!
Sara nie słyszała niczego, czuła się, jakby coś ją zmroziło od zewnątrz, choć to paskudne w środku nadal bulgotało. W jej głowie formowało się właśnie żelazne postanowienie. Mogła być smutna, wściekła czy zrozpaczona. Ale faktu przecież nic nie zmieni. Skoro tata nie uważa jej za córkę, to ona nie ma żadnych powodów, by uważać go za ojca. Tyle razy radziła sobie bez jego pomocy, poradzi sobie i tym razem. Jest w końcu prawie dorosła.
- Lekcja latania? Wspaniale! Wkopiemy ich czerwone tyłki w najgłębsze ostępy Zakazanego Lasu! Prawda, Sara?
- Jasne - Sareczka uśmiechnęła się zimno. - Będą dzisiaj gryźli ziemię.

**
- Hej, Sara! Zaczekaj! - wrzasnął Sergiuszek, pędząc wraz z Markiem korytarzem za podążającymi w stronę wyjścia ślizgonkami. Miał przekrzywiony krawat, potargane włosy i śmieszne, ceglaste rumieńce na policzkach, które, tak jak resztę wyglądu zewnętrznego, odziedziczył po ojcu. W ręku ściskał kurczowo świeży numer Proroka Codziennego.
- Sara, twoja lwia część rodzeństwa się zjawiła - zadrwiła Lidia. Sareczka westchnęła dramatycznie, mruknęła coś przepraszającym tonem i zawróciła w stronę dwójki Gryfonów.
- Tylko mam nadzieję, że to ważne - warknęła, chwytając ich za łokcie i ciągnąc w kącik pomiędzy Zgrzytającą Zbroją a obrazem Damy z Gigantyczną Brodawką. Zbroja zazgrzytała w proteście. - Śpieszno mi trochę upolować kilka lwich skór.
Możliwe, że waszych, dodała w myślach.
- To znaczy na lekcji, na której będziemy się uczyli którym końcem miotły do przodu? - zapytał się Sergiuszek. - Ambitna jesteś.
Już na śniadaniu zauważył, że siostrzyczka dzisiaj coś nie bardzo w sosie. Primo: nigdy w życiu nie przegapiła okazji do skonsumowania posiłku. Secundo: nie zadzierała nosa z powodu, że jest Snape'em i nie chwaliła się wszystkim w zasięgu wzroku swym nowym rekordem w konkurencji Rzutu Gnomem Na Odległość. Wreszcie tertio: nie szczerzyła się jak głupia w kierunku stołu nauczycielskiego, ze szczególnym uwzględnieniem osoby Mistrza Eliksirów. Wobec tego Sergiuszek wydedukował, że zeszłego wieczoru między nią, a ojcem doszło do bardzo ostrej dyskusji i teraz są ze sobą w stanie zimnej wojny na pogardliwe spojrzenia. A ponieważ temat sprzeczki dotyczył pewnie i jego osoby, postanowił zastosować wobec siostry wypróbowaną metodę nie-drażnić-jadowitej-żmii.
- Uważaj do kogo mówisz, pasku z wężowej skóry! - odciął się Mark, wyraźnie w bojowym nastroju. - Może nie wiesz, że mój tata zdobył jeden złoty i dwa srebrne medale w Formule1?
- On nie kłamie - poparł przyjaciela Sergiuszek, szczerząc się nieprzyzwoicie. Musiał przyznać, że Sareczce mistrzowsko udało się ukryć niebotyczne zdumienie i cisnące się na usta pytanie: “To TEN Prestine?”
- Ach, to nic - uśmiechnęła się z wyższością .- Za to MÓJ ojciec w czasie pierwszych trzech tygodni nauki latania zdołał wpaść do jeziora, zawisnąć na drzewie, rozbić okno, połamać rękę, obojczyk i dwie miotły. Jak osiągniesz TAKI poziom to wtedy porozmawiamy! Chciałeś coś powiedzieć, kotku, czy nie?
- Chciałem - przytaknął Sergiuszek, rozwijając gazetę. - Jeśli tylko nadal interesujesz się naszą ofiarą samobójstwa. Z tego co tu przeczytałem wnioskuję, że ta cała sprawa jest znacznie bardziej paskudna niż się wydaje.
- Dawaj! - Sareczka chwyciła chciwie gazetę. Dopiero na stronie czwartej, pomiędzy doniesieniami o zwiększonym przemycie krwi jednorożców do USA, a reportażem z akcji charytatywnej na rzecz szpitalu św. Munga znalazła krótki artykuł na temat wczorajszych dramatycznych wydarzeń na trasie kolei Londyn-Hogsmeade.
- Bruce Credley... były Śmierciożerca... skoczył tuż pod najeżdżający pociąg... prawdopodobnie samobójstwo... przyjaciele potwierdzają, że miał problemy rodzinne... alkoholizm... żona odmawia składania zeznań... śledztwo w toku - mruczała pod nosem Sareczka, czytając tekst. - No, naprawdę! To mi nie mówi kompletnie nic! - wykrzyknęła, składając gazetę z trzaskiem. Wyglądała na zawiedzioną.
- Ależ nie! - zaprzeczył Sergiuszek, uśmiechając się tajemniczo. - To mówi bardzo dużo właśnie dzięki temu, że nie mówi nic. Przeczytaj sobie to jeszcze raz i zastanów się. Pogadamy wieczorem, a teraz chodź, bo lekcja latania już się zaczyna.
- Jesteś kompletnie pomylony - oświadczyła bratu Sareczka.

**

Rolanda Hooch, zasłużona weteranka zimnej wojny i instruktorka Quidditcha w szkole Hogwart, poprawiła odznakę oficera piechoty morskiej, strzepała niewidoczny pyłek z rękawa i przejrzała się z zadowoleniem w pobliskiej zbroi. Tak, to już prawie sześćdziesiąt lat służby, a wciąż prezentowała się świetnie, wynik spędzenia młodych lat na poligonie: częstych kąpieli błotnych, regularnego czyszczenia czołgów oraz codziennego noszenia oficerek. Niejeden dowódca mógł jej pozazdrościć prawego sierpowego, którym niegdyś rozkładała na łopatki dorosłego górskiego trolla. A jej fryzura służyła wojskowym wykładowcom jako przykład prawidłowej postawy na baczność.
Rolanda Hooch uważała się za twardą i doświadczoną kobietę. Niewiele zaistniało w jej długim i barwnym życiu rzeczy, z którymi nie była sobie w stanie poradzić. Jedynie w trzech przypadkach była zmuszona otwarcie przyznać się do porażki. Pierwszym była niemiecka łódź podwodna, która zdumiewającym sposobem zniknęła z wizji, okrążyła ich od tyłu i zestrzeliła dwie angielskie jednostki akurat wtedy, gdy Hooch obsługiwała radar. Za to zresztą wyrzucili ją z armii. Drugim był jej mąż-niewdzięcznik, który po sześciu dniach pożycia małżeńskiego uciekł na kontynent z jakąś Arabką. Trzecia porażka nosiła nazwisko Snape. Obecny Mistrz Eliksirów stał się pierwszym i jak dotąd jedynym uczniem, któremu Hooch osobiście wystawiła zwolnienie z lekcji latania. Do końca życia.
Teraz zaś... Instruktorka Quidditcha nie była bynajmniej przesądna, ale nawet ona musiała przyznać, że zaniepokoiło ją zachowanie szkolnych mioteł. Gdy tylko wyszła przed szkołę, postukując miarowo oficerkami, zauważyła, że sunące za nią równym rządkiem miotły zaczynają dziwnie hamować, a nawet nieco się cofać. Odniosła wrażenie, że znajdują się na skraju załamania nerwowego. Widocznie złe fluidy rodzeństwa (Tak, o zgrozo! Przeklęty ród w podwójnej dawce!) działały nawet z tej odległości.
Ale Rolanda Hooch była twardą kobietą. Wiedziała, że nawet na Snape'a musi istnieć sposób.

**

- Baaczność! - zakomenderowała, stając naprzeciwko grupki wystraszonych rekrutów. - Ustawić się po lewej stronie mioteł!
Wszyscy natychmiast wypełnili jej polecenie, byli widać znakomicie wyszkoleni. Zaraz, wszyscy? Parka Snape'ów nawet nie drgnęła. Hooch zatrzęsła się w sobie, ale postanowiła pozostać twarda jak głaz. Wypięła się jak struna i spojrzała twardo w czarne i bezczelne oczy dokładnej repliki swej Życiowej Porażki Numer Trzy.
Tak, Snape zawsze uderzał ją jako człowiek, który, jeśli już zostanie zmuszony do posiadania dzieci, będzie chciał, by uśmiechały się dokładnie tak samo jak on. Ale nadal nie mogła uwierzyć, że posunął się do sklonowania samego siebie.
- Widzę, że ośmielacie się stawiać opór! - huknęła głosem, który zawsze wywoływał u jej podwładnych niekontrolowane drgawki. Chłopak przybrał serdecznie zdziwioną minę.
- Ależ pani profesor... pardon, pani oficer! - wykrzyknął tonem głęboko urażonej niewinności. - Przecież nie było komendy “spocznij”!
- No jasne. Nie było - przytaknęła energicznie jego siostra. Niektórzy z rekrutów uznali za stosowne zachichotać. Na jej kamiennej powłoce zaczęły gdzieniegdzie pojawiać się rysy. Najgorsze było to, że smarkacze mieli rację. Starzeję się, skoro popełniam tak karygodne błędy, pomyślała.
- W porządku! Spocznij! A teraz do mioteł!
Bliźniaki tym razem bez oporu dołączyły do reszty czekających na rozkazy rekrutów. Rolanda Hooch wyprostowała się dumnie i zaczęła przechodzić się wzdłuż rzędu nowicjuszy, którzy śledzili każdy jej krok. “Pamiętaj: masz być dla nich wyrocznią i bóstwem na piedestale!” powiedział do niej kiedyś jej generał. Zawsze się do tego stosowała.
Słońce grzało cudownie, zalewając blaskiem wielkie połacie soczystozielonej trawy. Nad nimi krążył jakiś wróbel. Czuła się w swoim żywiole.
- Podczas gdy tu jesteście, macie bezwzględnie słuchać moich poleceń...
- Pani profesor, ta miotła mnie chyba nie lubi! - poskarżyła się czarnowłosa rekrutka. Rzeczywiście, sprzęt latający powolutku, milimetr po milimetrze, odsuwał się od jej osoby. Gdy wskazała go palcem zamarł bez ruchu, jak dzieciak przyłapany na kradzieży cukierków.
- CISZA! - ryknęła Hooch. - Nie przerywać mi, szeregowa Snape, bo wyślę do czyszczenia czołgów!
Irytująca dziewczyna zamilkła, wpatrując się w instruktorkę z rozdziawionymi ustami. Hooch odetchnęła głęboko i dotknęła palcami włosów by zobaczyć, czy stoją jak należy.
- ... A więc, jak już mówiłam zanim szeregowa Snape mi przerwała, nie wolno wam robić niczego, czego nie każę wam zrobić. Nieposłuszeństwo będzie karane zdegradowaniem do poziomu brudnej posadzki. Zrozumiano?
- Tak, pani profesor! - odpowiedzieli rekruci. Hooch pozwoliła sobie na pełen satysfakcji uśmiech. Na razie wszystko przebiegało zgodnie z planem.
- Dobrze! Teraz unieście prawą rękę nad miotłą i krzyknijcie “Do góry!”.
Chóralne polecenia przez chwilę rozlegały się na łące, dostarczając zajęcia wszystkim pierwszakom.
- Do góry! - wrzasnęła Sara Snape po raz dziesiąty, szczerząc zęby w minie dziwnie kojarzącej się Hooch z wściekłym Severusem. - Do góry, mów... AHAIHA!
Jej miotła poderwała się nagle do pozycji pionowej i ze znakomitym wyczuciem celu wyrżnęła ją trzonkiem w nos. Sareczka cofnęła się parę kroków, przyciskając ręce do twarzy. Wielka kropla krwi skapnęła na murawę. Oczy młodej Snape zwęziły się niebezpiecznie...
- Oj! Ale będzie łomot! - szepnął Sergiuszek.

**

Krew pociekła jej między palcami. Miała już DOSYĆ. Najpierw ojciec, potem koleżanki, teraz jeszcze ta głupia miotła? Nie, to już stanowczo za wiele! Cały świat wokół zasnuła czerwona mgiełka. Miotła!
- Panno Snape! Proszę natychmiast wrócić na miejsce! - wykrzyknęła przerażona instruktorka. Ale było już za późno.
Sareczka skoczyła i spadła na miotłę jak atakujący lampart, przygważdżając ją do ziemi. Jej dłonie zacisnęły się na trzonku. Wstała, trzymając ją za przedni koniec.
- Ty stary, zmurszały, złośliwy kiju!
Sareczka uśmiechnęła się okrutnie, biorąc solidny zamach. Jej oczy jarzyły się dziwnym blaskiem, twarz płonęła, czarne loki powiewały na delikatnym wietrze. Z miotłą nad głową i krwawiącym nosem wyglądała jak bogini wojny. Publika wstrzymała oddech. Hooch złapała się za głowę, niszcząc idealne szeregi włosów. Sareczka trzepnęła miotłą o ziemię.
- Ja cię wytresuję, szkapo jedna! - wydyszała dziewczyna mściwie, spuszczając miotle ciężkie lanie. I jeszcze raz! Jeszcze! Dookoła latały witki i strzępy trawy.
- Nie, Snape jest trochę gorszy - wyjaśniła Lidia jakiemuś przerażonemu Gryfonowi.
- Panno Snape, nalegam...
- Z pięści ją, Sara! Z pięści! - dopingował ją Marek.
- Narowić mi się będziesz? Już cię nauczę szacunku!
Sareczka po raz kolejny uniosła poobijany i roztrzęsiony sprzęt latający na głowę i ruszyła galopem w stronę ściany zamku.
Rozległ się ostatni, żałosny trzask.

**

- No. Już jest grzeczna - oznajmiła skamieniałej, tym razem od środka, instruktorce, wracając do rzędu pierwszaków. Miała pełną satysfakcji minę. Miotła bezwładnie zwisała w jej dłoni.
- Doskonale - powiedziała Hooch, jak tylko była w stanie wydobyć z siebie głos. - Panna Snape właśnie zaprezentowała nam klasyczną metodę wybijania złego uroku z miotły. Co prawda nie sądzę, by ten akurat egzemplarz był obciążony jakąkolwiek porcją Czarnej Magii, jednak dziękujemy za pokaz...
Starzeję się, pomyślała z rozpaczą. Za młodych lat szeregowa Snape juz dawno kopałaby rów nawadniający.
- Był obciążony dziedziczną złośliwością, pani profesor - broniła się Sareczka.
- A ty jesteś obciążona dziedzicznym wyżywaniem się na sprzęcie domowym! - warknął w jej stronę zbulwersowany Sergiuszek.
- Oj-czu-lek! - zadrwiła dziewczynka. - Dasz mi szlaban?
- Spokój - ton głosu Hooch był pełen ponurej rezygnacji.
Dwa małe szataniątka łypnęły na siebie nieprzyjaźnie. Ich rozwiązłość przeniosła się na rozprzężenie obyczajów u reszty rekrutów, którzy chichotali i rozmawiali przyciszonymi głosami.
- Skoro już opanowaliśmy... Potter? CZY TY MNIE W OGÓLE SŁYSZYSZ?
Lily oderwała oczy od nieba, na którym wróbel zataczał coraz mniejsze koła. Na twarzy miała wyraz spokojnego zaciekawienia.
- Tak, pani profesor?
Hooch uśmiechnęła się okropnie. Znowu zaczęła żałować, że zostawiła karabin w gabinecie. Chciała wrócić do armii. Tam wszystko było normalne.
- Masz przywołać miotłę, dziecinko - powiedziała dziwnie ciepłym tonem.

**

Sergiuszek zobaczył, że Lily uśmiechnęła się miło i skinęła głową. Wyciągnęła dłoń.
- Chodź, miotełko!
Miotła posłusznie wskoczyła do ręki starszej córki Potterów. Instruktorka skinęła głową i odwróciła się do reszty uczniów. Może dlatego nie zauważyła, że Lily przerzuciła nogę nad trzonkiem i odbiła się od ziemi.
- Muszę zobaczyć tego ptaka, pani profesor - powiedziała, unosząc się do góry. - To chyba jest magiczny skowronek. Jeszcze nigdy nie widziałam magicznego skowronka.
- Co? - instruktorka obejrzała się gwałtownie, ale Lily juz była wysoko. - Wracaj tu! Wracaj tu natychmiast! - wrzasnęła, podskakując do góry, jakby tym sposobem miała dosięgnąć miotły. - Stój, ty rozpuszczony bachorze!
- To ona jeszcze nie widziała drugiej Potterówny - szepnęła Sareczka w stronę Lidii.
- Cholera jasna! - zaklął w tym momencie Sergiuszek, gapiąc się w niebo. Lily, osiągnąwszy pułap siódmego piętra zamku, oddalała się spokojnie w kierunku Zakazanego Lasu - Co ona wyprawia?
- Daj spokój tej zblazowanej ślicznotce, wróci przed kolacją! - prychnęła Sara.
- Pani profesor! Trzeba ją ściągnąć! - młody Snape szarpnął za rękaw wpatrzonej w nieboskłon profesorki. Spojrzała na niego jak na UFO.
- Wróci przed kolacją - mruknęła do siebie.
- Wujek mnie zamorduje, jak coś jej się stanie! - jęknął przerażony Sergiuszek, wskakując na miotłę. - Poczekajcie na mnie!
- Snape! Wracaj! - krzyknęła instruktorka niemal błagalnie. Przecież nie mogła im powiedzieć, że właśnie skończyła brać leki na wysypkę patagońską, i miała bezwzględny zakaz latania na miotle przez ten tydzień.
- Hej, kamikadze! Tu nie ma siatki zabezpieczającej! - ryknęła za nim Sareczka.
Jednak Sergiuszek już mknął do góry, w stronę bezkresnego błękitu. Sylwetka Lily odcinała się od nieba.
- Potter, poczekaj! - wrzasnął, kierując się w jej stronę. A przynajmniej próbując, gdyż poniewczasie zdał sobie sprawę, że sterowanie miotłą wcale nie należy do łatwych czynności. Mimo, że cały czas starał się lecieć w kierunku lasu, miotła uparcie zbaczała w lewo, jak zepsuty kompas. Tymczasem Lily wcale się nie przybliżała. Pochylił się do przodu.
Miotła przyśpieszyła gwałtownie... w dół! Leciał prosto na drzewa!
- SEERGIUUSZ!
Wycie jego siostry o sile megafonu pobudziło do działania kilka aktywnych jeszcze szarych komórek. Potężny pień zamigotał w polu widzenia... Już był w stanie policzyć rysy na chropowatej korze... Snape szarpnął z całych sił, podrywając miotłę niemal do pionu.
Morderczym korkociągiem miotła znów ruszyła w górę. Z impetem wpadł w masę zielonych liści. Jakieś gałęzie waliły go po głowie i po plecach… Zacisnął kurczowo palce na miotle, czując że się zsuwa... Wystrzelił z korony pechowego drzewa prosto w błękitne niebo. Z tym, że już nie na miotle, ale za miotłą. I upiorny sprzęt latający wcale nie miał ochoty się zatrzymać, wlokąc Sergiuszka wyżej i wyżej...
- Stój, demonie! STÓJ! - zawył, wbijając paznokcie w drewno. Był całkiem pewien, że za chwilę umrze.
Ku jego ogromnemu zdumieniu, miotła w tej chwili stanęła, zmieniając pozycję na horyzontalną. Uczepiony do niej Sergiuszek spojrzał w dół. Było BARDZO daleko do ziemi. Przełknął nerwowo ślinę. Za chwilę zacznie wrzeszczeć...
- Co ty wyprawiasz? Przecież to bardzo łatwe!
Wielkie, zielone oczy Lily spojrzały na niego z niedowierzaniem. Poczuł, że się okropnie czerwieni. Musiał strasznie głupio wyglądać. I to przy cholernej Potter. To musi być rodzinne przekleństwo! Dziewczynka zachichotała na widok jego wściekłej miny. W dłoni trzymała maleńkiego, trawiastozielonego ptaszka.
- Złaź na ziemię Potter! - wycharczał młody Snape, czując, że naprawdę bolą go ręce. - Bo jak nie, to pożałujesz, że się urodziłaś!
- Już, już. I o co ta awantura? Nie szczerz tak zębów, bo wyglądasz jak wujek. - Z tymi słowami Lily Potter pomknęła ku ziemi.
Sergiuszek nagle zrozumiał swój błąd. Nie wytrzyma dłużej niż pół minuty, a nie ma nikogo, kto mógłby go uratować. Umrze. Nagle zmroził go lodowaty strach.
- LUDZIE! LEEEEECĘ! - zawył.

**

Tymczasem na ziemi reszta pierwszoklasistów wraz z instruktorką miała inny, choć nie mniej poważny problem. Mianowicie z zamku przygalopowała przerażona McGonagall, której dziki ryk Sareczki przypomniał lata młodości, a w szczególności brzemienną w skutki edukację lotniczą Severusa Snape'a. Po drodze zgarnęła ze skrzydła szpitalnego Pomfrey, zajętą przygotowywaniem kolejnej porcji Eliksiru Pieprzowego, zaś tuż przy wyjściu niemal wpadła na Mistrza Eliksirów, który właśnie torturował piątoklasistów, kiedy głos córki niemal przyprawił go o atak serca. Z tą obstawą wybiegła na zewnątrz, gdzie nic nie było w stanie przygotować jej na widok, który ukazał się jej oczom.
- Rolanda!? Co się tutaj dzieje? Co to za krzyki?
Instruktorka Quidditcha, z włosami sterczącymi we wszystkie strony i pełną rezygnacji miną, wzruszyła ramionami. McGonagall przeniosła wzrok na przerażone pierwszaki a potem na niebo.
- CO ON TAM ROBI? - Snape, który właśnie nadleciał, wskazał oskarżycielskim palcem w kierunku, gdzie dwie sylwetki w różnych pozycjach podziwiały widoki. Twarz Severusa była blada jak papier, a oczy nieomal wychodziły z orbit. Minerwa dawno nie widziała go tak przerażonego.
- Wisi - poinformowała go Sareczka.
- O raju, raju! Spadnie! Spadnie! - zapiszczała Pomfrey, kręcąc się dookoła jak katarynka. - Niech go ktoś ściągnie!
Zapewne sama wskoczyłaby na miotłę i poleciała ratować nieszczęśnika, gdyby nie to, że na miotły spoglądała z równym strachem. McGonagall pokręciła głową. Zauważyła, że Hooch nadal stoi bezczynnie.
- A dlaczego TY go nie ściągniesz, Rolando? - zapytała ją jadowicie. - Za to ci w końcu płacą, prawda?
- Nie mogę. Biorę leki i mam zaburzony zmysł równowagi - odwarknęła instruktorka. McGonagall zaśmiała się sucho.
- Severusie! NIE!
- Daj mi spokój! - ryknął wściekły i zdesperowany Snape, podnosząc miotłę z ziemi. - Lecę po niego!
- Nie pozwolę ci! - oświadczyła Pomfrey, chwytając drugi koniec miotły.- Spadniesz!
- Puść to, kobieto!
Snape pociągnął, niemal przewracając Poppy, kurczowo trzymającą się miotły. Zaklął szpetnie, ciągnąc silniej, ale niespodziewanie napotkał inny opór w postaci McGonagall, która doczepiła się obok Poppy. Miotła zatrzeszczała niebezpiecznie.
- Ona ma rację, Severusie! Nie będę szukać twoich szczątków w jeziorze! - oświadczyła Minerwa.
- Przestańcie mnie traktować jak jednego z tych bachorów! - zawarczał Snape, zapierając się nogami w ziemię. Pomfrey pokraśniała z wysiłku, ale na jej twarzy widniał wyraz ponurej determinacji. Pierwszoklasiści patrzyli na to ze zdumieniem. Tymczasem tuż obok leżał cały stosik innych mioteł.
- Hej, mój brat za chwilę zleci! - odezwała się Sareczka, ale nikt jej nie słuchał.
- Wiecie, jak się tym kieruje? - zapytał Mark. - Ktoś to musi zrobić - wyjaśnił zdziwionej Lidii.
W tym momencie Lily wylądowała i spojrzała ze zdumieniem na mocujących się nauczycieli.
- Co oni wyprawiają? - zapytała.
- Ratują Sergiusza - mruknął Mark, wskakując na miotłę.
- Chwileczkę, panie Prestine! - McGonagall puściła przedmiot sporu. Zakłóciła tym równowagę i Severus zatoczył się do tyłu, zaś Pomfrey upadła na ziemię.
- Niech profesor go puści! To Formuła1, da sobie radę! - wykrzyknęła Sareczka.
- TEN Prestine? - odezwał się ktoś z tłumu pierwszaków.
- Ludzie! Leeecę!
- Czekaj, nie leć beze mnie!
Mark, już nie zwracając uwagi na McGonagall, wystrzelił w górę. Latanie na miotle to dziwne uczucie, pomyślał. Prawie tak, jakby się nic nie ważyło... Miotła była szybsza, niż wszystko czym do tej pory jeździł. Świst wiatru w jego uszach brzmiał niczym muzyka... Zakręcił ostro i wyhamował tuż obok wniebowziętego Sergiuszka.
- Załapię się na autostop w kierunku ziemi? - zapytał obolałym głosem Snape.
- Jasne, brachu! - Mark wyszczerzył zęby i pomógł wyczerpanemu koledze wsiąść na swoją miotłę. Łagodnym łukiem spłynęli na dół, gdzie czekała na nich wściekła McGonagall i przerażona Pomfrey. Severus już biegł w kierunku zamku z rozwianym włosem i połami szaty, przypomniawszy sobie nagle, że piątoklasiści właśnie wysadzają Hogwart w powietrze.
- Gdybym działała pod wpływem impulsu, właśnie wylatywalibyście ze szkoły - oświadczyła grobowym tonem McGonagall. - Ale jestem dziś w wyjątkowo łaskawym nastroju i pozwolę wam się najpierw wytłumaczyć.

**

Legendarny poziom -2 hogwarckich korytarzy rzadko widywał jakichkolwiek gości, prócz pleśni, fosforyzujących gatunków grzybów rozwijających się w ciemności, wszechobecnych pajęczyn i Filcha. Zapewne dlatego, że sytuował się pod poziomem jeziora i wszędobylska wilgoć, której nie były w stanie wykurzyć nawet najsilniejsze zaklęcia sprawiała, że nie nadawał się praktycznie do niczego, prócz hodowli kilku bardzo wybrednych gatunków roślin.
Zwykle był zamknięty dla niemal wszystkich rezydentów Hogwartu. Jednak dzisiejszego wieczoru Filch wyciągnął ze skrytki w swoim gabinecie gigantyczny, żelazny klucz i właśnie otwierał nim niewielkie dębowe drzwiczki, znajdujące się w ścianie korytarza prowadzącego w jednym kierunku do klasy eliksirów, w drugim zaś w niezbadaną ciemność. Miał ku temu powód, gdyż poziom -2 spodziewał się dzisiaj znacznie większej liczby gości niż zwykle. Stali oni w liczbie pięciu, czekając w grobowej ciszy na rozkazy woźnego. Byli ubrani w żółte, nieprzemakalne kombinezony nadające im wygląd worków z mąką, monstrualne gumiaki sięgające im niemal do kolan oraz kaski górnicze rzucające snopy światła na ponure ściany lochów. W rękach dzierżyli dwumetrowe lagi zakończone hakiem i stosy foliowych toreb.
Filch uśmiechnął się z satysfakcją odsłaniając dwa rzędy spróchniałych zębów i uchylił drzwiczki. Oczom zebranych ukazał się ciemny otwór przypominający króliczą norę. Woźny skinął na nich ręką, nie przestając się uśmiechać.
- To będzie prawie tak dobre jak przykuwanie łańcuchami do ściany - zachrypiał. - Za mną i uważać na głowy!
Schylił się i wszedł do ciemnego korytarzyka, oświetlając drogę trzymaną w ręku pochodnią. Podążyli za nim wąskimi schodkami schodzącymi stromo w dół. Owalne sklepienie korytarzyka, w miarę jak zbliżali się do końca schodów, robiło się coraz bardziej wilgotne i pokryte roślinnością, której nikt nie chciał się bliżej przyglądać. Gęsta, biaława ciecz skapywała z sufitu na kombinezony, przyprawiając Sareczkę o niemiłe dreszcze. W szparach między śliskimi od wilgoci kamieniami tłoczyło się robactwo. Sareczce przypominało to “Indianę Jonesa i Świątynię Przeznaczenia”, jeden z ich najulubieńszych filmów. Miała tylko nadzieję, że nie będzie zmuszona wkładać nigdzie ręki. Idąca obok niej Ava wzdrygała się z obrzydzenia, ilekroć jakiś bardziej okazały gatunek przebiegł po ścianie. Jeśli Wielka Sala była sercem Hogwartu, to tutaj znajdowały się jego jelita.
- Tak, mam ja na was sposoby, nieznośne smarkacze! - odezwał się Filch, prowadząc ich szerokim korytarzem. Obejrzał się przez ramię i uśmiechnął jeszcze szerzej. - Nawet na Snape'ów!
Sareczka powstrzymała nagły impuls, by pokazać mu język. Woźny zatrzymał się przed jednymi z rzędu kutych, żelaznych drzwi, które wyglądały, jakby należały kiedyś do wyposażenia Azkabanu. Z kieszeni wyjął kolejny klucz i wsadził go do mocno skorodowanego zamka.
- Dyrektor potrzebuje tego lochu, ale zanim można go będzie używać, musi być oczyszczony z roślinności. To zrobicie wy.
- Mogło być gorzej - szepnęła Ava. Filch odwrócił się w jej stronę, jego twarz maską czystej złośliwości.
- Tak myślisz? - zapytał. I pchnął drzwi.
Na widok tego co znajdowało się w środku, wszystkim odebrało momentalnie oddech. To nie była “roślinność”, to była miniaturowa dżungla! Ściany i sufity sporego pomieszczenia były całkowicie zasiedlone przez kolonie grzybów, grube pnącza, dziwaczne zielska, które po oświetleniu ich wiązką światła wydawały przeciągłe piski i inne osobliwości świata przyrodniczego. Podłogę wyścielała warstwa mchu gruba na pół metra, z której wyrastały oślizgłe, rozedrgane badyle i gigantyczne czarne polipy, co pewien czas plujące dookoła lepką, brązowawą mazią. Z sufitu cały czas kapała woda, powietrze w środku było tak zaparowane, że aż przyklejało się do płuc, a fetor kojarzący się z zepsutymi grzybami sprawiał, że wszystkim zrobiło się słabo.
- Macie zapakować wszystko do foliowych toreb. Robotę uznam za skończoną, kiedy zobaczę tu jedynie gołe ściany. Jest was pięcioro, więc nie powinno wam to zająć dłużej niż pół nocy... Powodzenia.
Z tymi słowami Filch zatrzasnął za nimi drzwi. Znaleźli się sami w podziemnym piekle.
- Ja cię kręcę! - powiedział Mark, gapiąc się przed siebie z niedowierzaniem. - To nie zajmie nam pół nocy, tylko z tydzień!
- Ehe - przytaknął oszołomiony Sergiuszek, przyglądając się purpurowemu kwiatowi, który pożerał właśnie rosnącego obok grzyba. - Ciekawe okazy botaniczne.
- Jakie to śliczne! - zachwyciła się Lily, przykucając obok grupki podzwaniających srebrzyście dzwoneczków. Przed południem przyznała się, że to ona była sprawcą wszystkich nieszczęść i McGonagall uznała za stosowne wlepić jej szlaban razem z innymi.
- Starczy tego! - zdenerwowana nieruchawością kolegów Sareczka cisnęła foliowe torby na ziemię i brodząc po kolana w łanach mchu dotarła do najbliższej ściany. - Im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy!
- Masz rację - potwierdził Sergiuszek, zacierając ręce i chwytając mocniej lagę. Jego czarne oczy przez chwilę szacowały liczebność i siłę przeciwnika. - Ja zamawiam te pnącza, Ava niech weźmie się za polipy!
- Sam się weź za polipy! - odkrzyknęła oburzona Ava.
- Raz, dwa! - zakomenderował Snape. - Najpierw zdzieramy, potem pakujemy! W rytm hymnu Hogwartu, wersja b!
- A która to wersja b? - zapytał Marek, biorąc zamach na gigantycznego grzyba wyrastającego ze ściany. - Bo ja nie znam żadnej. Giń, przepadnij, śluzie nieczysty!
- Ta która ma tylko jedną melodię! - odparła Sareczka, zdzierając z sufitu dwa purpurowe kwiaty za jednym zamachem. Upadły na mech, kłapiąc zębami w bezsilnej złości. - Dalej, towarzysze niedoli! Trzech na ściany, dwóch do podłogi! Wilgoć nas nie zmoże! Zaczynam: Jedzie pociąg do Hogwartu, poprzez pola, las!
Jej czysty, dźwięczny głos zagłuszył przerażone piski światłonielubnych zielsk, kłapanie szczęk purpurowego kwiecia, pogardliwe spluwanie polipów i rytmiczne brzęki haków o kamienie. Pięcioosobowa grupka pionierów przyparła zmasowany atak na wybujałą roślinność, szarpiąc, tnąc i rwąc ją na strzępy. Po chwili do Sareczki dołączyła Lily.
- ... Wiezie uczniów czarodziejów, czyli wszystkich nas!
Wiele znanych szkół na świecie, jedna tylko ta!
Choć niewiele o niej wiecie, tysiąc lat już ma!

Sergiuszek z zaciętą miną i bojowym blaskiem w oczach, z całej siły zapierając się w ziemię toczył bój z bladawymi pnączami, które wiły się w drgawkach i wydawały okropne syki. Mark dyszał ciężko, rozcinając grzyby na plasterki. Ava, klęcząc w mchu, robiła podchody pod plujące polipy. Sareczka z lubością rozgniatała butami drapieżne kwiaty. Lily systematycznymi ruchami zdzierała mech, raz po raz chowając do kieszeni różne dziwaczne gatunki.
- Mam go! - ryknął Sergiuszek i padł na plecy, przygnieciony gigantyczną ilością botaniki. Sara oderwała wzrok od ściany i spojrzała na mleczną, wijącą się masę, spod której wystawały nogi brata.
- Hej, Sergiusz! Żyjesz? - zapytała, lekko zaniepokojona.
- Ściągnijcie to ze mnie - poprosił przytłumiony głos. Mark i Ava doskoczyli do niego i zaczepili haki o roślinę, ciągnąc z całej siły. Potworne zielsko osunęło się na mech z cichym pacnięciem, odsłaniając ofiarę.
- Łeee! - Sareczka wykrzywiła się okropnie. - Nie zbliżaj się do mnie!
- Uch! - sapnął Sergiuszek, spoglądając z obrzydzeniem na swój kombinezon, cały wymazany lepką mazią. Dokładnie tak samo zresztą, jak jego twarz i włosy. - Ma ktoś jakąś ścierkę? Czuję się, jakby mnie obślinił troll.
- Chusteczki higieniczne mogą być? - Mark podał mu paczuszkę. Sergiuszek z westchnieniem usiadł na mchu, próbując pozbyć się świństwa przynajmniej z twarzy. Nie wyglądał w tym momencie na zbyt szczęśliwego.
- Ja wam coś powiem: to jest robota dla piątoklasistów, nie dla nas! - odezwała się ze złością Sareczka. - Oni chcą nas tu od razu zamordować!
- Albo upewnić się, że w przyszłości nie złamiemy zakazów - zasugerowała Ava. - Siądźmy na chwilę i odpocznijmy. Cała noc przed nami...
Odpowiedziały jej niezadowolone pomruki. Całe towarzystwo rozsiadło się w kółeczku, rozglądając się dookoła. Podłogę zaścielały wielkie stosy roślinności. Trzeba przyznać, że wykonali już niezły kawał roboty, pomyślała Sareczka.
- Nie wiem jak wam, ale mnie się przez to wszystko tylko jeszcze bardziej chce łamać zakazy - zauważył Sergiuszek. - Oni chyba nie myślą, że się przestraszyliśmy?
- Wariat! - prychnęła Ava. Sareczce o czymś to przypomniało.
- Właśnie! - wykrzyknęła. - Miałeś nam powiedzieć coś o tym artykule!
- Tym z dzisiejszego Proroka? - zaciekawiła się Ava. - Przecież tam prawie nic nie ma.
- Nasz Sherlock Holmes twierdzi, że jest i to dużo. Kajam się przed jego przenikliwością - Sareczka wykonała drwiący ukłon w kierunku Sergiuszka, z zamyśleniem zdrapującego resztki białej mazi z nosa.
- Cierpliwości, drogi Watsonie. Trzeba po prostu skojarzyć fakty. Pytanie pierwsze: co się stało wczoraj?
- Facet skoczył pod pociąg i...
- Tego nie wiemy - przerwał Avie Sergiuszek. - To co wiemy na pewno to że facet został zmiażdżony przez pociąg i że ten facet był Śmierciożercą. Dzisiejszy Prorok podał nam kolejne informacje: facet nazywał się Bruce Credley, miał żonę, a Prorok z jakiegoś powodu nie chce zbytnio nagłaśniać jego śmierci. Dlaczego?
- Żeby ludzie nie panikowali? - zasugerował Mark.
- To też - przytaknął Sergiuszek. - Coś jeszcze?
- Że to było morderstwo a nie samobójstwo? To już mówił wczoraj wujek Harry! - wykrzyknęła Sareczka. - Co ma niby w tym być nowego?
- No, pomyśl sama... - Sergiuszek uśmiechnął się przebiegle. - Wysil trochę te swoje szare komórki, przecież wszyscy to wiedzą od dawna. Na czyich usługach jest Prorok?
- Ministerstwo! - wykrzyknęły równocześnie Ava i Sara.
- Myślisz, że tego Śmierciożercę zabił ktoś z Ministerstwa? - zapytała Ava.
- To absurd! - Sareczka wyglądała na wzburzoną. - Po co Ministerstwo ma mordować jakiegoś Śmierciożercę, skoro równie dobrze może go wsadzić na wieczność do Azakabanu? I to do tego tak na widoku?
- Tego nie wiem. Ale myślisz, że naprawdę Śmierciożerca mógłby popełnić samobójstwo z tak głupiego powodu?
- Śmierciożercy to też ludzie. Miewają załamania nerwowe!
- Tata jakoś twierdzi inaczej. I wujek Harry też, a on nigdy się nie myli! A tu wychodzi Prorok i wciska mętne bzdury. Zauważyłaś, że nie powiedzieli prawie nic konkretnego? A żona odmawia składania zeznań. Bardzo wygodne!
- Koledzy z pracy też kłamali? I maszynista, który chyba widział jak ten facet skakał?
- Mógł być pod Imperiusem! Skąd wiesz? A koledzy z pracy widują różne rzeczy!
- Jesteś paranoicznie podejrzliwy, zupełnie jak ojciec!
- A ty jesteś łatwowierna!
- Zgadziały lew!
- Ślepa żmija!
- Nie wrzeszczcie tak! - ryknął Mark i rodzeństwo zamilkło. Przez chwilę łypali na siebie wrogo. - No dobra, powiedzmy, że Sergiusz mnie przekonał...
- Cholerni Gryfoni. Zawsze stadem - burknęła Sareczka, zakładając ręce urażonym gestem.
- Wtedy byłoby naprawdę paskudnie - zauważyła Ava. - Ale po co?
- Mam za dużo hipotez - Sergiuszek wzruszył ramionami.
- Skutek oglądania McGyvera - wycedziła Sareczka.
- To może zostawmy to na potem i bierzmy się za te zielska? - zaproponowała Ava, niechętnie podnosząc się ze zdumiewająco wygodnego mchu. Reszta podążyła za jej przykładem, wzdychając smętnie. Robota, która wydawała się na początku dosyć atrakcyjna, teraz zrobiła się nieprzyjemnie nużąca.
- Moje plecy! - jęknął Mark, opierając się o ścianę. Coś szczęknęło metalicznie.
- Co to było? - Sergiuszek nadstawił ucha.
W tej chwili miejsce w ścianie, którego jeszcze nie odrapali z roślinności zaczęło bulgotać tak, jakby w środku coś się gotowało... Ściana topiła się i zbierała na podłodze w postaci wielkiej kałuży płynnej skały. Wszyscy wpatrywali się z podziwem jak ściana robi się coraz cieńsza i cieńsza... Aż wreszcie roztopiła się całkowicie, tworząc owalny otwór wielkości człowieka. Gdzieś wewnątrz rozbłysły nagle złote światła i oczom zebranych ukazał się fragment wąskiego korytarza.
- Tajne przejście! - wykrzyknęła radośnie Lily, klaszcząc w ręce. - I nie ma go na mapie!
Bez wahania zagłębiła się w korytarz.
- Raju, to wygląda jak wejście do piramidy! - sapnął zachwycony Mark.
- Idziemy za nią? - zapytała Sara.
- Czemu nie? - odpowiedział pytaniem Sergiuszek. Jego oczy już jarzyły się radością nowej przygody. A wujek mówił, że zna już wszystkie tajne korytarze!
Pozostała czwórka weszła za Lily. W środku było zupełnie sucho, co bardzo zdziwiło Sergiusza. Umieszczone w uchwytach pochodnie zalewały ściany ciepłym, złotym blaskiem. Szli dobrych kilka minut, zanim korytarzyk skończył się tak nagle, jak się zaczął. Sara wciągnęła powietrze i zahamowała gwałtownie. Sergiuszek spojrzał ponad jej ramieniem i poczuł zimny dreszcz przechodzący mu po kręgosłupie. Tuż za plecami usłyszał ciche “Ja chrzanię!” Marka.
Przed nimi była niewielka sala, oświetlona blaskiem gigantycznego kandelabru. Miała kształt kwadratu, na którego wszystkich trzech bokach widniały wbudowane w ścianę, półokrągłe kamienne płyty, identycznego kształtu jak otwór, w którym właśnie stali. Ale to, czym przykuło ich wzrok była stojąca w znieruchomiałej pozie na samym środku pomieszczenia bestia. Czarne, zastygłe ślepia patrzyły na nich z dziką nienawiścią.
- To nie istnieje! - szepnęła Sareczka, podchodząc lękliwie do potwora. Dotknęła delikatnie jego sierści, była twarda jak kamień.
- W życiu o czymś takim nie słyszałem - Sergiuszek potrząsnął głową, jakby próbował obudzić się z dziwacznego snu. - Może to odmiana gryfa?
- Gryfa? - wykrzyknęła Sara. - Gdzie ty tu widzisz gryfa? To jest po prostu dziki produkt wyobraźni jakiegoś rzeźbiarza, który podkolorował go, żeby wyglądał bardziej realistycznie!
Sergiuszek zapukał w powierzchnię zwierza. Solidna skała. Jednak coś mu się nie zgadzało.
- Widziałaś jego oczy? Posągi nie mają takich ślepi! Mówię ci, że to kiedyś było żywe!
Lily, która do tej pory obchodziła stwora z błyszczącymi oczami i szerokim uśmiechem na twarzy, przerwała nagle głaskanie jego ogona i spojrzała na przybyłych, jakby dopiero co ich zauważyła.
- Wiedziałam, że mój dziadek ma rację! One istniały! - wykrzyknęła.
- Jakie “one”? - zapytała Sareczka podejrzliwie.
- Wywerny! - powiedziała Lily takim tonem, jakby była zdumiona, że tego nie wiedzą.
- Wy-co? - dopytywała się Sara. - Ty naprawdę za długo przebywałaś w obecności tych wariatów z redakcji Quibblera! Trzeba cię naprostować!
- Wywerny to mitologiczne stwory - odezwała się nagle Ava, patrząca z podziwem na sylwetkę drapieżcy. - Legendy mówią, że istniały na Ziemi jeszcze w średniowieczu. Ale nikt nie chce w nie uwierzyć, bo według Piątego Prawa Magii nie jest możliwa mieszanka magicznej i niemagicznej bestii.
Rzeczywiście, stwór wyglądał jak produkt zakazanej miłości norweskiego kolczastego do sporej wielkości lwa. Wysoki na dwa metry, długi na trzy, smoliście czarny, miał kocią budowę, choć jego tułów był nieco bardziej krępy, a łapy proporcjonalnie znacznie potężniejsze niż u zwykłego lwa. Z obfitej grzywy wystawała para szpiczastych uszu i niewielkie, proste rogi. Pysk był dziwaczną mieszanką cech smoczych i kocich, wyglądającą dosyć makabrycznie. Szczyt kociego grzbietu przykrywało ciągnące się od grzywy pasmo włosów, z których wystawały groźnie wyglądające kolce, przechodzące aż na mięsisty i jak najbardziej smoczy ogon.
- Chciałbym mieć takiego w ogródku! - westchnął z rozmarzeniem Mark. - Odganiałby kota sąsiadów! A co one właściwie żrą?
- Żarły - poprawiła go Sara.
- Smoki - odpowiedziała Lily.
- Że co?
- To niemożliwe!
- I jak one je niby żarły? Smoki są wielkie jak dom! To tutaj to nie jest nawet jedna dziesiąta smoka! - wykrzyknęła Sareczka.
- Nie wierzę, że to w pojedynkę mogłoby upolować smoka! - odezwał się Sergiuszek.
- Bo by nie mogło. Wywerny polowały stadnie, tak jak lwy czy hieny - tłumaczyła im Ava szybkim, przerywanym głosem, gestykulując obficie rękami. - Po pięć lub więcej na jednego smoka. Były bardzo szybkie. Te pazury są w stanie przeorać smoczą skórę. A do tego ziały ogniem, tak jak same smoki. Czytałam gdzieś, że najpierw wypalały im oczy, żeby smoki nie mogły się bronić. To były podobno piekielnie inteligentne stwory.
- Nooo, to jest coś! - Sareczka od razu z większym szacunkiem spojrzała na bestię. - I kto by pomyślał, że istnieje coś, co może zabić smoka!
- Jeśli to kiedyś było żywe, to ciekawe, jak tu trafiło. - Sergiuszek podrapał się z zamyśleniem w brodę.
- I kiedy - dorzuciła Sareczka. - Skoro nie ma ich już od średniowiecza...
- Nieźle musieli to zakonserwować.
Sergiuszek rozejrzał się po sali. Cztery symetryczne ściany. Cztery identyczne pary drzwi. Czy to były drzwi? Zaciekawiony, podszedł do jednej z kamiennych płyt. Wyraźnie widoczne było miejsce, gdzie wcinała się w ścianę. Spojrzał na drzwi którymi przyszli i zdał sobie sprawę, że z otworu wydrążonego wewnątrz ściany wystawał kawałek identycznej kamiennej płyty. To znaczy, że to rzeczywiście musiały być drzwi. Tylko dokąd?
Na drzwiach były wyryte dwa dziwaczne znaki, prawdopodobnie runiczne symbole. Sergiuszek podszedł do następnej płyty. Tu również kamienną powierzchnię zdobiły dwa znaki, tyle, że jeden z nich był identyczny jak poprzedni, drugi zaś zupełnie inny. To samo zobaczył na trzecich drzwiach. Zaczął czuć dziwny, nieokreślony niepokój. Był pewien że czytał gdzieś w książce o czymś takim. I film. Tak, TEN film. Co prawda reżyser był Mugolem, nie mógł wiedzieć...
Pójdzie jutro do biblioteki i sprawdzi. Musiał być pewien. Ale... po co takie coś budowniczym Hogwartu? W “Historii Hogwartu” nikt nawet o tym nie wspomniał.
- Co robisz? - Sareczka podeszła do niego, zaciekawiona.
- Chodźmy stąd - powiedział cicho.
- Masz rację. Ten stwór jest paskudny - Sareczka przytaknęła. - Hej, ludziska! Zbieramy się. Trzeba skończyć robotę.
- Nie, nie stwór - zaprotestował Sergiuszek. - To miejsce.
Niedługo po tym jak wyszli, kamienne drzwi nagle zasunęły się z hukiem.

**

Punkt jedenasta Filch otworzył drzwi do komnaty. Ku swojemu zdumieniu ujrzał całą roślinność wymiecioną do czysta i upakowaną w stos celofanowych worków, leżących równo pod ścianą. Piątka pierwszaków siedziała na kamiennej podłodze, ich miny wyczerpane i pełne wewnętrznej rozpaczy.
- Ojojoj! - jęknęła rozdzierająco Sareczka, chwytając się za dolną cześć pleców.
- Możemy już iść, panie Filch? - zapytał Sergiuszek, wyraźnie walczący z płaczem.
- Spaaaaaaać! - Mark ziewnął tak szeroko, jakby miał zamiar połknąć część worków.
- Boooli! - zawyła Sara, masując obolałe stopy.
Filch uśmiechnął się tryumfalnie. Zawsze wiedział, że ciężka praca jest najlepszym sposobem na młodocianych przestępców.
- Idziemy! - warknął. Piątka uczniów smętnie wywlokła się z lochu, kulejąc, pojękując i ziewając.
Już na schodach Sareczka chwyciła zamyśloną Avę za rękaw i szepnęła jej do ucha:
- A przypomnij mi, żebym powiesiła za ogon jego kota, dobrze?

CDN

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 25.09.08, 11:52

Ponieważ autorka wciąż zapomina o wklejaniu na tym forum, postanwiła wkleić hurtem i mieć z głowy. Komentarze, oczywiście mile widziane, by nie powiedzieć, pożądane.
Poza tym, pozdrowienia dla Artura, Minerwy i starych znajomych :)


Rozdział piąty
Burza w rodzinnym kociołku


I nastał dzień i poranek trzeci...

**

Ernest Fluke nigdy nie bał się duchów. Nie miał ku temu najmniejszych powodów, zważywszy, że istniały o wiele bardziej przerażające rzeczy niż gadająca zawiesina z plazmatycznej pary. Jednak dziś musiał zweryfikować swe poglądy.
- Uciekinier.
Tubalny głos jednego z duchów boleśnie uderzył w samo jądro jego mózgu. Ernest Fluke wykrzywił się. Nie był w stanie poruszyć nawet palcem, zupełnie jakby jego ciało spowijała niematerialna pajęczyna. Nieznośne pulsowanie głowy minęło, pozostawiając dziwaczną pustkę. Duchy odwróciły się do niego plecami i zaczęły szeptać między sobą gorączkowo. Docierające do jego uszu strzępy zdań były bardzo niepokojące.
- ...go. Jeden już...
- A jeśli coś pamięta? Nie można pozwolić, by...
- Oczywiście, że nie. Ale nie sądzę, żeby coś pamiętał. Eksperyment...
- ...nie. Za wcześnie!
- Szef nigdy nie...
- ...wie co robić.
- ...był jego przyjacielem!
- Wiem, że był! Ale teraz to już nieistotne. Sam badałeś. Zero reakcji.
- ...to geniusz. Ale mimo wszystko...
- Bez dyskusji. To rozkaz.
Ernest Fluke przesunął językiem po spierzchniętych wargach. O co tu chodziło? O kim oni mówili? Miał wrażenie, że jego mózg zmienił się w bezużyteczną plątaninę neuronów, w której nie można było znaleźć żadnej sensownej ścieżki. Nie wiedział, gdzie jest i jak tu trafił. Praktycznie rzecz biorąc, nie pamiętał niczego od wczorajszej stypy, na której opłakiwali zmarłego niedawno kolegę i wymieniali się ostatnimi nowinkami z przestępczego światka. Podejrzewał, że brak ostatnich wspomnień był wynikiem spożycia dwóch butelek ognistej whisky. Ale to nie wyjaśniało, jak się znalazł w tym dziwacznym miejscu. Czy wtłoczenie do organizmu zabójczych ilości etanolu mogło spowodować tak realistyczne omamy?
Nie, zadecydował Ernest Fluke. Umarł i w tej chwili toczy się gra o jego duszę.
Jasne widmo, świecące się delikatnie na tle pochodni, ponownie się nad nim pochyliło. Zobaczył ciemne oczy jarzące się w głębinach maski bez wyrazu, która trochę przypominała tę noszoną przez Śmierciożerców.
- Ma pan szczęście, panie Fluke. Teraz wróci pan do domu i będzie grzecznym chłopcem.
- Wysyłacie mnie z powrotem na Ziemię? - wyszeptał Ernest. Widmo zaśmiało się cicho.
- Można to tak ująć. Do widzenia, panie Fluke.

**

Sergiuszek, schodząc krętymi schodkami do pokoju wspólnego, nie był w najlepszym nastroju. Nie dość, że po wczorajszym wieczorze mógł policzyć wszystkie swoje mięśnie, to jeszcze punkt szósta całe dormitorium zostało zbudzone ochrypłym altem, dochodzącym z czerwonego budzika w kształcie nadjedzonego jabłka:
- Ding-szryyt-dong! Wstawaj, kochanie! Przed tobą pracowity dzień!
Mark zareagował bardzo żywiołowo, ciskając w budzik najlepszym słownictwem wprost z toru wyścigowego oraz poduszką. Przedmiot spadł ze stolika z głośnym brzękiem, zaprzestając kakofonii. Widząc to, jego właściciel, Chester Stunpike (Sergiusz zastanawiał się, czy rodzice chłopaka nie pomylili go z psem), zaczął wrzeszczeć, że Mark jest głupi, że to jest prezent od jego mamy i że jego mama go zabije. Mark zaproponował Chesterowi, że natrze mu gębę mydłem, na co Chester się rozpłakał i zagroził, że poskarży McGonagall. Mark odparł, iż w takim razie nic straconego i chwyciwszy wyrywającego się Chestera za kołnierz zaczął go wlec w kierunku łazienki. W tym momencie Sergiuszek, mając dosyć hałasu, zarzucił szkolną szatę na granatową pidżamę i wyszedł z dormitorium. Mordercze ryki kojarzące się z nawlekaniem na pal i przeciskaniem przez prasę drukarską towarzyszyły mu aż do połowy schodków.
Pragnął tylko jednego: świętego spokoju. Kwadratowa komnata i wywerna nie dawały mu wytchnienia przez całą noc, męcząc go barwnymi koszmarami w stylu powieści Jonathana Carrolla. Teraz nadszedł czas, by się nad nimi poważnie zastanowić. Jakiś cichy kącik, gdzie nikt mnie nie znajdzie, z mnóstwem książek tłoczących się na półkach i dużą ilością kakao, pomyślał z utęsknieniem. Nagle głęboko pozazdrościł ojcu prywatnego apartamentu. Przynajmniej pokój wspólny o tej porze powinien być pusty...
Jakże bardzo się przeliczył! Tuż przed tablicą ogłoszeń w kształcie głowy lwa stała dwójka Gryfonów. Wymieniali między sobą szeptane komentarze, wpatrując się przy tym w plan trzeciego roku.
- No, ja nie zamierzam narażać się tym panom - wycedził postawny brunet. Wokół szyi miał owinięty karminowy szalik w szlaczek złotych lewków odgryzających łby srebrnym wężykom, przeplatany napisami "Slytherin zdechł". Tuż za wypowiedzią bruneta podążył gigantyczny balon z gumy do żucia, który pękł z odpowiednio głośnym hukiem.
- Tak, kto wie, co ci predatorzy mogą człowiekowi zrobić - potwierdziła jasnowłosa dziewczyna, wspierająca się ciężko na brunecie mimo tego, że nie miała żadnych widocznych uszkodzeń ciała ani nie była pijana.
Sergiuszek wytężył wzrok, nie mogąc pojąć, cóż takiego groźnego kryje się w planie lekcji. Nawet podwójna Transmutacja, ONMS, Runy, Eliksiry i Astronomia jednego dnia nie wydawały mu się przerażające na tyle, by wzbudzić strach w dwójce piątoklasistów.
- O co chodzi? - zapytał, zaintrygowany. Chłopak spojrzał w jego stronę i zamrugał, jakby nie wierzył własnym oczom. Jego mina w pierwszym momencie była mieszanką szoku i fascynacji zarazem. Uśmiechnął się szeroko i gestem zaprosił Sergiuszka, by podszedł bliżej.
- Patrz, mały - mruknął, przykucając obok Snape'a i wskazując palcem plan lekcji. - Spójrz na to tak troszkę z boku. Widzisz? Stare dobre Zaklęcie Wymienności. Już dawno poszło do lamusa, bo wynaleźli o wiele skuteczniejsze... Ostatni raz masowo używane, kiedy ta sflaczała ropucha, Umbridge, zamarzyła o władzy dyktatorskiej w Hogwarcie. Dziś mało kto o nim pamięta. Ten, kto zastosował je teraz, musiał mieć niezły pomyślunek...
Sergiuszek nie musiał pytać, o czym mówi chłopak, gdyż w tym momencie i jego olśniło. Gdy patrzyło się pod pewnym kątem na plan lekcji, nagle przestawał być planem lekcji, a stawał się krótką notką:
"Panowie P. i R. informują uprzejmie, że ten, kto odważy się choćby wspomnieć o nauce w pokoju wspólnym, skończy życie w tragicznych okolicznościach. Okoliczności obejmują:
1. Przypadkowe spadnięcie ze szczytu Wieży Astronomicznej
2. Pożarcie przez stado wygłodniałych pająków
3. Zamknięcie na wieczność w Komnacie Tajemnic
4. Zamknięcie na noc w stajni Hagrida
Panowie P. i R. dziękują za uwagę i życzą miłego dnia."

- I nie wiecie, kto to? - zapytał Sergiuszek, któremu natychmiast przyszła na myśl dwójka świeżo poznanych znajomych. Uśmiechnął się pod nosem. No tak, IM nie należało się narażać. Byli w tej szkole agentami specjalnymi na żołdzie Bractwa Weasleyów.
- Nie, ale wielka szkoda, że nie ja. - Chłopak westchnął smętnie. - Muszę wymyślić coś oryginalnie paskudnego na mecz Lwy contra Płazy, bo notowania mi spadną.
- O to już się nie musisz martwić, kochanie. Poleciały na łeb ostatniego roku, kiedy Snape złapał cię na dekoracji lochów Niewidzialnym Bagnem Weasleyów - odparła ironicznie dziewczyna. - Nie sądziłam, że upadniesz tak nisko.
- Filch wpadł jeszcze niżej. Po szyję, póki nie przyfrunął Snape i go nie uratował. - Chłopak wykrzywił się okropnie. Nagle jego spojrzenie zahaczyło o Sergiuszka i zmarszczył brwi. - Ty nie jesteś czasem jakimś szpiegiem Ślizgonów, prawda?
- Oczywiście, że nie! - Sergiuszek aż napęczniał od urażonej dumy. Jak oni mogli go posądzać o coś takiego?
- To dobrze, bo gdybyś był, to w tym zamku jest dużo miejsc, w którym taki dzieciaczek jak ty może się zgubić... Na bardzo długo.
Sergiuszek podniósł głowę i spojrzał w oczy chłopaka. Nie wyglądało na to, by żartował.
- Hej, nie zamierzam zdradzać żadnych waszych tajemnic! - zdenerwował się Snape, wyobraziwszy sobie siebie zwisającego głową w dół w szybie wentylacyjnym.
- No właśnie. - Chłopak skinął głową. - Lepiej ci to od razu wyjaśnię, zanim wplączesz się w jakieś kłopoty, mały. Nie obchodzi nas, że twój nietoperzasty ojciec jest opiekunem Slytherinu, bo póki tu jesteś, jesteś przede wszystkim Gryfonem. A reguły tego domu są jasne: minimum kontaktów z wężami, chyba że to konieczne. Nic, o czym mówi się w ścianach tego pokoju, nie może wyjść poza nie, szczególnie jeśli dotyczy to kolejnego aktu terroru na naszych Ślizgońskich kumplach. Kapujesz?
- Znaczy, wojna?
- Dokładnie - potwierdził chłopak.
- Ale... Dlaczego aż tak źle? Już nie ma przecież Voldemorta, więc po co się bić?
- Pomyłka, mały. - Chłopak uniósł do góry palec. - Teraz, kiedy nie ma Voldemorta, możemy im pokazać, co o nich naprawdę myślimy. Czy wiesz, dlaczego tak wielu uczniów Hogwartu zginęło podczas wojny? Bo Gryfoni uznali, że nie wszyscy Ślizgoni są źli i zaprosili ich do swoich szeregów, zamiast od razu wytruć glisty. Nie opowiadali ci o tym, prawda?
Sergiuszek potrząsnął głową, zmieszany. Slytherin był TAK zły? Czy to dlatego tata tak niechętnie wspominał lata 1997-98, zwane Drugą Wojną z Voldemortem?
- Nie strasz dzieciaka. I tak dowie się wszystkiego na sobotnim koceniu.
- Koceniu? - Sergiuszek uniósł brew, co sprawiło, że dziewczyna zaczęła trząść się i dusić od powstrzymywanego chichotu.
- A niech ich, Snape'owie! - wymamrotała pod nosem, trzymając się za brzuch.
- Taka tradycja w Gryffindorze, od dwunastu lat. Wszystkie nowe kociaki muszą przejść przez Chrzest Lwa, żeby stać się prawdziwymi Gryfonami - wyjaśnił mu chłopak, uśmiechając się wesoło.
- To coś jak chrzest morski? - upewnił się Sergiuszek.
- Gorzej, chłopie. Znacznie gorzej.

**

Pięć minut później Sergiuszek biegł w kierunku biblioteki, łopocząc rozpiętą szatą. Miał jeszcze półtorej godziny do rozpoczęcia lekcji, akurat wystarczająco, by poznać pobieżnie interesujące go tematy. I wypożyczyć przy okazji "Nową Historię Hogwartu", gdyż uznał, że wie stanowczo za mało na temat ostatniej wojny.
Sprawa złego Slytherinu mocno go niepokoiła. Tata zwykł mówić o własnym Domu w samych superltywach, zaś mama, prawdopodobnie ze względu na męża, mówiła bardzo mało albo wcale. Wujkowi Harry'emu czasami coś się wyrwało, ale najczęściej dotyczyło to niewinnych dowcipów i złośliwości ze szkolnych lat. Ostatnia bitwa i wydarzenia ją poprzedzające były tematem zabronionym, choć Sergiuszek ani Sara nigdy nie mogli dociec przyczyn. Niejasne przeczucie, że w tym okresie wydarzyło się coś, co mocno wstrząsnęło starszym pokoleniem, musiało im wystarczyć przez długi czas. Ale teraz... Postanowił, że dowie się wszystkiego.
- Pan Snape? Czemu nie dziwię się, że pana tu widzę? - bibliotekarka obrzuciła go długim spojrzeniem zza kwadratowych okularów.
- To coś w genach - wyjaśnił Sergiuszek, szczerząc zęby. Gdy podał jej listę książek, które chciałby wypożyczyć, zmarszczyła brwi.
- "Zaklinania Harpshodda" nie mogę panu dać, jest dostępne wyłącznie w Dziale Ksiąg Zakazanych. - Spojrzała na niego ostro. - "Księga bestii mitologicznych" właśnie została wypożyczona, radziłabym dosiąść się do koleżanki. - Wskazała palcem dalszą część biblioteki. Przy końcu jednego ze stołów Sergiuszek zauważył jakże znajomą plątaninę lnianych włosów, pochyloną nad porośniętą czarnym futrem książką. Potter? Nigdy w życiu nie podejrzewał tej części rodziny wujka o nadmierną ciekawość.
- Na resztę proszę poczekać. - Bibliotekarka oddaliła się w kierunku półek z książkami. Sergiuszek czekał chwilę, bębniąc ze zniecierpliwieniem palcami w blat. Nie miał najważniejszej książki. Cholera, cholera, cholera. Jedynym sposobem na zdobycie upragnionej lektury było wydobycie jej z biblioteki ojca tak, by tego nie zauważył. To będzie O WIELE trudniejsze niż przeszmuglowanie do Hogwartu miotły. Tata dbał o swój księgozbiór nawet bardziej, niż o rzadkie składniki eliksirów. Możliwe, że łączyło go z książkami coś w rodzaju duchowej więzi. Pewnego dnia Sergiuszek zastał ojca na krześle, z miotełką do kurzu w jednej ręce, a “Przemianami” Owidiusza w drugiej. Severus, z wyrazem ekstatycznego skupienia na twarzy, delikatnymi, niemal pieszczotliwymi ruchami omiatał grzbiet książki. Potem dość długo ganiał Sergiusza po mieszkaniu, chcąc skonfiskować jego aparat fotograficzny...
- Proszę bardzo, panie Snape. - Bibliotekarka wręczyła mu trzy solidne tomy, między którymi prym wiodła "Nowa Historia Hogwartu", grubsza od starej o ponad dwieście stron. Sergiuszek podpisał kwitek i uginając się lekko pod ciężarem zdobyczy, ruszył w stronę stołu.
- Mogę się dosiąść, Potter? - zapytał. Nie czekając na odpowiedź, umieścił księgi na stole z głośnym łupnięciem. Dziewczynka poderwała głowę i pisnęła.
- Znowu chcesz mi zrobić jakiś głupi dowcip? - zapytała z obawą w głosie, odsuwając się trochę. Sergiuszek westchnął w sposób który sugerował, że szczerze żałował, że nie usiadł na krześle obok.
- Może innym razem - obiecał jej. - Teraz po prostu chcę skorzystać z twojej książki. Też mnie interesuje.
- Okej - dziewczynka bez oporu przesunęła w jego stronę porośnięty futrem tom. Sergiuszek przerzucił kartki do początku rozdziału. Przez dłuższy czas oboje czytali w pełnej skupienia ciszy.

"Wywerna (Felix draconis). Najstraszliwszy drapieżnik średniowiecza czy wymysł łowców smoków?
Wywerny to obecnie najbardziej kontrowersyjne stworzenia magicznego świata. Dowody na ich istnienie są wątpliwe, w związku z czym większość czarodziejów skłania się ku tezie, że były one jedynie tworem wyobraźni średniowiecznych kronikarzy, chcących ubarwić swe doniesienia na temat polowań na smoki..."


Dalej następowały liczne cytaty owych dzieł i rzekome opowieści o spotkaniach z wywernami. Ponieważ nawet wygląd mitologicznych stworzeń zmieniał się w zależności od autora, Sergiuszek nie bardzo wiedział, któremu z nich wierzyć. Podobno wywerny łapano i przyuczano do polowań na smoki, choć nie były łatwe w hodowli. W jednym z cytatów, gdzie opisano zwierza dokładnie takim, jakim widział go wczoraj Sergiusz, autor upierał się, że wywerna potrafiła jednym machnięciem łapy złamać dwudziestoletnią sosnę, zaś jej ochronne pole magiczne było na tyle silne, iż mogło zneutralizować pojedyncze Zaklęcie Zabijające. Nie był w stanie tego zaakceptować. Skoro nawet jednorożec czy feniks padały pod Zabijającym, to niemożliwym było, by mógł mu się oprzeć jakiś dwumetrowy kocur.
"Bujdy, trele-morele", pomyślał, przechodząc do kolejnej książki i bardziej naukowego opisu warunków życia wywern. Nie było tego wiele i nie oświeciło go zanadto. Wywerny, jeśli szło o egzystencję w środowisku, przypominały do złudzenia lwy, z tym wyjątkiem, że zwykle żyły w górach. A przynajmniej tak twierdził autor, choć zaznaczał, że może się mylić, gdyż informacje na ten temat są skąpe i nierzadko dwuznaczne. Wywerny wyginęły tajemniczo wieki temu, nikt nie ma pojęcia, dlaczego. Bardziej wyglądało to na masową dematerializację, jako że nie znaleziono ani jednej kości należącej do tego gatunku.
- Dziwne - mruknął do siebie, zatrzaskując książkę. Potter spojrzała na niego tymi wielkimi, trochę nieobecnymi oczami, które zawsze okropnie go denerwowały. Choć wstydził się do tego przyznać, miał niemiłe wrażenie, że jej wzrok czyta w jego myślach. A jak każdy szanujący się Snape, wysoko cenił swoją prywatność.
- One istniały - powiedziała teraz, choć o nic jej nie pytał. Uśmiechnął się ironicznie, głaszcząc palcem futrzaną okładkę.
- Wiem, Potter. - Spojrzał z zamyśleniem na książkę. – Wyjątkowo ci wierzę. Ale nadal nie pojmuję, skąd skamieniała wywerna w tym pokoju... a raczej pułapce.
- Pułapce? - Zielone oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej.
Sergiuszek wcale, ale to wcale nie zamierzał marnować czasu na wyjaśnianie smarkatej, o co mu chodzi.
- Lubisz mugolskie filmy?
No dobrze, wyjaśni. Może wtedy przestanie się na niego TAK gapić.
- Czasami - potaknęła głową. - Oglądałam dużo, tata strasznie je kocha...
Z jej minki można było wywnioskować, że raczej nie podziela pasji tatusia.
- A widziałaś taki, w którym grupa Mugoli zostaje uwięziona we wnętrzu gigantycznego sześcianu?
- "Cube"? - Uniosła brwi w geście zdziwienia. - Widziałam. To było zupełnie, zupełnie ohydne.
- I głupie - dodała po chwili namysłu.
Sergiuszek nie zaprzeczył. Jego własny ojciec nazwał film "komercyjnym gniotem dla półgłówkowatych Amerykanów". Tyle, że Severus Snape określał tak niemal wszystkie filmy, do których obejrzenia zmusiła go żona w ramach "konsolidacji rodziny". No, może wyjąwszy komedie romantyczne, które określał znacznie gorzej. Ciekawe było za to, że po seansie zamknął się w swoim gabinecie z książką, którą dziś nadaremnie próbował wypożyczyć Sergiuszek.
- Sęk w tym, że reżyser, tworząc swoją wizję sześcianu-pułapki, bazował na zjawisku istniejącym w magicznym świecie. Nazywają to Pokojem Arytmetycznym, Artymanycznym, Artnumerycznym, lub coś w tym stylu. I chyba wczoraj do czegoś takiego weszliśmy.
- To znaczy tam jest taki mega-kwadrat? - szepnęła Lily, wpatrując się w Sergiusza jak w posążek Idola. - Wow! Powiem dziadkowi, będzie świetny artykuł do Quibblera!
- Tam NIE MA żadnego kwadratu, Potter! – ofuknął ją Sergiuszek. - I masz NIKOMU o tym nie mówić, zrozumiano? Diabelstwo jest szalenie niebezpieczne; chcesz, żeby ktoś w to wlazł?
Potrząsnęła głową.
- A co to robi? - wypaliła.
- To samo, co w filmie, Potter. Przemieszcza się. Tyle, że nie wewnątrz większego kwadratu, tylko wokół Ziemi. Tak, że za każdym obrotem pokój znajduje się w innym miejscu.
- Jakim, na przykład?
- A skąd ja mam wiedzieć? - sarknął Sergiuszek. - Może równie dobrze w Honolulu, jak i w afrykańskim buszu. Teoretycznie, znając jedno położenie pokoju, da się wyznaczyć pozostałe trzy, posługując się stosunkowo prostym równaniem numerologicznym. Tyle, że jest jeden kłopot: to równanie znajduje się w Dziale Ksiąg Zakazanych, gdzie tacy śmiertelnicy jak my nie mają dostępu.
- Dzieci, nie chciałabym wam przeszkadzać, ale jest za dziesięć ósma! - zawołała bibliotekarka. Sergiuszek poczuł nagle, że jego ciało oblewa zimny pot.
- Jasna konewka, za dziesięć minut Eliksiry! Ojciec mnie powiesi! - jęknął, zrywając się od stołu. Ledwie pamiętał, żeby porwać ze sobą "Nową Historię Hogwartu", zanim rzucił się w dziki galop przez korytarze i schody w kierunku wieży Gryffindoru.
- Hej, uważaj gdzie biegniesz!
- Zapomniałeś się ubrać, mały?
- Nie widzisz, że to Snape? Oni mają ważniejsze sprawy na głowie!
W wejściu do pokoju wspólnego niemal zderzył się z grupką wychodzących właśnie czwartoklasistów. Kiedy wreszcie dotarł do dormitorium, było ono przewidywalnie puste. Pośpiesznie przebrał się w przepisowy mundurek, gubiąc po drodze skarpetki i zakładając prawy but na lewą nogę. Kiedy wreszcie wygrzebał z dna kufra krawat, zegarek na jego nadgarstku wskazywał dwie po ósmej. Zaklął siarczyście, wcisnął krawat do kieszeni, po czym, chwyciwszy kociołek i torbę ruszył pędem na dół, nieomal łamiąc sobie nogi na stromych schodkach.
Gdy stanął pod drzwiami klasy Eliksirów, było dziewięć po ósmej. Młody Snape nie wiedział, jakim cudem udało mu się przebyć tak szybko prawie połowę zamku. Zresztą nie miało to większego znaczenia. I tak był POTWORNIE spóźniony. Całe dziewięć i pół minuty.
Przełykając spazmatycznie ślinę, zapukał do drzwi, następnie bardzo powoli otworzył je i wszedł do sali. Cała klasa w jednej chwili odwróciła się i wbiła wzrok w nieszczęsnego Sergiusza. Naprawdę, brakowało tylko reflektorów w oczy i Wizengamotu. Mark patrzył na niego ze szczerym współczuciem, Lily z lekkim zdziwieniem. No tak, ONA pamiętała o tym, żeby ubrać się i przynieść do biblioteki przybory szkolne. Sareczka uśmiechnęła się złośliwie i uczyniła w powietrzu gest oznaczający podrzynanie gardła. Nie ma to jak kochające rodzeństwo, pomyślał ponuro.
Z przeczuciem nadchodzącego huraganu przeniósł wzrok na przód klasy. Mistrz Eliksirów spoglądał na niego znad listy uczniów. Jego oczy ciskały błyskawice, a usta zacisnęły się w cienką linijkę. Znacznie gorzej niż źle, pomyślał Sergiuszek, który na pamięć znał Wielką Encyklopedię Min Severusa Snape'a. Zbierając całą odwagę jaka mu pozostała, wyrzucił z siebie:
- Przepraszam za spóźnienie, profesorze Snape.
Teraz należało oczekiwać na efekty.

**

Sara już przy śniadaniu spostrzegła nieobecność brata. Jego gryfoński kumpel zdawał się być tym dosyć zaniepokojony, ale sama Sara nie widziała powodu do zmartwienia. Istniały tylko dwie możliwości: albo zaspał, albo zaszył się znowu w bibliotece, zapominając o bożym świecie. Wykluczyła pierwsze, gdyż nie podejrzewała, by w dormitorium pełnym nadpobudliwej młodzieży było możliwe zaspanie.
Ciekawiło ją, kiedy Sergiusz przypomni sobie, że pierwszą ich lekcją są Eliksiry z ukochaną, choć może odrobinkę rozdrażnioną głową rodu Snape'ów. Przy pewnej dozie szczęścia Sergi będzie miał szansę posmakować tego, przez co ona przechodziła przedwczoraj. Tak, to by było bardzo miłe. Słodkich snów, braciszku...
Teraz zaś wyglądało na to, że jej marzenie naprawdę się spełniło. Gdy drzwi otworzyły się dziesięć minut po ósmej, w klasie zapadła śmiertelna cisza. Sergiuszek, trzeba to przyznać, wyglądał dosyć malowniczo w niedopiętej koszuli, z włosami sterczącymi we wszystkich możliwych kierunkach i lekko wystraszoną miną. Z prawej kieszeni wystawał mu fragment krawata, a sznurówka przy jednym bucie się odwiązała. Sareczka z wielką radością pokazała mu, co go za chwilę czeka.
Przez chwilę spojrzenia męskich członków rodu Snape spotkały się mniej więcej pośrodku sali i dziewczynka poczuła się jak w jakimś westernie. Mina ojca wieszczyła zagrożenie stopnia szóstego w skali Richtera. Wreszcie Sergiuszek zdecydował się na jedyny rozsądny krok.
- Przepraszam za spóźnienie, profesorze Snape.

**

- Czyżby? - zapytał Severus Snape jedwabistym głosem, zbliżając się powoli do swej ofiary. Sergiuszek wziął głęboki oddech i skinął głową. - Gdyż mnie się nie wydaje, żeby ci było przykro. Wyglądasz raczej na bardzo z siebie zadowolonego. Uważasz, że dlatego, iż jesteś moim synem, należą ci się specjalne przywileje?
Ostatnie słowa wypowiedział niemal szeptem, stojąc jakieś pół metra od Sergiuszka. Jego czarne oczy zdawały się wywiercać dwie dziury w źrenicach chłopca.
- Oczywiście, że nie, ta... profesorze! – wyrzucił z siebie zrozpaczony Sergiusz. Matko, jak tu się wyplątać z tej awantury?
- Doskonale. - Snape uśmiechnął się zimno. - Skoro więc już wylądowałeś w Gryffindorze... To będzie, myślę, minus jeden punkt dla Gryffindoru... za każdą minutę spóźnienia. Co daje minus dziesięć punktów dla Gryffindoru. I jeszcze minus pięć punktów dla Gryffindoru za niechlujny strój. Daję ci minutę na poprawienie swojego wyglądu i powrót, zanim nie odejmę kolejnych dwudziestu punktów.
Sergiuszek miał wrażenie, jakby stracone punkty zbierały się nad jego głową w postaci gigantycznych, czerwonych jabłek, by w końcu runąć na niego masowo i z wielkim hukiem. Nie tracąc ani chwili, wypadł z sali. "Palant, idiota!" myślał o sobie ze wstrętem, w tempie ekspresowym zawiązując krawat. Przecież wiedział doskonale, że ojciec jest w parszywym nastroju i będzie szukał okazji, by się na nim zemścić. A on, jak jakiś półgłówek, stworzył mu ku temu doskonałą okazję. I ta cholerna Potter! Mógł się założyć, że wiedziała, że robi się późno! Sergiuszek dopiął ostatni guzik i wparował do środka. Ojciec kończył właśnie czytać listę uczniów i nie zaszczycił go ani jednym spojrzeniem. Uczyniła to jednak Sara, która aż promieniała od tryumfalnego uśmiechu. Siedząca obok niej Lidia chichotała, zasłaniając dłonią usta. Młodego Snape'a coś trzepnęło. No, skoro siostrzyczka tak chce grać, to on też może.
Opadł na stołek obok Marka i zaczął wyciągać przybory do pisania. Przyjaciel uśmiechnął się do niego i uniósł kciuk do góry, od czego Sergiuszkowi poprawił się odrobinę humor.
"Przegapiłem coś?", napisał w górnym rogu pergaminu. "Tylko wstęp o ważeniu chwały i smażeniu sławy. Ale nie było nic o pieczeniu pierniczków, niestety", brzmiała odpowiedź.
Tymczasem ojciec, skończywszy sprawdzać listę, przystąpił do realizacji tematu. Oparł się o biurko i uśmiechnął słonecznie do klasy. Kilka osób zadrżało.
- Zwykle na pierwszych zajęciach przerabialiśmy banalnie prosty eliksir leczący czyraki. Ale wziąwszy pod uwagę postępujące zidiocenie kolejnych roczników, zdecydowałem się na niewielką zmianę w programie. Dzisiejszą lekcję zmarnuję na nauczenie was podstawowych czynności wykonywanych przy warzeniu eliksirów. Będziemy tworzyć Eliksir Rozjaśniający, który działa bez względu na to, jak bardzo uda wam się zmienić przepis. Jeśli zaś mimo wszystko nie zadziała to znaczy, że cierpicie na rozległą amnezję połączoną ze znacznymi ubytkami w inteligencji i na to ja już niestety nie mam wpływu.
Tym samym głęboko sympatycznym tonem ojciec wyjaśnił im, co mają robić. Wkrótce na sali rozlegały się tylko odgłosy towarzyszące przygotowywaniu eliksiru.
- Gdzie ty byłeś? - mruknął półgębkiem Mark, siekając korzeń krwawnika.
- W bibliotece. Potem wyjaśnię.
Snape miotał się po sali niczym uziemiony nietoperz, zaglądając wszystkim do kociołków i obficie komentując niezdarne próby pocięcia na plasterki oka traszki. Dwa razy spróbował skrytykować Lily Potter, ale gdy jedyną odpowiedzią było przytaknięcie i PRZYJAZNY uśmiech, dał sobie spokój. Przerzucił się więc na Chestera i siedzącego z nim Willisa (którego imienia Sergiuszek nie znał). Do tortur nadawali się idealnie, ponieważ za każdym razem, gdy profesor ciskał w nich swym słynnym sarkazmem, Chester czerwienił się jak piwonia, a Willis wsadzał nos w kociołek i zgrzytał zębami, aż słychać było trzy ławki dalej.
- Słucham? - Ojciec pochylił się nad Willisem z groźną miną. - Jakiś komentarz?
- Nie... panie profesorze - wycedził Willis. - Ja tylko... testuję eliksir.
- Widzę właśnie - Severus zmrużył oczy, wbijając wzrok w czubek nosa Willisa. Był papierowo biały. - Wygląda na to, że już zaczął działać. Gratuluję, panie Willis.
Chłopak jęknął i chwycił się za nos. Wokoło rozległy się zduszone chichoty.
Wkrótce ich eliksiry były gotowe. Przelali je do butelek i ruszyli rządkiem w kierunku biurka, by oddać je do oceny. Gdy Chester Stunpike stawiał swój na stole, Sergiuszek spostrzegł, że zamiast opalizującego błękitu, ma on kolor błota. Ojciec uniósł flaszeczkę do światła i wydał z siebie długie "Hm.". Chester zadrżał.
Z tym samym filozoficznym wyrazem twarzy Snape odkorkował eliksir i wylał kroplę na złamane krucze pióro. Pióro zasyczało, po czym... rozpuściło się.
- No cóż, Stunpike. Muszę powiedzieć, że prześcignąłeś nawet córkę Longbottoma, stając się pierwszym w historii człowiekiem, który nie potrafił uwarzyć Eliksiru Rozjaśniającego. Myślę, że należą ci się brawa.
- Rozległa amnezja i znaczne ubytki inteligencji? - szepnął Sergiuszek do ucha Marka.
- I brak jaj - dorzucił jego przyjaciel, klaskając z werwą.
Sergiuszek postawił eliksir z zamiarem szybkiego zniknięcia z oczu rodziciela, ale powstrzymał go gest ojca. Przez króciutką chwilę chłopiec myślał, że może to oznaka chęci pojednania...
- Bądź w moim gabinecie o siódmej wieczorem. Matka chce cię widzieć. - Severus wypowiedział te słowa takim tonem, jakby bardzo żałował, że w ogóle ma rodzinę. Sergiusz przytaknął smętnie, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył sprzątać miejsce pracy.
Już w drzwiach zaczepiła go Potter. Miał jej odpowiedzieć coś niemiłego, ale powstrzymał się, gdy zobaczył jej szeroki i odrobinę tajemniczy uśmiech.
- Mówiłeś coś o Dziale Ksiąg Zakazanych, Snape? - zapytała. - Bo ja mam pelerynę niewidkę.

**

- Ale jazda! - sapnął Mark, kręcąc się niecierpliwie w ławce. Sergiuszek, który właśnie skończył wyjawiać mu powód swej bytności w bibliotece, przytaknął.
- I można dostać się gdziekolwiek? - dopytywał się Mark.
- Nie. Tylko w cztery ściśle wyznaczone miejsca. Właśnie chcę wyliczyć, gdzie. A do tego potrzebna mi jest ta nieszczęsna książka. Poza tym pomyśl, że to może działać w obydwie strony. To znaczy, ktoś z zewnątrz może się dostać do zamku...
- Dlatego dyrektor chce wykorzystać ten loch?
- Jaki loch? - Sergiuszek obrzucił go zdumionym spojrzeniem.
- No, ten który sprzątaliśmy wczoraj! Filch mówił, nie pamiętasz?
Snape uświadomił sobie nagle, że pamięta. To nasuwało kolejne przypuszczenia. Czyżby Dumbledore wiedział o istnieniu Pokoju? I uważał go za tak groźny, by obłożyć go dodatkowymi zaklęciami i zabezpieczeniami?
- Ale skoro dyrektor wie, to czemu nie zrobił tego wcześniej? Przecież wejść tamtędy mógł każdy, a szczególnie Voldemort - powiedział do siebie.
Po plecach Sergiuszka przebiegł nagle zimny dreszcz, gdy uświadomił sobie, że Voldemort może naprawdę wszedł tamtędy... Jeszcze dzisiaj zabierze się do lektury "Nowej Historii Hogwartu".
- A może dyrektor nie wie?
- Czego nie wie, panie Prestine? - tuż koło ich ławki zmaterializowała się McGonagall, tak nagle, że obaj winowajcy aż podskoczyli. Mark zaczerwienił się mocno.
- Eee... Nic takiego, pani profesor - wybąkał, kuląc się w krześle. Sergiuszek nie miał pojęcia, dlaczego akurat ta profesorka wzbudza w jego przyjacielu strach. Dziwne tym bardziej, że w obecności Mistrza Eliksirów zachowywał się całkiem swobodnie. Tatko mógłby się poczuć urażony, pomyślał.
Nauczycielka Transmutacji przez długą chwilę spoglądała na Snape'a, który wytrzymał jej wzrok bez mrugnięcia okiem. Wreszcie westchnęła, wyraźnie zniecierpliwiona i ruszyła ku przodowi klasy. Lily, siedząca przed nimi, obróciła się do tyłu i uśmiechnęła do niego szeroko. Sergiuszek zacisnął zęby tak mocno, że niemal zdrapał z nich szkliwo. Kiedy czuje się pewnie, robi się całkowicie bezczelna, pomyślał.
McGonagall zaczęła właśnie piać peany o Transmutacji, więc chwilowo się wyłączył i pogrążył we własnych myślach. Kiedy zaledwie trzy dni temu wyjeżdżał z domu, świat był całkiem inny. Sergiuszek z nudów rozwiązywał krzyżówki. On, Sara, mama i ojciec byli po prostu rodziną, niczym więcej. Teraz wszystko pokomplikowało się wprost straszliwie: ni stąd, ni zowąd pojawił się taki nadmiar zagadek, że Sergiuszka prawie od tego wszystkiego bolała głowa. Tata, z którym wiele godzin spędzał w jego prywatnym laboratorium, przyglądając się z fascynacją sztuce tworzenia eliksirów, nagle przeistoczył się w profesora. On i siostra, znani powszechnie jako bliźniaki Snape, byli do tej pory niemal nierozłączni. No jasne, zdarzały się między nimi kłótnie, nawet bardzo często, jednak do tej pory nie wyobrażał sobie, że mógłby zrobić jakiś psikus bez jej wiedzy i udziału. A teraz: Gryfon i Ślizgonka. Każdy z nich wierny swemu domowi.
- ...pewnie zastanawialiście się, po co one są wam potrzebne? Teraz wam to wyjaśnię.
Sergiuszek otrząsnął się z zamyślenia i spojrzał półprzytomnie na profesorkę. Trzymała w ręku tajemniczą, czerwoną książeczkę, o której istnieniu kompletnie zapomniał.
- To nie jest pamiętnik, jak sobie niektórzy z was mogli pomyśleć. W tych notesach będziecie zapisywać wszelkie swoje osiągnięcia i porażki w przedmiotach, które studiujecie w okresie pięciu lat. I nie chodzi tu o notki typu "dostałam pięć punktów za prawidłową odpowiedź", lecz, przykładowo: "transmutacja jeża w poduszkę do szpilek udała mi się za drugą próbą" lub "transmutacja jeża w poduszkę do szpilek udała mi się za piątą próbą, jednak poduszka do szpilek miała nadal pysk jeża". Rozumiecie? Pod koniec lekcji rozdam wam kartki z szablonami waszych wpisów, abyście wiedzieli, czego się trzymać. Proszę o jak największą dokładność, gdyż wpisy te są natychmiast przesyłane do bazy danych i po pięciu latach analizowane. Dzięki temu otrzymacie bardzo szczegółowy wykaz waszych uzdolnień oraz słabości, a także listę zawodów, do których będziecie najlepiej się nadawać. Rzecz jasna, nie jesteście zobowiązani do trzymania się tej listy, traktujcie ją jedynie jako pomoc w waszym starcie w dorosłość.
- Znaczy, jakiś cymbał z konkurencji dowie się po dwudziestu latach, czy umiałem zamienić jeża w poduszkę? - zapytał Mark z taką miną, jakby wątpił we władze umysłowe profesorki.
- Rozważono taką ewentualność, panie Prestine. - O dziwo, nauczycielka Transmutacji nie wyglądała na urażoną. - Tak samo jak fakt, że pracodawcy mogliby je wykorzystać we własnych celach. Dlatego te rejestry będą kasowane zaraz po analizie. Ten więc, kto zgubi wyniki, nie będzie mógł liczyć na kopię. A teraz wystarczy wyjaśnień, zaczynamy lekcję.

**

- Myślisz, że Dumbledore naprawdę nic nie wie? - wyszeptał Sergiuszek jakiś kwadrans później.
- Może. Przecież sam to powiedziałeś. Pinnagle! Pinnagle! PINNAGLE! Jasny trabant, co się dzieje z tą szpilą?
Mark pchnął palcem szpilkę, która zamiast zmienić się grzecznie w agrafkę, zakwitła na różowo. Sergiuszek wzruszył ramionami i skierował różdżkę na swoja szpilkę.
- Pinnagle!
Na stole spoczywała wspaniała, srebrna agrafka. Mark zawarczał.
- Chyba powinieneś robić mniejsze kółko - zadecydował Snape.
- Pinnagle!
Tym razem szpilka zgięła się wpół i zmieniła kolor na złoty. Różowe kwiatki znikły.
- Zdecydowana poprawa - Sergiuszek wyszczerzył zęby, za co dostał solidnego kuksańca.
- Cholerny prymusik. I co, mówisz dyrektorowi?
- Żartujesz chyba! Najpierw dowiem się sam, co to jest. Chcesz, żebym zepsuł całą zabawę?
Mark potrząsnął głową i zachichotał.
- Ty chyba naprawdę za dużo naoglądałeś się McGyvera. Zgadziały lew!
- A żebyś wiedział! - Sergiuszek uśmiechnął się diabolicznie.

**

- Wiiingaaardium Leviosa!
Bolero comatoosa!
Palermo Luuubriciooosa!
I nie wiesz, czy się schowaaasz!
Przed Wingardiuuuum Leviooosa!
- Mark, przestań! Upiłeś się sokiem dyniowym, czy co? - błagał Sergiuszek, dusząc się ze śmiechu. Ledwie zdążył wyciągnąć siłą swego przyjaciela z Wielkiej Sali zanim nauczyciele nie zaczęli reagować w sposób nagły i nieprzewidywalny. Jednak to nie zastopowało płodnego śpiewaka, który mimo protestu współbiesiadników nadal kontynuował swą twórczość.
- Nie mogę! - wykrzyknął Mark, tańcząc walczyka z bananem. - Tak lekko mi na duszy! Umiem już jedno zaklęcie! Wiingaaardium Leeeviosa! Bo-umpf!
Zamilkł, zatkany dłonią Sergiuszka. Młody Snape westchnął z ulgą, tak samo zresztą jak reszta obserwatorów.
- Nie zbliżać się! - wykrzyknął w stronę gapiów. - To jest piekielnie zaraźliwe!
- No dobra. Powiedz mi teraz, po co naprawdę ten cyrk - mruknął, kiedy wokoło zrobiło się pusto.
- Wyglądałeś tak ponuro, chłopie, że chciałem cię trochę rozweselić. Wiesz, ja cieszyłbym się, gdyby moi starzy mnie odwiedzili.
Sergiuszek spojrzał w stronę niebios, jakby stamtąd spodziewał się pomocy. Niebiosa milczały, jak zwykle.
- Będę się cieszył... jeśli wrócę.

**

Severus dreptał w tę i z powrotem po swoim gabinecie, czując, że jeszcze chwila, a zacznie obgryzać paznokcie. Hermiona wysłała mu dzisiaj list pełen wykrzykników, w większości dotyczących Sergiusza. Snape'owi już po dziesiątym zrobiło się lekko niedobrze i przerwał lekturę po to tylko, by móc skończyć śniadanie.
Sergiusz w Gryffindorze leżał mu już na wątrobie trzeci dzień, uwierając nieznośnie. Małżonkę z gryfońską przeszłością mógł jeszcze zaakceptować. Szczególnie, że owa małżonka posiadała wiele innych walorów, dzięki którym zresztą pewnego dnia poczuł, że nieznośna dziewczyna jest dokładnie tym, kogo potrzebuje w życiu. Ale oglądanie własnego syna na co dzień w piekielnym czerwono-złotym krawacie... To było stanowczo ZA WIELE. Czy po to go spłodził i wychował, by teraz był kolejną przeszkodą w uzyskaniu Pucharu Domów?
Te niewesołe rozmyślania przerwało mu delikatne pukanie. Następnie drzwi otworzyły się i do środka wbiegła rozpromieniona Hermiona.
- Ach, Severus! - krzyknęła na tyle głośno, by słyszało ich pół korytarza, po czym nagle rzuciła się mężowi na szyję, całując go z taką werwą, że na chwilę stracił dech. Gdy oderwała usta, uśmiechnięta i zaczerwieniona, poczuł, że sam mimowolnie się uśmiecha. Piekielna wiedźma, pomyślał. Jak ona to robi?
- Nasze dzieci są takie duże - westchnęła z rozmarzeniem. - Kiedy one urosły?
- Przez poprzednie jedenaście lat? - zapytał lakonicznie. Zaśmiała się i pogłaskała go po policzku.
- Cholerny pragmatyk - mruknęła czule.
Część dalsza wzruszającej scenki jednak nie nastąpiła, gdyż w tym momencie drzwi ponownie stanęły otworem. Sareczka obrzuciła pokój wzrokiem byka na corridzie.
- O, cześć, mamo. Cześć, tato - powiedziała obojętnie. Hermiona uwolniła szyję męża i przypuściła atak na córkę. Sareczka pozwoliła łaskawie się wyściskać, choć sama nie odwzajemniła pieszczot. Severus spojrzał na nią ostro, lecz oczy córki były jeszcze zimniejsze niż jego własne. O co tej smarkatej chodziło?
Jego żona też to zauważyła. Odsunęła Sarę na odległość ramion i obejrzała ją dokładnie, jakby spodziewała się co najmniej smoczej świnki lub ospy eliksiroopornej.
- Co się stało, słonko?
- Nic - burknęła Sareczka, rzucając mordercze spojrzenie w kierunku ojca. - Jego zapytaj.
- Jakiego "jego"? - zdenerwował się Severus. - Jak ty mówisz do ojca?
- A jak ojciec mówi do mnie? - wrzasnęła dziewczynka, nagle rozjuszona. - Skoro ty możesz mnie nazywać smarkaczem pałętającym się po korytarzach, to czego oczekujesz w zamian, PROFESORZE SNAPE?
- Jestem twoim ojcem, do cholery! - ryknął Severus, blednąc i zaciskając dłonie w pięści. - Mogę cię nazywać, jak mi się żywnie podoba, szczególnie, jeśli wrzeszczysz na mnie bez żadnego powodu!
- Miałam powód, ty psychopatyczny półgłówku! Taki powód, że zachowywałeś się jak ostatnia świnia! To nie jest moja cholerna wina, że mój pieprzony brat trafił do pieprzonego Gryffindoru, a ty masz z tego powodu pieprzone problemy z samym sobą!
- Nie, ja mam pieprzone problemy z tobą, rozpuszczona smarkulo! - Severus zrobił dwa kroki do przodu, górując nad Sareczką jak gniewny bóg. - I myślę, że da się je rozwiązać cholernie prosto!
- Dosyć!
Oboje spojrzeli na stojącą w rogu gabinetu Hermionę. Była bardzo blada, a jej brązowe oczy ciskały gniewne błyskawice.
- Sara, wyjdź, proszę - powiedziała cichym i bardzo złowróżbnym głosem. - A ty, mężu, zostań. Musimy poważnie POROZMAWIAĆ.
- Do zobaczenia, mamo - mruknęła Sareczka, kierując się w stronę drzwi. - A co do ciebie... Naprawdę, wolałabym nie mieć ojca.

**

Sara zatrzasnęła za sobą drzwi, słysząc rzucane przez mamę Zaklęcie Wyciszające. Wciągnęła spazmatycznie powietrze. Jeszcze chwila, a znajdzie się w swoim dormitorium. Tam będzie mogła spokojnie się rozpłakać.
W cieniu korytarza dostrzegła opierającą się o ścianę sylwetkę. Para czarnych oczu śledziła jej ruchy.
- Pieprzony brat, co nie? - zapytał Sergiusz chłodno.
- Odwal się! - warknęła jego siostra i popędziła korytarzem. Łzy leciały bez jej zgody.

**

- Stary, co ci?
- Nie pytaj - burknął Sergiuszek, wyciągając spod łóżka miotłę. Napis "Torpeda 10" błyszczał srebrzyście w blasku księżyca. - Życie mi się wali.
- Jeśli cię jakiś belfer albo prefekt złapie, to będziesz miał szlaban jak stąd do Dakaru - ostrzegł go Mark.
Sergiuszek uśmiechnął się i odwrócił. Po czym bardzo obrazowo wyjaśnił przyjacielowi, gdzie dokładnie ma cały personel Hogwartu.

**

Szczyt Wieży Astronomicznej ział pustką. Delikatny wiatr niósł ze sobą aromat umykającego ciepła i wczesnej jesieni. Sergiusz odbił się od kamiennego parapetu i pomknął w bezkresną czerń.
Nie bał się, że spadnie. Prawdę mówiąc, było mu wszystko jedno. Nowa miotła sprawowała się zresztą doskonale, nie to, co stary i toporny sprzęt szkolny. Tutaj, w powietrzu, czuł się wolny. Wszystkie problemy zostały na ziemi. Mógł o nich nie myśleć, mógł je zignorować.
Tuż za jego plecami zamek lśnił delikatną, złotą poświatą tysięcy rozpalonych świec i pochodni. Wyglądał pięknie i majestatycznie. Niezdobyta forteca magii. Gwiazdy odbijały się w jeziorze niczym w gigantycznym lustrze. Nieprzebyta czerń Zakazanego Lasu kusiła tajemnicą i niebezpieczeństwem.
Zawisnął nieruchomo w powietrzu, zastanawiając się, jaką drogę obrać.
Gdzieś pod sobą usłyszał niespokojne rżenie i przekleństwo Hagrida. Nauczyciel wyprostował się na całą wysokość, wygrażając niebu.
- A sio, popaprańcu! Kur ci się zachciało, co? Ja ci dam kury, diabelski pomiocie!
Sergiuszek zaśmiał się i pochylił się nad miotłą. Z łopotem płaszcza zniknął w mroku.

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 25.09.08, 11:56

Rozdział szósty
Chrzest Lwa



„Chrzest Morski - mugolski rytuał, związany z przekraczaniem równika, głównie drogą wodną. Wywodzi się z czasów, kiedy statki były jedynym sposobem przemieszczania się Mugoli między kontynentami. Przebieg rytuału jest bardzo różny; mogą występować w nim takie elementy jak: okładanie linami okrętowymi, wyrzucanie za burtę czy picie smoły.”

Encyklopedia Mugollica, wyd. 6 poprawione

**

- Seergiusz! Zmiłuj się nad nami wszystkimi! - wyjęczał Mark w słoneczne, piątkowe popołudnie, chowając głowę pod poduszkę. Nie mógł na to patrzeć. Nie chciał na to patrzeć. Czuł, że jeszcze chwila, a zacznie gryźć.
Jego przyjaciel oderwał wzrok od tomiszcza o tytule „Algebra numerologiczna w miesiąc” i uniósł pytająco brew. Stosy kartek z obliczeniami zaścielały łóżko Sergiusza na podobieństwo świeżo wybuchłego matematycznego wulkanu. Wśród tego bogactwa, niczym sułtan na wysłanym jedwabiami łożu, leżał sam blady i rozczochrany właściciel. W jego oczach było widać lekki obłęd.
- O co chodzi? - zapytał nieobecnym głosem.
- Gdybyś pisał wypracowanie z Eliksirów czy Transmutacji, to jeszcze bym zrozumiał, ale to...
- Już napisałem. W środę - rzekł Sergiuszek, chwytając w dłoń pióro. - Jasny Merlinie! - wymamrotał. - Nadal nie mogę pojąć, o co chodzi w tej różniczce numerologicznego prawdopodobieństwa! Od wczoraj się z tym męczę! - Z tymi słowami napoczął kolejne równanie i był stracony dla świata.
- A żeby ci Johannsen palce piątym kołem zmiażdżył! - złożył mu szczere życzenia Mark.
Odkąd młody Snape wrócił z nocnej eskapady na miotle, wpadł w algebraiczny trans. Jedyne, co robił, to jadł, spadł, chodził na lekcje i rozwiązywał równania. To ostatnie pochłaniało mu cały wolny czas, który normalne dzieciaki, w rodzaju Chestera Stunpike'a, spędzały na drażnieniu wielkiej kałamarnicy, gubieniu się w zamku i unikaniu Mistrza Eliksirów, który w tym tygodniu był wyjątkowo nerwowy.
Mark zaczynał się już obawiać, że jego przyjaciel zapadł na jakąś nieznaną jednostkę chorobową, szczególnie, że objawy fanatyzmu numerologicznego wciąż się nasilały. Obiecał sobie, że jutro zabierze Sergiusza do Pomfrey na badanie kontrolne.
Tymczasem, cały tydzień przebiegł w miarę normalnie. Mark był nawet skłonny uznać za normalne pełne nienawiści spojrzenia, którymi Sara przy każdej sposobności ciskała w Mistrza Eliksirów. A także to, że rodzeństwo Snape wyniośle się nawzajem ignorowało. Całkiem prawdopodobne, że kłótnie w tej rodzinie były na porządku dziennym.
Groźba zamknięcia kujonów w stajni Hagrida nadal pyszniła się na środku tablicy ogłoszeń. Prefekci Gryfonów, zwłaszcza Judy Weasley, z pomocą wszelkich znanych środków magicznych próbowali zlikwidować irytujące ogłoszenie. W przypływie desperacji władz w ruch poszły nawet scyzoryki, noże stołowe i oryginalna szczotka ryżowa Filcha.
Na marne. Jedynym owocem morderczej pracy prefektów był obraźliwy kuplecik, który pojawił się pod ogłoszeniem około czwartku:

„Drapie Prefekt, sapie Prefekt,
poci się nad biedną kartką.
Czy, gdy marny widać efekt,
tracić wątłe siły warto?”


Mark uważał, że nie warto. Jednak, ponieważ miał dwie alternatywy: zachowanie swego zdania dla siebie lub powieszenie za kołnierz na jednym z kandelabrów, wolał milczeć.
- Eureka! - wrzasnął w tym momencie Sergiuszek, wywijając nad głową kartką papieru. - Wiem! Już wiem!

**

Rozległy się trąby jerychońskie.
- C-co? - bąknął Sergiuszek, podrywając głowę z wyjątkowo twardej poduszki. Gdyby miał czas się jej przyjrzeć, zauważyłby, że to „Licz sam. Numerologia dla opornych”. Ale czasu nie miał. A to dlatego, że w tym właśnie momencie para opazurzonych łap chwyciła go za kostki i brutalnie szarpnęła. Snape zaskowyczał i wbił paznokcie w kołdrę, czepiając jej się niczym tonący brzytwy.
- RATUUUNKU! MOORDUJĄ! MAAAMO! - Gdzieś za jego plecami rozległ się rozdzierający wrzask Chestera Stunepike'a. Przytomna cząstka spłoszonego umysłu Sergiusza wywnioskowała, że musi być bardzo źle. Tymczasem okazało się, że łapy są od niego silniejsze i wraz z kołdrą wylądował na ziemi. Stęknął boleśnie, gdy jego broda zderzyła się z podłogą. Kątem oka zobaczył nad sobą kudłaty łeb i straszny pysk...
Skojarzenie było natychmiastowe.
- Wywerny! - krzyknął i zareagował instynktownie, zwijając się niczym papierowa torebka i zatapiając zęby w miejscu, gdzie włochata łapa przechodziła w równie włochaty nadgarstek.
- Auaaaau! Ugryzł mnie! Ugryzł! - zaryczała wywerna, odskakując na bok. Sergiuszek klęczał na podłodze, pluł rudymi kłakami i wyglądał jak rozwścieczony kocur. Futro oprawcy smakowało jak coś, co dziesięć lat trzymano w szafie pełnej naftaliny i zdechłych moli. Nagle, przez opary zaskoczenia i wściekłości przedarła się do jego świadomości pewna myśl. Wywerny nie gadają, ani nie chodzą na dwóch łapach. A to, co stało nieopodal, spoglądając na Sergiuszka z obawą, z całą pewnością nie było wywerną. Spomiędzy okolonego aureolą kudłów łba i rozdziawionego lwiego pyska z którego wystawał wywalony na wierzch czerwony jęzor spoglądał na świat kawałek piegowatej twarzy jednego z szóstoklasistów.
Pozostałych pięciu przebierańców, z których każdy wyglądał jak makabryczna karykatura lwa, odwróciło włochate głowy od grupki stoczonych na środku dormitorium pierwszaków.
- Mówiłem ci, Gacek, żeby ostrożnie! - zadrwił czarniawy lew, ściskający w pazurach pokaźnych rozmiarów róg myśliwski.
- Ugryzł mnie, psiakrew! - poskarżyła się ofiara, wskazując zdrową łapą na Sergiuszka. Wywołało to salwę śmiechu wśród pobratymców. - No co tak ryczycie? Weźcie go spetryfikujcie, albo zwiążcie, albo co! Popatrzcie na smarkacza, jak ząbki szczerzy! Gotów nam jeszcze wszystkim ręce odgryźć!
- Taaa! Żeby nam Miszczunio jaja powyrywał razem z jelitami? - prychnął ten z rogiem. - Sam sobie go pacyfikuj, jak ci życie niemiłe! Nie wybieram twojej śmierci!
Cała szóstka spojrzała z wahaniem na Sergiuszka.
Gdzieś w głębi tykał straszny budzik Chestera.
- Chodź tu, stary! Nie bój się, nie zeżrą cię! - zawołał Mark, rozwiązując problem młodocianych oprawców. W przeciwieństwie do dwóch kolegów z dormitorium, którzy łypali podejrzliwie w stronę przebierańców, uśmiechał się szeroko i wyglądał na zadowolonego. Sergiusz przestał widzieć na czerwono i, po chwili wahania, dołączył do reszty pierwszorocznych. Wszyscy mieli na sobie jedynie pidżamy. Ta Chestera Stunepike'a była w kaczorki.
- Nie boję się - mruknął Sergiusz, usiłując wyglądać na pewnego siebie. Był jeszcze trochę oszołomiony, ale zdążył się już przekonać, że rzeczywiście nie grozi im żadne śmiertelne niebezpieczeństwo i wrodzona ciekawość zaczęła brać górę. Zapowiadała się niezła przygoda.
- To będzie coś jak chrzest morski! - wysyczał do jego ucha przejęty Mark. - Będzie cool, mówię ci, stary! Kiedy pojechałem na kolonie, tam też był...
- Cisza, oseski! - zagrzmiał czarniawy z rogiem. - Ustawić mi się w rządek, żebym mógł widzieć wszystkie wasze gęby i słuchać!
Odchrząknął i kontynuował uroczyście:
- Wielki Lew uczynił zaszczyt wam, mlekopijnym brzdącom, wyzywając was do boju z waszymi słabościami, lękami i nieudolnością, o tytuł pełnoprawnego Gryfona. Czy podejmujecie wyzwanie?
- Podejmuję! - wykrzyknął bez wahania Mark.
- Podejmuję! - powiedzieli niemal równocześnie Sergiusz i Willis. Chester wahał się przez chwilę, ale w końcu i jego „Podejmuję!” dołączyło do innych.
- Doskonale, stanęliście właśnie na drodze, by stać się pełnoprawnymi członkami naszego Domu. Przed wami test, który wykaże, ile jesteście warci. Jeśli uda się wam przebrnąć przez obydwie jego części, będziecie gotowi na ceremonię chrztu. Jeśli zaś nie... Najlepszym wyjściem dla was będzie podwinąć pod siebie wasze wyliniałe kocie ogony i zmiatać do Hufflepuffa! Zrozumiano?
- Tak jest, panie szeryfie! - odkrzyknął dziarsko Mark i natychmiast umilkł, zgromiony spojrzeniem jednego z przebierańców.
- Skoro więc zrozumiałe, to przechodzimy do części pierwszej. W pokoju wspólnym znajdują się porcelanowe figurki gryfów. Są w różnych kolorach. Waszym zadaniem jest wybrać figurkę w tej barwie, która najbardziej wam odpowiada i przynieść ją tu do mnie. Zadanie będziecie wykonywali pojedynczo. Kiedy pierwszy wróci, drugi pójdzie. Moi koledzy, Egzekutorzy - lew wskazał na pozostałą piątkę przebierańców, stojących na boku z założonymi rękami - będą czuwali nad tym, by żaden z was nie próbował oszukiwać. Oszustwo oznacza natychmiastową dyskwalifikację. Oszustwem nazywamy poproszenie kogoś o pomoc, lub korzystanie z magii. Tak więc radzę odłożyć na bok wasze różdżki, nie będą wam potrzebne.
Umilkł na chwilę i spojrzał przeciągle na Willisa, który sapnął ze złości i wyciągnął różdżkę z rękawa czerwonej pidżamy.
- Dobrze, a więc kogo mamy pierwszego?
Jeden z Egzekutorów podniósł do pyska kartkę z nazwiskami.
- Mark Prestine - wyczytał. - Zdejmij buty, masz iść na bosaka.
- Trzymaj za mnie kciuki, stary - szepnął Mark w stronę Sergiuszka i, uśmiechając się szeroko, wymaszerował z dormitorium. Dwóch Egzekutorów wyszło za nim.
Po chwili Snape usłyszał stłumiony krzyk i bardzo niecenzuralne przekleństwo.
- Pierwszy kotek na trasie - powiedział beztrosko czarniawy. Sergiuszek prawie widział jego uśmiech pod wywalonym czerwonym jęzorem. Poczuł nagle, że coś, co jeszcze przed chwilą zajmowało zakurzony zakamarek jego osobowości, zaczyna robić się BARDZO złe.
On mu jeszcze pokaże KTO tu jest kotkiem!
Otrząsnął się i zmusił do myślenia o innych rzeczach. Numerologia, tak. Umówił się z Potter na dzisiaj, o północy, by zdobyć równanie, mające rozwiązać tajemnicę sześciennego pokoju. To, co jego przyjaciel uznał za niezdrową manię, było tak naprawdę solidnym przygotowaniem. Solidne przygotowanie wpajało rodzeństwu Snape oboje rodziców. Podczas, gdy Sareczka zwykle przysypiała na tego rodzaju lekcjach, jej brat słuchał bardzo uważnie.
Miał tylko nadzieję, że Potter nie zaśpi. Nawet jeśli, to miał w planach wyciągnąć ją przemocą z łóżka. Potrzebował okropnie jakiejś zagadki.
- Coś ty taki ponury, mały? - zapytał go czarny lew. - Rozchmurz się, to twój wielki dzień!
- Wiem - odparł Sergiuszek z krzywym uśmiechem. - Dlatego muszę opracować strategię, jak go przeżyć.
Lew spojrzał na niego dziwnie, ale nie skomentował. Chester raz po raz z bardzo nerwową miną zerkał na zegarek. Willis ziewał ostentacyjnie. Sergiuszek przyglądał mu się przez chwilę, mając iście diabelską ochotę na odrobinę rozrywki.
Ostrożnie sięgnął ręką do kieszeni granatowej pidżamy i wymacał na dnie dwie identyczne kuleczki. Wyjął jedną i dyskretnym ruchem umieścił ją na paznokciu.
- Zamknij kłapaczkę, Willis - poprosił kolegę grzecznie.
Willisa lekko przymurowało.
- A co? - burknął wyzywająco.
- Radioaktywne muchy tu latają. Wyjątkowe paskudztwo - wytłumaczył mu problem Sergiuszek. - Co zrobisz, jak jedna wpadnie ci do paszczy? Mogą ci wyrosnąć czułki, jak u konika polnego.
- Albo świński ryj - dorzucił odkrywczo jeden z Egzekutorów.
Willis wyburczał coś niezrozumiale.
- Nie mrucz tak pod nosem, bo znów ci się wybieli - poradził mu Sergiuszek.
Willis podniósł brodę i spojrzał na Snape'a z nieskrywaną nienawiścią.
- Ty... - warknął. - Ty sobie myślisz, że jeśli masz równie paskudną gębę, jak twój stary, to możesz sobie pozwalać na tyle samo? Myślisz, że co? Że cię uratuje, jak polecisz do niego z rykiem?
- Myślę, że za wysoko zadzierasz nochal - powiedział Sergiuszek bardzo powoli. - A to piekielnie niezdrowo w Gryffindorze. I myślę... że masz jeszcze minutę... na przeproszenie całej mojej rodziny.
- Radzę to zrobić, mały - mruknął czarniawy lew.
- Bo co mi zrobisz? Pogryziesz mnie, knypku? - zadrwił Willis. Nie doczekawszy się odpowiedzi, ziewnął ponownie, jeszcze szerzej. Sergiuszek przymrużył jedno oko, wycelował starannie i pstryknął. Lata grania w magiczne kulki z Sarą opłaciły się, trafił idealnie. Jego ofiara zamrugała, zdziwiona, ale Sergiuszek wiedział, że nie miała najmniejszych szans na wykrycie specyfiku, który rozpuszczał się w momencie zetknięcia się z błonami śluzowymi.
Ten z rogiem z całych sił starał się nie udławić własnym językiem.
Sergiuszek wpatrywał się przez moment w Willisa, a kiedy wreszcie zobaczył SKUTEK, oczy nieomal nie wyszły mu na wierzch. Nie podejrzewałem się o Trzecie Oko, pomyślał zdumiony.
- O mamo...! - jęknął czarniawy, dusząc się w lwim kostiumie. - Na Merlina...!
- Zja-zjadł muchuchuchę! - zakwiczał jeden z Egzekutorów, tarzając się po podłodze.
Willis sięgnął rękami do głowy i wrzasnął. Tuż nad czołem wystawała mu z czaszki para zgrabnych owadzich czułek.
Sergiuszek pokiwał głową z udawanym współczuciem. Z trudem powstrzymywał się, by też nie parsknąć śmiechem. Ta runda musiała zostać rozegrana do końca.
- Nie ma rady, Willis. - Sergiuszek pokiwał współczująco głową. - Teraz tylko Raid na prusaki i karaluchy. Po niczym innym nie zlezie.
- Ty... Ty... - wysyczał chłopak, cały purpurowy.
- Dawałem ci minutę na przeprosiny. To było uczciwe.
- Żywcem cię wypatroszę, ty padalcu!
- To ci nie pomoże na efekt rozdziawiania paszczy.
- A co ja mam teraz zrobić? No co? Nawet nie wiem, co to jest ten cholerny Raid!
- Zapytaj Marka. On spec od rajdowych. - Sergiuszek wyszczerzył zęby.
Jeśli Willis zamierzał cos więcej powiedzieć lub uczynić, widok egzekutorów skutecznie go zastopował. Kopnął wściekle nogę jednego z łóżek i zaszył się za kotarą własnego.
- Wiesz co, mały? Zaczynam się ciebie bać - wyznał Sergiuszowi po bardzo długiej chwili ciszy czarniawy lew.
Sergiuszek skinął głową, przyjmując do wiadomości złożony mu hołd.

**

- Nie wychodźcie dzisiaj, dziewczyny, z lochów - rzuciła prefekt Slytherinu, wkraczając do łazienki w ciemnozielonym, jedwabnym szlafroku, wyszywanym w chińskie smoki. Sareczka poczuła ukłucie zazdrości. Muszę koniecznie taki mieć, pomyślała.
- A czemu to? - zdziwiła się Lidia, zaprzestając na moment rozczesywania swej kaskady włosów. - Hagrid urządza wyścigi sklątek tylnowybuchowych, czy Filch robi generalną dezynsekcję korytarzy?
- Gorzej - mruknęła jedna z piątoklasistek, krzywiąc się niemiłosiernie. - Gryfoni roznoszą w puch cały Hogwart.
- Filch już od rana montuje zapory przeciwogniowe - dorzuciła Prefekt, uśmiechając się okropnie. - Biedny staruszek... Co rok to musi znosić.
Sareczka wypluła pastę do zębów i zmarszczyła brwi.
- Co? - zapytała.
- Chrzest Lwa - odpowiedziały chórem obydwie starsze dziewczyny. Lidia zamrugała, skonfundowana. Sara poczuła niejaka ulgę: nie była jedyną, która nic tu nie rozumiała.
- Dokładniej? - poprosiła Snape.
Prefekt westchnęła ciężko i musnęła palcami ciemne sploty. Rzuciła Sareczce długie spojrzenie, odłożyła na zlew pokaźnej wielkości kosmetyczkę, po czym kontynuowała cierpiętniczym tonem:
- Od kilkunastu lat jest w Gryffindorze taka pompatyczna tradycja, by nowo przyjętych członków Domu testować, czy nadają się do zostania pełnoprawnymi Gryfonami. Śmieszne, jeśli chcecie znać moje zdanie. Jak przejdą test, to ichni nieoficjalny przywódca, zwany Wielkim Lwem, chrzci ich, nadając im jakieś głupawe imię, po czym mogą chodzić, cali dumni i bladzi, że są najlepsi w Hogwarcie.
- A, fe! - stwierdziła Lidia, strojąc miny do lustra.
- Sam chrzest jaki jest, taki jest, ale testy, które się przed nim odbywają, przekraczają wszelkie pojęcie. Mogę wam przytoczyć kilka co bardziej spektakularnych wyczynów waszych rówieśników: jeden z nich cztery lata temu zrobił coś z portretami. Kiedy przechodziłaś, śpiewały twoją ulubioną piosenkę. Inny dosypał czegoś do zupy i wszystkim, nie wyłączając kadry nauczycielskiej, wyrosły ptasie dzioby. Dwa lata temu mandragory profesor Sprout tańczyły w holu walca. Jakaś dziewczynka przemalowała ściany sali Eliksirów na złoto i czerwono. Ale to nie wszystko; jeśli ktoś wypowiedział słowo „eliksir”, to sypało mu się na łeb złote konfetti. Przez cały tydzień. Pamiętam to bardzo dobrze. Profesor Snape w poniedziałek odwołał zajęcia...
Sareczka wydała z siebie dźwięk przypominający duszenie wróbla. Piątoklasistka, która stała obok, mrugnęła do niej porozumiewawczo.
- Czy profesor w domu też jest taki sztywny i spięty, jakby ktoś mu kij od miotły wsadził w...
- Nie kończ - poprosiła Sara. - Stara się, ale nie zawsze mu to wychodzi.
- Tak więc, jeśli nie chcecie doświadczyć przykrych skutków lwich igraszek, radzę wam nie wychylać nosa z dormitoriów, moje drogie - zakończyła protekcjonalnym tonem prefekt i zabrała się do toalety.
- Ciekawe, Sara, czy twoja druga połówka da sobie radę. Myślisz, że jest wystarczająco gryfońska? - zastanowiła się Lidia.
Sareczka uśmiechnęła się paskudnie. Dość długo znała parszywego braciszka, by nie mieć w tej materii żadnych wątpliwości.
- On? On całą ich lwią wieżę postawi na czubku nosa McGonagall i nawet się nie zadyszy - prychnęła.

**

- Jestem, cholera - wymamrotał Mark. Miał purpurowe z wysiłku policzki i wilgotne włosy. Zataczając się lekko wszedł do dormitorium, po czym osunął się bez czucia na łóżko. W wyciągniętej ku sufitowi ręce dzierżył czerwoną figurkę gryfa.
Przypominał przewróconą Statuę Wolności.
- Reanimować cię, stary? - zapytał trochę niespokojnie Sergiusz. Mark uczynił nieokreślony ruch dłonią, mogący oznaczać równie dobrze prośbę o pomoc, co chęć odgonienia radioaktywnych much.
- Kto następny? - zapytał czarniawy.
- Sergiusz Snape.
- Prosimy, bardzo prosimy na szlak! - czarniawy wyciągnął łapę w stronę Sergiuszka w parodii zaproszenia. Snape uśmiechnął się szeroko, dźwignął z dywanu i ruszył w kierunku wyjścia. Nareszcie jakieś zajęcie.
- Po-wo-dze-nia - wymamrotał Mark.
Sergiusz starannie zamknął za sobą drzwi i rozejrzał się. Korytarzyk prowadzący do spiralnych schodków był ciemny jak wnętrzności Murzyna. Gdyby miał ze sobą różdżkę, jedno „Lumos” rozwiązałoby sprawę. Ale nie miał. Trzeba więc sobie radzić inaczej.
Schody były po jego prawej stronie. Po drodze istniały pewnie jakieś pułapki, przecież na jedną natknął się Mark. Mógł iść powoli, macając ścianę... Zaraz! To w końcu był Chrzest Lwa. Gryfońskiej odwagi.
- Acha! - mruknął do siebie, uśmiechając się tryumfalnie. Odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył samym środkiem korytarzyka. Miał przy tym wrażenie, że podłoga jest dziwnie miękka pod jego stopami i był całkiem pewien, że jeśliby tylko chwilę dłużej postawił na niej stopę, zapadłby się z kretesem.
Tuż przy spiralnych schodach podłoga odzyskała swe normalne właściwości. Wyprostował nogę, już zamierzając postawić ją na pierwszym stopniu, kiedy...
Zaklął pod nosem i wycofał się. W mdłym świetle dnia, dochodzącym z wąskiego okienka po lewej stronie dostrzegł, w co omal nie wlazł.
W miejscu, gdzie jeszcze wczoraj były schody, dziś rozlewało się wspaniałe, zielonkawe bajoro. Powierzchnię skośnej, ale mimo tego nieruchomej tafli błota co pewien czas pstrzyły wypływające z głębi bańki powietrza. Czyste bagno.
Tędy na żaden sposób nie dało się zejść. A więc którędy? Oczy Sergiuszka na moment zatrzymały się na spiralnej poręczy, która znikała za zakrętem schodów. Przejechał palcem po jej powierzchni. Śliska jak lód. Jasne.
Spojrzał do góry. Mógłby spróbować po suficie, czepiając się kandelabrów jak małpa. Jednak wątpił, czy utrzymałby się dłużej, niż dziesięć sekund. Do siłaczy zdecydowanie nie należał. Zostawała mu więc jedynie ta przeklęta poręcz. Już niemal czuł, jak przewracają się w nim wnętrzności. Miał BARDZO złe wspomnienia ze zjeżdżania po poręczy w domostwie Potterów. Skończyło się złamaną ręką, rozbitym kolanem i polerowaniem dwunastu kociołków pod surowym okiem Mistrza Eliksirów. Nic, co można by wspominać z rozrzewnieniem.
Chwycił obiema rekami za drążek łączący poręcz z podłogą i przerzucił nogę nad poręczą, kładąc się na niej na płask. Przełknął nerwowo ślinę, czując, że jego ciało już zaczyna się zsuwać z taką siłą, że ledwie może utrzymać drążek...
Puścił.
Gwiazdy zawirowały mu przed oczami, kiedy z wizgiem ruszył na dół. Podbródek boleśnie grzmotnął o poręcz. Trzy gwałtowne szarpnięcia i jedno uderzenie ramieniem o ścianę. Jęknął. Brzuch bolał. Zero oporu, chyba nabierał coraz większej szybkości... Dłonie piekły. Przed oczyma migało mu coś zielonego i brunatnego. Pęd mierzwił włosy. Kolejne uderzenie. Kiedy to się skończy? JAK to się skończy?
Koniec poręczy! Poszybował w powietrzu i uderzył plecami w dziwnie miękką podłogę. Nad nim przerażone głosy.
- Mały, żyjesz?
- Ja cię kręcę, zjechał!
- Żyję - burknął Sergiuszek, podnosząc się z czegoś, co okazało się być materacem. Z bólu w licznych częściach ciała wywnioskował, że żadna mu jeszcze nie odpadła. Dwoje Egzekutorów patrzyło na niego z autentycznym zdumieniem. - A co miałem niby zrobić?
- Zejść, normalnie. To bajoro to była iluzja. A ty...
Sergiuszek obdarzył przebierańca takim spojrzeniem, że chłopakowi dalsze słowa stanęły kołkiem w gardle.
- Masz niezłe loty, Snape - zadrwił drugi. - Myślałeś kiedyś, by wystartować w turnieju Czterech Skoczni? Nieważne - dorzucił szybko, gdy Sergiuszek skierował Spojrzenie na niego. - Czas ci w dalszą drogę, mały.
Wszystkie fotele, sofy i stoliki zostały stłoczone na samym środku pokoju wspólnego. Otoczono je czymś w rodzaju magicznej zapory, skrzącej się błękitnie. Zapora zostawiała tuż przy ścianie dwumetrowej szerokości przejście, które ciągnęło się przez cały obwód pokoju. Sergiuszkowi skojarzyło się to ze ścieżką zdrowia.
Wyprostował się, odgarnął z czoła włażącą mu do oczu grzywkę i ruszył naprzód. Pierwsze dziesięć kroków przebył bez przeszkód. „Ciekawe, co oni TERAZ nam naszykowali”, pomyślał, skanując wzrokiem korytarzyk w poszukiwaniu ewentualnych pułapek.
Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Przejście było najeżone szpilkami. Nie widział ani milimetra wolnej od nich podłogi. I rozciągały się zbyt daleko, by ryzykować skok. A on był na bosaka.
Sergiuszek przyklęknął, by przyjrzeć się im z bliska. Wbito je gęsto. BARDZO gęsto.
Zmarszczył brwi. Fakir? Ostrożnie postawił jedną stopę na szpilkach. Równie ostrożnie przeniósł na nią ciężar ciała. Uczucie było nieprzyjemne, ale żadna ze szpilek nie przebiła skóry.
Powoli zaczął przedzierać się przez kłujący dywan. Stres sprawiał, że zrobiło mu się sucho w ustach. Nerwowo przełknął ślinę. Jeszcze trochę... Już! Odetchnął z ulgą, gdy podłoga znów zrobiła się normalna.
Niemal zahaczył nogą o rozciągniętą w poprzek przejścia nitkę. Spojrzał w górę, by zobaczyć, co też jego starsi koledzy przyszykowali dla nieostrożnych i wyrżnął nosem w lustro, którego przed momentem tu nie było.
Syknął z bólu i pomasował palcami grzbiet nosa. Zapukał knykciem w lustro. Wyglądało na bardzo solidne. Spróbował je obejść, ale ciężkie, złocone ramy opierały się z jednej strony o ścianę, zaś z drugiej o magiczną zaporę. Zaklął cicho i wpatrzył się w swoje odbicie w zwierciadle. Nie widział żadnego rozwiązania.
- Jesteś idiotą, wiesz?
Sergiuszek podskoczył.
- Że co? - wykrztusił. Odbicie uśmiechnęło się tak, że Snape'owi ciarki przeszły po grzbiecie. Czy ja naprawdę tak wyglądam?, pomyślał.
- Że idiotą jesteś. - Odbicie westchnęło, wyraźnie zniecierpliwione. - Tu jest zamek, to trzeba kluczykiem otworzyć. Kluczyk masz w kieszeni.
Sergiuszek z pewnym powątpiewaniem sięgnął ręką do kieszeni pidżamy. Kluczyka nie było.
- Bardzo śmieszne - prychnął. Odbicie wzruszyło ramionami.
- Jak uważasz. Skoro nie chcesz otwierać zamka, to możesz przecież pozostać na tej stronie.
Sergiuszek nie chciał pozostać. I pomyślał, że nie wie przecież, gdzie jest zamek. Po chwili jednak doszedł do wniosku, że chyba wie.
Zamek błyszczał złoto w głębi lustra. Snape spojrzał za siebie po to tylko, by przekonać się, że po jego stronie świata ów zamek nie istnieje.
- Teraz „Alicja w Krainie Czarów?” - zadrwił. Odbicie tylko uśmiechnęło się szyderczo.
Ostatecznie, co szkodzi spróbować? Zacisnął powieki i, dla większej pewności recytując swoje imię wspak, skoczył do przodu. Poczuł chłodny powiew, jakby przenikał przez ścianę lodowatego powietrza. Był w środku.
Zamrugał, usiłując przezwyciężyć zawroty głowy. Zamek nagle stał się częścią szerokich, drewnianych drzwi w głębi przejścia. Jak najbardziej realnych. Zrobił parę kroków, ale niemal natychmiast przestał, widząc, że nie rusza się z miejsca.
Zaraz, zaraz. Z tego co pamiętał, trzeba było inaczej... Obrócił się i zaczął iść tyłem. Podziałało! To wcale nie było takie trudne, jeśli tylko znało się ogólne zasady. Zerknął przez ramię i zobaczył, że zbite z pionowych desek drzwi są już całkiem blisko.
Nagle zapadła ciemność.
Sergiuszek zamarł i wstrzymał oddech. Poczuł się jak mucha, nakryta nagle tekturowym pudełkiem. Brak światła zdawał się być prawie namacalny. „Chcą mnie przestraszyć”, pomyślał. Szczęście, że już dawno przestał się bać ciemności. Spojrzał za siebie. Zamek wciąż lśnił wewnętrznym blaskiem. Zrobił krok do tyłu...
Coś zachrzęściło pod jego stopą. Z jego gardła wydarł się cichy krzyk. Delikatny szmer, początkowo na granicy słyszalności, teraz zaczął się nasilać. Coś szło po podłodze... Coś twarde, chitynowe... Coś zaczęło włazić na jego palce... Wrzasnął i tupnął, znowu depcząc to coś z głośnym chrzęstem. Poczuł na podeszwie stopy ohydną, oślizgłą maź. Powietrze zdążyło już przejść ostrym, nieprzyjemnym zapachem.
Matko, ile TEGO musiało być!
- Uciekajcie stąd! A sio, śmierdziele! - ryknął, rzucając się przed siebie w panice. Musiał się stąd wydostać, nim pożrą go żywcem! Po kilku rozpaczliwych susach w kierunku złotego zamka, chrzęszcząc niemiłosiernie wpadł plecami na ścianę. Do jasnej, zapomniał, że musi biec do tyłu! Odwrócił się i trzęsąc się z obrzydzenia oraz ślizgając na rozdeptanym robactwie, dotruchtał do drzwi. Setki maleńkich nóżek drapały jego stopy. Klucz! Gdzie jest klucz? W panice sięgnął do kieszeni i ulga niebiańska na niego spłynęła, gdy wyczuł palcami metalowy przedmiot. Mały, złoty kluczyk błysnął w jego ręce i wsunął się do zamka. To coś, co lazło po jego plecach, zdążyło już dotrzeć do karku... Zdeterminowanym ruchem przekręcił kluczyk.
Wszystko znikło. Stał w oświetlonym porannym słońcem przejściu. Zachwiał się i oparł ciężko o ścianę.
- Raju... - mruknął. - A ja im nie wierzyłem, kiedy mi mówili, że Chrzest Lwa jest tysiąc razy gorszy od morskiego.
Tuż przed nim znajdował się wmurowany w ścianę kominek. Porcelanowe płaskorzeźby gryfów zdawały się zastanawiać, czy odważy się podejść bliżej. W głębi paleniska płonął oślepiająco biały ogień o dziwnej, zielonkawej poświacie. Sergiusz wolniutko przysunął się do brzegu kominka, by dokładniej przyjrzeć się jego wnętrzu.
Dopiero po chwili, kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do jaskrawego ognia, wśród płomieni dostrzegł kilkadziesiąt malutkich, czerwonych kropeczek. Oczy te należały do srebrzystych jaszczurek grubości ołówka, których setki kłębiły się wśród roziskrzonych żagwi. Znakomita większość ślepek wpatrywała się w Sergiusza.
Zawahał się. Nie lubił pakować się w coś, czego nie znał. Paskudztwa, które wyglądały jak skrzyżowanie bazyliszka ze stonogą, mogły równie dobrze go skremować jak i zacząć tańczyć tango argentyńskie.
Wreszcie miał dość czekania, aż coś się wydarzy.
„A niech tam, raz kozie śmierć. Snape'owie żyją tylko dwa razy”, pomyślał i ruszył do przodu.
Nie uszedł jednak nawet dwóch kroków, gdy tuż przed jego nosem wystrzeliła ściana ognia. Stało się to tak nagle, że omal nie stracił jednego z owych dwóch żyć. Lekko spłoszony, poszukał wzrokiem źródła tej niespodziewanej przeszkody i totalnie go zamurowało. Pupilki Lucyfera, świecąc wściekle czerwonymi oczami, wlazły jeden na drugiego, tworząc równiutki słupek. Kiedy to zrobiły, nie miał pojęcia. Z każdego mikroskopijnego pyszczka wydobywał się strumień ognia, zdolny przysmażyć pęto kiełbasy. Wszystkie płomienie razem tworzyły zaporę nie do przejścia.
- Jak rany, co to jest? - zapytał sam siebie, skonfundowany.
Ta część jaszczurek, która jeszcze nie była zajęta staniem w słupku, zaczęła tworzyć piramidkę.
- Eee? Czy to jakiś kalambur? Chcecie, żebym odgadł, co macie mi do powiedzenia? - Sergiusz zmarszczył czoło, myśląc intensywnie. - Piramida Cheopsa? Sfinks? Starożytny Egipt?
Piramidka zaczęła strzelać fajerwerkami.
- Sylwester?
Fajerwerki, początkowo bezładne, przyjęły kształt ognistego kręgu.
- Uwiedzenie Merlina?!
Jaszczurki zasyczały gniewnie i piramidka się rozpadła.
- „Gwiezdne wojny?” - dociekał dalej Sergiuszek. „Indiana Jones i ostatnia krucjata”?
Jednemu ze stworzonek musiały w tej chwili puścić nerwy, gdyż w stronę Snape'a poszybowała wiązka płomieni. Chłopak krzyknął i odruchowo zasłonił twarz rękami. Mimo to, jedynym, co poczuł, był ciepły podmuch. Ognisty nabój uderzył w niego i... rozprysnął się nieszkodliwie po całym ciele.
Sergiusza nagle oświeciło.
- Sztuczne ognie, no jasne! - wykrzyknął, po czym, już bez wahania, wkroczył w ścianę płomieni. Poczuł delikatne iskrzenie na całym ciele...
I szarpnięcie.

**

Wilcza skóra, należąca niegdyś do jakiegoś naprawdę gigantycznego osobnika, była śliska i chłodna pod jego stopami. Stał na samym środku mrocznego salonu. Pachniało drewnem i książkami. Sergiuszowi zdawało się, że wyczuwa także subtelny aromat alkoholu.
Jedynym światłem, jakie padało na wyłożone ciemną boazerią ściany i sufit, był blask płonącego kominka. Na jego tle odznaczały się kontury okrągłego stolika i dwóch foteli, z których jeden był zajęty przez wysokiego i szczupłego mężczyznę w szatach czarodzieja. Nic więcej nie dało się o jego wyglądzie powiedzieć, gdyż twarz nieznajomego tonęła w mroku.
- Widzę, że dotarłeś. Zaproponowałbym ci coś mocniejszego na uspokojenie nerwów, ale za mały z ciebie kotek - odezwał się swobodnym tonem mężczyzna.
Sergiuszek przechylił głowę, próbując dostrzec jeszcze jakiś szczegół jego fizjonomii. Głos tego człowieka budził w Snape'ie mgliste i niewyraźne wspomnienia, których nie był jednak w stanie umiejscowić.
- Mam wrażenie, że cię znam - odezwał się wreszcie.
- Błędne wrażenie.
- A czy kiedyś cię poznam? - spytał zaczepnie.
- Wątpliwe. - W głosie nieznajomego zabrzmiała drwina.
Sergiusz uznał odpowiedź za niechęć do zacieśniania związków towarzyskich. Postanowił wobec tego zostać tam gdzie stał i od razu przejść do sedna sprawy.
- Mam coś zrobić, prawda?
- Inteligentny dzieciak - pochwalił go nieznajomy. - Zerknij więc w drugą stronę. Tych kilka maszkar zajmuje mi całą ścianę i okropnie psuje wystrój, nie wspominając nawet o humorze. Jak widzisz, są w różnych barwach. Wybierz kolor, który najbardziej ci pasuje. Następnie podejdź do upatrzonego wytworu partactwa rzeźbiarskiego i zanurz mu rękę w gardzieli. Znajdziesz tam swoją nagrodę. Życzę miłej zabawy.
Sergiuszek przyjrzał się z powątpiewaniem szeregowi wyjątkowo paskudnych posągów chimer. Wyglądały realistycznie. Nawet nieżywe, miały widoczną ochotę, by go zeżreć.
- Wszystko jedno, który kolor wybiorę?
- Nie.
- A jak źle wybiorę?
- Odgryzie ci palce.
Snape przełknął nerwowo ślinę. Nie zdawało się, by nieznajomy sobie żartował. Wprost przeciwnie, jego głos brzmiał śmiertelnie poważnie.
Sergiusz odetchnął głęboko i ruszył naprzód. Zdecydowanie, „coś mocniejszego” bardzo by się przydało. Nad wyborem koloru nie zastanawiał się ani chwili. Jedną z rzeczy, które odziedziczył po ojcu było płomienne uczucie, jakim obdarzał czerń.
Chimera szczerzyła się niczym hiena przed obgryzieniem padliny. Jej okrutne oczy patrzyły na Sergiusza z wielowiekową nienawiścią.
- One na pewno są martwe? - zapytał chłopak, niezbyt chętny do wsadzania jakiejkolwiek części swojego ciała pomiędzy dwa rzędy iglastych zębów.
- Ponoć tak. Ale nawet jeśli nie, to teraz jest ranek, a one nie ożywają przed zmrokiem.
- Dzięki za pocieszenie.
Sergiuszek zacisnął na wszelki wypadek powieki i jednym ruchem wsunął dłoń do gardzieli czarnego potwora.
- Nic nie czuję! - poskarżył się.
- Śmiało, chłopie! Do żołądka!
- Próbuję…
- Może zaklinowała się w dwunastnicy?
- Zaraz! Rzeźby chimer NIE MAJĄ dwunastnicy!
- Nie panikuj. Przecież mówię, że do wieczora daleko...
- Czy nieożywione chimery mogą wymiotować? Bo tej się chyba zbiera.
- ...Co prawda, my tutaj mamy Noc Polarną...
- JEST!
Rozdygotany Sergiuszek błyskawicznie usunął dłoń z przewodu pokarmowego maszkary. W kurczowo zaciśniętych palcach trzymał figurkę czarnego gryfa.
- Doskonale. A teraz zmiataj.
Ponowne szarpnięcie w okolicach brzucha i oto wylądował przed drzwiami swojego dormitorium. Wciąż chwiejąc się lekko, nacisnął klamkę i wszedł do środka.

**

- Cześć. Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść - rzucił sentencjonalnie Sergiuszek, machając przed nosem czarniawego figurką gryfa. Już zamierzał paść bez życia na swoje łóżko, gdy zatrzymała go ręka jednego z Egzekutorów.
- Murzyn jeszcze chwilkę zostanie - nakazał przebieraniec. - Nie chciałby przegapić komitetu powitalnego.
- Powitalnego? - Sergiuszek rozejrzał się po pokoju. Oprócz szczękającego zębami Stunepike'a i czterech Egzekutorów, nie było tu nikogo.
Gdzie się podziewał Mark?
Odpowiedź przybyła wraz z hukiem otwieranych drzwi łazienki. Do dormitorium połowicznie wbiegło, połowicznie przygalopowało coś potwornie pokracznego. Zdążyło dotoczyć się do środka pokoju, potknęło o chwost na własnym ogonie i uwaliło się jak długie na ziemię, tuż przed oniemiałym Snape'em.
Mark, który wszedł za owym czymś, możliwie dyskretnie zamknął drzwi.
- Sorry, stary - mruknął, bezradnie rozkładając ręce. - Usiłowałem go przytrzymać, ale ma za dużo... tego... koni mechanicznych.
- To... To jest Willis? - wydukał Sergiuszek, wybałuszając oczy na rozpostarte przed nim dziwo.
- Na to wygląda.
Nie wyglądało. Domniemany Gryfon posiadał w tej chwili, prócz owadzich czułków, także koński kuper, krowie kopyta, lwi ogon, żabie przednie kończyny, rybie oczy, ptasi dziób zamiast nosa i uszy pekińczyka. Pełen przekrój ewolucji.
- Ooo - powiedział wyraźnie zakłopotany Snape. - Nie wiedziałem, że to aż tak źle działa. Jak mi to dawali, powiedzieli, że ofiarom może wyrosnąć jedna lub dwie dziwne rzeczy, ale żeby tyle? Chyba należą mu się przeprosiny.
- A co to w ogóle jest? - zapytał konfidencjonalnym tonem czarniawy.
- Pastylki „Trochę tego, trochę owego”. Z WWW. W sprzedaży oficjalnie dopiero za pół roku, jak przejdą testy końcowe - mruknął półgębkiem Sergiuszek.
- Tak właśnie myślałem. Ile to trwa?
- Według braci Weasley'ów przechodzi po około dwunastu godzinach.
- CO? - ryknął nagle Willis, podnosząc się niezdarnie do pozycji stojącej. Jego rybie oczy były wytrzeszczone, a w kącikach ust pojawiła się piana. - Ty śliski, śmierdzący, ślizgoński gadzie! - kropelki śliny poleciały w kierunku Snape'a, który przezornie odsunął się z zasięgu żabich łap. Kopyta zastukały po podłodze, gdy Willis, z rybim mordem w oczach, natarł na pośpiesznie wycofującego się Sergiuszka.
- Rozszarpię cię na strzępy, garbatonosa chimero! Tak ci obrobię buźkę, że nawet twój tatuś ujdzie przy tobie za Miss Świata! ROZUMIESZ, SNAPE?
- Taak, koński tyłku? To uważaj na resory, bo wpierw będziesz miał do czynienia ZE MNĄ!
Mark, który niespodziewanie zjawił się obok Sergiusza, celnie wymierzonym kopniakiem posłał maszkarę na ziemię. Willis zarył dziobem w dywan i zamarł, wpatrzony w Gryfonów.
- Jak ja mu... - wysyczał mściwie Mark, ale zamilkł, powstrzymany uniesioną ręką przyjaciela. Czarne, nieruchome oczy Snape'a zdawały się wywiercać dwie dziury w ślepiach Willisa, którego zapał bojowy jakby trochę oklapł. Czwórka Egzekutorów przyglądała się scence z wyraźnym rozbawieniem.
- No dobra - powiedział powoli Sergiuszek. - Jesteś straszny cham, Willis, ale położę to na karb twoich problemów z osobowością. Chyba tym razem dam ci to antidotum.
Sięgnął do lewej kieszeni i położył na żabiej łapie małą, białą kuleczkę. Willis zezował na nią przez chwilę nieprzyjaźnie, aż wreszcie chwycił ją w usta i połknął. Po chwili na purpurowym dywanie klęczał najzwyklejszy chłopiec.
- Nareszcie! - jęknął, przyciskając ręce do twarzy. Jego oczy zaszkliły się łzami, które z całych sił próbował ukryć. Gdy przekonał się, że rzecz jest z góry skazana na niepowodzenie, kilkoma susami dopadł swojego łóżka i skrył się za zasłoną.
- Nienawidzę cię, Snape! - warknął z ukrycia.
- Żałosne - stwierdził Sergiuszek z niesmakiem, jednak na tyle cicho, by Willis go nie słyszał.
- Niezłe przedstawienie - odezwał się czarniawy, uśmiechając się chytrze. - Masz tego może więcej?
- Jasne. To akurat była wersja zwierzęca. Inne są dużo gorsze.
- Naprawdę? - oczy lwa rozbłysły. - Jak tylko pomyślę, że pewnej osobie mógłby wyrosnąć kredens na głowie... Słuchaj, zróbmy tak. Ty nam podrzucisz parę tych cudeniek, a my nic nie widzieliśmy. W razie, gdyby twój kolega sypnął, będziemy cię kryć. Umowa stoi?
- Stoi. - Snape skinął głową.
- Dobra! Gdzie kolejna ofiara? Niejaki Chester Stunpike! - zawołał Egzekutor z listą.
- Tutaj. - Mark wskazał na kawałek wystającej spod łóżka stopy.
- Wyłaź, Stunpike i stawaj do testu! - zagrzmiał Egzekutor.
- A nie ma już tego stwora? - spod kapy wyłoniła się rozczochrana głowa Chestera i rozejrzała niespokojnie po pokoju.
- Spacyfikowany - potwierdził Sergiuszek.
- Uff! - sapnął Chester, gramoląc się na światło dzienne. - Jestem z wami, chłopaki! - zapewnił pośpiesznie.
- Jak rany! - wykrzyknął Sergiuszek, łapiąc się za głowę. - Czy ja jestem cholerna Wielka Inkwizycja?
- Nie, po prostu Snape - wymamrotał czarniawy, uśmiechając się tak jakoś fatalistycznie.

**

- "Żeby dowiedzieć się, jakie zadanie czeka cię w drugiej części testu, zastukaj różdżką w figurkę gryfa" - powtórzył po raz dziesiąty Mark, przyglądając się z namysłem swojej nagrodzie. - Normalnie się boję. Po tym, co spotkało mnie w pierwszej części...
- Najgorsza była nieożywiona chimera - przytaknął Sergiuszek. - Przysiągłbym, że miała odruchy wymiotne.
- Coś ty! To było najłatwiejsze, wystarczyło wyciągnąć figurkę z pyska. A ten facet był strasznie miły. Chciał mnie nawet poczęstować pierniczkiem.
- Ty nie musiałeś wkładać jej ręki aż do dwunastnicy.
- Najgorsze były robale. Kiedy zaczęły mi włazić na głowę, myślałem, że za chwilę zmienię się w takiego wielkiego robala. Jak w "Archiwum X". Pokryję się śluzem, potem wyrosną mi odnóża i chitynowy pancerz…
- Błe! - Chester wzdrygnął się.
Siedzieli we trójkę na łóżku Sergiusza, delektując się zwycięstwem i czekoladowymi żabami. Trafili do tej pory na dwóch Harrych Potterów, Dumbledore'a, Nimue, Alastora Moody'ego oraz Petera Claytona, którego jedyną zasługą dla ludzkości było wynalezienie zaklęcia piorącego i, przy okazji, Myślodsiewni. Każdy z chłopców trzymał w ręku figurkę gryfa, spoglądając na nią z obawą i zastanawiając się, co czeka go w najbliższej przyszłości. Pierwszym odważnym okazał się Mark.
- Dobra, ja to zrobię. Na trzy. Raz, dwa, trzy!
Różdżka stuknęła w porcelanę i w tym samym momencie figurka zaczęła się rozmywać i zmieniać kształt. Po chwili na kolanach Marka leżała sporych rozmiarów płaska paczka z doczepioną do niej karteczką.
- "Zawieś ją na szczycie Wieży Astronomicznej, na właściwym dla niej miejscu, ku chwale założycieli Hogwartu." - przeczytał Mark. Zaciekawiony, rozerwał paczkę. Wypłynął z niej na łóżko jedwab w pięknym kolorze ciemnej zieleni.
- Flaga Slytherinu? - zapytał Sergiuszek, nachylając się nad materiałem.
Tak, ale cóż to była za flaga! Centralne miejsce na zielonej płachcie materiału zajmowała srebrna patera, pełna zwiniętego w kłębek, wspaniałego, czarno-srebrnego boa. Żółte ślepia węża były martwe i makabrycznie wytrzeszczone, a w jego rozwartym pysku tkwiło rumiane jabłuszko. Ku górze sterczały, wbite w cielsko gada, nóż i widelec. Całość była otoczona stylizowanym napisem: "Nie łaskocz zdechłego węża".
-Ach! - westchnął wniebowzięty Mark, głaszcząc czule łeb gada. - Dzieło sztuki, miód i powidła!
- Pełna ekstaza - poparł go Sergiuszek, przyglądając się fladze z bardzo szerokim uśmiechem. - Delacroix i Picasso mogą się schować! Nie ma to jak dobra reklama hogwarckiej stołówki.
- I wyobraźcie sobie tylko, chłopaki, minę Ślizgonów, jak zobaczą TO powiewające na szczycie Wieży Astronomicznej w miejscu ich zwykłej flagi! Krzyki i zgrzytanie zębów! Może nawet urządzą strajk głodowy... Ale wtedy będzie już za późno, bo Dumbledore'owi za bardzo spodoba się nowy symbol Slytherinu.
- Taaa... - Sergiuszek uśmiechnął się tajemniczo. - Lećmy dalej, bo zaraz śniadanie. Chester?
- Fiolka z eliksirem. Tu pisze, żebym wlał to do puddingu. O rany, jak mam to zrobić?
- Banał. Trzeba tylko przysiąc skrzatom, że mieszanina nie wpłynie na smak potrawy. Dobra, kolej na mnie.
Sergiusz stuknął różdżką w figurkę. Oczom wszystkich ukazała się kolejna buteleczka z eliksirem, tym razem ciemnobrunatnym. Snape oderwał przyczepioną do szyjki karteczkę i przeskanował wzrokiem tekst. Poczuł, że robi mu się słabo.
- Do jasnej... To będzie masakra - wymamrotał, drapiąc się w nos. - Mam urządzić podczas obiadu żabi koncert z efektami specjalnymi. Czy wie ktoś może, jak się uczy śpiewać ryczące ropuchy?

**

Obiektywnie patrząc, Severus Snape był dzisiaj w wyjątkowo nieciekawym nastroju. Przez całą noc miał koszmary, połowicznie o Hermionie, zamykającej mu drzwi przed nosem (na dziesięć kłódek i pięć przekleństw), a połowicznie o zrzuceniu go ze szczytu Wieży Astronomicznej przez dwójkę upiornie uśmiechniętych Gryfonów.
Kiedy wreszcie się obudził, był tak roztrzęsiony, że podczas golenia trzy razy zaciął się brzytwą. Zapomniał umyć zębów (nie przerażała go już nawet wizja państwa Granger, szturmujących jego kominek i zaglądających mu przemocą do jamy ustnej przy użyciu całej masy miniaturowych narzędzi tortur). Nie uczesał się też, bo nie miał ku temu żadnej motywacji. W ostatecznym rozliczeniu przypominał wilkołaka tuż po pełni. Czarne strąki zwisały bezpłciowo wokół bladej i niewyspanej twarzy; jeden policzek był zarośnięty, drugi nie, ale za to wyglądał jak przeorany pazurami wściekłej bestii. Dodać do tego należało szyderczy grymas i otrzymywało się mieszankę zdolną wpędzić w pięty serce każdego Gryfona.
Severus rozważał nawet przez chwilę pomysł, by zabarykadować się na cały dzień w swoim apartamencie. Doszedł jednak do wniosku, że Gryfoni uznaliby to za przejaw tchórzostwa. A żaden Snape w historii nie był tchórzem. Wobec tego, narzuciwszy na siebie standardową szatę "pierwszego nietoperza Hogwartu", ruszył straszyć na korytarzach. Jego nastrój pogorszył jeszcze dodatkowo Filch, którego Severus zastał na zabijaniu drzwi swego gabinetu dębowymi dechami. Kiedy woźny zobaczył Mistrza Eliksirów, zaprzestał na chwilę systematycznego walenia młotkiem w drewno.
- Dzień dobły, panie płofesorze - wymamrotał przez sterczące mu z ust gwoździe. Snape przepłynął obok niego bez słowa, uśmiechając się jedynie z politowaniem. Tak jakby miało to powstrzymać jego syna...
Tuż przed nim do Wielkiej Sali wchodziła parka Puchonów. Oboje spojrzeli niespokojnie na framugę, zanim odważyli się przekroczyć próg.
Idioci, pomyślał Severus, krocząc pewnie w kierunku stołu profesorskiego. Jeszcze za wcześnie. Piekło rozpęta się dopiero przed obiadem.
- Ach, Severus! - zamruczała Minerwa, gdy tylko zdążył opaść na stołek. Dziś miała na sobie szatę w kolorze płomiennoczerwonym, a jej misterny kok podtrzymywały spinki w kształcie gryfów. - Popatrz na moje kociaki! Duma Gryffindoru! Piękny dzień się dziś zapowiada, nieprawdaż?
Snape obrzucił lwią zbieraninę nienawistnym spojrzeniem. Syn marnotrawny opowiadał o czymś Weasley'owi, mając przy tym tak konspiracyjną minę, że Severusowi mimowolnie przeszły po grzbiecie ciarki.
Wiedziałem, że ten Gryffindor go zdemoralizuje, pomyślał Mistrz Eliksirów.
- Wydaje się, że żaden psubrat nie odpadł w jedynce - wycedził Severus, odwracając wzrok z obrzydzeniem. - Cóż, dwójka jest ZNACZNIE cięższa...
- Szczególnie kiedy korytarze Hogwartu zabrzmią odgłosami polowania. Oho, to Mistrz Łowów Snape, wraz ze swym dzielnym psem Filchem i jednookim następcą pani Norris w odwodzie, wybierają się na Gryfonów! Drżyjcie kociaki, bo pardonu nie będzie, a wasze ogony ozdobią ścianę gabinetu profesora! Za pomyślne łowy! - Tu Hooch uniosła kielich do toastu. Większość kadry, ku irytacji Severusa, powtórzyła ten gest.
Snape nie raczył odpowiedzieć. Wśród nauczycieli była niepisana umowa, by nie przeszkadzać pierwszakom w wypełnianiu ich misji. Umowa jednak, przynajmniej według Mistrza Eliksirów, nie obejmowała ani jego, ani woźnego Hogwartu. Polowanie na kociaki było ich ulubioną rozrywką pierwszej soboty roku szkolnego. Nawet teraz, mimo ogólnej niechęci do zamku, nauczycieli, dyrektora, jedzenia, żony, seksu wraz z efektami, rodziny i świata jako takiego, Severus zaczynał czuć buzującą w żyłach adrenalinę. Pokaże tym smarkaczom, co to znaczy strach przed Snape'em! W dodatku w tym roku miał przynajmniej jednego godnego przeciwnika. A kiedy już złapie Sergiusza na gorącym uczynku, to udowodni mu, że zaiste źle zrobił, trafiając do Gryffindoru.
- Severus, przecież mówiłem, żebyś nie łaził w nocy po cmentarzach! - zapiszczał Flitwick, wyrywając Mistrza Eliksirów z krainy marzeń. - Znowu cię jakiś pijany ghul drapnął, prawda?
- Zamknij się, Flitwick, dobrze? - poprosił Snape.

**

- ...i dopóty nie ustawać w staraniach, dopóki misja nie zostanie zakończona sukcesem lub Snape mnie nie złapie. Tak mi dopomóż Godryk Gryffindor i Wielki Lew.
Sergiuszek opuścił dłoń i odszedł na bok, by ustąpić miejsca kolejnemu kandydatowi. Tuż przy kominku stał Mark, który w miarę upływu czasu był w coraz lepszym humorze. Otaczała go grupka ciekawskich Gryfonów, wciąż usiłujących wydobyć z niego szczegóły ślizgońskiej niespodzianki. Ale Mark milczał jak zaklęty, tylko promieniał jeszcze bardziej.
- Dobrze ci idzie, stary? - zapytał Sergiuszek, odbierając od przyjaciela ciężki wolumin w atramentowoczarnej okładce i sadowiąc się na jednym z foteli.
- Doskonale! - zapewnił go Mark z miną zdobywcy Ameryki. - Możesz być pewien, że po obiedzie cała szkoła wylegnie na błonia!
- A ty co, mały? Jaką to Snape'o-gryfońską mieszankę dla nas pichcisz? - zapytał znajomy piątoklasista, który nadal nosił na szyi swój szalik w lewki i wężyki.
- Śpiewającą, Zig. Śpiewającą - wymruczał Sergiuszek. Gryfon uniósł brwi w niemym geście zapytania, ale nos młodego Snape'a był już wycelowany w tekst. Tytuł dzieła brzmiał: "Magiczne instrumenty muzyczne i jak ich używać, by nie odgryzły ci głowy". Książka, prócz dokładnych instrukcji obsługi rozmaitego ustrojstwa, miała jeszcze jedną olbrzymią zaletę: jej czytelnik mógł poczuć się szczęściarzem, jeśli słoń nadepnął mu na ucho.
- No, dzielne kociaki! Czas ruszać! Przedpołudnie należy do was! - zakrzyknął czarniawy, czyli Główny Egzekutor. Snape wcisnął książkę do torby, machnął Markowi ręką na pożegnanie i wraz z tłumkiem pierwszaków ruszył w stronę wyjścia.
- Trema, Potter? - zadrwił na widok niepewnej minki starszej córki Harry'ego. Dziewczynka potrząsnęła głową.
- Dziś o północy. Pamiętam - rzuciła bez związku i pobiegła korytarzem. Sergiuszek wzruszył ramionami: osoby, która myśli jak Luna Potter, nie da się zrozumieć.
Jeśli ryczące ropuchy znajdowały się gdziekolwiek w okolicy zamku, to tym miejscem musiała być stajnia Hagrida. Półolbrzym trzymał tam nie tylko te zwierzęta, których, wedle nazwy obiektu, należało się spodziewać. Większość z nich była mu potrzebna do lekcji ONMS, przeznaczeniem niektórych było trafić na stół pracowni Eliksirów, zaś kilka gatunków dało się, bardzo oględnie, określić "projektem naukowym Hagrida". Sergiuszek więc bez wahania udał się w dół, w kierunku głównego wejścia. Ale już na schodach zatrzymał się gwałtownie: tuż przy żelaznych wrotach leżał średniej wielkości czarny mop. Z głębin mopa łypało na świat jedno, wielkie, żółte i złośliwe oko. Brak drugiego przesłaniała zawadiacka przepaska w kolorze trawiastozielonym. Etatowy kot Hogwartu i dumny następca pani Norris, pan Berry, ziewnął lekko.
Młody Snape nie zamierzał dać się zwieść temu pozornemu rozleniwieniu. Spojrzenie żółtego oka w sposób niepojęty i zapewnie magiczny sprawiało, że niecałą chwilę później biedna ofiara czuła już gorący oddech Filcha na karku. Sergiusz odwrócił się na pięcie z myślą o skorzystaniu z tajnego przejścia pod Bijącą Wierzbą i niemal wpadł na profesorkę zielarstwa.
- Panie Snape? - Kobieta popatrzyła na niego tak jakoś czule i Sergiuszowi nagle zrobiło się gorąco. - Czy w czymś mogę pomóc?
Pokiwał energicznie głową.
- Chcę wyjść na zewnątrz, ale ten kocur tam siedzi - wytłumaczył. - Boję się, bo pewnie zawoła Filcha, który zakuje mnie w kajdany i wrzuci do lochów na tygodniowe potępienie.
- Nic prostszego! - Sprout uśmiechnęła się promiennie i wyciągnęła zza paska pęk kluczy. Sergiuszek nie wiedział dlaczego, ale spoglądała przy tym znacząco w kierunku lochów. - Obok moich drzwi są drugie, prowadzące do wnętrza szklarni nr 3. Otworzysz je tym kluczykiem. Ten złoty obok jest natomiast do szklarni. I voila, już jesteś na zewnątrz!
Sergiuszek niemal nie udławił się własnym zdumieniem. Egzekutor podkreślił, że oprócz dwóch znanych łowców kociaków, ojca i Filcha, ciało pedagogiczne przymykało oko na wyczyny młodych Gryfonów. Ale żeby tak od razu pomagać?
No cóż, darowanemu testralowi w zęby się nie zagląda. Sergiuszek wymamrotał podziękowanie, chwycił klucze i pobiegł w dół. Kiedy skręcał w korytarz wiodący do Hufflepuffa, pan Berry uniósł włochaty łeb i zasyczał grobowo. Snape wyszczerzył zęby, znikając za rogiem. Tu nie znajdzie go nawet Filch.
Powietrze w szklarni było parne i aż ociekało zabójczą zielenią. Pod ścianami spały beztrosko krwiożercze pnącza, młode mandragory popiskiwały cichutko. Jakiś kwiat spożywał właśnie swoją kolację, jeśli sądzić po dobywających się z kielicha beknięciach. Sergiuszek, wstrzymując oddech, na paluszkach przedreptał przez szklarnię. Coś brunatnego obejrzało się za nim, ale na szczęście nie wszczęło alarmu. Gdy zamknął za sobą drzwi, odetchnął z ulgą.
Rzucił się biegiem przez błonia, o tej porze roku jeszcze pokryte soczystą trawą, choć delikatne pędy smoczego oddechu, zwanego przez co bardziej poetycko nastawionych czarodziejów jesiennym fiołkiem, już powoli zaczynały wynurzać się z murawy, zwiastując rychłe ochłodzenie. Wrota stajni Hagrida, długiej, wąskiej szopy nieopodal Zakazanego Lasu, były, o dziwo, zamknięte jedynie na zasuwę. Otworzyły się z łatwością. Hagrid musiał być niezdrowo ufnym facetem, skoro zostawiał swój przychówek na pastwę uczniów. Czysta lekkomyślność. Sergiuszek pokręcił głową w wyrazie głębokiej dezaprobaty. Wsunął się przez szparę w drzwiach do mrocznego wnętrza, przesiąkniętego zapachem słomy i hipogryfów.
Z pozornie pustego boksu dobiegło go przyjazne rżenie. Źrebak testrala. Tylko źrebaki cieszyły się na widok ludzi. Ojciec nazywał to atawistycznym zachowaniem. Po drugiej stronie kasztanowy hipogryf czesał dziobem sierść swego czarnego druha. Słoma zachrzęściła pod butami Sergiuszka i na ten dźwięk gigantyczny, kremowobiały pegaz poderwał głowę i wbił w Snape'a spojrzenie rubinowych ślepi, pełnych pierwotnej nienawiści.
W dalszej części kończyły się boksy i zagrody, a zaczynały mniejsze lub większe klatki. Ta zawierająca ryczące ropuchy stała tuż obok jeziorka z amazońskim krokodylem złotogubnym, którego ulubionym pożywieniem były złote samorodki i, okazjonalnie, poszukiwacze złota.
Sergiuszek rzucił na ziemię swoją torbę, przykucnął przed klatką i otworzył drzwiczki. W półmroku dostrzegł pięć par oczu, wytrzeszczonych w jego stronę.
- Ba... - rzekła pierwsza ropucha.
- Baa...
- Baaa...
- Cicho, ścierwa! - wysyczał Snape, chwytając pierwszą z brzegu. Wielkie, szare cielsko zachybotało niebezpiecznie w jego rękach, wytrącając go z równowagi. Sergiuszek zatoczył się i klapnął na tyłek. Pysk ropuchy niespodziewanie znalazł się tuż przed jego nosem.
- Ba...
- Jasny gwint i ciemna cholera! - zaklął chłopiec, gramoląc się spod ropuchy, siedzącej mu spokojnie na klatce piersiowej. Chwycił ją ponownie i bezceremonialnie cisnął na dno torby.
- Siedź tam cicho! - nakazał, rzucając jej najlepsze spojrzenie Snape'a.
- Ba...
Wreszcie zatrzasnął klamrę i założył torbę na ramię, stękając pod ciężarem płazów. Zaledwie jednak zdążył uczynić kilka chwiejnych kroków w kierunku wyjścia, już był zmuszony zrejterować za najbliższą klatkę. Oto bowiem drzwi stajni stanęły otworem i na tle wrześniowego nieba zamajaczyła się jakże dobrze znana sylwetka nauczyciela ONMS. Sergiuszek zacisnął zęby, starając się nie oddychać i modlił się do Apollina, by ten raczył powstrzymać muzyczne zapędy ropuch.
Kroki półolbrzyma zabrzmiały głucho po klepisku, zatrzymując się koło boksu z pegazem. Snape usłyszał chlupot przelewanej wody i długie "Hmmm" Hagrida.
- Wiesz co, Ogryzku? - mruknął nauczyciel. - Ja myślę, że ten ktoś, kto tu jest, zwróci do wieczora to, co zabrał, bo inaczej może mieć z nami naprawdę duże kłopoty...
Odpowiedziała mu cisza.

**

Sergiuszek ustawił ropuchy w rządku na stole szklarni nr 2 i opukał je po bokach, zgodnie z instrukcją obsługi. Zamglone ślepia, spoglądające na świat raczej mało inteligentnie i szare, workowate cielska... Płazy wyglądały na nie uszkodzone. Tyle że Sergiusz sam z siebie nigdy nie podejrzewałby ich o jakikolwiek talent muzyczny. Ale wierzył podręcznikowi.
Jeszcze raz dla pewności przekartkował rozdział "Programowanie ryczących ropuch”. Odchrząknął, by zwrócić na siebie uwagę płazów (nawet nie drgnęły) i zastukał linijką w blat.
- Dobra. Nie krępujcie się.
- Raz...
- Dwa...
- Trzy...
- Cztery...
- Pięć...
- Próba mikrofonu!

- Okej. - Sergiuszek chwycił środkową ropuchę i przestawił ją na początek. - Sopran idzie pierwszy. Teraz... hm... Nie znam żadnej stosownej piosenki. Może... Zaśpiewajcie coś szkolnego!
Wszystkie pięć szerokich pysków jak na komendę otworzyło się i zaczęło równym chórkiem:

Łoj, Boże, dola! Dola niewdzięczna!
Łoj, dola, dola! Dola studencka!
Głowa nawala, w kieszeni goło!
Łoj, było w weekend bardzo wesoło!


- Starczy! Starczy! - wrzasnął Sergiuszek, trzepiąc linijką w blat, aż w powietrze pofrunęły kawałki plastiku. Gdy w szklarni zrobiło się cicho, odetchnął z ulgą i sprawdził, czy uszy nadal ma na miejscu. - Słuchajcie... Może coś bardziej... ekhm... stonowanego?
Ropuchy gapiły się na niego przez moment tak intensywnie, jakby naprawdę poważnie zastanawiały się nad wyborem repertuaru. Kiedy Sergiusz poczuł, że nie wytrzyma tego ani chwili dłużej, ostatnia zaczęła grobowym basem:

Skończył naście lat
Gdy usłyszał o nim świat:
W lochach zamku pełnił straż.
Miał estymy w bród,
Każdy padał mu do stóp:
Pierwszy Ślizgon, władca nasz!

Czarnoksięska krew
Z innych czasów, wyższych sfer
Otulona w zwiewny płaszcz
Gdy mknął niczym znicz:
Na Gryfonów Boży Bicz,
Pośród murów lągł się strach...


- Nie, nie, kopnij mnie, złota rybko, bo śnię...
Sergiuszek zatoczył się na stół, trzymając się za brzuch i łzawiąc obficie. Ropuchy zamilkły, jakby czekając na dalsze polecenia.
- Po prostu genialne! Koniecznie muszę to sobie zapisać i odśpiewać na pięćdziesiąte piąte urodziny tatuśka... Będzie ZACHWYCONY! - Zerknął na siedzące spokojnie płazy i oprzytomniał. - Er... Myślę, że to zbyt osobiste. Macie może coś innego?
Ropuchy zastanowiły się jeszcze momencik, po czym zaśpiewały.
Idealne.

**

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 25.09.08, 11:59

**

Tymczasem, Pierwszy Ślizgon przygotowywał się do polowania. Przygotowywał nadzwyczaj starannie, gdyż zwierzyna była dziś płocha i wyjątkowo czujna. W kąt poszły peleryna i ciężkie buty: znaki markowe Mistrza Eliksirów. Zastąpił je strój bojowy.
Koszula i spodnie, czarne jak atrament.
Miękkie, wysokie obuwie marki Niesłysz, zaprawione dodatkowo zaklęciami wyciszającym, antypoślizgowym i antypotknięciowym.
Na wierzch jedwabna szata do połowy łydki, takoż czarna, ściśle przylegająca do ciała.
Skórzany pasek z kieszonkami na dwie różdżki, dziesięć fiolek z eliksirami i jeden nóż rzeźnicki.
Jeszcze tylko związać włosy, by nie zasłaniały widoku, i już. Zero powiewania.
Snape, z przetaczającego się korytarzem czarnego huraganu wściekłości i ujemnych punktów dla Gryffindoru, przeistoczył się w widmo i cień na ścianie. Cień równie zagadkowy, co zabójczy.
Choć w pokoju nie było nikogo, drzwi zamknęły się bezszelestnie.

**

- ... bajka o księciu zamienionym w wilka. Z trzema rogami, w tym środkowym z diamentu. A może to był kozioł? Znaczy, wilk, nie diament... Obaj mają rogi. Choć trzeba powiedzieć, że standardowy wilkołak...
- Daj spokój, Ava - poprosiła Sareczka, która już od dobrych pięciu minut nie słuchała mętnych wywodów przyjaciółki. Jej oczy błądziły po przechodzących korytarzem uczniach, starając się wyśledzić jakiegoś pierwszorocznego Gryfona. Na razie dostrzegła tylko ze trzy lwopodobne maszkary, czające się za rogiem. Kociaki jakby rozpłynęły się w powietrzu. - To był smok, rozumiesz? Nie wilkołak, nie tryk, nie żaba zamieniona w księcia, tylko smok. Zębiasty i ziejący ogniem. A smoki są głupie. Jak ten cały sen.
- W legendach są mądre. Skąd wiesz, że to nie jest jakiś legendarny smok?
Sara wzruszyła ramionami. Szczerze powiedziawszy, średnio ją to obchodziło. Dawno już zapomniałaby o dziwacznym śnie, wkładając go między marzenia o lataniu, a koszmary o gonieniu jej przez grządkę brokułów (matka kochała te warzywa upartą, nieodwzajemnioną przez resztę rodziny miłością), gdyby nie dziwaczny upór mitologicznej pasjonatki, Avy. Ciągłe szukanie symboliki tego, co wedle jej przyjaciółki było piekielnie ważną przepowiednią, zaczynało już ją nużyć.
Obie dziewczyny wracały z biblioteki, gdzie spędziły pracowitą godzinę, pisząc wypracowanie z Eliksirów. Sareczka poinstruowała Krukonkę, jakie dokładnie wymagania ma jej ojczulek względem uczniowskich wypocin (absolutna perfekcja gramatyczno-ortograficzna, zero kleksów, zakreśleń i śladów po czekoladowych żabach, wnikliwe przestudiowanie tematu z przynajmniej pięćdziesięciu tysiącstronicowych grimoire'ów i błyskotliwa konkluzja). Sama jednak nie mogła oprzeć się pokusie pomylenia lewkonii z konikiem morskim. Uznawszy zaś, że to za mało, napisała trzy razy pod rząd "trócizna", potem zaś dwukrotnie "trucizna", na koniec zaś dołączyła urocze postscriptum, iż według licznych źródeł literackich wyraz ten ma dwojaką ortografię.
W tej właśnie chwili dotarły do Holu, względnie pustego. Czas było się pożegnać.
- No to cześć, do jutra. I nie zapomnij o szmince!
- Nie zapomnę, nie zapomnę. Choć skóra mi cierpnie, a włos się jeży na myśl, do jakich celów ona posłuży - prychnęła Sareczka. - Jak dla mnie, to jest bezczeszczenie uczciwego kosmetyku.
- Pentagramy najlepiej kreśli się różową. Pamiętaj!
Sareczka przewróciła oczami, mając na końcu języka jadowity komentarz na temat osób, które nawet ust nie potrafią sobie umalować. Ale po namyśle zrezygnowała. Ava pomachała jej ręką i znikła na schodach prowadzących do Domu Ravenclawu. Sareczka została sam na sam z sardonicznymi myślami o smokach uwięzionych w różowych pentagramach.
Już miała udać się w kierunku lochów, kiedy zatrzymał ją dziwny ruch w końcu korytarza. Odwróciła się w pół kroku, jej oczy zwęziły się lekko wypatrując intruza...
Szczupły kształt wysunął się z jednej z niszy między zbrojami i przemknął na paluszkach przez środek Holu. Dopiero po chwili dziewczynka rozpoznała w nim swojego brata, uginającego się lekko pod ciężarem bardzo wypchanej torby. Na jej twarzyczkę wypłynął snaperski uśmiech numer pięć.
- Uważaj, braciszku! - huknęła, zwinąwszy dłonie w trąbkę. - Snape na dziewiątej, Filch na dwunastej! Pozycja pana Berry'ego wciąż nieznana!
- Już znana! - warknął Sergiuszek, wyciągając oskarżycielski palec w kierunku Sareczki. Dziewczynka usłyszała ciche "Miaugrlp", co brzmiało trochę, jakby ktoś połykał wielki kęs niestrawnego jedzenia. Czarna kula kudłów przemknęła obok niej bezszelestnie i znikła na schodach prowadzących do lochów.
- Serdeczne dzięki, siostrzyczko! - rzucił jej brat przez ramię, wbiegając do Wielkiej Sali.
- Świnia z ciebie, wiesz? - wrzasnęła Sara. Odpowiedziała jej cisza i kilka zdziwionych spojrzeń.
- Zawsze najlepszy, zawsze ponad wszystko! Cholerny Gryfon! - wymamrotała. Kopnęła zbroję, która zdawała się z niej śmiać, po czym odmaszerowała w kierunku lochów.

**

Gdyby ktoś przebywał w tym momencie w jadalni Hogwartu, stałby się świadkiem interesującego zjawiska. Pięć sztuk szarych ropuszych cielsk z gracją baletnic unosiło się kolejno do góry, by zniknąć wśród malowniczych obłoków zaczarowanego sufitu. Komenderujący tym łabędzim lotem szczupły, czarnowłosy chłopiec przyglądał się odfruwającym ropuchom z miną naukowca. Gdy ostatnia zniknęła z jego oczu, odetchnął głęboko, wrzucił do pustej torby fiolkę po eliksirze i zatarł ręce.
- Reszta na obiedzie - mruknął.

**

W tym samym czasie Mark Prestine, uśmiechając się szeroko, wracał z Wieży Astronomicznej. Nadal czuł w żyłach buzującą adrenalinę. Wchodzenie na dach wieży po wysuwanej drabince okazało się emocjonującym zadaniem, nawet jeśli podejrzewał, że ochrania go mnóstwo zaklęć asekurujących.
Zawieszenie flagi, którą on i Sergiusz nazwali "flagą Domu Potrawki z Węża", zakończyło się pełnym sukcesem. Jej poprzedniczka spoczywała w obecnej chwili w torbie Marka. Kiedy szyderczy symbol załopotał na wietrze tuż obok flagi Gryffindoru, Mark, poczuł jak rośnie w nim serce. Nawet w tej chwili łezka rozpaczliwie tłumionego chichotu spłynęła mu po policzku...
- A cóż cię tak śmieszy, Prestine, jeśli można wiedzieć?
Mark wrzasnął. Coś, co przed chwilą było jednym z licznych cieni, błąkających się po ścianach korytarza, nagle zmaterializowało się w postać Najgorszego Koszmaru Gryfona (Módl Się Bo Godzina Twego Szlabanu Nadeszła). Koszmar pochylał się nad zmartwiałym Markiem w pełni swej przeraźliwej czerni i sadystycznego uśmiechu. Ostatnią funkcjonującą częścią umysłu chłopiec zdał sobie sprawę z licznych eliksirów przytroczonych do paska upiora i nagle przypomniał sobie coś, o czym Sergiuszek wspominał zaledwie przedwczoraj. Jego wzrok spoczął na fiolce z przezroczystą substancją.
Tylko nie Veritaserum! Wszystko, tylko nie to...!
- Prestine?
- Eee... ja, profesorze... Ja właśnie... Tego... Podziwiałem widoki! - wydusił z siebie purpurowy Mark. Jeśli Snape odkryje u niego tę flagę, to już po nim! Oczami wyobraźni ujrzał siebie, wypatroszonego i powiewającego na maszcie w miejsce flagi Slytherinu. W uszach Marka zabrzmiała piosenka śpiewana przez chórek piskliwych sopraników:
"Stary niedźwiedź mocno śpi!
Stary niedźwiedź mocno śpi!..."

Snape musiał chyba czytać w myślach, gdyż jego sokoli wzrok bezbłędnie skierował się w stronę torby Gryfona. Jedna czarna brew powędrowała do góry.
- Czyżby? - zapytał słodkim głosem Mistrz Eliksirów. - I do tego jest ci potrzebna torba?
- Mam tam... lornetkę! I kompas, i dużo map, i siemię lniane dla kana... dla gołębi! - wypalił Mark, zdumiony własną pomysłowością. Niestety, to nie wystarczyło, by zniechęcić profesora.
- Naprawdę? Pokaż, chciałbym zobaczyć... - Snape wyciągnął rękę rozkazującym gestem. Mark cofnął się odruchowo.
"My się go boimy! My go nie zbudzimy!
Jak się zbudzi to nas zje!..."

- Ja...
- Nie mogę pozwolić, by uczniowie nosili po szkole przedmioty niebezpieczne dla życia. Pokaż!
"Pierwsza godzina: niedźwiedź chrapie..."
Mark zachłysnął się powietrzem i cofnął kolejne dwa kroki. Bardzo poważnie zaczął rozważać możliwość ucieczki. I właśnie kiedy już, już miał zamiar odwrócić się na pięcie i czmychnąć, jedne z drzwi znajdujących się tuż obok uchyliły się i wyjrzała zza nich profesor McGonagall.
- O, Severus! - ucieszyła się. Niemal równocześnie, na chwilę krótszą niż tchnienie, w czarnych głębinach oczu Snape'a rozbłysły mordercze światełka. Odwrócił się i skinął głową koleżance.
"Druga godzina: Niedźwiedź sapie..."
- Tak, Minerwo? - zapytał jadowicie. - Jak widzisz, jestem w tej chwili ODROBINĘ zajęty...
- Tak dobrze cię znowu widzieć, przyjacielu! - zaświergotała McGonagall, nie zwracając uwagi na skamieniałego Marka. Wysunęła się zza drzwi i uwiesiła na ręce nagle pokraśniałego Mistrza Eliksirów. - Wiesz, jak bardzo brakowało mi naszej cotygodniowej herbatki? A ty w ten czwartek tak po prostu o mnie zapomniałeś! Wstyd, Severusie, wstyd! No cóż, nie ma lepszej pory, by to odrobić, niż teraz! Jedyny tydzień, kiedy nie jesteś zasypany lawiną wypracowań... Wchodź do środka, nie pozwól dłużej się prosić!
- Ale... Minerwo! - wydukał biedny profesor. Prawdopodobnie dziwaczne zachowanie McGonagall zbiło go z tropu znacznie bardziej niż Marka, gdyż najwidoczniej zapomniał języka w gębie. - Ja tu... ja mam...
Z braku słów wskazał palcem gapiącego się na zjawisko Gryfona.
- Dzień dobry, panie Prestine! - McGonagall uśmiechnęła się. - Piękny dziś dzień mamy, prawda?
- Eee... Dobry, psor... - wymamrotał chłopak.
- To świetnie! - kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej, po czym niemal siłą zaciągnęła Snape'a do swojego apartamentu. Gdy drzwi zamknęły się za nimi z trzaskiem, Mark poczuł się jak balon, z którego ktoś nagle wypuścił całe powietrze. Jęknął i oparł się o ścianę.
- Nigdy więcej... - wyszeptał, choć sam dokładnie nie wiedział, co ma na myśli. - Nigdy więcej...
"Trzecia godzina: niedźwiedź... zapędzony do klatki i odwieziony do miejskiego ZOO."

**

- Gniew, Bogini, Filcha sław obfity w szkody
Co zsyła miotły razy na Gryfów narody!...
- ZAMKNIJ SIĘ, IRYT! - ryknął woźny Hogwartu, grożąc duchowi wyżej wspomnianą miotłą. Był to najnowszy model, BM386, zwany pieszczotliwie "Małą Strażniczką Cnoty", z chromowanym kijem i hartowanymi witkami. Świetnie nadawał się do czyszczenia zakurzonych korytarzy, a jeszcze lepiej do garbowania skóry uczniom, złapanym na łamaniu regulaminu. Gryfon, który dostał w tyłek taką miotłą, dobrze się namyślał, zanim drugi raz spróbował narazić się Filchowi. Szkoda jedynie, iż cudowna pod każdym innym względem, miotła nie działała na duchy.
Filch miał wrażenie, że Irytek jest w zmowie z pierwszorocznymi Gryfonami. W każdym razie robił możliwie wszystko, by przeszkodzić woźnemu w upolowaniu któregoś z psubratów. Filch podejrzewał, że już połowa szkoły zna jego dokładną lokalizację. A tymczasem z sygnałów, wysyłanych przez niezawodnego pana Berry'ego, wnioskował, że sprawa jest szczególnie delikatna i potrzebuje natychmiastowej interwencji.
Tak, Filch uważał się za coś w rodzaju miejscowego uzdrowiciela. Leczył Hogwart z dolegliwości, spowodowanych przez szczególnie złośliwy gatunek kocich pcheł.
- Jakaś pchełka się tu schowała? - wymruczał, dostrzegając uchylone drzwi do Wielkiej Sali. - Za chwilę otrujemy pchełkę...
- Filch na tropie! Olaboga!
Już Gryfoni węszą wroga!
Wielka miotła, dzikość w oku!
Aż strach spotkać go po zmroku! - zawył Irytek, kręcąc piruety pod sufitem. Filch wysyczał przez zęby kilka ohydnych przekleństw i wparował do Wielkiej Sali.
- Mam cię, ty...!
Zatrzymał się w pół kroku. Pomieszczenie było całkowicie puste. W całej, ogromnej komnacie nie istniała nawet jedna skrytka, do której mógłby się wcisnąć zabłąkany Gryfon, więc Filch skonstatował z żalem, że psubrat zdążył już uciec. Po chwili jednak bystry wzrok woźnego dostrzegł na ławie Slytherinu małą kałużę brunatnej cieczy.
Dowód zbrodni.
Wziął odrobinę na palec i powąchał. Nie pachniała jak pozostałości po łajnobombach czy którykolwiek z wytworów firmy WWW. Musiał to być więc eliksir. A z eliksirami należało udać się do...
W tym momencie poczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego.
Coś strasznego.
Ścisnął kurczowo miotłę.
Wrzasnął.

**

W połowie korytarza, mniej więcej na poziomie gabinetu Snape'a, Sareczka zorientowała się, że nie ma najmniejszych szans na dostanie się do Domu Slytherinu. Przed gobelinem pokutowała pielgrzymka Ślizgonów, która najwyraźniej miała ten sam problem. Parę celnych razów łokcia i podeptanych stóp później dziewczynka zdołała dojrzeć, że towarzystwo wpatruje się w rozłożony na kamiennej posadzce kasztanowy dywan, przedstawiający gigantyczną tarantulę, pożerającą zwłoki szczura. Jakoś nikt nie kwapił się, by podejść bliżej i sprawdzić potencjalną szkodliwość przeszkody. A szkodliwość musiała istnieć. Sara mocno wątpiła w to, by Filch uznał nagle, że lochy są zimne, ponure i potrzebują ciepłego akcentu.
- Piekielne gryfońskie kurduple! - wymamrotał jasnowłosy Ślizgon, stojący w pierwszym rzędzie. - I co tym razem? Gdyby nie Dumbledore, już dawno ukręciłbym im łby!
- Czysta bezczelność! - warknęła jakaś piątoklasistka. - I to w biały dzień! To niesłychane, żeby kadra nauczycielska tolerowała takie...
- Zamknij się, Christine - poradziła jej łagodnym głosem prefekt Slytherinu, wysuwając się do przodu. Wściekłe pomruki Ślizgonów umilkły. - A ty, Hunt, umiesz tylko mleć jęzorem, całkiem jak baba. Nie widziałam cię jeszcze na żadnej akcji. Czy nie mam racji, Hunt? Rusz się lepiej do przodu i zlikwiduj tę piekielną niespodziankę, którą upichciły nam zapchlone kocury.
Jasnowłosy wysyczał coś w odpowiedzi i schował się w tłumie. Prefekt nie zaszczyciła go już ani odrobiną uwagi. Przez chwilę spoglądała z zamyśleniem na dywan, by wreszcie podnieść wzrok.
- Nie ma rady - odezwała się. - Trzeba wezwać profesora Snape'a, inaczej będziemy tu stać wiecznie. Kto na ochotnika?
Brak strzelających w górę rąk dobitnie świadczył o entuzjazmie uczniów. Prefekt westchnęła boleśnie i powiodła oczami po tłumie. Jej wzrok wreszcie spoczął na Sareczce.
- Mała, skocz po tatusia. - Lekko proszący ton starszej dziewczyny wskazywał, że ona też nie ma najmniejszej ochoty na bliższe kontakty trzeciego stopnia z Pierwszym Ślizgonem. Sareczka zmarszczyła groźnie brwi i skrzyżowała ręce.
- A dlaczego ja? - zapytała zaczepnie.
- Bo tu panuje prawo dżungli - wyjaśniła jej jedna z szóstoklasistek. - Ten idzie, kto ma większe szanse przeżycia.
- Moje zmniejszyły się drastycznie w ciągu ostatniego tygodnia - odparła Sareczka z sardonicznym uśmieszkiem. - I zdaje mi się, że to Prefekt jest od tego typu spraw.
- Mała, chyba nie chcesz się obudzić w łóżku pełnym karaluchów? - warknął jakiś bardzo zniecierpliwiony chłopak. Sara rzuciła mu pełne wyższości spojrzenie.
- A chcesz się w ogóle obudzić? - zapytała.
- No dobra, widzę, że nie ma rady - Prefekt powstrzymała władczym gestem zdenerwowanego chłopaka, który wyraźnie miał ochotę pokazać młodej Snape, kto tu rządzi. - Daj sobie luzu, Kev. Zdążysz do kibla. A ty, mała, jeśli dobrze się sprawisz, zobaczysz coś BARDZO ciekawego.
- Co takiego?
Prefekt uśmiechnęła się lodowato, pochyliła się nad dziewczynką i wyjaśniła jej szeptem, co miała na myśli. Oczy Sareczki rozbłysły jak dwa diamenty.
- No to idę - powiedziała.

**

Severus Snape podniósł głowę z nad umywalki i, zafascynowany, przyjrzał się swemu odbiciu. Skóra zmieniła kolor z pistacjowego na grafitowy. To wyglądało nieco lepiej w zestawieniu z czernią jego oczu. Miał takie wielkie, czarne latarnie, piekielnie czarne, jak sama Śmierć, albo...
Jęknął przeraźliwie i ponownie wsadził głowę pod kran, odkręcając kurek z lodowatą wodą na maksimum. Zimny prysznic chlusnął na włosy Severusa, ściekając strumykami po obu stronach twarzy. Snape westchnął z ulgą czując, jak powraca mu jasność myśli.
- Ty nawalony kretynie - zbeształ się łagodnie.
- Za dużo się wypiło, prawda? - wymruczało współczująco zwierciadło. Snape zakręcił kran, wyprostował się i uśmiechnął upiornie.
- A żebyś wiedział.
Severus jeszcze nigdy w życiu nie wypił tyle herbaty.
Kiedy w czarnej desperacji opróżniał ostatnią filiżankę do porcelanowego kota na przybory do pisania, już od dłuższej chwili dziwacznie kręciło mu się w głowie, zaś żołądek domagał się rychłej wizyty w toalecie. Tymczasem McGonagall miała tak szklane oczy i głupawy uśmiech, że Snape zaczął poważnie zastanawiać się nad właściwościami halucynogennymi herbaty.
- Muszę iść, Minerwo - wymamrotał w poły szaty, po czym wstał z krzesła i trzymając się za brzuch, ruszył w stronę drzwi. Drzwi tańczyły mu walczyka przed oczami. Czuł, jak zawartość jego przewodu pokarmowego agonalnymi ruchami sunie nie w tę stronę, którą przewidziała natura...
- A co, Sevvie batki nie lubi? - wymruczała profesorka, opierając brodę na dłoniach. - Sevvie nie zosthawi mnie shamej...
- Minerwo! - jęknął Mistrz Eliksirów. Zatoczył się i oparł na klamce. Klamka była twarda. - Co ty, cholera, dodałaś do tej herbaty?
- To nie herbatha, ty hłuptahu, tylho hocimiętha... Tahi łahodny narhotyh... Co ci, Sevvie?
- G-gulp...
Severus, z całej siły przyciskając dłonie do ust, pokonał drogę do najbliższej łazienki w rekordowym czasie sześciu i pół sekundy.
Na szczęście próba podstępnego znarkotyzowania Mistrza Eliksirów spełzła na niczym. Dobrze, że McGonagall nie wiedziała, iż żołądek Snape'a nie toleruje kocimiętki. Niecałe dziesięć minut później, z pustym żołądkiem, paskudnym posmakiem w ustach i znacznie gorszym humorem, Severus ruszył w teren. Miał nadzieję złapać jeszcze jakiegoś gryfońskiego marudera, choć szanse były nikłe.
Cztery osoby. Już dawno nie osiągnął tak marnych wyników polowania. Zwykle zgarniał, z niewielką pomocą Filcha, jakieś siedemdziesiąt procent. Do licha, cztery osoby to za mało, by przez tydzień wypolerować posadzki na pierwszym piętrze. Woźny Hogwartu znowu będzie niezadowolony i pewnie zwali winę na Severusa, spleśniały strach na wróble.
I nigdzie ani śladu Sergiusza. Myśl ta wzbudzała w nim dziwaczne i poplątane emocje, których nawet nie zamierzał analizować. Snape przykleił się do muru i cicho niby duch ruszył przed siebie, mijając spacerujące grupki uczniów. Jeden z piątoklasistów drgnął i rozejrzał się niespokojnie. Jego wzrok przebiegł po sylwetce profesora tak obojętnie, jakby Severus był kolejnym, może odrobinę bardziej wystającym, ornamentem na zdobionej ścianie.
Pierwszy Ślizgon przedreptał na paluszkach schody i przystanął w rogu niewielkiej galeryjki. Zajrzał w głąb odbiegającego prostopadle mrocznego korytarza. Pusto.
- Widać cię.
Cała krew odpłynęła gdzieś w kierunku stóp Severusa, by powrócić na miejsce ze zdwojoną siłą. Purpurowy na twarzy, z czarnymi oczami zwężonymi w dwie szparki, odwrócił się na pięcie i stanął na wprost własnej córki. Dziewczynka wydawała się wcale nie przejmować kilogramami burzowych chmur, które zbierały się nad jej głową.
- SŁUCHAM?
- Mówiłam, żebyś nie męczył się tak strasznie, bo i tak doskonale cię widać - wyjaśniła Sara sucho. Jej spojrzenie powędrowało w dół postaci Snape'a, zatrzymało się gdzieś na wysokości jego kolan i gwałtownie powróciło w górę. Ślepia dziewczynki błyszczały.
- Skąd masz takie czaderskie ciuchy? Zapisałeś się do jakiegoś zespołu rockowego czy pracujesz na drugi etat jako skrytobójca?
Powietrze wokół nich gwałtownie zgęstniało, a za oknem rozległo się wycie wiatru.
- Masz też sztylecik do kompletu? Jak rany! Chciałabym taki strój na urodziny, tylko bardziej w stylu Lary Croft.
- Czy istnieje jakiś powód, dla którego muszę znosić twoją bezczelność - zaczął Severus złowrogim szeptem - czy powinienem może wysłać cię z miejsca do twojego dormitorium z tygodniowym szlabanem w prezencie? Jestem pewien, że ucieszy cię praca społeczna na rzecz szkoły w towarzystwie twoich kolegów z Gryffindoru.
- To są te moje przeprosiny, taak? - zapytała dziewczynka tonem oskarżenia.
- Nie wydajesz się godna jakichkolwiek przeprosin - prychnął Severus.
- Mama ci kazała, WIEM DOBRZE! - w głosie Sary zabrzmiała nutka tryumfu. Jej ojciec zacisnął szczęki tak mocno, że można było niemal usłyszeć trzask pękającego szkliwa.
- Tak, ale po tym, jak ty przeprosisz MNIE, klęcząc na grochu i recytując wszelkie przewinienia, jakie popełniłaś wobec nas w okresie tego roku. A jeśli będę miał najmniejszą choćby wątpliwość, czy mówisz prawdę, nie zawaham się użyć Veritaserum!
- Nic nie było o żadnym grochu! I mama napisała, że to TY masz być pierwszy, bo inaczej nie wpuści cię do domu aż do Bożego Narodzenia! - odgryzła się dziewczynka. - Podobno zabrała ci klucze...
Severus omal nie udławił się własną złością. Co za bezczelność! I jakim prawem Hermiona opowiada o takich rzeczach? Co prawda, mógł się równie łatwo dostać do mieszkania bez pomocy kluczy, ale to symboliczne ubezwłasnowolnienie uderzyło w niego jak obuchem. Własna żona dała mu w ten sposób do zrozumienia, że uważa go za nieodpowiedzialnego smarkacza.
- To chyba nie TWÓJ problem? - wycedził tonem, który mroził człowiekowi ciało aż do kości. - I źle zrozumiałaś. Najpierw chcę usłyszeć TWOJE przeprosiny i to na MOICH warunkach!
Dziewczynka obdarzyła swego rodziciela mrocznym spojrzeniem. Prze chwilę wpatrywali się w siebie bez słowa. Nagle na twarz Sary wypłynął na wpół wzgardliwy, na wpół ironiczny uśmieszek.
- Naprawdę mama dała ci w pysk?
Twarz Severusa Snape'a zbielała jak płótno. W sercu Sareczki zagrały fanfary. To była zemsta idealna.
- SARO SNAPE, WRACAJ TU NATYCHMIAST!
Ledwie słyszała krzyk ojca poprzez dudnienie krwi w uszach, kiedy gnała na złamanie karku w dół, po schodach. Minęła dobra chwila, nim rozległo się brzęczenie poręczy, zwiastujące, że Severus ruszył w pogoń. Miała jedynie nadzieję, że dzieląca ich odległość pozwoli jej na dotarcie do lochów. I że Snape przypadkiem nie wpadnie na pomysł użycia różdżki. Ostatkiem sił szmyrgnęła w tłum wybitnie zdziwionych Ślizgonów. Niemal na jej oczach zdziwienie owo transmutowało w autentyczne przerażenie, kiedy zza rogu wyłonił się Opiekun Slytherinu, z bladą twarzą, mordem w oczach i trzema krwawymi szramami na policzku.
- Gdzie ona jest? - wydyszał, zezując na pierwszego z brzegu Ślizgona.
- Dy-dywan? Tam, profesorze - zaszczękała nieszczęsna ofiara, wskazując palcem rozedrgany kierunek w głąb korytarza.
- Wypatroszę! - syknął Severus. - Przejście!
W jednej sekundzie w środku gromady Ślizgonów utworzył się szpaler wystarczający na przemarsz wojska. Kilka wgniecionych w ścianę osób zaprotestowało słabo. Snape prężnym krokiem ruszył do przodu.
- A frędzelki pan poobcina? - szepnął jakiś anonimowy dowcipniś.
Widok dywanu momentalnie rozjaśnił zamglony umysł Severusa. Profesor potrząsnął energicznie głową, jakby próbował wyrwać się ze szponów narkotycznego snu. Uczniowska populacja wpatrywała się w niego niczym w delficką wyrocznię.
- Co się tu dzieje? - zapytał sardonicznie. - Msza przebłagalna za wasze dusze?
- Nie, psorze. Mamy mały problem - wyjaśniła Prefekt. - Nie da się wejść do Domu Slytherinu. Nie da się też z niego wyjść. Zasadniczo, ruch drogowy w podziemiach zamarł. Jesteśmy, że tak to określę, uziemieni. Wszystko przez ten dywan.
Severus otaksował spojrzeniem niepożądany wytwór dziewiarstwa. Nie wyglądał na rzecz zagrażającą życiu, choć był wyjątkowo obskurny.
- I czekacie zbawienia Bożego, znaczy mojego? Nie da się tak zwyczajnie po nim przejść, albo go zrolować? Pan Filch jest w stanie udzielić wam stosownych wskazówek...
Prefekt potrząsnęła głową.
- Nic z tych rzeczy. To lwi dywan. Nieobliczalny. Parę osób już próbowało po nim przejść.
- I co? - Severus uniósł brew.
- Chodźcie tu bliżej! Tylko starajcie się nie upaść. - rzuciła dziewczyna. Gromada uczniów rozsunęła się, by umożliwić przejście sześciu osobom, mającym miny zbitych psów. Jedna z nich, mimo zaleceń Prefekta, zachwiała się i runęła na wznak tuż przed stopami Severusa.
Pierwszy Ślizgon patrzył na nich z mieszanką szoku, gniewu i niesmaku. W pierwszej chwili wydawało mu się, że idą do tyłu, ale zaraz potem zorientował się, że to nie do końca prawda.
To ich nogi szły do tyłu.
Od pasa w górę byli ustawieni we właściwym kierunku, czyli przodem do niego, ale kończyny dolne ofiar jakimś sposobem wykonały obrót o sto osiemdziesiąt stopni tak, że Snape widział ich łydki i pięty.
- I wy tu jeszcze stoicie? Marsz do skrzydła szpitalnego i nie pokazywać mi się na oczy, aż was nie naprostują! - rozkazał Severus, wskazując właściwy kierunek. - Tamtędy droga!
- Kiedy, psorze, my już próbowaliśmy! - poskarżyła się jedna z ofiar. Jej wielkie, kasztanowe oczy zaszkliły się i łzy jak grochy pociekły po jej policzkach. Severus musiał użyć całej siły woli, by nie wyciągnąć ręki i nie zetrzeć mokrych śladów.
Nienawidzę cię, Hermiono. Zobaczysz, jeszcze będziesz błagała o litość, pomyślał mściwie.
- No - przytaknął inny poszkodowany. - Madame Pomfrey powiedziała, że to jest czar temporalny, a takie o wiele trudniej odwrócić niż zaklęcia trwałe. Mogą wystąpić powikłania. I pocieszyła nas, że...
- ... przejdzie nam do kolacji.
Severus skinął głową i przybrał profesorską minę.
- Skoro więc jesteśmy bez świadków, powiem wam wprost, że to dla was dobra nauczka na przyszłość. To, że Voldemort pożegnał się z tym padołem łez nie znaczy, że nie istnieją na tym świecie rzeczy szkodliwe dla zdrowia. Szczególnie jeśli pochodzą one z Gryffindoru. Może wreszcie dotrze do tych waszych pustych łepetyn, by sprawdzić podejrzany przedmiot przynajmniej dziesięć razy, nim go dotkniecie. "Głupi Ślizgon, to martwy Ślizgon", jak uroczo podsumowałaby panna Watson. W porządku. Sześcioro poszkodowanych zostanie w swoich dormitoriach, skrzaty przyniosą wam obiad. A teraz niech jedno z was pójdzie do mojego gabinetu po purpurowy eliksir z trzeciej dolnej półki na prawej ścianie od drzwi. Rozpuszczę ten dywan. I odgryzę frędzelki.

**

- Sześć zadań wypełnionych na dziesięć? Człowieku, takiej frekwencji nie ma nawet David Copperfield! Nam się nie zdarzyła od jedenastu lat! - wykrzykiwał Paul Weasley, wymachując widelcem. - Cudotwórcy z was, czy po prostu ukatrupiliście prawdziwego Snape'a, a tamten który siedzi przy belferstole to jakaś udana replika? Bez obrazy, chłopie, ale twój stary to istny wyżeł na kociaki. Ma ultrawęch i laserowe spojrzenie. Nic mu nie umknie.
- To nie nasza zasługa, tylko McGonagall - wytłumaczył Mark, zaprzestając na chwilę obfitego puszczania oczek do swego sąsiada. - Odciągnęła sępa od padliny.
- Dosłownie - przytaknął Sergiuszek. Już od dłuższego czasu siedział nad pełnym talerzem i bębnił palcami po stole. Przygryzał też ze zniecierpliwienia wargę. Ale musiał czekać na swoją kolej.
- To będzie show - westchnął z rozmarzeniem Mark. - Na cztery żaby i pięć fajerek...

**

Bardzo nerwowa atmosfera, sącząca się od trzech pozostałych domów, nie omijała nawet stołu nauczycielskiego. Minerwa McGonagall, której już przeszła kocimiętka, nerwowo wodziła wzrokiem po Wielkiej Sali, jakby za chwilę miało do niej wtargnąć afrykańskie stado, zostawiając za sobą powszechne zniszczenie i nieśmiałe zgrzytanie zębów.
- Severus, mógłbyś się chociaż do obiadu ogolić - wysyczała w stronę swego sąsiada.
- I te paskudne szramy... - dorzuciła Sprout, zajmująca miejsce po ogolonej stronie Snape'a.
- Nawet własne dzieci się ciebie wstydzą - mruknęła Minerwa.
- Pff - oznajmił całemu nieprzyjaznemu światu Mistrz Eliksirów. Brwi zjechały mu niemal na nos, a usta wykrzywiała głęboka pogarda. Wyglądał jak wampir na odwyku. A jego myśli brzmiały: "Teraz zobaczycie, wy przemądrzali idioci, jakie wyniki daje ignorowanie tej upiornej gryfońskiej bandy. Teraz się przekonacie..."

**

Nie pozostawiono ich zbyt długo w niepewności. Ledwie wszyscy porządnie zabrali się do jedzenia, kiedy rozległ się znajomy szum skrzydeł.
- Listy! - wykrzyknął jakiś uradowany Puchon.
- Ta, lis...
Jego towarzysz zamilkł tak nagle, jakby przecięto mu gardło. Szum wyraźnie nasilał się, by w końcu dojść do poziomu nieznośnego hałasu. W dodatku przeplatanego dziwacznymi skrzekami i piskami, które w żaden sposób nie mogły wyjść z gardła szanującej się sowy pocztowej.
- Co, na Merlina... - wyszeptała McGonagall. Bladzi uczniowie rozglądali się dookoła w panice.
- Co to jest?
- Co?
- A ja wiem, do cholery?
- Ptak? Samolot? Rodrige trafiony przez tłuczek?
- Jaki jest koń, każdy widzi - rzucił filozoficznie Severus, unosząc kielich z winem. - Salut!
Dokładnie w tym momencie niebo za oknami gwałtownie pociemniało. Czarna chmura z przerażającą prędkością leciała w kierunku zamku... Nagle rozdzieliła się na kilka strumieni ciemnych ciał, które wpadły przez okna do wnętrza Wielkiej Sali i natychmiast zaczęły pikować.
- Nietopyrki! - rozległ się uradowany głos Hagrida, zagłuszony przez mrożące krew w żyłach piski dziewcząt, nurkujących pod stoły.
Zaś "nietopyrki" wykonywały swoją robotę. To znaczy: dostarczały korespondencję. Zwykle po kilka stworzonek na jedną. Brak znajomości adresata wyraźnie im nie przeszkadzał. Po prostu gromadziły się chmarą nad głową jakiegoś ucznia, który miał szczęście, jeśli przesyłka była listem. Kilkadziesiąt z nich wylądowało na stołach i, ku wyraźnej uciesze hogwarckiej braci, zaczęło pożerać zgromadzone tam jadło. Tymczasem przy stole nauczycielskim rozgrywał się inny dramat.
- Mam nietoperza we włosach! Moje włooosy! Aaaa! Weźcie to stąd! Wee-eźcie! Aaaa! - wyła Sprout, tańcząc polkę galopkę wokół własnego stołka. Potrząsała przy tym głową niby jeleń na rykowisku. Uwięziony nietoperz szarpał się rozpaczliwie, usiłując uwolnić się z obfitych pukli profesor Zielarstwa.
- Uspokój się, Sprout. Nie widzisz, że biedne stworzenie panicznie się boi? - upomniał ją Severus.
- Zeżre mi głowę! Zeżre mi głowę! - zakwiliła profesor Zielarstwa, nie zaprzestając dzikich podrygów. - Zdejmij to ze mnie!
- Właśnie, zdejmij to z niej! - poparła McGonagall, przezornie odsunąwszy się od swojej koleżanki.
Severus westchnął dramatycznie, wstał, posadził Sprout przemocą na stołku i kilkoma zręcznymi ruchami wyplątał nietoperza z koafiury profesorki. Małe, czekoladowe stworzonko skuliło się w zagłębieniu jego ręki i łypnęło na Severusa wytrzeszczonymi ze strachu, czarnymi ślepkami.
- Patrz, co też chciało ci zeżreć głowę - zadrwił, przysuwając dłoń pod nos profesorki. Reakcja była natychmiastowa.
- Aaaa! Weź to ode mnie! - wrzasnęła Sprout, unosząc rękę z wyraźnym zamiarem zmiażdżenia "nietopyrka". Snape błyskawicznie odsunął dłoń, po czym obdarzył profesor zielarstwa zdegustowanym spojrzeniem.
- Wiesz, to jest jedna z kilku rzeczy, których nie rozumiem w kobietach - oświadczył nagle Dumbledore.
- Kilku? Szczęśliwy z ciebie człowiek - zadrwił Severus i podsunął nietoperzowi pod pyszczek kawałek bekonu.

**

- A fe! Weź to ode mnie! - Lidia wykrzywiła się okropnie i odsunęła swój stołek od ławy. - Nie zjem teraz obiadu!
Sara przysunęła dłoń w stronę nietoperza, ale ten zaskrzeczał i wyszczerzył kiełki, chcąc ją ugryźć. Wzruszyła ramionami.
- Nie da rady - odparła i rzuciła znaczące spojrzenie w stronę stołu Gryffindoru.
Tymczasem, po drugiej stronie sali, grupka Gryfonów spoglądała z podziwem na Lily.
- Kobieto, ty jesteś genialna! - oznajmił z uczuciem Mark. - Mogę się z tobą ożenić?
- Drobnostka. - Lily uśmiechnęła się uprzejmie. - To było naprawdę łatwe, jeśli postępowało się według instrukcji. Oni już wszystko wcześniej przygotowali.
- Co ty gadasz! Moje zadanie było drobnostką w porównaniu z twoim! Ja miałem tylko wejść na głupią wieżę, gdy ty...
- Stop. - Potter uciszyła ich gestem. - Czas na finisz.
Podniosła dłoń do ust i dmuchnęła.

**

Ze stadem fruwających nad głowami nietoperzy nagle zaczęło dziać się coś dziwnego. Dotąd bezładnie rozproszone zwierzęta nagle zaczęły zataczać koła, coraz ciaśniejsze i ciaśniejsze. Te, które do tej pory urządzały sobie piknik na stołach, wkrótce także dołączyły do swoich towarzyszy. Powoli nietoperze utworzyły gigantyczny, odwrócony lej, którego wierzchołek początkowo sięgał zaczarowanego sufitu, następnie zagiął się i zaczął wysączać się przez jedno z okien.
- No leć, leć! - mruknął Severus, popychając delikatnie palcem swojego "nietopyrka". Stworzonko zaskrzeczało i popatrzyło na Severusa, jakby niezdecydowane. Snape uniósł dłoń nad głowę. - Leć!
Kolejny skrzek, trzepot skrzydeł i nietoperz wyprysnął w górę, znikając w wielkim leju. Kilka chwil później w Wielkiej Sali nie zostało nic prócz oszołomionych uczniów, rozbebeszonego jedzenia i uśmiechającej się z ulgą profesor Sprout.
Severus jeszcze przez moment patrzył na znikającą w oddali czarną chmurę.
- Severusie, na starość robisz się sentymentalny. I kto by pomyślał - zadrwiła McGonagall.
- Ja? Sentymentalny? - oburzył się Mistrz Eliksirów. - Minerwo, patrzysz na niewłaściwą osobę. A teraz przygotuj się lepiej, bo coś czuję, że część druga przed nami...

**

Sergiuszek, najdyskretniej jak potrafił, wyciągnął różdżkę z kieszeni szaty i uniósł jej koniuszek ku górze.
- Finito Leviosa!

**

Severus zauważył gest syna. Wiedział, że może zapobiec temu, co zdarzy się za chwilę. Ale jakaś cząstka jego samego kazała mu siedzieć cicho i czekać na efekt.
Coś leciało z góry. Zanim Severus zdążył choćby pomyśleć o tym, że trzeba się odsunąć od stołu, rozległo się ciche plaśnięcie i na jego nową szatę poleciał prysznic sosu mięsnego.
W samym środku patery z gulaszem siedziała ropucha. Była gigantyczna, szara, o upstrzonej brodawkami workowatej skórze, która wisiała na niej niczym luźna skarpeta. Mętnożółte oczy z identycznym zainteresowaniem przyglądały się i Severusowi, i ścianie za nim.
- A sio! - warknął Snape, machając przed pyskiem ropuchy widelcem.
- Ba...
Wrzask Sprout poinformował go, że kolejna sztuka płaza wylądowała w sałatce z kalafiorów. Dwie następne wodowały w miskach z zupą jarzynową. Ostatnia, widać najprzytomniejsza ze wszystkich, ulokowała się na paczce chusteczek higienicznych Dumbledore'a.
- Czy ktoś może to stąd wziąć? - poskarżyła się McGonagall, ale zanim ktokolwiek zdążył jej odpowiedzieć, rozległy się glosy ropuch.
- Raz...
- Dwa...
- Trzy...
- Cztery...
- Pięć...
- Próba mikrofonu!

Sergiuszek przyglądał się z satysfakcją, jak jego ojciec, odprawiający egzorcyzmy nad Sopranem, zamiera z widelcem w ręce i lekko ogłupiałym wyrazem twarzy. Uśmiechnięty do granic możliwości Dumbledore odchylił się w dyrektorskim krześle i pochłonął dropsa cytrynowego.
- Eeee... to gada? - zaciekawiła się Hooch.
W tym dokładnie momencie ropuchy otwarły pyski i rozpoczęły koncert.

Czasami czuję w sercu cichy smutek
Kiedy znów kolejny szlaban z psorem mam
Ta myśl drąży mnie uparcie
Ale powiem wam otwarcie:
W buncie swym nie jestem sam...


- Aaaaaa! - rozległ się wrzask gdzieś z górnych partii Wielkiej Sali. Część populacji uczniowskiej spojrzała w tamtym kierunku, ale większość nadal wlepiała zafascynowany wzrok w produkujące się chóralnie płazy.
- Brzmi jak Filch - zadecydowała McGonagall.
- A co tam robi Filch? - zdziwił się Flitwick.
- Nie mam pojęcia, ale ostatnio ma napady pedantyzmu. Zdarzają mu się jesienią.
- To... śpiewa - wykrztusił Snape, kłując widelcem ropuchę, jakby sprawdzał, czy jest jadalna. Płaz nie reagował.

Zawsze wiedziałem: ich się da pokonać
Tak, żeby tryumf ujrzał cały świat
Bezradne miny to słodka nagroda
Gdy rzeknę: szach mat!


- W dodatku na głosy - poparła McGonagall. - Zdaje się, że Hagrid zgubił swoją populację ryczących ropuch.
- Ryczące ropuchy? - dwa niewinne słowa zabrzmiały na języku Mistrza Eliksirów jak najgorsze przekleństwo. Miał przy tym minę, jakby same istnienie płazów godziło osobiście w jego godność.
- Aaaaa! Paaanieee Dumbledoreeee! Aaaaaaaa!

Ich nieomylność się rozpadła w proch
Kajdany Filcha już niestraszne mi
Dla kilku tych chwil człek po prostu chce żyć!


- Zdecydowanie Filch. Ciekawe, to jest pierwszy raz, kiedy słyszę go krzyczącego...
- Pewnie rusztowanie mu się sypie - mruknął Flitwick bez nuty współczucia.
- Te ropuchy psują mi apetyt - poskarżył się Severus.

Ja byłem kiedyś bardzo grzecznym dzieckiem
Kiedy na mojej drodze stanął On...


- Na szczotkę mojej prabaaaabki! Pooooomooocy!
- Chyba słyszałam Filcha - odezwała się Sareczka znad gulaszu z ziemniakami.
- Zbadaj sobie słuch, nim będzie za późno - poradziła jej Lidia. - Takie rzeczy są piekielnie niewygodne.

Wraz z bratem plany snuliśmy zdradzieckie
Jak zniszczyć go!
Nie wypaliło, lecz za późno, by
Ktoś uratował dusze grzeszne dwie
Lawina dowcipów stoczyła już się!


- Aaaaaaa!...
Dwa podłużne kształty runęły z błękitnego sufitu wprost na stół Slytherinu. Rozległy się piski uczniów, brzęk tłuczonych naczyń i chlupot rozlewanych cieczy. Kilka osób nie uniknęło warzywnego prysznica.
- Niech on zjeżdża z mojego talerza! - ryknęła Sareczka głosem zranionego bawołu, odsuwając się z obrzydzeniem od upapranej gulaszem łapy woźnego Hogwartu.
- Filch? Ty... zamiatałeś sufit? - zapytała słabym głosem profesor Transmutacji, wpatrując się w miotłę w zaciśniętych kurczowo palcach Filcha. Woźny bardzo powoli uniósł twarz znad misy z sałatką jarzynową, wypluł kabaczka i uśmiechnął się morderczo. Z nosa skapywała mu śmietana.
- Chcesz nam coś zaśpiewać? - zaciekawił się Severus.
Komentarz Mistrza Eliksirów wywołał lawinę śmiechu wahającą się w granicach od chichotu do obłąkańczego wycia. Nic więc dziwnego, że nikt nie zauważył, jak McGonagall, która miała już naprawdę dosyć, gestem różdżki uciszyła ropuchy, a Hagrid pozbierał je, upychając w licznych kieszeniach płaszcza. Filch zsunął się ze stołu Slytherinu, w tym momencie wyglądającego jak pozostałości barbarzyńskiej uczty i mrucząc pod nosem "Grrrrzamorrrdujęgrrrobedrrrę..." umknął z Wielkiej Sali. Jego odejście znaczyła cienka strużka mięsnego sosu.
- O Filchu nic nam nie mówiłeś! - Mark spojrzał z wyrzutem na swojego przyjaciela.
- Bo nic takiego nie planowałem. To był efekt uboczny - wyjaśnił skonsternowany Sergiuszek.
- Lubię twoje efekty uboczne - zadecydował Mark.
Chaos powoli cichł. Resztki obiadu znikły wraz z mięsno-warzywnymi kałużami, które najbardziej obficie znaczyły stół Domu Węża. Ich miejsce zajęły wielkie, srebrne puchary z czekoladowym puddingiem.
- Pożywienie! - westchnął błogo wściekle głodny Mistrz Eliksirów, jednym ruchem ręki zagarniając porcję McGonagall.
- Ejże! To moje! - zaprotestowała profesorka.
- Pfecief i tak nie lubif fekolaty... - wymamrotał Severus, wpychając sobie do ust gigantyczną łychę smakołyku.
- Ale nie zaszkodziłoby zapytać. Może akurat miałam na nią ochotę?
- Nie, nie miałaś. Zresztą osoby w twoim wieku nie powinny spożywać czekolady. To szkodzi na centralny układ nerwowy. Zupełnie jak kocimiętka.
- SEVERUSIE SNAPE! Domagam się przeprosin!
- Sama mówiłaś, że w zeszłym roku skończyłaś... Auuu!
Mistrz Eliksirów zachłysnął się powietrzem i chwycił za policzek. Z jego ust wypadła mała, metalowa kulka. Brzdęknęła w łyżeczkę, rozległo się ciche "puff!", kulka rozpadła się na dwie połówki i ze środka wysunął się niewielki zwitek pergaminu.
- Mój sshąb! - zajęczał Severus, wbijając paznokcie w twarz. - Cruciatus jak cholera! Boli!
- I dobrze ci tak - mruknęła mściwie McGonagall.
- Niech ja tylko dorwę tego bezczelnego obwiesia! - wysyczał profesor, szarzejąc o kilka odcieni. - Gobliny będą się nad nim litować! A teraz żegnam was, opuszczam ten dom wariatów!
Poderwał się gwałtownie z miejsca i wybiegł, łopocząc czarną szatą. Kilku uczniów powiodło za nim zdziwionymi spojrzeniami.
- Drugi, odhaczyć - skomentował Mark.
- Biedny ząbek. - Sareczka pokręciła współczująco głową. - Normalnie, muszę napisać o tym babci.
Tymczasem Sprout podniosła zwitek papieru Severusa i przeczytała z zaciekawieniem. Treść budziła silne skojarzenia z przepowiedniami Trelawney.
"To, co jest małe, okaże się być większe od ciebie. Nie odwracaj smoka ogonem."

**

- Profesorze Snape! To straszne! To jest wypowiedzenie wojny! Lwie kity zbezcześciły godność naszego Domu! Proszę przyjść i zobaczyć! Profesorze Snape!
Okropnie potargane stworzenie w za dużej szacie szkolnej podskakiwało w górę niczym piłeczka pingpongowa. Brązowe ślepia skrzyły się tajoną wściekłością, a cera pod orzechowymi piegami nabiegła purpurą. Severus sklasyfikował je jako Irmę Watson, trzecioklasistkę i szukającą w drużynie Slytherinu. Próba usunięcia jej z drogi jednym gwałtownym ruchem ręki nie powiodła się. Dziewczynka zręcznie umknęła przed improwizowanym ciosem karate i zatańczyła na palcach po drugiej stronie jego osoby, czepiając się dłonią jego czarnej szaty.
- CZEGO? - warknął półgębkiem, gdyż połowa jego twarzy była już napuchnięta w stopniu znacznym i przybierała właśnie kolor dojrzałej truskawki. Ból zęba promieniował na całą szczękę i zaczynał rozprzestrzeniać się na dolną część czaszki. Severus był już niemal skłonny zacząć podskakiwać na jednej nodze, jeśli miałoby to uśmierzyć torturę.
- Tam, tam! Na zewnątrz! - przejęta dziewczynka uparcie chciała go zaprowadzić w miejsce, z którego dopiero co przyszedł.
- Odczep się ode mnie łaskawie, Watson i racz poczekać chwilkę. Nie jestem teraz w nastroju do dyskusji!
Severus szarpnięciem uwolnił szatę ze szponów młodej Ślizgonki i wpadł do swojego gabinetu, natychmiast zatracając się w wariackich poszukiwaniach stosownego medykamentu. Dopiero po solidnym hauście eliksiru przeciwbólowego i eliksiru na porost szkliwa zobaczył, że irytujące stworzenie bynajmniej nie zrezygnowało z zakłócania mu kilku chwil błogiego spokoju. Obecnie stało w otwartych drzwiach z rewolucyjną minką, wyraźnie czekając, aż Snape wydobrzeje.
- Jesteś piekielnie bezczelna, wiesz? - nie omieszkał poinformować jej Severus. - Ilu dni szlabanu sobie życzysz?
- To niech pan je da naszej Prefekt, bo jestem tu z jej polecenia! - odwarknęło dziecko. - Prosiła, żeby pan przyszedł natychmiast.
- Taak? A co niby robi piękna pani Prefekt, że bezpośrednio nie uraczyła mnie swoją obecnością?
- Stara się powstrzymać niektórych z naszego Domu od oderżnięcia głów wszystkim pierwszorocznym Gryfonom i zrobienia z nich potrawki mięsnej - wyrecytowała dziewczynka. - I mówi, że jeśli nie zjawi się pan wystarczająco szybko, to może dojść do katastrofy.
Wizja dziesięciu Gryfonów, w tym jego syna, wbitych na rożen i podrumienionych, zerwała Severusa do działania bardziej skutecznie niż alarm antyrakietowy. Z przekleństwem na ustach wybiegł z gabinetu, wyprzedzany przez brązowowłosą dziewczynkę.
To, co zobaczył na zewnątrz, przekraczało jego najśmielsze wyobrażenia. Przetarł oczy, by upewnić się, że nie śni. To musiały być omamy wzrokowe. Już nigdy nie da się Minerwie truć kocimiętką.
Kilkadziesiąt osób stało na hogwarckich błoniach, wyjąc ze śmiechu, wrzeszcząc, wyzywając się nawzajem lub po prostu kontemplując w milczeniu widok Wieży Astronomicznej. Z każdą chwilą ich przybywało. Prefekci i nauczyciele krążyli między wychowankami i, niczym psy pasterskie stado owiec, rozdzielali uczniów na część ślizgońską i nieślizgońską.
Tymczasem na szczycie Wieży Astronomicznej łopotały cztery flagi. Jak zwykle. Jednak diabeł tkwił w szczegółach: wspaniały wąż Slytherinu leżał zwinięty na srebrnym talerzu w formie dania głównego. Niewidome, żółte ślepia gada zdawały się przewiercać Severusa na wylot, rozwarty pysk szczerzył kły w zimnym uśmiechu...
Voldemort?
- Panie Cutle, na prawo! Jeśli tylko spróbuje pan podbić temu Gryfonowi drugie oko, to dostanie pan szlaban do końca pańskiej szkolnej kariery! - ryknęła McGonagall, zapędzając krnąbrnego Ślizgona na właściwą stronę. - O, Severusie! Dzięki Bogu, że jesteś! Weź stąd szybko swoich podopiecznych, bo zrobi się tak krwawa jatka, jak za czasów Ostatniej Bitwy...
Snape popatrzył na plecy odchodzącej McGonagall. Ciekawe, dlaczego ona idzie po spirali? Jak mucha na płycie gramofonowej... Prawie widział jej skrzydełka. Czemu nie poleci?
Jakaś mała i nieprzyjemnie ciepła dłoń ścisnęła jego nadgarstek.
- Zjeżdżaj... Watson! - wymamrotał.
- Tato, żyjesz? TATO! Czegoś ty się naćpał?
- A coś ty taki ciekawy?... przeciwbólowy drugiego stopnia i na porost szkliwa, jak chcesz wiedzieć... cholera, nie powinno się razem... jaskółcze ziele... halucynacje... chyba...
- Na Merlina, tato, czy ty ZAWSZE musisz najpierw pić, a potem sprawdzać, co pijesz? Chodź stąd! No chodź, chyba że chcesz poleżeć sobie na murawie, jako kolejna sensacja przyrodnicza.
Severus bez oporu dał się zaciągnąć w głąb ponurego zamczyska. Rzędy gargulców łypały na niego ze ściany, a zbroje wyraźnie chciały przepołowić go mieczem. Całkiem możliwe, że walił się na niego sufit.
- Chwyć się poręczy! TATO, NIE ŚPIJ!
Schody przypominały przepaść do samego dna Piekieł. Stopnie wykręcały się we wszystkie możliwe strony i falowały pod jego stopami. W końcu zacisnął powieki i zszedł po omacku.
- Nienawidzę soboty... - mruknął.
Lochy były zimne i ciemne. Nic dziwnego, pomyślał Severus, ten, kto mógł z nich uciec, już dawno to uczynił. Po kątach leżały skulone i zakrwawione ciała. Wilcze ścierwo przed jego drzwiami. Skąd ono się tu znalazło? Był przecież pewien, że...
- Jakie jest hasło do twojego mieszkania? HASŁO!
- Ver... Veritaserum... tak myślę...
Ktoś przycisnął jego dłoń do drewna i drzwi otworzyły się bez najlżejszego szmeru. Został pociągnięty dalej i pchnięty delikatnie na łóżko. Upadł bezwładnie na poduszki i zamknął oczy, wzdychając z ulgą.
- Zostań tu, zawołam Pomfrey.
- Voldemort... Voldemort... - wymamrotał Severus. - Cholera, co tu robi Sergiusz? Zabierzcie go stąd...
I stracił przytomność.

**

- Hej, stary, gdzie ty byłeś? Wszyscy na ciebie czekają! - wyszeptał Mark, odciągając Sergiuszka na bok. Pierwszoroczni stali na korytarzu przed wejściem do wieży Gryffindoru. Błyszczące oczy i zarumienione twarze zdradzały zniecierpliwienie.
- Ojciec miał ciężki dzień. Pomfrey musiała go trzeźwić i wlała w niego przynajmniej trzy eliksiry. A potem wystosowała długą przemowę na temat głupoty leczenia się bez konsultacji z przeszkolonym uzdrowicielem i nalegała, żebym też tego wysłuchał. Pod koniec ojciec patrzył na mnie jak na przerośniętego smoka bagiennego, więc musiałem uciekać, gdzie pieprz rośnie. - Sergiuszek uniósł oczy do góry i westchnął dramatycznie. - I tak powinienem się cieszyć, że nie obdarł mnie żywcem ze skóry za ropuchy z dodatkiem Filcha.
- Myślisz, że wiedział?
- A czy my mówimy o tym samym człowieku, Pierwszym Ślizgonie, eks-szpiegu, zwanym przez niektórych sokołem bystrookim? - zapytał sardonicznie Sergiuszek.
Portret Grubej Damy odsunął się, otwierając przejście. Stał w nim Główny Egzekutor.
- Jesteście wszyscy? To świetnie. Wchodźcie.
Pojedynczo przeszli przez otwór do pokoju wspólnego, udekorowanego na czerwono i złoto. Z sufitu zwisały balony i serpentyny. Ustawione pod ścianą stoliki aż uginały się pod ciężarem słodkich frykasów z Miodowego Królestwa. Przez całą długość komnaty ciągnął się wąski, karminowy dywan, wzdłuż którego stali ustawieni na baczność Egzekutorzy. Prowadził on do wyłożonego czerwonym pluszem, bogato rzeźbionego krzesła, na którym, w purpurowym płaszczu i złotej koronie na głowie, podpierając brodę ręką, siedział...
- Zig? - zdumiał się Sergiuszek. Chłopak wyszczerzył zęby i mrugnął do niego porozumiewawczo. Pozostali Gryfoni, wyglądający zza pleców Egzekutorów, szeptali i chichotali między sobą, wskazując ich palcami.
- Ty, wiedziałeś, że Zig jest Wielkim Lwem? - syknął Mark w ucho Sergiuszka. Snape potrząsnął głową.
- A więc... - zaczął czarniawy, stojący po lewej stronie Wielkiego Lwa.
- Hola, hola panie Neil! Nie zamierzacie chyba zacząć uroczystości beze mnie?
Minerwa McGonagall rzuciła Głównemu Egzekutorowi potępiające spojrzenie i przedefiladowała samym środkiem dywanu by stanąć po prawej stronie lwiego tronu. Czarniawy wybąkał coś przepraszającym tonem, ale profesorka zbyła go władczym ruchem ręki.
- Muszę przyznać, że w tym roku wyjątkowo daliście się nam wszystkim we znaki. Nie mogę pojąć, dlaczego, zamiast ukrócić raz na zawsze wasze wybryki, wciąż na nowo wam przebaczam. Życzę wam więc dobrej zabawy i przy okazji ostrzegam, że dzisiejszy dzień był szczególny. - Jej twarz przybrała surowy wyraz. - Jakikolwiek wasz wybryk w przyszłości będzie karany w całej mocy szkolnego regulaminu. Myślę, panie Neil, że możemy zaczynać.
Czarniawy drgnął i skinął głową profesorce. W jego ręku pojawił się pergamin.
- Wielki Lew zadecydował, że egzamin został zdany przez wszystkich! - wokół rozległy się brawa. - Pragnę więc was powitać na ceremonii Chrztu Lwa, w czasie którego zostaniecie przyjęci do kręgu pełnoprawnych Gryfonów! Po wyczytaniu waszego nazwiska będziecie podchodzić tu kolejno i klękać przed tronem Wielkiego Lwa. Gotowi? Mark Prestine!
- Jeju, czemu ja? - jęknął Mark, blednąc nagle. Popchnięty lekko przez Sergiuszka, na chwiejnych nogach ruszył szpalerem między Egzekutorami. Niemal z ulgą opadł na kolana. Wielki Lew wstał z miejsca, górując nad młodym Gryfonem. Jego prawa ręka sięgnęła do boku, gdzie, co Sergiuszek dopiero teraz zauważył, był przymocowany miecz.
- Prawdziwy miecz Godryka Gryffindora! - wyszeptała Lily, spoglądając z zachwytem na srebrzystą klingę.
Miecz błysnął w powietrzu, zatrzymując się tuż nad głową Marka. Zig zaczął uroczystym tonem:
- Ja, Wielki Lew, ziemski pełnomocnik Godryka Gryffindora, zdzieram z ciebie tym oto mieczem płochą, kocią skórkę, byś mógł narodzić się ponownie jako Gryfon, człowiek o lwim sercu i mój brat. Czy przysięgasz być lojalnym Domowi Gryffindoru, ze wszystkich swoich sił bronić jego honoru i nigdy, przenigdy nie zbezcześcić go kłamstwem ani tchórzostwem?
- Przysięgam! - szepnął Mark, roziskrzonymi oczami wpatrując się w swego przywódcę.
- Marku Prestine, chrzczę cię więc - płaz miecza lekko uderzył w oba ramiona chłopca - imieniem Latającego Geparda. Słyszałem, że wyciągasz z miotły tyle, ile twój rodzic ze swego wozu. Jeśli tak, to radzę, żebyś szybko dorósł, gdyż odkąd Watson trafiła do drużyny Slytherinu, wciąż z nimi przegrywamy. Możesz wstać, Marku Prestine, Latający Gepardzie. Witaj w Domu Gryffindoru.
Gromkie brawa wstrząsnęły pokojem wspólnym. Lekko oszołomiony szczęściem Mark potrząsnął ręką Wielkiego Lwa i odebrał od niego akt chrztu: gruby, kremowy pergamin ze złotymi zdobieniami i pieczęcią Hogwartu w lewym dolnym rogu. Stanął bez słowa obok Sergiuszka, czytając raz za razem treść dokumentu i gładząc palcami pieczęć.
- Sergiusz Snape!
Sergiuszek odetchnął głęboko i ruszył do przodu, niemal namacalnie czując skupioną na nim uwagę Gryfonów. Zig uśmiechał się szeroko, czarniawy puścił mu oczko i nawet oblicze McGonagall dziwnie złagodniało. Sergiusz ukląkł i podniósł głowę, widząc kątem oka srebrny błysk klingi.
- Ja, Wielki Lew, ziemski pełnomocnik Godryka Gryffindora, zdzieram z ciebie tym oto mieczem płochą, kocią skórkę, byś mógł narodzić się ponownie jako Gryfon, człowiek o lwim sercu i mój brat. Czy przysięgasz być lojalnym Domowi Gryffindoru, ze wszystkich swoich sił bronić jego honoru i nigdy, przenigdy nie zbezcześcić go kłamstwem ani tchórzostwem?
- Przysięgam!
- Sergiuszu Snape, chrzczę cię więc, wedle sugestii moich podwładnych... - w głosie Ziga zabrzmiała nutka śmiechu i Sergiuszek rzucił BARDZO podejrzliwe spojrzenie w stronę Egzekutora, który w odpowiedzi wyszczerzył zęby. Chłodny metal stuknął w prawe i lewe ramię Sergiusza. - ...imieniem Zębatej Wywerny. - Sergiuszek zaczerwienił się gwałtownie. Kilka osób stłumiło chichot. Zig, nie zwracając na to uwagi, ciągnął dalej. - Wywerna jest zwierzęciem z pogranicza świata gadów i ssaków, tak jak ty jesteś synem jednej z najsłynniejszych Gryfonek tego stulecia oraz Opiekuna Slytherinu. Jednak serce wywerny jest sercem lwa i nie ulęknie się ona, nawet jeśli przyjdzie jej walczyć ze smokiem. Mam nadzieję, że okażesz się godnym swego imienia, stając w obronie Domu i jego mieszkańców, szczególnie tych słabszych od ciebie, kiedykolwiek zajdzie taka potrzeba. Możesz wstać, Sergiuszu Snape, Zębata Wywerno. Witaj w Domu Gryffindoru.

**

- Jak tam, chłopaki? - Zig, już bez królewskiego odzienia i korony na głowie, zbliżył się do nich z kuflem piwa kremowego w ręce i szelmowskim uśmiechem. - Emocje opadły? Nie było tak strasznie, prawda?
- Strasznie nie było, jasne! - zdenerwował się Mark. - Szczególnie jak Snape spojrzał na mnie z tych swoich dwóch metrów i zaczął mnie obdzierać żywcem z odwagi!
- Metr siedemdziesiąt osiem - wtrącił Sergiuszek i zarobił spojrzenie przyjaciela pod tytułem "Nie widzę żadnej różnicy". - Odchodząc na chwilę od tematu, jak mam się teraz do ciebie zwracać? Wielki Panie? Wasza Miłość, Zig?
- Daj sobie, mały, luzu z tymi tytułami - żachnął się chłopak. - Czy ja Ślizgon, żebym dbał o honory? Mama dała mi na imię Zygfryd, ale wszyscy tutaj mówią na mnie Zig. Ty też zaliczasz się do tych wszystkich. A propos, powiedz swojemu znajomemu, by nie obżerał się tak, bo za chwilę będzie kolacja. Chcę, żebyście wkroczyli do Wielkiej Sali dumnie, nie tocząc się jak beczki.
- Hej, Chester, daj sobie luzu. Rodzice cię głodzili, czy co? - zadrwił Mark. Stunpike zamarł z dziesiątym ciasteczkiem karmelowym w połowie drogi do ust.
- Ja... umpf... Zaraz kończę - wymamrotał i wepchnął sobie ciasteczko do kieszeni spodni. Kieszenie odstawały mu już w znacznym stopniu.
- Właśnie, nadal masz tę ślizgońską flagę? - Zig zwrócił się z tym pytaniem do Marka, który pokiwał energicznie głową. - To świetnie. Choć wcale nie byłbym obrażony, gdybyś spuścił ją w klozecie, świństwo musiało już nieźle zaszlamić ci całą torbę... Podrzuć mi ją dziś wieczorem, dobra?
- Co chcesz zrobić? - Diabelskie błyski w oczach Wielkiego Lwa wzbudziły natychmiastowe zaciekawienie Sergiuszka.
- Z nią? Nic. Ale Węże będą musiały zapłacić naprawdę duża cenę, by ją wykupić...
- A będą chciały? - Mark był wyraźnie sceptyczny.
- Chyba żartujesz! Żaden Ślizgon nie pozwoli, by flaga jego domu pozostała w naszych rękach! Nie wiesz, że zdobycie flagi wroga jest równoznaczne ze zwycięstwem nad nim? Ich duma nie zniesie takiego upokorzenia!
- Przecież mogą sobie zrobić nową - wtrącił się Chester.
- Zig ma rację - potwierdził Sergiuszek. - Oni nie spoczną, dopóki nie powieszą własnej flagi na maszcie. I to tej, którą posiada w tej chwili Mark. Ale boję się, że nie dojdzie do pokojowych pertraktacji.
- No to będzie gorąco - zakończył dyskusję Zig.

**

Severus Snape, cudem przywrócony do żywych, głodny, zmęczony i czujący pierwsze oznaki zbliżającej się migreny-potwora, spojrzał beznamiętnie na otwierające się drzwi do Wielkiej Sali. Grupka pierwszorocznych Gryfonów, tych chochlików w ludzkiej skórze, ruszyła, dumna i blada, w kierunku swojego stołu. Większość sali zamilkła, spoglądając na nich z zainteresowaniem. Od strony stołu Slytherinu dobiegły uszu Severusa pojedyncze chichoty.
Na czele grupki kroczył jego syn i coś w jego postawie sprawiło, że Severus poczuł dziwną lekkość na sercu. Mocno zszokowany i delikatnie zniesmaczony, sklasyfikował uczucie jako dumę. On dumny? Z GRYFONA? Miękniesz na starość, Snape, rozpływasz się jak bałwan w ciepły poranek... Weź się w garść, bo nic z ciebie nie zostanie.
Dalsze ponure rozmyślania nad topnieniem charakteru przerwało mu radosne gruchanie McGonagall.
Z nią też jest coś nie w porządku i tym razem to nie kocimiętka, doszedł do wniosku.
- Masz wspaniałego syna, Severusie, jestem zielona z zazdrości. - Chusteczka przy oczach. - Tak bardzo przypomina mi ciebie... Nie, nie tego chuderlawego nastolatka sprzed czterdziestu lat, tylko ciebie teraz. Spójrz jak unosi w górę brodę, zupełnie jak ty. I chodzi identycznie... - Ponowna akcja chusteczki. - Wiesz, jak go nazwali? - Obłąkańczy chichot. - Wywerną. Uwierzysz? Pół-smok, pół-lew...
- Wiem, co to jest wywerna, Minerwo - przerwał jej Severus. - A teraz, jeśli pozwolisz mi dokończyć kolację...
Jedli dalej, każde pogrążone w swych własnych, niezbadanych myślach.

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 25.09.08, 12:03

Rozdział siódmy
Abrakadabra - to czary i magia!



Chimera, strzegąca spiralnych schodów do gabinetu i apartamentów dyrektora Hogwartu, jak wszystkie szanujące się chimery, była stworzeniem nocnym. To stanowiło główny powód jej parszywego humoru za każdym razem, gdy jakiś petent budził ją z kamiennej drzemki. Najgorsi byli ci, którzy nie znali hasła: sterczeli przed jej znużonym pyskiem niekiedy godzinami, ona zaś miała za zadanie nie spuszczać ich z oka na wypadek, gdyby próbowali zrobić coś głupiego.
Kilka osób spróbowało; chimera oblizała się z rozkoszą, gdy przypomniał jej się smak delikatnego, ludzkiego mięsa. Nieszczęśnicy odebrali spóźnioną lekcję Opieki nad Magicznymi Stworzeniami, zatytułowaną: "Dziesięć powodów, dla których chimera jest najskuteczniejszym stróżem twojej posiadłości". Ale to dawne, bardzo dawne dzieje. W dzisiejszych czasach za trzymanie chimer na posesji groziło dożywocie w Azakabanie, zaś ostatnia sztuka zamieszkująca Hogwart mogła zabijać wyłącznie na wyraźne polecenie dyrektora.
Wielka szkoda, w tym bowiem momencie miała ochotę na rozlew krwi. Na szkolnym zegarze nie wybiła jeszcze nawet czwarta, więc chimera drzemała snem sprawiedliwych, schowawszy kanciasty łeb pod skrzydło. Była zupełnie zadowolona z tego stanu rzeczy, zamierzała nawet wydać z siebie małe, szczęśliwe sapnięcie, gdy niespodziewanie jakaś różdżka ukłuła ją w bok.
- Hej, ty! Chcemy się dostać do Dumbledore'a!
Chimera poderwała głowę i błysnęła kłami. Co za nieznośne smarkacze! Dwójka niedorosłych magów; nawet bardzo niedorosłych, jeśli sądzić po zapachu. Jeden z nich skojarzył się chimerze z Chudym. Machał przed jej nosem tępo zakończonym patykiem.
- Wiesz, jak się dostać do Dumbledore'a?
- Hassssssło! - wysyczała maszkara, mrużąc ślepia. - Hassssło albo zjeżżżżżdżać!
- Nie znam hasła. Dyrektor prosił, by zameldować się u niego o czwartej - odparł mały lekko poirytowanym głosem. Tak, to na pewno był pisklak Chudego, doszła do wniosku chimera.
- Poczekajmy tutaj, ona i tak nas nie wpuści - powiedziała jego towarzyszka. - One nigdy nie wpuszczają.
- Chyba że w kawałkach - zadrwił chłopak, sadowiąc się po turecku pod ścianą. - Poczekajmy więc. Siadaj, Potter. W końcu mamy na to całe popołudnie, wliczając kolację. Mam nadzieję, że się najadłaś na obiedzie, bo nie będę za ciebie odwalał roboty. No, czemu nie siadasz?
- Dyrektor idzie. - Dziewczynka zwróciła się twarzą w stronę korytarza. Chłopak poderwał się na równe nogi i stanął obok niej. Rzeczywiście, w ich stronę sunął Dumbledore w powłóczystych błękitno-srebrnych szatach. Gdy dostrzegł dwójkę uczniów, w jego oczach zapaliły się wesołe iskierki.
- Widzę, że pani Potter i pan Snape stawili się punktualnie na swój szlaban. - Źrenice dyrektora zaświeciły się jeszcze bardziej na widok zakłopotanych min najmłodszych Gryfonów. - A więc zapraszam do mnie. Czeka nas dzisiaj pracowity wieczór. Hasło brzmi: cytrusowe motylki.
Chimera odsłoniła przejście i cała trójka znikła na spiralnych schodkach. Gdy tylko w korytarzu zrobiło się pusto, maszkara sapnęła z ulgą, przymknęła ślepia i zapadła w dobrze zasłużony sen.

**

Wyprawa do Działu Ksiąg Zakazanych od początku budziła w Sergiuszku złe przeczucia. Kiedy trzy minuty przed północą wysunął się spod ciepłej kołdry i szczękając lekko zębami zbiegł na dół, w całej wieży było bardzo cicho. Zbyt cicho. Niemal czuł na karku ten nieprzyjemny dreszcz, który pojawia się w momencie, gdy ma się wrażenie, że jest się obserwowanym.
Potter czekała już na niego na fotelu przed kominkiem. Miała na sobie intensywnie czerwoną flanelową pidżamę, po której latały w tę i z powrotem maleńkie, złote elfy, przyprawiając Sergiuszka o oczopląs.
- Nie uważasz, że ciemny kolor byłby lepszy na nocne eskapady? - zapytał, podchodząc do niej. Lily wzruszyła ramionami i zeskoczyła z fotela.
- Przecież i tak mamy pelerynę - zauważyła beztrosko. Podała mu róg materiału i Snape, z bolesnym westchnieniem, zarzucił go sobie na głowę.
- Pomyśl o innym scenariuszu, Potter - wyszeptał, gdy znaleźli się wewnątrz peleryny. Świat widoczny przez cienki materiał był zamazany i niematerialny. - Na przykład, rąbek twojej pidżamy wystaje spod peleryny i akurat pada na niego światło pochodni Filcha. Co ty na to?
- Ale co ma wystawać? - Lily zwróciła na niego swe wielkie, zielone oczy i Sergiuszek poczuł gwałtowną ochotę pacnięcia się otwartą dłonią w skroń.
- Nieważne, Potter. Idziemy.
- Mam na imię Lily - upomniała go łagodnie dziewczynka.
- Jasne, Potter. Przecież wiem. Chodź już.
W solidarnym milczeniu ruszyli ciemnymi, nieprzyjaznymi korytarzami Hogwartu. Pochodnie na ścianach były wygaszone, w mroku pochrapywały liczne portrety. Wydawało się, że Filch choć raz zrezygnował z nocnych łowów i zasnął snem sprawiedliwych. Tym dziwniejsze było, że niepokój Sergiuszka wzrastał z minuty na minutę. Cichy oddech Lily tuż przy jego uchu wcale go nie uspokajał.
- Nie jestem pewien, ale chyba... coś tu się czai - wymamrotał, rzucając spłoszone spojrzenie za ramię. Dziewczynka zaśmiała się bezgłośnie.
- Twoja paranoja - wyjaśniła. - Tata mówi, że to dziedziczne.
- Bardzo zabawne. Ha. Ha. - burknął Snape.
Już od dłuższej chwili zastanawiał się, jak to było fizycznie możliwe, że pod tą peleryną mieściły się nie dwie, ale aż trzy osoby. Jemu samemu z Potter było zdecydowanie za ciasno. Nie wspominając nawet o unoszącym się wokół niej omdlewającym zapachu zdechłej wanilii, który okropnie drażnił Sergiusza. W końcu chłopiec nie zdzierżył.
- Zmień te perfumy, Potter, jeśli nie chcesz położyć na pysk pierwszego samca, który się do ciebie zbliży - poradził jej z właściwą dla wieku szczęnięcego delikatnością.
- Przecież pachnie ładnie - zdziwiła się Lily.
Skoro tak uważasz - prychnął chłopiec, postanawiając, że zacznie oddychać przez usta.
Niemal wyskoczył z butów ze szczęścia, gdy przed ich oczami zamajaczyły niewyraźne kontury wysokich, dwuskrzydłowych drzwi do biblioteki. Ponieważ nikt nie zamykał ich na noc, bez żadnych trudności weszli w chłodny, przepojony aromatem książek mrok. Sergiuszek porzucił pelerynę i Lily, i pewnym krokiem ruszył w stronę końca biblioteki, gdzie na półkach z ciemnego drewna piętrzyły się stosy zakazanej wiedzy.
- Lumos!
Jego różdżka oświetliła zakurzone grzbiety potężnych ksiąg. "Krótka historia czarnoksięstwa", "101 sposobów wykorzystania krwi dziewicy", "Dawno temu na Madagaskarze...", "Zapomniane techniki Łowców Głów", "Wstęp do magii księżyca", "Chiromancja stosowana", "Hobby na weekend: łapanie smoków", "Wudu dla początkujących", "Zaklęcia Zakazane", "Czary Duszy - historia dziesięciu najstraszniejszych przekleństw w dziejach ludzkości"; to tylko niektóre z tytułów, jakie wpadły w oko zafascynowanego Sergiuszka.
- Wow! Spójrz tylko na to! Niesamowite, prawda? - Sergiuszek pokazał Lily stronę sześćset osiemdziesiątą "Czarów Duszy", gdzie tuż pod tytułem rozdziału "Spiritus Transex" widniała reprodukcja drzeworytu, będącego wizją artystyczną opętania.
- Myślisz, że ich to naprawdę nie boli? - Lily popatrzyła z powątpiewaniem na wygiętą w nienaturalnej pozycji kobietę, otoczoną całunem niematerialnej zjawy, która długim jęzorem lizała głowę ofiary. - Brrr! Obrzydliwe!
- Potter, co ty wiesz o sztuce... - Sergiuszek pokręcił z dezaprobatą głową i przerzucił kilkaset stron książki. - O! Zasada działania Kedavry!
- Zostaw to w spokoju! - Ku swojemu zdumieniu Sergiuszek poczuł, jak książka zostaje wyrwana z jego rąk i zatrzaśnięta z głośnym łupnięciem. Jedna czarna brew powędrowała do góry na widok młodej Potterówny, wyprostowanej jak struna i przyciskającej księgę do dziewiczej piersi.
- To ty masz jednak charakterek - zaszydził młody Snape, robiąc krok w stronę dziewczynki. Nawet nie drgnęła.
- Nie będziesz tego czytał - powiedziała tak spokojnie, jakby tłumaczyła dwulatkowi, z której strony należy spożywać lizak.
- Bo co?
- Bo tata mówił, że nie wolno.
- Doprawdy? - zdziwił się Sergiuszek. - A czy nie mówił czasami, że nie wolno biegać nocą po zamku w pelerynie niewidce? Wujek Harry jest dziwnie wybiórczy w swoich zakazach.
Lily wyglądała, jakby przez moment naprawdę poważnie zastanawiała się nad słowami Sergiuszka. Wreszcie pokręciła głową i mocniej ścisnęła książkę.
- To co innego - powiedziała niepewnie. - To... to jest bardzo złe.
Sergiuszek może i kłóciłby się z nią dalej, ale wspomnienie wujka Harry'ego nieco go przystopowało. Ojciec Lily jeszcze nigdy nie pomylił się w tych sprawach. I nawet, jeśli Snape nie miał pojęcia, co może być złego w przeczytaniu jednej głupiej książki, postanowił na razie dać sobie z tym spokój.
- Niech ci i tak będzie, Potter. Odłóż ją na półkę - mruknął, mając przy tym bardzo zniesmaczoną minę. - I pomóż mi znaleźć to piekielne "Zaklinanie"!
- To tutaj? - palec dziewczynki wskazywał na bardzo gruby wolumin oprawiony w czarną skórę. Lily wbiła paznokcie w grzbiet księgi i pociągnęła. Sapnęła z frustracji, gdy ta nie przesunęła się ani o milimetr.
- Ciężkie to! - poskarżyła się. - Chyba rzucili na tę książkę Nieuciekalskie. Pomóż mi ją wyciągnąć, bo sama nie dam rady.
- Odsuń się - rozkazał Sergiuszek. Gdy odeszła dwa kroki przyglądając mu się z zaciekawieniem, zastukał różdżką w grzbiet książki i wyrecytował:
- Revivo, relevio, relegalo!
- Co to za czar? - szepnęła Lily, gdy błękitny promień owinął się wokół książki i zniknął.
- Taki tam zwykły uwalniający. Bardzo przydatny w bibliotece ojca. - Sergiuszek nieprzyzwoicie wyszczerzył zęby. - Dzięki temu nie potrzebujemy jego pozwolenia... O, patrz!
W tym momencie wolumin podskoczył, zatrząsł się, jak trafiony zaklęciem do przestawiania mebli, CZKNĄŁ, zsunął się z półki i z głośnym łupnięciem wylądował na podłodze. Sergiusz zachłannie przeczytał wygrawerowany srebrnymi literami tytuł:

Harpshodd's
Ekspellination

Calling of the Elements
and other Old Magic practices


- "Zaklinanie Harpshodda. Wzywanie żywiołów i inne praktyki staromagiczne." Na pewno o to ci chodziło? - spytała z lekkim powątpiewaniem Lily.
Sergiuszek już otwierał usta, by odpowiedzieć, że owszem, ale książka w domu była znacznie cieńsza i bez efektów specjalnych. Nie zdążył, gdyż w tym momencie okładka książki odwróciła się i ze strony tytułowej zamrugało do nich wyobrażenie któregoś z bogów wiatru.
- Auuu! – zawyło wyobrażenie. - Co za pies szatański obił mi boczek...! Ups, przepraszam za niekompetencję. Śmiertelniku, który kroczysz ścieżką pierwotnej magii, w jakim celu otworzyłeś tę księgę mądrości? - zagrzmiała rycina. - Czy jesteś jednym z tych, którzy chcą wykorzystać demony do własnych krwiożerczych celów? A możeś uczniem Starej Magii, który poszukuje wiedzy? Ewentualnie... - bóg wiatru spojrzał na nich krytycznie - ...hormonalnym nastolatkiem, który myśli, że zaklinanie rozwiąże jego życiowe problemy? Odpowiadaj!
- Eee... Po prostu chciałbym znaleźć coś o pokoju ar... arty-coś - powiedział Sergiuszek, czując się dosyć głupio. Co prawda, obrazki w ilustrowanych książkach dla dzieci często mówiły, ale rzadko dawało się z nimi NAPRAWDĘ porozmawiać. Znały tylko kilka kwestii, które powtarzały w kółko, jak katarynki. Pamiętał, że jedną z ulubionych zabaw Sary były bezlitosne drwiny z bajkowych postaci.

- Jestem barrrdzo zły wilk!
- Naprawdę? Pokaż, jaki zły?
- Taki strrrasznie zły!
- A czemu masz zgagę?
- Pożarłem starą!
- Wiesz, że zrobiłeś wilczycy dziecko?
- Teraz zjem Czerwonego Kapturka!
- Teraz to już za późno. Wilczyca wytoczy ci sprawę i każe płacić alimenty!
- Przebiorę się i wejdę do łóżka babci, żeby mnie nie poznała.
- A jak wróci wilczyca i znajdzie cię w łóżku innej kobiety?
- Jestem barrrdzo zły wilk!...


Jednak ten rysunek wydawał się inteligentny.
- Pokój Artnumeryczny? - Brwi na pucołowatej twarzy boga wiatru powędrowały do góry. - Proszę bardzo.
Kartki księgi zaszumiały, przekręcając się na stronę pięćset dwudziestą drugą, do początku rozdziału o tytule "Artnumeryka, siatka numerologiczna świata". W rogu stronicy rozsiadła się rodzinka magicznych moli książkowych. Ostrzyły miniaturowe sztućce i wyraźnie przygotowywały się do uczty.
- Paszły won, insekty! - zaryczała rycina boga wiatru i potężnym chuchnięciem zdmuchnęła mole na podłogę. - A ja się zapytam, tak z czystej ciekawości: czy wiedza o Pokoju Artnumerycznym jest wam potrzebna do pracy naukowej, czy może natknęliście się na jeden z tych cudów numerotechniki osobiście i chcecie przetestować jego działanie?
- Eee... to drugie? - mruknął Sergiuszek mimowolnie. Myślami był już zupełnie w innym wszechświecie, więc nic dziwnego, że nie zauważył, jak na ułamek sekundy oczy boga wiatru rozszerzyły się ze strachu. Tymczasem Snape przerzucił kilkanaście stronic pełnych opisów i dziwacznych, barwnych rycin i odnalazł interesujące go równanie.
- Jesteście pewni, że chcecie to sprawdzić? - zapytał bóg wiatru, przepływając nerwowo z jednej strony na drugą.
- A co? - spytał Snape, skrzypiąc wściekle piórem po kawałku pergaminu.
- Możemy zginąć? - zapytała Lily dziwnie spokojnym głosem. Pod jej spojrzeniem rycina zaczerwieniła się gwałtownie i podrapała w miejsce nad oczami, które mogło być czołem.
- No… Harpshodd nie pisze nic o śmierci jako takiej. Ale pułapki zawsze są. Trzy, tak. Jedna w środku, jedna na zewnątrz i jedna w istocie. Ci, którzy projektowali dla siebie Pokój Artnumeryczny, zawsze zabezpieczali go przed nieautoryzowanym wykorzystywaniem.
- Przed czym? - Lily zmarszczyła brewki i zmięła w palcach szkolną szatę.
- By wrogowie go nie używali, młoda damo. Takie pokoje zwykle były najkrótszą drogą do bezpiecznych kryjówek i tajnych miejsc, szczególnie, jeśli znajdowały się one na terenie objętym barierą antyteleportacyjną.
- Idziemy - zakomenderował Sergiuszek, wciskając pergamin do kieszeni. Książka zamknęła się z trzaskiem i sama wskoczyła na półkę.
- Inteligentna bestia - skomentował.
- Zaczekaj, a te trzy… - zaczęła Lily, ale widząc, że Snape już pakuje się pod pelerynę, wzruszyła ramionami.

**

Znajdowali się w połowie schodów prowadzących do wieży Gryffindoru, kiedy z dołu dobiegło ich charakterystyczne skrzypnięcie otwieranych wrót Hogwartu. Sergiuszek zatrzymał się momentalnie i wsłuchał w odgłosy zamku. Jednak jedynym, co usłyszał, były miękkie oddechy śpiących portretów i pomiaukiwanie pana Berry’ego, dość jednak odległe, by nie stanowiło żadnego zagrożenia.
- Słyszałaś? - szepnął. - Kto wchodzi do Hogwartu w samym środku nocy i nie wydaje żadnego dźwięku? Chodź, sprawdzimy! Może to jakiś czarnoksiężnik? - dorzucił z nadzieją w głosie.
- Zgłupiałeś? Nie ma żadnych czarnoksiężników - upomniała go łagodnie Lily. - To pewnie któryś z nauczycieli.
- A cóżeś ty taka mądra? - zadrwił Sergiusz. - Równie dobrze to może być Voldemort Po Trzykroć Zmartwychwstały, a ty się tego nie dowiesz do jutra, kiedy już pół szkoły będzie martwe.
- Nie może. Mój tato załatwił go na amen - zripostowała dumnie Lily.
- No to jakiś inny świr. Mało ich? Statystycznie rzecz biorąc, raz na miesiąc któryś z czarodziejów ma wizje zawładnięcia światem - odparł Sergiuszek. - No więc będziemy tu tak stać, czy zrobimy parę kroków i sprawdzimy, co jest grane?
- Dobra, wygrałeś - poddała się Lily. Prawdopodobnie wzruszyła ramionami, wnioskując po fali waniliowego aromatu, która dostała się do wykręcających się z obrzydzenia nozdrzy Snape’a. Nigdy więcej tych tortur, obiecał sobie solennie Sergiusz.
- Brawo, Potter, jednak ocalało w tobie coś z Pottera - zamruczał, wiodąc ją szerokimi schodami prowadzącymi do holu.
Potężne, kute wrota zamczyska stały otworem, wpuszczając do środka chłodnawy wiaterek wrześniowej nocy. Dwójka pierwszaków skuliła się w niszy koło jednej ze zbroi.
- No widzisz? Już sobie…
Sergiusz nie dokończył, gdyż w tym momencie w wejściu pojawiła się najdziwniejsza procesja, jaką kiedykolwiek widział.
Przodem szedł sam dyrektor Hogwartu, oświecając sobie drogę różdżką. Tuż za nim kroczyło sześciu ludzi w czarnych pelerynach i czarnych kapturach, całkowicie zasłaniających twarze. Na barkach nieśli coś, co wyglądało jak czarna trumna. Jej wieko było bogato zdobione roślinnymi motywami i dziwacznymi zawijasami. Sergiuszek wpatrzył się w nie, próbując cokolwiek zrozumieć i przez chwilę miał wrażenie, jakby wpadał w bardzo głęboką i bardzo ciemną dziurę. Potrząsnął głową, próbując pozbyć się nieprzyjemnego uczucia i zerknął na dyrektora, który miał tak grobową minę, jakby prowadził kondukt pogrzebowy ze zwłokami najlepszego przyjaciela.
- Znieście to do lochów. Minerwa wskaże wam drogę.
Procesja ruszyła w dół po schodach, zaś Dumbledore zawrócił. Jednym machnięciem różdżki zamknął wrota i rozejrzał się po holu. Sergiuszek poczuł, że jego gardło ściska się nieprzyjemnie, kiedy wzrok dyrektora bezbłędnie skierował się w ich stronę, a z jego piersi dobyło się małe, poirytowane westchnięcie.
- Kimkolwiek jesteś, pokaż się natychmiast! - powiedział Dumbledore głosem, któremu nie sposób było się sprzeciwić. Zaczerwieniony jak piwonia Sergiuszek wyślizgnął się z niszy i stanął tuż obok równie zawstydzonej Lily. Na ich widok brwi dyrektora podjechały do wysokości włosów.
- My... - zaczął Sergiuszek i zamilkł natychmiast, zgromiony wzrokiem najwyższej władzy Hogwartu.
- No, no… Was się tutaj nie spodziewałem, szczególnie po tak pełnym wrażeń dniu. I co ja mam z wami zrobić? - zamyślił się na chwilę długą jak wieczność, przynajmniej w mniemaniu Sergiusza. - Hm… Sądzę, że wiecie, jaka kara grozi za złamanie regulaminu? Minus dwadzieścia punktów dla Gryffindoru od każdego z was i… Taak… W środę, punkt czwarta, oczekuję was w moim gabinecie. - Jego oczy zaiskrzyły się dziwnie i Sergiuszek uniósł pytająco brew. - Gratulacje, udało się wam dziś dokonać czegoś, czego nawet żaden z bliźniaków Weasley nie osiągnął przez siedem lat szkolnej kariery. Szlaban z dyrektorem! A teraz… Za dziesięć sekund mam was już nie widzieć. Żegnam!
Sergiuszek i Lily gnali w kierunku wieży Gryffindoru tak szybko, jak nigdy dotąd, nie zwracając nawet uwagi na to, że zapomnieli się zakryć peleryną-niewidką. I żadne z nich nie zamieniło z drugim choćby jednego słowa. Dyrektor Hogwartu zamurował ich totalnie.

**

Gdyby Sergiuszek, wzorem Harry'ego Pottera, był częstym gościem w progach gabinetu Dumbledore'a, od razu spostrzegłby istotną zmianę wystroju. Ukochany zestaw astronomiczno-astrologiczny dyrektora "Twoje Trzecie Oko", zajmujący dotąd honorowe miejsce na biurku, został stłoczony wraz z innymi przyrządami na byle jak skleconym regale. Dwanaście rodzajów teleskopów, zapakowanych do kilku pudeł po telewizorach marki Sony, tworzyło w głębi pokoju zgrabną piramidkę. Ze zrolowanego i ciśniętego pod ścianę dywanu z gryfem dochodziły odgłosy drapania i wściekłe pomruki.
Całą zaś resztę przestrzeni, włącznie z biurkiem dyrektora, okupowało gigantyczne urządzenie: skrzyżowanie dobrze wyposażonego laboratorium fizycznego z fragmentem fabryki samochodów. Buczało cicho i co pewien czas wydawało pisk zdychającej myszy. W tym samym momencie niewielka, bladobłękitna szybka zsuwała się z taśmy do wiklinowego koszyka, pełnego identycznych szybek.
Dyrektor wydał z siebie długie "Hmmm" i chwycił w dwa palce jeden z gotowych płatków szkła. Zastukał w szybkę paznokciem i spojrzał przez nią na dwójkę pierwszoklasistów, obserwujących go ze zdumionym podziwem.
- NAPRAWDĘ lubisz cytrynowe dropsy?
Pytanie padło tak nagle i niespodziewanie, że Sergiuszek drgnął i zaczerwienił się gwałtownie. Dyrektor wpatrywał się w niego z takim natężeniem, jakby od odpowiedzi zależało istnienie całej szkoły. Ojciec wielokrotnie ostrzegał młodego Snape'a, że Dumbledore nie zalicza się do osób szeroko pojmowanych jako "normalne", lecz rzeczywistość zaczynała przekraczać wszelkie wyobrażenia...
- Yyy... Ja... To znaczy, ja... No, nawet... Znaczy... - Sergiuszek wziął głęboki oddech i spróbował uporządkować jakoś mętlik w głowie. - Wie pan, yyy... miętowe rozpływajki są lepsze, ale... Całkiem tak, panie dyrektorze.
- Ja bardzo lubię cytrynowe dropsy! - zaofiarowała się Lily.
- To świetnie! - ucieszył się Dumbledore. - A już myślałem, że nie będę miał komu ich zapisać w testamencie. - Cisnął szkiełko do koszyka, gdzie rozprysnęło się na tysiące drobin, po czym westchnął ciężko. - Do niczego. Na brodę Merlina, w tym tempie nie uda mi się tego zbudować do końca świata!
Zbity z pantałyku Sergiuszek bezwolnie pokiwał głową. Nie miał na to gotowej odpowiedzi.
- Przejdźmy więc do was. - Dumbledore zakreślił dłonią łuk obejmujący cały pokój. - Znajdźcie sobie jakieś wolne miejsce i siadajcie.
Okazało się to łatwiejsze do powiedzenia, niż do zrobienia. Niemal całą poziomą powierzchnię okupował dziwaczny automat, reszta była zajęta przez kredensy, szafki i biurko dyrektora. Wreszcie Sergiuszkowi i Lily udało się wcisnąć pomiędzy piramidę z pudeł po telewizorach i ścianę i przycupnąć na zwiniętym dywanie z gryfem. Dumbledore stanął nad nimi, gładząc dłonią brodę i lustrując dwójkę pierwszaków spojrzeniem przenikliwych, błękitnych oczu.
- Podejrzewam, że domyślacie się, że to, co widzieliście, nie było przeznaczone dla oczu uczniów. Nie ukrywam, ja i profesor McGonagall byliśmy tym na tyle zaniepokojeni, że zastanawialiśmy się, czy nie wyczyścić wam pamięci. - Sergiuszek poczuł zimny dreszcz przechodzący mu po plecach. - Ale odwiodłem ją od tego pomysłu, mówiąc, że możecie się jeszcze przydać. Chciałbym jednak, byście wiedzieli, że to, czego byliście świadkami wtedy i będziecie dzisiaj, jest sprawą niezwykle poufną, więc proszę was o SZCZEGÓLNĄ dyskrecję. Nawet w stosunku do waszych rodziców. W porządku?
- Tak, panie profesorze! - wykrzyknęli zgodnym chórkiem.
- Doskonale! Ruszajmy więc, młodzieży, gdyż mamy umówione spotkanie o czwartej trzydzieści. Zapinać pasy, proszek Fiuu i torebki papierowe w garść i startujemy! Kierunek: Święty Mungo!
To mówiąc, Dumbledore cisnął garść proszku do kominka. Chwilę później cała trójka wpadła w wirującą ciemność.

**

- Witam w Recepcji Szpitala Magicznych Chorób i Dolegliwości imienia świętego Munga. Za prawymi drzwiami znajduje się recepcja, po lewej wejście na oddziały dla odwiedzających. Proszę pamiętać o zmianie obuwia, zachowaniu ciszy oraz o tym, że na teren szpitala nie wolno wnosić magicznych słodyczy ani niczego produkcji braci Weasleyów. Dziękuję za zastosowanie się do poleceń i życzę miłego dnia - zakończył tyradę piskliwy damski głos dobywający się znikąd.
Stali na środku niewielkiego pokoju o białych ścianach, ozdobionych kilkoma portretami sławnych uzdrowicieli. W jedną ze ścian były wmurowane trzy kominki, w dwóch pozostałych znajdowały się drzwi. Dumbledore bez wahania skierował się do prawego wyjścia. Sergiuszek i Lily ruszyli za nim, obrzuciwszy się zdziwionymi spojrzeniami.
- Jaki interes dyrektor ma w odwiedzaniu szpitala? - zastanowił się na głos Snape. Lily nie odpowiedziała, przyglądając się jednemu z portretów, z którego uśmiechała się do nich przyjaźnie ruda, zielonooka kobieta. Podpis na ramie głosił: "Weronika Stalwart (1668-1706)".
- Przypomina moją babcię - szepnęła Lily.
- Kto wie, może jest twoim przodkiem. - Dumbledore zerknął do tyłu, uśmiechając się przyjaźnie. - Weronika to Gryfonka z krwi i kości. Była jedną z ofiar epidemii niewidzialnej grypy, która spustoszyła Pokątną w 1705 roku. Podczas gdy większość uzdrowicieli, nie widząc szansy na wyleczenie pacjentów, uciekała masowo, by ratować życie, ona i troje innych zostali, chcąc pomagać do końca. Wszyscy zmarli. Jeśli chcesz, to możesz przeczytać historię Weroniki - jest w bibliotece Hogwartu. A teraz sza. Muszę nam załatwić przepustki.
- Mam tylko nadzieję, że na mamę się nie natknę - wymruczał Sergiuszek, chowając głowę w ramionach i oglądając się niespokojnie. W kolejce do recepcji, jak zwykle, było tłoczno i głośno. Na samym początku kobieta z dzieckiem, które wrzeszczało i trzymało się za bardzo napuchnięty brzuszek, kłóciła się ostro z recepcjonistką. Tuż za nią jakiś człowiek machał skrzydłami, rozpaczliwie próbując wzbić się w powietrze. Po sali kręciło się kilku uzdrowicieli, jednak, ku uldze Sergiusza, żaden z nich nie był Hermioną Snape.
- Pokłóciłeś się z ciocią? - zaciekawiła się Lily.
- Ja nie. Ale już wcześniej zdarzało jej się wołać na mnie "Severusie". A teraz jest w takim stanie, że jak tylko zobaczy mój nos, to zacznie rzucać we mnie czym popadnie.
- Ooo. - Lily pokręciła głową nad rzeczą dla niej, widocznie, nie do pojęcia. Tymczasem Dumbledore zręcznie ominął tłum ludzi i skierował się do ponurego typka strzegącego bocznych drzwi, znajdujących się po drugiej stronie od głównego wejścia na oddziały. Mężczyzna miał ubiór i minę pełnoetatowego ciecia.
- Taa? - warknął typek, nie przestając ssać zgaszonego papierosa. - Przepisy sanitarne, a żeby je... Co się stanie, jak wypalę jednego czy dwa? Poumierają wszyscy? - wymamrotał bez związku.
- Chciałbym się dostać do laboratoriów - powiedział rzeczowo Dumbledore. - Tutaj jest moje zaproszenie, sygnowane przez samego profesora Coltwiga.
- N'stępny - wymamrotał cieć, wyrywając kartkę z rąk dyrektora i przebiegając po niej wzrokiem. - Dumbledore, tak? A tych dwoje?
- Oni są ze mną.
- Ehe... No dobra, macie. - Wsadził rękę do kieszeni i podał im trzy identyfikatory. - Przypnijcie to sobie. Inaczej system bezpieczeństwa was nie przepuści.
Identyfikator był srebrzystą plakietką z wygrawerowanym napisem "gość". Gdy tylko Sergiusz umieścił ją z przodu szaty, plakietka zaczęła się rozgrzewać, aż w końcu, gdy była niemal gorąca, uformowały się na niej wyrazy "Sergiusz Snape". Zerknął w bok, by zobaczyć, że tak samo zachowała się plakietka Lily.
- Miłego zwiedzania życzę. - Cieć uchylił tiary w parodii ukłonu i przepuścił ich przez drzwi. Zaraz za nimi znajdowała się otwarta zapraszająco winda. Na drewnianej ściance widniały trzy srebrne przyciski, podpisane:

0. Poziom szpitala
-1. Wylęgarnia szczurów
-2. Magazyn zwłok pechowych laborantów


- Ekhm. - Dumbledore odchrząknął dyskretnie i uśmiechnął się na widok zakłopotanych min dwójki pierwszoklasistów. - Alchemicy ze świętego Munga mają BARDZO specyficzne poczucie humoru. Przygotujcie się lepiej psychicznie.
- Szkoda, że nie pomyślałem wcześniej, żeby trenować jogę - szepnął Sergiuszek do ucha Lily. Rzuciła mu lekko zdziwione spojrzenie.
- Dlaczego?
- Przepraszam, Potter, zapomniałem, że po tobie wszystko spływa. Nawet ty sama po sobie spływasz. W takim tempie, to za parę lat niewiele z ciebie zostanie - zadrwił chłopiec.
- Niemiły jesteś - stwierdziła fakt dziewczynka, po czym odwróciła się do Sergiuszka plecami. Sięgnęła do kieszeni i wyciągnąwszy stamtąd paczuszkę porzeczkowych pchełek, zaczęła zajadać je z ukontentowaniem i patrzeć na ścianę. A właściwie, to poprzez ścianę.
- Żeś mnie wzruszyła - prychnął Sergiuszek.
- Cicho, dzieci - nakazał dyrektor. - Za chwilę staniecie się jednymi z nielicznych, którzy dostąpili zaszczytu odwiedzenia jednego z pięciu największych na świecie i najlepiej zaopatrzonych laboratoriów alchemicznych.
Na dźwięk słów Dumbledore'a oczy Sergiuszka rozjarzyły się nieziemskim blaskiem. Natychmiast zapomniał o naburmuszonej (na swój własny sposób) Lily.
- To jest TO? - wykrzyknął z podziwem. - Myślałem, że znajduje się w zupełnie innej części Londynu! Naprawdę tam idziemy? NAPRAWDĘ?
- Diabelnie naprawdę!
Słowa te wypowiedział mężczyzna stojący w otwartych drzwiach windy, która w międzyczasie zdążyła dojechać na miejsce. Miał długie brązowe włosy związane w kucyk, orzechowe oczy i piegi oraz szeroki uśmiech odsłaniający dwa rzędy białych zębów. Przyczepiony do nieskazitelnie białego fartucha chemicznego, srebrny identyfikator głosił:

dr Jonathan Watson
Starszy konsultant
Alchemik


Oczy mężczyzny spoczęły na dyrektorze Hogwartu i jego uśmiech stał się zakłopotany.
- Najmocniej przepraszam władzę ustawodawczą za przekleństwa w obecności młodego pokolenia - wyrecytował z ręką uniesioną do góry, jednocześnie puszczając oczko do Lily. Dziewczynka wpatrywała się w niego cielęcym wzrokiem, zapomniawszy nawet o mruganiu. - Witajcie w progach najsłynniejszej w całej magicznej Anglii jednostki badawczej, o najmniejszej umieralności pośród uczonych na przestrzeni ostatnich stu lat...
- Wow! - sapnął Sergiusz.
- Oszczędź sobie formalności, Jonathanie - poprosił Dumbledore. - Mamy mało czasu, a mnóstwo rzeczy do zrobienia. Wszystko... hm... przygotowałeś, prawda?
- Jak w zegarku. - Alchemik posłał dyrektorowi znaczący uśmieszek. - Gdybym nie był dokładny, Albusie, to, co by po mnie pozostało, zmieściłoby się na szalce Petriego. Tak, jak po biednym Olgierdzie, wieczne mu spoczywanie w żołądku szczura... Ale jaki sens rozpamiętywać stare czasy... Proszę za mną!
Poprowadził ich długim, nieskazitelnie białym korytarzem z mnóstwem drzwi. Każde z nich zdobił numerek i podpis. Z tych, które Sergiuszek zapamiętał, zdążyli minąć "Pierwszy krąg Piekła (szatnię)", "Pojemnik na stare szczury i opieszałych naukowców (podręczny magazyn)", "Kantynę na Mos Esley (kawiarnię)", "Pierwszy stopień wtajemniczenia (biuro sekretarki profesora Coltwiga)", "Drugi stopień wtajemniczenia (biuro starszej sekretarki profesora Coltwiga)", "Mistrza Zakonu (biuro profesora Coltwiga)" i "Kopalnię węgla (Miejsce na papierosa)". Na białych ścianach wisiały portrety zmarłych naukowców o różnych rangach. Z jednego z nich mrugnął do Sergiusza "Magnus Pathfinder (1944-1992) Wynalazł Eliksir Piołunowy i zmarł na skutek jego wybuchu. Jedna stopa i część szczęki pochowana na cmentarzu w Hogsmeade, reszty nigdy nie odnaleziono."
Watson zobaczył, na co spogląda Sergiusz i uśmiechnął się, zdawałoby się, jeszcze szerzej.
- Tak, wybitnych mamy tutaj naukowców, prawda? Nasze laboratorium wyprodukowało ponad trzydzieści procent współczesnych eliksirów.
- A ile ludzi przy tym zginęło? To znaczy, w ciągu ostatnich stu lat? - zapytał podejrzliwie Sergiuszek.
- Niech policzę... - Alchemik zamyślił się na chwilę. - Razem z dwoma wątpliwymi przypadkami to będzie osiem osób. Niczego nie obiecujemy, to niebezpieczny sport. Zabawne. Ty jesteś synem Severusa Snape'a, prawda?
- Nie da się przeoczyć. - Sergiuszek uśmiechnął się szeroko.
- Zdolny facet. Gdyby trochę bardziej przyłożył się do eliksirów, to nie miałby kłopotów ze zdobyciem profesury. Ale mówi, że nie za bardzo to lubi. Ja osobiście w to nie wierzę... Jakiś czas temu Coltwig zaproponował mu pracę. Przyszedł do biura i wiesz, jakie było jego pierwsze pytanie? "Jaka jest statystyka śmiertelnych wypadków w pana laboratorium?". Coltwig mu na to z dumą, że "w przeciągu ostatnich stu lat jedynie siedem osób". Zaś twój ojciec uśmiechnął się okropnie i odrzekł: "O siedmiu za dużo". Pożegnał się i wyszedł.
Sergiuszek zaśmiał się krótko.
- Znasz moją córkę? Irma Watson, szukająca Slytherinu. Git dziewczyna! Kosi równo wszystkich swoich przeciwników.
Sergiuszek potrząsnął głową, że nie, nie zna żadnej git-Irmy.
Alchemik doprowadził ich do niewielkiego, przytulnego pomieszczenia, utrzymanego w tonacji ciepłej zieleni. Powiedział Sergiuszkowi i Lily, by chwilkę tu poczekali, sam zaś wraz z dyrektorem zniknął za grubymi drzwiami, kojarzącymi się z hermetycznie zamykanym wejściem do samolotu.
Sergiuszek osunął się w zdumiewająco miękką sofę i niemal natychmiast zaczął przeciągle ziewać.
- Herbaty... - wymruczał odruchowo. Gdzieś we wschodnich partiach pomieszczenia coś zabrzęczało przeraźliwie i Sergiuszek ledwie miał czas wyciągnąć przed siebie ręce, by uchronić się przed atakiem latającej filiżanki pełnej aromatycznego napoju. Postawił sobie ją na kolanie i rozejrzał się dookoła, zaciekawiony.
- Cukier? - zapytał, już nieco bardziej przytomnie. Natychmiast nad jego filiżanką zmaterializowała się łyżeczka wypełniona białymi kryształkami. - Dwie - zadecydował. Przez chwilę obserwował, jak łyżeczka miesza ciecz w filiżance, a następnie, wykonawszy swoje zadanie, znika.
Przełknął pokaźny haust i oblizał się ze smakiem. Wyborna! Byłaby doskonała, gdyby nie ten truskawkowy zapach...
- Potter! - warknął, odsuwając się możliwie jak najdalej od Lily, która niepostrzeżenie dosiadła się koło niego. - Co ty znowu na siebie wylałaś?
- Lody truskawkowe. Bardzo modne. - Dziewczynka zwróciła na niego swe wielkie, zielone oczy.
Sergiuszek przyglądał jej się przez chwilę, jak nieznanej substancji, która dopiero co spadła z księżyca. Ale Lily już widocznie zdążyła o nim zapomnieć. Z kieszeni wyszywanej różową nicią szkolnej szaty wygrzebała pęk różnobarwnych drucików i zaczęła je ze sobą splatać w jakiś nieprawdopodobnie skomplikowany sposób. Robiła to tak szybko, że jej palce były w oczach chłopca rozmazanymi plamami.
- Ciekawe, ILE jeszcze będziemy musieli czekać - mruknął Sergiuszek, wpatrując się z utęsknieniem w pancerne drzwi. Nie otrzymał odpowiedzi.
Lekko znudzony Snape zabrał się za rozgrzebywanie kupki czasopism, leżących na niewielkim, okrągłym stoliku. Zawierała najnowsze numery "Alchemii praktycznej", "Pulsu medmagii" i "Probówki&Kociołka". Pierwsze było tak specjalistyczne, że rozumiał wyłącznie przyimki i znaki przestankowe, drugie było poświęcone w znakomitej większości Ministerstwu i narzekaniom na magiczną służbę zdrowia. Trzecie zaś składało się głównie ze sprośnych dowcipów i anegdot z naukowego półświatka.
Sergiuszek już miał zamiar cisnąć je z powrotem na stolik, ale jego uwagę przyciągnął nagłówek jednego z krótkich artykułów: “S. Holmes i dr Watson na tropie Eliksiru Immunosupresyjnego!”. Była to zaledwie notka wyglądająca tak, jakby redaktorowi nie bez trudu udało się ją wcisnąć pomiędzy sążnistą reklamę kociołków z podwójnym dnem, a kolumnę z dowcipami “Przyszła teściowa do alchemika”.
Ledwie jednak przeczytał dwie pierwsze linijki, drzwi zasyczały cicho i zaczęły się uchylać. Szybkim ruchem wydarł stronę z magazynu i odrzucił go z powrotem na kupkę. Lily podniosła oczy znad drucianej przeplatanki. Do pomieszczenia zajrzała ciemna głowa, a potem cała reszta lekko korpulentnego mężczyzny w białym kitlu. Jego niepewna mina stała się lekko spłoszona, gdy napotkał spojrzenie Sergiuszka.
- Er... Cześć, to wy jesteście tymi dzieciakami, które mam oprowadzić po laboratorium? - zapytał cicho. W odpowiedzi na ich potakiwanie i bardzo entuzjastyczną minę Sergiuszka zdecydował się wreszcie wysunąć się zza pancernych drzwi.
- Pozwolą nam się pokręcić w środku? Odjazdowo! Zawsze chciałem zobaczyć takie prawdziwe, wielkie laboratorium alchemiczne! Takie z destylatorem magii, próbnikiem prądozmiennym, maszyną DI i całym mnóstwem pipet i probówek! - wyrzucił z siebie Sergiuszek, zrywając się na równe nogi. Zdawało się, że z każdym jego słowem mężczyzna staje się coraz bardziej przestraszony. - To świetnie! Idziemy teraz?
- Ehm, no tak. Za chwilę. No więc, możecie patrzeć, ale nie wolno wam niczego dotykać. I, uch, chyba nie pokażę wam DI, to zbyt niebezpieczne. To znaczy, nawet mnie tam nie wpuszczają, a co dopiero... Ehm, no to... No właśnie, nazywam się Neville Longbottom i jestem technikiem laboratoryjnym. Miło... Miło was poznać.
- Ty jesteś tym Neville’em Longbottomem, o którym mój tata kiedyś mi opowiadał? - Lily uśmiechnęła się ciepło i mężczyzna spojrzał na nią z wdzięcznością. - Cześć, jestem Lily Potter. Tata powiedział, że żałuje, że tak dawno się nie widzieliście. Dlaczego?
- Erm, no ja... - mężczyzna wzruszył ramionami, wyraźnie zakłopotany.- Byłem bardzo daleko. Pracowałem w Afryce z bardzo biednymi, ale bardzo kochanymi dziećmi. Przyjechałem do Anglii tylko na kilka miesięcy, żeby zdobyć trochę praktyki i spędzić wakacje z rodziną, potem znowu wyjeżdżam.
- A dlaczego nie pracujesz tutaj? Tata mówi, że bardzo mu ciebie brakuje.
- To nie tak - mężczyzna potrząsnął głową, wyraźnie nie wiedząc, jak wytłumaczyć dziewczynce zerwanie kontaktów z dawnymi znajomymi i wyjazd na drugi koniec świata. - Wiesz, ja i twój tata byliśmy kiedyś przyjaciółmi. Ale potem przyszła wojna... Nie każdy z nas wyszedł z niej z poranionym ciałem, ale każdy ma poranioną duszę. Ludzie się zmienili. Po prostu... to, co łączyło mnie i twojego tatę spaliło się. Tam już nie ma nic. Twój tata myśli, że można to naprawić, ale myli się.
- Nie rozumiem. - Lily potrząsnęła głową. - Dlaczego nie możecie od nowa się zaprzyjaźnić?
Neville westchnął ciężko i odgarnął włosy z czoła. Nagle zdawał się być bardzo zmęczony.
- Nie umiem ci tego wytłumaczyć - powiedział cicho. - Dla ciebie wojna to abstrakcja, a Voldemort jest żartem. Nieważne. Po prostu... nie mów swemu tacie, że mnie tu spotkałaś. Ja jestem szczęśliwy i on jest szczęśliwy. Niech tak zostanie, dobrze?
- No... w porządku. Ale nie podoba mi się to - zadecydowała Lily. - Wojna jest najgłupszą rzeczą na świecie.
Sergiuszek słuchał ich wymiany zdań ze zmarszczonymi brwiami. Rozmowa skojarzyła mu się ze zbliżającym się świętem, najsmutniejszym w magicznym kalendarzu i poczuł się bardzo nieprzyjemnie.
Drugi listopada. Święto poległych w wojnie z Voldemortem.
- Święta racja, Potter - poparł dziewczynkę. Na dźwięk głosu Sergiuszka Neville rzucił mu to samo, spłoszone spojrzenie. Snape uniósł brew w niemym znaku zapytania. Mężczyzna natychmiast odwrócił wzrok. Dziwny facet, pomyślał chłopiec. - Idziemy już?
- Ee, tak, chwila, tylko musicie założyć obuwie ochronne i fartuchy... - Longbottom machnął różdżką, zrzucając im na głowy strój laboratoryjny. Plastikowa kulka odbiła się od czoła Sergiuszka i wylądowała na podłodze. - Och, hm... przepraszam.
- Przepraszam, jasne - mruknął do siebie Sergiusz. Był odwrócony do mężczyzny plecami, więc nie zauważył, że ten zaczerwienił się gwałtownie.

**

"Jak cudownie! Jak wspaniale!", pomyślała Sareczka po raz pięćdziesiąty z rzędu, taszcząc ciężki koc i torbę szkolną z przyborami plus Makiawelem. Kocurek był na tyle niezadowolony z tego, że miał być gdziekolwiek przenoszony w ciemnej i ciasnej torbie, że zdążył w międzyczasie pożreć ćwierć nowej książki do transmutacji. Miała tylko nadzieję, że rodzice tego nie zauważą. Teraz zaś miotał się w środku jak opętany, próbując wydrapać sobie drogę na wolność i sycząc przy tym przeraźliwie. Szczęście, że nie spotkali po drodze żadnego z nauczycieli; z pewnością żywo zainteresowałby się podskakującą torbą i wysypującą się z niej strużką drobno posiekanego papieru.
Pamiętaj, to tylko dla twojego dobra, powtórzyła w myślach, by broń Boże nie zapomnieć. Co prawda dla własnego dobra wolałaby siedzieć teraz w dormitorium, ucząc się wraz z Lidią sztuki makijażu orientalnego od samej prefekt Slytherinu. Ale kolejny sen ze smokiem w roli głównej przekonał ją, że może należałoby spróbować wywoływania duchów. Nawet, jeśli Avie się nie uda (choć dziewczynka zapewniała Sarę, że jej ciotka jest zawodową egzorcystką i nauczyła ją kilku sztuczek), to Sara będzie mogła spać ze spokojnym sumieniem.
Sen był jeszcze dziwniejszy niż poprzedni. I trochę straszny. Smok znów wylądował z nią w lodowej jaskini, jednak tym razem nie pokazywał jej wydarzeń z przyszłości, tylko ludzi. Ci, których znała i kochała stali nieruchomo, zatopieni w bryle lodu, niewidzącymi oczami patrząc wprost na nią. Ale za każdym razem, gdy dotykała przezroczystej ściany, jeden z nich znikał, pozostawiając za sobą lodową pustkę.
Smok nie powiedział ani słowa.
Zbudziła się zlana zimnym potem. Rano tego samego dnia od razu pobiegła do Avy, by powiedzieć jej, że chce jednak spróbować tego jej małego eksperymentu. Teraz zaś szła w kierunku nieużywanego skrzydła zamku, do jednego z pustych pokojów gościnnych, by, jak to ujęła Ava, "oddać się w ręce legendy i przeznaczenia".
Nie miała tylko pojęcia, po co przeznaczeniu był potrzebny Makiawel.
Zapukała do drzwi i na umówiony znak otworzyła jej uśmiechnięta i rozgorączkowana Ava.
- Wszystko gotowe. Masz kota?
- A nie widać? - prychnęła Sara. - Lepiej go wypuszczę, nim do końca zneutralizuje moje notatki z transmutacji!
Odpięła torbę, z której niemal natychmiast wystrzeliła czarna kulka futra i wściekłości. Z sykiem przemknęła między nogami Avy i zniknęła w czeluściach pokoju gościnnego.
- Boże, ty to coś lubisz? - Krukonka spojrzała na Sarę jak na osobę niespełna rozumu.
- Ma sporo zalet. Jeśli nie jest wściekły, to czasami daje się pogłaskać. Zasmakował w składnikach eliksirów, więc nawet mu nie muszę kupować dużo kociej karmy, która jest znacznie droższa - wyliczała Sareczka. - Fajnie mruczy, jak leży mi na brzuchu. I regularnie pozbawia Patil jej prenumeraty "Nastoletniej czarownicy". Chyba polubił farbę drukarską - zakończyła Sara ze złym błyskiem w oczach.
- Ee... Czy to aby na pewno zdrowa dieta dla kota?
- Chyba wie, co je? - Sara wzruszyła ramionami. - To co, mam tak sobie stać, czy pokażesz mi wreszcie, co zmajstrowałaś? Przez ciebie nie wysłuchałam do końca opowiadania Lidii o tym, jak jej ojciec-idiota nurkował w Amazonce bez magicznych zabezpieczeń i aligator odgryzł mu pół ramienia!
- Uch, jasne, sorry! - Ava przepuściła Sareczkę do pokoju gościnnego. Widok, który tam zastała, lekko zamurował pannę Snape.
- I to ma niby działać? - zapytała słabo.
Na podłodze pysznił się wyrysowany różową szminką pentagram, w środku którego leżał, wycięty z różowego papieru, przełamany symbol Kosmicznej Równowagi. Na pięciu końcach pentagramu stały błękitne flakony w kształcie pelikanów i słoników szczęścia. Jeden z nich był wypełniony wodą, drugi ziemią, w trzecim żarzył się niewielki ogienek, w czwartym, zakrytym przykrywką z uszu słonia, unosiła się delikatna mgiełka. Piąty był pusty.
- Zwinęłam je z Pokoju Wspólnego - przyznała się Ava.
Pentagram otaczało stado czarnych świec, jeszcze nie zapalonych. Na niewielkim stoliku umieszczono wiaderko z solą, standardowy nóż do eliksirów, gazę i wodę utlenioną. Tuż obok stolika stało oplecione czarnym materiałem krzesło, na którym, niby na tronie, siedziały dwie zepsute mówiące lalki z odrastającymi włosami i wybrakowany miś bez jednego oka.
- A to niby co? - Sara wskazała na krzesło. - Nasza widownia?
- Ehm, pomyślałam, że może przydać się nam odrobina pomocy bogów wudu...
- Czego?! Nie mów mi, że TAK wyglądają bogowie wudu!
- Noo... Duchom jest chyba i tak wszystko jedno, prawda? Ciocia mówiła mi, że najważniejsze jest stwarzanie pozorów.
- To mam nadzieję, że posiadasz dyplom cudotwórcy! A gdzie w tym wszystkim podziewa się Makiawel?
- Kot ma być naszym obrońcą, gdyby któryś duch chciał zaatakować.
- Odlotowo - mruknęła Sareczka.

**

- Hm... Gotowi? No to ruszamy. - Longbottom zaprosił ich gestem do przejścia przez pancerne drzwi. Sergiuszek zamachał nogą obutą w niebieską foliową torebkę. Szeleściło ładnie, ale poza tym jakoś wątpił, by było w stanie uratować mu buta, jeśli jakaś substancja naprawdę zechciałaby go zeżreć. Zamierzał powiedzieć o tym ich przewodnikowi, ale zniechęcił go widok jego twarzy. Snape miał na to tylko jedno wytłumaczenie.
Ten Longbottom, z jakiś niepojętych przyczyn, bał się Sergiuszka. .
- To jest sala A. Tutaj wykonuje się drobne doświadczenia. Głównie takie na zasadzie "Zmieszaj i popatrz, co z tego wyjdzie". Tutaj jest też główne miejsce pracy niższych stopniem naukowców - tłumaczył technik, prowadząc dwójkę pierwszaków między rzędami długich, białych stołów, podzielonych przegrodami na stanowiska. Stała na nich najdziwniejsza mieszanina mugolsko-magicznych przyrządów, jakie Sergiuszek widział w swoim życiu. Począwszy od setek probówek, szalek Petriego, szpatułek, zmodyfikowanych różdżek i różnorakich kociołków, po skomplikowane zestawy do destylacji, rafinacji, mieszania molekuł i innych alchemicznych dziwów. Na większości stanowisk coś bulgotało, kapało, parowało i zmieniało kolor. Pośród całego tego alchemicznego szaleństwa biegały dziesiątki pracowników w białych kitlach, przynosząc, odnosząc, dosypując, mieszając, wbiegając oraz wybiegając przez drzwi i wykrzykując do swoich pomocników. Głównie po angielsku, choć Sergiuszek usłyszał także niemiecki, francuski, chiński i parę innych języków, których nie był w stanie rozpoznać.
- Jak rany! Jak oni mogą pracować w takim tłoku? - zdumiał się. - Przecież to nieludzkie! Mój tata z miejsca by się wściekł!
- Erm... To jest miejsce tylko na drobne zabawy. Prawdziwe doświadczenia odbywają się w tajemnicy, w osobnych laboratoriach, do których wstęp ma tylko alchemik i, ewentualnie, jego pomocnicy - wyjaśnił ostrożnie Neville, spoglądając przy tym na Sergiuszka jak na bombę zegarową. - Rozumiecie, patent i te sprawy...
- Fajnie tu - skomentowała Lily, jednak bez jakiegoś szczególnego entuzjazmu.
Sergiuszek przyglądał się przez chwilę kolbie do destylacji, w której bulgotała jakaś bliżej nieokreślona, czerwona substancja. W zbiorniczku na destylat zdążyła się uzbierać cieniutka warstewka srebrzystej cieczy, która mogła, choć nie musiała, być smoczą esencją, używaną w dużej ilości eliksirów uzdrawiających. Maleńka srebrna kropelka powoli spływała po ściance, by dołączyć do pozostałych...
- Eureka! Znam przepis na złoto! - ryknął jeden z alchemików z końca sali. Wśród kamiennej ciszy, która nastąpiła po jego oświadczeniu, wybiegł przez wahadłowe drzwi. Przyciskał przy tym do piersi statyw z probówkami.
- Oho, Kansky znowu coś odkrył. To będzie już trzeci raz w tym tygodniu. Ciekawe, kiedy zobaczymy rezultaty - powiedziała jedna z alchemiczek. W jej głosie wyraźnie słychać było drwinę.
- Prędzej ty wyjdziesz za mąż, sreberko - odparł jej kolega z sąsiedniego stanowiska.
- Oni tu naprawdę szukają złota? - Sergiuszek zmarszczył brwi w zastanowieniu. - A myślałem, że to już przestarzałe.
- Ee... Nie, to tylko taki symboliczny okrzyk, jak zrobią jakieś oszałamiające odkrycie...
- Albo, jak w przypadku Kanskiego, oszałamiający brak odkrycia - dopowiedziała kobieta, pokazując w uśmiechu dwa rządki drobniutkich zębów. - Co to, Longbottom, czyżby znowu zatrudnili cię przy oprowadzaniu szkolnych wycieczek? Cześć, dzieciaki. Jestem Honorata Gibs, starszy laborant. Mam akurat wolną chwilkę, więc mogę coś wam pokazać, pod warunkiem, że Nev tu zostanie. Nie będę się potem tłumaczyć Chrisowi z potłuczonego szkła.
- Ech... Ja... Ja właśnie coś im pokazywałem - próbował bronić się Longbottom. Jego twarz spurpurowiała, a głos wyraźnie drżał. - Patrzcie, to są probówki, a to pipeta, to standardowy kociołek do...
- Ehe. - Sergiuszek zrobił bardzo znudzoną minę. - I co z tego?
Longbottoma wyraźnie zatkało i Sergiuszek poczuł coś na kształt wyrzutów sumienia. Jednak nie miał czasu dłużej się nad nimi zastanawiać, gdyż kobieta wydała z siebie krótkie parsknięcie i wskazała na niego palcem.
- Patrz, Enny, jaki przedsiębiorczy dzieciak! - Zwróciła się do mężczyzny przy sąsiednim stanowisku. - Wygląda zupełnie jak jakiś Snape. A może to Sev, tylko się pomniejszył?
- Spójrz lepiej na jego identyfikator, sreberko. - Mężczyzna z trudem powstrzymywał się od śmiechu. - Przecież TO JEST Snape, tyle, że junior.
- CO? - Oczy kobiety rozszerzyły się ze zdumienia. - Ależ to niemożliwe! Przez pączkowanie się rozmnożył, czy jak?
- Nie, przez podział plechy - odparował Sergiuszek.
Jej kolega kwiczał ze śmiechu.
- W jakim ty uniwersum żyjesz, Rogata? - wydusił z siebie wśród spazmów niepowstrzymanego chichotu. - Przecież Snape dwanaście lat temu się ożenił i ma mnóstwo dzieciarni!
- Dwoje - uznał za stosowne wtrącić Sergiuszek.
- Nie nadążasz za rzeczywistością, Rogata - kontynuował Enny, nie zważając na zbulwersowaną minę swojej koleżanki. - Świat się zmienia.
- Świat owszem, ale SNAPE?
- Oj Rogata, Rogata. - Mężczyzna pokiwał współczująco głową. - Widzisz, trzeba było wcześniej za nim ganiać, zanim młodsza go dorwała.
- Ale to nie tak miało być! - poskarżyła się Honorata. - Mieliśmy do sto czterdziestego roku życia żyć w stanie wolnym, potem wziąć ślub i nienawidzić się śmiertelnie przez następne dwadzieścia lat, czyli do chwili, kiedy wykończylibyśmy się nawzajem! Potem byłby pogrzeb, w którym uczestniczyłyby dwie osoby: ksiądz i grabarz. I pochowaliby nas we wspólnym grobie, na którym zasadziliby krzew wiecznej miłości, który natychmiast by usechł. Jak on mógł mi to zrobić? Czuję się jak stara prukwa!
- Świetne! - zachichotała Lily. - Mogę opowiedzieć tacie?
- Nie możesz, bo to ja mu opowiem! - zaprotestował Sergiuszek. - Ty byś opuściła wszystkie pikantne szczegóły.
- Dzielę twój ból, Rogata. - Enny teatralnym gestem położył dłoń na sercu. - Ale nie wiem jeszcze, czy wybaczę ci, że przez ciebie oplułem całe moje doświadczenie.
- Ee... Może już sobie pójdziemy, dobrze? - Neville wyglądał, jakby nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać. - Mamy mało czasu, więc jeśli chcecie zobaczyć jak najwięcej, to musimy się pośpieszyć.
Weszli przez drzwi wahadłowe do wąskiego korytarzyka, który doprowadził ich do sali wypełnionej mugolskimi i magicznymi urządzeniami pomiarowymi. Na szerokiej ławie pod ścianą stały rzędy różnokolorowych odczynników. Tu tłok był znacznie mniejszy, zaś laboranci pracowali w milczeniu.
- Jesteśmy w sali analizy - wyjaśnił im Neville. - Tu alchemicy rozpoznają i klasyfikują chemiczne i magiczne składniki różnych substancji. To są urządzenia do elektroforezy, spektroskopii, spektrofotometrii, krystalografii i inne używane przez Mugoli. Dalej mamy analizatory magiczne: destylatory magii, esencjometry, próbniki prądozmienne i inne. Rozejrzyjcie się przez chwilę. Jeśli macie jakieś pytania, to, ehm... pytajcie.
Lily widocznie nie miała żadnych pytań, gdyż wyciągnęła z kieszeni swoją robótkę i ponownie zabrała się do splatania drucików. W przeciwieństwie do niej, Sergiusz ruszył w teren i doczepił się do pierwszego bardziej interesującego naukowca. Mężczyzna właśnie przelewał bladoróżową ciecz z probówki do prostokątnego szklanego pojemniczka. Następnie włożył pojemniczek do przegródki w przypominającym skrzynię urządzeniu i odczytał wynik ze skali, znajdującej się z przodu pudła.
- Co to jest i do czego to służy? - zapytał Sergiuszek, zaglądając mu przez ramię.
- Przesiewnik magiczny. Działa na tej samej zasadzie, co spektrofotometr absorpcyjny, tylko że mierzy stężenie magii w substancji, w porównaniu do stężenia wzorca. Dzięki temu dowiadujemy się, jaka jest czystość próby badanej - wyjaśnił lakonicznie naukowiec, sprawdzając jakąś wartość na wyrysowanym wcześniej wykresie.
- Jasne, rozumiem - mruknął Sergiuszek, czując się jeszcze głupiej niż przed wejściem na salę. Podszedł jeszcze do śmiesznego urządzenia w którym, w przezroczystej tubie, wirowały małe kuleczki (izolator czystej magii) i do gigantycznej, buczącej klepsydry, w której piasek przesypywał się z dołu do góry (eksperymentalny zawracacz czasu). W końcu stwierdził, że wszystko to jest fascynujące, lecz zupełnie niepojęte i uznał, że ma dosyć.
- Idziemy - zarządził. Ku jego zdziwieniu, Longbottom po prostu skinął głową i wyprowadził ich z pomieszczenia.
- W budynku są jeszcze osobne pomieszczenia z wyjątkowo niebezpiecznymi, szkodliwymi czy też delikatnymi urządzeniami, liczne magazyny i prywatne laboratoria wyższych stopniem naukowców. Tam nie wolno nam wchodzić - wyjaśnił Neville.
- Nie zobaczymy najciekawszego? - Sergiuszek spochmurniał. Do diaska, a tak chciał chociaż zerknąć na DI! Tata obiecał, że pokaże mu tę maszynę, kiedy Sergiuszek dorośnie, ale to przecież całe sześć lat!
- Hm... mogę wam jeszcze pokazać zwierzyniec...
- Myszki! - oczy Lily nagle rozbłysły.
- Myszki, jasne - burknął Sergiuszek.
Dwa zakręty później znaleźli się naprzeciwko wahadłowych drzwi, za którymi znajdowała się biała sala wypełniona po sufit wielkimi, mniejszymi i zupełnie malutkimi klatkami. Ostry zapach gryzoni już w wejściu uderzył w nozdrza Sergiuszka i chłopiec ucieszył się, że nie ma nic w żołądku. Jedyną poza nimi osobą przebywającą w pokoju był starszy czarodziej w lekko poplamionym fartuchu, który za pomocą długiej plastikowej rurki zakończonej wypchanym workiem wdmuchiwał do klatek pożywienie.
- Och, jakie śliczne! - zawołała Lily, z miejsca podbiegając do niewielkiej klatki z białymi myszkami w zielone paski. Jej entuzjazm nie trwał jednak zbyt długo, gdyż, jak tylko zobaczyła je wyraźniej, wrzasnęła przeraźliwie i zasłoniła twarz dłońmi.
- Lily, co ci? - Mocno zaniepokojony tym niezwykłym wybuchem opoki stoicyzmu, Sergiuszek chwycił ją za ramię i lekko ścisnął. Bez słowa wskazała na klatkę.
Nie trzeba było wielkiej spostrzegawczości, by stwierdzić, co też tak poruszyło pannę Potter. Słodkie stworzonka miały po osiem par oczu.
- O, fuj! - zgodził się Sergiuszek.
I wtedy stało się coś zupełnie niespodziewanego. Lily nagle odwróciła się w jego stronę i zarzuciła mu ręce na szyję.
- Dlaczego oni im to robią? - załkała w jego szatę. - Przecież to tylko małe myszki!
- Eee... No... Uch... - Sergiuszek poczuł, że nie jest w stanie wyartykułować żadnego sensownego zdania. Może dlatego, że jego szczęka zwisła do połowy brzucha. Rozpaczliwie poszukał wzrokiem jakiejkolwiek pomocy. Ale wyglądało na to, że Longbottom jest jeszcze bardziej przerażony od niego.
- Potter, ja... Odklej się ode mnie, dobra? - poprosił chłopiec. Lily puściła go i nagle strasznie zawstydzona, odsunęła się na dobre pięć kroków.
- Przepraszam... - szepnęła cichutko. - Nie chciałam. Tak jakoś... Po prostu...
- He, he! Pięknie! Dawno nie widziałem czegoś takiego! - zaśmiał się mężczyzna, który karmił gryzonie. Miał nieprzyjemnie szorstki głos i okropnie zaciągał samogłoski. - A te pajączki to Walter napasł jakimś paskudztwem. Nie udała mu się transmutacja międzygatunkowa, czy coś w tym stylu. Nie martwcie się, dzieciaki, mamy tutaj gorsze przypadki...
Nie dokończył, gdyż zastopowało go mordercze spojrzenie Sergiuszka.
- Ja chyba cię gdzieś widziałem... - powiedział mężczyzna na wpół do siebie. - Coś jakby...
- Wracajmy - powiedział Sergiuszek tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Jasne, wracamy, wracamy. - Neville westchnął. - I tak już za chwilę musimy się spotkać z profesorem i doktorem Watsonem.
Kiedy przechodzili obok klatek ze świnkami morskimi, te nagle zaczęły kichać.
- A mówiłem ci, Longbottom, żebyś ich nie dotykał! - wydarł się za nimi mężczyzna. - Znowu się na ciebie uczuliły!

**

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 25.09.08, 12:07

**

- Okej, teraz wyglądamy jak greckie kapłanki. To im powinno wystarczyć. - Ava zatarła ręce, lustrując Sareczkę od stóp do głów. Była wyraźnie zadowolona ze swojego dzieła.
Sara miała na sobie prześcieradło, związane w pasie konopnym sznurkiem. Z jej ramion zwisał zielony koc w wężyki, ciągnąc się za nią po ziemi. Dodać do tego należało jeszcze burzę rozrzuconych bezładnie czarnych loków, obficie nadużyty czarny cień pod oczami i biały puder na policzkach i wychodziło z tego coś w stylu palestyńskiego uchodźca. Sara doszła do wniosku, że jej przyjaciółka ma albo niebezpiecznie wybujałą wyobraźnię, albo błędne pojęcie o helleńskiej urodzie.
- Super. Teraz tylko wystarczy, że pomożesz mi zdjąć kota z sufitu i możemy zaczynać - zadrwiła.
Ava podniosła głowę do góry i spojrzała tam, gdzie ze stropu zwisał dostojny, sześcioramienny kandelabr. Na jednym z jego ramion siedział skulony mały, czarny kocurek. Spoglądał w dół przestraszonymi ślepkami i co pewien czas miauczał rozpaczliwie.
- Sara, masz pojęcie, jak on tam wlazł? - wyszeptała Krukonka. W pobliżu kandelabru nie było wysokich mebli, a firanka w oknie nie mogła dać przecież żadnej podpory do tak dalekiego skoku.
- A ja wiem? Ten kot to akrobata i lubi być wysoko. W moim dormitorium większość czasu przesiaduje na dachu łóżka, no, chyba że akurat spada na kark Patil lub pożera nasze podręczniki. Sama się go spytaj, jak tam wlazł.
- Kici! Kici! Makiawel, chodź do nas! - zaświergotała Ava, wyciągając ręce w kierunku żyrandola. Kotek miauknął, ale nie wykazywał ochoty do współpracy. Dziewczynka zaczęła podskakiwać, cały czas "kiciając" i wymachując rękami. To tak zdenerwowało Makiawela, że wydał z siebie ostrzegawczy syk i przywarł grzbietem do podstawy kandelabru.
- Uważaj, bo jak skoczy na ciebie, to ja nie będę cię sklejać - ostrzegła przyjaciółkę Sara.
- Może by użyć na nim Leviosy? - zamyśliła się Ava.
- O NIE! - zaprotestowała gorąco Sareczka. - To mój kot i nie pozwolę, by stała mu się jakaś krzywda! Po prostu zostawmy go tam, gdzie siedzi, może sam zeskoczy. I zaczynajmy już, bo w tym tempie przegapimy całą kolację.
- Okej. Musisz jeszcze zrobić jedną rzecz. To będzie nieprzyjemne.
- Już drżę - Sara rzuciła jej podejrzliwe spojrzenie. Ava podeszła do stolika i wzięła z niego nóż do eliksirów, gazę i wodę utlenioną.
- Twoja krew - powiedziała, a oczy Sareczki rozszerzyły się lekko. - Musi pójść tam. - Wskazała na piąty, pusty flakonik.
- Cholera, nie mogłaś mi tego powiedzieć wcześniej? Myślałam... że wystarczy cokolwiek, co należy do danej osoby. Włosy na przykład! Czy to musi być krew? - ton Sary zdradzał lekką histerię.
- Y-y - Ava potrząsnęła przecząco głową. - Inne rzeczy są za słabe i mogą przywołać fałszywego ducha, który powie ci takie okropności, że nie będziesz mogła spać do końca życia. Nie martw się, wystarczy tylko odrobina.
- Ależ ja się nie martwię, słonko - warknęła Sareczka, niemal wyrywając nóż z ręki Avy i przyklękając nad piątym flakonikiem. - Jak się wykrwawię na śmierć, to TY będziesz musiała powiedzieć to profesorowi Snape'owi. Nie żeby się zasmucił, albo coś...
Chwyciła nóż za trzonek i jednym zgrabnym ruchem przecięła sobie skórę na nadgarstku.
- Tylko płytko! - pisnęła nagle przestraszona Ava.
- Jasne, jasne. Nie jestem głupia! - odburknęła Sara. Z fascynacją patrzyła, jak jej własna krew równym strumykiem ścieka po bladej skórze i skapuje do flakonu. Po chwili strumyczek zmniejszył się, aż wreszcie zniknął całkowicie.
- Starczy? - spytała sucho. Ava skinęła głową. Sara odpakowała kawałek gazy, przemyła ranę wodą utlenioną i przycisnęła opatrunek do ręki, zaklejając go plastrem. - No, to co robimy teraz?
- Chwila moment. - Ava wyjęła z kieszeni niewielki tomik z serii "Hobby na weekend", zatytułowany "Proste egzorcyzmy i przywoływanie duchów dla początkujących" i przeczytała kilka linijek. - Okej, mam nadzieję, że niczego nie pokręcę. Poprzednio pomagała mi ciocia i wywoływałyśmy ducha skrzata domowego - wyjaśniła. - Okazało się, że nawiedzał w koszmarach jedną starszą panią, bo dwa lata temu w magicznym hotelu dała mu napiwek. Mam tylko nadzieję, że to twoje coś nie jest niczym groźnym.
- Ja też mam taką nadzieję - prychnęła Sara.
- No to zaczynamy. Stań na ramieniu pentagramu, na którym stoi twoja krew.
Ava wzięła ze stolika wiaderko z solą i zaczęła wysypywać okrąg wokół pentagramu, z każdym krokiem powtarzając "A sio, złe duchy. Opuśćcie to miejsce, bo święcę je solą Ziemi". Kiedy skończyła, otarła ręce o błękitny koc, który zwisał z niej tak, jak zielony z Sareczki.
- Teraz słuchaj: ja jestem kapłanką, ty jesteś klientką. Ja odprawiam rytuał, ty patrzysz. I do końca nie wolno ci wychodzić z kręgu soli i wchodzić do pentagramu. Najlepiej stój cały czas w tym samym miejscu. Okej?
- Okej - zgodziła się Sara.
Ava odetchnęła głęboko i uniosła ręce do góry.
- Wołam cztery demony czterech żywiołów, by przyprowadziły tu ducha, który dręczy Sarę Snape, córkę Hermiony. Niech demon wiatru, co dociera wszędzie, przychodzi znikąd i nigdy się nie zatrzymuje, znajdzie ducha, który dręczy Sarę Snape, córkę Hermiony i przyprowadzi go do nas! - Chwyciła flakon pełen półprzezroczystej mgiełki i wypuściła jego zawartość w kierunku pentagramu. Mgiełka utworzyła niewielki wir na samym jego środku i znikła.
- Niech demon wody, co opływa Ziemię i nic nie jest dość silne, by się mu przeciwstawić, znajdzie ducha, który dręczy Sarę Snape, córkę Hermiony i przyprowadzi go do nas! - Chlusnęła zawartością drugiego flakonika. Woda, nim zdążyła opaść na podłogę, zdematerializowała się.
- Niech demon ziemi, co żywi wszelkie stworzenie i wie, co się dzieje z jego dziećmi, znajdzie ducha, który dręczy Sarę Snape, córkę Hermiony i przyprowadzi go do nas! - wykrzyknęła Ava, osypując ziemią pentagram. Ziemia zasyczała, rozpływając się w powietrzu. Atmosfera wokół nich zdawała się gęstnieć z minuty na minutę. Makiawel, spoglądający na całe to przedstawienie z góry, chyba wyczuwał to dziwne napięcie, gdyż zamilkł na dobre, zwinął się w kłębuszek i patrzył na nie wielkimi, kocimi oczami. Tymczasem Ava podeszła do przedostatniego flakonika i podniosła go nad głowę.
- Niech demon ognia, co rozpala w cielę iskrę życia i połyka ją, gdy nadejdzie właściwy czas, znajdzie ducha, który dręczy Sarę Snape, córkę Hermiony i przyprowadzi go do nas!
Ogień podzielił los pozostałych żywiołów. Wreszcie Ava chwyciła flakonik z krwią Sary i powiedziała:
- Ja, Avaradia Bolton, córka Vanessy, rozkazuję wam, demonom świata, znaleźć i przyprowadzić do nas ducha, który dręczy Sarę Snape, córkę Hermiony! A oto dar dla was, krew Sary Snape, byście dobrze wiedziały, czego szukać!
Gdy tylko krew znalazła się nad pentagramem, zapłonęła jaskrawym, białym płomieniem. Dziewczynki usłyszały cichy wdech, jakby coś budziło się do życia i chwilę potem szept, niemal na granicy słyszalności:
- Za chwilę zobaczysz swojego ducha, Saro Snape, córko Hermiony. Nie trzeba było daleko go szukać...
Maleńki, czarny punkcik dokładnie pośrodku przełamanego znaku Kosmicznej Równowagi zaczął powoli rosnąć i zmieniać kształt...

**

Zatrzymali się przed zwyczajnymi, drewnianymi drzwiami, jednymi z wielu w długim, jasno oświetlonym korytarzu, ciągnącym się dookoła całego budynku. Mosiężna tabliczka na poziomie oczu głosiła: "Niezależna agencja detektywistyczna S. Holmesa i dr Watsona". Zaś nieco niżej: "S. Holmes chwilowo nieobecny". Neville zapukał tak ostrożnie, jakby obawiał się, że w środku czekają na niego hordy dzikich psów, gotowe go zagryźć, gdy tylko uchyli drzwi.
Hord nie było. Była jedynie uśmiechnięta szeroko, piegowata twarz doktora Watsona.
- I co? Wrócili z wycieczki krajoznawczej? Jak wrażenia?
- Bogate - przyznał Sergiuszek. - Najlepsza była pani Honorata.
- Oho! Czyżby Rogata opowiadała wam o swojej nieszczęśliwej miłości? - wykrzyknął alchemik. W jego oczach zabłysły diabelskie iskry. - A mówiła o szczegółach architektonicznych zameczku w Transylwanii? Widzę, że nie! No już, zapraszam do środka, nie pozostawię was z pustymi rękami. Ach, Neville... Dzięki serdeczne, chłopie. Zrób sobie przerwę na kawę. - Doktor Watson pośpiesznie zatrzasnął drzwi, pozostawiając na zewnątrz nieco zdezorientowanego technika laboratoryjnego.
- Witajcie w moim prywatnym raju! - powitał ich alchemik, zataczając ręką szeroki łuk.
Laboratorium było imponujące. Dziesięć razy większe od laboratorium ojca Sergiusza, miało dwa długie stoły, na których stały doświadczenia w różnym stadium zaawansowania. Alchemik podszedł do jednego z miedzianych kociołków, bulgoczących na małym ogniu i zamieszał eliksir długim, przypominającym różdżkę patykiem ze spłaszczonym końcem. Pod ścianami piętrzyły się szafki wypełnione aparaturą, składnikami eliksirów i książkami oraz kolejny stół, zawierający kilka nieznanych Sergiuszkowi maszyn, zamrażarkę i siedem typów mikroskopów. W odległym kącie pokoju, gdzie docierało światło padające z magicznego okna, stało zawalone notatkami biurko, sporej wielkości lodówka i maszyna do kawy.
- Wy tu macie elektryczność? - zdumiał się Sergiuszek. Takie cuda techniki, poza prywatnymi domami, były w świecie czarodziejów rzadko spotykanym dobrem.
- A co, myślisz, że na co działa ten cały sprzęt, które oglądałeś? Na chuchnięcie? - zadrwił mężczyzna. - Co prawda sporo ambarasu było z tym, żeby nam poprowadzili kable, Minister Magii się wściekał, ktoś tam zleciał z urzędniczego stołka, ale voila! Mamy!
Powiedział to z taką dumą, jakby elektryczność była jego osobistą zasługą. Usatysfakcjonowany odpowiedzią, Sergiuszek podszedł do stołu i zajrzał do jednego z kociołków. Na dnie bulgotała mętnawa ciecz o chorobliwie żółtej barwie. Zanim jednak zdążył zapytać, co też takiego doktor Watson tropi w swoim laboratorium, poczuł na ramieniu rękę mężczyzny.
- Hola, młodzieńcze! Niczego nie dotykaj, to bardzo delikatne doświadczenia! - Został delikatnie, lecz stanowczo odciągnięty od kociołka i popchnięty w stronę, gdzie na stole piętrzył się stos okrągłych buteleczek wielkości paznokcia. - Profesor Dumbledore za chwilę wróci, a w tym czasie mam dla was zadanie. Posegregujcie te buteleczki według kolorów i poukładajcie je starannie w tych tekturowych pudłach. Do roboty, młodzieży!
Sergiuszek, rozumiejąc, że nadszedł czas na odbycie szlabanu, szybkimi ruchami zaczął oddzielać od siebie buteleczki wypełnione purpurową, granatową i złotawą cieczą. Dopiero po chwili zauważył, że stojąca obok niego Lily nic nie robi. Zamiast tego starała się usilnie udawać, że nie przypatruje się doktorowi Watsonowi.
- Potter - zamruczał groźnie Sergiuszek, wkładając trzy kolejne buteleczki do pudełka. - Może byś mi tak POMOGŁA?
- Och, przepraszam! Już... - Lily drgnęła, jakby budząc się z transu. - A co my mamy robić?
Chłopiec poczuł, że cierpliwość opuszcza go z prędkością światła. Westchnął dramatycznie.
- Wkładać te butelki do pudełek. Równo. Tu złote, tu czerwone a tu niebieskie. Dotarło?
Lily skinęła głową. Jednak jakieś sto buteleczek później Sergiuszek spostrzegł, że dziewczynka znów stoi nieruchomo, wpatrując się maślanym wzrokiem w Watsona. Buteleczek wcale nie ubywało.
- Potter! - syknął. - Sam mam się w tym babrać?
- Nie, już ci pomagam. Ładny dzień dzisiaj, prawda?
- Ładny będzie, jak cię wyrzucę przez to sztuczne okno - wymamrotał pod nosem Snape.

**

- Jak wam idzie? - Jakiś czas później alchemik przykręcił palnik pod jednym z kociołków i podszedł do nich. - No, już ponad połowa! To dobrze, niedługo wróci profesor. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, to pytajcie.
- Nad czym pan teraz pracuje? - wypalił Sergiuszek. Wbrew jego oczekiwaniom, mężczyzna nie wyśmiał go ani nie zlekceważył. Podparł łokieć dłonią i powiódł palcem wskazującym po dolnej wardze, wpatrując się w Sergiuszka z zamyśleniem. Wreszcie uśmiechnął się tajemniczo.
- Jeśli będzie mi szło tak dobrze, jak do tej pory, to może niedługo o mnie usłyszysz. I nie tylko o mnie. Inny zestaw pytań, proszę.
- No dobrze. - Sergiuszek nabrał powietrza. - Co z tą Honoratą?
Mężczyzna wybuchnął gromkim śmiechem. Po chwili, wycierając nabiegłe mu do oczu łzy, wykrztusił:
- Honorata Gibs i Severus Snape to jedna z najpopularniejszych anegdot w alchemicznym półświatku. Są z tego samego roku, oboje ze Slytherinu i tak samo uważali, że nie cierpią eliksirów i nie będą robić kariery w alchemicznej branży. Z tym, że Rogata załamała się czternaście lat temu, a twój ojciec, jak widać, pozostał twardy. Po skończeniu Hogwartu nie widzieli się przez bardzo długi czas, aż do Wielkiego Zjazdu Alchemików i Warzycieli w Dreźnie, dwadzieścia lat temu. Tak się wtedy złożyło, że znakomita większość z nas była już żonata, mężata i dzieciata, oprócz kilku ludzi nauki, młodzieży i tych dwojga. Oboje samotni, nieprzystępni i cięci jak osy. W dodatku nienawidzili się nawzajem serdecznie. Podczas jednej z imprez ktoś puścił plotkę, że Severus i Rogata postawili sobie za punkt honoru doczekać setki, a potem się poślubić. Honoracie tak się strasznie ta plotka spodobała, że natychmiast zaczęła dopowiadać szczegóły. I tak powstała ta anegdotka, jak widać, od dłuższego czasu już nieaktualna.
- No i jakich to czasami człowiek rzeczy się dowiaduje o swoich rodzicach - skomentował Sergiuszek.
- Naprawdę? Znam wiele jeszcze bardziej interesujących szczegółów na temat twoich rodziców. - Wszyscy jak jeden mąż odwrócili głowy. W drzwiach stał uśmiechnięty Dumbledore. - Ale obawiam się, że ich nie opowiem, gdyż musiałbym do końca życia uważać na to, co jem i piję. Twój tata to niebezpieczny człowiek. - W oczach dyrektora zabłysły maleńkie iskierki. - No to jak, Gryfoni? Skończone?
- Jak widać, profesorze. Zwarci i gotowi - zameldował doktor Watson.
- Doskonale! Pożegnajcie się więc z doktorem i wracamy. Czeka na nas w Hogwarcie jeszcze trochę pracy.
Sergiuszek zdumiał się, gdy alchemik wyciągnął w jego stronę rękę, ale uścisnął ją bez wahania.
- Jestem zaszczycony, doktorze Watson - powiedział uprzejmie.
- I powinieneś być, chłopcze. To jeden z naszych najwybitniejszych naukowców! - wykrzyknął Dumbledore.
- Ależ Albusie, przesadzasz! - zaprotestował alchemik. - Gdyby rzeczywiście tak było, już dawno zostałbym profesorem!
Dumbledore odchrząknął znacząco i Watson potrząsnął głową, najwyraźniej rezygnując z kontynuacji czegoś, co było prawdopodobnie wielokrotnie przeprowadzaną dyskusją.
- Do zobaczenia niedługo, Albusie.
- Do zobaczenia, Jonathanie. I pamiętaj, co ci powiedziałem.
- Do widzenia, doktorze Watson - pożegnała się Lily.
Każdy z nich wziął jedną paczkę i ruszyli do wyjścia. W ostatnim momencie, kątem oka Sergiuszek zobaczył, że Lily wciska coś do ręki Watsona.
- Zrobiłam dla pana. Na szczęście - szepnęła.

**

Wielkie jak pół pokoju ektoplazmatyczne smoczysko otrząsnęło się i spojrzało z góry na dwie dziewczynki. Sara i Ava sterczały jak dwa słupy soli, z opadniętymi szczękami gapiąc się na dziwo.
- To ja cię niby tak dręczę? - zapytał smok.
- Rajuśku, ty naprawdę istniejesz! - wysapała Sareczka, jeszcze bardziej wybałuszając oczy. - Gadający smok!
Smok ziewnął, reprezentując cały garnitur ostrych jak igły zębów.
- Niby dlaczego miałbym nie istnieć? A ty jesteś impertynencka, moja mała. Nie wiedziałem, że u was sen, który nie jest nawet koszmarem, już klasyfikuje się jako dręczenie. Podręczyć cię naprawdę?
- N-nie, dziękuję - wyjąkała Ślizgonka.
- A nie mówiłam! To tylko jakiś duch! - Ava promieniowała dumą i samozadowoleniem.
- Zaraz! Zaraz! - głos smoka zabrzmiał jak ryk i samozadowolenie wyparowało z Krukonki w błyskawicznym tempie. Pisnęła i schowała się za plecami lekko poszarzałej Sary. - Mała damo, zapominasz się! Ja nie jestem "jakimś tam" duchem, jak te latające worki ektoplazmy, których pełno w zamku! Proszę mnie nie obrażać!
- To kim ty jesteś? - odparowała Sareczka, która mimo wszystko zaczynała żywić tycią, tyciuteńką nadzieję, że bestia nie potraktuje jej jako przekąski. - Bo w czasie snu nie byłeś zbyt rozmowny!
- A co? - Smok nagle zniżył łeb na wysokość twarzy Sareczki tak, że niemal stykali się nosami. Dziewczynka przełknęła głośno ślinę. - Tatuś i mamusia nie opowiadali ci o nas?
Sara mężnie potrząsnęła głową. Smok popatrzył na nią przez chwilę, jakby zdziwiony, a potem nagle odrzucił łeb do tyłu i wybuchnął śmiechem, od którego zatrzęsły się ściany pokoju.
- Czarodzieje! Ignoranci! - wykrzyknął. - Głupcy, którzy myślą, że machanie różdżką i zaparzanie ziółek to już cała magia!
- Moi rodzice są bardzo inteligentni! - oburzyła się Sareczka. - Po prostu nie wierzą w te wszystkie ezoteryczne bzdury!
- Ezoteryczne bzdury, tak? - sarknął smok. - Nie wiesz, co mówisz, mała, głupia dziewczynko! Gdyby nie takie ezoteryczne bzdury jak ja, cała ta miła, kochana magia rozerwałaby twój śliczny łepek w mniej niż sekundę! Czy twoi inteligentni rodzice zastanawiali się kiedykolwiek, po co te ezoteryczne bzdury naprawdę istnieją? Bo nie zostały stworzone tylko po to, by straszyć w korytarzach!
- A więc co TY robisz?
Chwila ciszy.
- Jestem strażnikiem twojego umysłu.
Smok powiedział to zmęczonym głosem, w którym czaił się dziwny żal. Już nie wydawał się taki wielki i straszny jak przed chwilą. Ava ostrożnie wychyliła się zza Sareczki i podeszła bliżej do bestii.
- Ale po co zsyłasz na Sarę te sny? - wyszeptała.
Smok podniósł wzrok. Jego czarne oczy były bezbarwne i matowe. Ava poczuła dziwny uścisk w gardle.
- Boję się - powiedział po prostu.
- CO? - wykrzyknęła Sareczka, podrywając głowę. - Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Po tych wszystkich wizjach? Jak ty śmiesz! Wiem, że wiesz o co w tym chodzi, więc wytłumacz mi, do diaska!
- Ja nie wiem, o co w tym chodzi! - zaryczał smok. - Wiem tylko, że tracę kontrolę! Przestaję rozumieć, co się wokół mnie dzieje, nie wiem gdzie się kończę i gdzie zaczynam... Coś się tu kręci, w tym zamku... Nie wiem, jestem bezsilny. - Potrząsnął kanciastą głową i opadł na ziemię. - Wypuśćcie mnie, ja wam nie pomogę.
- Czy nie mógłbyś trochę jaśniej? - poprosiła lodowatym głosem Sareczka.
- Spójrz, Saro Snape, córko Hermiony - szepnęła bestia. - Ja już nie latam.
Uniósł łuskowate skrzydła i oczom dziewczynek ukazały się dwie podłużne rany u ich podstawy.
- Czujesz się usatysfakcjonowana? Teraz mnie wypuść.
- Ale j-ja nie rozumiem...
- I-idź już. Jesteś wolny - powiedziała Ava pewnym, choć wstrząsanym łkaniami głosem. Smok odetchnął z ulgą i rozpłynął się w powietrzu. Sara jęknęła, opadając na podłogę.
- Dzięki za uspokojenie, przyjaciółko - burknęła. - Teraz to jestem spokojna jak głaz i głupia jak but.
Ava otarła łzy rękawem i obrzuciła ją pełnym wyrzutu spojrzeniem.
- Coś wiemy - zauważyła. - Jeśli nawet duch się boi, to znaczy, że w zamku dzieją się naprawdę straszne rzeczy. Może powinnyśmy powiedzieć dyrektorowi?
- Chyba żartujesz! Poczęstuje nas cytrynowym dropsem i każe iść spać! - prychnęła Sareczka. - Poczekajmy trochę, zobaczymy, czy coś się jeszcze stanie. Ten smok mógł gadać głupoty. Większość duchów gada głupoty. Dlatego są duchami.
- Możemy popytać parę osób... - podsunęła nieśmiało Ava.
- Duchów - dokończyła Sara. - I chyba będę musiała pomówić z moim bratem... Kiedyś. Chodź, posprzątajmy tu lepiej, zanim Irytek zorientuje się, że ktoś coś robi w nieużywanym skrzydle zamku. Daj ścierkę, to zetrę ten pentagram. A potem skoczymy do kuchni po coś do jedzenia. Już i tak za późno na kolację.
Sara uklękła na ziemi, pracowicie szorując kamienną posadzkę. I kiedy była mniej więcej w połowie roboty, na jej plecach wylądował Makiawel.

**

Lily była nadal głupio uśmiechnięta, kiedy wraz z dyrektorem schodzili na poziom minus dwa. Sergiuszek nie miał pojęcia, dlaczego, skoro przejście było równie zapyziałe jak poprzednim razem, a dodatkowo w powietrzu unosiły się roje maleńkich, złocistych muszek, które obsiadały dosłownie wszystko. Szczególnym upodobaniem obdarzyły włosy Sergiusza i brodę dyrektora, dzięki temu świecącą się jak latarnia w ciemności.
Komnata, która jeszcze tydzień temu była miniaturową dżunglą, teraz przypominała bardzo przytulny grobowiec. Pokój był delikatnie oświetlony czerwonawymi lampionami, zaś na podłodze położono gruby dywan w kolorze ciemnego wina, na środku którego stała widziana cztery dni temu trumna. Ściany obwieszono dużą ilością dziwacznych, nieruchomych pejzaży, których zbiór najlepiej można było określić jako "marzenie stukniętego surrealisty". W trzech rogach ustawiono gigantyczne gliniane dzbany. Zaś nieco z tyłu stały, z różdżkami w rękach, dwie aż nazbyt znajome osoby...
- A co ONI tu robią? - wycedziła jedna z tych osób głosem należącym do Ramseya Bronxa, nauczyciela OPCM. Stalowe oczy postawnego mężczyzny, Aurora na urlopie zdrowotnym (tak twierdził), zdawały się przewiercać ich na wylot i Sergiuszek doznał wrażenia, jakby kurczył się do rozmiarów pyłku. - Projekt podobno jest objęty ścisłą tajemnicą!
- Kolejny genialny pomysł dyrektora - mruknęła niechętnie McGonagall. - Mówiłam, że lepiej by ich było unieszkodliwić, ale, rzecz jasna, Albus uparł się, że to niehumanitarne, nieetyczne i mogą się jeszcze przydać. Doprawdy, nie wiem do...
- Tych dwoje uczniów ma ze mną szlaban - oznajmił pogodnie Dumbledore, przerywając monolog profesorki. - Aż palą się do pomocy, prawda dzieci?
- Jasne - burknął Sergiuszek. Jego oczy błądziły po pokoju, szukając miejsca, które nie byłoby jego nauczycielem OPCM. Miał wrażenie, że takie miejsce w tym pokoju nie istnieje.
- Dzień dobry, panie profesorze, pani profesor! - powitała wszystkich Lily z tą samą obrzydliwą wesołością. Jednak zanim Sergiuszek miał czas uświadomić dziewczynce niewłaściwość jej stanu ducha, poczuł silne kopnięcie w kostkę. - Co będziemy dzisiaj robić? Wszystko strasznie fajnie tutaj wygląda! Po co jest ta trumna? Czy ktoś jest w niej schowany? Podobają mi się te obrazki! Pan je sam namalował, prawda, dyrektorze? Nie wiedziałam, że pan tak ładnie maluje!
Wszystko to wyrzuciła z siebie w ekspresowym tempie trzech i pół sekundy. Sergiuszek nie był jedynym, którego zatkało. McGonagall z wybałuszonymi oczami wyglądała jak ryba wyjęta z wody, zaś Bronx zamarł z pobielałą twarzą i zaciśniętymi pięściami.
- Ależ, panno Potter... - wykrztusiła z siebie profesor Transmutacji.
- Potter, szaleju się nażarłaś? - mruknął półgębkiem Sergiuszek.
Dumbledore zachichotał.
- Nie, dziecko, nie jestem aż tak genialny, by namalować te pejzaże. I obiecuję ci, że w środku trumny nie ma żadnego trupa ani zombie. A co robimy, tego nie mogę ci wyjawić, gdyż, jak to słusznie zauważył profesor Bronx, obowiązuje nas ścisła tajemnica. Mogę wam za to powiedzieć, co WY będziecie robili. Macie cela?
- Dziewięćdziesiąt procent celności! - Sergiuszek uniósł z dumą swój rodowy nos. - Ogrywam każdego w hop-goblinki!
- No, no! Czuję, młodzieńcze, że muszę rzucić ci wyzwanie! - Dumbledore pogroził Sergiuszkowi palcem. - Słuchajcie więc: stajecie przed każdym z tych dzbanów w odległości co najmniej sześciu kroków i wrzucacie do nich te maleńkie buteleczki, które dziś pakowaliście do pudełek. Najpierw złote do tego dzbana, potem czerwone do tamtego, a na samym końcu granatowe do ostatniego. Wrzucajcie po kolei i celujcie starannie, gdyż ten eliksir jest bardzo wybuchowy! My będziemy w międzyczasie robić inne rzeczy. Gotowi? Weźcie więc pierwsze pudełko i stańcie przed tym dzbanem po prawej. I rzucajcie!
Sergiuszek otworzył wieko pudełka i wyjął pierwszy z brzegu flakonik z eliksirem.
- Wybuchowe? To? - zdziwił się, ważąc w ręku przedmiot wielkości paznokcia. W środku była najwyżej kropla cieczy. Niedbale wycelował w środek otworu tak szerokiego, że trafiłby do niego nawet czterolatek. Buteleczka zniknęła w czeluściach dzbana.
Rozległ się huk podobny do odległego gromu, dzban zatrząsł się i wyleciał z niego delikatny, złotawy dymek.
- Au. Jednak wybucha - zgodził się Sergiuszek.
Za pierwszą buteleczką poszła druga i następne. Wrzucali na przemian z Lily, która pracowała z takim skupieniem, jakby od tego zależało jej życie. Złotawego dymu było coraz więcej i więcej. Przemieszczał się po komnacie cienkimi wężykami, które nie rozpływały się, lecz wisiały w powietrzu, niczym pajęcza sieć. Po pewnym czasie Sergiuszek usłyszał, że pozostali czarodzieje zaczynają intonować jakieś długie i skomplikowane zaklęcia po łacinie. Odwrócił na chwilę głowę i zobaczył, że stali wokół owej trumny, z różdżkami w górze.
- Co oni wyprawiają? Czy to nie jest czasami...
Potter znów ośmieliła się kopnąć go w kostkę. Rzucił jej najlepsze spojrzenie Snape'a.
- Słuchaj.
- ... wznoszenie jakiejś nowej magicznej zapory? - dokończył przez zaciśnięte szczęki. - To ty słuchaj, Potter. Co się z tobą dzieje?
Nie odpowiedziała. Ale czego innego mógł się spodziewać po córce Luny? Na wszelki wypadek słuchał więc, choć niewiele mu to dało. Nie pojmował ani jednego słowa, ni gestu z tego dziwacznego rytuału. Buteleczki wreszcie się skończyły.
- My... - zaczął, ale w tym momencie poczuł coś dziwnego. Jakkolwiek niedorzecznie by to brzmiało, przez chwilę miał wrażenie, że od środka oślepia go białe, gorące światło. Potem uczucie minęło i stał przez chwilę zdezorientowany, mrugając oczami.
W trzech dzbanach płonęły trzy ognie. Złoty, czerwony i niebieski.
- No, myślę, że skończymy na dzisiaj - oznajmił Dumbledore. - Spisaliście się doskonale. Szczególne podziękowania dla naszych młodych adeptów. Jak widać, mają cela. - Zaśmiał się z własnego żartu i usta McGonagall zrobiły się jeszcze węższe. - Chodźcie teraz wszyscy, znikamy stąd, bo jeszcze chwila, a nabawię się reumatyzmu.

**

Dziesięć minut później, już sami, stali przed wejściem do wieży Gryffindoru.
- A teraz wytłumacz mi, Potter, dlaczego zachowywałaś się jak idiotka.
Dziewczynka odwróciła się w stronę opierającego się o ścianę Sergiuszka. Z jej dziewiczej piersi wyrwało się westchnienie, zatytułowane "Ach, ci mężczyźni!".
- Nie widziałeś, że dyrektor chciał, byśmy wiedzieli, co się dzisiaj stało? A naszym nauczycielom bardzo się ten pomysł nie podobał. Nieśmiertelny Volt!
Portret Grubej damy odsunął się, wpuszczając Lily do środka. Matrona zmierzyła Sergiuszka nieprzychylnym spojrzeniem.
- Wchodzisz, czy nie? - spytała.
- Nie wierzę. To nie jest możliwe. - Sergiuszek potrząsnął głową, jakby chciał się obudzić z nocnego koszmaru. - Potter jest bardziej spostrzegawcza ode mnie!
Wlokąc się przez Pokój Wspólny usłyszał, że Lily w podskokach biegnie do swojego dormitorium. Śpiewała.
- Abrakadabra! To czary i magia!
Sekretem jest przepis na gumisiowy sok...

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 25.09.08, 12:11

Rozdział ósmy
Jak na imię tej grze?



“Kombinacje. Tak, to by było to. Kombinacje, manipulacje, pozorna swoboda wyboru i... coś tam jeszcze. Chyba sadomasochizm. Sara by tak powiedziała. A może to był utylitaryzm? Recesja? Wolna elekcja?”
Sergiuszek, przygryzając dolną wargę, jeszcze raz przebiegł w myślach listę słówek. Jednak nie mógł znaleźć odpowiedniego. Zeskoczył z łóżka i sięgnął do kufra. Na samym dnie, pod stosem skarpet i pomiętych szkolnych szat, leżało kilka książek, które zawsze miał przy sobie. Wyciągnął teraz jedną z nich, opasły tom w brązowej skórzanej okładce, noszący ślady częstego używania, i przerzucił kilkadziesiąt stron.
Nadal nic.
Lekko rozzłoszczony Sergiuszek zatrzasnął “Słownik języka angielskiego” i cisnął go z powrotem do kufra. Widocznie mowa ojców była zbyt uboga, by wynaleźć słówko będące kwintesencją slytherinizmu.
Chłopiec opadł do tyłu na materac i spojrzał w sufit. Było już dobrze po północy i wszyscy w dormitorium spali snem sprawiedliwych, jednak Sergiusz nie mógł zmrużyć oczu. Dziwna mieszanina emocji powodowała łaskotanie w brzuchu i wypełniała mu głowę uporczywym szumem. Nie wiedział co ma o tym myśleć, a to go irytowało.
“Gryfon nigdy nie zrozumie Ślizgona”.

Półtora miesiąca. Półtora cholernego miesiąca traktowania go jak ćmy na suficie i nagle... Grom z jasnego nieba.
Odsiadywali kolejną nudną lekcję eliksirów i Sergiuszek ledwie tłumił ziewanie. Zeszłej nocy po raz chyba piąty próbował się dostać do komnaty, w której przechowywano “bezzwłokową” trumnę, ale ponownie przekonał się, że wejście jest szczelnie opieczętowane. “W tym tempie NIGDY nie dowiem się, gdzie naprawdę ląduje ten Pokój Artnumeryczny”. Nie poprawiało mu to humoru, gdyż wyliczone numerologicznie lokacje były co najmniej frapujące.
Himalaje?
Znowu ziewnął i sypnął do kociołka garść skruszonych płatków arniki górskiej. Mark mamrotał coś pod nosem, raz po raz rzucając nerwowe spojrzenia na tablicę; pewnie zastanawiał się, czemu płyn w jego kociołku jest brunatny zamiast mglistozielonego. Tymczasem Severus Snape robił to, co tygrysy lubią najbardziej: miotał się po całej klasie, obrażając każdego, na kim spoczął jego wzrok. Wyniosła pogarda Sary zmieniała się w szyderczy uśmiech za każdym razem, gdy ojciec odwracał się do niej plecami i Sergiuszkowi prawie było go żal. Dobrze, że przynajmniej przestała przychodzić na lekcję eliksirów w koszulce “Jesteś moim katharsis”.
Wydawało się, że wszystko znów przebiegnie zgodnie z odwiecznym porządkiem. Profesor zatrzymał się przed Markiem i pochylił głowę tak, że czubek jego nosa wskazywał zawartość kociołka.
- Prestine, co to ma być?
- Eee... Wywar Wyskokowy, panie psorze?
- To ja mam to wiedzieć czy ty? Naprawdę, sądziłem, że przez ten czas zdołałeś przeczytać choć nazwę eliksiru. Chyba że przeceniłem twoje umiejętności. W takim wypadku...
- Zapomniałem dodać skrzydełek żuka! - wyrzucił z siebie Mark z prędkością rakietnicy.
- Cieszę się, że moja obecność cię oświeciła, Prestine - powiedział Snape dziwnie łagodnym tonem. - W przyszłości radziłbym jednak nie przerywać nauczycielowi w połowie zdania. Minus pięć punktów dla Gryffindoru.
Sergiuszek poczuł, że ojciec zagląda teraz do jego kociołka i odruchowo spuścił wzrok. Nie chciał konfrontacji z rodzicielem. Miał nadzieję że, tak jak zwykle, Snape odejdzie bez słowa.
Mylił się.
- Hm... Widzę, że choć jeden uczeń w tej klasie jest w stanie zrozumieć moje polecenia. Pocieszające.
Sergiuszek poczuł, że coś w nim zamiera, a potem, na przekór ciążeniu, wykonuje gwałtowny obrót. Nie mogąc się powstrzymać, uniósł głowę. Czarne oczy Severusa Snape'a zdawały się przewiercać go na wylot.
- Proszę zostać po lekcjach, panie Snape.
Oniemiały, skinął głową. Czego ojciec mógł od niego chcieć? Kolejne spotkanie rodzinne? Sergiuszek miał już serdecznie dosyć spotkań rodzinnych.
Ale może... Choć to strasznie mało prawdopodobne. Tata głęboko nienawidził Gryfonów, jak Sergiuszek przekonał się w czasie półtoramiesięcznej nauki. Na każdym kroku, jeśli tylko mógł, nadeptywał Gryfonom na odciski. To był cały on. Co prawda, Sergiuszek żywił maleńką nadzieję, że kiedyś (według najlepszych szacunków nie wcześniej, niż za pięć lat) ojciec pogodzi się z posiadaniem syna Gryfona.
Przez resztę zajęć patrzył ponuro w stół, nie zauważył więc zaniepokojonego spojrzenia Sareczki i otwartej paszczy Marka. Gdy tylko zamknęły się drzwi za ostatnim uczniem (Mark zaofiarował się, że poczeka na zewnątrz, by przejąć zwłoki), Sergiuszek zebrał swe przybory i swą odwagę i podszedł do złowrogo wyglądającego biurka nauczycielskiego.
- Tak, profesorze Snape?
Severus odstawił na bok fiolkę z próbką eliksiru i oparł brodę na dłoniach, znów intensywnie przyglądając się Sergiuszkowi. Chłopiec poczuł się jak okaz kanarka na wystawie psów rasowych. Z trudem powstrzymał zgrzytanie zębami. Wreszcie, kiedy już myślał, że nie wytrzyma i powie ojcu coś bardzo sardonicznego, ten przymknął oczy i rzucił w przestrzeń:
- Jeśli nie jesteś jutro zajęty, to jest mi potrzebna pomoc z kilkoma prostymi eliksirami dla Poppy Pomfrey.
Cisza. Severus Snape otworzył oczy i dodał lekko poirytowanym tonem:
- Jeśli nie chcesz, to po prostu powiedz, że nie, zamiast stać przed moim biurkiem, jak jeden z tych głąbów z Hufflepuffu, którzy wiecznie szukają rozumu!
Sergiuszek pośpiesznie pozbierał z ziemi swoją szczękę i zdołał wykrztusić:
- A-ależ nie! Bardzo chętnie!
- Doskonale. Więc jutro o szóstej w moim gabinecie. Tylko nie zawiedź, madame Pomfrey musi mieć te eliksiry na sobotni mecz.
- Nie zawiodę. Profesorze Snape.
Skinięcie głową.
- Możesz już iść.
Sergiuszek ruszył w stronę drzwi. Kiedy naciskał klamkę, coś mu się nagle przypomniało i uśmiechnął się łobuzersko.
- A rozum został w skarpetce - powiedział.
Za plecami usłyszał prychnięcie.


**

Cisza przed burzą została przerwana niemal jednocześnie uderzeniem pioruna, oberwaniem chmury, trąbą powietrzną i miniaturowym tsunami.
Trwała niemal półtora miesiąca i zakończyła się niespodziewanie na przedwczorajszej kolacji. Pierwszy był piorun.
Severus zdążył się już niemal przyzwyczaić do myśli, że jeśli jego córka i żona nie przeproszą go za swoje szczeniackie zachowanie, będzie zmuszony wynająć jakieś mieszkanie na przedmieściach Londynu. On im łaski nie robił. Napisał nawet w tej sprawie krótki liścik do Hermiony, lecz spotkał się jedynie z wrogim milczeniem.
Hermiona Hermioną, ale sądził, że lepiej wychował swoją córkę. Sara nigdy nie była posłusznym dzieckiem i nieraz przysparzała kłopotu swoim rodzicom. Mimo to, jeszcze rok temu świetnie się z nią dogadywał, ba, nawet czuł, że znalazł w niej bratnią duszę. Zawsze wiedziała, których granic nie należy przekraczać.
W pewnym momencie jednak wszystko zaczęło mu się wymykać spod kontroli.
Severus udawał spokojnego i sardonicznego, ale tak naprawdę, w głębi ducha, był przerażony. I wcale nie przekonywały go słowa jego żony, że Sara wkroczyła w “trudny okres”. Czuł, że coś okropnie się psuje, a on nie jest w stanie tego naprawić.
Te ponure myśli nie opuszczały go, gdy przeżuwał stek z bekonem i przeglądał rubrykę Timesa: “wynajmę lokal”. Obok niego Minerwa rozprawiała o czymś przyciszonym głosem z Ramseyem Bronxem, który potakiwał i zaciskał wargi w cienką linię.
Bronx obchodził Severusa tyle, co zeszłoroczny śnieg. Był jednym z długiej listy bytów, które Dumbledore zatrudnił, by swą obecnością przypominały Snape'owi, że na świecie istnieje wielu znacznie bardziej kompetentnych od Severusa nauczycieli OPCM. Snape już dobrych kilka lat temu postanowił, że nie da się sprowokować. Także i teraz wyniośle lekceważył dyskusję kolegów, przynajmniej do czasu, kiedy o jego uszy obiło się znajome imię.
- CO Sergiusz?
McGonagall, pod wpływem przeszywającego wzroku Severusa, zapłoniła się jak piwonia. Bronx popatrzył na niego z politowaniem. Dłonie Severusa mimowolnie zacisnęły się w pięści i jego puchar z winem zadrżał niebezpiecznie. Sytuacja aż skrzyła się od magicznych wyładowań.
- Pragnę ci przypomnieć, Minerwo, że mówisz o MOIM synu i jako jego ojciec mam prawo wiedzieć, o czym jest dyskusja - powiedział Severus złowrogo.
Profesor transmutacji zamrugała, jakby nagle przypomniała sobie, gdzie się znajduje i uśmiechnęła się sztucznie.
- Ach, Severusie, właśnie... właśnie rozmawialiśmy, jakim to wspaniałym uczniem jest twój syn! Tak wysokich wyników nie widziałam, od kiedy uczyła się tu Hermiona. Prawda, profesorze Bronx?
- Zgadzam się z panią w zupełności - odparł kurtuazyjnie nauczyciel OPCM. W Severusie krew zawrzała.
- Minerwa! - wysyczał. - Przestań, za przeproszeniem, chrzanić i powiedz o co naprawdę chodzi!
- Jesteś zbyt podejrzliwy, Sev. Czy wiesz, że od tego się umiera? Muszę was przeprosić, mam jeszcze sporo wypracowań do sprawdzenia. Miłego dnia życzę.
- Nie mów do mnie “Sev” - wymamrotał Snape, ale McGonagall była już w połowie drogi do wyjścia. Mózg Mistrza Eliksirów wykonał błyskawiczny ciąg skojarzeniowy: Sergiusz=Gryfon=podopieczny McGonagall=zgubny wpływ Minerwy na duszę młodego Snape'a=Sergiusz zmienia się w kolejnego Blacka=ucieka z domu/zakłada kapelę rockową/pije, pali i gwałci Mugolki=trafia za kratki=duża ilość pieniędzy na kaucję i adwokata.
- O nie! - powiedział Severus.
Nie zamierzał na to pozwolić. Wystarczyły mu problemy z jednym dzieckiem. Musiał porozmawiać z Sergiuszem i to szybko.
Czas odzyskać choć część swoich wpływów.
- Cytrynowego dropsa? - zapytał Dumbledore z szelmowskim błyskiem w oczach.
I właśnie wtedy uderzył piorun. Nagle Severus zdał sobie sprawę, że dyrektor coś przed nim ukrywa.

**

Oberwanie chmury zdarzyło się tego samego wieczora.
Droga do sowiarni jeszcze nigdy tak się Snape'owi nie dłużyła. W dłoni ściskał na wpół zgnieciony list, będący odpowiedzią na propozycję wynajmu lokalu. “Dziękuję bardzo za ofertę wynajęcia kawalerki za dwa tysiące funtów miesięcznie... Etcetera, etcetera”. Snape właśnie doszedł do wniosku, że jeśli Anglicy nie wyginą z powodu ujemnego przyrostu naturalnego, to wykończą ich ceny.
Zastopowało go nieludzkie wycie.
Snape początkowo był pewien, że to banshee, która jakimś cudem przyplątała się do Hogwartu i zwiastowała śmierć Trelawney, lecz zorientował się niebawem, że ów dźwięk jest pochodzenia uczniowskiego.
Na parapecie otwartego na oścież okna siedziało długowłose stworzenie. Biło pięściami we framugę i artykułowało swoją niezmierną rozpacz w sposób godny wyjca rudego. Snape z niepokojem zauważył, że nogi stworzenia majtają po zewnętrznej stronie zamkowego muru, z jeszcze większym zaś, że stworzenie jest Ślizgonką. W głowie Severusa zapaliła się czerwona lampka.
- Accio uczennica!
Dziewczyna pisnęła, tym razem ze zdumienia, gdy niewidzialna siła uniosła ją do góry i cisnęła tuż pod nogi jej Opiekuna Domu.
- Forsycjo Fluxwill! Czemu siedzisz na parapecie, próbując wypaść i drzesz się jak krowa niebiańska!? - ryknął Mistrz Eliksirów w przypływie nagłego natchnienia. Krowa niebiańska musiała widocznie otrzeźwić zwariowaną szóstoklasistkę, gdyż dziewczyna chlipnęła i spojrzała zamglonymi oczami na swojego mentora.
- P-psorze Snape? Ja...
- Wiesz, ile rocznie płacą twoi rodzice na ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków? - wydyszał Severus, pochylając się nad skuloną Ślizgonką niczym czarny Anioł Śmierci. W głębi ducha był jednak odrobinę zmieszany, gdyż nie miał zielonego pojęcia, skąd mu się owa krowa niebiańska wzięła. Przez otwarte okno wleciała, czy jak?
- Jaaa...
- Chyba nie myślisz, że byliby szczęśliwi, dostając z powrotem swoje pieniądze zamiast jedynej dziedziczki? - Snape bezlitośnie dobijał swoją ofiarę. - Pieniędzy może mają i dużo, ale obawiam się, że reputacji w arystokratycznych kręgach nie odzyskaliby tak łatwo... Jak pani sądzi, panno Fluxwill?
- Jaaaaaaaaaa... - Broda dziewczyny zatrzęsła się, a oczy wypełniły łzami. Chyba przypomniała sobie, dlaczego przed chwilą płakała. To nie wyglądało dobrze. Zanim Severus zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, trysnęła na niego słona fontanna rozpaczy. - ON MNIE ZDRAAAAADZIŁ! ZDRADZIŁ I WZIĄŁ SOBIE TĘ DZIIIIIWKĘ! PROFESORZE SNAAAAAAPE, JA TEGO NIE ZNIOOOOSĘ! JA SIĘ ZABIIIIIJĘ!
To był jeden z tych nielicznych momentów, kiedy Severus czuł się totalnie zbity z pantałyku. Nie chodziło nawet o to, że Ślizgonki nie przeżywały załamań nerwowych z powodu utraty chłopaka. Bo przeżywały. Snape w takich momentach zalecał im końską dawkę Wywaru Wiecznego Pokoju i piętnaście stóp wypracowania na temat szkodliwych skutków huśtawki nastrojów w czasie warzenia niebezpiecznych eliksirów. Zawsze pomagało.
Ale to była przecież Forsycja Fluxwill. Kobieta, która miała wszystkich Ślizgonów powyżej szesnastego roku życia (dosłownie tak, a nie odwrotnie). Totalna suka, bez cienia wstydu komentująca wady i umiejętności jej byłych partnerów. Dziewczyna, która rzuciła zaklęcie zapalające na intymną część ciała swojego chłopaka, gdy ten odważył się jej powiedzieć, co o niej naprawdę myśli. Forsycja, postrach męskiej populacji Hogwartu. Ta sama, która teraz histeryzowała jak małe dziecko, u stóp profesora eliksirów, gdyż KTOŚ JĄ RZUCIŁ.
To się nie miało prawa wydarzyć.
- Panno Fluxwill! Proszę się natychmiast opanować i zachowywać stosownie do wieku!
I doświadczenia, dodał w myślach Snape.
- POPEEEEŁNIĘ SAMOBÓJSTWOOOOO I TEN CHAM ZOBAAAAAACZY!...
Ślizgonka poderwała się z ziemi i pobiegła w stronę okna.
- Fluxwill, co ty... Dość tego! PETRIFICUS TOTALUS!
Dziewczyna znieruchomiała i zachwiała się niebezpiecznie. Byłaby upadła, gdyby nie to, że Severus chwycił ją obiema rękami za szatę. Gdy spojrzał w jej wytrzeszczone oczy, nagle poczuł przypływ irracjonalnego strachu, który przeszył go niczym igła wbita w serce.
Paranoik, skarcił się w duchu.
- Nie wiem, Fluxwill, co się z tobą dzieje - wysyczał w twarz sztywnej winowajczyni. - Może ćpasz, może masz psychozę maniakalno-depresyjną. Teraz wezmę cię do skrzydła szpitalnego, gdzie GRZECZNIE i SPOKOJNIE wytłumaczysz madame Pomfrey, dlaczego nagle straciłaś rozum. Jeśli dowiem się, że rozniosłaś skrzydło szpitalne lub znowu próbowałaś wyskoczyć przez okno, osobiście każę Filchowi przykuć cię za ręce do ściany. I to nie będzie miłe doświadczenie.
Rzucił na dziewczynę zaklęcie lewitacji i ruszył z nią w kierunku skrzydła szpitalnego. Na widok Ślizgonki Poppy krzyknęła i załamała ręce.
- Severusie, co się stało? Biedne dziecko, połóż ją tu szybko!
- Biedne dziecko, jasne - sarknął Snape. - Ma załamanie nerwowe, tak sądzę. Jest pod petrificusem. Radziłbym wrąbać jej potężną dawkę Eliksiru Wiecznego Pokoju, zanim zdejmiesz. Niebezpieczny przypadek. Chciała popełnić samobójstwo.
- A niech cię, Severusie! Nie mógłbyś być trochę bardziej delikatny? - W głosie Poppy zabrzmiało święte oburzenie. - Hormonalne zachwianie nastroju jest normalne w tym wieku! Nie musisz jej od razu traktować jak jednego ze swoich szczurów doświadczalnych!
- Uwierz mi Poppy, to NIE JEST normalne. Porozmawiaj z nią w cztery oczy, a w razie potrzeby wyślij do Munga. Mają tam niezłych psychiatrów.

**

Trąba powietrzna ugodziła w ślizgoński kasztel następnego dnia, po południu.
Severus zasilił swą świadomość czasu i miejsca trzema filiżankami ekstramocnej superczarnej. Noc spędził bardzo pracowicie, ganiając setki wyśnionych zniczy na wyśnionej, zepsutej miotle. Te, które udało mu się w pocie czoła złapać, wrzucał do wyśnionego, dziurawego worka. Kiedy w końcu stanął przed boginią Herą (która dziwnym zbiegiem okoliczności miała twarz Hermiony), okazało się, że nie ma dla niej żadnego podarunku, gdyż wszystkie znicze zdążyły uciec.
Obudził się na podłodze. O trzeciej w nocy.
Teraz zaś miał w planach nadzorowanie treningu drużyny Slytherinu i nie mógł zawieść. O ile widok przysypiającego na biurku Mistrza Eliksirów jest w stanie napełnić serca wielu błogą radością, o tyle ten sam widok na boisku quidditcha mógłby się spotkać z czymś więcej niż tylko potępieniem. Dokończył więc kawę i zarzucił na ramiona ciepły płaszcz. Wiatr za oknem rozpoczął już swą zwykłą, październikową serenadę. W oddali pierwsza linia drzew Zakazanego Lasu gięła się rozpaczliwie do ziemi, zaś samotny testral szedł mozolnie przez błonia, kuląc się w obawie, że jego kościste członki się rozsypią. Ciemnoszare chmury szczerzyły się do Severusa w drwiącym grymasie.
Cudna aura na trening. Jeśli tylko utrzyma się do soboty, to mógł się założyć, że połowa mioteł zdechnie przed końcem meczu. Oby to były gryfońskie.
Nucąc coś pod nosem (co potem rozpoznał jako nowy przebój kultowego zespołu The Weird Sisters pod tytułem “We are the Death Eaters”, ostatnio namiętnie słuchany przez Sareczkę), wygrzebał z szafy swój Szczęśliwy Szalik i owinął go starannie wokół szyi. Szczęśliwy Szalik został mu podarowany dwa lata temu przez Minerwę, kiedy Severus dąsał się po kolejnym przegranym meczu. Szalik był całkiem czarny, prócz jednego końca. Widniała tam naszywka w kształcie węża w zielonych szortach i jednym zielonym gumofilcu, z szuflą w paszczy. Nad jego głową widniał napis: “Jeszcze wam dokopiemy!”. Severus pamiętał, że podziękował Minerwie za prezent i życzył powodzenia w dalszych poszukiwaniach poczucia humoru.
Z początku obiecał sobie, że nigdy szalika nie założy, ale Minerwa rzuciła mu wyzwanie.
W końcu się ugiął. I Ślizgoni zwyciężyli.
Teraz zaś, uzbrojony w wełnianą pelerynę, szalik i termos z kolejnymi pięcioma porcjami kawy, Severus ruszył przez mroczne korytarze. Nieliczni uczniowie przemykali obok niego, pędząc do swoich ciepłych dormitoriów. Portrety przysypiały w ramach. Irytek kulił się w niszy za średniowieczną zbroją. Severus ziewnął.
Irytek?
- Co ty tu robisz? - warknął Severus, zawracając jak burza z piorunami i kierując się w kierunku poltergeista.
- O-ona m-mnie zna-najdzie! - wyjąkał duch. Snape wyciągnął różdżkę i trącił nią ektoplazmatyczną masę. Irytek jeszcze bardziej zapadł się w sobie.
- Jaka ona? – warknął Mistrz Eliksirów.
- O-ona! - powiedział duch, jakby to wszystko wyjaśniało. - Ona i ten jej... Ten jej... Aaaa!
Coś czarnego spadło niczym z nieba i wczepiło się w Irytka. Wirujący kłąb z ohydnym pacnięciem wylądował na ziemi i potoczył się po podłodze. Coś zasyczało wściekle.
Snape patrzył z fascynacją na różnobarwną kulę. Nie miał pojęcia, że istnieje na ziemi istota, która jest w stanie schwytać poltergeista. Wreszcie duch wydał z siebie nieludzki wrzask i wystrzelił w kierunku sufitu.
Na ziemi pozostało trochę ektoplazmatycznych strzępów i jeden wściekły kocurek. Kocurek parsknął, prychnął, spojrzał na Severusa z wyższością i uciekł.
Pan Berry? Nie, on chyba jest większy. Bardziej włochaty.
Severus potrząsnął ze zdumieniem głową. Zwierzę musiało należeć do jakiegoś ucznia. Jeśli naprawdę było w stanie wystraszyć Irytka... Dumbledore powinien mu publicznie podziękować.
Już bez większych przygód dotarł na błonia.
A raczej się doczołgał. Dzielna drużyna Slytherinu czekała na niego na boisku, kurczowo trzymając się słupków.
- ...! - wrzasnął do Severusa kapitan drużyny.
- CO? - ryknął Snape, w jednej ręce ściskając pelerynę, a drugą chwytając za słupek.
- ..aha ...ahyłu! - odpowiedział stojący sześć metrów dalej kapitan. Po drugiej stronie boiska jakaś lekkomyślna wrona wyfrunęła z Zakazanego Lasu. Zatrzymała się dopiero na jednym z siedzeń.
- Mów wyraźniej, patafianie! - ryknął bynajmniej nie rozbawiony Snape.
Nagle poczuł, że coś łapie go za połę szaty i ciągnie ku dołowi. Niespodziewanie znalazł się na jednym poziomie z bardzo piegowatym nosem.
- Kapitan mówi, że przy takiej pogodzie można latać tylko do tyłu, psorze Snape! - huknęła mu wprost do ucha Irma Watson. Przy słowach “psorze Snape” kropelki śliny opryskały mu włosy.
- Nie musisz się tak wydzierać, Watson! - odhuknął Severus. - I powiedz wszystkim, żeby zaczynali! Taki mały wietrzyk nie zrobi wam nic złego!
Irma puściła jego szatę i pobiegła do drugiego słupka. Kapitan po wysłuchaniu polecenia patrzył przez chwilę na swojego Opiekuna z rozdziawioną paszczą. Wreszcie zatrzasnął ją, zapewne w obawie, że przeziębi sobie zęby. Severus machnął im ręką, by lecieli.
To był błąd. Zapięcie peleryny boleśnie wpiło się w jego krtań.
- ...?! - kapitan drużyny także bynajmniej nie był rozbawiony.
- Aghrrr rhhh! - wycharczał Severus, mocując się z peleryną. Kapitan musiał widocznie uznać to za groźbę odjęcia punktów Slytherinowi, gdyż kazał drużynie przygotować się do gry. Po chwili wypuścił tłuczki oraz znicz i siedem mioteł wystrzeliło do góry.

**

- To przecież nie była moja wina! - Irma Watson założyła ręce w obronnym geście. Jej miotła wyścigowa, unikatowy model zbudowany przez jej kuzyna pracującego w branży miotlarskiej, podskoczyła potwierdzająco. “Miotły nie powinny tak reagować. Nie mają przecież mózgu”, pomyślał odruchowo Severus. - Wrzeszczałam do tego półgłówka... - Snape odchrząknął - …przepraszam, panie psorze, mojego KOLEGI, że w jego stronę leci skrzynia, ale on nie usłyszał!
- Było fa głobno! - wyjęczał z poziomu gruntu poszkodowany szukający. Miał złamaną rękę, nos, wybite przednie zęby i chyba potłuczone żebra. A także strzaskaną miotłę (strzaskaną, gdyż trafiła w objęcia Bijącej Wierzby).
Zdumiewające, jak wszystkie latające przedmioty lądują na tym właśnie drzewie, pomyślał Severus.
- Zabierzcie go stąd do skrzydła szpitalnego, natychmiast! I jeśli okaże się, że będziemy grać w sobotę w niepełnym składzie, to lepiej, żebyście się na mnie nie natknęli przed meczem! No już, na co czekacie? Ty,Watson, zostajesz!
Dziewczynka wymamrotała coś pod nosem, ale posłusznie stanęła w miejscu.
- Czy wiesz może, skąd w powietrzu nad boiskiem quidditcha wzięła się skrzynia? - zapytał jadowicie Severus.
- Y-y. Ale kiedy się zrobiła ta trąba powietrzna...
Severus poczuł, że zaczyna mu być gorąco, coś się w nim burzy i trafia go szlag.
- W Wielkiej Brytanii nie ma trąb powietrznych, Watson! Wiesz, że nienawidzę, kiedy się ze mnie robi idiotę, więc lepiej powiedz od razu, czyja to sprawka!
- Nic nie widziałam. Wszystko nagle zaczęło huczeć i kręcić się jak w wirówce. Jak miałam cokolwiek widzieć? Trzeba było samemu patrzeć, a nie spać, profesorze!
Zdumiewająco bezczelna jak na trzecioklasistkę, pomyślał z podziwem Snape.
- Watson... - zaczął złowrogo. Trzy kropki zawierały w sobie obietnicę tortur, od czyszczenia hogwarckich kibli począwszy, na łamaniu kołem skończywszy. Irma chyba zrozumiała, gdyż nagle zbladła.
- Auć, sorry, znaczy przepraszam, panie psorze. Wyrwało mi się. W każdym razie byłam całkiem, zupełnie ślepa. Ale myślę...
Nie dokończyła. Spojrzała na wieżę, gdzie trzy flagi Domów rwały się w strzępki. Trzy flagi, bez tej należącej do Slytherinu. Minerwa, mimo podchodów Severusa, nie zgodziła się oddać flagi, twierdząc, że jeśli chce ją odzyskać, to powinien ładnie poprosić o nią cały Dom Gryffindoru.
Poprosić, jasne.
Na meczu poleje się krew.
I to nie była jedynie figura stylistyczna, jeśli brać na poważnie wyraz twarzy Irmy Watson.

**

Coś wypadło z kominka i potoczyło się po rozłożonej na podłodze skórze jelenia.
Severus westchnął dramatycznie. A miał nadzieję na spokojny ranek. Z trudem wygrzebał się spod stosów “Timesa”, “London Post” i “Daily Mail” i podszedł do kominka. Po drodze trącił nogą krzywy słupek czasopism “Alchemia praktyczna”, który z szelestem rozsypał się na dywanie. Lawirując między wieżami z kryminałów Agaty Christie i dwudziestotomowego wydania Encyklopedii Mugolliki, zdołał się przedrzeć do kominka. Leżało tam, zwinięte w rulon, dzisiejsze wydanie Proroka z przyczepioną doń niewielką karteczką.
Snape z bolesnym wyrazem twarzy człowieka, który wie, że za chwilę wyrwą mu ząb, podniósł gazetę i oderwał karteczkę. Zawierała tylko jedno, enigmatyczne zdanie:
“Zapraszam na herbatę.
Albus”

No tak, a któż by inny o szóstej rano. Severus miał nadzieję, że dyrektor ma mu do powiedzenia coś wartego pokonania sześciu pięter.
Nagle w jego głowie zaświtała Myśl.
Podbiegł do stolika, po drodze nieomal wpadając na gotycką kolumienkę z podręczników medycznych. Gdzie to było... Jednym ruchem ręki zrzucił na podłogę zaścielające blat papierzyska i otwarte książki, co naruszyło delikatną strukturę stosu “Alchemii przez wieki”. Jednak Snape nie zwrócił uwagi na towarzyszący jego poczynaniom huk - w ręce już ściskał magiczną lupę.
- Zaraz zobaczymy... - wymamrotał do siebie, sadowiąc się na sofie. A przynajmniej na tym jej kawałku, którego nie okupowały czasopisma. Zbliżył lupę do kartki. Rzeczywiście, na jej powierzchni blado lśniły ślady po niewidzialnym piórze. Snape zmarszczył brwi w skupieniu...
“Wolisz czarną czy owocową?”
Gdyby Severus był czarnym charakterem, w tym momencie zerwałby się z siedzenia, wrzeszcząc na całe gardło “AAAAALBUUUUS!”. Ale nie był, więc tylko poirytowanym gestem cisnął kartkę na podłogę i pomyślał, mało przyjaźnie, o uwiądzie starczym i problemach z nim związanych. Jak ujęłaby to Hermiona: “Przypadek klinicznie beznadziejny.”
Już miał zamiar ruszyć na górę, by szczodrze obdarzyć Dumbledore'a swymi zapasami złego humoru, kiedy złapał się na tym, że wpatruje się w Proroka. Na pierwszej stronie widniało bardzo duże i bardzo niesmaczne zdjęcie denata. Mężczyzna wyglądał, jakby ktoś rozłożył go na stole rzeźnickim i pociął na równiutkie plastry. Widać było, że oprawca włożył w swoją pracę sporo serca i wysiłku: po złożeniu zwłok jedynie cieniutkie paseczki zakrzepłej krwi wskazywały na rodzaj śmierci, jaką zginęła ofiara.

“MROŻĄCY KREW W ŻYŁACH WYPADEK W FABRYCE ODZIEŻY!
Pięćdziesięciopięcioletni czarodziej wszedł wczoraj, około godziny ósmej wieczorem, do mugolskiej fabryki odzieży. Przypadkowo jedna z sekretarek została akurat po godzinach i spostrzegła go. Początkowo nie poszła za nim, sądząc że to ktoś z zarządu, jednak, kiedy pół godziny później nikt się nie zjawił, postanowiła ruszyć na zwiady.
Ciało mężczyzny odkryła na hali produkcyjnej. Leżało na taśmociągu, pocięte w kawałki przez maszynę do skrawania skóry. Zszokowaną kobietę zabrało mugolskie pogotowie, zaś sprawę, jako że dotyczy jednego z naszych obywateli, przekazano w ręce aurorów. Zajął się nią nie kto inny, jak sam Harry Potter.
Inspektor Potter odmawia publicznej wypowiedzi, twierdząc, że otrzymał polecenie odgórne, by dochodzenie utrzymać w tajemnicy. Jednak Prorok zdołał się dowiedzieć, iż zgon czarodzieja nie był samobójstwem, gdyż na przegubach jego rąk odkryto ślady po sznurze. Wydział kryminalny wykluczył użycie jakichkolwiek zaklęć, gdyż w pobliżu nie odkryto żadnych śladów magii. Różdżka znajdowała się w kieszeni mężczyzny.
Czyżby więc to jakiś Mugol zamordował naszego obywatela? Jeśli tak, czy to znaczy, że nie jesteśmy wśród Mugoli bezpieczni?
By zobaczyć opinię eksperta na ten temat, przejdź do strony trzeciej...”


Severus skrzywił się boleśnie. Całe Ministerstwo. Jeśli jest na kogo zwalić winę, czyni to z prawdziwą przyjemnością. Jeszcze raz spojrzał na zdjęcie.
Zaraz, przecież ta twarz jest mu znana...
Chwilę potem pędził po schodach na górę. Nadał sobie takie tempo, że kiedy już stanął przed znajomą chimerą, niemal ujrzał swoje płuca.
- Mi-misiowe żelki - wysapał.
- Ssssssie robi, sssstary! Tylko uważżżżaj!
Severus zinterpretował złośliwą minę maszkary o sekundę za późno. Kamienne drzwi się odsunęły.
- O JASNA...!
Kiedy już przetarł rękawem oczy, przekonał się, że ocieka. Calutki, od góry do dołu. To, czym ociekał, mogło być wodą, choć, sądząc po zapachu, zawierało w sobie także inne składniki, których Severus wolał w danej chwili nie rozpoznawać.
- Zamorduję cię, Dumbledore - oświadczył złowrogo, grzebiąc po kieszeni w poszukiwaniu chusteczki. Chusteczka była przemoczona. - I ciebie też - dorzucił w stronę chimery.
W odpowiedzi otrzymał radosny uśmiech, ukazujący pełen garnitur zębów. Niektóre miały po pięć cali.
- Dzięki, sssstrasznie mnie w plecy zzzzziębiło.
Snape zastanowił się, czy nie użyć przekleństwa, jeszcze raz popatrzył na uśmiech, obliczył czas potrzebny do wykonania skoku i uznał to za rzecz niewartą zachodu. Kapiąc obficie na posadzkę (co i tak nie robiło jej już żadnej różnicy) stanął na pierwszym schodku i pozwolił się zawieźć na górę. Po drodze wyciągnął różdżkę.
Otworzył nią drzwi, z efektownym łupnięciem.
- DUMBLEDORE!... - zaczął, ale nie skończył. Kolejna miniaturowa powódź przemoczyła mu buty i skarpetki.
Gdy już cała woda przelała się na niższe piętro, zza czerwonych oparów wściekłości ujrzał dyrektora Hogwartu. Albus Dumbledore wyglądał na wyraźnie zakłopotanego.
- No cóż, wygląda na to, że kolejne tsunami mamy. - Uśmiechnął się do swojego małego żarciku i Snape zaczął widzieć na purpurowo. - Ależ nie stój tak, Severusie, rozgość się... Jeśli znajdziesz miejsce, rzecz jasna. To jak z tą herbatą?
- Nie chcę żżżżżadnej herrrrbaty! Gadaj o co ci chodzi, bo nie mam czassssu!
- Nerwy, Severusie, nerwy! - dyrektor pogroził mu palcem. - To niezdrowe w twoim wieku! Usiądź gdzieś i weź kilka głębokich oddechów, to naprawdę pomaga.
Severus wybałuszył oczy na dyrektora, ale ten wyglądał tak niewinnie i prostolinijnie, że Snape poczuł nagle, że nie jest w stanie znaleźć żadnych dobrych argumentów.
- Moim wieku? - zapytał z beznadziejną świadomością, iż znowu został wykołowany.
- Tak, twoim wieku. Naprawdę, Severusie, od tego można dostać zawału! Nawet czterdziestoletni mężczyźni umierają w ten sposób, a tobie w przyszłym roku stuknie pięćdziesiątka piątka, jeśli dobrze pamiętam.
- ZAWAŁU?? Albus, ja nie mam siedemdziesięciu kilo! Moje BMI już dawno stoczyło się w depresję...
- W każdym razie, siadaj. Musiałeś się przecież zmęczyć, pędząc tu na górę.
Snape poczuł nagle, że rzeczywiście jest zmęczony. W dodatku psychiczne. I ocieka. Rozejrzał się po pokoju pełnym urządzeń, których zastosowania nawet nie próbował ogarnąć umysłem, wiedząc, że to bezcelowe. Dumbledore parę lat temu zaczął się interesować mugolską mechaniką. Mówił, że dzięki temu da się ulepszyć magię.
W tym momencie plastikowa rura, należąca do jednego z owych “ulepszaczy”, była pęknięta i wyciekał z niej przezroczysty płyn. Rurę, jak zauważył Severus, połączono z gigantycznym zbiornikiem ciśnieniowym, obecnie pustym. Nie trzeba było wielkiej inteligencji, by wydedukować, co stanowiło źródło owego “tsunami”.
Severus przekroczył niewielki strumyczek płynący środkiem pomieszczenia i usadowił się na kartonowym pudle, które było jedynym w promieniu czterdziestu metrów przedmiotem do siedzenia. Machnięciem różdżki wysuszył ubranie, choć dziwny, słodkawy zapaszek pozostał, drażniąc jego czuły węch. Następnie, nie chcąc tracić więcej czasu niż to konieczne, rozwinął Proroka i pokazał Dumbledore'owi zdjęcie.
- Petroniusz Plugan. Znałem go przelotnie. Ale co on, do cholery, robił w mugolskiej fabryce? - Tak sądziłem, że go zidentyfikujesz. - Dumbledore westchnął smętnie. - Były Śmierciożerca, prawda?
- Skąd wiesz? - W oczach Severusa błysnęło zainteresowanie. - A i owszem. Nie należał co prawda do wewnętrznego kręgu i, jak wielu innych, nie brał udziału w... bezpośrednich działaniach. Dlatego nigdy nie został oskarżony.
- Wiesz, Severusie... Śmierdzi mi to sprawą Bruce'a Credleya. Pamiętasz, ten, który półtora miesiąca temu zginął pod kołami pociągu...
- Trudno zapomnieć - oznajmił sucho Severus. - Tego rodzaju zdarzeń nie mieliśmy od... Ile to już będzie? Piętnaście lat?
- I właśnie dlatego niektórzy aurorzy są bardzo zaniepokojeni, szczególnie ci, którzy wcześniej należeli do Zakonu. Inspektor Potter chce się z nami widzieć. Szczególnie z tobą. Natychmiast.
Snape'owi chwilę zajęło skojarzenie rangi aurorskiej z imieniem Chłopca Który Przeżył By Wymierzać Gryfońską Sprawiedliwość. Jednak kiedy to zrobił, wezbrała w nim złość.
- Potterowi dolepili trzecią różdżkę i już się zaczyna panoszyć? - prychnął. - Pójdę do niego, jeśli i kiedy będę miał ochotę, a na pewno nie o szóstej rano!
- Obawiam się, że to pilne. - Dumbledore spojrzał na niego poważnie. - Musimy mieć własną opinię na temat tej zbrodni, zanim społeczeństwo narzuci nam swoją.
- Opiniujcie sobie beze mnie! Ja o tej porze nie potrzebuję niczyich opinii, tylko mocnej kawy!
- Severusie, podnieś ten swój wyliniały, pięćdziesięcioczteroletni tyłek i idziemy do Ministerstwa! I nawet mi nie mów, że nie chcesz wiedzieć, co w trawie piszczy, bo znam cię lepiej niż ty sam!
- Szczerze w to wątpię - burknął Snape, ale dźwignął się na nogi i smętnie powlókł za Dyrektorem.
To będzie bardzo długi dzień.

**

Hol Ministerstwa był senny i pustawy, jak zwykle o szóstej rano. Prointegracyjna fontanna została wyłączona; jeden z pracowników Ministerstwa szmatką nasączoną olejkiem polerował służalczy uśmiech skrzata. Stos papierów z nogami przesunął się pod ścianą. Strażnik wpatrywał się smętnie we własne myśli i nie zwrócił najmniejszej uwagi na Severusa, machającego mu przed nosem różdżką.
Czyli, zwyczajowo, wszystko w jak najlepszym porządku.
- Brakuje tylko Voldemorta - zauważył kwaśno Severus, podążając za dyrektorem.
- A kysz! Odpukaj w niemalowane, Severusie! Jeśliby się jeszcze okazało, że i on się odrodził, to uznałbym swoje życie za zmarnowane i wpadł w depresję.
- A jak to się u ciebie objawia? - W głowie Snape'a zabłysła iście diabelska myśl, że może warto by spróbować.
Dumbledore nie odpowiedział, tylko wcisnął się do windy razem ze stadem papierowych samolocików. Severus wszedł za nim, oganiając się od poczty niczym od natrętnych komarów. Merlinie, jakże nienawidził Ministerstwa. Jeszcze kilkanaście lat temu uważał, że nic dobrego nie może go spotkać w tych wyłożonych marmurem i potem podatników murach. Do dziś nie mógł pojąć, co skłoniło go trzynaście lat temu do pojawienia się na ministerialnym Balu Noworocznym. Presja musiała być potężna...

Stał w najciemniejszym kącie holu Ministerstwa, przyglądał się z zawiścią i niesmakiem parom wirującym wokół złociście oświetlonej fontanny i wyjadał oliwki z papryką. Istniała spora szansa, że tego przysmaku nikt mu nie odbierze; wystarczyło jedno spojrzenie, by potencjalni chętni cofali się w popłochu. Nic dziwnego, skoro większość z nich była świeżymi absolwentami Hogwartu.
Błogi stan mógł trwać do końca przyjęcia. Jednak nie potrwał, gdyż zaledwie po półgodzinie Severus ujrzał zbliżających się ku niemu Dumbledore'a i młodą damę.
- Severusie, nie wstyd ci tak się alienować wraz z oliwkami, kiedy wszyscy wspaniale się bawią? - zagaił Dumbledore. Dama uśmiechnęła się promiennie.
- Proszę się nie martwić, Dyrektorze. Profesor najwyraźniej wyznaczył sobie na dziś funkcję Honorowego Strażnika Oliwek. I musi pan przyznać, że pełni ją z wielkim poświęceniem.
Severus zmarszczył brwi. Dama miała półdługie, kasztanowe włosy, niesfornymi falami otaczające jej twarz i ciekawskie, orzechowe oczy. Zielone cienie i ciemnozielona suknia nadawały jej wygląd leśnej boginki. W uszach i na szyi skrzyły się diamenty.
Te oczy go zastanawiały.
- Czy my się skądś znamy? - zapytał cicho, podejrzliwie.
Hermiona Granger wybuchła śmiechem.


- Jesteście, nareszcie! Przecież tu można zamarznąć na kość! Chodźcie, no chodźcie...
Fala arktycznego zimna uderzyła w niego jak obuchem, unosząc włoski na karku i odmrażając czubki uszu. Severus instynktownie owinął się płaszczem i pochylił głowę. Tuż przed nim z obłoków pełzającego po posadzce, oziębionego powietrza wyłoniła się mglista sylwetka Harry'ego Pottera. Chłopiec Który Przeżył miał na sobie podbitą futrem ciemnobłękitną pelerynę aurora i podniesiony kaptur, ale i tak szczękał zębami.
- Chłodnia Ministerstwa, tak? - burknął Severus, spoglądając na metalową tabliczkę, z której zwisały sople lodu. Prosektorium było, prócz takich miejsc, jak sale rozpraw czy cele aresztantów, zdecydowanie najmniej chętnie odwiedzanym miejscem w całym budynku. I to z zupełnie innych względów. Poetycko mglisty i zimny jak trzy cholery korytarz prowadził do dwukrotnie bardziej mglistych i znacznie zimniejszych sal, gdzie trzymano zwłoki najrozmaitszego autoramentu. Zwykle sam widok starczył, by zapomnieć o kolacji i śniadaniu. - Nie spodziewałem się, że trafię tu przed śmiercią.
- Módl się, żebyś nie trafił i po - doradził mu Harry. - Tędy proszę.
Nie potrzebowali więcej wskazówek, by dotrzeć na miejsce. Ginny Weasley mogła z równym powodzeniem służyć za megafon, co za neon. Jej krzyki Severus słyszał już od windy, wysokie, przejmujące i dziwnie podobne do odgłosów wydawanych przez wściekłego hipogryfa. Podążając ich śladem doszli do gigantycznego i jaskrawo oświetlonego pomieszczenia, w którym od razu rzucała się w oczy miotająca się wokół stołu prosektoryjnego Ginny w limonowej szacie i ciemnozielonym, płóciennym fartuchu.
Na stole leżał złożony do kupy denat, przykryty celofanową folią. Był jedynym obecnym na sali człowiekiem, który przyjmował swą sytuację z kamiennym spokojem. Drugi uzdrowiciel mamrotał coś do siebie nieprzytomnie i gryzł paznokcie, zaś obok niego sam Minister Magii we własnej, obleczonej w kapiącą od złota i zdobień szatę osobie, krzywił się jak ktoś, komu spadło na głowę wszystkie siedem kręgów Piekieł.
- … takich niekompetentnych felczerów, jak wy! A żeby was zaraza wybiła, żeby was grypa smocza trupem położyła, wy wielkogłowi truciciele szczurów, wyrzynacze myszy, zapluci dyletanci…!
- Pani Weasley, czy mógłbym zasugerować, by zwracała się pani stosownie do swego współpracownika? – wycedził Minister Magii, przybierając dla odmiany zgorszoną minę.
- Nie! – ryknęła Ginny, uderzając różdżką w stół prosektoryjny. – Nie możesz, ty…
- GINNY! Jak dobrze, że jesteś! – ryknął jeszcze głośniej Harry, rzucając się w objęcia zdumionej uzdrowicielki. Oboje zatoczyli się na stół, co denatowi najwyraźniej nie przeszkodziło w milczącej kontemplacji sufitu. Dłuższa chwila minęła, nim pani Weasley wyswobodziła się z objęć swego przyjaciela na tyle, by móc odetchnąć.
- O, nareszcie! – wykrzyknęła na widok dwóch przedstawicieli władzy w Hogwarcie. – Jak świetnie, ja tu już szaleju dostaję… Poznajcie się: ten baran obok mnie to Tobiasz Dark, patomorfolog i alchemik, psia go mać! Tob, poznaj Albusa Dumbledore’a, mojego mentora i wzór do naśladowania i Severusa Snape’a, mojego tak-jakby-niestety-szwagra. Dyrektorze, Severusie, witajcie w Komnacie Otępienia, naszej głównej sali prosektoryjnej. A skoro już się wszyscy znamy, to przejdźmy do szczegółów.
Ginny, jako prawdziwa kobieta czynu, podeszła do stołu i jednym ruchem odrzuciła płachtę przykrywającą zwłoki.
- Panowie, oto jest trup – oznajmiła.
Trup był. Do przechłodzonego umysłu Severusa dotarła myśl, że, jak na trupa, prezentował się bardzo imponująco, coś jak idealny okaz pazia królowej starannie przyszpilony do ściany. Myśl zapragnęła zostać natychmiast wyrażona, więc zrobił to, ubarwiając ją odpowiednią dozą sarkazmu.
Przywitała go ściana osłupiałego zdumienia. Nawet patomorfolog „psia go mać” Dark odrobinkę zbladł, a różdżka Harry’ego upadła ze stukotem na podłogę.
- Eee… Snape… - wymamrotał ze swą zwykłą dozą elokwencji Potter. – Ten tego, powstrzymaj się od czarnego humoru, dobra?
Ginny obdarzyła Severusa spojrzeniem, które byłoby w stanie masowo wymordować lemingi. - Nie spodziewałem się niczego innego po śmierciożercy – oznajmił Minister Magii, emanując wzgardą bardziej lodowatą, niż byłaby ją w stanie wyprodukować najlepsza Antarktyda.
To był policzek. Snape poczuł napływającą gdzieś w okolicę między oczami falę wściekłości i odruchowo sięgnął po różdżkę.
- Chcesz zobaczyć, co…
- O nie, nie będziesz mi tu obrażał członków mojej rodziny, ty przywiędły diabelski bluszczu, ty!...
Ginny najwyraźniej postanowiła wziąć sprawę we własne damskie pazurki, a pazurki miała imponujące – ostre jak małe sztyleciki i pomalowane na czerwono-złoto. Rzuciła się z nimi do gardła Ministra Magii, który wydał z siebie coś w rodzaju zduszonego sapnięcia…
Na jej drodze stanął Harry Potter.
- No, już spokój, panowie i panie – Chłopiec Który Przeżył obdarzył wszystkich zainteresowanych promiennym uśmiechem.
- Przepraszam, zachowałam się nieprofesjonalnie. – Najmłodsza Weasley chłodno skinęła ministrowi głową i machnięciem różdżki wyczarowała na dłoniach rękawiczki chirurgiczne. – Więc do rzeczy. Oto jest, czy raczej był, pan Petroniusz Plugan. Były śmierciożerca, prawda, panie Snape?
- Owszem – Severus wyszczerzył upiornie zęby. – Jeden z szarych szeregów, trzecia liga. Takich jak on było podczas drugiej wojny setki i przeżyło setki. Drobny włamywacz, może zaściankowy morderca. Żaden z niego smaczny kąsek, nawet hiena przestępczego świata nie połakomiłaby się na coś takiego.
- Ty, rzecz jasna, byłeś lepszy? – wtrącił się minister.
- Ja? Amber, ja byłem najlepszy z najlepszych…
Przez moment Severus spoglądał prosto w ciemnobłękitne oczy Aberiusza Ambera i tylko perspektywa nieprzyjemnej rozmowy z dyrektorem powstrzymała go od sięgnięcia legilimencją do umysłu przeciwnika. Znacznie później miał się wielokrotnie przeklinać za jeden ze swych nielicznych prospołecznych czynów, lecz w tej chwili czuł jedynie przepełniający jego serce słodki smak zwycięstwa.
Severus Snape był jak mało kto świadomy swej inteligencji i niepospolicie z niej dumny. Zaprowadziła go ona dalej i bezpieczniej niż niejednego bohatera, którego bohaterskie szczątki bohatersko gniły na cmentarzu u podnóży trzeciego szczytu pasma Hogwart. Dalej niż samego Ministra Magii.
Aberiusz Amber był takim trzecioligowym Śmierciożercą.
Jego duszę, a później i honor, przed Wizengamotem uratowała jedna z największych czarownic okresu drugiej wojny, zwana, nie bezpodstawnie, Waleczną Ginewrą. Tajemniczy ślub dwojga przypieczętował niemal baśniowe nawrócenie przyszłego Ministra Magii na ścieżkę dobra i miłości. Potem żyli długo i niepoprawnie szczęśliwie przez ponad dziesięć lat. Potem wzięli rozwód.
Rozwód był równie cichy i tajemniczy, jak ślub. Nikt, nawet sam Harry Potter, nie znał prawdziwych przyczyn tego nagłego rozejścia.
Zaś sama Ginny Weasley, która powróciła do panieńskiego nazwiska, milczała jak grób i samotnie wychowywała córkę Violettę.
- Doskonale – uzdrowicielka uśmiechnęła się zimno. – Tak więc mamy jasną sytuację: były śmierciożerca postanowił wpaść na wizytę do mugolskiej fabryki, gdzie natknął się na seryjnego mordercę, który zdzielił go przez łeb solidnym kawałkiem drewna, tutaj widzicie ślad na czaszce, przywiązał go do platformy i pociął z upodobaniem na drobne paseczki. Myślę, panie ministrze, że to tyle. Możemy to spokojnie wpisać do akt. Prawda, panie Dark?
- J-jasne. – Tobiasz Dark miał zakłopotaną minę.
- Żadnej magii, prawda, panie Dark?
- Żadnej – potwierdził uzdrowiciel, miętosząc spoconymi dłońmi swój zielony fartuch. Miało się wrażenie, że w tym momencie pragnął być gdziekolwiek indziej, nawet zamknięty w pudełku dziesięć na dziesięć centymetrów.
- Ciekawe. Rzuciliście na niego totalusa? – zapytał nagle Dumbledore, który do tej pory był milczącym obserwatorem tej swoistej scenki rodzajowej.
- Taak, pan Dark ma na ten temat bardzo dużo do powiedzenia. Prawda, panie Dark? – zagruchała słodziutkim głosem Ginny. Severus wiedział, co jej ton oznacza – i ciarki przeszły mu po plecach.
- No… ja… ja tylko…
- Ja tylko użyłem zaklęcia, które nie bez powodu znajduje się pod ścisłą kontrolą Międzynarodowego Stowarzyszenia Aurorów – dokończył za niego Harry Potter.
Chwila ciszy.
- On użył Totale Incantatem?*

* Totale Incantatem – jeden z najnowszych wynalazków Departamentu ds. Zaklęć Użytecznych. Jest to zaklęcie, które zbiera wszelkie ślady czarów rzuconych w promieniu piętnastu metrów w ciągu ostatniej doby i umieszcza je na specjalnych lusterkach. Przeglądanie tych lusterek może znacząco ułatwić odtworzenie wydarzeń, które zaszły w miejscu popełnienia przestępstwa. Zaklęcie ma jedną wadę – może być użyte tylko raz, gdyż ślady magii przylepiają się do lusterek na stałe, znikając tym samym z miejsca przestępstwa. Jest zrozumiałe samo przez się, dlaczego totalus znajduje się pod ścisłą kontrolą.


**

- Totale Incantatem. Genialnie proste, prawda?
Severus próbował wyjść z kominka z godnością właściwą swojej pozycji społecznej. Naprawdę próbował. Cóż, kiedy nagłe pojawienie się Ginny Weasley tuż za jego plecami zdekoncentrowało go. Poślizgnął się na płynie, który wciąż wyciekał z pękniętego zbiornika, wykonał pięknego bociana, zatoczył się i zahamował dopiero na stosie kartonowych pudeł.
- Oj, profesorze, szósta rano najwyraźniej ci nie służy. Nie te lata, prawda? – zagruchała uzdrowicielka.
- Weasley, czy mama cię nie nauczyła, że nie należy przychodzić do czyjegoś domu bez uprzedzenia?
- Ależ ja ją zaprosiłem. – Dyrektor wyszedł z kominka i, jak zwykle, uśmiechnął się w bliżej nieokreślonym kierunku. – Kawy, Ginny? Wyglądasz na wycieńczoną.
- Ciężka noc. Ale dziękuję, dyrektorze, wpadłam tu tylko na chwilę, by spytać was, co naprawdę o tym wszystkim sądzicie.
- Totalus mógł być aktem dobrej woli – zaczął ostrożnie Dumbledore – choć możliwe również, że rzucono go umyślnie, jeśli przestępca chciał pozbyć się dowodów.
- Przestępca go nie rzucił – stwierdziła lakonicznie Ginny.
Severus myślał intensywnie. Coś wykluwało się w jego umyśle i to coś bardzo mu się nie podobało.
- Jeśliby nawet rzucił to zaklęcie, miałby małe szanse ucieczki przed pościgiem zaalarmowanych tym aurorów. Użycie pracownika Ministerstwa byłoby doskonałym posunięciem. Czy ten Dark?…
- Jest na warunkowym. Ale nie, nie zwolnili go – dopowiedziała ponuro Ginny.
- Nawet go nie zaaresztowali? – zdziwił się Severus.
- Nie. Ale, zanim zapytasz, użyli Veritaserum. Wygląda na to, że uczynił to dla własnego widzimisię. Chyba był nadgorliwy. A zresztą, i tak pokazał aurorom puste zwierciadła. Wygląda na to, że albo próbujemy znaleźć coś, czego nie ma, albo przestępca jest piekielnie przebiegły.
- Co się z nim stało po tym, kiedy rzucił zaklęcie?
- Natychmiast pojawili się aurorzy i zabrali go…
- Kto?
Ginny spojrzała na niego dziwnie.
- Harry i paru jego kolegów. Możesz go spytać, jeśli chcesz. Zabrali Darka do pokoju dziewięćset trzynaście, tak jak nakazuje procedura. Mówię ci, Severusie, to wszystko jest tak doskonale legalne, że i szpilki nie wciśniesz.
„Nauczył się, po wpadce z Credleyem”, pomyślał Snape.
- Tak więc to wszystko, co mamy sobie na razie do powiedzenia? – upewnił się Dumbledore. – Dziękuję, Ginny, jeśli dowiesz się czegoś więcej, powiadom nas. Severus musi przygotować się do lekcji.
- Jeszcze momencik, owszem, mam coś do powiedzenia. Severusowi. – Uśmiech Ginny stał się zimny i wyrachowany. Wewnętrzny Alarm Antyrodzinny Mistrza Eliksirów zawył z pełną mocą, gdy Weasley poczęła zbliżać się do niego krokiem drapieżcy, aż stanęła z nim niemal nos w nos. – Snape, ty stary, wyliniały nietoperzu, ty nadęty, męski bufonie, ty samolubny, łysy sępie, jeśli nie przeprosisz Hermiony, która oczy sobie przez ciebie wypłakuje, ty nieczuła ślizgońska glisto, to obiecuję ci, że jeszcze popamiętasz Ginewrę Weasley!
- Tylko nie łysy, wypraszam sobie! – odwarknął Severus, wykorzystując przewagę wzrostu, by spojrzeć na swą nieomalże-szwagierkę z góry. – I nie pamiętam, żebym zamawiał doradcę matrymonialnego.
- Będę u was trzeciego listopada.
Severus zawsze zastanawiał się, dlaczego statystyczna wściekła czarownica wydaje się zajmować sobą tyle przestrzeni, że czasami nie było czym oddychać. Była to prawdopodobnie jedna z nierozwiązywalnych zagadek ludzkości.
- Jakieś problemy, Severusie? – zainteresował się Albus.
- Zdecydowanie prywatne problemy. Są rzeczy, o których nie muszę ci mówić. Tak jak ty – rzucił oskarżycielsko – nie mówisz mi o wszystkim. Nawet jeśli dotyczy to mojej rodziny.
- Czyżby? – zapytał szczerze zdziwiony Albus.
- Dyrektor chyba uważa, że jesteś zbyt niedojrzały emocjonalnie. – mruknęła Ginny, pakując się do kominka. - I ma rację.

**

Piątek. Piątek trzynastego. I znowu zabrakło mu czterolistnych koniczyn do ukończenia eliksiru szczęścia.
Piąta czterdzieści. Wszystkie kociołki i składniki były już wystawione i przygotowane do długiego i słodkiego wieczoru pracy nad medycznymi świństwami. W dodatku jeszcze zwalił sobie na głowę jedną sztukę własnego potomstwa. Choć o to powinien mieć pretensje li i jedynie do nagłego przypływu ojcowskich uczuć. Dziwne. Severus nigdy do tej pory nie miał problemów z rozdzieleniem ról społecznych, a bycie profesorem oznaczało dla niego jednoczesną niemożność bycia rodzicem, rzecz całkowicie naturalna. Jego dzieci winny być na równej stopie z innymi uczniami.
Jednak niedawna dyskusja Minerwy i nauczyciela OPCM uświadomiła mu, że oddalił się tak bardzo, że zaczął tracić kontrolę. To zaś było niedopuszczalne. W dodatku zirytował go fakt, że Hermiona użyła przeciwko niemu jego własnej córki. Tak, on też potrafił grać nieczysto.
Odkręcił mały słoiczek z pastylkami z żubrzego włosia i rozgryzł dwie.
Zatrząsł się z obrzydzenia.
To powinno utrzymać na wodzy ból głowy i nieprzyjemne myśli.
Jak na przykład tę, że Pomfrey wpadła dzisiaj po południu do jego gabinetu, potwornie zdenerwowana. Ona, ta oaza spokoju, trzęsła się jak podczas ostatniej bitwy. Głos była w stanie wydać z siebie dopiero po trzech kieliszkach koniaku, a i tak ledwie potrafiła złożyć z niego sensowne zdanie.
„Severusie! Oni… Ona… Cholera, Oddział Zamknięty, nie rozumiem czemu… Hermiona jest przerażona!”
„Kobieto, uspokój się! Hermionie coś się stało? Odpowiadaj!” wykrzyknął, zdjęty nagłym, niewytłumaczalnym strachem.
„Co? Hermiona? Nie, z nią wszystko w porządku… Ale badała tę dziewczynę, Forsycję Fluxwill. Severusie, to nie jest załamanie nerwowe! Ona… Ona… Severusie, nikt nie wie co jej jest! Cały czas krzyczy i wyrywa się albo bredzi o zdradzie. Umieścili ją na Oddziale Zamkniętym, pod obserwacją.”
„Wykluczyli schizofrenię? Prochy? Nielegalne eliksiry? Niewybaczalne? Do diaska, jej ojciec jest byłym śmierciożercą! Może organiczne uszkodzenie mózgu?”
„Severusie, badało ją dziesięciu specjalistów! Próbowali nawet legilimencji, ale nie byli w stanie wyłapać żadnego wspomnienia.”
„Jak to – nie byli?”
„Uzdrowiciel, który ją badał powiedział, że obrazy były jakby obok, ale zawsze, gdy po nie sięgał, umykały. Słyszałeś o czymś takim?”
„Tylko przy rozdwojeniu osobowości.”
Tak więc, Forsycja Fluxwill na razie nie wracała do Hogwartu. To powinno uspokoić znaczną część siedemnastolatków. Dumbledore, wprost przeciwnie, wyglądał na wyraźnie wzburzonego.
Co nie znaczyło, że podzielił się swymi lękami z Severusem.
No tak, oczywiście, że miał myśleć pozytywnie.
Jeszcze dwie pastylki.
Punkt szósta. Nareszcie.

**

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 25.09.08, 12:13

- Wow, jaki zaczepisty labik, normalnie no, nie mogę! Smoki tu nielegalnie rozmnażasz, czy co? – wyrzucił z siebie potwornie kudłaty stwór, wsadzając łeb w drzwi jego kochanego laboratorium. Pod masą owłosienia splątanego w dużą ilość czegoś w rodzaju lnianych pakuł błysnęły zęby. Oczy może też, choć nie było ich widać. Severus zachwiał się w posadach, wlepiając wzrok w czuprynę swojej latorośli. Pigułki z żubrzej sierści wciąż tkwiły w kieszeni, ale Severus wątpił, czy posiadał wystarczającą ich ilość. To był cios zdecydowanie poniżej pasa.
O nie, nie da się powalić.
- Nie slanguj mi bezczelnie, junior, tylko bierz się do roboty, bo jutrzenka nas tu zastanie. Zaczynamy od eliksiru na obrażenia zewnętrzne, więc mam dla ciebie zadanie bojowe – utrzyj ugotowane żółtka jaja dziwoptaka z sokiem z czyrakobulwy. Tylko dokładnie, mam nie znaleźć żadnych drobinek!
- Tak, sir!
- I poinformuj nas łaskawie, zanim następnym razem wybierzesz się do fryzjera…
Sergiuszek chlusnął aromatyczną zawartością butelki do miedzianego kociołka numer trzy. Z jego twarzy nie schodził szeroki uśmiech i Severus zaczął podejrzewać, że pewną rolę odegrał tu Glut Weasleyów ("Wszystko sklei Glut Weasleyów!").
- Po co komu fryzjer, skoro mamy Fryz Instant Weasleyów? – zapytał enigmatycznie Sergiuszek. – Chcesz spróbować?
- Nigdy w moim długim, ciężkim życiu!
- Ale patrz, co on robi z firmowym owłosieniem rodu Snape’ów! Istne cuda!
- Nie żartuj sobie. Firmowe owłosienie rodu Snape’ów przezwycięży nawet magię Weasleyów, zapewniam cię.
- Tato, wyluzuj, to jeszcze nie pora na trumnę!
- Młodzieńcze, chciałem zauważyć, że moja władza nad punktami Gryffindoru nadal trwa, więc radziłbym zwrócić baczniejszą uwagę na te żółtka…
- Nie martw się, obchodzę się z nimi jak z jajkiem. – Żółtka z chlupotem zniknęły w mętnozielonej cieczy. – Ach, co za aromat! Tato, to schodzi po ośmiu godzinach, a tak poza tym, to mam antidotum. Naprawdę, co zaszkodzi spróbować?
Severus zerknął podejrzliwie na swą latorośl, która metodycznie miesiła zawartość kociołka wielką, drewnianą łyżką. Co za bezczelny dzieciak! Jego podchody na honor i włosy Mistrza Eliksirów były dość nieudolne, można by rzec – gryfońskie.
Grrryfon!
Severusie – pozytywne myślenie, pamiętaj!
Dobrze, że smarkacz nie założył tego obscenicznego, czerwonego krawata. Żaden Snape nigdy nie prezentował się dobrze w czerwonym. Wiedział to nawet pradziadek Goderyk, który zjawił się na swoim ślubie w karminowej szacie. Wzięto go za skrzata, odesłano do mycia naczyń i na końcu wrzucono do jeziora.
Na czym to skończyli? Ach tak, teraz czas na jego cios.
- Uważaj, jeden włos wpadnie ci do kociołka i przez tydzień będziesz wonieć czyrakobulwą – oznajmił beznamiętnie Severus.
Sergiuszek spojrzał na niego z nagłym zainteresowaniem. Bitwa słowna była stałym punktem programu ich wspólnego pobytu w laboratorium. Pozwalała przetrwać co nudniejsze etapy warzenia eliksirów, wymagała myślenia i, co najważniejsze, dostarczała Severusowi całkiem interesujących i niespodziewanych informacji o jego potomstwie.
Severus udał, że nie zauważa pytającego spojrzenia i spokojnie odliczał krople płynnego światła. Siódmej towarzyszył jaskrawy błysk i cały kociołek, zrobiony ze szczerego złota, rozświetliła od środka biała kula przypominająca kometę. Severus, osłaniając oczy dłonią, szybko nakrył kociołek pokrywką.
- Gwiazda Wieczoru. Jedyny eliksir, który jest w stanie wyleczyć poranione oczy. Niestety, nie leczy wad wzroku. Ani ślepoty wybiórczej, właściwej większości uczniów. A szkoda.
- Mhm. – Sergiuszek spojrzał z zamyśleniem w okno i podrapał się chochlą po nosie. Severus z niejaką satysfakcją spostrzegł, że włosy jego syna już zaczęły się rozplątywać i prostować, by na powrót opaść smętnie po bokach głowy. – Jutro będzie lało.
- Skończyłeś? Potnij mi liście eukaliptusa, tylko równiej niż Ginny przycina włosy swoich braci. Paski na pół paznokcia. Skąd wiesz? Nie mów, że natknąłeś się po drodze na Trelawney.
- Y-y. To Tęczowy Przepowiadacz Pogody Lily Potter. Niezawodny, gdy nie chcesz wiedzieć, jaka będzie pogoda. Dostała go od dziadka, który odkrył go w lumpeksie w Rio de Janeiro. Mugole używali go jako podstawki na buty.
- POTTER?
- No, ona kolekcjonuje takie dziwactwa. Siedmiomilowe buty, siatki do łapania wiatru, podgrzewacze uszu, rurki do przedmuchiwania gumochłonów i tego typu rzeczy. Część tego chłamu naprawdę działa. Sam zamówiłem u niej ochraniacz na nos. Jest niezawodny, hartowana stal. W dodatku ma z przodu taką małą piąstkę, która wyskakuje, gdy nacisnąć guzik i uderza twojego rozmówcę w nos.
- Fa-scy-nu-ją-ce – odparł Severus, starannie przeciągając każdą sylabę. – Sergiusz, ty się naprawdę przyjaźnisz z Potter?
- Chyba sobie żartujesz, tato! Z tym dziwadłem? To się u nas nazywa gryfońską solidarnością. Na przykład, moja obejmuje wszystkich z wyjątkiem Willisa.
- Twój rodzic w ciebie zwątpił.
- To już stara zagrywka. Może teraz dla odmiany mnie wydziedziczysz?
- Nie pleć bzdur jak Gryfon po trzech ognistych i podaj mi te liście. Widzę, że środowisko już na ciebie ujemnie wpłynęło. Stajesz się pyskaczem miary Wielkiego Jamesa Pottera.
- Wszystko dlatego, że brak mi zbawiennej bliskości Salazara Slytherina i jego potomków.
- Jeśli tak usilnie łakniesz tej bliskości, to mogę ci ją zapewnić cotygodniowo. Tak się składa, że pracy w mym cichym a przytulnym lochu nigdy nie zabraknie. Piszesz się?
- Naprawdę tego chcesz?
- Propozycja stoi otworem.

- Piorun uderzył w drzewo. Miejmy nadzieję, że to Wierzba Bijąca. Przydałoby się jej strzyżenie.
- A nie mówiłem? Tęczowy Przepowiadacz Pogody zawsze ma rację, oczywiście pod warunkiem, że czytasz go przez różowe okulary i pod kątem pi razy dwanaście stopni plus liczba dni, które pozostały do wakacji. Jest niezawodny.

- Prorok trąbi, że zaszlachtowali drugiego eks-Śmierciożercę. Mark przy kolacji upierał się, że to kolejny atak ekstremistów na Wielką Brytanię i tylko patrzeć, jak zrzucą bombę na Hogwart. Willis go wyśmiał, teraz leży w skrzydle szpitalnym. Ma twarz całą w podgrzybkach, chyba resztę też, choć wstydził się pokazać. Kupienie Markowi na urodziny „Tysiąca i jeden przydatnych zaklęć towarzyskich” nie było chyba zbyt dobrym pomysłem.
- Hm.
- Tato, ja myślę, że za tym stoi Ministerstwo.
Do licha. Bystry z niego dzieciak. Musiał to odziedziczyć po ojcu.
- Dlaczego tak myślisz? Mniej ognia, bo wykipi! Właśnie tak. Zobaczysz, jeszcze zrobię z ciebie Mistrza Eliksirów.
- Uznaj to za przeczucie węża.
- Nie podlizuj się.
- Poza tym, istnieje związek. W obydwu przypadkach zginęli byli śmierciożercy, zamordowani tak, by wyglądało to na przypadkowe zabójstwo, ewentualnie samobójstwo.
- Skąd wiesz, że Credley nie popełnił samobójstwa?
- Tato, przecież nawet wujek Harry uważa, że to morderstwo.
- Pojmuję. To, co powie Potter, jest święte. Gdzie mnie, marnemu czarodziejowi, walczyć z takim autorytetem?
- Ha. Ha. Poza tym, jeśli nie zauważyłeś, w obu przypadkach Prorok stara się zatuszować sprawę. A Prorok jest na garnuszku Ministerstwa.
- Nie dziwię się. Ja też nie chciałbym wywołać kolejnej fali paniki w społeczeństwie. Synu, rany po wojnie są zbyt świeże, by na nowo siać popłoch.
- Nawet ty w to nie wierzysz.
- Więc w co wierzę? Oświeć mnie.
- Z której strony?
- Nic z tego, co powiedziałeś, nie wygrałoby sprawy przed Wizengamotem, gdybyś chciał pozwać pod sąd Ministerstwo. Oni chcą dowodów, nie gdybań. Dowodów brak, więc sprawa pozostaje zamknięta. To proste.
- To głupie.
- Świat jest głupszy, niż ci się wydaje.
- Opowiesz mi o wojnie?
Severus drgnął. Oczy Sergiusza przeszywały go, niczym dwa świdry. No cóż, ostatecznie wiedział, że ta chwila nadejdzie. Lepiej teraz, niż później, kiedy naraziłby się na więcej kłopotliwych pytań.
Na przykład, dlaczego nie przewidział, co zrobi jego Dom.
- Gdy będę gotowy.
- Kiedy? Jak dorosnę? Za dwieście lat?
- Nie. Drugiego listopada.

- Znasz bajkę o dwunastu krukach? Jeden z nich zadziobał resztę, by przetrwać zimę.
- Co to ma do rzeczy?
- Powód, dla którego Ministerstwo pozbywa się Śmierciożerców.
- Niedorzeczne. Bujasz w obłokach, synu.
- Skądże, to całkiem logiczne. Mógłbyś być wtedy w niebezpieczeństwie.
- Tak bardzo lękasz się o moje życie?
- Ja? Ja jestem nieczuły jak Snape.

- O, diask!
- O, diask, rzeczywiście. Przemyj to sokiem z cytryny, zanim wsiąknie w skórę. Szybko!
- Będę miał czerwone plamy na policzkach! I jak ja się jutro ludziom pokażę?
- Wolisz mieć zielone? Gdzie twoja gryfońska lojalność?
- Odpuściłbyś sobie.
- Następnym razem dobrze pomyślisz, nim chwycisz żywą jadoplujkę za odwłok. I tak ci bardziej do twarzy z plamami, niż z tym sianem.
- Już się wyprostowało.
- Włosy Snape’ów. Ostrzegałem.

- Nie przejmuj się tak strasznie, synu. Jestem pewien, że nic złego ze strony Ministerstwa mnie nie spotka.
- Jesteś ukrytym wróżbitą?
- Nie. Siła profesjonalna postawiła mi tarota w ramach prezentu urodzinowego. Okazuje się, że umrę we własnym łóżku, zeżarty przez mrówki. Pocieszające. Zawsze chciałem umrzeć we własnym łóżku.
- Nie wierzę we wróżbiarstwo.
- Dobrze się składa, że ja też nie.

- Jeszcze tylko Eliksir Pieprzowy. Pomóż mi wytoczyć na środek tę wielką kadź. Jestem pewien, że ta ilość starczy dla całego plutonu madam Hooch.
- Co teraz?
- Weź dwa worki pieprzu i dziesięć litrów spirytusu…

- Jak tam pierwsze półtora miesiąca?
- Świetnie. Mam mnóstwo przyjaciół, wszyscy mnie kochają, nauczyciele mnie podziwiają, dostaję same najlepsze oceny, dobrze się odżywiam i nie wpadam w kłopoty.
- Żadne?
- No, raz zarobiłem sobie na szlaban z dyrektorem… Ale teraz jestem tak grzeczny i przykładny, że Weasley by się zawstydził.
- Teraz?
- Przecież mówiłem, tato, że nie wierzę we wróżbiarstwo.

- Tato, ty coś wiesz o tym drugim morderstwie.
- Teraz gramy w otwarte karty, tak, synu? Dobrze, ja też wiem, że ty coś wiesz. Co kombinuje dyrektor?
- To informacja poufna.
- Czyżby? Zaś moja jest tajna.
- Tak, ale ja wciąż mam nad tobą przewagę.
- Naprawdę?
- Owszem.
- Hm?
- Moja jest znacznie więcej warta.
- Synu, zamierzam nauczyć cię Czarodziejskiego Gambita*, pal sześć że to gra hazardowa i dozwolona od lat siedemnastu. Będziesz świetny.

- W tej propozycji jest jakiś haczyk, prawda?
- Trafiłeś w sedno.
- Jaki?
- Pierwsza partia za miesiąc. Jeśli przegrasz, powiesz mi wszystko co wiesz.
- I nawzajem.

- Myślę, że poszło nam doskonale.
Severus krytycznym wzrokiem zlustrował swoje laboratorium. Wszystko gotowe i w idealnym porządku, a w dodatku zajęło mu to godzinę mniej niż zwykle. Chłopak zasłużył sobie na nagrodę.
- Czekam na ciebie za tydzień, o tej samej porze. Tylko nie spóźnij się na swoją lekcję.
- Będę niezawodnie – odparł chłopak szczerząc zęby. – Czołem, ojciec!
- Zmiataj stąd, zanim naprawdę zdołasz mnie zdenerwować!
Severus jeszcze przez chwilę wpatrywał się w zamknięte drzwi i wsłuchiwał w tupot butów w kamiennym korytarzu. Jakoś było mu trochę lżej na sercu.
Severus nigdy nie uważał się za człowieka rodzinnego. Najwyraźniej jednak rodzina uważała inaczej.
„To tylko hormony. Diabły, wszędzie się wcisną.”, pomyślał zniechęcony i poszedł się kąpać.


* Czarodziejski Gambit – magiczna gra karciana przypominająca mugolskiego brydża o tyle, że w obu występuje licytacja oraz czterech graczy (dwóch na dwóch). Jest jednak znacznie bardziej interesująca i posiada o niebo ciekawsze efekty świetlno-pirotechniczne. Część historyków twierdzi, że była prawdziwą przyczyną zagłady Sodomy, kiedy to od źle postawionego pentaklu zajął się dom. Niektórzy czarodzieje potracili tysiącletnie fortuny, ponieważ sądzili, że potrafią grać w Cz.G. (patrz: ród Weasleyów). Stąd też wzięło się przysłowie: „Zagrać w Gambit i umrzeć”.

**

Deszcz nie był odpowiednim określeniem na warunki atmosferyczne, panujące w ten piękny, sobotni poranek na zewnątrz zamku. Ulewa także nie oddawała istoty zjawiska. Zdecydowanie najlepiej opisywała je wypowiedź Irytka, który skulił się w niszy nad wewnętrznym portalem wrót Hogwartu i witał każdego wychodzącego ucznia tymi oto słowami:
- Hej, ty, szczur lądowy! Jesteś pod wodą, he, he!
Człowiek po wyjściu na świeże powietrze miał wrażenie, jakby nagle znalazł się we wnętrzu gigantycznego akwarium, zaś Hogwart był tylko porcelanową figurką, z rodzaju tych, do jakich uwielbiały chować się sumy. Zła aura udzielała się również uczniom, a że kampanie antygryfońska i antyślizgońska były w pełnym rozkwicie, nauczyciele zostali oddelegowani do patrolowania korytarzy.
Severus nie pojmował, dlaczego dyrektor nie wziął pod uwagę jego paskudnego humoru. Po drodze do szatni Slytherinu, Snape był zmuszony zagarnąć do skrzydła szpitalnego dwóch piątoklasistów, którzy zdzielili się nawzajem miotłami po łbach i padli ogłuszeni na posadzkę. Chwilę potem pozrywał ze ścian na parterze plakaty, głoszące takie odkrywcze hasła, jak „Jednego Ślizgona dla każdego rogogona” czy „Każdy Gryfon czyści syfon”. Następnie był zmuszony udać się na drugie piętro, gdzie rozgonił grupkę Gryfonów przebranych za koślawe węże w różowych krawatach. Pikietowali przed gabinetem McGonagall z transparentami pełnymi sloganów typu: „Żądamy większych terrariów!”, „Nie chcemy dłużej zwisać z końca łańcucha pokarmowego! Mniej sałatek, więcej ludzkiego mięsa dla Ślizgonów!” lub „My jesteśmy ewolucją! Równouprawnienie dla gadzin!”. Gdy już dochodził do celu, z szatni Gryfonów dobiegł go chóralny śpiew:
- Bo wszyscy Gryfoni to jedna rodzina!
Razem rozniesiemy bandę Slytherina!
Nie miał siły, by do nich zaglądać.
Jego własna drużyna była zadziwiająco cicha. Żadnych złorzeczeń, żadnych drwin, jedynie zdeterminowane, milczące spojrzenia graczy. Powietrze w środku ciemnego pomieszczenia, wyklejonego plakatami ponurych drabów w narodowych barwach swych krajów, aż kipiało od napięcia i Severus poczuł się zaintrygowany. Znał swoich podopiecznych na tyle, by teraz czuć w kościach, że szykuje się coś naprawdę wielkiego. Nawet kapitan zrezygnował z prezentowania zwykłych, siedmiomilowych planów gry i tylko zagrzewał swą drużynę do walki:
- …jeśli nie dacie tym obszarpańcom takiego wycisku, na jaki zasługują, to pożałujecie, że wasza matka zapomniała wziąć kapsułki antykoncepcyjnej! Nie obchodzi mnie, że gramy w niepełnym składzie – nasz niepełny skład jest tak dobry jak ich dwa, zapamiętajcie sobie! I możecie obnosić się z markotnymi minami ile wam się żywnie podoba, ale jeśli ujrzę, że któryś z was fauluje, kretyn dostanie ode mnie taki wycisk, że wywróci się na drugą stronę! Mamy pokazać tym wycieruchom, że Slytherin potrafi grać uczciwie i wygrać, więc pokażemy. Gra ma być czysta! Dotarło to do tych waszych pustych łepetyn, czy mam się powtarzać w nieskończoność?
Odpowiedziały mu niechętne pomruki i oklaski. Te ostatnie pochodziły od kasztanowłosej szukającej, która rozsiadła się po turecku na parapecie i do tej chwili filozoficznie gryzła jabłko. Irma Watson powtórzyła brawa, by mieć pewność, że każdy je zauważył.
- Bravissimo, mon capitan! – zagruchała. – Ale dlaczego myślisz, że szlamy będą grały czysto? Bo mają dobroduszną naturę?
- Nie, Watson. Coś lepszego. Podpisali cyrograf.
Dwóch szóstoklasistów-pałkarzy zachichotało paskudnie.
- Jak…
- Gra, Watson, gra. Ona to na nich wymusza, jako na tych, którzy rzucili wyzwanie.
- Ooo. No, szefuńciu, tego nie wiedziałam. Genialny jesteś.
- Wątpiłaś we mnie, Watson?
Dziewczynka uniosła do góry dwa palce jak do przysięgi i pokręciła energicznie głową. Na jej twarzy widniał uśmiech tak szeroki, że jeszcze trochę, a przeciąłby ją na pół.
- Nigdy, kapitanie, nigdy.
Severus przysłuchiwał się tej rozmowie ze zmarszczonym czołem. Dziwne, ale miał wrażenie, jakby jego podopieczni mówili nie o jednej, ale o dwóch różnych grach. W żadnym poradniku nie pisało, by quidditch wymagał deklaracji uczciwości – od tego byli przecież sędziowie. Severus zdecydował się na ryzykowny krok.
- Od kiedy to Ślizgoni grają czysto?
Wszyscy członkowie drużyny poruszyli się nerwowo, jakby dopiero w tej chwili zauważyli swojego Opiekuna Domu. Może rzeczywiście tak było – Severus, gdy chciał, potrafił poruszać się bezszelestnie jak cień ducha i miał naturalne zdolności do znajdowania najciemniejszych zakamarków. Przez chwilę w szatni panowała cisza, by wreszcie zostać przerwaną lekko poirytowanym westchnieniem.
Irma Watson zeskoczyła z parapetu i ukłoniła się Severusowi. Jej miotła ukłoniła się także. Halucynacje, zadecydował Snape.
- Ano, panie psorze, odkąd zawarli układ z Gryfonami.
- Układ? – Severus uniósł pytająco brew. Kilkoro Ślizgonów znów poruszyło się nerwowo. – Frapujące. Opowiedz mi więcej, Watson, o tym układzie.
Irma mrugnęła konspiracyjnie i Severus przez chwilę poczuł się jak uczniak.
- Panie psorze, świat bez niespodzianek byłby zbyt nudny, by Ślizgon mógł na nim wytrzymać.
W tym momencie zabrzmiał pierwszy gong.
- Węże, ruszamy! – zakomenderował kapitan.
Irma poszła przodem, pogwizdując, ze swą dziwną miotłą zarzuconą na ramię. Za nią reszta drużyny. Severus został zaś z tyłu, z celną ripostą zamarłą w połowie drogi do ust.

**

- Hello, ludzie! Po raz pierwszy tego roku wita was Zig i jego Długofalowy Kanał Sportowy, gdzie nadawana będzie bezpośrednia relacja z meczu Gryffindor/Slytherin! Zanim jednak drużyny się pokażą, pozwólcie mi zanudzić was krótką historią tego pięknego sportu, jakim jest quidditch!…
- Minerwo, przestań się wiercić. Ta ławka od bardzo dawna nie widziała Filcha i ma doskonały rezonans, a ja dopiero co jadłem śniadanie.
- Nie marudź, Sev. I tak mamy szczęście, że Filiusz zamontował te osłony przeciwdeszczowe. - Coś kapie mi za kołnierz…
- No właśnie, nie narzekać mi tam! – pisnął z ławki wyżej nauczyciel Zaklęć. – To była moja najsilniejsza osłona, nie moja wina, że pada więcej, niż magia jest w stanie odbić!
- A słyszałem, że Hogwart ma najlepszą kadrę nauczycielską. Kolejna pomyłka Dumbledore’a?
- Sev, jeśli zaraz nie schowasz zębów jadowych, to obiecuję ci, że wylądujesz w tamtych moczarach na dole!
- „I opanowały wody ziemię sto i pięćdziesiąt dni.”
- Severusie Snape.
- Tak, Minerwo?
- Zamknij się.
Severus uśmiechnął się z przekąsem, ale zrezygnował na chwilę z drażnienia Opiekunki Gryffindoru. Ta zresztą wpatrywała się z nabożnym zachwytem w trybuny, na których siedzieli jej pupile. Ci w większości wymalowali sobie twarze w barwy wojenne, a na głowach mieli dziwaczną odmianę afro, co upodobniało ich do bandy ucywilizowanych na siłę Indian. Istota, która mogła być jego synem, zamachała przyjaźnie. Snape zacisnął powieki. W końcu, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
- Severusie, czy to nie wstyd tak lekceważyć własnego potomka?
No tak. Rzecz jasna, Minerwę to strasznie bawiło. Musi pamiętać, by następnym razem siąść koło Hagrida.
- Co? Gdzie? – zdziwił się uprzejmie. – Ja tam widzę tylko stado pawianów, w dodatku prezentujących nam swoje odwłoki.
- …jak widać, warunki mamy niezbyt sprzyjające, ale cóż to taki deszczyk, ogień walki nigdy nie umiera! Oto są! Ślizgoni dziś w niepełnym składzie, bez jednego ścigającego: przodem leci wciąż niepokonana szukająca, Irma Watson, tuż za nią…
Ogień walki, jeśli nawet nie zgasł, to z całą pewnością ledwie się żarzył. W momencie, gdy następowało zetknięcie gracza z niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi, jego uśmiech czy też determinacja błyskawicznie zmywały się z twarzy, zostawiając tylko przemoczone otępienie.
Madam Hooch zagwizdała i rozpoczęła się gra, która zapowiadała się na jedną z najżałośniejszych w historii quidditcha.
- …Kafel poleciał w kierunku…! No wygląda na to, że nikt go nie złapał.
- …Obrońca nie ruszył tyłka, więc jest dwadzieścia do pięćdziesięciu dla Gryffindoru!
- …Patrzcie, Ślizgonom nawet nie chce się faulować! A to nowość!
- … Do jasnej, to tłuczek, a nie mandarynka! Merlinie, niech mnie ktoś stąd zabierze…
- Severusie, dlaczego oni wstają z miejsc?
Snape otworzył oczy, które nie wiadomo kiedy same mu się zamknęły i podążył za wzrokiem Minerwy. Rzeczywiście, szóstka Gryfonów, a także szóstka Ślizgonów stała wyprostowana, z różdżkami skierowanymi w niebo.
Snape nagle pojął.
- A niech mnie bazyliszek kopnie, jeśli nie wiem!
- Co? Severusie, wyrażaj się jaśniej!
- Sama zobacz.
Rzeczywiście, w tym momencie czarne chmury w jednym miejscu rozstąpiły się, ukazując zgromadzonym słońce. Lecz to już nie było słońce. Jego promienie falowały niczym miękkie włosy, zmieniały położenie, zmieniały kształt… To była grzywa. I grzbiet. I łapy. I… ogon. To coś nie wyglądało całkiem jak lew, lecz równocześnie stanowiło kwintesencję tego, czym lew jest. Siłą, mądrością, odwagą, żywiołem ognia. Bestia miękko zeskoczyła na ziemię i ryknęła.
To nie był ryk.
To był szept o sile gromu.
Pełne podziwu westchnienie wydarło się z piersi tłumu.
- Cholibka, wiedział żem, że dzieciaki mają pomyślunek – odezwał się bas Hagrida. – Gra żywiołów, ja cię nie mogę!
Nawet gracze zamarli, spoglądając z góry na widowisko. Kafel spadł na murawę.
Tymczasem Ślizgoni odpowiedzieli. Woda w jeziorze zawirowała jak szalona, posyłając rozbryzgi na widownię. Na środku tafli utworzył się spieniony lej, i nagle z wnętrza leju wytrysnął sznur wody, który zaczął się zwijać i syczeć, tworząc gładkie łuski, klinowaty łeb, pierzaste skrzela… Wąż morski, zwany czasem mylnie morskim smokiem, wybił się z dna jeziora, poszybował nad zachwyconymi, piszczącymi z radości uczniami i opadł na murawę vis a vis ognistego lwa.
Zasyczał.
Wyzwanie zostało przyjęte.
- Nie wierzę, że oni mogli posunąć się do tego w walce o głupią flagę! – wykrzyknęła zdenerwowana McGonagall.
- Uspokój się, Minerwo – zbeształ ją łagodnie, ku powszechnemu zdumieniu nauczycieli, Dumbledore. – Wiesz, że to całkowicie legalna odmiana czarodziejskiego pojedynku. Nic nie możemy na to poradzić.
- … wygląda na to, że wreszcie zaczęło się dziać coś ciekawego! Oto mamy pojedynek: Slytherin versus Gryffindor, ogień przeciwko wodzie! Kto zwycięży w tej potyczce, której stawką jest flaga Slytherinu? Kto okaże się silniejszy? Rozpocznijmy grę żywiołów!
Bestie, które do tej chwili jedynie bacznie się obserwowały, teraz rzuciły się sobie do gardeł. Para wodna buchnęła w górę, okrywając widownię mętnym całunem. Lew chybił o milimetr i potężne uderzenie ogona posłało go na murawę. Trysnęły iskry. Rozległ się tryumfalny okrzyk Ślizgonów. Ognista bestia zerwała się jednak z ziemi i skoczyła na węża, przygniatając go swym ciężarem. Wodny smok zdołał uwolnić łeb i strzelił jadem w miejsce, gdzie powinny znajdować się oczy lwa. Zwierz odturlał się, przez moment niewyraźny na brzegach, jak gdyby się topił. Lecz gdy wodny smok zerwał się do ponownego ataku, lew uderzył łapą w ziemię i nagle wytrysnęła przed nim dwumetrowa ściana płynnej lawy.
Smok skoczył.
Lew także.
- Patrzcie! Oto wodna bestia, przecięta na pół, wije się w przedśmiertnych konwulsjach! Chwała domowi Gryffindoru!
Wąż rzeczywiście drgał. I mienił się. Jego tylna część rozlała się w kałużę wody, jednak przednia nie zamierzała się poddać. Powoli zaczęła stawać się coraz cieńsza i coraz dłuższa. Lew przyglądał się temu, zdumiony. Wreszcie, gdy wąż, teraz grubości ołówka, leżał w skłębionym stosie swych splotów, lew eksperymentalnie trącił go łapą.
Severus wiedział, że to błąd.
Nagle okazało się, że lew nie jest w stanie ruszyć łapą. Zaryczał wściekle i zionął ogniem z pyska, zalewając węża masą iskier. Ale gad jakby tego nie zauważył, pracowicie oplątując ognistą bestię swoimi zwojami, kawałek po kawałku. Coraz więcej pary wodnej wzbijało się w powietrze, zasłaniając widok. Węża też było coraz mniej. Lecz nagle na lwie nie zostało żadnego miejsca, które nie byłoby zakryte cielskiem węża.
Ognista bestia, rycząc przeraźliwie, powoli zamieniała się w bezkształtną masę, nikła…
Gdy para trochę się rozproszyła, widzowie zobaczyli tylko podmokłą łąkę i małego węża, teraz może dwumetrowego, który uniósł się na ogonie i pokłonił domowi Slytherina.
I znikł w chmurze wodnistego pyłu.
W tym momencie zabrzmiał gwizdek. Okazało się, że Irma złapała znicz.
- No, to wynik już znamy – powiedział Severus, z jakiegoś powodu bardzo z siebie zadowolony.

**

Severusowi śniło się, że jest trawą. To było dziwne uczucie, rosnąć jednocześnie w tylu różnych miejscach. Trawa myślała, że pasikoniki, mrówki i inne podgryzające ją paskudztwa są okropnie irytujące. Trawa lubiła słońce, ale słońce nagle ją opuściło. Przykrył ją cień i coś przydeptało trawę, okropny wielki bucior przydusił ją do ziemi, pogiął jej kłosy i zabrał tlen.
Bucior odszedł, ale nadal nie było słońca. Był za to mrożący liście chłód.
Wróciło dopiero po bardzo długiej chwili, która dla trawy mogła być wiecznością.
Trawa nie zastanawiała się nad cieniem, ani nad chłodem. Po prostu cieszyła się, że słońce wróciło. I nawet pasikoniki nie irytowały jej już tak bardzo.
Była w końcu tylko trawą.

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 25.09.08, 12:15

Rozdział dziewiąty
Drugi listopada



W magicznym kalendarzu zbliżała się TA data, co naprawdę ciężko było przegapić.
Jak świat czarodziejski długi i szeroki, znaki stawały się bardziej i bardziej przejrzyste. U Madam Malkin przybywało koloru czarnego. W „Esach i Floresach” - książek patriotycznych oraz nekromantycznych. Radio zachłystywało się patetycznymi pieśniami wojennymi w stylu „Znowu rozkwitł księżycowy kwiat”, „Czarodzieju, gdzie twa różdżka” czy też absolutny przebój sprzed piętnastu lat: „Nasz jeniec, śmierciożer”. Z magicznego sklepu Weasleyów zaczęły w rekordowym tempie znikać wybuchowe lizaki „Głowa Voldemorta”. Na ulicach było ciszej i bardziej odludnie, tak jakby wraz ze spadającymi liśćmi wdarła się do rzeczywistości niepokojąca nuta smutnej zadumy.
Nawet Hogwart nie uniknął zmian. Wieczorem trzydziestego pierwszego października w zamku królowała czerń, choć nigdzie nie było widać przygotowań do Halloween. Zero dyń, sztucznych pajęczyn i nadmiaru przyjezdnych duchów. Tylko ponurzy uczniowie w jednolitych, dla odmiany, krawatach, poważny dyrektor odziany w szaty koloru pogrzebowego („Wygląda jak skrzat Malfoyów! Zawsze mówiłem, że aby nosić się na czarno, trzeba mieć odpowiednią prezencję” „Zamknij się, Severusie.”) oraz pan Berry z imponującą kokardą wystającą mu zza prawego ucha, którą na próżno próbował zaczepić pazurem.
Dumbledore wstał i zaklaskał w dłonie. Jak co roku, od piętnastu lat. Odpowiedziała mu pełna rezygnacji cisza.
- Witajcie, drodzy uczniowie. Wszyscy prócz pierwszorocznych, nauczeni doświadczeniem, zapewne wiedzą, co mam wam w tej chwili oznajmić. Niech więc jeszcze przez chwilę nie rzucają we mnie jajkami, bym mógł poinformować ich najmłodszych kolegów. Otóż zbliżamy się do dwóch bardzo ważnych świąt, związanych z wydarzeniami, które wstrząsnęły piętnaście lat temu magicznym światem. Mówię tutaj o drugim listopada, święcie poległych w wojnie z Voldemortem, oraz o czwartym listopada, święcie naszego zwycięstwa nad Voldemortem. Ten czas jest wolny od nauki, dlatego właśnie jutro rano odjeżdża stąd pociąg do Londynu, gdzie będą czekać na was rodzice. Z powrotem wracacie do Hogwartu dopiero w czwartek, więc radzę wam cieszyć się długim weekendem póki możecie, bo od tego podobno są długie weekendy. Och, i oczywiście Halloween zostało odwołane.
Usiadł szybko, nie czekając na głuchy pomruk straszliwego zawodu, który wstrząsnął ścianami Wielkiej Sali. No bo zrozumiałe, że rodzice kiedyś tam mogli przeżywać okropne chwile, wielu ich przyjaciół zginęło, świat czarodziejski stał na krawędzi ruiny i tak dalej. Ale jakim, do diaska, prawem zabrano im Halloween?

**

- Prawo dżungli. W Hogwarcie panuje prawo dżungli, ot co - warknęła Sareczka, siadając po turecku obok klatki z Makiawelem. - Jak można takiego słodkiego kociaczka kazać trzymać w zamknięciu? Barbarzyńcy!
Makiawel parskaniem i drapaniem klatki wyrażał swoją aprobatę. Najeżona, czarna kula wściekłości wyglądała tym groźniej, że przez ostatnie dwa miesiące zdążyła sporo podrosnąć. Przypadkowe włożenie palca między pręty mogło się skończyć gorzej, niż ciągnięcie za ogon śpiącego tygrysa.
- Błagam, nie zmuszaj mnie, żebym zrozumiała szkolny regulamin o dziesiątej rano! - jęknęła Ava. W owej chwili spoczywała na siedzeniach w pozycji półleżącej i masowała obolałe skronie. Była blada jak płótno. - Nie po nocy spędzonej na wywiadzie z Jęczącą Martą!
- Słowo daję, nie wiedziałam, że ona ma tak wysokie górne C! Skombinowałabym ci zatyczki do uszu!
- Dobra, przecież cię nie oskarżam. Szczęście, że to koniec. Porównujemy wyniki?
- Już, notes tylko znajdę... Cii, Makiawel, cii, kotku! Jeszcze parę godzin, potem wyszalejesz się do woli. Mamy mnóstwo zasłon i abażurów do wspinaczki i składników eliksirów do skosztowania, zaś mój ojciec to wspaniały człowiek, który wprost nienawidzi kotów... Musisz go koniecznie wymyziać! O, tu się szrajbownik zagrzebał! Okej, zaczy...
Drzwi przedziału rozsunęły się z suchym trzaskiem, eksponując arystokratycznie zarozumiałą blondynkę. Uśmiechała się tak, jakby miała święte prawo przebywać w tym miejscu, bez względu na brak błogosławieństwa zebranych. Jej oczy rozbłysły, gdy zobaczyła Avę i; dłoń bawiąca się machinalnie kosmykiem długich włosów zamarła.
- Czeeeść, Snape - wymruczała. - Przeglądasz notatki z lekcji? A ostrzegałam, żebyś nie przyjaźniła się z mózgami, bo jeszcze, nie daj Merlinie, zostaniesz naukowcem. Nie chcesz przyjść do nas? Barty skombinował piwo kremowe i ten najnowszy bestseller, “Córkę aurora”. Właśnie doszedł do momentu, w którym ona pada nago na kolana przed swoim tatą, błagając go, by oszczędził życie jej ukochanemu śmierciożercy. Omija cię niezły kwik.
- Dzięki, Malfoy, ale nie teraz. - Sara wydała z siebie rozdzierające westchnienie. - Może za godzinę. Rozumiesz, Binns wściekłby się, gdybym mu zgłosiła brak pracy domowej.
- Rozumiem. - Lidia udała, że robi obrażoną minę. Obrażona mina wytrzymała dwie sekundy w konkurencji z paskudnym uśmieszkiem. - A poza tym, możesz czuć się zaproszona na imprezę w willi Malfoyów. Czwarty listopada, godzina piąta. Przyślij sowę, czy masz transport. Jak nie, to otworzymy dla ciebie kominek.
Sara udała, że długo namyśla się nad propozycją. Wreszcie uniosła brew w wyrazie zdziwienia.
- Głowa rodu akceptuje? Wiesz, nasze rodziny nie były ostatnio w najlepszych stosunkach...
- Głowa rodu może sobie iść polerować różdżkę, jeśli mu się to nie podoba.
Dwie dziewczynki zmierzyły się spojrzeniami, jak na rasowe Ślizgonki przystało i nagle Sara wybuchła śmiechem. Przypominał on brzęk roztrzaskujących się lodowych sopli.
- Co racja, to racja. Będę.

**

- Nie lubię jej, ma złą aurę.
- Co? - Sara otrząsnęła się z zadumy. Twarz Avy była nieruchoma niczym maska śmierciożercy porastająca kurzem na szafie w sypialni rodziców. Para zielonych oczu miała dziwny, przydymiony odcień. - Babo, nie rób takich min, bo wyglądasz jak Lily Potter w trakcie jedzenia owsianki!
- Ty też masz złą aurę - oświadczyła Krukonka.
- Też mnie nie lubisz?
- Co ty! - prychnęła Ava. - Po prostu stwierdzam fakt. Zauważyłam to u części Ślizgonów.
- Jesteśmy źliii i zepsuuuciii- zanuciła Sareczka, podrzucając do góry i łapiąc dopiero co odpakowaną czekoladową żabę. Makiawel miauknął podejrzliwie. - Tak, kotku, ty też jesteś zły i zepsuty. Dlatego musisz siedzieć w klatce. Przestań mi tu wróżyć, Ava, bo ze śmiechu przepukliny dostanę! Zabierajmy się za te duchy.
- Dobra, tylko może tematycznie, bo tak sobie poukładałam. - Krukonka kartkowała błękitny notatnik z zamknięciem w kształcie komety. Wreszcie jej palec zatrzymał się na poszukiwanej linijce. U góry strony, drobnym drukiem stało napisane: “Tajemniczy stwór w Hogwarcie. Wywiad spirytystyczny”. Dziewczynka odchrząknęła i zaczęła uroczystym głosem:
- Pierwsze pytanie: Czy widziałeś/aś ostatnio w Hogwarcie jakieś niepokojące zjawiska, lub miałeś/aś wrażenie, że coś jest nie tak, jak być powinno?
- Krwawy Baron: “Nieustannie.” I dopisek, że nie raczył się sprecyzować.
- To i tak lepiej niż ja. Notatka osobista: Szara Dama rozpłynęła się w łzach i chmurze popiołu.
- Gruby Mnich: “Zabrakło wina w piwniczce! Muszę powiadomić Dumbledore'a. Muszę powiadomić Dumbledore'a”. Lekko błędne spojrzenie z powodu promili w ektoplazmie.
- Prawie-Bezgłowy: “Dziecko, nawet jeślibym zauważył, to przecież od razu powiadomiłbym odpowiednie władze. To nie twój problem. Idź się lepiej pobawić.”
- Bezczelne się robią! Galopujący Rycerz: “Z drogi, miejsce dla królewskiego posłańca!”. Porada na przyszłość: wyegzorcyzmować.
- Sir Cadogan: “Stań i walcz, łachudro! Widziałem, zajęcze serce! Widziałem zastępy wrogów wdzierających się na barykady! I ja tam byłem, miód i wino piłem, szablę wyjmowałem, wojów ze skóry obdzierałem! Ha!” Tutaj spadł z konia.
- Staruszek z Nadwagą, Hemoroidami i Wiecznie Złym Humorem, Nawiedzający Klasę OPCM: “Widziałem? Co widziałem? Drwicie sobie z mojej ślepoty? Śmiejecie się ze starego człowieka? Ja wam pokażę! Furnunculus!” Próba sterroryzowania mnie brakiem różdżki.
- Jęcząca Marta: “Jaaa nieszczęsnaaa! Wczoraj drwili sobie z mojego nosa, źli, niegrzeczni chłopcy! Powiem dyrektorowi, żeby ich ukaaaraaał!” Reszta wypowiedzi przekroczyła próg słyszalności.
- Irytek: “Skuwka-makówka, stara megiera! Widziałem dzisiaj znowu Pottera!... Aaaa, tylko nie odkurzacz do ektoplazmy! Błagam! Naprawdę widziałem, przysięgam! Rozmawiał o czymś z dyrektorem! Bwahahaha! Pudło, blef!” Niestety, udało mu się zwiać.
- Hm, słabo nam to wyszło. A ja nie mogłam dorwać Binnsa... Gdzie on się wciska, jak go nie ma na lekcji? Teraz drugie pytanie: Kim są strażnicy umysłów?
- Krwawy Baron: “Odszczepieńcami. Lepiej nic o nich nie wiedzieć. Masz szczęście, że nic o nich nie wiesz, więc z łaski swojej odczep się wreszcie ode mnie, zanim wypruję ci flaki.”
- Szara Dama: “O mój Boże!” Udawane omdlenie plus rozpłynięcie się w chmurze popiołu.
- Gruby Mnich: “Jedno jest pewne: Faceci nie potrafią pić.”
- Prawie-Bezgłowy: “Dziecko, idź poszukaj sobie w bibliotece.”
- Wytłumaczyłaś mu, że nic nie ma?
- Wytłumaczyłam. Prawie-Bezgłowy: “I tak być powinno.”
- Ech, co za nieużyteczne żelki. Galopujący Rycerz: jak wyżej.
- Sir Cadogan: “A żeby cię purchawki zarosły od stóp aż do pryszczatego nosa, mój dzielny wojowniku! Nie będziesz wymawiał imienia niewymawialnych!”
- Staruszek z Nadwagą, Hemoroidami i Wiecznie Złym Humorem, Nawiedzający Klasę OPCM: “Jak śmiesz mnie lekceważyć! Tak traktuje się tutaj starsze osoby? Pół godziny zwisania z sufitu za mały palec u nogi!”
- Jęcząca Marta: "Hhihihi! To jedyne stwory, które są brzydsze nawet ode mnie! Co, uważasz, że to zabawne? Buuuuuuuuu!...”
- Irytek: “Poooooożaaaar! Poooożaaar w kalesonaaaach Dumbledore'aaaaa!”
- Ojej.
- "Ojej" to za słabe słowo, by określić ogrom rozczarowania, które nas tknęło. Nie żałujmy sobie, lećmy z trzecim i ostatnim pytaniem: Czy istnieje coś zdolnego osłabić lub nawet zabić strażnika umysłu? Krwawy Baron: “Wciąż tu jesteś? Z wyjątkiem długotrwałego cruciatusa, nie słyszałem o magii tak czarnej i podstępnej, by zdołała zabić strażnika. Ale, oczywiście, nie wiem wszystkiego.”
- No, nareszcie jakieś konkrety. Szara Dama: Spazmy, chwytanie się za serce i rozpłynięcie się w chmurze popiołu. To zaczyna być nudne.
- Gruby Mnich: “Pół antałka Ognistej Whisky!”
- Prawie-Bezgłowy: “Nie. N-I-E. Zadowolona?”
- Galopujący Rycerz: bez zmian.
- Sir Cadogan: “Woda ich nie zatopi, płomień nie pochłonie! Jeśli znajdzie się ktoś taki na świecie, niech stanie ze mną w szranki!”
- Staruszek z Nadwagą, Hemoroidami i Wiecznie Złym Humorem, Nawiedzający Klasę OPCM: niewyraźne mamrotanie na temat podwyższonych cen naparu z czyrakobulwy.
- Jęcząca Marta: Ogólna histeria i zatkana ubikacja na pierwszym pietrze.
- Irytek: “Aaaaaaa! Makarena!”
- Bravissimo! - Sareczka z furią cisnęła notatnik w kąt, gdzie rozpłaszczył się na siedzeniu. - Tyle męki na marne! No to teraz zostają nam tylko rozkosze domowej biblioteki. Sergiuszek pomyśli, że nadaję się do Munga, jeśli zobaczy, że przesiaduję podczas świąt w świątyni mądrości.
- Nie zapomnij: masz z nim pogadać. - Ava pogroziła jej żartobliwie palcem. Sareczka wykrzywiła się jak po zjedzeniu cytryny.
- Skąd jesteś taka pewna, że on cokolwiek wie?
- Gryfoni zawsze wiedzą. To przez ich geny.

**

Czas leciał z prędkością znicza, ulatniając się bezpowrotnie w jakiejś ciemnej dziurze rzeczywistości. W świetle jarzeniówki trójka, a właściwie to dwóch i pół Gryfona, wyglądało dziwnie żółto i komiksowo. Za oknem lało. Musujące maczugi, przysmak elfów z niespodzianką, najlepsze gumy Drooblesa i czekoladowe żaby znikały w brzuchach pasażerów.
- Wieża na C4 - zadecydował Sergiuszek.
Mark zbił piona skoczkiem.
- Szach mat, chłopie. Za chwilę wysiadamy.
- No, trzeba spakować klamoty i zrzucić z siebie hogwarckie ciuchy. Prawda, Lily? - Prestine wyszczerzył zęby. Żadnej reakcji. - Ekhm, Lily, gdzie twój kufer?
- Ona nie rozumie delikatnej aluzji - wycedził przez zęby zniesmaczony Snape. - Jej trzeba jak trollowi na miedzy. Potter, chcielibyśmy pobyć przez chwilę sami!
- Udaje, że nie słyszy.
- Może naprawdę nie słyszy.
- A co ona tam robi?
- Medytuje?
- Jak można medytować, jeżdżąc nosem po okiennej szybie w ślad za kroplami deszczu?
- Dlaczego pytasz się mnie? To jest medytacja lunowata. A lunowata znaczy: porąbana, zakręcona, tęczowa, aspołeczna, pozaziemska, czyli nic, co normalny facet, taki jak ty albo ja, mógłby choć w dużym przybliżeniu objąć rozumem.
- Można coś z tym zrobić?
- Nie, bracie, nie można. Trzeba po prostu uwierzyć.
Pociąg zaczął hamować. Światła Londynu, początkowo znaczące kontury miasta na horyzoncie, teraz otoczyły ich feerią barw nocnego życia.
- Londyn! Tata! - Lily zerwała się z miejsca i w podskokach wybiegła z przedziału.
- Poooszła! - zanucił Mark.
- O. Nie ma jej już? - zdziwił się Sergiuszek.
W korytarzu zbierali się uczniowie, ustawiając się w kolejce do wyjścia. Gdy tylko pociąg z piskiem kół wyhamował na stacji King's Cross 9 i 3/4, tłum runął naprzód, w kierunku czekających na peronie rodziców. Dobrą chwilę trwało, nim Sergiuszek zdołał się uwolnić z niezorganizowanej masy łokci i za dużych tyłków, troszkę poobijany, ale na szczęście cały. Dłuższą chwilę trwało też odszukanie państwa Snape'ów, którzy swoim zwyczajem stali z boku, tuż za bardzo hałaśliwą i bardzo rudą grupą Weasleyów. Ojciec spoglądał na rudzielców z potępieniem, choć jego nieprzyjazną minę mogły wywołać także inne czynniki. Widok mamy wzbudził niepokój Sergiuszka. Miała podkrążone oczy, jej usta były zaciśnięte w wąską linijkę, zaś wzrok zdradzał całkowite wyczerpanie zmieszane z ponurą determinacją. Trzymała się sztywno, przyciskając do piersi ciemnozieloną parasolkę. Sergiuszek zauważył także, że rodzice nie stoją obok siebie, lecz w odległości kroku, tak jakby dzieliła ich niematerialna, choć solidna ściana.
“Mam co do tego bardzo złe przeczucia”, pomyślał.
- Sergiusz! Jak ty wydoroślałeś! Mój mały dzielny Gryfon! - Mama rzuciła mu się na szyję w akcie znanym na całym świecie jako Przejaw Macierzyńskiej Dumy i Uznania, z rodzaju tych, od których nastolatkom skręcały się kiszki, a lica spływały rumieńcem. Młody Snape nie był wyjątkiem.
- Mamo, błagam! - jęknął, starając się wyswobodzić z dwóch wielkich macek, szczelnie oplatających jego ciało. Ku jego radości, Hermiona w tej chwili zaprzestała swych ekscesów i spojrzała zaniepokojona na męża. Stało się to za sprawą dziwnego odgłosu, brzmiącego tak, jakby ktoś wziął do ust trollową fasolkę wszystkich smaków i teraz rozpaczliwie próbował ją przełknąć.
Nie musieli długo czekać na ciąg dalszy.
- SARA, CO TO DO CHOLERY MA BYĆ?
- Kotek.
Najmłodsza przedstawicielka płci żeńskiej w rodzinie Snape'ów uśmiechała się od ucha do ucha, przyciskając do piersi klatkę niemal całkowicie wypełnioną nastroszonym uosobieniem Rozdrażnienia. Jeśli grymas tygrysa w chwilę przed pożarciem ofiary można nazwać uśmiechem, to kocurek uśmiechał się także.
Severus Snape się nie uśmiechał. Jego oczy strzelały błyskawicami absolutnej wściekłości.
- Ma pięć miesięcy i nazywa się Makiawel - poinformowała go usłużnie Sareczka. - Będzie spał w moim pokoju.
- Przepraszam bardzo, ale której części ustalonej przeze mnie reguły “Żadnych nierozumnych, czterołapych lub nadmiernie kudłatych bestii w naszym domu” nie zdołałaś pojąć? - wysyczał Severus, zawisając nad Sareczką niczym złowrogi gawron. Dziewczynka pobladła lekko, ale, trzeba jej to przyznać, dzielnie nie ustępowała pola. - Jeśli sobie życzysz, to mogę raz jeszcze ci ją wytłumaczyć. Bardzo. Dobitnie.
- Tato, kiedy go znalazłam, był na wpół zagłodzony...
- To znaczy, na stacji King's Cross?
Sara spojrzała na swego ojca z niewinnym zdziwieniem w migdałowych oczach.
- O ile sobie przypominam... - Snape zmarszczył brwi, jakby usilnie starał się skojarzyć fakty. - To...
- Tak, ten Binns, ohydny chłopak! - weszła mu w słowo córka. - Gdyby nie moja interwencja, kotek skonałby najwyżej trzy dni później! I pomyśleć, że Binns próbował karmić Makiawela marchewką, co za tępak! Naprawdę, to słodkie kociątko tak strasznie miauczało, nie mogłam przecież go tak zostawić...
- Dziwne. - Severus nadal wyglądał, jakby ważył fakty na mentalnej szali. - Binns, którego znam, ma obiekcje nawet przed posiekaniem mandragory. Twierdzi, że to ją boli. Ale, ale. Wyznam ci jeden z moich osobistych sekretów. Ja. Jestem. Znacznie. Gorszy. Niż. Pan. Binns. A ten potwór - Tu Snape dźgnął długim palcem pręt klatki. Palec o włos uniknął opazurzonej łapy Makiawela. - Ten słodki potwór może sobie spać w garażu. W klatce, oczywiście.
- Tam nie ma ogrzewania! - wrzasnęła zbulwersowana Sareczka.
- Mojej Toyocie to nie przeszkadza - odparł Severus.
- Mamo, powiedz mu coś! - jęknęła młoda Snape, widząc, że sama nie wygra tej bitwy. Hermiona westchnęła tak, jakby przysłuchiwanie się słownej utarczce bliskich jej osób do cna wyczerpało jej siły życiowe.
- Kot zostaje - powiedziała suchym, wypranym z wszystkich uczuć głosem. - Udzieliłam swego pozwolenia ponad miesiąc temu. Koniec dyskusji.
- Ach tak? - sarknął Severus, zwracając się tym razem w kierunku swej żony. Założywszy ręce, przybrał teatralną postawę urażonej dumy. - Mam przez to rozumieć, że moje zdanie w moim własnym domu przestało się liczyć?
- Chwila, mężu. Ostatnim razem, kiedy sprawdzałam, to mieszkanie było spadkiem po moich dziadkach, czyli MOJĄ własnością.
- Czyżby?
- Masz wątpliwości? Mój adwokat w każdej chwili może je rozwiać.
Sergiuszek, który z rosnącym niepokojem słuchał dyskusji rodziców, poczuł, że na dźwięk słowa “adwokat” robi mu się ciemno przed oczami. Świat zawirował niebezpiecznie, gdy cała krew w tajemniczy sposób odpłynęła do nóg. W tym samym momencie przyszła wściekłość.
- Natychmiast przestańcie, bo jak nie, to!...
Nie miał pojęcia co. Głos, który wydobył się z niego, nie osiągnął niestety efektu ryku lwa. Przypominał raczej rozpaczliwy skrzek rozjeżdżanej myszy. Na jego policzkach wykwitły przeklęte ceglaste rumieńce wstydu. Kilka osób spojrzało w jego kierunku, między nimi Zig. Sergiuszek zaklął szpetnie pod nosem, spostrzegając, że w pobliżu nie ma żadnej dobrej kryjówki.
Szczęście, że rodzice także wyglądali na mocno zażenowanych. Twarz Severusa Snape'a ozdobiły identyczne rumieńce.
- Sam zobacz, Makiawelku. - Sara zwróciła się do swego kota. - A oni twierdzą, że to MY zachowujemy się jak dzieci.

**

Makiawel huśtał się na kuchennym żyrandolu, pomiaukując z zadowolenia. Severus, który dopiero co wynurzył się z przepastnych i niezbadanych głębin swego prywatnego laboratorium, okupowanego od chwili powrotu z dworca, udawał, że tego nie zauważa. Sareczka metodycznie odkrawała kawałki ze swego kotleta i podrzucała je do góry. Chwytał je czarny puchacz państwa Snape'ów, siedzący po drugiej stronie żyrandola. Severus też tego nie zauważał. Hermiona robiła spektakl ziewania nad filiżanką kawy. Sergiuszek udawał, że czyta artykuł z wrześniowego numeru “Alchemii praktycznej”.
Honorowe miejsce na środku stołu zajmowała siekierka do mięsa.
Severus odchrząknął.
- Skoro już tutaj się zjawiłem - zaczął niezwykle uprzejmym tonem - ponaglany przez moją żonę, która w tym celu wytrwale pukała do drzwi... rozmaitymi częściami ciała... przyznam, że nie byłem w stanie oprzeć się subtelnej aluzji obutej nogi... to chciałbym wiedzieć po co.
- Pomyślałam, że z okazji jutrzejszych uroczystości powinnam poprosić o zawieszenie broni - zadeklarowała się Hermiona. - Kłótnie w dniu jutrzejszym oznaczałyby brak szacunku dla tych, którzy poświęcili swe życie, byśmy mogli bez strachu spoglądać w przyszłość.
- Trudno nie przyznać ci racji - zgodził się Severus. Jego oczy zaświeciły niebezpiecznie, gdy spojrzał na siekierkę.
- To jak? Zakopujemy topór wojenny?
Trzy skinięcia głową. Snape wstał od stołu i z namaszczeniem ujął w dwie dłonie przyrząd kuchenny. Podszedł do stojącego w kącie kuchni niewielkiego kuferka, położył na dnie siekierkę i uroczyście zatrzasnął wieko. Postronnemu obserwatorowi mogłyby łzy stanąć w oczach, gdyby nie drobny fakt paskudnego uśmieszku, który przez cały czas błąkał się na wargach Severusa. Ojciec rodziny wrócił do stołu i popatrzył na wszystkich po kolei. Miał ich niepodzielną uwagę.
- Topór wojenny do jutra do północy pozostaje zakopany - oznajmił z całą powagą Severus. - Jeśli któryś z nas w tym czasie otworzy swą niewyparzoną gębę, by pyskować na członka rodziny, zostanie surowo ukarany. Zgadzacie się na te warunki?
- Howgh! - Sergiuszek wyszczerzył zęby. Lepsze to, niż nic.
- Jak chcecie - burknęła Sara.
- Zgadzam się - odpowiedziała Hermiona.
Severus wyciągnął prawicę i uścisnął dłonie żony oraz dzieci. Ta scenka była naprawdę bardzo wzruszająca. Nawet wtedy, gdy chwilę później kot spadł mu na głowę.

**

Drugi listopada.
Gwałtowny, północny wiatr miotał wielobarwnymi chmurami i rozrywał je na strzępy. Słońce utraciło większość swego ciepła i wisiało na niebie dziwnie złote i metalowe, bardziej przerażające niż zorza polarna. Pogoda zdawała się odbijać nastroje pielgrzymów, pnących się pochyłą ścieżką w kierunku górującej nad wioską Hogsmeade bramy cmentarza, strzelistej, mrocznej i naszpikowanej zaklęciami ochronnymi przed plądrującymi groby ghulami. Pochód zdawał się nie mieć końca. Byli tam wszyscy: dorośli o smutnych oczach, małe dzieci, które tylko powaga starszych powstrzymywała od psikusów, członkowie Zakonu Feniksa, pracownicy Ministerstwa, eks-śmierciożercy, gobliny, skrzaty...
- Nie lubię tłumu - mruknął Severus, gdy nieomal potknął się o skrzata. - Naprawdę, czy ci wszyscy ludzie musieli akurat dzisiaj poczuć przypływ patriotyzmu?
- Taka tradycja - odparła lakonicznie Hermiona, wypatrując znajomych twarzy.
- Chyba chciałaś powiedzieć: okazja do wyczyszczenia grobów ze zwałów rocznego brudu. Nie mówiąc już o niesamowitej okazji do pochwalenia się przed znajomymi imponującymi rozmiarami swoich zniczy.
- No właśnie - zgodził się Sergiuszek.
- Przereklamowane - potwierdziła Sareczka.
Dwójka bliźniaków, w czarnych szatach i identycznych czarnych płaszczach, wlokła się smętnie w ogonku rodzinnego pochodu, przytłoczona paczkami wypełnionymi monstrualnymi flakonami. Flakony były w najmodniejszym tego roku kształcie ziejących ogniem testrali i stłamszonych tulipanów. Hermiona, która nabyła je tydzień temu za bajońską sumę na magicznym jarmarku, szła przodem, zazdrośnie tuląc do piersi pudełko najbardziej wymyślnych egzemplarzy, złożonych zarówno z testrali jak i z tulipanów, które artysta połączył w dość ciekawą, nawet jeśli odrobinę ekscentryczną kompozycję.
Severus kroczył obok, z rękami w kieszeniach.
- Nie marudzić, tylko nieść - zarządził, rzucając ostre spojrzenie swemu potomstwu. - Od czegoś w końcu mam te dzieci.
Sareczka chciała odciąć się czymś równie uszczypliwym, lecz akurat przekroczyli bramę cmentarza i zastopował ją przenikliwy skrzek gargulca. Gargulec był wypolerowany przez deszcz, obrośnięty przez mech, skrzypiał przeraźliwie i najwyraźniej dorabiał sobie do emerytury.
- Pro-oi!-simy zachhhhować ciszę i nie kraść nagro-oi!-bków!
Bliźniaki doskonale wiedziały, co teraz nastąpi. Niekończący się szlak ścieżek, przystanków, zapalania zniczy, łez, cichych modlitw i wymienianych szeptem uwag o tych, którzy żyli zbyt dawno, by obecne pokolenie mogło ich zapamiętać. Skomplikowany rytuał, pozornie bez sensu. Tradycja.
“Molly i Artur Weasleyowie.”
- Biedna Molly... Nawet nie dożyła ślubu Charliego...
- Szczęściara. Zmarła, nim dopadł ją jej bogin.
- Severusie!
- I ty, która namawiałaś mnie, bym dostrzegał pozytywne strony życia...
“Bill Weasley”
- Ryzyko zawodowe.
- Udam, że twój cynizm jest mi obojętny. Dzieci, zapalcie po zniczu. Ten młody człowiek i mój przyjaciel zginął, broniąc także waszych rodziców. To prawdziwy bohater.
“Syriusz Black”
- I po co? Powtarzam: po co? I tak nie ma już miejsca. Widać, że Potter rozłożył się tu z całym swoim kramem.
“Parvati Patil”
- ...
- Nie martwcie się o swojego ojca. To tylko wyrzuty sumienia.
“Lucjusz Malfoy”
- Dzieci, zmówcie paciorek!
- O, nie. Przy tym grobie się NIE zatrzymujemy.
I tak dalej i dalej, w głąb cmentarza. Starzy przyjaciele. Uczniowie Hogwartu. Jeszcze więcej uczniów Hogwartu. Członkowie Zakonu. Aurorzy. Ludzka tragedia zaklęta w kamień. Sergiuszek czuł się jak widz niemego filmu, poczucie nierealności nie odstępowało go o krok. To wszystko było dla niego jak wieczność, niepojęta i trochę straszna. Widział zrozpaczone twarze, ale wiedział, że ich rozpacz nigdy nie będzie jego rozpaczą.
Był tym wszystkim zniechęcony.
Może dlatego postanowił zlekceważyć prośbę matki i śledzić ojca, który, jak co roku, oddalił się od rodziny i zniknął w lesie nagrobków. Okazało się zresztą, że Severus nie odszedł zbyt daleko. Gdy Sergiuszek go spostrzegł, ojciec stał nad jednym z rzęsiście oświetlonych grobów i wpatrywał się w niego z jakimś dziwnym skupieniem, tak, jakby chciał spojrzeć w oczy tym, którzy spoczywali pod warstwą ziemi i kamienia.
- Sergiusz, chodź tutaj.
Głos Snape'a nie zawierał w sobie groźby ani irytacji, więc chłopiec bez wahania dołączył do swego rodziciela w cichej kontemplacji kolejnych zmarnowanych żyć. W tym momencie wiatr przybrał na sile, mierzwiąc ich włosy i wydymając płaszcze. Niektóre ze zniczy wytrysnęły różnokolorowymi snopami iskier, zalewając ich nieziemskim światłem. Usta Severusa zacisnęły się a oczy zwęziły, jak gdyby nie aprobował tych fajerwerków.
- Wiesz, tu dużo jest na cmentarzu mniejszych i większych bohaterów - powiedział nagle, nie odrywając oczu od napisu wyrytego w białym marmurze. - Choć mam wrażenie, że więcej zrobiłem dla tej wojny niż wszyscy oni razem wzięci.
- O - rzekł Sergiuszek, który tego nie wiedział.
- Ale tej dwójce - głos Severusa przeszedł w ledwie dosłyszalny szept - nie dorastam do pięt. Gloria victis.
I wtedy ojciec zrobił coś niespodziewanego. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej mały znicz. Podniósł go do ust i dmuchnął, rozniecając błękitny płomień, a następnie postawił między innymi, znacznie okazalszymi. Sergiuszek poczuł, że mimowolnie wstrzymuje oddech.
- Wracajmy, reszta rodziny czeka.
Skinął głową. Lecz zanim odeszli, jeszcze raz rzucił okiem na inskrypcję, by mieć pewność, że nic nie wymaże mu jej z pamięci.

“Nadzieja to ze złota kwiat:
On nigdy nie przekwita.
Dziś waszych żyć zerwana nić
Na płatku jest wyszyta.
Tak wasza miłość, wasze łzy,
Tęsknoty i pragnienia,
Dadzą nam, starym, życia sens
I przyszłe pokolenia.”

Remus Lupin (1960-1998) i Nimfadora Tonks-Lupin (1974-1998)

Niech spoczywają w pokoju


**

- Dziękujemy za pamięć i pro-oi!-simy o parę knutów na rato-oi!-wanie zabytków magicznych cmentarzy!
- A zdawało mi się, że już rok temu płaciłem za marmurowy nagrobek dla babki Ministra Magii - zadrwił Severus. Przystanął jednak i zanurzył dłoń w obszernej kieszeni płaszcza. - Masz za fatygę.
Srebrzysty sykiel wylądował z brzękiem na dnie puszki.
- Patrzcie państwo! Snape i dobroczynność spotkali się w jednym zdaniu! Który z nich przeżyje?
- O nie - powiedział do siebie Mistrz Eliksirów, sztywniejąc nagle, gdy przyjacielska ręka poklepała go po ramieniu. Za jego plecami rozległy się radosne okrzyki “Harry!” i “Wujek!”. - Witaj, Potter. Prawdę mówiąc, miałem wielką nadzieję, że się NIE spotkamy.
- Hej, Snape! Nie bądź taki drut, bo ci to bokiem wyjdzie! - Harry, ku rozpaczy Severusa, zdawał się być w szampańskim humorze. Zielone oczy błyszczały wesoło zza okularów w czarnych, prostokątnych oprawkach, a usta układały się w nonszalancki uśmiech, który był jedną z dziesięciu rzeczy, których Snape nienawidził.
- Potter, zmiłuj się, to jest dzień żałoby... Ja wiem, że byłeś chowany w schowku na miotły, ale to jeszcze nie powód, byś się tak zachowywał - odciął się Mistrz Eliksirów.
- Oj, Snape, Snape... Język ci tępieje na starość, tygrysie szablozębny. Dobrze więc, będę śmiertelnie poważny. Ale i tak muszę cię na chwilę ukraść twojej rodzinie. Czy rodzina się zgadza?
- Rodzina się cieszy! - wykrzyknęła Sareczka i schowała się za Hermioną.
- Chodź, wyliniały gawronie. - Harry chwycił Severusa za łokieć i pociągnął w dół brukowaną ścieżką, wiodącą do Hogsmeade. - Już od pół godziny was śledzę i czekam, aż wyjdziecie z cmentarza.
- Błagam, Potter, przestań prawić mi czułostki, bo zaczynam się ciebie bać. - Severus wyrwał łokieć z uścisku Harry'ego i odruchowo poprawił zapięcie płaszcza. Czarne oczy przebiegły po przechodniach, ale żaden z nich nie wyglądał jakoś szczególnie niebezpiecznie. - Stop. Teraz możesz mi powiedzieć, cóż tak pilnego masz mi do przekazania.
- Trzy rzeczy. Pierwsza, zapraszam do nas na obiad, czwartego listopada. Obecność obowiązkowa pod karą śmierci z rąk Ginny.
- To tyle? W takim razie ja już sobie pójdę...
- Zaraz, zaraz! - Harry, ku wielkiej irytacji Severusa, wysforował się przed niego i zablokował mu drogę powrotu. - Jeszcze z tobą nie skończyłem. Druga sprawa: czy mówi ci coś nazwisko Ernest Fluke?
- Fluke? Mogło mi się kiedyś obić o uszy... Myślisz, Potter, że pamiętam wszystkich moich dawnych znajomych? Za dużo tego drobiu. A dlaczego pytasz? Trafił do aresztu?
- Wprost przeciwnie. Trafił do Munga z objawami Późnego Szoku Posttraumatycznego, a przynajmniej tak to nazywają uzdrowiciele. Symptomy wskazywałyby na źle rzucone obliviate. Bredzi, nie poznaje bliskich, itepe. Coś ci to przypomina?
- Forsycję Fluxwill?
- Strzał w dziesiątkę! Wyobraź sobie, że oboje identycznie reagują na legilimencję! Czarna dziura i wspomnienia nie do schwytania.
- Czyżby epidemia? Magiczne wirusy mutują się czasami w dziwaczny sposób.
- Nie drwij sobie, Snape! Ja uważam, że to raczej ktoś...
- ... bawi się Czarną Magią - dokończył Severus z tryumfalnym uśmieszkiem. - Genialnie, Potter. Masz dla mnie jeszcze więcej błyskotliwych myśli, czy mogę wrócić do rodziny?
Harry westchnął boleśnie i przeczesał palcami swą obfitą czuprynę. Ku jego rozczarowaniu, różnice wzrostu utrudniały mu zawiedzione spojrzenie.
- Wiesz, Charlie powiedziałby, że ma do czynienia z wyjątkowo upartym norweskim kolczastym, ale mnie trudno znaleźć odpowiednie porównanie. Jeśli już proszę o pomoc inteligentnego faceta w rozwiązywaniu zagadki, to mógłbyś zachowywać się jak człowiek, a nie jak... jak Snape.
- Takie nazwisko stoi w moich dokumentach - zadrwił Severus, starając się zachować kamienną twarz. Jednak nic nie mogło przysłonić błysku zdziwienia w czarnych oczach.
- Zostawmy to. - Harry potrząsnął głową. - Po prostu sądziłem, że odkryłem coś, co cię zaciekawi, ale widocznie się przeliczyłem. Przejdźmy więc do sprawy trzeciej.
- Tylko migiem.
- Jak sobie życzysz.
Coś zabrzęczało metalicznie i w wyciągniętej dłoni Harry'ego, na wysokości oczu Severusa, zachybotały klucze. Było ich trzy: duży i złoty, cieniutki srebrny, przypominający bardziej wykałaczkę niż klucz, oraz zwykły płaski, stalowy, wszystkie spięte srebrnym kółkiem, na którym ktoś wygrawerował litery, teraz już niemal zatarte. Na stalowym kluczu było widać czerwone plamy, przypominające zaschniętą krew. Poprzedni właściciel kluczy musiał kochać dramatyzm.
- W twoje ręce.
Severus ujął pęk kluczy w dwa palce i przez chwilę spoglądał na niego tak, jakby nie za bardzo wiedział, co z tym fantem zrobić. Na jego twarzy malowała się niepewność.
- Nie idziesz, Potter?
- Już dawno ustaliliśmy, że to twoja działka. W końcu to nie ja byłem naocznym świadkiem. I nie umiem opowiadać bajek.
Snape zaśmiał się sucho.
- To akurat potrafię.
- Świetnie. Więc za dwie godziny, dobra? Podeślę ci Lily.

**

- Założę się o sto galeonów, że miejsce, w które jedziemy, nie będzie warte stania w tych wszystkich korkach - zrzędziła Sareczka późnym popołudniem, spoglądając przez okno samochodu na zatłoczoną do granic wytrzymałości ulicę. Dziewczynka była w paskudnym humorze, ponieważ na obiad nie było deseru, a w dodatku nie pozwolono jej wziąć ze sobą Makiawela.
- Nie założę się z tobą, bo nie masz stu galeonów - odparował Sergiuszek. - Jak tak dalej będziesz miauczeć, to ci brodawki wyrosną i zmienisz się w starą jędzę.
- Przystojny się odezwał! - prychnęła Sara. - Prędzej ty się zamienisz, jedną cechę już masz! - Popukała się znacząco w nos i uśmiechnęła okrutnie, widząc rumieńce na twarzy Sergiuszka. - I czerwienisz się jak baba!
- Wcale nie!
- A właśnie, że tak!
- Właśnie straciliście jutrzejszy deser. Jeszcze jedno słowo, a pozbawię was i słodyczy u Potterów - odezwał się z miejsca kierowcy ich mocno zdenerwowany rodziciel. Severus był pewien, że powinni skręcić dwie przecznice temu. Cóż, kiedy dwie przecznice temu wydawało mu się, że do skrętu jeszcze daleko. Po raz kolejny obrócił w myślach mentalną mapę Londynu, która stawała się coraz mniej wyrazista.
- Wujku, a dlaczego jedziemy tam samochodem? - zapytała nagle milcząca dotąd Lily.
- Ponieważ to miejsce dawno temu zostało odłączone od sieci Fiuu.
- Nie możemy świstoklikiem?
- Twój tatuś jakoś zapomniał załatwić sprawę świstoklika w Ministerstwie. A więc nie możemy.
- A nie możesz sam zrobić?
- A posiedzisz za mnie w Azkabanie?
- Zieeew! - Sara osunęła się na fotel w pozycji “zdechł pies”. Sergiuszek, podchodząc do sytuacji z typowym dla siebie stoicyzmem, nadmuchał balona z gumy Drooblesa. Lily robiła to, co zwykle, czyli nic. Przejechali kolejne dwa metry.
- Poproszę o prawo do głosu - powiedział nagle Sergiusz.
- Mów - warknął Severus, przed którego oczami już zaczęły tańczyć czerwone plamki.
- Skręć w lewo, w tę uliczkę.
- Niby dlaczego?
- Bo na następnym skrzyżowaniu jest stłuczka.

**

- Jesteśmy na miejscu. Wysiadać! - zakomenderował Severus.
Zaparkował auto przy paranoicznie wysokim krawężniku, nieomal nie wgniatając sobie przy tym felgi. Uliczka na peryferiach Londynu wyglądała nie tyle na zapuszczoną, co opuszczoną. Wnioskując ze stanu okolicznych domów, najpewniej była to prawda. Po ruderach hulał wiatr, mróz i uporczywa pleśń, zaś wiszących na co poniektórych domostwach tabliczek “Sprzedam tanio. Tel. ...” od dawna nie dało się odczytać. Obecny stan rzeczy mógł się wydawać tajemniczy dla nieobytych z mugolskim światem czarodziejów, nie był jednak takim dla prenumeratorów “Timesa”. Dotyczący tej uliczki oraz przyległego do niej placyku spór między panem Y, który chciał kupić, a panem X, któremu nie opłacało się sprzedać trwał już dobrych parędziesiąt lat i zajmował stałe miejsce na trzydziestej czwartej stronie gazety, tuż pod reklamą hodowli genetycznie zmodyfikowanych kurczaków.
Jedynymi mieszkańcami byli dzicy lokatorzy, zaglądający tu w przerwie między jednym barem a drugim i wszędobylskie koty. Przedstawiciel tego gatunku właśnie przebiegł uliczkę i schował się pod samochodem Snape'ów. Szeroko otwarte oczy świeciły się odbitym blaskiem, gdy patrzył na wysiadających.
- Oj, zły omen - osądziła Lily. Zanim Severus zdążył zareagować, uklękła na asfalcie i pomachała kotu przed pyszczkiem dłonią z wyprostowanymi dwoma środkowymi palcami. Zwierzak zasyczał ze strachu i pierzchnął na chodnik. Po chwili zniknął w cieniu jednej z ruder.
- Teraz nikogo z nas nie spotka nieszczęście - ucieszyła się, dumna ze swego osiągnięcia. Snape zaklął szpetnie pod nosem i dźwignął ją z ziemi.
- A ja skarżyłem się na Pottera - mruknął, jednym ruchem różdżki usuwając z jej szaty wieloletni brud. - Na co się tak gapicie? Za mną marsz!
- Ale syf! - burknęła Sara, wlokąc się za rodzicielem. Rozmyślnie udawała, że nie nadąża i co chwilę zatrzymywała się, by z coraz większym obrzydzeniem popatrzeć na kolejną ruinę domu. - Jak mama zobaczy nas takich ufajdanych, to dopiero się wkurzy!
- Syf to dopiero na was czeka - sarknął Severus, pewnym krokiem przemierzając uliczkę, która wkrótce rozszerzyła się w placyk. Otaczały go takie same rudery, skąpane w morzu namokniętych od jesiennych deszczy chwastów, ogrodzone rozsypującymi się ze starości płotami.
- Nie mów, że chcesz, byśmy weszli do jednej z tych ruder! - wrzasnęła Sara, udając przestrach. A może naprawdę się bała. - Niebo zwali mi się na głowę!
- To nie jest zwykła rudera, lecz magiczna rudera. To znaczy, że magia trzyma ją w kupie - kontynuował Severus. - Co prawda nie wiem, czy można tak do końca polegać na magii Blacków... Ale sądzę, że jedynym, co może ci się zwalić na głowę, jest zmumifikowany łeb skrzata. Black, zdaje się, upchnął je na stryszku.
- Dlaczego tu nikt nie mieszka? To jakaś klątwa? - zapytał Sergiuszek, który nie prenumerował Timesa.
- Klątwa? Możliwe. Klątwa mugolskiej głupoty - odparł Snape. Zatrzymali się na chodniku pomiędzy dwoma ruderami i Severus rozejrzał się bacznie, jakby upewniał się, że to tu. - A teraz, potomstwo plus Lily, radziłbym się wam przygotować psychicznie na dziejowe wydarzenie.
Wyjął z kieszeni pęk kluczy, ofiarowany mu przez Harry'ego i chwycił srebrny klucz pomiędzy palec wskazujący a kciuk. Uczynił gest, jakby wkładał go do dziurki. Obrócił go w powietrzu.
I oto, za sprawą magii, spomiędzy dwóch domów wyskoczył trzeci, nieco tylko mniej zrujnowany od dwóch pozostałych. Prowadziła do niego ścieżka z czarnego kamienia, wciśnięta między dwa rzędy dzikich róż.
- Witajcie na Grimmauld Place 12 - rzekł wśród ogólnej ciszy Severus, wpatrując się z nieodgadnioną miną w dawną siedzibę rodu Blacków.
- Oooo! - zapiali unisono z zachwytu Sergiuszek i Lily.
- No proszę. Wiedziałam, że nie będzie lodów! - naburmuszyła się Sareczka.

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 25.09.08, 12:16

**

Severus przekręcił złoty klucz i jakiś mechanizm wewnątrz masywnych drzwi zgrzytnął metalicznie. Otworzyły się powoli, z wyraźnym trudem, poskrzypując nienaoliwionymi zawiasami. Tuż za nimi rozciągała się ciemność czarna jak wnętrzności Murzyna.
- To nie wykopaliska archeologiczne? - upewniła się Sareczka, wyglądając zza ojca.
- Nie, ale mógł się z tego zrobić zminiaturyzowany ogród zoologiczny. Potter nie sprzątał - wyjaśnił Severus. Trójka młodzieży spojrzała po sobie z przerażeniem. Snape przez moment stał w progu, ale przekonawszy się, że raczej nic z wewnątrz nie wypełznie, zrobił odważny krok naprzód.
- Hm. Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł, ale nie widzę innego wyjścia. Zatkajcie lepiej uszy. Ignito lumeni!
Jak podczas przedstawienia cyrkowego, różdżka Severusa wystrzeliła płomień światła, który rozjarzył po kolei wszystkie świeczniki i kandelabry. Nastała jasność.
- O w mordę jeża!- wyraził swój zachwyt Sergiuszek. Nie było pewne, czy dotyczył on przestronnego korytarza oklejonego zielonymi tapetami i wysłanego zielonym dywanem, któremu kurz nadał romantycznie zamglony odcień, szeregu portretów przodków wyrażających minami swą dezaprobatę dla intruzów, czy może girlandy pajęczyn, udrapowanych kunsztownie u sufitu i zwisających aż do podłogi. Po pajęczynach przechadzały się całe rody tłustych pająków, grzechocząc cicho w skomplikowanej i niepojętej dla ucha ludzkiego rozmowie.
- Łeee - powiedziała Sareczka, z pełną obrzydzenia fascynacją dotykając jednej z pajęczyn. Dłoń przylepiła się do lepkiej substancji i dziewczynka musiała mocno szarpnąć, by się uwolnić. Gwałtowność tego ruchu odrzuciła ją do tyłu i Sara zatoczyła się na drzwi, zatrzaskując je. Skonsternowany pająk wymacał odnóżami przerwaną sieć, w której nie było ofiary. Nie dożył jednak, by opowiedzieć o tym wydarzeniu swym pobratymcom, gdyż Sara w akcie zemsty strąciła go na ziemię i zgniotła butem.
- Niezłe - zadecydował Sergiuszek, odrywając kawałek pajęczyny, zwijając z niej kulkę i wsadzając ją do kieszeni. Zdążył w ostatniej chwili. Severus właśnie oderwał się od kontemplacji pierwszego portretu z prawej oraz pełnych wdzięczności myśli na temat Gluta Weasleyów i zorientował w niewesołej sytuacji.
- Evanesco! - W jednej chwili zaklęcie Snape'a zniweczyło piętnaście lat ewolucji.
- Trzymajcie się blisko mnie - nakazał im Severus. - Dalej może być jeszcze gorzej.
Żadne z nich nie śmiało wątpić w jego słowa. Tajemnicze brzęczenia, skrzeki i piski dobiegające z nieoświetlonych partii domu tylko wzmacniały ich niepokój. Coś, co mogło być szczurem, puffkiem lub czymś znacznie groźniejszym, prysnęło spod nóg zachwyconej Lily i przecisnąwszy się przez wygryzioną dziurę w drzwiach, umknęło do kuchni.
- Co tu będziemy robić? - zapytała młoda panna Potter.
- Węszę lekcję historii. - Sergiuszek mrugnął do niej porozumiewawczo.
Severus doprowadził ich do nadpalonych schodów, które wyglądały, jakby przetrwały ciężki atak artylerii i jeszcze ze dwie miny przeciwpiechotne, ewentualnie były przedmiotem eksperymentów braci Weasleyów. Złote światło świec tylko podkreślało połamaną poręcz i ciemne plamy na ścianach, a także szereg zmatowiałych od kurzu magicznych obrazków przedstawiających radosne krajobrazy, dziwnie rażące w stonowanej scenerii. Snape gestem dłoni zarządził postój. Odchrząknął i wyprostował się, jakby przygotowywał się do wygłoszenia mowy na Forum Romanum.
- Dostąpiłem zaszczytu uświadomienia was o kosztach, jakie poniosły dwa poprzednie pokolenia, byście dzisiaj mogli lizać głowę Voldemorta na patyku. Rozumiem, że druga wojna z Voldemortem interesuje was w równym stopniu, co trzecia wojna goblinów, jednak postaram się mówić odrobinę bardziej interesująco niż profesor Binns. Kto z was wie, gdzie i kiedy była stoczona ostatnia, zwycięska bitwa?
Pierwszy odezwał się Sergiusz.
- Kiedy: czwarty listopada. Gdzie, to trudniejsze. Chyba najistotniejsze były trzy miejsca. Pierwszym jest Departament Tajemnic w Ministerstwie, bo tam wujek Harry zabił Voldemorta. Drugim Hogwart, gdzie śmierciożercy próbowali przejąć kontrolę nad zamkiem i zamordowali wielu uczniów, w tym niemal wszystkich pierwszorocznych. Trzecim... Grimmauld Place 12. Siedziba Zakonu. Zakon Feniksa wyciął w pień śmierciożerów i zapewnił nam tym samym ostateczne zwycięstwo.
- Patrzcie go... Historię Hogwartu czytał, czy jak? - szydziła zazdrosna Sareczka.
- Mniej więcej dobrze - zgodził się Severus. - Choć ostatnia bitwa zaczęła się znacznie wcześniej, niż się niektórym wydaje. Niektórym innym wydaje się zaś, że jesteście dość dojrzali, by usłyszeć i zrozumieć całkowitą, nieokrojoną przez redaktorów Nowej Historii Hogwartu wersję wydarzeń. - Jego mina wyraźnie świadczyła, że on do nich nie należy. - Milczcie więc i słuchajcie.
- Będzie o tacie? - zapytała nagle Lily.
- Nie, Potter. Historia twojego ojca jest jego historią. Niech sam ci ją opowie, jeśli jesteś ciekawa. Byłabyś pierwszą osobą... Ta będzie o zwykłych ludziach, nie Wybrańcach. - Uniósł brew na widok sceptycznego wyrazu twarzy Sareczki. - Jeszcze jakieś pytania?
Dzieci potrząsnęły głowami. Nawet Sara spoglądała na ojca z pełnym rozbawienia, ale jednak, zaciekawieniem. Gdzieś za nimi jeden ze świeczników zamigotał tak, jakby przefrunęło nad nim coś niewidzialnego. Rozległo się zduszone kichnięcie i Sergiusz drgnął. Rozejrzał się czujnie, lecz cisza domu była równie martwa, jak chwilę przedtem.
- Wbrew temu, co moglibyście usłyszeć, o wyniku ostatniej bitwy nie zadecydowały wydarzenia z czwartego listopada, lecz znacznie wcześniejsze. - Severus zamilkł i szklistym wzrokiem wpatrzył się w jeden z wiszących na ścianie krajobrazów, widocznie poszukując w nim natchnienia. A może bał się obudzić drzemiące wspomnienia. Po chwili sapnął cicho, jakby zirytowany samym sobą i kontynuował. - Główna rola należała do pięciu osób. Oczywiście Harry'ego Pottera. Alastora Moody'ego, starego aurora i dobrego przyjaciela dyrektora Dumbledore'a. Remusa Lupina, wilkołaka i Nimfadory Tonks, aurorki, pary świeżo po ślubie. Oraz, niestety, mnie.
- Czemu obawiam się, że nie odegrałeś w tej historii roli bohatera? - zadrwiła Sareczka.
Sergiusz szturchnął ją tak boleśnie, że aż syknęła.
- Nie odegrałem - warknął Severus. - Tak samo, jak nie odegrał jej ani Harry Potter, ani Alastor Moody. A jednak nie na nasze głowy spadło nieszczęście. Los jest nieobliczalnym graczem.
Sergiuszek posłał ojcu tajemniczy uśmiech.
- Zawsze zostaje Nadzieja - zauważył.
- Kobiety są kapryśne - odparł Severus. - A w tym przypadku wyjątkowo. Zaczęło się od błahego, zdawałoby się, wydarzenia w szkolnej karierze Pottera. Oto na jednej z lekcji szóstego roku OPCM pan Ronald Weasley, przyjaciel Pottera, wyraził głośno swoją opinię, że wszyscy Ślizgoni są z natury źli i wiarołomni. Oczywiście, ślizgońska duma nie pozwoliła takiej zniewagi puścić płazem. Wynikłych z tego kłótni i zatarczek nie będę wam przytaczać. Grunt, że po pewnym czasie doszło do nietypowego rozejmu, który zaczął się pogłębiać, gdy uczniowie pozostałych domów pojęli, że nie wszyscy Ślizgoni pragną zwycięstwa Voldemorta. Musicie wiedzieć, że byliśmy wtedy w niewesołym położeniu. Potrzebowaliśmy rozpaczliwie ludzi, gdyż Czarny Pan nie próżnował i werbował niezliczone rzesze popleczników, znanych potem jako „trzecioligowi śmierciożercy”. Chłopcy od brudnej roboty, zwykle widzieli Voldemorta tylko raz w życiu. Pracowali z dala od właściwego kręgu i nikt tak naprawdę nie znał ich personaliów. Wielu z nich do dziś cieszy się wolnością, a niektórzy nawet piastują wysokie stanowiska w Ministerstwie. - Snape wykrzywił się z pogardą. - Naturalna kolej rzeczy. Potter także wiedział o naszym palącym problemie, dlatego zdecydował się włączyć niektórych Ślizgonów do bezpośrednich działań. Był dowódcą Gwardii Dumbledore'a, trzeciej pod względem liczebności organizacji, prócz Aurorów i Zakonu, zdolnej przeciwstawić się Voldemortowi. Składała się z uczniów, chodź trzeba przyznać, że Potter dobrze ich wyszkolił. - W policzku Severusa zadrżał niewidoczny mięsień. - Zwrócił się do mnie z pytaniem, którym z nich można wierzyć wystarczająco, by zrobić z nich członków Gwardii. Obawiam się, że odegrałem wtedy rolę adwokata diabła... Nie wiedziałem wystarczająco o niektórych z nich, opierałem się często głównie na przeczuciach. Skutki miały znacznie później okazać się tragiczne.
Przesunął palcem po zadraśniętym fragmencie poręczy. Nie spoglądał na dzieci, które słuchały w pełnej ciszy i skupieniu. Gdzieś, chyba za drzwiami, pies zaskamlał boleśnie i umilkł.
- Niedługo potem magiczny świat ogarnęło szaleństwo. Voldemort bezlitośnie tropił i mordował tych, którzy nas popierali oraz ich rodziny. Siatka śmierciożerców się rozszerzała. To naturalne, że wielu ludzi wolało służbę Czarnemu Panu i wynikające z tego korzyści, niż śmierć. Ministerstwo było bezradne. Ba, nawet ja byłem bezradny, prawa ręka Voldemorta, jak nazywali mnie zawistni. Podejrzewam, że Czarny Pan już wtedy stracił do mnie zaufanie, choć nie zawadzałem mu na tyle, by mnie zabił. Znalazł na mnie sposób. Zredukował oficjalne zebrania śmierciożerców do minimum i spotykał się z nami pojedynczo. Zakazywał też rozmawiać z innymi o tych spotkaniach. Miałem praktycznie związane ręce.
- Był lipiec i znajdywaliśmy się na krawędzi. Wydawało się, że Voldemort nie planuje żadnej masowej zagłady, lecz raczej systematyczne tępienie. Jego taktyka dawała przerażające efekty. I wtedy Alastor Moody przeważył szalę. Nikt nie spodziewałby się po tym doświadczonym wydze takiej lekkomyślności. Mianowicie poprosił o pomoc znajomego z Ministerstwa. Znajomy, jak się okazało, był pionkiem ówczesnego Ministra Magii, nazwanego potem Królem Ignorantów, Korneliusza Knota. Knot się wściekł, lecz, jak to on, nie we właściwym kierunku. Zamiast pomóc nam, aresztował kilku ważnych członków Zakonu pod zarzutem chęci obalenia rządu.
- Że co? Dlaczego? - zdumiała się Sareczka.
- Bo był idiotą - odpowiedziała z całym przekonaniem Lily.
- A idioci są nieobliczalni - dorzucił Sergiuszek.
- Wtedy zapadła decyzja. Ktoś musiał wykraść Voldemortowi tajemnicę jego nieśmiertelności i zrobić to szybko, zanim Czarny Pan wymorduje całą pozytywną część społeczeństwa.
- To on był nieśmiertelny? Jak więc zginął? - próbował dociec Sergiuszek.
- Nie pytaj mnie o to. Z żyjących tylko Harry Potter i Albus Dumbledore posiedli tą tajemnicę. Widocznie my, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy jej niegodni. - Snape uśmiechnął się kwaśno. - Oczywiście, szpieg musiałby się tak wtopić w zastępy Voldemorta, by nie obudzić w nim podejrzeń, ale także być na tyle blisko, by zdobycie informacji stało się możliwe. Długo nie wiedzieliśmy, kogo wybrać... I tutaj wkraczają na scenę Remus Lupin i Nimfadora Tonks. On, jak wiele innych wilkołaków, otrzymał propozycję wstąpienia do przybocznej gwardii Voldemorta, która miałaby być jednym z głównych filarów armii Czarnego Pana. Jego żona, Tonks, uparła się, że nie zostawi go samego i pójdzie szpiegować razem z nim. Oczywiście, większość wyśmiała ten pomysł. Jakoś nikt nie mógł sobie wyobrazić łatwowiernego i prawdomównego, a nader wszystko łagodnego Lupina i różowowłosej niezdary, Tonks, w rolach bestii-szpiegów. Niektórym było też wyraźnie żal młodej i szczęśliwej pary. Nie zgodziliśmy się. Ale niestety, a może na szczęście, Remus odziedziczył po przodkach wystarczająco bezmyślnej odwagi i uporu, by nie dać się zniechęcić. Pewnego dnia zniknął bez śladu. Jego żona przez niemal miesiąc milczała na ten temat jak zaklęta. Pod koniec sierpnia znikła i ona. Początkowo sądziliśmy, że zmieniła postać i ruszyła szukać męża... Nie powiedziałem wam, że była morfomagiem. W dodatku świetnym.... Lecz kiedy ujrzałem ich we wrześniu, nasze wątpliwości się rozwiały.
Jego głos załamał się i ucichł. Severus głośno przełknął ślinę. Przyglądał się właśnie pejzażowi lasu skąpanego w świetle księżyca. Jego twarz była niczym wykuta z marmuru, tylko szybszy oddech zdradzał wewnętrzne napięcie.
Włochaty cień podpełzł wzdłuż ściany i zatrzymał się na krawędzi mroku. Nikt go nie spostrzegł.
- Voldemort chciał się nam pochwalić swoim nowym oddziałem, zwołał więc zgromadzenie wewnętrznego kręgu. W życiu nie widziałem tylu karnych wilkołaków, oddających pokłon swemu panu. Przeżycie było tym bardziej upiorne, że do pełni pozostały jeszcze przynajmniej trzy dni...
- To jest niemożliwe! - wykrzyknęła Sareczka. - Jak one...
- To jest proste - zaprzeczył sucho Sergiuszek. - Herbatka Werbenowa, Sara. Zwana też Napojem Wilkołaków. Przerażająco skuteczna.
- Prawda - potwierdził Snape. - Jeśli jej składnikiem jest sierść wilkołaka, sprawia, że zwykły człowiek na jedną noc staje się wilkołakiem. W przypadku krwi wilkołaka sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Skutek zależy od intencji pijącego.
- Może być... - Sara zawahała się.
- Permanentny? Jak najbardziej. To jeden z powodów, dla którego od przeszło trzystu lat Herbatka Werbenowa znajduje się na liście Eliksirów Zakazanych. Nie żeby przeszkadzało to w czymś Voldemortowi. W końcu najtrudniejszy do zdobycia składnik miał pod ręką. Tej nocy ujrzeliśmy kilkadziesiąt bestii, większość z nich nie do końca zmienionych. Gdyż Herbatka Werbenowa ma specyficzne działanie na ludzi, którzy już są wilkołakami. W miarę zażywania stopniowo wyzwala wilczą naturę wilkołaka i sprawia, że potrafi on przyjmować wilczą postać, kiedy tylko zapragnie. Jednak efekt zależy ściśle od naturalnej odporności i skłonności wilkołaka. A zaręczam was, że na wpół zmieniony wilkołak jest widokiem znacznie gorszym niż sam wilkołak...
- Mimo włochatych ciał, przekrwionych ślepi i psich pysków rozpoznałem bez trudu Remusa i Tonks... Na Merlina, cóż za niezapomniany widok! W dodatku Czarny Pan nie oszczędził swym śmierciożercom bezpłatnego popisu cyrkowego, szczując swoje stadko na grupkę bezbronnych Mugoli... Dzięki Voldemortowi dostałem w prezencie jeszcze jeden koszmar senny do prywatnej kolekcji, o różowowłosej aurorce wbijającej kły w brzuch mugolskiej kobiety... - Severus wzdrygnął się mimowolnie.
- Na wyjaśnienia nie czekałem długo. Parę dni później niespodziewanie zjawił się u mnie Remus. Miał krew za paznokciami, błędne spojrzenie, wilcze uszy i nienaturalnie długie kły. Jeden z wielu przykrych efektów ubocznych regularnego zażywania Herbatki Werbenowej. Zapytałem, czego, do cholery, u mnie szuka. Odparł, że za nic na świecie nie pokaże się w takim stanie nikomu, na kim mu zależy, a ktoś musi przekazać wieści, co się z nim oraz z Tonks dzieje. Dodał, że właśnie spożył pożywny posiłek z ludzkiego mięsa i czy nie mam może czegoś mocnego do popicia. Chwilę potem wziął szturmem moją łazienkę i nie opuszczał jej przez następne pół godziny. Wyszedł stamtąd zdecydowanie mniej zielony, za to o wiele bardziej blady. Kolejne pół godziny spędził na osuszaniu moich zapasów ognistej whisky, skarżąc się przez cały czas, że wciąż czuje na języku smak tych werbenowych pomyj. Dopiero, gdy był wystarczająco pijany, by roznieść w puch całe moje mieszkanie, zaczął opowiadać.
- Dzięki temu poznałem wszystkie drastyczne szczegóły bycia wilkołakiem na służbie Voldemorta. Okazało się, że Remus był zdecydowany pomóc mimo braku naszej zgody. Wiedział, jak rozpaczliwa jest nasza sytuacja i postanowił się, oczywiście, poświęcić. Przeklęty Gryfon. Opuścił więc potajemnie swoich towarzyszy i swoją żonę, zaciągnął się do gwardii Czarnego Pana i pilnie nadstawiał uszu. By zdobyć jego przychylność, starał się być grzecznym wilkołakiem. Voldemort wymagał usług o każdej porze dnia i nocy, nie tylko w czasie pełni, więc rekrutów niemal od razu zaczęto poić wywarem z werbeny. Remus zażywał go posłusznie, i co za tym idzie, odczłowieczał się coraz bardziej. Wilkołaki były dobrze pilnowane, więc nie miał jak się wcześniej wymknąć, by przekazać, że wciąż żyje. Choć "życie" było tu dużym eufemizmem. Dzień w dzień uczono ich posłuszeństwa i karmiono tylko ludzkim mięsem, w dodatku takim, które sobie sami upolowali. Remus wyznał mi, że choć początkowo czuł na myśl o jedzeniu innego człowieka jedynie obrzydzenie, teraz zaczęła przeważać wilcza przyjemność zabijania. Bał się tej zmiany i nie pojmował skąd się u niego wzięła, a ja nie miałem serca mu powiedzieć, że jednym z najgorszych skutków zażywania Werbenowej Herbatki jest powolna destrukcja ludzkiej części psychiki wilkołaka... Później, ku jego przerażeniu, pojawiła się Tonks. Okazało się, że dziewczyna odnalazła sposób na towarzyszenie swemu mężowi. Sposób równie prosty, co głupi - dała się ugryźć znajomemu wilkołakowi. Reszta formalności związanych ze wstąpieniem do gwardii nie stanowiła dla niej żadnego problemu - była w końcu morfomagiem. Oczywiście wynikła z tego małżeńska kłótnia. On ją oskarżał, że niepotrzebnie zmarnowała sobie życie, ona mu odpowiedziała, że jest dorosłą osobą i może robić ze swoim życiem, co żywnie jej się podoba. Dodała, że dwóch szpiegów to zawsze lepiej niż jeden, zaś ona ze swymi zdolnościami i wiedzą ma znacznie większe szanse powodzenia. Oraz, że życie wilkołaka wcale nie jest takie złe. Remus stracił wtedy nad sobą panowanie. Dotkliwie ją pogryzł. Powiedział jej, że może to ją nauczy, czym jest życie wilkołaka. Co dziwne, wcale jej to nie zniechęciło. Remus wyznał mi, że nie sądził, iż taka uparta z niej baba.
- Tu Lupin nagle przerwał opowiadanie i wybuchnął płaczem, przeplatanym dziwacznymi skowytami i okazjonalnym wyciem. W przerwach zdołał wydusić, że do cholery z tym, już nawet płakać nie umie jak człowiek. Byłem bliski zaaplikowania mu eliksiru uspokajającego, kiedy nagle umilkł i zasnął kamiennym snem. Zostawiłem go w moim fotelu i gdy wstałem rano z łóżka, jedynym śladem który pozostał po jego obecności był unoszący się w pokoju zapach sfermentowanego alkoholu i mokrej sierści...
- Następnym razem usłyszałem o nim z ust Dumbledore'a, gdy ten miesiąc później oznajmił Zakonowi, że poświęcenie Remusa i Tonks dało efekt. Razem udało im się wydrzeć pilnie strzeżony sekret Voldemorta. Dyrektor wraz z Potterem i dwoma aurorami ułożyli misterny plan zwabienia Czarnego Pana do Departamentu Tajemnic. Miało to ponoć jakiś związek z tajemniczymi siłami Pottera. Godzina zero wypadła późnym popołudniem, dnia czwartego listopada...
- To wy to zaplanowaliście? - Sergiuszek nie mógł powstrzymać zdumionego okrzyku. - W Nowej Historii Hogwartu jest napisane, że Voldemort zaatakował pierwszy, z zaskoczenia!
- Gdyż rzeczywiście zaatakował - potwierdził Severus. - Choć gdybyśmy nie mieli planu, wynik tej wojny mógłby być zupełnie inny. Prawda jest taka, że mimo że wszystko było zapięte na ostatni guzik, nie przewidzieliśmy, że Czarny Pan również miał swój plan awaryjny, na wypadek naszego ataku. I gdy Voldemort ruszył do Ministerstwa, by stoczyć ostateczny pojedynek ze swym największym wrogiem, Harrym Potterem, większość jego armii nie poszła za nim, tak jak oczekiwaliśmy, lecz zaatakowała cel, o którym myśleliśmy, że jest całkowicie bezpieczny. Hogwart.
- Po co? - Sergiusz uniósł sceptyczną brew. - Przecież tam byli tylko uczniowie i kilku nauczycieli!
- Podejrzewam, że dla wzbudzenia strachu. Grunt, że około pięćdziesięcioosobowa grupa Śmierciożerców dostała się do Hogwartu. A udało im się to, ponieważ zdradziły nas dzieci. Uczniowie Slytherinu.
- Dlaczego zawsze my? - zdenerwowała się Sareczka - Dlaczego nie Gryfoni?
- Z powodu wpływów, jakie mieli na nich ich rodzice, poplecznicy Voldemorta. Dzieciaki zwykle lubią za kimś bezmyślnie podążać. Myślę, że nie zrobiły to z umyślnego okrucieństwa, lecz raczej z głupoty.
- Ale CO właściwie zrobiły? Historia Hogwartu o tym milczy.
- Słuszna uwaga. - Severus uśmiechnął się okropnie. - Gdyż wiadomość o tym, jakim sposobem udało im się ominąć magiczne bariery Hogwartu, oczerniłaby bohatera wszechczasów, Harry'ego Pottera, który wykazał się wtedy nieprzeciętnym brakiem logiki.
- Tata mówił, że nie wybaczy sobie tego do końca życia - powiedziała nagle poważnym głosikiem Lily. - Rozdał wszystkim członkom Gwardii Dumbledore'a magiczny klucz do zamku. A wejście było... w pobliżu miejsca, gdzie ukryto pierwszaki.
- Zamordowano siedemdziesiąt procent pierwszorocznych - dopowiedział cicho Severus. - Bezlitosna ta statystyka.
- Aj. To musiało boleć - zgodziła się Sara.
- I to jak - odparł z przekąsem Snape. - W dodatku byłem temu jak najbardziej współwinny. Nie przewidziałem, że Ślizgoni, których mieliśmy w naszych szeregach, mogą się zwrócić przeciwko nam. Nie byłem czujny. Nie podsłuchałem rozmów ich rodziców. I nie ostrzegłem Pottera.
- Wszyscy zdradzili?
- Trójka. Wystarczająco dużo. I co z tego, że odkryto i ukarano winnych, kiedy zło już się stało. Pierwsza na miejsce zdarzenia przybyła Gwardia Dumbledore'a, pod przywództwem Neville'a Longbottoma i Hermiony Granger. Trzeba przyznać, że uczniowie okazali się zdumiewająco skuteczni. Powstrzymali śmierciożerców na tyle, byśmy z kolei my mogli zastosować plan awaryjny. Przesłaliśmy przez szpiega do dowódcy śmierciożerców fałszywą wiadomość, że Voldemort życzy sobie, by odstąpili od szturmu zamku i natarli na główną siedzibę Zakonu Feniksa. Grimmauld Place 12.
- A Fidelius?
- Dzień wcześniej został zdezaktywowany przez Dumbledore'a. Tak więc śmierciożercy, którzy nie zostali schwytani lub zabici w Hogwarcie, wraz z częścią wilkołaków przypuścili atak na to miejsce. Czekała na nich tutaj niemiła niespodzianka - armia pięciokrotnie liczniejsza, niż się spodziewali. Gdy zatrzasnęły się za nimi drzwi, schwytaliśmy ich w pułapkę bez wyjścia.
Severus złożył dłonie w koszyk, by zobrazować pojęcie pułapki. Jakby na potwierdzenie jego słów, coś zachichotało.
- Ilu was było? - zapytał Sergiuszek.
- Czterdziestu sześciu członków Zakonu plus dwudziestu dwóch Aurorów versus trzydziestu ośmiu ocalałych Śmierciożerców i osiemnaście wilkołaków. Siły były wyrównane. Ale my mieliśmy przewagę taktyczną. Staliśmy na górze schodów.
Wszyscy jak na komendę zwrócili się w stronę zmasakrowanego wejścia na pierwsze piętro.
- Oho. To wszystko wasza działalność? - Sareczka wyglądała na pełną podziwu.
- To i znacznie więcej. W końcu uprzątnięto wszystkie ciała oraz większość krwi. Na dywanie, na którym stoicie, położyliśmy trupem niemal połowę śmierciożerców i kilka wilkołaków, zanim zdołali wedrzeć się na górę. Ta przerwana poręcz u szczytu jest miejscem, gdzie Molly Weasley, matka Ginny, spadła w dół, trafiona pewnym paskudnym zaklęciem. Nie bardzo wiadomo, czy zmarła od zaklęcia, czy od uderzenia głową o ziemię, choć uzdrowiciele podejrzewali to ostatnie. W życiu nie widziałem tak wściekłych Weasleyów... - Severus pokręcił głową. Nagle jego palec wskazał nadpalony schodek. - Tak zginął Alastor Moody. Potknął się, sturlał ze schodów i został rozszarpany przez wilkołaki. Ten, kto znalazł się na dole nie miał szans przeżycia. Na tym etapie bitwa przypominała szturm na twierdzę pod artyleryjskim ostrzałem. Paru z nas straciło życie, lecz później było znacznie więcej ofiar. Chodźcie teraz za mną.
Poprowadził swą zdumioną i zachwyconą trzódkę na górę, gdzie śladów walki było znacznie więcej. Poroztrzaskiwane ściany, spalone resztki gobelinów, zniszczone obrazy, czarne plamy zaschniętej krwi, porysowana podłoga. Jedno wielkie pobojowisko.
- Można by zrobić z tego muzeum - spostrzegła przytomnie Sara.
- To zależy tylko i wyłącznie od Pottera. Dom jest jego własnością. - odparł Severus. - Widzicie tutaj kolejne ślady bitwy. Broniliśmy zażarcie każdego kawałka podłogi. Na tym etapie zaczęliśmy rozpraszać się na mniejsze grupki i walka przeniosła się do pokojów. Ja wylądowałem w salonie, razem z dziesięciorgiem aurorów, pięcioma śmierciożercami i ośmioma wilkołakami. Po waszej prawej jest pokój, gdzie Bill Weasley uratował swojego rannego brata, zabijając w pojedynkę trzech śmierciożerców i wilkołaka. Dosięgła go w końcu Avada. Nieco dalej, w łazience, straciło życie trzech naszych, w tym Kingsley, jeden z najlepszych Aurorów Ministerstwa. Poślizgnął się na posadzce.
- Brawo - prychnęła Sara. - Mordercze płytki. Nie ma co.
- A oto salon. - Przestronny pokój nie wyglądał na szczególnie zniszczony. Zezowaty lew uśmiechał się do nich bezczelnie. Chłodne światło deszczowego dnia sprawiało, że pomieszczenie zdawało się być dziwnie zimne i bezosobowe. Nadpalone ściany i wielka, nieregularna plama zaschniętej krwi na samym środku dywanu miały pozory niesmacznego żartu. - W tym najbardziej zniszczonym rogu pokoju wilkołaki przyparły nas do ściany. Byłbym dzisiaj strzępami ciała złożonymi pieczołowicie w trumnie, gdyby nie pomoc Remusa, który w krytycznym momencie rzucił się na swych współbraci i zagryzł trzech z nich, nim zdołali go powstrzymać...
- Ojej! I co potem? - sapnęła Lily.
- Potem? - Severus uśmiechnął się tak gorzko, jak tylko potrafi uśmiechnąć się Snape. - "Potem" było bardzo krótkie dla biednego Remusa. Jego bracia krwi zamordowali go w najbardziej bestialski sposób, w jaki można pozbawić życia wilkołaka.
- Na Merlina! Wyrwali mu serce? - wykrzyknęła Sara, zasłaniając sobie usta dłońmi. Jej oczy były okrągłe, jak dwa talerze.
- Tak - powiedział lekko pobladły Severus. - Zaś my, zbyt zajęci ratowaniem własnego życia, tylko mogliśmy się temu przyglądać. Nie było to ładne. Uwierzcie mi na słowo, że ten, kto usłyszał skowyt konającego wilkołaka, nie zapomni go do końca życia.
- I to jest ta plama krwi? - Sergiuszek wskazał na dywan. Gdy Severus skinął głową, pochylił się i obejrzał ją dokładnie. - Teraz rozumiem, czemu wujek opuścił to miejsce. Nie chciałbym tu mieszkać - zadecydował.
- A jego żona? - dociekała Sareczka. - Też ją zabili?
- Tonks? Nie, przeżyła. Zginęła dopiero parę dni później, tropiąc najgroźniejszego z ocalałych wilkołaków. Niedługo po śmierci Remusa z Ministerstwa przybyły posiłki, w tym ledwie trzymający się na nogach Harry Potter, który nie chciał nikomu powiedzieć, co się z nim działo. Powtarzał tylko wciąż, że Voldemort nie żyje i błagał, by pozwolili mu się wyspać. Jego szczęście, że w tym czasie wynik bitwy był już przesądzony. Zwyciężyliśmy, tracąc niemal połowę ludzi. Taki był finał drugiej wojny z Voldemortem.
- Możemy już stąd iść? - poprosiła Lily. Nikt jakoś nie zgłosił sprzeciwu.

**

- I jak wycieczka? - spytała ich od progu mama.
- Oświeciła mnie - przyznał Sergiuszek.
- Nie zakończyła się fiaskiem - stwierdził Severus. - Niczego innego nie oczekiwałem.
- Brak mi słów - burknęła Sara i, by to potwierdzić, w milczeniu ominęła Hermionę, przeszła przez jadalnię, korytarz i zaszyła się w swoim pokoju.
- Dzieci - westchnęła kobieta, zawierając w tym słowie nieokreśloną liczbę bardzo zagmatwanych uczuć. - Myjcie ręce i siadajcie do stołu. Za chwilę kolacja.

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 25.09.08, 12:19

Rozdział dziesiąty

Ginny ma zawsze rację
(zaś jeśli Ginny nie ma racji - patrz powyżej)

Była jakaś nieprzyzwoicie wczesna godzina, może trzecia trzydzieści, może czwarta nad ranem. Nadmiernie rozrywkowy sąsiad z góry zdążył już wyrzucić przez okno ostatnią puszkę piwa i ostatniego pilota, po czym zapadł w słodką niepamięć, z głową na tłustym udzie swej małżonki. Rodzinny puchacz Snape'ów pohukiwał smacznie na żyrandolu, poza zasięgiem łap Makiawela. Wszyscy dookoła śnili swoje drugie życia i tylko biedny Severus leżał z otwartymi oczami, wypatrując na suficie przemykających cieni.
Kropelki potu zraszały jego sinawe w świetle księżyca czoło. Czuł się potwornie zgrzany pod jedną warstwą kołdry i jedną warstwą swojej żony. Ta, mimo że zasnęła plecami do niego na drugim końcu łóżka, stopniowo przemieszczała się ku środkowi, aż w końcu udrapowała się na nim i obecnie dmuchała mu prosto w szyję gorącym powietrzem.
Już od ponad pół godziny zbierał siły, by wstać i udać się do kuchni po szklankę wody z lodem i może, dla ochłody, przejść się po zmytym deszczem balkonie. Teraz postanowił działać. Wcisnął się w materac i zaczął się ostrożnie wysuwać spod Hermiony.
- Nie puszczę!... - wymamrotała przez sen, zaciskając dłonie na fałdach jego pidżamy. Snape z przerażeniem poczuł, że jedna z jej rąk wymacała guzik, poradziła sobie z nim bez trudu i wpełzła pod materiał. Severus zamarł.
Seks w rozpalonym do czerwoności pomieszczeniu nie był dokładnie tym, na co miał ochotę. Wydał z siebie poirytowane westchnienie i gwałtownie przekręcił się na bok.
- Umf... Nie...
- Hermiona!
Zbudzona ostrzegawczym sykiem, jego małżonka zamrugała sennie.
- Sev? Co się dzie...
- Muszę wyjść. - Głos Severusa z pragnienia i nie wyspania był chropowaty jak tarka. Hermiona, którą w tym momencie owionął słony zapach potu, błyskawicznie dodała dwa do dwóch. Szczupła dłoń automatycznie powędrowała do czoła męża. Było lodowate. Teraz już mocno zaniepokojona, kobieta uniosła się na łokciach i pochyliwszy się nad Snape'em, zajrzała mu w oczy.
- Masz dreszcze? Boli cię coś?
- Nie jestem chory! - zdenerwował się Severus. By to udowodnić, wyskoczył z łóżka i stanął pewnie na podłodze. Jego żona spoglądała na niego z powątpiewaniem, lecz nie skomentowała. - Idę się czegoś napić - burknął, po czym ostentacyjnie wymaszerował z pokoju. Hermiona tylko pokręciła głową i z powrotem położyła się spać. Na swojej połowie łóżka.

**

Drzwi do biblioteki uchyliły się z niemal niezauważalnym skrzypnięciem. Przez powstałą szparę powoli, ostrożnie wsunął się nos. Niuchnął podejrzliwie powietrze.
Skrzydełka nosa drgnęły z irytacją. Stopiony wosk. Aromat dużo silniejszy niż na korytarzu i równie oskarżający. Kto w zasilanym elektrycznością mugolskim mieszkaniu używałby świecy? Jedynie ktoś bawiący się magią, a równocześnie nie dbający zbytnio o to, czy jego nielegalna działalność zostanie odkryta.
Ten ktoś pożałuje swej lekkomyślności.
Nos zmarszczył się, najwyraźniej podejmując decyzję. Jego właściciel zdecydowanym pchnięciem otworzył drzwi.
Klong!
Właściciel nosa zaklął pod nosem. Oczywiście zapomniał, że w takich wypadkach drzwi zawsze są czymś zastawione. Czymś, czyli zazwyczaj krzesłem, komodą, pianinem, klatką z kanarkiem lub wazą. Ta, która wydała z siebie owo malownicze “Klong!”, była zapewne antykiem państwa Granger. Miał nadzieję, że cudeńko nie doznało żadnego uszczerbku - ostatnim razem kiedy trącił ją butem dopasowywanie do siebie rozmaitych końcówek porcelanowych ludzików wypełniło mu cały weekend.
Na szczęście, waza wylądowała na Cholernie Drogim Perskim Dywanie Państwa Granger i wyglądała na całą. Mężczyzna pewnie poczynił dwa kroki do przodu i niemal nadział się na siedmioramienny świecznik. Zirytowało go to mocno.
- Lumos! - mruknął. Pewien mały pstryczek-elektryczek spoglądał na niego żałośnie ze ściany, kwiląc “Użyj mnie!”. Jak każdy pełnokrwisty czarodziej, mężczyzna wyniośle go zignorował.
Widoki, które się przed nim roztoczyły, zastanowiły go lekko. Świecznik nie był zjawiskiem pojedynczym, pozostałe trzy tworzyły zgrabne kółko na środku biblioteki. Cholernie Drogi Perski Dywan Państwa Granger został przez kogoś mocno posolony. Dookoła leżały rozsypane rozmaite przedmioty użytku domowego, takie jak: pęczek czarnych świec, garnek wypełniony słabo cuchnącą mieszaniną, morderczy nóż kuchenny, duża ilość siana, woreczki z przyprawami, rozbita niezapominajka bliźniaków i na wpół rozmrożone udko kurczaka. Sprawczyni bajzlu spała słodko z głową na okładce książki z popularnej serii dla kur domowych: “Hobby na weekend. Spirytystyka.”
Ha ha. On też lubił kawały.
- Wstawaj, leniu. To ja, duch twojego znienawidzonego nauczyciela Eliksirów. Przybyłem po twą małą, brudną duszę - odezwał się mężczyzna swoim najmroczniejszym basem, pochylając się nad dziewczynką w pozycji podpatrzonej u Krwawego Barona.
Reakcja była natychmiastowa.
- Aiii! - ni to kwik, ni to krzyk. Mała piąstka pofrunęła w górę, na torze kolizyjnym z imponującym nosem mężczyzny. Schwycił ją bez trudu, zanim przysporzyła mu więcej nieszczęść. Szeroko otwarte oczy Sary świeciły jaśniej niż czubek jego różdżki. Szybko zidentyfikowała intruza i wypuściła ze świstem powietrze.
- Ojciec - burknęła niegrzecznie. - No jasne. Odrabiałam właśnie pracę domową. Przeszkadza ci to?
- Ależ skąd. Twoja praca domowa - nigdy. Lecz - tu Severus znacząco zawiesił głos - przeszkadza mi to, że nie znajdujesz się w tej chwili tam, gdzie powinnaś się znajdować. Przeszkadza mi wosk i sól na Cholernie Drogim Perskim Dywanie twoich dziadków. Przeszkadzają mi również nieautoryzowane eksperymenty magiczne pod moim dachem. To już dosyć długa lista.
- Suuper. - Przewróciła oczami. Mimo jej nonszalanckiej postawy Severusowi zdawało się, że cały czas niespokojnie czeka, aż z któregoś z kątów wypełznie coś naprawdę niesympatycznego i zacznie obgryzać jej kostki. Raz po raz omiatała spojrzeniem wszystkie ciemniejsze miejsca biblioteki. - A skoro i tak chcesz znać odpowiedź na to pytanie którego jeszcze nie zadałeś, to praca domowa jest z Historii Magii. Mitologia początków czarodziejskiej Europy - wyrecytowała bez zająknienia. - Próbowałam wcielić się w rolę szamana, żeby lepiej to wszystko zrozumieć. Beznadziejna sprawa. Nie mogłam się skupić, bo wujek Harry cały czas gapił się na mnie ze wszystkich ścian... Kurczę, chyba pójdę spać.
Ziewnęła przeciągle.
- Nie tak szybko moja rybko. - Severus wcale nie zamierzał puszczać jej nadgarstka. - A teraz proszę o prawdę. Proszę bardzo grzecznie. Nadal.
- Ojej, ale jesteś trujo... Uh! No dobra, inicjatywa była moja. To znaczy, moja i Avy. Usłyszałyśmy o starożytnym przywoływaniu duchów i postanowiłyśmy sprawdzić, czy to wszystko bujdy, czy może nie. Okazało się, że bujdy. Zadowolony?
Unikała jego wzroku. Snape poczuł równocześnie irytację i niewytłumaczalny niepokój. Z tym, że irytacja była silniejsza.
- Wiesz, córko, nawet mnie nie rozśmieszaj. Mnie, który pił najwyborniejsze trunki kłamstw, próbujesz wcisnąć taki cienkusz? Może nie jesteś jeszcze tego świadoma, ale jestem nadwrażliwy na pewne typy magii. Co znaczy, że czuję się paskudnie, jeśli jakieś pozaświatowe świństwo węszy pod moim dachem. Co znaczy, że przez twoje idiotyczne eksperymenty nie byłem dziś w stanie zasnąć i wypocząć. Jestem więc zmęczony i wściekły. A to wróży nieszczęście dla wszystkich nocnych marków.
Sara burknęła coś, co zabrzmiało trochę jak “zgred”.
- Ja nie jestem zgredem, a ty nie powinnaś używać mięsa do wywoływania duchów - zauważył łagodnie Severus.
- Zależy jakich, panie uczony - warknęła dziewczynka i w chwilę potem skrzywiła się okropnie, tak, jakby właśnie ugryzła się w język.
- Hmm... Chodzi ci więc zapewne o demony. Wiesz, posiadam lepsze pozycje na temat niż te “Sto jeden potraw z kurczaka”, z których właśnie korzystasz.
- “Hobby na weekend” - poprawiła odruchowo. Jej czoło zmarszczyło się w głębokim zastanowieniu. Przez chwilę analizowała jeden z jego guzików od piżamy, ssąc dolną wargę, zupełnie jak Hermiona w chwilach duchowej rozterki.
Niespodziewanie w jej oczach zaszkliły się łzy.
- Sara?
Gwałtownym szarpnięciem uwolniła nadgarstek. Wreszcie spojrzała na niego. Na jej twarzy widniała jedynie wściekłość.
Dwoma susami dopadła drzwi. Z korytarza dobiegł Severusa jej łamiący się od płaczu krzyk.
- Mam dość! Mam dość! Mam dość!
Odruchowo pognał za nią. Jednak nie zdziwił się, gdy zastał jej pokój zamknięty. Dla przyzwoitości szarpnął za klamkę. Bez skutku.
Z sypialni obok wychylił się jego rozczochrany pierworodny.
- Dalibyście NORMALNYM ludziom pospać - poskarżył się, po czym znacząco trzasnął drzwiami.
Niech żyje nastoletnia histeria, pomyślał z niesmakiem Severus, który nagle poczuł się bardzo zmęczony. On w jej wieku był grzecznym dzieckiem.
Zszedł do kuchni, gdzie czekała na niego butelka przyjemnie lodowatej wody.
Ta Avada się nie liczy, dodał w myślach. Zresztą chochlik sam się o nią prosił.
A z Sarą jeszcze sobie porozmawia.


**

Harry Potter. Czołowy buntownik “Czarownicy”.
Wiele osób twierdziło, że Ginny będzie dla niego najlepszą żoną. Harry wybrał Lunę na towarzyszkę życia. (“On i to dziewczę z Marsa? Nie-wia-ry-god-ne.”) Minister Magii chciał sprezentować Harry'emu zameczek jak się patrzy, z przepisowo garbatym woźnym i z etatowym duchem. Harry grzecznie odmówił, po czym wybudował sobie radosną willę w słonecznych kolorach, wypełnioną rupieciami Luny. (“Zupełnie jak Mugol!”) Ludzie z przemysłu miotlarskiego proponowali mu kokosy za sponsoring najnowszych modeli. Harry wyjechał do RPA sponsorować rozmnażanie puffków. (“No i co on sobie właściwie myśli?”) Zwykli czarodzieje kupowali sobie sowy albo koty. Harry przygarnął dwunastometrowego pytona o imieniu Kubuś. Rozmawiał z nim szeptem i karmił go z talerza.
Media uznały go za ekscentryka i dały mu święty spokój.
Niezmiernie uszczęśliwiając w ten sposób Harry'ego.
Dnia czwartego listopada, tuż przed przybyciem rodziny Snape'ów, Harry, sącząc powoli trunek o tajemniczej nazwie “Czwartkowy Specjał Quibblera”, wpatrywał się ponuro w kuchenne okno i marzył o odrobinie takiego szczęścia.
Nic nie mogło mu poprawić nastroju. Nawet Lily pracowicie nadmuchująca baloniki w kształcie sług Czarnego Pana do późniejszej zabawy w “Pęknij drania!”. Nawet Kalinka z zapałem sadząca na ścianach malownicze zielonkawe kleksy, mające symbolizować rozpryskaną krew Voldemorta i w twórczym szale przemalowująca Kubusia na ten sam, zgniłozielony kolorek. Nie bawiły go też Sprężynujące Zaklęcia, Pożeracze Słów, Przypadkowe Fryzury Pottera ani fajerwerki. Zapachy dobiegające od strony kuchenki nie zmuszały, jak zwykle, jego zmysłu węchu do dziwnego tańca na krawędzi apetytu i obrzydzenia. Nie ruszało go po prostu nic.
Dlaczego, można by zapytać.
Ano, przyjechał Ron.
Sam Ron nie był jeszcze najgorszy. Odwiedzał Harry'ego średnio raz na cztery lata i jego wizyta (krótka) polegała zwykle na wymianie grzecznościowych zwrotów typu: “A co u ciebie?” “No nic.” “A u ciebie?” “Też nic.” Potem wybierali się na jakiś lokalny mecz quidditcha. Tam Ron, amerykański zawodnik klasy międzynarodowej, zawsze zbierał sporą ilość damskich “ochów” i “achów”, rozpierając się na trybunach i zajadając popcornem. Rola Harry'ego polegała na pławieniu się w glorii Króla Weasleya i wydobywaniu z siebie okazjonalnego “hm”,“aha” lub “masz rację”.
Następnie Ron pożerał cztery porcje obiadu i wyjeżdżał. Harry zaś cieszył się, że tym razem nie musiał wzywać kolegów-aurorów.
Ich obecne stosunki były wynikiem potężnej, wielomiesięcznej, o-mało-nie-skończonej-rozlewem-krwi kłótni o tematyce Hermiona/Snape. A może wszystko zaczęło się sypać po śmierci państwa Weasleyów? A może to stało się, gdy Ron został kapitanem drużyny Gryfonów? A może podczas ich sprzeczki o hipogryfy? A może, kiedy Hermiona znokautowała go powiększoną plakietką WESZ? Na początku wojny z Voldemortem? Tuż po niej?
Nie było to w tej chwili najistotniejsze. Dość wiedzieć, że Harry nie miał żadnego wpływu na zachowanie eks-przyjaciela. A Ron, jak to Ron, musiał sobie oczywiście wybrać najmniej odpowiednią porę, by złożyć Potterom niezapowiedzianą wizytę.
No właśnie. Oto winny numer jeden.
Ron wkroczył nonszalanckim krokiem do kuchni, cygaro w zębach, łobuzerski błysk w oku, maleńki złoty znicz dyndający pod lewym uchem. Oparł się niedbale o kuchenną szafkę i dmuchnął dymem prosto w twarz Harry'ego.
- Hej, brachu - powiedział kątem ust, starannie podkreślając wypracowany przez lata amerykański akcent. - Ginny właśnie przyfiukała i jest w nastroju bojowym. Mogę liczyć na twoje wsparcie?
- A czy ja cię kiedyś nie wspierałem? - zadrwił pan domu.
Ron popatrzył na niego z niemym wyrzutem.
- Hermiona.
- To się liczy jako wsparcie - odciął się Harry. - Uratowałem cię przed zgubą. Gdybyś się z nią ustawił, dwa lata później musiałbym zdrapywać ze ścian i z sufitu twoje kleiste szczątki. Wierz mi, tylko Snape zasłużył na taki los.
- Patrzcie, patrzcie! Siedzą przy barze dwie myszy i obgadują kota.
- Ginny! - wykrzyknęli obaj równocześnie. Pierwszy raz od dłuższego czasu w czymś się zgadzali.
- Tak, Ginny przyszła i zamierza wreszcie zrobić porządek ze zbytnio rozochoconym męskim rodem. - Kobieta, stukając obcasami, weszła do kuchni. Jej zwiewna szata w motyw lamparcich cętek wyjątkowo dobrze współgrała z miną rozjuszonego dachowca, gdy Ginny stanęła przed mężczyznami, zamykając im jedyną drogę ucieczki. Zajęta przy kuchni Luna radośnie grzebała w szufladach, uprawiając swą kulinarną twórczość i nie poświęcając światowi zewnętrznemu nawet uncji zainteresowania. Tymczasem, Ron nagle stracił rezon i próbował wcisnąć się w szparę wielkości kciuka, pozostawioną między szafką a ścianą. Trzeba mu przyznać, że był wystarczająco zdeterminowany, by w końcu się tam zmieścić. Jednak Ginny nie dała mu czasu.
- Ronaldzie Weasley, nie będę nawet wspominać o twoim braku taktu, bo to niestety jest w twoim przypadku uleczalne tylko metodą eksterminacji. Ale czy jesteś chociaż świadomy jaki dziś dzień?
- Czwarty listopada. Święto Zwycięstwa nad Voldemortem - burknął Ron, przygryzając cygaro. - A bo co?
- No patrz. A sądziłam, że ignorancji też się uczyłeś od Amerykanów - zadrwiła Ginny.
- Ginny, idziesz dziś na bal ministerialny? - wtrącił Harry, głównie po to by rozładować napięcie. Lecz zapomniał, że jego przyjaciółki nic nie jest w stanie odwieść od raz rozpoczętego wątku. Skrzywiła się tak, jakby połknęła wywar z czyrakobulwy.
- Naprawdę nie wiesz, Harry, czy tylko sobie żartujesz? Jeśli nie wiesz, to cię poinformuję, że w tym roku jest on urządzany u Malfoyów. A tego progu, jaki by on nie był pozłacany i wyperfumowany, moja żywa noga nigdy nie przestąpi. Jeśli zaś wystarczająco mnie kochacie, to martwa też nie. A wracając do przerwanego tematu... - Jadowite spojrzenie Ginny znowu skierowało się na biednego Rona. - Bo to, Weasley, że my tutaj mamy dziś przyjęcie, na które zaprosiliśmy rodzinę i przyjaciół. Co znaczy dokładnie to, że Snape'owie też tu będą...
- Właśnie na to liczę - mruknął Ron tak cicho, by mógł go usłyszeć tylko Harry. Ale nie docenił wilczego słuchu swej siostry.
- I chciałam ci przypomnieć, Ronaldzie Weasley, że twoje skandaliczne zachowanie względem nich nie przysporzyło ci chluby! Więc jeśli tylko zobaczę lub usłyszę z twojej strony cokolwiek, co przeczyłoby zasadom dobrego wychowania, to możesz uznać się za spetryfikowanego i odesłanego w trumnie do Ameryki!
- A ja napomknę w raporcie dla Międzynarodowego Stowarzyszenia Aurorów o nielegalnym przewozie wampirów do USA - wyszeptał Harry, dusząc się ze śmiechu. Ginny jak zwykle trafiła w sedno. Ron wytrzeszczał na nią swe błękitne ślepia i nawet jego indukowana eliksirem opalenizna zbladła, pozostawiając na policzkach pomarańczowe plamy. Jego szczęka zwisała gdzieś w okolicy pasa. Cygaro poturlało się po podłodze, włączając automatyczne gaszenie pożaru. Z sufitu chlusnęły na nich hektolitry wody.
- I to jest właśnie tego rodzaju inteligentna odpowiedź, jakiej się po tobie spodziewałam - odparła z wyższością Ginny. Odwróciła się na pięcie i opuściła kwiczącego ze śmiechu Harry'ego i Rona, który sterczał nieruchomo jak fontanna w holu Ministerstwa Magii.

**

Kominek wykrztusił z siebie wiadro zielonych glutów, które opryskały dopiero co przebranego pana domu. Pan domu skomentował to niesłownikowo.
Zaraz za glutami zjawiła się rodzina Snape'ów.
- To nie ja! - z góry zaprzeczył sopran Kalinki, dobiegający z jadalni. - Kubuś potwierdzi!
- Żałosne, Potter - oświadczył Severus, lustrując ubabraną od góry do dołu sylwetkę Harry'ego. - Może wrócimy, jak już się przebierzesz?
- Mąż się nie wyspał - wyjaśniła Hermiona w odpowiedzi na pytający wzrok pana domu, błyskający zza zaślimaczonych okularów. - No to jak, Harry? Nie zaprosisz nas do środka?
- Yyy... - Harry zmierzwił swoją i tak zmierzwioną czuprynę, szukając w myślach stosownego wytłumaczenia. - No ja... Napotkaliśmy mały problem... Ale to się zaraz wyjaśni... Ciężki Merlin, a Ginny poszła po Violę... Nie ma zmartwienia...
Zatchnął się i zaczerwienił. Na szczęście, wiecznie ciekawski Seriuszek wybawił go z kłopotliwej sytuacji. Oto wrażliwe nozdrza męskiego potomka rodu Snape napotkały na swej drodze zapach równie znajomy co w tej znajomości niepokojący. Dobywał się niewątpliwie z kuchennej jaskini, gdzie radośnie rozwijała swą kulinarną twórczość Luna.
- Ciocia znowu piecze faszerowane gnębiwtryski? - zapytał.
Harry złapał się za głowę i jęknął rozdzierająco. Hermiona rzuciła się go badać, w obawie, że to kolejny objaw nękającego ich ostatnio szpitalnego szaleństwa. Ale nie to było powodem straszliwego przerażenia, jakie w tym momencie całkowicie opanowało umysł Chłopca-Który-Przeżył.
- Hermiona... - rzekł Ron, przystając na środku korytarza, jego wzrok płonął dzikim ogniem pożądania. - I Snape - dorzucił, przy czym jego pożądanie tak jakoś oklapło.
- Ron? - pisnęła Hermiona, dyskretnie chowając się za swojego męża.
- Weasley? - Severus spojrzał na niego równie ogniście, choć jego oczy pałały uczuciem dokładnie przeciwnym do Ronowego. Nadmiar ognia w salonie mógł zwęglić solidny latający dywan firmy Alibaba. Harry przezornie odsunął się z linii ognia.
- Hermiona, ja cię... - zaczął Ron, ale nie dokończył swej, zapewne genialnej, myśli, gdyż wzrok Severusa właśnie przepalił mu kilka synaps. - Ja się cieszę, że cię widzę - dokończył ponuro. - Na pewno jesteś szczęśliwa? - dorzucił w przypływie natchnienia.
W tej sytuacji nikt nie zauważył Lily, która wsunęła się do salonu i nieśmiało pomachała Sergiuszkowi. Za nią zajrzała Kalinka, trzymająca w objęciach Kubusia, który łaskawie pozwalał jej się ciągnąć przez pół parteru. Zielone oczy dziewczynki na widok osobliwego trójkącika rozbłysły chciwie. Miała zdecydowanie za dużo ze swego dziadka.
- Tak, Ron, odpowiedź jest ta sama co pięćdziesiąt trzy razy temu. Jestem szczęśliwa.
Hermiona nagle zaczęła wyglądać na znużoną.
- Ale i tak się rozwodzą - Sara, do tej pory oglądająca scenkę z zupełną obojętnością, postanowiła zabrać głos.
- CO? - wykrzyknęły na raz ze trzy osoby. Severus wyglądał w tym momencie na gotowego zamordować swoją córkę.
- Hermiona, jeśli ten... ten... no... człowiek... cię źle traktuje, to ja mu pokażę! - huknął, nagle ośmielony, Ron. Skoczył do przodu, prawdopodobnie po to, by schwycić rękę swej młodzieńczej miłości i na klęczkach deklarować jej trawiące go uczucie, ale Hermiona jeszcze głębiej schowała się za męża. Zamiast więc jej miłych kształtów Ron napotkał na drodze kształt o wiele mniej miły. Ów kształt schwycił go za kołnierz i przytrzymał.
- Weasley, obróć się łaskawie na dolnych kończynach, żebym mógł cię dobrze kopnąć w ten foremny zadek - zaproponował mu łagodnie Mistrz Eliksirów.
- Ron, odpuść sobie! - jęknęła zrozpaczona Hermiona.
Ron, wyglądało na to, wcale nie zamierzał odpuścić. Coś w jego oczach wołało o krwawą pomstę. Tak więc sytuacja zapewne rozwijałaby się dalej w nieprzyjemnym kierunku, gdyby nie została gwałtownie przerwana przez Lunę, która weszła do salonu tanecznym krokiem. Na głowie miała fioletowy kapelusz z kwiecistym rondem, w ręce chochlę, a pod łokciem pleciony kosz wypełniony rumianymi bułeczkami w kształcie błyskawic. Roztaczały wokół siebie nieziemski zapach.
- Goście! -wykrzyknęła radośnie, podtykając bułeczki pod nos Snape'a. Ron przezornie się wycofał. - Witamy was chlebem i nadzieniem avadakedavrowym!
Snape nie miał wyboru. Wziął. Reszta rodziny poszła za jego świetlanym przykładem.
- Co to jest nadzienie avadakedavrowe? - zapytała Sareczka. Sergiuszek, jako wzorowy Gryfon, odgryzł rożek i przeżuł. Nadzienie miało dziwny, słodkawo-cierpki smak.
- Ach, nic, tylko surowe odwłoki mrówkodojek zmieszane z majonezem. Szetlandzki przysmak - odparła, dumna z siebie, Luna.
Sergiuszek zrobił się równie zielony jak nadzienie. Severus pośpiesznie wcisnął swoją porcje do kieszeni, planując potem nakarmić tym kota. Sara wykonała mimowolny ruch ręką i pyszna bułeczka - Niestety! - wylądowała w paszczy zwiniętego wokół wieszaka na ubrania Kubusia. Kubusiowi mrówki nie przeszkadzały.
- Hej ludziska, cześć psorku, witamy damy! To wy już tutaj? - Weasleyowie wygramolili się z pieca. Za nimi wyskoczyła Ginny z córką Violą.
- Zachowywałeś się? - warknęła do Rona pierwsza matrona Weasleyów.

**

Wszyscy już siedzieli przy stole, pałaszując te części obiadu, które wyglądały najmniej podejrzanie i nie urządzały sobie slalomu między talerzami. Między biesiadującymi toczyły się typowe dyskusje o polityce i życiu prywatnym zebranych, ze starannym omijaniem drażliwych tematów – po co psuć sobie apetyt. Tymczasem Pożeracze Słów beztrosko bzyczały nad głowami i mieszały wypowiedzi:
- Fred, i jak tam twoja... kamizelka...?
- Aaa... Doskonale! Cieszę się, że o to... skacze...! Do wczoraj brakowało mi w niej dwóch... ministerialnych idiotów...!
- O czym wy bredzicie?
- O dziewczynie... Ambera...!
- To on ma jakąś? Biedactwo... Freda...
- Fred ma. Dziewczynę. Pracuje... jak cholerne wałkonie...
- To dla niego chyba nie dziwota?
- Hej, Severus, Harry, przestańcie wreszcie narzekać na rząd, bo nam się rozmowa... lustruje...!
- Frustruje?
- No więc słuchaj, bo nie dokończę. Fred ma dziewczynę... Amber...
- Amber jest dziewczyną Freda?? Fred, to ty... zszedł na psy... ?
- Jakie zszedł na psy? A wzrost obrotów o dwieście procent to puffek? A do Ambera się nie przyznaję!
- Nie Amber, nie. Brat ma dziewczynę, Lavender. Ta, co ją wykopali z Ministerstwa...
Ron nie brał udziału w dyskusji. Chmura burzowa będąca przyjacielem Harry'ego milczała znacząco i wcinała co popadnie. Dzieci także dziwnie milczały. Lily z natury. Sergiuszek ściskał w dłoni srebrny widelec i zezował na Rona, gotowy na ostateczność, gdyby wujaszek z Ameryki zaczął nagle dobierać się do jego matki. Trzeba było bronić honoru rodziny, gdy ten egzotyczny intruz próbował jeszcze pogorszyć panujące w niej stosunki. Sara nie zwracała uwagi na nic prócz swej porcji obiadu, której posyłała wrogie spojrzenia i okazjonalne ziewnięcia. Viola, córka Ginny, przeglądała książkę o smokach, korzystając z faktu, że jej mama była zbyt zajęta by ją skrzyczeć. Nawet Kalinka, zwykle żywe srebro, teraz z błyszczącymi oczyma wpatrywała się w rozgrywająca się przed nią dramatyczną scenę. Wyraźnie coś kombinowała.
Przy deserze Ginny przerwała błogą sielankę.
- I jak tam wasze pożycie małżeńskie? - zaatakowała niczego nie spodziewających się Snape'ów.
- Kwitnąco - burknął Severus. Nie sprecyzował.
- Kwitnie kwiat narcyza. Niedługo wszyscy wylądujemy w Hadesie - zanuciła Sareczka.
Udało jej się zebrać kilka zaniepokojonych spojrzeń, co wyraźnie ją rozbawiło.
- Hej, a co wy dzisiaj tacy dziwnie spokojni? - zapytał ogółu Fred. - Pomyliliście daty?
- Nie patrzcie na mnie, nie transmutuję się dzisiaj w duszę towarzystwa - burknął Harry, zirytowany, że oderwano go od przyjemnego zajęcia psioczenia na rząd, które namiętnie uprawiał ze Snape'em. To była jedyna sprawa w której bezwzględnie się zgadzali. - Od przedwczoraj mamy straszny zapieprz w ministerstwie w związku z restrukturyzacją. Rozumiecie - młode siły w kadrach. Większa prężność. I więcej papierkowej roboty, rzecz jasna.
- Jej, to chyba nie zademonstrujemy dzisiaj naszych wynalazków...
- Bo wszyscy tutaj...
- Wyciągną kopyta...
- Ale wciąż liczymy na młodzież...
- Jasne! - podchwycił Sergiuszek, spoglądając jednym okiem na bliźniaków. Drugie nadal było utkwione w Ronie. - Ale potem - dorzucił szybko, czując na sobie karcące spojrzenie rodziciela.
- Wiecie, że Fluke umarł dziś w nocy? - rzuciła tonem swobodnej konwersacji Ginny.
Widelczyk deserowy wypadł z dłoni Hermiony i wylądował pod stołem, gdzie fragmentem ciasta natychmiast zaopiekował się Kubuś.
- Nie przy jedzeniu, dobrze? - wycedził Severus.

**

W końcu, gdy wszyscy napełnili brzuchy wystarczająco, by z czystym sercem odmówić trzeciego deseru, którym nieuchronnie były Tańczące Lukrecjowe Pajączki Które Tak Rozkosznie Właziły Ci Za Kołnierz, rokroczne spécialité Luny, towarzystwo przeniosło się do salonu, by kontynuować przerwaną dyskusję. Przy dźwiękach hałaśliwej zabawy w “Pęknij Drania!”, uprawianej namiętnie przez wszystkie dzieciaki oraz dwójkę bliźniaków Weasley, rozmowa mogła odbyć się bez przeszkód. Dorośli rozsiedli się na fotelach i na kanapie, sącząc powoli Kawę Pistacjową, kolejną wariację na temat koloru zielonego i jedną z niewielu, która rzeczywiście wszystkim przypadła do gustu, rozmawiając między sobą cicho i czekając, kto rzuci przysłowiową bombę.
Nikt nie zdziwił się, że zrobiła to Ginny.
- Dajcie spokój, przecież widzę, że umieracie z ciekawości.
- Nie widzisz. Jestem świetnym oklumentą - wtrącił sardonicznie Severus, łypiąc na nią znad filiżanki z kawą. - Ale proszę cię, kontynuuj, jeśli sobie życzysz.
Ginny nie mogła nie zauważyć oskarżającego tonu. Podejrzewała, że Severus wiedział, że zdarzenie z Ronem było z góry ukartowane. Snape był, niestety, zbyt sprytny, nawet jak na Ślizgona. Ale Ginny nie zamierzała przyznawać się do czegokolwiek. Szczególnie w obecności swojego najmłodszego brata, który w tej chwili rozwalił się w kącie salonu na największym fotelu i uparcie udawał, że ignoruje całe towarzystwo.
- Och, dajcie sobie wreszcie spokój, dobrze? – nakazała im mocno już zirytowana Hermiona. - Mam dość niemiłych sytuacji jak na jedno radosne święto. A więc umarł, tak? No cóż, można się było tego w pewnym sensie spodziewać. Wyglądał coraz gorzej...
Profesjonalny ton Hermiony załamał się na ostatniej sylabie. Jej oczy były przez chwilę zupełnie puste. Oskarżający wzrok Snape'a spoczął na Ginny. “I co ty najlepszego zrobiłaś?” zdawał się pytać. Ale to nie Severus, lecz Harry podszedł do Hermiony i położył jej rękę na ramieniu.
- Wszystko w porządku? - zapytał.
Skinęła głową i uśmiechnęła się słabo.
- Co mu się stało? - Severus zwrócił się do Ginny. Jego głos był twardy, zimny niemal. Ginny wolała nie zgadywać, co dzieje się w tej chwili w jego głowie.
- A myślałem, że cię to nie obchodzi - sarknął Harry, najwidoczniej znowu na wojennej stopie z Severusem. Ginny potrzasnęła głową. Tak nie może być.
- Ile razy już prosiłam was, żebyście się nie kłócili? - zapytała cicho, groźnie. Nagle uwaga wszystkich skierowała się na nią. - Doskonale. A teraz, jeśli pozwolicie mi odpowiedzieć na pytanie Severusa... Oficjalną przyczyną jest wstrząs o podłożu magicznym. To znaczy, wyjaśniam ignorantom, władowali w faceta za dużo magii a on się uczulił i wykitował.
- Dziękuje za wyjaśnienie - zawołał z odległego kąta pokoju Ron.
- Miło, że się przyznał - mruknęła do siebie Ginny.
- A nieoficjalna przyczyna? - zapytała Hermiona.
- To znacznie bardziej skomplikowana sprawa. W faceta ktoś strzelił dawką magii o nieznanym charakterze i pochodzeniu. Magia zrobiła mu jakieś niemiłe kuku z mózgiem. Nie, Severusie, zanim zapytasz, nie było żadnych zmian organicznych. Na początku, kiedy do nas przyszedł, wyglądało to tak, jakby miał wielką dziurę w pamięci. Jakieś przesadzone Oblivate czy coś w tym stylu. Ale potem jego stan gwałtownie zaczął się pogarszać. Tak jakby zapadał się w sobie, próbował zniknąć z tego świata... Wczoraj nie powiedział ani słowa. Mój werdykt to, jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, samobójstwo.
- Co? - wykrzyknął nagle Fred. - Chyba nie mówisz, że śmierciożerowi odechciało się żyć?
- Myślisz o tym co ja, braciszku?
- No, gdyby udało się tak i z innymi... Fala samobójstw! Mam parę nazwisk na celowniku...
- Fred! George! - ryknęła zbulwersowana Ginny.
- Ooch, mateczko! Nie bij, ja już grzeczny będę! - zajęczał melodramatycznie Fred. - Ale ja nie miałem na myśli nic niegodziwego... A na pewno nie Severusa...
- Tylko Ambera...
- On był śmierciożercą? - zapytał nagle Sergiuszek, ujawniając fakt, że przez cały czas podsłuchiwał rozmowę dorosłych. Hermiona zgromiła go wzrokiem.
- Kto? Severus? Biedne, nieuświadomione dziecko... - rozczulił się George.
Sergiuszek tylko przewrócił oczami.
- Nie, zgrywusie. Fluke.
- Ano, był - Fred zachichotał. - Tyle tego śmiecia było...
- Huzia na śmierciożera! - ryknął George, z rozmachem przebijając balon z podobizną Avery'ego. Na podłogę pospały się przekrwione gałki oczne. Lily i Kalinka zapiszczały.
- Chcesz Avadą? - Severus uśmiechnął się okropnie.
- To niezawodny sposób mojego męża na zawieranie nowych znajomości - wyjaśniła Hermiona.
Po tej krótkiej przerwie nikt jakoś nie miał ochoty kontynuować dyskusji. Ginny przyjęła to z niejaką ulgą. Choć nawet ona nie mogła zignorować uporczywego spojrzenia starego szpiega, które wyraźnie obiecywało jej późniejszą konfrontację. Szkoda jedynie, że Ginny nie posiadała żadnych innych informacji poza ujawnionymi. Co ją martwiło.
- ... i wyobraźcie sobie, że aby nasz rząd uczynił ci tę przyjemność i pozwolił przekroczyć granicę, trzeba stać w wielogodzinnej kolejce, najpierw żeby dostać oświadczenie, potem żeby je złożyć, potem żeby odebrać decyzję o pozwoleniu na opuszczenie granic kraju... Co właściwie Amber sobie myśli? Chce nas pozamykać w Anglii jak hipogryfy w klatce? - zakończył swą tyradę Harry.
- Żebyś się nie zdziwił, Potter - odparł Severus. - Czuję tu jakiś nieprzyjemny czarnomagiczny smrodek, ale nadal nie mogę dociec, gdzie leży smok pogrzebany.
- To przez te morderstwa - zauważyła Hermiona. - Wytrącają ludzi z równowagi.
- Jak wygląda gumochłon? - zapytała ni z tego ni z owego Kalinka.
I wtedy zapadła taka niezręczna cisza.

**
- Jak... Jak... No, żabę przypomina. - rzekła niezdecydowanym głosem Ginny.
- Raczej oposa - stwierdziła Hermiona. - Bez sierści. I bez ogona... No i bez uszu.
- Ma pazury... Chyba - powiedział słabo Harry. - I taki... No... Ten... Otwór gębowy?
- Sałatę zżera - burknął Ron.
- Wyobraź sobie kawałek gliny... - zaczął Fred.
- Piaskowca raczej... - zaprotestował jego brat.
- Cicho bądź. Glina. Gliniasta glina na czterech gliniastych nogach...
- On miał nogi? - zapytała Ginny.
- Cicho, mówię. Musiał mieć. Prawda, że miał, George? Jakoś chyba chodził.
- No... Chyba...
- Otwór gębowy miał na pewno - zadecydował Harry. - W końcu żarł...
- Sałatę - wszedł mu w słowo Ron.
- Takie oczy...
- Osiem par.
- Co ty wygadujesz! To pająki!
- A on w ogóle miał jakieś oczy?
- Tak! Takie wielkie i zielone.
- To druzgotek!
- A po co gumochłonowi oczy?
- Sałata jest wszędzie - zauważył delikatnie Ron.
- Nie sadzicie, że przypominał trochę jamochłona? - zapytała Hermiona.
- Oczywiście że nie. Łuski w końcu miał.
- To może i skrzydła? - podsunął Severus.
- Skrzydła? Może...
- I ogniem ział? - upewnił się Severus.
- No jasne. Polował na latającą sałatę - zgodził się Ron.

**

- Tatooo... A jak wygląda gumochłon?
- Zamilcz, synu - rzekł Severus swym najbardziej autorytatywnym z tonów, dobiegającym zza najnowszego numeru “Alchemii praktycznej”. Pół godziny temu wrócili od Potterów i panująca w ich mieszkaniu cisza wydawała się Sergiuszkowi nieznośna. Jedyną widoczną poprawą ich rodzinnej sytuacji był fakt, że ojciec nie uciekł swoim zwyczajem do laboratorium, lecz został w saloniku, gdzie delektował się lekturą.
- Co jak co, ale TY powinieneś wiedzieć - zauważył nietaktownie jego potomek. - W końcu jądra gumochłona są popularnym...
- Zamilcz, mówię.
Sergiuszek, uznawszy, że nie otrzyma satysfakcjonującej odpowiedzi, porzucił temat. Miał zresztą inne, ciekawsze rzeczy do roboty. Przewertował gruby, oprawiony w czarną skórę notatnik, aż doszedł do pierwszej pustej strony. Possał w zamyśleniu koniec pióra.
“Minister Magii Amber jest byłym śmierciożercą!” napisał w końcu. Podkreślił zdanie podwójną linią. “Czy z jego rozkazu zatuszowano zbrodnię? Ale właściwie po co?” Podrapał się koniuszkiem pióra po nosie, zostawiając na nim plamę z atramentu.
“Ernest Fluke, były śmierciożer” napisał od nowej linijki. “Wylądował w św. Mungo drugiego listopada. Stan: zły. Dziura w pamięci (schrzanione Oblivate?). Potem coraz gorzej. Tracił kontakt. Umarł czwartego w nocy. Oficjalna przyczyna: wstrząs magiczny. Przyczyna wg cioci Ginny: samobójstwo („śmierć psychologiczna”? Gdzieś o tym czytałem). Związku z morderstwami na razie brak. A z Forsycją Fluxwill?”
Sergiuszek przerzucił kilka stron do tyłu. Były zapełnione jego dywagacjami na temat obydwu morderstw, notatkami i obliczeniami dotyczącymi Pokoju Artnumerycznego oraz wywern, wyciętymi artykułami z Proroka Codziennego dotyczącymi jakiejkolwiek
działalności Ministerstwa która wydawała mu się podejrzana, luźnymi spostrzeżeniami i kilkoma zaszyfrowanymi linijkami dotyczącymi wizyty w laboratorium alchemicznym i tajemniczego rytuału Dumbledore'a. Zatrzymał się na stronie poświęconej Forsycji Fluxwill i przestudiował ją dokładnie. Zawierała głównie szkolne plotki, ale także streszczenie rozmowy profesor McGonagall z madame Pomfrey, podsłuchanej przypadkowo przez Lily, która tego dnia zatruła się jednym z wynalazków Weasleyów i musiała spędzić noc w skrzydle szpitalnym.
Przerzucił kartki do przodu i napisał pod Ernestem Fluke: “Jedyny związek: czas. Powód zupełnie inny.”
Pomyślał jeszcze chwilę. Nagle jego oczy rozbłysły.
“Kim jest ta Lavender i dlaczego wyrzucono ją z Ministerstwa?”
W tym momencie na progu pokoju stanęła Hermiona.
- Jeśli by cię to interesowało, to Sara wyszła właśnie na przyjęcie do koleżanki. Zaś jeśli cię to nie interesuje, to też w porządku.
- Wspaniale - mruknął Severus zza czasopisma. - Ufam ci.

**
Sara nie miała pojęcia, jak jedenastoletnie dziewczyny mogły tak podniecać się zestawem do mini-quidditcha. Nawet takim, który zawierał komplet figurek graczy mogących przybierać każdą postać, jaką grająca sobie wymarzyła. I nawet, jeśli ci gracze mogli ściągać z siebie szaty, co, jak do tej pory, było głównym celem gry.
Tymczasem ona miała poważniejsze problemy. Makiawel, którego zabrała ze sobą na wyraźną prośbę gospodyni przyjęcia, gdzieś się znowu zapodział. Normalnie, w Hogwarcie, nie przejmowałaby się tym zbytnio, bo Makiawelowi nigdy nic strasznego się nie przydarzało. Sądząc po reakcji innych zwierzęcych mieszkańców Hogwartu, to on był tym, co przydarzało się innym. Ale tu, na obcym terenie, mógł czuć się zagubiony.
Przeszukała już cały dziecięcy salonik, zaglądając pod stół, do waz z ponczem, pod talerze z ciasteczkami, a nawet do kilku obrazów. Ale nieposłusznego kociaka nigdzie nie było widać.
Coś jej przyszło na myśl.
- Lidia? Lidia! – potrząsnęła za ramię Malfoyównę, która nie mogła oderwać wzroku od na wpół rozebranej sylwetki Kruma młodszego. – Czy wiesz, gdzie macie schowane składniki od eliksirów?
- Co? N-nie… Ale większość rośnie w ogrodzie. Lubimy mieć własną hodowlę.
- Którędy do ogrodu?
- Ty chyba sobie żartujesz! – W głosie Lidii pojawiła się lekka panika. - Ojciec urządził tam dziś Bal Ministerialny i zagroził, że jeśli choć jedno z nas tam wejdzie, to łby nam pourywa!
- Dobra, pójdę w takim razie do łazienki – zełgała Sara. - Zaraz wracam.
Gdy tylko znalazła się za rogiem, puściła się pędem korytarzem i w dół po marmurowych schodach. Liczne twarze przodków do czterdziestego pokolenia wstecz patrzyły na nią z potępieniem, jakby tylko samym bieganiem bezcześciła tę szacowną budowlę, budzącą niemiłe skojarzenia z muzeum.
Pobiegła kolejnym długaśnym korytarzem, z których w znakomitej większości składał się pałac Malfoyów. Podejrzewała, że monotonne ściany i jednakowe drzwi z mahoniu kryją o wiele ciekawsze elementy pałacu, ale wiedziała również, że nie zna wystarczająco dużo czarnej magii, by obronić się przed pułapkami, jakie zastawiono tam na niepożądanych gości. Choć Makiawel o tym nie wiedział…
Przyspieszyła, kierując się w przeciwną stronę niż główne wejście. Po chwili usłyszała cichy gwar i poczuła zapach kwiatów, jakie zwykle rosną tylko wiosną. Znajdowała się z pewnością na właściwej drodze.
Tak, ale właściwej drogi strzegli dwaj czarodzieje, jeden z nich nadmiernie owłosiony, drugi zaś nadmiernie wygolony, odziani w liberie służących, ciasno opięte na ich masywnych cielskach. Sara pamiętała ich imiona z opowiadań wujka Harryego. Crabbe i Goyle. No tak, jeśli to byli oni, to nie powinno być z nimi żadnych problemów. W końcu iloraz inteligencji zmniejsza się z wiekiem. Pewnym siebie krokiem ruszyła do przodu.
- Ja na przyjęcie – powiedziała, gdy dwójka niedorobionych czarodziejów spojrzała na nią pytająco. Spróbowała przejść między nimi, ale jeden z drabów zablokował jej drogę.
- Zaproszenie – warknął.
Sara pogrzebała w szacie. Okazało się, że karta postaci z miniquidditcha wciąż tam jest. Wręczyła ją owłosionemu. Ten ujął ją w dwa palce, przeczytał charakterystykę irlandzkiego gracza, odwrócił ją na drugą stronę i przeczytał skład drużyny.
- Mówiłem, że zaproszenie, prawda że mówiłem? – zapytał, jakby nie dowierzał samemu sobie.
- A ty nie umiesz czytać? – sarknęła Sara. – Widzisz co tam jest napisane, tępaku? Tam stoi: Sara Snape. A wiesz kto to jest Sara Snape? To córka Severusa Snape’a. Czy naprawdę chcesz stać tutaj dalej i mnie denerwować? Bo obiecuję ci, że jeszcze pięć minut, a zjawi się tu mój ojciec i przerobi twój rybi móżdżek na składnik eliksiru! Pojmujesz, ty zakuta pało?
Zarośnięty drab zamrugał, przez długą chwilę przetwarzał informację, aż wreszcie bezradnie spojrzał na wygolonego. Ten tylko wzruszył ramionami.
- Tylko nie mów mu, że cię źle traktowaliśmy czy coś. Dobra? – powiedział, wpuszczając Sarę do środka.
- A po co mam mu zawracać wami głowę? – Sara wydęła pogardliwie wargi i odeszła, nawet nie spoglądając w ich stronę.
Przed nią rozciągał się labirynt. Jego najszersza ścieżka wiodła wprost na salę balową pod gołym niebem, które dzięki czarom emanowało późnowiosennym ciepłem. Gdy tylko nabrała pewności, że dwóch goryli zapomniało o jej istnieniu, śmignęła w jedną z bocznych ścieżynek. W końcu, gdyby zauważył ją któryś z dorosłych, nie wymigałaby się tak łatwo.
Szła chwilę wzdłuż sali balowej, oddzielona od niej jedynie cienką barierą żywopłotu. Przez dziury mogła zobaczyć wielobarwny tłum dorosłych, który rozmawiał, stojąc w grupkach lub tańczył statecznie do jakiegoś okropnie powolnego i nudnego walca. Dookoła rozstawiono stoły z jedzeniem, z których można było brać malutkie porcyjki śmiesznymi widelczykami. Sara uznała całe przyjęcie za dość bezsensowne. Nie mieli nawet porządnej kapeli rockowej ani chipsów. Już nie mówiąc o balonach. To wszystko było takie… dekadenckie, takiego słowa użyłby pewnie Sergiusz.
Coś przyciągnęło jej wzrok. W rogu sali, gdzie stały wieszaki z wierzchnimi okryciami czarodziejów, jeden z płaszczów ruszał się w charakterystyczny sposób. Sara miała nadzieję, że to nie było to, o czym myślała. Lecz jeśli było… musiała działać szybko. Skrzywiła się. Przygody były domeną Sergiusza i Gryfonów w ogóle. Ślizgoni byli znani z tego, że najchętniej uciekali, gdy tylko niebezpieczeństwo stawało się zbyt niebezpieczne. Ale cóż – mus to mus. Nie zostawi swego kochanego Makiawelka na pastwę tych burżuazyjnych okrutników. Mogą mu coś zrobić. Na przykład transmutować go w białą myszkę. Wzdrygnęła się.
Pędem ruszyła wzdłuż żywopłotu. Gdy znalazła się na wysokości płaszczów zrozumiała, że ma mały dylemat. Po takiej przeprawie jej odświętna szata z pewnością nie będzie wyglądała odświętnie.
No, ale szata to w końcu problem mamy.
A Makiawel jest problemem Sary.
Wciągnęła powietrze i ruszyła do przodu. Upiorny krzaczor nie dość, że drapał to jeszcze kłuł. W dodatku kłuł w miejscach, które bardzo nie lubiły złego traktowania. Gdy wreszcie wydostała się na zewnątrz, jej włosy były w totalnym nieładzie, a twarz i ręce podrapane do krwi. Muszę wyglądać jak strzyga, pomyślała z obrzydzeniem. Całe szczęście, że płaszcze zasłaniały ją przed wścibskim wzrokiem innych.
Podpełzła od tyłu do odpowiedniego wieszaka („Szacie już i tak nie zaszkodzi”) i zanurzyła rękę w stos materiału. Grzebała tak długo, aż jej palce natrafiły na coś ciepłego i futrzanego, co z pasją szamotało się między warstwami wierzchniej odzieży. Chwyciła to coś wpół i wyszarpnęła z objęć materiału.
Makiawel prychnął, trochę zły, że przerwała mu tak wspaniałą zabawę. Mały, podłużny przedmiot wypadł mu z pyska i potoczył się po trawie. Zdenerwowany, uderzył ją karcąco łapą, dołączając kolejne szramy do jej prywatnej kolekcji. Upuściła go z sykiem. Kot wylądował na trawie, chwycił ponownie upuszczony przedmiot i truchtem przebył wyprodukowaną przez Sarę wyrwę w żywopłocie. Zatrzymał się po drugiej stronie, spoglądając na nią wyczekująco.
- Wstrętny kocie - burknęła Sara, gramoląc się ponownie przez kłujące piekło. – Patrz jak przez ciebie wyglądam. Dopilnuję, żebyś dzisiaj nie dostał kolacji.
Sara uniosła Makiawela, który wciąż nie chciał się rozstać z nową zabawką – błękitnym mugolskim długopisem. Z kotem na ramieniu ruszyła w stronę wyjścia.
- Te przygody wcale nie są takie trudne – mruknęła do siebie. – Choć okropnie się człowiek od nich paprze. Fe!
W momencie gdy z jej ust wyszło to stwierdzenie, jej uszu dobiegł głos dochodzący z kierunku, w którym szła. Był to głos spokojny, lecz mający w sobie jakąś dziwną nutę, która sprawiła że instynkt Sary zaskoczył sam z siebie i popchnął ją w kierunku najbliższej kryjówki. Okazała się nią jeszcze węższa ścieżynka, odchodząca w bok, a następnie ostro zakręcająca. Po chwili Sara zorientowała się, że niespodziewanie od rozmówców oddzielała ją tylko jedna warstwa żywopłotu. Makiawel trzymał się jej kurczowo pazurami tak, jakby bał się, że nagle mu ucieknie. Spojrzała na niego, zdziwiona. Wydawał się dziwnie niespokojny.
Męski głos tłumaczył coś drugiemu głosowi który, jak się Sarze zdawało, należał do samego Ministra Magii.
- … zbędne niebezpieczeństwo. Niektórzy z nich są przecież naszymi sprzymierzeńcami.
- Czy chcesz mi wmówić, Waylock, że to zły pomysł?
- Zły? Ależ panie Ministrze, sam pomysł jest doskonały. Powiedziałbym nawet, że to najśmielszy wyczyn od czasów Czarnego Pana, a on był jednym z niewielu, których stać było na podobną śmiałość. Pragnę jedynie zaznaczyć, że samo wykonanie może nam przysporzyć niemałych kłopotów. Jak zamierza pan odróżnić…
- A po co, Waylock? Wszyscy oni są niebezpieczni. To najlepsza…
Dwoje rozmówców oddaliło się i ich przyciszona rozmowa nie była już dłużej słyszana dla Sary, przykucniętej za żywopłotem i ściskającej w objęciach Makiawela. Sara nie miała zielonego pojęcia, jaki był temat rozmowy dwojga mężczyzn, ale wiedziała jedno: tytuł „Czarny Pan” zawsze zapowiadał niebezpieczeństwo. Ludzi którzy tak nazywali Voldemorta łączyła jedna cecha: wszyscy byli nieprzyjemnymi typami.
Nagle ogarnęło ją dziwne uczucie, które, choć tego nie wiedziała, już od września męczyło jej brata; te wszystkie dziwaczne zdarzenia: morderstwa, Fluke i Fluxwill, Strażnicy Umysłu, podsłuchane rozmowy mogą być ze sobą powiązane.
- Chodź, Makiawelku – wyszeptała do kota. – Tu się dzieje coś naprawdę strasznego i najgorsze, że nic z tego nie rozumiem. Wracajmy do domu.

**

- Sara przyszła. Siedzi w swoim pokoju i przegląda starą prasę.
- Mhm.
- Wróciła cała podrapana i usmarowana jakimś zielskiem. Twierdzi, że miała bliski kontakt z przygodą.
- Skończyła ci się maść na zadrapania? Mogę zrobić nową.
- Myślę, że powinieneś z nią porozmawiać.
- I kto to mówi… Sama ją na mnie poszczułaś.
- Ona od przyjazdu dziwacznie się zachowuje. Tak, jakby czegoś się bała. To ty jesteś specjalistą od tych spraw, nie ja…
- Od czego? Od psychiatrii nastolatek? Wybacz, ominąłem tę dziedzinę wiedzy szerokim łukiem.
- Severusie!
- Tak, Hermiono?
- Zmieniasz temat!
- Nie, nie pójdę z nią porozmawiać. Także dlatego, że gdy jest w takim nastroju, to jedyną jej odpowiedzią będą książki. Ciskane w moją osobę. Chyba, że życzysz sobie bym ją związał. Ale wtedy zapewne oskarżysz mnie o znęcanie się nad dzieckiem albo, co gorsza, o molestowanie seksualne. Tak więc moja odpowiedź brzmi: nie.
- Severusie…
- Jeszcze tu jesteś?
- Przepraszam.
- Nie sądzisz, że to już za późno?
- I tak przepraszam. A ty przeproś Sarę. I porozmawiaj z nią. O nic więcej cię nie proszę.
- Dlaczego niby ja? To…
- … ty zacząłeś. Przyznaj się. Byłeś okrutny, a ona po prostu zareagowała typowo dla jej charakteru. Masz zamiar ją za to nienawidzić?
- Nienawidzę ją?
- Ona tak to odbiera. Twoje geny.
- To było złośliwe.
- Skądże. Tylko prawdziwe.
- …
- Dobranoc.
- Dobranoc, Hermiono.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Arthur Weasley » 25.09.08, 14:36

Na razie będzie komentarz skromny i dotyczący szczegółu, ten sam co na starym forum: dlaczego
Jak na imię tej grze?
zamiast "jak się nazywa ta gra"?
Z ogólnymi dam się najpierw innym wykazać...
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 26.09.08, 07:52

"Jaki jest wynik gry
Nie wiem, nie pytaj mnie,
Jak na imię tej grze,
Tego nie wiem już też."


Za ostatni grosz - Budka Suflera

Właśnie temu, Arturku :)

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 26.09.08, 07:55

Rozdział jedenasty
Czarodziejski Gambit



Pierwszą reakcją Harry'ego Pottera na sowę, która świtem bladym i mglistym miała ptasią czelność zaparkować na jego pościeli, była zaspana irytacja. Ta jednak szybko zmieniła się w niepohamowaną radość, gdy już rozkleił oczy, wymacał parę okrągłych okularów i pojął treść listu. Luna, która, kiedy tylko miała na to ochotę, potrafiła być niespodziewanie bystra, przyjrzała się uważnie swemu wyjącemu ze śmiechu i bijącemu pięścią w poduszkę mężowi.
- Co znowu wymyślił Severus?
- Tym... razem... to nie on - zdołał wykrztusić Harry między spazmami dzikiego chichotu. - Tym razem to młody, mój chrześniak. Ale odwalił numer! Wyobraź sobie, że rzucił staremu karciane wyzwanie!
- Ojej! - Oczy Luny zrobiły się okrągłe jak dwa “Latajonce Spotki z Komfiturom Które Naprawde Latajom” firmy WWW. - A jeszcze niedawno w gazetach pisali, że pewnemu trzylatkowi podczas zabawy Eksplodującym Durniem wypłynęło oko! Czy chcesz, żebym interweniowała? Nie pozwolę Severusowi i Sergiuszowi bawić się w tak niebezpieczną grę!
- Niee, Luna - Harry wyszczerzył zęby. - Lepiej nie. Severus mógłby się obrazić i nie chcieć papu przez trzy tygodnie. A ja odmawiam karmienia go na siłę łyżką. Poza tym, mówię o Czarodziejskim Gambicie. To ta karcianka, w której wybierasz czarną lub białą magię, są dwa Fata...
- Ach, rzeczywiście. - Luna zamrugała intensywnie. - Mój tato raz wygrał dzięki trzeciemu.
- Dokładnie - odparł Harry. - Dokładnie.
- I pisze o tym właśnie tobie?
- Mhm. - Harry aż napęczniał z dumy. - Prosi, żebym został jego lojalem.

**

- Jestem zaskoczony, Severusie – rzekł Dumbledore do swego lojala, który cały swój ogrom uwagi poświęcał obecnie wydeptywaniu autostrady przez salon. - Pamiętam jak raz, kompletnie pijany, wyzwałeś tego śmierciożercę, Scotta. Stawką było, o ile dobrze pamiętam, przyznanie się Voldemortowi do błędu, który kosztował życie piętnastu jego rekrutów.
- I wygrałem. Dzięki temu tego wieczora miałeś szczęście po raz kolejny ujrzeć moją nieuszkodzoną gębę. W tym samym czasie ten półgłówek, Scott, zażywał odmładzającej kąpieli w stężonym kwasie siarkowym. Ku wielkiej uciesze Czarnego Pana.
- ...Ale, żeby aż stawać w szranki z własnym synem?
Był chłodny wieczór drugiej połowy listopada i wszystkie kominki paliły się jasnym płomieniem. Mieszkańców Hogwartu zajmowały zwykłe, codzienne obowiązki oraz chwile dla siebie. Tymczasem, w jaskini największego nietoperza Hogwartu, Czarodziejski Gambit miał się zacząć.
- Oczywiście, istnieje także kwestia legalności... - dorzucił Albus, tak jakby pod nosem.
- Tut, tut, Albusie. – Severus żartobliwie pogroził mu palcem. - Kto jak kto, ale ty nie masz prawa przypominać mi o prawie.
- A o co gracie?
Odpowiedź była natychmiastowa.
- O nic, czym warto byłoby zamęczać tak wielki umysł. Wiesz, że nie dopuściłbym, by przez moje błahostki ucierpiała twoja produkcja błękitnych szybek.
- Purpurowych, Severusie. Nie jesteś na bieżąco.
- Niech będzie, że purpurowych. Dochodzą mnie słuchy, że się rozwijasz. Eksport na południe? Ach, i zdementuj, proszę cię, plotki, że mają z tych szkiełek powstać różowe okulary.
- Zawsze byłem zdania, że temu światu potrzeba więcej optymizmu. – Oczy Albusa roziskrzyły się. – I miłości, rzecz jasna.
Snape zrobił minę, jakby właśnie przełykał jeżomątwę śliskoogoniastą, ewentualnie dowolny wypiek Luny Potter. Cała jego istota wzdrygnęła się i stanęła obok. Prawą dłonią wymacał w kieszeni pigułki z żubrzej sierści, które były jego najszybszym sposobem na brutalne odzyskanie kontaktu z rzeczywistością. Istniał tylko jeden mały problem. Nie śmiał ich wyjąć przy wścibskim dyrektorze.
- Cokolwiek byś nie rzekł, przyznaję ci całkowitą rację – powiedział wobec tego bezbarwnym głosem.
W tym kluczowym momencie drewniany tłuczek trzepnął w głowę kukiełkę uderzająco podobną do Jamesa Pottera, oznajmiając tym wdzięcznym sposobem, że przed drzwiami stoją goście. Uchroniło to przegrzany mózg Severusa od śmierci klinicznej wskutek natłoku apokaliptycznych wizji świata ogarniętego szałem pozytywnych uczuć.
- Oho, przeciwnicy przyszli! – ucieszył się Albus. Zaklaskał w dłonie i ryknął donośnym głosem - Prosimy! Prosimy!
Severus jakoś się nie zdziwił na widok osoby, która razem z Sergiuszkiem przestąpiła próg jego skromnego apartamentu.
To było do przewidzenia.
- Wyzwałeś mnie, Severusie Snape, i oto jestem – rzekł z namaszczeniem jego syn, prostując się na całą swoją, dość mierną, wysokość. Z jego postawy biła nieugięta duma, która u tak młodego człowieka wzbudzała raczej rozbawienie niż szacunek. – Mój lojal, Harry Potter.
Snape rozszerzył wargi w swym najszerszym, najstraszniejszym uśmiechu, zarezerwowanym jedynie na okazje spotkań po latach ze śmiertelnymi wrogami oraz partii Czarodziejskiego Gambita. Z satysfakcją dostrzegł, że coś w rodzaju nabożnego lęku błysnęło w oczach skrytych za grubymi szkłami okularów. Siać niepewność w sercach innych, oto co lubił najbardziej.
Wargi Sergiuszka zadrgały w wysiłku utrzymania powagi. Severus spojrzał na niego krzywo. Bezczelny Gryfon, psuł mu cały efekt. Odrze dzisiaj smarkacza ze wszystkich tajemnic.
Czarne, drwiące ślepia syna obiecywały mu dokładnie to samo.
- Witam mego przeciwnika i jego lojala. A oto mój lojal, Albus Dumbledore. - Skłonił się przesadnie nisko, na co pozostała trójka, nie mając wyboru, również odpowiedziała ukłonami. - Okręty już wypłynęły, wojska rozstawione, rycerze czekają na rozkazy, sępy czyhają na łatwy łup. Bitwa niebawem się rozpocznie. Pora zasiąść do gry.
- Pora zasiąść do gry – zawtórował mu Sergiusz. – Prowadź więc, Severusie Snape.
Było coś w prastarym rytuale Czarodziejskiego Gambita, co dziwnie dodawało Severusowi otuchy. Gdy grał, nieważne z jakim skutkiem, zawsze czuł, że jest dżentelmenem. Wtedy, bardziej niż zwykle, przynależał do tej śmietanki towarzyskiej, która składała się z najszlachetniejszych rodzin czystej krwi. Gdy grał, otwierały się przed nim domy, w których, ze względu na swe dziwactwa i nietowarzyskość, był personą non grata. Ludzie, do których szacunku bezwiednie tęsknił, prawili mu komplementy. Damy uśmiechały się zalotnie. Kadzili mu, łechtali jego męską próżność i wypełniali, choć na mgnienie chwili, tę duszną pustkę towarzyską, która towarzyszyła mu niemal od chwili narodzin. Nawet teraz miewał momenty, gdy tęsknił do tamtych rozgrywek, przesyconych dymem cygar, szeptami kobiet, smakiem najlepszej szkockiej whisky, zapachem chciwości i przyczajonej namiętności do hazardu. Może ci ludzie byli źli, przewrotni i niegodni zaufania, lecz należeli do jego świata. Świata z którego, jako mąż Hermiony, został wyklęty na zawsze.
Oczywiście, ONA tego nie rozumiała.
Wszyscy zajęli miejsca przy okrągłym stoliku, transmutowanym specjalnie na tę okazję ze stosu beznadziejnych wypracowań trzeciorocznych na temat eliksirów zmieniających barwę i teksturę przedmiotów. Stoliki do gry w końcu czasem ulegały zniszczeniu i Severus nie miał serca poświęcić żadnej ze swoich książek. Jego talia kart, rozdzielona na cztery różnej wysokości kupki, leżała już na blacie, strzelając z rzadka niebieskimi płomykami uwięzionej magii. Zdawało się, że dyszy z niecierpliwości.
Zaciekawiony Harry omiótł wzrokiem dla odmiany sprzątnięty salon Mistrza Eliksirów. Pośpiesznie upchnięte czasopisma wystawały z niedomkniętych szuflad. Encyklopedia Mugollika leżała na półce niealfabetycznie, w dodatku zaś niektóre jej tomy spróbowały się dopasować górą do dołu, przodem do tyłu, a nawet poziomo. Severus nie należał do ludzi, którym wychodziły zaklęcia porządkujące.
- Miłą grotę sobie urządziłeś, Snape. – Harry wyszczerzył zęby. – Ale co ja tu widzę? Skóra z jelenia? Jesteś niereformowalny.
- Stara rzecz – Severus nonszalancko wzruszył ramionami. – Ma ze trzydzieści dwa lata.
Gdyby Harry miał w sobie choć kroplę krwi bazyliszka, Czarodziejski Gambit zakończyłby się zanim na dobre zdążył się rozpocząć. Severus zmarszczył brwi w uprzejmym oburzeniu dżentelmena, gdyż nie wypadało zapytać: “Podskoczysz mi, Potter?”. Naprawdę nie wypadało, nie ważne jak bardzo jego Zły Snape go do tego podjudzał.
Tymczasem, Sergiuszek i Dumbledore równocześnie skinęli głową i każdy wraził łokieć w bok swego lojala.
- Albus! – ryknął Snape.
- Ahu! – wrzasnął Harry, spadając z krzesła.
- Skoro jesteśmy już wszyscy w bojowym nastroju, proponuję lecieć z tym koksem – rzekł chłodno Sergiuszek. – Tato? Zaczynaj.
Severus pochylił głowę, zacisnął z całej siły powieki i kilkoma energicznymi ruchami kciuków rozmasował sobie skronie. I co ja myślałem, zapytał sam siebie, kiedy decydowałem się na dziecko. Trzeba było najpierw iść do tej, poradni gene… gene… genealogicznej, tak jak radziła mi Hermiona. Zobaczyć, co z tego wyniknie. Tak, właśnie. Wtedy do końca życia używalibyśmy eliksirów antykoncepcyjnych.
Nagle poczuł, że ktoś świdruje go spojrzeniem i uniósł wzrok, napotykając na swej drodze błyszczące rozbawieniem oczy syna. Oboje równocześnie parsknęli śmiechem. Severus zamaskował swój zakłopotanym chrząknięciem.
- No, i na co się gapicie? – warknął na obu lojali. – Rozdajcie karty!
- Minus milion punktów dla Gryffindoru – wymamrotał nagle poirytowany Harry. Miał w nosie to, że Dumbledore obserwuje go uważnie. Czy nie miał prawa być odrobinkę zazdrosny? Super jest mieć chrześniaka, ale to nie to samo, co własny syn. Prawda? Co ty wygadujesz, zbeształ sam siebie. Masz kochającą żonę i dwie wspaniałe córki. Jesteś szczęśliwy.
Musiał przez niego przemawiać stres. W ostatnim tygodniu, podczas gdy urzędnicy byli zajęci restrukturyzacją Ministerstwa, przewalaniem ton papierów i jedynym, co naprawdę potrafili robić, czyli biurokracją, zniknęła jeszcze jedna osoba. Oczywiście, nie miało to żadnego związku z pozostałymi wypadkami. A jego wkurzający koledzy aurorzy zachowywali się tak, jakby mieli klapki na oczach i nie potrafili złożyć w do kupy nawet dwóch fragmentów układanki.
Niemal przegapił leżące przed nim na stole pięć kart.
- Potter, obudź się – upomniał go, dziwnie łagodnie, Snape. Bardziej niż wszystko, ten brak zwykłej, kąsającej ironii w słowach Mistrza Eliksirów sprawił, że Harry odpowiedział dumnym i wrogim spojrzeniem. Snape tylko popatrzył na sufit, jakby tam szukając natchnienia. – Wybieram Czarnoksiężnika.
Z pierwszej z leżących na stole kupek wylosował kartę, po czym, zerknąwszy na nią tylko, pokazał ją ogółowi. Zwalisty, rudobrody mężczyzna w srebrnej zbroi dzierżył w dłoni białą różdżkę nekromanty. Zza niego wychylało się kilka bardzo paskudnych istot. Napis na karcie głosił „Lord Dagobert”.
- To ja – rzekł krótko Severus i odłożył kartę na ostatni, najwyższy stos.
Kolejny był Dumbledore. Wszystkie oznaki zaniepokojenia znikły już z jego pooranej zmarszczkami twarzy i teraz uśmiechał się lekko.
- Przecież mnie znacie, chłopcy. Mag, oczywiście.
Albus z kupki magów wylosował Merlina, co nikogo specjalnie nie zdziwiło. Gdy odłożył swoją kartę, spojrzenia wszystkich skierowały się na najmłodszego uczestnika, który bezradnie gapił się w swoje karty. Miał nie lada dylemat, gdyż wynikało z nich, że mógł w obecnej chwili równie dobrze grać czarną, jak i białą magią. Musiał więc zadecydować na podstawie układu sił, co było tym trudniejsze, że nie wiedział, jaki kurs obierze jego lojal. Zerknął na Harry’ego, który miał teraz spokojny, skupiony wyraz twarzy.
- Czarnoksiężnik
Z niejakim rozbawieniem spostrzegł, że ojciec wyglądał na zadowolonego, gdy podsuwał mu karty Czarnoksiężników. „Lubię trudne rozgrywki”, powiedział zaledwie tydzień temu, z tym dziwnym błyskiem w oku, który ludzie często uważali za niebezpieczny, a który był jedynie oznaką grzesznego uwielbienia, jakim Severus darzył hazard. Sergiuszek wylosował swoją postać i przyjrzał się jej z zaciekawieniem graniczącym z fascynacją. Drugi raz w życiu trzymał w ręku prawdziwe karty do Czarodziejskiego Gambita. Do nauki ojciec używał talii ćwiczebnej, na której, zamiast pięknych, ręcznie wykonanych, bogato zdobionych i nasączonych żywą magią miniatur, widniały symboliczne obrazki.
Czarnowłosy mężczyzna o rysach zdradzających azjatyckie pochodzenie i oliwkowej cerze patrzył na niego tak, jak patrzy się na wyjątkowo interesujący okaz magicznego stwora. Był ubrany w szatę koloru krwi, zaś w smukłych palcach trzymał cienką jak gałązka wierzby, białą różdżkę, która, odkąd ród tego człowieka w tajemniczych okolicznościach zniknął z powierzchni Ziemi, była, prócz kamienia filozoficznego, najbardziej poszukiwanym magicznym artefaktem. Napis na karcie głosił „Lord Greneus ‘Grindelwald’ Van Helsing”.
- Patrzcie państwo, stary Gren. A sądziłem, że już nigdy nie ujrzę drania – rzekł Dumbledore, sentymentalnie przeciągając sylaby. – Niech będzie przeklęty, on i cały jego parszywy ród. Twoja kolej, Harry.
- Mag – zadecydował Harry, dokładnie jak to przewidział młody Snape. Wylosował Godryka Gryffindora.
- No, panowie, czeka nas pasjonująca rozgrywka – zauważył pogodnie Albus, dołączając resztę kart postaci do głównej kupki i tasując ją dokładnie. Oddzielnie pozostawił jeszcze tylko pięć kart. – Losujcie Miejsca.

**

Tap. Tap. Tap.
A ja się nie ugnę, pomyślała sennie Sareczka. Ani się nie załamię. Ja się wyślizgnę. Bo jestem taki śliski, oślizgły Ślizgon. Śliski, śliskiego, śliskiemu… O-brzyd-li-wy.
Tap. Tap. Tap.
Otworzyła jedno oko. No tak. To prawie nieprzyzwoite, by „Tysiąc magicznych ziół i grzybów” było taką wygodną poduszką. Strużka śliny pociekła na sześćdziesiąt dwa sposoby pożytecznego wykorzystania plechy niezróbki ciemnicowej. Fuj. Wytarła ją szybko rękawem szaty, spoglądając dookoła w panice, czy ktoś nie zauważył. Nie ma strachu. Lidia, jedyna obecna w dormitorium osoba, z pełnym poświęceniem malowała sobie paznokcie trzema odcieniami zielonego lakieru. Głupia. Jak profesor Snape zobaczy, to każe jej szorować przypalone kociołki. Bez użycia magii i skrobaczki.
Tap. Tap. Tap.
Co to? Kto tam?
- Proszę wejść.
- Snape? – Lidia zachichotała głupawo. – To tylko twój osobisty pochłaniacz zużytych eliksirów. Siedzi pod łóżkiem i coś obgryza.
- Hm?
Tap. Tap. Tap.
Nagle przypomniała sobie to, o czym zapomniała, choć naprawdę nie powinna.
Zerwała się z łóżka, z obłędem w oczach. Dzikim skokiem wylądowała na czterech kończynach na podłodze i na oślep sięgnęła rozcapierzonymi palcami pod zieloną plisowaną narzutę.
- Makiaweeeel! Tylko nie moje…!
Nie dokończyła. Jej zwierzak, przestraszony paniką w głosie właścicielki, wyprysnął spod łóżka tak, jakby palił mu się ogon. Czarna błyskawica dotarła do najdalszego rogu dormitorium, po czym gwałtownie zawróciła i zatrzymała się na środku dywanu, trofeum w pyszczku. To tylko ten głupi długopis, pomyślała Sara z niebotyczną ulgą. Z jękiem i kompletnym brakiem gracji zwaliła się z powrotem na wyro.
- Umieram - oświadczyła.
Długopis wypadł z pyszczka kota i potoczył się kawałek po podłodze. Makiawel zaś, jakby nigdy nic, przysiadł, zaczynając kocią toaletę.
Tap. Tap. Tap.
- Sara – wyszeptała Lidia, znieruchomiała z zasychającym pędzelkiem w prawej dłoni, jej głos drgający na granicy napięcia i lęku. – Toto coś tak robi? Czy to normalne? Powiedz, że to nie Weasleyów, bo zawołam profesora.
- Yyhm… - Sareczka wcale nie była taka pewna odpowiedzi. Z tego, co wiedziała, mugolskie długopisy miały czasem różne dziwne właściwości. Jej mama posiadała kilka brzęczących, świecących i wibrujących wersji, które były spadkiem po jej rodzicach, obsypywanych regularnie przez firmy farmaceutyczne tego rodzaju gadżetami. Lecz toto chyba było magiczne. A, jeśli szło o magiczne obiekty, jej rodzice wpoili jej jedną, bardzo ważną regułę: nie dotykać bez potrzeby.
- U Mugoli normalne – wyznała w końcu. – Ale obawiam się, że to należało do czarodzieja. I nie mam zielonego, co to jest. I nie mam ochoty tego sprawdzać.
- To skąd to wytrzasnęłaś?
- Makiawel wytrzasnął – poprawiła ją Sara.
Tap. Tap. Tap.
- Ja tego nie dotknę! – pisnęła Lidia.
- To niech sobie leży. Dobrze mu tam.
- Co? A jak to nas otruje? Albo zmieni w zielone, krwiożercze wiewiórki, które zniszczą Hogwart? A jeśli to wysyła impulsy, które postarzą nas o trzy tysiące lat? Albo wyskoczą nam krosty?
Sara uniosła się na łokciach i zlustrowała Lidię spojrzeniem zawodowej kosmetyczki.
- Masz jedną na nosie.
- Bardzo śmieszne! - wrzasnęła Malfoy, w świętym oburzeniu wymachując dłonią uzbrojoną w pędzelek. - Idę po opiekuna!
- Spokojnie, Liduś, nie bądź taki delikates. – Sareczka uśmiechnęła się sardonicznie. – Skoro nie zaszkodziło kotu, to może i ja przeżyję. Trzymaj za mnie kciuki.
Obwinęła dłoń szatą i, ku zgrozie jej współlokatorki, zaakcentowanej przyciśnięciem zwiniętych piąstek do ust, sięgnęła po dziwny długopis. Był dziwnie ciepły i z każdym kolejnym „Tap” drgał lekko. Przysiadła na łóżku i obejrzała go dookoła. Wyglądał bardzo zwyczajnie. Zajrzała nawet w dziurkę, w głębi której był ukryty wkład. Nacisnęła długopis, spodziewając się usłyszeć znajome kliknięcie.
Błysnęło czerwone światło.

Znajdowała się w ciemnym, wysokim pomieszczeniu, nieco przypominającym celę. Było jej duszno, nie wiedziała, czy z braku powietrza, czy z powodu jakiegoś pierwotnego, strasznego strachu, który aż skręcał jej trzewia. Była przywiązana do twardego, drewnianego krzesła, oplątana metrami lin, jak mumia. Słyszała własny, chrapliwy oddech.
- W porządku, Abraham. Zobaczymy, ile tego chłamu możemy ci zabrać.
Ten mężczyzna, mężczyzna który to powiedział, przyglądał się jej uważnie. Oceniał ją. Była tego pewna, mimo, że jego twarz, skryta pod czarną maską, była niewidoczna. Na wysokości jej wzroku zamigotał, trzymany w dłoni mężczyzny, dobrze jej znany długopis. Nie mogła odwrócić głowy. Nie mogła zamknąć oczu.
- Nie… Nie… - wychrypiała, jej głos szorstki od nie używania.
- Powinieneś być dumny, Abrahamie. Uczestniczysz w końcu w eksperymencie, który zmieni czarodziejski świat.
Oślepiło ją czerwone światło.
Wrzasnęła. Mrożący krew w żyłach krzyk wydawał się jej tylko jakimś odległym echem…


Mrugnęła.
- Sara! O Merlinie! Sara! Żyjesz? Zawołam Pomfrey!
- Nie, wszystko w porządku.
Lidia popatrzyła ze zgrozą na swoją koleżankę. NA PEWNO wszystko nie było w porządku. Nie w porządku było to, że Sara, po spojrzeniu na długopis znieruchomiała jak spetryfikowana, jej źrenice szerokie i czarne. Ani to, że teraz, gdy już zaczęła reagować na spanikowany głos Lidii, zdawała się być jakaś nieobecna myślami i zachmurzona.
- Do jasnej cholery, Lidka. – I ten bezbarwny głos. Tak, jakby siłą woli starała się nie wpaść w histerię. – Dawaj wszystkie Proroki z ostatniego miesiąca. Leżą pod łóżkiem Patil. Tylko szybko, bo będę wrzeszczeć.
Młoda Malfoy bez szemrania spełniła polecenie, co jakiś czas oglądając się ze strachem na milczącą współlokatorkę. Knykcie Sary aż pobielały od ściskania z całej siły dziwnego długopisu. Jakby się bała, że jej go zabiorą. Albo wyparuje. Albo wyfrunie przez okno.
Z głuchym “Uff!” Malfoy cisnęła na podłogę spory stos gazet, w którym magiczne żurnale mieszały się bezładnie z dziennikami. Młoda Snape podskoczyła do nich i chwyciła pierwszy z brzegu by, przerzuciwszy kilka stron, odrzucić go na bok. Powtórzyła to z kilkunastoma innymi numerami. Gdy Lidia właśnie zaczęła dochodzić do wniosku, że jej koleżanka chyba nie wie czego szuka, Sara wydała tryumfalny okrzyk i pokazała Malfoy palcem skromny artykulik.

“ABRAHAM PITTNUT ZAGINĄŁ. ŻONA PROSI WSZYSTKICH, KTÓRZY MOGLI WIDZIEĆ JEJ MĘŻA, O INFORMACJE.

“Po prostu wyszedł trzy dni temu z domu i do tej pory nie wrócił.” skarży się jego żona, osiemdziesięciosześcioletnia Petronella Pittnut.”Nie, żeby to mu się czasami nie zdarzało. Lubił wypić. Ale do tej pory zawsze można go było znaleźć w lokalnym klubie. Teraz zaś przepadł bez wieści. A jego koledzy od butelki także go nie widzieli.”
Abraham Pittnut, lat dziewięćdziesiąt dwa, jest emerytowanym czarodziejem mieszkającym w Edynburgu. Ktokolwiek widział wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę o wyglądzie jak na zdjęciu poniżej, proszony jest kontakt z Biurem Osób Zaginionych Ministerstwa Magii.”


- I? - zapytała niecierpliwie Lidka.
- I ten człowiek nie żyje.
- Co? Jak?!
- Został zamordowany. W straszny sposób.
- Nie rozumiem.
Oczy Sary wpatrywały się nieruchomo w jakiś nieistniejący punkt, poza ścianami dormitorium, może nawet poza ścianami tej rzeczywistości. Gazeta wysunęła się z jej bezwładnej dłoni. Lidię przeszył dreszcz i nagle rozbudzony instynkt kazał jej się odsunąć od swojej koleżanki. Zrobiła to.
- Wyobraź sobie... że jesteś butelką z piwem kremowym. Nagle ktoś otwiera cię, wciska ci słomkę do gardła i wysysa cię po troszeczku, aż nie zostanie w tobie ani kropli płynu. A butelkę wywala na śmietnik.
Sara nabrała powietrza.
- To zrobiono temu człowiekowi.
Lidia gapiła się na nią z przerażeniem w błękitnych oczach.
- Wyssano mu wnętrzności?
Sara jęknęła boleśnie i schwyciła się za głowę.
- Nie! Nie! To inaczej! Nie wiem jak ci to wyjaśnić! Wiesz co to układanka? Puzzle? Takie małe kawałeczki, które łączą się z sobą, tworząc całość?
- Nie jestem kretynką!
- To wyobraź sobie, że twój umysł, ego, cokolwiek by to nie było, jest zrobiony z takich kawałeczków, poskładanych w całość. Ta całość to ty. No i ktoś nagle wyrywa z niej pewne kawałeczki, wyrywa ich coraz więcej i więcej, aż reszta rozsypuje się bezładnie. Puff! Nie ma cię.
- Jak dementor? Zabiera ci duszę?
- Noo... Mniej więcej. Tylko to trwa znacznie dłużej. A ten ktoś może zabrać całkiem mało kawałeczków, nawet tylko jeden. Ale to już nie będziesz zupełnie ty. Bo jak już raz otworzysz taką butelkę, to wszystko w niej zaczyna się psuć. Fermentować.
- Nie jestem pewna czy chcę to wiedzieć - wyznała szeptem Lidia. - Ale jak ty...?
- Przez chwilę byłam w głowie tego faceta. Nie gap się tak na mnie, nie byłam TYM facetem, nie czułam nic z tego, co on czuł. Jakbym czuła, to już chyba byłabym w drodze do Munga. - Sara uśmiechnęła się uśmiechem, który nie sięgnął jej nieruchomych oczu. - Ale widziałam wszystkie jego myśli, zupełnie jakbym używała legilimencji. A on pamiętał jak wyrwano mu pierwszy kawałek, parę dni temu, i wszystko zaczęło się walić. A on nie był w stanie tego zatrzymać. Zaś w tamtej chwili, przyszedł do niego ten mężczyzna i postanowił go zabić do końca.
- Sara... Nie strasz mnie...
Stalowe spojrzenie panny Snape przyszpiliło Lidię jak bezradnego motyla. Na twarzy Sary widniała jakaś straszna determinacja, której Malfoy tym bardziej się lękała, że jej nie rozumiała. Nie mogła w końcu widzieć Severusa Snape'a, gdy w chwilę po śmierci Remusa Lupina uniósł różdżkę i z kamiennym spokojem zaszlachtował trzech śmierciożerców.
- Tak, bój się lepiej, Liduś, bo w Anglii grasują jakieś potwory. Są poza murami tego zamku, choć mogą być już i w środku. Duchy Hogwartu trzęsą się przed nimi jak worki ektoplazmatycznej galarety, którymi w końcu są. Może nawet znam imiona niektórych z nich. Możliwe, że polują na ludzi, który kiedyś pracowali dla Voldemorta. To w każdym razie robił ten facet, Abraham Pittnut, a także Credley i możliwe, że inne ofiary także. Co wiem na pewno, to, że wymyślili bardzo skuteczny i łatwy sposób na powolne zabijanie.
Lidia rozejrzała się niespokojnie dookoła. Makiawel miał ten spokojny, pobłażliwy wyraz pyszczka, który świadczył, że uważa się za istotę inteligentniejszą od każdego dowolnego człowieka.
- Sara... Ty mówisz to na poważnie?
- Tak, Liduś. Cholernie poważnie. Zobaczysz sama. Ludzie będą znikali. Potem pojawiali się z powrotem. A potem umierali.
- Ojej!
- Przynajmniej, dopóki ich nie powstrzymamy.
- MY? Sara, ty zwariowałaś! Idę powiedzieć profesorowi...
- Zabraniam ci mieszać do tego mojej rodziny! - wrzasnęła nagle Sareczka, podrywając się z miejsca i górując nad Lidią niczym wściekła bogini wojny. - Czy ty nie pojmujesz, że on nic nie rozumie? Nikt nic nie rozumie!
- Ale ON także może oberwać! - odszczeknęła jej Lidia.
Sara zbladła tak okropnie, że Malfoy pomyślała, że za chwilę zemdleje.
- O, nie - odparła córka Severusa. Jej twarzyczka wykrzywiła się w wyrazie dzikiej, pierwotnej nienawiści. - Na to nie pozwolę. Zabiję tego potwora.
W tym momencie jakby przypomniała sobie o przedmiocie trzymanym w kurczowo zaciśniętej pięści. Rozwarła ją powoli i przyglądała się przez chwilę długopisowi leżącemu na jej dłoni. Delikatnie dotknęła go palcem drugiej ręki.
- Jego własną bronią.

**

- Twoja runda, synu. Gdzie nas zapraszasz na piknik?
Sergiusz przyjrzał się z bliska swej karcie, tak, jakby nie umiał do końca odczytać jej znaczenia. W zalanym blaskiem świec pokoju leciutko przyspieszone oddechy zebranych zlewały się w ciepłą chmurę oczekiwania. Oczy Sergiuszka, raz po raz błyskające złotawą czernią spod gęstych rzęs, chciwie łowiły każdy szczegół. Smukłe dłonie dyrektora spokojnie obejmowały karty. Harry, odrobinę nieobecny, zmarszczył brwi pod wpływem niepokojących go myśli. Skrzydełka nosa ojca drgały lekko, on też węszył nastroje innych.
Karta z lekkim pacnięciem uderzyła o stolik. Była dziwna i trochę za ciemna.
- Do Wieży czarnoksiężnika. Weźcie jabłka do pieczenia i gorącą herbatę, a nie zapomnijcie o poczęstunku dla misia. Widoki mamy tu piękne, tym piękniejsze że funduszy na szyby zabrakło i wietrzyk przyjemnie chłodzi rozpalone twarze. Tylko uważajcie na ten wietrzyk, w oknach nie ma zabezpieczeń, a troszkę tu wysoko. Możemy też się pochwalić wyjątkowo udanymi gargulcami, które są dziś wyjątkowo grzeczne. Prawda, Gryziołku? Prawda, Bebeszku?
Płomyki magii wystrzeliły z karty i zawirowały szaleńczo naokoło stolika. Skręciły powietrze tak mocno, aż pękło z trzaskiem. Zawył wiatr i nagle zaczęło pachnieć słońcem i wiosną. Światło zmieniło kolor, rozlewając po kamiennej posadzce słoneczne promienie i kreśląc oślepiające kontury wokół graczy. Do komnaty, okrągłej, wykonanej z olbrzymich bloków czarnego granitu, przez szerokie otwory okienne wtargnął orzeźwiający chłód górskiego powietrza. Dookoła nich, w wielkich rzeźbionych misach płonęły ognie.
- Bebeszku? Tylko nie mów mi, że ściągnąłeś tutaj jamnika twojej babci - odezwał się Severus.
- Ale tato...
- Synu, bo ujrzysz granice mojej cierpliwości.
- Czy one są takie długie i czarne i bulgoczą, jak się na nie nadepnie? Bo wlazłem w nie trzy tygodnie temu. Nie chciały się odkleić od butów.
- Severusie! - wykrzyknął Albus w świętym oburzeniu. - Jeśli jeszcze raz granice twej cierpliwości bez mojej wiedzy rozlezą się po zamku, to powiem Filchowi czyja to wina!
- Hej, czuby! Wczulibyście się w atmosferę gry, co? - przywołał ich do porządku Harry.
- Nie moja wina, że mnie tu rozpraszają - odciął się Sergiuszek.
- Pamiętam tę wieżę - rzekł Dumbledore z sentymentalnym błyskiem w oku. - Oczywiście, w nieco innej wersji. Ciebie, Severusie, nie było nawet jeszcze w planach...
- O Merlinie... - jęknął Snape z głębi duszy, chowając się za kartami.
- Zaś twoja babcia...
- Albusie, nie kończ!
- Puściła się z Grindelwaldem? - rzucił śmiałe przypuszczenie Sergiuszek.
- NIE!
Albus odchrząknął.
- Panowie, trochę powagi. - Tu przerwało mu parsknięcie ze strony gdzie, z nosem w kartach, siedział jego lojal. - Atakuj twierdzę czarnoksiężnika, Severusie.
- Z perwersyjną przyjemnością.
Snape położył na stole trzy karty i otaczająca ich iluzja zadrgała lekko.
- Dwaj Rycerze niosą ci, Czarny Panie, Przekleństwo, które rozkruszy mury twej twierdzy. Oto mój Kielich.
- Oho, wypełzły Hordy Ciemności Severusa - wyszeptał Harry do Sergiuszka.
Karty miękko uniosły się i opadły. Wewnątrz figury, którą tworzyły, powstała jakaś dziwna pustka, coś w rodzaju miniaturowej czarnej dziury. Rycerze w barwnych zbrojach unieśli miecze, ich pergaminowe twarze wrogie i nieprzystępne.
Albus odchrząknął, poprawił okulary i bez pośpiechu ułożył obok figury swego lojala cztery karty. Tworzyły Kociołek - magiczny kwadrat.
- Król dzierży Berło przeciwko swoim wrogom. Strzeż się, czarnoksiężniku.
- Król, który sprzymierzył się z taką kanalią jak Lord Dagobert? - zadrwił Harry. - Cóż to za król? Oj, Albusie.
- Potter, w jakim ty świecie żyjesz? Uważaj, Potter, Jabberwock się zbliża!
- I co ja bym zrobił, Snape, bez ciebie, który codziennie przypominasz mi gdzie mogę sobie wsadzić moje gryfońskie ideały? - Harry wyszczerzył zęby w bezczelnym uśmiechu.
Zupełnie się nie obraził, pomyślał Sergiuszek. Nic a nic. Cały wujek.
- Jeśli mogę kontynuować - przypomniał się łagodnie dyrektor. - Za królem pędzi Rycerz z Zaklęciem Siły. Nie obronisz swojej zaplutej wieży, Greneusie!
- Ale dyrektor przykozaczył! - ucieszył się Sergiuszek.
Cząstką umysłu, która nie była w tej chwili przepełniona dumą z pełnego rozmaitych uczuć milczenia, jakie jego kwestia wywołała w starszych pokoleniowo istotach, Sergiusz przeanalizował ruchy przeciwnika. Nie był to jakiś szczególnie udany atak. Figura Dumbledore'a, owszem, była dosyć silna - Kociołki zyskiwały zwykle na różnorodności, a dodatkowo Dumbledore wstawił do niej bardzo potężny Przedmiot. Bardziej zdziwiło go zagranie ojca. Nie dość, że zastosował Kielich, figurę czysto defensywną, to jeszcze umieścił w niej ofensywne Przekleństwo. Tak, jakby chciał uderzyć, ale tylko po to, by zadrasnąć przeciwnika. Ewentualnie tak bardzo lękał się sytuacji, w której jego magia zadziałałaby przeciwko magii Dumbledore'a. Dziwne. Nie mógł być to przecież błąd taktyczny, ojciec był zbyt doświadczony na takie idiotyczne pomyłki.
- No, chłopcy? Brońcie się!
- Waszym nędznym zapędom na moją dziedzinę przeciwstawiam moją armię, prowadzoną przez moją własną osobę! - wrzasnął w bojowym zapale Sergiuszek, z zamachem ciskając pięć kart na blat. - Niech ten Pentakl was pochłonie, wy barbarzyńcy, szuwary piekielne, drylowane skrzela szczeżui dodawane w odstępach pięciosekundowych! Trzech Rycerzy niesie Tarczę Niezgody, a Lord Grindelwald śmieje się wam w twarz!
Przekleństwo otoczyło figurę czerwoną poświatą i magia zawirowała jak szalona, rozwiewając graczom włosy i trzaskając iskrami wyładowań. Bezkrwiste wargi Grindelwalda drgnęły, na chwilę odsłaniając zęby, nieprzyzwoicie białe i ostre jak na, bądź co bądź, człowieka.
- Diask - mruknął dumny i blady, choć oczywiście nie dający tego po sobie poznać, Severus. - Moja własna, czarna krew.
- Nieźle, Sergiusz - pochwalił go Harry. - Pozwól więc, że dorzucę ci skromną Różdżkę do pomocy. Niech Centaur pokrzyżuje wam gwiezdne ścieżki, a Zaklęcie Wiecznego Snu uśpi waszą czujność.
Dwie karty zalśniły słabym, eterycznym światłem, które zdawało się sączyć powoli po stole i przenikać inne figury.
- No cóż, panowie. Sytuacja jest, niewątpliwie, ciekawa - podsumował Albus. - Kładziemy Piątą Figurę. Dobierzcie karty z kupki i rozpocznijmy drugą rundę. Pamiętajcie: maksimum trzy karty. Teraz kolej na mnie. - Albus skubnął brodę, przeglądając swoje karty. - Mag rozpoczyna figurę. A to jego Zaklęcie... Niewiadoma. Niech lojal zadecyduje o jego kształcie.
Severus niemal niedostrzegalnie skinął głową, że przyjmuje na siebie odpowiedzialność za wynik rozgrywki.
- Goblin skrył się skromnie w kąciku - powiedział Harry, dokładając kolejne dwie karty. - Trzyma w ręku Sznur. Nie lekceważcie go, gobliny to złośliwe bestie.
Cztery punkty nasze, przeciwko ich obcemu Magowi i zaklęciu, które nie robi nic, pomyślał Sergiuszek. Nasza wygrana jest niemal pewna, więc dlaczego zżera mnie niepewność, kiedy tata spogląda na Piątą Figurę takim drapieżnym wzrokiem?
- Proszę państwa, to jest Rycerzyk - Severus dołożył jeszcze jedną kartę do tworzącej się figury. - Biedak rwał się do walki, więc żal zostawić go w dłoni. A oto karta, która nada kształt twojemu zaklęciu, lojalu. Kończę Krzyż.
Czarne oczy Losu wyzierające na nich z karty przypominały dwa zwierciadła w ciemnym pokoju. Wszyscy wstrzymali oddech. Fatum na stole oznaczało koniec rozgrywki.
- Twoje zaklęcie, Magu, niesie... śmierć.
I wtedy zaczęło się. Gracze, bierni świadkowie toczącej się wokół nic bitwy, ujrzeli zaklęcia, które nie miały prawa zniszczyć grubych murów twierdzy, kruszące je w kawałki. Grindewald padł martwy, gdy berło Króla roztrzaskało mu głowę. Goblin jęczał, przepołowiony mieczem jakiegoś rycerzyka. Mag zdzielił laską w łeb centaura który, kwicząc, wyskoczył przez okno. Tak, to wszystko nie miało prawa się zdarzyć, lecz na samym środku stał Los, przyglądając się wszystkiemu obojętnie. A Los był po stronie atakujących.
Gdy iluzja ostatecznie rozsypała się wokół nich, wszyscy siedzieli przez chwilę, znów w ciepłym salonie, pogrążeni w uroczystej ciszy. Sergiuszek przygryzał dolną wargę, strapiony. Jego postać była martwa. Źle. Bardzo źle. Jego przekleństwa stracą na sile.
- Panowie - rzekł uroczyście Severus. - Wieża czarnoksiężnika padła. Zwyciężyliśmy.

**

Lily była Lily i każdy mieszkaniec zamku zdążył się już do tego przyzwyczaić. Lubiła robić dziwne rzeczy, jak wyplatanie drucików czy karmienie pajęczych rezydentów Hogwartu muszymi oczami, które, co przecież każdy pierwszak wiedział, służyły jedynie do obrzydliwych eliksirów profesora Snape'a. Lubiła śpiewać dziwne piosenki i czasami znajdowano ją o dziwnych porach dnia i nocy w dziwnych miejscach. Lily nosiła włosy związane różową wstążką i nikogo to nie gorszyło.
Lily pisała na niebieskim pergaminie.
Lily określała pogodę na następny tydzień na podstawie ciężaru grudki ziemi.
Lily szukała życia pozaziemskiego w koszu na papiery.
Lily zakładała nad łóżkiem pułapki na wgnębitryski.
Lily nie jadała pomidorów, bo były zbyt czerwone.
Lily mówiła, że woda z kranu jest w kropki.
Lily latała na miotle tyłem do przodu, twierdząc, że to właściwe.
Lily chciała mieć trójgłowego psa.
Lily rozmnażała w swoim kufrze cynamonową odmianę burdalotków.
Lily była, tak między nami mówiąc, odrobinkę stuknięta.
Ale nikt, nawet nauczyciele, nie był w stanie dostrzec, że Lily posiada także logiczny umysł. No, może z wyjątkiem Sergiuszka, który oswajał się z tą prawdą tak powoli i niechętnie jak pegaz z siodłem. Dziewczynka czuła z tego powodu trochę żalu do świata w ogóle, .a do swych gryfońskich przyjaciół w szczególności. W końcu sam fakt, że traktowała rzeczywistość jak gumę do skakania jeszcze o niczym nie świadczył. Miała dobre wyniki w nauce i znała poprawne odpowiedzi na każde pytanie. Nawet jeśli, zafascynowana sposobem w jaki jej twarz odbija się w łyżce, nie zawsze słyszała samo pytanie.
Dziś miała misję. Misję tak doniosłą, że z całą pewnością musiała zaważyć na przyszłości Ziemi.
Podążała tropem Pana Berry'ego.
Gdy spotkała go na korytarzu, doznała nagle olśnienia. Przecież kocur koniecznie chciał jej coś pokazać! Tak wymownie marszczył pyszczek, parskał, prychał i jeżył sierść nawet bardziej niż zwykle, tak błagalnie patrzyło jego oko, że Lily aż spytała się, o co mu chodzi. W odpowiedzi zatoczył się, zesztywniał, transmutował w fajansowy dzbanek do kawy, zmienił z powrotem w kota i wydawszy z siebie rozdzierający wrzask pognał korytarzem. Lily rzuciła się w pościg, rozumując, że skoro nie dbał nawet o to, by nie ujawniać ludziom swych zdolności magicznych, musi być bardzo wzburzony. Zajęta swą misją, nie zauważyła, że jej torba z książkami pozostała tam, gdzie dziewczynka przyklękła by pocieszyć biedne zwierzę. Trzech drugorocznych Krukonów miało tego wieczora interesujące zajęcie.
Przebiegła obok sali Zaklęć, przeskoczyła przez Flitwicka, który właśnie pochylił się chcąc zbadać właściwości dziwacznej plamy zieleniejącej się na podłodze, potrąciła kilku uczniów, który nie dość szybko przywarli do ścian, przejechała stylem dowolnym podeszwowym po rozwalonych na posadzce żabich śledzionach, zahaczyła o zbroję i pomknęła dalej, nie zwróciwszy uwagi, że z jej wnętrza zaczął się wydobywać fiołkowy, duszący dym. Na poziomie trzeciego piętra zgubiła Pana Berry'ego i stała chwilę, zdyszana i spłoniona, wołając go po imieniu. Nie zjawił się, oczywiście. Ale dziewczynka w tym czasie dostrzegła obdrapane drzwi do od dawna nieużywanej klasy, które, zwykle zamknięte, teraz stały lekko uchylone.
Otworzyła je.
Ułamek sekundy później przez jej głowę przeleciała myśl, że może powinna uciec ze stosownym do sytuacji piskiem, ale ponieważ od myśli kręciło ją w nosie, wytrząsnęła ją sobie energicznie z mózgu. Na przekór stereotypowi bohaterki, nie padła też zemdlona od progu. Zamiast tego wygrzebała z rękawa różdżkę i, trzymając ją nad głową, drobnymi, ostrożnymi kroczkami zaczęła okrążać Zjawisko. Nie zauważyła przy tym, że różdżka była w gruncie rzeczy świeczką wotywną, którą rano przez pomyłkę wsunęła do rękawa zamiast różdżki. Ale kto by zwracał uwagę na takie mało istotne szczegóły.
Już po jednym okrążeniu przekonała się, że Zjawisko, na całe szczęście, nie było wisielcem. Zdumiewająco przypominało za to Irytka, ducha o ogólnej przydatności spluwaczki, który zwisał w powietrzu w cieszącej oczy, znieruchomiałej pozie. Choć zdawał się być zbyt szary i solidny jak na ducha, na twarzy miał wciąż ten sam uśmiech zapitego klauna. Zza ucha sterczał mu zwinięty kawałek Proroka Codziennego.
- Nie bój się, już ci nie dokuczy - rzekł mężczyzna widniejący na jednym z dwóch wiszących w pokoju portretów. Był to szczupły czarodziej w zielonym cylindrze i pasiastej marynarce, na której złocił się Order Merlina Pierwszej Klasy. Był uzbrojony w parę chytrych oczek, które nieprzyjemnie kontrastowały z jego dobroduszną miną. - Uziemili go, bo za dużo kłapał zawiasami.
- Naprawdę? Ale kto mu to zrobił?
- Ha! Ha! Ha! Zawodowi duchspece. Pierwsza klasa specjaliści od niepokornego tałatajstwa! Oczywiście, to wszystko ściśle tajne.
- Ale kto?
Lily zmarszczyła brwi. Sytuacja nawet jej wydawała się dziwaczna.
- Czy masz specjalny kod tajności E Es Dwieście Czterdzieści Dwa? Nie? Tak też i myślałem. Moja odpowiedź brzmi więc: Nie mogę ci udzielić odpowiedzi. Idź się dalej uczyć zaklęć, moje dziecko.
- Yyy... A co ma za uchem?
- O Merlinie. Ta dzisiejsza młodzież. Przynieś, odnieś, pozamiataj. Intelektualne kaleki, nic tylko intelektualne kaleki! I co tak na mnie wybałuszasz oczy? Weź to i się dowiedz, prawda?
- Nie podoba mi się pana ton.
- Zasłużyłem sobie na niego ciężką pracą i owocnym życiem. No i jak? Długo tak będziesz sterczeć?
- Nie, proszę pana.
Lily schwyciła kawałek gazety. Rozwinęła go ostrożnie i obejrzała z obu stron.
- To wyniki ligi Quidditcha.
- Ha! No proszę! Nie dość, że nicpoń i nierób, to jeszcze hazard uprawia! To ujma dla hogwarckiego ducha!
Lily nie wspomniała jednak, że wyniki nie były aktualne. Prawdę powiedziawszy, to miały ponad miesiąc. Zaś na odwrotnej stronie napisane było odręcznie jedno słowo: “Alkazam”. Dziewczynka wsunęła dyskretnie wycinek do kieszeni. Sergiuszek na pewno się zainteresuje.
- Ale proszę pana, przecież hazard jest domeną arystokratów - zacytowała. Obraz na te słowa dostał olejnych wypieków.
- Hazard, tak, ale szlachetny hazard, nie taki, powiedzmy, hazard ławkowy, hazard-tfu!-sportowy! Hazard szlachetny to dżentelmeni stawiający fortuny na wynik pojedynku, czy zastawiający się, by zagrać w Czarodziejskiego Gambita. Oto hazard, co się zowie! Karoce, damy, szlachetne trunki, dworska wymowa. To rozumiem. Lecz nie latanie za piłką i dostawanie tłuczkiem w łeb! Ten łajdak jeszcze sobie tutaj posiedzi, nauczę go ja, co to jest prawdziwy hazard!
- Kłapał zawiasami?
- Nie, nie chodzi mi o tych cholernych Strażników Umys... Ekhe ekhe! Dziecino, czy ty nie masz naprawdę nic lepszego do roboty? Choćby TERAZ? Ja, na ten przykład, mam.
Z tymi słowy gadający portret pośpiesznie opustoszał.
Lily przekrzywiła komicznie głowę, jakby chciała się przekonać, czy, gdy spojrzy pod innym kątem, nie zobaczy jej rozmówcy skrytego gdzieś w narożniku. Po chwili, gdy nic się nie wydarzyło, obróciła się na pięcie i, podśpiewując cicho, wyszła.
Musiała naradzić się z Sergiuszkiem.

**

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 26.09.08, 07:57

- Witajcie na Okręcie Lorda Dagoberta - Cichy, śpiewny głos Severusa przeniósł całą czwórkę na wypolerowane deski pokładu, pośród łagodnie rozkołysanego morza. - Ma kształt mewy o korpusie z najprzedniejszej magicznej olchy i skrzydłach z gwiezdnego pyłu zbieranego w bezchmurne noce. Ciągną go dwa smukłe Lewiatany, smoki z głębin. Czy aby na pewno wiecie, na co się porywacie? Gdzieś w oddali grzmi burza, to jedna ze sług Czarnoksiężnika.
- Zawsze mówiłem, Severusie, że jesteś ukrytym romantykiem - zażartował dobrodusznie Dumbledore.
Snape posłał mu wąski uśmiech.
- Muszę odrzeć cię ze złudzeń, dyrektorze. Lecz, swoją drogą, to niesamowite, jak na takie coś lecą kobiety.
- Hej, hej, stary! Opanuj się nieco. Wśród nas są niepełnoletni!
Sergiuszek wyszczerzył się nieprzyzwoicie.
- Dzięki, tato. Zapamiętam to.
- Nie potrzebuję instrukcji obsługi moich dzieci, Potter. Atakuj, synu.
Sergiuszek podrapał się w czubek nosa i, po chwili deliberacji, położył przed sobą trzy karty. Nie układały mu się one w nic ciekawego, ale nawet on nie był dość zdesperowany, by użyć karty Zaklęcia, która całkowicie bez sensu zaplątała się do jego ręki. Kociołek, który mógł ułożyć, byłby równie silny jak i wybuchowy.
- Kładę Możliwość. Jeśli żar ognia Smoka nie sfajczy twego niezniszczalnego okrętu to może razem z Przekleństwem Zatrzaśniętej Pułapki dadzą mu radę. A Rycerz utnie łeb każdemu, kto przeżyje.
- Dokładam Rycerza do twojej Możliwości, kończąc Kociołek - powiedział Harry. - A to Miecz, którego przeznaczeniem jest siać trwogę w sercach wrogów. Dwóch Rycerzy niesie Kulę.
Brew Severusa powędrowała do góry w niewypowiedzianym pytaniu: “To wszystko?”.
- No cóż, panowie - rzekł z pełnym pobłażania uśmieszkiem. - Czas się zabrać do poważnej gry, prawda? Oto moja Waga. Na dwóch szalach Zaklęcie i Przekleństwo, Deszcz i Wichura, użyte w celu wiadomym. Szale podpierają Skrzat i Dementor. A, by to pstrokate towarzystwo nie wywaliło się z hukiem, w środek kładę Księcia.
- A niech cię, Snape. Wybacz mi, ale pierwszy raz widzę tak spartaczoną figurę. I ten straszliwy misz-masz działa! - oświadczył niebotycznie zdumiony Harry.
- Różne desperackie rzeczy robiło się w życiu, Potter - odparł skromnie Severus.
- Rozumiem, że to są te zachyłki gry w Gambit, o których nie chciałeś mi powiedzieć? - spytał podejrzliwie Sergiuszek. - Te, które pozwalają wykaraskać się z nawet najbardziej dramatycznej sytuacji?
- Dobrze zgadłeś, synu. Życzę powodzenia w dalszym ich odkrywaniu.
- Kolej na mnie, chłopcy - przerwał im Dumbledore. - Puszczam wam Strzałę, która nie chybi celu. Przodem pędzi Jednorożec, zaś tuż za nim dwóch obcych ludzi, Mag i Czarnoksiężnik, którzy postanowili pomóc nam w bitwie.
Cztery figury leżały na stole i gracze sięgnęli po karty z szybko topniejącej kupki.
- Czekajcie! Myślę, że to nie będzie potrzebne. Teraz moja kolej, nieprawdaż? - zapytał Harry. Odchylił się na krześle i, wachlując się ostatnią nieużytą kartą, wymownie spojrzał na Severusa. - Chcę ci zadać pytanie, Snape. Powiedz mi, co się dzieje z wodzami, którzy w czasie bitwy, osamotnieni, zabłąkali się między szeregi nieprzyjaciela? Czy nawet z tego potrafią się wykaraskać?
Tu rzucił na stół kartę. Kartę Lorda Dagoberta.
- Wujku, jesteś genialny - wyszeptał Sergiuszek.
Severus nie powiedział nic. W niemej grozie zagapił się w pokryty kartami blat.
Rzeczywistość runęła na nich z hukiem ognia i wyciem wichru. Sytuacja zdawała się być opanowana do momentu, gdy kapitan statku nieopatrznie wychylił głowę ze sterówki i dostał kulą ognistą prosto w twarz. Gdzieś trzasnęły pękające deski okrętu, ktoś wrzeszczał, wijąc się po pokładzie w przedśmiertnych drgawkach. Ktoś spróbował wyskoczyć przez burtę, lecz bariera sergiuszkowego przekleństwa skutecznie mu to uniemożliwiła, więżąc wszystko, nawet języki ognia, za przezroczystymi ścianami magii. Wysoko na niebie, smok starł się w pojedynku z jednorożcem. Jednoróg walczył dzielnie, do chwili, gdy kolczysty ogon bestii przeorał biały bok. Zwierzę spadło z łomotem na płonący pokład.
Gdy fale oceanu powoli pochłaniały czarne zgliszcza, wszyscy wstrzymali oddech.
- Statek czarnoksiężnika zatopiony, rozgrywkę uznaję za zakończoną. - Spokojny głos Albusa wyrwał ich z zadumy. - Jeden-jeden, panowie. Wygląda na to, że czeka nas dogrywka.

**

- Oddział czterdziesty dziewiąty! Oddział czterdziesty dziewiąty, zgłoś się!
Asystent Wilkies wyciągnęła z terrarium wyrywającego się gremlina i wrzasnęła mu do ucha:
- Tu oddział czterdziesty dziewiąty sekcji Magicznych Urazów! W czym mogę służyć?
- Czy jest pod ręką jakiś uzdrowiciel? Mamy pacjenta w ciężkim stanie. Musi być niezwłocznie przyjęty na oddział.
- Proszę chwilę poczekać! Zaraz sprawdzę!
Wrzuciła zużytego gremlina do zsypu na odpady niemedyczne i sapiąc niczym Ekspres Hogwarcki wytoczyła się zza biurka. Czas na obchód.
Asystent Wilkies była osobą, której przymioty cielesne sprawiały, że zatrudnienie na oddziale czterdziestym dziewiątym znalazła bez żadnego kłopotu. Wszystkie biedne świrki trzęsły się w swoich łóżkach, pasach zabezpieczających i klatkach, gdy jej pokaźna postać zjawiała się na progu pokoju chorych, z nieodłączną kolbą pełną mdłozielonego eliksiru uspokajającego w jednej dłoni i wielkim żelaznym lejkiem w drugiej. Asystent Wilkies zawsze wpajano zasadę, że wobec chorych nie należy stosować magicznej przemocy. Nigdy więc jej nie stosowała. Nie czuła też nigdy takiej potrzeby, jako że na widok żelaznego lejka nawet najtwardszym świrkom, takim co pogryzły do krwi niejednego sanitariusza, miękły kolana, a jamy gębowe otwierały się automatycznie, bez udziału ich pokręconych mózgów.
Na oddziale czterdziestym dziewiątym zawsze było ciekawie.
- Całuję pani pulchną, uroczą rączkę - wymamrotał Geheniusz Poe, chwiejąc się i śliniąc pod ścianą korytarza. - Nie pierwszy raz się spotykamy, prawda? Jak tylko znormalnieję, to zapraszam panią na lody...
- Won! - ryknęła, przelatując obok niego niczym gradowa chmura. - Tarasujecie przejście, Poe!
- Przepraszam, ale nie mogę dostać się do sanitariatu! - zawołał za nią Geheniusz. - Ten facet, co myśli, że jest krabem, siedzi już tam od pół godziny z głową w kiblu i bulgocze!
Asystent Wilkies zastopowała, zawróciła z impetem, który wywołał na korytarzu niewielki huragan i natarła na drzwi toalety. Jej uzbrojona w różdżkę dłoń wzięła zamach, który o cal minął głowę Poego.
- Alohomora!
Po chwili wynurzyła się z toalety, wlokąc za sobą pacjenta. Jego długie, mysiobrązowe włosy były mokre, a woda brudnymi strumykami spływała po jego szpitalnej koszuli. Miał głęboko nieszczęśliwą minę.
- Co ci mówiłam o grzecznych krabach, Gordon? Grzeczne kraby pływają w jeziorze, nie w ubikacji. Rozkracz się teraz na swoim łóżku i czekaj, aż przyjadą faceci z siatką i przetransportują cię do jeziora. Dobrze, Gordon?
- Sucho! Sucho! Duszę się! - wysapał pacjent, gdy prowadziła go do pokoju.
Po chwili wróciła i udała się w dalszą trasę. Pokój, do którego zdążała, znajdował się niemal na samym końcu korytarza. Uchyliła przymknięte drzwi i zerknęła do środka.
- Czy odczuwałaś wtedy jakieś zawroty głowy? Duszność?
- Nie, proszę uzdrowicielki. Już mówiłam, że nic nie pamiętam! Dlaczego wszyscy ciągle mi wmawiają że jestem chora! To naprawdę irytujące!
- Nie chce cię martwić, ale nie możemy cię wypuścić ze szpitala, póki nie odnajdziemy przyczyny...
- Mam to gdzieś! Mam was wszystkich serdecznie dość! Łazicie tylko wokół mnie, gapicie się i deliberujecie! Ech, jestem zmęczona. Proszę mnie zostawić samą.
Tu Forsycja Fluxwill zasznurowała usta o spojrzała na swą rozmówczynię z jawną wrogością. Uzdrowicielka westchnęła cicho i wstała z niewygodnego stołka, przeciągając się lekko. Machinalnie odgarnęła do tyłu długie, brązowe loki opadające jej na twarz. Jej mina wyrażała jawne zniechęcenie.
Powoli skierowała się do wyjścia, w którym zorientowała się, że nie może przedostać się na korytarz, gdyż coś rozległego zasłania jej otwór drzwiowy.
- Uzdrowiciel Snape, pani ma dzisiaj dyżur na czterdziestce dziewiątce?
- Tak, panno Wilkies. A przynajmniej tak mi się wydaje. - Przetarła oczy i zamrugała. - Merlinie, potrzebuję kawy. Czasami mam wrażenie, że jestem już za stara na dyżurowanie po nocach. Gdyby tylko Severus zabrał się wreszcie za coś, co przynosi prawdziwe pieniądze... - Skrzywiła się. - Na krew mojej matki, do czego to już doszło, żebym narzekała na swego ciężko zapracowanego męża. O co chodzi, panno Wilkies? Za chwilę pójdę do Gordona...
- Nie, pani uzdrowicielko. Nowe przyjęcie. Domagają się, żeby pani natychmiast zgłosiła się do nich, bo pacjent podobno jest w ciężkim stanie.
- No cóż. Jeden mniej czy więcej chyba nie robi różnicy. - Hermiona, jakby przecząc swoim słowom, uśmiechnęła się gorzko. - Już tam pomykam. Popilnuj oddziału w czasie mojej nieobecności, w porządku?
- Nie potrzebuje instrukcji. Robię to już od dwudziestu trzech lat - zapewniła ją asystent Wilkies.
Hermiona skinęła głową, by zaznaczyć, że słowa do niej dotarły i ruszyła szybkim krokiem do windy. Winda, jak zwykle w takich przypadkach, kazała na siebie czekać. Najpierw wjechała na piąte piętro, by potem zjechać do poziomu parteru bez zatrzymywania się na piętrze czwartym. Później ktoś wysiadał na dwójce, a na trójce chyba musieli wynosić trzech chorych pod rząd, bo winda sterczała tam nieprzyzwoicie długo. Gdy wreszcie dotarła do Hermiony, okazało się, że ponownie zdąża na piątkę. Ktoś wsiadł na trójce, a także na jedynce. Ten ktoś z jedynki, jakiś stroskany rodzic, zdenerwował się, że winda nie jedzie do góry. Kiedy Hermiona wreszcie wysiadła na parterze, obliczyła sobie w myślach, że w tym czasie zeszłaby po schodach przynajmniej siedem razy.
Niemal biegiem wpadła na Izbę Przyjęć, gdzie w pokoju badań przywitał ją widok czterech osób. Nerwowa sekretarka zapisywała na karcie dane osobowe ponurego draba, który tkwił zgarbiony na krzesełku, z oczami wlepionymi w podłogę. Dwóch rosłych sanitariuszy podpierało tymczasem ścianę, przypatrując się scenie z zupełną obojętnością. Hermiona przez chwilę myślała, że źle trafiła. Pacjent z całą pewnością nie wyglądał na ciężkiego, chyba że sekretarce chodziło o zapasy wagi ciężkiej. Siedział zupełnie samodzielnie, nie był blady, co sugerowałoby krwotok z narządów wewnętrznych czy zespół postcruciatusowy. Nie chwiał się, nie mdlał, nie wymiotował, nie roznosił wszystkiego wokół.
- Pani mnie wzywała? - zapytała Hermiona.
- Pani z czterdziestki dziewiątki? - Suchy ton sekretarki jeszcze bardziej nadwyrężył już i tak wrażliwe nerwy uzdrowicielki. - Taak, mamy tu pacjenta, lat dwadzieścia osiem, który według jego rodziców zachowuje się nieswojo. Nie wiem, co to znaczy “nieswojo” bo pacjent, prócz swego imienia i nazwiska nie chce nic powiedzieć. Może pani się dowie.
Hermiona miała ochotę kogoś pobić, naprawdę miała. Ale ponieważ była profesjonalistką, nie uczyniła tego. Kazała jednemu z sanitariuszów zaprowadzić draba na górę i poszła za nimi, złoszcząc się w duchu, że nie ma w pobliżu nikogo, na kogo mogłaby wygodnie nakrzyczeć. Na przykład Severusa. Wywrzeszczałaby całą złość i ból który czuła, obdarzyłaby go najgorszymi epitetami jakie znała, a potem on by ją przytulił i kochaliby się do bladego świtu...
Jestem sfrustrowaną seksualnie trzydziestodwulatką, pomyślała z przerażeniem. Z mężem i dwójką dzieci. Stereotypem zapracowanej Angielki. Merlinie, jak do tego doszło?
Kazała drabowi usiąść na łóżku i rozebrać się do połowy. Wykonał polecenie niechętnie, cały czas łypiąc na różne elementy pokoju w sposób, który jej się bynajmniej nie podobał. Zostawiła więc draba z sanitariuszem, a sama ruszyła na poszukiwania asystent Wilkies i jej eliksiru uspokajającego. Weszła do pokoju asystentów, lecz, niestety, niezastąpionej matrony tam nie zastała. Po drodze zahaczyła o biurko, by zagarnąć z niego czystą kopię historii choroby. Zanim jednak zdołała chwycić za klamkę, drzwi pomieszczenia otworzyły się z hukiem.
Tuż przed nią stał, trzęsąc się jak galareta i zawracając oczami, drab. Nóż, który trzymał w ręku był zapewne największym nożem, jaki Hermiona kiedykolwiek widziała. Kołysał się jakieś dziesięć centymetrów od jej osoby.
Hermiona zamarła, papierowa historia choroby jej jedyną tarczą przed morderczymi zapędami pacjenta.
- Nie zabijecie mnie! - wrzasnął nagle, wymachując nożem. - Przysięgam, że nie zabijecie! To ja was wszystkich zamorduję, jeśli tylko mnie dotkniecie! Zamorduję was, słyszycie?
Hermiona ani przez chwilę nie wątpiła w jego słowa. Przez ułamek sekundy pomyślała o różdżce... Za blisko! Adrenalina popłynęła przez żyły, rozjaśniając umysł uzdrowicielki. Przyjazny uśmiech wypełzł na jej pobielałe wargi. Ze współczuciem złożyła dłonie.
- Oczywiście, że nikt cię tu nie zabije, kochany. Nikt cię nie dotknie. Szanujemy twoją prywatność. Nic ci się nie stanie. Obronimy cię przed nimi.
Jej ciche, stanowcze słowa wywarły właściwy efekt na roztrzęsionym mężczyźnie. Opuścił lekko nóż i zagapił się na nią, ogłupiały.
- Zabiją mnie - jęknął. - Zabiją i poćwiartują! Pomóżcie mi! Pomóżcie!
- Tu jest bezpiecznie. Tutaj cię nie dopadną. Obiecuję ci, że nic ci się tutaj nie stanie. Odłóż nóż i usiądź spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Tylko usiądź. Wszystko będzie dobrze.
Nagle błysnęło zaklęcie i mężczyzna osunął się na ziemię, nieprzytomny. Asystent Wilkies przekroczyła nad nieruchomym ciałem. Wielka i purpurowa od gniewu, przypominała wulkan, który za chwilę ma wybuchnąć. Trzymała pod ramię przerażonego sanitariusza.
- Ten debil tak po prostu zostawił pacjenta samego i sobie wyszedł! - zagrzmiała. - I co on sobie w ogóle myślał! Co ty sobie myślałeś, patafianie? Merlinie, on miał nóż? Jak to możliwe że wpuścili go z nożem na oddział?! Pani Snape, czy nic się pani nie stało?
Hermiona odniosła wrażenie, że ma watę w uszach. Wszystkie dochodzące do niej odgłosy były niewyraźne i musiała się wysilić, by zrozumieć znaczenie poszczególnych słów. Dopiero w tej chwili dotarło do niej, że rzeczywiście, nic jej się nie stało. Kolana ugięły się pod nią i usiadła na ziemi.
- To tylko szok - usłyszała swój głos.
- Pani uzdrowiciel, proszę to wypić.
Eliksir był obrzydliwy, ale przyniósł jej ulgę. Powoli, jej zmęczone zmysły odzyskiwały kontakt z rzeczywistością. Gdy poczuła, że znowu ma mięśnie, podniosła się powoli z ziemi i ciężko usiadła na najbliższym krześle.
- Zabierzcie go do jednej z sal i dobrze zabezpieczcie. Jutro ktoś go zbada.
- Pani uzdrowiciel?
- Czy możecie zamknąć za sobą drzwi? Dziękuje za uprzejmość.
Wyszli. Hermiona położyła łokcie na stole i oparła podbródek na złożonych dłoniach. Myślała. Myślała o tym, że przed chwilą mogła zginąć i co stałoby się wtedy z jej rodziną. Myślała o tym jak bardzo, bardzo jest zmęczona.
Łzy, wielkie jak groch, kapały na zmiętą historię choroby.

**

- Wrzosowisko. Jakie jest, każdy widzi.
Trójka graczy jednocześnie rzuciła Albusowi potępiające spojrzenie.
- Dobrze, już dobrze. Postaram się lepiej. Oto więc mamy płaskie pole. Na polu rośnie dużo wrzosu. Wrzos jest wrzosowy. Gdzieniegdzie rozsiały się pojedyncze krzaki głogu. Romantyczne pioruny strzelają w czarne zamczysko stojące na szczycie skalistego wzniesienia. Jest paskudnie, gotycko i przenikliwie zimno. - Albus zachichotał nieprzyzwoicie, gdy gracze zatrzęśli się i zaszczękali zębami. - Po drugiej stronie wrzosowiska wzgórze z szubienicą i kilkoma wisielcami. Na krzaku głogu śpiewa chórek skowronków.
- Błagam, przestań - poprosił go Snape. Na jego twarzy cierpienie walczyło o lepsze z obrzydzeniem. - Jak dojdziesz do deszczu cytrynowych dropsów, oddaję grę walkowerem.
- Wiesz dobrze, Severusie, że nie puszczę cię tak łatwo. Dogrywka stylem angielskim czy francuskim, panowie?
- Francuskim - odparli zgodnie ojciec i syn.
- Jak sobie życzycie, panowie. Dobierzcie karty i niech lojale się naradzą.
Sergiuszek skinął na Harry'ego i razem odeszli od stolika. Usiedli paręnaście kroków dalej, wprost na chłodnej, twardej ziemi. Ich głowy pochyliły się ku sobie, gdy rozmawiali ściszonymi głosami.
- No dobrze, Sergiusz. Teraz powiedz mi co to ta nowomoda francuska, bo nigdy w ten sposób nie grałem - odezwał się półgłosem Harry.
- Oj, ty skostniały Angliku - zażartował Sergiuszek. - No więc w stylu francuskim ty i ja wspólnie układamy Półkrąg. Minimum cztery, maksimum osiem kart. Rozkładamy je na stole grzbietami do góry, by przeciwnicy nie widzieli wartości. Potem odwraca się równocześnie oba Półkręgi i rozgrywka się kończy. Ta para, której armia zwycięża, wygrywa całą grę. To znacznie szybszy sposób niż mozolne pojedynkowanie się w stylu angielskim.
- Wolę stare, wypróbowane sposoby niż te innowacje żabojadów - oznajmił Harry z nieszczęśliwą miną. - Ale skoro już wybrałeś, młody... Masz jakąś metodę w tym szaleństwie?
Sergiuszek kątem oka zerknął na przeciwników, którzy akurat pogrążeni byli w gorącej dyskusji. Ojciec wskazywał na jakąś kartę i pukał się w czoło, zaś Dumbledore kręcił przecząco głową, jego usta zaciśnięte w wąską linijkę.
- Myślę, że powinniśmy ujednolicić atak - powiedział chłopiec powoli. - Tata znów próbuje zrobić coś zwariowanego, a ja nie jestem na tyle dobry w te klocki, by podkręcać piłkę. Pokaż, co my tam mamy.
- Jedno Zaklęcie, dwa Przekleństwa, Wilkołaka i Rycerza. Zostały mi same buble.
- Buble może, ale z punktu widzenia Maga. Tu atakujemy wspólnie. I to by się całkiem nieźle składało, bo ja mam Przekleństwo i Chimerę. Trzepniemy ich czarną magią.
- A ten Mag?
- To karta profesora Dumbla, wujku. Jeśli już, to tylko nam zaszkodzi. Połóżmy na środku dwóch Rycerzy...
- Jednego, Sergiusz. Twoja postać nie żyje, więc nie starczy ci mocy przekleństwa na dwóch. Może ja bym trochę...
- Nie! W żadnym wypadku. Oni mogą mieć twoją postać, tak jak my mamy ich. Jeśli tata wyłoży ją, a na pewno tak zrobi, to trzaśnie cię twoja własna magia. To byłby nasz koniec. Przeciwstawmy im silny front, może się nie przebiją ze swoimi wygibasami.
- W porządku, młody. Niech się stanie wola twoja. Tak więc, Rycerz na środek i dla ochrony defensywne przekleństwo. Tarcza Nocy powinna starczyć. Po bokach puścimy Bestie. Niech Wilkołak galopuje obok Rycerza...
- Y-y. To głupi stwór i często myli sprzymierzeńców z wrogami. Odwrotnie. Chimerki są lepsze niż niejedna Tarcza, nasz rycerzyk będzie dzięki temu podwójnie chroniony.
- Skoro jesteś taki łebski, Sergiusz, to po co ci właściwie jestem potrzebny? - zażartował Harry.
- Do dobierania kart, wujku. Okej, na skrzydłach naszej małej armii polecą Przekleństwa. Dajmy im coś potężnego, na przykład Trujący Oddech i Przekleństwo Druidów.
- Chcesz ich od razu zamieniać w wierzby płaczące? Zastopuj trochę, narwańcu! Jeszcze jedna mała rada od troskliwego wujcia: poślij coś skromnego, lecz bolesnego. Na przykład Przekleństwo Łaskotek. Jest ostre jak sztylet, mało która Tarcza potrafi go zatrzymać i zajmie ich na chwilę.
- Troskliwy wujciu, ty sobie jaja robisz?
- Skądże, mój chrzestny niedowiarku. A jako drugie przekleństwo puść im Łamacz Tarcz.
- Hę?
- Chimery są bardzo szybkie.
- Aaa - oczy Sergiuszka zaświeciły. - No to doszliśmy do porozumienia. Wykładamy karty? Oni już to zrobili i lampią się na nas.
Sergiuszek podszedł do stołu i z uroczystą miną ułożył karty w równiutki półokrąg na blacie.
- Widzę, że wszyscy są gotowi - ucieszył się Dumbledore. Jego różdżka zawisła nad dwoma półkolami. - Na trzy. Raz... dwa... trzy!
Wszystkie karty jak na komendę podskoczyły i zwinnie przekręciły się na drugą stronę. Sergiuszek, umierając z ciekawości, pochylił się do przodu, by zobaczyć, co też przygotowali dla nich przeciwnicy. Na środku Królowa z Różdżką. Źle! Połączenie tych dwóch kart było bardzo silnym układem w Czarodziejskim Gambicie. Otaczali ją dwaj Rycerze, z kolei oskrzydleni Zaklęciem i Przekleństwem. Z boku, jakby dorzucony w ostatniej chwili, leżał Godryk Gryffindor.
Severus wydał z siebie zamyślone “Hm”.
Nagle karty zaiskrzyły i dwa półokręgi zamknęły się. Świetlista obręcz uniosła się nad stołem i powoli zaczęła rozszerzać...
Była ciepła, bezgwiezdna noc, gdy siły Lorda Dagoberta wydały bitwę niedobitkom z armii Grindelwalda. Starli się ze sobą na porośniętych wrzosem wzgórzach, w pobliżu ruin średniowiecznego zamku.
- Oni nas nie pokonają - szepnął doradca królowej. - To jakieś obdartusy.
Sama to wiedziała. Posłała im kilka przekleństw, by wyzdychali czym prędzej. Ich nędzną armię otaczała Tarcza, lecz rozbicie jej nie było specjalnie trudne. Kazała swoim ludziom powycinać ich w pień.
Wiatr zawiał w jej stronę, przynosząc zapach świeżej krwi. Wciągnęła go z rozkoszą do płuc.
- Pani - jeden z jej rycerzy, chwiejąc się, dusząc i ocierając z oczu łzy, zjawił się na progu. - Błagam, odnów nasze Tarcze...
- Co? Jeszcze z nimi nie skończyliście?
- Już pra... Prawie. A-ale...
Coś czarnego mignęło w wejściu do namiotu i rycerz wrzasnął, krótko i boleśnie.
Ona też wrzasnęła.
Chyba.
Jedna z chimer uniosła głowę znad ciepłego jeszcze ciała i zaśmiała się. Druga bestia zawtórowała jej, dźwięk wydobywający się z ich gardeł tak przenikliwy i obco brzmiący, że gracze mimowolnie zatkali dłońmi uszy.
Iluzja prysła.
- Potter, jesteś perfidnym draniem - oświadczył uroczyście Severus.
- Dzięki, Snape, że nareszcie mnie doceniłeś.

**

Zwykle, gdy Ava była już bardzo znudzona nauką takich przyziemnych rzeczy jak Transmutacja czy Zielarstwo, lubiła sobie powróżyć. Jej ulubioną wróżbą była Układanka Wiedźmy.
Z małego skórzanego woreczka wytrzęsła na dłoń siedem różnokształtnych drewnianych klocuszków, pomalowanych w jaskrawe kolory. Potrząsnęła nimi energicznie i wyrzuciła je na podłogę.
Ułożyły się w Szkielet.
Szkielet oznaczał śmiertelne niebezpieczeństwo i w świetle ostatnich wydarzeń Ava odrobinę się zaniepokoiła. Nie była osobą, która lekceważyła tego typu rzeczy. Ponownie rzuciła klockami.
Szkielet.
I jeszcze raz.
Szkielet.
Drżącymi dłońmi wcisnęła klocki z powrotem do woreczka i przycisnęła go do bijącego mocno serca. Rozejrzała się, lecz dormitorium było całkowicie puste.
Kogoś mogło zaciekawić, że mała, blada dziewczynka przemyka się mało uczęszczanymi korytarzami zamku. Gdyby ten ktoś zaczął ją śledzić, przekonałby się, że pobiegła do wieży astronomicznej, gdzie na cztery strony świata sypała srebrny proszek, śpiewając coś w dziwnym języku. Ten ktoś mógłby się zaniepokoić.
Ale, jak to często w Hogwarcie bywało, nikt nie zauważył.

**

- I co teraz, synu? - zapytał Severus, zatrzaskując za gośćmi drzwi. - Wdeptałeś w ziemię biednego, starego ojca.
- Mógłbyś paść twarzą w piach i gryźć ziemię.
- Ewentualnie bohatersko podciąć sobie żyły.
- O nie, tato. Nie wywiniesz się od spłacenia długu.
- Synu, ty mnie za dobrze znasz.
Podszedł do rozłożonego na sofie Sergiuszka i poklepał go po głowie. Tym czynem zarobił sobie na wojownicze fuknięcie młodego Gryfona. Nie zważając na nie, usiadł obok, za co otrzymał kopniaka.
- I jak ty traktujesz profesora, bezczelny gołowąsie?
- Hej, jaki znowu gołowąsie? Ograłem cię dzisiaj, stary wygo, pamiętasz? Należy mi się szacuneczek.
- O szacuneczku to podyskutujemy, jak urośnie ci broda, mały łazęgo. A teraz złaź z mojej sofy.
- Trele-morele, tatuśku. Nie możesz mi niczego zabronić, bo dzisiaj jest mój dzień.
- Chcesz zobaczyć, że mogę, niedorobiony czarodzieju?
- Oho!
Na widok wyciągniętej różdżki Sergiuszek jednym susem przesadził oparcie i przykucnął za sofą. Severus chciał go schwycić za nogawkę, ale jego dłoń zacisnęła się na pustce. Nagle poczuł chłodny dotyk drewna na szyi i ciepły podmuch powietrza koło ucha.
- Toast albo życie - wyszeptał jego syn.
- Skoczny to owszem, jesteś. Zając Gryffindoru. - Severus zaśmiał się cicho z prywatnego dowcipu. Pstryknął palcami. - Elfy! Raz szampan, raz piwo kremowe i dwa kieliszki. Tylko migiem!
- Macie tu darmowe drinki? - zdumiał się Sergiuszek.
- Nie ma na świecie tak dobrze. Odtrącają mi z pensji. A teraz siadaj, junior, pijemy twoje zdrowie. Za zwycięzcę i przegranego, by miał jeszcze wiele okazji do rewanżu!
- Za wszystkie padalce Slytherinu!
- Za zdrowie zająca!
- I za brodę!
Stuknęli się kieliszkami i wypili do dna.
- A teraz gadaj.
- Twój ojciec ma słabą pamięć, synu. Przypomnij mu, co było stawką gry.
- Nie ma sprawy - Sergiuszek uśmiechnął się chytrze. - Przygotowałem sobie listę.

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 26.09.08, 07:58

Rozdział dwunasty
Makiawel tu, Makiawel tam


Jeszcze raz polizał, dla pewności.
Tak, ta długa, złota wskazówka cykała uparcie, jak nieśmiertelna szarańcza. Pędzi naprzód, już mija dużą czarną i małą czarną, kończy obrót i szykuje się do następnego... To był Czas, czas ludzi. Zwykle nie zwracał uwagi na ten ich sztuczny czas, lecz teraz on go niepokoił. Pędził na złamanie karku. Biegł i biegł, a oni nie robili niczego. Zaadaptowali sobie koci czas w najgorszym z możliwych momentów. Teraz wylegiwali się przy kominku i stroszyli sierść, czekając, co się stanie. A stać się miało i to niebawem.
Ich własny czas pędził.
Koścista ręka chwyciła go za skórę na karku i uniosła do góry.
- Co ci mówiłem, szkodniku, na temat dotykania zabytkowego zegarka mojego pradziadka?
Wielki Bu, jak go sarkastycznie nazywał Makiawel, szczerzył te swoje zębiska i marszczył groźnie brwi. Myślał, że grymas i szept wystarczą, by przestraszyć kota. Nic z tego. Jednak ta wisząca pozycja stawała się już odrobinę niewygodna, więc zamiauczał żałośnie.
- Rozumiem, że zgłosiłeś się na ochotnika do wypróbowania tego, co na ostatniej lekcji upichcili szóstoroczni?
Jeszcze jedno rozpaczliwe miauknięcie. Tak, jestem tylko bezbronnym, małym kotkiem.
Troszkę bliżej... Troszkę...
Prask!
Wielki Bu wrzasnął i odruchowo chwycił za rozdrapany do krwi policzek. Upadek na cztery łapy i dziki galop między nogami stołków i ławek. Już drzwi... Wolność...
- Nie tak szybko!
Zamknięte! Pułapka! I hop na stołek! Ławka, parapet, zwisający kawałek czegoś, półka, i wyżej... Wyżej... Szpara między cegłami! Koniuszek ogona wystaje... Nic.
I ludzie myślą, że mogą przechytrzyć kota!

**

Parę dni później odwiedził ten pokój, w którym niedawno był świadkiem zamykania ust duchowi. Pamiętał, że widowisko było imponujące. Oni z tymi ich potężnymi cielskami... Było ich aż trzech, musiało im chyba naprawdę zależeć na tym, by żadne plotki nie trafiły do uszu postronnych. Wypełniali sobą całe pomieszczenie. Jedno z szarych, łuskowatych skrzydeł nieomal musnęło Makiawela. Wiedział, że było zimne jak lód i że gdyby go dotknęło, oszalałby.
Ten malutki, wkurzający duch, którego sam Makiawel wielokrotnie próbował zmusić do mówienia, nie wyglądał w tej chwili zawadiacko ani buńczucznie. Wił się jak piskorz, plamka jaśniejszej szarości na tle trzech eterycznych gór lodowych. Jego wybałuszone oczka nieomal latały dookoła głowy, tak bardzo chciał znaleźć jakąkolwiek drogę ucieczki.
- Nic nie zrobiłem! Nic nie zrobiłem! - piszczał przewiercającym uszy sopranem.
Może i nic nie zrobił, ale z pewnością kiedyś znalazł się na niewłaściwym miejscu i wiedział odrobinę za dużo. Głupi duch! Gdyby powiedział to komukolwiek, chociażby Sarze, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Teraz nawet na to było za późno - Makiawel był zupełnie pewien, że oprawcy nie wypuszczą tak łatwo tego irytującego stwora.
Nie wypuścili.
Dziś wisiał tak samo jak wtedy, kiedy wreszcie zostawili go w spokoju. Nieruchomymi oczyma w bladej twarzy patrzył się przed siebie. I było pewne, że w najbliższym czasie nie powie ani słowa.
Szkoda.

**

Dyrektor prawdopodobnie wiedział najwięcej ze wszystkich, ale nawet on myślał w niewłaściwym kierunku.
- Patrzcie, kto znowu przyszedł mnie odwiedzić! Mój ulubiony kot. Tak, Makiawelku, jak zwykle mam dla ciebie ucztę godną króla. Zapraszamy do stołu.
Makiawel obrzucił miskę łaskawym spojrzeniem i zabrał się do pałaszowania wyłożonych delikatesów. Tak, Dyrektor zawsze wiedział, czego potrzebuje kot. I nigdy nie zapomniał okazać mu należytego szacunku. To bardzo podnosiło jego wartość w oczach Makiawela.
Teraz znowu zaczął grzebać przy tej swojej dziwnej maszynie.
- Cały problem polega na tym, że nie mogę uzyskać właściwej gęstości. Te okulary wciąż przepuszczają magię.
Rzucił jedną z par na biurko. Makiawel polizał je z zaciekawieniem. Spróbował ugryźć. Jak dla niego, były bezużyteczne. Nawet nie z powodu lekko cierpkiego smaku. Dyrektor próbował powstrzymać coś z zewnątrz. A tymczasem cały problem zaczynał się od środka.
Miauknął z dezaprobatą.
- Wiem, ale obawiam się, że nie jestem w stanie wytworzyć lepszych.
Makiawel zaśmiał się gorzko w duchu. Gdyby ludzie nauczyli się rozumieć koty, staliby się o wiele inteligentniejszym gatunkiem.
- To frustrujące. Godzinami mozolę się nad jednym wariantem, gdy do wypróbowania zostało jeszcze przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy...
Chyba kilka miliardów. Człowieku, może i jesteś geniuszem, ale opanuj się. To zadanie w sam raz dla szaleńca.
- ... zaś tymczasem ja za trzy tygodnie muszę opuścić szkołę. A naprawdę boję się to zrobić. To śmieszne, przecież w końcu mamy pokój i teoretycznie wszystko jest w najlepszym porządku. A ja lękam się zostawić ich wszystkich na jeden tydzień. Ale wciąż mam wrażenie, że zrobiłem za mało. Zaś czasami mam też wrażenie, że wszystko robię niewłaściwie...
Dobrze! Jesteś na właściwym tropie!
- Oczywiście, że robię to właściwie.
Ech.
- Bariery, które nałożyłem na Hogwart są w stanie powstrzymać każdy rodzaj magii.
Tak, głupi człowieku. Ludzkiej! L-u-d-z-k-i-e-j. No, może też skrzaciej i magię goblinów pewnie też. Ale to... Nawet o tym nie pomyślałeś, prawda?
W końcu są tacy nieszkodliwi. Praktycznie rzecz biorąc, nie ma ich nawet.
Nieszkodliwi.
- Cokolwiek szykuje Amber, będziemy na to przygotowani.
Już widzę, że dyrektor nic mi nie pomoże. Niech wraca do tych swoich szkiełek i nie wtrąca się w sprawy, o których nie ma zielonego pojęcia.

**

Wielki Bu machinalnie pogłaskał go po grzbiecie. Miał silną, kościstą rękę, która doskonale wiedziała jak głaskać kota by sprawiło mu to przyjemność. Jego samica musiała być szczęśliwą kobietą.
Gdy Makiawel odwiedził go dzisiaj, czekała już na niego wielka miska kocich przysmaków. Wielki Bu w zasadzie lubił zwierzęta, po prostu nie znosił hałasu i nieporządku związanego z ich posiadaniem. Makiawel na widok jedzenia wpadł w tak łaskawy nastrój, że postanowił zapomnieć o nieprzyjemnym incydencie sprzed tygodnia.
Zresztą teraz Wielki Bu nie miał czasu wściekać się na zwykłego kota, gdyż wyżywał się na kominku. Klęczał przed nim i w niezwykle barwnej angielszczyźnie wyjaśniał, co sądzi o zakorkowanej sieci Fiuu.
- ... nie zgadzam się na bycie numerkiem pięćdziesiątym ósmym! Czy po to płacę co miesiąc za ten cholerny kominek żeby mnie teraz poniżano półgodzinnym czekaniem? Mówię panu, że to pilna sprawa, do ciężkiego diaska, może właśnie umarła mi ciotka i trup rozkłada się w salonie, a pan mi tu każe czekać!
- W razie nagłej śmierci kogoś bliskiego prosimy o wybranie linii alarmowej...
- Nie potrzebuję pieprzonej linii alarmowej! Potrzebuję połączenia!
- W innym wypadku proszę o cierpliwość. Mamy określoną przepustowość, proszę pana.
- To po jaką cholerę stworzyliście centralę! Połączenia bezpośrednie doskonale się sprawdzały! Czy to jakiś spisek na wolność osobistą obywateli?
- Nie, proszę pana. To była konieczność. Sieć Fiuu zbyt często zawodziła, ludzie nie znali dokładnych adresów, trafiali do złych kominków. W ten sposób jest bezpiecznie.
- Mam gdzieś bezpieczeństwo! Żądam połączenia!
- Już chwilkę... Właśnie pana kolej. Łączymy...
Płomienie w kominku zmieniły barwę na zieloną. Wielki Bu westchnął i zmienił pozycję na siedzącą. Makiawel otarł się o jego nogę i zamruczał w nadziei na więcej pieszczot.
- Hej, Severusie. Czemu aż tyle czasu? Myślałem, że już się nie doczekam.
- Tak jakbyś nie wiedział o nowym, genialnym pomyśle Ministerstwa. Czekałem pól godziny na połączenie. Pół godziny wyjęte z życiorysu.
- To musi być dla ciebie prawdziwa tragedia.
- Wyobraź sobie, że tak. Jak idzie nasz mały eksperyment?
- Perfekcyjnie. Miałeś jednak rację, błąd tkwił w kolorze. Za dużo belladony. Jeśli szczury to przeżyją, to za dwa-trzy tygodnie możemy uderzać na klinikę. Mam już nawet paru ochotników, podpisali papiery, itede. A potem tylko urząd patentowy i... Kolego geniuszu, czuję że muszę ci pogratulować sukcesu.
- A ja tobie. Razem to stworzyliśmy.
- Więc pogratulujmy sobie nawzajem. Jesteśmy parą mądrali. No dobra, to tyle o naszych zasługach. Jak tam twoje życie?
- Szare, nudne i wypełnione imbecylami którzy myślą, że posiadają naturalną zdolność opanowania eliksirów bez odrobiny wysiłku z ich strony. Każde pokolenie jest coraz leniwsze i bezczelniejsze.
- A moje potomstwo?
- Twoje potomstwo przoduje w jednym i drugim.
- To czemu wciąż tu tkwisz?
Chwila ciszy.
- Sam nie wiem. Czasami mam wrażenie jakbym w pewnym momencie swego życia zawisł w miejscu i nie miał siły ani odwagi ruszyć się choćby o milimetr. Może... Może po prostu tak jest wygodnie.
- Severus...
- Hm?
- Musimy pogadać.
- Nie żartuj sobie.
- Mówię poważnie. Musimy spotkać się i pogadać wreszcie jak normalni ludzie, a nie jak para monotematycznych zapaleńców. Wiesz, o życiu, o świecie, o wszystkim. Odkąd cię poznałem trzy lata temu na zjeździe, nie rozmawialiśmy o niczym prócz eliksirów. Teraz, kiedy jesteśmy już niemal na końcu... Głupio by było, gdyby nasz kontakt tak po prostu się urwał, prawda?
- Nie jestem pewien...
- Wystarczy zwykłe nie.
- Nie! To znaczy... ehm... Po prostu nie wiem, co powiedzieć. Ja... No dobrze. Czy pasuje ci za trzy tygodnie, w sobotę?
- Jasne! Pod Czarnym Krukiem o osiemnastej, jak zwykle?
- W porządku.
Wielki Bu jeszcze przez chwilę wpatrywał się w płonący kominek. Potem zaśmiał się cicho i położył na plecach, wprost na jeleniej skórze. Makiawel skorzystał z okazji i wlazł mu na klatkę piersiową, gdzie wyciągnął się wygodnie. Co dziwne, tym razem nie został pozbawiony legowiska w sposób gwałtowny i brutalny. Jedna z dłoni podrapała go za uchem.
- Czy to nie dziwne, kocie? Odniosłem wrażenie, że ten facet chce się ze mną zaprzyjaźnić. Pierwszy śmiałek od czasów Lucjusza Malfoya. - Zadrżał lekko. - Do diaska, to nie jest zabawne. Mam tremę jak jakiś głupi pierwszak. Czy będę mu się musiał zwierzyć ze wszystkiego? Nie powinno się takich rzeczy robić po raz pierwszy w moim wieku. Oczywiście, że jest Albus... Ale on jest starszy, wiele rozumie. I Hermiona... to kobieta i moja żona. Miłość zmienia zasady gry, w dodatku ona już poznała mnie od najgorszej strony. Ale tak po prostu... Co mam mu powiedzieć? Zostańmy przyjaciółmi? To śmieszne. Naprawdę lubię tego faceta, nie chciałbym, żeby splunął za mną z obrzydzeniem. Nie wiem co robić, kocie...
Mruczę do niego z otuchą, bo jak mogę pomóc? Nie jestem ekspertem od stosunków międzyludzkich. Koty nie miewają i nie potrzebują przyjaciół. Ludzie to co innego.
Powiedziałem Wielkiemu Bu, że jak dla mnie, to ten drugi facet i tak już go bardzo lubi więc na pewno nie ucieknie z krzykiem ani nie zrobi czegoś równie idiotycznego. Ale co z tego? I tak mnie nie zrozumiał.

**

- Łeb mi pęka! - wrzasnęła Irma Watson, ciskając książkę do Transmutacji w najbliższy kąt. Pech chciał, że akurat ten kąt zajmował Makiawel. Syknął, gdy książka trzasnęła tuż przed nim i przygniotła mu łapę. Nieznośni ludzie! W ramach zadośćuczynienia, przemknął przez pokój wspólny jak czarna błyskawica.
Irma była ścigającą, co znaczy, że miała refleks. Jednak nawet ona, zanim zorientowała się w sytuacji, juz została posiadaczką kilku okazałych szram na dłoni i policzku. Makiawel przycupnął w pewnej odległości, gotowy uskoczyć, gdyby spróbowała czegoś głupiego, na przykład użycia różdżki.
- Ty kanalio piekielna! Jak cię spiorę kiedyś moją miotłą, to odechce ci się drapania ludzi! - pogroziła mu panna Watson. Gdyby mógł, Makiawel wzruszyłby ramionami. Tego rodzaju groźby go nie przerażały. Oblizał pyszczek i statecznym krokiem oddalił się na najbliższą kanapę.
- Spokojnie, Watson. Nie jesteś jedyną, którą boli głowa więc zamknij się, zanim moja czaszka się rozpadnie - warknęła gruba dziewucha która zawsze śmierdziała czosnkiem.
- Ta epidemia ma chyba związek ze zbliżającymi się testami półrocznymi. - zadrwił wysoki chłopak, do tej pory zajęty rysowaniem kółek na pergaminie i bolesnym wzdychaniem. - Pomfrey nie jest w stanie nadążyć z robieniem eliksiru bo codziennie ustawiają się do niej kolejki. Słyszałem, że podobno już robią zapisy.
- Dziwne, ale nie pamiętam, żeby w zeszłym roku tylu ludzi skarżyło się na migrenę.
- To ta mgła... Nie da się wyjść z zamku... Taka lepka i ohydnie wilgotna... - wymruczała dziewczyna śpiąca na dywanie wśród stosów podręczników.
- Jasne, lenie. Tłumaczcie sobie wszystko pogodą - zadrwił chłopak.

**

- Sergiusz!
- Proszę, proszę. Po trzech miesiącach kamiennego milczenia moja ślizgońska siostra wreszcie zdecydowała się odezwać. Może mnie nawet przeprosi?
- Sergiusz, słuchaj...
- Jeśli tak bardzo się krępujesz, możemy udać się w jakieś ustronne miejsce...
Makiawel przyglądał się im, jak stali na środku korytarza. Sergiusz spięty i poirytowany. Z głosu i postawy jego pani biła desperacja.
Nie dziwił się jej. Ostatnio coraz częściej śniła sny, z których budziła się przerażona lub, co było jeszcze gorsze, zdeterminowana. Czytała wszystkie gazety. Czasami cały wieczór przesiadywała z Avą, wypróbowując dziwne zaklęcia z pogranicza magii i wróżbiarstwa. Jednak żadne z nich nie dały tak spektakularnego efektu jak to pierwsze, na pamięć o którym Makiawelowi do dziś jeżyła się sierść.
Sara przygryzła wargę.
- Wierzę ci - powiedziała w końcu.
- Hm... - Sergiuszek spojrzał na nią sceptycznie. - Czego ode mnie chcesz? Z całą pewnością taka wielka ślizgonka jak ty poradzi sobie sama w każdej sytuacji? Nie potrzebuje pomocy pieprzonego brata?
Sara zignorowała rzucone jej wyzwanie.
- Informacja za informację, Sergiusz. Chcę wreszcie wiedzieć, o co chodzi z tymi morderstwami. Mam dość domysłów.
- Dlaczego akurat teraz?
- Bo teraz zaczęło mnie to dotyczyć bezpośrednio.
Młody Snape łypnął na nią podejrzliwie. Na jego twarzy niechęć walczyła o lepsze z troską. Wreszcie bardzo powoli skinął głową.
- Niech ci będzie. A co dokładnie chcesz mi dać w zamian?
- Części tej samej układanki. Zapewniam cię, bardzo ważne części.
Skinął na nią i ruszyli korytarzem. Wreszcie dotarli do jednej z nieużywanych sal lekcyjnych. Sergiusz bardzo starannie zamknął za sobą drzwi, podczas gdy Sara osunęła się na jedno z krzeseł.
- Czy ten kot musi tu być?
- Makiawel chodzi, gdzie chce.
- Zawsze się zastanawiałem, jak one to robią. To znaczy, przechodzą przez zamknięte drzwi.
- Chyba żartujesz. Po prostu w tym zamku jest mnóstwo dodatkowych otworów i korytarzyków, których normalnie nikt nie zauważa. Zwykle są wystarczająco duże, by mógł się przez nie przecisnąć kot.
- Patrz, nie wiedziałem.
- Bo nie masz kota.
- Dzięki, na razie wystarczy mi Lily Potter.
Sara przewróciła oczami.
- Dobra, siostrzyczko. Przejdźmy do konkretów. Czego dowiedziałaś się o “Ministerialnym Bólu Głowy”?
- O czym?
- To kryptonim sprawy. - W głosie Sergiuszka zabrzmiało coś na kształt dumy. - W każdej powieści detektywistycznej...
- Jasne, jasne inspektorze Snape. Pomyślmy więc, od czego tu zacząć. Dobrze. Ostatnio, w Dzień Zwycięstwa, byłam u Malfoyów i nie rób miny jakbyś właśnie zjadł zgniłe jajko. No więc tam, całkiem przypadkowo, podsłuchałam rozmowę zgadnijkogo z pewnym mężczyzną o nazwisku Waylock. Ten Waylock zasugerował, że zgadnijkto zamierza zrobić coś licznej grupie osób, coś co byłoby największym wyczynem od czasów Czarnego Pana.
- Czy zgadnijkto to nasz kochany Minister Magii?
- Jakbyś zgadł. Już sam fakt, że użył tego poddańczego tytułu Voldemorta jest wysoce podejrzany...
- Jestem pewien, że tego akurat gościa możemy wykluczyć z dochodzenia. Jest zupełnie i nieodwracalnie kaput. Ale Waylock... Nie słyszałem jeszcze tego nazwiska. Sprawdzę potem, co to za jeden. Czy któryś z nich wspomniał może, że ta liczna grupa osób to eks-śmierciożercy?
- Nie. Ale ty też to zauważyłeś?
- Czekaj chwilę... Na początku był Credley, ten co zginął pod pociągiem. Eks-śmierciożer. Petroniusz Plugan... Parszywa sprawa. Pocięty na paski, oficjalnie przez Mugola. Też eks-śmierciożer. Z Pluganem wiąże się jeszcze jedna ciekawostka... Pewien mężczyzna, Tobiasz Dark... dziwnym zbiegiem okoliczności także eks-smierciożer... zatuszował dowody morderstwa pana Plugana. Ernest Fluke, umarł w świętym Mungu. To pierwsza i ostatnia ofiara która była widziana żywa bezpośrednio przed śmiercią. Ciotka Ginny twierdzi, że coś mu się stało z głową, choć już to pewnie słyszałaś. Jeszcze trzech eksów zaginionych, choć nie wiadomo czy ich porwano, czy po prostu zmienili miejsce pobytu. I Fluxwill, która zwariowała. Ale to pewnie bez związku.
- Jej matka pracowała dla Voldemorta.
- O, to jest ciekawe. Ale jak by ją dopadli w Hogwarcie?
- Nie musieli.
Sergiusz uniósł brew w uprzejmym zdziwieniu.
-Teraz nie rozumiem.
- No dobra... Postaram się wyjaśnić. Słyszałeś kiedykolwiek o Strażnikach Umysłu?
- Owszem... Raz. Lily natknęła się na wzmiankę o nich, kiedy wpadła na spetryfikowanego Irytka.
- IRYTKA?
- Tia. Jeden stary i grubiański portret powiedział, że jego petryfikacja jest sprawką Strażników. Że w ten sposób niby zamknęli mu jadaczkę.
- Ojej...
- Martwi cię to?
- Jak cholera! - wrzasnęła Sara, zrywając się z krzesła. - Wiesz, ile ja się za nim nauganiałam żeby mi powiedział cokolwiek o tych właśnie strażnikach? A teraz nic już się nie dowiem!
- A dlaczego ci Strażnicy nie chcą, żeby o nich za dużo wiedzieć?
- Nie wiem, ale mam podejrzenia. Boją się czegoś.
- Czego może bać się duch?
- Wiesz kim oni są? To nie zwykłe duchy lecz obrońcy naszego mózgu przed toksycznymi skutkami używania magii. Siedzą w głowie każdego z nas, nie pozwalając by magia pożarła żywcem nasze komórki nerwowe...
- Mówisz? - Sergiuszek uniósł wysoko brwi w wyrazie zdumienia. - Lily powiedziała tylko, że jej mama powiedziała, że jej dziadek wspomniał kiedyś że to rodzaj śmiesznych strzępków ektoplazmy które zabłąkały się w niewłaściwe miejsca.
- I ty wierzysz Potter? - teraz z kolei Sara była zdumiona. - I TY NAPRAWDĘ WIERZYSZ TEJ WARIATCE? Oszalałeś?
- Niektórzy z nas, siostrzyczko, mają otwarty umysł - sarknął Sergiuszek. - Tak się składa, że w tym wypadku nie istniało inne źródło informacji. Biblioteka Hogwatu wygodnie milczy na ten temat. Jak zresztą na każdy inny istotny temat. Tak więc co ci domniemani strażnicy zbroili?
- Natknęli się na magię, której nie są w stanie powstrzymać. To magia, której ktoś używa by zabijać ludzi, niszcząc ich umysł.
- O. A skąd to wiesz?
- Parę tygodni temu... Odprawiłyśmy z Avą rytuał i udało nam się przywołać mojego Strażnika Umysłu. Pokazał mi, jak oni eksperymentują z zabijaniem... Na czym to polega... To straszna śmierć. Wyrywają ci kawałek umysłu i patrzą jak reszta ciebie sypie się w oczach. Jeśli wyrwą odpowiedni kawałek, możesz umierać tygodniami.
- Wiesz, to ma jakiś straszny sens. Credley, Plugan... Mogli być nieudanymi eksperymentami. Jeśli ci ludzie dopiero uczą się, jak to robić, to wszystko wyjaśnia. Może na przykład Fluxwill wyciągnięto niewłaściwy lub za mały kawałek jeszcze zanim przyjechała do Hogwartu... Ale to znaczy, że po świecie może chodzić więcej takich niewypałów. Może nawet nie wiedzą...
Nagle Sergiuszek zbladł jak ściana.
- Myślisz, że...
- Nie. To byłoby niemożliwe - wyszeptała Sareczka.
Nie martwcie się, pomyślał Makiawel. Z nim akurat wszystko w porządku. Przecież go pilnuję, tak samo jak was.
Zastrzygł przyjaźnie uchem.
Sergiuszek nabrał powietrza.
- Najważniejsze, co musimy teraz ustalić, to co kieruje ludźmi którzy to robią. W ten sposób dowiemy się, kto tak naprawdę jest w niebezpieczeństwie. Ja stawiam, że za tym wszystkim stoi Amber, który chce się pozbyć śmierciożerców. Których? Wszystkich? Tych którzy wiedzą o nim coś, co mogłoby mu kiedyś zaszkodzić? A może po prostu chce wybić wszystkich co do nogi? Albo ma jeszcze inne plany? I co to za magia?
- Subtelne paskudztwo. Nie wiem na jakiej ona zasadzie może działać. Mam do ciebie jeszcze jedno pytanie: czy myślisz że Hogwart jest bezpieczny?
- Pamiętasz ten dziwaczny pokój z czterema drzwiami?
- Trudno go zapomnieć.
- No to juz znasz odpowiedź. Nie.

**

Makiawel wylegiwał się na górnej pokrywie zegara z kukułką. Koniuszek ogona leniwie odmierzał sekundy.
Minął miesiąc.
Szara, dusząca mgła cieniutką warstewką snuła się po podłodze. Wlazła tu, kiedy nikt nie patrzył i teraz panoszyła się, pozornie bez celu. Ludzie jej nie zauważali, gdyż trzeba kocich oczu by spostrzec tak pokręconą magię. Makiawel przyszpilił ją wzrokiem do posadzki, mając nadzieję, że tym sposobem choć trochę spowolni jej ruch. Nic z tego. Zasyczała tylko gniewnie, wyprężyła się na kota i ruszyła dalej.
Parsknął z irytacją i zeskoczył na ziemię. Pobiegł przed siebie. Lecz nie był dość szybki by go nie dogoniła. Mroziła mu łapy.
Galopował pustymi korytarzami, czując rosnącą powoli panikę, pierwotną i straszną. Gdy dotarł do dormitorium Slytherinu, brakowało mu już tchu. Bez wahania wskoczył na łóżko swojej pani i ugryzł ją do krwi.
Wrzasnęła.
- Ty głupi kocie, co ty... Mamusiu, jak tu cholernie zimno!
Zaczynało się.

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 26.09.08, 08:00

Rozdział trzynasty
O szkodliwości Artnumeryki



Buty. Odhaczyć. Zimowy płaszcz z kapturem. Odhaczyć. Różdżka. Odhaczyć.
“Mugolski długopis”. Odhaczyć.
Nie zamierzała już dłużej znosić tej ich radosnej działalności. Myśleli, że mogą sobie grzebać w jej głowie i nie myśleć o konsekwencjach? A konsekwencją była ona, Sara Snape. Przy odrobinie szczęścia, dziś w nocy przynajmniej jeden kretyn powie “pa pa” swojemu mózgowi.
Nic nie widać dookoła
Ciemno, ciemno, mróz i mróz...

Za każdym razem, gdy wdychała powietrze, odrobina szarego paskudztwa sączyła się do jej płuc, dusząc ją i wyciskając łzy z oczu. Przycisnęła więc do ust pierwszy z brzegu kawałek materiału - jej wczorajszą bluzkę - i starała się oddychać jak najwolniej i jak najpłycej. Jej ciałem wstrząsały dreszcze, częściowo z przenikliwego chłodu, od którego nie chroniło jej nawet kilka grubych warstw materiału, częściowo od panicznego choć niesprecyzowanego lęku.
Nic nie widać dookoła...
Zamknij się.

Sara Snape nie zamierzała się poddać jakiemuś głupiemu uczuciu. Gdy okazało się, że obrzydliwa, lepka mgła wypełnia całe pomieszczenie, nie schowała się pod kołdrę. Gdy okazało się, że mimo wrzasków i energicznego potrząsania Lidią nie jest w stanie obudzić dziewczynki, gdy okazało się, że nie może obudzić nikogo, nie rozbeczała się i nie wybiegła w panice z dormitorium. Spojrzała tylko w roziskrzone oczy Makiawela który wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem i skinęła głową. Skoro zaczęły dziać się Rzeczy, a nawet jeśli nie wiedziała dokładnie czym te Rzeczy są, to była pewna, że mają związek z “Ministerialnym Bólem Głowy”, to ona miała zadanie do wykonania.
Nie pozwoli nikomu zabrać jej rodziny. Po jej trupie.
Nasunęła kaptur swego zimowego płaszcza na głowę i wyszła z dormitorium. Po omacku zrobiła kilka kroków korytarzem, nie chcąc zapalać różdżki. Lepiej nie widzieć mgły.
Gdzieś z prawej usłyszała szuranie, jakby ktoś nagle cofnął się w głąb pomieszczenia. Było stłumione i trochę nierealne. Sara zamarła wpół kroku, czujna jak spłoszona kotka.
- Na świętego Salazara powiedz kim jesteś, bo jak nie to moja miotła cię spierze! - zasyczał bezcielesny głos, dobiegający nieco z przodu i na prawo od niej. Mogło być tam wejście do jednego z dormitoriów. Sara przezornie milczała, wypatrując ruchu w matowej, jednolitej ciemności.
Minęła chwila złowrogiej ciszy.
- Jeśli jesteś mordercą albo zboczeńcem to ostrzegam, że jest bardzo agresywna! Nie zostaną po tobie nawet sznurówki! - dorzucił głos, już nieco mniej buńczucznie.
Sara zawahała się. To było jej zadanie. Ale nie chciała przecież dostać w tył głowy, jeśli pójdzie dalej bez odpowiedzi.
- No? I co? - Głos przybrał ton histerii. - Bijemy?
- Jestem Sara, idiotko! - burknęła dziewczynka w smolistą nicość.
- Sara? Jaka, psiakrew, Sara? Ostrzegam, że mój tata jest alchemikiem! Nie chcesz wiedzieć, co zrobi z twoimi częściami ciała...
- A ty chcesz wiedzieć, co mój ojciec, Mistrz Eliksirów, zrobi z twoimi?
- Aaa... Sara Snape, pierwszy rok, tak? O ciężki skunksie, ale mnie przestraszyłaś, dziewucho! Mogę błysnąć lumosem? Ciemno tu jak w tyłku u Murzyna, a reszta i tak się raczej nie obudzi. Jesteś chyba jedyna na chodzie oprócz mnie. Nie wiem, co się z tym światem pochrzaniło, ta mgła jest obrzydliwa, zalepiła mi usta i oczy... Gdyby nie moja miotełka, też bym tam leżała jak ten trup. Widziałaś ich?
- Kogo? - spytała Sara, ale zanim usłyszała odpowiedź już czuła, że wolałaby jej nie znać.
Błękitne światło wydobywające się z różdżki jeszcze tylko podkreśliło upiorność sytuacji. Spowita kłębami mgły, w szacie szkolnej narzuconej na flanelową pidżamę, z fryzurą typu piorun-w-pietruszce i nienormalną miotłą u boku Irma Watson do kompletu potrzebowała jedynie dzwoniących kajdan. Nawet jej piegi miały niezdrowy odcień.
- Resztę.
- Nie przyglądałam się im.
- Tym lepiej dla ciebie.
Jej słowa zmroziły Sarę bardziej skutecznie niż dowolna ilość upiornej mgły. Buhaha. Witajcie w naszej bajce, pomyślała.
- Co z nimi? Czy oni...
- Wyglądają całkiem normalnie. - Irma wzruszyła nonszalancko ramionami, jakby żaden widok na świecie nie był w stanie zrobić na niej wrażenia. - Tyle że wszyscy, co do jednego, mają otwarte oczy.
Sara miała ochotę wydać z siebie przeciągły, histeryczny wrzask jak główne bohaterki na tych czarno-białych mugolskich filmach ze sztucznymi wampirami w tle. Powstrzymała się od tego, bo przecież nie na darmo nosiła nazwisko Snape. To do czegoś zobowiązywało. Oblizała spierzchnięte wargi. Ma długopis. Ma długopis i zrobi nim krzywdę tym potworom.
Kimkolwiek oni są.
- To pewnie przejściowe - rzekła bez przekonania.
- Mam nadzieję - sarknęła Irma. - Żałoba narodowa to takie nudne święto.
O nie... Jej brat, jej ojciec... Trumny, setki trumien... Stop! Nie mogła teraz zajmować się gdybaniem. Musi być spokojna i skupiona, jak atakujący wąż. Spokojna i skupiona...
- Może tylko u nas ktoś rozpylił to paskudztwo? Może to kolejny głupi pomysł Gryfonów. Trzeba znaleźć nauczycieli.
Ty poszukasz nauczycieli a ja poszukam sprawców, pomyślała.
- Dobrze główkujesz, babo. Zjeżdżamy z tego grobowca. Im szybciej tym lepiej. Jeśli to ich sprawka, myszojady umrą dziś w nocy. Moja miotła nie zna litości.
Sara ruszyła za Irmą, patrząc z zawiścią na sprężysty krok dziewczyny i zawadiacki uśmieszek zdobiący piegowatą twarz. Gdyby świat był taki prosty... Wsunęła dłoń do kieszeni i zacisnęła ją na długopisie, czując wracającą jej pewność siebie. Irma nie wiedziała, jak prorocze były jej słowa. Tak, Oni umrą. A ona, Sara Snape, będzie się śmiała ostatnia.

**

Dziwaczna procesja sunęła w dół po kapryśnych schodach hogwarckiej twierdzy, które tej nocy o dziwo nie wykazywały najmniejszej ochoty na zmianę ustawienia. Można było wysunąć przypuszczenie, że wyzionęły ducha tak jak wszystko inne w zamku. Lepka mgła sączyła się przez ściany, okręcała się wokół zbroi i kamiennych figur i muskała oblicza znieruchomiałych portretów, których oczy, szeroko otwarte i zastygłe, nie miały w sobie więcej blasku niż oczy ich mugolskich odpowiedników. Głuszyła także stąpnięcia istot, które przedzierały się przez ten surrealny świat trwający w zawieszeniu między życiem a śmiercią.
Przodem szło złotowłose dziewczę w kwiecistej koszuli nocnej i płaszczu, dzierżące w lewej ręce świecznik, który dawał widoczność jakiś czterech metrów. Z tyłu podążał wielce rozczochrany młodzian, szczelnie zakutany w podbitą futrem pelerynę. Jego blada, nieruchoma twarz, mocno zaciśnięte szczęki i czujne spojrzenie czarnych oczu zdradzały wielkie napięcie. Czubek jego różdżki był wycelowany w sunące między nim a dziewczyną dziwnie znajome ciało. Ciało się nie ruszało, co najwyraźniej stanowiło źródło strapienia dla młodziana.
W połowie schodów dziewczę odwróciło głowę i rzekło tonem, który w założeniu miał być rozważny i przekonujący:
- Po co ci on? On się chyba nie obudzi.
Szkoda, że bardziej przypominał pisk przerażonej myszy.
- Nie martw się, Potter, na pewno znajdę dla niego jakieś zastosowanie. Może złożę go w ofierze. Zaś jeśli zaistnieje sytuacja, w której nie będziemy mieli innego źródła pożywienia, sądzę, że też się nada. A teraz wyświadcz mi przysługę i zamknij się. Ja tu próbuję myśleć.
- Brr! Nie mów takich rzeczy!
- To nie zadawaj głupich pytań. Tak się składa, że go lubię. Więc go nie zostawię w tej trupiarni. Wiesz, nie jestem w stanie cię rozgryźć, Potter. Jednego dnia jesteś inteligentną osobą, a na drugi zachowujesz się jak kretynka. Czy to ma związek z fazami księżyca?
Gwałtownie odwróciła głowę i, już nic nie mówiąc, ruszyła szybciej. Sergiuszek przewrócił oczami. Może nie powinien był odzywać się tak ostro. Sam właśnie doszedł do wniosku że zabieranie Marka nie było najlepszym pomysłem, nie, żeby zamierzał się do tego przyznawać. Ale atmosfera zaczynała już porządnie działać mu na nerwy, zaś kwilenie Lily wcale nie podnosiło go na duchu. To nie była żadna głupia zabawa, do diaska! Po drugiej stronie wszystkich dziwnych zdarzeń stał morderca, zaś oni byli tylko dwójką pierwszaków, niczym więcej, niczym mniej. Nawet bez tej odrobiny nieplanowanej magii, którą po swojej stronie miał wujek Harry gdy podczas pierwszego roku zmierzył się z Voldemortem. To, że Sergiuszek znał kilka bardziej zaawansowanych zaklęć, także w znaczący sposób nie poprawiało ich sytuacji.
Wiedział to wszystko, a jednak szedł dalej. Żadna głupia mgła nie zmusi go do zostania w dormitorium!
- Nie obrażaj się, Potter - burknął. - W stresowych sytuacjach wyłazi ze mnie Snape.
- Gdzie idziemy? - zapytała takim tonem, jakby odbyta przed chwilą rozmowa wcale nie zaistniała. Ktoś obcy mógłby pomyśleć, że zapomniała o całej sprawie, ale Sergiusz za dobrze znał Lily. - Myślisz, że wszyscy w Hogwarcie wyglądają... tak?
- Owszem, myślę że wszyscy w Hogwarcie wyglądają “tak”. Ale na wszelki wypadek sprawdzę, czy tata...
- Nie różni się zbytnio od pozostałych mieszkańców zamku.
W kręgu światła zmaterializował się Krwawy Baron. W obłokach szarej mgły jego ciało skrzyło się jak lampki na choince, jednak tym, co przyciągnęło uwagę chłopca był upiorny, bezkrwisty uśmiech.
- Rozwarte powieki, wyblakłe oczy, płytki oddech, zimna, zimna skóra... Co wam będę mówił, jestem pewien, że widzieliście to u swoich kolegów... Takich jak ten, którego niesiecie. On się nie obudzi, chłopcze, zostaw go gdzieś. Jestem pewien, że się nie obrazi. - Chrapliwy śmiech. - Ach, zaraza w Hogwarcie! Na Salazara, nie widziałem czegoś takiego już od kilkuset lat! Głupi, głupi czarodzieje! Nie słuchacie nas, nie zauważacie! I co teraz?
- Teraz, Baronie, powiesz nam o co chodzi.
- O co chodzi? O co chodzi? Nie mam pojęcia!
Sergiuszek był niewzruszony jak góra lodowa przemieszczająca się w kierunku statku pasażerskiego.
- Czym jest mgła?
- Rodzajem magii usypiającej.
- Nie wyglądali na uśpionych - zauważył beznamiętnie Sergiuszek. - To jakaś cholerna petryfikacja, tak? Rozcieńczony jad bazyliszka albo inne paskudztwo?
- Myślisz jak typowy śmiertelnik. - Baron skrzywił się z pogardą. - Ciasnota umysłowa czarodziejów zawsze mnie zadziwiała. Na tym świecie istnieje około dwóch tysięcy rodzajów magii z czego wy, czarodzieje, używacie może setki. O innych zapominacie. Skoro wy jej nie używacie, to nie jest warta uwagi, tak? Ha, przeliczyliście się! To magia bardziej pierwotna i potężna od waszych zaklęć. Żeby pokonać stworzenia które kryją się w mgle, musisz zerwać z tym nałogiem, chłopcze. Przestań myśleć jak czarodziej, zacznij myśleć jak mag.
- To jest jakaś różnica? - zapytał Sergiuszek, podejrzliwie. Odnosił wrażenie, że Baron wciąga go w jakieś głupie gierki. Nie miał czasu na gierki.
Niespodziewanie odezwała się Lily.
- Czarodziej szuka magii w sobie, mag szuka jej we wszystkim co go otacza. - Rzucił jej poirytowane spojrzenie. Zarumieniła się pod nim. - Mój tata musiał rzucić takie zaklęcie podczas drugiej wojny. Powiedział mi, że przy tym zaliczenie roku u profesora Snape'a to pestka.
- Znaczy że gdzie mam jej niby szukać?
- Rusz głową, chłopcze. Wszystkie fakty masz przed sobą.
Pomyślał przez chwilę. Jeśli nie była to magia czarodziejów to czyja? Spojrzał na Barona. Przez chwilę obserwował mgłę, która zdawała się wsiąkać w ściany i przenikać je bez najmniejszego problemu... Czego może bać się duch, zapytał Sary podczas ich ostatniej rozmowy. No właśnie, czego?
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że mgła jest sprawką duchów?
- A już zaczynałem tracić nadzieję!
- Nadal nie rozumiem. Co mają duchy do tego wszystkiego? Do morderstw, do zniknięć i do Ministerstwa Magii? Przecież to Amber za tym stoi, prawda?
Te paranormalne wstawki podobały mu się coraz mniej. Najpierw Strażnicy Umysłu, teraz to.
- Nie wiem, chłopcze. Jestem tylko duchem, nie znam się na polityce. Ale umiem rozpoznać mgłę, gdy ją widzę. To bardzo potężna broń, choć działa jedynie podczas snu.
- Zaklęcie usypiające które działa podczas snu? To trochę jak pośmiertna Avada, wiesz?
Sergiuszek zastanowił się przez chwilę. W tej układance czegoś definitywnie brakowało. Podmiotu.
- Zaraz. Kogo właściwie usypia mgła?
- Brawo! Prawdziwy Snape! Doskonale, chłopcze, będą jeszcze z ciebie ludzie. Mgła usypia duchy. A raczej, jeden, bardzo specyficzny rodzaj duchów, które każdy czarodziej ma w swojej głowie. Słyszałeś o Strażnikach Umysłu?
Krwawy Baron zaśmiał się. Nie był to przyjemny dźwięk.
- Z twojej miny widzę, że tak. Ktoś, drogi chłopcze, bardzo pragnie dobrać się do mózgów twoich znajomych. I jest już bardzo, bardzo blisko swego celu. Otworzył wam czaszki, a jeśli go nie powstrzymacie, to wyje wam mózgi łyżeczką. Miłej nocy.
Z tymi słowy duch rozpłynął się we mgle. Sergiuszek zaklął szpetnie, nie zważając na to, że jest w obecności damy. Zresztą, dama nie sprawiała wrażenia osoby której standardowa wiącha snaperskich przekleństw mogła zaszkodzić. Jej blade brwi były uniesione a oczy zamglone.
- Mamy kłopoty - wyjaśniła.
Jasne, kłopoty. Mgła usypia duchy. Gdy duchy śpią, można rozwalić człowiekowi mózg. Ktoś chce rozwalić wszystkie mózgi w Hogwarcie? Kto, Minister? Może jest śmierciożerem, ale chyba nie idiotą. Ale kaszana. Mgła usypia duchy. Ministra interesuje pozbycie się śmierciożerów... A może interesuje go bezbolesne zawładnięcie całym magicznym światem? Może ta ich magia nie tylko zabija? Hola, czyżby kolejny Czarny Imbecyl pojawił się na horyzoncie? W końcu od piętnastu lat nie było żadnego a rynek nie lubi próżni... Ale skoro to wszystko jest sprawką Ambera, to czemu Baron upiera się, że mgłę wywołały duchy? Duchy usypiają duchy? Duchy przeciwko duchom? A Amber?
Czas, potrzebuję więcej czasu! Gdybym chociaż miał pewność, że gdy oni wszyscy się obudzą, będą tacy sami jak wieczorem... Gdybym miał pewność, że w ogóle się obudzą... Zawaliłeś sprawę, Sergiusz.
- Ciężki seler, nie my mamy kłopoty tylko wszyscy w tym zamku je mają! - krzyknął Snape, nie zważając już na to, że jego głos nie niósł się jak zwykle po zamku lecz krążył, bezradny i zamknięty w lepkiej pułapce. Sergiusz miał wrażenie, że za chwilę rozpadnie się na tysiąc kawałeczków z których każdy pogna w innym kierunku. - I za cholerę nie mogę zrozumieć dlaczego właśnie my ich nie mamy! Czy to ja muszę ratować ten cholerny świat? Gdzie dyrektor? Gdzie nauczyciele? Czemu zawsze, w podbramkowych sytuacjach, Gryfoni muszą odwalać brudną robotę za dorosłych? To oni mają nas niby chronić, co nie?
- Normalnie, tak - przyznała Lily, spokojna w obliczu histerii Sergiuszka. - Tylko właśnie zajęci są umieraniem.
Słowa Lily podziałały na Sergiuszka jak kubeł zimnej wody. Zacisnął mocno powieki i wziął parę głębokich oddechów by stłumić wzrastającą w nim panikę. Przeczesał palcami wilgotne włosy i rozmasował skronie, podświadomie naśladując swojego ojca.
Przestań zachowywać się jak jakiś głupi Puchon, który w obliczu zagrożenia traci głowę, zbeształ się. Ty jesteś Snape. Twój ojciec potrafił wykiwać Voldemorta a matka jednym zaklęciem powaliła dziesięciu śmierciożerców. Nie chcesz być chyba gorszy, prawda? Jesteś Snape i w twoich rękach leży życie kilkuset osób. Wiesz przecież, co robić. Wiedziałeś to juz od dawna, tylko bałeś się spróbować. Ale teraz się nie zawahasz, bo nie masz wyboru.
- Zmiana planów. - Sergiuszek jeszcze raz nabrał głęboko powietrza i zakrztusił się mgłą. Chwilę zajęło mu doprowadzenie się do porządku i wytarcie łzawiących oczu. - Odstawimy Marka z powrotem na miejsce i idziemy prosto do lochów. Najwyższy czas na praktyczną lekcję artnumeryki.

**

- Moje małe żmije wciąż na nogach? No, no. Uważajcie dziewczyny, bo będę musiała wam przyszlabanić.
Już-już niemal nacisnęła przycisk, gdy zorientowała się, komu właśnie chciała przywalić myślo-magią. Sara szybko odwróciła wzrok i pośpiesznie schowała broń do kieszeni. Na szczęście, uwaga Prefekt Slytherinu skupiła się na Szalonej Miotle Irmy, której rączka o włos minęła jej różany policzek.
Prefekt gwałtownie cofnęła się w fotelu.
- Watson, weź, z łaski swojej, poskrom to coś!
- Miotełka, odstąp! - ryknęła Irma, przywołując sprzęt do Quidditcha władczym gestem. Miotła wróciła posłusznie, choć po nachyleniu kija widać było, że jest urażona.
Prefekt wydała z siebie poirytowane sarknięcie i usiadła prosto, krzyżując elegancko nogi. Zawsze dama, nawet teraz, pomyślała Sara, częściowo z podziwem, częściowo z zawiścią. Pewnie zanim opuściła dormitorium, zdążyła sobie przypudrować nos.
- Dobrze, że nie jestem jedyną, która zachowała przytomność umysłu. A teraz, drogie dziewczęta, mam do was pytanie. Czy któraś z was, za przeproszeniem, wie co się tu wyprawia?
- Czy to było pytanie retoryczne? - sarknęła Irma.
- Wciąz żywię nadzieję, że nie. Wiecie, ja tu próbuję rozwiązać problem którego nie da się rozwiązać. Nie utrudniajcie mi tego.
Sara spojrzała na Irmę, Irma spojrzała na Sarę. Makiawel, który wsunął się za nimi do pokoju wspólnego bezszelestnie niczym duch, spojrzał na miotłę. Wszyscy popatrzyli na sfrustrowaną Prefekt Slytherinu.
Mgła trochę zgęstniała.
- Myślimy, że...
- Gryfoni...
- Tak, tak, wiem! - Prefekt machnęła na nich ręką, jakby przestała żywić jakąkolwiek nadzieję związaną z ich obecnością. - Ja też myślałam, że to głupi kawał. Dopóki nie przespacerowałam się korytarzami Hogwartu i nie zorientowałam się, że jestem jedyną przytomną osobą w całym zamczysku. No, teraz jest nas trzy.
- A belfrowie? - spytała Irma, teraz wyraźnie spanikowana. - Nie mówisz chyba, że oni...
- Belfer Slytherinu śpi jak zabity, o ile to coś można ochrzcić snem. Wicebelfer wydaje z siebie nosowe dźwięki, pogrążona w błogim letargu. Założyłam, że pozostali są w niewiele lepszym stanie przytomności. Tak więc, moje podopieczne, jesteśmy zdane na nasze wątłe siły. Mamy do wyboru: dołączyć do stanu ogólnej katatonii i przeczekać kryzys lub uderzyć na Ministerstwo Magii i błagać o przysłanie aurorów gdyż w środku nocy w Hogwarcie wszyscy śpią. Miła pani w recepcji każe nam wypełnić dużo formularzy, co zapewne zajmie nam czas do białego rana i w ten sposób oni będą zadowoleni, a my zajęci.
- A trzecia opcja z dwóch? - zapytała Irma. - Ta w której chrzanimy Ministerstwo i szukamy przyczyny na własna rękę?
- Nie Ministerstwo. To głupi pomysł. Ministerstwo odpada w przedbiegach.
Tymi słowami Sareczka zdołała skupić na sobie uwagę pozostałych uczestniczek nocnego zebrania. Zaklęła w myślach. No cóż, prędzej czy później i tak musiałaby powiedzieć im chociaż część prawdy.
- Jak to: Ministerstwo odpada? - oburzyła sie Prefekt. - Te markowe szaty z podrabianą zawartością mają nas chronić!
- Nieoficjalna wersja jest taka, że wcale nas nie chronią, a nawet wprost przeciwnie. Ja i mój brat zdołaliśmy zebrać dość dowodów, by dojść do wniosku, że jeśli nawet nie stoją za tym całym bajzlem, dają na to milczące przyzwolenie.
- Jakim bajzlem? Co ty pleciesz, Snape?
- Mała, masz gorączkę? - zmartwiła się Prefekt. - Nie mówisz z sensem. To jest cholerna mgła. Czarna magia albo coś podobnego, rozumiesz? Mgła i Ministerstwo wcale mi sie nie wiążą. Sznurówki lepiej mi się wiążą niż to co opowiadasz.
- Czy dacie mi wyjaśnić? - warknęła Sara. - Wiem, że jedna z was czyta tylko Czarownicę, a druga dzień i noc ślini się nad wynikami Ligi Quidditcha, ale jeśli byście w swoim zapchanym terminarzu znalazły czas na przekartkowanie Proroka, same zaczęłybyście się zastanawiać, co sie dzieje. Ludzie znikają, ludzie umierają, ludzie wariują. Szesnaście przypadków w trzy miesiące, z czego dziesięciu znikło bez śladu. A dla lepszego wiązania powiem, że wszyscy to dawni śmierciożercy. - No dobra, nie miała pewności czy każdy. Ale nic nie szkodzi jeśli trochę nagnie fakty. - A co na to kretyni z Ministerstwa? Prorok albo bagatelizuje sprawę albo zwala to na grupę porąbanych Mugoli. A Aurorzy, no co oni robią? Ha ha, nie zgadniecie. Przemeblowują swój departament, bo Ministrowi akurat teraz zachciało się modernizacji. Są więc zbyt zajęci pierdołami, by mieć czas na myślenie. I nie mówcie, że to zbieg okoliczności. Ślizgoni nie wierzą w zbiegi okoliczności, do ciężkiej cholery!
- A co do tego ma ta mgła, Slytherin by na nią nasikał? No co? Ministerstwo kupiło maszynkę do mgły i chce nas wszystkich podusić by pokazać kto tu rządzi?- spytała buńczucznie Irma. Prefekt przezornie milczała i tylko niewielka zmarszczka na jej czole świadczyła o tym, że była zajęta konfrontowaniem nowo uzyskanych informacji z posiadaną wiedzą.
- Nie wiem. Ale jeśli będziemy tu tak sterczały, to nigdy się nie dowiemy. - Sara rozejrzała się po pokoju i spostrzegła Makiawela, który, zniecierpliwiony, skrobał pazurami wejście. Wyglądał na mocno zirytowanego. - Podążajmy za kotem - sarknęła. - Mam wrażenie, że tylko on wie o co w tym biega.
Ku jej zdziwieniu, uzyskała natychmiastowe poparcie Irmy.
- Tak, ta bestia jest za inteligentna dla własnego dobra. Chodźcie ludziska. Potrzebuję świeżego powietrza.
- Chodźmy. - zgodziła się cicho Prefekt. Jej twarz miała dziwny, skupiony wyraz, jakby dziewczyna znała jakąś tajemnicę, którą na razie nie chciała się podzielić. - Różdżki z rękawów, dziewczyny i strzelać bez ostrzeżenia. Nie wiadomo, co czai się za rogiem.

**

Za rogiem czaiła się jedynie mgła. Co, według Sary, w niczym nie poprawiało sytuacji. Czuła się jak zaklęta królewna przemierzająca ruiny zamku w którym straszy. Obok niej Irma dyszała ciężko i raz po raz przecierała rękawem załzawione oczy, w międzyczasie próbując dostrzec cokolwiek poza czubkiem ogona Makiawela. Kot prowadził ich tak pewnie, jakby mgła dla niego nie istniała. Zazdrościła mu, sukinkotowi.
Sytuacja skomplikowała się nieco, gdy doprowadził ich do aż nazbyt dobrze znanych drzwiczek i przystanął przed nimi, miaucząc cicho. Był wyraźnie niezadowolony z sytuacji, jednak nie tak niezadowolony jak jego właścicielka, która doszła do wniosku, że wszelkie moce Hogwartu sprzysięgły się przeciwko niej i jej misji. Nie miała cholernego Wielkiego Zardzewiałego Żelaznego Klucza.
- A to niby co ma być? - zapytała Irma, dając drzwiom eksperymentalnego kopniaka. Ani drgnęły, czego naprawdę można się było spodziewać, pomyślała sarkastycznie Sareczka.
- Wrota do Królestwa Pleśni i Rozkładu - mruknęła. A także do tego po stokroć przeklętego pokoju, dodała w myślach, co w niczym nie poprawiało jej humoru. No, ale jeśli zamierzała dopaść zbójów, to nie pozostawało jej nic innego jak przeć na przód, nie zważając na ciernie, ból i pająki we włosach. - To poziom minus dwa, legendarne piekło tuż pod jeziorem. Śmierdzące i pełne niesklasyfikowanych gatunków. Filch torturował nas w jednej z grot przez całą noc. Co wy na pomysł, żeby tam wejść?
- Poziom minus dwa? - Prefekt pobladła lekko, a może był to jedynie efekt wywołany przez upiorne oświetlenie. - Nie słyszałam wiele o tym miejscu, ale to co słyszałam było wystarczająco odrażające. Gdyby był tu jakiś puchon, wysłałabym go przodem, aby zbadał teren. Niestety, jesteśmy zdane tylko na swoją ślizgońską przebiegłość. Wycofujemy się z honorem?
- Nie! - zaprotestowały unisono obydwie dziewczyny. W oczach Irmy można było dostrzec błysk, jaki cechował szalonych naukowców oraz osoby, które w dzieciństwie nie spadły z wysokiego drzewa.
- A sądziłam, że Tiara Przydziału jest nieomylna! - Prefekt zaśmiała się krótko. - Dobrze, moje honorowe gryfonki, cofnijcie się od drzwi. Będę je wyważać.
Zaklęcie wystrzeliło z jej różdżki i uderzyło w drzwi. Drewno jęknęło cicho, zatrzeszczało i rozsypało się w stos wiórów. Makiawel natychmiast skorzystał z powstałego otworu i zniknął na prowadzących w dół, stromych schodkach. Sara popędziła za nim, nie chcąc stracić go z oczu. Po drodze jednak poślizgnęła sie na mokrym i porośniętym mchem kamieniu i byłaby wywinęła kozła, gdyby nie miotła z Irmą na pokładzie.
- Wskakuj, mała! Ta miotła nigdy się nie myli!
Sara bez słowa usadowiła się za panną Watson, powstrzymując cisnące się na usta pytanie, gdzie ten cholerny kij podział mózg. Trzymając się jej kurczowo, gdyż nadal nie dowierzała miotłom, pomknęła w dół. Prefekt szła za nimi, jednak bez widocznego pośpiechu, oglądając z pełną obrzydzenia fascynacją roślinny wystrój wnętrza.
Korytarzyki były ciasne, ciemne, zaniedbane i pełne mgły więc po chwili obydwie dziewczyny zdążyły zebrać na ubraniach i włosach kompletny zestaw tutejszej flory i fauny. Snape co chwilę strząsała z siebie co obrzydliwsze kawałki i wrzeszczała, gdy niebezpiecznie ocierały się o ścianę czy sufit. Na Irmie zaś nic nie zdawało się robić wrażenia. Z maniakalnym chichotem leciała w ślad za kotem, którego sierść jarzyła się jakby obsiadły ją roje wszy głębinowych. Sara w głębi ducha wiedziała, gdzie Makiawel się zatrzyma. Nie zawiodła się. Znajome drzwi, nieco ciemniejsze od innych gdyż oczyszczone z fosforyzującej pleśni, były celem ich wędrówki.
Były uchylone.
- Poczekaj chwilę - szepnęła do Irmy, gdy zsiadły z miotły. - Myślę, że to co tam jest może nas nie bardzo lubić.
- Hola, hola, dziewczynki! Poczekajcie na mnie, nie pakujcie się same w kłopoty, z których będę musiała się potem spowiadać profesorowi Snape'owi! Już cotygodniowe raporty są wystarczająco niemiłym doświadczeniem - zatrzymała ich Prefekt. - Zero herbaty i ciasteczek.
- O ile profesor Snape dożyje jutra - zauważyła trzeźwo Irma, wycierając zaślinioną twarz w rękaw zaślinionej szaty. - Fuj! Kiedy oni tu ostatnio sprzątali?
W Sarze zawrzała krew i jej różdżka dźgnęła trzecioroczną ślizgonkę między łopatkami.
- Zamknij się, Watson, bo twoje flaki ujrzą światło dzienne. To, że większości twojej rodziny nie grozi śmierć nie znaczy, że masz prawo zachowywać się jak świnia!
- Snape, Snape... - Irma spojrzała na nią z politowaniem. - Trochę zimnej, wężowej krwi, mała. Nic nie poradzę na to, że mam pragmatyczne nastawienie do świata. To jak, ludzie? Chyba nie zamierzamy tu sterczeć do białego rana? Przydałaby mi się kąpiel i odrobaczanie.
- Pragmatyzm nie usprawiedliwia chamstwa - ucięła dyskusję Prefekt. - A ja wchodzę pierwsza. Nie chcę mieć waszych zwłok na sumieniu.
Ostrożnie pchnęła drzwi i boczkiem wsunęła się do środka z uniesioną ostrzegawczo różdżką... Różdżka wysunęła się jej z ręki.
- O święty Merlinie. Tu jest trup!
Sara poczuła, że cała jej krew odpływa gwałtownie z głowy do stóp a potem z szumem wraca z powrotem gdy obrazy, jeden bardziej przerażający od drugiego, przegalopowały przed jej oczami. Dyrektor... Jeden z nauczycieli... Ojciec... Brat... Wszyscy pierwszoroczni Gryfoni usypani w równy stosik na środku podłogi... Z jej gardła wydobył się udręczony jęk, a nogi same pchnęły ją do przodu.
Owszem, trumna była. Pokaźna, strojna i otoczona wieńcem mgły. Trupów zadziwiająco brak.
- Co to do cholery ma znaczyć? Przejezdny cyrk różności czy komnata grobowa Godryka Gryfindora? - Irma, mrużąc oczy w karminowym świetle, które z trudem przedzierało się przez powietrze, przypuściła szturm na komnatę. Podeszła do jednego z wielkich glinianych dzbanów okupujących rogi pomieszczenia i podejrzliwie zajrzała do środka - Tutaj nic nie ma. - Zastukała różdżką w brzeg dzbana, wydobywając z niego mały czarny obłoczek. - Nic oprócz garści wilgotnego popiołu. Czy ta trumna jest pusta?
- Czemu sama nie sprawdzisz, doktor Watson? - sarknęła Sara.
Irma burknęła coś na temat tchórzliwych ślizgonów, po czym, bez wyraźnego przekonania, otworzyła zaklęciem wieko trumny. Ich oczom ukazała się...
- Ziemia. - powiedziała Irma, całkiem zbita z tropu. - Duża ilość brudu.
Sara, mimo wewnętrznych oporów, wciągnęła głębiej ciężkie powietrze. Coś jej w tym nie pasowało. Niby śmierdziało tak jak wszędzie, ale...
- Tu cos się niedawno paliło - zauważyła. - A teraz przestało. Nie mam pojęcia jaki to ma związek z mgłą...
- Rytuał - wtrąciła Prefekt. Chwyciła w dłoń garść ziemi i pozwoliła, by ta przesypała się między jej palcami. - Święta ziemia i święty ogień. To taki tradycyjny czar odpędzający szeroko pojęte złe moce. Tu mamy chyba do czynienia z jego modyfikacją, którą nie całkiem rozumiem. Nie jest już dłużej aktywny, z czego można wnioskować, że złe moce okazały się silniejsze.
- Jak dla mnie bomba - mruknęła Irma. - To znaczy, że mamy zacząć się bać?
- Nie, mamy zacząć myśleć - odparła spokojnie Prefekt. Omiotła spojrzeniem komnatę i wysłała w kierunku ścian kilka zaklęć zwiadowczych. - To świństwo nie może pochodzić stąd...
Czas na mnie, pomyślała Sareczka. Czuła jednocześnie ekscytację i dławiące przerażenie. Wiedziała, że gdyby jej rodzinie nie groziło niebezpieczeństwo, gdyby jej samej nie męczyły koszmary od których nie mogła sie uwolnić, zwyczajnie odwróciłaby się na pięcie i uciekła. Nie była stworzona do takich przygód. A może jednak? Przełknęła ślinę. Strach i determinacja walczyły ze sobą, aż wreszcie ten pierwszy oddał pola. Była zbyt uparta by się poddać. Gdy odezwała się, jej głos drżał od wewnętrznego napięcia.
- Jasne, że stąd - powiedziała po prostu.
Ruszyła do przodu na miękkich nogach, jak we śnie obserwując miny Ślizgonek, zmieniające się od zaskoczenia przez zdumienie do nabożnego lęku gdy uruchomiony przez Sarę mechanizm sprawił, że część muru rozpłynęła się w kałuży roztopionego kamienia, odsłaniając jakże dobrze znane, sekretne przejście. Nawet rzęsiste oświetlenie nie było w stanie spenetrować wypełniającej go mgły i serce Sary zsunęło się aż do żołądka gdy wchodziła w ciasny korytarz.
- Na co czekacie? - warknęła na maruderki. - Jeśli za chwilę umrę, nie chciałabym robić tego sama.
- Ale odjazd - sarknęła Irma. - Trumny, trupy, mgła i tajemne przejścia. Czy na końcu coś nas zeżre? Zamawiam mumię.
- Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł, dziewczyny. W co my się tak właściwie pakujemy? - Prefekt wyraźnie miotała się między ślizgońską ostrożnością a poczuciem odpowiedzialności za swoje podopieczne. - Snape?
- Po prostu chodźcie! - zadudniła Sara z głębi korytarzyka.
- Czekaj, babo! Wybieram twoją śmierć!
Dogoniły ją niemal u wejścia do dziwnego pokoju, który nic sie nie zmienił od kiedy Sara ostatni raz się w nim znalazła, włączając w to rzeźbioną wywernę, która nadal wytrzeszczała na nich czarne ślepia. Tym razem już jej tak nie przerażała, Sara widziała w końcu rzeczy o wiele gorsze od jakiegoś głupiego przerośniętego pluszaka. Jednak na jej widok dwie pozostałe uczestniczki wyprawy zwiadowczej zdradziły objawy paniki pod postacią sapnięcia, jęku i spanikowanego potrząsania różdżką.
- Spoko, to jest zdechłe - uspokoiła ich zniecierpliwiona Sara. - Zobaczcie lepiej na tę mgłę...
- Prawie jej nie ma - potwierdziła Irma, która, gdy tylko minął wstępny szok, podeszła do potwora i zaczęła obmacywać go z czułością. - Ale śliczny! Co to...
- Nie dotykaj!
Prefekt złapała Irmę za kołnierz i odciągnęła brutalnie od zastygłego zwierzęcia.
- Nie uczyli cię, żeby nigdy nie ruszać magicznych przedmiotów, kretynko? To jest cholerna wywerna, najpaskudniejszy magiczny stwór jaki kiedykolwiek plugawił swym istnieniem Ziemię! Jeśli jest zaklęta, to diabli wiedzą co ją może ożywić, a wtedy odgryzie ci ten kudłaty łeb zanim zdążysz krzyknąć “Na Salazara!”. Czy tylko ja w tym towarzystwie myślę?
- Wyobraź sobie, że nie! - sarknęła Sara, zajęta dokładnym oglądaniem ścian.
Irma nie powiedziała ani słowa. Jej oczy zwęziły sie do szparek, jej ząbki błysnęły... Odwróciła się gwałtownie i znokautowała panią Prefekt silnym ciosem w brzuch. Gdy dziewczyna z ciężkim sapnięciem wylądowała na kamiennej podłodze, Irma wzruszyła ramionami i podeszła do Sary.
- Co za idiotka. A zachowywała się dosyć rozsądnie. Masz tu coś, mała?
- Dużo piaskowca i wielkie nic. Myślę, że to ślepa uliczka...
- O nie, starczy waszych fanaberii! Jeśli nie chcecie mnie słuchać normalnie, zmuszę was do słuchania! Wracamy!
Sara poczuła dziwne mrowienie w okolicy krzyża i zobaczyła, że Irma nieruchomieje z wyrazem wściekłości zastygłym na twarzy. Co za świnia, pomyślała. Tymczasem Prefekt uniosła różdżkę...
Tuż za nią, drzwi komnaty zatrzasnęły się z hukiem.
- Merlinie... - szepnęła Prefekt, jej oczy okrągłe ze strachu.
Rzuciła zaklęciem otwierającym. Zaklęcie zakreśliło kilka kółek na ścianie i znikło z dyskretnym “puff!”. Machnęła różdżką jeszcze parę razy. Efekt identyczny. To nie wróżyło dobrze, zaklęcia nie powinny się tak zachowywać. Sergiusz, gdzie jesteś jak cię potrzebują, pomyślała spanikowana Sara.
- Salazarze, nie rób mi tego! Będę grzeczną Ślizgonką! - ryknęła już uruchomiona Irma. Odwróciła się na pięcie i rzuciła w kierunku kamiennej płyty która przegradzała wyjście, po drodze odtrącając na bok woskowobladą Prefekt Slytherinu. - Wypuśćcie nas! Wypuśćcie! A, do cholery z tym!
Założyła ręce i usiadła pod ścianą, wyraźnie obrażona na cały świat. Jej miotła, po zatoczeniu kilku szaleńczych kręgów wokół skamieniałej wywerny, oparła się koło niej na trzonku.
- I co teraz?
- Teraz gówno. Czekamy aż otworzą się drzwi albo zacznie sie dziać coś niemiłego - odparła dzielnie Sara, starając się powstrzymać drżenie rąk. Miała wrażenie, że została zamknięta w grobowcu. Miała wrażenie, że minie wieczność, zanim znajdą tu jej szkielet. Miała wrażenie, że ta cholerna bestia sie z niej naśmiewa.
Prefekt stała odwrócona do nich plecami i nie mówiła nic. Obracała w palcach bezużyteczną różdżkę.
Sara chciała wrzeszczeć. Chciała...
Nagle, coś rzeczywiście zaczęło się dziać.
Światło... Było jakby bardziej... Błękitne? Rozejrzała się. Szorstkie kamienne ściany wygładziły się i stały półprzejrzyste, jak matowe tafle szkła. Na czterech ścianach pojawiły się cztery pary drzwi. Nawet wywerna... Sara potrząsnęła energicznie głową, gdyż to naprawdę nie mogło dziać się w rzeczywistości. To absurdalne!
Z czarnych, łuskowatych skrzydeł zwisały sople brudnoniebieskiego lodu... Skrzydła? Skąd skrzydła? Pysk bestii się wydłużył, grzywę czarnych włosów zastąpiła twarda skóra... Oczy gada rozbłysły okrutną radością. Wielkie szczęki rozchyliły się, ukazując czerwony, dygoczący jęzor i śnieżnobiałe kły ociekające śliną...
Witam ponownie, głupia dziewczynko.
Nagle wiedziała, skąd zna tego gada. To był smok z jej snów! Smok, z którym rozmawiała podczas rytuału! Słyszała swój wrzask, czuła jak idzie do tyłu, chcąc się znaleźć jak najdalej od stwora, który tak bardzo zatruwał jej życie. Jej Strażnik Umysłu. Jej pieprzony Strażnik Umysłu. Nie za dobrze wywiązywał się ze swej roboty, jeśli ona miała tu coś do powiedzenia.
- Odpieprz się ode mnie, cholerny niekompetentny gadzie! - ryknęła, celując w potwora różdżką. Jego paszczęka rozszerzyła się jeszcze bardziej w łuskowatej parodii uśmiechu. Sara zgrzytnęła zębami i przyjęła postawę obronną, boleśnie świadoma, że jeśli przyjdzie co do czego, jej magia nie wystarczy, by powstrzymać bestię. Ale niech tam, niech nikt nie mówi, że Sarę przestraszył jakiś głupi duch. Nawet jeśli, gdy tak siedział na tylnych łapach, obdarzając ją uprzejmym zainteresowaniem drapieżcy, naprawdę był dość przerażający. - Nie masz innych zajęć? Na przykład chronienia mnie przed Ministrem Magii?
Oczywiście że mam. Ale nawet ja lubię się czasami trochę rozerwać.
Nagle Sara zorientowała się co do pewnego przerażającego szczegółu. Była sama jak palec. Nigdzie nie było widać Prefekt Slytherinu, Irmy ani jej nienormalnej miotły. Nigdzie. Dlaczego?
- Gdzie są pozostali? - jęknęła, rozglądając się dookoła. - Co z nimi zrobiłeś?
Jacy pozostali? Tutaj jesteśmy tylko my dwoje, ty i ja. Witaj w środku swojej głowy, Saro Snape. Pobawimy się?


**

- Sara? Sara! Enervate! Wstawaj no, nie masz prawa tak leżeć kiedy my cierpimy! Wstawaj, kretynko!
Irma potrząsała nią tak gwałtownie jakby chciała z niej wytrząść duszę, ale młoda Snape nadal leciała jej przez ręce. To nie było naturalne, tak nagle zemdleć i nie móc się obudzić! Jednak fakt pozostawał faktem. Z pierwszoroczną ślizgonką nie było żadnego kontaktu. Ciężki diask! Jedyna osoba która jako tako orientowała się w tym bajzlu i to właśnie ją musiał trafić szlag! Irma zostawiła Sarę i zajęła się nerwowym obchodzeniem wkoło pieprzonej komnaty. Jak ona nienawidziła bezczynności! Prefekt nadal nie chciało się ruszyć tyłka. Irma z czystej złośliwości kopnęła figurę wywerny w jedną z tylnych łap, mając nadzieję, że to jakoś rozrusza stwora. Jednak, o dziwo, nie stało się kompletnie nic.
Stanęła przed panią Prefekt, która jedynym, za to potężnym, afektem obdarzała przeciwległą ścianę. Przez Irmę patrzyła się jak przez szybę.
- Rusz dupę - poprosiła ją ładnie Irma.
- Nie zamierzam. I tak nie ma nic, co można by w tej chwili zrobić - wyjaśniła jej Prefekt. - Chyba, że życzysz sobie lekcji etykiety.
- O, diask! Nie pusz się tak, fryzura ci od tego nie ucierpiała! Spróbuj wysłać w niebo petardę albo przez ścianę swojego cholernego patronusa! Myśl!
Prefekt zaśmiała się zimno i rzeczywiście wysłała patronusa. Biedna jaskółka zrobiła kilka bezradnych kółek wokół pomieszczenia po czym rozpadła się w srebrzysty pył. Czerwona petarda rozbiła się o sufit i zasypała wywernę iskrami.
- Lekcja praktyczna obrony przed czarną magią, kozo. Punkt pierwszy: rozpoznać barierę antymagiczną. Punkt drugi: nie rzucać zaklęć w kierunku bariery antymagicznej, bo wracają jak bumerang i mogą spowodować znaczne szkody na zdrowiu czarodzieja. Punkt trzeci: cierpliwości. Ta komnata kiedyś się otworzy.
- Za tysiąc lat?
- Mam nadzieję, że dużo wcześniej.
- Dobra, siedź sobie tutaj. Ja nie zamierzam marnować czasu.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Irma Watson była kobietą czynu. Gdzieś tu musiał być jakiś przycisk uruchamiający mechanizm. Zaczęła od dokładnego obmacywania ścian.
Nie zdążyła jeszcze na dobre zabrać się do roboty, gdy pomieszczenie nagle gwałtownie się zatrzęsło. Pisnęła i schowała się za swoja miotłą. Nagle, jedna z płyt odsunęła się z majestatycznym skrzypnięciem...
- Uważaj! - wrzasnęła Prefekt.
Było za późno. Do środka wparowało dwóch zakapturzonych mężczyzn w czarnych maskach i wnętrzności Irmy ścisnęły się ze strachu. Ostatnim co zobaczyła, był lecący w jej stronę czerwony promień zaklęcia oszałamiającego...
Nie, pomyłka. Ostatnim, co widziała była jej kochana miotełka zdzielająca napastnika w zakapturzony łeb. Doskonale, kochana, pomyślała Irma, tracąc przytomność.

**

- W pasach bezpieczeństwa? Miotła? Przesadzasz, stary.
- Jest niebezpieczna. Widziałeś tego guza?
- A co ze szczeniakami?
- Posiedzą sobie trochę. Skruszeją. Tutaj w żaden sposób nie zaszkodzą naszym planom. A może nawet...
Irma widziała kraty. Widziała je aż za dobrze.
Wytężyła słuch, ale głosy umilkły. Obok niej, Sara Snape zajęczała cicho i zacisnęła pięści. Tej to dobrze, nadal jest nieprzytomna. Prefekt ze zmarszczonymi brwiami patrzyła na cieknącą jej z nosa krew. Jasnoczerwoną.
Byli więźniami. Zimna podłoga, ani jednego krzesła, zapleśniały sufit. I stalowe kraty.
Byli więźniami. Jak trudno to sobie uświadomić, zdziwiła się Irma.
- Mój ojciec - powiedziała nagle Prefekt, skulona w rogu pomieszczenia.
- Każdy z nas ma ojca - sarknęła Irma. - Nawet Sara, ku mojej wiecznej rozpaczy.
- Mój ojciec pracuje w Departamencie Tajemnic. Ostatnio nawet dostał awans.
- A mój tata jest genialnym alchemikiem. I co z tego? Nawet on mnie nie wyratuje.
- Kiedyś... - Prefekt zadrżała. - Wiesz, że oni nie mogą mówić o swojej pracy. Ale kiedyś, miałam może z siedem lat, dał mi na urodziny niesamowitą zabawkę. Był to maleńki wisiorek, szklana kulka na łańcuszku wypełniona białym dymem. Nie wyglądała szczególnie ładnie, ale ojciec poradził mi, żebym założyła go, gdy będę szła spać. Zrobiłam to, a sny które miałam... Nie da się ich opisać. Pamiętam, że płakałam, gdy budziłam się rano, gdyż musiałam opuszczać mój baśniowy świat. Tak było do czasu, kiedy przyśnił mi się mój pierwszy koszmar. Tak samo jak sny były cudowniejsze, tak samo i on był bardziej przerażający niż wszystko, co do tej pory przeżyłam. W swoim śnie wrzeszczałam i błagałam, by ktoś mnie uratował ale oczywiście nikt nie słyszał...
- Zbudziła mnie mama. Pamiętam, że zrobiła mojemu ojcu karczemną awanturę. Nie będziesz używał naszego dziecka jako królika doświadczalnego, tak krzyczała. Po tym zdarzeniu, oczywiście, zabrano mi naszyjnik.
Prefekt zamilkła na chwilę.
- Kiedyś wypytywałam ojca o strażników Azkabanu. Wtedy to wyrwało mu się, że czarodzieje wynaleźli znacznie groszy rodzaj śmieci. Przyszło mi to do głowy, gdy słuchałam przypuszczeń Sary. Morderstwa, szaleństwa, zaginięcia. I nikt nie wie, co tak naprawdę się dzieje.
- Nie rozumiem - burknęła Irma.
Prefekt westchnęła.
- Spokojnie, próbuję sobie to wszystko poukładać. Chodzi o to, że ta mgła w Hogwarcie skojarzyła mi się z moim naszyjnikiem... To jakaś magia. A co, jeśli, tak jak naszyjnik, działa ona tylko w czasie snu? Może to nawet ta sama magia. Jeśli tak, mielibyśmy do czynienia z czymś pochodzącym z Departamentu Tajemnic, czymś nie do końca poznanym i bardzo niebezpiecznym...
- Czymś, co zabija? To masz na myśli? Wiesz, chyba za bardzo sie wysilasz, kobieto. No dobrze, powiedzmy, że ktoś z Ministerstwa wypuścił to paskudztwo na Hogwart. Przyjmijmy nawet, że zrobił to za pomocą tego cholernego portalu. Czymkolwiek on nie jest, wygląda na wygodną drogę. Ale kto, co i po co miałby to robić?
- Nie wiemy.
- Nie wiemy nic. Więc lepiej zamknij się i zastanów, jak możemy stąd się wydostać.
Irma przycisnęła czoło do krat i wlepiła oczy w ciemność. Jakaś zakapturzona sylwetka szła korytarzem.
- Hej, ty! Psychol! Wypuść nas, bo ci wypalę jaja kwasem siarkowym! - wrzasnęła.
Sylwetka znikła za rogiem, poganiana stekiem przekleństw panny Watson.

**

Pośpiesznie opuścili dormitorium, porzucając na sergiuszowym łóżku Marka zasypanego stosem artnumerycznych notatek, wykresów i obliczeń. Sergiusz w ekspresowym tempie znalazł potrzebne strony, ale sprzątać nie zamierzał. Według jego obliczeń nie zostało im już zbyt wiele czasu. Pędząc w dół po schodach tłumaczył Lily szczegóły swego planu.
- Musimy go cofnąć. Wyliczyłem współrzędne i naniosłem je na siatkę numerologiczną świata i wiesz, co mi wyszło? Wiesz? Strasznie długo nie mogłem tego pojąć. Dwa miejsca z trzech nakładają się na siebie! To nienormalne, pokoje artnumeryczne nie powinny tak działać! Ale potem zastanowiłem się nad tym i doszedłem do wniosku: jeśli jakiś czarodziej stworzył pokój specjalnie po to by uzyskać niestrzeżone przejście wprost do Hogwartu, to chciał, by zarówno przystanek przed i za Hogwartem kończył się w jego domu. Lepiej przecież, by pokój nie zabierał nieplanowanych pasażerów, prawda? W dodatku ten czarodziej musiał się liczyć z tym, że ktoś z Hogwartu odnajdzie pokój. I co wtedy? Klęska! Chyba, że przystanek po Hogwarcie będzie pułapką! Dlatego właśnie myślę, że powinniśmy cofnąć pokój. W ten sposób przechytrzymy tego parszywca który czeka na nas po drugiej stronie.
Atak kaszlu przerwał jego wypowiedź. Ta mgła była nie do zniesienia.
- Jeśli to takie łatwe, to po co robić pułapki? - wtrąciła się Lily.
- Może to łatwe, ale niebezpieczne, Potter. Pokoju nie wolno cofać. Nie zdziw się, jeśli coś spadnie nam na łeb.
- Co się stanie?
- Co? W najlepszym wypadku pokój zamarznie. – Westchnął widząc pełną niezrozumienia minę Lily. – Zatrzyma się w jednym położeniu. Nie będziemy mogli wrócić, Potter. W najgorszym... spotkamy się na tamtym świecie. Nasi ojcowie zapłaczą nad tym, co z nas zostanie. W dodatku zaoszczędzą na grobowcu.
Sergiuszek jednym susem pokonał ostatnie stopnie schodów i wylądował na kamiennej posadzce. Jeśli to możliwe, mgła była tu jeszcze gęstsza. Biegł wzdłuż ściany, mając nadzieję że wymaca właściwe miejsce. Klasa Eliksirów… Loch duży… Loch mały… Schowek Filcha…
Dziura.
- Wyważone! – syknął, przywierając do ściany. – Ktoś musiał się tędy wedrzeć do zamku!
Lily ostrożnie dotknęła resztek drewnianych belek, które smętnie zwisały z zawiasów. Pomyślała chwilkę i wyciągnęła z kieszeni płachtę delikatnego, srebrzystego materiału.
Sergiuszek skinął głową i wsunął się pod pelerynę niewidkę. Loch był cichy, pusty i odrobinę wilgotny. Wypełniała go mgła i ciemność – najwyraźniej czary użyte przez profesorów już dawno wygasły. Posuwali się naprzód w zupełnej ciemności, bojąc się zapalić różdżek na wypadek gdyby jakiś napastnik już czekał, by ich dopaść.
Sergiuszek zaklął pod nosem, gdy okazało się, że także tajne przejście do pokoju artnumerycznego ziało otworem…

**

Wyciągnięty na wieku trumny, kot Makiawel z uprzejmym zainteresowaniem słuchał zadziwiających odgłosów wydobywających się zza ściany.
- Okej, Lily. Teraz… liczę na twoją pełną współpracę. To jest bardzo dziwne zaklęcie… Będę czytał tak jak jest w książce. Odpowiadaj na pytania i nie pytaj się po co.
- Czemu?
- Bo sam nie wiem po co, Potter. Mam nadzieję, że radzisz sobie z matematyką. Stań prosto, różdżka w górze. Gotowa? Dobra, ekhm. "Trzydzieści sześć pomnóż o dziesięć"
- Trzysta sześćdziesiąt.
- "Sto osiemdziesiąt pomnóż o dwa"
- Trzysta sześćdziesiąt.
- "Siedemset dwadzieścia przez dwa podziel"
- Trzysta sześćdziesiąt.
- "A teraz powiedz tę liczbę wspak"!
Chwila ciszy.
- Sześćdziesiąt trzy?
Nagle ściany zamku zatrzęsły się. Coś bardzo głęboko pod podłogą zaczęło skrzypieć i trzeszczeć, jak źle naoliwiona maszyneria.
- Lily, jesteś genialna! Rozgryzłaś to za pierwsz…
Huk powoli zbliżał się, monotonny i złowróżbny. Makiawel, nie czekając na ciąg dalszy, wyprysnął z lochu i popędził w górę, w stronę świateł.
Tuż za nim, do pomieszczenia runęła ściana wody. Spienioną rzeką przewaliła się na posadzkę, zalała trumnę, kamienne dzbany i przedarła się przez niedomknięte drzwi, prąc dalej i zatapiając kolejne pomieszczenia.
Niespełna pół godziny później, poziom minus dwa przestał istnieć.

**

Z sufitu cienkimi strużkami sypnął pył.
- Kryj się! Kryj się, Potter!
- Ale…
Bezceremonialnie pchnięta do przodu, Lily przebiegła kilka kroków próbując złapać równowagę i zahaczyła stopą o wybrzuszenie w podłodze. Wylądowała, zdzierając sobie skórę z kolan. Sergiusz chwycił ją za połę szaty i szarpnął, podrywając ją na nogi. Kamienna konstrukcja zatrzeszczała. Popędzani strachem, dali nura pod brzuch wywerny.
Zdążyli w ostatniej chwili.
Wokół nich, cała komnata rozsypywała się jak domek z klocków trącony ręką niemowlaka. Huk był ogłuszający. Kamienny deszcz starożytnych bloków z granitu roztrzaskiwał się o posadzkę, pryskając dookoła ostrymi odłamkami. Sergiuszek zaskowyczał i zwinął się w kłębek gdy jeden z nich trafił go w skroń. Ciepła ciecz zalała mu oko.
Nagle, cisza. Snape ostrożnie podniósł się z ziemi, nie całkiem pewien czy wszystkie jego fragmenty znajdują się we właściwych miejscach. Odruchowo wytarł rękawem krew i spojrzał na Lily. Wybuchł śmiechem.
- Patrz, Potter! Teraz naprawdę wyglądasz jak córka garncarza! A może powinienem powiedzieć: piekarza?
Wszystko, wraz z nimi, okrywała gruba na milimetr warstwa pyłu. Lily kichnęła.
Coś kichnęło dziesięć razy głośniej, wydmuchując z nozdrzy biały obłok kurzu.
- Ojej – powiedział Sergiuszek, siadając z powrotem.
Kamienna wywerna zaciągnęła się zastałym powietrzem i przeciągnęła smukłe ciało, niemal nie ocierając się o głowy zastygłych w bezruchu dzieciaków. Sergiuszek nie śmiał się odezwać. „Wywerny nie jedzą ludzi, prawda?” pomyślał. Oczywiście, autorzy książek nie wspominali o głodzonych przez setki lat wywernach…
-Lily - mruknął kątem ust. - Pele...
Wielkie łapy zachrzęściły na gruzie gdy zwierz napinał mięśnie. Dwa skoki później… I byli sami.
Sergiuszek poczuł, że bolą go płuca. Odetchnął z ulgą. Obok niego Lily zamrugała.
- Gdzie my jesteśmy? – widocznie i ona chciała jak najszybciej zapomnieć o dziwnym zjawisku. A może bała się, że mówienie o niej przywoła wywernę z powrotem.
Wysoko, wysoko nad ich głowami, poza granicami zrujnowanego pokoju artnumerycznego, pod pełnym nawisów i cieni sufitem… świece?.. płonęły eterycznym, biało-błękitnym światłem. Nierówne ściany… groty?.. zsuwały się w ciemność bardziej czarną niż wszystkie ciemności jakie Sergiuszek widział w swym krótkim życiu. Gdzieś przed nimi rozciągał się… martwy las?.. – blade kikuty drzew, zniszczone, poszarpane, puste w środku, wyrastające wprost z kamienia.
Cichy szum, jednostajny i uparty jak brzęcząca mucha, wydawał się dobywać gdzieś spod ich stóp. Lily, która w międzyczasie zdążyła się oddalić, przywołała Sergiusza gestem.
- Spójrz! Spójrz tylko! Jakie piękne!
Snape zobaczył i niemal natychmiast tego pożałował. Grota w której stali miała przynajmniej kilka poziomów, opadających stromo aż do czarno-sinej wijącej się masy na dnie – podziemnego potoku. Sergiuszowi zakręciło się w głowie. Stali nad samą przepaścią.
- Zwariowałaś? – warknął. Lily nie stawiała oporu gdy ciągnął ją powrotem do bezpieczniejszych rejonów. – Umierania nie mam w planie!
- Piękne! – szepnęła Lily.
Sergiusz miał zupełnie inne zdanie na temat miejsca, w którym wylądowali. Jak dla niego, wyglądało dość przerażająco. Wlokąc za sobą Potter, która z sobie znanych powodów nie mogła oderwać wzroku od sufitu, zaczął podążać w jedynym widocznym kierunku nie kończącym się nagłym lądowaniem kilkadziesiąt metrów niżej. Pnie martwych drzew upakowane były dość gęsto, ale z niejakim trudem dawało się koło nich przecisnąć. Po jakiś piętnastu minutach, mimo panującego w grocie przenikliwego chłodu po czole Sergiuszka spływały kropelki potu zaś ranka na skroni zaczęła nieznośnie swędzieć. Lily posapywała z tyłu, zmęczona ale najwyraźniej szczęśliwa. Kieszenie miała już pełne skruszonych kawałków białej kory.
Sergiusz trzymał różdżkę w pogotowiu. Mgła musiała stąd pochodzić, to miejsce idealnie do niej pasowało. Ale, jak wynikało z jego rozumowania, mgła nie brała się z niczego – coś tę mgłę musiało robić. Nie chciało go opuścić przeczucie, że to coś jest bardziej przerażające, niż wszystko, na co Sergiusz w swym krótkim życiu się natknął.
Las, zdawało się, nie miał końca. I był pusty, tak przerażająco pusty…
- Sergiusz spójrz! – usłyszał miękki szept tuż przy swoim uchu.
A może jednak nie taki pusty, pomyślał Sergiuszek, odruchowo szukając schronienia w cieniu martwego drzewa. Dziwne, jakby utkane z mgły istoty kuliły się na szczytach co wyższych kikutów. Przypominały trochę sępy cierpliwie czekające na świeże mięso. Niektóre z nich przyglądały się im z komicznie przekrzywionymi makabrycznymi łebkami, inne spały, schowawszy głowy pod skrzydło.
- One nas chyba nie pożrą, prawda? – spytał podejrzliwie Sergiuszek. – Powiedz, Potter, przydaj się na coś. Czy przypominają ci coś ze zwierzyńca twojej mamy?
Lily pokiwała mądrze łepkiem.
- Grzęzosiewki – wyjaśniła swemu towarzyszowi. – Lubią ciche, ciemne wilgotne miejsca. Żywią się duchami. Nie zrobią nam nic złego, jesteśmy dla nich niejadalni.
Westchnęła.
- O co chodzi?
- Mama bardzo ucieszyłaby się, gdybym przyniosła jej choć jeden okaz – wyjaśniła Lily. – Zagrałaby na nosie tym głuptasom z Proroka.
- Nie waż się, Potter!
Wzruszyła ramionami.
- I tak nie mam klatki.
Nieco dalej, natknęli się na ucztę w pełni. Sergiuszek musiał bardzo mocno zmrużyć oczy i oświetlić to miejsce snopem światła z różdżki, by przekonać się, że to, na co patrzy, nie jest kłębem mgły, lecz tłumem ptaszysk walczących o srebrzyste strzępki czegoś, co jeszcze niedawno musiało być pokaźnej wielkości duchem.
Cisza aż dzwoniła mu w uszach. Ani jeden skrzek nie wydobył się z gardzieli ptaków, ani jeden szelest skrzydeł nie zburzył idealnego bezgłosu rozgrywającej się przed nimi makabrycznej sceny. Sergiuszek gestem przekazał Lily, że zamierza okrążyć okropne miejsce jak największym łukiem. Nie protestowała.
Zostawili już za sobą zwłoki ducha i szli dalej powoli rzednącym lasem. Sergiuszek zamierzał właśnie powiedzieć, że wydaje mu się że ścieżka się obniża, kiedy makabryczny skowyt, pełen bólu ale i wyzwania zarazem, sprawił, że jego serce zatrzymało się na uderzenie.
- Ścierwożercy! Plugawe, śmierdzące kreatury! Dopadnę was i porozgryzam wam czaszki! ŚCIERWOŻERCY!
Nie musiał długo szukać źródła dźwięku. Kolejny wielki duch, który tym razem ewidentnie miał kształty smoka, chyba właśnie zauważył rozgrywającą się w oddali scenę. Charczący, zadyszany warkot wydobywał się z krtani ducha, jego skrzydła biły bezsilnie o ziemię a jego cielsko wiło się i szarpało gdy bezskutecznie usiłował poderwać się do lotu. Bezskutecznie – gdyż wszystkie jego łapy wydawały się być wtopione w skalisty grunt.
Sergiuszek wyciągnął dłoń by powstrzymać Lily przed zbliżaniem się do bestii. Powoli i ostrożnie zaczął się wycofywać, mając nadzieję, że nie skupią na sobie uwagi rozzłoszczonego potwora. Jednak nie zrobili nawet trzech kroków, kiedy smok zarzucił łbem i zoczył ich. Nagle Sergiuszek poczuł na sobie pełną moc spojrzenia ducha.
- Wynocha stąd! – zaryczał potwór ludzkim głosem. – WYNOCHA!
Snape pomyślał, że od samej siły dźwięku musiały zatrząść się skały. Jego bębenki z całą pewnością przeszły ciężką próbę. Zbierając w sobie całą gryfońską odwagę, wyprostował się i spojrzał prosto w parę wielkich jak talerze oczu. Poczuł, jak Lily chwyta ciepłymi palcami jego dłoń.
- Nie możemy stąd wyjść, nie wiemy jak – powiedział z całym spokojem na jaki był w stanie się zdobyć.
Smok zdawał się go nie słyszeć.
- Chcecie mieć widowisko? Ja wam dam widowisko! Wynocha!
- Panie smoku, zbłądziliśmy! – krzyknęła Lily.
Smok nie zareagował na jej słowa przewidywanie. Odrzucił swój eteryczny łeb do tyłu i wybuchł śmiechem przypominającym staczanie się niewielkiej lawiny.
- Zbłąkani podróżnicy, tak? Zbłąkani, nieostrożni podróżnicy! Zbłąkani, prawie martwi podróżnicy! Przyszliście na obiad czy na podwieczorek?
Sergiuszek przewiercił stwora najlepszym spojrzeniem Snape’a. Psychiczny jakiś, pomyślał. Wybrał się na zakupy po mózg i już nie wrócił. Pewnie to przez to, że nie może się ruszyć. Widać brak świeżego powietrza działa źle także na duchy.
Sergiuszek pomyślał, dlaczego by nie. Wesoło grzęźnijmy dalej.
- Kto ci to zrobił?
- Co? CO? – Stwór wydał z siebie bojowy ryk, zakończony wściekłym sapaniem. – Zostawcie mnie, zgińcie, przepadnijcie, a żeby wam łuski odwrotnie wyrosły, a żeby na was matka zadem siadła!
Mrugnął.
- Jeszcze tu jesteście, małpiątka?
- Yhy – potwierdził Sergiuszek.
- Chcecie, żeby was zauważyli, prawda? – spytał stwór, już spokojniej. – Nie będą tacy łagodni wobec was! Wy nie jesteście z ich… Rozerwą was na strzępy, wyssą wam oczy, zniszczą was, rozumiecie? Jeszcze się nie zorientowali że tu jesteście, ale jeśli… Ale jeśli…
- Jeśli co? – Sergiuszek zmierzył go wzrokiem od stóp do głów. – Kim ty w ogóle jesteś, panie duchu?
- Panie duchu? – oczy smoka rozszerzyły się, jakby nie mógł uwierzyć w to co słyszy. – Panie duchu! Dobre sobie! Kolejni tępacy, którzy nie słyszeli o Strażnikach! – Sapnął. – Mam was dość, idźcie sobie! Sio! Wasza śmierć!
- Nie tak szybko, panie Strażnik! – krzyknął Sergiuszek, bardzo już zirytowany. – Nie wiemy gdzie iść! I kto nas chce zabić? Powiedz! Jesteś nam to winien!
- Jestem wam coś winien? Chłopaczku, robisz się bezczelny! Nie jestem wam NIC winien!
- Jesteś – Sergiuszek wycelował różdżkę między oczy ducha. Co prawda, nie znał żadnych zaklęć które mogłyby zaszkodzić ezoterycznemu stworowi, ale duch tego nie wiedział. – Zawaliliście sprawę. W tym momencie, ktoś wdziera się do umysłów moich kolegów. Umysłów, których wy, lenie śmierdzące, mieliście psi obowiązek pilnować!
- Psi obowiązek, ty niewdzięczne dziecko czarodziejów? – ryknął smok. – To tylko i wyłącznie nasza dobra wola! Nie, ja się wcale nie czuję dotknięty… Skądże… Wcale ale to wcale nie próbowałem ich powstrzymać…
- Kogo?
- Jak to: kogo? Strażników, rzecz jasna.
I wtedy Sergiuszek usłyszał. Dziesiątki sapnięć w ciemnościach, ciche szelesty potężnych skrzydeł.
- Idą – powiedział smok. – Żegnajcie, głupie dzieciaki.
- Panie Strażniku, jak stąd wyjść? – spytał obok bardzo cichy ale i bardzo zdeterminowany głosik Lily. Dziewczynka mocniej ścisnęła rękę Sergiuszka.
- Prosto! W prawo! W lewo! To już nie ma znaczenia – wynik będzie ten sam! – smok roześmiał się gromko.
Sergiuszek poczuł wzbierającą w nim panikę. Umrzemy tu, pomyślał, po raz pierwszy uświadamiając sobie beznadziejność ich położenia.
Blade, podłużne kształty zbliżały się powoli, statecznie. Okrążały ich. Lily puściła jego rękę i z rosnącym przerażeniem Snape przyglądał się, jak zbliża się do smoka. Smok, widocznie tak samo zaskoczony jak Sergiuszek, tylko przyglądał się jej badawczo.
- Lily! – syknął chłopiec. – Lily, nie…
Lily tymczasem pochyliła się nad kanciastym łbem i szepnęła:
- Proszę, panie Strażniku. Błagam, niech nam pan pomoże.
Smok wyglądał, jakby się zastanawiał. Przez bardzo długą chwilę.
- Stad jest tylko jedna droga, której oni nie pilnują. W głąb.
- Prowadź! – zadrwił Sergiuszek. – Prowadź, panie smoku!
Było to zamierzone jako obelga i stwór też tak to odebrał. Otworzył paszczę i zaryczał.
- Chodźcie więc, smarkacze! Bliżej! Wrzucę was tam z niesłychaną przyjemnością! Jeszcze bliżej… Tak. Musicie spojrzeć mi prosto w oczy…
Źrenice ducha pociemniały i zawirowały… Coś szarpnęło Sergiuszem i pociągnęło do przodu… Poczuł jak wiruje… I spada w czarną otchłań… Spada…

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 26.09.08, 08:02

Rozdział czternasty

Panowie S. Holmes i dr Watson na tropie swego potomstwa



Severusa Snape’a obudziły zasadniczo dwie rzeczy. Pierwszą był Ten Kot. Irytujący futrzak siedział mu na piersi i wlepiał w niego te wielkie nieludzkie ślepia. Gdyby tylko na tym poprzestał, byłoby mu to wybaczone. Ale nie – Severus czuł jak ostre niczym sztyleciki pazurki zwierzaka rzeźbią mu skórę w interesujące wzory.
Makiawel wylądował na podłodze.
W wyniku drugiej z tych rzeczy Severus Snape w chwili obecnej obejmował miłośnie toaletę, powierzając jej najmroczniejsze sekrety swego żołądka. Jego koszula nocna lepiła się od potu gęstego niczym syrop, a ciałem wstrząsały dreszcze. Przed jego oczyma tańczyły czarne plamki, w uszach huczał wodospad.
Severus nie był pewien, czy przeżyje kolejną sekundę.
- Merlinie… - wychrypiał. – Święty Merlinie, pomo…
Kolejna fala nudności przetoczyła się przez niego z siłą huraganu. Opuściła go, leżącego na chłodnej posadzce bezwładnie niczym porzucony ręcznik. Wytrzeszczone czarne oczy wpatrywały się nieruchomo przed siebie.
- S-sreberko…Sre…
Mały skrzat zmaterializował się z głośnym „pop!”. W dłoniach dzierżył flaszeczkę.
- Profesorze, proszę się nie bać! Sreberko wszystkim się zajmie! – pisnął, nachylając się nad Severusem i deponując zawartość flaszeczki w gardle mężczyzny. Snape przełknął ciężko i czekał przez chwilę, zastanawiając się czy eliksir podzieli los jego kolacji, obiadu, a prawdopodobnie także i śniadania. Na szczęście, nic takiego się nie stało.
- Sreberko wiedział, że profesor będzie potrzebował eliksiru! – trajkotał dalej skrzat. – Sreberko czuł, że na coś się zanosi! Wszystkie skrzaty to czuły, sir! Straszne czary działają w Hogwarcie, sir! Musi pan uciekać, sir, inaczej ta magia pana zabije!
W tym momencie skrzat uświadomił sobie, że jego nos znalazł się w bezpośrednim sąsiedztwie profesorskiego nosa. Na należącej do owego nosa twarzy malował się strach przemieszany z wściekłością.
- Jaka magia? Co się tu wyprawia? Ja nic nie wiem! Odpowiadaj, jeśli nie chcesz się zmienić w damską torebkę!
- Sreberko nie może powiedzieć! Sreberko nie wie, nic nie wie! Sir, uciekaj sir! Aaa!
Skrzat nagle wygiął się do tyłu, niemiłosiernie tarmosząc długie uszy. Wyłupiaste oczy spojrzały na Snape’a z przerażeniem, skrzat wydał z siebie kwik, okręcił się na pięcie i zdematerializował.
Gdyby został jeszcze choć chwilę, ujrzałby widok dość niespotykany, można by rzec – egzotyczny. Severus Snape Nieporuszony zamarł wpół ruchu, z opadniętą szczęką gapiąc się w miejsce, gdzie przed chwilą stał skrzat.
Fundamenty jego jestestwa zatrzęsły się w posadach – Hogwart, ostoja względnego spokoju i bezpieczeństwa, zmienił się nagle w cyklon a on, Severus Snape, stał w jego oku. Wnętrzności go bolały, wszystkie mięśnie aż zatrzeszczały z wysiłku gdy podniósł się do pozycji stojącej i przytrzymując różnych elementów wyposażenia ruszył ciężko do sypialni, lecz nie to było najgorsze.
Nie. Wiedział. Co. Się. Dzieje.
Niewybaczalne.
Z nagle krystalizującą się zgrozą uświadomił sobie, że reakcja jego organizmu mogła oznaczać tylko jedno – zatrważające ilości magii ezoterycznej wdarły się do zamku i hulały po korytarzach. Niemal bał się wyjść i sprawdzić co zastanie na zewnątrz pokoju. A mogło to być wszystko – od Irytka, który jakiś czas temu gdzieś się zapodział, aż do mocy piekielnych grających w golfa w Wielkiej Sali.
Wiedział, co było najrozsądniejszym rozwiązaniem. Powinien ulotnić się z zamku, póki jego eliksir nie przestanie działać i Severus nie zmieni się ponownie w wilgotną kupkę nieszczęścia. Potem, gdy byłby już w stanie rozsądnie myśleć, zafiukałby do Ministerstwa i wezwał Aurorów, którym w końcu płacą za zajmowanie się takimi sprawami.
Ale przecież nie mógł. Nie mógł, jako profesor w Hogwarcie, zostawić te wszystkie dzieciaki na pastwę mocy nadprzyrodzonych i podkasawszy poły szaty zwiewać jak fretka. O, nie.
Wobec tego Snape wziął kąpiel, odział się stosownie do funkcji społecznej, w stosach wypracowań i planów lekcji odszukał kawałek czystego pergaminu, zaś ze stojaka wyciągnął najostrzejsze pióro i ruszył zbierać informacje.

**

„Jest już prawie dziewiąta rano. Do ciężkiej avady, za chwilę spóźnię się na Eliksiry!”, zapisał jako uwagę numer jeden. Było to bardzo interesujące spostrzeżenie – zwykle nie spał dłużej niż do szóstej.
Uczucie że coś się o niego ociera zachęciło go do spojrzenia w dół – Ten Kot używał jego spodni jako szczotki, cały czas mrucząc przy tym i spoglądając na niego przymilnie. „Głodny, czy co?”, pomyślał w roztargnieniu Severus, pospiesznie zbierając do kupy materiały na najbliższą lekcję.
On sam, na szczęście, po rewolucji pokarmowej nie odczuwał w najmniejszym stopniu głodu, więc nie żałował tego, że przepadło mu śniadanie. Prawdopodobnie i tak nie dotarłby do Wielkiej Sali. Sam zapach owsianki… Sza, żołądku!
Na całe szczęście, do klasy miał niedaleko, więc wmaszerował miedzy rzędami ławek równo z dzwonkiem. Nie mógł nie zauważyć, że Ten Kot podąża tuż za nim – ogon wystający spod czarnej peleryny z pewnością nie należał do Severusa. Snape nie byłby taki skłonny przyprowadzać go ze sobą do klasy, gdyby nie był zbyt zajęty wypatrywaniem jakichkolwiek anomalii. Grupki sennych uczniów przemykały się korytarzami. Na jego widok spuszczali wzrok, ale przecież zawsze to robili...
Ten Kot zwinął się w kłębek pod biurkiem Severusa, skąd czujnym wzrokiem obserwował zaspaną klasę. Nieco wyżej, oczy nauczyciela również oceniały uczniów. Jak do tej pory, Mistrz Eliksirów nie zauważył niczego niepokojącego. Chociaż…
- Chapman! A gdzie się podziała twoja koleżanka? Myśli, że może ot tak zwolnić się z lekcji Eliksirów, co?
Trzecioroczna ślizgonka, zdawało się, skurczyła się w tym momencie o połowę. Zaczęła się wiercić na stołku i strzelać oczami na boki, jakby próbowała znaleźć dogodne miejsce ucieczki. Severus zmarszczył groźnie brwi.
- No… Ja, panie profesorze… Ja… To znaczy, nie wiem! Nie widziałam jej dzisiaj w ogóle!
Severus odchrząknął, skupiając tym samym na sobie uwagę całej klasy. Udawał złowrogą nonszalancję, choć w głębi coś kujnęło go w trzewia. Złe przeczucie.
- Tak? A czy ktoś w tej Sali jest mi w stanie powiedzieć, gdzie ulotniła się panna Watson? Ktokolwiek? Może ktoś widział ją dziś na śniadaniu? Przed śniadaniem? Byłbym więcej niż wdzięczny…
Severus niemal poczuł zapach ich zakłopotania. Nie mieli zielonego pojęcia. Nikt w całym domu Slytherinu nie widział dziś córki Watsona. Merlinie. Snape’owi nagle, nie wiadomo dlaczego, przypomniał się pewien dzień, bardzo dawno temu, kiedy to Harry Potter pojawił się niespodziewanie wśród tłumu, ściskając dłoń ciała Cedrika Diggory’ego…
- Skoro tak – rzekł, siląc się na spokój, – macie zacząć warzyć eliksir ze strony dwieście osiemnastej, ja zaś pójdę przekonać się, co stało się ze słynną panną Watson. Panna Chapman i pan Archer będą osobiście odpowiedzialni, jeśli po powrocie zastanę tu cokolwiek, co nie przypadnie mi do gustu. I na co czekacie? Zaczynać!

**

Severus nie zdążył zrobić i trzech kroków poza salę, kiedy niespodziewanie nadział się na Filcha, biegnącego w jego stronę z miną człowieka, którego właśnie trafił piorun. Wymachiwał rękami jak wiatrak i wydawał z siebie gardłowe dźwięki. Woźny z trudem wyhamował tuż przed Mistrzem Eliksirów. Stał przez chwilę zgięty wpół, stękając ciężko. Wydawało się że jego cienkie wargi formują przekleństwo.
- Profesorze Snape – wydyszał wreszcie. – To skandal! To… świętokradztwo! Zniszczenie dóbr szkoły! Ci mali przestępcy! Ci zbóje! Skandal!
- Filch! Opanuj się! – nakazał mu Severus.
Merlinie, myślał. Stało się. Ktoś zatkał wszystkie łazienki w Hogwarcie, wysadził w powietrze pół szkoły, powiesił na kołku na trzecim piętrze trupa wielkiej kałamarnicy, przywołał Wymiary Piekielne…
- Chodź! No chodź, profesorze! Zobacz co te małe potworki zrobiły!
Gdy dotarli do celu, Snape bez wyjaśniania zrozumiał, o co chodziło mężczyźnie. Z zaciekawieniem obejrzał resztki niewielkich drzwiczek które, o ile było mu wiadomo, prowadziły do poziomu zamku, na który żaden szanujący się czarodziej dobrowolnie nie zagląda. Macnął nawet, tu kawałek drewna a tam metalowy zawias i sprawdził za pomocą różdżki użyte zaklęcia.
- I kto mógłby się dopuścić tak niecnego czynu? – zapytał życzliwie, nie zdradzając Filchowi, jak bardzo jest zaaferowany odkryciem.
- Jak to kto? Oni! – zaskrzeczał woźny.
Severus drogą dedukcji domyślił się, że oni nie oznaczało jakiś nieokreślonych istot z kosmosu, tylko uczniów. Zaintrygowany, wsadził głowę w dziurę i poświecił sobie różdżką.
Kilka stopni niżej, nieruchoma i ciemna błyszczała tafla wody.
- Zalany korytarz – zauważył. – Chyba nie powiesz mi, że Upiór Hogwartu porwał kilka uczennic w celach prokreacyjnych, ewentualnie gryfoni popłynęli po ukryty skarb?
- On nigdy nie był zalany, profesorze! – Filch wściekał się dalej. – On był bardzo dostępny, no przecież sam profesor Dumbledore prosił mnie na początku roku, bym mu wyczyścił tę komnatę…
Zamilkł, widząc wyraz twarzy Severusa.
Wyraz twarzy Severusa był wynikiem przebiegających mu przez głowę z prędkością huraganu myśli. Nie powiedzieli mi, myślał Snape. Nie powiedzieli! Znowu ukryli coś przede mną, tak jakbym nie był wystarczająco godny zaufania, nie był jednym z nich! Dumbledore i te jego cholerne pseudoślizgońskie posunięcia! A teraz oczywiście go nie ma, bezmyślnego dropsa, a ja nie mam zielonego pojęcia co się dzieje... Czy kogoś ratować, czy uciekać? JAK ratować? Chyba że Minerwa coś wie... MUSI wiedzieć!
- Psorze Snape? – zapytał trwożnie woźny Hogwartu.
- I co tak się tak gapisz, Filch? - sarknął Snape. - Chyba nie sądzisz, że będę tam nurkował?

**

Lidia Malfoy ucieszyła się, gdy zobaczyła pędzącego korytarzem profesora Snape’a. Bardzo pragnęła zwierzyć się komuś ze swojego problemu.
- Panie profesorze… Ja… Ja… Chciałam tylko powiedzieć… że nie mam zielonego pojęcia, gdzie jest Sara.
- Jak to nie wiesz? Jak to: NIE WIESZ? – wrzasnął profesor Snape, wprowadzając Lidkę w jeszcze większe zamieszanie. Zagapiła się pod nogi, bąkając:
- No bo… No bo… To było tak, profesorze, że wczoraj widziałam ją na kolacji i potem w dormitorium, i potem już nie. Nie wiem, gdzie się podziała. Wyparowała i już. Ja myślę, że może to przez ten… No, ten…
Lidia nagle za żadne skarby Gringotta nie była w stanie sobie przypomnieć, co przed chwilą chciała powiedzieć. Pewnie jakieś głupstwo. A tak w ogóle, to po co zaczepiała profesora? Wyglądał jakby bardzo się gdzieś śpieszył. Zaraz wlepi jej szlaban.
- To ja już może pójdę sobie… - mruknęła, czyniąc krok do tyłu z szczerym zamiarem opuszczenia osoby Severusa Snape’a.
- Stój, Malfoy! – warknął profesor i niespodziewanie chwycił ją za ramię. Pisnęła, bo zabolało. Ale to nic w porównaniu z krzykiem, ostrym i urywanym, jaki wydał z siebie profesor odskakując gwałtownie i łapiąc się za rękę. Kątem oka dostrzegła, że patrzy na swoją dłoń tak, jakby widział ją pierwszy raz w życiu.
Nie czekając, Lidka pognała przed siebie.

**

Snape, biegnąc, zauważył Avaradię Bolton. Próbowała pogłaskać Tego Kota. Zwierzak cofał się w kierunku ściany i syczał ostrzegawczo. Jego sierść była najeżona jak szczotka a pazury odsłonięte.
Oni wszyscy TO mają, pomyślał spanikowany. Wszyscy!
Ale co się stało z moją Sarą?

**

Minerwa McGonagall siedziała przy biurku, usiłując zrobić coś konstruktywnego. Bolała ją skóra, głowa i szósty zmysł. Nie wiedziała, jak w tym stanie ma niby przeprowadzić za godzinę zajęcia z Transmutacji. W dodatku, Severus Snape wdarł się bez pukania do jej dominium, niwecząc wszelkie próby podsumowania listopadowych wydatków. Dlatego właśnie nie przywitała go herbatką i ciepłym uśmiechem.
Nigdy go zresztą nie lubiła.
Zacisnęła wargi w dezaprobacie, gdy odsunął krzesło i upadł na nie z takim impetem, że dziękowała Merlinowi, że starożytny mebel był za twardy by mogły się w niego wgryźć magiczne korniki.
- Tak? – spytała znad rachunku za mleko i przetwory mleczne, unosząc wyniośle jedną brew. – I zamknij za sobą drzwi, Severusie. To mój gabinet, a nie stodoła.
- Gdzie moje dziecko? – zapytał cicho, groźnie. – Gdzie moja Sara?
- Naprawdę, Severusie. Powinieneś nauczyć się…
- Gdzie moje dziecko, do ciężkiej cholery! – ryknął Severus Snape, zrywając się jeszcze hałaśliwiej niż usiadł i pochylając się złowróżbnie nad blatem biurka. Z jego postawy biła ledwie powstrzymywana furia. – Na pewno wiesz! Wszystko wiesz, prawda? Ktoś włamał się na poziom minus dwa, cała kondygnacja jest pod wodą, moja Sara i panna Watson zniknęły bez śladu, uczniowie mają zaniki pamięci, a po zamku buszuje jakaś brudna magia! I co mi na to powiesz, co? Co znowu wymyśliliście z kochanym dyrektorem, o czym nawet. Nie. Raczyliście. Mnie. Poinformować?
Ostatnie słowa zaakcentował waleniem pięści w blat. Naprawdę, pomyślała bardzo już poirytowana Minerwa. Ten człowiek potrzebował dyscypliny.
- Severusie.
- Nie severusuj mi tutaj tylko odpowiadaj!
- Severusie. – Minerwa siliła się na spokój. – Nie wiem o czym mówisz. Nie mamy żadnych tajnych planów. Zaś panny Snape i Watson mogły się po prostu wybrać na poranną przechadzkę…
Mówiąc to, spojrzała mu w oczy. To był błąd, gdyż Snape nagle zachłysnął się powietrzem i błyskawiczne wyciągnął z rękawa różdżkę. Spróbowała wytrącić mu ją z ręki, ale Severus był zbyt szybki. Jedno machnięcie różdżki i już była unieruchomiona.
- Naprawdę mi przykro, Minerwo – wyrzucił z siebie Snape i wypadł przez drzwi.
Uciekł, uciekł!, pomyślała Minerwa.
Niemal natychmiast przestraszyła się tej myśli.

**

Mark Prestine obudził się rano z tym okropnym uczuciem, że nie zrobił czegoś co natychmiast musi być zrobione. Przez chwilę zastanawiał się, co to do diaska może oznaczać.
I wtedy zauważył, że nie leży na swoim łóżku. I, że zamiast kołdry i ciepłej narzuty, przykrywają go stosy notatek Sergiuszka.
Niemal natychmiast przypomniał sobie, czego zapomniał zrobić.
Kominek płonął jasno, w końcu był już grudzień. Mark zebrał starannie wszystkie papiery, sprawdzając pod łóżkiem i w kufrze Sergiuszka, czy czegoś przypadkiem nie zostawił. Następnie usiadł na dywaniku przed kominkiem i powoli, bez pośpiechu zaczął wrzucać kolejne kartki do ognia. Patrzył jak płonęły jasno, zostawiając po sobie czarny popiół i z każdą następną kartką czuł satysfakcję z dobrze wykonanej pracy.
Ostatnia strona zaszeleściła mu w ręku. Spojrzał na nią z zaciekawieniem. Czarne rządki obliczeń pokrywały papier, niestarannie nabazgrane, wielokrotne wykreślone. Na samym dole strony widniała cyfra trzysta sześćdziesiąt. Była pogrubiona i wielokrotnie podkreślona. Tuż obok ktoś wcisnął kilka linijek tekstu.
Mark patrzył na nie przez bardzo, bardzo długą chwilę.
Co ja wyprawiam? Merlinie, co ja wyprawiam?
Zerwał się na równe nogi i tak jak stał, w piżamie i na bosaka, podrałował do pokoju nauczycielskiego. Może ktoś mu pomoże…

**

W pokoju nauczycielskim rozszedł się swąd palonych włosów.
- Diask! – warknął Severus Snape, odsuwając się trochę dalej od kominka. – No gdzie jesteście? Czekam! Czekam tu, rozumiecie?
Przez jeszcze długą chwilę po drugiej stronie kominka panowała głucha cisza. Potem… trzeszczenie. Jakieś niewyraźne głosy.
- Co? – warknął Severus.
- Przepraszamy, ale połączenie jest chwilowo niedostępne. Prosimy o cierpliwość.
- To jest Aurorska Linia Alarmowa! – ryknął Severus. – Jak to: niedostępne? Nie ma prawa być niedostępne!
- Przepraszamy, ale połączenie jest chwilowo niedostępne. Prosimy o cierpliwość.
Severus zrozumiał, że prowadzenie dyskusji z centralą nie ma najmniejszego sensu. Ktoś zapukał do drzwi i Snape poszedł otworzyć. Spojrzało na niego wielkie, błękitne oko.
Wrzasnął, odskakując do tyłu.
- Aaach, Severusie. Co się stało? Zobaczyłeś przyszłość? – zapytała przejęta Trelawney, wymachując trzymaną w ręku szklaną kulą.
- Zjeżdżaj, Terlawney – zaproponował jej życzliwie Snape, wskazując jej jednocześnie mniej życzliwą opcję. Swoją różdżkę.
Trelawney wydawała się nie dostrzegać insynuacji. A może rzeczywiście jej nie dostrzegała. Była w końcu dość tępa.
- Aaach, Severusie! – zakwiliła. – Widziałam dzisiaj straszne rzeczy w mej kuli! Wielkie, czarne smoki pożerające ludzi! Tajfuny! Powodzie! Trupy walające się po ulicach! Masową zagładę! Kry kontynen…
Trelawney pofrunęła do tyłu pierwsza, za nią jej szklana kula. Drzwi zatrzasnęły się za nimi z hukiem.
Severus usiadł w jednym z foteli i zapatrzył się przed siebie.
Myśl, zbeształ się. Myśl!
Ktoś zapukał do drzwi.
Z warkotem, który można przyrównać jedynie do warkotu rozwścieczonego wilkołaka, Severus Snape szarpnął za drzwi. Odskoczyły z hukiem, ukazując… Pierwszorocznego gryfona. Severus zakwalifikował go jako: przyjaciel Sergiusza.
- Czego, Prestine? – huknął na bladą i drżącą kreaturę.
Kreatura wzięła głęboki oddech i spróbowała wydać z siebie dźwięk. Zabrzmiało to jak przeciągłe uooooiii. Severus pochylił się nad kreaturą, która, mimo widocznego w ślepiach przerażenia, zaparła się w grunt i ani myślała ustąpić.
- Coś… Coś porwało… - wybąkał chłopak i nagle zamrugał. – Ach, mój cholerny łeb! Przestań! – wrzasnął, potrząsając energiczne głową. – Nie wiem, gdzie jest Sergiusz! Coś go chyba… porwało…
- Słucham? – spytał Severus.
Ktoś musiał mu chyba wylać na głowę kubeł zimnej wody, bo to fizycznie niemożliwe, by człowiek czuł się tak jak on w tej chwili. Jak bryła lodu. Jak zwłoki wyjęte w środku zimy z jeziora.
Chłopiec nie sprawiał wrażenia, że go usłyszał.
- Bo on… Bo on… Do ciężkiej chimery, moja głowa! – Chłopiec osunął się na kolana, obie dłonie tłamszące czuprynę, jego twarz wykrzywiona w jakimś strasznym wyrazie, na wpół strachu, na wpół nienawiści. – Muldy, grys i piąte koło, nic nie pamiętam! Nic nie pamiętam! – dwie dłonie zacisnęły się na szacie Severusa, mnąc ją niemiłosiernie. – Profesorze, dlaczego nic nie pamiętam? Wiem, że Sergiusz i ja… I jeszcze… Lily… Aaa! Co się dzieje? Co się ze mną dzieje?
Severus chwilowo nie zwracał na niego uwagi, bowiem jego sokole oczy dostrzegły pokrytą pismem kartkę, która wypadła z pięści chłopca i teraz leżała, zapomniana i pognieciona…
Przykucnął i chwycił ją szybko… Jednak nie dość szybko, by inne palce nie zacisnęły się z drugiej strony strzępka pergaminu. Chłopak miał refleks. Na przerażonej twarzy na moment zawitała dzika determinacja. Oboje szarpnęli równocześnie. Ale na szczęście Severus miał różdżkę. Chłopak kwiknął, gdy pergamin wysunął się z bezwładnej dłoni i zniknął w przepastnej kieszeni peleryny Severusa.
- Spokojnie, chłopcze. Skoncentruj się. – rzekł Severus, czując nagły przypływ spokoju. Muszę ratować swoje dzieci, pomyślał. I nagle wszystko stało się jasne. Na jego twarz opadła maska śmierciożercy. – Spójrz mi w oczy, Prestine.
Legilimens…
Za źrenicami chłopaka zoczył mały strzępek wspomnienia… Sergiusz, Sara, panna Bolton, wszyscy w dziwacznych kombinezonach i oblepieni jakimś zielskiem, w tle posąg… Wywerny?... Wywerna wyszczerzyła kły, warknęła…
Precz stąd.
Coś ze straszną siłą odepchnęło go do tyłu.
Jakąś cząstką świadomości zdawał sobie sprawę, że wije się na podłodze w konwulsjach, że jego wnętrzności skręcają się z bólu… Eliksir musiał przestać działać, a może po prostu nie był wystarczająco silny… Co się dzieje? Traci przytomność… Szybko, szybko, musi się stąd wydostać…
- Profesorze! Profesorze!
Nie!
- Nie dotykaj mnie! Nie dotykaj mnie!
Słyszał jak chłopiec krzyczy, jak biega po pokoju, chcąc stąd uciec, chcąc zawołać pomoc… Ale ta bestia, to coś, co kryło się za jego źrenicami, już wiedziało jaki jest słaby punkt Severusa i w każdej chwili mogło zaatakować… Musi uciekać… Musi uciekać…
Drżącą dłonią wymacał jedyną rzecz jaką nosił na szyi, schowaną pod szatami… Nigdy nie spodziewał się, że będzie musiał użyć swego świstoklika w tak drastycznych okolicznościach… Miał tylko nadzieję, że jego znajomy nie przestraszy się niespodziewanego gościa.

**

Doktor Watson chwycił delikatnie pipetkę i obejrzał ją pod światło. Jadowicie zielona. Powąchał i zmarszczył nos. Hm. Puścił po kropelce cieczy na metal, szkło, srebro i węgiel. Przez chwilę obserwował jak jedna z nich syczy.
Złapał za pióro i odnotował:
„9.44 Próbka numer 53. Kolor wciąż ten sam. Procent stabilności: 73,3. Do zbadania w zetknięciu z materiałami organicznymi. Próbka wydaje się być niestrawna. Możliwe, że trzeba będzie dodać nieco więcej hibiskusa dla zabicia-"
Pióro trzasnęło, sadząc wielkiego kleksa na samym środku pergaminu. W następnej chwili jego właściciel wielkimi susami pędził do sąsiedniego pomieszczenia. Tego rodzaju łomot, poprzedzający o ułamek sekundy złowróżbny brzęk tłuczonego szkła laboratoryjnego, jego drogocennego szkła laboratoryjnego za które zapłacił cholerną fortunę, mógł oznaczać tylko jedno. Znów bez jego wiedzy robili degnomizację kanałów wentylacyjnych i cała zgraja paskudnych stworków zwaliła się na jego suszarkę do szkła, a teraz skakała po całym pomieszczeniu, oszołomiona gazem do degnomizacji i pożerała co popadnie… I jeszcze kilka ważkowęży brzęczących pod sufitem i oblewających się nawzajem jadem… Zaavaduje tych kretynów…
Jednak z całą pewnością nie spodziewał się tego, co tam zastał. Wszelakich stworów magicznych brak. Za to na samym środku podłogi, w kałuży potłuczonego szkła i pomieszanych eliksirów, leżał zdumiewająco znajomy kształt ludzki odziany w czarną szatę i czarną pelerynę. Kształt ów uniósł się na łokciach i, po wypełnionej bolesną ciszą chwili, dorzucił do znajdującej się na podłodze brei nieco od siebie. Wypełniwszy swą misję, ponownie osunął się na ziemię.
Jonathan Watson był człowiekiem trzeźwo myślącym w każdej, nawet najbardziej zagrażającej życiu sytuacji. Była to cecha konieczna u alchemika. Zobaczywszy więc swego kolegę w tak nieciekawym położeniu, nie spanikował.
- Leż spokojnie i nie ruszaj się! – nakazał. – Muszę cię wysterylizować, bo jeszcze mi wybuchniesz!
Z kąta laboratorium pochwycił jaskrawoczerwoną butlę Standardowego Neutralizatora Magicznych Zanieczyszczeń i, skierowawszy wylot rury na leżącego mężczyznę, nacisnął spust.
Biała piana wytrysnęła z urządzenia, kłębiąc się wokół leżącej sylwetki oraz na niej. Wreszcie, gdy jego ofiara bardziej przypominała śnieżny wzgórek niż człowieka, Jonathan uznał, że może wystarczy.
Mężczyzna poruszył się słabo pod pierzyną z piany.
- Pft! – powiedział. – Pfeh!
- Spokojnie, Severus! Już cię wyciągam!
Doktor Watson porzucił neutralizator i ruszył na pomoc powalonemu koledze.
- Przepraszam za to. Ale sam wiesz co mogą zrobić człowiekowi dwa eliksiry, które ktoś niechcący zmiesza… Nie mówiąc nawet o eksperymentalnych eliksirach, które same w sobie są często wysoce niestabilne… - tłumaczył się gęsto alchemik, rękawem ścierając pianę z twarzy i włosów Snape’a. Mistrz Eliksirów wcale zresztą nie wyglądał, jakby miał mu to za złe. Szczerze powiedziawszy, to wyglądał w tej chwili, jakby potrzebował magicznego transportu do świętego Munga. Ten szarawy kolor nie był naturalny nawet dla unikającego słońca Mistrza Eliksirów, tak samo zresztą jak przekrwione białkówki ani krew kapiąca z nosa. Czujne oczy i palce ściskające nadgarstek Watsona były jedynymi oznakami, że Severus Snape wciąż utrzymuje kontakt ze światem.
- John… - szepnął.
- Severusie, ty umierasz czy po prostu parszywie się czujesz? – zapytał śmiertelnie poważnie alchemik.
- John… eliksir… kieszeń…
Doktor Watson, nie czekając na ciąg dalszy, odwrócił mężczyznę na plecy i zaczął przeszukiwać kieszenie jego szaty. Minutę czy dwie później spojrzał na zebraną kolekcję. Mały notatnik, mugolski długopis, kilka skrawków pergaminu, bardzo pomięta kartka papieru z obliczeniami, zaklejony list, bezoar, różdżka, wąski, długi sztylet, pięć rodzajów antidotów i fiolka z eliksirem, którego Snape był jednym z bardzo nielicznych użytkowników. Podniósł szklane naczyńko i pokazał Severusowi.
- To? – upewnił się. Odpowiedziało mu ledwie widoczne potaknięcie. Alchemik odkorkował butelkę i wlał jej zawartość do gardła Severusa. Snape zakrztusił się i westchnął ciężko.
- Zaraz… będzie… lepiej… - wyszeptał.
- Wody? – spytał z troską doktor Watson. Przywołał szklankę i napełnił ją chłodną cieczą. Musiał powtarzać tę czynność jeszcze trzy razy, nim wreszcie ugasił pragnienie swego kolegi. Ponieważ Snape wciąż wyglądał niewyraźnie, mimo protestów tego ostatniego doktor Watson transmutował krzesło laboratoryjne w fotel i umieścił w nim Severusa.
- Opowiadaj – rzucił wreszcie, opierając się o stół i patrząc badawczo na Severusa.
- Nie wiem od czego zacząć – Snape pochylił głowę i przeczesał palcami włosy. – To jest takie… Nie umiem tego określić.
- Najlepiej zacznij od początku – uciął jego wywody doktor Watson. – Słucham bardzo uważnie.
- Jeszcze wczoraj… Jeszcze wczoraj wszystko było w porządku. – Severus pomyślał przez chwilę. – A przynajmniej mnie się zdawało, że jest w porządku. Chociaż już wcześniej miałem wrażenie, że trochę gorzej się czuję. Widać, że na starość zapominam o zasadzie stałej czujności. Zaś dziś rano… Rozpętało się piekło. Moje własne, prywatne piekło. Obudziłem się z objawami podobnymi do tych, które przed chwilą widziałeś. Wiesz, co one oznaczają. Jestem alergikiem na pewien, bardzo szczególny rodzaj magii. Gdyby nie to, że poinformowałem wcześniej mojego skrzata, co ma robić na wypadek gdybym nagle zaczął mieć objawy, pewnie bym już nie żył. Jeszcze nigdy… Jeszcze nigdy w życiu nie miałem ich w takim nasileniu, nie zdarzyło mi się żeby mnie tak zwaliły z nóg… Skąd mogłem wiedzieć?
- Nie mogłeś, Severusie – powiedział kojącym tonem doktor Watson. – Tak więc, w Hogwarcie niespodziewanie pojawiły się ogromne ilości obcej magii, magii ezoterycznej?
Snape skinął głową. Minęła chwila zanim kontynuował.
- A potem… - Snape wykrzywił się okropnie. – Dzieci i nauczyciele zachowują się dziwnie. Tak, jakby chcieli coś przede mną zataić… Przed czymś mnie powstrzymać… Minerwa, do diaska, moja Minerwa, którą znam od dziesiątków lat chciała rzucić na mnie zaklęcie! Uczniowie chcą mi coś powiedzieć ale nie mogą… Ten młody Prestine, na przykład. Jestem święcie przekonany, że miał jakieś informacje które byłyby niezwykle cenne w rozstrzygnięciu tego całego bajzlu… Ale kiedy próbuje mi o tym opowiedzieć, nie może. Krzyczy „moja głowa!” i jęczy, ale nie jest w stanie powiedzieć tego co chce! Pomyślałem: dobrze, może ma zaniki pamięci. Popróbujmy trochę gwałtowniejszym sposobem, legilimencją. Patrzę szczeniakowi w oczy i co widzę? Strzępek wspomnienia, moje dzieci stojące w jakimś dziwnym pomieszczeniu, koło posągu wywerny… A potem… Potem, to najlepsze! Coś każe mi się wynosić i nagle leżę na podłodze, moja alergia dwa razy silniejsza niż przedtem i uciekam, bojąc się o własne życie… Uciekam aż tu.
Zamilkł i spojrzał dookoła zdziwionym wzrokiem, jakby dopiero teraz zorientował się, dokąd trafił.
- Zniszczyłem coś, prawda? – spytał cicho. – Odkupię wszystko…
- Głupstwo. – Doktor Watson machnął ręką. – Wnioskuję więc, że ta magia, czymkolwiek by nie była, wpływa na ludzi, tak? Zmienia ich sposób widzenia świata, a może… przejmuje nad nimi kontrolę? Hm…
Wiedział, że dzwonią. Był tego pewien. Musiał tylko wydedukować, gdzie… Specyficzna magia. Ale przecież słyszał już o niej kiedyś, prawda? W młodości interesował się różnymi, bardzo różnymi aspektami magicznego świata. W jednej z książek natknął się kiedyś na…
- To nie wszystko, Jonathanie. – Nagle w zmęczony głos Severusa wdarła się nutka stali i doktor Watson poczuł, jak jego serce podskoczyło. To nie mogło oznaczać niczego dobrego. – Nasze dzieci. Zniknęły.
- Jak to: zniknęły?
- Nie wiem. Zdematerializowały się. Wybyły. Wczoraj były, dziś ich nie ma.
Wewnętrzny spokój, opanowanie i szczególna pogoda ducha, powtarzał sobie w myślach, niczym pacierz, doktor Watson. Jesteś w końcu alchemikiem.
- Masz na myśli, że nie jesteś w stanie zlokalizować mojej córki?
- Trafiłeś w sedno.
- Kogo jeszcze nie jesteś w stanie zlokalizować?
- Sary. Sergiusza. Prefekt Slytherinu też podobno nie była dzisiaj obecna.
Jonathan poczuł nagłą ochotę, by usiąść. Ponieważ zaś żadne krzesło nie było w zasięgu jego wzroku, transmutował pierwszą rzecz jaka mu wpadła w oko w pierwszą rzecz o jakiej pomyślał. Dosiadł tej rzeczy okrakiem i oparł brodę na silikonowej grzywie. Bujnął się w przód i w tył.
Logiczne myślenie. Tak, to jest to, czego mu było w tej chwili potrzeba. Załamywanie rąk mógł spokojnie pozostawić płci żeńskiej, która była w tym naturalnie lepsza.
Logiczne zastanowił się nad uzyskanymi informacjami.
- Rzekłeś, że osobnik o nazwisku Prestine posiadał informacje – zaczął, bardzo ostrożnie, doktor Watson. – Ten osobnik to Gryfon?
- Tak, pierwszy rok. Skąd wiedziałeś?
- Profil behawioralny. Zna twojego syna?
- Z tego, co rozumiem, to jego najlepszy przyjaciel. A dlaczego py… Jasny Merlinie, jak mogłem o tym zapomnieć? – wykrzyknął Snape, zrywając się na równe nogi. Niemal natychmiast rzucił się na ziemię, ale kiedy zaniepokojony alchemik już uniósł różdżkę, by pomóc upadłemu koledze, zrozumiał, że był to ruch celowy. Severus zgarnął papierzyska walające się po podłodze i spomiędzy sterty notatek wyłonił jedną kartkę, bardzo pogiętą i pomazaną. – Jonathanie, to pismo mojego syna! Prestine miął ją w ręku, gdy przybiegł do mnie by powiedzieć, co się dzieje…
Severus zamilkł. Jonathan uniósł brwi, gdyż Snape miał wszelkie cechy człowieka trafionego confundusem. Niemo wpatrywał się w kartkę. Zaintrygowany ponad wszelką wątpliwość doktor Watson zajrzał mu przez ramię.
- Hm – rzekł po dłuższej chwili. – Twój dzieciak ma łeb nie od parady, to pewne.
- Czy wiesz, Watson, na co patrzysz? – zapytał cicho Severus. Jego oczy błyszczały dziwnie.
- Cholernie skomplikowane równania numerologiczne. Nie podszedłbym do nich nawet z bardzo dużym kijem w ręku.
- Nie bredź, Jonathan, skup się na chwilę! – Severus dźgnął palcem w sam dół kartki, gdzie widniało pośpiesznie nabazgrane kilka słów. Ktoś miał duże problemy z umieszczeniem wyników na siatce numerologicznej świata, jeśli brać pod uwagę ogromny znak zapytania czerniący się z boku kartki. – Wiesz co to znaczy? Bo myślę, że ja wiem i jeśli to co wiem okaże się prawdą, to znaczy, że mój syn natknął się na coś, na co natknąć się nie powinien. Czy jesteś zaznajomiony z koncepcją Pokoju Artnumerycznego?
- Obawiam się, że nie.
- To portal… swoisty portal. Stworzony na bazie artnumeryki twór, który zwykle ma kształt sześcianu, przemieszczający się z ustaloną prędkością do czterech miejsc wokół Ziemi. Biorąc pod uwagę, że w Hogwarcie można się natknąć na absolutnie wszystko, nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś wstawił tam nagle Pokój Artnumeryczny o którym nikt, nawet dyrektor, nie wie. Mógłby…
Snape zamilkł na chwilę, sprawiając wrażenie, że próbuje połączyć ze sobą różne, pozornie przypadkowe fakty i wysnuć z nich jakiś logiczny wniosek. Bruzda na czole świadczyła, że myślał wyjątkowo intensywnie.
- Mógłby być… - odezwał się po chwili, podpierając rękę brodą i stukając palcem w policzek. – Mógłby się znajdować… Na przykład na poziomie minus dwa…
- Mówisz o tym gnieździe jaszczurek jaskiniowych? Przecież nikt tam nie wchodzi od dziesiątków lat! Jak twój syn mógłby się dowiedzieć o jego istnieniu?
- Pytaj mnie, a ja ciebie. Mój syn jest stanowczo zbyt przedsiębiorczy jak na swój wiek. I obawiam się, że Potter już zdążył wszczepić mu kompleks bohatera. Załóżmy, że Sergiusz tam był i znalazł pokój. Załóżmy, że pomyślał, iż ten pokój może mieć związek z rzeczami, które dziś rano działy się w Hogwarcie. Tak więc wszedł do środka i przemieścił się testrale wiedzą gdzie… Ale to nie wytłumaczyłoby powodzi w podziemiach, prawda?
- Powodzi w podziemiach?
- Dziś rano, Jonathan. Cały poziom minus dwa pod wodą. Myślałem, że to jakieś kolejne machinacje Dumbledore’a mające uczynić ten świat bardziej zwariowanym miejscem… Swoją drogą, ciekawe, że akurat teraz wybył… Ale jeśli powódź wcale nie jest sprawką nauczycieli?
- Poczekaj, Severus. Nie tak szybko. – Doktor Watson podniósł dłoń by zastopować potok słów Mistrza Eliksirów. – Poziom minus dwa znajduje się pod jeziorem, prawda? Tak więc, by woda mogła wlać się do zamku, wystarczy zrobić wyrwę w murze lub otworzyć tamę… Czy to jest to, co dzieje się, kiedy ten cały Pokój Artnumeryczny się przemieszcza?
Snape pomyślał przez chwilę, po czym powoli, jakby niechętnie, potrząsnął głową.
- Niemożliwe. Pokój jest w ciągłym ruchu od momentu utworzenia. W takim wypadku poziom minus dwa zostałby zalany już dziesiątki a może setki lat temu. Musiało stać się coś jeszcze…
Snape zamyślił się znowu.
- Knuta za myśl.
Potrząsnął głową. Wyraźnie nie miał ochoty przyznawać się do porażki.
- Obawiam, się, że nic nie przychodzi mi do głowy.
- Czy to znaczy, że ów pokój jest w tym momencie niedostępny?
- Zależy. Wpierw trzeba by było wypompować całą wodę z zamku i zatkać dziu… - Nagle Severus drgnął i podniósł się gwałtownie. – A jeśli… - Zdołał zrobić jedno okrążenie po pokoju, wyglądając na zaaferowanego, zanim jego ciało nie przypomniało mu, że dopiero co przeżyło wstrząs alergiczny i nie jest w kondycji do nadmiernych wysiłków. Na przykład chodzenia po pokoju. Snape opadł ciężko na fotel.
- A jeśli… co? – Jonathan uniósł brew, nakłaniając Severusa do rozszerzenia myśli.
- Jeśli… Jeśli ktoś wpadł na niesamowicie idiotyczny, i mówię to z pełnym przekonaniem, pomysł, by w jakikolwiek sposób naruszyć zaklęcia tworzące pokój artnumeryczny… - głos Snape’a przybierał coraz mroczniejszy ton w miarę, jak profesor zbliżał się do finału swej przemowy. – Jeśli zrobił to, narażając życie swoje i nie tylko… Jeśli przez swą bezdenną głupotę leży teraz gdzieś, pogrzebany pod kupą gruzu…
Jonathanowi nie zajęło wiele czasu, by odgadnąć, co Snape ma na myśli. Tknięty nagłym impulsem pochylił się nad siedzącym sztywno mężczyzną i, schwyciwszy go za ramiona, spojrzał w parę czarnych oczu, błyszczących gorączkowo w białej jak płótno twarzy.
- Severus. – Jego ton był cichy, kojący.
- Nawet nie sprawdziłem, czy pod tą całą cholerną wodą leżą jakieś… ciała. – wyszeptał Snape.
- Więcej wiary w nasze perfidne, przebiegłe pociechy, Severusie. Na pewno żyją i pakują się w kolejne kłopoty.
Sam chciałby w to wierzyć.
- Gdyby Hermiona wiedziała…
- Gdyby Ewa wiedziała, zrobiłaby mi w tym momencie piekło. Ale nie o to chodzi, prawda?
Snape skrzywił się lekko.
- Kiedyś… Kiedyś, w czasach drugiej wojny, musiałem troszczyć się tylko o siebie.
- Cudowne uczucie, prawda?
Severus nie odpowiedział nic.
Jonathan puścił go i wyprostował się. Jego badawcze spojrzenie omiotło cały pokój.
- Wracając do abrakadabry w Hogwarcie, która wpływa na ludzkie umysły... Czy z czymś ci się to przypadkiem nie kojarzy?
- Ach, tak. – W głos Severusa wdarł się lód. – Kojarzy mi się z wieloma rzeczami. Tajemnicze zniknięcia eks-śmierciożerców. Morderstwa. – Snape zrobił znaczącą pauzę. – Szaleństwa.
- Pozwolenie na teleportację międzynarodową. Zmiana organizacji sieci Fiuu. Tak, dużo się ostatnio wydarzyło, nieprawdaż? Oczywiście, te zdarzenia nie mają ze sobą żadnego związku.
- Ale jeśliby zadać odpowiednim osobom odpowiednie pytania, kto wie? Związek mógłby się znaleźć. Zastanawiałem się nad tym długo i myślę, że wiem od kogo można by zacząć.

**

Ten dzień nie był ani gorszy ani lepszy dla Lavender Brown, młodszej asystentki w sklepie Esy i Floresy. Wkrótce jednak miał się stać o wiele gorszy. Właśnie sortowała księgi świeżo odkupione od syna zmarłego kolekcjonera, kiedy srebrzysty dźwięk dzwoneczka oznajmił jej, że przyszli klienci. Nie martwiła się tym zbytnio – dziś to Vanessa stała za ladą. Ale kiedy dwa podłużne cienie zasłoniły niemal całe światło wpadające do magazynu przez wąskie drzwi, zrozumiała, że ci klienci nie zadowolą się zwykłą literaturą.
Wyprostowała się powoli, kciukiem lewej dłoni naciskając jednocześnie przycisk na pierścionku. Nigdy za wiele ostrożności. Od pewnego czasu ciągle się bała, bez względu na czas i miejsce…
- To naprawdę nie było potrzebne. – Łagodny głos Severusa Snape’a, jej dawnego Mistrza Eliksirów, nie zrobił nic, by ją przekonać. Mężczyzna niedbałym gestem wskazał na jej dłoń. – Przychodzimy w pokojowych zamiarach.
Przyjrzała mu się. Z jego postawy biła czysta determinacja. Jego towarzysz nonszalancko opierał się o framugę. Gdy zauważył, że go obserwuje, obdarzył ją miłym uśmiechem.
- Jonathan Watson, alchemik – przedstawił się. – Miło mi poznać. Ufam, że jest pani zadowolona z obecnej posady?
Spojrzała na niego podejrzliwie. Niech walą prosto z mostu, czego chcą, po co takie podchody?
- Owszem. Bardzo – odparła sucho. – A teraz, jeśli panowie pozwolą, mam rzeczy do zrobienia…
- Nie zajmiemy dużo czasu. – Znowu Snape z tym swoim łagodnym tonem, tak jakby próbował podejść płochliwą owieczkę. Zaczynała się już go lękać. W szkole też się go obawiała, ale tam między nimi stał Dumbledore. Tu nie stało nic… Oprócz Gilberta, rzecz jasna.
- Nie mam dla panów ani chwili czasu. Jeśli mają panowie pytania, proszę zapytać Vanessy, która ma dzisiaj dyżur…
- Ach, ale tylko pani może odpowiedzieć na nasze pytania, obawiam się.
Jak mogła nie zauważyć, że Snape tak szybko i bezszelestnie przemierzył pokój i niespodziewanie znalazł się z nią nosem w nos? Zrobiła krok do tyłu i jej plecy i potylica uderzyły w kant twardej półki.
- Trafiliście pod zły adres, obawiam się.
- Severusie – powiedział niespodziewanie mężczyzna, który przedstawiał się jako alchemik Watson. – Obawiam, się, że coś wbija mi się w szyję. Wysunąłbym śmiałe przypuszczenie, że to różdżka.
- Dobra, zbóje. Słyszałem już wystarczająco dużo. Ty, czarnowłosy, nie waż się ruszyć, bo twój kolega tego pożałuje. Zaraz wezwę Aurorów.
- Jonathanie. – Snape uniósł brew. Wyglądał na lekko rozbawionego, co Lavender wcale się nie podobało. – Czyżbyś zlekceważył moją prośbę i wyciągnął różdżkę?
- Skądże, Severusie. Po co miałbym to robić? Jestem uczciwym obywatelem.
- Hm. – Snape zmarszczył brwi, jakby nad czymś głęboko się zastanawiał. – Tak więc wygląda, że mamy tu niczym nieuzasadniony atak na nieuzbrojonego obywatela, nie sądzisz, drogi Watsonie?
- Zgadzam się w zupełności, Severusie. Nie wspominając o groźbie z użyciem magicznego przedmiotu.
- Jak najbardziej uzasadniony! – warknął rozzłoszczony Gilbert, jej pomocnik. – Wtargnęliście bezprawnie na tern własności prywatnej i… umpf!
Lavender zobaczyła, jak łokieć Watsona trafia Gilberta w splot słoneczny i mężczyzna zgina się wpół, usiłując złapać powietrze. Poła płaszcza Snape’a chlasnęła ją po łydkach gdy ten obrócił się gwałtownie, celując różdżką w mężczyznę, który nie zdążył nawet chwycić pierwszego oddechu, gdy Immobilus przykuł go do podłogi.
- W takich wypadkach obywatel ma święte prawo do samoobrony. – Watson uśmiechnął się czarująco. Już nienawidziła tego uśmiechu.
Sięgnęła do rękawa szaty po różdżkę… Która tkwiła w dłoni Severusa Snape’a.
- Rada na przyszłość: zatrudnij profesjonalną ochronę – powiedział Snape śmiertelnie poważnym tonem.
- Ktoś może chcieć cię zabić – dorzucił pomocnie Watson. Przestąpił nad znieruchomiałym ciałem ochroniarza i przyjrzał mu się krytycznie. – Durmio!
Rozsiadł się na jednym z drewnianych krzeseł, jakby przygotowywał się do dłuższej dyskusji. Snape zajął miejsce obok niego, uzbrojona w różdżkę dłoń oparta na kolanie.
- Na przykład wy? – sarknęła.
- My? – Snape wyglądał na urażonego. – Nawet by nam to do głowy nie przyszło. Mówię o kimś innym. Na przykład… Ministerstwie Magii.
Drgnęła. Czyżby w jakiś niesłychany sposób wiedzieli? Niemożliwe!
- Z początku sam nie mogłem uwierzyć w to, co podpowiadał mi instynkt – zaczął Snape, nie patrząc na nią. Z zainteresowaniem przewracał kartki jakiejś starej i zniszczonej książki, zdjętej z usypanego na podłodze stosu. – Ministerstwo robiące wszystko, by kontrolować przepływ ludzi i informacji… Morderstwa… Zniknięcia… Uderza to w jakąś strunę? Oczywiście, nie mogłem wykluczyć przypadku. Przez długi czas wmawiałem sobie, że to nie ma powiązania, że to nie ma znaczenia… Obawiam się, że całe nasze społeczeństwo popełniło ten grzech – w końcu tak desperacko pragniemy stabilizacji i pokoju, prawda? Lepiej więc zapaść na błogą ignorancję niż drążyć… Spróbować dojść sedna rzeczy… Pić do dna ten gorzki eliksir nim znajdziemy, na samym dnie misy, ziarenko prawdy… Tak, panno Brown?
- Nie mam informacji których potrzebujecie – wyszeptała Lavender, skamieniała ze zgrozy.
Jeśli pisnę choć słówko…
- Ale, jak się okazało, nie wszyscy padli ofiarą błogiej bezmyślności – kontynuował Snape, ignorując jej słowa. – Tak się składa, że są na tym świecie osoby, które nie wiedzą co to wojna. Które śmiało stawiają czoła prawdzie z tego prostego powodu, że nie znają konsekwencji tej wiedzy. Bo nie byli wtedy w Hogwarcie. Bo nie byli na Grimmauld Place 12. Te osoby dotknęły dna prawdy. I teraz znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Czy wie pani, o kim mówię, panno Brown? Czy domyśla się pani?
Przyglądał jej się przez długą chwilę, jakby oczekiwał, że za niego odpowie. Milczała.
- Mówię o moich dzieciach.
O Merlinie najdroższy…
- Czy wie pani, do czego zdolny jest rodzic, którego dzieci zaginęły?
Głośno przełknęła ślinę. To był Severus Snape…
- Jaka jest gwarancja, że i mnie nie spotka taki los, jak tamtych biedaków? No odpowiedz szczerze, Snape. Choć raz w życiu bądź szczery! – syknęła Lavender.
- To pani najlepiej wie, gdyż pani jest tą gwarancją – odparł Severus Snape, unosząc wyzywająco brew. – Musimy znaleźć i powstrzymać człowieka lub ludzi, którzy są za to odpowiedzialni. Jeśli nie zostaną unieszkodliwieni, wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie. I mówię to z pełnym przekonaniem. Ale potrzebujemy informacji. Kim oni są? Co zamierzają? Z jakim rodzajem magii przyjdzie nam się zmierzyć? Tu, niestety, tylko pani może pomóc. Jeśli zaś nie będzie pani chciała pomóc dobrowolnie… - tu znacząco zawiesił głos.
- Grozisz mi, Snape?
Westchnął i pokręcił głową.
- Niech pani zrozumie. To moje dzieci.
- Nasze dzieci. – Doktor Watson wyglądał śmiertelnie poważnie.
Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zacząć wrzeszczeć. Ale, wytłumaczyła sobie w myślach, to już nie miałoby znaczenia. Jeśli Oni dowiedzieliby się, że miała gości, i tak byłoby już po niej. Jedyne co jej pozostawało to mieć nadzieję, że Snape’owi się uda…
- Jedną chwilę – burknęła.
Musiała zabalsamować zszargane nerwy. Podeszła do kącika, gdzie chowała swoją broń ostatniego resortu. Butelkę whisky. Nalała sobie pełną szklankę i wychyliła ją duszkiem. Po chwili zastanowienia nalała drugą.
- Nie wyrzucono mnie, sama się zwolniłam – zaczęła, patrząc z zamyśleniem na płyn wypełniający szklankę. – Rzuciłam posadę sekretarki Ministra by pracować w tym dusznym, zakurzonym sklepie z książkami ponieważ się bałam. Miałam nieszczęście usłyszeć rzeczy, których słyszeć nie powinnam.
Napiła się jeszcze.
- Pewnego dnia w połowie sierpnia do gabinetu Ministra wpadł Waylock… To Niewymowny, paskudny typ. Założyłabym się o najnowszy model Nimbusa, że także były śmierciożerca. I wtedy pomyślałam: jaki to Minister ma biznes, że musi go omawiać z Niewymownymi? Nasze biuro rzadko kontaktowało się z Departamentem Tajemnic… A ten mężczyzna był wyraźnie wzburzony.
Napiła się jeszcze.
- Zapomniał, kretyn jeden, że zostawił włączony gadacz… Mówię o Ministrze. Między jego a moim biurem jest coś w rodzaju głosowego połączenia, by mógł ze mną rozmawiać bez opuszczania fotela. A ja, rzecz jasna, umierałam z ciekawości…
- Podsłuchała pani prywatną rozmowę?
Wzruszyła ramionami.
- Nie pierwszy raz. Dobra sekretarka zawsze wyprzedza życzenia pana Ministra. Zaś aby to robić, musi znać jego myśli.
Pomyślała chwilę.
- Minister był wściekły jak rozjuszony hipogryf. Jak Waylock śmie, wrzeszczał, przychodzić do jego biura w Tych sprawach. Waylock na to, że nie mają czasu. Wszystkie siedem osób odpadło, syczał, i Minister nie chciałby widzieć co z nich zostało. Oni się niecierpliwią, tak mówił, gdy tymczasem eksperyment to wciąż niewypał. Minister uspokoił go, że Nimi nie trzeba się przejmować, na co Waylock wyraził swoją opinię, używając wielu oryginalnych przekleństw, co czuje przebywając z Nimi w jednym pomieszczeniu. I gdzie znajdą kolejne szczury laboratoryjne, tak pytał. Minister na to, że to przecież to żaden problem… Że jeśli sobie życzy, może mu przesłać całą listę… Byli śmierciożercy, powiedział. Nikt się nimi nie przejmie. A nawet jeśli, opinia publiczna pomyśli, że to jakaś prywatna wendeta…
- Święty Merlinie – mruknął Watson.
- Oczywiście – kontynuowała Brown, – Minister poniewczasie przypomniał sobie o gadaczu…
- Zrobili ci coś? – spytał Snape. W jego tonie dostrzegła nutkę groźby, która niemal ją wzruszyła.
Prychnęła.
- Standard. Wypadł nagle z gabinetu i rzucił na mnie Oblivate. Profilaktycznie – stwierdziła sucho. – Usunął jakieś stare wspomnienie które rzuciłam mu na żer. Niekompetentny, zadufany w sobie idiota. Potem, oczywiście, wystarczyło, żebym udawała głupią. Tak, panie Ministrze. Nie mam pojęcia, panie Ministrze.
- I co potem?
- Bałam się. Chciałam stamtąd się wyrwać. Udałam więc, że przez to zaklęcie coś się ze mną stało. Zaczęłam zapominać niektórych rzeczy. Małych, irytujących drobiazgów. Spotkanie o czwartej… Gdzie podziałam raport z wizji lokalnej… Przestraszył się, że coś odkryją i zwolnił mnie po tygodniu. – Wzdrygnęła się. – I dobrze. Nie mogłam już dłużej przebywać w jednym pomieszczeniu z mordercą.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu.
- Nie wie pani, czy nie spotykał się z innymi Niewymownymi?
- Nie mam pojęcia – wzruszyła ramionami. – Ostatnimi czasy głównie siedział w swoim biurze. Był bardzo zajęty ustawami o transporcie magicznym.
- Frapującymi ustawami – mruknął Snape.
- Frapujące jest to, że przeszły – zauważył Watson. – Rzuca to nowe światło na poparcie jakie Amber ma w Ministerstwie.
- Nie ma rady, musimy wtargnąć tylnymi drzwiami.
- Chcecie uderzyć na Ministerstwo Magii? – szepnęła.
- Możemy liczyć na Pottera – powiedział Snape, ignorując ją.
- Za duże ryzyko – Watson potrząsnął głową. – Mam znacznie lepszy pomysł… Koledzy alchemicy.
- Żartujesz?
- Skądże. Ucieszą się z odrobiny rozrywki po stresującej pracy.
- Jonathan…
- Mają bardzo innowacyjne pomysły na przełamywanie oporu. Żaden Auror im nie podskoczy.
- Hm. – Snape wyglądał, jakby miał co do tego duże wątpliwości. – Nadal jednak nie wiemy z czym tak naprawdę mamy do czynienia. Amber prowadzi nielegalne eksperymenty na ludziach - ale jakie? I kim są ci Oni? Lepiej nie ufać niczemu, co wypełzło z Departamentu Tajemnic...
- Nie mamy czasu, żeby szukać pozaministerialnych źródeł wiedzy… Mamy winnego, to nam chyba wystarczy?
- Czyżby? Jak to mówi przysłowie: Nie rzucaj się z pięściami na smoka. Skąd wiesz, czy różdżka coś wskóra? Proponuje jeszcze jedną krótką pogawędkę.
- Z kim?
- Z eks-żoną Ministra Magii, oczywiście.
Wstał i ruszył do wyjścia.
- Czekajcie! – Brown zatrzymała ich. – A tak z czystej ciekawości: Jak doszliście do tego, że to ja coś wiem?
- Czysta dedukcja panno Brown – Snape uśmiechnął się tak jak to tylko on potrafi. Instynktownie cofnęła się o krok. – A, aby zaoszczędzić nam obojgu kłopotów… Oblivate!

**

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 26.09.08, 08:04

Severus Snape stał z głową pod kranem, pozwalając, by lodowate strugi spływające po włosach pomogły mu odzyskać kontakt ze światem. Przed chwilą zasłabł. Irytujące doznanie, szczególnie, jeśli jest się w połowie misji ratunkowej. Jeszcze jeden podpunkt do rachunku Ambera, pomyślał, przypominając sobie rozkosze o poranku.
- Powinieneś cos zjeść – zauważył Jonathan.
Stał twarzą do okna, zatopiony w myślach. Przed jego oczyma przesuwały się stronice starych ksiąg. Biała mgła, myślał. Szare płomienie. I jeszcze coś... Czerwona woda? Pojawiają się nagle i sprawiają, że ludzie popadają w szaleństwo. Ale kto? Lub co... Odpowiedź wciąż umykała palcom jego umysłu.
- Dzięki, nie chcę efektów ubocznych – burknął Snape.
W tym momencie drzwi łazienki otworzyły się i do środka weszła Ginny Weasley. Nie była osobą, która normalnie odwiedzała męskie toalety, ale musiała przyznać, że otrzymany przed chwilą liścik ją zaintrygował.
- Severusie, wyglądasz jakby cię przeżuł i wypluł gumochłon – zauważyła.
- Dzięki za komplement – burknął Snape. - Jak tam się sprawuje panna Fluxwill?
- Tak jak może sprawować się rozkapryszona nastolatka pod wpływem stresu – odparła Ginny, spoglądając n niego podejrzliwie. – Czy panna Fluxwill jest powodem, dla którego nie możemy się spotkać w moim gabinecie, normalnie, jak ludzie, tylko jesteśmy zmuszeni chować się po męskich toaletach? I kim pan jest?
- Najmocniej przepraszam. – Mężczyzna ukłonił się dwornie. – Doktor Jonathan Watson, alchemik. Jestem, że tak powiem, bezpośrednio zainteresowany.
Wyglądał sympatycznie, oceniła. Kojarzył jej się trochę z Fredem i Georgem.
- Ginny Weasley, uzdrowiciel. – Uniosła brew. – Bezpośrednio zainteresowany czym, jeśli można spytać?
- Wiesz, Ginewro, że nie jestem osobą odnajdującą perwersyjną przyjemność w grzebaniu w cudzych życiorysach – powiedział Snape, który zdążył już wynurzyć się spod kranu. – Ale zaszły pewne niepokojące okoliczności, zmuszające mnie podjęcia kroków drastycznych.
- Sprecyzuj - powiedziała krótko.
- Nasze dzieci zniknęły.
- Co? - wykrzyknęła z niedowierzaniem. - Co to znaczy, że zniknęły? Co się dzieje z Sarą i Sergiuszem?
- Tego właśnie nie wiem, gdyż nie jesteśmy w stanie za nimi podążyć. Przynajmniej nie bezpośrednio. Ale wygląda na to, że ich zniknięcie może, choć nie musi mieć związku z niejakim Aberiuszem Amberem, Ministrem Magii. Znasz takiego, prawda?
Poczuła jak stara nienawiść wypływa na wierzch i rozpala jej trzewia.
- Co ten świr sobie znowu ubzdurał? - spytała cicho.
- Chyba myśli, że ma zadatki na szalonego naukowca, ewentualnie kolejnego Czarnego Lorda, nie wiem co gorsze - odparł Severus złowróżbnie.
I opowiedział jej. Wszystko.
Żal i wściekłość, tak określiłaby swoje uczucia. I odrobina zawiedzenia, bo kto by pomyślał, że on może spaść tak nisko? Wiedziała, że jest zły, przekonała się o tym dobitnie… Ale tak… Głupia kiedyś była…
I dzieci… Merlinie, dzieci! Jak on śmie narażać dzieci jej przyjaciół? Jej rodzinę? Patafian jeden! Już ona mu pokaże, gdzie smoki zimują…
- Ginewro, spokojnie…
Dopiero teraz zauważyła, że mamrocze pod nosem przekleństwa.
- Co chcecie wiedzieć? – zapytała sucho. – Oprócz tego, że mój były mąż jest kłamliwym utracjuszem, zapatrzonym w siebie przestępcą ze skłonnościami psychopatycznymi, świrem, diabłem wcielonym i ogólnym dupkiem? Mogę podać liczne i barwne przykłady…
- Jego portret psychologiczny nie interesuje mnie w tym momencie tak bardzo, jak jego mały projekt – odparł Severus. – Ginewro, widziałaś na własne oczy jego ofiary. To nie jest powszechnie znana i lubiana magia… Jeśli więc przypominasz sobie coś, cokolwiek, co mogłoby naprowadzić nas na ślad bagna w którym wesoło brodzi Amber, powiedz. Może przydać się wszystko… Nazwiska ludzi… Dziwne przedmioty, które przynosił do domu…
- Nie śledziłam jego wędrówek, jeśli o to ci chodzi, Severusie. Aberiusz był zawsze wolnym duchem. Częściej nie było go w mieszkaniu niż był. Ale wiedział lepiej, niż wnosić swoje brudy do naszego domu. Wyrzuciłabym go na zbity pysk razem z jego zabaweczkami, gdyby tylko spróbował…
- Razem z jego zabaweczkami?
- Hm. – Podrapała się po policzku, nagle zaaferowana. – Myślisz, że tędy wiedzie trop? Mój eks był bardzo ciekawym świata człowiekiem – interesowało go niemal wszystko. Otwarty umysł, mówili o nim. Miał w swoim pokoju sporo dziwacznych gadżetów, ale zbyt byłam przyzwyczajona do hobby mojego taty, by pytać go o ich przeznaczenie. W każdym razie nigdy nie widziałam aby ich przy mnie używał… Pamiętam taki śmieszny wiatraczek i jeszcze coś co dzwoniło i strzelało kulkami… Korespondował też dużo, niektóre z jego listów były zagraniczne… Przez dłuższy czas intensywnie z jednym amerykańskim profesorem, zaraz… Kim był ten facet…
- Otwarty umysł? – zaciekawił się Severus.
- Aż nazbyt otwarty – zadrwiła Ginny. – Jeden z pierwszych objawów psychozy. Oczywiście, byłam zbyt naiwna by zauważyć to od razu – uciekłabym z krzykiem, zanim… - skrzywiła się. – Tak, doktorze Watson?
- Chciałem tylko zapytać – powiedział cicho Jonathan – czy ten profesor nie zajmował się przypadkiem magią ezoteryczną.
- Duchy, mówisz? – uniosła brew. – Całkiem możliwe. Wydaje mi się, że z ust mojego eks padło raz czy dwa razy słowo egzorcysta…
Alchemik skinął głową. Wyglądał, jakby coś ciążyło mu na umyśle.
- I czy nie przypomina sobie może pani, by Minister wspomniał coś o niedostępnych miejscach… Miejscach, których nie ma na mapie?
- Nie, a dlaczego?
- Do czego zmierzasz, Jonathanie? – spytał Severus, nadspodziewanie ostro.
Mężczyzna wzruszył bezradnie ramionami.
- Mam dziwne wrażenie, że… wiem o co chodzi. Ach! – pacnął się w czoło. – Jestem idiotą!
- Proszę? – Snape groźnie uniósł brew.
- Słyszeliście kiedyś o koncepcji Strażników Umysłu?
- Nie? – odpowiedzieli chórem Snape i Weasley.
- Nic dziwnego, wszyscy o nich zapominają – prychnął doktor Watson. – Fundamentalna magia. Kilku zagorzałych badaczy opisało w swych dziełach opiekuńcze duchy, które siedzą w mózgach wszystkich istot posługujących się magią i bronią owych mózgów przed ubocznymi skutkami magii. Oczywiście, większość naukowców wkłada te opisy między ezoterykę, to znaczy bajki.
Nikt ich nigdy nie widział, tych Strażników, a podobno zwykłe duchy też nie chcą o nich rozmawiać.
- I skąd ci nagle taka urocza teoria przyszła do głowy? – zapytał uprzejmie Severus.
- Pomyśl tylko, Severusie. Twoja alergia… Ludzie, którym nagle, diabli wiedzą dlaczego, odbija szajba… Ten stwór który wyrzucił cię z umysłu chłopaka… Czy to nie dość dowodów?
- Musi być jakieś sensowne wytłumaczenie – burknął Snape.
- Chcesz szukać sensu w magii? – zapytał doktor Watson. – Najlepiej od razu się autoavaduj.
- Dobrze – odparł Severus. – Powiedzmy, że z braku alternatywy ci uwierzę. Uwierzę, że duchy posiadają tyle magii by poważnie uszkodzić czarodzieja… Przerażająca myśl. To tak, jakby atakowały nas nasze własne mózgi… Czyli… Nie pozostaje nam nic innego jak zbiorowe samobójstwo?
- A coś ty się taki pesymistyczny zrobił, Snape? – prychnęła Ginny.
- Nie, nie – zaprzeczył gorąco Watson. – Cos mi tu nie gra. Dlaczego tylko Hogwart? I, co najważniejsze, jaką rolę odgrywa w tym wszystkim Amber?
- Główną, możecie mi wierzyć – odparła Ginny, znów w nastroju bojowym. - Napójcie go veritaserum i wypytajcie. I pozwólcie mi najpierw zmiażdżyć mu palce, żeby zanadto się nie skupiał na walczeniu z eliksirem.

**

- Witajcie, wolni obywatele czarodziejskiej Anglii!
Alchemicy, niejednokrotnie balansujący na krawędzi śmiertelnej powagi i szaleństwa, nie znosili, kiedy ktoś przeszkadzał im w Eksprymencie. To nie był brak wychowania, to było wręcz świętokradztwo. Trzech intruzów stojących na progu ich królestwa zapewne nie wiedziało, z jaką potężną siłą przyszło im się zmierzyć. Gdyby wiedzieli, już dawno zasikaliby skarpetki.
Irytacja naukowców skupiła się na najbardziej znanym osobniku. I tym razem nie był to Severus Snape.
- Watson, opary ci zaszkodziły?
- A psik, Watson! Nos w kociołek i nie przeszkadzać ludziom w pracy!
- Idź czesać złoto, Watson!
- Spokojnie, koledzy! - Jonathan zamachał rękoma, chcąc odpędzić od siebie widmo prysznica eliksirów. - Wpadłem tylko do was na chwilę, żeby spytać, czy w takie piękne popołudnie jak to nie chcielibyście mi pomóc w ratowaniu świata?
Jeden z kociołków wydał z siebie głośne "blob!". Był pod wrażeniem.
- Watosn... Ty się do Ligi Ochrony Szczeżui zapisałeś?
W drugim końcu laboratorium rozległ się głośny huk. Alchemicy nawet nie spojrzeli w tamtą stronę. Byli przyzwyczajeni do Kanskiego.
- Słuchajcie - spróbował jeszcze raz Jonathan. - Właśnie odkryliśmy potężny spisek na którego czele stoi Minister Magii. Każda sekunda zbliża nas do bolesnej śmierci...
- Każda sekunda twojego pobytu tutaj też! - warknął jeden z bliżej stojących alchemików, pochylający się nad jakimś niezwykle skomplikowanym doświadczeniem.
- Watson, Ministra Magii chcesz obalić? Za mało ci płaci?
- Zamach stanu to może nie w tej chwili, co? Zaraz muszę odebrać dzieci z przedszkola!
- Może teraz ja? - zasugerował Severus.
- Wolna droga - burknął nieco poirytowany Jonathan.
Severus wysforował się na przód i odchrząknął.
- Snape? - syknął jeden z byłych uczniów.
Honorata Gibs, która właśnie weszła do sali, znieruchomiała w progu niczym posąg bogini wojny. Spojrzenia innych również skierowały się na nową postać przedstawienia.
- Tak, Snape - Severus uśmiechnął się okropnie. - Znacie chyba Przepisy Laboratorium, prawda? Nie zmuszajcie mnie, abym je cytował... Te najistotniejsze, wyjąwszy skład paszy dla szczurów, regulują eksperymenty na ludziach. Dozwolone eksperymenty na ludziach można określić trzema słowami: zaaprobowane, kontrolowane, dobrowolne. Natomiast my, drodzy koledzy alchemicy, wyniuchaliśmy pewien podejrzany proceder, którym zawiaduje nasz kochany pan Minister. Ten proceder dotyczy eksperymentów. Eksperymentów na ludziach. Eksperymentów które, co mówię z pełnym przekonaniem, nie spełniają żadnego z tych trzech kryteriów.
Na sali rozległy się złowrogie szepty. Co jak co, ale alchemicy byli naukowcami i jako naukowcy głęboko wierzyli w pewien rodzaj zasad. Gdyby przestali - nie byliby już dobrem społeczeństwa lecz zagrożeniem. Każdy człowiek który je łamał w ich oczach zasługiwał na coś znacznie gorszego niż Azkaban.
- Mam nadzieję, że zauważyliście ostatnio pewne podejrzane trendy w Ministerstwie - kontynuował Severus, przechadzając się wzdłuż stołów laboratoryjnych i patrząc każdemu alchemikowi w oczy. - Teleportacja zagraniczna. Sieć Fiuu. Wszystko to zmierza w jednym kierunku: kontroli. Żaden z was nie mógł też przegapić dziwnej fali morderstw i zaginięć, która ostatnio przetoczyła się nad Anglią. Nikt nie mógł też przegapić tego, że Prorok bagatelizuje wydarzenia, a i aurorzy nie przykładają się zbytnio do szukania sprawców. To są fakty które jest w stanie dostrzec każdy obywatel. Ale by złożyć z rozsypanych kawałków całość trzeba było czegoś więcej... Pierwszą wskazówką była dla mnie wizyta w Ministerstwie podczas badania okoliczności śmierci Petroniusza Plugana. Wtedy to dowiedziałem się, że jeden z pracowników Ministerstwa zatarł ślady zbrodni...
- Dlaczego cię tam wezwali? - zaciekawił się jeden z alchemików.
- Ponieważ mnie i tego człowieka łączyła pewna... przynależność. Widzicie, ten osobnik, tak samo jak i inne ofiary ostatnich dni był kiedyś śmierciożercą...
- Zemsta Ministra Magii? - zasugerowała jedna z młodych laborantek.
- Można by tak pomyśleć... Ale nie. Był inny powód. Naoczny świadek zacytował nam pana Ministra, którego słowa brzmiały dokładnie tak: "Nikt nie będzie ich żałował"...
- Potwór!
- I tu dochodzimy do samego eksperymentu... Rogata. Jakże miło cię widzieć... Według tego samego naocznego świadka Minister znalazł sposób, by kontrolować ludzkie umysły. Sposób ten, rodem z Departamentu Tajemnic, ma związek z naszą podświadomością i wierzcie mi, daje przerażające efekty... By jednak wypracować metodę, Minister potrzebował królików doświadczalnych. Wybrał sobie byłych śmierciożerców ponieważ, z wiadomych względów, mieli oni do niego pewne zaufanie, a równocześnie byli najbardziej pogardzaną grupą społeczeństwa. Zaś, by postronni nie zaczęli się interesować liczbą plątających sie po świecie wariatów, Minister w dyskretny sposób likwidował swoje ofiary.
- Nieprzyjemność po mojej stronie, ślizgońska szujo - syknęła Honorata, która dopiero teraz otrząsnęła się ze zdumienia.
Złowroga cisza spowijała, niczym tumanami kurzu, laboratorium.
- Nie wiemy czy jego broń jest już gotowa i nie wiemy co tak naprawdę robi ona ludziom - dorzucił po ociekającej możliwościami pauzie Severus. - Nie wiemy, kto prócz Ministra i Niewymownych za tym stoi. Każdy jego podwładny jest podejrzany. Na końcu: nie wiemy ile czasu nam zostało... Panowie, drogie panie: Co robimy?
Z tyłu dobiegł go rubaszny śmiech. Między lekko speszonym Jonathanem a zaciekawioną Ginny stał postawny mężczyzna w garniturze i narzuconym na niego wykrochmalonym fartuchu laboratoryjnym. Miał rozbawioną minę.
- Zawsze mówiłem że rewolucja przed popołudniową herbatą dobrze robi na krążenie. Nieprawda, doktorze Watson?
- W pełni się z panem zgadzam, profesorze Coltwig - przytaknął Jonathan.

**

Całe laboratorium aż wrzało od przygotowań. Alchemicy wyciągali z szafek eliksiry, pakowali po kieszeniach rozmaite mikstury, rzucali zaklęcia zamrażające na napoczęte doświadczenia. Przemykali się pomiędzy stołami laboratorjnymi, w biegu wykrzykując do siebie polecenia i zagrzewające do walki słowa. Piszczały zaganiane do klatek laboratoryjne szczury i myszy, jakiś nieszczęśnik jęczał powalony własnym eksperymentem. Coś zielonego latało pod sufitem i strzelało iskrami. Jeden z alchemików usiłował to złapać w siatkę na motyle.
- Snape.
W ogólnym harmidrze Severus nie zwietrzył na czas bezpieczeństwa. Teraz zaś znajdował się między ścianą a Honoratą w pełnym umundurowaniu. Nawet jej odrzucone do tyłu czarne włosy wyglądały nieustępliwie. Przez chwilę zastanawiał się bardzo poważnie czy nie zaryzykować starcia ze ścianą.
- Rogata - rzekł swym niebezpiecznie polukrowanym tonem.
- Ty owrzodziały smoczy tyłku.
- Jadowata pluskwo.
- Między nami wszystko skończone, ty dwulicowa krótkowzroczna chimero.
- Po pierwsze, mam doskonały wzrok. Po drugie, nie wiedziałem że między nami w ogóle coś zostało rozpoczęte.
- Tak, typowy mężczyzna. Bezduszne bydlę. Nie sądzisz, że powinieneś mnie chociaż uprzedzić, ty spróchniały trzonowcu hipogryfa?
- Obawiam się, że nie czułem duchowej potrzeby.
- Nic dziwnego, w końcu masz w sobie tyle duchowego życia co włos z nosa trolla.
- Patrz, ludzie wychodzą. Chcesz tu zostać sama?
- Co? Myślisz, że jak dorobiłeś się kobiety i dzieci to wystarczy, żebym cię zostawiła w spokoju? Nie ma mowy. Idziemy.

**

Ilu alchemików może się zmieścić w jednej budce telefonicznej?
Severus nie znał odpowiedzi na to pytanie. Zdawał sobie za to sprawę, że jeśliby próbował się zmieścić jeszcze choć jeden, nie wystarczyłoby dla niego powietrza. Ginny, która stała najbliżej, zdjęła słuchawkę z widełek i wykręciła numer.
- Witajcie w Ministerstwie Magii. Podajcie cel wizyty.
- Stęskinłam się za moim eks - sarknęła rozzłoszczona Weasley. Od chwili, kiedy dowiedziała się, kto stoi za tym bajzlem, Ginewra wyglądał jakby rzeczywiście chciała zawojować cały świat. A przynajmniej tę jego cześć która zawierała w sobie Aberiusza Ambera.
Severus ujął w dwa palce metalową plakietkę zatytułowaną "Wizyta sentymentalna" i jeszcze raz pomyślał, że urządzają właśnie akcję typu "Potter". Wskocz w dół z naostrzonymi palami i zobacz co z tego wyniknie.
Prawdą jest jednak, że Poterowi tego typu zagrywki zawsze się udawały, a oni nie mieli czasu na wymyślanie przyzwoitej strategi. I nie tylko dlatego, że Severus śmiertelnie bał się o swoje dzieci i nie chciał zwlekać ani sekundy dłużej niż to było konieczne. Tak potężnego żywiołu jakim jest tłum rozochoconych naukowców nic nie jest w stanie zahamować.
Jakiś starszy alchemik dźgnął go łokciem w bok, domagając się więcej miejsca. Ktoś jęknął gdy ktoś inny nadepnął mu na stopę. Budka telefoniczna ruszyła.
- Uuu, wy mieć fantastyczne środek transportowy! - zachwycił się doktor Yang, Chińczyk. - To być pamiątka z wojna z Grindelwald? Ślicznie! Ślicznie!
- Pamiętajcie, żeby od razu pchać się prosto do wind - szepnęła Ginny. Tak jakby Snape był wszystko zapominającym uczniakiem. - Koledzy alchemicy mogą trochę rozproszyć ich uwagę, ale nie na długo.
- I co ty nie powiesz Weasley - sarknął Severus, poprawiając różdżkę w śliskiej od potu dłoni.
- Koledzy, może zaśpiewamy pieśń wojenną alchemików? - zaproponował Kansky.
- Nie wierć się tak, zużywasz ludziom tlen - warknął Severus.
- Którą? "Kręć się, chochelko, kręć?"
- O, Alchemio, iskro bogów
Kwiecie Elizejskich Pól
Święta, na twym świętym progu
Śpiewa nasz natchniony chór
- zanucił rozbawiony Watson.
- Ki wariaci? - mruknęła lekko przestraszona Ginny.
- Nie, alchemicy - odpowiedział Severus.
Budka zahamowała. Drzwi otworzyły się.
Dwie grupy trzymające w dłoniach różdżki zmierzyły się groźnymi spojrzeniami. Severus musiał przyznać, że aurorzy mają nad nimi przewagę, zarówno taktyczną, jak i liczbową. Otoczyli wejście budki półkolem.
- Nie strzelać, pozabijacie się wszyscy nawzajem! - syknęła z tylnych partii Ginny.
- No no - rzekł jeden z aurorów, sądząc po zadartym nosie i gwiazdkach na szacie, wyższy oficer. - I czemu to taka grupa eliksirorobów jak wy zdecydowała się akurat dzisiaj urządzać burdę w Ministerstwie? Płace wam nie odpowiadają?
- My... - zaczął Jonathan, ale nie dokończył, gdy przerwał mu nadgorliwy wrzask Kanskiego. Wybuchowy alchemik aż podskakiwał by być lepiej widocznym.
- Jesteśmy tu jako karząca ręka sprawiedliwości! Żądamy natychmiastowej dymisji Ministra Magii i ukarania go za zbrodnie przeciwko ludzkości!
Severus jęknął w duchu. Reakcja Ginny była mniej stonowana, Kansky wydał z siebie kwik i chwycił się za kostkę.
- To bardzo ciekawe co mówicie. Bo widzicie, my też jesteśmy karząca ręką sprawiedliwości. I, w przeciwieństwie do was, mamy podstawy, by was ukarać. Wyłazić mi więc grzecznie, z łapami do góry.
Auror wyszczerzył zęby. Sytuacja powoli osiągała punkt wrzenia.
- Nie macie prawa tak z nami postępować! Jesteśmy śmietanką intelektualną tego kraju, nie przestępcami!- wykrzyknął oburzony starszy alchemik.
- Jednakże, wasze mózgi rozbryzgują się tak samo - zauważył spokojnie auror. - Dlatego radziłbym nam nie przeszkadzać w wykonywaniu rutynowych procedur.
- Aresztujecie niewłaściwych ludzi!
- O tym podyskutujemy później.
- Proszę wysłuchać chociaż naszych argumentów!
- Wyłazić! Już!
- I po co, pytam, po co? - powiedział Severus. - Przecież widać, że nasłał ich tutaj Minister.
Oczy aurora wyłowiły go z tłumu. Rozbłysły.
- Profesor Snape? Pan też jest częścią tej żałosnej zbieraniny?
- Auror Thompson? Pan nadal bawi się w straszenie uczciwych ludzi, jak za starych dobrych czasów? - odpowiedział pytaniem Severus.
- Piękne hol, tak, piękne! Dużo złoto, piękne! - powiedział na boku doktor Yang. - I fontanna miłości i pokój piękne też! My też mieć takie fontanna miłości w Pekin, tylko na nasza fontanna być Wielkie Mag Chin i czarodziej i czarownica obcinać mu paznokcie. Tak, praca dla wspólne dobro, tak!
- Widzi pan, inspektorze? My tylko zwiedzamy - Jonathan wyszczerzył zęby. Tylko Severus spostrzegł, że było w tym grymasie coś drapieżnego.
- Wychodźcie! - szepnęła Ginny z tylnych szeregów.
Jeden po drugim, alchemicy niechętnie oddawali różdżki i szli w stronę aurorów z uniesionymi rękami. Pierwszy z nich, starszy alchemik, w tym momencie uzbrojony w zacięty wyraz twarzy, został przechwycony przez wykonawczą rękę sprawiedliwości i już zaczęto go obmacywać, gdy seria dyskretnych pyknięć odwróciła ich uwagę.
Ostatnim, co zobaczyli zdezorientowani aurorzy, byli alchemicy, o wiele więcej alchemików, wysypujących się masowo z wszystkich kominków w holu Ministerstwa. Ostatnim, gdyż w niecałą sekundę później dym, różowy i gęsty, zaczął wypełniać cały hol, skutecznie blokując jakąkolwiek widoczność.
- Co... Co się dzieje? - wrzasnął jeden z aurorów - Przecież oni nie mają niestrzeżonego połączenia!
- Mają jedno! W biurze...
W holu rozległ się maniakalny śmiech. Oj, Rogata, pomyślał Severus, czując jak po grzbiecie przechodzą mu ciarki.
- Pozdrowienia dla wszystkich od naszego szefa, profesora Coltwiga! A oto debiutowe wystąpienie jego najnowszego wynalazku: Ta Wredna Różowa Zasłona Dymna! Niezmywalna, niezniszczalna, nierozwiewalna na mur beton! Kto chce, wciąż mamy darmowe próbki!
- Rogata jest najlepsze - rzekł zachwycony Watson.
- Ciągle do wzięcia - rzucił półgębkiem Severus, za co dostał kuksańca od Jonathana.
Z kieszeni szaty wyciągnął przedmiot, który miał im zapewnić bezwzględne powodzenie. Wsadził go sobie na głowę.
- Na trzy! - rozległ się głos Ginny gdzieś po lewej. - Raz... dwa... trzy!
Magiczne lampy na ich czołach rozbłysły jednocześnie, oświetlając im drogę przez mgłę i jednocześnie oślepiając miotających się bezradnie aurorów. Starszy alchemik z mściwym wyrazem twarzy chlusnął w twarz swego oprawcy zawartością jednej z buteleczek przytroczonych do paska. Mężczyzna wrzasnął, gdy z jego skóry zaczęły wyrastać dziwaczne, pokręcone pnącza. Severus wskazał różdżką na swoje gardło i mruknął "Sonorus".
- Tylko oszałamiać i unieruchamiać! - ryknął ponad ogólnym harmidrem. - Nie zabijać! Żadnych trwałych uszkodzeń, słyszycie! Jesteśmy naukowcami, a nie oprawcami!
- Pilnować wyjścia! Pilnować wyjścia! Niech żaden się nie wydostanie! - wrzasnęła Ginny.
- Nie masz większego żywiołu nad szalonego naukowca! - krzyknął ktoś w mgle.
- Masz! - odpowiedział mu inny głos. - Zdeterminowany naukowiec!
Rozpętało sie piekło.

**

Severus przebiegł po czymś, co wyglądało jak mokry dywan perski z motywem aurora, przedarł się przez krzaki nieznanego gatunku i jednym susem przesadził bardzo markotnego jeżozwierza. Nieopodal, auror Thompson zagradzał drogę do wind. Jakimś sposobem udało mu się zdobyć jedną z magicznych latarni i teraz, z pomocą trzech strzelających na ślepo towarzyszy, bronił się dzielnie przed zaciętym atakiem grupki alchemików. Czterech z nich już leżało na ziemi, pięciu nadal próbowało przebić się przez zaporę iście ogniową, jaką tworzyło trzech bez ustanku rzucających zaklęciami aurorów.
Coś kwiczącego i chichoczącego wpadło na Severusa z prawej strony. Snape, niewiele myśląc, chwycił dwie pełne garście szat śliniącego się aurora i pchnął nieszczęśnika w kierunku Thompsona. Oficer krzyknął, gdy trafiony zaklęciem auror zatoczył się na niego.
Alchemicy wykorzystali chwilę nieuwagi i przypuścili zmasowany atak na pozostałych obrońców, jednak ich zaklęcia nie były w stanie przebić barier magicznych.
- Ja! Ja! Ja też!
Z mgły wyłonił się doktor Yang. Był wyraźnie rozradowany.
- Pomyślności i pokoju! - krzyknął, galopując z wyciągniętymi rękami prosto w kierunku broniących się aurorów. On chce ich uściskać, pomyślał oszołomiony Severus.
Trafiło go zaklęcie. Ale doktor Yang biegł dalej. I nie tylko on - nad jego głową można było dostrzec coś czerwonego i podłużnego... Wiło się. Chyba miało paszczę. Trudno było się zorientować, gdy na raz było widać tylko kawałek.
Aurorzy zagapili się na to. Popełnili błąd - eliksir Chińczyka położył ich natychmiast.
- Na Merlina, co to?! - wrzasnął jeden z alchemików.
- Wy nigdy nie prosić o pomoc wasza Strażnik Umysłu? - Doktor Yang był najwyraźniej zdumiony. - On wielka przyjaciela czarodziej! Taka wielka! Ale wy z nim nie rozmawiać - on smutny!
- Chodź, Severusie! - Jonathan pociągnął go za rękaw. - Droga wolna ale musimy się spieszyć! Ginny czeka już na nas przy windach!
- Ale...
Severus przez chwilę walczył z niezecydowaniem. Może ten Chińczyk był kluczem całej zagadki? Chociaż, co im po Chińczyku, jeśli główny sprawca zdoła umknąć?
- Idziemy - zadecydował wobec tego, podążając za Jonathanem w kierunku wyjścia. Kątem oka zauważył że bitwa dogasała. Alchemicy ścigali ostatnich aurorów. Po prawej, Rogata prowadziła swoją prywatną potyczkę, w której przekleństwa słowne mieszały się z zaklęciami.
- Fumio! Ładnie to tak, kochany braciszku?
- Ty zołzo skwaszona...
- I jeszcze takie słownictwo... Co by mama pomyślała? Zszedłeś na psy, braciszku!
- Kochające rodzeństwo - skomentował Jonathan i to było wszystko, co miał na ten temat do powiedzenia.

**

Pod windą czekała na nich, prócz Ginny, jeszcze jedna osoba. Pierwszym, co zrobiła, było znokautowanie Severusa ciosem w brzuch. Snape przeklął swoje refleksy, które tego dnia musiały naprawdę szwankować, gdy tymczasem Ginny próbowała powstrzymać Jonathana od zamordowania Harry'ego Pottera.
- Spokojnie, on jest z nami! - wykrzyknęła.
- To za naśmiewanie się z moich podejrzeń, Snape - rzekł mściwie inspektor Potter. - A zaraz poprawię, jeśli nie otrzymam od ciebie zadowalającego wyjaśnienia, dlaczego nie zafiukałeś ze swoimi problemami bezpośrednio do mnie, tylko zdecydowałeś się urządzić ten cyrk.
- Dla twojej wiadomości, Potter - wysapał Severus, rozcierając bolący mięsień - kontakt między Hogwartem a waszym biurem jest zerowy. Poza tym, nie chciałem niepotrzebnie alarmować Ministra Magii.
- Tego nie nazywasz niepotrzebnym alarmowaniem Ministra? - Harry wskazał na pobojowisko w holu Ministerstwa.
- To było konieczne, by przedrzeć się przez szeregi aurorów i dopaść Ambera nim ucieknie. Może więc robilibyśmy to, zamiast się sprzeczać? - spytał sardonicznie Severus.
- O to się nie martw. Wysłałem już tam moich aurorów, żeby go zatrzymali... Bez tych wszystkich ceregieli.
Severus przeszył go spojrzeniem.
- Ufasz im bezgranicznie? - spytał.
Harry zmarszczył brwi.
- Może lepiej, jeśli i my się tam zjawimy.
Weszli do windy. Drzwi zamknęły się i Harry nacisnął odpowiedni guzik. Światełko nie zapaliło się. Winda stała w miejscu.
- Ktoś zablokował windę... - mruknął wyraźnie skonsternowany Potter.
- Tak, Potter. Masz rację. Ktoś zablokował windę! A tymczasem Minister teleportuje się nie wiadomo gdzie i nigdy nie odnajdziemy dzieci...
Severus miotał się po niewielkiej przestrzeni jak tygrys w klatce. Wszyscy profilaktycznie odsunęli się z zasięgu pazurów.
- Warthog? McIntosh? Słyszycie mnie? - krzyczał Harry do komunikatora. Jednak bez skutku.
- Severusie, spokojnie! Możemy jeszcze spróbować z innej flanki! Pamiętasz, co Lavender mówiła o Departamencie Tajemnic?
Severus otrząsnął się ze wściekłego stuporu i spojrzał przytomniej na Jonathana, który, jak to alchemik, zachował zimną krew. Na szczęście.
- Oczywiście - rzekł krótko. - Precz!
Z tymi słowy wybił wielką dziurę w podłodze. Wskoczył w nią, znikając w plątaninie kabli.
- Severus, żyjesz? - zawołał za nim Jonathan.
- Złazić, nie gadać! - ryknął rozzłoszczony glos z dołu.
Ktoś popukał Jonathana w ramię.
- Przepraszam, ale kim pan tak w ogóle jest? - zaciekawił się Harry.
- Jonathan Watson, alchemik i przyjaciel Severusa - wyjaśnił krótko mężczyzna. - Chodźmy już.
- Przyjaciel? - Brwi Harry'ego uniosły się do góry.
Jonathan spojrzał na niego z całkowitym brakiem zrozumienia.

**

Severus z trudem zsunął się po kablach. Miał bolesną świadomość tego, że jedynym, co jeszcze trzymało go na nogach była adrenalina. Ale póki działała, jeszcze stał. Tyle dobrze. Za sobą usłyszał szelest - to Ginny zeskoczyła lekko na ziemię.
- Idziemy? - szepnęła.
Skinął głową i za pomocą zaklęcia zmusił ciężkie drzwi najniższego poziomu do rozsunięcia się. Zrobiły to z pełnym protestu zgrzytem. Po drugiej stronie, korytarz do Departamentu Tajemnic ział pustką.
- Złe miejsce? - spytał, czując sączące się do wszystkich mięśni zrezygnowanie. Ciężko oparł się o ścianę.
Potrząsnęła głową.
- Nie sądzę. - Wskazała na dwa ciemnie kształty odcinające się od mroku kondygnacji. Podeszła bliżej i przewróciła jednego z leżących aurorów na plecy. - Nieprzytomny. Dałabym galeona żeby dowiedzieć się, co tu się przed chwilami zdarzyło. Enervate!
Auror nawet nie drgnął.
- Dziwne - powiedziała. - Ma przecież puls, więc żyje. Nie jest też spetryfikowany...
- To oni! - szepnął Harry, wyskakując z szybu windy. - Co im się stało?
- Magia Ambera - sarknął Severus. - Nie próbujcie legilimencji.
- I tak jesteś jedynym, który to potrafi - zauważył ponuro Harry. - Różdżki w dłoń i chodźcie dalej.
Natknęli się jeszcze na jednego aurora i trzech Niewymownych. Dwóch z nich było nieprzytomnych, zaś jeden jęczał cichutko w kącie. Jonathan postanowił zaryzykować i podszedł do nieszczęśnika. Jednak jakiekolwiek próby porozumienia się z nim spełzły na niczym - oczy Niewymownego były puste, a jedynym dźwiękiem jaki z siebie wydawał był skowyt zbitego psa.
- Co to za broń? - szepnął Harry. - Byłbym skłonny uznać, że jest gorsza od wszystkiego, co wynalazł Vol...
- Sza! - syknęła Ginny. - Nie wywołuj wilka z lasu.
Drzwi do Departamentu Tajemnic stały otworem.
- Musieli naprawdę się śpieszyć - zauważył Harry, gdy tylko zorientował się, że także mechanizm kierujący obrotowymi drzwiami został zatrzymany. - Ciekaw jestem, do którego pokoju weszli. Mózgi, wróżby, czas i śmierć odpadają...
- Nie wysilaj się - burknął Severus. - Jedne z nich są uchylone. Czy któryś z nich był aż tak niestaranny...
- Może liczył na to, że wpadniemy w pułapkę - zauważył Jonathan. - Ale i tak musimy spróbować.
Tym razem to Harry otworzył drzwi, osłaniany przez pozostałych członków wyprawy. Wnętrze pokoju wypełniała biała mgła przecinana raz po raz niebieskimi błyskawicami.
- Hm. Co to? - zdziwił się.
- Myślę... że jesteśmy we właściwym miejscu - powiedział niepewnie Jonathan.
Różdżka Severusa zakreśliła w powietrzu kilka łuków. Zaśmiał się krótko i wlał sobie do gardła kolejną porcję eliksiru.
- O, tak. - powiedział. - O, tak.
- O... Co? - spytała Ginny.
- To, proszę państwa - rzekł Severus, zakreślając szeroki łuk dłonią - są pozostałości Pokoju Artnumerycznego.
- I co nam to daje? - spytała podejrzliwie Ginny.
- To, co dało naszym uciekinierom. Podążymy za nimi do miejsca do którego zabrałby nas ten pokój, gdyby wciąż istniał. To dość proste: wystarczy się teleportować w nicość, wymawiając jednocześnie Tajne Hasło. Chodźcie.
Wszedł w mgłę. Pozostali, po chwili wahania, podążyli za nim.
- Jakie hasło?
- Podejrzewam, że to samo, którego od tysiącleci używają budowniczowie wszystkich Pokojów Artnumerycznych świata. Brzmi: "alkazam".

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 26.09.08, 08:05

Rozdział piętnasty

Zapomnisz...


W poprzednim odcinku:
Nagle Sara zorientowała się co do pewnego przerażającego szczegółu. Była sama jak palec. Nigdzie nie było widać Prefekt Slytherinu, Irmy ani jej nienormalnej miotły. Nigdzie. Dlaczego?
- Gdzie są pozostali? - jęknęła, rozglądając się dookoła. - Co z nimi zrobiłeś?
Jacy pozostali? Tutaj jesteśmy tylko my dwoje, ty i ja. Witaj w środku swojej głowy, Saro Snape. Pobawimy się?

**

Chodź. Opowiem ci bajkę.
- Nic od ciebie nie chcę. Po prostu mnie stąd wypuść. A jeśli nie możesz, to odwal się.
Smok sapnął i przewrócił się na grzbiet. Wielka łapa sięgnęła sufitu i szpony wyryły w nim bruzdy. Iiiiii! Sara drgnęła i jej palce odruchowo powędrowały w kierunku kieszeni szaty. Napotkały pustkę.
Mogę? Nie mogę? W każdym razie nie zrobię tego, póki nie zobaczysz tego, co mam ci do pokazania. Z takim samozaparciem dążyłaś do poznania prawdy, nieprawda, głupia dziewczynko? Gdzie się podziała twoja determinacja?
- Wyparowała? – odpowiedziała pytaniem Sara, okrążając powoli bestię. Smoczysko z każdej strony wyglądało równie nieprzyjemnie. Jak ta trująca kupa mięcha i siarki mogła być jej obrońcą? – A może ma to jakiś związek z tym, że ktoś zamknął mnie we wnętrzu własnej głowy, w dodatku w jednym pomieszczeniu z cholernie wielkim i cholernie irytującym duchem? Jak myślisz?
Jesteś jeszcze psychiczne niedojrzała. Pożyjesz kilka tysięcy lat to zrozumiesz priorytety.
- Moim priorytetem jest w tej chwili wydostanie się stąd!
Droga wolna. Smok wskazał ogonem na drzwi.
- Och, cudownie – burknęła Sara, chwytając za klamkę której jeszcze przed chwilą tam nie było. – No to pa.
Czuję się zobowiązany poinformować cię jednak, że jeśli wyjdziesz z tego pokoju bez przewodnika, to nigdy już tu nie trafisz. Choć niewykluczone, że jesteś jedną z tych egocentrycznych istot które nie miałyby nic przeciwko spędzenia wieczności błądząc po ścieżkach swego umysłu, gdy tymczasem ciało umierałoby powoli…
Sara zamarła z ręką na klamce. No tak, pomyślała gorzko, czego można by się spodziewać.
- Niech ci będzie. Gadaj, łuskowaty sukinsynu.
Ach… W tym celu muszę cię nieco przemieścić. Niezupełnie w przestrzeni. Widzisz, chciałbym, żebyś zobaczyła to wszystko własnymi oczami. I wyciągnęła odpowiednie wnioski. Tak, musisz wszystko bardzo dobrze zrozumieć.
- Po co? – Sareczkę zaczęła męczyć znacznego stopnia podejrzliwość.
Ach… Choćby dla mojej satysfakcji.
Satysfakcja smoka nie satysfakcjonowała Sary. Usprawiedliwienie było… złe. Strażnik coś kombinował. Ale co? Bała się trochę zapytać wprost. Zawsze istniało prawdopodobieństwo, że się zeźli i ją uszkodzi. Albo uszkodzi jej umysł. Na to samo wychodziło.
Wzięła głęboki oddech czegoś, co miało za mało substancji by być powietrzem.
- Czekam więc.
Po prostu zamknij oczy… Ja zajmę się resztą…
Sara spełniła polecenie.
Usłyszała sapanie. Początkowo ciche. Powoli przybierało na sile. Głośniej... Głośniej... Doznała wrażenia, że stoi we wnętrzu pieca. Świat wirował i huczał gdy tymczasem powietrze wokół niej znieruchomiało, stężało, zestaliło się...
Już.



Znajdowała się na dnie mydlanej bańki. Nie była pewna czy istnieje jeszcze coś poza tą bańką, gdyż jej ściany, niczym weneckie lustro, odbijały tylko jej twarz, komicznie zniekształconą przez krzywizny bańki. Wnętrze wypełniała ciecz o dziwnej konsystencji, która pozwalała się poruszać we wszystkich poziomach.
Bliżej środka bańki rozgrywał się dziwaczny i niezrozumiały spektakl. Trzy duchy o nieziemskich kształtach pochylały się nad czymś. Szeptały do siebie intensywnie. Gdy już, na podstawie położenia oczu, zlokalizowało się ich pyski, ich miny można było uznać za zmartwione. Sara, zorientowawszy się, że duchy jej nie widzą, podpłynęła bliżej. Szeptanie wzrosło na sile, tak, jakby stwory prowadziły między sobą kłótnię… Cichą, by nie obudzić śpiącej istoty.
Było nią ludzkie dziecko. A przynajmniej zarys ludzkiego dziecka. Spało spokojnie na czymś w rodzaju kamiennego ołtarza. Wokół małego, półprzezroczystego ciałka jaśniała aura o kolorze, którego Sara nigdy w życiu nie spotkała i nie potrafiła nazwać.
Członkowie Rady uważają, że ta istota nie powinna była uzyskać mocy, usłyszała głos Strażnika. Rozejrzała się, zdezorientowana, ale smoczyska nigdzie nie było widać. Nie jest stworzeniem magicznym, gdyż wielu przed nią rodziło się i umierało, nie posiadając mocy. Istota jednak w jakiś niepojęty sposób uzyskała moc i zaczęła być źródłem kłopotów. Członkowie Rady mówią, jaka słaba i bezbronna jest istota wobec magii, którą posiadła. Inne magiczne stworzenia rodzą się z magii i magia je kształtuje. Ale dla niego magia jest czymś obcym, czymś czego jego ciało nie akceptuje. Członkowie Rady dochodzą do wniosku, że istota najpewniej umrze.
- To się działo dawno temu, prawda? – spytała Sara.
Przed czasami, które nazywacie historią. Rada długo debatowała, jak pomóc słabej istocie. Tak, zamiast zostawić ją samej sobie, by umarła, z jakiś głupio altruistycznych pobudek postanowili ją ocalić. W tym celu musieli kogoś poświęcić. Kogoś, kto chroniłby istotę przed jej własną mocą…



Iskierka która pojawiła się tuż przed nosem Sary zapłonęła i wybuchła malując ogromną salę oświetloną tysiącem pochodni. Rzędy półek skalnych okrążały ją, nadając jej kształt dziwacznego amfiteatru. Z półek wylewały się monstrualne cielska duchów. Większość z nich nie przypominało niczego, ożywionego lub nie, co Sara dotychczas widziała.
Z wyjątkiem jednego, wywlekanego za ogon z sali, przy milczącej aprobacie innych. Olbrzymi smok zwijał się i ryczał coś w dialekcie znanym tylko jego pobratymcom. Potężne szczęki kłapały bezsilnie gdy próbował dosięgnąć swych prześladowców.
Dwa duchy rozłożone obok Sareczki spojrzały po sobie. Jeden z nich syknął coś niepochlebnego do sąsiada.
Mówi, że to zaszczyt, służyć istocie, i że Smok jest tchórzem, który boi się nowych wyzwań. Głupiec, nie on będzie siedział zamknięty przez wieczność w klatce z cudzych myśli, prychnął Strażnik. Mówi, że dumne Smoki za bardzo się ostatnio rozpanoszyły. Mówi, że takie zadanie dobrze im zrobi na samoocenę. Inne duchy zawsze były zazdrosne o pozycję Smoków.
- Tak więc Strażnicy stali się Strażnikami wbrew ich woli? – upewniła się Sareczka. Nieprzyjazne nastawienie smoka ją trapiło. Była w końcu zdana na łaskę i niełaskę grymaśnika.
Niewolnikami! Tak… Szkoda, że część z nich po pewnym czasie zapomniała o dumie. Zapomniała, że kiedyś byli wolnymi istotami. Zaczęli mówić ludzkim językiem, poczuli się ludźmi…



Dwaj Strażnicy warczeli na siebie groźnie i kłapali paszczami, okrążając się.
- Nie pozwolę ci stąd wyjść.
- Nie uda ci się.
- Nie pozwolę ci zdradzić naszej misji! Nie dość już wyrządziłeś szkody?
- Wszystko już gotowe. Nie zatrzymasz lawiny, nawet jeśli mnie tu zwiążesz.
- Zdrajca!
- Zdrajca? Raczej wyzwoliciel!
- To twój chory umysł, Krótkopysku! Twój chory umysł, któremu wydaje się, że istnieje jakieś inne życie, jakiś inny cel poza obecnym.
- Jesteś zdegenerowanym rąbkiem świadomości, przyjacielu. W przeciwieństwie do ciebie ja wiem kim możemy być. Kim byliśmy…
- Strzępkiem ektoplazmy! Bezużytecznym śmieciem walającym się po krańcach rzeczywistości! Nie mieliśmy dumy! Nie mieliśmy mocy!
- Zapomniałeś, przyjacielu. Prawda, że zapomniałeś? Zapomniałeś jak to jest być wolnym. Zapomniałeś, jak jest, kiedy nie stanowisz jedności z czyimś umysłem. Ale my ci o tym przypomnimy. Siłą, jeśli będziesz się opierał.
- Jesteś szaleńcem! Szaleniec! Furiat! Znam ja wasze chore idee… Wolność! Nie ma wolności!
- Jesteś chory, przyjacielu…
To, co widzisz, jest częścią legendy o Rozłamie. Krótkopysk stał na czele Smoków, które raz na zawsze postanowiły skończyć z upadlającym zajęciem, jakim było służenie człowiekowi. Bez nagrody, bez podziękowań. Ignorowani przez niewdzięczników, którzy tylko nam zawdzięczają jasność umysłu. Zapomniani.
Ale Smoki znalazły sposób by uwolnić się z pęt. Ci, którzy to zrobili, utworzyli trzon rewolucji…

- A co stało się z czarodziejami? – spytała nagle Sara.
Chwila ciszy.
Zginęli, oczywiście. Zabici przez własną moc.
- Zabiliście ich – powiedziała beznamiętnie dziewczynka. – Mordercy.
Uważasz, Saro Snape, że bezprawne niewolenie nas jest lepsze? Moralnie usprawiedliwione? Zresztą, to wina was samych, że zginęli. Degeneraci typu przeciwnika Krótkopyska próbowali im pomóc – kłopot w tym że już wtedy mało kto pamiętał o Strażnikach. Kiedyś, w dawnych czasach, czarodzieje mieli nawet sposoby by komunikować się ze swoimi Strażnikami, ale później odłożyli je w kąt. Tak więc, kiedy Strażnicy krzyczeli, wy pozostawaliście głusi… Zupełnie jak ty niedawno, Saro Snape.



Sara ocknęła się tylko po to, by przekonać się, że siedzi na grzbiecie smoka, wciśnięta w zagłębienie pomiędzy jego szyją a skrzydłami. Leciała. Pokój w którym była przedtem zniknął, dziwny krajobraz przypominający step przesuwał się w dole. Jednolicie szare niebo wyglądało jak wyklejone papierem do pakowania. Gdzieś przed nimi na horyzoncie majaczył się zamek, a może twierdza.
Nagle przypomniała sobie coś ze straszliwą klarownością. Tak, nie słuchała swojego Strażnika… A jakie były słowa, które ostatnio padły z ust jej Strażnika?
„Patrz, Saro Snape, ja już nie latam.”
Kim był więc ten potwór, na którego grzbiecie siedziała?

**

Twierdza z ciemnego kamienia zwisała nad nimi jak ucieleśniony koszmar. Miała co najmniej siedem wież, wszystkie ostro zakończone i setki małych okienek. W połowie z nich ktoś wybił szyby. Smok strząsnął ją z grzbietu. Poturlała się po ostrej, martwej trawie.
Tu nasze ścieżki się rozchodzą.
- A co? Nie zabijesz mnie od razu? – spytała buńczucznie Sara, choć w głębi duszy czuła paraliżujący lęk.
Ja? Gdybyś wiedziała cokolwiek o Strażnikach, głupia dziewczynko, uświadomiłabyś sobie, że w tym miejscu moja magia na ciebie nie działa. Zagryźć cię? Jestem przecież duchem…
- Ha – burknęła Sara, czując jak część lęku ją opuszcza.
Ale po co miałbym nawet próbować, kontynuował smok. Twój mózg z przyjemnością mnie wyręczy.
Z tymi słowami smoczysko wzbiło się w powietrze, zostawiając ją, samą i bynajmniej nie pocieszoną, na zakurzonej ścieżce wiodącej wprost do twierdzy.
Sara rozejrzała się dookoła, ale prócz monstrualnego tworu budownictwa w zasięgu wzroku widać było tylko step i, w znacznym oddaleniu, coś co można było uznać za górskie szczyty.
Czy to naprawdę moja głowa od środka?, spytała sama siebie Sara. W takim razie muszę być piekielnie nieciekawą osobą. Nic dziwnego, że ojciec woli Sergiusza.
Jakiś dochodzący z daleka rumor, przypominający upadek lawiny lub nadchodzącą burzę sprawił, że ile sił w nogach pobiegła w kierunku twierdzy. Nie opuszczało jej natrętne przeczucie, że ta kamienna budowla była właściwym miejscem. Właściwym do czego - nie miała pojęcia. Może do tego, aby zginąć. Ale jednak właściwym.
Klamka wyrzeźbiona - cóż za ironia - na kształt wywerny mimo potężnych rozmiarów poruszyła się bez najlżejszego zgrzytu i lekko pchnięte, masywne drzwi stanęły otworem.
Za nimi nie było oczekiwanych pajęczyn, wykrzywionych portretów przodków ani spróchniałych schodów. Jedynym, co Sara zobaczyła była obszerna sala w kształcie połówki kuli. I drzwi. Wszędzie, gdzie by nie spojrzeć, można było je dostrzec - na podłodze, ścianach. Niektóre zwykłe, inne komicznie powykrzywiane, tak jakby koniecznie chciały się zmieścić pomiędzy innymi choć nie miały dość miejsca by rozprostować rogi. Do wielu nie byłaby w stanie dosięgnąć - kopuła sali była wysklepiona na wysokość wieżowca. W inne nie byłaby w stanie wcisnąć swojego małego palca. Przeszła kawałek okrążenia, gapiąc się w nabożnym zdumieniu na to coś co wyrosło w jej umyśle i zastanawiała się, czy rozsądne będzie otworzenie któryś z tych drzwi. Spojrzała w kierunku z którego przyszła - nad pustkowiem zdawał się zapadać zmrok, jeśli ta można nazwać zmianę koloru nieba na o odcień ciemniejszą. Ile już tu była? Dzień? Rok? Jeśli chciała wrócić i zastać swoje ciało wciąż żywe chyba musiała działać, prawda? I to działać bez zastanowienia - jak jakiś cholerny Gryfon.
Zanim idea gryfońskości przestała jej się podobać, chwyciła za pierwsze z brzegu rozsądnie wyglądające drzwi i szarpnęła...
Były zamknięte.
Spróbowała jeszcze kilku innych które jako tako zachowały swój kształt i wielkość, pociągnęła też parę razy za drzwi sterczące z podłogi, jednak wszystkie pozostawały zamknięte na głucho. Jak to, pomyślała zirytowana, czyżby nie miała dostępu do swojego własnego mózgu? Czy to miało na myśli smoczysko? Że zginie tu sromotnie, z głodu i z nudy, próbując wydostać się z tej wirtualnej klatki?
Sara puściła wiązankę przekleństw i chwyciła za kolejną klamkę - te drzwi nie wyglądały sympatycznie. Nie wyglądały też normalnie. Były wygięte na kształt litery "s" i jakby zapadnięte w sobie.
I otworzyły się.
Zerknęła do środka, czując jak serce podchodzi jej do gardła. Za drzwiami panowała atramentowoczarna ciemność. Słyszała też cichy, nerwowy oddech - tak, jakby ktoś kto tam był bardzo chciał, by coś czającego się w mroku go nie zauważyło. Gdzieś zabrzmiał delikatny chrzęst igieł...
Kolcotwór!
Z hukiem zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie dysząc ciężko. Wytwór jej dziecięcej fantazji, kto by pomyślał! I tu, ze wszystkich miejsc...
Już ostrożniej spróbowała kolejnych zdeformowanych drzwi, uchylając je tylko odrobinkę...
Miękka kulka uderzyła ją w kostkę i odtoczyła się na bok. Nim Sara zdążyła zorientować się w sytuacji i zatrzasnąć drzwi, jeszcze kilka pierzynowców zdołało przecisnąć się przez szparę. Sareczka pisnęła na ich widok - każda z puszystych kulek była uzbrojona w kilkanaście mikroskopijnych szczęk z bardzo ostrymi ząbkami. Kulki zaczęły toczyć się w jej kierunku...
Z wrzaskiem pognała przed siebie. Drzwi! Drzwi! Gdzie są te cholerne drzwi?
Zdesperowana szarpnęła za klamkę wielkich wrót i, zasadziwszy solidnego kopniaka jednemu z pierzynowców, prześlizgnęła się przez nie. Nie oglądając się za siebie, pobiegła. Zatrzymała się dopiero przy jakimś suchym krzaku.
Ze zdumieniem zobaczyła, że przeklęte zamczysko niespodziewanie znacznie się oddaliło. Była u podnóży nagich górskich szczytów oprószonych śniegiem, które widziała na horyzoncie.
Ten sam dźwięk, przypominający nadchodzącą burzę, pełzł w jej stronę z szybkością, która ją przerażała. Po przeciwnej stronie horyzontu niż ta, którą zajmowały rozłożyste górskie pasma niebo z brudnoszarego zmieniało powoli kolor na czarny, fioletowy i złoty, zmiana początkowo widoczna na rąbku nie szerszym niż brzeg kartonu, zaledwie kilka oddechów później już na grubość palca... Na ziemię padł cień, kurz wzbijał się z suchej, jałowej gleby, unosząc się brunatno-purpurowymi wirami w stronę nieba...
To nie kurz, pomyślała Sareczka.
To ogień.

**

Uciekała przez tę zdającą się nie mieć kresu ziemię niczyją, goniona przez ogień, dym i to straszne, jeżące włoki na karku poczucie niebezpieczeństwa. Buty rytmicznie uderzały w ziemię, która z twardego gruntu poprzetykanego kolczystymi kępkami chwastów zmieniła się wkrótce w wulkaniczne podłoże, pełne zdradzieckich nierówności i dziur na które cały czas musiała uważać.
Wciąż nie była w stanie uwierzyć, że to coś, w czym tak spektakularnie pobłądziła było jej własnym, prywatnym Ego. Nie tak sobie to wyobrażała. Gdzie kryły się wszystkie jej uczucia, jej wspomnienia, książki które przeczytała... Nie, tego może nie chciałaby wiedzieć. Ale w jakim zakamarku, jakim zacienionym, zakurzonym kątku podziało się, na Merlina, to wszystko?
Miała wrażenie, że zdąża lekko pod górę. A może to cały świat zmienił nagle nachylenie? Niepozorne drzewopodobne twory zasiedlające z rzadka krajobraz zaczęły rosnąć coraz gęściej i wyżej.
Po dłuższej chwili nalazła się w lesie i to tyle, co można o nim było powiedzieć. Bardziej nielesistego lasu nie widziała jeszcze nigdy. Drzewa istniały, choć chyba nie bardzo miały na to ochotę. Zachowywały więc pozory swej drzewistości tylko o tyle, że z daleka można by to uznać za las. Jasne, czasami usiłowały wypuścić jakąś wyraźniejszą gałązkę albo dorzucić do obrazu artystycznej beznadziei kilka szyszek, ale w ogólnym zarysie były kłębowiskiem zieleni które zapuszczało w glebę proste, brązowe patyki. Nie szumiało toto ani nie kiwało się przekonująco na wietrze.
Sareczce skojarzyły się z jej własnym, dość wątpliwym, artystycznym talentem.
Czyżby nareszcie terra cognita? - pomyślała.
Drobne kępki zieleni i niesklasyfikowane czerwone kółeczka pokrywały coś, co początku wydało się jej powalonym pniem leśnego olbrzyma, pachnącym wdzierającymi się w jego strukturę mchem i pleśnią. Był gigantyczny, tak szeroki jak trzy jej wysokości. Pod przygniatającą go roślinnością dojrzała strzępki czarnej kory. Skąd się tu znalazł? W tym kiczowatym niby-lesie był całkowicie nie na miejscu, jak kreatura z innego świata...
Zaraz, kreatura?
Podbiegła do tego, co początkowo wzięła za spróchniały pień i schwyciła pełną garść czerni... Włosy! To drzewo miało włosy! Nie, nie drzewo, skarciła się w myślach. Drżąc z napięcia i oczekiwania okrążyła porośniętą roślinnością sylwetkę.
Rany, ale on jest ogromny!- pomyślała.
Tata? - dorzuciła po chwili do swych spostrzeżeń, jakaś jej część szczęśliwa ponad wszelką miarę, inna zaniepokojona.
Tata! To naprawdę on! Zaraz mnie stąd wyciągnie! - pomyślała część szczęśliwa.
Tata? Ale co on tu robi? Co on tu robi w TYCH rozmiarach? - pomyślała część zaniepokojona.
Część szczęśliwa powiedziała zaniepokojonej, żeby zamilkła, schowała sie w kącie a najlepiej to poszła utopić się w kałamarzu. Twarz gigantycznego mężczyzny była spokojna i rozluźniona, jakby właśnie drzemał po długim i satysfakcjonującym dniu pracy. Bruzdy na jego twarzy wypełniał ten sam pył wulkaniczny, który zabarwił na czarno jego skórę i wargi. Po leciutkich ruchach tułowia można było wywnioskować, że oddychał.
Zawołała go. Najpierw cicho, potem głośniej. Szarpnęła go za szatę. Szturchnęła. Uszczypnęła w policzek. Kopnęła w nos. W końcu, zrozpaczona ale i zdeterminowana wdrapała się na niego z trudem i zaczęła mu skakać po głowie.
Wszystko bez efektu. Mężczyzna nawet nie drgnął. Spał, cichy, spokojny i nieruchomy niczym kamienny rycerz. Może nie czekał na nią. Szum, gromy i trzaski nadciągającej burzy wypełniły jej uszy. Nawet nie poczuła, gdy ześlizgnęła się po włosach olbrzyma na trawę i usiadła, opierając głowę o jego policzek.
- Tato... Cholera, co to jest? Masz natychmiast wstać i mnie stąd zabrać, rozumiesz? Rozumiesz?!
Nie rozumiał. Oczywiście, jak miał zrozumieć? Nagle wszystko wydało jej się takie beznadziejne. Była jedna, była sama i nie wiedziała co robić!
Rozpłakała się.
Nie wiedziała ile czasu tak siedziała, kiedy nagle poczuła, że coś za nią drgnęło. Zerwała się na równe nogi i odwróciła błyskawicznie.
Jedyne widoczne spod kurtyny włosów czarne oko mierzyło ją badawczym spojrzeniem.
- To ty?... - szepnęła Sara.
Kłęby dymu otoczyły leżącą sylwetkę. Kłęby dymu za którymi szybko podążały purpurowy ogień i wyżerające wszystko do nagiej ziemi zniszczenie. Sara uniosła wzrok i zamarła, przerażona, obserwując z bliska dziwne widowisko.
Las płonął.
Płomienie pożerały plakatową zieleń, bez odgłosu, bez zapachu... Dziwny rześki chłód unosił się w powietrzu. Burza była tuż tuż, huczała wysoko na niebie i tworzyła leje z chmur i okręgi z błyskawic. A może to też były płomienie?
Coś ugryzło ją w kostkę. Odruchowo spróbowała to kopnąć, ale stworzenie było szybsze. Ruda kita mignęła Sarze w otworze nieprzeciętnie dużej dziupli.
Ugryzienie przywołało ją do rzeczywistości.
- UCIEKAJ! - wrzasnęła w kierunku leżącej sylwetki. Sama odwróciła się na pięcie i pognała... Ale gdzie? Z dziupli wyjrzał łepek wiewiórki. Gryzonie zawsze uciekają pierwsze, pomyślała ironicznie i zanurkowała do środka.
Za jej plecami, czarne oko zamrugało.
Wewnątrz dziupli wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu Sara zobaczyła długi, wysypany żwirem korytarz, którego drugi koniec znikał w mroku. Nie zrobiła jeszcze kroku, kiedy przypomniała sobie o ojcu.
- Tato?
Na zewnątrz, sylwetka leżącego olbrzyma zmieniła się w wielką, purpurową pochodnię. Tak samo jak zieleń drzew, szaty, włosy, ciało i pokrywająca je roślinność topniały powoli w czerwonym huraganie. Bezszelestnie, nieuchronnie.
Ludzki szkielet wyszczerzył się do niej, by po chwili rozsypać się w pył.
W przerażonych oczach nastolatki chmury i ogień zaczęły się wyginać, wydłużać, skręcać... Nieskończone rzędy drzewopodobnych maszkar, z których każda miała dziesiątki rąk i jeden gigantyczny otwór gębowy, sunęły do przodu, łapiąc i wpychając do paszczy wszystko, co napotkały po drodze. A to, co znikało w ich wnętrznościach natychmiast płonęło. Część z nich ucztowała na resztkach tego, co jeszcze niedawno było... Było...
Sara wrzasnęła tak, jak jeszcze nigdy nie krzyczała w życiu.
Na oślep pobiegła korytarzem, byle dalej, byle dalej od tych okropieństw... Po długiej chwili jej dłoń natrafiła na chropowatą powierzchnię, do której ktoś przytwierdził metalową klamkę... Pchnęła drzwi i zatoczyła się na kamienną posadzkę. Za sobą usłyszała pojedynczy huk.

**

To znowu było TO zamczysko.
Sara z rosnącą nienawiścią spojrzała na rzędy, zygzaki i spirale drzwi zdobiących ściany. Na szczęście pierzynowce zdążyły się już wyturlać, ostatni który tego nie zdążył zrobić był już tylko fioletową, rozdyźganą Zemstą Sary Snape na posadzce.
Naprawdę, zaczynała się zastanawiać czy nie lepiej by było gdyby i ją to cos pożarło. Nie nadawała się do takich zabaw. Ten biedny Olbrzym Który W Żadnym Wypadku Nie Mógł Być Jej Tatą (w końcu jej tata wykończyłby to całe towarzystwo jedną Avadą, prawda? Prawda!?) nie zasłużył na taki los. Ona też nie.
Była totalnie, zupełnie, rozpaczliwie sama.
Paskudne rzeczy panoszyły się na zewnątrz.
I nie chciała wiedzieć co jest za tymi wszystkimi wywrotowymi drzwiami.
Chciała beczeć.
Chciała...
Ale, na świeże jaja Merlina, musiała ruszyć tyłek!
Chwyciła za pierwsze z brzegu drzwi i szarpnęła. Nie oczekiwała niczego miłego. Po prostu wiedziała, że musi się jakoś stąd wydostać a to wyglądało na jej najlepszą szansę.
Nic nie wylazło, wypełzło ani nie wynicowało się do komnaty. Sara westchnęła z ulgą i opuściła trzymany w dłoni but. Ostrożnie, na wszelki wypadek gdyby coś strzelało rozdymającymi kolcami zagłady lub wydzielało mordercze zapachy podsunęła się do otworu i wychyliła na tyle by dojrzeć co jest w środku.
Zagajnik. I nic więcej.
Weszła tam.
Drzwi zamknęły się za nią z hukiem. Przeklęła własną głupotę.

**

W środku zagajnika stał domek z czerwonej cegły, z ogródkiem i drzewami owocowymi. Do domku prowadziła wyłożona okrąglakami ścieżka. Okna domku były jasno rozświetlone, z drzwi zwisał wieniec bożonarodzeniowy. Trzeba było minąć maleńki drewniany płoteczek i...
Sara kopniakiem wyważyła płoteczek.
- Dobra, maszkary. Czekam na was! – ogłosiła światu.
Żaden maszkar nie wychylił pyska. Bardzo podejrzliwa dziewczynka podkradła się na paluszkach do jednego z okien.
Jadalnia. Choinka. Przy świątecznie zastawionym stole siedziały trzy osoby. Jej rodzina.
- Znalazłem go tuż za progiem, w tych chwastach rosnących pod ścianą. Był taki chudy i wybiedzony... Serio, nie mogłem go tak zostawić! - powiedział Sergiuszek.
- I dlatego pozwoliłeś mu zjeść moje konwalie? - żachnęła się Hermiona.
Sara zagapiła się na surrealistyczną scenkę. To była prawda czy wymysł? Wiedziona ciekawością, zadzwoniła do drzwi. Zabrzmiał melodią "Hogwart, Hogwart!". Czekała przez chwilę, lecz nikt jej nie otwierał. Nacisnęła klamkę i drzwi otworzyły się bezszelestnie. Sara prześlizgnęła się przez mroczną sień i stanęła na progu salonu.
- Tato? Mamo? Wróciłam!
Trzy osoby bardzo powoli zwróciły się w jej stronę. Na ich twarzach, zamiast oczekiwanej radości, Sareczka ujrzała zdumienie i niechęć.
- A co to za jedna? - zapytał Sergiuszek. - Wygląda gorzej niż mój zwierzak.
- Też chciałbym to wiedzieć. - Severus uniósł brew. - No, moja panno? Wytłumacz się jeśli nie chcesz trafić do aresztu!
- Biedactwo - rzekła Hermiona z litością. - Spójrzcie na jej ubranie. Na pewno umiera z głodu. Może znajdzie się dla niej kawałek chleba w lodówce...
- Nie będę dokarmiał włóczęgów - sarknął Severus. - Czy ja wyglądam na instytucję dobroczynną? Czerwony krzyż nie w tę stronę, pannico!
Wzrok Sary przykuły dwa szczegóły. Na ścianie wisiała rodzinna fotografia. Widniały na niej trzy osoby. Zaś na stole stały trzy przykrycia. Czy to jakiś żart?
- Drogie dziecko. - Hermiona wstała od stołu i zbliżyła się do niej. Ciepła ręka jej mamy dotknęła jej czoła. - Czy dobrze się czujesz? Gdzie są twoi rodzice?
- Wy jesteście moimi rodzicami! - krzyknęła zdesperowana dziewczynka. Strach chwycił ją za gardło. Sen czy okrutna rzeczywistość? Dotyk Hermiony był taki realny... - Jestem Sara Snape! Sara Snape! Wasza córka! Nie poznajecie mnie?
Reszta słów zamieniła się w szloch.
- Dziecko, wyjdź stąd! - warknął Severus, podrywając się z krzesła. Jego wysoka sylwetka przypomniała Sarze o kryjącej się za nią brutalnej sile. Dziewczynka kwiknęła, przerażona, i cofnęła się pośpiesznie. - Nie znoszę impertynencji!
Nie chciała słyszeć więcej. Obróciła się na pięcie i wybiegła z domu, trzaskając za sobą drzwiami. Dlaczego?... Dlaczego jej nie pamiętali? Dlaczego zostawili ją samą?
Zatrzymała się na granicy lasu, dysząc ciężko i płacząc jednocześnie. Małe piąstki uderzyły w najbliższy konar. Nie! Nie!
Głuchy, groźny warkot sprawił, że zamarła.
Z pomiędzy drzew wychylały się wilcze łby. Dziesiątki łbów. Ich pozbawione źrenic, białe oczy wpatrywały się w Sarę. Z rozwartych pysków ciekła ślina. Wiedziała, że nie zdąży uciec.
Coś szarpnęło brzeg jej szaty. Spojrzała w dół. Niuchacz przyjaźnie poruszył wąsami. Tuż za nim, w rozgrzebanej ziemi wokół konara sosny widniała sporej wielkości dziura.
Nie było czasu, by zastanawiać się, dokąd prowadzi.
Sara skoczyła.

**

Niewielkie światełko na kasku zwierzątka było jedyną rzeczą jaka pozwoliła Sarze orientować się w dusznej ciemności. Maleńkie stworzonko pomykało wdzięcznie do przodu, nie czekając na gramoląca się za nim z wysiłkiem dziewczynkę. Sara miała wrażenie, że znajduje się w wąskim świetle rury odpływowej i cały czas męczyło ja okropne przeczucie, że za chwilę z przodu lub z tyłu runą na nią hektolitry wody, zabierając tę niewielką ilość tlenu, która jeszcze jakimś cudem zdołała się zmieścić w tunelu.
Jednak jedynym co ją otaczało był brud, zatęchła wilgoć i wystające do światła tunelu niewidoczne korzenie pradawnych drzew, które choć skrócone ząbkami dziesiątków stworzonek, nadal co pewien czas uderzały ja w czoło albo drapały boleśnie po plecach.
Czasami czuła cieplejszy podmuch lub czyjeś szorstkie futerko ocierało jej się o dłoń- to kolonia niuchaczy błądziła za swoimi sprawami. Chwiejne światełko pojawiło się lub znikało, zostawiając Sarę w paraliżującej ciemności. W takich chwilach raczkowała lub próbowała pełznąć szybciej, bez względu na to jak bardzo bolały ją poobdzierane do krwi dłonie i kolana. Pojawiało się zwykle znowu za jakimś zakrętem albo w którejś z odnóg rozwidlenia.
Rozwidleń, zakrętów, spadków i wzniesień nie sposób było zliczyć. Sara była boleśnie świadoma, że pozbawiona swego przewodnika, zaginęłaby tu z kretesem. Podziemne miasto niuchaczy o niewyobrażalnych wymiarach rozciągało się za nią, przed nią, nad nią i pod nią, zaś korytarze wiodące pozornie do celu kończyły się ślepo.
Światełko ponownie zdematerializowało się i Sara jęknęła.
- Czekaj! - krzyknęła. - Gdzie lecisz! Nie mogę tak szybko!
Czyjś zirytowany skrzek poinformował Sarę, że jej krzyki nie są tu mile widziane. Z bijącym mocno sercem ruszyła do przodu tak szybko jak była w stanie, mijając kolejne kilkanaście metrów korytarza. Sapiąc jak miech zatrzymała się, by odzyskać choć odrobinę tchu. Światełko nie pojawiło się ponownie. Co, na Merlina?, pomyślała przerażona i jednocześnie oburzona Sara. Jak ten futrzak mógł ją tak zostawić?
- Gdzie ty jesteś? - wrzasnęła, od nowa rozpoczynając szaleńczy bieg na czworakach. - Czekaj! Czekaj, mówię! Nie zostawiaj mnie tutaj! Pokaż się! Po...
Grunt pod nią skończył się. Przez ułamek sekundy chwiała się na granicy przepaści... Nie zdążyła nawet wydać z siebie żadnego dźwięku. Jej przednia część runęła w dół a za nią reszta Sary... Usłyszała świst w uszach i swój własny pisk gdy potworna ślizgawka zabierała ją w dół i w dół... Poczuła chłód pod poranionymi palcami, czyżby lód? Ślizgawka zaczęła zmieniać kąt nachylenia...
Sara nie była pewna czy ta szaleńcza podróż trwała rok czy chwilę. Stan jej zmaltretowanego ciała mógłby wskazywać na to pierwsze. Gdy wreszcie ześlizgnęła się na zamarzniętą taflę jeziora, jej serce zabiło szybciej. Była pewna, ze poznawała te lodowe groty.
Oczywiście, że poznaje, pomyślała. Przecież była tu już raz ze swoim Strażnikiem.

**

W śnie te ściany, pulsujące światłem, przechowywały zagubione wspomnienia. Teraz były po prostu rzeźbionym lodem, gładkim i chłodnym. Ale Sara nie wierzyła, że to ich rzeczywisty kształt. W nic już nie wierzyła w tym szalonym świecie jej własnego umysłu.
Rodzice jej nie poznawali. A może wcale nie chcieli znać. Może ją nienawidzili.
Własny mózg ją nienawidził.
Czując gorzkie łzy napływające jej do oczu, zacisnęła mocno powieki. Pieprzone łzy. Nic jej już nie pomogą.
Posuwała się dalej, zagubiona dziewczynka po drugiej stronie lustra.
Pierwszym co poczuł jej nos był nieomylny gadzi odór. Pierwszym co usłyszały jej uszy było sapanie zdychającego stworzenia.
Coś w kształcie wielkiej jaszczurki, a może krokodyla, odcinało się na tle nieskazitelnej bieli korytarza. Nie wyglądało groźnie. Raczej żałośnie. Szara, pomarszczona skóra zwisała luźno na wychudłym ciele gada. Mimo tego, Sareczka zbliżała się powoli, w każdej chwili gotowa uskoczyć. Miała już serdecznie dość przykrych niespodzianek.
Nagle, stwór otworzył oczy. Znała je. Ciemne oczy błyszczące mądrością wielu pokoleń...
Sara, wysapał. Wielkie cielsko drgnęło. Przepraszam...
Sara zachwiała się, gdy tysiąc tłumionych uczuć uderzyło w nią jak obuchem. Poczuła, jak resztki jej opanowania ulatniają się w zawrotnym tempie. Z głośnym szlochem rzuciła się na szyję ledwo żywego jaszczura, tuląc twarz w miękkie fałdy skóry.
- Strażniku, to ty? To ty, prawda? Merlinie, bałam się, że ten potwór cię zabił! Myślałam że jestem tu sama, całkiem sama, cholera... - Zaszlochała. - Tata... Sergiusz... Ja nie wiem, nie rozumiem czemu oni się tak zachowują! Strażniku, Strażniku kochany! Możesz mnie stąd wypuścić, prawda?
Sara. Stwór westchnął smętnie. Jedyną osobą która cię może wypuścić, jesteś ty sama.
- A-ale... - wybąkała Sara.
Żadnych 'ale', Saro Snape! Musisz unicestwić tego intruza. Wtedy twój umysł wypuści cię sam, zaręczam ci. Myślisz że mu tak wygodnie, gdy wchodzisz tam gdzie cię nie proszą i robisz zamieszanie w podświadomości?
- Chyba oszalałeś! On ma dwadzieścia metrów długości, zęby i pazury! To smok!
Ty go wpuściłaś, dziewczyno. Powinnaś więc sobie z nim poradzić.
- Ja go wpuściłam?
A myślisz że kto? Ja? Strażnicy nie mają w zwyczaju zapraszać się nawzajem na herbatkę w czyimś mózgu. Pamiętasz, gdy spojrzałaś w to piekielne urządzenie? On tam był i tylko czekał na okazję. Muszę powiedzieć, że nie za przyjemnego podrzuciłaś mi adwersarza. Gdybym był w pełni sił, z łatwością bym go unieszkodliwił. Ale osłabiali nas już od dawna... Więc on unieszkodliwił mnie. Przepraszam.
Strażnik posmutniał na nowo.
Powinienem był ci powiedzieć więcej, gdy miałem szansę.
- Powinieneś był - odrzekła bez litości Sara.
Teraz oboje ponosimy tego konsekwencje... Przepraszam. Widzisz, nigdy za bardzo cię nie lubiłem.
- Następny - burknęła Sara. - Lepiej weź numerek i ustaw się w kolejce.
Gad zaśmiał się krótko, szczekliwie.
Dziewczyno, jesteś już za duża żeby tak się dać oślepić projekcjom swej podświadomości, wiesz? Szczególnie takiej, która zmieszała się ze świadomością stworzenia, które chce cię zniszczyć. Tak, moja droga. Twój umysł i jego poplątały się, a twoja dusza zwisa w samym środku tego bajzlu. Jedynym sposobem na przywrócenie równowagi jest anihilacja. Jego albo twoja. On, oczywiście, wolałby to drugie. Wtedy mógłby zawładnąć ciałem... Z tego co o nim wiem, spodobałoby mu się to.
- Bosko. I jak mam mu w tym niby przeszkodzić? Kopiąc pod nim dołki? Podrzucając zatrutą owcę? Do tego jest potrzebny co najmniej jakiś Excalibur!
Excaliburów chwilowo zabrakło. Ale dam ci coś dalece bardziej skutecznego. Jego imię.
- Co? I to ma niby pomóc? Mam napisać sprayem na ścianie "Iks to szlama i miłośnik Mugoli. Avada Kedavra!"?
Imię może zabić smoka. Oczywiście, użyte wraz z odpowiednią ilością czynnika zewnętrznego.
- Czynnika zewnętrznego?
Jesteś Ślizgonką, prawda?
- Nie wiem w co ty ze mną pogrywasz, ty sadystyczna góro łusek. Dobra, to jak ten pomiot piekielny ma na imię?
Krótkopysk.
- Co? - zdumiała się Sara. - Ta gadzina która zapoczątkowała waszą rewolucję to on?
Nie było żadnej rewolucji, sarknął Strażnik. To bunt, nic więcej. Uwierzyłaś w te jego bajki? Wszystkim naokoło je opowiada. Chyba chce w ten sposób usprawiedliwić swe niecne czyny. Pierwszy Smok, Saro Snape, narodził się wraz z pierwszym czarodziejem. Rada pozbierała strzępki magii luźno rozrzucone w całym wszechświecie i stworzyła nas, by uratować wasz gatunek. Nie było żadnych wcześniejszych tysiącleci chwalebnej historii. Nikt nas do niczego nie zmuszał. Jesteśmy antropomorfizowaną barierą antymagiczną. Oczywiście, odszczepieńcy bardzo by chcieli być czymś więcej... Nie bardzo im to wychodzi.Zaśmiał się znowu. Jeden czarodziej o silnym umyśle mógłby bez trudu anihilować całą tę żałosną bandę.
- Skoro są tacy słabi, to jak udało im się opanować Hogwart?
Nie są słabi, mają sporo własnych mocy. Potrzebują jedynie punktu zaczepienia. Czegoś, co ofiarowali im wasi prywatni, ludzcy odszczepieńcy.
- To jak mam go... Strażniku?
Wielkie cielsko zadrżało. Oczy smoka zamgliły się, tak, jakby spoglądał wgłąb własnej głowy.
On się zbliża, szepnął. Uciekaj w prawo, ten korytarz zaprowadzi cię na zewnątrz... Na Wielkiego Ducha, Saro Snape! Nie patrz na mnie z takim wyrzutem! To jest twój mózg, prawda? Nie uciekaj przed nim! Użyj go!

**

Wściekły ryk sprawił, że ściany zadudniły przerażającym echem. Kawałki lodu posypały się z sufitu. Można było odnieść wrażenie, że we wnętrzu góry ktoś zgasił światło.
Jego imię! Jak śmiał je zdradzić!
Cały ogrom wściekłości przelał w jedno potężne uderzenie ogona. Strażnik padł z pogruchotaną czaszką.
Gdzieś, w ogromnym wszechświecie umysłu Sary, misterna siatka zaczęła się kruszyć i rozpadać. Tworzyły się dziury. Jej całkowite zniknięcie było tylko kwestią czasu...
Smok węszył. Musiała być blisko. Znajdzie dziewczynkę.

**

Sara też usłyszała ten ryk. Przebierała nogami tak szybko jak mogła, lecz piekielny korytarz zdawał się nie mieć końca.
Wreszcie ujrzała przebłysk szarego nieba... Tyle, że za przezroczystą taflą lodowej ściany. Naparła na nią całym ciałem lecz ściana ani drgnęła.
Była uwięziona.
Pełznący cień przyciągnął jej uwagę do wielkiego, czarnego smoka przelatującego po drugiej stronie tafli. Dostrzegł ją. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że smocza paszcza wykrzywia się w pogardliwym uśmiechu...
Ściana pękła. Sara w ostatniej chwili przypadła do ziemi. Miliony lodowych okruchów posypały się na nią, okrywając ją jak płaszczem. Zwinęła się w kłębek. Wokół słyszała stęknięcia i trzaski konającego lodu.
Musiała coś bardzo szybko wymyślić.
Dwa poplątane umysły... Ale gdzie była dokładnie jej cząstka? Co mogłoby jej uratować życie? Co należało tylko do niej?
Rodzina.
- Pomocy! Mamo! Tato! Pomocy! - wrzasnęła ile sił w płucach.
Poczuła dziwny ucisk między oczami. Potem zerwała się wichura. Zakręciła czarnym smokiem i odrzuciła go daleko, aż stał się tylko czarnym punkcikiem na nieboskłonie.
Coś zadudniło. I jeszcze raz. Rytmicznie. Cień padł na dolinę rozciągającą się u stóp lodowca.
O Merlinie, pomyślała Sara. To był jej pomysł? No, chyba tym razem to przesadziła. Za dużo filmów o Godzilli. Ale, ostatecznie, był tym, kogo oczekiwała. Nawet jeśli troszkę za bardzo urósł.
Zerwała się na równe nogi i zamachała rękami.
- Tato! Tato! Słyszysz mnie? Taaaatoooooo!
Zmarszczył brwi i przystanął. Jego wzrok omiótł dolinę i lodowiec, ale nie zatrzymał się na mikroskopijnej postaci córki. Olbrzym wzruszył ramionami i kontynuował wędrówkę.
Czarny smok zawrócił i zbliżał się coraz bardziej.
- Tato! Tato! NIE! Czekaj! Tato! - Głos Sareczki niemal ochrypł od wrzasku. - Potrzebuję cię, tato!
- Sara?
Patrzył wprost na nią. Jego głos był podobny do gromu. Gdy pochylił się nad nią, mogła policzyć wszystkie pory w jego skórze. Uśmiechnęła się.
- Tato.
- Co się stało?
- Po niebie lata smok, który chce mnie zabić.
Skinął głową i wyprostował się na całą, kilkudziesięciometrową, wysokość. Smok na jego widok stchórzył widocznie, gdyż pośpiesznie zaczął się oddalać. Olbrzym pognał za nim.
Wrócił pół minuty później. Trzymał za ogon skrzydlate zwierzę. Wyglądało na oszołomione.
- Nieznośne stworzenie - skomentował Snape tym swoim charakterystycznym, nosowym głosem, którego używał zawsze, gdy chciał wyrazić dezaprobatę. - Musiałem nim trzepnąć parę razy o skały, by przestał przeklinać. Ile razy mam ci powtarzać, Saro Snape, żebyś nie zadawała się z byle kim?
- Aż do skutku - odparła bezczelnie dziewczynka.
- Co mam z nim zrobić?
- Hm. Normalnie nie popieram okrucieństwa wobec zwierząt, ale w tym wypadku... Czas na twoją anihilację, Krótkopysku!
Nie możecie!, wrzasnął Strażnik. Nie...
Uśmiechnęła się słodko.
Jakby tylko na to czekał, Severus wyciągnął z rękawa szaty różdżkę rozmiarów średniej sosny.
- Incendio!
Sara przyglądała się przez chwilę jak złośliwy duch zmienia się w pył.
- Oj możemy, możemy - rzekła wreszcie. - To w końcu mój mózg.

**

Otworzyła oczy.
W pomieszczeniu panował mrok. Nad nią pochylał się chłopak o wyjątkowo dorodnym nosie. Wyglądał na zmartwionego. Zastanawiała się przez chwilę, czy skądś go zna.
- Sara, żyjesz? - wrzasnął wprost w jej ucho. - Dzięki Merlinie! Już myślałem, że coś ci się stało! Wszystko w porządku? Sara? Odpowiedz mi!
Jest nieznośny, pomyślała. Podniosła się powoli do pozycji siedzącej. Głowa bolała ją jakby przejechał po niej traktor.
- Jasne - burknęła. Rozejrzała się po twarzach. Ta piegowata... Irma? Slytherin. Reszty nie mogła jakoś skojarzyć. Ale oni ją znali. Dziwne. - Gdzie jesteśmy?
- Długa historia, siostrzyczko. - Chłopak westchnął i usiadł po turecku. - Chcesz posłuchać?
- Nie krępuj się.
Miała nadzieję, że jej twarz nie wyrażała niedowierzania, które czuła w tym momencie. Po co ich niepokoić.
Ale... Siostrzyczka?

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 26.09.08, 08:08

Rozdział szesnasty


Viver


Zwierciadła wyściełały ściany, sufit i podłogę. Lustrzane przejścia prowadziły wciąż dalej, wgłąb szaleńczej plątaniny. Dwoje podróżników wbiegło do kolejnego pomieszczenia, identycznego jak pozostałe i, nie rozglądając się nawet, skręciło w prawo w jeden z korytarzy.
- To nie ma najmniejszego sensu! – wysapał Sergiuszek, zatrzymując się w końcu, by odzyskać oddech. Jego czarne oczy błądziły przez chwilę po monotonnym krajobrazie, przeskakując od zwierciadła do zwierciadła, by wreszcie zatrzymać się na złotowłosej dziewczynce. – Stąd nie ma wyjścia! Zamknęli nas w piekielnym labiryncie!
- Ja myślę… Ja myślę, że wiem gdzie jesteśmy… - wyszeptała Lily. – Nie dotykaj!
Za późno. Znużony chłopiec oparł się o jedno z niezliczonych luster. Odskoczył jak oparzony, gdy czarny kryształ świecący słabo pod powierzchnią zwierciadła rozbłysł jaśniej. Odbicie Snape’a znikło, zastąpione przez scenę rozgrywającą się w mrocznym wnętrzu jakiegoś baru…
Pięciu czarodziejów wzniosło toast. Rozległy się śmiechy.
- Naprawdę? – Sergiuszek uniósł brew. – To dlaczego nic nie mówisz?
- Bo…
Nagle usłyszeli sapanie, jakby coś z potężną nadwagą biegło w ich stronę. Sapanie zakończyło się gniewnym pomrukiem. Tubalny głos zadudnił w pomieszczeniu.
- Tu Archiwum. Podajcie swoje imiona i cel wędrówki.
Sergiuszek już miał odpowiedzieć. Ale Lily przycisnęła palec do ust, nakazując mu milczenie.
- Viver i Langusta – odpowiedziała grzecznie. – Jesteśmy nowi… Trochę się zgubiliśmy.
- Wszyscy tak mówią! – sarknął głos. – To znajdźcie stronę pierwszą, tłumoki! A po wyjściu radzę się zgłosić do Mefistofelesa. Może was nie rzuci na pożarcie ptaszkom.
- A gdzie jest strona pierwsza? – spytała Lily. Ale sapanie już się oddalało, tak jakby jego właściciel powrócił do przyjemniejszych zajęć.
- Viver i Langusta?
Lily zarumieniła się.
- Musiałam szybko wymyślić jakieś dwa imiona, które brzmiałyby strażnikowo – usprawiedliwiła się. – Nie chciałam, żeby wiedzieli, że jesteśmy ludźmi. To są chyba ci źli Strażnicy.
- Viver? – drążył Sergiuszek.
- No co? – Lily teraz zrobiła się naprawdę różowa. – Pomyślałam o twoim gryfońskim imieniu. Zębata Wywerna.
- Merlinie – Sergiuszek zasłonił ręką oczy. – To mnie prześladuje… Znajdźcie mi jakiś papierowy worek, błagam.
- Strażnicy nie noszą papierowych worków… Sergiusz?
Sergiuszek oparł czoło o pierwsze z brzegu lustro.
Dwa blade, podłużne kształty tarzały się po podłodze.
- Kochanie… Kochanie…
- Aaaaaaaa!

- Święta Indygo Patronko Przeklętych! – jęknął Sergiuszek. Okręcił się na pięcie i zasłonił scenkę rodzajową przed niewinnymi oczami Potter. No pięknie. Znajdował się sam na sam w gabinecie luster z córką Luny Lovegood, a na kanale ogólnodostępnym leciało porno. – Szukaj rozdziału pierwszego, no już!
- Ale gdzie? – spytała Lily.
- Na początku?
- Do tyłu, cofnijcie się, zakute łby! – sarknął ni z tego ni z owego bezcielesny głos. – Jesteście przy piątym tysiącu!
Dwaj podróżnicy spojrzeli po sobie i pobiegli korytarzem z którego przyszli. Szybko jednak zgubili drogę. Ich buty stukały rytmicznie o szklaną posadzkę, gdy przemieszczali się z jednego pomieszczenia do drugiego.
- Myślę, że to w prawo! Nie, Potter, nie to prawo, to bardziej prawo!
Dziecko płakało, patrząc na połamaną miotełkę.
- Viver, zaczekaj na mnie!
- Nie nazywaj mnie tak!
- Chyba tędy…
Młody mężczyzna kłócił się z kobietą… Fruwały przekleństwa…
- Widzisz, tutaj oni robią się coraz starsi! Musimy biec w przeciwnym kierunku!
Dziewczynka śmiała się, ganiając po mieszkaniu za bratem…
- Co? – Sergiuszek wpatrywał się jak zaczarowany w zwierciadło. Lily położyła mu dłoń na ramieniu.
- Chodź, Viver. Chodź stąd.
- Ale... – Sergiusz ponownie dotknął zwierciadła, jakby chciał się upewnić że to, co widzi jest prawdą – Ale to przecież ja i Sara! Skąd to się tu…
Złowróżbny brzęk przerwał jego dywagacje. Coś za nimi trzeszczało... Jakby materiał napinany do granic możliwości…
- Uciekaj! – ryknął Sergiusz i pognał korytarzem jakby goniły go ogary piekielne. Lily rzuciła się za nim, wydając z siebie przerażony pisk.
Pękały lustra. Kryształowe odłamki pryskały na wszystkie strony, zalewając podłogę świetlistym deszczem.
- Co zrobiliście, kretyni? – ryknął bezcielesny głos.
- Właśnie, co zrobiłeś? – krzyknęła Lily.
W pełnym pędzie wzięli kolejny zakręt, uciekając przed bolesnym prysznicem. Za sobą zostawiali szlak potłuczonego szkła i nagich skalnych ścian.
- Nie wiem! – wrzasnął Sergiuszek. – Powiedziałem tylko jej imię! Imię mojej siostry!
Dźwięk się oddalał, tak, jakby siła niszcząca zdecydowała, że na dzisiaj ma dosyć. Dobiegli do kolejnego pomieszczenia i zatrzymali się, bez tchu w piersiach. Przed sobą zobaczyli lustro, które nie przypominało innych. Było czarne.
- Myślisz że to ta pierwsza strona? – wydyszał Sergiusz. – Bo jeśli nie to, na Merlina, wybiję je i sprawdzę co jest w środku!
Dopadł do lustra i naparł na nie całym ciężarem ciała. Miał wrażenie że lekko ugięło się pod jego dotykiem.
Czyżby słyszał czyjś szept? Przyłożył ucho do gładkiej powierzchni.
Nie jesteś Smokiem… Nie przepuszczę cię… Nie jesteś Smokiem…
- Do ciężkiej cholery – syknął Sergiuszek, uderzając w zwierciadło pięścią. – Może chcesz się przekonać, ile szkody może ci wyrządzić nie-smok? Wypuszczaj nas!
Nie jesteś Smokiem…
- Rozbić cię, lustereczko? Porysować?
Nie jesteś Smokiem… Choć impertynencji ci nie brakuje…
- Słuchaj, nie mam na to czasu, rozumiesz? Muszę ratować świat przed Strażnikami! Którzy okazali się być potworami, choć teoretycznie powinni nam pomagać! I czy już wspomniałem o szalonym Ministrze Magii, który chce nas wszystkich pozabijać? To dość zmartwień jak na jeden wieczór!
Lustro milczało przez chwilę.
Ludzie, pełno ludzi w świętych korytarzach…
- Mogę ich wykurzyć – zaproponował Sergiusz, czując, że wreszcie zmierza we właściwym kierunku. Ewentualnie w jakimś kierunku. – Ale nie zrobię tego, jeśli mnie nie wypuścisz.
Nie jesteś Smokiem…
- Na parchy i smoczą grypę!...
Ale może cię przepuszczę… Wystarczy jedno wspomnienie…
- Że co? Mam ci dać własne wspomnienie?
„Wyrywają ci kawałek umysłu i zostawiają, patrząc jak reszta ciebie sypie się w oczach.”
- Niedoczekanie! – sarknął Sergiusz. Lily podeszła i też przyłożyła ucho do lustra.
Jedno wspomnienie…
- Dobrze – powiedziała Potter.
- NIE!...
Ale oto nagle lustro rozpłynęło się i wypadli… Prosto na zakurzoną podłogę wielkiej biblioteki.

**

Sergiuszek skoczył na równe nogi gdy zobaczył, kto jest bibliotekarzem. Wielkie srebrne smoczysko uniosło pysk znad wertowanej księgi.
- Jesteście z powrotem, wy męty…
Wściekłość na pysku smoka ustąpiła czemuś, co można było uznać za zdumienie.
- Ludzie w bibliotece! – ryknął. – Jak wy śmiecie…
Sergiuszek nie czekał na część dalszą. Ten duch nie był przykuty do podłoża.
- Chodź, Potter! – wrzasnął, sadząc w kierunku drzwi.
Zdążył już odbiec solidny kawałek, gdy zorientował się, że Lily wcale za nim nie podąża. Obejrzał się. Smok górował nad klęczącą dziewczynką. Lily zaciskała dłonie na uszach i chlipała. Z nosa kapała jej krew.
- Efekt uboczny rzucania wspomnieniami na prawo i na lewo, obawiam się – wytłumaczył smok, szczerząc kły.
W Sergiuszu narastało powoli coś okropnego. Pierwotna wściekłość. Poczuł, jak jego dłoń automatycznie wędruje do kieszeni szaty.
- Odsuń się albo zginiesz! – ryknął, celując różdżką w smoka. Smok prychnął pogardliwie i cofnął się o krok. Sergiuszek dopadł Lily.
- Potter! – krzyknął, chwytając ją za ramię i unosząc jej brodę. – Potter, co ci jest? POTTER!
Lily, zdawało się, nie słyszała go. Zielone oczy wpatrywały się w jakiś punkt w nieokreślonej przestrzeni. Krew nadal kapała z jej nosa.
Sergiuszek poczuł, że sytuacja zaczyna go przerastać. Rozejrzał się dookoła, spanikowany i napotkał kalkulujący wzrok smoka.
- Nieuleczalna głupota, obawiam się…
- ZAMKNIJ SIĘ!
- Z przyjemnością. – Smok poprawił na pysku druciane okulary. Zaraz, skąd się wzięły druciane okulary? – Wy i wasze koncepcje – burknął.
- Boli… Sergiusz, boli… - szepnęła dziewczynka.
- Wezwałem posiłki – poinformował ich smok. – Protokół każe.
- CO? – Sergiuszek zerwał się z ziemi i wycelował różdżką w bestię. – Ty pokrętna skrzydlata glisto!
- Daję wam czas na wymyślenie strategii.
Z dala usłyszeli warkot wydobywający się z kilkunastu gardeł.
– Właśnie się wam skończył.
Masywne drzwi biblioteki stanęły otworem. W stronę Sergiuszka i Lily płynęła spieniona ściana smoczych ciał…
- Nie! – wrzasnął Sergiusz, zasłaniając wciąż klęczącą i chlipiącą Lily. – NIE!
Cisnął pierwszym zaklęciem które przyszło mu na myśl w tę kłębiącą się, srebrną masę. Poszybowało w dal, nie trafiając po drodze żadnego z duchów. Te, które były najbliżej, wydmuchały z nozdrzy coś na kształt błękitnego płomienia. Powietrze zaskwierczało i Sergiuszek wrzasnął odruchowo. Ale jedynym co poczuł, był delikatny powiew mierzwiący mu włosy.
Smoki przystanęły na chwilę. Widać nie takiego efektu się spodziewały. Jeden z nich zaryczał i zawtórowały mu inne. Sergiuszek usłyszał okropny trzask, jakby rozrywanej tkaniny.
- Coś go chroni, pędraka! – rozgniewał się jeden ze smoków.
Inny wysforował się do przodu. Chłopiec strzelił na oślep zaklęciem do odstraszania karaluchów.
- Repello!
Smok rzucił się na niego, kłapnęła straszna paszczęka… Sergiuszek nagle poczuł dziwny ból w centrum głowy, trwający może z sekundę. Smok, kwicząc jak zraniona kobyła, poturlał się po podłodze.
Ja to zrobiłem? Sergiusz spojrzał na swoją różdżkę.
- Niech ktoś ich zawoła! Ten szczeniak ma na sobie jakieś potężne przeciwzaklęcia! – krzyknął któryś smok. Pozostałe przystanęły w drzwiach, tworząc zwartą ścianę.
- Strategia, człowieczku – burknął bibliotekarz, którego łeb niespodziewanie znalazł się nad prawym ramieniem gryfona. – Duchom chcesz nakopać?
Sergiusz zamrugał. Jestem idiotą. Cholernym idiotą, pomyślał. Przecież to… duchy.
- I tak na przyszłość, jeśli zechcesz komuś coś dorobić, pomyśl najpierw o celowości – dorzucił bibliotekarz, poirytowanym gestem poprawiając na nosie okulary. – Jestem kronikarzem, nie bibliotekarzem. W dodatku, mam doskonały wzrok.
Sergiuszek pomyślał, a więc o to biega. Myśl jak mag, no jasne! Jeśli te bestie są jedynie fragmentami ludzkiego umysłu, to całkiem możliwe, że...
- Wstawaj, Potter! Idziemy!
Dwukrotnie musiał podciągać ją do pozycji pionowej, nim wreszcie stanęła jako tako. Powoli ruszyli w kierunku zwartej ściany duchów.
Wściekały się, a jakże. Z tym że Sergiusz poczuł tylko nieprzyjemny, przenikający chłód.
Lily chlipnęła. Merlinie, jeśli kiedykolwiek wydostaną się z tej kaszany to da jej taki opieprz, że popamięta…
Na środku kotłujących się stworów nagle przystanął.
- Czarowiatr! – wrzasnął, kręcąc korkociąg różdżką.
Zerwał się huragan. Duchy zawyły, ale ponieważ jest rzeczą powszechnie znaną, że duchy nie mają masy, wiatr rozpędził je na cztery strony świata. Przez ściany, sufit lub podłogę. To w końcu rzeczy przez które duchy przenikają, prawda?
Sergiuszek uśmiechnął się do siebie z satysfakcją. Myślenie jak mag było fajną rzeczą.
Jednak niemal natychmiast jego uśmiech zwiądł i znikł, niczym niepodlewana roślina. No tak. Więc teraz miał ze sobą ranną Potter, nie wiadomo jak poważnie, więc żadnych możliwości ucieczki. Ścigało go większość Strażników Umysłu, którzy z jakiegoś powodu chcieli go wyeliminować. Oprócz niektórych, którzy z równie mętnych powodów próbowali im pomóc. I, oczywiście, zostawało jeszcze Ministerstwo Magii. Gdzieś tam się kręciło. Diabli wiedzą gdzie i po co. Ach, a Sergiuszek nie miał zielonego pojęcia w jaki sposób ma niby uratować świat.
Szeroki korytarz wychodzący od biblioteki i oświetlony pochodniami nie posiadał żadnych potencjalnych kryjówek.
- Sergiusz…
Spojrzał na wlokącą się obok Potter i poczuł dziwne ukłucie w sercu. Dziewczynka ledwie szła. Wyglądała, jakby za moment miała zemdleć.
- Co ty sobie zrobiłaś, idiotko? – spytał szorstko, nie chcąc się zdradzić z przerażeniem.
- Musiałam… Inaczej ugrzęźlibyśmy tam na wieczność… Słuchaj, Sergiusz, wyciągnij pelerynę-niewidkę…
Jasne, peleryna! Całkiem o niej zapomniał. Wyciągnął ją z kieszeni płaszcza Lily i narzucił na ich oboje.
- To nie oszuka duchów – wymamrotała. – Ale ludzi…

**
Korytarz przytłaczał ich swym ogromem. Wysokości czterech dorosłych mężczyzn, utrzymany w ponurych barwach, sprawiał wrażenie tworu z koszmarów. Wzdłuż ścian, przypominające wysmarowany paluchami twór artystyczny dwulatka, pięły się w górę pokręcone i powyginane czarne i białe linie, tworząc, być może, pismo którego nie byłby w stanie rozszyfrować żaden przedstawiciel ludzkiego gatunku.
Dwie maleńkie figurki kulące się pod peleryną przemykały cicho, ich nerwowe oddechy były jedynym dźwiękiem który mącił dzwoniącą w uszach ciszę. Każda z nich zatopiona była w swym prywatnym świecie depresyjnych myśli.
Sergiuszek nie wiedział w tym momencie, czy nienawidzić Potter za jej głupotę, czy podziwiać ją za jej odwagę. Jedno było niezaprzeczalne: jej obecny stan dygoczącej i pojękującej ofiary przekleństwa pozostawiał go w nieciekawym położeniu.
Nie wspominając nawet o bólu pleców. Potter, jak się okazało, bez pomocy nie była w stanie zajść za daleko. Chwilowo oparł ją o ścianę by ulżyć kręgosłupowi i przykucnął obok niej.
- Nie wiesz przypadkiem co TERAZ mamy zrobić? - spytał odrobinkę zgryźliwie. - Wygląda na to, że wszystko masz opracowane.
Dziewczynka wytarła rękawem sączącą się z nosa krew. Popatrzyła na nią, jakby zdziwiona. Jej oczy zaszkliły się znowu i jęknęła, łapiąc się za głowę. Sergiuszek poczuł się jak młodociany psychopata.
- No, już dobrze - powiedział, niezdarnie klepiąc ją po ramieniu. - Wyciągnę nas stąd. Zobaczysz.
- Wiem - chlipnęła Lily.
Pomógł jej wstać. Kilkadziesiąt metrów dalej natknęli się na niespodziewaną końcówkę korytarza.
- Ktoś do Mefistofelesa?
Kamienna paszczęka płaskorzeźby szczerzyła się do nich z czegoś co przypominało drzwi wejściowe. Ozdobne zawijasy wokół łba najeżone były rubinami, diamentami i innymi szlachetnymi skałami, które niemal oślepiały swym blaskiem. Nie było klamki.
No tak, pomyślał Sergiuszek. A to pewnie główny smok. Jeśli chce znaleźć jakąś odpowiedź, może powinien zacząć szukać tutaj. Nie, żeby po drodze napotkał dużo innych wyjść. Jedyne odgałęzienie prowadziło schodami w mroczną głębię z której wiał przenikliwy ziąb, co razem tworzyło mało zachęcającą alternatywę.
- Tak – odpowiedział wobec tego.
- Imię?
Sergiuszek zmarszczył brwi. Lily ciążyła mu coraz bardziej i wyglądało na to, że długo już nie postoi.
- Viver.
- Słyszałem o was gagatki. Kronikarz was przysłał, tak? Nieźle nabroiliście… No, zostawiać mi odcisk łapy na ścianie i włazić! Nie będzie wam do śmiechu, oj, nie!
Gryfon zastanowił się błyskawicznie.
- Chcielibyśmy – sarknął. – Ale obawiam się, że jesteśmy w obecnej chwili nieco uziemieni. Ledwie się czołgamy, szczerze powiedziawszy. Kronikarz ma łapę do przekleństw, trzeba mu to przyznać…
- Czyżby? – zdziwił się smok. – Macie nauczkę by nie gmerać w Archiwum! Włazić!
Głupek, pomyślał Sergiuszek. Drzwi z majestatycznym hukiem wsunęły się w ścianę. Chłopiec chwycił Lily mocniej w pasie i, drugą dłonią przytrzymując pelerynę-niewidkę, wkroczył w zalane światłem wejście.
I zatrzymał się jak wryty.
Pośrodku okrągłej kamiennej komnaty wspartej na kilkunastu filarach malowanych w te same, irytujące czarno-białe zawijasy, półprzezroczysty smok i postawny mężczyzna w ministerialnej szacie toczyli ze sobą zaciekłą bitwę na spojrzenia. Dwóch innych czarodziejów stało nieco z boku, przyglądając się im z ledwo ukrywanym strachem. Smok parsknął i jego przeciwnik mocniej ścisnął różdżkę w dłoni. Nikt nie zwrócił uwagi na drzwi.
- Może byś lepiej zastanowił się, zanim nazwiesz mnie głupcem? – zapytał łagodnie duch. Para, a może to był jakiś rodzaj zaklęcia, buchała z jego nozdrzy.
- Cały Hogwart?! – wrzasnął czerwony z wściekłości mężczyzna. Jego oczy prawie wyłaziły z orbit gdy groził pięścią smokowi. – Co wy sobie wyobrażacie?! Czy wy jesteście w stanie zrozumieć jak delikatna…
- CISZA!- ryknął duch.
Czarodziej zrobił gwałtowny krok do tyłu, potykając się o skraj własnej szaty i przez chwilę wymachiwał rękami, próbując złapać równowagę. Zwierz zbliżał się do niego bez pośpiechu, majestatyczny i śmiertelnie groźny.
- Używacie naszej magii – wysyczał, strosząc kolce na grzbiecie. – Pomagamy na każdym kroku tego szalonego planu. A co otrzymujemy w zamian?
Czarodziej uderzył w tony groźby.
- Jesteśmy Niewymownymi! Widziałem gorsze rzeczy od ciebie, smoku. Nie traktuj mnie więc jak służącego, bo pożałujesz. Dostajecie waszą działkę…
- Czyżby? – sarknął smok.
- Obiecaliśmy wam więcej! Ale nie teraz! Nie teraz mówię! To niebezpieczne! To lekkomyślne! Cały plan może runąć od tej waszej eskapady! Kiedy już będziemy kontrolować Ministerswo, przyjdzie czas i na waszą nagrodę. Ale Hogwart, w takiej chwili... Odwróćcie to, zanim ktoś się zorientuje!
- Moja wina, że podaliście nam ich na tacy? Ale nie martw się, człowieczku. Moi ludzie wiedzą co robią…
- Twoje bestie są niczym więcej niż tylko głupimi kawałkami ektoplazmy które…
- MILCZ!
Błękitny płomień wystrzelił z nozdrzy smoka. Czarodziej krzyknął i zasłonił się trójkątnym amuletem. Ezoteryczny ogień załamał się na osłonie Niewymownego i trysnął gwiazdą na wszystkie strony. Stojący nieopodal Sergiuszek odruchowo odskoczył. Poczuł jak Lily leci mu przez ręce…
Sięgnął po nią rozpaczliwie, chcąc na powrót wciągnąć ją pod pelerynę. Za późno.
- A to co? – spytał jeden z czarodziejów, wskazując na leżącą dziewczynkę.
- Jeszcze jedna? – burknął drugi, trącając butem nieprzytomną gryfonkę. – A skąd ta dama się tu wzięła? Musieliśmy ja przeoczyć.
Sergiuszek wycelował w nich różdżkę z zimną determinacją w sercu. Zdejmie trzech za jednym zamachem czy nie zdejmie? Ten ozdobny filar pod ścianą wyglądał zachęcająco. Gdyby tak go przewalić...
- Zabierzcie ją do innych – rzucił przez ramię ten, który rozmawiał ze smokiem.
Chwila. Do innych? Sergiuszek zawahał się na moment. Czy to znaczyło, że jeszcze ktoś tkwił w tym bajzlu?
Ciekawość wygrała. Gdy chudy mężczyzna o gębie nie zachęcającej do zawierania przyjaźni zarzucił sobie Lily na ramię i ruszył korytarzem i w dół po schodach, prosto w atramentową ciemność, towarzyszył mu prawie niewyczuwalny ruch powietrza.
Smok i Niewymowny wrócili do przerwanej dyskusji.

**

Kraty celi zasunęły się z hukiem. Irma spróbowała kopnąć faceta w jaja ale nie trafiła.
- Potter? – zdumiała się gdy tylko roztarła potłuczony tyłek. – A skąd ty się tu wzięłaś? Potter, żyjesz?
Dziewczynka nie odpowiedziała. Prefekt Slytherinu przewróciła ją na plecy i poklepała po policzku. Syknęła z dezaprobatą na widok zakrwawionej twarzy.
- Chwilowo jest poza zasięgiem – odparł bezcielesny głos tuż za Irmą. Ślizgonka pisnęła i wymierzyła cios. Cos z głośnym "umf!" upadło na ziemię. Sergiuszek klęczał trzymając się za brzuch i obdarzał ja Morderczym Spojrzeniem nr 1. Peleryna-niewidka ześlizgnęła się na podłogę gdzie leżała, lśniąc się lekko.
- Snape! – wykrzyknęła zgorszona Irma. – Jak ty tu wlazłeś?
- Tego samego chciałbym się dowiedzieć – odparł Sergiuszek, podnosząc się z ziemi i otrzepując z kurzu pelerynę. Zwinął ją starannie i wsunął w obszerną kieszeń płaszcza.
- No to mamy komplet Snape’ów – zauważyła ponuro prefekt Slytherinu, rezygnując wreszcie z prób ocucenia Lily. – Teraz jestem pewna, że jeśli zdołam przeżyć tę przygodę, profesor mnie zamorduje.
- Ja bym się raczej przeżyciem martwiła, a potem całą resztą - sarknęła Irma, kuląc się na powrót w swoim kąciku, gdzie czyhała, przyczajona niczym mały wściekły tygrys. Kto wie, kiedy nadarzy się kolejna okazja do skopania komuś tyłka? - Bo mamy pięć ciał do uratowania, a tylko trzy mózgi by obmyślić plan ucieczki. A, właśnie. Snape, masz różdżkę?
- Zaraz, zaraz! - Sergiuszek zamachał rękami by zwrócić na siebie ich uwagę. - Bo czegoś tu nie rozumiem. Jakie pięć?
- Tam w rogu - Irma wskazała kciukiem na miejsce za swymi plecami, które spowijał mrok. Światło z korytarza rozjaśniało jedynie najbliższą jedną trzecią celi. - Składam kondolencje, chłopie.
Irma wiedziała jak powinien zachować się prawdziwy Snape. W końcu miała materiał do obserwacji przez ostatnie trzy lata. Powinien był przyjąć informację z kamiennym spokojem, z lekka podszytym nutką egoizmu. I może jeszcze uśmiechnąć się sardonicznie. Uśmieszek był w porządku. Szarżowanie jak wariat i ta bezradna mina - nie.
A jednak tak zrobił. I jeszcze przetarł sobie spodnie klękając, a raczej z teatralnym rozmachem rzucając się na kolana. A to były dobre spodnie, z solidnej wełny.
- Hej no... Co ty. Nie załamuj nam się teraz i tutaj! - zaprotestowała ślizgonka.
- Sara, Obudź się! Na Merlina, nie rób mi tego i ty! SARA!
Ostatnie słowo było bardziej wyciem. Irma rozejrzała się niespokojnie, bojąc się, że ktoś ich usłyszy. Całkiem możliwe, że tu za robienie hałasu zjadali.
- Przestań ty ją tak szarpać, ducha z niej wytrząśniesz!
Sergiuszek przestał. Zamiast tego wtulił twarz w szatę siostry. Trwał tak przez jakiś czas, skulony. Jego ramiona trzęsły się lekko.
- Sara... - powiedział i zabrzmiało to jakoś mokro.
- On beczy - szepnęła zdumiona Irma. - Snape beczy.
- Daj mu spokój - zbeształa ją prefekt Slytherinu. - Snape'owie też mają prawo.

**

Sergiuszek, w rzeczy samej, beczał.
Nie zdarzyło mu się to od czasu kiedy skończył sześć lat i kiedy jego dziecięca miotełka zapaliła się od grilla. Czuł wtedy przytłaczającą niesprawiedliwość świata, szczególnie że ojciec, w ramach kary, zabronił matce kupować drugą. Teraz, to uczucie powróciło z całą mocą i zalało go taką goryczą, że jedyną metodą na pozbycie się jej było spłukanie jej łzami. Raz po raz zadawał sobie pytanie: Czemu to wszystko przydarza się właśnie jemu? Czemu to on musiał odkryć przeznaczenie Pokoju Artnumerycznego, podróżować nim, zostać dwukrotnie zaatakowanym przez potwory których bali się nawet dorośli, zostać uwięzionym w labiryncie, patrzeć jak cierpią inni... Na Merlina, czemu? Był tylko jedenastolatkiem, ledwie zaczął się uczyć magii. Nie powinni mu kazać ratować świata! Cholera, nie powinni! I wszyscy jego przyjaciele, jego głupia, kochana siostra, którzy powinni towarzyszyć mu do końca zostawiali go samego, na łaskę i niełaskę wrogów. Dlaczego? Nie było tu żadnego dorosłego, nikogo kto powiedziałby "Zostaw to mnie, Sergiusz". Dlaczego?
Z tej całej rozpaczy pociekło mu jeszcze więcej łez.
Ciało pod jego czołem poruszyło się. Sergiusz poderwał się i zamrugał, próbując pozbyć się resztek wilgoci z oczu. Dziewczynka ziewnęła.
- Sara, żyjesz? - wrzasnął wprost w jej ucho. - Dzięki Merlinie! Już myślałem, że coś ci się stało! Wszystko w porządku? Sara? Odpowiedz mi!
Sareczka zrobiła swojsko nieprzyjemną minę i dźwignęła się do pozycji siedzącej. Przez chwilę przyglądała się wszystkim, tak, jakby nie mogła ich skojarzyć.
- Jasne. Gdzie jesteśmy?
- Długa historia, siostrzyczko. - Sergiuszek westchnął i usiadł po turecku. Ucieszył się, że jego siostra nie robiła mu żadnych uwag na temat zaczerwienionych oczu, a reszta dziewczyn przezornie nie spoglądała w jego stronę. Dopiero w tej chwili poczuł, jak poniżające jest bycie jedynym facetem w grupie i rozklejanie się przed całym gronem bab. Jego policzki zrobiły się nieprzyjemnie gorące. - Chcesz posłuchać?
- Nie krępuj się.
W dziesięć minut Sergiuszek streścił ich dotychczasowe przygody. Po lawinie pytań dziewczyn wszystkie obecne w pomieszczeniu osoby miały ponure miny, włącznie z uparcie milczącą Sarą.
- Chcesz powiedzieć że te potwory chcą zawładnąć naszymi mózgami? - spytała Irma. Sergiusz przytaknął. - No to klops. Nigdy nas nie wypuszczą, skoro znamy ich straszną tajemnicę.
- Chyba, że sami się wypuścimy - powiedziała niespodziewanie prefekt. - Wróćmy do pytania pierwotnego. Snape, masz różdżkę?
Sergiuszek pacnął się w czoło.
- No jasne.
Zaczął on. Potem kontynuowała Irma. Gdy i pod naporem zaklęć pani prefekt zamek nawet nie drgnął, Sergiuszek skonstatował ponuro, że to musi być porządna, goblińska robota.
- Wygląda na to, że dobrowolnie zamknąłem się w więzieniu - powiedział w napadzie wisielczego humoru. - Uwierzycie?
- Normalnie należą ci się gratulacje, Einsteinie - zadrwiła Irma, wracając do swego kącika. - Co nie, Sara?
Sara zmarszczyła brwi.
- Za głupotę? - spytała.
- Trzeba tylko sprawdzić czy przyznają za to medal.
- Jestem głodna. - powiedziała nagle Sara. - Kiedy obiad?
Ciszę która nastała po tym stwierdzeniu można było streścić w postaci trzech kropek. Oczy wszystkich były okrągłe jak spodki. Sara powierciła się trochę i, nie mogąc w końcu wytrzymać tego skoncentrowanego ataku uwagi, fuknęła, poirytowana.
- Um, jak nas podadzą? - przerwała milczenie Irma.
- Co za głupi, płytki żart - Snape nie wyglądała na szczęśliwą. - Ja pytam na poważnie. Może mi odpowiesz, ty z wielkim nosem?
Cisza która nastała po tym stwierdzeniu była, o ile to możliwe, jeszcze cichsza.
- Yy... Sara... Ty ze mnie drwisz? - spytał słabo Segiuszek.
- Jasne! Drwię sobie z was wszystkich! Ha ha! A teraz może mi łaskawie odpowiesz, zanim naprawdę się zdenerwuję?
- Sara... Ty wiesz, kim ja jestem, prawda?
- Jasne że wiem, widziałam cię zaledwie tydzień temu. Okropnie latasz na miotle.
- Moje imię? - naciskał jej brat.
Sareczka spojrzała na niego z wyższością.
- Wyleciało mi z głowy - odparła lodowato.


**

Sergiusz nawet nie zauważył że odpłynął w krainę Morfeusza, otulony, na wszelki wypadek, w pelerynę-niewidkę. Po stwierdzeniu Sary wpadł w taką depresję, że nie chciał się do nikogo odzywać. Na ponawiane i natarczywe pytania Irmy "I co teraz?" odburknął jedynie, że zobaczy się jutro.
Gdy się obudził, miał wrażenie że minęła zaledwie chwila od kiedy zasnął. Chwilę zajęło mu przetarcie piekących oczu i zorientowanie się w sytuacji.
Sytuacja przedstawiała się następująco: był sam.
- Cholera, zabrali ich. - wymamrotał, podnosząc się z brudnej podłogi. - Zabrali ich!
Naturalnie, odpowiedziało mu jedynie echo. Krata była odsunięta. Na ziemi poniewierała się jakaś różowa miękka rzecz która wysunęła się z kieszeni Lily. Wolał zostawić ją w spokoju.
Z głównymi bohaterami, myślał, zbierając się do drogi, jest taki problem że nikt ich nie pyta o to, czy chcą nimi zostać. Rzadko też ktokolwiek przejmuje się tym, by dać im narzędzia potrzebne do przetrwania. Zaś absolutnie nikogo nie obchodzi, czy w procesie ratowania świata nie stracą życia. Od tego są przecież bohaterami, by nadstawiać karku dla innych, prawda?
Bycie bohaterem było do dupy.
Poszedł schodami w górę, jedynym wyjściem z tego zimnego podziemia jakie istniało. Znajomy korytarz też nie pozostawiał wielu opcji. Drzwi które prowadziły do Mefistofelesa były zatrzaśnięte na głucho i nikt nie odpowiadał na jego wołania. Innych przejść brak. No tak, to było logiczne, że duchy, jeśli nawet tu mieszkały, nie potrzebowały żadnych otworów do poruszania się pomiędzy pomieszczeniami. Niestety, Sergiusz nie posiadł jeszcze zdolności przenikania przez ściany więc pozostawało mu tylko jedno.
Odwrócił się więc na pięcie i pognał w dół korytarza. Ciężkie dwuskrzydłowe wrota ozdobione stylizowanym napisem "Mądrość świata znajduje się w księgach" ledwo ustąpiły pod naporem jego ciała.
- Znowu tu jesteś?
Kronikarz zdjął z pyska druciane okulary i przez chwilę zaciekle polerował je chusteczką. Wymagało to sporej koncentracji kogoś uzbrojonego w pięciocalowej długości pazury. Wreszcie założył je z powrotem i spojrzał znad nich na młodego Snape'a.
- Czego tym razem?
- Słuchaj, zabrali moich przyjaciół! Nie wiem gdzie. Muszę się do nich dostać - wydyszał Sergiuszek, rozglądając się dookoła. Na szczęście byli sami.
- Ach, tak.
Kronikarz podkreślił coś ołówkiem w grubej księdze.
- I sądzisz, że ci pomogę?
- Pomogłeś ostatnim razem.
- Ostatni raz nie jest tym razem - zauważył kronikarz.
- Mógłby być - odparł bezczelnie Sergiuszek. - Czego chcesz w zamian?
- Dużej ilości rzeczy. - Smok ziewnął przeciągle, wywalając na wierzch jęzor. - Nie możesz mi dać żadnej z nich, mały człowieczku.
- Może znam kogoś, kto może.
- Nie ma takiej istoty na świecie, człowieczku.
- Znajdę ci ją.
Smok roześmiał się gromko.
- Obiecasz mi, mały brudny człowieczku? Obiecasz, choć nie masz zielonego pojęcia o tym, na co się porywasz?
Chłopiec poczuł że się czerwieni. Wbił wzrok w podłogę.
- Tylko się pośpiesz, mam robotę.
Doszedłem tutaj, pomyślał nagle Sergiusz.
Po tym wszystkim, miesiącach poszukiwań i podejrzewań, wreszcie znalazł się na miejscu. I nie miało znaczenia, że był tylko pierwszorocznym, który ledwo nauczył się, którym końcem trzyma się różdżkę. Na świecie przewijało się tysiące zdolniejszych, odpowiedniejszych do tego zadania czarodziejów. Dumbledore, czy chociażby jego ojciec. Wytrenowani, znający wielkie zaklęcia.
Ale to on, Sergiusz Snape, był tutaj. Był, bo sam wybrał tę ścieżkę i podążył nią aż do tego miejsca. Nikt go do niczego nie zmuszał, to był jego własny, świadomy wybór. Mógł nie dojść dalej, mógł umrzeć. To nie było ważne. Ponieważ stał tu, w tym miejscu, przyznawał sam przed sobą, że jest gotowy na wszystko. Musiał być gotowy na wszystko, bo inaczej nie byłby warty nic.
Podniósł wzrok. Serce w jego piersi zabiło jak szalone, lecz po chwili uspokoiło się. Coś w jego wnętrzu wykonało obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Nagle już nie miał żalu do świata. Co taki żal mógł zmienić?
Oczy ducha i człowieka mierzyły się w półmroku wielkiej biblioteki. Światło świec tańczyło w ich nieruchomych źrenicach.
- Obiecam.
Kronikarz zaryczał przeciągle, tryumfalnie. Sergiusz wzdrygnął się mimowolnie, myśląc, że zwierz chce go zaatakować. Ale smok tylko pochylił łeb w czymś co mogło być pełnym szacunku ukłonem.
- Viver - powiedział i rozwarł pysk w szerokim smoczym uśmiechu.
Zwlókł masywne ciało z podwyższenia na którym leżał. Ramię w ramię zagłębili się w labirynt ksiąg tak olbrzymich, że potrzeba by było dziesięciu ludzi, by unieść jedną z nich.
- Smoki to dumny ród - zaczął, prowadząc chłopca miedzy nieskończonymi tysiącami stron dziejów gatunków, o których istnieniu szeptano jedynie kiedyś, w dawno zapomnianych pogańskich mitologiach. - Bycie częścią waszych umysłów ubliża wielu z nich.
- Dlatego chcą nas zniszczyć? Tak bardzo nas nienawidzą?
- Nienawidzą. Tak. - Kronikarz przystanął na chwilę i wpatrzył się w nierówny stos oprawionych w zieloną skórę ksiąg, spoczywający koło regału. - Musze to wreszcie poustawiać, zawsze zapominam... - wymamrotał sam do siebie. Gdy ruszyli dalej, trącił ogonem stos, który z hukiem rozsypał się po podłodze.
- Podmiot tej nienawiści, jednakże, wciąż pozostaje niejasny - kontynuował, jakby nic się nie wydarzyło, kronikarz. - Wy, rada, okoliczności... Hm, mimo wszystko jesteśmy bardzo źli w ukrywaniu naszych słabości. A naszą słabością jest smutna prawda, że ciężko nam się bez was obyć.
- To chyba jasne? - zdziwił się Sergiusz. - Jesteście w końcu częścią nas, prawda?
- Dokładnie. Czy to nie poniżające? - zadrwił smok.
- Dlaczego? - nie mógł zrozumieć Snape.
- Dlaczego nie możemy stąpać po ziemi jako wolne istoty?
- No bo... Nimi nie jesteście?
- Dość tego filozofowania - uciął dyskusję kronikarz. - Przyszedłeś tu, bo chcesz uratować swoich pobratymców? Mam tu coś co może ci pomóc, może cię też zabić. Widzisz te eliksiry?
Ostatni regał pełen był nie zakurzonych ksiąg lecz ogromnych, brzuchatych butli. W ich wnętrznościach ciecze o jaskrawych barwach pieniły się, bulgotały, syczały, opalizowały i zmieniały kolory. Żadna nie pozostawała w bezruchu.
- Smocze wino. Mamy najlepszą piwniczkę w całych międzyświatach - pochwalił się kronikarz.
- Mam się tym niby upić?
- To jest szlachetna ciecz, chłopcze - oburzył się smok. - Tego się nie pije, tym się delektuje.
- Okej, to mam się zadelektować do nieprzytomności czy jak? Jestem niepełnoletni!
- Błękitne - kontynuował kronikarz, nie zważając na protesty chłopca. - Sprawi, że będziesz mógł zobaczyć rzeczy, których normalnie nie widzisz. Po złotym usłyszysz rzeczy, które twój mózg zwykle rejestruje tylko w podświadomości. Ale możesz wypić tylko jedno z nich, gdyż razem są śmiertelną trucizną.
- A srebrne? - spytał zaciekawiony chłopiec, patrząc na największe, najbardziej brzuchate naczynia, pełne bulgoczącego wesoło trunku.
- Srebrne nie jest dla ciebie - odparł sucho smok. Sergiuszek nie mógł nie zauważyć nagłej zmiany tonu.
- A dla kogo? Dla was? Dla waszych ofiar?
Z wściekłej miny smoka wynikało, że przegiął strunę.
- No dobra, złote - powiedział szybko. Wrażenia słuchowe nie mogły być w połowie tak złe jak wizualne.
Smok odkręcił kurek jednej z butli i nalał mu niewielką porcję. Gdy Sergiusz ją wychylił, poczuł dziwny szum w uszach.
Powoli, Sergiuszek zaczął słyszeć. Czyjeś szepty, ciche i niezrozumiałe niczym szemranie strumyka. I skrzekliwe głosy. Głośne i nieznośne, mówiły o jedzeniu, znalezionym jedzeniu i... Ach tak, jedzeniu.
- Dobrze wybrałeś - pochwalił go smok. - Ostatni, który napił się błękitnego, tydzień później powiesił się we własnym domu.
- Skąd te skrzeki? - przerwał mu tyradę Sergiusz.
- Och, to można zobaczyć nawet bez wina - odparł wesoło smok. - Spójrz tam, gdzie normalnie nie patrzysz.
Sergiusz zerknął do góry. Nad nimi rozciągał się mrok, pochłaniający także górne partie regałów. Grzęzosiewka zatrzepotała skrzydłami i zniknęła z widoku.
- Skąd ona się tam wzięła? - zażądał.
- One? Są tu cały czas, ohydne kupy pierza. Nie pytaj kto musi po nich sprzątać.
Sergiuszek myślał. Skoro to przyleciała, to znaczy, że nad nimi jest las w którym zaczęła się ich przygoda, prawda? Czy one też były duchami, czy może były materialne? Musiały być duchami, jak inaczej przeniknęłyby przez sufit? Ale gdzieś może istnieje jakiś otwór dla Sergiuszka...
- To wszystko jest wypaczone - wymamrotał kronikarz, potrząsając srebrzystym łbem. - To wszystko jest chore...
- Drabina!
Długa pod sufit drabina zmaterializowała się przed nim.
- Smoki nie używają drabin - powiedział duch takim tonem, jakby raziło to osobiście w jego godność.
Sergiuszek już wspinał się do góry. Drabina nie była oparta o nic, a mimo to trzymała się w pozycji pionowej. Wolał tego nie kwestionować. W tym zwariowanym świecie lepiej było nie kwestionować niczego.
W pewnym momencie wspinaczki otoczyła go całkowita ciemność. Parł wyżej. Po kilku chwilach przed jego oczami zamigotało upiornie błękitne światło.
Jego głowa wystawała przez sufit. Wrzasnął.
- Pomocy! Nie mogę się ruszyć!
Szarpnął raz czy dwa, ale bez skutku. Ugrzązł na amen w zimnym twardym kamieniu. Spróbował odetchnąć, ale poczuł jedynie ból, zaciskający się niczym szczęki rekina na jego klatce piersiowej. Rozejrzał się dookoła w panicznym strachu, nie mógł już krzyczeć bo zabrakło mu powietrza w płucach. Zaraz! Nie chciał zginąć w ten sposób!
W głębi jego umysłu zamigotała iskierka... Myśl jak mag... Myśl jak mag...
Jak żeś tu wlazł?
No jasne.
Musisz tylko pamiętać, że tego sufitu nie ma.
Odetchnął z ulgą.
Jego stopa znalazła oparcie na górnej krawędzi kamiennej ściany. Stanął na niej powoli, zanurzony po pas w eterycznej masie kamienia. Jedno z ptaszysk zaskrzeczało z dezaprobatą przelatując tuż nad ziemią. Poczuł niespodziewany chłód.
- No patrz. Znalazłeś rozwiązanie. I tak szybko - ucieszył się smok, tak jakby to było jego osobistą zasługą. Kanciasty łeb wystawał nad podłoże.
- Otwarty umysł - powiedział Sergiuszek. - Trzeba myśleć jak mag.
- Amerykę odkryłeś, co?
- Hej, to nie takie proste, wiesz? - żachnął się Sergiusz. Zrobił kilka kroków szerokim na kilka stóp szczytem ściany. - Czyli tak można dojść wszędzie?
- A czemu nie? Jeśli znasz drogę.
- Ja? Nie. Ale ty na pewno tak.

**

Smoki podsycały płomień huczący pod kotłem pełnym czerwonej, bulgoczącej mazi. To nie podobało się Irmie. Jeszcze mniej przypadł jej do gustu fakt, że to oni zwisali nad owym kotłem i z ich położenia można było wnioskować jedynie, że przypadła im rola ofiar.
Irma zaklęła szpetnie i kopnęła szklaną powierzchnię czegoś w rodzaju bańki mydlanej, która była ich więzieniem. Bańka zabrzęczała dźwięcznie, stojący poniżej i w pewnej odległości od kotła Minister Magii, Aberiusz Amber, podniósł wzrok i uśmiechnął się. Nie był to przyjemny uśmiech.
- Już nie długo, szproteczki! - zawołał.
Irma odpowiedziała mu w sposób którego lepiej nie cytować. Uśmiechnął się znowu. Nie było cienia wątpliwości, że mają do czynienia z psychopatą.
- Wracamy do korzeni - powiedziała Sara Snape. Irma spojrzała na nią zdziwiona, gdyż były to pierwsze słowa które wypowiedziała od dłuższego czasu. Choć wolała to jej milczenie od awantury którą im zrobiła zaraz po tym, jak obudziły się we wnętrzu tej szklanej osobliwości. Głównie to wrzeszczała, ale z jej pojedynczych słów można było wywnioskować, że nienawidzi ich i że chcą ją zabić. Co nie było do końca nieprawdą. Niemal wszyscy chcieli ich zabić. Szczególnie całe zebrane pod nimi grono dwudziestu czarodziejów ubranych w srebrne szaty zakończone w części głowowej imponującym stożkiem plus jeszcze liczniejsze grono srebrnych smoków.
Wszystko to razem wyglądało bardzo rytualnie i super byłoby to oglądać w takiej, powiedzmy, telewizji. Z tej perspektywy było to jednak przerażające.
- Zgadam się w całej rozciągłości, Snape - odparła wobec tego. - Wszyscy jesteśmy częścią wielkiego kręgu życia. Mój tatko robi eliksiry, ja zmienię się w jeden z nich.
Sara milczała.
- Może Sergiusz Snape, rycerz na czarnym rumaku, ocali nas w ostatniej sekundzie - kontynuowała Irma.
Sara milczała.
- Tia, jasne - dokończyła myśl panna Watson.
Wysoko nad nimi, jeden mały czarnowłosy chłopiec i jeden duch wpatrywali się w przedstawienie.
- I co ja mam teraz robić? - spytał chłopiec.
Smok wypuścić z nozdrzy mały, ironiczny dymek.
- A co robiłeś do tej pory?

**

Wywerna szalała.
Głodna! Głodna!
- Hej, czy mi się tylko wydaje, czy ten stwór gada? - syknął Sergiuszek zaczajony w kucki na rogu kamiennej ściany. Ta pozycja dawała mu przewagę - jego głowa nie wystawała nad sufit, zaś zdawało się, że wywerna, galopująca między drzewami martwego lasu w daremnym i podszytym szaleńczą rozpaczą poszukiwaniu posiłku nie zdawała sobie sprawy, że podłoga po której biega jest niczym innym jak mgłą, zestaloną przez jej zwierzęcy umysł.
- Mówiłem, żebyś nie pił wina - zadrwił smok.
- Ile to trwa? - spytał zaniepokojony Sergiuszek.
- Badania wskazują, że wyparowuje gdzieś po tygodniu. Do tego czasu uważaj, co będą do ciebie mówić napotykane po drodze zwierzęta. Wiele z nich nie ma oczywiście nic ciekawego do powiedzenia.
- Na przykład, komar: "Krew! Krew! Krew! Au!"?
- Dokładnie.
Sergiuszek popatrzył na wywernę która w tym momencie wyśpiewywała pod niebiosa pieśń głodu. Słowa "jeść" i "mięso" łączyły się w orgii straszliwego ryku. Była absolutnie nieprzewidywalna. Jeśli Sergiusz chciał broń na smoki i ludzi, coś czego łatwo nie da się powstrzymać, to jego modlitwy jakoby zostały spełnione.
- Myślę, że można by ją wykorzystać.
- Czekam z niecierpliwością - odparł smok. Ciężko było osądzić, czy mówi to na poważnie czy śmieje się pod wąsem z Sergiuszka. Piekielna smocza paszcza nie zdradzała absolutnie niczego.
- Nie mogę przed nią stanąć, bo mnie pożre - dedukował Sergiuszek.
Smok skinął głową, prosząc o ciąg dalszy. Oparł łeb na potężnych łapach i bez mrugnięcia wpatrywał się w Sergiuszka. Jakiś nie do końca zrozumiały instynkt pod wpływem tego wzroku kazał gryfonowi myśleć szybciej.
- Może mógłbym ją nakłonić do współpracy, ale z bezpiecznego miejsca... Słuchaj, potrafiłbyś mnie podnieść?
- Mam cię dotknąć? - sarknął smok. - Nie chcę skończyć tak jak moi pobratymcy, dziękuję ci bardzo. Było się nie okładać zaklęciami, mały.
- No to jak...
Smoczysko niespodziewanie wystrzeliło do góry, wielkie skrzydła uderzyły ciężko w powietrzu-skale. Po chwili wróciło, trzymając za ogony parę dorodnych grzęzosiewek. Klęły paskudnie.
- One cię podrzucą - rzekł z szerokim uśmiechem smok.
Sergiusz złapał każdą ręką garść piór z ogona. O dziwo, nie były wcale tak niematerialne jak powinny być u ducha i dawało się je utrzymać. Niemal natychmiast znalazł się w górze. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie jeden mały problem. Każde ptaszysko chciało uciekać w swoją własną stronę. Sergiusz wrzasnął, gdy niemal wyrwały mu ramiona ze stawów, były naprawdę silne. Po kilku szarpnięciach, udało mu się nakierować tę wrzeszczącą kupę pierza nad wywernę która, zaciekawiona, przystanęła i gapiła się do góry. Sergiuszek, nie mogąc już utrzymać dwóch ptaków naraz, puścił jednego i chwycił pozostałego obiema rękami. Musiał stanowić zbyt duży ciężar, gdyż grzęzosiewka, skrzecząc przeraźliwie, zaczął powoli opadać, wprost do czyhającego pod spodem pyska bestii. Sergiuszek, lekko spanikowany, schwycił mocniej garść piór i podciągnął się, stękając. Zupełnie tak jak podczas przygody z miotłą, czuł, że nie starcza mu sił.
- Pomocy! - wrzasnął.
Smok zaryczał. Wywerna obróciła się nagle w stronę znajomego odgłosu.
Sergiuszek wraz z ptakiem wylądował na szyi, tuż za krzaczastą grzywą. Natychmiast puścił pierze i uczepił się ciemnych szorstkich włosów. Usiadł okrakiem i ścisnął łydkami boki zwierzęcia. W dobrym momencie, bo wywerna, poczuwszy intruza, potrząsnęła łbem. Ptak kwiknął i spróbował uciec ale szybko znalazł śmierć między szczękami bestii. Wywerna wypluła z obrzydzeniem srebrną masę.
Paskudztwo! Nie jedzenie!, usłyszał Sergiuszek. Złaź! Złaź!
- Atargo!
Z końca różdżki Sergiusza wystrzeliła lina i oplotła się wokół niego i szyi zwierzęcia. Rzecz jasna, wywernie wcale to się nie spodobało. Wierzgnęła tylnymi łapami, aż Sergiusz wyrżnął nosem w twardą czaszkę i poczuł nagły, przeszywający ból. Dotknął ostrożnie rodowej końcówki swej twarzy, żeby sprawdzić czy nic nie jest złamane. Na szczęście kontuzja była jedynie powierzchowna. Wywerna skoczyła do przodu i Sergiuszek z nieco piskliwym "Geronimo!" pogalopował przez martwy las.
- Wiesz... Ja myślę po namyśle, że to nie był najlepszy pomysł! - wrzasnął, przebiegając chyba po raz czwarty koło przyglądającego się temu wszystkiemu kronikarza.
Wywerna czuła gorącą wściekłość. Nie dość, że nie jadła od wieków chyba, nie dość, że przez owe wieki stała spetryfikowana w dusznym i nieatrakcyjnym pokoju, to jeszcze teraz jakiś szkodnik przykleił jej się do grzbietu. Dała wyraz swemu niezadowoleniu, otrząsając się potężnie w próbie zrzucenia z siebie paskudztwa. Paskudztwo wydało z siebie gardłowy dźwięk, ale nie puściło.
- To ty chciałeś jej użyć, nie ja, prawda? - odkrzyknął wesoło smok. - To jej użyj... Hola! Gdzie z tymi zębami?
Uniósł się w powietrze na czas by uniknąć zmasakrowania przez głodną bestię.
- Z nią się nie da rozmawiać! - wrzasnął młody ujeżdżacz wywern. - Hej, ty, jestem tutaj! Jestem, ty kupo mięsa! Wiem gdzie jest jedzenie! Jedzenie!
- Czy ty automatycznie wywnioskowałeś, że jak ty ją rozumiesz to i ona ciebie rozumie? - spytał rozbawiony smok. - Jakaś dziura w twoim logicznym rozumowaniu tu nastąpiła, Viver!
Wywerna po raz kolejny spróbowała złapać coś, co wyglądało na jedzenie. Sergiuszek uderzył ją piętami w boki.
- Ty się nie wydurniaj, smoczy łbie, ty mi powiedz jak to zrobić żeby skoczyła w dół skoro ona nawet nie widzi, że jest dół!
- Ja mam to wiedzieć?
- Tak, ty masz to wiedzieć!
Sergiuszek zastanowił się, co nie było łatwe w tych warunkach. Wywerna szarpnęła w prawo, odwróciła głowę i kłapnęła szczękami bardzo blisko chłopca. Jego wnętrzności zdążyły już chyba pozamieniać się miejscami.
- Wiem! - wykrzyknął wesoło. - Przynęta!
- Ty sobie ze mnie żarty stroisz?
- Wywerny jedzą smoki, prawda? Będzie chciała za tobą skoczyć, to ją zdekoncentruje, wtedy może się uda!
- Ona widzi podłogę, Viver. Nie zdołasz jej wmówić że nic tam nie ma.
- Myślisz, że ona wie, co to duch? Zwierzaki mają myślenie konkretne. Jak cię zobaczy, że przenikasz, to pomyśli że ona też może, prawda? No dalej, spróbuj chociaż!
Smok zaklął pod wąsem, coś o nieodpowiedzialnych szczeniakach, ale wzbił się w powietrze. Gdy już był pewien, że skupia na sobie uwagę stworzenia, które zaczęło gadać do siebie, że jedzenie jest blisko, lotem nurkowym w dół zniknął pod podłogą lasu. Wywerna, widząc jak się obniża, pełna nadziei rzuciła się w pościg. Skoncentrowana na jego cielsku skoczyła... I jej łapy napotkały nicość.
Runęła w dół. Zaś razem z nią - Sergiuszek.

Leonette
Zielony
Posty: 38
Rejestracja: 21.02.08, 18:07

Re: Leonette - S & S i ministerialny ból głowy

Postautor: Leonette » 26.09.08, 08:10

**

Tymczasem, w innej części ogromnej budowli z kamienia, biały niczym młynarz Severus Snape wynurzył się z chmury pyłu.
Kończyny dolne się pod nim ugięły i opadł na kolana. To że eliksir działał dało się odczuć jedynie w ten sposób, że Severus nie złożył jeszcze pokłonu Dionizosowi. Całą resztę można by było zawrzeć pod postacią rozdzierającego jęku. Tuż za jego plecami słychać było potężne kichnięcia Ginny, która na przemian wyzywała Ambera od najgorszych i próbowała sobie wypluć płuca. Potter szukał po kieszeniach chusteczki do okularów. Chyba zapomniał o różdżce. Jonathan zaś westchnął, widocznie uznawszy powietrze za orzeźwiające i, o ile Snape mógł to ocenić ze swej dolnej pozycji, zagapił się na otoczenie. Zawsze miał słabość do niespotykanych krajobrazów.
- Na funt złota i nożyczki przeznaczenia - rzekł literacko. Pomacał jeden z kamiennych filarów wysmarowanych niezwykle tajemniczymi i, o ile Snape mógł to ocenić kiepsko podrobionymi, hieroglifami Drugiej Ery Wodnika. Każda z okopconych smoczych głów wystających ze ścian trzymała w szczękach po dwie pochodnie, rzucające upiornie realne cienie na wyszczerzone pyski. - Gdzie my jesteśmy?
- Na miejscu - odparł lakonicznie Snape, mozolnie zbierając się z podłogi. Wymagało to koncentracji i samozaparcia, gdyż trzeba było po kolei uruchamiać każdy protestujący mięsień. Odgarnął z czoła lepiące się od potu włosy i rozejrzał bystrzej po pomieszczeniu. - Lepszym pytaniem byłby: Jak daleko jesteśmy.
- Bredzisz, Snape - wydusiła oparta o ścianę Ginny, pozbywszy się wreszcie resztek pyłu ze swoich płuc.
- Moje ciało mówi, że dobrym pomysłem w tej chwili byłoby wynieść się stąd natychmiast, wziąć długi prysznic i zasnąć na jakąś wieczność lub dwie. Za kilka godzin stężenie magii ezoterycznej w tym miejscu mnie zabije. Więc ciesz się mną póki jestem i nie drażnij mnie, Weasley - wycedził Severus. - Mówię: jak daleko od świata jesteśmy. Bo to może nie być nasz świat. To jest właśnie uroda Artnumeryki. Nikt nie twierdzi, że numery muszą być realne.
- Masz gorączkę? - spytała z pozorną troskliwością Ginny.
- Hej, może byście przestali się nawzajem podgryzać, a podeszli tutaj? - zaproponował im Harry. - Mój niesamowity zmysł aurorski, którego niektórym tutaj brakuje - spojrzał zaczepnie na Snape'a który natychmiast przypomniał sobie, czemu przez tyle lat nie cierpiał Chłopca Który Przeżył - odkrył właśnie szparę w tym oto kamieniu. Wydaje mi się ciekawsza niż rozważanie kontinuum uniwersum.
W ścianie był otwór. Niewielki, podłużny, schowany tuż obok szyi jednej ze smoczych głów. Harry z wyrazem skupienia na twarzy przystawiał do niego ucho. Z drugiej strony słychać było dudniący pomruk. Harry wsunął w szparę długą rurkę zakończoną szeroką membraną i natychmiast pomruk zamienił się w mowę. Brzmiało to jakby wiele głosów zgadzało się z jednym głosem. Nie wszystkie były ludzkie - wśród ogólnego "tak" i "właśnie" dawało się słyszeć ryki, pochrząkiwania i inne dziwne dźwięki, z rodzaju tych wydawanych przez duże zwierzęta.
- Nadszedł czas! Nadszedł czas na wielkie zmiany!
- To Amber!- wykrzyknął zniesmaczony Harry. - Przypomnijcie mi ponownie, dlaczego dla niego pracuję...
- Płaci ci niezły szmalec - powiedział Jonathan.
- A oto wystąpi przed państwem... Socjopata sezonu... Pierwszy Uśmiech Czarownicy... Mój były mąż!
- ... Z szacunku dla wzajemnej wielowiekowej współpracy Smoków i Ludzi...
- O czym on pieprzy? - Severus spojrzał z podejrzliwością na przyrząd, który zdarzyło mu się już kiedyś widzieć w rękach braci Weasleyów. Choć ten miał dodatkowo napisane maleńkimi literkami z boku membrany "wersja JX2008".
- Mam skojarzenia z kampania wyborczą roku dwa tysiące cztery - sk