irytek jz - Harry Potter i koniec świata

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

irytek jz - Harry Potter i koniec świata

Postautor: archiwalny » 16.01.08, 01:17

irytek w 04.02.04 14:53:22
Moderatorstwo w osobie Arthura Weasleya zarządziło że mam to tu zamieścić. No to zamieszczam...

Arthurowi Weasleyowi, który był moim beta-readerem, chcę niniejszym serdecznie podziękować za liczne uwagi dotyczące meritum, stylu, a także za pomoc w interpunkcji.


HARRY POTTER I KONIEC ŚWIATA
napisał w przypływie szału Irytek vel Józef Zbródel


PROLOG
północna Anglia, 12 XI 2009

Pogoda tego wieczoru pasowała do widniejącej w kalendarzu daty. Sztormowy wicher znad morza zrywał z drzew resztki liści, targał gałęziami, siekł lodowatym deszczem. Przeraźliwe wycie wiatru zagłuszało wszystkie inne dźwięki, słyszalne było doskonale nawet we wnętrzu samochodu, mimo pracującego silnika i szumu dmuchawy. Wycieraczki jeździły rozpaczliwie po mokrej szybie w tyleż upartym, co beznadziejnym wysiłku. Porywy wiatru co chwila targały pojazdem, usiłując zepchnąć go z drogi, toteż kierowca jechał maksymalnie skoncentrowany, próbując wypatrzeć w strugach wody linie ograniczające jezdnię. Nie był doświadczonym kierowcą, jeździł rzadko i pokonanie tych ponad 50 mil dało mu się nieźle we znaki. Z ulgą dostrzegł w przednich światłach wozu tablicę oznaczającą początek miejscowości.

Nareszcie, pomyślał. Rzucił okiem na zegar na desce rozdzielczej. Z zadowoleniem stwierdził, że dobrze oszacował czas potrzebny na dojazd. Na razie wszystko przebiegało zgodnie z harmonogramem.

Teraz jechał powoli, wypatrując zapamiętanych na odprawie punktów charakterystycznych. Cukiernia... jest! Apteka... jest! Minął rozświetlony pub i zatrzymał pojazd przy chodniku za skrzyzowaniem. Przez ścianę deszczu nie był w stanie odczytać nazwy przecznicy, ale wszystko zgadzało się z zapamiętanym planem sytuacyjnym. Był na miejscu!

Wzdrygnął się z na samą myśl o opuszczeniu ciepłego wnętrza samochodu. Sprawdził, czy różdżka tkwi bezpiecznie w kieszeni, narzucił na głowę kaptur nieprzemakalnego płaszcza i wysiadł z wozu. Potężny podmuch o mało nie powalił go na ziemię. Walcząc z wiatrem, zamknął drzwiczki i rozejrzał się osłaniając oczy dłonią. Uliczka, którą powinien był pójść, prowadziła w stronę urwistego brzegu morza, prosto pod wiatr. Przez moment czuł pokusę, by zignorować instrukcje i podjechać pod sam obiekt samochodem, ale wyszkolenie wzięło górę i z ciężkim westchnieniem ruszył w drogę piechotą.

Wichura na moment przycichła i z mijanego właśnie budynku dobiegły go dźwięki muzyki. Nie przepadał za mugolskimi piosenkami, ale akurat ten kawałek sprzed wielu lat mu się podobał. There's a lady who's sure, all that glitters is gold... - zanucił pod nosem. Melancholijny początek ballady pasował do jego dzisiejszego nastroju. ...and she's buying the stairway to heaven. Wiatr znów uderzył, zagłuszając wszystko inne. Nie rozklejaj sie!, skarcił się w duchu, ci, co się rozklejali w czasie akcji, są już teraz tylko nazwiskami na czarnej tablicy pamiątkowej wiszącej obok wejścia do Wydziału.

Mijajac posesję o numerze 19, poczuł obok siebie nagle czyjąś obecność. Obejrzał się szybko. Przeraźliwie mokry, dygoczący z zimna, nieduży bury kundel wkulał się w szczelinę w żywopłocie, starając się złapać choć trochę osłony przed wichurą. Mężczyzna spojrzał na psa ze współczuciem. Zwierzę odwzajemniło spojrzenie, a potem uspokajającym wzrokiem obrzuciło zalaną deszczem ulicę i kiwnęło kilka razy łbem.

- W porządku, dzięki, stary - mruknął pod nosem mężczyzna. Pies machnął ogonem w odpowiedzi i głębiej wtulił się w żywopłot. Mężczyzna ruszył dalej. Przemknęło mu przez głowę zasłyszane gdzieś kiedyś przysłowie o pogodzie tak złej, że nawet psa się z domu nie wyrzuca. Cóż, w naszym fachu na takie luksusy nie ma co liczyć, pomyślał.

Widział już cel swojej wędrówki - posępny, opuszczony budynek o numerze 23. Była to ostatnia posesja, dalej ulica kończyła się rzędem betonowych słupów pomalowanych w ostrzegawcze czerwono-białe pasy, a potem już tylko kilkadziesiąt stóp pionowej skały i skłębiona wodna kipiel. Mimo wycia wiatru słychać było teraz ponury, groźny, nieustanny grzmot fal. Urocze miejsce, pomyślał z przekąsem. Troche niesprawiedliwie, bo latem mogło tu być naprawdę ładnie.

Walcząc z wiatrem, zbliżył się do starych, obdrapanych drzwi. Nacisnął delikatnie za klamkę i nie zdziwił się, gdy nie ustąpiła. Sięgnał do kieszeni i wydobył różdżkę.

- Alohomora - szepnął. Zamek szczęknał cichutko. Nacisnął znowu klamkę, tym razem drzwi ustąpiły z lekkim skrzypieniem. Wszedł do środka. Kolejny ruch różdżką i zasuwa w dzwiach ponownie brzęknęła delikatnie. Sprawdził czy drzwi są dobrze zamknięte, a potem ściągnął z głowy mokry kaptur i rozejrzał się. Okiennice były zamknięte i w środku panowały prawie zupełne ciemności, ale mężczyźnie to nie przeszkadzało - Zaklęcie Kociego Wzroku było umiejętnością, którą opanowywali na pierwszym roku szkoleń, a on był jednym z najlepszych: przeprowadzone testy wykazały, że widzi w nocy lepiej niż najczulsze mugolskie noktowizory.

Wszedł do zagraconego saloniku z wielkim, częściowo zrujnowanym kominkiem. Sądząc po stanie, w jakim się znajdował, budynek musiał być opuszczony już od wielu lat. Szyb w oknach nie było, a cieżkie, drewniane okiennice nie chroniły przed wilgocią, toteż ściany pod oknami zbutwiały i pokryły się paskudnymi liszajami. Czuć było zapach stęchlizny. Drewniana podłoga w wielu miejscach pozapadała się. Przytulne miłe gniazdko, pomyślał. Zdjał ociekający wodą płaszcz i rzucił go na krzesło, ale zaraz założył z powrotem, bo przez szpary w okiennicach dmuchał zimny wiatr z deszczem. Perspektywa spędzenia tu kilku najbliższych godzin nie wprawiała go w dobry humor. A jeszcze trzeba będzie wrócić do samochodu... Na szczęście tym razem z wiatrem, pocieszył się. Zresztą nie przyjechałeś tu na wakacje... Znalazł kąt w którym ruch powietrza czuć było najsłabiej, szybkim ruchem różdzki umieścił tam stary, rozlatujący się fotel i skulił się na nim jak kot, starając się stracić jak najmniej ciepła.

W kieszeni poczuł delikatną wibrację. Sięgnał i wyciągnął szklaną mlecznobiałą kulkę o średnicy około cala. Dotknął ją końcem różdżki, a kulka rozjarzyła się delikatnym zielonym światłem.

- Centrala, tu ósmy - powiedział zbliżając kulkę do ust. - Jestem już w środku.

- Wiemy - odpowiedziała cicho kulka. - Trzynastka nas zawiadomił, że wchodzisz. Jak jest?

Ze współczuciem pomyślał o skulonym pod płotem przemoczonym kundlu.

- Spoko. Żywego ducha. Martwego zresztą też nie. W zależności od tego czy duchy są żywe czy martwe...

- Nie filozofuj, Ósemka, bo się będziesz miał okazję przekonać osobiście!

- Przeciez nic nie mówię... Przekaż Trzynastce wyrazy współczucia. Mi przynajmniej woda nie leci na łeb.

- Twierdzi że znalazł sobie wyjątkowo przytulną dziurę w żywopłocie.

- Szczęściarz... - mruknął Ósemka. - Tak zupełnie na marginesie, to nie możecie podesłać tu pokojówki? Troche od okna ciągnie. No i przydałoby się coś dobrego do jedzenia. Powiedzmy - indyk w maladze i jakiś przyzwoity szampan. Półwytrawny, co do rocznika nie jestem wymagający...

- Dosyć, Ósemka! - powiedziała ostro kulka. Co oni się tacy drętwi tam zrobili?, pomyślał ze złością. Dowcipkowanie i przekomarzanie się z Centralą podczas akcji było z dawien dawna uświęconą tradycją i nawet Szefowa odpuściła już sobie próby przywoływania agentów do porządku. No tak, dzisiejsza akcja była wyjątkowa...

- Słuchaj. Twój rozmówca powinien nadejść za jakieś pół godziny. Trzynastka da nam znać, a my tobie. Trzymaj gadułę w kieszeni tak, żebyś mógł wyczuć wibrację. Pojedyńczy krótki sygnał to znak że się zbliża. Bez rozmowy. Trzy krótkie oznaczają że chcemy z tobą pogadać. Jeśli nie będziesz mógł, odpowiedz pojedyńczym krótkim. Pojedynczy długi to alarm. Jeśli poczujesz pojedynczy długi, masz się natychmiast deportować bez względu na to co będziesz robił. Nawet gdybyś się akurat odlewał. Punkt aportacyjny K-6. Powtórz.

- Centralny, ja naprawdę nie spałem na odprawie. Ja tylko tak głupio wyglądam...

- Ósemka, powtórz instrukcje!

Mężczyzna westchnął i posłusznie wyrecytował usłyszane przed chwilą wskazówki.

- Dzięki, Ósemka. Powodzenia. Bez odbioru.

Kulka ponownie zrobiła się mlecznobiała. Wsunał ją do wewnętrznej kieszeni spodni i ciężko westchnął. Czekało go teraz długie oczekiwanie. Ich praca głównie zresztą na tym polegała, choć po lekturze mrożących krew w żyłach reportaży w "Proroku Codziennym" można było odnieść odmienne wrażenie. Czekanie, czekanie, czekanie...

Wyciągnął się wygodnie w zimnym, zatęchłym fotelu. Wietrzysko wzmagało się, ciężkie krople deszczu bębniły w okiennice rozszalałym staccato, a cały budynek drżał w posadach. Czuł narastający niepokój, jak zawsze, kiedy planowana od dawna operacja wchodziła w decydującą fazę. A ta była najważniejsza i przygotowywana od wyjątkowo dawna.

Od wielu już lat Lord Voldemort wraz z rzeszą swoich pomniejszych pomocników terroryzował świat czarodziejów. Mugoli zresztą też, chociaż ci oczywiście nie wiedzieli, czemu przypisać wzrastającą lawinowo liczbę aktów terroru we wszystkich właściwie punktach globu. Walka z nim przypominała do tej pory walkę z wiatrakami, z tą wszakże różnicą, że w odróżnieniu od Voldemorta wiatraki nie były szczególnie groźne. Liczba popleczników Voldemorta rosła w zastraszającym tempie, liczba tych, którzy zdecydowanie wystąpili przeciw niemu, malała nieubłagalnie, a przerażona większość siedziała cicho, licząc, że w razie czego zdąży się opowiedzieć po wygrywającej stronie. Zresztą nie potrzeba było szczególnej bystrości, by zorientować się, która strona wygrywa.

Niekończące się pasmo porażek rozpoczęło się od zamordowania Albusa Dumbledora, długoletniego dyrektora Hogwartu i, w opinii wielu, jedynego czarodzieja którego Voldemort jeszcze się obawiał. Potem w przeciągu kilku miesięcy zginęło trzech kolejnych ministrów magii i od tego czasu utrzymywał się vacat, bo jak powiedział jeden z potencjalnych kandydatów, tylko kretyn mógłby w obecnej sytuacji ubiegać się o to stanowisko. Co prawda okazało się szybko, że żądnych władzy kretynów nie brakuje, ale większość czarodziejów mając do wyboru brak ministra lub ministra-kretyna, opowiedziała się za tym pierwszym rozwiązaniem. Ministerstwem kierował więc zza kulis Arthur Weasley, do czasu gdy znaleziono go martwego we własnym gabinecie, z wyrazem nieopisanego przerażenia na twarzy. Domysły, co takiego mógł zobaczyć tuż przed śmiercią, dodatkowo podsyciły stan powszechnej paniki. W takiej sytuacji większość pracowników ministerstwa czym prędzej złozyła wymówienia, co okazało się posunięciem bardzo roztropnym, bo nielicznych odważnych znajdowano później w różnych miejscach i w wielu kawałkach.

Potem było publiczne wystąpienie Alastora Moody'ego w telewizji Wizzard One. Legendarny auror stwierdził w krótkich, żołnierskich słowach, że w obecnych czasach tylko Czarny Pan gwarantuje dalszą, niezakłóconą egzystencję naszego świata. Musimy dać stanowczy odpór inwazji szlam i tym podobnego plugastwa. Szoku, który nastąpił po tym expose, nie dawało się z niczym porównać. Więkoszość pocieszała się że Szalonooki, mówiąc to, musiał być pod wpływem zaklęcia Imperius, ale słaba to była pociecha. Jeśli bowiem można było złamać w ten sposób żelaznego Moody'ego, to jaką nadzieję miał mieć zwykły Jones czy Smith, któremu silnej woli brakowało często nawet do tego, by odmówić sobie samemu trzeciej kolejki ognistej whisky w knajpie?

Wszyscy sądzili, że po tym wystąpieniu Moody zostanie natychmiast aresztowany i osadzony w Azkabanie, ale tu nastąpił kolejny wstrząs. Rzecznik prasowy Departamentu Bezpieczeństwa Ministerstwa Magii oświadczył bowiem na pośpiesznie zwołanej konferencji prasowej, iż konstytucja gwarantuje każdemu (w tym panu Moody'emu) wolność wypowiedzi, a karanie za wygłaszanie własnych poglądów stanowiło by powrót do najbardziej odrażających praktyk rodem ze średniowiecza. Na nagabywania jednego z dziennikarzy, który usiłował doprecyzować, czy "wolność wypowiedzi" oznacza, że odtąd będzie można publicznie nawoływać do morderstw, rabunków i gwałtów, rzecznik oświadczył, że podobnie impertyneckich pytań tolerować nie będzie i pośpiesznie zakończył konferencję. Samego dziennikarza jakiś czas później znaleziono wypatroszonego gdzieś na wrzosowiskach w okolicach Hogsmeade.

Byli śmierciożercy coraz odważniej podnosili głowy. Zwolnionego z Azkabanu na mocy amnestii Lucjusza Malfoya witały na Nokturnie tłumy skandujące szlamy do gazu i Malfoy na ministra! Nic więc dziwnego, że jeden z aurorów powiedział kiedyś w przypływie wisielczego humoru, iż nie zdziwi go, jeśli wkrótce powstanie oficjalny Związek Śmierciożerców Imienia Barty'ego Croucha Juniora.

I wtedy zabłysnął promyk nadziei. Wątły i migotliwy - ale jednak była to nadzieja.

Właśnie dlatego czekał teraz w tym rozpadajacym się domiszczu. Miał odegrać kluczową rolę w operacji, którą przygotowywano od prawie pół roku. Od tego, jak się zachowa i co powie, czy uda mu się nie spłoszyć rozmówcy, przekonać do dalszych kontaktów zależała - nie było w tym przesady - przyszłość świata.

Czekał cierpliwie, spoglądając co chwila na zegarek. Czas płynął powoli. Jeszcze kwadrans... Jeszcze dziesięć minut....

I wtedy usłyszał przed domem hałas.

Podniósł się powoli z fotela. Chyba nic złego się nie dzieje, pomyślał, centrala zawiadomiła by mnie przez gadułe... Wyciągnął z kieszeni szklaną kulkę i zmartwiał - była zupełnie przezroczysta, oznaka że łączność zerwała się.

Ki diabeł? Powoli podszedł do okna i wyjrzał przez szparę w okiennicach.

Przed domem stało kilka dużych, pomalowanych w ciemne barwy furgonetek. Wyskakiwali z nich mężczyźni w zasłaniających twarze czarnych kominiarkach, trzymając w rękach długie, metalowe przedmioty...

Jasny gwint! pomyślał.

Coś zdecydowanie poszło nie tak, jak przewidywał plan...

***
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Harry Potter i koniec świata

Postautor: archiwalny » 12.02.08, 01:37

ROZDZIAŁ I

Katharsis



Khoraphakia, półwysep Akrotiri, Kreta, 28 V 2010

Zapadał zmierzch. Słońce chowało się właśnie za odległym półwyspem Rhodopo, oświetlając jeszcze swoimi promieniami wyżej położone tereny. W dole, w dolinie, zapadł już mrok. Ze wzgórza, na którym leżała Khoraphakia, rozciągał się widok na zatokę i położną nad nią Khanię, wyglądającą teraz ze swoimi światłami jak wielka, fosforyzująca meduza. Morze utkane było licznymi świetlnymi punkcikami - wycieczkowymi stateczkami, wracającymi z przeróżnych "Sunset Trips" lub przeciwnie, wypływającymi dopiero na całonocną balangę z winem i muzyką. Na pobliskim lotnisku Soudha rozpoczęła się fala wieczornych czarterów i co jakiś czas rozlegał sie przeciągły grzmot, a potem wielki samolot, wypełniony do ostatniego miejsca turystami, przelatywał nad miasteczkiem i omijając szerokim łukiem górujące nad półwyspem wzgórze Stavros, odlatywał w stronę kontynentu. Z licznych kafenionów dolatywała muzyka i beztroski śmiech.

Mężczyzna, który wyszedł właśnie z jednej z knajpek, nie wyglądał na szczególnie wesołego. Niepewny chód wskazywał, że co najmniej kilka kolejek raki lub ouzo miał już za sobą. Szedł powoli, ciężkim krokiem, stromą uliczką prowadzącą do leżącego na wzgórzu skupiska kilkunastu nieco bardziej ekskluzywnych willi. Powierzchowność mężczyzny zdradzała, że nie jest Grekiem, a zresztą tam, gdzie się udawał, mieszkali głównie zamożni przybysze z północy kontynentu.

Nazywał się Johann Schulze, a przynajmniej na takie nazwisko wystawiony był jego niemiecki paszport. Co prawda rodowici Niemcy byliby pewnie z lekka zdziwieni akcentem Schulzego, ale nie mieli po temu okazji, gdyż mężczyzna starał się nie utrzymywać kontaktów ze swoimi rodakami. Jeszcze bardziej zdziwiliby się, słysząc, jak po pijanemu rozmawia sam ze sobą w języku angielskim. Ale nikt nie słyszał, bo choć Schulze wieczorne picie zaczynał najczęściej w pobliskim kafenionie, to kończył wyłącznie w czterech ścianach własnego apartamentu.

Odróżniał sie od innych bogatych przybyszów z Europy. Po pierwsze był młody, niespełna trzydziestoletni, podczas gdy na ogół kupowali sobie tutaj domy dobrze sytuowani emeryci: byli szefowie wielkich spółek, politycy, lekarze lub prawnicy. Po drugie przybysze ci obracali się raczej we własnym gronie, kontakty z ludnością miejscową ograniczając do niezbędnego minimum. Schulze przeciwnie, nauczył się nawet w miarę przyzwoicie języka greckiego, czym podbił serca miejscowych, którzy odtąd nazywali go po grecku Ioannis zamiast niemieckiego Johann, jemu zaś było wszystko jedno, bo żadne z imion nie było prawdziwe. Zapraszano go do greckich domów, a z mężczyznami pijał raki w knajpach i grywał w domino.

Poza tym, że był stosunkowo młody, był także przystojny, nie dziwota więc, że lgnęły do niego dziewczęta, tak miejscowe jak przyjezdne. A raczej próbowały lgnąć, jako że roztaczała się wokół niego jakaś niewidoczna bariera, która uniemożliwiała nawiązanie bardziej intymnych stosunków. Zawsze uprzejmy, zawsze miły, zawsze szarmancki - i nic ponadto. Ci, którzy próbowali sie do niego bardziej zblizyć, wyczuwali bijące od niego gorycz i smutek. Piękna Elleni powiedziała kiedyś po czymś, co miało być romantyczną randką nad brzegiem morza, że jego uśmiech jest jak miód z piołunem. Dla wielu było jasne że ten mężczyzna, pozornie mający wszystko czego można zapragnąć - młody, przystojny i bogaty - jest w rzeczywistości człowiekiem przegranym. Toteż taktownie starano się nie nie liczyć kupowanych przez niego butelek raki, choć pił bardzo bardzo dużo nawet jak na tutejsze standardy, a kreteńczycy z pewnością nie należą do ludzi wylewających za kołnierz. Jeden stary Daskalojannis, zwany z racji swej niezwykłej siły Iraklisem, powiedział kiedyś nad szklaneczką ouzo, patrząc Schulzemu głęboko w czy:

- Ioannis, bracie, nie gasi się pożaru spirytusem.

Ale ten tylko uśmiechnął sie tylko smutno i odparł:

- Ja nie chcę gasić.

Coś było w nim takiego, że szanowano jego ból i nie próbowano wtykać w jego sprawy nosa. Nawet stara Paterakis, która u niego sprzątała, plotkara klasy światowej, trzymała język za zębami i nigdy nikomu nie mówiła że często, przychodząc rano, znajdowała na podłodze potłuczone szkło, puste butelki w zlewie i Schulzego skulonego w salonie na fotetelu, oddychającego chrapliwie i śmierdzącego przetrawionym alkoholem. Właściwie nigdy nie sypiał w łóżku, tylko właśnie tam, w salonie na fotelu.

Jedynie ta wariatka Pychoudakis spluwała demonstracyjnie na jego widok i kreśliła w powietrzu znak krzyża, utrzymując, że Ioannis jest pomiotem szatana. Opowiadała każdemu, kto tylko chciał słuchać, że na własne oczy widziała, jak kiedyś pewnej nocy ten czart Schulze chodził wściekły i pijany po okolicach Stavros i rozwalał wzrokiem murki z luźnych polnych kamieni rozgradzające pola. Patrzył na taki murek, mówiła, i kamienie trrrrach! rozlatywały się na wszystkie strony! Rzeczywiście, tamtej nocy jakiś wandal poprzewracał w kilku miejscach murki, ale nikt nie miał wątpliwości że obwinianie o to biednego Ioannisa było niegodziwością, a już bujdy o niszczeniu murków wzrokiem mogła wymyślić tylko stara, głupia baba. Z pewnością uczynili to jacyś podchmieleni turyści, wracający na skróty z knajpy.

Choć mieszkał w Khoraphakia prawie pięć lat i miał wielu znajomych, nikt nie mógł o sobie powiedzieć, że jest jego przyjacielem. Ci nieliczni, którzy byli u niego w domu, opowiadali że żył jak asceta - pojedyńcze, najniezbędniejsze meble, gołe ściany. Jedyną ozdobą salonu było wiszące w salonie nieduże, oprawione w prostą, czarną, drewnianą ramkę zdjęcie. Przedstawiało młodą, dwudziestokilkuletnią dziewczynę o blond włosach, wielkich, nieco wypukłych oczach i promiennym, lekko nieprzytomnym uśmiechu. Ioannis nigdy nie napomykał o tej fotografii, a jakoś nikt nie odważył się zapytać, kim jest - lub była - dziewczyna.

Teraz Ioannis szedł powoli, w zapadających ciemnościach, w stronę swojego mieszkania, potykając się co chwila o leżące luźno kamienie i z trudem łapiąc równowagę. Wypity alkohol szumiał mu w głowie. Wiedział, że to jeszcze nie koniec, w lodówce czekała cała bateria butelek, będąca zresztą właściwie jedyną jej zawartością. Wystarczy tylko dojść do domu, trafić kluczem do dziurki, potem otworzyć lodówkę...

Jak zawsze.

Jak co wieczór.

Od z górą pięciu już lat.

Z którejś willi dobiegała stłumiona muzyka. Rozpoznał dźwięki starego mugolskiego przeboju sprzed wielu, wielu lat. Sweet Child in Time, you'll see the line - niosły się w czystym powietrzu słowa rockowej ballady - The line that's drawn between the good, and the bad... Nie ma takiej linii, pomyślał, nic nie oddziela dobrego od złego, wszystko przemieszane jest jak w kociołku...

Dotarł wreszcie na miejsce i wtoczył sie powoli do ciemnego mieszkania. Przez chwilę stał na środku przedpokoju, potem ruszył do kuchni. Wyjął z szafki szklankę z grubego szkła, wrzucił do niej kilka kostek lodu i zalał do pełna zimną raki.

Wiesz że nie powinieneś tyle pić, usłyszał w głowie własny głos. Ouzo, raki. Raki, ouzo. Tylko tak dalej. Chcesz się wreszcie przekonać jak wygląda tutejszy odwyk?

A czemu nie, odpowiedział sam sobie, hak w plecy, jakie to ma jeszcze znaczenie?

Pijesz, bo chcesz zapomnieć co narobiłeś? Tak najłatwiej?

- Hak w plecy!

Przykopał z wściekłością w szafkę pod zlewozmywakiem i wychylił duszkiem szklankę. Mocniej zaszumiało w głowie. Ponownie nalał do pełna i wypił. Co wieczór prowadził ze sobą podobne rozmowy, najpierw w myślach, potem, gdy stężenie alkoholu we krwi osiągało odpowiedni poziom, na głos.

Ona by nie chciała, żebyś tyle pił, pomyślał. Ciśnięta z furią szklanka rozprysnęła się na kamiennej podłodze. To już piąta w tym miesiącu, przypomniała trzeźwiejsza część jego umysłu. Hak w plecy, pani Paterakis jutro posprząta. W głowie szumiało coraz głośniej. Chwycił butelkę i pociągnął solidny łyk. Staczasz się, przyjacielu.... Hak w plecy!

Wyjął kolejną szklankę, nalał do pełna i zwalił się na stojący w salonie, na przeciwko portretu dziewczyny, fotel. Nie zapalał światła, nie chciał jej teraz oglądać, patrzeć na jej twarz, na jej wielkie oczy, na ten radosny, nieco nieziemski uśmiech...

Ona nigdy już się tak nie uśmiechnie, pomyślał, już nigdy...

Wiedział że czeka go kolejna koszmarna noc, taka sama jak wszystkie poprzednie i wszystkie następne. Wypije jeszcze kilka kolejek i wreszcie zaśnie, skulony w fotelu jak pies. A wtedy przyjdzie Ona, podejdzie do niego, z rozwianymi przez wiatr jasnymi włosami, i powie tym swoim smutnym głosem tak, rozumiem, tak będzie lepiej, jak powiedziała wtedy, ponad sześć lat temu. Potem ujrzy (choć w rzeczywistości przecież go przy tym nie było) jak dziewczyna wyjmuje różdżkę, jak przykłada ją sobie do głowy... Znajdzie się w szpitalu świętego Munga i wysłucha brzmiących jak wyrok słów uzdrowiciela. I w końcu obudzi się nad ranem krzycząc przeraźliwie, zlany zimnym potem. Tak było co noc od pięciu lat. Jak długo jeszcze?

Do końca życia, przyjacielu, pomyślał.

Wzrok zaczynał mu się mącić. Oddychał chrapliwie. Czuł, że odpływa, coraz dalej i dalej. Skądś, przez otwarte okno, wpadały dźwięki jakiegoś skocznego przeboju, śmiechy, odgłosy zabawy.

Wtedy ją zobaczył. Pojawiła się wreszcie, tak jak co noc. Ale coś było inaczej, coś się nie zgadzało...

Dlaczego ty masz brązowe włosy, pomyślał, przecież ty miałaś włosy blond... Inna miała brązowe włosy, ale nie ty... ty miałaś blond...

Dziewczyna podeszła i zaczęła go szarpać za ramię.

- Obudź się, obudź się...

...zostaw mnie, zjawo, dlaczego nie masz blond włosów, dlaczego kasztanowe, przecież ty byłaś blondynką, inna miała kasztanowe włosy, ale to nie może być tamta, nie może, to musisz być ty, zawsze byłaś ty, zawsze przychodziłaś, tylko dlaczego masz jej włosy, dlaczego...

- Obudź się...

...nie chcę się obudzić, nie chcę, muszę przejść przez to wszystko jak zawsze, musisz mi powiedzieć "tak będzie lepiej", musisz wyjąć różdżkę, muszę pójść do Świętego Munga, muszę usłyszeć to straszne "niestety", zobaczyć te rozłożone bezradnie ręce, ciebie na szpitalnym łóżku, tylko dlaczego masz jej włosy, nie możesz być nią, to musisz być ty... chcę żebyś to była ty, nie ona..!

- Obudź się wreszcie!!!

..to nie jesteś ty, ty masz inne włosy, inne oczy, inne usta, to nie jesteś ty...

Ocknął się raptownie. Światło w salonie było zapalone, siedział skulony w fotelu pod oknem, dygocząc jak w febrze, a obok stała młoda kobieta z wielką szopą kasztanowych włosów i szarpała go za ramię.

- No, obudziłeś się wreszcie, Harry - powiedziała z ulgą Hermiona Granger.

***

***

Mężczyzna nazwany Harrym dźwignął się chwiejnie na nogi. W głowie tańczyło mu kankana sto norweskich smoków kolczastych. Patrzył na stojącą przed nim kobietę, jakby zobaczył upiora. Był wściekły.

Co tu robisz, pomyślał, po co tu przyszłaś, znowu chcesz mi zniszczyć życie, jeden raz nie wystarczyło, nie da się przed tobą uciec, chciałem, żeby przyszła ona, jak zawsze, chciałem ją choć przez chwilę zobaczyć, po co mnie budziłaś...

- Co tu robisz, do trolla? - spytał zaciskając pięści.

Hermiona Granger nie odpowiedziała. Patrzyła na Harry'ego, zaskoczona promieniującą od niego nienawiścią.

- Po co tu przylazłaś?! Po jakiego ciężkiego ghula?! Co robisz w moim domu?! Mało było że wyjechałem, musiałaś mnie szukać, nie możecie wszyscy raz na zawsze odpieprzyć się ode mnie? Za mały jest świat na nas dwoje, za mały?! CO TU ROBISZ?! - wrzasnął na całe gardło. Zobaczyła z przerażeniem że jedno z krzeseł oderwało sie od podłogi i przeleciawszy przez całą szerokość salonu wyrżnęło w ścianę rozpadając się na kawałki. Nie jest dobrze, pomyślała, nie jest dobrze, nie tak miała przebiegać ta rozmowa...

Przełknęła ślinę.

- Harry, ja... - urwała, szukając w panice właściwych słów.

- Co JA?! Jakie JA?! Po diabła tu przylazłaś?! Kto cię tu prosił?! Pięć lat mieliśmy od siebie spokój, znudziło się? Po co tu przyszłaś, do nagłej krwi, oby cię szlag jasny trafił!!! Mało ci było tamtego roku, mało?!

- Harry, jak rany, uspokój się i daj mi dojść do kropki!

Czuła jak wzbiera w niej irytacja. Zaraz się zacznie, pomyślała, będzie jak zawsze...

- Jakie uspokój, jakie uspokój, PRZECIEŻ JA JESTEM SPOKOJNY!!! - wrzasnął w furii, kopiąc w stół.

Nie skomentowała tego zadziwiającego stwierdzenia. Rozglądała się dookoła, taksując wzrokiem apartament Harry'ego.

- Wykończysz się, Harry - powiedziała cicho. - Puste butelki w zlewie, rozbite szkło na podłodze, a wielki Harry Potter urżnięty jak świnia i bełkoczący w delirce. I tak pewnie co wieczór. Super.

- Odpieprz się!

- Sądzisz że to jest komukolwiek potrzebne? Sądzisz że to ci pomoże?

- Hak ci w plecy! Nie obchodzi mnie to!!! Ciebie tym bardziej!!!

Hermiona odwrócila się. Jej wzrok padł na portret jasnowłosej dziewczyny.

- Ach, rozumiem, przeszkodziłam w maleńkim seansiku terapeutycznym. Lunie na pewno było by miło, gdyby widziała, jak zalewasz się w trupa pod jej zdjęciem. Może sobie tu postawisz klęczniczek? Jakież to dla ciebie typowe, Harry. Najpierw coś spieprzyć, dopiero potem pomyśleć, a i to nie zawsze, a na koniec cierpieć za miliony, i w dodatku bez większego sensu...

Harry ujrzał czerwone plamki przed oczyma...

- Stul pysk! - wrzasnął z wściekłością, zrywając portret Luny ze ściany i przysuwając Hermionie do oczu. - To przez ciebie Luna... przez ciebie... Ty jesteś wszystkiemu winna, ty, ty...

W jednej chwili Hermiona straciła całe swoje opanowanie. W pustym salonie policzek rozbrzmiał jak wystrzał. Harry wypuścił fotografię z rąk, szybka rozprysnęła się na kamiennej podłodze. Żadne z nich nie zwróciło na to uwagi.

- Jaaaa? - spytała Hermiona strasznym głosem. - Jaaa? Może to ja naobiecywałam Lunie Bóg wie czego? Ja ją puściłam w trąbę? A może siłą cię zaciągnęłam do ołtarza? A ty nic nie mogłeś na to poradzić?! No pewnie, przecież wielki Harry Potter jest jak kryształ! Wielki Harry Potter jest nieskazitelny! Wielki Harry Potter jest bez winy! Winna jest ta wredna szlama Granger! Cokolwiek by się nie stało, winni są inni!

- Zrobiłaś to tylko dlatego, żeby utrzeć nosa Lunie!!! - wrzasnął Harry.

- Ty głupi, egoistyczny kretynie!!! Cały świat się kręci wokół Pottera, tak!? Wszystko jest robione dla Pottera, z powodu Pottera, przeciw Potterowi! Nie dociera do twojego głupiego łba, że zwyczajnie się w tobie zakochałam?! Jak wróciłam, nawet nie wiedziałam o Lunie! Bo ty, oczywiście, słowem nie powiedziałeś że jesteś zajęty! Bo bałeś się, że jak się dowiem, to się wycofam? Że Granger sobie pójdzie i zostaniesz z Luną? Lepiej flirtować z jedną i z drugą, a nuż się uda!

- Zamknij się!

- Nie, Harry, nie zamknę się! Jak sądzisz, jak się czułam, kiedy dowiedziałam się, co się stało z Luną? Myślisz że było mi z tym dobrze!? Że nie obwiniałam się o to?! Ale jeszcze ci poduszeczki pod główkę podkładałam, żebyś czasem nie miał kaca moralnego! Och, jaka byłam głupia, dlaczego już wtedy nie zorientowałam się, jaki jesteś!? Wołałabym wyjść za Malfoya!

Harry uczynił nadludzki wysiłek i opanował się trochę.

- Hermiono - powiedział ze złością, pocierając dłonią bolący policzek. - Wyjechałem pięć lat temu między innymi po to, żebyśmy nie mieli więcej okazji do prowadzenia podobnych dysput. Zadałaś sobie wiele trudu odnajdując mnie tutaj, może wyjawisz mi, po jakiego ciężkiego trolla?

- Owszem. Przyjechałam, bo chciałam ci powiedzieć coś ważnego.

- Coś ważnego? Naprawdę sądzisz, że coś może być ważne do tego stopnia, żebym chciał tego akurat teraz od ciebie wysłuchiwać? Wszystko, co miałaś mi do powiedzenia, powiedziałaś podczas tego nieszczęsnego roku, kiedy byliśmy, przepraszam za wyrażenie, małżeństwem. Miałaś wtedy bardzo dużo do powiedzenia. Tak dużo, że...

- A pewnie!!! - wrzasnęła Hermiona w nagłej furii - Bo najlepiej to by było, żebym nic nie mówiła! Żebym siedziała cicho! Żebym stanowiła tło dla wielkiego Pottera!!! Wielki Potter w swojej mądrości zdecydował, w którym kącie ma stać stół, w którym szafa, a w którym Granger! A wredna Granger przełazi samowolnie z kąta w kąt i jeszcze kłapie jadaczką!

- Dowcip ci się wyostrzył, jak widzę. Jeszcze chwila i osiągniesz poziom Longbottoma...

- No, ty to zawsze byłeś przecież bardzo dowcipny, prawda?! Pamiętasz jak wyrzuciłeś mnie z domu? Byłam...

- Nie wyrzucałem cię wtedy!!! - wrzasnął Harry. - Sama poszłaś!

- A pewnie, bo okrzyk Won szmato, życie mi zmarnowałaś to było przecież zaproszenie na romantyczną kolację przy świecach! - prychnęła Hermiona. - A może po prostu się przejęzyczyłeś, na pewno chciałeś mi powiedzieć jak ślicznie dziś wyglądasz, kochanie!!!

- Bo mnie wkurzyłaś!!!

- Jasne, zupa była za słona! Więc wybiegłam w samej nocnej koszuli i było mi trochę zimno... rozumiesz, październikowe wieczory do najcieplejszych nie należą... no i padało... No to pomyślałam sobie że przywołam moje rzeczy zaklęciem Accio, ale przyleciały tylko stare szmaty do podłogi... dobrze że Ron miał jakieś ubrania Ginny... Och, Harry, to było takie dowcipne! Musisz to koniecznie umieścić w swoich pamiętnikach.

- Hermiona..!

- Powinieneś je zatytułować Jak wytrzymać rok ze szlamą. Ostatni rozdział Jak pozbyć się szlamy!

- A żebyś wiedziała! Jedyne co mi w życiu wyszło to pozbycie się ciebie! Szkoda że tak późno! I nie do końca skutecznie, skoroś tu jednak przylazła! Ronuś też już miał cię dość? Całe pięć lat z tobą wytrzymał, podziwiam chłopaka...

Hermiona z całej uderzyła Harry'ego w drugi policzek. Miała straszną twarz.

- Ani... słowa... więcej... na... temat... Rona! - powiedziała powoli, zaciskając z całej siły pięści a Harry ze zdziwieniem zauważył że w jej oczach pojawiły się łzy. Ale był zbyt wściekły żeby się nad tym zastanawiać.

- Do ciężkiego ghula, prowadziliśmy podobne rozmowy już wielokrotnie!!! Doprawdy nie widzę celu, by przerabiać to jeszcze raz! Wpieprzasz się, bo nie da sie tego inaczej określić, w moje życie...

- Wpieprzam się w twoje picie, to chciałeś powiedzieć? W twoje picie!!! Bo już dawno przecież powinieneś siedzieć z flachą przed portrecikiem Luny i powtarzać sobie: ajajaj, maleńka, co ta kurwa Granger z tobą zrobiła!!!

Harry'emu pociemniało w oczach. Nim się obejrzał, stał przed Hermioną wymachując zaciśniętymi pięściami. Hermiona nie poruszyła się, pobladła tylko i patrzyła Harry'emu prosto w oczy.

- No, dalej, uderz mnie, Harry. - powiedziała cicho. - Zrób to wreszcie. Przez cały tamten rok się na to nie zdobyłeś, zrób to teraz. Najlepiej mnie tu zatłucz na śmierć. Lunie będzie miło...

- Hermiona, nie prowokuj mnie! Błagam cię na wszystkie świętości, nie prowokuj mnie bo nie ręczę za siebie!!!

Stał, czując jak kipi w nim furia. Hermiona stała dwa kroki od niego, z zaciśniętymi ustami i nerwowymi tikiem na policzku, oznaką krańcowego wzburzenia. Oboje czuli, że zaraz stanie się coś strasznego, że wystarczy jeszcze jedno jedyne nieostrożne słowo... I może dlatego żadne z nich go nie wypowiedziało.

- W porządku - powiedziała po bardzo, bardzo długiej chwili Hermiona podejrzanie spokojnym głosem. - Pomyliłam się, przychodząc tutaj. Myślałam, że chciałbyś wiedzieć... że powinieneś... zresztą mniejsza o to co myślałam. Już sie stąd deportuję, jeden momencik, tylko trochę ochłonę, bo w tym stanie mam duże szanse trafić gdzieś na dno jakiejś rzeki albo w środek góry... Zresztą, kogo by to obeszło... - urwała na moment, a potem nagle obróciła się do ściany i wybuchnęła płaczem.

Harry patrzył osłupiały na wstrząsane spazmami plecy Hermiony. Takiego obrotu sprawy doprawdy się nie spodziewał. Stał dłuższą chwilę bez słowa, nie wiedząc, co powiedzieć. Coś niejasno podpowiadało mu, że nie powinny to być kolejne obelgi.

- No, Hermiona... - powiedział w końcu z wysiłkiem. - No, ten tego... znaczy, tego, no...

Hermiona łkała coraz gwałtowniej, osuwając się po ścianie na podłogę. W Harrym narastała panika. Przez cały rok ich wspólnego pożycia ani razu się nie zdarzyło, żeby Hermiona tak straciła nad sobą panowanie. Owszem, karczemne awantury mieli przećwiczone do perfekcji, ale coś takiego... Poczuł że trzeźwieje.

- Hermiona, ja... no...

Siedziała w kucki na połodze, szlochając rozpaczliwie.

- Hermiona, tego... przestań... no, już dobrze... nie płacz, Hermiona, jak rany, przestań, proszę cię... Hermiona...

Urwał.

- Hermiona... nie płacz, proszę... przepraszam...

Hermiona uniosła głowę.

- Ttto tteż mmojja wwinna - wykrztusiła z trudem, szczękąjąc zębami - nnieppotrzebbnie tto nnakręcałamm. Ale jjuż ddobbrze, jjuż się bbiorę w ggarść, zaraz ssobie ppójdę...

- Nigdzie nie pójdziesz - powiedział zmęczonym głosem Harry. - Bo faktycznie zrobisz sobie tylko krzywdę... a ja ci aż tak źle nie życzę. Moja wina, nie powinienem mówić tego wszystkiego, co powiedziałem, usprawiedliwia mnie tylko to... Nie, gówno, nic mnie nie usprawiedliwia, ale byłem pijany... jestem pijany. Wybrałaś nienajlepszą porę... Choć, Bogiem a prawdą, żadna nie była by dobra...

Hermiona wstała z trudem, opierając się o ścianę. Cała się trzęsła, próbowała coś powiedzieć ale nie mogła, więc tylko pokręciła rozpaczliwie głową. Chryste, pomyślał Harry, przecież to nie dlatego że jej teraz nagadałem... nie takie słowa między nami padały...

- Hermiono, powiedz, o co chodzi? - powiedział z niespodziewaną dla siebie samego łagodością. - Co się stało?

Przełykała tylko ślinę, cały czas kręcąc głową.

- Hermiono...

- Nie, Harry - wykrztusiła wreszcie z trudem - to nie ma sensu, niepotrzebnie tu przyjeżdzałam, przepraszam za wszystko, przepraszam że żyję...

- Na brodę Merlina, Hermiona - powiedział ciężko Harry - nie zaczynajmy od początku, proszę! Skoro już przebrnęliśmy przez to wszystko... skoro jakoś udało nam się nawzajem nie pozabijać... to nie będzie łatwe, ale spróbujmy... oddzielmy na chwilę przeszłość grubą kreską...

Patrzył na zapłakaną dziewczynę i nagle poczuł w sobie uczucie, którego nie doświadczył od wielu lat... współczucie? W każdym razie na pewno nie była to nienawiść, którą do tej pory czuł gdy myślał o Hermionie...

- Hermiona, powiedz o co chodzi! Po prostu powiedz...

Hermiona patrzyła na Harry'ego przez dłuższą chwilę...

- Harry, posłuchaj... - powiedziała w końcu bardzo cicho. - Nie zawracałabym ci głowy, gdyby to nie było ważne, ale...

Urwała gwałtownie, spróbowała coś jeszcze powiedzieć, ale głos odmówił jej posłuszeństwa.

- Hermiono...

Odwróciła się szybko i wyszła do kuchni. Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi lodówki, brzęk szkła, łapczywe przełykanie. Po chwili wróciła. Czuć było od niej zapach raki.

- Przepraszam, Harry... musiałam...

Popatrzył na słaniającą się na nogach dziewczynę i wtem w przebłysku intuicji zrozumiał, że już wie co się stało.

- Ron? - bardziej stwierdził niż zapytał. Hermiona pokiwała tylko rozpaczliwie głową.

Stała oparta nieruchomo o ścianę, ze łzami spływającymi po policzkach. Nagle poczuł, niespodziewanie dla samego siebie, chęć, by podejść, objąć ją i przytulić z całej siły. Nic z tego, Harry, pomyślał ponuro, to se ne vrati. Nie cofniesz czasu. A nawet gdybyś cofnął, to po kiego trolla powtarzać to wszystko jeszcze raz od początku? A poza tym jest przecież jeszcze Luna...

- Jak to się stało? - spytał cicho.

- To dłuższa historia - powiedziała Hermiona podejrzanie opanowanym głosem. - Harry, czy ty w ogóle wiesz co się działo po twoim zniknięciu? O Dumbledorze, Arthurze i innych?

- Trochę wiem, bardzo ogólnie.

- No to wiesz, że sytuacja robiła się nieciekawa. Dostawaliśmy w kość na całej linii. Została nas już tylko garstka, śmierciożercy mieli coraz większy wpływ na wszystko, kontrolowali ministerstwo... Dość że w pewnym momencie dostaliśmy cynk, że jeden z wysoko postawionych współpracowników Voldemorta gotów jest go zdradzić... Nie w imię idei, rzecz jasna, tylko za kasę. Za bardzo konkretną kasę, Harry, półtora miliona galeonów. Nie wiedzieliśmy kto, ale oferta wyglądała poważnie. Żeby nas przekonać że faktycznie ma co sprzedać, podesłał nam plany kilku najbliższych operacji Voldemorta, nic bardzo ważnego, ale wystarczyło żeby nas upewnić że ma dostęp do najtajniejszych materiałów. Wyglądało na to, że to ktoś z jego sztabu generalnego. Rozmowy toczyły się ponad pół roku, bardzo powoli, bo trzeba było zachować pełną konspirację, przed naszymi też, bo w końcu nie wiedzieliśmy gdzie Voldemort ma swoich szpicli... Od nas wiedziała tylko garstka osób, i oczywiście Szefowa.

- W końcu - kontynuowała Hermiona - ustaliliśmy spotkanie w cztery oczy, chodziło o ostateczne uzgodnienia. Zależało nam, żeby móc jednocześnie uderzyć w wielu punktach, w Voldemorta i jego kompanów, a do tego potrzebne nam były informacje gdzie przebywa, jak się zabezpieczył i tak dalej. To wszystko mieliśmy właśnie dostać, ale tamten bał się, i wcale mu się nie dziwię, gdyby nam się nie udało, gdyby Voldemort się wyrwał, musiałby się zorientować, kto go wsypał... Więc stawiał coraz to nowe warunki, chciał się zabezpieczyć, próbował na przykład wymóc na nas, żebyśmy odczekali co najmniej pół roku przed ostatecznym uderzeniem, a to było dla nas oczywiście nie do przyjęcia... Bał się też chyba, że go wyrolujemy, chciał nam sprzedawać materiały po kawałku, my chcieliśmy od razu komplet... - urwała na moment żeby zaczerpnąć tchu.

- Dość że ostatecznie stało się jasne, że trzeba porozmawiać twarzą w twarz, bo zanosiło się, że będziemy negocjować do końca świata... Nie było to łatwe, postawił masę trudnych do spełnienia warunków... W końcu uzgodniliśmy szczegóły, punktem kontaktowym miał być opuszczony dom na wybrzeżu. Warunek był taki, że od nas idzie jedna osoba, jako mugol, miała przyjechać zwykłym samochodem, żadnych teleportacji czy świstoklików, bo to można wykryć... Człowiek od nas miał być na pół godziny wcześniej, potem, jeśli wszystko było by w porządku, miał się pojawić tamten. Żadnej większej obstawy, dostaliśmy zgodę na jednego agenta jako ubezpieczenie, poszedł jeden animag. Nie wiedzieliśmy, ilu miało być od niego, czy działał sam czy jeszcze z kimś...

- Ryzykowne - mruknął Harry.

- Nie mieliśmy wyboru. Od nas, jak pewnie się domyślasz, poszedł Ron... - głos Hermiony załamał się na moment. - Robiliśmy straszne cyrki, Ron przez tydzień mieszkał jako mugol, nie kontaktował się z nami, tylko przez gadułę a i to przy zachowaniu szczególnych środków, samochód wziął normalny, mugolski, z wypożyczalni, bez żadnych czarów... - Hermiona przerwała, widać było że opowieść przychodzi jej z coraz większym trudem.

- Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. Ron wszedł do środka, zgłosił się przez gadułę, umówiliśmy się, że damy mu znać wibracją jak zjawi się tamten.

- Ale się nie zjawił? - spytał ponuro Harry.

- Do tej pory nie wiemy, co się stało, czy to była jakaś wpucha z ich strony, czy tamtego złapali i wysypał miejsce i termin spotkania, czy, co najbardziej prawdopodobne, był u nas przeciek... Dość że po dwudziestu minutach, a więc na dziesięć minut przed umówionym terminem, nadjechały mugolskie brygady antyterrorystyczne...

- Co takiego?! - wykrzyknął z niedowierzaniem Harry.

- Mugolskie brygady antyterrorystyczne. Bardzo sprytnie, po co narażać się samemu, skoro można posłużyć się mugolami. Poźniej sprawdziliśmy, mugole dostali informację że ukrywa się tam jeden z poszukiwanych przywódców Prawdziwej IRA. Próbowaliśmy Rona ostrzec, ale gaduła straciła kontakt! - Harry zauważył, że Hermiona znowu z trudem nad sobą panuje - Anterroryści przypuścili atak...

- Dlaczego, na brodę Merlina, nie deportował się?! - wykrzyknął Harry.

- Nie mógł, Harry! Słyszałeś o Zaklęciu Blokady?

- Blokada?! - wykrzyknął z niedowierzaniem Harry - Ale przecież... Hermiona, to fizycznie niemożliwe, nie można ustawić tak dużej Blokady!!! To czysto teoretyczna możliwość! Nikt nie ma takiej mocy, żeby...

Wiedział, oczywiście, co to jest Zaklęcie Blokady. Pamiętał, jak pewnego dnia Hermiona przyniosła do Firmy najnowszy numer "Problemów Współczesnej Magii" i pokazała im ten artykuł. Działanie czaru polegało na zniesieniu efektów wszystkich innych zaklęć - mówiąc inaczej, powodowało taki skutek, jakby magii w ogóle nie było. Można było machać różdżką, można było wykrzykiwać zaklęcia, ale nic to nie dawało. Jeśli była tam Blokada, to Ron znalazł się w straszliwym położeniu, bezbronny wobec uzbrojonych po zęby mugoli.

Był tylko jeden szkopuł. Zaklęcie Blokady odkryte zostało na drodze badań teoretycznych. Założenie Blokady wymagało olbrzymich mocy. W warunkach laboratoryjnych, używając specjalnych wzmacniaczy magii, udało się uzyskać Blokadę rozmiarów niewielkiego kociołka i utrzymać ją przez czas nieco poniżej jednej sekundy. Blokada rozciągająca się na cały budynek i utrzymująca przez długie minuty to było po prostu coś niewyobrażalnego.

- Są dwie możliwości - powiedziała powoli Hermiona. - Albo przeszacowaliśmy moce, których trzeba użyć aby ustawić Blokadę... Harry, sama wielokrotnie sprawdzałam te obliczenia, ale, na Boga, ja też mogę się mylić... albo Voldemort dysponuje mocami dużo większymi niż do tej pory sądziliśmy.

- Antyterroryści zaatakowali - podjęła wątek Hermiona. - Ron próbował uciekać tyłem przez łąki... Im dalej od budynku, tym Blokada była słabsza, dawało się już rzucać słabe zaklęcia, obezwładnił kilku antyterrorystów, niewiele brakowało a mógłby się deportować... Zabrakło mu...sprawdziliśmy później... zabrakło... mu... kilkudziesięciu... stóp... - Hermiona przełknęła głośno ślinę i urwała. Harry zauważył że cała się trzęsie. - Zastrzelili go, Harry! Zastrzelili go z mugolskiego karabinu maszynowego!

- Rany Boskie! Słuchaj, Hermiono, kto to wszystko u was koordynował?

- Ja - odpowiedziała Hermiona. Jej twarz była kredowobiała.

Jezu Chryste, pomyślał Harry, jak musi się czuć dziewczyna, która wysłała swojego męża na śmierć?

- Zgłosił się na ochotnika - powiedziała przez łzy Hermiona, jak gdyby wyczuła, o czym Harry pomyślał - a poza tym był akurat wolny, nie prowadził żadnej operacji, no i jako jeden z niewielu potrafił prowadzić mugolskie samochody. Nie mogłam... Harry, ja nie mogłam go nie posłać tylko dlatego że był moim mężem... po prostu nie mogłam...- urwała i zaczęła rozpaczliwie szlochać.

Mogłaś, pomyślał ponuro Harry, mogłaś znaleźć piętnaście pretekstów żeby tam nie poszedł, tylko to by było nieuczciwe i wbrew przepisom a ty zawsze byłaś do bólu przepisowa i uczciwa. I teraz Ron gryzie piach, a ty do końca będziesz żyła ze świadomością, że gdybyś ten jeden jedyny raz nagięła przepis... Dlaczego, do kurwy nędzy, przyszło nam żyć w ciekawych czasach?!

Patrzył na Hermionę, której plecami wstrząsały co chwila dreszcze, i znowu poczuł nagłą chęć, żeby podejść i objąć ją z całej siły, ale ponownie uznał że to raczej marny pomysł.

- Hermiona - powiedział powoli - jeszcze raz przepraszam za to wszystko co ci dzisiaj powiedziałem. Zwłaszcza za to co powiedziałem o Ronie. Masz rację, jestem kawał skurwysyna. Zawsze byłem...

- Nie przepraszaj - wyszlochała Hermiona - To już i tak niczego nie zmieni. Nie cofnie czasu. Nie wskrzesi Rona. Nie zaczniemy od początku z czystym kontem, jak w mugolskiej grze komputerowej. Musimy to ciągnąć do końca, aż do napisu game over. - urwała i otarła twarz chustką.

- Chyba ci trochę zniszczyłam zdjęcie Luny - powiedziała żałośnie wskazując na smętne szczątki fotografii walające się po podłodze. Wyjęła różdżkę i wykonała lekki ruch po którym portret, jak nowy, wrócił na swój gwóźdź. Harry wyszedł do kuchni.

- Robię kawę. - mruknął wróciwszy. Hermiona spojrzała z wdzięcznością.

- To był dla mnie ciężki dzień... - chlipnęła rozpaczliwie.

- Jak długo już?

- Ponad pół roku. Ron zginął w listopadzie...

- Szlag by to trafił... Nie zasłużyłaś sobie na to... Dlaczego w życiu układa się tylko skończonym sukinsynom? No, mi się nie ułożyło, jestem wyjątkiem od tej reguły... - mruknął z niezwykłą dla siebie dozą samokrytycyzmu.

- Harry, to wszystko była moja wina! - wyszlochała Hermiona. - Gdybym lepiej przygotowała całą operację... gdybym się zorientowała że to może być podstęp..., gdybym cokolwiek... To moja wina, Harry, spieprzyłam to... tak bardzo chciałam... za bardzo... żeby nam się udało... żeby mi się udało! Żeby Hermiona Granger odniosła kolejny błyskotliwy sukces! Na pewno dostałabym awans... Dostałabym pieprzony awans, rozumiesz!!! Pieprzony awans!!! A teraz nie ma ani awansu, ani Rona... nic już nie ma... Jest tylko cholerna kretynka Granger która wszystko spieprzyła i zabiła własnego męża!

- Przestań...

- Widzę go ciągle jak wychodzi ostatni raz z domu... Pa, Hermi, to tylko tydzień, a może wreszcie skończymy ten koszmar. Nie martw się o mnie, kochanie, tyle razy się wywijałem, to i teraz się uda, zresztą złego diabli nie biorą... Złego diabli nie biorą, Harry! Złego diabli nie biorą! Ale on był dobry!!!

- Hermiona....

- Przehandlowałam życie własnego męża za karierę! - zawyła Hermiona.

- Głupoty gadasz! - zdenerwował się Harry. - Przecież to było konieczne! Nie pieprz mi tu o awansie, wymyśliłaś sobie to teraz! Znam cię, do cięzkiej cholery, wystarczająco dobrze żeby wiedzieć że nie myślałaś wtedy o karierze! Robiłaś bo to była jedyna szansa! Ron też! I poszedłby nawet gdyby z góry wiedział że zginie! I nikt by tego lepiej nie przygotował niż ty, wiesz o tym dokonale. Jesteś najlepsza! Jeśli tobie się nie udało, to nikomu by się nie udało...

- Longbottom by to zrobił lepiej! - załkała Hermiona. Powinienem zostać psychoanalitykiem, pomyślał ponuro Harry.

- Longbottom ma problem żeby trafić do własnego kibla. - powiedział zimno. - Wiesz o tym doskonale. Nie mówiąc już o tak skomplikowanym zadaniu, jak zrobienie zakupów na tydzień żeby nie zdechnąć z głodu... Gdyby nie to, kim byli jego rodzice, pracowałby jako pucybut na Pokątnej!

Z kuchni doleciało prychanie ekspresu. Wyszedł, a kiedy wrócił niosąc dwa potężne kubki kawy, z uglą zauważył że Hermiona jest już w dużo lepszej formie. W każdym razie nie była trupio blada, nie trzęsła się i nie szczękała zębami, a to już było coś.

- Musisz tak latać w te i wewte? - spytała. - Nie możesz rzucić jakiegoś Accio?

- Nie mam różdżki - wyjaśnił Harry. - Bez różdżki nie potrafię. Nie jestem Dumblem. Bez różdżki mogę co najwyżej rozwalić krzesło... - wskazał głową smętne szczątki mebla leżące pod ścianą.

- Nie masz różdżki?!

- Połamałem i wyrzuciłem, kiedy od was odszedłem. Żeby nie kusiło... chciałem żyć jak mugol...

- Ty się, Harry, lecz na nogi, bo na głowę chyba faktycznie za późno - powiedziała ze zgrozą Hermiona. - Wyrzucił różdzkę, o matko!

- Cholernie by mi się tu przydała! - zdenerwował się Harry. - Przejść te dwa metry do kuchni po flaszkę zawsze mogę... A może miałem odstawiać magię przed tymi wszystkimi mugolami?

- Mnóstwo czarodziejów żyje wśród mugoli i jakoś nie pozbywa się różdżek. Ale to twoja broszka, Harry, nie będę się z tobą na ten temat kłóciła... - urwała.

- Do rzeczy, Harry, bo czas nagli - powiedziała po chwili. - Obserwują mnie, nie mogę znikać na tak długo... Przyszłam tu, by cię prosić o pomoc... Wiem, że pomaganie mi może być dla ciebie traumatycznym przeżyciem... zdaję sobie sprawę, że po tym wszystkim co zaszło między nami... Ale, Harry, Ron ci przecież w niczym nie zawinił! Do końca byliście przyjaciółmi...

- Chcę, Harry, dowiedzieć się, dlaczego Ron musiał zginąć. Chcę wiedzieć, czy to był ktoś od nas... Jeśli tak - mówiła z coraz większą furią - chcę go dopaść i osobiście wypruć mu flaki! Chcę po prostu dorwać w swoje ręce tego sukinsyna który zabrał mi Rona i zatłuc go na śmierć, rozumiesz?! - oddychała szybko. - Harry, chcę wyrwać chwasta a ty mi w tym pomożesz!!!

- Czekaj, halt muzyka - powiedział w lekkim osłupieniu Harry. - Przecież jeśli jest podejrzenie, że to była jakaś wsypa po waszej stronie, to Wydział na pewno przeprowadzi zgodnie z procedurami wewnętrzne śledztwo...

- Harry, nie ma już Wydziału - powiedziała cicho Hermiona. - Nie ma wewnętrznych śledztw. Nie ma procedur. Nic nie ma. Została garstka ludzi, mająca ważniejsze sprawy na głowie, wszystko się już sypie... Diabli wiedzą, kto jeszcze jest po naszej stronie... Harry, ja to muszę ciągnąć sama... No, niezupełnie sama, Weasleyowie są ze mną, Fred i Charlie... I mam nadzieję że ty również...

- Dlaczego tylko Fred i Charlie? A reszta?

- George nie żyje już przeszło trzy lata. Billa dopadli dwa miesiące temu... - Hermiona pokręciła głową ze smutkiem. - Ginny żyje, ale się ukrywa, trzy razy próbowali ją zabić.

- A Percy? - spytał Harry. Hermiona skamieniała.

- Nigdy nie wymawiaj w mojej obecności tego imienia!!! - powiedziała takim głosem, że Harry nie odważył się zapytać o powód.

- Harry, my trochę już wiemy - mówiła Hermiona. - Mamy pewne podejrzenia. Jeśli są słuszne... Harry, aż boję się pomyśleć co to oznacza, jeśli mamy rację. Inni nam nie wierzą, nie chcą wierzyć... Próbują walczyć, ale jeśli mamy rację to właściwie też już są martwi choć jeszcze o tym nie wiedzą... i my też. A propos, Harry, czy wiesz kto jest teraz ministrem Magii?

Harry potrząsnął głową.

- Lucjusz Malfoy, Harry!

- Malfoy!? - osłupiał Harry. - Przecież on siedział w pierdlu!

- Wyszedł po amnestii... A potem jeszcze został zrehabilitowany, niesłusznie posądzony i tak dalej, biedna ofiara knowań... - Hermiona uczyniła taki ruch jakby zamierzała splunąć i powstrzymała się w ostatniej chwili. - Więc rozumiesz, w jakiej sytuacji działamy, Harry - umilkła na chwilę. - Harry, dołączysz do nas, prawda? Wiem że to zrobisz!

- Hermiona, ja... ja nawet nie mam różdżki, no i...

Spojrzała na niego z osłupieniem.

- Harry, pomimo tego wszystkiego co się wyrabia, można jeszcze kupić różdżkę...

- No tak, ale...

- Harry, jeśli myślisz że się tu uchowasz z dala od całego zgiełku, to się grubo mylisz... Naprawdę myślisz że to wszystko nie dotknie mugoli? Nie widzisz co wyrabia bin Laden? Przecież wiesz że współpracuje z Voldemortem, to było wiadomo, nim odszedłeś! Podzielą między siebie świat, uzgodnili to już dawno!

- Posłuchaj, ja już z tego wyszedłem, nie wiem czy nawet potrafię jeszcze rzucić zaklęcie... nie jestem niezastąpiony, dacie sobie radę beze mnie, ja...

Hermiona ze świstem wciągnęłą powietrze.

- Harry - powiedziała ze smutkiem w głosie - Kiedy cię szukałam, kiedy się przygotowywałam do rozmowy z tobą, wiedziałam że nie będzie lekko. Że możesz różnie zareagować... choć tego że zaczniesz od awantury, że obwinisz mnie o całe zło tego świata, o Lunę... No dobrze, rozumiem, byłeś pijany, ja niepotrzebnie się nakręciłam... zawsze tak było, ty zaczynałeś, a ja ciągnęłam, nigdy nie potrafiliśmy w porę przestać... Harry, bardzo proszę, przestań się krygować, przestań robić uniki, przestań wynajdywać śmieszne wymówki, tylko spójrz mi prosto w oczy i udziel prostej odpowiedzi. Tak albo nie.

Przerwała na chwilę.

- Tak albo nie, Harry. Słucham!

- Hermiono, zrozum, ja...

- Tak czy nie?!

- Posłuchaj, nie mogę...

- Rozumiem - powiedziała ciężko Hermiona. - Twoja odpowiedź brzmi "nie". Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się tego spodziewałam. Pomimo wszystkiego, co zaszło między nami, byłam pewna że powiesz "tak". Że zawiesisz na kołku swoją nienawiść do mnie przynajmniej do czasu gdy to wszystko się przewali. Pamiętasz jak w Hogwarcie czytaliśmy Dumasa? Pamiętasz dewizę muszkieterów? Rozumiem, że wobec mnie to już nie obowiązuje, ale Ron? Myślałam, że przez pamięć o nim... No nic, Harry, dziękuję za kawę, miłego wieczoru...

- Hermiona, musisz zrozumieć...

- Niczego nie muszę zrozumieć, Harry!

- Posłuchaj...

- Nie chcę słuchać wymówek, Harry. Prosiłam o prostą decyzję! Nie potrafiłeś nawet tego. Nie potrafiłeś powiedzieć mi prosto w oczy "nie". Jak zawsze, Harry. Jak dawniej. Nie chcę słuchać twoich "musisz zrozumieć", twoich "naprawdę nie mogę", twoich "tak, ale". Koniec, finito. Przepraszam, że zajęłam ci cenny czas. Żegnaj, Harry, pewnie się już nigdy nie zobaczymy, zresztą chyba właśnie o to ci chodzi... Fred miał rację, to było bezcelowe. Żegnaj - powiedziała bardzo cicho Hermiona. A potem z charakterystycznym trzaskiem deportowała się, pozostawiając Harry'ego na środku pustego, ponurego salonu, z bolącą głową i dzikim natłokiem myśli pod czaszką. Tylko Luna jak zawsze uśmiechała się z fotografii promiennym, trochę nieziemskim uśmiechem.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Harry Potter i koniec świata

Postautor: archiwalny » 12.02.08, 20:27

Było ich troje. Wielka Trójka, jak szybko zaczęto ich nazywać. Harry Potter, Hermiona Granger, Ronald Weasley. Młodzi, zdolni, ambitni. Cały świat miał do nich należeć...

Harry Potter, słynny Chłopiec Który Przeżył. Już w szkole dokonywał czynów, które przeszły do legendy. Odważny do granic szaleństwa, żądny sławy, znakomity czarodziej, który w wieku kilkunastu lat potrafił wyczarować Patronusa czy przeciwstawić się zaklęciu Imperius.

Hermiona Granger. Dziewczyna z mugolskiej rodziny, najzdolniejsza uczennica w historii Hogwartu, nieprzytomnie ambitna.

I Ronald Weasley, zawsze w cieniu tamtych dwojga, choć przecież równie zdolny, równie odważny i równie ambitny.

Zawsze trzymali się razem. Razem też po ukończeniu Hogwartu zapisali się na szkolenie aurorów. Szły ciężkie czasy - czasy, w których łatwo było zostać szują lub bohaterem. Oni zostali bohaterami.

Szkołę aurorów ukończyli z wyróżnieniem. Akurat organizowano Wydział Operacji Specjalnych, zwany przez pracowników Firmą. Jego dyrektorka, określana jako Szefowa (jej prawdziwa tożsamość była tajemnicą państwową), nie mogła nie zauważyć młodych gniewnych. Dołączyli do elitarnej jednostki i rychło okazało się, że są jednymi z najlepszych. Przez jakiś czas działali z innymi, ale szybko zorientowano się, ze najlepsze wyniki mają pracując razem.

Wkrótce dostali numery zaczynające się od dwóch zer, swoistą carte-blanche, oznaczającą między innymi licencje na używanie Avady. Od tamtej pory nikt nie interesował się metodami ich pracy - liczyły się wyniki. Sami planowali swoje operacje, sami je realizowali - pozostałe wydziały miały obowiązek udzielić im wszelkiej pomocy - a rozliczani byli osobiście przez Szefową. W praktyce głównym planistą był Harry. W jego głowie rodziły się szalone koncepcje, które potem konsultował z Ronem. Przyjaciel, ze swoim wrodzonym sceptycyzmem, sprowadzał nieco Harry'ego na ziemię, dzięki czemu ostateczny plan widział się choć przez chwilę ze zdrowym rozsądkiem. Hermiona zapewniała wsparcie logistyczne i naukowe. To ona sprawdzała czy eliksir X nie będzie się kłócił z zaklęciem Y, czy pułapkę teleportacyjną da się zastosować na obszarze poddanym działaniu Magii Trzeciego Rodzaju, czy zasięg świstoklika będzie wystarczający by przerzucić ich wraz ze sprzętem z Ziemi Ognistej do Tybetu...

- Daj mi czas do jutra, Harry - mówiła, a potem spędzała noc w bibliotece Ministerstwa Magii, obłożona opasłymi tomiszczami, robiąc jakieś zapiski na skrawkach pergaminu - tak jak kiedyś, lata temu, w Hogwarcie, gdy razem przygotowywali się do egzaminów. To właśnie Hermiona wymyśliła jak pozbyć się śladu poteleportacyjnego, skutecznie gubiąc pogoń. Tylko dzięki temu uszli z życiem z zasadzki, w którą wpadli w Johannesburgu.

Ich wzajemne stosunki były w tym okresie trudne do zdefiniowania. W zasadzie jasne było tylko to, że Ron od lat jest zakochany, równie mocno co beznadziejnie, w Hermionie. Sama Hermiona skłaniała się bardziej w stronę Harry'ego, ale bez specjalnych szaleństw, bo ambitna dziewczyna zajęta była głównie pracą i planowaniem swojej przyszłej kariery. Nikt nie miał wątpliwości, że zostanie najmłodszą Minister Magii w historii. Stosunek Harry'ego do Hermiony dawało się opisać słowami "i chciałbym, i boję się". Toteż w tym trójkącie zawsze wyczuwało się lekkie napięcie. Ale o dziwo, a może właśnie dlatego, stanowili najlepszą grupę uderzeniową w całej Firmie.

No i była Luna. Biedna, szalona, jasnowłosa Luna z wielkimi, wypuklymi oczyma i zawsze nieobecnym wyrazem twarzy. Luna, przedmiot kpin, żartów i pobłażliwych spojrzeń. Luna, o której mówiło się z lekceważeniem "ta mała wariatka Lovegood". Luna, od lat nieprzytomnie zakochana w Harrym. Luna, którą Harry ledwie raczył zauważać.

Harry'ego w tamtych dniach zawsze otaczał wianuszek adoratorów i klakierów, co sprawiało mu wyraźną przyjemność. Pławił się w cieple pochlebstw, w pełnych podziwu spojrzeniach, w słowach pełnych bez mała nabożnej czci. Miał gest, a oprócz gestu także duże pieniądze, co pozwoliło mu organizować przyjęcia w nalepszych lokalach, gdzie wszyscy jedli, pili i bawili się na jego koszt. Na uwagi przyjaciół, że w ten sposób szybko roztrwoni swoją fortunę odpowiadał ze zblazowanym wyrazem twarzy, iż ze statystyk niezbicie wynika, że średni czas życia aurora od rozpoczęcia służby wynosi pięć lat, więc musi się śpieszyć.

- Bawmy się, póki świat się jeszcze kręci! - wrzeszczał często Harry stojąc na stole w Kotle i oblewając wszystkich piwem. - Bawmy się, bo może już jutro przyjdzie Voldemort!

I patrząc na nerwowe wzdrygnięcia słuchających wykrzykiwał z tryumfem:

- Co tak pękacie?! Boicie się to wymówić?! Voldemort, Voldemort, Voldemort...

Kolejne brawurowe akcje tria Potter-Granger-Weasley (zawsze wymienianych w tej kolejności) zajmowały pierwsze kolumny Proroka Codziennego. Do najbardziej spektakularnych należała operacja w Londonderry, gdzie Harry, Hermiona i Ron aportowali się podczas tajnego zebrania irlandzkiego dowódctwa śmierciożerców i zanim tamci zaskoczeni zorientowali się co się dzieje, aresztowali całą dwunastkę. Paradoksalnie ta ich nasłyniejsza akcja przyczyniła się do rozwiązania grupy. Szefowa, zupełnie słusznie, doszła do wniosku że tym razem ostro przesadzili, szanse powodzenia każdej kolejnej eskapady niebezpiecznie zaczynają dążyć do zera, a największy fart musi się kiedyś skończyć.

Hermiona skorzystała z okazji i wyjechała na roczny staż do Stanów. Ron został przydzielony do innej grupy uderzeniowej, a Harry'ego wbrew protestom posadzono za biurkiem w Wydziale Planowania, gdyż, jak dobitnie wyjaśniła mu Szefowa, "wyszkolenie aurora jest zbyt kosztowne, żebyśmy pozwoli mu przez własną głupotę dać się zabić". Okazało się zresztą, że Harry jest doskonałym organizatorem, a obawy wielu, że będzie bezstrosko ryzykował życiem kolegów, tak jak to robił z własnym, nie potwierdziły się. W planowanych przez niego operacjach było wszystko to czego brakowało w tych, w których brał udział osobiście. Bardzo szybko podległe mu jednostki zaczęły legitymować się największą liczbą zatrzymań przy zerowych stratach własnych, a informacja, że wyrusza się na akcję koordynowaną przez Pottera, stała się dla aurorów gwarancją że wrócą żywi i w jednym kawałku.

Pod nieobecność Hermiony Harry niespodziewanie zbliżył się z Luną. Wkrótce zaczęto ich widywać zawsze razem, czy to w Dziurawym Kotle, czy w eleganckich restauracjach na Pokątnej. Sprawiało to wrażenie, jakby nieobecność Hermiony coś w Harrym odblokowała, jakby dopiero teraz dostrzegł dziewczynę która była obok niego przez tyle lat.

Całe towarzystwo oczywiście plotkowało szaleńczo za ich plecami, przy czym przeważały dwie opinie: że Harry zwariował, bądź też że chodzi z Luną z litości. Wściekły był zwłaszcza liczny wianuszek adoratorek Harry'ego, które mogły by się ostatecznie pogodzić z porażką z Hermioną Granger, ale to że "ta wariatka Lovegood" okazała się lepsza było dla nich nie do przełknięcia.

W obecności Harry'ego nikt sobie zresztą na jawne komentarze nie pozwałał odkąd Neville, który nieopatrznie nazwał Lunę "Loony" nie wiedząc, że Harry stoi tuż za nim, przeleciał rozpędem przez całą długość Dziurawego Kotła, przewrócił ławę i wbił się w stojącą w kącię ozdobną etażerkę z kuflami. Harry został z tego powodu wezwany na dywanik do Szefowej i wielu sądziło, że zapłaci stanowiskiem, ale o dziwo skończyło się na naganie bez wpisania do akt. Szefowa wyraźnie dała do zrozumienia że zasadniczo mordobicie jest czynem nagannym, ale istnieją nieliczne wyjątki, a obrona czci niewieściej się do nich zalicza. Neville po wyjściu ze szpitala spluwał demonstracyjnie na widok Harry'ego i nie mówił o nim inaczej niż "ten palant Potter", ale na Harrym nie robiło to większego wrażenia. Powiedział kiedyś w Kotle, w okolicach dziesiątego kufla piwa: na mnie możessie mowiśś co chcessie i mmnie to wissi, alle jakk chtóry poffie sośś na Lunnę, to zatłukkę! Po czym dla podkreślenia wagi swych słów wyjął różdzkę i rozwalił z dużym hukiem szynkwas. Na szczęście Charlie, który wyjątkowo tego wieczora był trzeźwy jak świnia, bo wybierał się nocnym świstoklikiem do Rumunii, zaklęcie Reparo miał opanowane nie gorzej niż Hermiona.

Toteż wszyscy uznali, że młodemu Potterowi odbiło, i nie ma innej rady jak poczekać aż mu przejdzie, chwilowo starając się za bardzo nie podpaść. Jeden Ron kibicował zawzięcie nowemu związkowi przyjaciela i, jak łatwo się domyślić, nie był w tym całkowicie bezinteresowny. Hermiona dalej siedziała w Stanach, ale miała niebawem wrócić, a skoro Harry będzie zajęty... Zresztą generalnie Weasleyowie byli wobec Harry'ego i Luny bardzo w porządku, wyjąwszy Percy'ego, który spotkał kiedyś Harry'ego na korytarzu ministerstwa i zaciągnął go w kąt, szepcząc konfidencjonalnie: słyszałem że prowadzasz się z tą Lovegood. Nie wiem, czy pomoże ci to w karierze. Jej opinia... Ale Harry spojrzał tylko na niego wzrokiem, jakim obdarza się wyjątkowo dorodną pluskwę i poszedł w swoją stronę, ewidentnie wychodząc z założenia że przy tłuczeniu robactwa można sobie upaprać ręce.

Luna świeciła własnym światłem i to, co o niej mówią, zupełnie jej nie obchodziło. Nie mieszkała jeszcze razem z Harrym, ale powszechnie uważano że jest tylko kwestią czasu kiedy ogłoszą zaręczyny.

Wtedy wróciła Hermiona. I wszystko się skomplikowało. Wystarczyło jedno, przypadkowe spotkanie, by zaczął się, niespodziewanie dla nich samych, szaleńczy romans. Po miesiącu mieli już ustaloną datę slubu.

Harry pamiętał kamienną, z przyklejonym sztucznym uśmiechem, twarz Rona, gdy ogłaszał przyjacielowi nowinę. No cóż, stary, gratuluję!!! Zawsze wiedziałem że jesteście dla siebie stworzeni. Naprawdę się cieszę.

A Luna? Biedna, szalona Luna! Tak Harry, rozumiem. Tak będzie lepiej. Z nią będziesz szczęśliwszy niż ze mną... Nie, Harry, nie przejmuj się mną, dam sobię radę.

Nie dała.

Po dwóch dniach od tej rozmowy znaleziono Lunę nieprzytomną w jej londyńskim mieszkaniu. Próbowała zastosować na sobię Avadę, ale zaklęcie nie zadziałało prawidłowo. Nie zabiło dziewczyny, a tylko spowodowało trwałe pomieszanie zmysłów.

Harry z początku mocno to przeżywał. Życzliwi zaraz mu jednak wytłumaczyli, że nie ma się o co obwiniać, nie mógł tego przecież przewidzieć, nie jego wina że głupia dziewczyna zareagowała w taki sposób, a tak w ogóle to dobrze, że przestało mu wreszcie odbijać... Szybko więc otrząsnął się z szoku i w efekcie nawet nie odwiedził Luny w szpitalu. Zresztą i tak nie było z nią żadnego kontaktu. Weasleyowie tylko trochę się na niego z początku boczyli, chyba jednak bardziej ze względu na Rona niż z powodu tego co stało się z dziewczyną.

Jeden jedyny Hagrid wyłamał się, ale za to zdecydowanie. Kiedy parę dni po nieudanym samobójstwie Luny Harry pojechał odwiedzić go w Hogwarcie, gajowy zatrzasnął mu drzwi przed nosem, wykrzykując uprzednio dobitnie:

- Jest pan, panie Potter, wyjątkowej klasy sukinsynem, i żałuję że pana kiedykolwiek znałem!!!

Następnego dnia do Hagrida pojechała Hermiona i usłyszała z grubsza to samo.

Ślub Pottera i Granger był oczywiście wydarzeniem z pierwszych kolumn gazet. Na weselisku, na którym było dobre kilkaset osób, bawiono się do samego rana. Był też Ron. Siedział sztywno przy stole, z wyrazem twarzy, który sam uważał prawdopodobnie za miły uśmiech, a który powodował nerwowe wzdrygnięcia patrzących, i z regularnością automatu opróżniał kolejne kieliszki.

A potem rozpoczęło się zwykłe, wspólne życie Harry'ego i Hermiony, życie, które miało być idyllą, a okazało się koszmarem. To, co się działo w ich domu, wkrótce stało się publiczną tajemnicą, dość wspomnieć że ukuto powiedzenie "żreć się jak Potterowie". Hermiona zresztą pozostała przy swoim nazwisku, więc to "Potterowie" nie było do końca adekwatne.

Aż któregoś deszczowego wieczoru, po kolejnej burzliwej wymianie zdań, Hermiona wybiegła z domu, tak jak stała, w nocnej koszuli i pantoflach, trzaskając za sobą drzwiami, i pobiegła do Rona, a Harry miotał się w furii po pustym mieszkaniu, kopiąc z wściekłością w meble i ciskając wszystkim co mu wpadło w ręce. A potem poszedł do Kotła i pił, pił, pił, dopóki nad ranem nie zwalił się pod ławę, co stary Tom skwitował później z podziwem: do tej pory myślałem, że Charlie Weasley jest nie do przebicia, ale kudy mu do Pottera.

Ron do końca próbował być fair w stosunku do Harry'ego. Połozył Hermionę spać w swoim pokoju, a sam rozstawił w kuchni łóżko polowe, choć Hermiona niedwuznacznie dała do zrozumienia że mógłby sobie sobie takiego kłopotu nie robić. A potem z uporem godnym lepszej sprawy usiłował ich ze sobą godzić, aż wreszcie Harry jasno powiedział, żeby sobie wrzucił na luz, bo to już koniec.

Biedny, poczciwy Ron, który wszystko miał po kimś. Ubrania i przybory szkolne po starszych braciach. A dziewczynę po Harrym.

Rozwód przebiegł szybko i sprawnie. Dzieci nie mieli, całkowity rozkład pożycia był ewidentny, żadna strona nie chciała orzeczenia o winie, toteż cała sprawa była w zasadzie formalnością.

Wkrótce odbył się ślub Rona i Hermiony. Harry nie przyszedł, choć Ron osobiście wręczył mu zaproszenie. W czasie gdy w Hogsmeade strzelały w niebo weselne fajerwerki, był w szpitalu świętego Munga i trzymał za rękę Lunę, która siedziała na brzeżku szpitalnej pryczy i kołysała się powoli w przód i w tył, patrząc tępo w przeciwległą ścianę i śpiewając monotonnie pod nosem a-a-a, kotki dwa, szarobure obydwa. Mogła tak śpiewać godzinami.

Kilka dni później Harry złożył rezygnację, polikwidował wszystkie swoje rozpoczęte sprawy i napisał do Rona krótki list:

Ron!
Nie chcę żeby to wyglądało na tani melodramat, ale odchodzę. Tak będzie lepiej. Dla mnie i dla was. Jeśli nasza przyjaźń jeszcze się dla Ciebie liczy, proszę żebyś mnie nie szukał. I żeby inni też mnie nie szukali.
Twój,
Harry.

Wysłał list przez sowę, a potem zaszedł do Gringotta i wydał masę skomplikowanych dyspozycji, w wyniku których bardzo okrężną drogą część jego złota została zamieniona na mugolskie euro i ulokowana na kilku kontach w europejskich bankach. Reszta małej fortuny trafiła na specjalny fundusz, z którego środki przeznaczone były na zapewnienie Lunie godziwych warunków przez resztę jej ziemskiej egzystencji.

A potem zniknął.

Rzecz jasna, nagłe zniknięcie Harry'ego Pottera, jednego z Wielkiej Trójki, nie mogło przejść bez echa. Do końca lojalny Ron spreparował trochę fałszywych tropów, którymi pognali żądni sensacji dziennikarze i szukający Harry'ego współpracownicy z Wydziału. Cała sprawa zresztą bardzo szybko przycichła, bo czarodziejska społeczność właśnie zaczęła mieć sporo poważniejsze problemy. Niecały miesiąc po zniknięciu Harry'ego zamordowano Dumbledore'a.

A jakiś czas później Johann Schulze kupił dom w Khoraphakia na Krecie...

***

Poszedł do kuchni, rozbite szkło chrzęściło mu pod nogami. Wyjął z szafki kolejną szklankę i nie trudząć się wrzucaniem lodu, nalał do pełna raki. Wrócił do salonu i usiadł przed portretem Luny.

Znowu to samo, Harry? usłyszał w głowie własny głos, znowu powtórzysz ten sam scenariusz? Znowu się zalejesz, otrzymasz przepisową dawkę nocnych koszmarów, a rano wstaniesz z pękającą głową i pójdziesz na plażę udawać zadowolonego z życia szkopa? Jak długo jeszcze, Harry?

Hak w plecy!

Pewnie, Harry, hak w plecy, to jest rozwiązanie wszystkich twoich problemów. Jakież to nieskomplikowane!

Hak w plecy!

Wiesz, Harry, jesteś tylko małym, żałosnym sukinsynem! Zawsze byłeś zapatrzony tylko w siebie. Nawet to dobre, co zrobiłeś dla innych, wyszło ci przypadkiem, bo przecież chodziło wyłącznie o to, żeby wszyscy podziwiali wielkiego Pottera... A teraz, kiedy ta biedna dziewczyna przyszła do ciebie po pomoc, odwróciłeś się do niej plecami...

Hak w plecy!

Powiedz, dlaczego uciekłeś, Harry? Dlaczego wtedy wyjechałeś bez słowa? No powiedz, dlaczego?!

Żeby nie stać na drodzę Ronowi i Hermionie.

Gówno prawda, Harry! Że niby taki szlachetny byłeś? Oszukać możesz wszystkich, ale nie siebie! Uciekłeś przed Luną! Uciekłeś przed wizytami u świetego Munga, przed jej tępym wzrokiem, przed kołysaniem się na brzeżku pryczy, przed monotonnym śpiewaniem ciągle tej samej piosenki... Uciekłeś przed własnym sumieniem, Harry, ale ono cię dopadło i trzyma pazurami, nie pozbędziesz się go cokolwiek byś robił i gdziekolwiek byś pojechał...

Hak w plecy...

Harry, zawsze wszyscy cię podziwiali za odwagę. Miej teraz odwagę spojrzeć sobie samemu w oczy! Miej odwagę stanąć sam ze sobą twarzą w twarz. Tak, to jest trudniejsze niż stanięcie twarzą w twarz z bandą śmierciożerów, ale życie nie składa się tylko z łatwych rzeczy, Harry! Miej odwagę spojrzeć w lustro! Miej odwagę spojrzeć w oczy Lunie! Miej odwagę spojrzeć w oczy Hermionie, która straciła Rona bo on walczył wtedy, kiedy ty chlałeś, i zginął, żeby tacy jak ty mogli chlać dalej, nieświadomi tego co się dzieje na świecie!

Hak w plecy...

Harry, możesz znowu trzasnąć szklanką o podłogę, możesz znowu skatować zlewozmywak, rozwalić kolejne krzesło, możesz walić pięścią w mur, aż zostaną na nim krwawe ślady, może uda się na chwilę zagłuszyć to wszystko, co wyje ci rozpaczliwie w duszy, ale ile jeszcze szklanek chcesz rozbić, Harry?

Hak w plecy...

Zawsze byłeś wielkim megalomanem! Wielki Potter Rozdzielający Łaski Maluczkim! Dlatego byłeś z Luną, prawda? W swojej nieskończonej dobroci pozwoliłeś jej być przez chwilę dziewczyną Jego Wspaniałości Harry'ego. Powinna być ci wdzięczna do końca życia...

Przecież ja kochałem Lunę, naprawdę ją kochałem...

Kochałeś siebie, Harry. Swój wizerunek łaskawego panicza, który zbliżył się do dziewczyny z ludu! Zawsze chodziło ci tylko o to jak wyglądasz w oczach innych. Mało nie zabiłeś Neville'a kiedy obraził Lunę, bo to ci pasowało do obrazka szlachetnego Pottera broniącego czci swej wybranki, ale jak wybranka się znudziła, to cisnąłeś w kąt jak starą zabawkę! Ale ona nie była zabawką, Harry!

Nieprawda, ja...

A potem odgrywałeś się na Hermionie za Lunę! Kto wie, gdyby Hermiona była słabsza, może leżała by teraz obok Luny na sąsiednim łóżku... Nie, nie leżałaby na łóżku, Hermiona nie sfuszerowała by Avady...

Harry, spieprzyłeś w swoim życiu wszystko co się dało. Zniszczyłeś życie niewinnej dziewczynie. Prawie udało ci się zniszczyć życie drugiej. A teraz utop swoje żale w wódce, bo tylko to potrafisz, wielki, wspaniały, żałosny Harry Potterze!

Siedział nieruchomo, trzymając w drżącej ręce szklanke raki. W głowie łupało miarowo.

Powoli wstał i jak w transie poszedł do kuchni i wylał alkohol do zlewu.

Spieprzyłeś wszystko co się dało, Harry. Wszystko co się dało...

Otworzył lodówkę i zaczął wyciągać jedną butelkę po drugiej. Każdą odkręcał i wstawiał do zlewu szyjką w dół. Słychać było miarowy gulgot lejącego się alkoholu. Stał i patrzył na tańczące w butelkach bąble powietrza.

Wszystko co się dało...

Kiedy ostatnie krople wódki zniknęły w kanalizacji, wrócił ciężko na swój fotel. Patrzył na zdjęcie Luny, tak intensywnie, jakby ujrzał je pierwszy raz. Coraz trudniej było mu walczyć z opadającymi powiekami.

I wtedy znowu ją zobaczył. Podchodziła coraz bliżej i bliżej, jej blond włosy falowały wokół głowy, aż wreszcie stanęła przed nim bez ruchu. Oczekiwał, że powie to, co zawsze mówiła w tym koszmarnym śnie: tak Harry, rozumiem. Tak będzie lepiej... A potem wyjmie różdżkę i przyłoży sobie do skroni, rozbłyśnie straszne zielone światło, rozlegnie sie łomot upadającego na posadzkę ciała... Ale nic takiego nie nastąpiło, dziewczyna milczała, wpatrując się tylko w Harry'ego ogromnymi, wypukłymi oczyma...

- Luna... - szepnął Harry - Luna... przepraszam...

Dziewczyna poruszyła ustami.

- Harry - usłyszał jej głos - Harry, pomóż Hermionie. Proszę!

- Luna! Luna, wybacz mi! - załkał Harry.

- Harry, musisz pomóc Hermionie! Zrób to! Jesteś jej to winien. Za to wszystko co jej zrobiłeś! Nadszedł czas wynagradzania krzywd, Harry...

- Luna, to ciebie przede wszystkim skrzywdziłem! Jak mogę ci to wynagrodzić? Luna! Luna...

- Pomóż Hermionie, Harry. Zrób to dla mnie. I dla niej...

Ten sen był inny niż wszystkie dotychczasowe. Ale czy to był sen..? Zdał sobie nagle sprawę, że siedzi w fotelu w salonie, z otwartymi oczyma, słyszy grające za oknem cykady, ciężarówkę piłującą silnik na stromej górskiej serpentynie, głuchy grzmot startującego nocnego czarteru z turystami, muzykę z tawerny... A przed nim stoi Luna, uśmiechając się tym swoim nieziemskim uśmiechem. Ale przecież Luny nie może tu być, Luna jest w szpitalu świętego Munga w Londynie...

- Luna, czy ja śnię? - zapytał niepewnie.

- Nie, Harry, to nie jest sen.

- I ty tu jesteś..?

- Jestem, Harry... Zawsze byłam przy tobie...

- Dlaczego nigdy wcześniej...

- Bo nie byłeś gotowy, Harry. Bo nie chciałeś wysłuchać samego siebie. Bo zalewałeś sumienie wódką... Nie wystarczy spojrzeć, żeby ujrzeć, Harry.

Patrzył na dziewczynę. Była tak blisko, prawie na wyciągnięcie ręki. Pchnięty impulsem, zerwał się nagle chcąc ją schwycić w objęcia - ale w miejcu, gdzie przed momentem stała, była tylko pustka i straciwszy równowagę rozciągnął się jak długi na podłodze.

- Luna! - załkał rozpaczliwie, wtulając twarz w dłonie. - Kocham cię, Luna! Luna!

***
Koniec rozdziału I
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Harry Potter i koniec świata

Postautor: archiwalny » 15.02.08, 20:48

ROZDZIAŁ II

Czysta Krew


Khania, Kreta, 12 VI 2010

Harry Potter wysiadł z rozpalonego niczym piec hutniczy wnętrza autobusu - na lokalnych kreteńskich liniach klimatyzacja ciągle była luksusem - i skierował się w stronę portu pustoszejącą o tej porze ulicą Odoz Khalidon. Dochodziła druga po południu, lejący się z nieba żar był nie do wytrzymania nawet dla miejscowych, którzy chowali się po sklepach czy kafenionach. Wyglądał jak typowy turysta, w ciemnych przeciwsłonecznych okularach i białej czapce z daszkiem, z przewieszoną przez ramię dużą fotograficzną torbą. Szedł nieśpiesznym krokiem, bo jakikolwiek pośpiech w tutejszym klimacie był niewskazany. Minął słaniającą się na nogach japońską wycieczkę, pędzoną gdzieś przez bezlitosnego przewodnika, grupę wielkich, brzuchatych Amerykanów w fantazyjnych kowbojskich kapeluszach i kilku miejscowych młodzieńców, stojących z rękami w kieszeniach w bramie i obrzucających pożądliwymi spojrzeniami skąpo ubrane turystki.

Dotarł do Platia Santrivani. Wiejący znad morza ciepły wiatr przynosił niewielką ulgę. Wyszedł na nabrzeże szesnastowiecznego weneckiego portu, stanowiącego teraz główny deptak miasta. Od wypolerowanych przez setki lat i miliony nóg kamiennych płyt którymi wyłożone było nabrzeże odbijał się słoneczny żar. Skręcił w prawo mijając sklep sprzedający starożytną błękitną khanijską ceramikę, wyrabianą na miejscu w małym warsztaciku, przeszedł obok Meczetu Janczarów, pamiątki kilkusetletniego tureckiego władania nad wyspą, i ruszył nabrzeżem Akti Tombazi w stronę wschodniego basenu portowego, oddzielonego od morza długim, kamiennym falochronem z wznoszącą się na jego końcu starą latarnią morską.

Restauracja, której szukał, mieściła się właśnie na falochronie po przeciwnej stronie portowego basenu. Żeby się do niej dostać, mógł albo obejść cały basen, docierając do nasady falochronu, ale ta prawie kilometrowa wycieczka w pełnym słońcu nie wzbudziłaby niczyjego entuzjazmu, albo poczekać na mały, bezpłatny tramwaj wodny kursujący między nabrzeżem a falochronem, przeznaczony właśnie dla klientów restauracji. Łódka akurat podpływała, toteż po niecałych pięciu minutach był już na miejscu. Na falochronie upał był znacznie mniejszy. Wszedł do klimatyzowanego wnętrza restauracji, mieszczącej się w resztkach starożytnego bastionu, i rozejrzał się po mrocznym wnętrzu.

Jego rozmówca już czekał. Wielki, jowialny Grek, lekko już posiwiały, w tradycyjnym kreteńskim ciemnym stroju i charakterystycznym nakryciu głowy, siedział w głębi przy stoliku, sącząc retsinę i pykając z okropnie śmierdzącej fajki. Był tak bardzo grecki i tak bardzo kreteński, że bardziej by się już chyba nie dało.

Tyle że nie był Grekiem. W dodatku był kobietą.

- Cześć, Tonks - powiedział Harry przysiadając się do stolika. - Dzięki że przyszłaś.

Potężny Grek roześmiał się radośnie i puścił do Harry'ego oczko.

- Witaj, Harry! Kopę lat. Drobiazg. Jak ci się podoba mój wygląd?

- Nie przegięłaś leciutko? Takich typów to tu już nie ma. Dać ci podwójny topór i mogła byś robić za Minosa...

- Może trochę przegięłam, ale to takie zabawne...

Podszedł kelner. Harry zamówił ouzo, dostali też tutejszym zwyczajem marynowane czarne oliwki do pogryzania.

- To co, Harry - spytała Tonks - ciągnie wilka do lasu, nie?

- Ani trochę, Tonks, ani trochę!

Tonks spoważniała.

- To po co się tam pchasz, Harry? Źle się dzieje w Anglii, coraz gorzej. Każdy, kto ma trochę oleju w głowie, raczej stamtąd pryska.

- Jak powiedział kiedyś pewien mugolski polityk - westchnął ciężko Harry - nie chcem, ale muszem.

Tonks puściła wielkie, smrodliwe kółko dymu z fajki i spojrzała na Harry'ego z troską.

- Jestem twoim przyjacielem, Harry, i potraktuj to co powiem jako przyjacielską poradę. Jeśli wyobrażasz sobie, że zrobisz wielki come back, że wszyscy tam będą padać na twarze i wznosić dzięki, że wróciłeś, to daruj sobie. Mówiąc oględnie, swoją ucieczką, i tym co wcześniej stało się z Luną... i z Hermioną... nie pozostawiłeś po sobie najlepszego wrażenia. Nikt tam na ciebie nie czeka z otwartymi ramionami, Harry.

- Hermiona była u mnie dwa tygodnie temu, Tonks. Prosiła mnie o pomoc...

Potężny Grek uniósł brwi w zdumieniu.

- No cóż, tego nie wiedziałam. Nie byłam w Londynie od prawie pół roku. Wyjechałam zaraz po tym, jak Ron... W każdym razie Weasleyowie krzywili się na sam dźwięk twojego nazwiska. Ale jeśli Hermiona cię prosiła... Tylko na brodę Merlina, Harry, niech to nie będzie wejście w twoim dawnym stylu! Niech to nie będzie wielki Potter, wracający zrobić porządek po tym, co reszta spieprzyła!

- Wiem, Tonks! Wiem! Nie spodziewam się owacji na stojąco. Udało ci się zdobyć coś z tych rzeczy, o które cię prosiłem?

- Jasne! - Grek sięgnął gdzieś w fałdy swojej luźnej czarnej koszuli i wyjął podłużne zawiniątko. - Różdzka. Od Venizelosa z Aten. Podobno najlepszy różdżnik na Bałkanach. Dobrana na podstawie twojego profilu magicznego, udało mi się ściągnąć go z Londynu, Mundugus ma swoje wejścia... Powinna pasować. Wyglądem zewnętrznym się nie przejmuj, tak się tutaj zdobi różdżki. Podobno to styl dorycki, ale ja się nie znam.

Harry miał przez chwilę nieprzepartą chęć, żeby rozpakować i wypróbować różdżkę już tutaj, na miejscu, ale się pohamował. Wsunął zawiniątko do torby fotograficznej. Tonks wyciągnęła tymczasem szarą kopertę.

- Twoje bilety lotnicze... Harry, naprawdę chcesz się tłuc parę godzin mugolskimi samolotami zamiast skorzystać ze świstoklika?

- Stacje świstoklików na pewno są obstawione przez ludzi Voldemorta - mruknął Harry.

Tonks wzdrygnęła się na dźwięk imienia "Voldemort" i czym prędzej pociągnęła solidny łyk retsiny.

- A mugolskie lotniska nie?

- Lotniska może też - wzruszył ramionami Harry. - Tyle że świstoklikami przylatuje do Anglii kilkadziesiąt osób dziennie, a samolotami grube tysiące - uśmiechnął się krzywo. - Być może spotkałaś się kiedyś z mugolską nauką zwaną rachunkiem prawdopodobieństwa...

- Daruj sobie, Harry! A teleportować się nie możesz?

Harry poczekał, aż pójdzie kelner, który przyniósł dla niego ouzo. Wypił trochę z wyraźną przyjemnością.

- Po primo, Tonks, to dla mnie za daleko. Nie używałem teleportacji od pięciu lat. I nigdy nie byłem w tym szczególnie dobry, raczej przeciętny. To Hermiona potrafiła się teleportować na pół godzinki do Paryża, żeby sobie zrobić fryzurę, a potem wracała na balangę i nic nie było po niej widać. Po secundo, możesz mi łaskawie powiedzieć, gdzie miałbym się aportować? W moim dawnym domu, w którym mieszka pewnie jakiś mugol? W hallu w ministerstwie? A może na Pokątnej? Żadne z miejsc, które znam na tyle dobrze, żeby się w nich aportować, nie wchodzi z różnych powodów w rachubę, poza tym mogło się tam pozmieniać. Zdjęć nie mam, zresztą wiesz jak to bywa z aportacją na podstawie zdjęć. Jak coś spieprzę, to w najlepszym razie cofnie mnie z powrotem, a w najgorszym... sama rozumiesz. Po tertio, teleportację można wykryć. Zwłaszcza z tak daleka, wibracja wtedy jest potężna... Nie, Tonks, świstokliki i teleportacja odpadają w przedbiegach!

- W sumie racja - przyznała Tonks, obgryzając oliwkę.

- Mam nadzieję, że teraz nie zaproponujesz mi lotu do Londynu na miotle? - uśmiechnął się Harry.

- A wiesz, że wolałabym na miotle niż w tym blaszanym pudle! Siedzisz przywiązany do fotela i na nic nie masz wpływu... Na miotle wszystko zależy tylko ode mnie. Leciałam raz samolotem, i wystarczy. Do latania są miotły!

- Mugole mogli by się z tym nie zgodzić - mruknął Harry. Tonks roześmiała się.

- Mugolski punkt widzenia mnie specjalnie nie interesuje. No dobra, skoro nie chcesz na miotle, to słuchaj: wylot z Soudhy masz piętnastego, dziewiąta trzydzieści rano. Przesiadka w Atenach, stamtąd bezpośredni British Airways do Londynu. Powinieneś być na miejscu o piętnastej z małymi minutami czasu londyńskiego.

Harry przekartkował pośpiesznie bilety i schował do torby.

- Teraz najważniejsze, Harry. Twój paszport. Nazywasz się John Smith... wiem, mało oryginalne... byłeś w Grecji przedstawicielem handlowym firmy handlującej elektroniką, kilka lat na Bałkanach, teraz wracasz do kraju, dokładny życiorys i całą legendę masz spisane na karteczce, naucz się tego na pamięć. Dobrze, że nie zerwałam kontaktów z mugolskimi służbami specjalnymi, to są najprawdziwsze mugolskie papiery, żadnej magii, niczego się nie da wykryć. Bilety lotnicze też są na Smitha, swojej tutejszej tożsamości nie ruszaj, będziesz miał do czego wracać jakby co...

- Dzięki, Tonks, jesteś kochana! - powiedział z uczuciem Harry chowając dokumenty.

- Drobiazg, Harry. Tutaj - na stoliku pojawiła się sporej wielkości paczka - masz mugolski zestaw do charakteryzacji. Takich używają brytyjskie służby... Nie jesteś metamorfomagiem, ale zdziwisz się co można osiągnąć tymi mugolskimi środkami. Wiesz, że zmiana wyglądu to moje hobby, od zawsze ciekawiło mnie jak oni to robią... Obejrzyj się na zdjęciu w paszporcie, tak z grubsza powinieneś wyglądać. Instrukcja w środku. Raczej nie pokazuj się na Pokątnej jako Harry Potter, bo w dzisiejszych czasach to nawet tablicy pamiątkowej mieć nie będziesz, zatłuką cię w jakimś zaułku i tyle...

Harry spojrzał ze zdziwieniem.

- Mam sobie farbować włosy, wkładać kolorowe szkiełka do oczu i robić tego typu cuda, jak w mugolskich powieściach szpiegowskich?

- Dokładnie, Harry! Dokładnie! Zadziwiające, jak mało czarodzieje wiedzą o mugolach... Gdybyś zmienił swój wygląd przy pomocy magii, każdy średnio wyszkolony auror by to wyczuł. Ale daję głowę, że nie wpadną na to, by sprawdzić czy masz po mugolsku ufarbowane włosy... - Tonks roześmiała się pogardliwie. - Wiesz jak załatwiłam Macnaira?

Harry pokręcił głową.

- Badali mnie przez pół dnia, czy nie mam jakiś niebezpiecznych eliksirów, zdejmowali profil magiczny z różdżki i tak dalej... a ja miałam mugolskie wieczne pióro strzelające cyjankiem, ot taki gadżecik, który dostałam od kumpli z MI-6. To pióro też oglądali na wszystkie strony, tylko tam krztyny magii nie było...

- Chcesz powiedzieć - spytał zdziwiony Harry - że czarodziejów można prosto załatwić mugolskimi środkami?

- Czasami tak. Ale zależy których. Z Sam Wiesz Kim raczej takich sztuczek nie próbuj. Pamiętaj, że to ty możesz być najsłabszym ogniwem! Możesz mieć arsenał mugolskich niemagicznych środków, ale zawsze jest ryzyko że sczytają twoje myśli... Nie ćwiczyłeś tutaj oklumencji, prawda?

- Nie. - przyznał Harry. Tonks zamilkła na chwilę ze skupionym wyrazem twarzy.

- Chce ci się lać, Harry... na marginesie, wejście do kibli jest z tamtej strony sali... a poza tym marzysz o tym, żebym przestała chrzanić, bo ci się spieszy wypróbować nową różdżkę...

- Chryste, Tonks! - powiedział zszokowany Harry.

- Cóż, Harry, pięć lat bez treningu to szmat czasu... Choć pochlebiam sobie, że jestem w tym naprawdę niezła, pierwszy lepszy neptek by cię nie sczytał, twoja bariera jest jeszcze przyzwoita. Ale tylko przyzwoita, Harry! A ci, z którymi będziesz miał do czynienia, to nie są pierwsze lepsze neptki...

- Potrenuję - obiecał Harry. Schował wszystko do torby i zadumał się przez chwilę.

- Posłuchaj, nie masz jakiś namiarów na Hermionę? Albo Weasleyów?

Tonks uniosła ze zdziwienia brwi.

- Hermiona prosiła cię o pomoc i nie zostawiła kontaktu? - spytała z niedowierzaniem.

- Widzisz - mruknął z zakłopotaniem w głosie Harry - ja z początku nie wyraziłem specjalnego zainteresowania jej propozycją...

- Można wiedzieć, co masz na myśli? - brwi Tonks uniosły się jeszcze wyżej.

- O Jezu! - zdenerwował się Harry. - Posłałem ją na drzewo, jeśli chcesz wiedzieć! Dałem do zrozumienia, żeby się odwaliła.

- A ona co?

- Odwaliła się... - powiedział ponuro Harry. Tonks milczała przez chwilę.

- No tak, to dla ciebie typowe... - zawahała się. - Ale jednak wracasz? Co się stało?

- Widzisz, czasem człowiek zrozumie po niewczasie... Kurczę, nigdy nie zdarzyło ci się zrobić czegoś, czego byś potem żałowała?

Tonks pokręciła głową.

- Mi sie to zdarzało wielokrotnie. Ale tego, że zdarzy się tobie, to bym nie przypuszczała. Nie mówię o robieniu głupot, tylko o żalu z tego powodu...

- Daruj sobie, Tonks, bardzo proszę!

Tonks uśmiechnęła się figlarnie. W wykonaniu potężnego, starego Greka wyglądało to nieco dziwnie.

- Jesteś, Harry, wyjątkowym łobuzem. W zasadzie nie wiem, dlaczego cię tak lubię. Pewnie już tak mam, że lubię łobuzów... Więc pozwól, że powiem ci prawdę. To, że poczułeś wyrzuty sumienia, bo ktoś cię prosił o pomoc a ty go olałeś, jest do ciebie tak bardzo niepodobne, że zaczynam się zastanawiać, czy to naprawdę Harry Potter. Ale ponoć ludzie się czasami zmieniają... Mam tylko prośbę, Harry. Nie przyjmij teraz postawy świętego męczennika, dobrze? - Tonks urwała na chwilę. - No i nie oczekuj, że proste "przepraszam" wszystko załatwi. Że wszyscy powiedzą "nie ma sprawy, Harry", i rzucicie się sobie w ramiona.

- Nie oczekuję tego, Tonks! Naprawdę. - Tonks spojrzała na Harry'ego z lekkim powątpiewaniem, ale nie odezwała się.

- Wracając do mojego pytania, masz na nich namiary?

Tonks zamyśliła się.

- I tak, i nie. Owszem, wiem gdzie mieszkali jak wyjeżdżałam, ale to było pół roku temu... Charlie z Susan już się wtedy ukrywali, nie wiem gdzie, nie chciałam wiedzieć, nie ma mocnych na veritaserum... - urwała.

- A Hermiona? Fred? Ktoś z naszych z Wydziału?

- Wiem gdzie mieszkała Hermiona. Jeszcze niby pracowała w Ministerstwie, zrobili z niej zwykłą biurwę, lada moment wszyscy spodziewali się, że śmierciożercy przejmą Wydział. Radziłam jej żeby gdzieś prysnęła, nie wiem czy skorzystała, sama zwiałam niedługo potem. .. Adres Freda też mam. Przyślę ci wieczorem przez sowę, ale szczerze mówiąc - Tonks wzruszyła ramionami - marne szanse żeby jeszcze tam mieszkali.

Pociągnęła kolejny łyk wina.

- A jeśli chodzi o innych... Mam trochę adresów, są pewnie równie aktualne jak tamte - wzruszyła ramionami. - Kingsley uciekł... przyszli do niego do domu, udało mu się deportować w ostatniej chwili. Cho zniknęła, nie wiem czy też uciekła, czy ją dorwali. Reszta jeszcze niby mieszkała we własnych domach, ale siedzieli jak na szpilkach. Na marginesie, Harry... - urwała - na twoim miejscu bardzo bym uważała, z kim się kontaktujesz. Trudno wyczuć, kto współpracuje ze śmierciożercami, dobrowolnie czy pod Imperiusem, co w sumie na jedno wychodzi. No i pamiętaj, że przez te pół roku sporo się mogło zmienić, raczej nie na korzyść... - potrząsnęła głową tak kobiecym ruchem, że Harry mało nie parsknął śmiechem widząc, jak robi to olbrzymi, stary Grek.

- A Mundugus? Brałaś od niego mój profil...

- Taaaak, Mundugus. Namiary na Mundugusa ci dam...

- Można mu ufać, Tonks?

Tonks nie odpowiadała dłuższą chwilę. Pociągnęła solidny łyk retsiny i obgryzła oliwkę, wyraźnie zastanawiając się nad odpowiedzią.

- No cóż. Myślę, że można... na tyle, na ile kiedykolwiek można było mu ufać, Harry. Jest to kanciarz i złodziejaszek, ale na swój sposób uczciwy. Urządził się zresztą dosyć dobrze, o ile wiem, robi teraz fałszywe dokumenty. Ale przez niego nie dotrzesz ani do Hermiony, ani do Weasleyów.

- Wiem. Ale może mi się przydać. Dasz mi te adresy?

- Przyślę ci wieczorem sowę - Tonks dopiła resztę wina i zrobiła taki ruch jakby miała zamiar wstać.

- Jedną chwilkę, Tonks!

- Tak?

- Ile ci jestem winien za to wszystko? Musiało cię to sporo kosztować.

Tonks wzruszyła ramionami.

- Mam z czego żyć, Harry - urwała na moment, a potem kontynuowała nadspodziewanie poważnym tonem. - Słuchaj, jeśli to wszystko się skończy... jeśli to się dobrze skończy, to wtedy będziemy się liczyć! Jeśli zaś skończy się źle... Harry, jaka to będzie różnica, kto komu ile jest winien, skoro i tak każdy oberwie Avadą.

- Może być i tak, że się skończy dobrze, ale ja oberwę mimo to - powiedział ponuro Harry. Tonks zadrżała.

- Nie mów takich rzeczy, Harry! I bardzo proszę, nie rozmawiajmy już o pieniądzach. Mam u ciebie kolację w wynajętej sali w najlepszej knajpie na Pokątnej, umowa stoi? Nic więcej nie chcę. Trzymaj się! - wstała.

- Powodzenia, Harry - powiedziała cicho.

- Dzięki, Tonks. Nie wiem jak ci się odwdzięczę...

- Przcież ci powiedziałam. Kolacja. Ze świecami. Kelnerzy we frakach! - mruknęła Tonks i ruszyła w stronę wyjścia, przewracając przy okazji krzesło.

- Szlag by to... Bywaj, Harry.

Harry patrzył jak sylwetka zwalistego Greka znika w drzwiach restauracji. Dopił swoje ouzo, uregulował rachunek, zaszedł jeszcze do toalety (Tonks miała całkowitą rację), a potem wyszedł na zewnątrz. Uderzyła go fala gorącego powietrza. Przepłynął tramwajem wodnym na nabrzeże i poszedł w kierunku centrum. Na Odoz Skalidi złapał przejeżdzającą pustą taksówkę.

Wśród niewielu umiejętności, których Harry nigdy nie opanował, było prowadzenie mugolskich samochodów. Podczas swojej pracy w Firmie wielokrotnie zdarzało mu się poruszać pojazdem wyglądającym jak mugolski, ale zawsze był to wóz specjalnie spreparowany przez zajmującą się tym komórkę Wydziału. Większość czarodziejów uważała umiejętność kierowania zwykłym samochodem za całkowicie zbędną: z ich pokolenia nauczył się tego właściwie jeden jedyny Ron, który traktował to jako hobby.

I dlatego zginął, przemknęło Harry'emu przez głowę.

Myśl o zmarłym przyjacielu wprawiła go w przygnębienie. Gdy taksówkarz, używając głównie klaksonu, próbował wyplątać się z dzikiej matni jadących we wszystkich kierunkach na raz samochodów, autobusów, furgonetek, skuterów i riksz, Harry oparł głowę o zagłówek i zatopił się w rozmyślaniach. Nie zauważył, kiedy dojechali do Khoraphakia. Zapłacił taksówkarzowi kilkanaście euro i popędził do swojego apartamentu. Niecierpliwie rzucił torbę na stół, wyciągnął podłużne zawiniątko i rozpakował.

Różdżka faktycznie była zupełnie inna niż to do czego przywykł. Jej kształt i ornament z miejsca skojarzyły się Harry'emu z doryckimi kolumami. Pokryta była złotem i lapis-lazuli, i Harry musiał przyznać że jest prześliczna.

Ale czy dobra?

Usiadł wygodnie w fotelu i chwycił różdżkę w dłoń. Poczuł charakterystyczne mrowienie w przedramieniu, niechybną oznakę że różdżka była dobrze dopasowana. Początkowo chciał poćwiczyć jakieś proste zaklęcia, ale niespodziewanie dla samego siebie wycelował różdżką w stronę kuchni i wykrzyknął

- Accio szklanka!

Szklanka nadleciała łagodnym łukiem. Lot był trochę mało precyzyjny, musiał dość daleko wyciągnąć rękę żeby ją złapać, ale i tak wyszło całkiem nieźle jak na pierwszą próbę po tylu latach.

- Accio coca-cola!

Usłyszał otwierające się drzwi lodówki, po chwili pojawiła się plastikowa butelka z colą, lecąc dużo stabilniej niż poprzednio szklanka. Gdy była tuż nad stołem, Harry wykonał różdżką łagodny ruch, butelka zawisła przez chwilę nieruchomo, a potem powoli opadła na szklany blat.

Bomba, pomyślał, to jest to. Różdżka była po prostu świetna. Niezwykle czuła i precyzyjna przy prawie zerowym tłumieniu, cechy, które rzadko szły ze sobą w parze.

Sięgnął po mały kawałek pergaminu, zapakowany razem z różdżką. Nie znał greckiego alfabetu na tyle dobrze, żeby swobodnie czytać, ale zorientował się że jest to coś w rodzaju instrukcji obsługi, głównie wskazówki dotyczące czyszczenia i przechowywania. Na końcu mały dopisek głosił: "Substancja magiczna - stosina pióra Harpii".

Harry słyszał oczywiście o Harpiach, choć żadnej, ku swojemu szczęściu, dotąd nie spotkał. Miały ogromną, choć głównie destrukcyjną, magiczną moc. Różdżka z piórem Harpii musiała być niezwykle trudna do opanowania dla nowicjusza, jednak ekspertowi dawała olbrzymie możliwości.

Dzięki, Tonks, pomyślał Harry z wdzięcznością.

Do wieczora ćwiczył coraz to bardziej wyrafinowane zaklęcia i co chwila z radością stwierdzał, że niewiele zapomniał.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Harry Potter i koniec świata

Postautor: archiwalny » 17.02.08, 19:59

Khoraphakia, Kreta 14 VI 2010

Obudził się rano wypoczęty i rześki. Odkąd dwa tygodnie temu powziął decyzję o powrocie, przestały go dręczyć nocne koszmary, zaczął sypiać normalnie w łóżku, zamiast na fotelu w salonie. Zrobił sobie jajecznicę, i zabrał się do pakowania. Nie miał wielu rzeczy, a ze sobą brał tylko najpotrzebniejsze, więc nie zajęło mu to specjalnie dużo czasu. Na koniec delikatnie wyjął z ramki zdjęcie Luny, włożył do książki, żeby się nie pogniotło, wcisnął ją na spód podróżnej torby i uznał, że jest spakowany.

Zszedł na dół do miasteczka, powałęsał się trochę po wąskich uliczkach, pozdrawiany życzliwie przez mieszkańców, a potem zaszedł nad morze. Miał swoje ulubione miejsce, na wysokiej skale spadającej prawie pionowo do morza, gdzie często spędzał czas. Teraz też tam poszedł i próbował ułożyć sobie wszystko w głowie, obmyślić jakiś plan działania. Było już mocno po południu, gdy wrócił do Khoraphakia. Zjadł obiad w tawernie, a potem uznał że czas wracać do domu. Ale kiedy wyszedł z knajpki, nie skierował się na wzgórze, tylko pchnięty nagłym impulsem skręcił w boczną uliczkę, minął malutki targ i poszedł do niedużego, kamiennego domku. Już z daleka dostrzegł zwalistą sylwetkę starego Greka, siedzącego przed domem na drewnianym zydlu, z nieodłączną szklaneczką ouzo w dłoni.

- Kali spera, Iraklis - pozdrowił go Harry.

- Kali spera, Ioannis! - twarz mężczyzny rozciągnęła się w uśmiechu. - Co cię do mnie sprowadza, bracie? Czy przyszedłeś napić się ze starym Iraklisem?

- Przyszedłem się pożegnać, Iraklisie. Jutro wyjeżdżam... nie wiem czy kiedykolwiek tu wrócę.

Iraklis spoważniał. Powoli odstawił szklankę i spojrzał Harry'emu prosto w oczy.

- Źle ci było u nas, bracie?

- Dobrze było, przyjacielu! Lepiej niż gdziekolwiek! Okazaliście mi wiele serca. Nigdy się wam za to nie odwdzięczę!

- A jednak opuszczasz tę najpiękniejszą wyspę na świecie - Iraklis uśmiechnął się smutno. - Upiory z przeszłości powróciły?

- Zawsze były ze mną, Iraklisie - powiedział ponuro Harry. Iraklis pokiwał głową.

- Wiem, Ioannisie, wiem! A teraz wracasz, by się z nimi rozprawić... albo one rozprawią się z tobą.

- Właśnie tak, przyjacielu.

- Wracasz tam, gdzie się narodziły. Do Londynu, zgadłem?

Harry spojrzał zaskoczony na starego Greka.

- Dlaczego uważasz, że chcę wrócić do Londynu? Nie, jadę do kraju, do Berlina...

Iraklis pokręcił głową z uśmiechem.

- Jedziesz do kraju, Ioannisie, zgadza się. Ale nie do Niemiec. Do Anglii...

Harry poczuł że serce zaczyna mu bić coraz gwałtowniej. Patrzył na uśmiechniętą, pokrytą bruzdami twarz Greka, który leciutko kiwał głową jak człowiek wiedzący wszystko.

- Widzisz, bracie - mówił Iraklis tonem zupełnie innym, niż do tej pory - dla tutejszych mieszkańców możesz być Johannem Schulze. Nigdy wcześniej o tobie nie słyszeli i wszystko im było jedno, jak się nazywasz. Jeśli zaś chodzi o mnie - Grek uśmiechnął się lekko - nie mogłem nie zauważyć twojej, tak bardzo charakterystycznej, blizny... choć jest już znacznie słabsza niż przed laty, najwyraźniej zanika ci z wiekiem, i pomimo tego że nieudolnie zasłaniasz ją włosami. Któż z naszych nie słyszał o człowieku z blizną w kształcie błyskawicy?!

Harry skamieniał. Nie był w stanie wykrztusić ani jednego słowa.

- Tak, Harry Potterze, wiem kim jesteś. Wiem, przed czym uciekałeś i do czego teraz wracasz. Cóż, my Grecy więcej wiemy o Przeznaczeniu niźli ludzie Zachodu. Losy nas wszystkich zapisane są - Iraklis podniósł głowę - niektórzy mówią "w gwiazdach", choć gwiazdy nic do tego nie mają, ale jak zwał, tak zwał... zapisane są gdzieś tam, w miejscu którego nigdy nie przenikniemy rozumem.

Harry dalej milczał, wpatrując się w Iraklisa z niedowierzaniem.

- Już starożytni wiedzieli, że nie da się uciec przed przeznaczeniem. Ale w jednym się mylili. Nasze losy - przyszłe losy - nie są linią prostą. Rozgałęziają się i łączą w wielu miejscach. Nie da się uciec przed przeznaczeniem, ale od nas zależy, którą odnogą pójdziemy...

- Czy ty... - Harry wreszcie odzyskał mowę - czy ty jesteś...?

- Czy jestem czarodziejem? Tak, Ioannisie, jestem. Naprawdę sądziłeś - w oczach Greka zamigotały figlarne iskierki - że tylko Anglia ma monopol na podobne stwory?

- Ale nigdy nie dałeś po sobie poznać...

- Ioannisie, Ioannisie! Skoro postanowiłeś uciekać przed sobą samym, to cóż pozostało mi innego jak uszanować twą decyzję? Tak, nie było moją rolą przekonywać cię, że nie da się uciec od przeszłości. Musiałeś się o tym przekonać osobiście - Iraklis zamyślił się na chwilę. - Nie da się uciec przed samym sobą... Patrzę na ciebie, przyjacielu, a jakbym widział siebie. Też kiedyś miałem trzydzieści lat - a nawet mniej, choć wiem że trudno w to uwierzyć - też robiłem głupstwa, też uciekałem, też musiałem zmierzyć sie z tym, co mi było pisane...

Harry pokręcił tylko głową.

- Nie da się, bracie, uciec przed przeznaczeniem - kontynuował Grek. - Ale można wybrać jedną z wielu dróg... Choć czasami nie ma ich tak wiele, czasami są tylko dwie. Zapomniałeś o Przepowiedni, Ioannisie, ale ona przez to nie przestała obowiązywać. Ty albo on... nie ma innej drogi - Iraklis potrząsnął lekko głową.

- Nie zapomniałem o Przepowiedni - powiedział Harry - ale było mi wszystko jedno... Iraklisie, i ty przez te wszystkie lata wiedziałeś kim jestem, i...

- Jak myślisz, bracie - uśmiechnął się lekko Iraklis - dlaczego nikt przez pięć lat cię tu nie znalazł? Dlaczego żaden przypadkowy czarodziej - przecież kręci się ich wśród mugoli całe mnóstwo - nie rozpoznał twojej blizny? Wydaje ci się, że tak dobrze zatarłeś za sobą ślady? Owszem, faktycznie dobrze, ale tu na miejscu nie zadałeś sobie trudu, żeby się choć trochę ukryć. Jak sądzisz, dlaczego nikt cię nie znalazł?

- Czy to znaczy że ty... - zaczął z niedowierzaniem Harry.

- Cóż, mimo że jestem stary, to pochlebiam sobie, że moje zaklęcia są jeszcze zupełnie przyzwoite...

- Ty mnie chroniłeś..?!

- W pewnym sensie tak.

- Ale dlaczego? - wykrzyknął zdumiony Harry.

- Bo wiedziałem, że kiedyś przyjdzie taki dzień.... a przecież pamiętałem o Przepowiedni. Nie chciałem, żeby twoje losy podążyły złym odgałęzieniem, zanim będziesz mógł... i chciał, samodzielnie o nich zadecydować. Teraz stajesz na rozdrożu, ale robisz to świadomie. Wracaj do przeszłości, Harry Potterze! Wracaj i walcz z upiorami. Z tymi, które są tu - wskazał na głowę Harry'ego - i tymi na zewnątrz.

- Skąd wiedziałeś? - spytał Harry. - Przecież gdyby Hermiona mnie nie znalazła...

- Tak, gdyby pani Granger cię nie znalazła... Cóż, nie odbyło się to całkowicie bez mojego udziału. Mam nadzieję, że nie stracę przez to życzliwości, którą mnie darzysz. To było konieczne. Czasem, by kogoś otrzeźwić, trzeba uderzyć go mocno w twarz. Tak, to było konieczne, żeby w Ioannisie obudził się Harry Potter! - Iraklis zamyślił się na dłuższą chwilę.

- Skąd wiedziałem? W ciągu ostatnich paru lat kilkakrotnie odwiedzałem Grecję kontynentalną. Wyrocznia Delficka... Wy, ludzie Zachodu, naopowiadaliście na jej temat wiele głupstw - Iraklis pokręcił głową - tak, wiele głupstw... Ale Wyrocznia jest, żyje i działa. Jak przed wiekami, tak i teraz Pytia siedzi na swym trójnogu i udziela odpowiedzi na pytania... trudnych odpowiedzi na trudne pytania, bo łatwych pytań nikt Pytii nie zadaje. Stąd może przekonanie, że jej odpowiedzi są niejasne, niezrozumiałe i bezużyteczne. Jakże błędne przekonanie! Pytia się nie myli, tylko my często nie dopuszczamy do siebie prawdy - Iraklis westchnął ciężko. - Byłem kilka razy u Wyroczni. Zadałem pytania. Otrzymałem odpowiedzi.

- Jakie to były pytania i co ci odpowiedziała? - zapytał chciwie Harry.

- To były, Ioannisie, moje pytania i moje odpowiedzi. Każdy sam musi stanąć u Wyroczni, jeśli chce Poznać i Zobaczyć. Ale ty, Ioannisie - Iraklis pokręcił głową - nie zrozumiesz tego, co powie Pytia.

- Uważasz że zbyt słabo znam grecki? - spytał zdziwiony Harry.

- Doceniam trud jaki włożyłeś w nauczenie się naszej mowy - uśmiechnął się Iraklis - Zwłaszcza, że z tego co zauważyłem, dokonałeś tego bez użycia jakichkolwiek zaklęć. I władasz nią znakomicie. Ale Pytia przemawia w starożytnym języku, mowie wielkich bohaterów i wspaniałych władców z naszej pięknej przeszłości. My, greccy czarodzieje, uczymy się tej mowy w Akademii na świętej górze Olimp. Ale nie o to chodzi. Mógłbyś zrozumieć każde słowo z osobna, lecz nie pojmiesz treści. Mieszkasz u nas już kilka lat, ale byłeś, jesteś i będziesz człowiekiem Zachodu. Nie ma w twej duszy tego mistycyzmu, który przepełnia duszę helleńską. Nawet greccy mugole przed wiekami stawali u Wyroczni, by poznać prawdę. Teraz już nie stają, przyszedł do nas Zachód... - Iraklis urwał.

Harry milczał, oszołomiony przemową starca. To już nie był ten dawny, dobrodusznie uśmiechnięty Iraklis, z którym tyle razy pijał raki czy grywał w domino. Stary Grek mówił teraz jak wieszcz, biła z niego moc, której Harry nigdy wcześniej nie zauważał. Tysiące pytań cisnęło mu się na usta, ale wiedział że nie uzyska na nie odpowiedzi. Nie tu...

- Będę już szedł, przyjacielu - powiedział w końcu.

- Idź, Ioannisie. Idź i wróć do nas. Powodzenia, Harry Potterze! Życzę ci, by twe drogi były proste. Życzę ci, byś nie stawał za często wobec konieczności wyboru mniejszego zła. Życzę ci, byś umiał wybierać większe dobro. Walcz z upiorami, a kiedy je pokonasz i zdecydujesz, że w dalszym ciągu chcesz, aby tu był twój dom, wiedz, że przyjmiemy cię z otwartym sercem!

- Dziękuje, Iraklisie!

- Jeszcze jedno, Ioannisie. Jestem już stary i niewiele mogę, ale jeśli będziesz kiedyś potrzebował mojej pomocy, wiedz że Iraklis zawsze z nią pośpieszy!

- Efharisto, Iraklis! - powiedział z wdzięcznością Harry.

Iraklis wstał i chwycił Harry'ego w objęcia. Harry aż jęknął w potężnym uścisku. Kiedy Iraklis go puścił, Harry spostrzegł że stary Grek ma w oczach łzy.

- Powodzenia! Miej w sobie siłę mojego wielkiego imiennika! Łączy cię z nim wiele wspólnego. Podobnie jak on, swoje pierwsze zwycięstwo odniosłeś będąc niemowlęciem... - urwał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć i zrezygnował w ostatniej chwili.

- No, idź już! - powiedział lekko łamiącym się głosem, a potem obrócił się na pięcie i zniknął w mrocznym wnętrzu domu.

Harry ruszył powoli w stronę swego apartamentu. Gdy wszedł na wzgórze, zatrzymał się na moment. Patrzył na skąpaną w słońcu zatokę, utkaną punkcikami stateczków i jachtów, na przecinane cieniutkimi liniami dróg kamieniste pola półwyspu Akrotiri, na którego końcu wznosiło się posępne wzgórze Stavros, na majaczące hen, na horyzoncie, Góry Białe...

Czy wrócę tu kiedyś? spytał sam siebie. Rozsądek podpowiadał mu, że nie może specjalnie na to liczyć.

***

Stary Daskalojannis, zwany przez przyjaciół Iraklisem, wszedł powoli do małego, ciemnego pomieszczenia, używanego bardzo rzadko i tylko do specjalnych celów. Podszedł do wielkiego drewnianego kufra stojącego w kącie i zaczął powoli wyjmować jego zawartość, aż dotarł do tego, czego szukał: leżących na samym dnie, owiniętych pieczołowicie w pergamin glinianych tablic, pokrytych starożytnym kreteńskim pismem.

Bardzo ostrożnie wyjmował każdą z tablic, rozwijał z pergaminu, oczyszczał dmuchnięciem z kurzu i układał na stole. Kiedy wyjął już wszystkie dwadzieścia cztery tablice, usiadł przy stole i zaczął czytać.

Rytuał, który miał odprawić, był niezwykle skomplikowany i bardzo stary. Liczył prawie cztery tysiące lat, korzeniami sięgał w czasy, gdy Minos władał ze swojego pałacu w Knossos najwspanialszą cywilizacją, jaką znał ówczesny świat.

Świtało już, kiedy zakończył czary. Skrajnie zmęczony wychylił szklaneczkę ouzo i poszedł spać. Wiedział, że zaklęcia zadziałały, że starożytna magia jeszcze raz objawi swą moc.

I kiedy kilka godzin poźniej Harry Potter, znany jako Ioannis, opuścił Kretę, mieszkańcy Khoraphakia dalej widywali go na plaży, w sklepach czy na targowisku. Widywali go też ci, z myślą o których Iraklis odprawił swój rytuał. Dlatego w ślad za rejsowym samolotem greckich linii lotniczych nie podążyła w stronę Londynu sowa niosąca alarmującą wiadomość: "Harry Potter wyjechał z Krety!".
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Harry Potter i koniec świata

Postautor: archiwalny » 27.02.08, 18:58

Londyn, Wielka Brytania, 15 VI 2010

Samolot zatrzymał się przy akompaniamencie ryku silników, a potem powoli potoczył na stanowisko postojowe. Harry wyglądał przez bulaj, rozpoznając znajome zarysy budynków portu lotniczego Heathrow.

Odprawa poszła szybko. Przylatywał z Grecji, kraju członkowskiego Unii, więc nie musiał przechodzić procedur celnych czy pokazywać paszportu. Po dwudziestu minutach był na zewnątrz.

Jeszcze w Grecji zastanawiał się, gdzie zamieszkać. Sądząc po tym, czego dowiedział się od Hermiony i Tonks, wynajęcie pokoju nad Dziurawym Kotłem było raczej średnim pomysłem. Lepiej było nie włazić w oczy, komu nie trzeba. Dlatego ostatecznie zdecydował się zamieszkać w jakimś tanim hoteliku na przedmieściach. Poza tym co prawda miał sporo pieniędzy, ale były to wyłącznie mugolskie euro i funty. Kiedyś ich wymiana na galeony nie stanowiłaby problemu, ale Harry nie wiedział, jak jest teraz, zresztą w ten sposób niepotrzebnie zwróciłby na siebie uwagę. Kilkanaście galeonów, które zostały mu po ucieczce i których nie wyrzucił tylko przez zapomnienie, wystarczyłoby na okazjonalne wizyty w czarodziejskim świecie, ale nie na ciągłe przebywanie w nim.

Wśród mugoli czuł się też pewniej, choć wiedział, że to poczucie bezpieczeństwa jest iluzoryczne - dla Voldemorta i jego śmierciożerców nie stanowiło różnicy, gdzie mieszka ofiara. Liczył jednak na to, że jego przybycie do Anglii na pokładzie mugolskiego samolotu przejdzie niezauważone, no i pokładał nadzieję w swoim nowym wyglądzie. Dostarczony przez Tonks zestaw do charakteryzacji był naprawdę niezły, i Harry przeżywał wstrząs za każdym razem, kiedy z lustra patrzył na niego blondyn o kręconych włosach i bladoniebieskich oczach. Jedynie z blizną był pewien problem - nie dawało się jej zupełnie zamaskować, ale po dłuższych próbach ze szminkami, kredkami i pudrami Harry'emu udało się zmienić jej wygląd tak, że przypominała ślad po oparzeniu i trudno było się w niej doszukać charakterystycznego zarysu błyskawicy. Przy pomocy specjalnych wkładek, umieszczanych między dziąsłem a wargą, zmienił też zarys ust i doprawdy nie sposób było teraz dopatrzyć się w nim dawnego Harry'ego Pottera.

Tyle, że przybycie do Londynu stanowiło łatwiejszą część całego przedsięwzięcia. Im dłużej Harry nad tym myślał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że najzwyczajniej w świecie nie ma pojęcia, co dalej robić. Nauczył się na pamięć długiej listy adresów, którą przesłała mu Tonks, ale po tym, czego dowiedział się od aurorki, nie miał większych złudzeń, że do czegokolwiek mu się ona przyda.

Zresztą, nawet gdyby kogoś odnalazł, to niewiele by mu z tego przyszło. Jako John Smith nikomu nie był znany, i Harry nie miał złudzeń, że ktokolwiek zacznie wyjawiać sekrety, a zwłaszcza miejsca pobytu ukrywających się przyjaciół, zupełnie obcemu facetowi. Musiałby się ujawnić, a im bardziej się na tym zastanawiał, tym bardziej dochodził do smutnej konkluzji, że nikomu nie może ufać. Nikomu poza Hermioną i ostatecznie Weasleyami, skoro dziewczyna mówiła, że są razem z nią. Mimo to, bardziej dla świętego spokoju, postanowił sprawdzić wszystkie adresy.

Złapał taksówkę, zajął pokój w tanim, choć całkiem przyjemnym hoteliku niedaleko stacji metra, zjadł obiad, a potem postanowił zacząć od pojechania na Pokątną. Miał nadzieję, że uda mu się trochę rozejrzeć bez wzbudzania nadmiernego zainteresowania. Może też da się kogoś dyskretnie wybadać w Dziurawym Kotle? Wsiadł w metro, bo wolał unikać teleportacji, i po pół godzinie stał przed niewidocznymi dla mugoli drzwiami do pubu. Zawahał się przez moment, a potem pchnął drewniane drzwi i wszedł do środka.

Wnętrze nie zmieniło się przez ostatnie pięć lat. Te same ławy, ten sam szynkwas, który rozwalił kiedyś w przypływie szału, ta sama oszklona etażerka z ozdobnymi glinianymi kuflami, w którą wmontował Longbottoma. Tylko za barem, zamiast starego Toma, zobaczył młodego mężczyznę o grubym karku, krótkich, obciętych na zapałkę blond włosach i aroganckim wyrazie twarzy. Nosił ciemną szatę z wyszytym srebrną nicią emblematem, przedstawiającym dwie skrzyżowane różdżki. Harry postanowił zacząć od dyskretnego wysondowania barmana.

- Ognistą z lodem - mruknął, rzucając na ladę garść sykli.

Barman obrzucił go taksującym spojrzeniem, wyjął spod baru szklankę z grubego szkła, wsypał lód i nalał whisky.

- Pan to chyba nieczęsto u nas bywa? - spytał podejrzliwie. - Nie przypominam sobie...

- Ostatnio faktycznie tu rzadko zachodziłem - wyjaśnił Harry, biorąc szklankę - ale dawniej... - urwał, mając na końcu języka słowa "wyprawiałem u was niezgorsze imprezki". Przyznawanie się do wyczynów Harry'ego Pottera nie było najroztropniejsze w sytuacji, gdy chciał uchodzić za kogoś innego. - ... czasami tu wpadałem - dokończył po sekundowej przerwie. - Stary Tom znał mnie dobrze. A co tam u niego? Emeryturka?

Barman zmierzył Harry'ego lodowatym spojrzeniem.

- Nie wie pan? - spytał - To ja może panu wyjaśnię. Poprzedni właściciel tego lokalu okazał się wrogiem ludu i został zesłany do Azkabanu. Tam, gdzie jest miejsce dla takich jak on mętów i śmieci, wrogów Czystej Krwi, zaplutych karłów, kolesiów szlam i mugoli.

- Tom, do Azkabanu!? - wykrzyknął Harry - To chyba jakaś pomyłka, Tom był zawsze...

- Sędziowe śledczy jakoś nie mieli w tej sprawie wątpliwości - wycedził powoli barman. - I pan też by nie miał, gdyby pan wiedział, jakie przestępstwo on popełnił. Mam nadzieję, że by pan nie miał - dodał z szyderczym uśmieszkiem.

- A jakie? - spytał Harry tonem, który, miał nadzieje, wyrażał jedynie niewinne zainteresowanie.

- Nie uwierzy pan - ton barmana był coraz złośliwszy. - Udzielił w swoim zajeździe schronienia poszukiwanemu przez prawo przestępcy, niejakiemu Williamowi Weasleyowi!

Harry poczuł się tak, jakby go rąbnięto prosto między oczy.

- Billowi? - wykrzyknął. Przypomniał sobie słowa Hermiony: "Billa dopadli dwa miesiące temu".

Barman spojrzał ostro.

- "Billowi"? - spytał - To jakiś pana znajomy?

- Eeee, nie... zaraz tam znajomy... spotkałem go kiedyś, pracowałem trochę dla Gringotta...

Barman popatrzył na Harry'ego podejrzliwie.

- Dziwnie żywiołowo zareagował pan na wzmiankę o nim - powiedział z przekąsem.

- No, bo się bardzo zdziwiłem, rzecz jasna, że członek tak szanowanego rodu czystej krwi mógł okazać się wrogiem - mruknął Harry, wbijając wzrok w kontuar.

- To chyba nie jest dziwne, biorąc pod uwagę co wyprawia reszta tego, jak się pan raczył wyrazić, "szanowanego rodu" - mruknął barman zgryźliwie. - Ale choć jeden Weasley stara się... - urwał patrząc na Harry'ego uważnie. - Co pan tak pobladł? - spytał z nieudolną imitacją troski.

- Głowa mnie boli... zmęczony jestem.

- To może jeszcze kolejeczkę? - zaproponował barman, jako że Harry właśnie skończył swoją whisky.

- Tak, chętnie. I "Proroka" - mruknął Harry. Miał nieodparte wrażenie, że sondowanie barmana poszło nie do końca tak, jak powinno.

Z gazetą w jednej ręce i szklanką whisky w drugiej Harry poszedł do wolnego stolika w kącie. Nie zwrócił uwagi, że barman obrzucił salę badawczym spojrzeniem, a potem szybko zniknął na zapleczu.

Harry'ego uderzyło, że w pubie nie było zwykłego niegdyś gwaru, wszyscy siedzieli cicho, jakby przygaszeni, wbijając wzrok w swoje kufle. Usiadł za stołem i zaczął kartkować gazetę. Od razu zauważył, że szata graficzna pisma mocno się zmieniła. Tytuł "Prorok Codzienny" był teraz wydrukowany czerwonymi literami, agresywnym, stylizowanym gotykiem, a poniżej biegł szeroki napis, najwyraźniej motto gazety: "Jeden Naród, Jeden Minister, Jedna Magia". Z prawej strony widniał ten sam symbol skrzyżowanych różdżek, który zauważył na szacie barmana.

Jeszcze bardziej zdumiała go zawartość.

Zaraz na pierwszej stronie dostrzegł olbrzymie, ruchome zdjęcie Lucjusza Malfoya. Czarodziej stał na mównicy, w długiej ciemnej szacie, z rozsypanymi na ramionach białymi włosami, i przemawiał. Za jego plecami wisiał rząd flag z symbolem skrzyżowanych różdżek. Podpis pod zdjęciem głosił:

"Czystej Krwi bronić będziemy jak niepodległości" - mówi Minister Magii.

Przemówienie zajmowało bite dwie strony i Harry'emu nie chciało się wszystkiego czytać. Szybko przekartkował gazetę. Na czwartej stronie przykuł jego uwagę duży tytuł:

Nowelizacja "Ustawy O Rejestracji Osób Pochodzenia Mugolskiego I Ochronie Czystej Krwi" przyjęta przez Ministerstwo.

Pośpiesznie przeleciał wzrokiem artykuł.

Minister Magii, Jego Ekscelencja Lucjusz Malfoy, zaaprobował projekt nowelizacji "Ustawy O Rejestracji Osób Pochodzenia Mugolskiego I Ochronie Czystej Krwi", która w związku z tym wchodzi w życie od przyszłego poniedziałku... Zgodnie z ustawą, rejestracji podlegają teraz, oprócz osób o mugolskim pochodzeniu, także wszyscy ci, którzy mają nie więcej niż pięćdziesiąt procent Czystej Krwi... Przypominamy, że osoby podlegające rygorom ustawy nie mogą, bez zgody właściwej miejscowo komórki Urzędu Ochrony Magii, zmieniać miejsca pracy, zamieszkania, ani wchodzić w związki małżeńskie...

Dzwi od zaplecza otworzyły się nagle i do pubu weszło trzech młodych czarodziejów. Ubrani byli jednakowo, w długie, brunatne szaty ze srebrnymi lamowaniami. Na piersiach przyczepione mieli srebrne plakietki ze skrzyżowanymi różdżkami i napisem "Strażnik Czystej Krwi". Towarzyszył im barman, pokazując w kąt, w którym siedział Harry i coś szepcząc.

Na widok mężczyzn i tak nieliczne rozmowy ucichły jak ucięte nożem. Wszyscy spuścili głowy, starając się jak najmniej zwracać na siebie uwagę. Strażnicy skierowali się w stronę Harry'ego. Dwóch zostało nieco z tyłu, celując weń długimi różdżkami, które wprawne oko byłego aurora rozpoznało jako różdżki bojowe, znakomite do miotania zaklęć obezwładniających. Trzeci, nieco starszy, podszedł bliżej, pilnując, by nie znaleźć się na jednej linii pomiędzy Harrym a swoimi kolegami. Nie ulegało wątpliwości, że jest tu dowódcą.

- Ręce na kark! Nie ruszać się! - powiedział ostro. Harry powoli podniósł ręce. Cholera, dałem się podejść jak żółtodziób, pomyślał ze złością.

- Imię, nazwisko, krew?! - warknął Strażnik.

- John Smith. Nie bardzo rozumiem, o co chodzi z tą krwią...

- Żarty sobie robisz, gnojku?! - warknął dowódca, a potem uderzył Harry'ego pięścią w twarz. Cios był silny, Harry poczuł w ustach mdły smak krwi. Spojrzał Strażnikowi prosto w oczy.

- Żadnego zaklęcia nie potrafisz rzucić rzucić, prostaku? - spytał powoli. - Spało się na szkoleniach, prawda?

Strażnik uśmiechnął się zimno i uderzył Harry'ego jeszcze raz, z drugiej strony.

- Potrafię, potrafię... Ale przypieprzyć osobiście to dużo większa frajda! Chcesz jeszcze raz?

- Bo się zasapiesz...

Tym razem cios był zadany łokciem. Potężne uderzenie, z półobrotu, tuż nad uchem. Harry musiał złapać się za krawędź stołu, by nie spaść z ławy. Przed oczami zatańczyły mu kolorowe plamy.

- Mówiłem, ręce na kark, gnoju! - warknął Strażnik. Harry ponownie uniósł ręce. Dowódca roześmiał się cicho.

- John - pokazał na stojącego z wyciągniętą różdżką Strażnika - wczoraj uczył się Avady. Aż się pali, żeby wykorzystać nowe umiejętności w praktyce... Więc łapska na kark, albo uznam to za próbę ucieczki! Pytałem, jaką masz krew?!

- Jak ostatnio patrzyłem, była czerwona - warknął Harry.

- No niemożliwe... Naprawdę? - spytał złowieszczo Strażnik, a potem jednym potężnym kopnięciem zwalił Harry'ego na podłogę. Harry spróbował się podnieść, ale wówczas spadł na niego grad kopniaków. Skulił się, chroniąc głowę w ramionach. Strażnicy kopali beznamiętnie, fachowo i metodycznie, zmieniając się co chwila. Trwało to dłuższy czas.

- Wstawaj, gnoju! - warknął wreszcie dowódca. Harry podniósł się powoli. Kręciło mu się w głowie, krew z rozciętego łuku brwiowego zalewała oko. W prawym boku czuł ostry ból. Językiem wymacał w ustach coś dziwnego, jakiś luźny, twardy przedmiot. Ząb.

- Ręce na kark! - warknął dowódca. - Ted, obszukaj palanta!

Jeden z dwójki młodszych Strażników schował różdżkę i zaczął metodycznie przetrząsać Harry'emu kieszenie, wykładając ich zawartość na stół.

- Mugolski paszport... John Smith, tak jak mówił, zgadza się... jakieś mugolskie pieniądze... oprócz tego trzy galeony i jakieś drobniaki... jeszcze takie małe gówno - rzucił na stół kartę kredytową - no i różdżka. Nie ma żadnych papierów, szefie. Ani zaświadczenia o czystości krwi, ani identyfikatora, nic.

- Pewnie pieprzona szlama - uśmiechnął się szeroko dowódca. - Lubię łapać pieprzone, niezarejestrowane szlamy. To robi dobre wrażenie na przełożonych. Pokaż tę różdżkę, Sam, obejrzymy ją sobie.

Wyciągnął z kieszeni szaty długą, metalową tuleję i wetknął do niej różdżkę Harry'ego. Tuleja rozjarzyła się na czerwono i zaczęła cicho popiskiwać.

- Noooo, to mamy niezarejestrowaną różdżkę - wycedził dowódca, odkładając różdżkę Harry'ego na stół. - Paragraf szesnasty ustawy o instrumentach magicznych. Pięć lat Azkabanu. I parę razy w pysk, ale to poza protokołem.

- Co z nim robimy, szefie? - zapytał trzeci ze Strażników, ciągle mierząc w Harry'ego różdżką.

- To co zwykle. Na posterunek gnoja, tam z nim potańcują... Szkoda, że nie my. Ale my już swoją uciechę mieliśmy, trzeba coś zostawić dla innych, prawda, szlamo? - spojrzał na Harry'ego.

- Pieprz się! - wymamrotał Harry.

- Uuuuuu, szlama się jeszcze stawia - pokręcił głową dowódca. - A ja nie lubię stawiających się szlam. John, trzaśnij go, z łaski swojej. Tylko nie Avadą, jeśli można prosić.

Na twarzy Johna widać było rozczarowanie, najwyraźniej miał dużą ochotę właśnie na Avadę. Ścisnął mocniej różdżkę.

- Drętwota...

Zanim Strażnik zdołał wypowiedzieć ostatnią sylabę zaklęcia, Harry wykonał błyskawiczny, szybki jak mgnienie oka, ruch ręką. Coś w rodzaju połprzeźroczystej, błekitnej przegrody pojawiło się pomiędzy nim i Strażnikami. Z różdżki Strażnika wytrysnął zielony promień, uderzył w przegrodę i odbił od niej, rozszczepiając się na kilka mniejszych.

Dowódca oberwał najmocniej. Trzy promienie trafiły go w pierś i odrzuciły do tyłu. Przeleciał w powietrzu kilka stóp i uderzył plecami w masywną drewnianą ławę. Przeraźliwe chrupnięcie łamanego kręgosłupa słychać było chyba nawet na ulicy.

Drugi ze Strażników - ten który rewidował Harry'ego - dostał pojedyncze trafienie. Rozłożył ręce i runął z łoskotem na drewnianą podłogę.

Trzeci uniknął ciosu. Przez chwilę stał zupełnie nieruchomo, z wyrazem osłupienia na twarzy. Ale tylko przez chwilę.

- Avada Kedavra! - wrzasnął. Zielony promień pomknął w stronę Harry'ego. Ten rzucił się na ziemię, czując falę gorąca, gdy zaklęcie przeszło mu tuż nad głową.

- Avada Kedavra! - krzyknął znów Strażnik. Harry przetoczył się błyskawicznie pod stół, zaklęcie trafiło w miejsce w którym przed chwilą leżał, wypalając czarny, dymiący krąg w drewnianej podłodze.

Muszę mieć różdżkę, pomyślał rozpaczliwie. Jego własna leżała na stole, całkowicie poza jego zasięgiem. Przesunął się pod stołem w stronę bezwładnego ciała drugiego ze Strażników.

- Avada Kedavra! - tym razem zaklęcie uderzyło w ławę, niespełna dziesięć cali od głowy Harry'ego, rozszczepiając deskę na kawałki i obsypując go deszczem tlących się wiórów. Cofnął się pod stół.

- Nie uciekniesz, przeklęta szlamo - krzyknął Strażnik. Cofnął się kilka kroków i wycelował różdżką pod stół, pod którym chronił się Harry.

- Avada Kedavra!

Harry rzucił się do przodu, mijając się zaledwie o kilka cali z zielonym promieniem.

- Avada Kedavra!

Długo on jeszcze może, pomyślał rozpaczliwie Harry, nurkując pod kolejny stół. Był już niedaleko leżącego na podłodze, bezwładnego ciała Strażnika. Z jego kieszeni wystawała różdżka.

- Avada Kedavra!

Znowu błysk. Fala gorąca. Jeszcze jeden skok.

- Avada Kedavra!

Trzask zaklęcia uderzającego w drewno. Mdły zapach spalenizny. Ktoś krzyczy w panice...

- Avada Kedavra!

Stół. Ława. Zielony błysk! Kolejna eksplozja, tuż obok głowy...

- Avada Kedavra! Avada Kedavra! Avada Kedavra!

Teraz! pomyślał Harry.

Wyprysnął spod stołu w stronę leżącego Strażnika. Jeden długi skok... ale tym razem Harry źle wyliczył odległość. Znieruchomiał, rozciągnięty na podłodze, o kilka stóp od nieosiągalnej teraz różdżki. Bez żadnej osłony, bez możliwości ucieczki. Wiedział, że to już koniec. Powoli usiadł i spojrzał w twarz swojemu prześladowcy.

- Zginiesz, szlamo - powiedział powoli Strażnik. Miał oczy szaleńca.

Teleportować się, pomyślał rozpaczliwie Harry. Ale wiedział, że nic z tego, nie zdąży się skoncentrować, za bardzo jest rozdygotany i rozbity. Spojrzał na stojącą za plecami Strażnika drewnianą ławę...

- Zaraz cię wykończę - mówił Strażnik - Teraz nie uciekniesz. Nie schowasz się pod stół. Nie odbijesz Avady...

Harry nie odpowiedział. Wpatrywał się intensywnie w jeden punkt. Strażnik nie zwrócił na to uwagi.

- Zaraz zdechniesz... myślałeś, że taki cwany jesteś? Że jesteś lepszy od Strażników? - mówił powoli. Ściągnięte w grymasie wargi odsłoniły krzywe, żółte zęby. Napawał się własnym triumfem. - Boisz, się prawda? Boisz się umierać, śmierdząca szlamo? Powiedz, że się boisz...

Harry dalej wpatrywał się intensywnie, nie mrugając, w ten sam punkt. Mamrotał coś pod nosem.

- Tak, mów paciorek, szlamo, tylko to jeszcze możesz zrobić...

Ciężka ława powoli oderwała się od podłogi i zaczęła unosić w powietrzu.

- Zatłukę cię, bydlaku, psy będą żreć twoje ścierwo, szlamo przeklęta, powiedz że się boisz...

Ława unosiła się już na wysokości głowy Strażnika.

- Zaraz zdechniesz... Na co się tak gapisz? - spytał podejrzliwie i nagle się obejrzał. Było jednak za późno. Ława wykonała w powietrzu gwałtowny obrót i rąbnęła Strażnika w twarz. Poleciał do tyłu, na stół, przewracając naczynia, i znieruchomiał. Ława z łomotem runęła na podłogę.

Harry powoli wstał. Kręciło mu się w głowie. Ze zdziwieniem zauważył, że pub jest prawie pusty, dopiero po chwili dotarło do niego, że wszyscy klienci siedzą pod stołami. W powietrzu wirował pył, na podłodze, ścianach i stołach widniały czarne, wypalone kręgi. Niektóre jeszcze leciutko dymiły.

Podszedł do swojego stołu, zebrał rzeczy porozrzucane przez rewidującego go Strażnika, dopił resztę whisky i skierował do wyjścia. W drzwiach obejrzał się.

- Miło było - rzucił przez ramię do stojącego za barem, skamieniałego ze strachu barmana. A potem wyszedł na ulicę i wmieszał się w tłum mugoli, starając się nie zauważać ich przerażonych spojrzeń. Muszę ciekawie wyglądać, pomyślał.

***

Faktycznie ciekawie, mruknął do siebie z mimowolnym podziwem czterdzieści minut później, oglądając się w lustrze w swojej łazience. Jedno oko ledwo widoczne spod potężnej opuchlizny, rozcięty łuk brwiowy, wielka, spuchnięta warga, włosy pozlepiane krwią. Super. Do tego jeszcze siniaki na całym ciele, ze szczególnym uwzględnieniem obu boków. No i ten ostry ból z prawej strony przy każdym gwałtowniejszym poruszeniu. Żebro? Cholera, jak do jutra nie przejdzie, to trzeba się będzie wybrać do mugolskiego lekarza. Ząb też by się przydało wstawić, ale to może poczekać.

Ale z ciebie rzadki geniusz, Potter, pomyślał ponuro. To było to twoje "dyskretne zorientowanie się w sytuacji". Faktycznie, dyskretniej się już nie dało! Można było od razu wparować do siedziby Ministerstwa i krzyknąć "cześć chłopaki, to ja, gońcie mnie!", na jedno by wyszło.

Może się już skończyłem jako agent? Może już się nie nadaję? Tak, tak, Potter, planować własnych operacji nigdy nie potrafiłeś, zawsze szedłeś na żywioł, tyle że byłeś o te parę lat młodszy. Pięć lat poza Firmą robi swoje, nie mówiąc już o greckim przemyśle spirytusowym. Refleks coś nie ten. No i zawsze miałeś pod ręką Rona i Hermionę, którzy pilnowali żebyś nie przesadził i wyciągali cię za uszy z kłopotów. Pamiętasz Johannesburg? Pamiętasz Afganistan? Pamiętasz Irak..? A teraz Hermiona nie wiadomo gdzie, a Rona nie ma wcale...

No, nie jest tak źle, pocieszył się. Ze Strażnikami sobie poradziłem zupełnie zgrabnie. Sam przeciwko trzem, bez różdżki. Szkoda, że zaczynam działać efektywnie dopiero w sytuacjach podbramkowych. Może byś, Potter, chociaż raz w życiu najpierw pomyślał, a potem coś robił...
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Harry Potter i koniec świata

Postautor: archiwalny » 10.05.08, 16:24

Londyn, Kwatera Główna Strażników Czystej Krwi 16 VI 2010

Gabinet był nieduży, prawie kwadratowy, wyłożony ciemną boazerią z kilku gatunków drewna. Na jednej ze ścian wysokie, łukowato sklepione okno zasłonięte było do połowy ciężkimi kotarami. Po drugiej stronie, na przeciw okna, stały trzy kominki. Duże, złocone litery nad pierwszym z nich głosiły "MINISTER", nad drugim "LINIA OGÓLNA", a nad trzecim kominkiem nie było żadnego napisu, tylko wykuty w kamieniu znak przedstawiający ludzką czaszkę. Wysoki sufit z drewnianymi kasetonami ozdabiały główki goblinów, wyrzeźbione w smoczej kości. Panował półmrok, rozpraszany jedynie przez stojącą na masywnym, mahoniowym biurku lampkę, rzucającą wąski krąg światła na zasłany pergaminami blat. Nad biurkiem wisiało duże, ruchome zdjęcie ministra Malfoya.

Zapukano do drzwi. Komendant Strażników Czystej Krwi podniósł głowę znad papierów.

- Wejść! - powiedział krótko. W drzwiach pojawił się jego zastępca, wysoki, krótko ostrzyżony brunet. Stanął na środku gabinetu, wyprężył się służbiście i uniósł prawą rękę w powitalnym geście.

- Czysta Krew! Wzywał mnie pan, panie komendancie?

Komendant niedbale uniósł dłoń.

- Czysta, czysta... Tak, wzywałem was, Flint. Spocznijcie, proszę - skinieniem głowy wskazał zastępcy krzesło. Ten usiadł sztywno. Czuł, jak zawsze, skrępowanie w obecności swego szefa, nie radził sobie z jego niedbałą nonszalancją, cechującą stare, szanowane rody (choć ród komendanta nie jest już teraz tak bardzo szanowany, pomyślał zgryźliwie, tylu zdrajców Czystej Krwi z niego wyszło...) i z łagodną uprzejmością, spod której wyzierała zawsze lekka pogarda dla gorszych od siebie. Wiedział, że komendant jest człowiekiem o przenikliwym umyśle, a swoje własne możliwości intelektualne znał i oceniał realistycznie. Gdyby nie polityczne koneksje, nigdy nie został by zastępcą tego człowieka.

- Przeczytajcie sobie ten raport, Flint - powiedział komendant, podsuwając zastępcy jakiś pergamin. Przez chwilę w gabinecie panowała cisza, przerywana tylko szelestem papieru. Wreszcie zastępca skończył lekturę, odłożył pergamin na biurko i spojrzał wyczekująco na szefa.

- No i co o tym myślicie? - spytał komendant.

- No cóż, panie komendancie - zaczął ostrożnie zastępca - mimo wzmożonych wysiłków naszych Strażników, tu i ówdzie trafi się jeszcze jakaś niezarejestrowana szlama czy nieczysty... Dowódca tego patrolu poległ na służbie, trzeba to jakoś wynagrodzić jego rodzinie. Może powinien dostać pośmiertnie order Obrońcy Czystej Krwi Trzeciej Klasy? Jak pan uważa, panie komendancie?

Merlinie, ratuj! pomyślał komendant.

- Jak dla mnie - powiedział łagodnie - to on powinien dostać order Skończonego Bałwana Pierwszej Klasy, bo o tak nieudolnie przeprowadzonym zatrzymaniu... próbie zatrzymania... to ja jeszcze nie słyszałem. Choć nie mogę wykluczyć, że inne wyglądają podobnie, w końcu sam wiesz skąd rekrutujemy personel... Co on robił na szkoleniach?! Dlaczego nie zastosował wobec podejrzanego zaklęć krępujących? - komendant pokręcił głową z niesmakiem.

- Ale zostawmy tego świętej pamięci kretyna w spokoju. Skupcie się, Flint. Mówicie "jakaś szlama"? A co powiecie na to - komendant wziął raport, rozprostował i przez chwilę wodził po nim palcem, szukając właściwego fragmentu. - O tu, posłuchajcie: "zatszymany wykonał ruh renkom, po kturem wyczarował takom jakby tarcze, po czem moje zaklencie siem odbiło, trafifszy w nas wszystkich tszech". Na Merlina, co za analfabeta! No ale pominąwszy specyficzny język tego raportu, sytuacja jest dość klarowna. Facet pozbawiony różdżki zasłania się ręką przed zaklęciem obezwładniającym, po czym następuje totalna rozpierducha, w wyniku której jeden z naszych ludzi ląduje ze złamanym kręgosłupem w parku sztywnych, a pozostałych dwóch u świętego Munga. Facet zaś spokojnie dopija ognistą i znika w tłumie. A wy mówicie "jakaś szlama"?

- Tak jest, panie komendancie! To znaczy, chciałem powiedzieć "nie"!

Komendant westchnął ciężko w duchu. Za co mnie pokarano tym kretynem? pomyślał smutno. Cóż, na układy nie ma rady. Jak na byłego gracza w quidditcha i tak jest dosyć bystry. I pracowity, tego nie można mu odmówić. Z powierzonych zadań wywiązuje się bez zarzutu, pod warunkiem że nie wymaga to od niego wykazania się własną inwencją...

- Flint, to nie jest "zwykła szlama". Nasi ludzie spieprzyli tę akcję, to prawda, niemniej mało kto potrafi odbić ręką zaklęcie obezwładniające. Tylko jedna grupa przychodzi mi na myśl - komendant urwał wyczekująco, ale ze strony swojego rozmówcy nie doczekał się niczego poza pełnym służbowej uległości spojrzeniem. Wzruszył lekko ramionami. Czegoś się po nim spodziewał? pomyślał. - Flint, to musiał być ktoś z byłego Wydziału Operacji Specjalnych!

- Niemożliwe?! - zdziwił się zupełnie szczerze zastępca. Komendant po raz kolejny westchnął sobie w duchu. - Ale kto to mógł być?

- Celne pytanie, Flint! Kto to mógł być? No to popatrzmy sobie... - komendant sięgnął do szuflady biurka i po krótkich poszukiwaniach wyjął zwinięty w rulon pergamin. Rozprostował go na biurku, stawiając na nim ciężki, złocony przycisk do papieru, zwieńczony małą figurką domowego skrzata, całującego but dumnie wyprostowanego czarodzieja w długiej szacie i szpiczastej czapce. Mały podpis pod figurką głosił: "Wszelkie stworzenie wielbi Czystą Krew". Pergamin zapełniały wypisane w dwóch kolumnach nazwiska, z których większość przekreślona była grubą czerwoną krechą.

- Rysopis nie pasuje do nikogo... To mogło by wskazywać na Nymfadorę Tonks, ona potrafi zmieniać wygląd. Ale Tonks jest w Paryżu i prawie na pewno nie wróciła do Anglii. Więc to chyba nie ona. Może inni też potrafią... - komendant zamyślił się na moment. - Nie mamy pełnego dossier, ta przeklęta Granger zniszczyła prawie całą dokumentację, zanim przejęliśmy Wydział! Może większość z nich miała zdolności metamorfomagiczne? Może wszyscy? - komendant uderzył otwartą dłonią w pergamin.

- No nic, popatrzmy, kto nam jeszcze został. Ludlum... McLean... Le Carre... - palec komendanta przesuwał się powoli po pergaminie - Shacklebolt, Smith, Abbot, Chang, Weasleyowie, ta szlama Granger, Snape, Jordan, Lupin... no i oczywiście ten geniusz Longbottom - wargi komendanta wykrzywiły się pogardliwie. - To musi być ktoś z nich, Flint.

- A Potter? - spytał nieśmiało zastępca.

- Potter? Potter zapija się na śmierć na tej swojej Malcie, czy innym Cyprze! Podobno już co wieczór osiąga delirkę. Nawet Czarny Pan go sobie na razie odpuścił, są ważniejsze rzeczy niż ten pijaczyna... Niebawem zdechnie, udławiony własnymi rzygowinami, w jakiejś zawszonej izbie wytrzeźwień. Poza tym, nie ruszył się z domu, ostatni raport mam z wczoraj. Nie, Pottera sobie możemy darować. Kawy, Flint?

- Jeśli pan komendant będzie taki łaskawy, to z przyjemnością się napiję - wymamrotał nieśmiało zastępca. Komendant uśmiechnął sie lekceważąco.

- Skoro proponuję, to znaczy że będę - mruknął. Sięgnął ręką po leżący na brzegu biurka mały srebrny dzwoneczek ozdobiony ornamentem splecionych węży i potrząsnął energicznie. Dzwonek nie wydał z siebie żadnego słyszalnego dźwięku, ale gdzieś komuś musiało zadzwonić, bo po chwili przez małe drzwiczki w ścianie do gabinetu wsunął się przeraźliwie brudny, zgięty w służalczym pokłonie, skrzat.

- Jaźźźźnie paaan zzzzwoniłł? - spytał głosem, przypominającym skrzypienie nienasmarowanych zawiasów.

- Dwie kawy, Śmierdzielu. Z cukrem i śmietanką. Biegiem!!!

Choć wydawało się to niemożliwe, skrzat skłonił się jeszcze niżej, a potem wyszedł, a właściwie wyczołgał się, z gabinetu. Komendant potrząsnął głową.

- Jednej tylko rzeczy nie rozumiem, Flint. Jednej rzeczy... - umilkł i siedział zamyślony, a zastępca siedział nieruchomo, nie śmiąc mu przerywać.

- Wyobraźcie sobie, Flint, że jesteście jednym z nich - odezwał się wreszcie, a zastępca aż wzdrygnął się ze zgrozy na taką możliwość - Jesteście wyjętym spod prawa byłym aurorem, musicie się ukrywać... I nagle, ni stąd, ni zowąd, przychodzicie sobie do Dziurawego Kotła i wdajecie się w pogawędkę z barmanem. Przecież gdyby nie ta rozmowa, Johnson nie wezwałby patrolu... Dlaczego? Chodziło o to, żeby nas sprowokować? Chodziło o to, żeby patrol się pojawił? To miał być jakiś sygnał? Dla kogo? Coś się miało stać? Ale co? Może chodziło o odwrócenie naszej uwagi... - spytał z powątpiewaniem komendant. - Słuchajcie Flint, na wszelki wypadek trzeba sprawdzić wszystkich, którzy byli wtedy w pubie. Ale to chyba fałszywy trop... Ten człowiek zachował się tak, jakby nie zdawał sobie sprawy z sytuacji. Ale oni przecież wszyscy muszą sobie zdawać... - komendant pokręcił głową. - Nie rozumiem... A wy co o tym sądzicie, Flint?

Zastępca pomyślał, że takie zachowanie może wskazywać właśnie na Pottera, był przecież poza krajem przez długie lata. Ale nie powiedział tego głośno, nie chciał narazić się na kolejne pełne politowania spojrzenia przełożonego. Szczęśliwie konieczność udzielenia odpowiedzi została mu oszczędzona, bo w gabinecie pojawił się Śmierdziel, niosąc tacę z dwiema parującymi filiżankami kawy, cukiernicą i dzbanuszkiem ze śmietanką. Postawił wszystko na brzeżku biurka i skłonił się nisko. Komendant wymierzył mu w podzięce szybkie, celne kopnięcie, po którym skrzat, kwicząc przeraźliwie, wylądował pod ścianą.

- Spieprzaj! - rzucił komendant. Skrzat zerwał się na nogi i mrucząc pod nosem "jaźźźźnie paan zaaawżżże taaaki łazzzkawy" zniknął za swoimi drzwiczkami.

- Tak, to jest dziwne - kontynuował komendant, mieszając kawę - Nie podoba mi się. Coś zaczęli kombinować. Do tej pory był spokój... Flint, trzeba tego gnojka dorwać za wszelką cenę. Za wszelką!!! Musimy wiedzieć, co knują...

- Panie komendancie, zaraz każę podwoić liczbę patroli na Pokątnej i w Hogsmeade! - powiedział energicznie zastępca. Wreszcie rozmowa zeszła na tereny, na których czuł się pewnie. - Wprowadzimy stan gotowości B, trzeba odwołać ludzi z urlopów, zmienimy grafik służb, mieszkających dalej należy skoszarować, zaraz przygotuje odpowiednie zarządzenie...

- Flint, poczekajcie chwilę, z łaski swojej! Tak, trzeba wezwać ludzi, skasować urlopy... Ale nie podwoimy patroli na Pokątnej i w Hogsmeade. Wręcz przeciwnie, odwołamy wszystkie...

- Panie komendancie!!! - zawołał ze zgrozą zastępca. Ten człowiek ma oryginalne poczucie humoru, pomyślał. - Patrole na Pokątnej i w Hogsmeade są absolutnie niezbędne! Tylko wczoraj stwierdzono dwa przypadki użycia niezarejestrowanej różdżki, schwytano wichrzyciela podburzającego przeciwko idei Czystej Krwi, ujęto...

Komendant uśmiechnął się lekko.

- Flint, musicie nauczyć się wreszcie odróżniać rzeczy ważne od rzeczy pozornie ważnych. Nie łapiemy płotek. Szykujemy się na grubą rybę! Płotkami można się bawić wtedy, gdy w stawie nie ma nic godnego uwagi. Co mnie obchodzi jakaś niezarejestrowana różdżka! Nie dziś, to za miesiąc dorwiemy jej właściciela - komendant znów zamyślił się na dłuższą chwilę. - Ten, którego szukamy, nie mieszka na Pokątnej. Musiałby być głupcem... Nawet jeśli faktycznie wcześniej nie zdawał sobie sprawy z sytuacji, to teraz już ją zna. Nie, Flint, on mieszka w mugolskim Londynie. Stawiam galeony przeciwko orzechom, że tam go musimy szukać.

- Ale jak go dostaniemy, panie komendancie?

- Czarodzieje są leniwi... Pomyślcie, czy chciałoby się wam tracić godziny w mugolskim metrze, autobusach czy taksówkach, skoro możecie się teleportować? Tak, ja wiem, że on wie, że nie powinien tego robić. I przez pierwszy dzień, drugi, trzeci... może tydzień... będzie teleportacji unikać. Ale im dłużej będzie na wolności, tym bardziej będzie się czuł bezkarny. Będzie sobie myślał: "po co mam się tłuc na drugi koniec Londynu metrem, skoro mogę się teleportować w ułamku sekundy. Przecież te patałachy i tak mnie nie złapią". Tak, Flint. Dajmy mu trochę czasu. Dajmy mu trochę swobody. Poczekajmy, aż zacznie robić błędy... Ilu Czujących mamy do dyspozycji?

Zastępca myślał przez chwilę ze skupionym wyrazem twarzy.

- Aktualnie dwudziestu pięciu. Było dwudziestu siedmiu, ale jeden zmarł, a drugi leży w szpitalu. Zapalenie płuc...

Ten człowiek nie jest zupełnie bezużyteczny, pomyślał komendant, liczbami rzuca niczym mugolski komputer. Komendant nigdy wprawdzie nie widział komputera, ale wyobrażał go sobie jako potężną maszynę mielącą w swych trzewiach setki i tysiące liczb (powinien temu towarzyszyć ogłuszający łoskot) i wypluwającą te przydatne.

- A ilu zarejestrowanych czarodziejów mieszka w Londynie wśród mugoli? - spytał. Zastępca nieco się stropił.

- Eee, nie potrafię z pamięci podać dokładnej liczby, panie komendancie, ale będzie między 8750 a 8800.

- Wystarczy mi taka dokładność, Flint - powiedział łagodnie komendant. - Prawie dziewięć tysięcy... Trochę dużo. Czujący nic nie zdziałają przy takich zakłóceniach. Trzeba wysłać do wszystkich sowy. Całkowity zakaz teleportacji od - spojrzał na kalendarz - dzisiaj mamy środę, dajmy mu trochę czasu... powiedzmy, od niedzieli. Do odwołania. Wyczyścimy Czującym przedpole.

- Panie komendancie, ludziom się to nie spodoba - zaprotestował zastępca.

- Ludzie muszą być świadomi, że zwycięstwo idei Czystej Krwi wymaga wyrzeczeń! Powołajcie się na jakąś podstawę prawną... powiedzmy - komendant urwał na chwilę - paragraf dziewiąty Ustawy O Stanie Wyższej Konieczności.

- Ale... chyba nie ma takiej ustawy - powiedział nieśmiało zastępca.

- Jest to wielce prawdopodobne - zgodził się komendant. - Za to jaka ładna nazwa. Ale możecie wymyślić coś innego, ja nie jestem drobiazgowy. Ważne, żeby sowy wyleciały jak najszybciej. No i trzeba ich postraszyć jakimiś sankcjami. Na przykład rok Azkabanu. To ich powinno przekonać, Azkaban zawsze miał dużą moc przekonywania - komendant uśmiechnął się złośliwie.

- Tak jest, panie komendancie. Zaraz wydam stosowne dyspozycje - zastępca wyjął pergamin, pióro i zaczął pośpiesznie notować.

- Od niedzieli chcę mieć wszystkich Czujących na patrolach! Wszystkich! Osiemnaście godzin służby, sześć na sen. Do odwołania. Aż go nie zlokalizujemy. Nadgodziny zapłacimy według najwyższej stawki, trzeba dbać o ludzi. Zabrać premie personelowi biurowemu, podobno mają być jakieś cięcia w budżecie, Malfoy sam podcina gałąź... - urwał. Wygłaszanie takich komentarzy w obecności zastępcy nie było roztropne.

- W każdym patrolu ma być jeden Czujący i dwóch Strażników. Na Merlina, przynajmniej jeden PIŚMIENNY! Każdy patrol powinien posiadać co najmniej trzy nietoperze... muszę przyznać, że pomysł tej młodej Zeller był świetny, nietoperze latem są lepsze od sów, szkoda że na razie mamy ich tak niewiele... - komendant znowu zamyślił się, a potem wstał i podszedł do ściany. Jeden ruch różdżką i z góry spłynęła wielka mapa mugolskiego Londynu.

- Mamy za mało Czujących, żeby od razu ustawić sieć. Gdybyśmy mogli, wystarczyła by nam jedna teleportacja... Mówi się trudno. Trzeba ich rozrzucić po całym Londynie. Któryś wyczuje wibracje - komendant zamyślił się na moment. - Ale nie pójdziemy za pojedynczą aportacją lub deportacją. Poczekamy na kilka - powiedzmy trzy - w jednym obszarze. Duża szansa, że zlokalizujemy w ten sposób rejon, w którym mieszka. I wtedy ustawimy tam sieć! - komendant uśmiechnął się szeroko.

- Dorwiemy go, Flint - powiedział miękko. - Może za tydzień, może za dwa, może jeszcze później... Ale w końcu go dorwiemy, a wtedy pożałuje, że go matka wydała na świat! Możecie odejść. Czysta Krew!

***

tyle na razie... reszta się pisze.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Harry Potter i koniec świata

Postautor: archiwalny » 21.06.08, 21:00

Londyn, 17 VI 2010

Harry z ulgą wysiadł z rozpalonego i dusznego pudła autobusu. Rozejrzał się, a potem zdecydowanym krokiem ruszył ulicą. Znajdował się w eleganckiej willowej dzielnicy, zabudowanej pochodzącymi z początków dwudziestego wieku domami.

Prawie cały poprzedni dzień przeleżał w łóżku. Czuł się paskudnie, bolały go wszystkie kości, kłuło w boku przy gwałtowniejszych ruchach, pulsowało w głowie. Po południu zebrał się z trudem i poszedł do mugolskiego lekarza. Lekarz uniósł nieco brwi, gdy Harry zdjął koszulę i pokazał mu swój posiniaczony tors, ale bez większych oporów kupił historyjkę o trzech wyrostkach, którzy zaatakowali Harry'ego w metrze. Nie takie rzeczy widywali londyńscy lekarze.

Prześwietlenie wykazało, że żebra są na szczęście całe, co zdecydowanie poprawiło Harry'emu humor. Pod wieczór zmusił się, żeby coś zjeść, a następnego dnia uznał, że już dość leniuchowania.

Nie był pewien, na ile precyzyjnie pozostali przy życiu Strażnicy będą w stanie opisać jego wygląd, skorzystał więc z otrzymanej od Tonks walizeczki i zmienił kolor włosów na brązowy, a oczu na szary. Zmodyfikował poza tym kształt ust, a na koniec przykleił sobie wąsy. Przy okazji zamaskował też, przynajmniej częściowo, imponujące sińce jakie miał na twarzy, dzięki czemu istniała szansa, że ludzie nie będą przed nim uciekać z krzykiem. Był teraz mało podobny do zdjęcia w paszporcie, ale Anglia - przynajmniej mugolska - była póki co wolnym krajem i nie trzeba było na każdym kroku pokazywać dokumentów.

Zupełnie inna sytuacja, jak miał się okazję przekonać, panowała w magicznym świecie i Harry zdawał sobie sprawę z tego, że bez dobrych papierów nie bardzo ma się po co tam zapuszczać. Dlatego też, choć z lekką obawą, pojechał pod jeden z otrzymanych od Tonks adresów. Bez większych problemów odnalazł właściwy dom i zadzwonił do furtki. Trwało dłuższą chwilę, nim drzwi uchyliły się lekko i wyjrzała przez nie głowa starszego, sprawiającego nieco niechlujne wrażenie mężczyzny.

- Słucham? - spytał nieufnie, lekko niewyraźnym, bełkotliwym głosem, z charakterystycznym akcentem londyńskich przedmieść o nie najlepszej reputacji.

- Pan Mundungus Fletcher, prawda? - powiedział Harry. Mężczyzna zawahał się i obrzucił Harry'ego taksującym spojrzeniem. Tak, jak się Harry spodziewał, nie poznał go.

- No powiedzmy, że niby ja. A o co się rozchodzi? - spytał nieufnie.

- Przychodzę z polecenia naszego wspólnego znajomego - powiedział Harry. Mundungus milczał przez chwilę.

- Że niby wspólnego znajomego, mówisz pan? Mam wielu znajomych. Bardzo wielu. Można wiedzieć, o którego się rozchodzi? - spytał ostrożnie.

- Na pochyłe drzewo i Salomon nie naleje... - powiedział powoli Harry. Mundungus znieruchomiał i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w Harry'ego z uwagą.

- Nosił wilk razy kilka... - powiedział w końcu i urwał wyczekująco.

- ...dopóki mu się ucho nie urwało - dokończył szybko Harry - Kto rano wstaje, ten leje jak z cebra. Wystarczy, czy mam sobie jeszcze coś przypomnieć?

- Styknie - mruknął Mundungus. Sprawiał wrażenie mocno zaskoczonego - Proszę, wejdź pan - wykonał zapraszający gest ręką i furtka uchyliła się. Harry wszedł do środka.

- Znaczy się, przychodzisz pan od Harry'ego? - burknął pod nosem Mundungus, zamykając za sobą starannie drzwi. Harry uśmiechnął się.

- Naprawdę mnie nie poznajesz, Dung? - spytał. Mundungus spojrzał na niego spode łba.

- Coś mi się nie widzi, żebym się kiedy z panem... - urwał nagle, a oczy rozszerzyły mu się ze zdumienia - HARRY?!!

Harry uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Harry, to ty? Na Boga, Harry!!! No tak, głos ten co zawsze... Żem cię nie poznał, jak rany! Inne włosy, inne oczy... Jak żeś to zrobił?

- A, taka mała sztuczka - machnął ręką Harry. Mundungus zachmurzył się.

- Strażnicy pilnują, czy kto nie zmienia wyglądu przy pomocy magii. Po ryju można za to zainkasować, jak nic!

- Tych zaklęć nie wykryją - uśmiechnął się Harry. Mundungus pokiwał głową, najwyraźniej nie przekonany.

- Rozgość się, Harry. Siednij se. Czuj się jak u siebie... Herbaty?

- Chętnie - mruknął Harry. Wszedł za Mundungusem do sporego saloniku i z przyjemnością wyciągnął się w miękkim skórzanym fotelu. Nie uszło jego uwagi, że tak dom, jak i jego urządzenie, musiały kosztować majątek. Najwyraźniej staremu Dungowi nieźle się ostatnio powodzi, pomyślał.

- To ino minutkie, zara zrobię. Wśród mugoli mieszkam, na skrzata mnie sukinsyny nie pozwalają... - mruknął usprawiedliwiająco i zniknął w drzwiach do kuchni. Wrócił po chwili, niosąc tacę z filiżankami, dzbanuszkiem z herbatą i drugim, mniejszym, ze śmietanką. Sądząc po czasie, jaki mu to zajęło, posłużył się czarami.

- Ładny mamy dzisiaj dzień - powiedział z lekkim uśmiechem, sadowiąc się naprzeciw Harry'ego - ale tak se myśle, żeś nie o pogodzie chciał se ze mną pogadać. Nawijaj, Harry, o co się rozchodzi?

- Potrzebne mi papiery, Dung - powiedział przyciszonym głosem Harry. Mundungus pokręcił głową.

- I myślisz, że ja coś takiego mogie załatwić?

- Jak nie ty, to kto? - spytał Harry - Tonks mówiła...

- Te baby to mają stanowczo za długie jęzory - powiedział groźnie Mundungus, ale w oczach błysnęły mu wesołe iskierki. - No, powiedzmy, że mogie... Jakie papiery, Harry?

- A jakie są teraz potrzebne?

- W zasadzie to dwa - wyjaśnił Mundungus - Po pierwsze identyfikator. To coś w rodzaju mugolskiego paszportu. Zdjęcie, podstawowe dane, i dodatkowe informacje, na przykład jak kto jest animagiem czy coś w ten deseń. Po drugie, zaświadczenie o czystości krwi, wprowadzili je parę tygodni temu, razem z tą całą ustawą o szlamach... Wpisują tam procent czystej krwi, liczony coś za pięć pokoleń wstecz, czort ich wie, czemu tak a nie inaczej, ale niezbadane są drogi, jakimi podąża myśl kretyna... Do tego od groma różnych pozwoleń - na teleportację, na korzystanie ze świstoklików, na skrzata domowego, na to, na tamto, na siamto, niedługo trzeba będzie mieć zezwolenie, coby się wysrać... - Mundungus prychnął gniewnie - Ale zezwolenia są mniej ważne, da się bez nich żyć. Identyfikator i kwit o czystości trza mieć, inaczej pierwszy lepszy patrol się do ciebie przypieprzy...

- Coś o tym wiem - mruknął Harry. Mundungus spojrzał na niego uważnie.

- Nawet nie zapytam, czy twoja wizyta ma coś wspólnego z rozpierduchą, co to ponoć była w Dziurawym Kotle ze dwa dni temu wstecz...

- Nie pytaj - uśmiechnął się Harry - To jak, możesz mi to załatwić?

- To zależy. Z samymi kwitami to ni ma problemu, ale to jest, że się tak wyrażę, jedna strona medalu. A druga jest taka, że każden jeden czarodziej musi być zarejestrowany w Ministerstwie i wpisany do akt. Wpisu ci nie załatwię, ni mam tam wejść. Te kwity to cię uchronią przy rutynowej kontroli, ale gdyby zechcieli cię dokładniej sprawdzić, to będziesz mieć przerypane...

Harry myślał przez chwilę.

- To mi wystarczy. Musi. A co z różdżką? Też trzeba rejestrować, prawda?

Mundungus machnął ręką ze złością.

- "Ustawa O Instrumentach Magicznych", tak się to nazywa. Każda jedna różdżka musi być zarejestrowana w Ministerstwie, zapisują jej profil i takie tam. Używanie niezarejestrowanej jest karalne...

- Po czym poznają że różdżka jest zarejestrowana? - spytał Harry.

- Nakładają na różdżkie specjalny czar. Podobno nie do podrobienia. Podobno... - uśmiechnął się krzywo Mundungus - Albowiem powiedziane jest: "co jeden zrobi, to drugi podrobi". A jeśli nie jest powiedziane, to powinno być... Ale z różdżką ta sama bida, co z identyfikatorami. Mogie ci różdżkie zaczarować tak, coby nie piszczała w tych testerach, ale to i tyle...

- Wystarczy tyle, Dung. Załatwisz mi to wszystko?

Mundungus zamyślił się na chwilę.

- Przyjdź wieczorem. Tak se myślę, że Harry Potter to ty się tera nie nazywasz?

- Mugolskie papiery mam na Johna Smitha - mruknął Harry - ale to nazwisko już jest spalone... Możesz wymyślić co chcesz, byle byś nie przeginał. Nabuchodonozor wolał bym nie mieć na imię.

- Nabuchodonozor, tyż piknie... Dam ci siedemdziesiąt pięć procent czystej krwi, git? Tych, co mają setkie, to ich za wielu ni ma, jakiś kumaty Strażnik mógłby się zorientować, że nigdy nie słyszał o takich czystokrwistych i zabrać cię do sprawdzenia. A poniżej siedemdziesięciu to zaczynają człowiekiem pomiatać, gnoje w mordę kopane... - Mundungus pokręcił głową z odrazą.

- Co to w ogóle za formacja, ci Strażnicy? - spytał Harry. Mundungus się skrzywił.

- Psy Malfoya. Wszystko im wolno. Żaden dla nich problem zatłuc człowieka na ulicy. Lepiej nie wchodzić im w drogie. Szczęście w nieszczęściu, że to wyjątkowe głąby, łatwo ich okpić. Ale lepiej nie musieć... Unikaj ich, Harry!

- Spróbuję. Dung, ile mnie to będzie kosztować?

- Nic, Harry. Nic. Jeszcze nie zapomniałem, co żeś dla mnie zrobił w dwa tysiące trzecim. Waliłbym tera łbem w ścianę celi w Azkabanie, gdybyś mi wtedy nie pomógł - Mundungus spojrzał na Harry'ego poważnie.

- Drobiazg, Dung, nie ma o czym mówić. To było lata temu...

- Jest o czym mówić, Harry. Żeś tego nie musiał robić. Zaryzykował żeś dla mnie karierą, wylaliby cię z roboty, gdyby się wydało. Nigdy żem nie miał okazji, coby ci się odwdzięczyć. Wpadnij z wieczora, będę już wszystko mieć. O ile się zaraz wezmę do roboty, więc nie żebym cię wyrzucał, ale...

- Jasne, jasne - uśmiechnął się Harry. Dopił herbatę, pożegnał się z gospodarzem i wyszedł na zalaną słońcem ulicę.

Mały kroczek do przodu, pomyślał.

***
Przedmieścia Londynu, 17 VI 2010

Z hallu dobiegło bicie zegara. Siedem długich uderzeń.

- Siódma - powiedział zupełnie niepotrzebnie Fred Weasley. Siedział przy stole w jadalni, nad talerzem z zupełnie już zimną zupą, i bębnił nerwowo palcami po blacie, wbijając nieruchomy wzrok w wiszący na ścianie olejny obraz, przedstawiający szarżę zakutych w płytowe zbroje rycerzy na hipogryfach. Był to prawdopodobnie jeden z epizodów walk z rebelią Urga Utytłanego.

- To już trzy godziny... - powiedziała głucho Hermiona. Ona też nie tknęła obiadu, wpatrywała się tylko bez słowa w talerz, jakby spodziewała się, że dostrzeże w nim jakąś wskazówkę. Wyglądała na chorą albo skrajnie wyczerpaną nerwowo. I na dziesięć lat starszą niż jest, przemknęło Fredowi przez głowę.

- Słuchajcie, zjedzcie coś - powiedziała bezradnie Susan Weasley. Mówiła to już chyba po raz dziesiąty. - Nie ma sensu, żebyscie siedzieli głodni nie wiadomo jak długo. Ja poczekam... - wbiła wzrok w nakryte do obiadu puste miejsce przy stole. Była bardzo blada i co chwila przygryzała wargi.

Fred wstał bez słowa i zaczął chodzić wzdłuż stołu. W ciszy słychać było tylko skrzypienie kroków na poczerniałej ze starości podłodze z długich drewnianych desek.

- Słuchajcie, coś się chyba musiało stać... - powiedziała rozpaczliwie Hermiona. - Coś trzeba zrobić... Fred, na miłość boską, czy MÓGBŁYŚ PRZESTAĆ TAK CHODZIĆ?!!

- Przepraszam - burknął Fred, zatrzymując się w miejscu.

- Co chcesz zrobić? - spytała cicho Susan - Jeśli rzeczywiście coś się stało, to juz za późno... nie mamy nawet pojęcia, gdzie on poszedł...

- Jasna cholera! - zaklął Fred. Podszedł do olbrzymiego, kaflowego kominka i zaczął się bawić pogrzebaczem, waląc raz po raz w wykładaną ciemnym drewnem ścianę.

- A może... - zaczęła Hermiona i urwała - Fred, jak rany, przestań walić tym prętem!!!

- Przepraszam - burknął po raz drugi Fred, ciskając pogrzebacz do kominka. Obrócił się na pięcie i wyszedł z jadalni. Susan spojrzała na Hermionę.

- On już nie przyjdzie, prawda? - powiedziała cicho - Coś mu się stało...

Hermiona potrząsnęła gwałtownie głową.

- Nawet nie waż się mówić takich rzeczy! Na pewno zaraz wróci, musiało mu coś wypaść, albo co - powiedziała stanowczym tonem. Ale unikała przy tym spojrzenia Susan.

- Arthur, George, Ron, Bill... - mówiła powoli Susan - i teraz Charlie... Ja już nie mogę, Hermiona, po prostu nie mogę... za każdym razem, jak wychodzi z domu, zastanawiam się, czy to już dzisiaj...

Ty przynajmniej masz na kogo czekać, pomyślała ponuro Hermiona. Obyś zawsze miała...

- Susan, on zaraz przyjdzie!!! - powiedziała z udawaną pewnością siebie. Ale Susan nie dała się oszukać.

- Sama w to nie wierzysz... - powiedziała cicho.

W jadalni pojawił się Fred ze świeżo otwartą paczką papierosów w ręku. Wyciągnął jeden, odpalił od czubka różdżki i bez słowa zajął swoje miejsce za stołem. Zaciągnął się głęboko, wypuszczając chmurę dymu.

- Fred, miałeś nie palić - powiedziała bezradnie Susan. - Mówiłeś, że przestałeś...

- Miałem - burknął Fred. - Miałem. I co z tego? Wszystko inne też miało być inaczej!

Hermiona popatrzyła na Freda z przyganą.

- Fred, każdy papieros skraca życie o pięć minut! - powiedziała ostro, i przez moment była to ta dawna Hermiona, wiedząca wszystko najlepiej i pouczająca cały świat. Fred roześmiał się szyderczo.

- I sądzisz, że pożyję na tyle długo, żeby te pięć minut w te czy wewte miało jakieś znaczenie, złociutka? - spytał kąśliwie - Ja będę następny. Po Charliem...

- FRED!!! - krzyknęła Hermiona widząc, jak Susan chowa twarz w dłoniach. Fred spojrzał najpierw na jedną, potem na drugą.

- Cholera... - powiedział zmieszany. - Susan, posłuchaj, tak mi się tylko palnęło... Charlie zaraz wróci, naprawdę...

To samo mówił pół roku temu, przypomniała sobie Hermiona. Tylko zamiast "Charlie" był wtedy "Ron". Też siedzieli przy stole...

Z hallu dobiegło pojedyncze uderzenie zegara.

- Wpół do... - wykrztusiła Susan - Słuchajcie, zjedzcie coś... Ja tu poczekam...

Nikt jej nie odpowiedział. Siedzieli, patrząc w milczeniu w talerze, Fred odpalał jednego papierosa od drugiego. Dopiero cichy trzask w hollu sprawił, że podskoczyli. Susan zerwała się od stołu.

- CHARLIE!!! - krzyknęła, rzucając się do drzwi i przewracając po drodze krzesło.

W progu pokazał się Charlie Weasley. Wyglądał na równie wyczerpanego nerwowo co pozostali. Susan przywarła do męża całym ciałem i szlochała rozpaczliwie. Pogładził ją po włosach z szorstką delikatnością, właściwą osobom spędzającym znacznie więcej czasu ze smokami niż z ludźmi.

- No, już dobrze, Su... już jestem... wszystko w porządku... nie płacz, jak rany...

- Charlie!!! Czemu tak długo?! Myślałam, że już... - wyszlochała Susan.

- Już dobrze, kochanie, już dobrze... Nie miałem jak was zawiadomić... Nic mi nie jest, złego diabli nie biorą!

Hermionę zmroziło.

Ron też tak mawiał, pomyślała, to cholerne ulubione powiedzonko Weasleyów, George tak mawiał, i Ron, i Bill... a teraz Charlie!

Susan oderwała się wreszcie od męża.

- Zjedz coś. Na pewno jesteś głodny. Wszystko już wystygło... może ci podgrzeję - powiedziała lekko bezradnym głosem.

Charlie usiadł przy stole. Chwycił zimny pasztecik i pochłaniał go łapczywie jakby od tygodnia nic nie jadł.

- Jestem tak pieruńsko głodny, że zjadłbym smoka na surowo... Fred, a może tak byś polał? - spojrzał na brata i nagle znieruchomiał. - Fred, ty palisz?! - wykrzyknął ze zgrozą.

- Jasny gwint, braciszku, od jakiegoś już czasu jestem pełnoletni! - zirytował się Fred, ale wyjął papierosa z ust i wrzucił do kominka. Podszedł do barku, stojącego między dwoma łukowato sklepionymi oknami, otworzył oszklone drzwiczki i zadumał się na chwilę - No to po jednym... dziewczynom też?

Hermiona chciała zaprotestować, ale Charlie ją ubiegł.

- Też! Niech se trzasną, dobrze im zrobi.

Fred rozdał pełne kieliszki. Susan zawahała się przez moment, a potem zamknęła oczy i wypiła wszystko na raz. Freda zatkało.

- O żesz w mordę... - powiedział patrząc na bratową z niekłamanym podziwem. Susan wzdrygnęła się okropnie, ale widać było, że błyskawicznie dochodzi do siebie.

- Miałam się przy kim nauczyć - mruknęła kąśliwie, wskazując głową na męża. Hermiona też wzięła potężny łyk, tyle, że w przeciwieństwie do Susan nie wyglądała jakby zrobiło to na niej większe wrażenie.

- No dobra, to mów co się stało. Co ci zajęło tyle czasu? - spytała.

- Spotkałem się z naszym miłym kolegą - słowa "miły kolega" Charlie wypowiedział z lekkim przekąsem. - Bardzo nalegał. Chyba słusznie. Coś się dzieje.

- Co? - spytał z niepokojem Fred.

- Żebym to ja wiedział - Charlie wzruszył ramionami - Fakty są takie: po pierwsze, odwołano wszystkie urlopy w Straży i ogłoszono mobilizację. Po drugie, z całej Anglii pościągano Czujących. Po trzecie, pomimo tego, że wszyscy Strażnicy są teraz na okrągło na dyżurach, praktycznie nie widać patroli ani w Hogsmeade, ani na Pokątnej. Po czwarte - uwaga! - wysłano sowy do wszystkich czarodziejów mieszkających w Londynie po mugolskiej stronie. Całkowity zakaz teleportacji, od dwudziestego do odwołania.

- Całkowity zakaz teleportacji? - powtórzył z niedowierzaniem Fred.

- Właśnie. Z powołaniem się na piętnaście tysięcy różnych groźnych paragrafów. Dwa lata Azkabanu, bez prawa do warunkowego zwolnienia, w razie złamania zakazu. A teraz łaskawie powiedzcie mi co o tym sądzicie.

- A nasz przemiły kolega co mówi?

- Nasz przemiły kolega wie dokładnie tyle, ile wy teraz. Te informacje dostał jakimś psim swędem, kręci się po Ministerstwie, niby nie powinien, nie ma tam ani przepustki, ani żadnego interesu, ale wiecie, jak z nim jest... No i coś zawsze wyniucha, a to się stary kumpel w kantynie pożali, że go z urlopu ściągnęli, a to jakiejś biurwie się wyrwie, że trzeba było wysłać dziesięć tysięcy listów, a się samokopiujące pergaminy skończyły... Trochę potrwało, zanim połączył wszystko w jedną całość, dlatego dopiero teraz się ze mną spotkał.

- Zakaz teleportacji... - powtórzyła zamyślona Hermiona. - Może chodzi o ograniczenie ucieczek? Coraz więcej czarodziejów wieje z Anglii, chcą to ukrócić..? Nie, bez sensu, przecież jak ktoś będzie chciał prysnąć, to po prostu złamie zakaz i tyle... - potrząsnęła głową. - Nie rozumiem.

- Może po prostu postanowili przykręcić mocniej śrubę? - spytała Susan. - Kolejny krok, po rejestracji różdżek, identyfikatorach, zaświadczeniach o czystości krwi...

- Może... - powiedział z powątpiewaniem Charlie. - Ale mi to wygląda na jednorazową akcję. Naszemu koledze zresztą też. Potężna mobilizacja Strażników, tego nie da się ciągnąć dłużej jak parę tygodni, ludzie nie dementorzy, wykończą się. Zakaz teleportacji dotyczy wyłącznie Londynu, po całej Anglii można hasać do woli... Te patrole, których nie ma w Hogsmeade i na Pokątnej, a powinny tam być, jak na mój gust, patrolują Londyn. Tylko może ktoś mi z łaski swojej powie, po jakiego ciężkiego trolla?

Hermiona uderzyła się ręką w czoło.

- Czekajcie, przecież to oczywiste! - wykrzyknęła. - Ściągnięto Czujących, zabroniono ludziom teleportacji... Oni na kogoś polują. Kogoś konkretnego!

Przez chwilę panowała cisza. Charlie pokiwał z aprobatą głową.

- No dobrze. Pytanie numer dwa: na kogo? - spytała Susan.

- Na nas? - mruknął Fred. Charlie zastanawiał się dłuższą chwilę.

- Może i na nas... A może niekoniecznie akurat na nas, może po prostu zdecydowali się wreszcie powyłapywać wszystkich, którzy się jeszcze ukrywają? Dość długo był spokój. Podejrzanie długo...

- A ktoś poza nami jeszcze został? - spytała z powątpiewaniem Hermiona. Charlie westchnął.

- Nasz koleżka twierdzi, że co najmniej kilkanaście osób. Ponoć jego komendancka mość ma w szufladzie wielkiej mocy pergamin, na którym wypisał sobie wszystkie nazwiska. Metodyczny człowiek, zawsze taki był... - Charlie zawahał się na moment - Co jakiś czas osobiście czerwoną krechą wykreśla kolejne. Trochę mu jeszcze do wykreślenia zostało.

- Parę osób zwiało za granicę - przypomniała Susan. - Tonks choćby.

- Tak, "choćby" - zauważył zgryźliwie Fred. - Bo o nikim innym nie wiemy.

- Jest jeszcze Potter - przypomniał Charlie.

Hermiona z brzękiem upuściła widelec.

- Co się stało? - spytała z niepokojem Susan. Hermiona potrząsnęła głową.

- Nic, nic, Susan... - powiedziała szybko - Nic się nie stało. Harry? Nie, jego już nie ma, nie ma tego Harry'ego Pottera, którego wszyscy znaliśmy, mówiłam wam przecież... jemu nie potrzeba Voldemorta, sam się wykończy... Nie ma już Harry'ego! - urwała, wpatrzona nieruchomo w ścianę.

- Smutne, swoją drogą - powiedziała w zamyśleniu Susan. - Wielki Harry Potter, najsłynniejszy z aurorów... Przecież on miał ledwie dwadzieścia parę lat, a już o nim piosenki w knajpach śpiewali... Wielki Harry Potter kończy jako alkoholik...

- Nie wytrzymał z samym sobą - powiedział smutno Charlie. - Nie wytrzymał napięcia... Te jego balangi na Pokątnej do samego rana, ten wianuszek adoratorów... Przecież kiedyś taki nie był, raptem mu zaczęło odbijać, zresztą sami wiecie. Ten numer z Luną... w pale mi się nie mieści, nie uwierzyłbym, gdyby mnie tu nie było! Za dużo chciał na raz, wypalił się - pokręcił głową. Hermiona dalej siedziała nieruchomo, patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie.

- Na wspominki się wam, kurna, zebrało?! - zdenerwował się Fred. - Nie mamy ważniejszych problemów, tylko się nad pijaczyną użalać?

- Fred!!! - powiedziała z oburzeniem Susan.

- Dobra - powiedział energicznie Charlie. - Fred ma rację, dajmy temu nieszczęśnikowi spokój. Trzeba się zastanowić, co robimy.

- Trochę nam to życie skomplikuje - mruknął ponuro Fred. - Trzeba będzie uważać z telportacją. Do tej pory ginęliśmy w tłumie, teraz nas łatwo mogą namierzyć.

- Ale tu nas nie znajdą, Charlie? - spytała z niepokojem Susan. Charlie wzruszył ramionami.

- Dopóki zaklęcie Hermiony działa prawidłowo, to nie. Czujący musiałby wejść do budynku, żeby coś zwęszyć, z zewnątrz teleportacja jest nie do wykrycia, prawda, Hermiona? Hermiona..?

Hermiona dalej siedziała bez ruchu, zapatrzona w jakiś punkt na ścianie.

- Hermiona? Hermiona!!!

Poderwała gwałtownie głowę.

- Tak, tak, Charlie, zrobimy tak jak mówisz... - powiedziała szybko.

Charlie spojrzał na żonę. Susan przyglądała się Hermionie z troską. Fred też patrzył na dziewczynę, a wyraz jego twarzy zupełnie się Charliemu nie podobał.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Harry Potter i koniec świata

Postautor: archiwalny » 28.06.08, 22:27

Londyn, 18 VI 2010

Wyglądało na to, że ładna pogoda skończyła się definitywnie. Było zimno, wietrznie, i na domiar wszystkiego padał deszcz. Wymarzona pogoda na wycieczkę na cmentarz, pomyślał ponuro Harry wychodząc ze stacji metra.

Poprzedniego dnia wieczorem wpadł do starego Dunga po dokumenty i przeżył mały szok, dowiadując się, że nazywa się teraz Nabuchodonozor Emfazy Carrington. Mundungus obserwował kątem oka, jak Harry ogląda swój nowy indentyfikator, najwyraźniej licząc na jakąś ciekawą reakcję, toteż Harry, mimo że w pierwszej chwili trafił go nagły szlag, zdołał zachować spokój, a nawet zdobył się na promienny uśmiech i stwierdzenie:

- O jak ładnie... Możesz mi mówić Naby.

Czym sprawił Mundungusowi spory zawód.

Mundungus wziął następnie od Harry'ego różdżkę i wetknął ją do dziwacznego urządzenia, a potem wyciągnął własną, przytknął ja do maszynerii i wypowiedział zaklęcie. Huknęło, błysnęło i po chwili Dung oddał Harry'emu różdżkę ze słowami:

- No to tera się nie powinni kapnąć, Strażnicy znaczy się...

Na koniec wręczył Harry'emu zaświadczenie o czystości krwi ("Zaświadcza się niniejszym, iż czarodziej Nabuchodonozor Emfazy Carrington, syn Kserksesa Kleofasa i Petronelli Filomeny z domu Hugeass, jest czarodziejem czystej krwi w 75 procentach") i odmówiwszy po raz kolejny przyjęcia zapłaty, pożegnał go przy furtce. Harry wrócił lekko wściekły do hotelu, plując sobie w brodę, że sam podsunął Dungowi ten kretyński pomysł z imieniem, i resztę wieczora spędził nad szklanką whisky w swoim pokoju, ćwicząć wypowiadanie kwestii:

- Nazywam się Carrington. Nabuchodonozor Carrington.

Aż uznał że wychodzi mu to dostatecznie przekonująco.

Następnego dnia obudził się jednak w sporo lepszym humorze i dość szybko wpadł na pocieszającą myśl, że z dwojga złego lepiej mieć za fałszywe imię Nabuchodonozor, niż za prawdziwe Nymfadora. Nie mówiąc już o tym, że należało się cieszyć, że w ogóle udało mu się zdobyć jakieś dokumenty.

***

Bez większych problemów odnalazł boczną, nieco zaniedbaną uliczkę, wszedł do małego warsztatu introligatorskiego i podszedł do siedzącego za ladą zasuszonego, podsypiającego staruszka. Oprócz ich dwóch w warsztacie nie było żywej duszy.

- Ja na cmentarz - powiedział cicho, wyciągając nieznacznie z kieszeni różdżkę. Stary spojrzał na niego zaspanym wzrokiem.

- Przez szafę - mruknął, pokazując na wielką szafę, stojącą w rogu pomieszczenia. Harry uśmiechnął się.

- Pamiętam - powiedział. Podszedł do szafy z różdżką w ręku.

- Alohomora - wyszeptał.

Drzwi szafy uchyliły się i Harry wszedł do środka. Szafa zaraz się za nim zamknęła, toteż nie mógł zauważyć jak staruszek, straciwszy nagle całą swoją senność, szybkim krokiem podreptał do stojącego w kącie nowego, najwyraźniej niedawno zainstalowanego kominka...

Z drugiej strony drzwi szafy okazały się być furtą w otaczającym cmentarz murze. Harry ruszył wysypaną żwirem główną alejką, spoglądając na rosnące wokół drzewa, na których korze dawało się rozpoznać zarysy twarzy. Od razu zauważył, że w ciągu ostatnich lat drzew bardzo przybyło.

Skierował się w zachodnią część cmentarza, gdzie znajdował się grób jego rodziców. Odnalazł go szybko - olbrzymi, podwójny dąb. W miejscu, w którym pień rozwidlał się, widniały na korze twarze Jamesa i Lily Potterów, jedna tuż przy drugiej, jakby przytuleni do siebie głowami. Powoli podszedł do drzewa i wsparł się głową o pień. Wcześniej wydawało mu się, że będzie miał swoim rodzicom tyle do powiedzenia, ale teraz czuł jedynie pustkę w głowie...

Uklęknął, wyciągnął różdżkę i przytknął ją do wyrastającego z ziemi korzenia. Z cichym trzaskiem zapłonęły dwa małe ogniki - zielony i pomarańczowy. Będą się tak palić co najmniej kilka dni. Klęczał dłuższą chwilę, nie zauważając przyglądającej mu się uważnie, stojącej w sąsiedniej alejce postaci w długiej brunatnej szacie ze srebrnymi naszywkami.

W końcu wstał i powoli ruszył dalej. Drzewo Syriusza rosło nieopodal. Również był to dąb, i Harry'ego uderzyła myśl, że właściwie wszyscy jego bliscy i znajomi mają właśnie takie drzewa - wszyscy zginęli w walce, żaden nie dożył sędziwego wieku. Oprócz Dumbledore'a... ale jego ciała nigdy nie znaleziono, a drzewo posadzone na symbolicznym grobie nie przyjęło się.

Szedł powoli, rozglądając się na boki. W deszczu cmentarz wyglądał jeszcze bardziej niesamowicie i tajemniczo niż zwykle. Harry złapał się na myśli, że podświadomie szuka miejsca, w którym mogło by stanąć jego własne drzewo... o, ta polanka była by chyba w sam raz. Ciekawe, czy to też będzie dąb, pomyślał gorzko. Raczej nie masz co na to liczyć. Jakie drzewa rosną na grobach tchórzy?

Podszedł do grobu Syriusza, patrząc w widniejącą na korze zamyśloną twarz. Syriusz Black, 1958-1996. Powoli pochylił się i wzniecił różdżką mały, rubinowo czerwony ognik, jaki zwykło się palić na grobie towarzysza broni. Miał do tego prawo, wszak tamtej strasznej nocy poszedł do Ministerstwa ratować Syriusza - potem Syriusz przybył ratować jego - i każdy gotów był oddać za drugiego życie. Cofnął się kilka kroków i w milczeniu patrzył na pełgający płomyk.

Oderwał w końcu wzrok od znicza i ruszył szukać drzewa Rona. Nie wiedział dokładnie, gdzie jest jego grób, ale domyślał się, że tam gdzie pochowani są pozostali Weasleyowie. Już z daleka dostrzegł niewielkie skupisko dębów. Weasleyowie mają cały zagajnik, pomyślał gorzko, więcej ich tutaj niż wśród żywych. Została już tylko garstka... o ile została. Może i oni już nie żyją...

Odszukał drzewo Rona i spojrzał w twarz przyjaciela. Wydawało mu się, że Ron patrzy na niego z wyrzutem, jakby chciał powiedzieć "uciekłeś, a ja musiałem walczyć". Potrząsnął głową. Wiedział, że Ron nigdy by czegoś takiego nie powiedział. Nie powiedział by, ale czy tak nie myślał? Miał w każdym razie do tego prawo.

- Ron - powiedział cicho. - Wróciłem. O pół roku za późno... wiesz, że zawsze miałem problemy z punktualnością... ale wróciłem.

Pochylił się i wyczarował u podnóża dębu mały płomyczek. Chciałby móc zapalić, podobnie jak Syriuszowi, czerwony znicz, ale wiedział że nie ma do tego prawa. Zapalił więc błękitny, jaki paliło się na grobach osób szczególnie bliskich i cenionych. Podobne lampki zapalił na grobach pozostałych Weasleyów i wreszcie ruszył powoli w stronę wyjścia. I wtedy zobaczył nagle między drzewami jakiś ruch. Ktoś jeszcze odwiedza swoich bliskich, pomyślał w pierwszej chwili. Ale gdy przyjrzał się dokładniej, zauważył długie brunatne szaty wyszywane srebrem...

Obrócił głowę w drugą stronę. Kilka brunatnych postaci przemykało chyłkiem wzdłuż muru, pomiędzy drzewami. Poruszali się w tę samą stronę co Harry, ale dużo szybciej, tak jakby chcieli przeciąć mu drogę.

Cholera! pomyślał. Strażników było co najmniej dziesięciu. Wyjął różdżkę z kieszeni i ruszył szybkim krokiem przez siebie. Po obu stronach widział teraz pomiędzy drzewami ciemne postacie. Do dwójki idącej równoległą alejką dołączyło trzech następnych. Harry puścił się biegiem. Strażnicy też zaczęli biec, ustawiając się w wygiętą w łuk tyralierę. Jej środek był dosyć daleko w tyle, ale oba końce wyprzedzały Harry'ego i teraz zaczęły się do siebie zbliżać, próbując odciąć mu drogę.

- Stać, Straż Czystej Krwi!!! - zabrzmiał mu za plecami magicznie wzmocniony głos. Nie odwracał się. Biegł coraz szybciej, zaczynało mu brakować tchu, ale zostawiał pościg z tyłu.

- Stój, kontrola dokumentów!!! - zabrzmiało znowu.

Jeszcze przyśpieszył. Kilkanaście stóp od siebie zobaczył czerwoną smugę. Po chwili drugą. To na razie tylko Drętwota, pomyślał. Kolejna smuga, dużo bliżej. Zaczął biec zygzakiem, starając się utrudnić napastnikom celowanie.

Muszę się stąd teleportować, przemknęło mu przez głowę. Ale nie potrafił przełamać w sobie blokady, nie potrafił się skoncentrować.

Kolejne zaklęcie trafiło w ziemię tuż przed nim. Nie zdążył zmienić kierunku i wbiegł prosto w rozpryskujące się czerwone iskry. Poczuł ból w nodze i runął na mokrą ziemię.

Szlag by to trafił, pomyślał. Obrócił się. Pięć czy sześć smug nadlatywało jednocześnie w jego stronę. Osłonił się zaklęciem tarczy, zaklęcia odbiły się rozpryskując na wszystkie strony. Kilku Strażników padło ugodzonych rykoszetem. Przetoczył się za najbliższe drzewo. Z boku nadbiegało trzech kolejnych prześladowców. Ogłuszył ich zaklęciem. Potem jeszcze kilku następnych.

Teleportować się, myślał rozpaczliwie, teleportować się... Ale nie miał pojęcia dokąd, żadne miejsce nie przychodziło mu do głowy. Napastnicy byli coraz bliżej. Jeszcze jeden czerwony błysk. Teleportować się... Rzucił się do przodu żeby uniknąć trafienia i nagle pociemniało mu w oczach. Poczuł że wiruje wokół własnej osi, potem że spada gdzieś coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie nastąpiło gwałtowne szarpniecie i, straciwszy równowagę, przewrócił się na trawę.

Leżał na jakiejś zupełnie sobie nieznanej łące, niecałe pół mili od krawędzi lasu. Na bezchmurnym niebie świeciło słońce, najwyraźniej znajdował się daleko od zalanego deszczem Londynu.

Niekontrolowana teleportacja, pomyślał Harry ze zgrozą, Chryste Panie, przeżyłem niekontrolowaną teleportację!!!

Trach, trach, trach... W regularnych odstępach na łące poczęli się materializować Strażnicy. No tak, kontrolowana czy nie, ślad poteleportacyjny zostawia taki sam...

- Tam jest - krzyknął któryś ze Strażników, pokazując w jego stronę. Kilku Strażników jednocześnie rzuciło zaklęcia obezwładniające. Harry odbił je i teleportował się w stronę rosnącej nieopodal kępy krzaków, z ulgą czując że wreszcie pozbył się lęku przed deportacją. Może nie jest jeszcze z tobą tak źle, Harry, pomyślał.

Miejsce w którym przed chwilą stał przecięło kilka czerwonych promieni. Błyskawicznie obezwładnił kilku najbliżej stojących Strażników i ponownie teleportował się o kilkaset stop. Znowu rzucił zaklęcie i znowu się teleportowal. Zaczynał już czuć zmęczenie po tylu następujących po sobie teleportacjach. Strażników było więcej, nie musieli teleportowac się tak często, no i na pewno regularnie ćwiczyli.

Teleportował się ponownie, w ostatniej chwili unikając jaskrawego zielnego promienia. Avada. Żarty się skończyły, pomyslał Harry.

- Nie Avadą, kretynie - krzyknął któryś ze Strażników - Mamy go wziać żywcem!

Niedoczekanie wasze, pomyślał ponuro Harry, przenosząc się znowu o kilkadziesiąt stóp.

Wiedział, że nie ucieknie teleportując się po prostu gdzieś dalej. Każda teleportacja pozostawia przez kilka minut wyraźny ślad, po którym można pójść niczym po sznurku - teleportacja po śladzie była nawet łatwiejsza i mniej wyczerpująca niż zwykła, więc najprawdopodobniej Harry opadł by z sił dużo wcześniej, niż jego prześladowcy. Jedynym ratunkiem było teleportować się bez pozostawiania śladu - coś, co liczne autorytety piszące do "Problemów Współczesnej Magii" uznały swego czasu za rzecz całkowicie niewykonalną, a co Hermiona wymyśliła kiedyś podczas jednej ze swoich nocy spędzanych nad księgami w Ministerstwie. Niemożliwe okazało się możliwe, i po wielu treningach Hermiona opanowała tę sztukę perfekcyjnie. Harry też zdołał się tego nauczyć, ale tylko raz miał okazję, by wykorzystać nową umiejętność w praktyce. Wtedy była przy nim Hermiona. Teraz będzie musiał dokonać tego sam...

Tyle, że nie pamiętał formuły. I nie bardzo miał pomysł, gdzie się tym razem aportować.

Hermiona, jak to szło? pomyślał rozpaczliwie. Kolejne błyski przeleciały mu tuż obok głowy. Nagle oczyma duszy zobaczył szary, fabryczny mur z biegnącym wzdłuż niego rurociągiem zamocowanym na potężnych stalowych podporach. Fabryka wuja Vernona!!! Był tam tylko raz, wuj z najwyższym niesmakiem zabrał go ze sobą, nie mając go z kim zostawić. Harry przesiedział prawie cztery godziny w zaparkowanym koło muru, zamkniętym samochodzie, gapiąc się bezmyślnie przed siebie, i widok ten został mu w głowie na zawsze. Tyle, że to było dwadzieścia lat temu...

Kolejne smugi przemknęły w niebezpiecznie małej odległości. Harry rozpaczliwie próbował przypomnieć sobie formułę zacierającą ślad poteleportacyjny. Poczuł, że chyba już ją pamięta. Skoncentrował się...

Znowu pociemniało mu w oczach. Potem poczuł uderzenie, zorientował się, że leży na mokrym asfalcie i w tej samej chwili usłyszał przeraźliwy pisk opon. Instynktownie teleportował się kilka stóp w bok, a przez miejsce, w którym przed chwilą leżał, przejechał samochód zatrzymując się o kilkanaście stóp dalej. Harry podniósł się powoli, kręciło mu się w głowie. Stał na chodniku, pod potężnym rurociągiem, tuż obok biegnącej wzdłuż muru fabryki ulicy, na której środku się przed kilkoma sekundami aportował. Nie było jej kiedyś tutaj, pomyślał ponuro, ot uroki teleportacji w nieznane sobie miejsca... Kierowca samochodu biegł w stronę Harry'ego, wykrzykując coś o pieprzonych pijakach.

Trach, trach, trach...

Kilku Strażników aportowało się w odległości kilkudziesięciu stóp od Harry'ego. Najwyraźniej formuła nie była jednak prawidłowa. Harry natychmiast teleportował się na drugą stronę jezdni, unikając trafienia zaklęciem ogłuszającym. Kierowca samochodu znieruchomiał z otwartymi ustami, gapiąc się na rozgrywającą się przed nim scenę. Jeden ze Strażników wycelował w jego stronę różdżkę, błysnęło upiorne zielone światło i mugol runął na ziemię jak worek ziemniaków.

Ty skurwysynu, pomyślał Harry w bezsilnej wściekłości, ty pieprzony gnoju, wystarczyłoby zwykłe Obliviate, ale ty jesteś twardziel, ty musiałeś zabić...

- Avada Kedavra! - krzyknął. Strażnik upadł z rozrzuconymi ramionami. Harry teleportował się natychmiast za leżący przy murze stos betonowych płyt. Kilka zaklęć uderzyło w beton, rozpryskując naokoło zielone iskry. Dwóch Strażników pojawiło się za plecami Harry'ego, miotając w niego zaklęciem. Harry rzucił się na ziemię, zielone promienie przemknęły mu nad głową. Teleportował się znowu kilkadziesiąt stóp dalej, obezwładnił kolejnego Strażnika i deportował się na chwilę przed tym, jak dwa rubinowoczerwone promienie skrzyżowały się w miejscu gdzie była jego głowa.

Pozostali Strażnicy też zmieniali co chwila pozycję, deportując się i aportując. Bitwa zaczęła przypominać partię upiornych szachów - z tą różnicą, że Harry był jedyną figurą swojego koloru, natomiast przeciwników było wielu - i najwyraźniej, co Harry dostrzegł z przerażeniem, zaczynało ich przybywać. Nadciągnęły posiłki.

Deportował się znowu w ostatnim momencie, unikając lecącego weń zielonego promienia. Avada uderzyła w biegnący nad jezdnią rurociąg. Nastąpił potężny wybuch, kłęby pary momentalnie ogarnęły pole bitwy, a wąski strumień jakiejś cieczy pod ogromnym ciśnieniem trafił prosto w stojącą nieopodal grupę kilku Strażników. Jeszcze nim przebrzmiały ich krzyki, Harry uderzył zaklęciem w drugi rurociąg, wywołując kolejną małą apokalipsę. Niczego nie widział teraz przez kłęby białej pary - ale nie widzieli też Strażnicy, którym najwyraźniej zaczęły puszczać nerwy, i teraz miotali zaklęciami na oślep. Czerwone, zielone i niebieskie smugi przecinały powietrze, Harry słyszał krzyki Strażników, obrywających zaklęciami własnych kolegów. Bitwa trwała już ładnych parę minut.

Z oddali dobiegł głos syreny. Przez kłęby pary dostrzegł nadjeżdzający z ogromną prędkością mugolski samochód straży pożarnej. Nim się zbliżył, któryś ze Strażników uderzył w niego zaklęciem. Samochód gwałtownie skręcił, wpadając w poślizg i sunął przez chwilę bokiem, aż wreszcie rąbnął w stojącą tuż przy krawędzi ulicy podporę rurociągu, łamiąc się przy okazji na pół i w mgnieniu oka zalewając okolicę olbrzymimi ilościami piany gaśniczej. Stalowa kratownica nie wytrzymała uderzenia i Harry ujrzał jak zaczyna się, najpierw powoli a potem coraz szybciej, walić prosto na niego. W ostatniej chwili teleportował się na drugą stronę ulicy, unikając przygniecenia dziesiątkami ton stali. W chwilę później z definitywnie przerwanego rurociągu runęły na ulicę setki litrów wrzącego płynu. Harry zobaczył jak płynąca ulicą fala porywa kilku Strażników - paru innym udało się teleportować w ostatniej chwili. W chwilę później sam deportował się pod mur fabryczny, unikając niechybnej śmierci.

Muszę stąd pryskać, myślał w panice, ale dokąd, dokąd?! Miał zupełnie pusty umysł, nie był w stanie się skoncentrować, nie przychodziło mu do głowy żadne bezpieczne miejsce do aportacji. No i kolejna deportacja nie rozwiąże przecież problemu, Strażnicy podążą za nim, musi się deportować bez pozostawienia śladu...

Hermiona, jak to się robiło? pomyślał rozpaczliwie. Dwóch Strażników aportowało się w polu widzenia Harry'ego, ale nim zdołali wycelować swoje różdżki, Harry zabił ich dwoma szybkimi zaklęciami. Odskoczył w bok, unikając w ostatniej chwili trafienia zaklęciem innego Strażnika. Dawno już przestali używać zwykłej Drętwoty, teraz powietrze przecinały jaskrawozielone smugi, zostawiające w miejscu, w które uderzały, czarne, wypalone ślady, przypominające nieco zarys czaszki.

Rzucił na oślep zaklęcie w stronę, gdzie zdawało mu się, że dostrzega wśród kłębów pary ruch. Po krzykach bólu i wściekłości zorientował się, że trafił. Przeniósł się błyskawicznie o kilkanaście jardów, bo Strażnicy natychmiast odpalili salwę w miejsce, z którego nadleciało zaklęcie Harry'ego.

Muszę się skoncentrować, muszę się skoncentrować, muszę się skoncentrować...

Dostrzegł lecący prosto na siebie zielony promień. Uchylił się, ale zbyt późno. Zaklęcie co prawda chybiło, ale zielony promień przemknął o kilka cali od jego głowy. Poczuł silny ból i nagle stracił czucie w lewej części ciała. Zachwiał się, spróbował bezskutecznie podeprzeć się na bezwładnej nodze, a potem runął ciężko na plecy, rozrzucając szeroko ramiona.

Z kłębów pary wynurzył się Strażnik, trzymając w ręku różdżkę, z której jeszcze kapały zielone iskierki. Harry mocniej ścisnął w garści swoją, ale wiedział, że nie zdąży wycelować i rzucić zaklęcia.

- No, no - powiedział cicho Strażnik. Sprawiał wrażenie bardzo wyczerpanego, pot spływał mu po twarzy, włosy miał potargane, brunatna szata zwisała w strzępach. - A jednak weźmiemy cię żywcem... już zaczynałem w to wątpić.

- Chciałbyś! - warknął Harry. Strażnik zaśmiał się.

- Nic już nie możesz zrobić... nawet się zabić. Oj, wierz mi, jeszcze pożałujesz, że uszedłeś z życiem... trzeba się było nie uchylać... podobno Avada nie boli... a ty dopiero teraz poznasz co to jest ból... tak, poznasz ból... Teraz cię tylko obezwładnię, prawdziwy bal zacznie się później - uniósł nieco różdżkę. Harry zamknął oczy. To już koniec, pomyślał. Hermiono, wybacz, nie pomogę ci... I nagle, w ułamku sekundy, coś zaskoczyło mu w pamięci, oczyma duszy zobaczył zrujnowany dom na przedmieściach Johannesburga, Rona stojącego w oknie i miotającego zaklęcia w nadbiegających zombie, i Hermionę wypowiadającą na głos formułę. Tę formułę!

- Drętwota! - powiedział Strażnik. Ale nim przebrzmiało zaklęcie, rozległ się cichy trzask i wybiegający z różdżki czerwony promień uderzył jedynie w puste miejsce na piasku, wzniecając chmurkę kurzu.

***

Powoli otworzył oczy. Leżał na wznak, na skraju pola, tuż przy niewielkiej polnej drodze. Z lewej strony ciała w dalszym ciągu czuł ostry, pulsujący ból, ale ku swojej uldze stwierdził, że może ruszać zarówno ręką, jak i nogą. Usiadł z trudem, czując pod czaszką tępy ból. Widział nieostro i podwójnie. Spróbował wstać, ale w tym momencie zrobiło mu się słabo i zwymiotował.

Kolejną próbę podjął dopiero po dłuższym czasie. Podpełzł na czworakach do stojącego nieopodal słupa telefonicznego i korzystając z oparcia powoli dźwignął się na nogi. Sporo czasu minęło, zanim odważył się puścić słup i stanąć o własnych siłach.

Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Był zbyt wyczerpany, by teleportować się z powrotem, pomijając już kwestię miejsca, w którym miałby się aportować. Sam fakt, że przeżył dwie niekontrolowane teleportacje, graniczył z cudem, i Harry nie miał zamiaru sprawdzać, czy wyczerpał już swój dzienny limit szczęścia. W oddali majaczyły zabudowania jakiegoś niewielkiego miasteczka i Harry chwiejnie ruszył w jego stronę.

W połowie drogi spostrzegł idącego z przeciwka farmera. Zatrzymał się i poczekał aż tamten podejdzie.

- Przepraszam pana... co to za miasteczko? - spytał.

Farmer obrzucił Harry'ego podejrzliwym spojrzeniem.

- Little Manor - burknął.

- Acha - powiedział Harry. - A... jakie jest tu najbliższe duże miasto, jeśli można spytać?

Farmer patrzył na Harry'ego ze wzrastającym zdziwieniem. Nagle coś w rodzaju błysku zrozumienia przemknęło mu przez twarz i farmer uśmiechnął się szeroko.

- Oj, to żeś pan musiał ostro tankować - powiedział kręcąc z podziwem głową.

- Eeee... trochę się zabawiliśmy z kolegami - mruknął Harry, unikając wzroku farmera. - No i teraz, cholerka, nie bardzo wiem gdzie jestem - uśmiechnął się przepraszająco.

- Najbliższe miasto to Glasgow. Z Little Manor chodzi tam autobus, będzie jakaś godzina jazdy.

- Glasgow, tyż piknie. Dzięki - mruknął Harry i ruszył chwiejnie w stronę miasteczka, odprowadzany pełnym mieszaniny zgrozy i podziwu wzrokiem farmera.

To żeś się, Harry, popisał, mówił sobie w duchu. Naprawdę nie przyszło ci do głowy, że groby Weasleyów albo twoich starych będą pilnowane? No, to jesteś większy geniusz niż można było przypuszczać. Podobno do trzech razy sztuka. Dwa już zaliczyłeś. Grasz dalej?
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Harry Potter i koniec świata

Postautor: archiwalny » 29.06.08, 21:54

Londyn, Gabinet Komendanta Strażników Czystej Krwi, 18 VI 2010

Kominek podpisany "Linia ogólna" zasyczał nagle i pojawił się w nim zielony płomień. Komendant skrzywił się niechętnie, odłożył sandwicza i wkazał różdżką na kominek.

- Connecto - mruknął. W płomieniach pojawiła się głowa jego zastępcy, Markusa Flinta.

- Czysta Krew, panie komendancie!

- Czystsza być nie może, Flint. O co chodzi? Akurat jem...

- Panie komendancie, patrol pilnujący cmentarza właśnie zameldował, że ktoś się tam pojawił.

- O! - uniósł brwi komendant - Znaczy się, Flint, po raz kolejny wyszło na moje. Kto to jest?

Zastępca wyraźnie się zmieszał.

- Panie komendancie... nie wiem jak to się stało, ale...

Komendant uniósł brwi jeszcze wyżej.

- Flint, wy mi, mam nadzieję, nie chcecie powiedzieć, że znowu wam ktoś uciekł, prawda?

Głowa w kominku wykonała taki ruch, jakby jej właściciel zaczął się wiercić niespokojnie na krześle.

- Eeee... jeśli chodzi o ścisłość, panie komendancie, to właśnie chciałem coś takiego powiedzieć. Naprawdę nie wiemy, jak to się stało...

- Naprawdę nie wiecie? - brwi komendanta były już bardzo wysoko. Niebezpiecznie wysoko. - Flint, czy mam wam przypomnieć, kto odpowiada za szkolenie Strażników? No, powiedzcie Flint, kto?

- J-ja... - wybąkał zastępca. Nawet przez buzujące w kominku płomienie widać było, że jego twarz jest nienaturalnie blada.

- Otóż to, Flint, otóż to! Wy! Jak do tego doszło?

- Panie komendancie, osobiście powierzył mi pan te obowiązki rozkazem z dnia 15 grudnia...

- Chryste, cierpliwości! - powiedział komendant, wznosząc oczy ku niebu, choć skądinąd nie był wierzący. Już nie był. - Ja się was nie pytam, dlaczego jesteście moim zastępcą i zajmujecie się szkoleniami! Ja to wiem aż za dobrze! Ja się was pytam, jak doszło do tego, że spieprzono drugą próbę zatrzymania podejrzanego w ciągu kilku dni!

- Tak jest, panie komendancie. Już tłumaczę. Otóż ten człowiek nie podporządkował się ustnemu poleceniu "stój, dokumenty do kontroli!"...

- Bardzo dziwne..! - syknął jadowicie komendant.

- Tak jest, panie komendancie! Następnie odbił zaklęcie obezwładniające i teleportował się gdzieś. Strażnicy podążyli za nim, tamten dokonał jeszcze jednej teleportacji, potem, eee... poturbował trochę naszych ludzi... no i przy kolejnej teleportacji nasi ludzie... eee, zgubili trop...

- Słucham?

- Panie komendancie, Strażnicy zarzekają się, że przy ostatniej teleportacji nie było śladu poteleportacyjnego!

- Nie było śladu? - brwi komendanta znowu się uniosły, ale tym razem w jego głosie nie było już ironii. - Flint, nie podoba mi się to wszystko. Bardzo mi się nie podoba. Pomyślałbym, że te patałachy po prostu nie potrafiły odnaleźć śladu, ale skoro przy dwóch pierwszych teleportacjach im się udało... - komendant pokręcił głową. - Nie słyszałem do tej pory o teleportacji bez pozostawienia śladu... no ale o odbijaniu gołą ręką wyspecjalizowanych zaklęć obezwładniających też nie... Flint, to jest ten sam człowiek! Dam sobie uciąć rękę od różdżki, jeśli to nie on!

Zastępca wyobraził sobie swojego szefa pozbawionego ręki i myśl ta sprawiła mu wyraźną przyjemność.

- Panie komendancie, mamy jego rysopis. Jest inny niż człowieka, którego nie udało się zatrzymać w Dziurawym Kotle 15-go - powiedział z mimowolną nutką satysfakcji w głosie. - Tym razem był to szatyn...

- Jeśli to jest metamorfomag, to rysopisem możecie sobie dupę podetrzeć - powiedział łagodnie komendant. - Macie jeszcze coś do dodania? Śniadanie mi stygnie, a oglądanie waszej durnej mordy źle wpływa na proces trawienia.

- Tak jest, panie komendancie!

- Co "tak jest", Flint? Macie coś do powiedzenia, czy podzielacie moje zdanie na temat durnej mordy?

- Mam coś do powiedzenia, panie komendancie!

Komendant westchnął ciężko.

- Mam nadzieję, że się dla odmiany nie dowiem, że jakaś staruszka pobiła przy próbie wylegitymowania sześcioosobowy patrol Strażników? - spytał głosem pełnym sarkazmu. Głowa zastępcy przyjęła oburzony wyraz twarzy.

- Nie, panie komendancie! To by było niemożliwe, gdyż Strażnicy...

- Tak, tak, wiem - machnął ręką komendant. - To o co chodzi?

- Jeszcze o tego człowieka na cmentarzu, panie komendancie. A ściślej, o groby, które odwiedzał.

- A? Mówcie, mówcie - w oczach komendanta błysnęło zainteresowanie.

- Był oczywiście u Weasleyów... to dlatego nasi ludzie próbowali go zatrzymać, zgodnie z instrukcjami, ale oczywiście śledzili go od samego początku... przedtem odwiedził grób niejakiego Syriusza Blacka, a jeszcze wcześniej - zastępca urwał na chwilę dla większego efektu - był na grobie Jamesa i Lily Potterów!

Łup! Komendant z całej siły uderzył pięścią w stół, rozlewając kawę na leżące na stole pergaminy. Wybuch zawsze opanowanego zwierzchnika był tak nieoczekiwany, że zastępca podskoczył ze strachu na krześle i zniknął z kominka. Gdy pojawił się ponownie po dziesięciu sekundach, komendant był znowu spokojny, a na twarzy miał ten sam co zawsze, lekko pogardliwy uśmieszek.

- Flint, za piętnaście minut chcę tu widzieć Page'a, Forsytha i oczywiście ciebie! Nie obchodzi mnie co teraz robią, pościągaj ich z żon, kochanek czy co tam jeszcze mają, ale macie tu wszyscy być w ciągu kwadransa!


***

Przedmieścia Londynu, 19 VI 2010

- Tak więc wygląda na to, że nic nowego nie mamy. Ale obława się jeszcze nie zaczęła, Czujący wyjdą na patrole dopiero jutro. - Charlie referował codzienną porcję nowin, rozciągnięty wygodnie w fotelu przed kominkiem. Fred stał oparty o ścianę i patrzył ponuro na brata poprzez trzymaną w ręku szklankę z resztką Ognistej Whisky.

- Jutro będziemy może coś więcej wiedzieć - kontynuował Charlie. - Wieczorem mam zamiar spotkać się z naszym przyjacielem...

- Przyjacielem! - prychnął Fred. Charlie spojrzał na brata z niesmakiem.

- Nie pluj na mnie, jeśli można prosić. Lepszy taki sojusznik, niż żaden, dzięki niemu wiemy przynajmniej co się dzieje w Ministerstwie...

- Nie ufam mu! - powiedział impulsywnie Fred. - Nie potrafię zaufać temu sukinsynowi! Nie wierzę w cudowne nawrócenia...

- Jego informację parę razy uratowały nam dupę, Fred - powiedział spokojnie Charlie. Spojrzał na pustą szklankę stojącą na poręczy fotela. - Może by tak jeszcze po razie, braciszku?

- Charlie, wystarczy! - powiedziała ostro Susan, siedząca przy stole. Charlie spojrzał niepewnie na żonę.

- Tak... masz rację, Su, napiję się soku... - wymamrotał, a potem wstał i skierował się do kuchni. - Fred, tobie też?

- Zgłupiałeś, braciszku, soczek będę pił? - spytał ze zgrozą Fred. Poczuł na sobie ciężki wzrok Susan i dodał szybko - eee, tak... w sumie to ten jabłkowy był całkiem niezły...

- Dla mnie herbaty, jeśli będziesz taki miły - mruknęła Susan. - Hermiona, a ty?

Hermiona siedziała na krześle po drugiej stronie kominka, zaciskając z całej siły ręce na poręczach, aż pobielały jej kostki, i wbijając wzrok w podłogę. Na dźwięk swojego imienia poderwała głowę.

- Tak, Susan... mówiłaś coś? - spytała mało przytomnym głosem. Susan przyjrzała się jej uważnie.

- Pytałam, czy nie chcesz się czegoś napić - powiedziała. Hermiona potrząsnęła głową.

- Nie, nie... dziękuję - znów zamilkła i wpatrzyła się w podłogę. Fred obrzucił dziewczynę pełnym niepokoju spojrzeniem.

Charlie wrócił z kuchni, postawił przed Susan filiżankę z herbatą i wręczył bratu potężną szklanicę z grubego szkła, wypełnioną jakimś płynem o nieco podejrzanej kolorystyce.

- Proszę, oto twój sok, bracie - powiedział głośno i wyraźnie, mrugając przy tym przeraźliwie prawym okiem. Fred powąchał płyn, pojaśniał na twarzy i z entuzjazmem pociągnął solidny łyk.

- Tak, ten sok jest rzeczywiście doskonały - powiedział równie głośno i równie wyraźnie, udając, że nie dostrzega pełnego dezaprobaty spojrzenia bratowej. Susan pokręciła ciężko głową i wzruszyła ramionami.

- Duże, a głupie... - mruknęła pod nosem. Fred usiadł na krześle obok brata, starając się nie patrzyć na Susan.

- No dobra - podjął wątek Charlie, sadowiąc się na swoim ulubionym fotelu. - Jak mówiłem, jutro spróbuję dowiedzieć się czegoś więcej. Podobno była jakaś afera na cmentarzu, próbowali kogoś zatrzymać, chyba im nie wyszło... To może być ten sam człowiek co wtedy w Kotle... ale może być też inny. Jutro powinienem wiedzieć więcej, wtedy zdecydujemy co dalej robić... na razie nic nie wiemy, więc trudno nam cokolwiek zdecydować...

- Trujesz, braciszku - warknął Fred. Charlie stropił się nieco.

- No, generalnie to chodzi mi o to, że jutro będę wiedział coś więcej, i wtedy będziemy mogli coś zaplanować... - Charlie urwał nagle i spojrzał na Hermionę. Wyglądała jak własny duch. Ręce dalej zaciskała z całej siły na oparciach krzesła.

- Hermiona, co ci się stało? - spytał z niepokojem.

- Nic mi się nie stało - powiedziała cicho, podejrzanie opanowanym głosem. - Tylko tak myślę, jaki to ma jeszcze sens... Wydaje nam się, że coś robimy... jakiś nowy Zakon Feniksa, czy co... wielki mi Zakon, cztery śmiertelnie przerażonę osoby... nawet oni nie biorą nas poważnie, jakby chcieli, to by nas tu dawno znaleźli, po prostu nie chcą, w niczym im nie jesteśmy w stanie zaszkodzić... Siedzimy tutaj, boimy się wystawić nos na zewnątrz... Bez przerwy snujemy jakieś plany... na planach się kończy... Wszystko już przepadło, jaki jest sens ciągnąć to dalej..?

- Hermiona, na Merlina, nie mów takich rzeczy! - powiedziała Susan, wstrząśnięta. - Bo tak jak to przedstawiasz, to faktycznie nic, tylko przyłożyć sobie różdżkę do głowy...

- A wiesz, że czasami się nad tym zastanawiam? - powiedziała jeszcze ciszej Hermiona. Fred spojrzał na dziewczynę z wyraźnym niepokojem.

- Posłuchaj, Hermi... - zaczął łagodnie.

Hermiona zerwała się gwałtownie, przewracając krzesło.

- NIE NAZYWAJ MNIE HERMI!!! - wrzasnęła. - Tylko Ron mógł tak do mnie mówić! A ty nie byłeś, nie jesteś i NIE BEDZIESZ Ronem!!!

- Tylko Ron? A może Potter też?! - wybuchnął zupełnie niespodziewanie Fred. Hermiona pobladła, wyglądała jakby dostała w twarz.

- Nawet jeśli tak, to nie jest to twój cholerny interes, rozumiesz!!! - krzyknęła. Charlie z niepokojem zauważył, że zaczyna cała dygotać. - Ale jeśli chcesz wiedzieć, to nie, Harry tak do mnie nie mówił. Zadowolony?! - wybuchęła nagle płaczem i wybiegła z jadalni. Fred uczynił taki ruch jakby chciał za nią pobiec. Charlie chwycił brata za ramię.

- Siedź tu!!! - syknął. Fred szamotał się przez chwilę.

- SIEDŹ NA DUPIE!!! - warknął Charlie. Fred zrezygnował z dalszej walki i znieruchomiał, wpatrując się tępo w ścianę. Charlie spojrzał na wpół pytająco, na wpół prosząco na żonę.

- Tak, kochanie, już do niej idę - powiedziała z ciężkim westchnieniem Susan. Odstawiła niedopitą herbatę, podniosła się z krzesła i wyszła z jadalni.

- Ależ z ciebie cholerny kretyn! - mruknął Charlie, patrząc na brata i kręcąc z niedowierzaniem głową.

***

okolice Khoraphakia, Kreta, 19 VI 2010

Pojawił się jakby znikąd. Jeszcze przed chwilą była tylko pusta przestrzeń, usłana kamieniami i porośnięta makią. Teraz stał tam mężczyzna w średnim wieku, ubrany w szorty, biały T-shirt i fantazyjną czapeczkę. Na nogach miał sandały i w zasadzie mógłby uchodzić za typowego turystę, gdyby nie trzymany w rękach sporych rozmiarów alternator samochodowy. Zatoczył się lekko na nogach, łapiąc z trudem równowagę, a potem rozejrzał się czujnie dookoła i szybkim ruchem wcisnął alternator pomiędzy dwa kamienie, przykrywając od góry trzecim tak, by nie było go widać.

Jeszcze raz rozejrzał się czujnie i poszedł w kierunku miasteczka. Minął rynek i zszedł na dół na plażę. Z daleka dostrzegł opartego o płot opalonego ciemnowłosego młodzieńca w czerwonej koszulce z napisem "jestem lwem" na plecach. Młodzieniec też go dostrzegł, bo podniósł wiszący na szyi aparat fotograficzny i w przesadny, teatralny sposób zaczął robić zdjęcia. Starszy mężczyzna zbliżył się do młodzieńca.

- Idzie zima. Słonie ruszyły na północ - powiedział półgłosem.

- A wołki zbożowe podążają ich śladem - odparł młodzieniec. Wymyślaniem nie budzących podejrzeń wśród mugoli haseł zajmowała się specjalna komórka w Ministerstwie. - Czysta Krew, panie wizytatorze. Wielki to dla nas zaszczyt, że ktoś z Ministerstwa osobiście...

- Czysta Krew. Jak tam obiekt?

- Bez zmian. Nie podejrzewa, że go śledzimy. Pilnujemy go z Mike'iem na zmianę. Mike siedzi tam - wskazał ręką w kierunku umięśnionego, opalonego blondyna w zielonych slipkach, rozwalonego na leżaku.

- A obiekt?

- Ten przy barze, ze szklanką.

Mężczyzna zlustrował wzrokiem bruneta o nieco rozczochranych włosach, z charakterystyczną blizną w kształcie błyskawicy na czole, opartego niedbale o konturar bufetu na świeżym powietrzu i popijającego drinka. Wyglądał normalnie.

- Chcę pogadać z twoim zmiennikiem - mruknął wizytator. Młodzieniec przybrał na moment skupiony, jakby nieobecny wyraz twarzy. Blondyn na fotelu poruszył się gwałtownie, a potem wstał i ruszył w ich stronę.

- Czysta Krew, panie wizytatorze - powiedział podchodząc. Mężczyzna skinął mu niedbale głową.

- Czysta. Skupcie się teraz obaj, bo to ważne. Czy nie zauważyliście w ostatnim czasie... powiedzmy, w ciągu ostatniego tygodnia, jakiejś zmiany w zachowaniu obiektu?

- Zmiany? Nieeeee... - mruknął młodzieniec w lwiej koszulce. Ale Mike zamyślił się. Wizytator spojrzał na niego wyczekująco.

- Tak, słucham...? - mruknął zachęcającym tonem.

- No, nie wiem, może to mało ważne, ale jakby taki mniej towarzyski się zrobił - powiedział niepewnie blondyn. - Jak ktoś do niego zagaduje, to odpowiada półsłówkami i od razu stara się zmyć. Kiedyś taki nie był.

Bingo! pomyślał mężczyzna czując jak serce zaczyna mu mocniej bić.

- No dobra - powiedział niedbałym tonem - poczekamy aż sobie stąd pójdzie. Za dużo ludzi...

- O co chodzi, panie wizytatorze? - spytał blondyn.

- Zobaczycie. Póki co, niech który przyniesie coś do picia.

- Oczywiście, psze pana! - powiedział szybko młodzieniec "jestem lwem" i potruchtał w kierunku bufetu. Wrócił po chwili z trzema szklankami retsiny z lodem.

Stali w milczeniu, sącząc wino. Po dobrych dwóch godzinach człowiek z blizną zaczął się zbierać. Ruszyli za nim. Szedł szybkim krokiem w stronę wznoszących się na wzgórzu willi. Gdy weszli w jakiś wyludniony o tej porze zaułek, wizytator rozejrzał się szybko.

- Dobrze... żadnych mugoli!

Szybkim ruchem wyciągnął różdżkę i wycelował w stronę człowieka z blizną.

- Verificatus!

Z różdżki wytrysnął błękitny promień i uderzył w człowieka z blizną. Nastąpił rozbłysk i mężczyzna zniknął jak mydlana bańka, pozostawiając po sobie tylko opadające powoli błekitne iskry. Po chwili zgasły i one.

- O Jezu, co to było? - wykrzyknął z niedowierzaniem młodzieniec "jestem lwem".

- Nie wiesz? - uśmiechnął się złowieszczo wizytator - Fantom. Pilnowaliście fantoma.

***
ciąg dalszy się pisze...


W powyższych odcinkach wykorzystano pomysły pochodzące z fanfictów Arthura Weasleya Wigilia w Norze oraz Pogrzeb i stypa, są to w szczególności:

- Żona Charliego Susan, z domu Bones (w ww. fanfictach będąca dziewczyną Charliego, co jest mało dziwne biorąc pod uwagę że ich akcja rozgrywa się znacznie wcześniej);
- Wygląd cmentarza czarodziejów i sposób w jaki się do niego wchodzi;
- Ślad pozostawiany przez osobę teleportującą się;
- Zaklęcie Connecto.

Za zgodę na wykorzystanie tych pomysłów serdeczne dzięki! Takoż za wymyślenie imienia Emfazy...

Hasło "Słonie ruszyły na północ, a wołki zbożowe podążyły ich śladem" pochodzi z jednego z dowcipów o Stirlitzu, autorstwo nieznane.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)



Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość