Magdalith - Koham Lune Luvgood

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Magdalith - Koham Lune Luvgood

Postautor: archiwalny » 01.02.08, 18:54

KOHAM LUNE LUVGOOD
czyli telenowela

.

Luna pogłaskała Nell po jasnych włosach, upewniła się, że dziewczynka śpi, i położyła ją ostrożnie na leżaczku. Mała Longbottom miała problemy z zasypianiem i zawsze trzeba ją było potrzymać na kolanach i opowiedzieć jakąś bajkę, zanim zasnęła. Zamiast bajek Luna często deklamowała po prostu przysłowia goblideguckie, jedno za drugim. Działały na małą jak eliksir usypiający. Określenie "mała" było jednak nie całkiem na miejscu, jeśli chodziło o Nell Longbottom. Była największym i najdorodniejszym (no, poza Crabbem i Goylem) pięciolatkiem w grupie Goblinków, co było dość kłopotliwe, zwłaszcza dla tak nieśmiałej dziewczynki, która najczęściej marzyła o tym, aby móc zrobić się mniejszą od znicza i ukryć się tam, gdzie nie znajdzie jej nawet najlepszy szukający.
Luna jęknęła i wyprostowała z trudem kręgosłup. Nell natychmiast przykryła się kocykiem razem z głową i westchnęła cichutko przez sen. Luna, w zamyśleniu bawiąc się swymi kolczykami w kształcie truskawek (Goblinki uwielbiały jej kolczyki i co dzień zgadywały, jakie tym razem owoce będą zdobiły uszy pani Lovegood) przyglądała się jej i zastanawiała, jak to się dzieje, że dzieci bywają tak podobne do swych rodziców. To znaczy, niby wiedziała, jak się to dzieje - pamiętała z kursu psychomagologii wykłady o dziedziczeniu, powielaniu wzorców i takie tam - ale nieodmiennie ją to zadziwiało. Wśród potarganych główek śpiacych malców wyszukała dwie rude czupryny należące do Ralpha i Ricka Weasleyów. Pierwszy z nich zasnął z wirującym lizakiem w buzi oraz z garścią rozpływających się już landrynek malinek (gdyby zobaczyła to Harriet, pewnie wygłosiłaby pogadankę o próchnicy zębów), a drugi spał z miną mówiącą, mniej więcej: "To nie ja zrobiłem, proszepaniom!". Na leżaczku obok leżała, przytulona do grubego tomu baśni Grimm, Harriet Granger, o lokach swej matki i bystrych oczach ojca, który zniknął, zanim te oczy zdążyły go zobaczyć. Pod oknem, w jedwabnej gustownej piżamce spał, dostojnie rozłożony na wznak (jednak z kciukiem w ustach) Rocco Malfoy. Po obu stronach Malfoya, w skotłowanej pościeli swych leżaczków, pochrapywali donośnie Craig Crabbe i Gandalf Goyle. Luna zawsze musiała powstrzymywać się od śmiechu, gdy pan Goyle odbierał po południu swego syna i wołał go: "Gandalfie!", a z sali wytaczała się nieduża, śmieszna kuleczka o pyzatym obliczu, kręconych czarnych włosach i gapowatym spojrzeniu. "Imię trafione w równym stopniu, jak trafiliby rodzice profesora Snape'a, nazywając go na przykład Angelo" pomyślała Luna, zachichotała i sięgnęła po "Żonglera" z zeszłego miesiąca. Odkąd umarł jej ojciec, czytała "Żonglera" nieregularnie i tylko z przyzwyczajenia. O wiele bardziej pasjonowały ją teraz artykuły z mugolskich pism, które prenumerowała: "Ezoteria, egzoteria, biżuteria", "Nie! Do! Wiary!", "Nasz codziennik" oraz "Fuckt". Czytając je Luna przekonywała się nie raz, że są rzeczy, o których nie śniło się nawet czarodziejom...
Usadowiła się wygodnie (o ile to w ogóle możliwe na krzesełku przeznaczonym dla osobników o wzroście góra czterech stóp), przysunęła sobie miseczkę nieco dziwnych ciasteczek i jeszcze raz spojrzała na śpiące Goblinki. Sala wyglądała, jak sypialnia aniołków. I pomyśleć, że jeszcze dwa miesiące temu Luna miała tu coś na kształt buntu pomiotów Voldemorta...
***

- Posłuchaj, Luna, czy jesteś zdecydowana? - Jodie wpatrywała się w Lunę z napięciem i dziwną troską na twarzy.
- Tak. Już ci mówiłam, Jo.
- Ale czy jesteś najzupełniej pewna, że tego chcesz?
- Tak! Najzupełniej pewna - Luna zaczynała tracić cierpliwość. - A niby po co tu przyszłam?
- Jeszcze możesz się wycofać...
- Jo! Daj mi te papiery - Luna wyciągnęła rękę po dokumenty. Jednak Jodie wahała się jeszcze przez chwilę.
- Bo zacznę wrzeszczeć! - ostrzegła Luna.
Jodie Jenkins westchnęła ciężko, podała Lunie teczkę z dokumentami i zaczęła mówić lekko zrezygnowanym głosem:
- A wiec dobrze. Skoro jesteś pewna... Ale nie miej do mnie pretensji, jeśli... - tu napotkała krwiożercze spojrzenie szarych oczu Luny. - Dobrze już, dobrze. Więc - dostaniesz grupę Goblinków. To są pięciolatki. Teoretycznie, jako początkująca, powinnaś zająć się Gumochłonkami, znaczy trzylatkami, ale masz zbyt wysokie kwalifikacje. Gumochłonków pilnuje...khm khm... Berta Boomer.
- Taka duża, czarna, z wąsem?
- Tak - skrzywiła się Jodie. - Już ją widziałaś?
- Prowadziła maluchy na spacer.
- Powiązane sznurkiem?
- Aha.
- I wrzeszczała przez tubę?
- No.
Jodie westchnęła i wbiła wzrok w stojącą przed nią plakietkę głoszacą : "Jodie Jankins. Dyr. przedszk. czarodz. Wesoły Kociołek".
- Wiesz, gdyby to ode mnie zależało... Ale ludzie w departamencie edukacji uważają, że trzyletnie dziecko potrzebuje jedynie kogoś, kto bedzie mu umiał wytrzeć...no wiesz...
- Pupę?
- Właśnie. A ponieważ bardzo trudno dziś o przedszkolankę, wzięli pierwszą lepszą z ulicy, która się zgłosiła. Lepsze sztuki - uśmiechnęła się do Luny - trafiają do starszych grup. Zresztą, Gumochłonków jest tak mało, że obawiam się, czy niedługo w ogóle nie zaniechamy naboru. Dzieci w tym wieku rodzice wolą jeszcze trzymać w domu. Dopiero pięcio- sześciolatki są masowo zapisywane. Wiesz, rodzicom zależy na jak najlepszym przygotowaniu do nauki w szkole... No więc, ty masz Goblinki, Gruba Berta...yyy, Pani Boomer - Gumochłonki, Audrey Ashby ma czterolatki, czyli Trytonki, no a ja Smoczki, starszaki.
- Aaa...co się stało z kobietą, która była przede mną?
Jodie znów się skrzywiła i zakłopotana wbiła wzrok w dyrektorskie biurko.
- Pani Mellon?... Jest w Mungu...
- Chora?
- No, można tak powiedzieć...
- Coś poważnego? - Luna uniosła brwi, bo Jodie z jakichś powodów najwyraźniej nie chciała mówić o chorobie pani Mellon. - Mi chyba możesz wyjawić? A co będzie, jak wróci? Odprawicie mnie?
- Nie, Luna, to nic poważnego. Mają ją wypuścić w przyszłym miesiącu. I nie, nie wróci. O to nie ma obawy. Może przejdźmy do twoich obowiązków, co? Program masz w teczce, musisz przerobić minimum programowe, reszta według twojej fantazji. Pięciolatkom, według Nowych Przepisów Po Voldemorcie, wolno używać różdżek, ale tylko w wersji minor. Nie wolno używać zaklęć powyżej stopnia "0". Nie wolno przynosić swojego jedzenia, chyba, że w ilościach dla całej grupy. Nie wolno latać na miotełkach w budynku przedszkola. Miotełki dozwolone to tylko Mopki i Jagusie. Nie wolno korzystać z kominka bez zezwolenia wychowawczyni - czyli twojego. Nie wolno...
- Ej, stop. Czy coś w ogóle tym biednym dzieciom wolno? To przedszkole, czy kolonia karna?
- Biednym? Khm khm... - Jodie odchrząknęła i kontynuowała. - Zawsze miej przy sobie różdżkę. Pamiętaj jednak, że zakaz używania niewybaczalnych obowiązuje także tutaj.
- Zwariowałaś?! Podejrzewasz, ze rzucałabym cruciatusem w dzieciaki?!
Jodie uniosła tylko brwi i ciągnęła dalej:
- Zestaw przedszkolanki, czyli Trzy Razy S - wiesz, co to?
- Hmm. SSS? Nie mam pojęcia.
- Czego oni was uczą na tych kursach? - mruknęła Jodie. - SSS, czyli Scurge, Silencio, Sonorus. No, i dodatkowo Protego - dodała po namyśle. - Najbardziej użyteczne zaklęcia.
Luna pomyślała chwilę. No tak. Oczyszczanie, uciszanie, podgłaśnianie samej siebie. Ale zaklęcie tarczy?
- Przydatne w czasie posiłków, Luna - uśmiechnęłą się krzywo Jodie. - Dla twojego własnego bezpieczeństwa. Gdy rzucają w siebie jedzeniem.
***

Luna Lovegood wracała do domu na skrzydłach. Czuła się, jak młody bogin. Przeskakiwała pokryte lodem kałuże, powiewała swym długim na dwanaście stóp szalikiem w kolorach gryfońsko - krukońsko - puchońsko - ślizgońskich ( z domieszką seledynu, różu, fioletu i oranżu), strasząc gawrony, które krakały obrażone i wzlatywały wysoko ponad dachy Pokątnej.Co chwilę patrzyła w ostro świecące styczniowe słońce i śmiała się do siebie samej i do przechodniów. Zatrzymała się przed niedużą cukiernią, pogrzebała w kieszeniach swego futerka w paski zebry i znalazła kilka sykli.
- A, co tam, raz mogę zaszaleć. W końcu dostałam pracę, no nie? - mrugnęła do swego odbicia w witrynie. Poprawiła czerwoną czapkę z rogami Wikinga i weszła do środka.
- Jakie ma pan największe lody?
- Hm - sprzedawca zerknął na rogatą czapkę. - Monteweresty, o smaku gumijagód, na patyku. Ale jest zimno, mróz, proponowałbym pani...
- Monteweresta, proszę! - przerwała Luna i położyła na ladzie zawartość kieszeni.- Reszty nie trzeba!
Gdy dostała olbrzymiego, wielkości małego parasola loda jagodowego, oblanego białą, czarną i brązową czekoladą, z poruszającą się figurką Yeti na czubku, usiadła przy stoliku i, patrząc na oszronioną, ośnieżoną i oblodzoną ulicę Pokątną, zaczęła rozmyślać o swej świetlanej przyszłości. I trochę - ale ostrożnie - o przeszłości. O teraźniejszość się nie martwiła. Teraźniejszość miała smak gumijagód i przyjemnie mroziła zęby. Trzeba tu nadmienić, że to, co jest nieprzyjemne dla większości ludzi, było często przyjemne dla Luny Lovegood, i na odwrót. Co prawda było kilka tych rodzajów przyjemności, do których zamiłowanie Luna dzieliła z resztą populacji ludzkiej. Ale na pewno nie były to upodobania kulinarne, ani tak zwane nawyki higieniczne. Luna uwielbiała na przykład poranny ( a takze popołudniowy, wieczorny i - jak się dało - także południowy) zimny prysznic. Rozkoszowała się myślą o nocnym spacerze boso - po zimnych płytkach podłogowych - w kierunku lodówki. Z nudów ( a czasem, aby oszukać żołądek...) chrupała kostki lodu. A szalik i czapkę nosiła tylko dla fantazji. Gdyby komuś ("Ale niby komu, cha cha cha..." - ponury śmiech Luny) przyszło do głowy zajrzeć do Luniastej lodówki, ujrzałby cytryny, równo poukładane w pojemniku na jajka, na półkach - kiwi, papryczki chili, grejpfruty, pudełka sera pleśniowego, słoiki ogórków konserwowych i butelki żurawinowego soku. W zamrażalniku zaś - stosy różnokolorowych kostek lodu. Luna Lovegood była wegetarianką. Luna Loovegood lubiła jeść morderczo pikantne, wściekle kwaśne i zabójczo zimne potrawy. Zaś jedynym alkoholem, jaki tolerowała, była mugolska Finlandia Crunberry. Z tego względu Luna mało piła. Zwyczajnie nie było ją na to stać. Czasami nie było jej nawet stać na psie herbatniki - jej ulubioną przegryzkę. "Kto to wymyślił, żeby ciastka dla psów były droższe od tych dla ludzi? I to ma być równouprawnienie?!" Ciastka dla psów były wyborne. Bez cukru. Pszenne, żytnie i kukurydziane. Chrupiące. W kształcie kosteczek i z uroczym napisem na każdej sztuce. Napis głosił: "Woof". Luna je ubóstwiała. Luna Lovegood była szalona. Naprawdę.
Teraz patrzyła na swoje odbicie w szybie, które pojawiało się, gdy chmury zasłaniały słońce i, uśmiechając się lekko, myślała o swojej nowej pracy, o tym, że nareszcie będzie robiła coś pożytecznego, że nareszcie będzie miała więcej - niż tylko z nędznej renty po ojcu - pieniędzy. "Na kudłatego Merlina! Ile ja sobie kupię ciastek dla psów!" - pokręciła głową, rozmarzona. "I sanki! Nareszcie kupię sobie sanki!" - popatrzyła z entuzjazmem na śnieg za oknem. Jazda z górki na starej reklamówce była co prawda całkiem fajna, ale sanki to jednak sanki! "A księga przysłów?!" - Luna aż podskoczyła na krzesełku, a sprzedawca znów zerknął na nią z dziwnym wyrazem twarzy. "Na beret Merlina!". Oczami wyobraźni Luna widziała już siebie, jak wychodzi z Esów i Floresów z "Wielką Księgą Przysłów Goblideguckich" pod pachą. Luna Lovegood uczyła się języka goblideguckiego na kursie korespondencyjnym. To było jej hobby. Jedno z tysiąca. A Księgę Przysłów znała już prawie na pamięć, bo co dzień chodziła ją sobie poczytać do Esów.
Luna nigdy się nie nudziła. Fascynował ją cały świat. A właściwie dwa światy - i ten czarodziejski, i ten mugolski. Cały czas miała coś do roboty, coś do czytania, lub - chociażby - coś, nad czym mogłaby podumać. Tym, o czym lubiła dumać najmniej, była ona sama, niestety. A zwłaszcza jej obecna sytuacja życiowa. Luna lubiła siebie, co do tego nie było wątpliwości. A to, czy lubią ją inni, było już mniej ważne. Jednak czasem czuła, że miło byłoby, naprawdę tylko czasem... wiedzieć, że ktoś, ktoś tam, ją, Lunę, lubi. Luna często delektowała się samotnością i umiała być sama. Jednak są rzeczy, których człowiek nie może robić w samotności. A przynajmniej nie powinien...
Widywała się czasem z Hermioną Granger i resztą Gwardii Dumbledore'a. Ale wszyscy (no, prawie wszyscy...) pozakładali już swoje rodziny i najzwyczajniej nie mieli czasu. Hermiona zmagała się z życiem, wychowując samotnie córeczkę, pracując w mugolskiej szkole oraz dorabiając jako korepetytorka z numerologii, run, eliksirów i paru innych przedmiotów. Luna często pomagała jej, zostając wieczorami z Harriet. No i widywała Hermionę praktycznie tylko w przelocie - gdy ta zostawiała u niej lub odbierała małą.
Luna miała kiedyś gumochłona, ale zdechł (za dużo cytryn?). Miała też papużkę, ale wyleciała przez okno i już nie wróciła ("Jeszcze nie zwariowałam, żeby więzić ptaka w klatce!"). Czasem naprawdę, naprawdę brakowało jej kogoś. Ludzi. A zwłaszcza tej drugiej połowy ludzkości. Tej silniejszej, bardziej umięśnionej, co to się codziennie goli, i takie tam. Tej w spodniach.
Luna spochmurniała. "A niech mnie gargulec ściśnie. Co mnie tak wzięło?..." Oblizała patyczek po lodzie, po czym przyjrzała mu się i schowała do swej przepastnej torby w kształcie biedronki - giganta. Słońce schowało się za chmurami i zobaczyła swoje odbicie w szybie. Nie była ładna. Nie była też brzydka. Taka zwyczajna, Luniasta. Gdyby nie szaleństwa kolorystyczne, które zwykle nosiła na sobie, pewnie zlałaby się całkowicie z tłem i nikt by jej nie zauważył. "A czy teraz ktoś mnie w ogóle zauważa? Pomijając sprzedawcę, który od piętnastu minut nie spuszcza ze mnie oka i obleśnie się oblizuje?". Poprawiła rogi Wikinga, omotała się szalikiem i wstała od stolika. Westchnęła. Ani ładna, ani brzydka. Ani mądra, ani głupia. Ani młoda, ani stara: dwadzieścia pięć lat to dla czarodzieja jakaś jedna czwarta życia. "Dwadzieścia pięć lat i - przełknęła ślinę - jeszcze nigdy (na szelki Merlina, czy muszę teraz drążyć ten temat?!), jeszcze nigdy nie byłam to coś. Zakochana, znaczy się. No... raz. Ale fatalnie i bez wzajemności. A to się nie liczy."
Ruszyła smętnie do wyjścia. Dobry nastrój prysł.
- Może jednak napije się pani czegoś ciepłego? - spytał mężczyzna zza lady i rzucił jej przeciągłe spojrzenie. - Właśnie parzę herbatę.
- Nie, dzięki. Nie lubię ciepłych rzeczy. A poza tym - wskazała na parującą herbatę - wie pan, co może być w środku?
- W środku? - sprzedawca zerknął do filiżanki.
- No, w fusach. Czytałam w jednej mugolskiej gazecie, że ufoludki - wie pan, takie ludziki z kosmosu - dodają do liści herbacianych niewidoczne gołym okiem opiłki metali. Aluminium na przykład.
- Alu...minium? - mężczyzna patrzył niepewnie na swoją herbatę.
- Tak. A potem, jak już będzie pan to miał w brzuchu - a domyślam się, że sporo pan tego pije - ufoludki przylecą takim wielkim spodkiem, z ogromnym magnesem. Takim czymś, co przyciaga metale - nawet aluminium.
- Spodkiem?...
- Tak. I przyciągną pana na pokład tego spodka. A potem, to... lepiej nie myśleć, co z panem zrobią. A różdżki, jak pan zapewne wie, nie działają poza atmosferą ziemską. Do widzenia. Lód był pyszny. Proszę pozdrowić Gumisie. I proszę pamiętać: "Tyrde ventybs bladvak"(1) !
Drzwi za Luną się zatrzasnęły. Sprzedawca zaś długo oglądał filiżankę, herbatę i spodek, a na koniec potrząsnął głową i szepcząc ze zgrozą: "Aluminium!" wyrzucił całość do kubła na śmieci.

(1) "Spóźnieni dostają oskardem" - stare przysłowie goblideguckie

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Odcinek 2

Postautor: archiwalny » 02.02.08, 18:21

Odcinek 2

- Cześć, Luna - Jodie Jenkins wychyliła głowę z sali Smoczków, zza drzwi której dochodziło chóralne:
Lord Voldemort mocno śpi
Lord Voldemort mooocnooo śpi
My się nie boimy
W kółeczku tańczymy
Bo gadzina wiecznie śpi
Bo gadzina wiecznie śpi!

- Leć na górę, Fafik już pewnie nie wytrzymuje.
- Fafik? - Luna spojrzała na Jodie nieprzytomnie.
- Skrzat z kuchni. Wysłałam go, żeby przypilnował Goblinków, dopóki nie przyjdziesz. On jest trochę, yyy...wybrakowany. Taki skrzaci charłak. Tak że niewiele może. Jedynie Lumos, i to z palca. Wiesz, coś w rodzaju samobieżnej latarenki. Przydaje się, gdy trzeba coś przynieść z piwnicy, he he.
- Lumos z palca? - uśmiechnęła się Luna. - Jak E.T.?!(1)
- Hm?
- A, nieważne.
Luna widziała kiedyś film "E.T." w kinie, gdzie była na czymś w rodzaju randki z pewnym mugolem poznanym w lunaparku. Film ją zauroczył. Mugol - wręcz przeciwnie...
- Na przyszłość się nie spóźniaj, dobrze?
- Jasne... przepraszam... - Luna zerknęła na swoje cztery zegarki. Niestety, każdy pokazywał inną godzinę.
- Masz różdżkę?
- Jak zawsze - Luna pstryknęła się palcami w ucho.
- No, to powodzeeee... - Jodie została wciągnięta do sali przez grupkę sześciolatków, podskakujących jak sklątki na gorącej patelni i wrzeszczących:
- Proszepaniom, proszepaniom! Eddie nie chce być Voldemortem! A na niego wypadło "bęc"!!!
Luna, zdejmując w pośpiechu czapkę i szalik, poszła schodami na górę. "Jakie te dzieci są dzisiaj inne" - pomyślała. To było pokolenie urodzone już Po Voldemorcie i nie miało problemów z wypowiadaniem Wiadomego - Imienia. "Jak to mówią: Bladvakys motant yt ny motanter yn yls(2) " - pokiwała zadumana głową i przeskoczyła stopień opatrzony tabliczką "Trefny schodek. Łaskocze w piętę". Na ścianach wzdłuż schodów wisiały dziecięce rysunki, wykonane zapewne magicznymi kredkami, bo postacie na obrazkach się poruszały. W przeważającej części były to portrety Harry'ego Pottera (można go było poznać po bliźnie na czole, często olbrzymiej jak cała głowa), który celował różdżką w Voldemorta, bazyliszka, dementora, czy innego stwora. Luna westchnęła na ten widok i posmutniała nieco. Poprawiła kolczyki w kształcie bananków i otworzyła drzwi z napisem "Grupa III. Goblinki. Wchodzisz na własną odpowiedzialność".
Pierwszym, co spostrzegła, było migające światło. Rudowłosy, szczupły chłopczyk stał pod unoszącym się pod sufitem kandelabrem i recytował z niespotykaną wręcz prędkością (i znakomitą dykcją): "Lumosnoxlumosnoxlumosnoxlumosnox!", a świeczki zapalały się i gasły. Luna poczuła się jak na dyskotece, na którą zabrał ją kiedyś poznany na lodowisku dość przystojny, ale przeraźliwie nudny mugol. To było straszne. Jeszcze nigdy nie uciekała jak tamtej nocy, zbombardowana dźwiękiem, światłem i nijakością mugola. Zgubiła nawet but! (I to jej ulubiony kaloszek, w beczące owieczki. Pech!) Potem przez kilka dni ukrywała się w domu - bała się, że mugol może znać bajkę o Kopciuszku...
- Ricku Weasley - odezwała się, zerkając na plakietkę na piersi chłopca, która głosiła: "Ralph Weasley". - Nie możesz się zdecydować? Czy jakieś problemy z koncentracją?
Rick Weasley, bo to, w rzeczy samej, był on, rzucił radosne:
- Ciociu Luno! - oraz - Lumos!
Gdy światło zapaliło się na dobre, różnorakie (mniej lub bardziej hałaśliwe) akcje odbywające się w sali, tak jakby ustały. Dziewczynka latająca na miotełce wokół kandelabra, zawisła w bezruchu. Dwie inne dziewczynki, oplątujące uśmiechniętego od ucha do ucha chłopca Niekończącą Się Taśmą, zatrzymały się w biegu wokół jego krzesełka. Eksplodująca talia kart do gry w "Petera" wybuchła po raz ostatni ("Jesteś Pettigrew! Ha ha ha!" - grupka dzieci wytknęła palcami chłopca, który został z ostatnią kartą w ręku, a jego usta zaczęły niebezpiecznie przypominać testralową podkowę). Ręka chłopca dorysowującego oburzonemu portretowi Mary Poppins obfitą, srebrzystą brodę, przestała pracować. Czekoladowe żaby zeskakiwały ze stolików i powoli rozpełzały się po kątach.
Dzieci lustrowały Lunę.
- Ciociu? - dał się nagle słyszeć ironiczny chłopięcy głosik. - Chyba raczej "proszepaniom"?
Drobny blodnynek o szlachetnych rysach, błękitnym wejrzeniu i plakietce "Rocco Malfoy" na piersi wymachiwał od niechcenia małym bacikiem i patrzył wyzywająco to na Ricka, to na Lunę. W drugiej ręce trzymał końce skakanek, do których uwiązanych było dwóch innych, tłuściutkich pięciolatków.
- ProszĘ paniĄ, jeśli już - dobiegło spod okna.
- A ty się, Granger, zamknij, dobra?
Na Harriet Granger nie zrobiło to większego wrażenia. Spojrzała na Rocco z politowaniem i rzuciła:
- Co do zamykania... - znacząco wskazała palcem na zabawkową kuchenkę stojącą w kąciku imitującym gospodarstwo domowe. Za ciemną szybką piekarnika coś się poruszało. Słuchać też było delikatne postukiwanie. Luna podeszła do kuchenki i przykucnęła.
- Czy mi się zdaje... - zmarszczyła nos - czy tam jest coś małego, czarnego i pukającego w szybkę?
Dzieci zachichotały.
- Małe - tak. Ale nie calne - uśmiechnął się szczerbato kędzierzawy malec, zaopatrzony w plakietkę "Bobby Briggs". - Moze pani otwozyć!
- Myślisz? - Luna wpatrywała się z powagą w piekarnik. - A jeśli rzuci mi się do gardła?
Dzieci rechotały już na całego.
- Nieee! Nie rzuci!
- No, nie wiem. Ja tam wolę być ostrożna.
- Nie zuci, nie zuci. Bo to tylko sksat! - Bobby Briggs pociągnął za uchwyt piekarnika. Ze środka wyjrzał lękliwie szpiczasty nos, a za nim wielkie oczy i kłapciaste uszy.
- A kuku? - pisnął pytający głosik. - Dzień dobry, proszę pani. Czy mogę już wyjść?
- Możesz, możesz.
- Dziękuję, proszę pani. Do widzenia, proszę pani - skrzat chyłkiem podążył ku drzwiom, zdejmując z siebie po drodze sznurek plastikowych koralików oraz papierową koronę księżniczki.
- Hej!!! - wrzasnął Rick Weasley. - Pieczeń ucieka!
- Królewska!!! - zaryczał cienko Rocco Malfoy i strzelił z bata. - Wio, rumaki! Za pieczenią!
Chłopcy podpisani jako Gandalf Goyle i Craig Crabbe ruszyli dziarsko z kopyta i pogalopowali w kierunku drzwi, ciągnąc za sobą ledwo nadążającego Rocco. Luna oderwała się od kontemplacji jednej z czekoladowych żab, która pełzła po podłodze na tyle szybko, na ile pozwalała jej na to odgryziona w połowie noga, i zawołała:
- Stop! - zmarszczyła swoje prawie niewidoczne brwi i złapała Rocco za ramię. - Czytałam wasz regulamin. Zasada numer jeden: nie wolno wychodzić z sali bez pozwolenia.
- Puszczaj! - wyrwał się Rocco, spojrzał na Lunę z pogardą i, wywijając bacikiem, opuścił salę. - Wio!
Lunę mocno poruszyła pogarda w oczach pięciolatka, ale nie miała kiedy się nad tym głębiej zastanowić, bo reszta dzieci zaczęła wysypywać się przez otwarte drzwi na zewnątrz.
Luna Lovegood nie należała do osób, które wpadają w panikę (nie licząc chwilowych ataków tejże, gdy czasem spojrzała w lustro lub kalendarz). Na ogół ze spokojem radziła sobie z rzeczywistością i nawet w sytuacjach tak dramatycznych, jak te, które miały miejsce w Hogwarcie za czasów Gwardii Dumbledore'a oraz potem, gdy Voldemort został ostatecznie pokonany (A Gwardia miała w tym niemały udział), Luna zachowywała zimną krew. Jednak w tym momencie poczuła, że, delikatnie mówiąc, wymięka. Oczami swej wyobraźni (a oczy te były przenikliwe tak samo, jak jej zwyczajne oczy, a może nawet bardziej) widziała już Goblinki biegające samopas i w kapciach po całej Pokątnej, a także dalej, po całym Londynie, i wpadające masowo pod koła samochodów i piętrowych autobusów, tudzież lądujące w łapach magofili (są tacy! było w ostatnim "Żonglerze" - niewinnie wyglądający mugole, którzy polują na opuszczone dzieci czarodziejów, a następnie robią z nimi różne straszne rzeczy - między innymi wyciskają z nich magiczną esencję, do ostatniej kropelki. Cokolwiek to oznacza...). Luna pobladła. Zrobiła się blada jeszcze bardziej, niż zwykle była (ktoś, kto żywi się psią karmą, cytrynami i mrożoną H2O, nie może wyglądać szczególnie zdrowo). Złapała się futryny drzwi i ryknęła:
- Stać!!!
Jednakże ryk wypadł nieszczególnie. Właściwie, wcale go nie było słychać. Zagłuszały go odgłosy galopady, "Wio! Wio! Wio!" Malfoya oraz pisk reszty Goblinków.
- Kmh, khm - Luna odchrząknęła i nabrała powietrza w płuca z zamiarem ryknięcia po raz kolejny.
- Ciociu, to jest absolutnie bez sensu. Oni i tak nie przyjdą.
Luna obejrzała się na Harriet Granger, która siedziała spokojnie przy stoliku i czytała "Ilustrowaną historię przedszkola Wesoły Kociołek".
- Jak to - nie przyjdą?
- Ano, tak - filozoficznie odpowiedziała Harriet.
- Im bardziej będzie pani krzyczyć, tym bardziej nie przyjdą - uściślił jakiś chłopiec, zajęty wycinaniem wzorków w firance.
- Ale nie mogą sobie przecież tak... coś się stanie, ja muszę dbać o wasze bezpieczeństwo! A jeśli wyjdą na zewnątrz i... - Luna wyjrzała na korytarz, gdzie trwała obława na pieczeń królewską.
- Oczywiście, że nie wyjdą. Tu wszędzie są pozakładane blokady - wzruszyła ramionami Harriet.
- Tereportycyjne też! - dorzuciła czarnoskóra dziewczynka, przerywając na moment kierowanie krzesełkiem za pomocą różdżki. Krzesło skończyło tańczyć coś w rodzaju polki galopki, zatrzymało się w miejscu i przytupywało jedynie nogą.
- Te-le-por-ta-cyj-ne, DeeDee! - pokręciła głową Harriet. Na to DeeDee wywaliła w jej kierunku na wierzch cały język.
- Tonga longa! - reakcja Harriet była natychmiastowa. Luna nawet nie zauważyła, kiedy i skąd dziewczynka wyjęła różdżkę.
- Mmpf! Mmpfllmpf! Blfeeee... - rozpłakała się mała DeeDee, z językiem aż do pasa.
- Harriet! - Luna ze zmarszczonymi brwiami podeszła do dziewczynek. - Tonga brevis! Dlaczego to zrobiłaś?! - to było wyjątkowo podłe, choć na oko niewinne, zaklęcie, bo człowiek sam - z powodu seplenienia - nie mógł się odczarować
- Zrobię to jeszcze raz, jeśli tylko znów zobaczę ten jęzor! - Harriet obraziła się i ukryła za książką.
Luna była zła. Obiecała sobie, że w przedszkolu ograniczy używanie różdżki do minimum. Dlatego wydzierała się, zamiast użyć Sonorusa. Jednak okazało się, że nieużywanie absolutnie nie wchodzi w grę. Co więcej - zaczynała rozumieć, dlaczego Jodie wspomniała o niewybaczalnych... Usiadła na karłowatym krzesełku, zwiesiła ręce aż do ziemi i patrzyła smętnie na drzwi, zza których dochodziły odgłosy jako żywo przypominające te z zagrody wściekłych hipogryfów.
DeeDee, otarłszy ostatnie łzy, podeszła do niej i uśmiechnęła się słodko.
- Proszepaniom? Będzie pani naszą nową panią, prawda? A jak pani ma na imię?
- Luna.
- Luna... Luna... - chłopiec spod firanki szukał rymu. - Pomyluna?! - zerknął chytrze na Lunę.
- Tak - odpowiedziała ta, unosząc brwi. - Skąd wiedziałeś?
Chłopczyk, który spodziewał się zupełnie inej reakcji, spojrzał na nią z zaskoczeniem i uznaniem.
- Ty jesteś Harriet, ty DeeDee, a ty... Jimmy, tak? A po co wam właściwie te plakietki? Dziwny pomysł.
- Jak to - po co? - Harriet postanowiła najwyraźniej się odbrazić i wyjrzała zza książki. - To proste - żeby panie wiedziały, jak mamy na imię.
- Nie można się tego po prostu nauczyć? Epidemia Obliviate wśród przedszkolanek?
- Nauczyć się piętnastu imion w dwa dni? Niewykonalne.
- Dlaczego w dwa dni? - Luna potoczyła zdezorientowanym spojrzeniem po trojgu Goblinków.
- Och, bo żadna pani nie wytrzymała z nami dłużej, niż dwa dni!
- E, nieprawda. Pani Mellon była długo!
- Tak! - rozmarzyła się DeeDee gramoląc się Lunie na kolana. - Pani Melonik była fajna! Szkoda, że musiało ją zabrać potogo... pogogo...
- Po-go-to-wie. Ja też lubiłam panią Mellon - Harriet zatrzasnęła książkę, uznając najwidoczniej, że konwersacja będzie ciekawsza od historii nocniczków w Wesołym Kociołku. - Ale ona już nie wróci...
- Co jej się właściwie stało?
- Ach, chłopcy ją trochę... khm, khm... rozwścieczyli. To było przed Gwiazdką. Miała chyba ciężki dzień. Na koniec dostała jakiegoś ataku i rzuciła Tarantallegrą sama na siebie. Przykra sprawa...
- Nie przykra! - DeeDee podziwiała z bliska banankowe kolczyki Luny. - Ładnie tańczyła!
- No! I w tych łańcuchach z choinki, cośmy ją ustroili, ładnie wyglądała - uśmiechnął się Jimmy.
- I z gwiazdą na głowie! Ładnie, ładnie tańczyła.
- Może jeszcze tańczy? - zastanowił się Jimmy.
Luna mimowolnie prychnęła śmiechem.
- Nie tańczy - odezwał się cichy i poważny głosik. - Byliśmy na Nowy Rok w szpitalu u dziadków. Widziałam ją, i nie tańczyła.
- O, Nell - Luna uśmiechnęła się na widok córeczki Neville'a. Nie widziała jej od bardzo dawna i od tamtej pory dziewczynka zdążyła, hmm, trochę urosnąć. - Co tam robisz? Nie zauważyłam cię.
- Rysuje - machnął ręką Jimmy.
- Ona tylko rysuje - szepnęła konspiracyjnie DeeDee.
Z korytarza dobiegło dzikie: "Na ruszt go! Na ruszt!".
Luna popatrzyła na kredki Nell i zastanowiła się.
- Czy wy umiecie czytać?
Harriet prychnęła, Jimmy odparł: "Trochę!", a DeeDee wyznała:
- Umiem przeczytać ten napis nad drzwiami do przedszkola. Tam pisze: "Przeczkole".
- Hmm, no tak - Luna zamyśliła się nad dziwnym systemem edukacji czarodziejów, dzięki któremu pięciolatek bez problemu potrafił doprawić koledze skrzydełka, natomiast nie radził sobie ze składaniem liter. - A reszta?
- Bliźniaki potrafią. I Rocco też. Rocco umie nawet pisać, bo ostatnio widziałem, jak napisał na drzwiach w łazience takie słowo... ała! I czemu mnie kopiesz, Harriet?!
- Dobra, to słuchajcie. Mam pomysł. Nell, pożyczysz nam kredki i papier? Jak to mówiłeś, Jimmy? Im bardziej krzyczę, tym bardziej nie słuchają? No więc dobrze. Na przekornych też są sposoby.
***

Rocco Malfoy uznał akcję "Pieczeń Królewska" za zakończoną pomyślnie. Fafik co prawda im się wymsknął (nie mogli zbiec ze schodów, przez głupią blokadę, która na skrzaty nie działała), ale za to zbombardowali go z góry jego koralami (i paroma innymi przedmiotami - co kto miał po kieszeniach lub wyniósł z sali). Malfoyowi zaczynało się nudzić.
- Chłopaki - zwrócił się do braci Weasley - macie jeszcze te Bum-Bobki?
- Mamy, a co?
- To dajcie, zrobimy niespodziankę tej nowej. Wiecie - małe bum pod drzwiami.
- A co ty nam dasz?
- Dawajcie, bez wygłupów.
- Za darmo?!
- Rocco, za darmo to możesz sobie sam bobka zrobić!
Reszta chłopaków zarechotała, a dziewczynki się skrzywiły.
- Jesteś wstlentny, Lalph! - rzuciła błękitnooka szczerbata piękność, zapatrzona w Rocco jak w obrazek.
- Ech, nie to nie! - Rocco wiedział, że z bliźniakami nie wygra. Postanowił samemu coś wymyślić i poszedł pod drzwi.
Na drzwiach zaś wisiała duża kartka papieru. Wcześniej jej nie było. Napis na niej głosił: "ABSOLUTNY ZAKAZ WSTĘPU!!!".
- Co?! - Rocco ze złości aż podskoczył w górę. - Co takiego?! Zaraz zobaczymy! - bez namysłu nacisnął klamkę i wpadł do środka.
- Ha - ha - ha! - zaśmiał się dziko i rozejrzał po sali, czekając na efekt. Przy stoliku pod oknem siedziała ta nowa, z czwórką największych gamoniów w grupie. Bazgrali coś kredkami, a jego "wejście smoka" nie zrobiło na nich większego wrażenia.
- O, Rocco? - Luna zerknęła na niego lekko nieprzytomnym wzrokiem. - Na drzwiach jest kartka. Umiesz czytać?
Rocco szybko rozpatrzył w myślach plusy i minusy każdej z możliwych odpowiedzi.
- I tak, i nie! - rzucił w końcu, wyzywająco.
Luna zachichotała w duchu i musiała przyznać mu punkt za dyplomatyczne podejście.
- Zostaję! Nikt nie może mi zabronić! Chodźcie! - machnął ręką na resztę Goblinków. - Właźcie! Jest zakaz wstępu!
***

Reszta dnia minęła całkiem znośnie. Raz nawet zajrzała do sali Audrey Ashby, opiekunka Trytonków, zaniepokojona podejrzaną ciszą.
- Już myślałam, że się wszyscy nawzajem wytłukli, a ciebie ukatrupili!
A cisza zaległa z tej prostej przyczyny, że niemożliwością jest wrzeszczeć z całym obiadem wpakowanym hurtem do buzi. Luna zorganizowała bowiem konkurs na najszybsze zjedzenie swojej porcji. Co prawda, musiała cztery razy użyć zaklęcia antyuduszeniowego, ale za to uniknęła tradycyjnej bitwy na jedzenie.
Rocco Malfoy był skonsternowany, jak nigdy dotąd. Nikt mu nie mówił "zrób to", ani "nie rób tamtego", i nie bardzo mógł sobie z tym poradzić. Luna Lovegood była pierwszym dorosłym, który zbił go z pantałyku. Nie było się przeciwko czemu buntować! Nawet gdy demonstracyjnie opuszczał salę, na zewnątrz widział informację o zakazie wstępu, który to zakaz musiał oczywiście natychmiast złamać. Wchodził więc z powrotem. I tak w kółko. W końcu usadowił się w progu i łypał ponuro na resztę Goblinków, które podlizywały się nowej, jak tylko mogły. Banda gamoniów.
Nie licząc małego wypadku z różdżką Ralpha (Rick wrzucił ją do toalety i spuścił wodę, co spowodowało tak zwany "ryk ciągły" w wykonaniu właściciela różdżki, trwajacy dopóty, dopóki nie przyszedł sympatyczny pan woźny w towarzystwie swego kozła Alcesta - "A my myśleliśmy, że to Filch był dziwny", pomyślała Luna - i, za pomocą skomplikowanych zaklęć oraz Przyssawki Weasleyów nie wydobył różdżki) nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego. Dzieci odmówiły co prawda współpracy, gdy nadeszła pora przepisowego leżakowania, ale za to zabawa pod roboczą nazwą "leżaczek - składaczek", polegająca na dzikiej gonitwie po ustawionych w szereg leżakach (pod kim leżaczek się złoży, ten przegrywa; najczęściej - z powodu wagi - przegrywała Luna) tak zmęczyła Goblinki, że większość z nich dobrowolnie (choć w pewnym sensie mimowolnie) padła na posłaniach i zasnęła.
Luna wróciła do domu uśmiechnięta, ale nieziemsko zmęczona. Rzuciła się na łóżko i, mamrocząc: "Voldemort to nic!", momentalnie usnęła. Pierwszy raz od dawna, zamiast stada goniących jej nargli, przyśniło jej się coś innego. A mianowicie stado pięciolatków. I wcale nie był to koszmarny sen.

(1) http://www.cnn.com/interactive/entertai ... ure/ET.jpg
(2) "Oskardy się zmieniają, a my razem z nimi" - stare przysłowie goblideguckie

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Magdalith - Koham Lune Luvgood

Postautor: archiwalny » 03.02.08, 22:25

Odc.3
***
Był środek piątkowej nocy. Na przedmieściach Londynu - tak jak i nad samym miastem - szalała śnieżyca. Pora była zbyt wczesna na to, aby po ulicach błąkali się obywatele wracający z różnorakich karnawałowych imprez; zbyt późna natomiast, aby pojawił się ktoś na taką imprezę podążający. Uliczki były więc puste i ciche - jeśli nie liczyć dzikich pogwizdywań wiatru, który robił, co mógł, aby popsuć szyki śniegowi. W pewnym sensie to mu się udawało - śnieg padał już pod wszelkimi możliwymi kątami, a także dostawał tak zwanego kręćka, tworząc straszliwe wiry, pełne latających we wszystkie strony płatków. Jednak w finale to śnieg wygrywał, opadając - tak, jak to sobie założył - na dół, i pokrywając ziemię, domy, drzewa, samochody i co się tylko dało.
Przez sam środek tej wojny na śnieżki i podmuchy przedzierały się dwie sowy. Leciały tak nisko, jak to było możliwe, mrużąc oczy i pracując zawzięcie skrzydłami. Jedna była duża i biała, druga nieco mniejsza, brązowawa i mocno potargana.
- Hedwigio!... Słyszysz mnie?!... Hedwigio?!
- Słyszę, słyszę! Ale nie widzę sensu rozmowy w takich warunkach, Euzebiuszu! I "Hedwigo", jeśli łaska!
- Tak, tak! -
odwrzasnęła sowa nazwana Euzebiuszem. - Ty weź mi powiedz - nie czujesz się, kurka, trochę, no, tego, wykorzystywana?! Tfu! - Euzebiusz wypluł trochę śniegu, którego się nałykał. - Śmigać w taką rzeź z byle świstkiem?! No sorry, ale to mi z deka śmierdzi niewolnictwem!
- Nie przesadzaj! Ja jestem sową śnieżną, jeśli nie zauważyłeś! I lot w taką pogodę to dla mnie jak mysz z masłem! Zresztą, zawsze dostaję gratisowy, wykwintny poczęstunek! A co z tobą?!... Yyyyh!
- Hedwiga kichnęła przeraźliwie. - Przepraszam najmocniej! A ty, Euzebiuszu, nie czujesz się wykorzystywany?!
- Ja to co innego! No nie?! To moja fucha! Jestem sowa z poczty, no nie?! Za ciężkie warunki bulą ekstra! Ale weź mi, kurka, powiedz, co ty z tego będziesz, ciocia, miała?! Niech mnie drut wysokiego napięcia porazi, jeśli...
- łup!... ziuuu... pac.
- O, na Sowę Przemądrzałą! Nic ci nie jest, Euzebiuszu?!
Euzebiusz, który, zamiast patrzeć przed siebie, popatrzył w bok, na Hedwigę, zderzył się właśnie z latarnią, po czym ześlizgnął się po jej słupie i legł na dole, w zaspie śnieżnej.
- Nnnicz... Nnnicz, Hedwigio... - Euzebiusz wstał, otrzepał się i potoczył wokół nieprzytomnym spojrzeniem. - Ppporadzę sobie... Wszystko www porządku...
- Czy jesteś pewien?!
- Hedwiga zawisła nad nim i, walcząc z napierającym i skowyczącym wiatrem, starała się utrzymać w powietrzu.
- Nnnaprawdę, nnnicz mi nie jest - Euzebiusz zrobił parę kroczków slalomem. - Zaraz polecę dalej!
- Do zobaczenia, w takim razie, gdzieś na trasie!
- Hedwiga zmrużyła oczy i popruła dalej. "Jeszcze tylko trzy przecznice... Teraz w prawo... Jeszcze tylko dwa domy... To tutaj!" - wylądowała z trudem na parapecie okna jednego z szeregowców, odsapnęła i stuknęła parę razy dziobem w szybę.
- Uff! - strząsnęła resztkę śniegu z łepka i skrzydeł. - Teraz to, czego mi trzeba, to łyczek ognistej! - stuk-stuk-stuk! - No, otwierajże, kobieto!
Kobieta, a była to Hermiona Granger, podniosła się wreszcie z kanapy, otworzyła okno i wpuściła sowę do środka (a wraz z nią jakieś pół wiaderka śniegu).
- Hedwisia! - ucieszyła się, na co sowa przewróciła oczami. "Hedwigia, Hedwisia - co jeszcze dziś usłyszę?" - List od Harry'ego!
Druga kobieta, siedząca na kanapie, a była to Luna Lovegood, obleczona w gustowną pelerynkę haftowaną w wielkie kwiaty słonecznika, przełknęła głośno ślinę i uśmiechnęła się nerwowo.
- Musiało coś się stać, bo pogoda, że nawet skrzata by nie wygonił!
- Hermiono! - Luna spojrzała ze zgrozą na założycielkę WESZ-u.
- He, he, żart! Zwłaszcza skrzata!... Ach, posłuchaj tylko:
"Robimy imprezę z chłopakami, ja niestety na motor nie wsiądę w takim stanie, więc przylatuj, ewentualnie fiuu, dla ciebie rozpalę w kominku, królowo, tylko daj znać, weź zagrychę, czekamy, papa, H. Bo jest impreza, wiesz? Harry".
- Dobre sobie, przylatuj! Mówiłam mu nie raz, że na zabawę z nimi się nie piszę. Harry za każdym razem, gdy wypije, zapomina, że mam Harriet. I czy on w ogóle wyjrzał przez okno? - Hermiona spojrzała ponuro na Hedwigę. - Biedny ptak, na darmo przedzierał się przez taką zawieruchę. Czy ten facet nigdy się niczego nie nauczy?
"Biedny ptak" łypał znacząco na stojącą koło kanapy flaszkę z mugolskim wysokoprocentowym napitkiem.
- Pewnie chcesz pić, co? Zaraz naleję ci wody, Hedwisiu.
- Wody?!
- Może dajmy jej coś do przegryzienia? Luna, mogę te twoje, hmm... ciasteczko?
- Jasne.
- Na sowę Merlina! Woda i psie ciastka?! Podejrzewam, że w sowim Azkabanie lepiej karmią. Euzebiusz chyba wykrakał. To znaczy, wyhukał. Ech...
Hermiona odpisała Harry'emu i włożyła liścik do woreczka przy sowiej nóżce.
- Nie możesz po prostu zafiukać?
- A czy ty myślisz, że Harry ma rozpalony kominek? Chyba nigdy u niego nie byłaś, co?
"Z całą pewnością nie" - pomyślała Luna, wzdychając.
- Nie masz czego żałować, Lu. To n o r a. Bez aluzji do Weasleyów. Chłopak się stacza, mówię ci. Co, chcesz już lecieć? To pa, Hedwisiu. I dziękuję za list!
- Lecieć? No dobrze, skoro muszę. I dziękuję za , khm... khm... poczęstunek" - sowa po raz ostatni spojrzała tęsknie na butelkę i wyleciała przez otwarte na moment, ziejące nocą, wiatrem i śniegiem okno.
- Aż tak źle? - spytała cichutko Luna i wypiła ze swej szklanki resztkę finlandii z sokiem aloesowym.
- Bardzo źle, wierz mi - Hermiona klapnęła na kanapie i też się napiła. - To, co Harry wyprawia od roku, to po prostu tragedia. A Weasleyowie dzielnie go wspierają - dodała z ironią.
- Weasleyowie? Mam w grupie bliźniaki Freda Weasleya. Całkiem fajny facet.
- Fred tak. Ale George i Ron staczają się razem z Harrym. Chociaż, wiesz - Hermiona zamyśliła się, patrząc na ogień w kominku - u nich to mi wygląda na zwyczajne wygłupy, ale Harry... naprawdę, martwię się o niego. Ja rozumiem: brak zajęcia - no, bo co ma teraz robić auror, kiedy spokój, jak nigdy wcześniej, chyba od stuleci? Ja rozumiem: to wszystko, co mu się przydarzyło - rodzice, Syriusz, Voldemort... i tak dalej. Ja naprawdę rozumiem. No, ale, na Merlina, są jakieś granice! Reszta jakoś sobie radzi. A nikt nie miał łatwo.
- Ale... - Luna wypiła porządnego łyka i ugryzła ciasteczko "Woof". - Harry jednak miał najciężej z nas. Nie sądzisz?
- Sądzę - odparła po chwili Hermiona, grobowym głosem. - Ale to i tak nie tłumaczy wszystkiego.
Zamilkły obie, wsłuchując się w wycie wiatru za oknem i w ciche pokasływanie, które co chwilę dochodziło z sypialni obok, gdzie spała Harriet.
Panny Granger i Lovegood opijały właśnie pierwszy tydzień w nowej pracy tej ostatniej. Luna dostała tygodniówkę, z radością zakupiła dwie butelki swego ulubionego trunku (na więcej wiktuałów funduszy niestety zabrakło) i chciała zaprosić Hermionę do siebie. Niestety, Harriet się rozchorowała, więc spotkały się tutaj. Teraz dochodziła godzina pierwsza w nocy, pierwsza butelka pokazała dno, a czarownice zaczynały wkraczać w fazę zwierzeń, rozpamiętywań i wynurzeń. Luna bała się tej fazy okropnie i błagała w duchu Merlina, aby w pewnej kwestii dopomógł jej trzymać język za zębami. Niestety, przybycie sowy od Harry'ego tylko pogorszyło sprawę.
- A... a kobiety? - "Zwariowałaś, dziewczyno, naprawdę!" - jęknęła w myśli Luna. - Jak to u niego wygląda?
- Harry i kobiety? - prychnęła Hermiona. - A jak myślisz? Zgadnij! - Luna nie potrafiła zgadnąć i dała temu wyraz odpowiednią miną. - Co tydzień inna, Lu. Chłopak korzysta ze swej, hmm... sławy, jak może. Ale na dobre mu to nie wychodzi, niestety.
- Ach... - pokiwała głową Luna i jak gdyby zapadła się w sobie. - Myślałam, że jest samotny, albo co...
- Jest samotny. Uwierz mi. Cholernie samotny, jak sądzę. Wiesz - Ron, chłopaki, ja i te... kobiety, to jednak za mało. To nie wszystko. Rozumiesz, prawda?
Rozumiała doskonale.
- Kiedyś myślałam, że ty... z nim...
- No coś ty?!
- No, tak to wyglądało, w szkole. Chociaż później myślałam, że może bardziej Ron. Ale wszyscy łączyli cię właśnie z Harrym. Pomijam oczywiście ten, no wiesz, incydent. Z ojcem Harriet, znaczy się...
- Luna! Harry jest dla mnie jak brat! Ron... no, cóż, nie przeczę, że kiedyś, coś... Ale mieliśmy wtedy po szesnaście lat, dziewczyno!
- A widzisz! - ucieszyła się Luna.
- Ty się nie ciesz. Ty wyobraź sobie, jakie ja męki przechodziłam, no, gdzieś tak w piątej klasie. Otóż, ni stąd, ni zowąd... he, he, raczej stąd, niż zowąd, rozumiesz, biologia, i te rzeczy... zaczęłam mieć te, no - Hermiona westchnęła, kręcąc głową - marzenia senne.
- Dopiero?! - Luna spojrzała głupkowato na Hermionę. - Zaczęłaś śnić w wieku piętnastu lat?!
- Oj, nie śnić! Tak szczególnie śnić. O Harrym i Ronie. R o z u m i e s z ?
- Nie! - pisnęła Luna i aż podskoczyła. - O obu naraz?
- Naraz i nie naraz. W różnych kombinacjach - wyjaśniła Hermiona z niesmakiem.
- O, na wszystkie nargle świata! - Luna wybuchnęła śmiechem i, łopocząc pelerynką w słoneczniki, potruchtała do kuchni. - Idę po drugą butelkę. Nie opowiadaj beze mnie! Od tej strony cię nie znałam, Mio!
- Bardzo zabawne, Lu...
Luna wróciła ze zmrożoną finlandią i kostkami rosołowymi.
- A to po co?
- A mogę się poczęstować? Bo bardzo lubię...
- Kostki rosołowe?! Merlinie... Jasne, bierz - Hermiona, lekko zszokowana, obserwowała, jak Luna odwija skondensowany rosół warzywny z papierka i wkłada sobie do buzi.
- Lepsze od toffi, Mio.
- Nie wątpię. Ale zrobiłam kanapki, jeśli nie zauważyłaś.
- Eee, kanapki? Nie, dzięki. No to jak z tymi snami? Opowiadaj. I wypijmy, co? Za Wesoły Kociołek!
- Za Kociołek! Żeby cię dzieciaki przedwcześnie do grobu nie wpędziły... Opowiadać? Nic ode mnie nie wyciągniesz, Lu. Aż tak pijana nie jestem. Wiedz tylko, że gorzej już być nie może - sny erotyczne z dwójką najlepszych kumpli w rolach głównych? Co ta burza hormonalna robiła z człowiekiem...
- Gorzej być nie może? Tak myślisz? Ty nie wiesz, co się działo w dormitorium u Krukonek! Rozumiesz: Krukonki - kujonki, niewyżyte, tłumiące naturalne popędy i tak dalej. Ale nie ma mocnych, to musi kiedyś wyjść na wierzch. Taka Padma Patil - pamiętasz? Miała siostrę bliźniaczkę u was w Gryffindorze. Miała problem podobny, do twojego, chi chi. Zgadnij, kto jej się śnił. I to nie raz. Nie uczeń, zaznaczam!
- Gorzej, mówisz? Hmm. Moody?
- Nie - zachichotała Luna. - Jeszcze gorzej!
- Filch!
Luna kwiczała już ze śmiechu.
- Gorzej!
- Na cnotliwego Merlina! Jeszcze gorzej? No to nie wiem. Voldemort?!
Luna zgięła się w pół ze śmiechu.
- Nieee! Posłuchaj - przełknęła kostkę rosołową, aby się nie udusić. - Snape!
- Yyyyhhh...! - zawartość ust Hermiony, a był to porządny haust finlandii z sokiem z czerwonych pomarańczy, udekorowała perliście stolik stojący koło kanapy. - Zwariowałaś?!Chcesz mnie zabić? Snape! A niech mnie... Ja bym się chyba załamała.
- Chłoszczyść! - Luna machnęła różdżką w kierunku oplutego stolika. - No, Padma się prawie załamała. Słyszałam, jak zwierzała się dziewczynom. Ponoć potem nie mogła zaliczyć eliksirów, bo co się na Snape'a spojrzała, to przypominały jej się te senne wizje.
- He, he, he. To już naprawdę przegięcie. I skąd takie rzeczy się człowiekowi biorą? Snape! To chyba pod jakieś zboczenie podchodzi!
- Eee - Luna zamyśliła się, rozwijając kolejną kostkę - bez przesady. Czy my nie demonizujemy tego Snape'a? Nie może być przecież gorszy od Voldemorta, co? Wiesz, ja go chyba nawet lubiłam.
- Luna, ty już nie pijesz! - Hermiona odsunęła od niej butelkę.
- Mówię poważnie. Zawsze miałam u niego dobre oceny.
- Ja też. I co z tego?! Czy wiesz, co mówisz? On był jak... - Hermiona łyknęła zamaszyście ze szklanki i potoczyła wzrokiem wokół, szukając w myślach odpowiedniego określenia - ...jak czarny kleks na białych kartach naszej młodości! Zatruł nam najpiękniejsze lata życia, Lu!
- Oho, to chyba ty powinnaś już więcej nie pić - zachichotała Luna. - Myślałam, że to raczej Voldemort był tym kleksem - dodała, już poważniej.
- Jasne. Ale zasadnicza różnica polega na tym, że z Voldemortem wszyscy walczyli, a ze Snapem walczyć nie można było, bo to był nasz nauczyciel. Praktycznie nic nie można było zrobić. A Harry? Pomyślałaś o nim? Snape był dla niego jak... jak...
- Dobra, starczy już tych poetyckich porównań. Rozumiem - Luna starała się zboczyć z niebezpiecznego dla niej tematu. - Wiem jedno - wolę sny ze Snapem, niż z Voldemortem - zrzuciła kapcie i wyciągnęła nogi na stoliku, a Hermiona poszła za jej przykładem. - A Snape, z daleka, no i tyłem, wygląda całkiem-całkiem. Taki czarny, tajemniczy... Hmm, jak tak się zastanowić, facet dodawał wszystkiemu jakiegoś smaku. Nie wiem, ale dla mnie Hogwart bez Snape'a to jak beret bez antenki.
- O, nie... Naprawdę mógłby spodobać ci się taki facet? Nietoperz z wścieklizną i andropauzą. Lu, błagam... A, właśnie, jak tam ten twój... jak mu było? Ten z kręgielni.
- Rudolf?
- Aha, ten. Czerwononosy?
- No, tak jakby... Nie, to była pomyłka, Mio. Wiesz, co się okazało? Nosił purpurową, jedwabną bieliznę!
- Uuu, to daleko sięgnęła wasza zażyłość!
- Nie, po prostu mi powiedział. To okropne, nie?
- Niby czemu?
- Totalny kicz! Musiał być strasznym snobem. Nie znoszę takich!
- Jak będziesz oceniać facetów po noszonej bieliźnie, to nigdy... a, zresztą.
- No, dokończ.
- Nieważne. Poza tym, z tego, co wiem, ty nosisz bieliznę w marcheweczki. Czy to według ciebie jest normalne?
- Nie. Ale ja nie jestem normalna. He, he.
- Rzeczywiście, Lu. I zaczynam się bać, czy w ogóle trafisz w życiu na takiego pokręta, jak ty...
- Pokręta?
- Przekręta... pokręca... ech, język mi się plącze. Na kogoś równie pokręconego, jak ty.

- A kto powiedział, że musi być pokręt? Nie słyszałaś o teorii, która mówi, że to przeciwieństwa się przyciągają? Ha, ty miałabyś nawet coś do powiedzenia w tej kwestii!
- To nie tak, Luna. To było po prostu... - Hermiona westchnęła ciężko. - Nie wiem, zresztą. Po prostu mi odbiło. Ale cieszę się. Wiesz, dlaczego? - spojrzała na Lunę z powagą.
- Wiem, Mio - Luna uśmiechnęła się ciepło i popatrzyła w Hermionowe oczy, w których odbijał się ogień z kominka i ona sama.
- Nie wyobrażam sobie życia bez Harriet. Tak widocznie miało być. Dzieci są cudem...
- Są. To napijmy się. Za dzieci.
- Mhm. I za życie, tak w ogóle. Jest piękne, mimo wszystko.
Hermiona wypiła duszkiem zawartość szklanki i zapatrzyła się na drzwi sypialni, za którymi spała Harriet. Luna, nie mając na co się zapatrzeć, kontemplowała po prostu dno szklanki.
- Ale wiesz, musiało ci naprawdę odbić - odezwała się po chwili. - Ja rozumiem wszystko, ale ty i Ślizgon?!
- No cóż - Hermiona wzruszyła ramionami. - Na tym właśnie polega cały problem ze Ślizgonami... - przechyliła się ku Lunie i wyszeptała konspiracyjnie - są seksowni!
- Chi, chi! I tym sposobem wróciłyśmy do Snape'a! - roześmiała się Luna.
- Lu!!! - zaryczała Hermiona i zamachnęła się trzymaną w rękach poduszką. Jednak nie zdążyła wycelować nią w głowę Luny, bo drzwi od sypialni otworzyły się z łoskotem i znienacka. Hermiona momentalnie dostała czkawki.
- Dobrze się bawicie? Bo ja nie - Harriet zakasłała ostentacyjnie. - W tym domu nawet nie można spokojnie pochorować, nie mówiąc już o wyspaniu się. Idę spać do garderoby. Brawo, moje panie! - dziewczynka, taszcząc kołderkę, poduszkę, pluszowego zająca i jakąś książkę, przemaszerowała przez pokój.
- Hej, Harriet, hep! Przepraszam! Trochę się zapomniałyśmy. Ale i tak nie podoba mi się ton, jakim mówisz, hep! Chyba już rozmawiałyśmy na temat tego, jak dzieci powinny zwracać się do rodziców? Hep?
Harriet odróciła się gwałtownie, zmrużyła ciemne oczy swego ojca i wycedziła:
- Rodziców? Ojciec, którego nie ma i pijana matka? Sssuper. Dobranoc. Miłej zabawy - i wyszła.
Po chwili milczenia odezwała się Luna:
- Ty jesteś pewna, że ona ma tylko pięć lat?
- Taaa - pokiwała smętnie głową Hermiona. - Pięć lat i osiem miesięcy. Ja już się boję, co będzie dalej, Lu...
- Hmm. Poszła spać do garderoby?
- Ma tam dmuchany materacyk. Wiesz, ona musi mieć swój azyl, a sypialnię mamy wspólną. Kurczę, Luna. Chyba sobie z nią nie radzę.
- Radzisz sobie. To wspaniała dziewczynka, naprawdę. Ale nie ma łatwo. Pomyśl o tym. Poza tym: "Mydekas kyrat, bladvak synt".
- Poczekaj... "Lekarz leczy, oskard uzdrawia"? Sugerujesz, że powinnam zacząć ją bić? He, he.
- Hej, Mio! - Luna spojrzała na Hermionę z uznaniem.
- No co? Też kiedyś liznęłam goblideguckiego.
- I za to cię lubię! - rozpromieniła się Luna. - Powinnaś być w Ravenclaw, wiesz? Nie ma to jak krukońska łepetyna, no nie?
- I gryfoński zapał - dodała Hermiona.
- No i... ślizgoński seksapil!
- Lu!!!

Na zewnątrz wciąż szalała śnieżyca. Wicher nie ustawał, a śnieg się nie poddawał. W niedużym saloniku, oświetlonym tylko ogniem z kominka, dwie czarownice - w kwiecie wieku, ale już trochę doświadczone przez los - pieczętowały swoją niespodziewaną przyjaźń kolejną butelką dobrego mugolskiego alkoholu. Nie pamiętały chyba nawet, jak to kiedyś się nie znosiły, potem zaczęły tolerować, a w końcu coraz bardziej lubić i rozumieć. I choć nadal dyskusje o istnieniu chruptaków krętonogich ("Chrapaków krętorogich, Hermiono!") wywoływały pewne spięcia, to jednak obie zaczynały myśleć o tej drugiej w kategorii "swój człowiek". I - zdaje się - obie tego "swojego człowieka" potrzebowały.
A rano...
- Mamo najdroższa! Jedyne, o co proszę, to coś do jedzenia i suchy, ciepły kąt, w którym mogłabym się przespać. SUCHY!
Harriet Granger obudziła się na terenie mocno podmokłym. Przedtem męczył ją sen, w którym napotkała trzy drzewa - dwa duże, i jedno malutkie, rosnące w środku. Niestety, ktoś przyszedł i ściął jedno z dużych drzew. Harriet usiadła na pniaku po nim pozostałym i zaczęła płakać. Płakała i płakała, a jej łzy utworzyły wokół niej ogromną kałużę. Po przebudzeniu się stwierdziła, że rzeczywiście jest mokro. Jej mamusia bowiem przygotowywała sobie kąpiel w wannie. Niestety, zapomniała o tym fakcie i usnęła w salonie, wraz z panią przedszkolanką. A woda, pozostawiona sama sobie, wywędrowała z wanny aż do garderoby. Sssuper.

Pewien brązowawy, potargany ptak, też mógł zaliczyć tę noc do raczej mokrych (zwłaszcza, że nad ranem temperatura wzrosła i śnieg zaczął tajać). Niejaki Wilbert McGrizzly, dozorca, który wyszedł o świcie odśnieżyć chodniki, natknął się na niedużą sowę, która dreptała wokół latarni i pohukiwała cicho. Gdyby Wilbert McGrizzly znał język sów, usłyszałby:
- Tak, tak, Hedwigio... Na pewno znajdziemy drogę!... Spokojna twoja rozczochrana!... Teraz chyba w prawo, ciocia, no nie?..."
***
c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Magdalith - Koham Lune Luvgood

Postautor: archiwalny » 05.02.08, 21:27

Odc.4
***
Ten poranek nie był ładny. Chmurzyło się i coś wisiało w powietrzu - pewnie śnieżyca, bo mimo, że mróz zelżał, na deszcz było jednak za zimno. Słońce wyjrzało tylko na moment - o ósmej błysnęło w okno Luny i zniknęło za szaro - burymi chmurami. I całe szczęście, że błysnęło, bo Luna znów by zaspała. "Ten magiczny zegar madame Tempory nadaje się na złom. Muszę chyba kupić sobie porządny mugolski budzik" - myślała teraz, stukając obcasami na londyńskim trotuarze i - jak zawsze - powiewając swym Szalikiem Wszystkich Barw, jak go nazywała (albo Kup Szalik - Oczopląs Gratis, jak nazywała go Hermiona). Poprzedniego dnia, porządkując w szafach (a porządki w wydaniu Luny Lovegood oznaczały, że robił się jeszcze większy bałagan) znalazła stare kowbojki swojego ojca. Na ich widok aż pisnęła z radości. Były to piękne, skórzane, podkute metalem buty, z najprawdziwszymi ostrogami. Luna przypomniała sobie, jak ojciec zakładał je, gdy była mała. Wołała do niego wtedy "Hej, kowboju!", a on brał ją na barana i galopował po całym domu. Mama zaś goniła ich ze ścierką i, śmiejąc się, krzyczała: "Wariaci! Podłoga się zarwie! Czekajcie, niech no ja tylko przypomnę sobie to Zaklęcie Lassa!".
Luna przesiedziała cały wieczór z kowbojkami w objęciach, wdychała zapach skóry i kulek na mole madame Insecticidy i wspominała tamte cudowne czasy, które wydawały się teraz odległe o całe lata świetlne. A rano wypchała za duże o pięć numerów buty gazetami i postanowiła chodzić w nich do końca zimy. Po obejrzeniu nóg w lustrze stwierdziła ze śmiechem, że te pięć numerów różnicy to chyba jednak za dużo. Ale, że lustro skwitowało ją: "Wyglądasz jak Pippi Langstrumpf!", postanowiła nie zmniejszać ich żadnym zaklęciem: obelga ze strony magicznego lustra była dla niej komplementem. Pippi była jej ulubioną postacią literacką i ulubioną czarownicą. Bo była czarownicą, tylko książki w wersji dla mugoli zostały ocenzurowane. Astrid Lindgren też oczywiście umiała czarować, ale co do tego nikt najmniejszej wątpliwości nigdy nie miał. Nawet mugole.
Aby lepiej wczuć się w rolę, zaplotła sobie jeszcze dwa sterczące warkoczyki. Z makijażu zrezygnowała, jak zawsze. No, prawie zawsze. Na te tak zwane randki malowała sobie to i owo, co nie zawsze wychodziło jej na dobre (wystarczy wspomnieć przypadek całkowitego sklejenia się Luniastych powiek pod wpływem rozpuszczonego tuszu do rzęs; zapowiadająca się interesująco randka na miejskim basenie zamieniła się w koszmar, a swego ówczesnego absztyfikanta Luna nie zobaczyła już ani tego dnia - bo nie mogła! - ani nigdy potem).
Szła więc ulicą, wystukując osobliwy rytm kowbojkami, starając się nie nadeptywać na łączenia płyt chodnikowych (to przynosi pecha) oraz nie patrzeć na witryny sklepów. Witryny krzyczały bowiem "I LOVE YOU!" i bombardowały Bogu ducha winnego przechodnia tonami purpury, różu i pluszu w postaci serduszek, misiów, różyczek i innych okropieństw. "Za dwa dni Walenty" - pomyślała Luna ze znajomym ukłuciem w sercu. Choć od lat stosowała autoterapię i uczyła się myśleć o tym święcie z obojętnością, zawsze coś ją musiało najść i w okolicach czternastego lutego czuła gorycz, której nie znosiła i której wstydziła się sama przed sobą. "No bo o co chodzi, na pancerne gumochłony? Głupia, kiczowata tradycja! Powinnam się cieszyć, że nikt mnie nie uszczęśliwi różowo lukrowanym cudeńkiem. Kurczę, ja rzeczywiście zaczynam solidaryzować się ze Snapem!". Pierwszym, co zrobił profesor Snape po objęciu fotela dyrektorskiego w Hogwarcie, gdy Dumbledore udał się na roczny urlop po wykończeniu Voldemorta, było wydanie zakazu świętowania Walentynek na terenie szkoły. Gdy Dumbledore wrócił i się o tym dowiedział, skwitował: "Niezły żart, Severusie", natychmiast cofnął zakaz i wydał swój, pozbawiający Hogwart Halloween. Co zostało skwitowane przez Snape'a kwaśnym: "Niezły żart, Albusie...". Cóż się dziwić - Halloween był jedynym dniem w roku, gdy Mistrz Eliksirów nie czuł, że wyróżnia się z tłumu.
Za czasów hogwarckich Luna dostała aż dwie walentynki. Jedną od Neville'a, który oczywiście zagapił się i - wbrew walentynkowym zasadom - złożył na niej swój podpis. A drugą sowa przyniosła jej na szóstym roku i był to zapewne głupi żart, bo kartka zawierała propozycję spotkania, wraz z podaną datą i miejscem. Luna oczywiście nie poszła. Co prawda wystawianie się na publiczne pośmiewisko nie jest końcem świata (i Luna miała je dobrze opanowane), ale należy do rzeczy średnio przyjemnych. A co do Neville'a - Luna go lubiła. Nawet bardzo lubiła. Tak samo, jak ona, trzymał się na uboczu i był uważany za dziwaka. Tak samo, jak jej brakowało matki, tak jemu brakowało obojga rodziców. Czuła z nim prawdziwe pokrewieństwo dusz. Ale tylko dusz. Poszłaby za nim w ogień (zresztą, gdy Gwardia włączyła się do walki ze Śmierciożercami, niejednokrotnie trzeba było iść za sobą w ogień, nawet dosłownie), ale jej serce należało do kogoś innego. Kogoś, kto - najpewniej - nigdy się już o tym nie dowie...
Luna zaczęła i skończyła Hogwart jako dziwoląg, natomiast dla Neville'a był on prawdziwą szkołą życia. Na siódmym roku proces przemian, jakie zaczęły w nim zachodzić od czasu starcia w Ministerstwie tak jakby się zakończył i oczom zdumionych obserwatorów zamiast szlachetnego, ale gapowatego chłopca ukazał się chłopak szlachetny i wyjątkowy. Była w nim dziwna siła, mająca swe źródło w czymś zupełnie innym niż to, co biło na przykład od Harry'ego Pottera. U Harry'ego była to moc zupełnie naturalna, jakby przyrodzona, natomiast Neville doszedł do niej sam, naprawdę był to proces. Pewien rodzaj roztargnienia, jaki mu pozostał, to, że był spontaniczny i nigdy nikogo nie udawał, ale jednocześnie był delikatny i liczył się z ludźmi, dodawało mu niesamowitego uroku. A to wszystko oraz zasługi, jakie miał w oczyszczeniu świata czarodziejów ze Śmierciożerców podbiły serca wielu dziewcząt, ze wszystkich domów. Co prawda dla niektórych kolegów oraz dla niemal wszystkich Ślizgonów był nadal fajtłapą i frajerem, jednak żeńska część Hogwartu wiedziała swoje. Zawsze, w każdym zakątku świata, dziewczęta w pewnym wieku marzą o szarmanckim rycerzu przybywającym do nich na białym rumaku. A Neville do tej roli doskonale pasował. Harry i Draco - naczelni amanci Hogwartu - też byli swego rodzaju rycerzami, ale w fantazjach uczennic przybywali albo na miotle (Harry) albo na smoku ziejącym ogniem (Draco). Jednak nic latającego nie może konkurować z białym rumakiem...
Niesmiała przyjaźń Neville'a z Magan Jones, melancholijną Puchonką, w okolicach Wielkanocy na siódmym roku zaczęła nabierać rumieńców, a w czasie egzaminów końcowych byli już oni nierozłączni. Potem Luna na dłużej straciła Neville'a (jak i resztę Gwardii) z oczu. Wiedziała tylko, że wzięli z Megan ślub, a potem urodziła im się córeczka. Neville zajmował się hodowlą magicznych ziół, miał sklepik na Pokątnej i szklarnie gdzieś pod miastem, a Megan ponoć pięła się szybko po szczeblach kariery w Ministerstwie. Jednak teraz, gdy Luna patrzyła na Neville'a, kiedy odbierał Nell z przedszkola, czuła, że coś jest nie tak. "On nie jest szczęśliwy" - myślała. A umiała wyczuwać takie rzeczy.
Luna westchnęła, przypomniała sobie, że jest wtorek i podeszła do najbliższego kiosku z prasą, aby nabyć tygodnik "Ezoteria. Egzoteria. Biżuteria.". Lubiła go, bo zawsze zaskakiwał ją jakimiś ciekawymi artykułami, a poza tym do każdego numeru dołączano wisiorek, bransoletkę lub kolczyki, a Luna miała dziwną słabość do biżuterii. Nieco ją sobie tylko modyfikowała, za pomocą odpowiednich zaklęć. Tym razem tematem z okładki było: "Zostań różdżką. Twoje ciało jako naturalny wykrywacz podziemnych złóż ropy i żył wodnych.", a gratisowe kolczyki były ze szkiełek imitujących rubiny i - niestety - w kształcie serduszek. "No jasne..." - mruknęła grobowo Luna, schowała się za kioskiem, aby nie zwracać na siebie uwagi mugoli i od razu potraktowała nieszczęsną walentynkową biżuterię różdżką.
- Tutti frutti! - szepnęła.
Na jej dłoni zabłysły rubinowo dwa kolczyki - wisienki. Luna rozpogodziła się. Uwielbiała to zaklęcie, bo nigdy nie było wiadomo, jakie owoce tym razem zobaczy. Wrzucając kolczyki do swej torby - biedronki zerknęła w przepastne wnętrze z nadzieją, że znajdzie coś do jedzenia. Od wczorajszego późnego obiadu nie miała nic w ustach. Jakoś tak... nie było czasu. Jedynym, co znalazła, był barszcz z grzankami. Mogła zrobić go sobie za chwilę, w przedszkolu, ale była głodna już teraz, a poza tym w postaci sypkiej i smakowo skondensowanej barszczyk odpowiadał jej o wiele bardziej. Rozerwała torebkę i - jak zwykle idąc pod prąd i wpadając na ludzi - popędziła zamyślona ulicą, chrupiąc grzaneczki i zlizując z palców buraczany proszek. Wpadła do Dziurawego Kotła, mrugnęła do Toma, przeleciała przez podwórko i znalazła się na Pokątnej. Tutaj, chwała Merlinowi, o Walentynkach było cicho. Wystawy sklepów zdobiły jeszcze oferty poświątecznych promocji. Przykurzone tabliczki głosiły: "Przy zakupie funta węgorzych oczek - buteleczka krokodylich łez gratis!", "Stare na nowe - przynieś swój stary kociołek, nowy dostaniesz za pół ceny! (oferta nie obejmuje kociołków wybuchniętych)", "Madame Malkin? Powinni tego zabronić! Szalona krawcowa tnie ceny!". Luna zadarła głowę, żeby przyjrzeć się wielkim, błyszczącym nożycom, wiszącym nad wejściem do salonu z szatami pani Malkin, i ciachającymi w powietrzu chyba te wspomniane w ogłoszeniu ceny. I zauważyła cały szereg wspaniałych, ogromnych lodowych sopli. Wisiały sobie na rynnie jeden obok drugiego, lśniące i dorodne i aż prosiły się, aby...
- Glacies delabi! - Luna nie mogła się powstrzymać i skierowała różdżkę do góry. - Glacies delabi! Glacies delabi! - sople spadały jeden po drugim, wbijając się jak sztylety w zleżały śnieg. Luna przypomniała sobie jedną ze swoich ulubionych zimowych zabaw. Bardzo wciągających zabaw... Pourywała już prawie wszystkie sople i dochodziła do rogu budynku, mając nadzieję, że za winklem rynna jest równie hojnie przyozdobiona.
- Glacies delabi! Glacies delabi! - zadarta głowa, czapka z rogami wikinga zsunięta prawie na plecy, szalik ciągnący się po ziemi i dziki uśmieszek. Luna Lovegood - Pogromczyni Sopelków. - Glacies delabi! Gla...
- NA ALUFELGI!!!O mały włos! Co za?!... O, Luna? Cześć. Uff!...
Jakieś cztery stopy od Luny Lovegood i niespełna cztery cale od wbitego w kupkę śniegu sopla stał Harry Potter - Chłopiec, Który Przeżył. Przeżył, aby o mało nie zostać zasztyletowanym za pomocą naostrzonego kawałka lodu.
***

- Cześć, Luna - powtórzył Harry i spojrzał ze zgrozą na sopel wielkości małej miotełki, a potem na różdżkę Luny. - Co to było?!
- Cz...cześć - Luna pożałowała, że nie zjadła śniadania. Nagłe pojawienie się Harry'ego Pottera sprawiło, że autentycznie zakręciło jej się w głowie. Zamrugała szybko oczami i poczekała, aż ciemne plamki, które widziała na tle śniegu, znikną. - Nnnie chciałam cię zabić, naprawdę - uśmiechnęła się krzywo. - To była taka... zabawa...
- Zabawa? Luna, litości. A gdybym wyszedł sekundę wcześniej? A tak jakby coś przeczuwałem! Wczoraj cały dzień bolała mnie blizna... Ty jesteś naprawdę szalona - pokręcił głową i zmierzwił ręką włosy.
Był to ruch, przy którym wiele kobiet mdlało. Luna doskonale je rozumiała. Jednak, ponieważ miała dociekliwy i analityczny, wzorcowo krukoński umysł, porzuciła na chwilę myśl o seksownych ruchach Harry'ego Pottera, a zastanowiła się, co on właściwie robił w knajpie Wściekła Sklątka o godzinie w pół do dziewiątej rano. Bo właśnie ze Sklątki przed momentem wyszedł. Harry sam dał jej odpowiedź.
- Co porabiasz, Luna? Bo ja właśnie odprowadzam do domu... tę, no, yyy...
- Yvonne - dał się słyszeć głęboki, aksamitny głos. Z knajpy wyszła wysoka brunetka. Odziana była w ciemnośliwkowy, połyskujący kostium i czarne szpilki. Miała długie, kręcone i niesamowicie lśniące włosy oraz tajemnicze, aktualnie półprzymknięte, ciemne oczy. Z kieszeni żakietu wystawała jej różdżka. Ale i bez różdżki magia od niej aż biła. Luna przełknęła ślinę i ukradkiem poprawiła na głowie czerwoną czapkę.
Luna Lovegood miała coś, czego wiele ludzi jej zazdrościło. Był to dar ignorowania tego, co sobie o niej pomyślą inni. Jednak były momenty, kiedy to ignorowanie przychodziło jej z niejakim trudem. Takimi momentami była prawie zawsze konfrontacja z Kobiecymi Kobietami. A już najgorszym, co mogło się przytrafić Lunie była Niesamowicie Kobieca Kobieta oraz Harry Potter skonfrontowani naraz z nią samą...
Yvonne podeszła do Harry'ego, oparła się o jego ramię i zapatrzyła gdzieś pomiędzy jego oko a ucho. Po chwili zdjęła mu delikatnie ze skroni jakiś pyłek. Luna zwróciła uwagę na paznokcie Yvonne, pomalowane na kolor identyczny z kolorem kostiumu, dodatkowo ozdobione mieniącymi się gwiazdeczkami i szybko schowała do kieszeni ręce w prujących się rękawiczkach w reniferki.
- Odwożę Yvonne do domu, mieliśmy wczoraj małą bibkę. Musieliśmy wstąpić jeszcze na jednego, rozumiesz... Ale co ty właściwie tu robisz?
Spojrzenie się w twarz Harry'emu byłoby dla Luny doznaniem słodko - bolesnym i wolała się od tego powstrzymać. A że musiała na coś się patrzeć, gapiła się po prostu na Yvonne. Ta natomiast powinna, wedle wszelkich prawideł rządzących takimi sytuacjami, obrzucić Lunę wyniosłym spojrzeniem od stóp do głów i ewentualnie wydąć pogardliwie wargi. Ale Yvonne robiła coś jeszcze gorszego - w ogóle Luny nie zauważała. Wisiała na ramieniu Harry'ego i, kontemplując jego ucho, uśmiechała się półprzytomnie i z rozmarzeniem.
- Idę do pracy, Harry - odparła słabo Luna i na moment spojrzała w słynne szmaragdy oczu. Żeby nie pisnąć, musiała aż stuknąć o siebie ostrogami. "Merlinie i Buddo, niechaj mnie szlag trafi..." Nie nosił już okularów. Dlaczego nie nosił okularów? Wyglądał bez nich tak bezbronnie...
- Fajne buty, he he. W ogóle fajnie wyglądasz - uśmiechnął się łobuzersko. - Stara, dobra Pomyluna... wiesz, brakuje mi twoich szaleństw. Kurczę, dlaczego my się już nie widujemy? Zaraz! - znów przejechał ręką po włosach, a Luna ugryzła się boleśnie w policzek. - Hermiona mi mówiła! Przecież ty w Kociołku pracujesz, tak? No to super, może kiedyś wpadnę... Co mówisz, Yyy...?
- Yvonne... - szepnęła zmysłowo Yvonne. - Jedźmy już, Harry.
- Tak, tak, już jedziemy. Sorry, Luna, ale jesteśmy nieprzytomni, rozumiesz... O kurczę, nie przedstawiłem was sobie. To jest Luna, a to yyy... w mordę gargulca, no! Czemu ty musisz mieć takie dziwaczne imię?
- Yvonne - dopomogła Luna.
- No właśnie. To lecimy. Albo nie - skrzywił się Harry. - Chyba po prostu pojedziemy, na latanie jestem dziś trochę... nie tego. To na razie! Odezwę się, zrobimy imprezę. OK? Na razie, Luna. Miłej pracy.
Teraz dopiero Luna zauważyła, że przy krawężniku stoi zaparkowany motor. To był stary motor Syriusza Blacka. Luna nie lubiła, gdy Harry na nim jeździł (a nie daj Merlinie latał!). Zawsze się o niego bała. Niepokoiło ją też to, że Harry stawał się coraz bardziej podobny do swego ojca chrzestnego. To nie wróżyło dobrze...
Harry rzucił jeszcze na swoją cudnie zmierzwioną czuprynę oraz na lśniącą fryzurę swej towarzyszki Zaklęcie Kasku, Yvonne, przymykając oczy, ciasno objęła go w pasie i - z głośnym warkotem - odjechali.
Luna Lovegood, pierwszy raz od bardzo dawna, poczuła, że chyba zaraz się rozpłacze.
***

"Nazwij to, co czujesz, a emocje przestaną mieć nad tobą władzę. To tak jak w sztuce eliksirów: aby sporządzić skuteczne antidotum, musisz znać skład trucizny" - Luna przypomniała sobie jedną z mądrości poznanych na kursie psychomagologii. A ponieważ, mimo wszystko, nie chciała się rozpłakać, zemdleć ani zrobić nic równie głupiego, postanowiła szybko przywrócić się do stanu normalnego... to znaczy, "zwykłego".
- A więc dobrze. Co czuję? - pociągnęła nosem. Podążała w kierunku przedszkola, które znajdowało się na samym końcu Pokątnej. - Jestem zszokowana. Tak. Porażona. Przy tym rozklejona, przygnębiona, smutna, zmiażdżona... e, tam, zaraz zmiażdżona - uśmiechnęła się pod nosem. - Bez przesady. Tylko walec po mnie przejechał... Harry na Pokątnej, z samego rana, mamusiu... - Przypomiały jej się szmaragdy oczu - Rozpalona! Rozerotyzowana? Rozbrojona - szukała odpowiednich przymiotników określających jej stan, idąc powoli ulicą, mrużąc prawe oko, aby nie widzieć walentynkowych wystaw i mrucząc pod nosem. - Rozogniona. Jest takie słowo?... Powalona. Rozmiękczona - nagle przed oczami stanęła jej piękna Yvonne klejąca się do Harry'ego. - Wkurzona, wściekła, zła!
Nieopatrznie zerknęła na witrynę, która była pusta, więc wydała jej się bezpieczna. Niestety. Szyba wystawowa zadziałała jak lustro i Luna ujrzała w niej swój obraz. A był to obraz nędzy i rozpaczy. Czapka wikinga przekrzywiła jej się w ten sposób, że jeden z rogów sterczał z przodu, co upodobniało Lunę do czegoś na kształt nosorożca. Szalik ciągnął się za nią po ziemi i w połowie swej długości stracił wielobarwność, a przybrał stonowaną, podmokłą szarość. Natomiast usta i jeden policzek Luny zdobił osobliwy makijaż, wykonany - jak się inteligentnie domyśliła (nie ma to jak krukońska łepetyna!) - barszczykiem w proszku. Pod Luną Lovegood lekuchno ugięły się kolana.
- Spanikowana. Prze...ra...żo...na... - kręcąc głową poprawiła na sobie to, co się dało i powlokła się dalej.
Doszła do Kociołka, stuknęła w drzwi w specjalny sposób (fragment "Polowanie" z magicznej opery "Lasy i lochy"), wypowiedziała odpowiednie zaklęcie odblokowujące i weszła do środka.
W szatni, na ławeczce, na której dzieci zwykle zmieniały buciki, drzemał w dziwnej pozycji woźny. Jego kozioł Alcest odrywał ze ściany kawałki tapety i spożywał je ze znudzoną miną.
- Osamotniona. Niczyja. Beznadziejna.
- Słucham, pani Lovegood? - woźny usiadł i starał się sprawiać wrażenie, że wcale nie spał. - Bo nie dosłyszałem.
- Proszę pilnować Alcesta. Właśnie pożera jakiemuś dziecku płaszczyk - rzuciła tylko Luna i poszła do góry.
- Walnięta, stuknięta, rąbnięta. Głupia, bez-den-nie głupia - wyliczała, zerkając na dzielne Pottery na rysunkach dzieci. Stanęła przed jednym, gdzie Harry leciał na miotle przypominającej raczej starego mopa i łapał złoty znicz wielkości małej piłki lekarskiej, i pacnęła się otwartą dłonią w czoło.
- Naprawdę, bezdennie głupia! Pottera jej się zachciało... - zacisnęła zęby i w humorze gorszym nawet niż w dniu jej osiemnastych urodzin (gdy uznała ze stuprocentową pewnością, że umrze jako dziewica, a poza tym jej starcze zwłoki znajdą w mieszkaniu dopiero wtedy, gdy będą rozbierać dom, bo wcześniej nikt jej zniknięcia nie zauważy) udała się do sali Goblinków. Zatrzymała się jednak pod drzwiami z napisem "Gumochłonki. Jeśli nie musisz, nie wchodź". Dochodził zza nich bowiem osobliwy dialog na trzy głosy. Dwa z nich były dziecięco sepleniące i mocno zaaferowane, a trzeci dorosły, morderczy i zimny, jak lochy Snape'a w listopadzie.
- A mój tata był najlepszy w dikłiczu!
- A mój tata był perfektem!
- Cisza!
- A mój tata to miał taaakom miotłę!
- A mój miał pererynę niewidkę!
- CISZA!
- A mój tata łapał śmierciożerców!!!
- A mój ma prawdziwy feleton!!!
- CISZA!!!
- A mój tata..
- A mój...
- A...
- Aaaa!
- AAAA!
- SILEEENCIOOO!!!
Luna aż odskoczyła od drzwi. Pan Kleks na obrazie w złoconej ramie pokręcił głową, zbulwersowany. Głos ryknął z siłą odrzutowca. Prawdopodobnie szyby w oknach się zatrzęsły.
- Zła. Zła. Wściekle zła - szeptała Luna, wciąż przeprowadzając na sobie autoterapię. Odczekała chwilę, a potem złapała za klamkę i otworzyła drzwi do sali Gumochłonków.
***

Obrazek, jaki ujrzała, był tak smutny, że momentalnie zapomniała o wszystkim, co jeszcze przed chwilą rozrywało jej wnętrze. Na środku sali stało dwoje trzylatków: chłopczyk i dziewczynka. Oboje totalnie zapłakani, a chłopiec dodatkowo zasmarkany. Poruszali bezgłośnie ustami, a po czerwonych, opuchniętych buziach płynęły łzy wielkości fasolek Bertiego Botta. Tarli oczy piąstkami i, zadzierając głowy, patrzyli błagalnie na górującą nad nimi postać przedszkolanki. Berta Boomer, w swym białym, pielęgniarskim fartuchu, opinającym jej pokaźną sylwetkę, w rozdeptanych klapkach, z włosami upiętymi w kok i z różdżką zaciśniętą w garści patrzyła na dzieci. Z odrazą, jakiej Luna dawno u nikogo nie widziała. Wokół stała pozostała siódemka Gumochłonków, w większości też z trzęsącymi się bródkami, i obserwowała z przerażeniem całą scenę.
- Zła. Zła! Bardzo zła - wypowiedziała Luna głośno i wyraźnie.
- Słucham, pani Lovegood? - zmarszczyła się Berta. - O co chodzi?
- Co im zrobiłaś, Boomer?
- Dla ciebie pani Boomer - Berta odepchnęła od siebie dzieci i zrobiła krok w kierunku Luny. - Kask ci się przekrzywił, panno Pomyluna! Cha cha cha!
- Rzuciłaś silenciem w trzylatka? Pamiętasz, jak to jest, gdy ma się trzy lata i ktoś stosuje na tobie czary? Hmm...Czy ty w ogóle miałaś kiedyś trzy lata? Wątpię!
- To jest dozwolone! Rzucę i cruciem, jak będzie trzeba - wyszczerzyła się okrutnie Berta, ukazując rząd nierównych zębów w różnych odcieniach. Dzieci zbiły się w ciasną gromadkę. - A co, nie czytałaś w twych swoich uczonych księgach? Różdżką dziateczki Merlin karać każe! - zaniosła się makabrycznym śmiechem. - Cisza tam! - ryknęła nagle, bo jedna z dziewczynek nie wytrzymała i zaczęła kwilić.
"Zła. Zła jak sto tysięcy smoków nadepniętych na ogon. Baaardzo zła!" - powtarzała w myśli Luna.
- Różdżką, mówisz? - spojrzała Bercie w kaprawe oczka, jedną ręką przygarnęła do siebie płaczącą bezgłośnie dwójkę, a drugą sięgnęła za ucho. - Może i nie jesteś dziateczkiem - powiedziała z dziwnym spokojem - ale i tak dostaniesz.
I, zanim Berta zdążyła zacisnąć mocniej paluchy na swojej różdżce, Luna zamachnęła się swoją:
- Świniotok!
Po czym machnęła jeszcze w kierunku zasmarkanej parki, przywracając jej głos. Jednak dzieci nie wydały z siebie ani piśnięcia. Patrzyły ogromnymi oczami na swoją panią, która miotała się dziko po sali, kwicząc przeraźliwie. Podbiegła do lustra i stwierdziwszy, że jednak nie zamieniła się w prosiaka, odetchnęła z ulgą. O ile można "odetchnąć" mając świński głos...
- Kwik?! - Berta kwiknęła oskarżycielsko w kierunku Luny. - Kwik, kwik! - pogroziła jej pięścią przed nosem. Następnie zaczęła celować w siebie własną różdżką, zapewne w celu odczarowania się. Bezskutecznie.
- Kwik? Kwik kwik? - padały pytania. I wyraźnie pobrzmiewała w nich panika. - Kwiiik??
Jedno czy dwoje dzieci uśmiechnęły się lekko.
- Świnka? - spytała nieśmiało jakaś blondyneczka.
- Prosiacek! - roześmiał się jeden z chłopców.
- Jak dla mnie - locha - mruknęła pod nosem Luna.
Berta wycelowała w nią palcem:
- KWIK! - a następnie wybiegła z sali. Za chwilę na dole trzasnęły frontowe drzwi. Dzieci rzuciły się do okna. Pani Berta Boomer, potykając się na śniegu w swoich rozdeptanych klapkach, biegła środkiem ulicy, zaczepiając przechodniów i kwicząc coś do nich błagalnie. Ci osuwali się, przerażeni. W końcu, z ostatnim kwiknięciem, zniknęła u wylotu ulicy.
Dzieci wyraźnie odetchnęły. Drobna czarnowłosa dziewczynka o orientalnych rysach przytuliła się do Luny i wyznała:
- Pani Boom-Boom jest bardzo niedobra.
- No! Xenna ma rację. Ona niegrzeczna jest, ta pani - pokiwało głową kilkoro Gumochłonków.
- Nie martwcie się. Pani...eee, Boom - Boom już tu nie wróci.
- Naprawdę?! - mała Xenna pojaśniała i spojrzała na Lunę błyszczącymi oczami.
- Naprawdę. Obiecuję wam - Luna nie wiedziała jeszcze, jak sprawić, aby pani Boomer nie wróciła, ale wiedziała, że nie może teraz powiedzieć tym zastraszonym dzieciom niczego innego. Zresztą - zanim Boomer trafi do Munga i zanim uporają się tam z jej przypadłością, trochę czasu minie...
- A teraz chodźcie - robimy express hogwarcki i jedziemy do sali Goblinków. No, kto chce być lokomotywą?... Dobra, to ja będę! Uuuu! Ciuch-ciuch-ciuch! Jedzie pociąg z daleka, na nikogo nie czeka. Już na pluszu siadamy, do Hogwartu zmierzamy! Uuuu!...
***

Jodie i Luna podzieliły się osieroconymi przez panią Boom-Boom Gumochłonkami. Postanowiły, że na razie nie będą ogłaszały, iż posada się zwolniła i poszukają przedszkolanki na własną rękę.
- Te biedne dzieci zasługują na kogoś normalnego. Widziałaś, jak one się zachowują? Siedzą pod ścianą i boją się dotknąć zabawek.
- No. Z tego, co mówią te najbardziej rozgarnięte, pozwalała bawić się tylko tym, które nie odezwały się przez godzinę To po to był jej potrzebny ten cholerny stoper! Reszta musiała w tym czasie siedzieć bez ruchu i liczyć kółeczka na dywanie.
- O, Merlinie. A ja nie przejmowałam się tą grupą, bo zawsze był tam względny spokój... Jak na nasze przedszkole, rzecz jasna. Nie, Boomer tu
nie wróci, nie ma mowy!
Reszta dnia upłynęła spokojnie, acz bardzo twórczo. Ponieważ dzieci było zbyt dużo, aby je zabrać na spacer, Luna wyczarowała im w sali sztuczny śnieg. Woźny, który zajrzał akurat w chwili, gdy trwała wielka bitwa na śnieżki "pani Luna - reszta przedszkola", aż złapał się za głowę:
- Ja się pytam: kto to będzie sprzątał, ha?
- Proszę się nie martwić! Mam różdżkę i umiem jej używać - Luna wychyliła się zza barykady z misiów, co skończyło się dla niej dość bolesnym spotkaniem z jakąś dwudziestką śnieżek. - Niech mi pan lepiej pomoże! Sama nie daję już rady! Nyk bladvak kyntr plyrs!(1)*- parsknęła śmiechem i śniegiem.
Woźny pokręcił tylko głową, pociągnął za postronek Alcesta (który spokojnie spożywał sztuczny śnieg) i wyszedł, złorzecząc pod nosem.
- Ja! Ja pani pomogę! - wyrwał się Bobby Briggs. - Będę bohaterem! Będę... Harrym Potterem!!! - wskoczył za barykadę i zaczął w ekspresowym tempie produkować śnieżne kulki.
- O, nie! Harrym ja chcę być! - sprzeciwił się Jimmy Johnson.
- Czemu ty, co?! - odezwały się głosy.
- Głosujmy!
- Tak, zróbmy demokratyczne wybory! - zawołała Harriet Granger.
- Nie, wyliczajmy!
- Głupi jesteś. Wypadnie na jakiegoś niedorajdę i takiego będziemy mieć Pottera?
- Sama jesteś głupia!
- Czekajcie! - Luna przełknęła z trudem fakt, że temat robi się dla niej zbyt bolesny. - A niby dlaczego tylko jedno z was ma być tym..., no wiecie...
- Hajim Potejem - dopomógł jakiś Gumochłonek.
- Właśnie. Wszyscy mogą być. Chodźcie, mam pomysł.
***
Rodzice, którzy po południu zaczęli przychodzić po swoje pociechy, mogli zaobserwować bardzo oryginalną scenę. Po sali, z małymi miotełkami, uganiało się dwudziestu Potterów. Obu płci. Można ich było rozpoznać po drucianych okularkach (Luna zużyła na to jakiś funt biurowych spinaczy) oraz charakterystycznej bliźnie na czole (magiczny marker, łatwo zmywalny i nietoksyczny). Za Voldemorta - nieodzownego przy zabawie w Pottera - robił zaś wielki bałwan ze sztucznego śniegu, stojący na środku sali. Większość rodziców uśmiechała się na ten widok.
- Bardzo pouczająca zabawa, pani Lovegood! Dzieci muszą znać historię.
- Przesadziłaś, Lu! - parsknął Fred Weasley. - Nie podejrzewałem cię o taką fascynację Harrym - zażartował.
Całe szczęście w tym momencie Ralph i Rick uwiesili mu się na szyi i nie mógł zauważyć, jak Luna oblewa się pąsem.
- Tato, ciocia Luna jest suuuper! - wrzasnął ojcu do ucha Rick. - Wiesz, że wreszcie zrozumiałem to dodawanie? Ciocia mi wszyściutko wytłumaczyła! Tatusiu, posłuchaj: masz dwie różdżki, dostałeś jeszcze trzy, to ile masz razem? No, ile? Bo ja wiem!
- Ile? Hmm... - Fred umieścił sobie po jednym bliźniaku pod każdą pachą. - Chyba o cztery za dużo!
Ralph i Rich zachichotali.
- Na razie, Lu!
- Do-wi-dze-nia! - wyrecytowały spod pachy rudzielce.
- Aha, Luna. Masz tu nasz nowy katalog - Fred z trudem sięgnął do kieszeni płaszcza. - Jakbyś coś chciała, albo może ktoś znajomy, to daj znać.
Luna zerknęła na katalog "1001 magicznych drobiazgów Weasleyów". Na pierwszej stronie widniało zdjęcie dziwnego przyrządu na długiej sprężynce. Podpis głosił: "Kłopoty z drapaniem się po plecach w czasie lotu na miotle? Turbo Drapak Weasleyów ci pomoże! Jedyne cztery sykle plus koszty sowy".
Za chwilę Luna zobaczyła w drzwiach dziwnie znajomą postać.
- Cho! Co ty tu robisz?
- A co ty tu robisz, Luno Lovegood? - uśmiechnęła się blado Cho (zapewne już nie Chang). - Cha, cha, wiem, że tu pracujesz, Xenna wspominała. Ale... - Cho spojrzała na swoją córeczkę - jak ona wygląda? Cała potargana i spocona! Xenno, co ty wyprawiasz?
- Bawię się w Harry'ego Pottera, mamusiu.
- W Harre... no, też coś! Co za pomysły, naprawdę. Poza tym - zaraz masz kurs latania na miotełce, jak masz zamiar pójść w takim stanie?
- To są takie kursy? - uniosła brwi Luna.
- Oczywiście. Mała chodzi też na kółko młodego alchemika oraz kurs zaklęć podstawowych.
Xenna pochmurniała z każdym kolejnym słowem matki. Zajęcia dodatkowe najwyraźniej niezbyt jej odpowiadały.
- Nie naburmuszaj się tak, moja panno. Robisz miny jak obrażony skrzat domowy. Zobaczysz, zamienisz się kiedyś w paskudnego skrzata! Zmyj to z czoła i idziemy.
"Zmyj" - łatwo powiedzieć. Okazało się, że magiczny marker wcale nie był magiczny, ale zwyczajny, mugolski. Lunie coś musiało się pomieszać. Rocco Malfoy, który w akcie odwagi podszedł dziś do Luny i też poprosił o bliznę ("Też chciałbym być Harrym. Ale to sekret. Tatuś by mnie za to zavadował") teraz wpadł w panikę. Starał się zakryć błyskawicę swoją blond grzywką, ale na nic to się nie zdawało. A Draco Malfoy już siedział na dole w samochodzie i trąbił przeraźliwie. Draco nigdy nie wchodził do przedszkola, zawsze mu się spieszyło i wołał syna z zewnątrz. Zajmował się dostawą ryb i owoców morza do sklepów i restauracji. Malfoyowie zbiednieli okrutnie, większość członków rodziny po ostatecznej rozgrywce z Voldemortem trafiła do Azkabanu. Draco stał się drobnym przedsiębiorcą, a syna musiał posłać do przedszkola.
Luna usiadła w oknie i patrzyła, jak dzieci, prowadzone przez rodziców za rękę, wracają do domu i podniecone relacjonują wszystkie dzisiejsze atrakcje. Neville z Nell obrzucali się śniegiem (tym razem prawdziwym), Hermiona i Harriet, używając zaklęcia powiększającego, przyglądały się strukturze płatka śniegu, a Fred ciągnął Ricka i Ralpha na podwójnych, piętrowych sankach (zapewne z katalogu Weasleyów). Z przedszkola wyszedł Rocco i - noga za nogą - powlókł się do samochodu ojca. Był to zwyczajny mugolski samochód, pewnie tylko trochę udoskonalony za pomocą czarów. Na plandece widniał krzywy napis "Cold Fish" oraz blada, zezowata rybka z dwoma widelcami wbitymi w podgardle. Nazwa miała ponoć brzmieć "Gold Fish", ale Crabbe i Goyle, współpracownicy Malfoya, do których należało dbanie o promocję i wizerunek firmy, spartaczyli robotę. Cud, że ich kulfony w ogóle można było odczytać. A Luna w myślach zawsze nazywała Firmę Malfoya "Zimny Ryb".
Rocco wlazł do szoferki i usiadł ze spuszczoną głową. Ani grzywka, ani futrzana czapeczka nie były w stanie przykryć ogromniastej błyskawicy na jego czole. Draco oczywiście dostał ataku szału. Długo coś wrzeszczał, potem uderzył kilka razy w klakson, wyszedł z samochodu, zapalił papierosa, wrócił, zaczął mówić coś do syna długo i dobitnie, grożąc mu palcem, wyszedł ponownie, wrócił z garścią śniegu i zaczął trzeć czoło chłopca. Posiedział chwilę w milczeniu. Pacnął się w głowę. Wyjął różdżkę i krótkim zaklęciem usunął ze szlachetnego czółka Rocco kompromitujący znak. Po chwili Luna patrzyła zdumiona, jak Draco Malfoy, pierwszy zimny wąż Hogwartu, uśmiecha się do syna, tarmosi mu czule włosy i całuje w oczyszczone już czoło. Zatrąbił jeszcze parę razy klaksonem (najwyraźniej ta funkcja samochodu bardzo mu się podobała) i odjechali.
Teraz, gdy dzieci już się porozchodziły i w przedszkolu zapanowała dziwna cisza, Lunie znów zrobiło się nieszczególnie na sercu. Zwłaszcza, że widok szczęśliwych, dzieciatych, kochanych i kochających ludzi nie nastroił jej zbyt optymistycznie. Chciała szybko przeprowadzić na sobie autoterapię z potwierdzaniem uczuć, ale tym razem było jej zbyt smutno, aby mogła to przed sobą otwarcie przyznać. Westchnęła i zwiesiła głowę. Nagle poczuła, że ktoś ciągnie ją delikatnie za koszulę.
- Proszepaniom...
- DeeDee? A co ty tu jeszcze robisz?
- Zaraz pójdę, mama poszła kupić proszek fiuu na rogu, bo zabrakło, a my dziś lecimy kominkiem do babci. Proszę - DeeDee wyciągnęła do Luny zaciśniętą piąstkę. - To dla pani. Bo wiem, że takie pani lubi. Specjalnie wybrałam wszystkie pieprzowe!
Luna wystawiła rękę i dostała garść posklejanych, nagrzanych od łapki dziewczynki fasolek Bertiego Botta. - Do widzenia, proszepaniom. Ja bardzo panią lubię i wszyscy też... - szepnęła zawstydzona DeeDee i uciekła z sali.
"I jak tu się nie wzruszyć?" - uśmiechnęła się Luna.
Potem siedziała w oknie, aż nie zrobiło się całkiem ciemno i myślała o tych wszystkich, co ją ponoć tak bardzo lubią. I o tym jednym, którego ona musiała przestać lubić jak najprędzej.


***
(1) "Wobec wielu i oskard jest bezsilny" - stare przysłowie Goblinów

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Magdalith - Koham Lune Luvgood

Postautor: archiwalny » 10.02.08, 20:09

Odcinek 5
***
Luna Lovegood z trudem otworzyła drzwi wejściowe, wypuściła z rąk siatki pełne zakupów i bez sił klapnęła na krześle w holu.
- Uff! - stęknęła, ocierając czoło i rozpinając sweter pod szyją. - Te upały mnie wykończą.
Od kilku dni szalało przedwiośnie. Marzec rozpieszczał londyńczyków słoneczną pogodą, przejrzystym powietrzem, ciepłymi podmuchami i temperaturą dochodzącą w porywach do piętnastu stopni. Po śniegu nie było śladu, sople nie dybały już na niczyje życie, a bałwan, stojący na przedszkolnym podwórku i przedstawiający panią Boomer (rzucanie w niego śnieżkami było zajęciem odstresowującym dla Gumochłonków) zamienił się w smętną kałużę. Wróble wrzeszczały jak opętane, a kaczki, nie mogąc uwierzyć, że miejskie bajorka wreszcie odmarzły, pluskały się szczęśliwe w wodzie. Luna, choć często miewała huśtawki nastrojów, z natury była jednak pogodną optymistką, a taka aura nastawiała ją do życia jeszcze pozytywniej. Jedynym minusem były "upały". Luna była zimnolubna, a przy piętnastu stopniach Celsjusza zastanawiała się już poważnie nad wyjęciem z szafy letniej odzieży.
- Ten sweter dzisiaj to była pomyłka. Uff! - zdjęła przez głowę pomarańczowy pulowerek, zwany przez niektórych "sweterkiem cnoty", z tego względu, iż wyszyta na przedzie wiewiórka gryzła boleśnie każdą obcą rękę, która zabłądziła w cielesne okolice Luny. Teraz wiewiórka, lądując razem z wełnianą całością na wieszaku w holu, fuknęła i w złośliwym grymasie pokazała białe zębiska.
- Jak zaczniesz rzucać się i na mnie, zostaniesz spruta - pogroziła jej Luna, podniosła torby z zakupami i zaniosła je do kuchni.
Mieszkanie Luny odzwierciedlało w pewien sposób wnętrze jej samej. Momentami było poukładane, wręcz pedantycznie porządne - jak np. łazienka, w której tomy książek stały na półkach, poustawiane według dziedzin wiedzy, gatunków literackich, autorów, a nawet kolorów okładek, a w wiklinowych koszyczkach wokół stojącej na środku łazienki wanny leżały równiutkie stosy kolorowych magazynów (Luna najbardziej lubiła czytać w kąpieli); a momentami panował straszliwy chaos, jak na przykład w kuchni, gdzie dwa stoły nie wystarczały i były zawsze czymś zawalone. Luna niedawno dostawiła trzeci, jednak nie wyglądało na to, aby miało to w czymś pomóc. Teraz na stole małym, teoretycznie przeznaczonym do spożywania posiłków (posiłki i tak najfajniej spożywało się siedząc po turecku przed kominkiem) stała niedokończona makieta zamku Hogwart wykonana z patyczków od lodów, wraz ze stosem podartych gazet, słoiczkami z magicznym klejem, tubkami z farbą, brudnymi pędzlami i jakąś dziesiątką kubków i filiżanek po herbacie. Natomiast stół większy, w założeniu służący do przygotowywania posiłków, równomiernie pokryty był podręcznikami, słownikami i notatkami w języku goblideguckim, który to Luna pilnie studiowała, oraz - oczywiście - również naczyniami z resztką herbaty, kawy, soków i innych napojów. Najmniejszy stolik, przyniesiony z salonu, aktualnie wysychał, bo Luna pomalowała go na kolor harmonizujący z resztą kuchni, czyli wścieklepomarańczowy, a zaklęcie wysuszające nie chciało jakoś działać na mugolską farbę.
- O, Virginio, cześć! - Luna zajrzała do salonu. - Jak minął dzień? Zdrzemnęłaś się? Merlinie, jak tu gorąco. A ja muszę jeszcze rozpalić w kominku. Zaraz będzie fiukała Hermiona. A niech to...
Luna pootwierała wszystkie okna i gdy wiosenny wiaterek zatańczył w firankach, rzuciła w kierunku kominka cichym Incendio. Ogień zapłonął, a Luna zajęła się wypakowywaniem zakupów.
- Zobacz, Virginio! - machnęła niedużym podniszczonym tomikiem w stronę salonowej kanapy. - Gramatyka goblidegucka! Wyszperałam w antykwariacie... O, kurczę, kiwi się rozplasło. Mówiłam, że chcę niedojrzałe!
Wyciągała z siatek kolejno: nieco poplamioną torebkę kiwi, pięć paczek psich ciasteczek, karton soku grejpfrutowego, żurawinową marmoladę, parę zeszytów w jaskrawożółtych okładkach, kilka gazet (mugolski "The Moon", czarodziejski "Prorok", miesięcznik "Oni żyją. Magazyn przyjaciół UFO"), butlę błękitnego płynu do kąpieli "Noc polarna", chleb tostowy "Chrup - chrup", woreczki do lodu, paczkę bloku karaluchowego i jasnoróżową końcówkę do mopa firmy "Voldemop".
- Głupota, moim zdaniem - pokręciła głową. - Ja rozumiem, że wszyscy odetchnęli i lubią robić sobie jaja z Czarnego Pana, no ale to już przesada. To tak, jakby mugole nazwali gąbki do mycia naczyń "hitlerki". Kogo to śmieszy?... A teraz patrz, Virginio. Ta - daam! - Luna wyjęła elegancką torebkę z napisem "Madame Malkin ubierze cię od stóp do głów" i wyciągnęła z niej atramentowoczarny komplet bielizny. Przyłożyła do siebie biustonosz i majteczki.
- No i jak? Super, co? Mio narzekała, że noszę zbyt ekstrawagancką bieliznę. Marcheweczki jej się nie podobały, też coś... No to wybrałam coś stonowanego. Swoją drogą, te bazyliszki są urocze, prawda? - z uśmiechem patrzyła na delikatny bazyliszkowy wzorek, haftowany na czarnym jedwabiu. - Jednak wszystko, co ślizgońskie, jest najbardziej seksowne. Co racja, to racja.
- Ta kobieta jest obłąkana - usłyszała nagle czyjś rozbawiony głos. - Rozmawia z pluszową kurą, kupuje dessous zdobne w gady...
- O, hej, Mio! - Luna podeszła do kominka i uśmiechnęła się do głowy Hermiony, widniejącej w palenisku. - Obłąkana? Wszyscy jesteśmy obłąkani, Mio, chi chi! Virginia mnie rozumie, lubię z nią gadać. Potrafi słuchać, jak nikt - Luna usiadła na kanapie przed kominkiem i przytuliła do piersi leżącą tam pluszową, powycieraną kurę o wyłupiastych oczkach. A bielizna, moim skromnym zdaniem, jest bardzo szykowna. Bazyliszki są takie drapieżne... Nie to, co marcheweczki, prawda? - mrugnęła do Hermiony.
- Nie wiem, czy to bezpieczne dla postronnych obserwatorów, Luno. Z tego, co mi wiadomo, spojrzenie bazyliszka ma pewną, hmm... właściwość.
- Sugerujesz, że mój widok w półnegliżu może być zabójczy? - Luna uniosła brwi i parsknęła śmiechem. - O czym chciałaś pogadać, Mio?
- Mam dylemat - westchnęła Hermiona. - Dostałam propozycję lepszej pracy i...
- Super! Hermiono! - przerwała jej Luna i aż podskoczyła na kanapie.
- Poczekaj. To nie takie proste. Propozycja jest wspaniała, dobrze płatna, to coś, o czym wielu może tylko marzyć...
- No to dlaczego masz wątpliwości?
- Bo to praca w Hogwarcie, Lu - grobowym głosem odparła Hermiona.
- No i... - zawahała się Luna - no i co z tego? To chyba świetna rzecz, co?
- Lu, widzę, że tobie też mina zrzedła. Nie oszukujmy się - to jest nobilitacja, a jednak... wiesz, ugrzęznąć w Hogwarcie to być odciętym od tego wszystkiego - potoczyła wzrokiem wokoło - od normalnego życia, od świata. Mam rację?
- Hmm - Luna zapadła się w kanapowe poduszki i głaskała w zamyśleniu wyliniały łepek Virginii - niby racja. To trochę daleko. Od wszystkiego. Ale wiesz, coś za coś. Zresztą - są też przecież wakacje, prawda?
- Luna, proszę cię - Hermiona pokręciła głową. - Od pewnego czasu staram się ułożyć sobie życie i nie bardzo mi to wychodzi. A mam wrażenie, że gdy osiądę w Hogwarcie, zrobię jeszcze krok w tył. Albo - inaczej patrząc - skoczę za daleko do przodu. To miejsce dla starych, znudzonych życiem i doświadczonych czarodziejów. A ja się tak jeszcze, chwała Bogu, nie czuję.
- A czego miałabyś uczyć? - Luna starała się nie myśleć o tym, że gdy Hermiona wyjedzie, ona znów zostanie całkiem sama. Wiedziała jednak, że powinna gorąco namawiać przyjaciółkę do tego wyjazdu. Hermiona tkwiąc w Londynie wyraźnie się marnowała, a taka okazja jak praca profesorki w szkole magii mogła już się nie powtórzyć. - Numerologii może?
- Tak. Profesor Vector wylądowała w Mungu, chyba na dłużej. Zmieniała sobie za pomocą czarów płeć w tę i we w tę i w końcu się doigrała.
- No, pamiętam, że jeszcze na trzecim roku, to znaczy na twoim czwartym, była facetem. A ostatnio kim była?
- Właśnie nie wiadomo. Starają się do tego dojść, pewnie trochę to potrwa. Tak więc miejsce się zwolniło. Dostałam sowę od Dumbledore'a... wiesz co - zachichotała - przykleił jednego dropsa do pergaminu i podpisał "smacznego!"... mam przyjechać w sobotę, znaczy jutro, aby omówić szczegóły. Miałabym zacząć od kwietnia. Ale wciąż nie mogę się zdecydować.
- Nie ma się nad czym zastanawiać. Jedź - powiedziała Luna bez przekonania.
- A co z Harriet? Musiałabym ją przecież wziąć, a ona ma dopiero pięć lat! Co będzie robiła w tym zamczysku, bez rówieśników, i w ogóle? - Hermiona pociągnęła nosem. - Nie, nie przyjmą cię wcześniej na pierwszy rok, nie ma takiej możliwości - odwróciła głowę, zwracając się zapewne do córki. - Ona bardzo chce jechać, wiesz? Mówi, że w przedszkolu są same dzieciuchy, a w Hogwarcie wreszcie nauczy się czegoś pożytecznego.
- No i ma rację - westchnęła Luna, której przekonywanie kogoś do czegoś, w co sama nie wierzy, nigdy nie przychodziło z łatwością. - Musisz wziąć tę pracę, bez dwóch zdań.
- Sama nie wiem - zasępiła się Hermiona. - Słuchaj, Lu, a może pojechałabyś ze mną jutro? Byłoby mi raźniej. Pomożesz mi podjąć tę decyzję. A poza tym - fajnie zobaczyć stare śmieci, co?
- Do Hogwartu? Yyy... a toś mnie zaskoczyła. No, nie wiem...
- Lu, proooszę, co ci szkodzi?
- Nnno dobrze... Mogę jechać.
- Dzięki, Lu! Kochana jesteś. Będziemy jutro o ósmej, pociąg odjeżdża dziewiąta piętnaście. - Znów odwróciła głowę - Tak, Harriet, możesz już zacząć się pakować. Pa, Luna, do jutra - i zniknęła.
- Ale numer, Virginio, co? Niech mnie żądlibąk udziabie. Jadę do Hogwartu - uśmiechnęła się zamyślona. Pomysł z odwiedzeniem szkoły, w której nie było się od ośmiu lat, był nieco szalony. Ale Luna lubiła szalone pomysły. Teraz wyjęła różdżkę zza ucha i ugasiła ogień w kominku. Spojrzała na zdjęcia stojące na gzymsie. Jej mama, trzymająca ją samą, dwuletnią, na rękach, uśmiechała się ciepło, ale nieco nieprzytomnie - tę nieprzytomność i mglistość spojrzenia Luna odziedziczyła właśnie po niej. Na drugiej fotografii ojciec wskazywał znacząco na jakieś ślady na piasku - to były ślady chrapaków. Z kolejnego zdjęcia przyjaźnie mrugał Albus Dumbledore, a na ostatnim widniały machające do Luny rękami Hermiona i Harriet. Z boku stał jeszcze portrecik Pippi Langstrumpf. Nieruchomy, bo mugolski. Luna uśmiechnęła się do nich wszystkich i pomaszerowała do kuchni, aby zrobić sobie kolację.
- Tosty z plasterkami kiwi, skropione odrobiną tabasco. I mleko z lodem, ha!... Nie patrz tak, Virginio, możesz dostać najwyżej okruszki.
***

O godzinie szóstej rano dnia następnego, magiczny zegar Madame Tempory zabrzęczał przeraźliwie, okienko nad tarczą otworzyło się z trzaskiem i wyskoczyła zza niego malutka, drewniana postać czarownicy, skrzecząca: "To już południe! Porrra nakarrrmić plumpki! Hha, hha, hha!!!". Luna jęknęła i rzuciła w zegar kapciem. Czarownica, prychając: "A, niech zdychają z głodu. Twoja sprawa!" schowała się z powrotem.
- Budzik... Muszę kupić sobie normalny budzik... - wymamrotała Luna, przewróciła się na drugi bok i ponownie zapadła w sen, w którym Draco Malfoy, z błyskawicą narysowaną na czole i w peruce z różowego mopa ubiegał się o posadę przedszkolanki w Wesołym Kociołku.
***

Luna przeciągnęła się leniwie, zrzuciła z ramion lekką narzutkę, pod którą sypiała i za pomocą nogi otworzyła szerzej okno. Rześki wiaterek wpadł do sypialni. Luna uśmiechnęła się promiennie do kury leżącej obok na poduszce.
- Miałam chory sen, wiesz, Virginio - zachichotała. - A tobie co się śniło? Znów koszmary o fermie drobiu? Biedna...
Drrrrryńńń!!! Drryń - drryń - drrryńńń!
Luna zerwała się, aby natychmiast opaść z powrotem na poduszkę.
- Auuua! Głupie okno! - rozmasowała bolące czoło i spojrzała nieprzytomnie na zegar. - Ósma dziesięć. Co to ja miałam...
Drrryńńń!
- Hermiona! Harriet! Hogwart! - pisnęła przerażona. Ze słów na "h" przyszły jej w tym momencie do głowy również "holibka" i "holera". - Kląć chyba można nieortograficznie? - mruknęła, wyskoczyła z łóżka i kurcgalopkiem popędziła do drzwi wejściowych. Koło łazienki obróciła się na pięcie i zerknęła do lustra.
- O, na dzikiego kudłonia! - jęknęła. Widok był porażający. Strzecha włosów z wplątanymi kolorowymi spineczkami, których zapomniała zdjąć na noc, na policzku odciśnięty profil Virginii, t-shirt z ufoludkiem (sądząc po rozmiarze zakupiony w sklepie Dla Olbrzymów i Trolli Górskich), wygnieciony, jakby został właśnie wyjęty z gardła chimery oraz jedna pasiasta skarpetka na stopie. Luna przygładziła włosy.
- A, co tam, to tylko Hermiona! - i podreptała do holu, bo dzwonek hałasował, jak opętany.
- Cześć, Mio!... M...mio?
- Czeeeść, Luuunaaa! - odpowiedział chór głosów.
- Czyżbyśmy cię obudzili? - Hermiona wzięła się pod boki i zmarszczyła brwi.
- Na to wygląda - mruknął Neville Longbottom, wychylając się zza Hermiony.
- Lovegood, czy ty nigdy nigdzie nie możesz być na czas? - pokręcił głową Ron Weasley, wychylając się zza Neville'a.
- Hmm - chrząknął George Weasley, obrzucając Lunę spojrzeniem od stóp do głów.
- Nie hmm, tylko khm-khm - Harry Potter uśmiechnął się pod nosem.
- Ciociu, jak ty wyglądasz! - pisnęła Harriet, przeciskając się pomiędzy wszystkimi i stając na progu.
"No właśnie - pomyślała słabo Luna, wycofując się pod ścianę i wpuszczając uśmiechającą się znacząco gromadkę do środka. - Jak ja wyglądam...".
***

Okazało się, że Neville Longbottom, Ron i George Weasleyowie oraz Harry Potter, gdy dowiedzieli się o planowanej wizycie Hermiony w Hogwarcie, uznali, że nie mogą przepuścić takiej okazji i postanowili wybrać się razem z nią. Teraz siedzieli wokół kuchennego stołu Luny (tego pomarańczowego, który zdążył z grubsza obeschnąć), przetrząsali szafki i lodówkę w poszukiwaniu jedzenia i ekscytowali się myślą, że za parę godzin znów przekroczą progi szkoły. Luna doprowadziła się jako tako do stanu oglądalności (przygładziła włosy i zdjęła skarpetkę), ale była nadal tylko w koszulce z ufoludkiem. Siedziała na kuchennym taborecie jak na szpilkach, starając się nie patrzeć na Harry'ego, który z wyciągniętymi nogami opartymi o zlewozmywak chrupał tosta i wyglądał, jakby się jeszcze nie obudził. Starała się również nie myśleć o tym, że jest BEZ BIELIZNY. Trzy stopy od Harry'ego Pottera. To wszystko nie było proste. Z minuty na minutę czuła, że wymięka. "Hermiono - myślała z wyrzutem. - Dlaczegoś?... Dlaczegoś mi to uczyniła?". Nie mogła wybaczyć Hermionie, że sprowadziła tu Harry'ego. Zresztą ten, widząc jej minę, powiedział na wejściu: "Sorry, że cię nachodzę. Jak chcesz, możesz rzucić we mnie jakimś soplem. Obiecuję się nie bronić". Luna przełknęła głośno ślinę.
- Zjedz coś, Lu, bo zemdlejesz po drodze - poradziła Hermiona. - Wyglądasz niewyraźnie.
- Niby co ma zjeść? - Ron wychylił się zza drzwiczek od lodówki. - Tu nie ma nic jadalnego! Trzeba było mnie uprzedzić, Herma, zjadłbym w domu. A teraz...
- Nie jęcz. Trzeba było wcześniej wstać i zrobić sobie coś na drogę - ucięła Hermiona.
- Trzeba było wcześniej zafiukać - warknął Ron, zatrzaskując z hukiem lodówkę.
- Nie zaczynajcie - jęknął Neville, który kontemplował Hogwart z patyczków od lodów. - Wieża Gryffindoru jest niedokończona - zwrócił uwagę.
- Wiem... Zabrakło patyczków. Chcę zawieźć to jako prezent dla Dumbledore'a, ale nie wiem, czy takie nieskończone może być.
- Jasne, że może - Harry przełknął ostatni kęs tosta i wytarł okruszki z porośniętej dwudniowym zarostem brody. - Dumbel najwyżej dorobi sobie zaklęciem to, czego brakuje. Sama robiłaś? Znaczy, bez czarów?
Luna skinęła głową, patrząc gdzieś w stronę suszarki na naczynia. Wiedziała, że gdy zacznie się na niego gapić, nie będzie już mogła przestać...
- Super! Ja nie miałbym cierpliwości. Wiesz, ja muszę mieć wszystko tak od razu - pstryk! i gotowe - Harry pstryknął palcami.
- Wiemy, wiemy - pokiwała głowami większość z obecnych.
- Sam nie wiem, jak kiedyś obywałem się bez różdżki - wyjął z kieszeni skórzanej kurtki swoje jedenaście cali z piórem feniksa i spojrzał na nie czule.
- A, właśnie - gdzie moja różdżka? - rozejrzała się bezradnie Luna.
- Tam, gdzie zawsze - Harry uśmiechnął się i popukał w jej różdżkę, zatkniętą, rzecz jasna, za ucho.
- Lu, nic ci nie jest? - Hermiona spojrzała na nią uważnie.
- Nnn...nie. Nic. Idę się ubrać.
Wstała, zrobiła parę kroków i weszła w zamknięte kuchenne drzwi.
- Auć. Przepraszam... to znaczy, he he... nie chciałam.
Gdy wyszła, wszyscy spojrzeli po sobie.
- Czy ona tak zawsze? - spytał szeptem George.
- Obawiam się, że tak - odparł Ron, nadgryzając ostrożnie papryczkę chili.
- Ale nie AŻ tak! - pokręciła głową Hermiona. - Najwyraźniej coś jej jest.
- Hmm - rzekł filozoficznie Harry. - Herma, zrobisz mi jeszcze jednego tooostaaa...? - ziewnął przeciągle, zasłaniając usta ręką. Nagle spojrzał na rękaw swojej skórzanej kurtki. - Mógłby mi ktoś wyjaśnić, dlaczego mam pomarańczowe łokcie?
- Auuuaaa! - zawył Ron, wypluł papryczkę i rzucił się do kranu.
***

W tym czasie Luna, już po zażyciu szybkiego, lodowatego prysznica, stała przed lustrem w łazience, zastanawiała się, dlaczego Merlin pokarał ją taką strzechą włosów oraz powtarzała pólgłosem: "- Nie - zachowuj - się - jak - trzynastolatka. Nie - zachowuj - się - jak - trzynastolatka. Nie - zachowuj - się - jak...". Kłopot z Luną był taki, że gdy miała trzynaście lat, wydawała się o wiele poważniejsza i dojrzalsza od swych rówieśników. I zapewne taka była - niezbyt szczęśliwe koleje losu wymusiły na niej szybsze dorośnięcie. Ale jednocześnie żyła w swoim własnym, trochę nierealnym świecie, co według niektórych świadczyło o zdziecinnieniu, a tak naprawdę: o wyobraźni, wrażliwości i oryginalności Luny. Z wiekiem pewne cechy, jak wiadomo, nasilają się, i mając dwadzieścia pięć lat Luna Lovegood osiągnęła mistrzostwo w dziwaczności. Co ani trochę nie pomagało jej w funkcjonowaniu w społeczeństwie - nawet czarodziejskim, które, mimo wszystko, również rządziło się pewnymi społecznymi prawami. Luna bez problemu radziła więc sobie z wymyślaniem kolejnych zabaw dla dzieci w wieku lat trzy do sześciu, ale miała piekielne problemy z wymyśleniem swojego sposobu na facetów. Zwłaszcza na jednego faceta.
- Och, Potter - westchnęła, walcząc z włosami za pomocą magicznej szczotki Madame Ruffle, poleconej przez Hermionę (która miała podobne problemy, z tą różnicą, że jej włosy były ŁADNE) - ... czemu ty jesteś Potter?...
Luna Lovegood żyła bowiem w błędnym przekonaniu, że głównym problemem jest to, iż Harry jest TYM Potterem. Że gdyby nie był Tym, Który Pokonał (Z Niewielką Pomocą Przyjaciół) Sami Wiecie Kogo, zawsze otoczonym wianuszkiem fanek i reporterów z gazet, wtedy o wiele łatwiej byłoby jej się do niego zbliżyć, a przede wszystkim nie wyglądałoby to tak GŁUPIO. Ale myliła się. Problemem było to, że Luna się zakochała. Totalnie i na amen. To był jej pierwszy i jedyny jak dotąd raz i nie mogła wiedzieć, że stan zakochania tak właśnie na nią wpływa. Że zupełnie głupieje. Wymięka. A to, w połączeniu z jej niewiarą we własną kobiecość oraz z ogólnym zakręceniem sprawiało, że jej sytuacja była rzeczywiście beznadziejna. Z tego akurat Luna zdawała sobie sprawę.
Zignorowała ironiczne prychnięcie lustra i machnęła ręką na włosy. Następnie otworzyła drzwi garderoby, w celu wyszukania czegoś, w co mogłaby się ubrać. Garderoba Luny była rozwiązaniem zagadki, jak to możliwe, aby w łazience panował zawsze taki porządek. Otóż to, co psuło harmonijny wystrój tej świątyni czystości, chłodu i literatury, było natychmiast usuwane i upychane za drzwiczkami z sosnowych listewek. Bywało, że drzwiczki trzeba było dopychać kolanem. Ale kto by się tym przejmował?
Luna obrzuciła spojrzeniem bezładne kłębowisko wszystkiego, zaścielające podłogę, ale jej wzrok przykuła od razu jedna z niewielu rzeczy wiszących na wieszaku. Był to komplecik zakupiony poprzedniego dnia. I już wiedziała.
- Bazyliszki. I nic innego - wypowiedziała radośnie i z dzikim błyskiem w oku. Coś jej podpowiadało, że na tak szczególną okazję, jaką była podróż do Hogwartu z Harrym, czarna jedwabna bielizna jest jak najbardziej pożądana. Do bazyliszków Luna dokomponowała sobie rozpinany śliwkowy sweterek oraz szerokie płócienne spodnie, które z daleka wyglądały jak zamaszysta spódnica a z bliska - zdaniem Hermiony - jak worek na kartofle. Zastanawiała się właśnie, co począć z długimi trokami, zwisającymi ze spodni ("Zostawić? Zawiązać na kokardkę? Obciąć?"), gdy rozległo się pukanie do drzwi i niecierpliwy głos Hermiony:
- Luna, żyjesz?
- Żyję, żyję! Ale co to za życie - dodała pod nosem. - Właź.
Hermiona wlazła. A za nią - tradycyjnie już - reszta przybyszów.Wszyscy patrzyli na nią badawczo.
- Wszystko w porządku? Nic ci nie jest?
- Nic nie jest w porządku. Czyli norma. Nic mi nie jest - uśmiechnęła się krzywo Luna.
- Ale tu zimno - Neville owinął się ciaśniej płaszczem.
- Zimno?! - Luna, zerkając na Harry'ego, otarła czoło.
- Ile książek! - Harriet rzuciła się do regałów.
- Można tu zapalić? - spytał Harry i, nie czekając na pozwolenie, usiadł na brzeżku wanny i podpalił wyjętego z kieszonki kurtki papierosa.
- Ta szafa coś mi przypomina - mruknęła Hermiona, wskazując otwartą garderobę i patrząc znacząco na Harry'ego.
- No, mi też - Harry wypuścił w powietrze kłębuszek dymu. - Ale u mnie drzwi już się nie domykają.
Lunę, nie wiedzieć czemu, na myśl o szafie Harry'ego ogarnęła fala ciepła.
- Hej, masz jeszcze krukoński szalik! - ucieszył sie Ron i wydobył spod sterty ubrań, ręczników, kartonowych pudełek, butów, łyżew, piłek i siatek na żądlibąki szalik w barwach domu Ravenclaw.
- Jasne, że mam. Mam wszystko, Ron. Ja niczego nie wyrzucam - wzruszyła ramionami Luna.
- A co, wy nie przygotowaliście się na gościnny występ w Hogwarcie? - zdziwił się Harry, po czym wyciągnął z kieszeni (chyba magicznie przepastej) kurtki sprany i sfilcowany, czerwono - żółty szaliczek. - Wstyd mi za was, naprawdę - i fantazyjnie zawiązał sobie szalik pod szyją.
- Ja mogę wystąpić tak - Ron owinął sobie głowę szalikem Luny, przemieniając się tym samym w rudą i piegowatą starowinkę. Na dodatek z bródką.
- Oddaj to Lunie, szaleńcze. Ty i Ravenclaw? - prychnęła Hermiona. - Toż to profanacja.
- Profanacja czego? Mnie? - Ron, robiąc głupią minę, zamrugał oczami.
- Mamo, co to znaczy profancja?
- Na najniższej półce masz słownik, Harriet - Luna wskazała dziewczynce odpowiedni tom.
- Dobra, Lovegood, przebierz się i jedziemy - rzucił Ron z niewinnym uśmieszkiem.
- Zamknąłbyś się, naprawdę - wycedziła Hermiona.
- Nie słuchaj go - machnął ręką Neville. - Ładnie dziś wyglądasz. Przy tym fiolecie dopiero widać, jakie srebrzyste masz oczy. Luna o księżycowym spojrzeniu... - uśmiechnął się, mrugając do Luny.
- Uuuuu! - zawył radośnie Harry. - Neville, co za komplementy. Chyba nawet Megan takich nie prawisz! Oj, bo doniosę...
- Ty też byś się zamknął, Harry - powtórzyła Hermiona.
- Dzięki, Neville - Luna, zakłopotana, skubnęła troczek od spodni.
- Mamo, a wiesz, co to jest prohibicja? - spytała Harriet, podnosząc główkę znad grubego tomiszcza, które oparła sobie na umywalce.
- Tak, słonko. To jest to, czego najbardziej boi się wujek Harry. A teraz jedźmy już, bo naprawdę się spóźnimy. A mimo wszystko nie mam ochoty na podróż latającym samochodem.
- Uuuuu... - wydobyło się znów z gardła Harry'ego. - No, chłopie - pokręcił głową w kierunku Rona - panna Wiem Wszystko ma dziś wyjątkowo cięty języczek.
- Czarno widzę tę wycieczkę - mruknął Ron i razem ze wszystkimi opuścił łazienkę.
***

Sześcioro byłych hogwartczyków (oraz jeden przyszły) przybyło na dworzec King Cross w ostatniej chwili i w ostatniej chwili złapało pociąg do niedużego miasteczka, z którego potem mieli świstokliknąć się w okolice Hogwartu.
- Jedziemy mugolskim pociągiem, Herma? - spytał lekko zszokowany Ron, kiedy już zakupili bilety, wpadli do pociągu i przeciskali się wąskim korytarzykiem w poszukiwaniu wolnego przedziału.
- Jak widać, Ronaldzie. Ekspres do Hogwartu jeździ tylko dwa razy w roku, jakbyś nie wiedział.
- Dwa razy? - Harriet zrobiła wielkie oczy. - A na święta i ferie to niby jak jeździliście? Jakieś problemy z liczeniem, mamo?... O, tu są wolne miejsca! Wchodzimy?
- Dla niepalących - skrzywił się Harry.
- Nie marudź, wujku. Poza tym palenie powoduje raka i choroby serca, nie wiedziałeś?
- Nie wsiadam! - George ze spanikowaną miną zatrzymał się na progu przedziału. - Dwie panny Wiem Wszystko na raz? Mogę tego nie przeżyć! To już wolę raka i choroby serca. Harry - powiedział dramatycznie. - Daj zajarać.
- TYLKO na korytarzu - zakomenderowała chłodno Hermiona. - W tym przedziale od teraz obowiązuje kulturalne zachowanie, kulturalne słownictwo i zakaz trucia. Jedzie z wami moje dziecko, pamiętajcie - syknęła.
- Zakaz trucia? A co ty właśnie robisz?
- Ron! - warknęła Hermiona.
- Dobrze już, dobrze. Namalujmy na przedziale jakieś ostrzeżenie, na przykład trupią czaszkę, i wsiadajmy.
***

- No, Lovegood, teraz się tłumacz, dlaczego tak długo się przed nami ukrywałaś - zagadnął Ron, gdy tylko usiadł.
- Słucham? Jak to - ukrywałam? - Luna ucieszyła się się, że może popatrzeć na Rona, bo do tej pory zmuszona była udawać, że podziwia widoki za oknem, aby tylko nie zerknąć przypadkiem na Harry'ego, który usadowił się dokładnie naprzeciwko niej.
- No tak. Mieszkamy niby wszyscy w jednym mieście... no, oficjalnie oprócz mnie - chrząknął - a widujemy się raz na rok. Jak to możliwe?
- Naprawdę cię to dziwi, że dziewczyna się przed tobą ukrywa? - spytała ironicznie Hermiona. - A może rozwinąłbyś temat twojego nie mieszkania w Londynie, co? Chociaż, z tego co obserwuję, częściej pomieszkujesz kątem u Harry'ego, niż bywasz w Norze. Bo wiesz - zwróciła się do Luny - Ron jako jedyny został u mamusi. Nawet Ginny - NAWET Ginny się wyniosła. Nie wstyd ci, Ronaldzie?
- Wstyd? A co to? Harriet, zabrałaś może ze sobą ten słownik?
- Żałosne, naprawdę - jęknęła Hermiona.
- Dosyć już, błagam - poprosił Neville. - Czy naprawdę cały czas musicie drzeć koty?
- Lwy, Neville, lwy - poprawił George. - Nie zapominaj, że jesteśmy z Gryffindoru.
***

Słońce było już wysoko. Za oknem przesuwały się szybko pola, łąki i pastwiska, wioski i lasy, wzgórza i kręte rzeki. Neville spał, wtulony w zasłonkę przy drzwiach, Ron i George grali w eksplodującego pokera, Hermiona czytała "Numerologię. Podręcznik dla nauczycieli", Harriet rozwiązywała krzyżówki w "Małej Czarownicy", Harry w milczeniu patrzył przez okno a Luna Lovegood wędrowała spojrzeniem od obłoków płynących po błękitnym niebie do szmaragdów oczu naprzeciwko niej, które, rozświetlone przez wiosenne słońce, ale przesnute dziwnym smutkiem, wydawały jej się piękniejsze od wszystkiego - nieba, obłoczków i słońca razem wziętych. Smutek był czymś, czego inni być może u Harry'ego nie zauważali, ale co dla Luny nieodłącznie się z nim kojarzyło. Choćby był nie wiadomo jak radosny, wyluzowany i rozbawiony, to coś zawsze mu towarzyszyło. Było w jego oczach, w spojrzeniach rzucanych gdzieś w dal, ponad wszystkich, w tonie głosu i mimowolnych gestach. Czasem, gdy się tak nad tym wszystkim głębiej zastanowiła, dochodziła do wniosku, że Harry nosi w sobie jakąś straszną ranę, i tylko udaje, że o niej zapomniał. I że cały czas robi dobrą minę do złej gry. Bywały chwile - i tak było właśnie teraz - gdy miała ogromną ochotę wziąć go mocno za rękę, spojrzeć w oczy i powiedzieć: "Wiem, Harry. Wszystko wiem, i rozumiem". Ale do takiego kroku trzeba by mieć gryfońską odwagę. A ona była tylko stukniętą Krukonką...
- Rozwiązałam już wszystkie krzyżówki - oznajmiła ze smutkiem Harriet. - I co mam teraz robić?
- Hmm. A znasz grę w "Kto zobaczy pierwszy"? - spytała Luna, która jako pedagog czuła się w obowiązku zorganizować czas nieletniej pasażerce.
- Nie. A jak w to się gra?
- Jedna osoba wymyśla jakąś rzecz, powiedzmy: "krowa". Wszyscy wypatrują jej za oknem, a kto pierwszy zauważy, zdobywa punkt.
- No dobrze, może być - zgodziła się łaskawie Harriet. - To ja zadaję pierwsza... Ale wszyscy grają! - wrzasnęła, aż Neville podskoczył i rozejrzał się nieprzytomnie po przedziale. - Krowa nie, bo krów jest pełno. Hmmm... Niech będzie: owca! Start! Wszyscy grają, powiedziałam!
- Dzięki, Lu - mruknęła Hermiona, odłożyła książkę i zaczęła wpatrywać się w widok za oknem.
- Mamo, może dasz nam te cukierki, będą jako punkty?
- Co? Co? - ocknął się Ron, który czuł, że jeszcze chwila i zemrze z głodu. - Dobra, to ja też gram.
Nagle z korytarza dobiegł monotonny, męski głos, powtarzający:
- Piiiwo, browar, piwko! Piiiwo, browar, piwko!
- Co to?! - spytali podekscytowani bracia Weasleyowie.
- Coś jak sprzedawca słodyczy w Ekspresie do Hogwartu, tylko asortyment trochę inny - wytłumaczył Harry.
- Uau! Zaczynam lubić mugolskie pociągi!
- Piiiwo, browar, piwko! Piiiwo, browar, piwko!
Ron pośpiesznie wymieniał u Luny sykle na funty, gdy nagle drzwi do przedziału otworzyły się z hukiem i stanął w nich...
- Ooo...owca! - George ze zdumieniem wskazał palcem na przybysza. - Wygrałem cukierka!
Wszyscy przyjrzeli się sprzedawcy, któremu "Piiiwo" zamarło na ustach, i wybuchnęli opętańczym śmiechem. Harry tłukł się rękami po kolanach, Neville kwiczał w firankę, Luna ryczała, zgięta w pół, Hermiona schowała się za "Numerologią", która dziwnie się trzęsła, a George i Ron byli już czerwieńsi, niż plusz na siedzeniach.
- Eee tam - skrzywiła się Harriet. - To się nie liczy. - Spojrzała na torbę wypełnioną puszkami z piwem. - Wie pan, co to PROHIBICJA? - spytała sprzedawcę chytrze.
- Oj, nie mogę, nie mogę... - wył Ron. - Owca!... Ojojojojoooj...George, przesadziłeś, bracie.
- Co jest, do diabła?! - spytał ostro mężczyzna. - Kupujecie, czy nie?
Harry chciał nawet coś kupić, ale co spojrzał na okoloną aureolą wełnistych blond loczków twarz przybysza (który teraz miał iście barani wyraz twarzy), ponownie wybuchał śmiechem.
- A, szlag by trafił takich popaprańców! - facet z odrazą obrzucił ich spojrzeniem, zatrzymując je na szaliczkach Luny i Harry'ego. - Wariaci. Lumpy. Szalikowcy! - i, splunąwszy, wyszedł, zasuwając hałaśliwie drzwi.
- Piiiwo, browar, piwko! Piiiwo...
- To była najprawdziwsza owca. Taka fryzura chyba nazywa się afro, co? Proszę o cukierka - otarł łzy George.
Hermiona wręczyła mu nagrodę, co Harriet skwitowała kwaśną miną i stwierdzeniem:
- Owce są rodzaju żeńskiego! Ech, na niczym się nie znacie.
***

Jechali i jechali. W końcu Harry też zasnął, zdejmując wcześniej buty i kładąc wyciągnięte nogi na siedzeniu obok Luny. Ta na moment zesztywniała lekko, aby za chwilę zostać całkowicie rozbrojona tym, co spostrzegła. Otóż Harry Potter miał na nogach zwyczajne, szare skarpetki. A na dużym palcu jednej z nich zrobiła się malutka dziurka. Przez tę dziurkę wyglądał kawałek palca Harry'ego. Widok ten rozczulił Lunę tak straszliwie, że nie mogła zrobić nic innego, jak tylko wstać, wyjść na korytarz i ochłonąć przy otwartym oknie. Stojąc tak i łapiąc wiatr we włosy (czytaj: czochrając sobie jeszcze bardziej swoją niepokorną strzechę), usłyszała, że ktoś otwiera drzwi ich przedziału, staje za nią i delikatnie dotyka jej pleców. Poczuła, że noga się pod nią ugina (jedna, bo drugą trzymała opartą na siedzisku wystającym ze ściany) i odwróciła się powoli, będąc przygotowaną na szmaragdy oczu.
Ale za nią stał tylko Neville.
- Nie zimno ci przy tym oknie? A tak w ogóle - co ci jest? - spojrzał na nią uważnie.
- Nic mi nie jest. I nie rozumiem, dlaczego wszyscy nagle...
- Zachowujesz się dziwnie - przerwał jej Neville. - Stresuje cię ta wizyta w Hogwarcie, czy co?
- Ja ZAWSZE zachowuję się dziwnie. Nie mów, że jeszcze nie zauważyłeś. Ale... tak, może to o ten Hogwart chodzi - Luna prędzej dałaby odebrać sobie całą kolekcję kapsli (zbieranych od dziesięciu lat), niż odważyłaby się zwierzyć Neville'owi (albo komukolwiek!) dlaczego zachowuje się jeszcze dziwaczniej, niż zwykle.
- Wiesz, ja też czuję sie jakoś nieswojo. Kurczę - oparł się plecami o ścianę i popatrzył zamyślony w sufit - jak to jest, że zamiast się cieszyć, czuję niepokój? Mam dziwne wrażenie... ale się nie śmiej, proszę, że coś zaniedbałem, że coś się nie udało. Kończąc Hogwart miałem takie plany, nadzieje, i to jakby się rozmyło, rzeczywistość okazała się zupełnie inna...
- No, coś w tym jest - Luna pociągnęła nosem. Neville właśnie ubrał w słowa to, co dręczyło ją od kilku lat.
- Ja chyba boję się spojrzeć w oczy Dumbledore'owi - szepnął, jakby sam zdziwiony tym, co właśnie odkrył - tyle po nas oczekiwał i w ogóle...
- No wiesz, coś niecoś zrobiliśmy. Jakiś Voldemort został wykończony, z tego co pamiętam.
- Tak, ale... Spójrz na nich, na nas, teraz - wskazał głową przeszklone drzwi przedziału, za którymi majaczyły niewyraźne sylwetki Byłych I Przyszłych Hogwartczyków. - Odpowiedz mi szczerze, Luna. Jak myślisz - czy oni są szczęśliwi? Czy spełniły się ich, to znaczy nasze, marzenia?
Luna przełknęła ślinę i, milcząc, utkwiła spojrzenie w przelatujących za oknem słupach wysokiego napięcia. Milczeli tak oboje, dobre parę minut. Nagle Luna złapała Neville'a mocno i wpiła mu paznokcie w ramię.
- Widziałeś?!
- Co takiego?
- Dam sobie nogę uciąć, że na jednym słupie siedział pełzodrewniak! Wiesz, ten niby wymarły gatunek ptaka, coś jak skrzyżowanie dzięcioła i olbrzymiego kornika.
- Coś takiego na pewno bym zauważył, Lu.
Żadne z nich nawet się nie uśmiechnęło.

***

Gdy dotarli do świstoklika, a był nim przerąbany na pół (przez jakiegoś maniaka lub drwala - szaleńca) fotel na biegunach, byli krańcowo głodni (Ron), znudzeni (Harriet) i spanikowani (Hermiona, Luna, Neville). George i Harry, ten ostatni dzierżąc w objęciach Hogwart z patyczków, nawet się nie odzywali. Bez słowa kliknęli się pod Hogwart. I dopiero widok dębowych, monumentalnych, ale jakże bliskich ich sercom drzwi do zamku sprawił, że poczuli dreszczyk podniecenia i prawdziwe wzruszenie. "- Syrsym bladvakys!"* - szepnęła Luna. A gdy w progu stanął Argus Filch, prawie rzucili mu się na szyję. Hermiona złapała Lunę za rękę i nie puszczała jej, aż nie znaleźli się w gabinecie Dumbledore'a. Gdy Albus ujrzał ich wszystkich, wstał z fotela, otworzył usta i natychmiast usiadł z powrotem. Był stary. Zawsze był stary, ale teraz był Naprawdę Stary. Broda nie sięgała mu już do pasa. Sięgała do ziemi.
- Dzieci - powiedział wzruszonym, ale nadal mocnym głosem. - Dzieci...
W oczach coś mu zaigrało. I to nie były iskierki. To było chyba coś mokrego.
- Dzieci! - uśmiechnęła się szelmowsko Harriet i potoczyła wzrokiem po swoich wujkach, cioci i matce. - Nareszcie ktoś was przejrzał!

c.d.n.

***
* W górę oskardy! - stare powiedzenie Goblinów.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Magdalith - Koham Lune Luvgood

Postautor: Arthur Weasley » 13.02.08, 22:29

Odcinek 6

Luna zaczęła schodzić powoli z kamiennych schodów. Spojrzała na Harry’ego, aby przekonać się, czy on też widzi, jak cudownie wygląda jezioro w świetle zachodzącego słońca, ale Harry, przeskakując po dwa stopnie, zbiegł na dół, i szybkim krokiem przemierzał już błonia. „Gdyby miał znów jedenaście lat, pewnie puściłby się biegiem – pomyślała Luna. – Swoją drogą – ciekawe, dlaczego ludzie, gdy dorastają, zaczynają tłumić swoje naturalne odruchy.” Sama nie wyobrażała sobie, aby mogła się kiedykolwiek hamować i nie robić tego, na co akurat ma ochotę. No, pomijając ochotę na odgarnięcie z czoła Harry’ego Pottera potarganej, czarnej grzywki, muśnięcie palcami płatka jego uroczego, chłopięcego ucha, przekonanie się, czy jego dłonie są szorstkie, czy może delikatne… i tak dalej. Te zachcianki akurat umiała pohamować. Choć trochę ją to kosztowało. Teraz ruszyła w ślad za Harrym, a za nią, ledwo dotrzymując kroku, podążyli bracia Weasleyowie, Hermiona oraz Neville. Nagle drzwi chatki Hagrida – do której się kierowali – otworzyły się, dał się słyszeć dziki okrzyk, a zaraz potem zatrzęsła się ziemia.
- Hhhhaaaarrryyy!!! – zagrzmiał potworny glos. Stado gawronów, grzebiących do tej pory w młodej trawce, uniosło się spłoszone w górę, a sowa, która drzemała na gałęzi drzewa rosnącego na skraju lasu, przebudziła się, straciła równowagę i spadła na ziemię z cichym pacnięciem.
- Haaaryyy! Nareszcie! Choliiibka, nareszcie! – wył Hagrid, łącząc bieg z radosnymi podskokami, wymachując nad głową rzeźnickim nożem i rozsiewając wokół obierki od kartofli, wypadające mu z kraciastego fartucha, którym był opasany. Za Hagridem galopowało dwoje osobników, wyglądających na siedmio – ośmioletnie dzieci, jednak gabarytami przypominających rosłych mężczyzn.
- Harry… - Hagrid stanął twarzą w twarz z Harrym Potterem i pokręcił głową.
- Hagrid… - szepnął Harry, patrząc w załzawione oczy gajowego.
- Niechże cię uściskam – chlipnął Hagrid i porwał Harry’ego w objęcia. – Tyle czasu, tyle czasu…
- Mmmhhh – odpowiedział Harry z czeluści Hagridowej brody.
Luna Lovegood, na widok Harry’ego Pottera na rączkach u Hagrida, z dyndającymi w powietrzu nogami, wydała z siebie, chcąc nie chcąc, zduszone kwiknięcie.
- Luniaaastaaa! – ryknął Hagrid, wypuścił Harry’ego (który upadł na ziemię z cichym pacnięciem) i ruszył w kierunku Luny. Ta odruchowo zrobiła krok w tył.
- Rudzielce! Hermiona! Longbottom! – Hagrid kręcił głową i ocierał pięściami łzy, lejące mu się strumieniami z oczu.
- Przyjechaliście. Przyjechaliście.
- Tato, czy to jest wujek Harry? – spytała basem dziewczynka o bystrych oczach i czarnych, grubych warkoczach do pasa. Następnie jednym ruchem podniosła Harry’ego z ziemi.
- Tak, córuś. To wujek Harry, o którym tylem wam opowiadał. A to są moje dzieciska – zwrócił się do przybyłych – o których tylem wam pisał. Frida i Max.
- Dzień dobry – dygnęła Frida, a jej rumiane policzki zaróżowiły się jeszcze bardziej. Max natomiast chrząknął coś, podrapał się po kudłatej, czarnej czuprynie i zaczął kontemplować jeden ze swych zielonych kaloszy.
- Maksiu jest trochę, ten tego, nieśmiały – wytłumaczył Hagrid. - Za to jaką ma rękę do zwierzyny, ho ho! A Frida to taka bardziej po mamie. Gadka po francusku, sawua wir, stroje i te sprawy – Hagrid patrzył z dumą i miłością na swe dorodne potomstwo.
- ‘Agrid? – dało się słyszeć z wnętrza chatki. – ‘Agrid, woda na kartofli tobi wikipiali! Szibko, choź tu!
- Już lecę, dziubasku! – Hagrid skierował się z powrotem do chaty, a Ron spojrzał po zebranych szeroko otwartymi oczami.
- Dziubasku??? – szepnął.
- Cicho, Ron. Powstrzymaj się od komentarzy, jeśli łaska – poprosiła chłodno Hermiona.
- Hagridzie, co się tutaj stało? Co z twoimi roślinami? – Neville, zbulwersowany, rozglądał się po ogródku, do którego właśnie doszli.
- Aaa – machnął ręką Hagrid. – To przez te ślimaki.
- Ślimaki? Nie używasz tego najnowszego środka? Jest niesamowity. „Snail Mordre 3.1”, mogę ci przesłać.
- Nieee, tego, chodzi o to, no wiesz… - plątał się Hagrid. – Mamy, ten tego, hodowlę ślimaków. One wszystko zżerają. No, co zrobić, cholibka…
- Hodowlę?! Chyba nie rozumiem – uniósł brwi Neville, patrząc z troską na doszczętnie pogryziony liść smokoskrzydlicy purpurowej.
- Chodź do środka, to zrozumiesz. Akuratżem kolację szykował.
- Co dzisiaj – ślimaki i ziemniaki, czy żabie udka i knedle? – spytała wesoło Frida. – Mama i tata wreszcie się pogodzili i zawsze jedna połowa kolacji jest mamy, a druga taty – wyjaśniła gościom dziewczynka, gdy weszli już do domku Hagrida.
- Dziś kartofli i ślimaki. Pójdźcie wimić ręki, dzieci, s’il vous plait.
- Oui, maman! – dygnęła Frida, a Max obejrzał swoje paznokcie.
- Nie są jeszcze takie brudne – mruknął, ale napotkawszy surowe spojrzenie matki, udał się za siostrą. Matka natomiast, a była to madame Maxima we własnej osobie, przywitała się z przybyłymi chłodnym skinieniem głowy. Siedziała przy starym drewnianym stole Hagrida, spowita w bladofioletowe tiule, dostojnie wyprostowana na złoconym krześle z wysokim oparciem. Przed nią stał porcelanowy zestaw talerzy, srebrne sztućce oraz kryształowy kielich na wodę. Wnętrze chatki nie zmieniło się drastycznie od momentu, gdy Harry i reszta widzieli je po raz ostatni. Przybyło tylko trochę nowych sprzętów (arrasy na ścianach, złote kandelabry, parę mebli w stylu wczesny Grindewald). Nad łóżkiem Hagrida, ozdobionym teraz baldachimem, wisiała makatka z wyhaftowanymi dwoma serduszkami i czerwonym napisem „Cholibka!”. Z tyłu chaty widać było drzwi prowadzące do przybudówki – gdzie zapewne sypiały dzieci. Nagle zza tych drzwi wybiegł olbrzymi pies, dopadł do gości i zaczął ich radośnie obskakiwać.
- Kieł, Kiełek! Kochane psisko!
Kieł miał już mocno posiwiały pysk, ale nadal zachowywał się jak szczeniak. Teraz, co jakiś czas poszczekując głucho, oblizywał i obśliniał przybyłych.
- Kielu! Kielu, natychmiast przestani. Zostaw gości, s’il vous plait. ‘Agrid, ty mu kaganic zdjął, dlaczego?
- Kieł w kagańcu? - zdziwił się George. – Przecież on by muchy nie skrzywdził.
- Tu nie ma muchów – obruszyła się madame Maxima. – A dużi bydlę musi kaganic. Gryzi, ślini, halasui – odsunęła się z odrazą od ogona, wywijającego młynki przed jej nosem.
- Już, motylku, już szukam kagańca, niech no kartofle dojdą.
- Motylku? – jęknął cicho Ron, za co dostał kuksańca od Hermiony.
- No, siadajta! – Hagrid nadszedł z parującym sagankiem ziemniaków i zaprosił wszystkich do stołu. – Zjecie z nami, prawda?
Za nim pojawiła się Frida, niosąca srebrny półmisek pełen…
- Ron, co ci jest? – zmarszczyła brwi Hermiona. – Nie wygłupiaj się, siadaj i jedz – szepnęła mu do ucha.
Ale Ronowi, na widok ślimaków, przyniesionych przez Fridę, przypomniała się pewna bardzo stara, ale bardzo, bardzo nieprzyjemna przygoda. Zakrył usta ręką i, lekko pozieleniawszy na twarzy, wybiegł z chatki.
- Co mu, chori? – uniosła brwi madame Maxima.
- Chori, chori – mruknęła Hermiona i – nie zważając na lekko spanikowane miny przyjaciół, wpatrujących się w zawartość srebrnego półmiska, z uśmiechem sięgnęła po pierwszego ślimaka.
***

W tym czasie dwie postacie powoli przemierzały ciche korytarze zamku Hogwart, zaglądając do sal lekcyjnych, oglądając obrazy i trofea na ścianach i zagadując mijane duchy. Albus Dumbledore, omotany artystycznie własną brodą i podpierający się laseczką z rączką w kształcie głowy feniksa, prowadził za rękę Harriet Granger, która – możliwe, że po raz pierwszy, odkąd nauczyła się mówić – zaniemówiła. Miała tylko coraz bardziej błyszczące oczy i coraz mocniej ściskała dłoń staruszka.
- Widzę, że stary Hogwart zrobił na tobie wrażenie, co?
Harriet kiwnęła tylko głową.
- Na pewno nie możesz się już doczekać, aż zostaniesz przyjęta, prawda? Być może powtórzysz sukces mamy i też zostaniesz najlepszą uczennicą w szkole?
Dziewczynka pokiwała głową bardzo gorliwie.
- A może też zostaniesz w przyszłości nauczycielką, tak jak mama?
Harriet pokręciła głową przecząco.
- Nie chcesz? Hm, w takim razie – kim chciałabyś być, gdy dorośniesz?
Mała Granger potoczyła wzrokiem dokoła i oświadczyła z powagą:
- Chcę zostać dyrektorem Hogwartu.
- O ho, ho! – Albus roześmiał się serdecznie. – Brawo! To mi się podoba. Nie ma to jak planować sobie karierę z dużym wyprzedzeniem.
- Dużym? – zmarszczyła brwi Harriet. – Mam już prawie sześć lat! Sądzę, że to najwyższa pora.
- Hm. No tak. Przepraszam cię – powiedział Dumbledore poważnie, ale broda dziwnie mu zadrżała. – No, a teraz, jeśli jesteś rzeczywiście tak podobna do mamy, jak to wygląda, na pewno będziesz chciała zostać sama. Tak więc, zostawiam cię – otworzył szeroko dębowe, rzeźbione drzwi. – Biblioteka Hogwartu! Irmo – zwrócił się do pani Pince – ta młoda dama jest naszym gościem. Pozwól jej szperać, gdzie zechce.
Pani Pince zrobiła kwaśną minę, patrząc z niechęcią na małego przybysza.
- Może jeszcze w dziale ksiąg zakazanych, dyrektorze? – spytała z ironią, ale na widok wymownego spojrzenia Dumbledore’a, zamilkła. Harriet natomiast puściła rękę Albusa i jak w transie weszła pomiędzy regały pełne tysięcy najwspanialszych książek, jakie tylko mogła sobie wyobrazić. Albus uspokajająco poklepał bibliotekarkę po ręce.
- Nic się nie martw, Irmo. To jest mała Granger. Księgozbiór jest całkowicie bezpieczny. Poza tym, jak to mówią… - poszukał w pamięci odpowiedniego słowa – wyluzuj!
Położył przed panią Pince cytrynowego dropsa i, chichocząc cichutko, powiewając brodą oraz postukując laseczką, wyszedł.
***

Profesor Severus Snape miał dosyć. Miał dosyć już od ładnych paru lat, ale teraz miał już dosyć – dosyć – dosyć. Czuł, że jeszcze jedna lekcja z bandą niedorozwiniętych nastolatków, których połowa powinna nosić przydomek „Potter” (ze względu na arogancję i nieuzasadnione samouwielbienie), a druga połowa – „Longbottom” (ze względu na niezdarność gumochłona), a on sam zrobi coś tak głupiego (rzut z wieży Gryffindoru w stroju śmierciożercy? Taniec solo na stole w czasie kolacji? Randka z Trelawney?), że wyślą go prosto do Munga i będzie miał wreszcie Święty Spokój. Snape ze zgrozą obserwował, jak z roku na rok nowe roczniki przychodzące do Hogwartu są coraz bardziej rozbestwione i coraz trudniej jest wbić im cokolwiek do głów. Snape doskonale wiedział, skąd brała się ta arogancja i pewność siebie wśród uczniów. Potter. Jak zawsze – Potter. „Czego można oczekiwać, gdy idolem i wzorem dla młodzieży jest ktoś taki?!”. A Potter był wszechobecny. Łypał nawet z gazetek ściennych, z nowego sztandaru szkoły, i z portretów które, obowiązkowo, zawisły nad drzwiami każdej pracowni. Portret w pracowni eliksirów, co prawda, spłonął w nieszczęśliwym wypadku (tajemniczy wybuch kociołka) już pierwszego września, ale w innych salach nadal straszył. „Nie mogę biegać z kociołkiem po całej szkole, niestety. Zresztą, może łatwiej i szybciej byłoby wysadzić w powietrze cały Hogwart? Nie miałbym nic przeciwko temu.” Nie można było powiedzieć, że Severus Snape nie lubił swojej pracy. Nie. On jej nienawidził. Oczywiście wszystko uległoby diametralnej zmianie, gdyby w końcu dostał upragnioną posadę nauczyciela OPCM-u. „Wtedy mógłbym nauczać nawet Pottera. Oraz jego potomstwo. O ile takowe posiada. Czego mu z całego serca życzę.” Ostatnia rozmowa z Dumbledorem, kiedy już zdawało mu się, że wymarzone stanowisko ma w zasięgu różdżki, ostatecznie sprawiła, że postarzał się o jakieś dziesięć lat. Miał ich już prawie pięćdziesiąt, więc dodanie dziesięciu w sumie nie byłoby takie złe. „Poszedłbym na emeryturę i wreszcie miałbym Święty Spokój.” Dumbledore oświadczył mu bowiem, że widzi go jako swego następcę.
- Dyrektor Hogwartu. I co o tym myślisz? Bo ja myślę, że Rada przyjęłaby twoją kandydaturę jednogłośnie. Od lat jesteś moim zastępcą, przez rok zajmowałeś mój fotel… No, i jak, Severusie?
- Myślałem raczej… Hmm. Dziękuję ci, Albusie, ale… No tak. Hmm. Wiesz, wolałbym robić coś bardziej… twórczego. Rozumiesz. Dyrektor to, jakby nie patrzeć, funkcja czysto dekoracyjna i…
- Dekoracyjna? – zrobił wielkie oczy Albus.
- Eee… Przepraszam. Palnąłem głupstwo. Wybacz.
- Nie przepraszaj! – Albus owinął się ponętnie brodą. – Naprawdę myślisz, że dekoruję Hogwart? Dziękuję ci, Severusie.
I tak wyglądały rozmowy z Dumbledorem.
A Snape każdego dnia znajdował nowy siwy włos na swej głowie i każdego dnia obiecywał sobie, że następnego ranka o ósmej nie stawi się na lekcji, ale naprawdę założy ten strój śmierciożercy, zatańczy z Trelawney na stole, a potem rzucą się razem z wieży. Ale jakoś ciągnął dalej.
Teraz była sobota wieczór, a on przyszedł do biblioteki celem poszukania czegoś lekkiego do poczytania przed snem. Starannie ominął wzrokiem szczerzącego się Pottera, którego zdjęcie zdobiło stolik pani Pince i wszedł do działu ksiąg zakazanych. Wyjął pierwszy z brzegu tom.
- „Szpony, paszcze, ogony. Czyli jak chałupniczo zostać animagiem”. O zwierzątkach przed snem? Nie, dziękuję. – Szukał dalej. – „Różne zastosowanie wnętrzności, jako ingrediencji magicznych eliksirów i wywarów”. Nie, znów się po tym zrobię głodny. – Wyjął kolejną księgę. – „Do zakopania jeden krok, czyli grzebanie żywcem – historia, metodologia, ćwiczenia praktyczne”. Dzięki. Chcę zasnąć, a nie pęknąć ze śmiechu.
Sięgał właśnie po tom oprawiony w świńską skórę, z wygrawerowanym tytułem „Lochy, knury, warchlaki i czarna magia. Mroczne tajemnice chlewików”, gdy usłyszał coś, co kazało mu na chwilę przerwać poszukiwania. Jakiś dziewczęcy głos, dochodzący zza regałów z książkami, tłumaczył komuś:
- Nie, nie, nie. Tutaj nie znajdziecie nic o Merlinie, na Merlina! To dział „Czarodzieje współcześni”, przecież jest tabliczka, o, tu. Merlin już nie żyje. Od jakichś paru wieków. Drobiazg.
- Hmm. No to gdzie mamy szukać? – Spytał chłopięcy głos.
- O, mamo, jak wy się dostaliście na ten drugi rok? W dziale his-to-ria. Proste. Jestem tu od pół godziny i znam układ biblioteki lepiej, niż wy? Zadziwiające…
Snape rozsunął książki i między nimi zobaczył stojącą do niego tyłem dziewczynkę z szopą kręconych włosów, kiwającą z politowaniem głową nad dwoma – pewnie dwukrotnie od niej starszymi – chłopcami w krawatach Gryffindoru.
Snape zamrugał szybko oczami.
- Gran… ger… - wyszeptał i zrobił krok w tył. – Gran… ger?! Ale jak…? – przetarł oczy dłonią i oparł się plecami o regał. – To już koniec, zwariowałem. I nawet nie zdążyłem zatańczyć...
I, nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenia pani Pince, wymknął się chyłkiem z biblioteki. Przemykał korytarzami, wybierając najkrótszą drogę do lochów. „Spać, spać. I nie myśleć o niczym. No… prawie o niczym. Albo nie. W OGÓLE o niczym. Nie jest dobrze. Powiem więcej. Jest bardzo źle. Spać. Spać.” Gdy zbiegł z ostatnich schodów na parter i miał już skierować się na małe schodki prowadzące do podziemi, usłyszał coś, czego – jak wtedy sądził – miał nie zapomnieć do końca życia. Po korytarzu poniosło się bowiem i – odbite od ścian, sufitu i posadzek – uderzyło w jego uszy:
- Hej, Harry, miałeś na nas poczekać! Ech, cały Harry Potter!...
W tym momencie profesor Severus Snape, Mistrz Eliksirów i wicedyrektor Hogwartu, podkasał szatę i – możliwe, że po raz pierwszy w swym życiu - puścił się biegiem. Nie zatrzymał się, dopóki nie zamknął za sobą drzwi lochu i nie zaryglował wszystkich zamków.
Na kruczoczarnej głowie przybył kolejny siwy włos.
***

Po kolacji, gdy słońce dawno już zaszło, a wszyscy podnieceni obecnością Harry’ego Pottera uczniowie pochowali notesy na autografy i zostali zagonieni do dormitoriów, grupka byłych (i jeden przyszły, mocno zaspany i zmęczony wrażeniami) hogwartczyków, udała się na boisko do quidditcha. Harry, Ron i George ściskali w rękach miotły wypożyczone od pani Hooch (która na widok Harry’ego popłakała się i poszła upić się na smutno: od ośmiu lat nie trafił jej się zawodnik o zdolnościach choćby zbliżonych do umiejętności Pottera), Luna i Hermiona prowadziły za ręce Harriet i przerzucały się wspomnieniami z czasów edukacji w Hogwarcie, a z tyłu, nie spuszczając oczu ze śliwkowego Luniastego sweterka, powoli stąpał Neville. Po kilku minutach dwie rude i jedna czarna czupryna śmigały już w powietrzu, to niknąc w mroku, to ukazując się nad głowami pozostałej czwórki, która przysiadła na trybunach.
- Longbottom! – wrzasnął George, przelatując nad Nevillem. – A ty co, nie masz ochoty?!
- Mam ochotę jeszcze trochę pożyć, Weasley – odparł Neville. - Na miotle nie siedziałem od wieków. I mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiał.
- Zostaw go! – machnął ręką Harry (omal nie spadając przy tym z miotły). – Chłopina ma rodzinę na karku, lepiej, żeby nie ryzykował, he he. Ech, nie ma to jak żywot niebieskiego ptaka! Ziuuuu! – Harry zaczął pikować w kierunku Luny i Hermiony, a gdy te z piskiem schyliły głowy, uniósł się błyskawicznie w górę.
- Jasne! Niebieski ptak! – parsknęła Hermiona, która najwyraźniej nie była w humorze. – Żadnych zobowiązań, żadnych korzeni, w razie kłopotów wsiąść na miotłę o nic nie dbając i nie oglądając się wstecz. Bardzo dojrzała postawa, Potter, nie ma co!
- Mio… - szepnęła Luna, zdziwiona jej wybuchem. Zauważyła, że twarz Harry‘ego, mimo, iż nadal wykonywał ewolucje w powietrzu, dziwnie skamieniała. Chyba zareagował tak na słowa o „korzeniach”. – Daj spokój, Hermiono.
- Mi to odpowiada – odpowiedział Harry, lądując tuż obok ławek. – W każdym bądź razie cieszę się, że w wieku dwudziestu lat nie przytrafiła mi się… hm, przygoda. Za którą musiałbym płacić do końca życia – powiedział pozornie niedbałym głosem, ale Luna widziała, jak mocno zaciska palce na trzonku od miotły.
- O, nie, proszę was… Nie zaczynajcie! – Neville ukrył twarz w dłoniach.
Hermiona wstała.
- Przesadziłeś, Potter. Jeśli zdaje ci się, że możesz…
- TY zaczęłaś, Granger – Harry spojrzał jej w oczy.
- Zachowujecie się jak dzieci, słowo daję. Idę stąd – Neville owinął się szczelnie płaszczem i szybkim krokiem ruszył w kierunku zamku.
- Nie, to ty zacząłeś. Zresztą, twoje zachowanie, od początku tej wyprawy…
- O co ci chodzi, Herma? – Ron wylądował na trawie i odrzucił miotłę. – Wiesz, co ci powiem? Już jako dwunastolatka w podkolanówkach byłaś zgryźliwa jak stado goblinów. A z roku na rok ci się pogarsza.
Hermiona zacisnęła pięści.
- Za to tobie się POLEPSZA, Ron. Wszyscy Weasleyowie wynieśli się od mamusi, masz już całe piętro dla siebie! Cudownie, prawda?!
Harriet, która parę metrów dalej, podśpiewując, skakała sobie z ławki na ławkę, zdawała się nie zwracać uwagi na awanturę. Lunie przyszło do głowy, że może oni tak ZAWSZE. Może to jest normalne w tym gronie? Ale dlaczego?! Przecież byli… są przyjaciółmi. Co się z nimi stało? I dlaczego dziś, tutaj, w takim miejscu… Gdyby Dumbledore ich teraz zobaczył…
- Luna, może ty powiedz, czy nie mam racji – zwrócił się do niej Harry.
Luna, która przez chwilę nie słuchała, a teraz zobaczyła utkwione w sobie, wyczekujące spojrzenia Hermiony i Harry’ego, poczuła się jak pomiędzy młotem a kowadłem.
- Nie – powiedziała słabo, patrząc Harry’emu w oczy i czując, że to jednak Hermiona nie miała racji, naskakując na niego. – Nie masz racji, Harry. Oboje nie macie. I… nie chcę już tego słuchać. Taki wieczór… Myślałam, że… - spojrzała jeszcze raz na Harry’ego, podniosła się i ruszyła w stronę lasu. – Idę się przejść. Satys yr et bladvakys *. A wy, jak chcecie, kłóćcie się dalej.
I rzeczywiście to robili. Słychać ich było aż na polance dla hipogryfów na skraju lasu.
Luna usiadła sobie pod drzewem, zadarła głowę i popatrzyła na niebo, które z szarego robiło się już granatowe i widać było na nim parę bladych gwiazd. Było jej zimno, ale nie miała ochoty wracać do zamku. Było też już prawie całkiem ciemno, ale nie chciała zapalać światełka różdżki. Nie bała się lasu. Miała gryfońską duszę, choć sama nie zdawała sobie z tego sprawy. Nie przez przypadek przyjaźniła się z samymi Gryfonami. Tym, czego najbardziej (a może jedynie) się bała, była samotność. Odkąd pamiętała, ten strach zaglądał jej w oczy. Luna lubiła być sama. Ale nie lubiła być samotna. A w tym momencie, na brzegu Zakazanego Lasu, pod hogwarckimi gwiazdami, czuła, że jest. I sama, i samotna.
Gdzieś z boku strzeliła złamana gałązka. Luna odwróciła powoli głowę. Myślała, że to jeden z hipogryfów, które, wyhodowane i wypuszczone do lasu przez Hagrida, przychodziły zawsze w nocy na tę polankę. A przynajmniej przychodziły w czasach, kiedy Luna kończyła szkołę. To nie był hipogryf. Ale ktoś równie dziki i trudny do ujarzmienia.
- Hej, czemu tu siedzisz? To przez nas, prawda? Przepraszam, Lu. Za siebie i za nich.
Harry ukucnął obok Luny, a ona poczuła, że jednak wołałaby widzieć w tym miejscu hipogryfa. Na pewno by jej tak nie speszył.
- Jesteśmy beznadziejni. Żremy się tak już z piętnaście lat. I nadal nie możemy bez siebie żyć, he he. W ogóle nie powinniśmy razem tu przyjeżdżać. Wszystko jest do kitu. Wiesz – usiadł obok niej i też oparł się o drzewo – czasami naprawdę mam tego wszystkiego dosyć. Gdyby człowiek mógł zacząć wszystko od nowa, a o tym, co było, zapomnieć… I żeby wszyscy zapomnieli. Ale się nie da. Niestety.
Luna zastanawiała się, o czym też mieliby zapomnieć ludzie, którzy przecież powszechnie uwielbiali Harry’ ego, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Może dlatego, że skupiała się bardzo mocno na tym, aby w jakiś sposób unormować działanie swego układu krwionośnego, który, najwyraźniej, właśnie oszalał.
- Lu?... Odezwij się. Halo! – Harry pociągnął ją żartobliwie za włosy. – Tu Ziemia do Luny Lovegood. No co jest, aż tak się obraziłaś?
- Nnnie, Harry. Wcale się nie obraziłam. Ja po prostu…
Harry odsunął się od niej i starał się wypatrzyć w niemal całkowitych ciemnościach jej twarz. Z boiska niosły się pokrzykiwania Hermiony i Rona. Gdzieś wysoko pohukiwała sowa.
- Luna? – spytał powoli, patrząc na nią ze zmarszczonymi brwiami. – Luna… Luno Lovegood, czyżby… Nie. Niemożliwe. Luna, spójrz na mnie – rozkazał poważnie, ale nie mógł powstrzymać uśmiechu. – Lu – szepnął zdumiony, biorąc ją delikatnie pod brodę.
- No co?! – bąknęła bezradnie, patrząc wreszcie wprost na niego.
- Nie, nic – otrząsnął się, ale nadal mimowolny uśmiech błąkał mu się pod nosem. – Nie możesz tu siedzieć. Zimno, jak w lochu Snape’a.
Zdjął z siebie skórzaną kurtkę i zarzucił Lunie na ramiona. – Chodźmy stąd.
Szli do zamku milcząc, ramię w ramię, a Harry lekko obejmował Lunę, aby przytrzymać zbyt obszerną kurtkę. Gwiazdy świeciły, las szumiał cichutko, a Luna czuła się jak we śnie. Przyjemnym, ale cokolwiek głupawym. „Pachnie kiepskim romansidłem – pomyślała mimowolnie. - Jak jeszcze zacznie gdzieś w zaroślach kląskać słowik, chyba się popłaczę.”
Ale słychać było tylko:
- Ron, wiesz ty co?!!! Najchętniej przetrzepałabym ci miotłą ten głupi, rudy łeb i tylko patrzyła, czy aby równo puchnie!
No cóż, nie można mieć wszystkiego.
***

Gdy śniadanie dobiegło końca i gdy Severus Snape dowiedział się już i przekonał naocznie, że sen o Trójcy w Hogwarcie wcale nie był snem ani majaczeniem szaleńca, znów postarzał się o dziesięć lat. A siwych włosów wolał już nie liczyć. Przez cały ranek rzucał Dumbledore’owi wymowne i pełne wyrzutu spojrzenia. Gdy mijali się, wychodząc z Wielkiej Sali, mruknął w kierunku dyrektora:
- Ostrzegaj. Na przyszły raz: ostrzegaj, Albusie. W porę się ewakuuję.
- Niby dokąd? - prychnął Albus.
- Wystrzelę się na księżyc. A teraz wybacz, jest niedziela, mam zamiar nie starzeć się już ani o rok. Żegnam.
I odszedł, łopocząc swą nieśmiertelną czarną szatą.
Na tę niedzielę, dzień tak wyczekiwany przez cały podły weekend, a tak zepsuty przez najazd barbarzyńców, zaplanował sobie, co następuje: 1. Zanurzenie się w wannie gorącej wody, w łazience prefektów. 2. Zanurzenie się w jakiejś smakowitej lekturze. 3. Zanurzenie ust w którymś ze szlachetnych trunków ze swego barku. 4. Nie zanurzanie się w żadnych mrocznych myślach.
O ile trzy pierwsze punkty wydawały się być proste do zrealizowania, to gdy myślał o realizacji czwartego, zaczynały nachodzić go mroczne myśli.
Snape miał swoją, nawet nieźle urządzoną, łazienkę, ale od czasu do czasu lubił brać klucz do przybytku prefektów szkoły i poddawać się odprężającym i kojącym jego skołatane nerwy ablucjom. Oczywiście starannie to ukrywał i używał łazienki tylko wtedy, gdy na pewno nikt inny nie chciałby z niej skorzystać. Niedzielne przedpołudnie było całkowicie bezpiecznym terminem. Cały Hogwart wyległ na rozsłonecznione błonia, gdzie – aktualnie – rozdawał autografy, prężył mięśnie i robił inne idiotyzmy, Harry Potter. Snape zajrzał do Filcha, sam wziął sobie klucz i – z książką oraz butelką nie najmocniejszego alkoholu („Jest dopiero południe, Severusie, bądź poważny”) udał się do łazienki.
Pierwszym, co go zdziwiło był fakt, że drzwi były zamknięte tylko jeden raz i nie zabezpieczone żadnym zaklęciem. („Te skrzaty trzeba wymienić na nowe. Zresztą to, jak sprzątają moją pracownię, mówi samo za siebie”). Drugą zaskakującą rzeczą były zapachy, które uderzyły go w nozdrza, gdy wszedł do środka, oraz podejrzany szum. Trzecią – buty, leżące na podłodze, o które o mało się nie potknął („Hm. To się chyba nazywa kombojki. Ale… Co to ma znaczyć?”). Czwartą – komplet schnącego damskiego dessous, rozwieszonego artystycznie na kamiennej figurce syrenki – jednej z wielu wymyślnych ozdób, jakie można było tu zobaczyć. („Bazyliszki?! Co, do diabła?...”). A piątą – obraz, jaki ujrzały jego oczy, gdy skierował swój wzrok na przepastną wannę, a właściwie basen, na środku łazienki.
Gdyby Severus Snape grał właśnie w jakiejś mugolskiej – nomen omen – mydlanej operze, zapewne wypuściłby z rąk butelkę, ta stłukłaby się z hukiem, a osoba nurzająca się w wannie pełnej piany wrzasnęłaby i zaczęła w popłochu zasłaniać obnażone części swego ciała. Ale to nie był mugolski serial. Snape stał przez chwilę jak wryty. Dałby sobie wiele uciąć, że wszelkie myśli (nawet te mroczne, tak, tak!) opuściły na tę chwilę jego głowę. Odkręcił powoli butelkę i pociągnął porządnego łyka. Popatrzył jeszcze przez moment, ale, że świadomość zaczęła mu powoli wracać, zorientował się, że robi coś bardzo, bardzo niestosownego. Nawet jak na Ślizgona. Niedosłyszany poprzez szum lejącej się wody, wycofał się z łazienki. Łopocząc czarną szatą, z oczami błyszczącymi tak, jak chyba nie błyszczały mu od wieków, mrucząc pod nosem „Ech, Lovegood, Lovegood…”, Severus Snape zbiegał lekko schodkami do swego lochu. Miał trzydzieści lat mniej.

*”Dość gniewu i oskardów!” – stare powiedzenie Goblinów.

c.d.n.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Magdalith - Koham Lune Luvgood

Postautor: archiwalny » 16.02.08, 23:01

Odcinek 7
***
- No kieeedy mama wróci? – jęknęła Harriet po raz kolejny z rzędu, chodząc po gościnnym dormitorium z kąta w kąt.
Luna już jej nawet nie odpowiadała. Siedziała po turecku na łożu z kolumienkami i zawzięcie zaplatała frędzle narzuty w warkoczyki. Nieco ją to uspokajało, ale z każdym „No kieeedy…?” zaczynała myśleć o Hermionie i znów się denerwowała. Obie – Harriet i Luna – oczekiwały powrotu Hermiony od Dumbledore’a, z którym ta rozmawiała właśnie na temat swojej pracy w Hogwarcie. Obie były zdenerwowane i napięte, ale każda prosiła Merlina w duchu o inny finał tej rozmowy. Harriet marzyła o zamieszkaniu w Hogwarcie. Luna pragnęła nadal mieć przyjaciółkę przy sobie, w Londynie.
- No kieeedy…
- Harriet… - Luna spojrzała na małą błagalnie. – Może się czymś zajmij, co?
- Niby czym? Nie mam już nic do czytania – naburmuszyła się dziewczynka i podeszła do otwartego okna. – O! – uśmiechnęła się po chwili, wychylając się niebezpiecznie. – Wujek Neville na huśtawce.
Luna wstała, aby przytrzymać przewieszoną przez parapet Harriet i popatrzeć na Neville’a. Jakoś nie umiała go sobie wyobrazić huśtającego się na czymkolwiek.
Ale Neville się nie huśtał. Siedział na drewnianej huśtawce zwisającej z drzewa, bez ruchu, z opuszczonymi ramionami i wzrokiem utkwionym gdzieś w majaczącym w oddali Zakazanym Lesie.
- Zawołamy go? – spytała Harriet wesoło.
- Nnnie – zmarszczyła brwi Luna i zamyśliła się na chwilę. – Lepiej nie. A co tu masz? – odwróciła uwagę dziewczynki.
- A, kolczyki – odparła ta niechętnie, kładąc na parapecie dwa zielonkawe kamyczki. Dostałam od tej pani z oczami.
- Pani z oczami?
- Tej potarganej, co wróżyła wam dzisiaj rano z herbaty.
- Ach, od profesor Trelawney.
- Mhm. Podobno przynoszą szczęście i jak się je nosi, spotka się fajnego narzeczonego. Ale ja w to nie wierzę. Poza tym nie mam zamiaru się żenić. A kolczyki mi się nie podobają. Wcale a wcale – skrzywiła się. – Kto by nosił takie ropuchy?
Luna przyjrzała się kolczykom wykonanym z jakichś zielonych kamieni, a przedstawiającym dwie żabki w koronach i z wybałuszonymi oczami.
- Nie są takie złe. Ale jak chcesz, mogę ci je zamienić w jakieś owoce.
- Chcę! Będą takie same, jak twoje, ciociu? – Harriet dotknęła delikatnie dwóch rumianych jabłuszek, zdobiących uszy Luny.
- Nie wiem. To się zobaczy – Luna wyjęła różdżkę zza ucha. – Tutti frutti!
- Kiwi! To kiwi! – Harriet spojrzała na dwa zielone owoce, leżące na jej dłoni, i rozpromieniła się w uśmiechu, ukazując brak dolnych mlecznych jedynek. – Dziękuję, ciociu. A wiesz, że jest też taki ptak – kiwi?
- Wiem. – Kiwnęła głową Luna, założyła kolczyki dziewczynce i też oparła się o parapet.
- A wiesz, że jest też taka mugolska pasta do butów? – zachichotała Harriet.
- To też wiem. O mugolach w ogóle wiem sporo.
- Tak? To może wiesz, ciociu, skąd się mugole biorą?
- Co proszę? – Luna oderwała wzrok od Neville’a, który od jakichś dziesięciu minut w ogóle nie zmieniał pozycji, i spojrzała zaskoczona na Harriet.
- No, skąd się oni biorą, ci mugole?
- Harriet… Jakby ci to powiedzieć… - Luna gorączkowo zastanawiała się, jak daleko mogło już zajść seksualne edukowanie Harriet przez Hermionę i na ile może się w to wtrącać. – Oni… No, po prostu, z nimi jest tak samo, jak z czarodziejami.
- Jak to? Dziwne. Czy to możliwe?
- Czy możliwe? – Luna starała się wyobrazić sobie, jaką to wersję pojawiania się na świecie czarodziejów przedstawiła córce Hermiona, ale nic nie przychodziło jej do głowy. „Chyba nie opowiadała jej tych bajek o różdżkach i tak dalej? I co ja mam jej powiedzieć?”.
- No, ciociu. Czarodzieje biorą się z Hogwartu, tak? I z innych szkół magii. A mugole skąd? Mają swoje specjalne szkoły mugolstwa, tak?
- Aaa – odetchnęła z ulgą Luna. – O to ci chodzi. Żeby zostać prawdziwym mugolem, nie trzeba nic robić. Są zwyczajne szkoły, ale nie nazywają się „szkołami mugolstwa” – zaśmiała się.
- Aha, rozumiem. Dzięki, ciociu. Bo skąd się biorą NA ŚWIECIE mugole i czarodzieje, to wiem – Harriet uśmiechnęła się szelmowsko i poszła poskakać na łóżku. Jednak zdążyła wykonać tylko jeden podskok i jeden pad na górę poduszek w kolorach wszystkich domów, gdy drzwi dormitorium otworzyły się i stanęła w nich Hermiona.
- No i co? No i co? – Harriet zatrzęsła całym łóżkiem, a Luna przysiadła ostrożnie na jego brzeżku, bo wiedziała już „no i co”. Hermiona trzymała bowiem w ręku pergamin z dużym napisem Umowa o pracę u góry oraz pieczęcią z herbem Hogwartu u dołu.
- Mio… - Luna zmusiła usta do uśmiechu, choć sprawiło jej to fizyczny ból. – Gratulacje.
- Juppi! – pisnęła Harriet. – Hogwart! Zamieszkamy w Hogwarcie!
- No widzisz, Lu – uśmiechnęła się Hermiona bezradnie. Jakoś mnie namówiliście. Chociaż nie wiem, jak to będzie… Nie wiem. Ech. Idę powiedzieć chłopakom.
- Ja z tobą! – Harriet zeskoczyła z łóżka, po czym razem z mamą opuściła dormitorium.
Luna Lovegood jednym kopnięciem zrzuciła z nóg kowbojki i padła na wznak na poduszki. Popatrzyła na baldachim (na którym borsuk, wąż, orzeł i lew zgodnie trzymały w pyskach i dziobie duży pergamin z napisem „Bo wszyscy z Hogwartu to jedna rodzina”) i starała się skupić na nim spojrzenie, ale haftowany obrazek stawał się coraz bardziej zamazany i Luna w końcu poddała się, bo nie można NA RAZ opanować i łez, i ściskania w gardle. A ściskania w gardle Luna nienawidziła ponad wszystko w świecie. „Krukoni nie płaczą. Krukoni nie płaczą.” – tak powtarzała sobie, gdy była mała. Ale zaklęcia z dzieciństwa rzadko kiedy działają, gdy dorastamy.
- Nie bądź głupia, Lovegood. Co się z tobą dzieje? Ostatnie zrobiłaś się miękka, jak za długo gotowany gumochłon. Co się z tobą dzieje, kobieto? – powtórzyła, wycierając nos i oczy frędzlowatą kotarą. – Mio nie umiera, tylko wyjeżdża. Świat się nie kończy, a Hogwart nie leży na jego końcu. Są sowy, kominki… chlip…świstokliki… chlip… gołębie pocztowe…
chlip… pociągi… chlip… miotły… chlip… latające dywany… - przy dywanach nie wytrzymała i parsknęła śmiechem przez łzy. – Naprawdę, nie bądź głupia, Lovegood.
Cztery zwierzaki patrzyły na nią z góry wyniośle i utwierdzały ją w przekonaniu, że cierpi na głupotę, jakiej świat nie widział.
Pewnie dodałoby jej otuchy, gdyby wiedziała, że w tym samym momencie, gdzieś pod Zamkiem, siedzący na huśtawce mężczyzna mówił sobie po raz kolejny:
- Nie bądź głupi. Nie bądź głupi, Longbottom.
A w lochu, parę poziomów niżej, czarnowłosy profesor również powtarzał sobie, jak mantrę:
„Nie bądź głupi, Severusie. Naprawdę, chyba zwariowałeś. Nie bądź głupi…” po czym ostrożnie zaglądał do dostarczonego mu właśnie katalogu z damską bielizną oraz do grubej „Księgi bazyliszków”, pożyczonej z hogwarckiej biblioteki.
Na całe szczęście wszyscy troje byli w błędzie. Prawdziwy głupiec nigdy nie wie, że jest głupcem. Jak mówi motto Związku Przepracowanych Pracowników Munga: „Stwierdziłem u siebie objawy choroby psychicznej, więc jej nie mam”*
***
W czasie obiadu londyńscy goście, posadzeni na honorowych miejscach przy nauczycielskim stole, obecni byli tylko fizycznie, bo myślami prawie każde z nich błądziło gdzie indziej. A przynajmniej tak to wyglądało. Harry Potter, który całą ostatnią noc spędził na rozmyślaniach, dochodzeniu do pewnych zaskakujących wniosków i przypominaniu sobie pewnych sytuacji z najbliższej przeszłości (oraz ignorowaniu świńskich rozmów i rechotów dochodzących z łóżek George’a i Rona), teraz nie mógł przestać patrzeć na Lunę Lovegood. Odwracał wzrok tylko wtedy, gdy ta popatrzyła w jego stronę. Jednak wcale nie musiał tego robić. Spojrzenie Luny było tak zamglone i nieprzytomne, że nawet gdyby wpatrywał się w nią cały pułk wojska, ta nie zwróciłaby na to uwagi. Przerzucała tylko sałatkę z jednej strony talerza na drugą i raz po raz wzdychała ciężko. Neville Longbottom, zmęczony i poszarzały, kontemplował fasolkę i ziemniaki na swym talerzu. Harriet Granger odsunęła cały, nieruszony nawet, obiad i – z wysuniętym językiem – rysowała kredkami węża i orła, śpiących razem w wiklinowym koszyczku (nadal nie mogła się zdecydować, czy woli być w Slytherinie, czy w Ravenclaw). Hermiona próbowała ją nakarmić i nabrała na widelec trochę ziemniaków, ale ręka zawisła jej w powietrzu, gdzieś między talerzem a córką, i tak już została. Najwyraźniej wszyscy myśleli o czymś bardzo intensywnie. Zauważyli to nawet bracia Weasley.
- Ron, czy ktoś dosypał im czegoś do jedzenia?
- Pewnie Snape – prychnął Ron. – Nie wyglądał na uszczęśliwionego naszym przyjazdem.
- W takim razie, tego samego dosypał sobie. Spójrz na niego – szepnął George.
Profesor Snape, bawiąc się w zamyśleniu swoją różdżką, siedział z pochyloną głową i rzucał na boki nieobecne spojrzenia, nie zatrzymujące się na niczym konkretnym.
- Co się z nimi dzieje? – skrzywił się George. – Snape akurat mało mnie obchodzi, zresztą – zawsze uważałem, że on odurza się tymi swoimi eliksirami, ale żeby Harry?...
Do Harry’ego Pottera podchodził co chwilę jakiś uczeń z prośbą o autograf, którą to prośbę Potter spełniał natychmiast, z rutyną, ale też z dużym roztargnieniem.
- Poczekaj, George – zaraz coś zobaczymy. – Ron wstał z miejsca, podszedł do Harry’ego i podsunął mu papierową serwetkę. – Mogę prosić o autograf?
- Jasne – odparł Harry półgębkiem, patrząc gdzieś w bok. – Dla kogo ma być? – Jego pióro zawisło w powietrzu.
- Dla Ronalda.
- Dla… Ro… nal… da – nabazgrał Harry. – Co?! – Spojrzał na Rona. – Nie rób sobie jaj! – zmiął serwetkę i rzucił w Rona.
- To ty sobie jaj nie rób. Nie kontaktujesz dzisiaj w ogóle. Wyglądasz, jak po dłuższej sesji u Trelawney. Co się z tobą dzieje, chłopie? Ostatnie godziny w Hogwarcie, zróbmy jakąś imprezę, albo wystrzelmy chociaż jedną łajnobombę! Siedzisz i dołujesz się, jakbyś czekał co najmniej na odsiadkę w Azkabanie!
- Kto ci powiedział, że ja się dołuję?!
- Czy ty musisz się zawsze wszystkich czepiać? – Hermiona przechyliła się przez stół i popatrzyła z niechęcią na Rona. – Zajmij się sobą i swoimi łajnobombami.
- O, odezwała się Panna Nie-Czepialska! – prychnął Ron.
- Dzieci… - Dumbledore pokręcił głową z dezaprobatą.
- Dzieci! – zachichotała Harriet znad swojego obrazka. – Bądźcie grzeczne, bo nie dostaniecie deseru!
- Ja… podziękuję za deser – Luna wstała nagle od stołu, przewracając pusty kielich i natychmiast rzucając się, aby zetrzeć płyn, który wcale się nie wylał. – Przepraszam. I smacznego. Idę się przejść. Dobranoc.
Sięgnęła po swoją różdżkę, zamiast niej wzięła widelec i, zatknąwszy go sobie za ucho, nieco chwiejnym krokiem opuściła Wielką Salę.
Harry Potter popatrzył po siedzących i, stwierdziwszy, że nikt niczego nie zauważył, złapał różdżkę Luny, wymamrotał:
- To ja też już podziękuję – i, przeciskając się przez grupkę pierwszaków, którzy błyskawicznie go otoczyli, wyszedł.
- No dobra, George – odezwał się zrezygnowanym głosem Ron, patrząc za znikającym Harrym. – Z imprezy chyba nici. Gdzie masz te łajnobomby?
***
Luna stukała cicho kowbojkami, stąpając po kwadratach podłogowej posadzki, pilnując oczywiście, aby nie stawać na ich łączenia, bo to przynosi pecha. Czuła się strasznie bezsilna. Po raz kolejny ktoś miał zniknąć z jej życia. I - mimo, iż Rozum uspokajał ją, że Hermiona wcale nie znika ze świata na amen – serce miała ściśnięte. Na dodatek zaczęła obwiniać za wszystko samą siebie. Dlaczego była nieszczera? W dobrej wierze, ale jednak nieszczera. Po co sama namawiała Hermionę na wzięcie tej posady? „I co teraz będzie?” – myślała. Wyobraziła sobie swoją wytartą kanapę przed kominkiem, na której przegadały z Hermioną tyle godzin. „Znów zostanie mi tylko Virginia?”. „Są kominki i jest sieć Fiuu” – podpowiadał Rozum. „Nie chcę gadać z głową Hermiony sterczącą z paleniska. Chcę gadać z NIĄ. Całą.”
- Auć! – Luna zachwiała się i stąpnęła na łączenie kafelków. – A niech to gargulec ściśnie!
Była blisko wieży Ravenclaw i poczuła, że musi natychmiast wspiąć się po schodkach, wejść do swojego byłego dormitorium i popatrzeć przez okno. Na ten kawałek lasu, na który zawsze patrzyła, gdy było jej źle.
Luna nie zaprzyjaźniła się bliżej z żadnym z Krukonów – byli chyba zbyt przyziemni, aby mogli ją zrozumieć – ale identyfikowała się ze swoim domem i lubiła krukońską wieżę. Teraz znalazła się u jej wejścia i ogarnęło ją przyjemne podniecenie, znów widząc ciężkie, dębowe drzwi, wytarte na samym dole od otwierania ich nogą przez setki Krukonów, oraz z wyrytymi w prawym górnym rogu inicjałami RR (historia głosiła, że to pozostałość po samej Rowenie Ravenclaw; co prawda dzieciaki z mugolskich domów mówiły coś o jakiejś Brygadzie RR i dwóch wiewiórkach, ale tego nie potrafiła rozgryźć nawet Luna).
Niestety, zorientowała się, że nie zna hasła.
- Naprawdę – niech to gargulec ściśnie! – powiedziała dobitnie.
- Khm – khm – chrząknął ktoś za jej plecami. To była jakaś wysoka, długowłosa dziewczyna, która najpewniej wracała z obiadu.
- Czy pani na kogoś czeka?
- Nie. Po prostu chcę wejść. Ale nie znam hasła. Wpuścisz mnie?
- Hm – Krukonka obrzuciła podejrzliwym spojrzeniem dziwne buty Luny, krzywo zapięty sweterek i widelec za uchem. – Chyba nie mogę.
- Jak to? Jestem Luna Lovegood, przyjechałam z Harrym Porterem. Jestem Krukonką, a to jest mój dom!
- Ale… ja naprawdę nie mogę. Względy bezpieczeństwa, i tak dalej. To może ja pójdę zapytać prefekta – dodała, widząc obłęd w oczach Luny.
- A. Niech. To. Gargulec. Ściśnie.
- Co się takiego stało, jeśli wolno spytać? – rozległ się uprzejmy, dźwięczny głos.
- Ach, sir Eaglehorn – uśmiechnęła się blado Luna. Miło pana widzieć. Nie, nic takiego się nie stało. A co u pana?
- Ech, lepiej nie mówić, panno Lovegood… panno, czy pani?
- Panno. Pamięta mnie pan?!
- Ja pamiętam wszystkich Krukonów – mężczyzna na obrazie dumnie wypiął pierś. – A przynajmniej tych, którzy na pamięć zasługują. Tych, którzy szanowali sir Eaglehorna, w szczególności – uśmiechnął się pod wąsem, a Luna odwzajemniła uśmiech. – A dzisiaj – wiadomo, jakie są dzieciaki. Nie raz, nie dwa, dorysowano mi a to bródkę, a to rogi, o innych dodatkach przy damie zamilczę… A o papierkach i glutkostrzałkach rzucanych we mnie już nawet nie wspominam. Traktują człowieka, jakby był, nie przymierzając, martwą naturą.
- To musi być przykre.
- Oj, tak. Ale cóż, skarżyć się – to nie jest męska rzecz.
- I nie krukońska – dodała Luna, wzdychając ciężko.
- Hej, Krukonka! Nie zapomniałaś o czymś?
- Harry? – Luna zamrugała szybko oczami, bo nagłe pojawienie się Harry’ego Pottera w ciemnym korytarzu nieco wytrąciło ją z – i tak już rozchwianej – równowagi.
- Zostawiłaś to na stole. Z różdżką radziłbym się nie rozstawać. Nawet w Hogwarcie.
- Ale… co w takim razie… - Luna sięgnęła za ucho. – O, na kolczyki Merlina!
- Tylko nie kolczyki – skrzywił się sir Eaglehorn. – Dorysowali mi kiedyś jeden. W nosie.
- Znasz bajkę o Małej Syrence? – Harry zabrał z ręki Luny srebrzysty widelec i oddał jej różdżkę. – Miała podobne kłopoty ze sztućcami… - mrugnął.
- Jak na razie, widelcem się nie czeszę. Ale wszystko przede mną – odmrugnęła Luna i poczuła, że całe jej rozdrażnienie i smutek znikają, w prawdziwie magiczny sposób. Popatrzyła w szmaragdy oczu, które w półmroku wydawały się być zielono - brązowe, i ogarnęło ją znajome ciepło.
- Chyba jestem dzisiaj… trochę nie tego…
- Ech, Luniasta… - pokręcił głową Harry i przejechał ręką po czuprynie, rozsiewając przy tym zapach, który Luna poznała poprzedniego wieczora, gdy szła przez ciemne błonia w kurtce Harry’ego, a który to zapach sprawił, że znów zobaczyła nad sobą rozgwieżdżone niebo. – Co ty tu właściwie robisz?
- Chciałam wejść do wieży. Popatrzeć przez okno, i tak dalej. Wiesz, przypomnieć sobie. Ale nie znam hasła.
- Hm – zastanowił się Harry. – Możemy dostać się tam inaczej. Chodź.
- Nie mów, że znasz sekretne wejście do wieży Ravenclaw! – Luna postukiwała obcasami, starając się nadążyć za Harrym. – Może jeszcze zakradałeś się do dormitorium Krukonek, co?
- A co, widziałaś mnie kiedyś?
- Nie – pokręciła głową. „Niestety” – dodała w duchu.
- Stój. Co tu jest napisane?
Doszli do zaułka, gdzie korytarz rozwidlał się i nad każdymi z trojga drzwi, prowadzącymi dalej, wisiała tabliczka z jakimś napisem.
- Tutaj? „Do skrzydła północnego”. Harry? – Spojrzała na niego. – Dlaczego nie nosisz okularów?
- Noszę, noszę – mruknął, wyjął okulary z kieszonki kurtki i włożył na nos. – Ale rzadko.
- Ale czemu?!
- Jakoś tak. Powiedzmy, że wolę widzieć wszystko przez mgłę. Czasami szczegóły są przerażające… - dodał, a Luna nie wiedziała, czy żartuje, czy mówi poważnie.
- Wiesz, ja chyba mam podobnie. Mglistość jest całkiem fajna. Zostawia, że tak powiem, pole dla wyobraźni – uśmiechnęła się. – Ale, szczerze, miałam cię zawsze za bardziej przyziemnego.
- Przyziemny szukający? Jak to sobie wyobrażasz? – zaśmiał się. – Chodźmy, już wiem, gdzie iść. Musimy zejść piętro niżej.
Harry zbiegł po schodach, a następnie skręcił w wąski korytarzyk. Luna podążała za nim, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że już ze sto razy stanęła na łączenia płytek podłogowych.
- Auć!
- Prze… przepraszam.
- POTTER – profesor Snape, na którego właśnie wpadł Harry, wypluł z siebie słówko, którym od lat lubił pluć najbardziej. – Panie. Potter. Proszę ostrożniej, na przyszłość.
- Przepraszam – powtórzył Harry, patrząc gdzieś w bok i bezwiednie zaciskając pięść w kieszeni kurtki.
- Mam nadzieję, drogi panie Potter, że… - zaczął jadowitym głosem Snape.
- O, dobry wieczór – uśmiechnęła się Luna, która właśnie wychynęła zza winkla.
- … że się jeszcze zobaczymy – dokończył słabym głosem Mistrz Eliksirów, na ułamek sekundy zatrzymał wzrok na niedopiętym sweterku Luny i bazyliszkowym skrawku spod niego wystającym, po czym spuścił oczy, wyminął uprzejmie napotkaną parę i odszedł, nie zaszeleściwszy nawet szatą.
- Ty, co mu się stało? – Harry stał z okularami zsuniętymi na czubek nosa i drapał się w nieogolony podbródek. – Tak jakby… no, nie wiem. Tak jakby się zmieszał. Nigdy nie widziałem Snape’a zmieszanego. Śmieszne. A niech mnie.
- Ech, bo on w ogóle jest śmieszniutki.
- Śmieszniutki?! Litości, Luna…
Luna w głębi duszy uważała profesora Snape’a za całkiem sympatyczną postać i interesującego – choć rzeczywiście dziwacznego – faceta. Ale prędzej zjadłaby w potrawce własną kurę Virginię, niż przyznała się do tego przed Harrym Potterem. A wzroku Snape’a błądzącego po jej bazyliszkach, najzwyczajniej nie zauważyła. Luna Lovegood w ogóle zdawała się czasami nie zauważać, że mężczyźni na nią PATRZĄ. I – paradoksalnie – na tym polegał jej urok.
- Lu – szepnął nagle Harry, przytrzymując ją za łokieć. – Popatrz.
Stali przed Pokojem Życzeń.
***
- Wchodzimy? – spytał, jeszcze ciszej.
Luna przełknęła głośno ślinę.
- Nnnie. Po co?...
Nie chciała tam wchodzić. Nie dzisiaj, nie z Harrym Porterem. Merlin jeden wie, co mogłaby tam zobaczyć…
- Jak to – po co? To Pokój Życzeń, Lu! Wieczorem stąd wyjeżdżamy. Kiedy znów powtórzy się taka okazja?! Chodź – ścisnął Lunę za nadgarstek tak mocno, że aż jęknęła, ale po chwili odkryła, że ten uścisk sprawia jej przyjemność. Powietrze wokół pachniało korzennie i potterowo. Szmaragdy Oczu patrzyły wyczekująco. Luna westchnęła z rezygnacją i wolną ręką nacisnęła klamkę.
W środku nic nie było.
- Tu nic nie ma – stwierdziła Luna.
Harry puścił wreszcie jej nadgarstek i parę razy przemierzył pokój długimi krokami, rozmyślając nad czymś intensywnie.
- Tu nic nie ma, Harry – powtórzyła Luna i zrobiła zwrot w kierunku drzwi. – Chodźmy stąd.
- Stój. Jak to nic nie ma? Luna, zastanów się. Popatrz na mnie i zastanów się. - Złapał ją za oba łokcie, tym razem delikatnie, i zajrzał jej w twarz.
Luna czuła się bardzo, bardzo nieswojo, ale jednocześnie ogarniało ją przyjemne ciepło, a rozgwieżdżone niebo, które od pewnego czasu - wraz z zapachem Pottera - wisiało nad nią, teraz zaczęło wirować.
- No, popatrz na mnie. I uspokój się. Słyszysz?...
I trzymał ją tak długo, aż oddech jej się uspokoił i mogła spojrzeć mu w oczy.
- Pomyśl – gdzie teraz jesteśmy. I co teraz tutaj jest. A raczej - KTO. Nadal uważasz, że nic? – Uniósł brwi i przybrał ten swój łobuzerski i lekko kpiący wyraz twarzy. Co – niespodziewanie – sprawiło, że Luna poczuła się swobodniej.
I nagle zaczęła rozumieć.
- Harry, więc ty…
- Pokój Życzeń, Lu. Znajdujemy w nim to, czego najbardziej nam potrzeba.
- Harry, ale…
- Wyjmij różdżkę, Lu – Harry oddychał szybko.
- Hm?!
- Wyjmij różdżkę zza ucha. No, chyba że chcesz wykuć mi oko.
- Harry, ja…
- Lu.
- No, dobrze. – Wyplątała różdżkę ze swych niemiłosiernie potarganych włosów i schowała ją do kieszeni. Gdy podniosła wzrok, zobaczyła, w jaki sposób Harry na nią patrzy. I w tym spojrzeniu nie było ani odrobiny Tego-Który-Pokonał-Voldemorta, Słynnego-Harry’ego-Pottera-Ze-Słynną-Blizną, Najlepszego-Szukającego-W-Tym-Stuleciu i Bożyszcza-Nastoletnich-Wiedźm. Był zwyczajny Harry. Po prostu Harry, lubiący pomarańczowe fasolki Bertiego Botta, śmiejący się z dowcipów o aurorach, przeskakujący po dwa stopnie, gdy wchodził po schodach i nie omijający kałuż na ulicy. I z dziurą w skarpetce. No i z najseksowniejszym uśmiechem w całej czarodziejskiej Anglii. A może i dalej.
Rozgwieżdżone niebo nad Luną dostało prawdziwego kręćka i w końcu spadło na nią, roztrzaskując się o jej głowę, co było najprzyjemniejszym gwiezdnym deszczem, jaki tylko można sobie wyobrazić.
- Zdejmij okulary – powiedziała głosem tak pewnym, aż sama się zdziwiła.
- Już się robi, Lovegood.
***
- No i dlaczego chichoczesz?
Jak tu nie chichotać, kiedy Potter rzeczywiście smakuje pomarańczowymi fasolkami Bertiego Botta?
- Jesteś obłąkana.
- Wiem.
Rzeczą jeszcze gorszą od nieopanowanego chichotu był fakt, że w pewnym momencie, będąc otoczona potterowymi zapachami i smakami, Luna ujrzała w wyobraźni – na ułamek sekundy, ale bardzo wyraźnie – Neville’a Longbottoma, siedzącego samotnie i bez ruchu na dziecięcej huśtawce. I to nie było już takie śmieszne. Przy tym – całkowicie niezrozumiałe.
***
Kiedy wieczorem Ron i George przyszli do pokoju gościnnego, powiedzieć Harry’emu, że jednak nie wracają wszyscy do Londynu pociągiem w niedzielę wieczorem, ale świstoklikiem w poniedziałek rano, i w związku z tym mogą zrobić jeszcze małą imprezkę, zastali go siedzącego z wyciągniętymi nogami w fotelu przed kominkiem.
- Ron, on śpi. Jest osiemnasta, a on śpi. Mówiłem, coś mu jest.
- Ano, śpi. – Przyjrzał się Ron. – I to z widelcem w ręku! – dodał ze zgrozą.
- Nie śpię, idioci – podniósł głowę Harry, ścisnął mocniej srebrzysty widelec i spojrzał na nich krwiożerczo. – Myślę!
- Tym gorzej, Harry – bracia przerażeni wycofywali się z pokoju. – Tym gorzej…
***
Luna pozbyła się całej pościeli, zostawiając na łóżku tylko chłodne, jedwabne prześcieradło, ale nadal było jej nieznośnie gorąco. Odczekała, aż Hermiona zaśnie (przy każdej próbie uchylenia okna Hermiona ostro protestowała i oskarżała ją o zamiar wywołania śmiertelnego zaziębienia u niej i u jej dziecka) i cichutko otworzyła okno.
- Ufff…
Temperatura ponad dwudziestu stopni Celsjusza w pomieszczeniu, połączona z temperaturą wrzenia w jej wnętrzu, to było trochę za dużo. Oparła się o parapet i wdychała rześkie powietrze wiosennej nocy. Z Zakazanego Lasu dochodziły tajemnicze odgłosy, a chudziutki księżyc świecił nieśmiało zza chmur. Luna nigdy nie mogła się zdecydować, czy woli słoneczny, jasny dzień, czy mroki nocy. Ale w tym momencie była niemal pewna, że noc jest jej jednak bliższa. „Zresztą, z takim imieniem, nie mam chyba wyjścia”.
Teraz pragnęła tylko, aby ta noc nie kończyła się nigdy. Miała dziwne przeczucie, że wraz ze wschodem słońca oraz – tego była prawie pewna – wraz z powrotem do Londynu, cały czar, który zaczął się w Pokoju Życzeń, pryśnie. Tu, w Hogwarcie – myślała sobie – wszystko jest możliwe. A gdy wrócą do Londynu i Rzeczywistości, czyli, gdy – idąc tokiem rozumowania Harry’ego – znów założą okulary, niwelujące mgliste opary i wyostrzające wszystkie kontury, wszystko wróci do normalności.
Wiatr przegonił chmury, księżyc oświetlił zagajnik drzew nad jeziorem i Luna zobaczyła, delikatnie kołysząca się na wietrze, huśtawkę. I znów poczuła się dziwnie. Coś nie tak było z Nevillem. Już od dawna było z nim coś nie tak, ale teraz działo się coś naprawdę niedobrego, a ona, nie wiedzieć czemu, miała z tego powodu wyrzuty sumienia. Cały czas miała wrażenie, że coś zaniedbała, że powinna coś zrobić, ale tego nie zrobiła. Obiecała sobie, że jutro pierwszym, co zrobi, to porozmawia z Nevillem. No, może drugim. Bo najpierw… I w tym momencie smak pomarańczowych fasolek wybił się na plan pierwszy, zmuszając Neville’a i jego huśtawkę – tak jak wcześniej Hermionę i jej wyjazd z Londynu – do usunięcia się w cień.
***
Harry musiał z kimś pogadać. Ron i George byli super, jeśli chodziło o wspólne obalenie butelki ognistej (jak to się stało tego wieczora), czy rozmowy o quidditchu, ale w delikatniejszych tematach wolał się ich jednak nie radzić. Tak więc, gdy około godziny pierwszej w nocy zobaczył, że Neville idzie się przejść, chwycił kurtkę, papierosy i różdżkę i poszedł z nim.
Ku jego miłemu zaskoczeniu, Neville przysiadł na murku w takim miejscu, że znajdowali się dokładnie pod oknem gościnnego dormitorium, w którym spały panny Granger i Luna. Posiedzieli chwilę, milcząc, Harry zapalił papierosa i już chciał coś powiedzieć, gdy okno na drugim piętrze otworzyło się i mignęła czyjaś szczupła i blado jaśniejąca w ciemnościach ręka.
Harry szturchnął Neville’a.
- Widziałeś? – szepnął.
- Mhm.
- To Luna.
- Mhm.
- Ech, Luna, Luna… Księżycowa istota, co? – Harry czuł, że mówi za dużo, ale ognista szumiąca w głowie robiła swoje.
- Hm? – mruknął Neville.
- Ona jest jak z Księżyca, co? Inna niż wszystkie. Inna niż wszystkie… - zaciągnął się papierosem. – No, sam powiedz.
- Harry – westchnął Neville. – Jeśli chcesz mi coś zasugerować, bo widzę, że robisz aluzje, lepiej powiedz to wprost.
Harry’ego lekko zatkało. „Ach, ten Neville. Wiedziałem, że chłop ma intuicję. Gdybym miał rozmawiać z takim Ronem, to… szkoda gadać.”
- No, Nev, masz rację. Po co owijać w bawełnę? Wiesz, człowiek żyje tyle lat, tyle doświadczył, a nadal jest głupi. – Harry wyjął kolejnego papierosa. – Czasami ma się na wyciągnięcie ręki taki… skarb. Tak, skarb. – Zdumiał się, że udało mu się to tak ładnie określić. – A szuka się go nie wiadomo gdzie, prawda?
- Mhm.
- Ja… wiesz, próbowałem z wieloma. Naprawdę, Nev, wierz mi – z wieloma.
- Wierzę, Harry.
- No widzisz. Wiesz, jak to jest. Wydaje ci się, że to magia, że tym razem to coś wyjątkowego, a potem, po… wszystkim, że tak powiem, czar pryska.
- A konkretnie, co masz na myśli?
- No, te. Kobiety.
- A.
- Tak to jest, Nev. Może nie mam racji? Ale ona jest inna. Inna. Ja to czuję. Ja jestem taki bardziej – zaciągnął się porządnie i dostał krótkiego ataku kaszlu. – No, taki słoneczny typ, jeśli wiesz, co masz na myśli.
- Hm?
- Sunny boy, he he – Harry przeczesał palcami fryzurę. – Ale Luniasta to… no, Luniasta jest, właśnie. To inna bajka, chłopie. Ale tym bardziej do siebie pasujemy. Jak noc i dzień, Neville. Słońce i Księżyc, yin i yang, Romeo i ta… no wiesz. Rozumiesz?
- Hm – chrząknął Neville, który właśnie zaczął rozumieć.
- Próbowałem z wieloma, powtarzam. No co? Może to źle? Szukajcie, a znajdziecie, jak to powiedział… nieważne. Zresztą, chi chi – zachichotał, dziwnie wysokim głosem – przecież ja szukającym jestem, to co niby mam robić, jak nie szukać? Chcesz zapalić?
- Nie, dzięki.
- I myślę sobie – trzeba szukać. Trzeba. I próbować No i nagle mi ta Luniasta lunatyczka spada, jak z Księżyca i …
- Harry – przerwał mu Neville. – Mogę cię o coś prosić?
- Jasne, chłopie! – Harry uderzył go w łopatki. – Wal!
- Z nią nie próbuj.
- Hę?!
- Nie próbuj z Luną.
- Co?! O co ci… Czemu tak mówisz, Nev?
- Harry – Neville westchnął głęboko. – Skrzywdzisz ją.
- Co?! Co ty pieprzysz? I w ogóle… Nev, myślałem, że z kim, jak z kim, ale z tobą mogę pogadać. A ty mi tu takie… Jak to skrzywdzę?!
- Harry, posłuchaj – Neville z trudem dobierał słowa, ale głos miał stanowczy. – Szukaj sobie i próbuj dalej, ale nie eksperymentuj na Lu. Ona jest… Nie, nie próbuj, Harry. Trochę już cię znam. Jesteś moim najlepszym kumplem. Tak, to fakt. Ale jeśli chodzi o kobiety… No, krótko mówiąc, siostry bym ci nie powierzył.
- Nev! – Harry wstał i – mimo, że zakręciło mu się w głowie, poczuł, że trzeźwieje. Przynajmniej na moment. – Przeginasz.
- OK. Może przeginam. Ale nie mogę pozwolić, żeby… Harry, jesteś pijany. Jutro nie będziesz pamiętał nawet połowy z naszej rozmowy. Ale zapamiętaj sobie jedno: Luna – nie. Nie próbuj.
Harry wykrzywił usta w uśmiechu, nachylił się, aby być twarzą w twarz z Nevillem, który wciąż siedział na murku, i wycedził:
- Skąd wiesz, Nev, że już nie spróbowałem?
Wyrzucił niedopałek, zmiażdżył go obcasem i krokiem szybkim na tyle, na ile pozwalały mu krążące we krwi promile, wrócił do Zamku.
***
Gdy Hermiona z resztą Londyńczyków przyszła bladym świtem do Dumbledore’a, aby się z nim pożegnać, Harriet już tam była. Siedziała u dyrektora na kolanach i oboje głośno chrupali cytrynowe dropsy.
- Ach, tu jesteś – Hermiona spojrzała ze zgrozą na opakowania po słodyczach, zaściełające dywan wokół fotela. – Gdyby to dziadkowie zobaczyli…
- Dziadkowie dentyści? – spytał Dumbledore, rozwijając kolejną rolkę cukierków. – E, tam. Trzeba mieć coś z życia. Zęby to nie wszystko – mrugnął do Harriet.
- Zęby to nie wsystko – zachichotała dziewczynka.
- … powiedział gracz quidditcha, podnosząc się z ziemi – dokończył Harry.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, przez który przebił się nagle jakiś skowyt. W kącie gabinetu, na małym stołeczku, siedział Hagrid, i zalewał się łzami.
- Wró… wró… wró… - nie mógł złapać powietrza.
- Wróbelek? – Ron wychylił się zza pleców Hermiony i natychmiast poczuł, jak jej obcas miażdży mu stopę.
- Wró… wrócicie, prawda?
- Tak, Hagridzie. Ja wrócę całkiem niedługo. I to na dłużej – westchnęła Hermiona.
- Nie wzdychaj, mamo. Wyluzuj. – Harriet chrupnęła dropsa.
- Pobyt w Hogwarcie stanowczo dobrze zrobił twojej córce, Hermiono – powiedział z udawaną powagą George.
- Taa. Może jest jeszcze szansa, że nie wyrośnie na kolejną Pannę-Wiem-Wszyyy… aua! Herma, nie bądź brutalna!
- To nie dobijajcie mnie. A ty, Hagridzie, weź się w garść, no… - Podeszła do Hagrida i uścisnęła go serdecznie. Ale to, zamiast pomóc, rozmiękczyło gajowego jeszcze bardziej. Kwilił teraz, wycierając raz po raz oczy rękawem.
- Ty wrócisz… Ale o… ale o… ale ooooni… Nie mogę – ukrył twarz w ramionach.
- Wujku, zrób coś – poprosiła Dumbledore’a Harriet, patrząc na Hagrida z niesmakiem.
- Hmm – zastanowił się Albus, po czym wyciągnął w kierunku Hagrida rolkę z cukierkami. – Dropsa?

***

Kiedy wszyscy już pożegnali się z Hagridem (czyli gdy udało im się wyswobodzić z jego objęć) i teraz upychali po kieszeniach paczuszki z „jedzeniem na drogę” („To ode mnie i od Olimpki. Ona musi spać do jedenastej, lekarz jej nakazał. To nie mogła przyjść. Ale życzy wam wszystkiego dobrego. Krajanka jest ode mnie, a te bułki nadziewane ślimakami od niej.”), Albus wziął na bok Lunę Lovegood.
- Jeszcze raz dziękuję za Hogwart z patyczków. Gdy już będę w Domu Spokojnego Czarodziejstwa, postawię sobie na nocnym stoliku.
- Dyrektorze…
- Ileż ty lodów musiałaś zjeść, dziewczyno. Smaczne chociaż? Jakie lubisz najbardziej?
- Te z gumijagód.
-Mmm! Wiesz, co dobre. Chociaż, podobno, ten sok z gumijagód robią teraz fabrycznie. Wiesz, Gumisie można już spotkać praktycznie tylko w rezerwatach. Ale nie o tym chciałem… Luno, wydaje mi się, czy oczy błyszczą ci zupełnie inaczej niż dwa dni temu?
Twarz Luny przybrała gryfońską czerwień.
- Nie, dyrektorze, nie wydaje się panu.
- I coś mi się widzi, że to nie tylko stary Hogwart tak na ciebie podziałał. A już na pewno nie stary Dumbledore, ha ha ha.
Luna spuściła oczy, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- No cóż. Życzę ci szczęścia, Luno. A temu, kto uszczęśliwił tę młodą damę – zwrócił się do zebranych – ktokolwiek to jest, gratuluję. – Uśmiechnął się łobuzersko.
Luna poczuła, że zapada się ze wstydu pod ziemię. Harry i Neville spojrzeli na siebie ponuro.
- No, kochani, na was czas. Biegnij do mamy, mój mały następco – pocałował Harriet w czoło.
- Następco?
- Tak, Ronaldzie. Panna Granger ma zamiar w przyszłości zająć mój fotel.
- O rrraju…
- Na koniec, chciałbym wam coś powiedzieć. I weźcie to sobie do serca.
- Pffffff – wydmuchał nos Hagrid.
Harry, Hermiona, Luna, Ron, George, Neville i mała Harriet spojrzeli na dyrektora z uwagą.
- Pamiętajcie… - Wręczył każdemu po rolce cytrynowych dropsów. – Zęby to nie wsystko.
***

Szli cicho przez pokryte poranną rosą błonia. Neville obserwował mokre czubki swych butów. Luna podziwiała wstające słońce, odbijające się w Szmaragdach Oczu. Właściciel Szmaragdów uśmiechał się pod nosem i udawał sam przed sobą, że nie ma kaca giganta. Hermiona czuła, że umowa o pracę, którą niesie w teczce, ciąży jej tak, jakby to była co najmniej dwunastotomowa encyklopedia. Ron ukradkiem wyrzucał z kieszeni krajankę z melasy i bułeczki ze ślimakami. George ziewał przeraźliwie, a Harriet raz po raz oglądała się za siebie. W końcu przystanęła, zapatrzyła się w Zamek, gdzieniegdzie migający już zza okien światełkami – skrzaty pewnie przygotowywały śniadanie i rozpalały w kominkach – i oznajmiła rozmarzonym, ale pewnym głosem:
- Kiedyś to wszystko będzie moje.
- Już się boję – rzucił Ron. – Herma, no co ty?!... Auaa, kobieta mnie bije!
- Jak to tak – umową o pracę? Przez łeb? – uśmiechnął się Neville.
- Nic cięższego nie mam – mruknęła grobowo Hermiona.

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Magdalith - Koham Lune Luvgood

Postautor: archiwalny » 20.02.08, 17:34

Odcinek 8

***
- I'm singin' in the rain, just siiiingin’ in the raaaaain! What a gloooorious feeling
I'm haaaaapy... ekhm – ekhm, głupie mydło!... agaaaain...
- O la la! Niech mnie dziupla ściśnie! Co za widok!
- Euzebiuszu. To jest człowiek.
- No i? U hu huuu!
- Euzebiuszu, opanuj się, na sowę Ateny!
- U huuu, nie no, ale numer. Teraz to… teraz to przesadziła! Zaczerwieniłem się, wiesz? Całe szczęście, że przez zarost nie widać.
- Zarost!
- Przez pierze. Uuu! Nie pukaj! Nie pukaj, Hedwigio, jeszcze trochę!
- Euzebiuszu. To – jest – człowiek. To, co wyczyniasz, nie jest normalne.
- E, tam.
- Jak sądzisz – czy normalne byłoby, gdyby jakiś człowiek tak… entuzjazmował się na widok nagiej sowy?!

- I'm laughing at clouds, so dark up above, the sun's in my hart and I'm reeeeady for love...
- Naga sowa? To chyba już taka na rożnie?... O ja cię nie mogę! O la la!
- Dość tego. Pukam.
- Nie, nie, nie! Jeszcze trochę, Hedwigio!
- Precz, zbereźniku. Ty… ty antropofilu!

Puk, puk, puk.
- I'm singin' in the rain, just siiiingin’ in the raaaaain!... A to co?
Luna Lovegood przestała stepować i rozchlapywać wokół siebie wodę, zakręciła prysznic, wytarła ręcznikiem twarz i spojrzała w górę, na małe okienko pod sufitem.
- Hedwisia! – Wyszła spod prysznica, zarzuciła na siebie szlafrok, po czym wspięła się na kosz z bielizną i otworzyła połówkę okna. – List od Harry’ego! – Podskoczyła radośnie, wieko kosza się zarwało, a ona wpadła do środka.
Ale w małym pakieciku, przyniesionym przez Hedwigę, nie było listu. Była jedna, jedyna, pomarańczowa fasolka Bertiego Botta.
- Harry… - rozpłynęła się Luna. I – wciąż tkwiąc w stercie skarpetek, koszulek i ręczników, włożyła fasolkę do ust. Stała przez chwilę z zamkniętymi oczami i błogim wyrazem twarzy. – Harry…
Euzebiusz, przyklejony do szyby drugiej połówki okna, otrząsnął się i patrzył na Lunę spod oka.
- Hedwigio, robisz za firmę cateringową, czy jak?
- Co proszę?
- No, żarło ludziom dostarczasz?

Hedwiga tylko przewróciła oczami.
- Lecę, Euzebiuszu. A ty, jak chcesz, to się gap.
- Poczekaj, poczekaj! Ja z tobą
– Euzebiusz, ile sił w skrzydłach, popruł za odlatującą Hedwigą. Nie było łatwo. Jej jedno machnięcie skrzydłami, to jego trzy. – Zaraz płuca wypluję. Czekaj, ciocia, chcesz mnie zajeździć, eee… zalatać?! Niech mnie dąb Bartek przygniecie! Poczeeekaaaj…
- Tylko dlaczego nie przychodzi? – spytała na głos Luna, gdy smak i aromat pomarańczowej fasolki już się ulotniły. – Dlaczego nie przychodzi?...
***

Luna szła ulicą, rozmyślając o Harrym, który od tygodnia (nie licząc fasolkowego liściku) nie dawał znaku życia, wzdychając co chwilę na wspomnienie Pokoju Życzeń oraz podróży powrotnej z Hogwartu do Londynu (kiedy to tonęła – zupełnie już jawnie – w szmaragdowej toni oczu Harry’ego). Nie dało się ukryć – była szczęśliwa. Czuła się tak, jak gdyby niebo, zasnute do tej pory burymi chmurami, rozpogodziło się i pojaśniało najczystszym błękitem, a słońce zaświeciło na nim mocno, jak chyba nigdy dotąd. Ale była też pełna niepewności. „Dlaczego nie przyszedł?... Nie, nie zafiukam pierwsza, nie ma mowy… Dlaczego tak dziwnie się pożegnał?... Rozmyślił się… Wszystko będzie tak, jak dawniej… Ale przecież Pokój Życzeń… Ale przecież fasolka!... A jeśli przejrzał na oczy?... Jestem nic nie warta… Pottera mi się zachciało… Ale przecież powiedział… Niech mnie kudłoń stratuje, jeśli zafiukam pierwsza… Ale ile można czekać?!... Będzie, jak przewidywałam – po wyjeździe z Hogwartu czar pryśnie… Ech, ale Pokój Życzeń…”
Znów się rozmarzyła, patrząc w słońce zmrużonymi oczami. Nagle usłyszała jakiś śmiech i dźwięk klaksonu. Czterech chłopaków, na oko w wieku licealnym, powoli jechało koło niej samochodem, śmiało się i wymieniało porozumiewawcze spojrzenia.
- Słucham? – spytała, marszcząc brwi i wyjmując z ust truskawkowego lizaka. – Coś nie tak?
- Nie, nie. Wszystko w porządku – znów zanieśli się śmiechem, zatrąbili jeszcze raz i odjechali.
- No też coś. – Luna obejrzała się w wystawie sklepowej, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie wyszła z domu w piżamie, w kapciach lub wysmarowana śniadaniem. Nie. Wszystko było w porządku. Sukienka druhny (jeszcze ze ślubu rodziców, uroczy odcień błękitu) pozapinana na wszystkie haftki, torba – biedronka wypchana idealnie po brzegi, kowbojki wypastowane i lśniące. Można maszerować do pracy.
Weszła do Dziurawego Kotła, pomachała Tomowi i przedostała się na Pokątną. Za chwilę była pod przedszkolem.
- Harry?!
- Lu.
Harry Potter, z papierosem w kąciku ust, stał oparty o murek okalający przedszkolne podwórze. Na widok Luny wyprostował się i zaszurał nerwowo butami. Wyjął z ust papierosa. Luna zrobiła to samo z lizakiem.
- Ty… tutaj?
- Chciałem cię zobaczyć. A co – nie dostałaś wiadomości?
- Wiadomości? Ach, więc ta fasolka dziś rano…
- Lu.
- Czemu tak długo nie…
- Ciiicho. I wyjmij różdżkę.
- Chyba zacznę ja nosić w… - Sięgnęła za ucho.
- Ciiicho.

- Papierosy. Ech.
- Truskawki? Hm.
- Musisz palić?
- Muszę. A na pewno, jak czekam na ciebie. Bardzo ci przeszkadza?
- Nie. A… tobie przeszkadzają truskawki?
- Wariatka.

- Co! To! Było?!
- Khm.
- Khm. No tak. Że tak powiem… Cóż. Hermiono, nie krzycz, jeśli łaska.
- Powariowaliście? Co to było?!
- Wymiana płynów ustrojowych, jak sądzę. – Fred Weasley, który nadszedł tuż za Hermioną, bardzo starał się nie parsknąć śmiechem. Ralph i Rick, trzymani przez niego za ręce, patrzyli na Harry’ego i Lunę z szeroko otwartymi buziami.
- Co wy wyprawiacie, na Wielką Encyklopedię Larousse’a w dwudziestu trzech tomach!!! – Hermiona wypuściła trzymane w rękach siatki i złapała się za głowę. Harriet, z książką pod każdą pachą, obserwowała całą scenę uśmiechając się ironicznie. Wokół zaczęli gromadzić się rodzice z dziećmi, idący do przedszkola. Dzieciaki podskakiwały i szeptały: „Harry Potter. To Harry Potter!”. Rodzice patrzyli zaciekawieni. Przez przedszkolną furtkę wyszedł kozioł Alcest i – leniwie przeżuwając jakąś gałązkę – gapił się wraz z resztą. Harry i Luna, w samym środku tego wszystkiego, kontemplowali zmieszani własne obuwie.
- Co to było? – powtórzyła Hermiona z desperacją w głosie.
Nagle coś szczęknęło, a potem zaczęło przeraźliwie terkotać. Luna drgnęła, sięgnęła do torby – biedronki i wyjęła sporych rozmiarów blaszany budzik.
- Te są do niczego. – Machnęła ręką przyozdobioną trzema zegarkami. – Już ósma, muszę iść na górę.
- No?! – dramatycznie spytała Hermiona, nie zwracając najmniejszej uwagi na hałasujący budzik.
Harry chrząknął, westchnął, objął nieporadnie Lunę i pocałował ją w czoło.
- Ja… lepiej już pójdę. Przyjadę po ciebie po pracy, Lu. – Przepchnął się przez podnieconą dzieciarnię, wsiadł na motor i – z rykiem silnika, który, jak się zdawało, starał się brzmieć jak najciszej, odjechał. Terkot budzika wreszcie ustał. Hermiona chwyciła Lunę za rękaw i pociągnęła za sobą do przedszkola. Za nimi ruszył korowód rodziców z dziećmi.
- A teraz się tłumacz – sapnęła Hermiona, gdy usiadły wreszcie na miniaturowych krzesełkach w sali Goblinków.
- Mio… - Luna skubała rąbek błękitnych tiulów swej sukienki. – Jesteś ostatnio trochę zakręcona – ten Hogwart, i tak dalej. No i po prostu, chyba przeoczyłaś fakt, że… Że my…
- Luna. Przeoczyłam? – Hermiona zajrzała Lunie głęboko w oczy. – Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? – spytała ze smutkiem, a nawet lekką rozpaczą, pobrzmiewającą w głosie.
- Przepraszam. Ale… Ja sama nie byłam pewna, no i… Sama nie wiem. Jestem głupia. Przepraszam. Głupia i podła. – Zwiesiła głowę.
- Podła może nie. Ale to drugie, hmm… Lu, wiesz, w co się pakujesz? Rozumiem, że czujesz się samotna. Ale czy wiesz, co robisz? Harry! To szaleństwo.
- Mio, nie mów tak. Harry… On nie jest taki, jak by się zdawało. To znaczy, on się zmieni, to będzie inaczej, niż… - plątała się Luna, czując jednocześnie, że wcale nie musi się nikomu tłumaczyć. Nawet Hermionie. Poza tym – takiego czegoś nie da się wytłumaczyć. To się po prostu wie. Nie, nie wie. Czuje.
- No, może masz i rację, że się zmieni. – Hermiona pozbierała wokół siebie swoje rzeczy i wstała. – Przed chwilą pierwszy raz od lat widziałam go na nogach o ósmej rano. Takie cuda się do tej pory nie zdarzały. No, chyba, że impreza trwała do siódmej… Idę, zaraz mam ostatnie korepetycje. Potem będę powoli zaczynała się pakować. Jeśli jeszcze uważasz, że mamy sobie w ogóle coś do powiedzenia, to wpadnij. Pa – rzuciła chłodno, pomachała w kierunku Harriet i wyszła. Luna nie zdążyła nawet otworzyć ust, aby coś powiedzieć.
- Proszepaniom. – Czarnowłosa DeeDee podeszła i pociągnęła ją lekko za sukienkę. – Pani się ożeni z panem Harrym Porterem, prawda?
- A my będziemy sypać kwiatki na ślubie! – Podskoczyła mała, piegowata Maggie.
Dzieci obstąpiły Lunę ze wszystkich stron. Ta wstała, podeszła do okna i zapatrzyła się w plecy Hermiony która, obładowana siatkami pełnymi książek, teczek i papierów, szła ze wzrokiem wbitym w uliczny bruk.
- Ożenicie się, prawda?
- Co takiego? Nie. Nie wiem, DeeDee. Nie mówmy o tym teraz, dobrze? – Pogłaskała dziewczynkę po głowie. – Chodźcie, poczytam wam bajkę – zmieniła temat. – Jaką dziś chcecie?
- O Kopciuszku! O Kopciuszku!
- OK.
- Bo tam na końcu jest ślub – uśmiechnęła się szczerbato i łobuzersko DeeDee.
Luna jęknęła, ale wzięła z półki książkę, usiadła na krzesełku i zaczęła czytać. Dzieci rozsiadły się na dywanie wokół niej.
- Na pewno się ożenią. Przecież się całowali! – szeptały dziewczynki.
- Tak. I będą mieli takie śliiiczne dzieci!
- No. Chłopca i dziewczynkę.
- Aha – parsknął Bobby. – Chłopiec urodzi się z błyskawicą na czole.
- A dziewczynka?
- Z kolczykami – wisienkami – zachichotała DeeDee.
- Słuchacie, czy gadacie? – mruknęła Luna.
- Słuchamy, słuchamy!
***

Gdy dzień dobiegał końca, Luna czuła się, jak po zapaśniczej walce z trollem. Całą swą energię (oprócz normalnego poskramiania połączonych grup Goblinków i Gumochłonków) poświęcała na odwracanie uwagi dzieci od pomysłu „ożenienia” jej z Harrym Potterem. Wytrzymała jakoś lepienie tortu weselnego z plasteliny, odstawienie teatrzyku kukiełkowego pt. „Ślub państwa Potter”, wytrąbienie marsza weselnego na trąbkach z papieru i roztrząsanie kwestii najodpowiedniejszych imion dla – mających się wkrótce narodzić – dzieci. Jednak, gdy dziewczynki zaczęły formować wokół jej głowy welon z firanki, poczuła, że ma dosyć. Wizja tego, że wszystkie dzieci zaczną opowiadać w domach o planowanym ożenku Harry’ego Pottera oraz tego, że następnego dnia „Fuckt” lub nawet „Prorok” przywita ją artykułem na pierwszej stronie: „Sensacja, rewelacja! Złoty Chłopiec na ślubnym kobiercu z nikomu nieznaną przedszkolanką. Gromadka dzieci w drodze”, stawała się coraz bardziej realna.
Na szczęście zaczęli się schodzić dorośli czarodzieje i zabierać swoje pociechy do domu. Hermiona przyszła po Harriet zaraz po korepetycjach, bez uśmiechu pożegnała się z Luną i poszła. Fred Weasley rzucił: „Słyszałem, że się żenisz”, za co został prawie zabity wzrokiem. Neville zaś – jak niemal zawsze – przyszedł ostatni. Długo pracował, a Luna zastanawiała się w takim razie, jak długo musiała pracować jego żona, skoro nigdy nie udało jej się przyjść po Nell.
Nell siedziała cicho w kąciku i rysowała, gdy Neville stanął w drzwiach. Lunie natychmiast przypomniało się, że musi z nim porozmawiać. I choć bardziej ciągnęło ją do okna, zza którego lada moment powinien dać się słyszeć ryk silnika motoru, to poprosiła Neville’a, żeby usiadł z nią na chwilę.
Neville wyglądał tak, jak gdyby od dawna był przygotowany na tę rozmowę. Usiadł bez zbędnych pytań i popatrzył na Lunę poważnie.
- Nev, powiedz mi – co się dzieje? Coś jest z tobą nie tak. Coś niedobrego się dzieje, a ja nie mogę na to patrzeć. Powiesz mi? Coś w domu, tak? – spytała prawie szeptem, zerkając na Nell, jak zwykle taką cichą, spokojną, smutną.
- W domu? – parsknął Neville. – Co nazywasz domem, Lu? – I też spojrzał na rysującą córkę. Patrzył z miłością, jak zwykle, i to nieco uspokoiło Lunę. Siedzieli chwilę w milczeniu i Luna wiedziała już, że będzie musiała zrobić coś, czego nie znosi – ciągnąć go za język.
- Wydaje mi się, że… To znaczy, od pewnego czasu obserwuję… Neville, nie układa ci się z Megan? Mam rację? Nigdy nie widuję was razem. Nigdy o niej nie mówisz. Przepraszam, jeśli…
- Tak, masz rację. Po części – dodał cicho. – Ale właściwie, nie może być mowy o układaniu się, lub nie, tam, gdzie już nic nie ma. Prawda?
- Nic nie ma? Jak to – nic? – spytała Luna i wskazała głową na Nell. – To chyba jest COŚ?
- Jasne. Ale… To i tak już nic nie zmieni. Zresztą – najpewniejszy sposób, aby dostarczyć dziecku cierpień – użyć go jako deski ratunkowej małżeństwa. A wiesz, Harry niedawno rzucił takim pomysłem – przy imieniu „Harry” Neville przełknął ślinę, a Luna bezwiednie zerknęła w stronę okna – że powinniśmy postarać się z Megan o, że tak powiem, kolejną deskę ratunku. Że to może coś da.
- No i?
- Po pierwsze – o ile moje informacje o tym, skąd się biorą dzieci, są nadal aktualne, to raczej by nam się nie udało.
- To znaczy, że… Że wy już nie…
- Ano. – Po twarzy Neville’a przebiegł skurcz. – A po drugie – dziecko to człowiek. Nie wolno nam używać go jako środka do osiągnięcia czegokolwiek. Mam rację? Zresztą, trzeba być potworem, żeby sprowadzać niewinną istotkę do czegoś takiego… - znów rzucił okiem na Nell i spuścił głowę. – Luna, sam nie wiem, czemu ci to mówię. Przepraszam.
- Daj spokój, Nev. – Położyła dłoń na jego ręce, a on nie mógł oderwać od tej dłoni wzroku. – To ja chciałam pogadać. Musiałam.
- A właściwie, to wiem, dlaczego to wszystko ci mówię – dokończył.
- Dlaczego, Neville?
- Nie chcesz wiedzieć. - Potrząsnął głową, najwyraźniej zły na samego siebie. – Nie pytaj, proszę. Przepraszam cię. – Wstał i uśmiechnął się z trudem. – Chodź, malutka. – Skinął na Nell. - Idziemy do… domu.
- Neville. – Luna również wstała. – Czy ja mogłabym coś dla ciebie zrobić? Powiedz, proszę. Ja…
Neville popatrzył na nią w zamyśleniu i na moment twarz mu pojaśniała. Ale pokręcił głową.
- Nie, Luna. Dzięki, ale chyba sam muszę się z tym uporać. – Wziął Nell za rączkę i wyszli.
Luna usiadła na parapecie i dokładnie w tym momencie za oknem ukazał się Harry. Szedł pieszo. Był potargany, jak zawsze. I miał na nosie okulary. Na jego widok Lunie podskoczyło coś w brzuchu i poczuła się tak, jakby w jednej chwili zdobyła Puchar Domów, dowiedziała się, że chrapaki krętorogie znów widziano, oraz jakby wypiła jednym haustem całą szklankę Finlandii. Przybrała najszczęśliwszy z możliwych uśmiechów i pomachała Harry’emu. Ale on nie spojrzał do góry. Zatrzymał się. Twarz dziwnie mu się zmieniła. Za chwilę Luna zobaczyła Neville’a. Popatrzyli na siebie obaj jakoś tak… Inaczej nie można było tego nazwać: popatrzyli wrogo. Luna nie mogła ich usłyszeć, ale to, co widziała, zdumiało ją. Harry wyjął ręce z kieszeni kurtki, przechylił głowę i obserwował Neville’a w sposób, jaki Luna pamiętała jeszcze z Hogwartu. Tak zawsze patrzył na Draco Malfoya.
- Co jest, na gargulki Merlina?... – szepnęła.
Harry powiedział coś, na co Neville pokręcił głową i wyminął go, prowadząc Nell za rękę. Ale nagle odwrócił się i rzucił coś, chyba jakieś jedno słowo. W tym momencie Harry obrócił się błyskawicznie na pięcie i doskoczył do Neville’a. Luna była pewna, że za chwilę coś się stanie. Nie wierzyła własnym oczom. Ale Harry spojrzał nagle na Nell, wcisnął ręce do kieszeni, zrobił w tył zwrot i wszedł do budynku przedszkola.
Lunę tak zaskoczyła ta dziwna, niezrozumiała scena, że stała jak wryta przy oknie, nie słysząc nawet, że Harry pojawił się w sali i cicho podszedł do niej od tyłu.
- Luniasta – szepnął, objął ją delikatnie za ramiona i wtulił twarz w jej włosy.
- Harry. – Drgnęła lekko. – Co się stało? Neville i ty… Jesteś zły.
- Chodźmy stąd. Możesz już iść do domu?
- Mhm. – Odwróciła się do niego. Bliskość szmaragdów nadal zapierała dech. – Ale powiesz mi, co się stało?
- Tak. Może. Ale później. – Wyplątał różdżkę z jej włosów. – Czekałaś?
- Cały tydzień. – Spuściła oczy.
- Musiałem parę rzeczy przemyśleć.
- I?
- Już wszystko wiem.
- I?

- Mmm. – Oblizała usta. Nie papierosy… Nie fasolki… Więc co?
- Po prostu ja, Lu. – Wzruszył ramionami. Oczy śmiały mu się i błyszczały, jak szalone. – Smakuje?
- Mmm.
***

- A gdzie motor?
- Myślałem, że możemy się przejść. A co? Chciałaś się przejechać?
- Nie, coś ty. Nie cierpię, jak na nim jeździsz.
- Dlaczego?!
- Boję się, że coś ci się stanie – szepnęła, nie patrząc na niego.
Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu.
- Martwiłaś się o mnie?
- Mhm.
- Luna… Od jak dawna?
Głębokie westchnienie.
- Od zawsze. – Poczuła, że zaraz chyba zapadnie się pod ziemię. Harry, jakby wyczuwając, że Luna traci równowagę, złapał ją za rękę. I już nie puścił.
Szli ulicą Pokątną, skąpaną w kwietniowym słońcu.
- Lu, ile my się znamy? Dziesięć lat?
- Mhm. Jakoś tak.
- To powiedz, dlaczego zachowujemy się teraz, jakbyśmy byli dla siebie obcy? Też masz takie wrażenie?
- Mhm. Ale może to dlatego, że… no wiesz, od tej strony jeszcze się nie poznaliśmy – powiedziała cichutko.
- Hmm. W takim razie, jak sądzisz – te dziesięć lat było stracone?
- Nie – odparła zdecydowanie. – Na pewno nie.
- Jak to? – Zatrzymał się.
- No, widocznie tak miało być. Wiesz, nie chciałabym teraz tego zmieniać. Widocznie… Wszystko ma swój czas, Harry.
- A dla mnie te lata były stracone. – Kopnął gniewnie kamień, aż stadko gołębi przestraszyło się i odleciało. Śledził ich lot wzrokiem. – Gdybym mógł, zmieniłbym wszystko. Gdybym tylko mógł cofnąć czas.
- Harry, przeznaczenia nie da się zmienić. I wiesz – nigdy nie wiadomo, co się zdarzy. Nie mamy na to wpływu. Może minimalny. Albo pozorny. Cofnięcie się w czasie nic by nie dało.
- E, tam. – Harry’emu stanął nagle przed oczami Syriusz, którego uratowali właśnie dzięki podróży w czasie. Ale potem i tak… I tak…
- Harry, tak to już jest. Wiesz, życie jest jak pudełko fasolek Bertiego Botta.
- Hm?
- Nigdy nie wiesz, co ci się trafi. – Mrugnęła do niego.
- Najfajniej, jak trafisz na pomarańczową, co? – Objął ją, uśmiechnął się i pocałował ją leciutko w jasną, delikatną brew. „Nie. Nie wiem, jak mogłem przez te dziesięć lat tego nie robić. Idiota.” Pocałował jeszcze raz. – Chodźmy. Napijemy się czegoś u Toma i możemy… Hm. No właśnie – gdzie chcesz iść?
- Chodźmy do mnie. Nie chce mi się nigdzie łazić.
- No wiesz? – Zrobił oburzoną minę. – Nie wiedziałem, że jesteś taka szybka. „Chodźmy do mnie”!
- Harry, przestań – zachichotała.
- Jak to mówią – cicha woda brzegi rwie. Nie spodziewałem się tego po tobie, Luno. Zawsze tak szybko zapraszasz facetów do siebie?
- Harry! – Śmiejąc się, złapała go za kurtkę i wciągnęła do Dziurawego Kotła, do którego właśnie doszli. – Chodź. A napijemy się u mnie. Cześć, Tom!
- Pan Harry Potter! Witamy! Zapraszamy!
- Nie mamy dziś czasu, Tom. Może kiedy indziej.
Przeszli przez Kocioł i znaleźli się na ruchliwej, kolorowej i hałaśliwej ulicy mugolskiego Londynu. Luna, robiąc po drodze szybkie zakupy, poprowadziła Harry’ego skrótami, których nie zapamiętałby, choćby bardzo się starał.
- No, jesteśmy. O, Virginia nam pomachała! – Luna popatrzyła na swoje okno na pierwszym piętrze. Na parapecie, wśród czerwonych pelargonii, siedziała pluszowa kura.
- Virginia? – Harry zadarł głowę.
- Virginia. Chodź, zaraz was sobie przedstawię.
***

- Woofy! Masz ciasteczka Woof! – Harry rzucił się na miskę i zaczął chrupać, wniebowzięty. – To były ulubione ciasteczka Syriusza, wiesz?
- Harry! – Luna nie wierzyła własnym oczom. – Lubisz je?
- Czy lubię? Uwielbiam! Mogę jeszcze?
- Harry – Luna położyła zakupy na stole i wzruszona podeszła do niego. – Jesteś pierwszą osobą, jaką znam, która też lubi psie ciastka. Niechże cię uściskam.
- Do usług, Lu. – Wytarł z ust okruszki, ale za chwilę i tak oboje cali byli w pokruszonych Woofach. – Khm. To może teraz się napijmy, co?
Po godzinie, jednej butelce Finlandii, trzech paczkach psich ciasteczek, stosie obejrzanych zdjęć z dzieciństwa Luny i ze wspólnych lat w Hogwarcie, Luna, moszcząc się wygodnie w stercie poduszek, pustych opakowań, gazet, pluszaków oraz kurtce Harry’ego, które zaściełały kanapę, przejrzała się w szmaragdach i stwierdziła, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie.
Niestety, drewniana czarownica, robiąca za kukułkę w magicznym zegarze Madame Tempory, miała na ten temat inne zdanie.
Drrrryń! Trzask!
- To już południe! Porrra nakarrrmić plumpki!!!
- O, nie, znów. W mordę pancernego gumochłona… - Luna zdjęła kowbojka i rzuciła nim w zegar. Nie trafiła. – Wywalę ten złom, Merlin mi świadkiem.
- Nie wyrażaj się, Lu. Masz plumpki? Nie wiedziałem. Poczekaj, nie zakładaj już tych butów! Nie rozumiem, dlaczego nosisz takie kamasze. Boże, masz takie małe stópki…
- Harry, ja mam łaskotki. Iiiiii!
- Łaskotki? Tutaj też?
- Tak! Chi chi chi…
- A tutaj?
- O, nie, tylko nie brzuch, nie próbuj nawet! Iiii!
- A tutaj?
- Tu nie.
- Mmm. To dobrze.

Drrrryń! Trzask!
- Szósta rrrano! Pobudka, wstać! Gumochłonom wody dać! – wydzierała się zegarowa czarownica, która najwyraźniej wyczuła, że jej kres jest bliski, i postanowiła jeszcze zaszaleć.
Ale Harry’ego i Lunę już to nie obchodziło.
***

Gdy Luna się obudziła, było już całkiem ciemno. Czuła się nieco wymięta. Przewróciła się na drugi bok i wyjęła spod siebie jednego kowbojka oraz szeleszczące opakowanie po ciasteczkach i zaczęła szukać po omacku Virginii. A znalazła Harry’ego.
- Mmm?
- Harry. To ty.
- A kto miał być?
Zachichotała i machnęła Lumosem w kierunku nocnej lampki. Pochyliła się nad Harrym. Wyglądał na równie wymiętego, jak ona.
- Czy my… spaliśmy? – Przetarł oczy.
Znów zachichotała, odgarnęła mu z czoła potargana grzywkę i pocałowała go delikatnie w samą błyskawicę.
- Lu? – Poruszył się niespokojnie. – Nie chodziło ci tylko o bliznę, co?
- Co takiego?
- Tak jak wszystkim tym… Chodzi im tylko o moją bliznę, o Złotego Chłopca, i tak dalej.
- Nie, wariacie. Chodziło mi o ciebie.
- Aha. To dobrze.
- A teraz przesuń się. Leżysz na mamie i tacie. – Wyjęła spod niego zdjęcie swoich rodziców i wyprostowała je czule. Państwo Lovegood uśmiechnęli się z wdzięcznością.
- Lu. – Harry popatrzył na zdjęcie, położył się na boku i przykrył narzutą z kanapy. – Tęsknisz jeszcze za nimi?
Pokiwała głową.
- Zawsze będę tęsknić – westchnęła. - Tak myślę. A… a ty?
- Wiesz, ja za bardzo… nie mam za czym. Ja nic nie pamiętam. Ale… To jest jakaś dziura, którą chciałoby się zapełnić. Ale chyba się nie da. Mam wrażenie, jakby nikt nigdy się mną nie opiekował tak naprawdę. I… Kurczę, chyba nie powinienem pić i gadać takich… Sorry.
- Harry. – Luna położyła się obok niego, też przykryła narzutą i przytuliła go tak mocno, jak tylko potrafiła. – Ja się tobą zaopiekuję.
- Pod jednym warunkiem – dmuchnął jej w ucho.
- Tak?
- Że ja będę mógł zaopiekować się tobą. Zgoda?
- Umowa stoi.
Drrrryń! Trzask!
- Czterrrnasta! Pora wypuścić hipogrrrryfy na spacerrrrek!!!
***

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Magdalith - Koham Lune Luvgood

Postautor: archiwalny » 26.02.08, 12:36

Odcinek 9

***
- To co, wypijecie za mnie? – Hermiona uniosła szklankę. – Żeby mi się wiodło w tym Hogwarcie.
Luna westchnęła głęboko, ale zmusiła się do uśmiechu i napiła się ze swojej szklanki.
Wszyscy poszli za jej przykładem.
- Za karierę profesorską Hermy!
- Rozruszaj tych starców, Mio!
- Taa, zwłaszcza Snape da się rozruszać.
- Nie przypominajcie mi, że będę tam jedyną poniżej pięćdziesiątki, błagam – jęknęła Hermiona.
- Jak to jedyną? A te tabuny nastolatków? – zaśmiał się Fred.
- Będę za wami tęsknić, wariaci – szepnęła Hermiona. – Odwiedzicie mnie czasem?
- Jak nie będziemy musieli mówić do ciebie „pani profesor”, to tak.
- Ron!
- Co?!
- Przymknij się i przyrzeknij, że przyjedziesz do mnie w wakacje.
- Mogę albo się przymknąć, albo przysięgać. A obiecać nie mogę, bo w wakacje jedziemy chyba do Francji, do Ginny.
- Pomijając drobny fakt, że wakacje mamy nieustająco. – George nalał sobie ognistej do pełna.
- Wszyscy jedziecie?
- Wszyscy. O ile pana ministra Weasleya puszczą na tak długo – powiedział z przekąsem George.
- Gdyby nie pan minister, nie miałbyś czegoś przepijać po barach, więc nie jęcz – uciął Fred.
- A ty, Luna? – spytała Hermiona.
- No wiesz… Wakacje? Hm… - Luna zerknęła na Harry’ego. – Sama jeszcze nie wiem, co będę robiła. A dlaczego ty po prostu nie przyjedziesz latem tutaj?
- No, w sumie racja. Tylko wiesz, właścicielka chce wynająć komuś to mieszkanie i nie wiem, gdzie miałybyśmy…
- Mio, zwariowałaś? Możecie zatrzymać się u mnie.
- O ile Mio zgodzi się na psi wikt – rzucił Ron.
- Ron! – skarciła go Hermiona. - A co do ciebie, Lu… To znaczy… do was. No cóż. – Uniosła szklankę. – Chyba nie mam wyjścia i też muszę za was wypić.
Harry uśmiechnął się pod nosem i przeczesał włosy palcami, a Luna poczuła, jak robi jej się ciepło na sercu.
- Chociaż wy wiecie, co ja o tym myślę – dodała Hermiona kwaśno.
- Nie wiemy! Co?! – Zainteresował się Ron.
- Dzięki za szczerość, Mio – parsknęła Luna.
- Chłopie! Sto lat na nowej drodze życia! – Fred i George rzucili się na Harry’ego.
- Pierwsza kobieta w historii, której imię Harry Potter pamięta dłużej, niż tydzień! – Pokiwał głową Ron.
- Przestańcie – zaśmiała się Luna. Była szczęśliwa. Przegadała z Hermioną kilka godzin i – mimo, iż nie udało jej się przekonać, że Harry jest właśnie TYM, jej przeznaczonym, to osiągnęła chociaż tyle, że przyjaciółka przestała się na nią boczyć. Teraz podeszła do Hermiony i uścisnęła ją z całych sił.
- Niech ci się tam szczęści – szepnęła jej do ucha. – Będę tęsknić. Jak cholera.
- Uciekaj, Lovegood. Idź się przytulać do Potterka. – Ron bezceremonialnie wyrwał Hermionę z objęć Luny i sam mocno ją przytulił. – Pokaż im wszystkim, co potrafisz, Granger. Kurczę, niech chociaż tobie się powiedzie.
- Ronaldzie – chlipnęła Hermiona, która miała już całą twarz mokrą od łez.
- Słucham, pani profesor?
- Ron… - jęknęła, wycierając łzy w jego kraciastą koszulę.
- Chociaż jej niech się powiedzie? – spytał Harry. – Mów za siebie, Ron. Mi się jak najbardziej powiodło. – Wziął Lunę za rękę.
W tym momencie Neville odstawił swoją szklankę i cicho wyszedł z pokoju.
***
Od kilku godzin, czyli od początku trwania pożegnalnego przyjęcia, które wyprawiła Hermiona, a na które nie mógł przecież nie przyjść, Neville zastanawiał się, jak długo jeszcze wytrzyma. Starał się nie pić dużo, bo wiedział, że mógłby coś palnąć. Starał się unikać Harry’ego. Nie patrzeć na niego i Lunę. Nie myśleć o Lunie. Szło mu całkiem nieźle i sądził, że dociągnie do końca tej imprezy. Ale gdy Ron rzucił tekstem, że nikomu z nich się nie powiodło, a potem Harry dotykał Lunę, a ona tak do niego lgnęła, tak lgnęła… Nie, to było zbyt wiele. Nawet, jeśli zapominał o sobie, o swoim egoizmie, o tym jak bardzo pragnął Luny i kochał ją zawsze, chyba odkąd pamiętał – a przynajmniej tak mu się teraz zdawało – nadal nie mógł przestać myśleć o Lunie. Z troską o nią samą. Dlaczego Harry? Dlaczego ON, na Merlina! Neville widział, jak Harry traktuje kobiety, słyszał, jak potrafi o nich mówić, obserwował go od lat. Mógł mieć każdą – to dlaczego nie Lunę? A ona była tak naiwna, tak ufna. Gdy patrzył na jej jasne oczy, na jedwabiste włosy, do których zbliżała się kosmata łapa Harry’ego… No, bez przesady. Nie jest taka kosmata… No cóż, to wszystko było dla niego zbyt trudne.
Neville czuł się ostatnimi czasy, jakby jakiś uparty dementor wciąż za nim łaził, wciąż deptał mu po piętach. A patronusem Neville’a było coś oczywistego i znajomego od lat, a teraz tak nieosiągalnego. Było nim księżycowe spojrzenie Lu.
Czuł się, jak w potrzasku. Nie umiałby zdradzić żony. Choć miał wrażenie, że w pewnym sensie i tak już to zrobił. Jednocześnie wiedział, że powinien od niej odejść. Ale wiedział też, że gdyby odszedł od Megan, ta zabrałaby mu Nell. A Nell, obok Luny, była tą, która zajmowała całe jego serce. Dopóki Lu była samotna, wszystko dawało się jeszcze znieść. Ale gdy przypałętał się… gdy Harry pojawił się na horyzoncie, Neville stracił wszelką nadzieję. Był zrozpaczony, i bał się, że coraz bardziej to po nim widać. Do poczucia winy wobec Megan, męczenia się w związku, którego praktycznie już nie było i do straszliwego pragnienia Luny doszła jeszcze wściekłość na najlepszego kumpla. Też zresztą połączona z poczuciem winy. Sam nie wiedział, które z tych uczuć było najsilniejsze. Ale męczył się okrutnie.
Nagle drzwi mieszkania Hermiony otworzyły się. Neville siedział na schodach, pół piętra wyżej, niewidoczny dla wychodzących, ale doskonale widział, kto wyszedł. Jasne. To byli oni.
Luna, o policzkach lekko poróżowiałych od alkoholu i emocji i z błyszczącymi oczami, oraz Harry, patrzący na nią… Tak, patrzący na nią lubieżnie. Popchnął lekko Lunę na poręcz schodów, a gdy oparła się o nią plecami, zaczął całować ją wszędzie, wszędzie…
Neville schował twarz w dłoniach, aby za chwilę znów zacząć patrzeć. Zdawał sobie sprawę, że postępuje idiotycznie. Nie tylko dlatego, że to świństwo tak kogoś podglądać. Także dlatego, że ten widok doprowadzał go do szału. Ale musiał patrzeć. Musiał. Choć sam sobie zadawał w ten sposób ból.
To niemożliwe – myślał sobie. Ja w to nie uwierzę. Jeszcze dwa miesiące temu Harry’emu trudność sprawiłoby przypomnienie sobie, jakiego koloru oczy ma Luna, a teraz… A on, Neville, od lat, od zawsze… To jest prawdziwe. Tamto to kaprys, zabawa Złotego Chłopca. Wydaje mu się, że może mieć wszystko. Zawsze pierwszy, zawsze najlepszy. Nawet, jak coś mu nie wyjdzie – wybaczają mu każdy błąd. Bo przecież to taka biedna sierotka, a poza tym nasz Wybawca… Stop.
Neville ponownie ukrył twarz w dłoniach. Było mu wstyd. Cholernie wstyd, że może tak myśleć o Harrym. Ale już pomyślał. Za późno, stało się.
W półmroku klatki schodowej, łapiąc szybko powietrze, całowali się, będąc tak spragnieni siebie, że nawet on nie mógł zaprzeczyć, iż tak jest. Co prawda powtarzał sobie w myślach: „Omotał ją. Omamił”, ale widok Luny, tak innej, niż znał ją do tej pory, ale dokładnie takiej, jak to sobie zawsze wyobrażał, mówił sam za siebie. Całowała łapczywie i widać było, jak zatraca się w tym całkowicie, jak się poddaje, zamykając w końcu oczy i prawie że osuwając się w ramionach Harry’ego, który – jakie to typowe – nigdy nie zamykał oczu w takich chwilach. Nigdy. Neville widział go nie raz, w różnych akcjach. Wyrachowanie Harry’ego, pewność siebie, kontrola nad wszystkim i w końcu satysfakcja ze zdobycia tego, co chciał. To zawsze przerażało Neville’a. Wiedział, że Harry jest samotny. Że szukał miłości, ale jej nie znajdował. Bo szukał źle. Oszukiwał samego siebie i zadowalał się namiastkami. Neville’owi było go nawet żal. Ale teraz doprowadzało go to wszystko prawie do szału.
- Lu…
- Tak?
- Chodźmy stąd. Chodźmy do ciebie.
- Tak. Ale teraz?
- Teraz. Idź się pożegnaj.
- A ty?
- Nie. Nie wypuściliby mnie. Idź. Wymyśl coś.
- Tak. Ale Hermiona…
- Odprowadzimy ja na King’s Cross. Powiedz jej.
- Ok… Harry?
Przylgnęła do niego jeszcze raz. Kosmata łapa Harry’ego powędrowała do najsłodszego, najdelikatniejszego nadgarstka, jaki można sobie wyobrazić. Pocałował ją w paskudny, samczy sposób… Stop. Weź się w garść, Nev. Weź ty się w garść!
Luna zniknęła za drzwiami. Harry złapał się poręczy schodów, spojrzał w sufit i zaczerpnął głęboko powietrza. I wtedy go zobaczył.
- Długo tu siedzisz? – Skrzywił się. – Super zabawa, co? Podniecają cię takie widoki?
- Długo. Ale byłem tu pierwszy – odpowiedział Neville. „W życiu Luny też byłem pierwszy” – dodał w myślach. – Ale przepraszam. Przykro mi, jeśli niechcący wlazłem butami w twoją… intymność. I wiesz, co? Mam nadzieję, że tobie też jest przykro.
- Niby z jakiego powodu? – Harry podszedł bliżej, wsadził swoim zwyczajem ręce do kieszeni kurtki i postawił jedną nogę na schodku.
- Harry, wiesz, z jakiego. Zachowaj chociaż twarz i przyznaj, że robisz to, co robisz. Skoro już musisz bawić się kimś, kto – jak mi się zdawało – jest ci kimś bliskim, kimś ważnym i…
- Nev! Znów zaczynasz pieprzyć te idiotyzmy. Po pierwsze: to są jakieś brednie. Po drugie: nawet, gdybyś miał rację – nic ci do tego.
- Nic? – Neville wstał. – Jeśli ci się zdaje, że…
- Nic mi się nie zdaje. Neville, sorry, że to powiem, ale zajmij się swoim porąbanym życiem rodzinnym i nie psuj tego, co mają inni, ok? Nie wiem, co się z tobą ostatnio dzieje, i nie wnikam. Ty też nie wnikaj w moje…
- W jakie twoje, Harry? Luna była i jest jedna, jedyna, a twoich przygód są dziesiątki. A teraz ona ma być kolejną z nich?
Harry nagle przestał się uśmiechać ironicznie i cofnął się o krok. Neville górował teraz nad nim, bo stał wyżej, ale był roztrzęsiony i zdesperowany, podczas gdy Harry tchnął zadziwiającym – jak na niego – spokojem.
- Nev? Chyba zaczyna mi świtać. Bądź dobrym kumplem i odpowiedz szczerze – chodzi ci o Lu? Tak? Odpowiedz!
- Tak, chodzi mi o Lunę, cały czas mówię – wyjąkał Neville, nie mogąc ukryć zdenerwowania. – A co?!
- Wiesz, o czym mówię. – Harry kręcił z niedowierzaniem głową. – I to jest ten twój altruizm, ta troska o Lunę – wycedził z przekąsem. – Megan chyba odstawiła cię na dobre, co? Tak cię przypiliło, że musisz rzucać się na najlepsze przyjaciółki z dzieciństwa?
Neville nie wytrzymał i doskoczył do Harry’ego. Złapał go obiema rękami za poły skórzanej kurtki.
- A ty co robisz, jeśli właśnie nie to?! No co?!
- Ja nie mam żony – odpowiedział z lodowatym spokojem Harry, ale ręka, w której trzymał różdżkę, błyskawicznie wyjętą z kieszeni, a teraz wycelowaną w mostek Neville’a, drżała mu. Nie wiadomo, czy z nadmiaru alkoholu, czy z emocji, czy z jednego i drugiego powodu.
- Przestańcie! – rozpaczliwy głos Luny poniósł się echem po klatce schodowej. – Przestańcie!
- No, zrób to. – Neville nie zwracał na nią uwagi. – Zrób to, Harry. Walnij od razu avadą, przecież potrafisz. To nie takie trudne, prawda? Jak raz to się już zrobi, potem idzie jak po maśle. Wiesz coś o tym, no nie? Avada we mnie, imperio w Lunę. I wszystko będzie jak zawsze – po twojej myśli.
- Natychmiast przestańcie! – Luna, przerażona tym, co słyszała i widziała, trzęsącymi się rękami rozdzieliła Harry’ego i Neville’a. – Neville! Co ci jest? Jak to wszystko mogło… Nev?!
Ale Neville wyrwał się jej i wbiegł do mieszkania. Harry rzucił się za nim.
- Poczekaj! Nev, wyjaśnijmy sobie coś, raz na zawsze! – Prawie biegł za nim, nie zważając na zdumione miny Hermiony i braci Weasleyów, pochylonych nad planszą z gargulkami. – Poczekaj, do cholery!
Neville, potykając się o sprzęty, przemierzył pokój, złapał swój płaszcz i, nie patrząc na nikogo, z zaciętą miną wyszedł. Harry, zderzając się z zatrzaśniętymi przez Neville’a drzwiami zaklął głośno, po czym wybiegł za nim.
- Stój! Nev, stój!
Gdy dudnienie kroków na schodach ucichło, Hermiona wyszła do hallu i podeszła do Luny, trzymającej się futryny i oddychającej szybko.
- Luna, co to… Co to było?! Wiesz, o co chodzi? Co jest między nimi?
- Obawiam się… Obawiam się, że ja, Mio – szepnęła.
- Gramy, czy nie? Zostaw ich, niech się tłuką. To dobrze robi na potencję – dobiegło z salonu wołanie Rona. – Teraz twoja kolej, Herma. No chodź!
Hermiona chwyciła mocno rękę Luny i zajrzała jej z troską w oczy. Po czym zwróciła się w kierunku pokoju:
- Zaraz cię zdzielę w łeb! Skoro to tak dobrze robi na potencję.
***
- Ron, odprowadzisz mnie do domu? – Luna spojrzała na niezbyt inteligentnie uśmiechniętego Rona, siedzącego w otoczeniu gargulków i butelek po kremowym. – Albo nie. Może ty, Fred?
- Myślałem, że idziesz z Harrym. Ale jasne. Chodź.
Jednak w tym momencie w kominku ukazały się dwie rudowłose głowy, przepychające się nawzajem.
- Taaaato!
- Mieliście nie fiukać po dziesiątej. Co jest? Dlaczego nie śpicie? – spytał Fred.
- Tato – odezwał się płaczliwie Rick Weasley. – Weź ją, my już nie możemy.
- Tak, zabierz już ją, proszę! – zawtórował mu Ralph.
- Co? Kogo mam zabrać?
- Ją! Chcemy spać. Przepytuje nas z tej, no…
- Z historii Hogwartu – chlipnął Rick. – Ja mam już dosyć.
- Powiedzcie jej, że ma natychmiast iść spać, dobrze? – Hermiona starała się zmarszczyć brwi ale nie mogła opanować śmiechu.
- Mówiliiiśmyyy…
- Dajcie mi mamę – westchnął Fred.
- Mama mówi, że Harriet to nasz gość, na wszystko trzeba jej pozwalać. A ja już nieee chcę…
Zakotłowało się i w palenisku ukazała się głowa Harriet.
- Mamo, wyobraź sobie! Jest ich dwóch, prawda? To powinni móc zapamiętać DWA RAZY więcej, niż ja. Prawda? Teoretycznie – dodała, uśmiechając się z ironią.
- Harriet, nie wygłupiaj się i kładź się spać. Jutro po ciebie przyjadę.
- Ale mamo! Oni nie umieją nawet…
- Ech, te Grangerówny… – westchnął w zadumie Ron, szukając wokół siebie pełnej butelki. – Niedaleko pada jabłko od… Nie. Niedaleko pada ford Anglia od Wierzby Bijącej! Ha!
- Ron! Bo zaraz ty padniesz!
Luna, nie mając ochoty słuchać ich wesołych przekomarzanek, wycofała się do hallu i zaczęła się ubierać. Wtedy drzwi się otworzyły i wszedł Harry.
- Co ty robisz?
- Zakładam kowbojki. – Nie spojrzała nawet na niego, pochylona nad butem.
- Idziesz do domu? Poczekaj na mnie.
- Nie, Harry. Fred mnie odprowadzi.
- Lu! – Podniósł ją za ramiona i spojrzał w twarz. – Przestań! Daj sobie wytłumaczyć. To Neville! To on…
- Tak, to on. To w niego celowałeś różdżką. W przyjaciela, Harry. W przyjaciela. Puść mnie, ok? Naprawdę, chcę już stąd iść.
- Lu! On się na mnie rzucił! To był odruch! Nie przesadzaj, to tylko różdżka! A zresztą, wiesz, o co poszło? Wiesz?! Wiesz, co roi się w głowie naszego przyjaciela?! – wrzeszczał prawie na nią, potrząsając ją za ramiona.
Wyrwała mu się.
- Nie szarp mnie, Harry – powiedziała poważnie. – Odruch, mówisz? No tak. Wiesz, Hermiona miała chyba rację. Co do ciebie. Chociaż… Chociaż ja naprawdę chciałam, żeby się myliła… - Pozwoliła sobie na jedno szybkie spojrzenie w szmaragdy oczu, ale to tak zabolało, że odwróciła się na pięcie, złapała klamkę, krzyknęła jeszcze za siebie:- Fred! Czekam na dole! – i zbiegła po schodach.
Harry został w hallu, z otwartymi ustami, gniewem i zdumieniem wypisanym na twarzy i z zaciśniętymi mocno pięściami.
***
W domu zrzuciła z nóg kowbojki, zdjęła tylko spodnie i od razu położyła się do łóżka. Poszukała wokół siebie Virginii i znalazła ją w nogach, zgniecioną i zapomnianą.
- Biedna Virginia. – Luna przytuliła kurę mocno. – Zapomniałam o tobie przez to… przez to wszystko.
Rzuciła okiem na stół, na którym stała niedokończona chatka Hagrida z zapałek, oraz leżał stos podręczników do goblideguckiego, pokrytych kurzem i nie otwieranych od wielu dni. Westchnęła.
- Ja chyba zwariowałam.
Zrozumiała, że wpadła po uszy w coś, co oderwało ją od świata. Że zupełnie jej odbiło. Na całe szczęście była Krukonką. Może trochę rąbniętą Krukonką, ale zawsze. Myślącą, logiczną, wyciągającą wnioski, szlachetną Krukonką. Jasne, serce (i inne części jej ciała) rwało się do Harry’ego, jak głupie. Ale po czymś takim… Nie. Hermiona miała rację. Kurczę, Mio ma zawsze rację. Czemu wszyscy, do diabła, ciągle o tym zapominamy?! „Harry jest nieobliczalny. To najbardziej pokręcona osoba, jaką znam. To nie jest bezpieczne, Lu. Zastanów się dobrze, na co się decydujesz.” „Wiem, Mio. Wiem, o czym mówisz. Ale ja… Ja go naprawdę…” „Tak, Lu. Rozumiem. Ale miłość to nie wszystko, niestety. To przykre, ale prawdziwe. Zastanów się dobrze. Bo potem możesz się już z tego nie pozbierać. Miłość to nie wszystko. Poza tym miłość jest tak ślepa, że… No, sama wiesz.”
- Miłość jest ślepa – stwierdziła odkrywczo Luna, przykrywając się po uszy kołdrą. Nagle – nie wiedzieć, czemu, bo zawsze było jej gorąco – zrobiło jej się strasznie zimno. – Ale ja nie będę ślepa. Nie.
Przypomniało jej się, co widziała na klatce schodowej u Hermiony. To, co mówił Neville… To po prostu było niewiarygodne. A to, co zrobił Harry… O co w tym wszystkim chodzi? Chodzi o nią, tyle zrozumiała. Ale czy… czy oni prawie pobili się O NIĄ?! Czy to możliwe? Neville?! I w ogóle – nie pierwszy raz stwierdzała, że faceci są jednak straszni. Byle co, a rzucają się sobie do gardeł. Czasem miała wrażenie, że większość z nich tylko czeka na jakiś prowokacyjny gest, słowo, żeby móc komuś przywalić. Kobiety też drą ze sobą koty, jasne. Ale jednak dają sobie nawzajem wsparcie. Podczas gdy mężczyźni wciąż rywalizują. Brrr! Jakie to szczęście urodzić się dziewczynką. Faceci to rzeczywiście świnie. A jednak… Kurczę, jak tu bez nich żyć?
Poruszyła nogami pod kołdrą i coś tam wyczuła. Wyjęła podkoszulek Harry’ego. Cały pachnący nim. Uderzyło ją to mocno, jak obuchem. Wiedziała, że zaraz wymięknie. Rzuciła koszulką na ślepo przez pokój.
- Będę twarda – powiedziała sobie, zaciskając zęby. – Z różdżką! Z różdżką na najlepszego kumpla! W życiu czegoś takiego nie widziałam. W życiu. „To był taki odruch”. Odruch! Cholera.
Nagle zorientowała się, że – mimo usilnych próśb – nie może przypomnieć sobie, jak powiedzenie „Miłość jest ślepa” brzmi w języku goblideguckim. Nie pamiętała tego pierwszego słowa.
- Cholera. Nie wytrzymam.
Wstała i na bosaka podeszła do stolika, na którym piętrzyły się książki. Wzięła słownik i ukucnęła z nim na podłodze pod oknem, gdzie jaśniała plama padającego z ulicznej latarni światła. Zaczęła wertować tomik.
- Machać… macka… magia… majtać… mamałyga… masakra… Oj tak, masakra – pociągnęła nosem. – Masochizm… matołek… mazgaj… Tylko nie mazgaj – chlipnęła. –Męskiii… chlip! Mgła… mięknąć… - poczuła, że rzeczywiście wymięka, a oczy zachodzą jej mgłą. – Migotać… milimetr… miłosierdzie… mniszka… Tak, mniszką mi przyjdzie zostać. Zaraz, za daleko zaszłam. Gdzie „miłość”? Gdzie ta głupia „miłość”? Do niczego ten słownik. – Klęczała w ciemności, na zimnej podłodze, a łzy kapały jej jedna po drugiej na strony otwartej książki. Nic już nie widziała. – Nie znajdę. Cholera.
Wtedy coś zapukało w szybę. Luna podniosła głowę, zamrugała powiekami, strząsając ostatnie łzy z rzęs i zobaczyła Hedwigę siedzącą na parapecie za oknem.
- Jeśli teraz przysłał mi fasolkę Bertiego Botta, to znaczy, że naprawdę nie rozumie powagi sytuacji. Naprawdę. – Chlipnęła po raz ostatni i otworzyła okno. Hedwiga trzymała w dziobie skrawek papieru.
„Przepraszam” – nabazgrane w pośpiechu.
- Nie będzie odpowiedzi, Hedwisiu. Leć. I dziękuję. „Przepraszam”. Nie mnie przepraszaj, nie mnie. – Wysmarkała nos i wlazła pod kołdrę, trzymając wciąż liścik od Harry’ego. Targały nią skrajne uczucia. Z jednej strony chciała porwać świstek na milion kawałeczków i wyrzucić do śmieci, a z drugiej – przyłożyć do ust i dotknąć powierzchni, której dotykał przed chwilą Harry. W końcu poszła na kompromis i położyła karteczkę na stoliku obok łożka. Przytuliła Virginię, otuliła się szczelnie kołdrą i – myśląc „Przyjaźń jest ważniejsza niż jakieś tam… amory” oraz nie roniąc już ani jednej łzy – zasnęła. Nic jej się nie śniło. Ale w przypadku Luny Lovegood to nie był dobry znak.
***

c.d.n.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Magdalith - Koham Lune Luvgood

Postautor: Arthur Weasley » 02.10.08, 16:48

- No, ciociu. Czarodzieje biorą się z Hogwartu, tak? I z innych szkół magii. A mugole skąd? Mają swoje specjalne szkoły mugolstwa, tak?
A mają, mają, obecnie chyba w każdym mieście powiatowym. Tyle że nie nazywają się "szkoła mugolstwa", tylko na przykład Wyższa Szkoła Ekologii i Zarządzania albo Wyższa Szkoła Marketingu, Finansów i Gotowania na Gazie.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość