irytek jz - Kwestia wyboru

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: archiwalny » 10.01.08, 21:59

irytek jz w 12.03.06 21:47:53

Ten tekst przyszedł do mnie w Gdańsku podczas ostatnich wakacji. Ogólną koncepcję obmyśliłem w pociągu do Jastarni. Ale długo poza tą koncepcją niczego nie miałem. Jakoś nie chciał się pisać, choć chodził po mnie cały czas. Wredny taki.
Wtedy postanowiłem zrobić z tego pojedynek (na TN-ie). Mając bat nad głową, udało mi się napisać prawie całość - a przynajmniej to, co wówczas miało być całością. Niestety, z różnych powodów pojedynek nie doszedł do skutku. A mi się w międzyczasie rozbudowała koncepcja. Z planowanych początkowo trzydziestu tys. znaków zrobiło się ponad siedemdziesiąt - w większości jeszcze szkiców.
Mimo to postanowiłem zacząć się wklejać, bo wyraźnie widzę, że jak będę czekał, aż skończę, to się nie doczekam. Oto pierwszy, króciutki jeszcze odcinek. Smacznego!

A, jeszcze jedno. To jest, wbrew pozorom, fanfikt okołopotterowski, choć pierwszy odcinek nie wydaje się na to wskazywać.


Betowanie: Minerwa i Arthur Weasleyowie. Dziękuję.

KWESTIA WYBORU

(niech się święci Pierwszy Maja)




Wierzchołek nigdy nie ukończonego wieżowca przy placu Dzierżyńskiego*) tonął w chmurach. Zza obskurnego, drewnianego płotu opuszczonej budowy wystawały bezlistne gałęzie samosiejek i skorodowana, stalowa konstrukcja, kojarząca się Andrzejowi ze szkieletem przedpotopowego potwora. Zerwał się wiatr, przynosząc od strony położonego po drugiej stronie ulicy baru „Gruba Kaśka” smród zjełczałego tłuszczu.
Zapadał zmrok. Nabita do nieprzytomności „czwórka” z trudem ruszyła z przystanku, rozpaczliwie kręcąc kołami po mokrych szynach. Światła samochodów rozlewały się po asfalcie jaskrawymi plamami. Jak na drugą połowę kwietnia było bardzo zimno.
Kilka razy głęboko odetchnął, by uspokoić łomocące serce. Przed momentem milicyjna nysa skręciła w Nowotki i miał nadzieję, że kolejna pojawi się nie prędzej niż za kilka minut. Ostrożnie wyjrzał za róg, lustrując czujnie plac. Ludzie spieszyli do domów, chowając twarze w kołnierzach płaszczy. Pod hotelem Saskim mignęły mu szare mundury, ale ten patrol był zbyt daleko, by stanowić zagrożenie. Bliżej, na wysepce tramwajowej, stały dwie starsze kobiety z wypchanymi siatkami, poza tym było pusto.
Przykucnął koło płotu, upstrzonego niezliczonymi plakatami i afiszami - od teatralnych i filmowych począwszy, a na rządowych i partyjnych propagandówkach skończywszy. Gdzieś uchował się nawet fragment obwieszczenia o wprowadzeniu stanu wojennego. Andrzej wyciągnął z plecaka słoiczek z klejem, pędzel i rolkę ulotek. Lekko trzęsącymi się rękami rozprostował kartkę na płocie i pokrył jej spód klejem. Wstał i starannie nakleił ulotkę na środku plakatu, obwieszczającego zbliżające się „majowe święto”. Na tle bizantyjskiego przepychu czerwonych flag, uniesionych pięści, sierpów i młotów prostota ulotki była wręcz wyzywająca. Kilkoma kreskami naszkicowano na niej orła w koronie, depcącego wronę w czarnych okularach i generalskiej czapce. Wykonany „solidarycą” napis głosił „ZIMA WASZA, WIOSNA NASZA”.
Odetchnął głęboko, wrzucając klej i ulotki do plecaka. Zostały jeszcze cztery. Zastanawiając się, gdzie przykleić następną, ruszył powoli w stronę przejścia dla pieszych.
Z zamyślenia wyrwał go łomot podkutych butów. Od strony placu nadbiegało trzech zomowców. Nie namyślając się wiele runął na przełaj przez Świerczewskiego w stronę Ogrodu Krasińskich. Gdzieś z boku dobiegł go pisk opon i gniewny dźwięk klaksonu, ale nawet nie obrócił głowy. Wbiegł w przejście między „Grubą Kaśką” a blokiem i dopiero tam się obejrzał. Zomowcy wyraźnie zostali z tyłu. Wiedział, że w ciemnym parku zgubi ich bez trudu.
Niedoczekanie wasze! pomyślał. W tym samym momencie usłyszał jękliwy dźwięk syreny i tuż przed nim, na oddzielającej go od parku ulicy Długiej, zahamowała milicyjna nyska..
Szlag by to! Zatrzymał się, przywierając plecami do ściany. Goniący go zomowcy byli tuż tuż, jeden z nich podnosił wysoko rękę uzbrojoną w czarną pałkę. Zamknął oczy, czekając na cios...
Nagle świat zawirował. Poczuł się tak, jakby był ściskany ze wszystkich stron i zaraz potem leciał z ogromną szybkością w przestrzeni, w której nie było kierunków ani grawitacji...
Grawitacja wróciła. Długo turlał się w dół po porośniętym trawą zboczu, chroniąc głowę w ramionach, aż wreszcie zbocze się skończyło. Upadł na mokry chodnik, obijając sobie boleśnie łokcie i kolana.
Powoli otworzył oczy. Tuż obok swojej twarzy zobaczył betonowy krawężnik i studzienkę ściekową, a dalej szeroką jezdnię, po której z szumem przemknął rozpędzony samochód ciągnący za sobą welon rozpylonych kropel wody. Wysoko w górze majaczyły jakieś stalowe konstrukcje, pod którymi biegła ogromna rura. Dotarło do niego, że jest na Wisłostradzie pod mostem Gdańskim, dobre dwa kilometry od placu Dzierżyńskiego i goniących go zomowców. Ze zgrozą pomyślał, jak niewiele brakowało, by znalazł się na środku ruchliwej ulicy.
Znowu, pomyślał. Coś podobnego przydarzyło mu się już dwukrotnie. Pierwszy raz parę lat temu, gdy na Koźlej zaczepiła go banda gitowców. Uciekając przed nimi, niepojętym sposobem znalazł się nagle dwieście metrów dalej, tuż przy Świętojerskiej. Do dziś pamiętał znieruchomiałe sylwetki git-ludzi - z tej odległości nie widział twarzy, ale domyślał się, że musiały wyrażać bezbrzeżne zdumienie. Drugi, gdy na obozie harcerskim wysłano go do wsi na zwiad, a on postanowił skrócić sobie drogę przez łąkę, na której pasła się samotna krowa. Zbyt późno dotarło do niego, że był to byk. Wtedy przeniosło go aż na skraj lasu, o ponad kilometr. Najwyraźniej za każdym razem przerzucało go na większą odległość.
Rzecz jasna, nikomu się tym nie chwalił. Wyśmialiby go, a on nie potrafiłby niczego udowodnić, bo mimo wielu prób nie udało mu się przenieść na zawołanie. Za każdym razem działo się to samo, w sytuacji zagrożenia i, co najgorsze, całkowicie poza jego kontrolą.
Mogło być gorzej, pomyślał. Kilkadziesiąt metrów dalej i wylądowałby w Wiśle. Przez chwilę zastanawiał się, czy w takiej sytuacji nie przeniosłoby go znowu - pływał kiepsko i wrzucony w grubym ubraniu do zimnej wody nie miałby szans - ale cieszył się, że nie było mu dane tego sprawdzić.
Rozejrzał się niespokojnie. Na szczęście okolice mostu były o tej porze zupełnie wyludnione, a jeśli nawet kierowca któregoś z przejeżdżających samochodów zauważył staczającego się ze skarpy człowieka, to najpewniej wziął go za pijaka.
Uważnie przyjrzał się sobie w mdłym świetle latarni. Był uwalany błotem, a na kolanie nowiutkich dżinsów widniała ogromna dziura. Matka mnie zabije, pomyślał z rozpaczą. Dżinsy kupiła mu za ciężkie pieniądze na bazarze Różyckiego, bo w państwowych sklepach można było dostać wyłącznie spodnie typu garniturowego, w dodatku w szaroburą pepitkę. Andrzej stanowczo zapowiedział, że prędzej pójdzie do szkoły w slipkach, niż da się tak ubrać.
Sięgnął po leżący kilka metrów dalej plecak i zarzucił go sobie na ramię. Chwilę później zdjął go jednak i starannie ukrył w kępie rosnących przy skarpie krzaków. Może zomowcy nie zwrócili specjalnej uwagi na jego wygląd, bo wszystko trwało zbyt krótko, ale na pewno dostrzegli plecak. A i bez plecaka zwracał teraz na siebie uwagę w podartym i pobrudzonym ziemią ubraniu.
Wspiął się schodkami na dolny poziom mostu. Akurat nadjeżdżała „dwójka”. Dojechałby prawie pod sam dom, ale nie chciał teraz pokazywać się na placu Dzierżyńskiego. Przepuścił ją więc i zaraz potem pojawiła się „jedynka”. Andrzej wskoczył do drugiego wagonu i usiadł na swoim ulubionym miejscu na skrzynce bezpiecznikowej za wymontowanym fotelem motorniczego, gdzie przed wzrokiem współpasażerów chroniła go szyba z mlecznego szkła.
Przy Marchlewskiego przesiadł się w „trójki”. Do domu dotarł bez większych przeszkód okrężną drogą, choć mijając na osiedlu patrol zomowców najadł się strachu. Wydawało mu się, że milicjanci wpatrują się w niego podejrzliwie. Po głowie tłukły mu się rady druha Bogdana („pamiętajcie, pod żadnym pozorem nie zmieniajcie gwałtownie kierunku! Idźcie dalej, jak gdyby nigdy nic. Po ulicy chodzi tysiące ludzi, nie mogą kontrolować wszystkich! Nie odwracajcie wzroku, ale nie wpatrujcie się w nich natarczywie”). Rozluźnił mięśnie dopiero wtedy, gdy patrol go minął.
Na jego widok matka załamała ręce.
- Andrzejku, jak ty wyglądasz?! Twoje spodnie!
- ZOMO za mną latało - mruknął z niechęcią. Oczekiwał ostrej reprymendy i nie pomylił się.
- Znowu wieszałeś ulotki?! Nie możesz dać sobie z tym spokoju?!
- Ktoś musi.
- Nie musisz akurat ty! Jesteś za młody!
- Niedługo skończę szesnaście lat! W Małym Sabotażu młodsi byli.
- Wtedy była wojna!
- Teraz też jest. Polsko-jaruzelska. - Powiesił kurtkę na wieszaku i wszedł do pokoju.
- O, widzę, że spawacz się znowu produkuje - powiedział drwiącym głosem, wskazując wzrokiem ekran telewizora, na którym przemawiał wojskowy w charakterystycznych czarnych okularach. - Nie masz już czego oglądać?
- Gdyby nie ten „spawacz” - zdenerwowała się matka - to mielibyśmy tu rozlew krwi!
- A tak to nie mieliśmy - sarknął chłopak. - Powiedz to rodzinom tych z „Wujka”, może uwierzą!
- Wolałbyś, żeby weszli Rosjanie?!
- Trere fere! Lońka by się nie odważył! **)
- Jakoś nie bali się na Węgrzech i w Czechosłowacji!
- To były inne czasy! Zresztą my nie pepiki, tak łatwo byśmy się nie dali! W Powstaniu...
- Nie masz pojęcia o czym mówisz! Wiesz, jak wyglądała Warszawa zaraz po wyzwoleniu? Tu, gdzie mieszkamy, nie ostała się ani jedna ściana powyżej parteru!
- Lepiej zginąć stojąc niż żyć na kolanach! Ojciec zawsze...
- Ojciec, ojciec! - zdenerwowała się matka. - Ojciec ci bzdur do głowy nawbijał i tyle! Chcesz, żeby cię zabrali tak jak jego?! Andrzejku, wami się wysługują różni ludzie, nie wiesz nawet, kto za tym stoi. Masz sobie dać z tym spokój!
- A jak nie dam, to co? Doniesiesz na mnie ubecji?! - warknął i nie czekając na odpowiedź odwrócił się i poszedł do swojego pokoju.
Usiadł przy biurku, dysząc ciężko jak po długim biegu. Nie powinien tak się odzywać do matki, ale znowu dał się wyprowadzić z równowagi. W głębi duszy wiedział, że zwyczajnie się o niego boi. Ale co z tego? Ojciec też by się bał, ale przecież nigdy nie powiedziałby czegoś podobnego. Ojciec...
Spojrzał na wiszącą nad biurkiem średnioformatową fotografię, z której uśmiechał się sympatyczny okularnik we włóczkowym golfie. Pamiętał, jak matka robiła ten sweter, dała go ojcu rok temu na Boże Narodzenie. Ostatnie, jakie spędzili razem. W te Święta mieli przy stole dwa puste nakrycia.
Poczuł, że pieką go oczy. To już cztery miesiące... W sobotę, dwunastego grudnia, wybierali się razem na Torwar na łyżwy, ale ojca zatrzymały jakieś sprawy w Zarządzie Regionu. Wrócił późno, zmęczony i zaniepokojony, a przy kolacji był nieobecny duchem.
- Jednak będzie generalny... - mruknął w pewnym momencie, kręcąc głową. - Cholera, chcą iść na ostre... - podniósł wzrok znad talerza i uśmiechnął się ciepło do Andrzeja. - Ale nie martw się. Jutro idziemy pojeździć, cokolwiek by się nie działo!
Nie poszli. Trzynastego o czwartej nad ranem obudził ich trzask wyłamywanych drzwi.

C.D.N.
________________________________________________________________________________

*) Plac Dzierżyńskiego - obecnie plac Bankowy. Stojący przy nim wieżowiec zasłynął jako obiekt najdłużej chyba budowany w dziejach PRL-u. Nazywany Złotym Wieżowcem ze względu na kolor elewacji, na początku lat 90-tych zmienił barwę i obecnie zwany jest Srebrnym lub Błękitnym.

**) młodszym wyjaśniam, że „Lońką” nazywano Leonida Breżniewa, I sekretarza KC KPZR.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: archiwalny » 10.01.08, 22:04

Arianrod w 12.03.06 23:30:34
Napisałam już na Mirriel, co o tym myślę. Ale napiszę jeszcze raz:)
Bardzo rzeczywiste, jakbyś sam stał nad tym powielaczem, a potem kleił.
Ta wszechobecna milicja, strach, szarość. Smak i zapach realnego socjalizmu. Poczułam to całą sobą.
I Twój bohater jest bardzo przekonuwujący. Tak musieli myśleć i mówić szesnastolatki w tym czasie, wychowane na "Kamieniach na szaniec", gotowe umierać za wolność. (Rozmawiałam ostatnio z członkami białoruskiego Żubra, byli bardzo podobni).
Ale, jak wytknięto na Mirriel, a ja muszę się zgodzić - mało kto oglądał w Stanie Wojennym Dziennik.
I mam jeszcze wątpliwości co do wyłamywania drzwi. Kilka rewizji pamiętam i drzwi zawsze pozostawały całe, z tego co wiem, wyłamywali tylko, jeśli nikogo nie było w domu, albo nie otwierał.
I jeszcze taka wątpliwość - skoro tata Andrzeja zasiedział się w Zarządzie Regionu, to raczej by go zabrali stamtąd. Wydaje mi się, że zaczynali od Zarządów. A jeśli było zebranie, na którym planowano strajk generalny, to musiało długo trwać. Chyba, że tata wyszedł wcześniej.
Mimo tych wątpliwości, całość oceniam jako świetną. Naprawdę poczułam ten stan wojenny (choć nie wiem, czy to było miłe uczucie)
Tiarą do ziemi
Arian


Arthur Weasley w 13.03.06 01:09:12
Nie ma zwyczaju, żeby beta wdawała się w dyskusję nad dziełem. Ja się jednak odezwę, nie co do utworu, a co do prawdy historycznej.
Arianrod @ 12.03.06 22:30:34 pisze:Ale, jak wytknięto na Mirriel, a ja muszę się zgodzić - mało kto oglądał w Stanie Wojennym Dziennik.

Jestem w wieku Andrzeja i muszę się nie zgodzić. Owszem, wiele osób nie oglądało, ale ci, którzy oglądali, wcale nie byli jakimś fenomenalnym wyjątkiem.
I mam jeszcze wątpliwości co do wyłamywania drzwi. Kilka rewizji pamiętam i drzwi zawsze pozostawały całe, z tego co wiem, wyłamywali tylko, jeśli nikogo nie było w domu, albo nie otwierał.

A właśnie ludzie, po których przychodzili pamiętnej nocy, z reguły odpowiadali, że w nocy nie otworzą. Niektórym zaś wyłamywano od razu.
I jeszcze taka wątpliwość - skoro tata Andrzeja zasiedział się w Zarządzie Regionu, to raczej by go zabrali stamtąd. Wydaje mi się, że zaczynali od Zarządów.

Musiałby się zasiedzieć do północy. Przed północą nie działo się prawie nic, w Warszawie zaatakowali Zarząd zaraz po północy.
A jeśli było zebranie, na którym planowano strajk generalny,

Autor nie pisze o posiedzeniu Zarządu, lecz o "jakichś sprawach w Zarządzie". Decyzja o strajku generalnym musiałaby zapaść na szczeblu Krajówki, czyli w Gdańsku, nie we Warszawie. Krytycznego wieczoru rzeczywiście takie spotkanie trwało i, OIP, strajku generalnego w końcu nie uchwaliło.


Minerwa w 13.03.06 01:20:16
Arthur Weasley @ 13.03.06 00:09:12 pisze:
Arianrod @ 12.03.06 22:30:34 pisze:Ale, jak wytknięto na Mirriel, a ja muszę się zgodzić - mało kto oglądał w Stanie Wojennym Dziennik.

Jestem w wieku Andrzeja i muszę się nie zgodzić. Owszem, wiele osób nie oglądało, ale ci, którzy oglądali, wcale nie byli jakimś fenomenalnym wyjątkiem.

Myśmy w domu ogladali. Bardzo uważnie, bo z Dziennika wbrew pozorom można się było niejednego dowiedzieć. Oczywiście jeśli się umiało czytać między wierszami i wiedziało np. że jeżeli mówią, że w jakimś miejscu panuje spokój, to znaczy, że dokładnie w tym miejscu była ostatnio zadyma.


Magdalaena w 13.03.06 21:38:23
Po przeczytaniu tego odcinka mam różne, trochę sprzeczne wrażenia.
Po pierwsze: jest całkiem fajne, wartko się czyta, dobrze osadzone w planie "starej" Warszawy
Po drugie: opowiadanie jest takie ... schematyczne i przewidywalne. Jak napisane do powiedzmy Filipinki w cyklu "jak wyglądał młodość pokolenia Waszych rodziców". Bo i to nagromadzenie szczegółów "z epoki", i ten ojciec z Solidarności zabrany 13 grudnia, i jeszcze przypisy (tak BTW dlaczego przypis jest do Dzierżyńskiego, a nie do Nowotki ?) Brr ... Sama sztampa.
Po trzecie: Na szczęście została tam wrzucona ta nieświadoma teleportacja, sugerująca coś więcej . Zresztą na ile znam Irytka jako autora, coś się zza tej sztampy powinno wyłonić czekam na dalsze części.
I po czwarte: dlaczego nie piszesz kolejnych odcinków Końca Świata ? !


Arianrod w 13.03.06 22:40:51
Dziękuję za rozwianie wątpliwości. Mam nadzieję, że wszyscy wiedzą, że to nie chodziło o złośliwość, ani o czepialstwo, tylko o ciekawość poznawczą? Bo opowiadanie uważam za świetne. Fascynuje mnie historia PRL po prostu, cieszę się, że mogę się czegoś dowiedzieć od źródeł.
Wiem, że offtop - proszę, Arthur, usuń po przeczytaniu.
Arian

E tam, zaraz oftop. Utwór ma tematykę historyczną, więc rozmowa o prawdzie historycznej i realiach epoki jest jak najbardziej na temat, chociażby dotyczyła tego, czy czwórka wtedy skręcała w Świerczewskiego czy jechała prosto na Żolibórz (uprzedzając ewentualne zapytania: owszem, faktycznie skręcała). MO


irytek jz w 14.03.06 09:37:26
Magdalaena @ 13.03.06 20:38:23 pisze:Bo i to nagromadzenie szczegółów "z epoki",

Jeszcze za dużo? A tyle powycinałem w stosunku do wersji pierwotnej! I wcale nie napisałem, że telewizor był marki "Antares", a mogłem... (Irytek się uśmiecha)
tak BTW dlaczego przypis jest do Dzierżyńskiego, a nie do Nowotki ?

W przypisie zasadniczo chodziło mi o wieżowiec, bo jest to pewien ewenement. A niezależnie od tego, obok tego drewnianego płotu przechodziłem codziennie w drodze do szkoły, a sam wieżowiec widziałem z okna pokoju i wszystko to razem kojarzy mi się nostalgicznie, za co z góry przepraszam (Irytek się uśmiecha). Zresztą cały ten ff jest dla mnie do pewnego stopnnia wyprawą sentymentalną, za co przepraszam również (Irytek się uśmiecha)
Po trzecie: Na szczęście została tam wrzucona ta nieświadoma teleportacja, sugerująca coś więcej.

Jak by to powiedzieć - nawet gdyby teleportacji w tym odcinku nie było, to fakt, że opowiadanie pojawia się na HPff, też może różne rzeczy sugerować (Irytek się uśmiecha).
Z tym że lojalnie uprzedzam, to nie będzie HPiKŚ w wesji polskiej.
I po czwarte: dlaczego nie piszesz kolejnych odcinków Końca Świata ? !

Kolejny odcinek "Końca..." się pisze i jest na dobrej drodze. Problem w tym, że mam ostatnio mało czasu na pisanie. To, co teraz wkleiłem w "Pierwszym maja..." i będę wklejać przez parę odcinków, napisałem jeszcze w ubiegłym roku, teraz tylko zrobiłem kosmetykę (to żeby uprzedzić zarzuty, że zajmuję się "Pierwszym maja..." zamiast HPiKŚ (Irytek się uśmiecha).

Pozdrawiam.

PS: Powyższa notka napisana jest w całości pismem alfabetycznym.

Natomiast nijak nie da się powiedzieć, że jest napisana językiem polskim w odmianie literackiej, co również jest na forum wymagane. Tak też tutaj pisać nie ma zwyczaju. MO

Teraz jest odmiana literacka?

Teraz jest.


Dzięcioł Czarny Wredne Ptaszydło w 14.03.06 12:56:00
Irytku, opowiadanie zapowiada się znakomicie.

Ale "Mordki pisane pismem alfabetycznym" przebiły wszystko...
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: archiwalny » 10.01.08, 22:10

irytek jz w 18.03.06 15:32:29
No to lecimy z odcinkiem drugim. Od razu lojalnie chcę uprzedzić, że nie należy oczekiwać przez cały czas takiego tempa aktualizacji. Na razie wstawiam to, co napisałem już dawno i potem tylko poddałem kosmetyce. Ale tak dobrze długo nie będzie.

Chciałem z góry przeprosić wszystkich tych, którzy oczekują, że to nie będzie szablonowe opowiadanie (właściwie to nie wiem, dlaczego miało by nie być? Czy ja kiedyś napisałem coś nieszablonowego, cholibka?). Będzie, i to jak wszyscy diabli.

Miłej lektury.


- No to bywaj!
- Do jutra!
Uścisnął Markowi dłoń i pobiegł w stronę przystanku tramwajowego. Zbiórka skończyła się ze sporym poślizgiem, bał się, że matka będzie na niego zła o późny powrót. Po wczorajszej kłótni zapanowało kruche zawieszenie broni i nie chciał znowu zaogniać sytuacji. Na szczęście zdążył złapać „czwórkę”.
- Sorry, ale zbiórka się przeciągnęła i... - zaczął w drzwiach mieszkania.
- Masz gościa - przerwała matka.
- Gościa? - zdziwił się. - Kogo?
- Nie wiem - powiedziała cicho. Andrzej zauważył, że jest śmiertelnie blada. - Jakiś facet. Mówił, że do ciebie, ale nie chciał powiedzieć, o co chodzi.
Andrzej usłyszał łomotanie własnego serca.
- Ubek? - spytał, starając się opanować obezwładniającą go panikę. Miał ochotę zbiec po schodach na dwór i uciekać... nie wiadomo właściwie dokąd.
Matka potrząsnęła głową. Była bliska płaczu.
- Nie wiem, Andrzejku. Ale...
- Nic na mnie nie mają - powiedział szybko. - Niczego w domu nie trzymam. Nie mogą...
- Ty naprawdę myślisz, że oni potrzebują jakiś dowodów? Wystarczy, że ktoś na ciebie doniósł...
Andrzej przełknął ślinę.
- Jakby mnie chcieli zgarnąć, to by przyjechały gliny, a nie pojedynczy tajniak. Może chodzi o ojca? Dobra, dowiedzmy się, o co biega. - Miało to być powiedzianie dziarskim tonem, ale nie udało mu się ukryć drżenia głosu.
- U ciebie - szepnęła matka.
Powiesił kurtkę na wieszaku, zdjął buty i wszedł do swojej klitki. Nieznajomy siedział na tapczanie. Był to pięćdziesięcioletni z wyglądu, tęgawy mężczyzna o dosyć nijakiej aparycji. Ubrany był w szary, prążkowany garnitur z wpiętą w klapę odznaką PZPR. Zresztą i bez tego symbolu każdy rozpoznałby w nim aparatczyka średniego szczebla. Na widok Andrzeja mężczyzna wstał z miejsca.
- Andrzej Englert, prawda? - zagaił, podając Andrzejowi dłoń. Ten udał, że tego nie dostrzega, więc przybysz po krótkiej chwili opuścił rękę i usiadł z powrotem. - Jestem Jan Nowak. Chciałem z tobą chwilę porozmawiać.
- Chcę być przy tej rozmowie! - powiedziała stanowczo matka.
Obcy uśmiechnął się typowym urzędowym uśmiechem.
- Ależ oczywiście, tak będzie nawet lepiej. Nie zamierzam niczego przed panią ukrywać, zresztą i tak prędzej czy później musi się pani dowiedzieć. Ubolewam...
- Dowiedzieć czego? - przerwała zaniepokojona.
- Zaraz do tego dojdziemy. Ubolewam, że nie ma tu z nami ojca tego młodego człowieka, ale niestety...
- Gdybyście go nie zamknęli, to by tu był! - warknął Andrzej.
- Andrzejku... - jęknęła matka.
Nowak zmarszczył brwi.
- Gdyby twój ojciec nie prowadził działalności wywrotowej, to nie byłoby potrzeby go zamykać - powiedział sucho. - W każdym razie go tu nie ma, ale to nie szkodzi. Wystarczy zgoda jednego z rodziców.
Andrzej spojrzał zaniepokojony na matkę. Zgoda na co?!
- Propozycja, którą chciałem wam złożyć, wyda się na początku z pewnością nieco dziwna, żeby nie powiedzieć wprost - zwariowana. To typowa reakcja. Myślę jednak, że kiedy przedstawię wszystkie okoliczności sprawy, zechcecie ją poważnie rozważyć. Od jakiegoś czasu poszukiwaliśmy tego młodego człowieka...
Matka spojrzała na Andrzeja wzrokiem, który mógł znaczyć tylko jedno: a nie mówiłam?!
- Ach, nie - powiedział Nowak, obrzucając lekceważącym spojrzeniem wiszące na ścianach plakaty „Solidarności” i wydany przez „Nową” kalendarz z Piłsudskim. - Nie chodzi mi o tę jego, hmmm... działalność. Nasz ustrój nie zawali się od rozwieszania ulotek na murach. Ani mu to nawet w głowie. Jest to wprawdzie nielegalne i w razie, gdyby cię na tym złapano, konsekwencje mogłyby być bardzo nieprzyjemne. Tak, bardzo nieprzyjemne... - pokiwał głową. - Ale jak na razie udawało ci się jakoś uciec, prawda? I to uciec przy użyciu dość nietypowych, że się tak wyrażę, metod.
Andrzejowi serce zabiło jeszcze mocniej.
- Nie wiem, o czym pan mówi - powiedział.
Nowak pokręcił głową z krzywym uśmiechem.
- Wczoraj wieczorem - zaczął, patrząc ironicznie na chłopaka - załoga radiowozu, który odwoził do koszar zluzowane patrole piesze, dostrzegła wyrostka naklejającego ulotki o treści antypaństwowej na płocie budowy wieżowca przy placu Dzierżyńskiego. Załoga podjęła interwencję i jeden z patroli opuścił pojazd celem zatrzymania wyrostka. Na widok funkcjonariuszy wyrostek zaczął uciekać w stronę Ogrodu Krasińskich. Patrol podjął pościg pieszo, podczas gdy radiowóz objechał dokoła bar „Gruba Kaśka” i odciął gonionemu drogę ucieczki. I wtedy... - Nowak zawiesił głos.
Andrzej spojrzał na matkę. Patrzyła na niego okrągłymi z niepokoju oczyma.
- No, nie jesteś ciekaw, co się wtedy stało? - spytał mężczyzna.
- Nie - odpowiedział, wpatrując się w podłogę.
- Szkoda! Bo stało się coś bardzo dziwnego. Według zgodnej relacji funkcjonariuszy uciekinier zniknął. Niektórzy dodawali, że z dosyć głośnym trzaskiem.
- Jak to zniknął? - spytała zaskoczona matka.
- A tak to. Towarzyszył temu dźwięk przypominający wystrzał. Cóż, młody człowieku, muszę przyznać, że spłatałeś służbom niezłego psikusa. Przez parę godzin szukali tam tajnego przejścia albo skrytki. Ech, ci mugole - Nowak machnął ręką. - Zawsze wpadają na najbardziej skomplikowane wyjaśnienia najprostszych spraw.
Andrzej nie odpowiedział. Przez moment zastanowiło go, dlaczego mężczyzna określił funkcjonariuszy mianem „mugoli”, ale w tej chwili mało go obchodził partyjny żargon. Najwyraźniej gość w jakiś sposób dowiedział o jego tajemniczych umiejętnościach. Pośpiesznie zaczął się zastanawiać, czy iść dalej w zaparte. Zanim zdecydował, przybysz podjął:
- Na szczęście udało nam się całą sprawę zatuszować. Funkcjonariuszom wymazaliśmy pamięć i zmodyfikowaliśmy raporty służbowe. Nie da się ukryć, mieliśmy przez ciebie trochę nadprogramowej roboty - gestem dobrego wujaszka pogroził Andrzejowi palcem.
- Zaraz - przerwał Andrzej. - Jakie „my”? Skąd pan konkretnie jest?
- Z Departamentu Trzy i Czternaście Setnych Komitetu Centralnego Partii, zwanym także Departamentem PI. Zajmujemy się ludźmi posiadającymi pewne specyficzne zdolności.
- Nie mam żadnych zdolności - powiedział na wszelki wypadek chłopak.
- Jakich zdolności, Andrzejku? - spytała z niepokojem matka.
- Jakich? - Nowak uśmiechnął się krzywo. - A choćby umiejętność teleportacji.
- Tele... co?
- Teleportacja. Zdolność do natychmiastowego przenoszenia się z miejsca na miejsce. No, powiedzmy, prawie natychmiastowego, bo jednak te parę sekund to zajmuje. Człowiek znika w jednym miejscu i pojawia się w innym.
- Znaczy... takich jak ja jest więcej? - Andrzej spojrzał z niedowierzaniem na mężczyznę.
- No, aż taki znowuż wyjątkowy to nie jesteś. Całkiem nas sporo.
- I pan też?
- Mogę się napić? - przerwał Nowak. - Zdaje mi się, że widziałem w dużym pokoju syfon z wodą sodową?
Nie czekając na odpowiedź wyciągnął z kieszeni długą, cienką pałeczkę i machnął nią w stronę drzwi.
- Accio syfon!
W drzwiach pokoju pojawił się syfon. Lekko kołysząc się na boki przepłynął powoli w powietrzu i z cichym stuknięciem wylądował na nocnym stoliku. Matka przeżegnała się trwożliwie.
- Za jakiś czas też będziesz potrafił tak robić, jeśli oczywiście zechcesz przyjąć moją propozycję - powiedział niedbałym głosem Nowak.
- Co to było? - wykrztusił Andrzej. - Jak pan zrobił tę sztuczkę?! Co to jest za patyk?!
- To było przywołanie przedmiotu - powiedział, nalewając sobie wody do szklanki, która nagle pojawiła się na szafeczce. Andrzej mógłby przysiąc, że przedtem jej tam nie było. - A ten, jak to byłeś łaskaw określić, patyk, to moja różdżka.
- Różdżka? Ale przecież... Jaka różdżka?!!
- Powiedzmy, że magiczna - Nowak skrzywił się lekko.
- To jest MAGIA?!! Ale...
- Niby jest, choć my wolimy mówić „Umiejętności Ponadnormalne”. Określanie tych zjawisk mianem czarów i magii jest nienaukowe i niezgodne z duchem materializmu dialektycznego. Takiej przestarzałej terminologii używają w krajach kapitalistycznych - Nowak uśmiechnął się z wyższością. - Choć, oczywiście, w rozmowach prywatnych posługiwanie się potocznym słownictwem jest dopuszczalne i sam często tak mówię.
- Magia? Ale to przecież jest niemożliwe...
- Tak samo jak twoja teleportacja? - Nowak uśmiechnął się sarkastycznie.
- Andrzejku, nigdy mi nie mówiłeś o tej tlep... trotracji - przerwała matka. Sprawiała wrażenie mocno oszołomionej.
- A uwierzyłabyś? - mruknął niechętnie, unikając jej spojrzenia. - Nie potrafię tego zrobić na zawołanie, to się dzieje samo. Trzy razy się zrobiło, zawsze jak ktoś mnie gonił. Ostatni raz... - zawahał się - wczoraj. - Wiedział, że w ten sposób przyznał się do rozlepiania ulotek, ale fascynacja tym, co mówił mężczyzna, przeważyła. - Przeniosło mnie aż pod most Gdański.
- No właśnie! - ucieszył się Nowak. - To się bardzo często ujawnia w sytuacji zagrożenia. Od dawna mieliśmy doniesienia, że w tym rejonie mieszka mugolak obdarzony Umiejętnościami, ale dopiero wczoraj udało nam się ciebie zlokalizować. Aż pod Gdański, mówisz? Z Dzierżyńskiego? To spory kawałek - zamyślił się na moment, jakby tknięty jakąś myślą. - Chcesz może spróbować przywołania? - podał Andrzejowi różdżkę. - Machnij lekko w kierunku przedmiotu, skup się na pragnieniu, by do ciebie przyleciał, a potem wyraźnie wypowiedz Accio i jego nazwę. No i radzę na początek wybrać coś, co się nie rozbije ani nie połamie.
Chłopak wziął niepewnie różdżkę i spojrzał na mężczyznę.
- No, śmiało! Accio i nazwa. I musisz się skupić.
Andrzej zmrużył oczy i wpatrzył się w biurko.
- Accio zeszyt do matmy! - krzyknął, machając różdżką.
Poczuł mrowienie w przedramieniu i ku jego bezbrzeżnemu zdumieniu zeszyt drgnął, przesunął się po blacie i spadł na ziemię łopocząc kartkami. Matka otworzyła usta.
- No, no, no - nieznajomy pokręcił głową. - Jestem pod wrażeniem. Dużym wrażeniem.
- Ale... ale nie przyleciał, tak jak syfon - nieoczekiwanie dla samego siebie Andrzej poczuł rozczarowanie.
- A czego się spodziewałeś? Pierwszy raz masz w ręku różdżkę, w dodatku cudzą, i chciałbyś od razu cuda wianki? To, że w ogóle była jakakolwiek reakcja przedmiotu, to już jest cud... wróć... to świadczy o twoim bardzo wysokim potencjale! Niektórym to zaklęcie... przepraszam, ten manewr... udaje się dopiero w trzeciej klasie! No właśnie, i tak oto dochodzimy do powodu, dla którego się tu znalazłem. Magiczna... to jest Ponadnormalna... edukacja średnia rozpoczyna się w wieku piętnastu lat, tak jak mugolskie liceum, więc powinieneś być już po pierwszym roku nauki. Niestety, dopiero teraz cię namierzyliśmy. Gdybyś się zdecydował, byłbyś razem z kolegami o rok od ciebie młodszymi, ale to chyba nie problem, prawda?
- Znaczy... tego wszystkiego można się nauczyć? W szkole?!
- Nie. Z tym się trzeba urodzić. To rzadki dar, w dodatku nie poddający się do końca regułom dziedziczenia. Ale Umiejętności należy doskonalić, w przeciwnym wypadku pozostaną tylko ślepą siłą, której nie da się kontrolować ani tym bardziej wykorzystywać. Tym właśnie zajmuje się nasza szkoła. Chcesz obejrzeć zdjęcia?
Oszołomiony chłopak nie odpowiedział. Mężczyzna wyjął z teczki broszurę zatytułowaną „Zakłady Metalowe im. Marcelego Nowotki chlubą socjalistycznego przemysłu” i położył ją na stole.
- Nie, nie - machnął ręką, widząc minę Andrzeja. - To tylko taki kamuflaż.
Przytknął do okładki różdżkę i broszura zamieniła się w pękaty album, oprawiony w plastik imitujący skórę.
- Śmiało, obejrzyj sobie.
Andrzej niepewnie wziął album i otworzył go na pierwszej stronie. Było tam duże zdjęcie przedstawiające niewielki pałacyk, podpisane: „I Liceum Ogólnokształcące o profilu Doskonalenia Umiejętności Ponadnormalnych imienia Wandy Wasilewskiej” (dawniej „Szkoła Niższa Magii i Czarodziejstwa”).
- Dlaczego „dawniej Szkoła Niższa Magii i Czarodziejstwa”?
- Tak się nazywała przed wojną - Nowak skrzywił się z wyraźnym niesmakiem. - Wtedy było to gniazdo zabobonów i przesądów. Nauczyciele w szatach z wczesnego średniowiecza - mężczyzna strzepnął niewidoczny pyłek z rękawa garnituru - i podobnie średniowieczne metody nauczania. Rózgi i wrzaski. W nocy nie sposób było spać, bo duchy podzwaniały łańcuchami. No ale po zwycięstwie demokracji ludowej szkołę przejęło państwo i obecnie naucza ona w zgodzie z naukowym światopoglądem. Jest tam prężne koło Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, działa Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, jeździmy do ZSRR na wymianę młodzieży - ot, dopiero co duża grupa wróciła z Leningradu, zwiedzała tamtejszą szkołę.
A myślał, że podczas tej rozmowy już nic go nie zaskoczy.
- W Związku Radzieckim też mają szkoły magii?!
- Mają szkoły doskonalenia umiejętności ponadnormalnych - powiedział z naciskiem mężczyzna. - W kontaktach z naszymi radzieckimi przyjaciółmi radziłbym nie zapominać o tym drobnym szczególe nazewniczym, oni są na to bardzo wyczuleni.
Andrzej zastanowił się przez chwilę.
- I partia akceptuje tę całą waszą magię, czy jak ją tam zwał?
- A niby dlaczego niby miałaby nie akceptować?
- No bo...
- Wydaje ci się prawdopodobnie, że coś takiego, jak Umiejętności Ponadnormalne, nie jest zgodne z linią programową PZPR? - powiedział domyślnie Nowak.
Andrzej pokiwał głową.
- No bo skoro partia tępi religię, to tym bardziej takie...
- Partia nie tępi religii! - obruszył się mężczyzna. - Dawno nie budowało się tylu kościołów co teraz! Zresztą to nie ma nic wspólnego z religią. To po prostu pewne specyficzne umiejętności, dostępne tylko niektórym.
- I partia nie uważa tego za zabobony? Zawsze mi się wydawało...
- To typowe myślenie, charakterystyczne dla tych, którzy stykali się do tej pory jedynie z mugolskim aspektem życia partyjnego - zaczął mężczyzna takim tonem, jakby wygłaszał pogadankę na lekcji wychowania obywatelskiego. - Partia nie może zamykać oczu na fakty. Nie może także odwracać się plecami od wyzwań, z jakimi się styka. Magia była właśnie takim wyzwaniem. Obywatele obdarzeni Umiejętnościami stanowią nieliczną, ale bardzo istotną część społeczeństwa. Jednocześnie ze względu na pewien, hmm... tradycjonalizm tego środowiska, było ono bardziej niż inne podatne na zagrożenie kontrrewolucją. Zaraz po wojnie sytuacja na odcinku świadomości społecznej wśród obywateli posiadających Umiejętności kształtowała się bardzo niekorzystnie. Akcje uświadamiające robione były przez mugoli i dla mugoli, i nie trafiały, co trzeba ze smutkiem przyznać, na podatny grunt. Nasilała się dywersja prowadzona przez wrogie nam imperialistyczne ośrodki. Dlatego władza ludowa zadecydowała o powołaniu Departamentu Trzy i Czternaście Setnych, dzięki któremu uzyskiwała lepsze przełożenie do magicznych mas pracujących miast i wsi. Jak wykazał towarzysz Murkwiel w referacie na ostatni Zjazd, systematycznie wzrasta w społeczności ponadnormalnej akceptacja ustroju i polityki bloku wschodniego. Nie bez znaczenia jest fakt, że nasz ustrój stworzył warunki do rozwijania Umiejętności ludziom ze środowisk robotniczych i chłopskich, którzy kiedyś nie mieli takich możliwości. Przed wojną na różdżkę stać było jedynie najbogatszych. Tak samo do tej pory jest zresztą w krajach kapitalistycznych. U nas każdy obdarzony Umiejętnościami raz na pięć lat otrzymuje przydział na różdżkę z Warszawskiej Wytwórni Aparatury Do Zastosowań Ponadnormalnych. To dobra firma, kiedyś nazywała się Różdżki i Artefakty Cegłowski & Sztencer, a jej wyroby były słynne na całą Europę. Bezpłatna jest także edukacja. Wszystko to powoduje...
- Więc partia kontroluje także magicznych? - podsumował Andrzej, gdy Nowak urwał dla nabrania tchu. - Wszystkich?
Mężczyzna wydawał się niezadowolony z tego, że przerwano mu wykład.
- Partia, zgodnie z naszą konstytucją, pełni kierowniczą rolę w państwie - przypomniał cierpko. - Nie wiem, dlaczego sądzisz, że nie miałoby to dotyczyć także ludzi obdarzonych Umiejętnościami.
Andrzej wzruszył ramionami. Na dobrą sprawę nie było się czemu dziwić. Partyjna wierchuszka nie znosiła, gdy poza jej kontrolą znajdował się jakikolwiek aspekt życia społecznego. Teraz, gdy rozpędzono „Solidarność”, jedynie Kościół cieszył się jeszcze względną niezależnością. Nic dziwnego, że na magicznych też położono łapę. Chociaż...
- Wracając do kwestii twojej edukacji - podjął Nowak - chciałbym, żebyś do końca roku szkolnego zdecydował, czy zamierzasz pójść do naszej szkoły.
- Zaraz, moment. A co z moim ogólniakiem? Przecież jestem tam zapisany i w ogóle.
- Tym się nie przejmuj, załatwimy to. Nie jesteś pierwszym ani ostatnim, który chodził wcześniej do mugolskiej szkoły. Mamy swoje metody, he he... Jedyne, co musisz zrobić, to podpisać to zobowiązanie - mężczyzna wyjął z kieszeni złożoną na czworo kartkę i podał ją Andrzejowi.
- Ja, Andrzej Englert, urodzony czternastego września 1966 roku w Warszawie – przeczytał na głos chłopak – deklaruję wolę nauki w Pierwszym Liceum Ogólnokształcącym o profilu Doskonalenie Umiejętności Ponadnormalnych. Oświadczam, że będę:
Zachowywać postawę moralną i obywatelską godną członka Społeczności Ponadnormalnej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej;
Systematycznie i pilnie zdobywać wiedzę w celu należytego i aktywnego współuczestniczenia w budowie socjalizmu;
Realizować i wcielać w życie linię programową Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej oraz Departamentu Trzy i Czternaście Setnych;
Unikać w swoim postępowaniu wszystkiego, co mogłoby zaszkodzić dobremu imieniu Polski Ludowej oraz jej Społeczności Ponadnormalnej;
Przestrzegać regulaminów i zarządzeń władz szkoły.
Powyższe poświadczam swoim własnoręcznym, wiążącym mnie podpisem.

- Tylko podpisać? - spytał, składając papier.
- Oczywiście.
Andrzej wzruszył ramionami. Podobnych deklaracji podpisał w życiu już kilka i, jak chyba wszyscy, nie brał ich na poważnie. Był to gest czysto rytualny, konieczny, by dostać się do szkoły czy na studia. Komunistyczne państwo wymagało uczestnictwa w paradach, pochodach i akademiach „ku czci” czy choćby właśnie takich zobowiązań, w zamian oferując względny spokój. Proszę bardzo, może to podpisać.
- Nie, nie, nie - Nowak pokręcił głową, zupełnie tak, jakby czytał Andrzejowi w myślach. - To nie to samo, co tamte mugolskie ślubowania. Podpisanie tego dokumentu zwiąże cię Magicznym Kontraktem, którego nie będziesz mógł złamać.
- A jeśli go złamię, to co mi zrobicie? - spytał zaczepnie.
- Nie będziesz mógł go złamać - powtórzył mężczyzna.
- Znaczy, ten kwit to tak na poważnie? - zdziwił się Andrzej. - Nie dla jaj?
- Nie.
- I będę musiał budować socjalizm i tak dalej?
- Na to wygląda.
- No to nie ma mowy! - chłopak rzucił zobowiązanie na tapczan obok Nowaka.
- Bez tego nie zostaniesz przyjęty do naszej szkoły.
- Łaski bez. Teraz, kiedy wiem, czym są moje zdolności...
- Nie zdążyłem ci powiedzieć - przerwał drwiąco Nowak - że korzystanie z Umiejętności bez odpowiedniego zezwolenia jest nielegalne. Nie zostaniesz ukarany za te trzy teleportacje tylko dlatego, że o tym nie wiedziałeś. No, ale teraz już wiesz! A z drugiej strony, bardzo nam na tobie zależy - mężczyzna uśmiechnął się przymilnie. - Masz ogromną moc, to nie ulega wątpliwości. Możesz w naszym świecie bardzo wiele osiągnąć.
- Skoro wam tak na mnie zależy, to chyba pan zleszczył sprawę - powiedział Andrzej z wyraźną kpiną w głosie. - Podpisałbym ten kwit, gdyby nie powiedział mi pan o Kontrakcie. Mielibyście mnie w łapie.
- Gdybym nie powiedział, Kontrakt nie miałby mocy - wyjaśnił niechętnie Nowak. - Obowiązuje tylko wtedy, gdy zawierany jest w pełni świadomie.
- A to pech, no nie? - skwitował chłopak. - Jak rozumiem, podpisany pod przymusem też nie działa?
- Nie.
- To prędzej mi tu kaktus wyrośnie, niż podpiszę coś takiego dobrowolnie!
Nowak wzruszył ramionami.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi. Realia geopolityczne są takie, jakie są, i mała szansa na to, żeby się zmieniły w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat. Społeczność ponadnormalna jest jedna, innych szkół takich jak nasza nie ma. Tylko z nami możesz coś osiągnąć.
„Innych szkół takich jak nasza nie ma”, pomyślał szybko Andrzej. Niemożliwe, muszą być... Mimo młodego wieku umiał już czytać między wierszami i wiedział, że jeśli władza coś bardzo podkreśla, to na ogół jest zupełnie inaczej. Wśród magicznych też musi być jakaś opozycja...
- Ale nie ma - mężczyzna uśmiechnął się szyderczo. - Naprawdę. Możesz przyłączyć się do nas albo żyć jak mugol, pozbawiając się wszystkich możliwości, jakie...
- Chromolę wasze możliwości! Mój ojciec...
- Chwilowo przebywa w miejscu odosobnienia. Nie wymagam od ciebie decyzji już teraz. Prześpij się z tym, zastanów na spokojnie, przeanalizuj. Zostawię ci album, tam jest sporo informacji o naszym świecie. Na pewno cię zainteresuje. Tylko jeden moment, dla bezpieczeństwa rzucę zaklęcie kamuflujące.
Nowak wymamrotał coś pod nosem i machnął różdżką, ale bez widocznego efektu.
- Szlag by to... - zaklął i kilka razy mocno uderzył trzonkiem różdżki o blat stołu, wywołując feerię złotych iskierek. - O, teraz powinno być lepiej. - Powtórzył zaklęcie i album zmienił się znowu w broszurę Zakładów Nowotki.
- Coś panu sprzęt nawala - skwitował ironicznie chłopak. - To z tej firmy słynnej na całą Europę?
Nowak obruszył się.
- Wszystko przez te cholerne sankcje! - sapnął ze złością. - Niektóre surowce do produkcji różdżek trzeba sprowadzać z Zachodu, choćby klej. Najlepszy robi się ze skór gumochłonów, a te żyją wyłącznie w Anglii. Anglicy nie chcą teraz sprzedawać nam kleju, więc musimy stosować zamienniki. Niestety, radziecki klej ustępuje nieco... rzecz jasna, nie chcę przez to powiedzieć, że się nie nadaje, po prostu jego trwałość jest trochę zbyt... W każdym razie moja stara różdżka złamała się parę dni temu i dostałem nową, z tegorocznej produkcji. Pewnie znowu rdzeń się odkleił. Na szczęście jest na gwarancji. Zresztą mniejsza z tym. Gdybyś chciał obejrzeć album, po prostu klepnij w niego dłonią i powiedz „ujawnij się”, powinno wystarczyć. No, to już chyba wszystko - mężczyzna podniósł się z łóżka.
- Gdybym się zdecydował, to co mam zrobić z tą bumagą? - spytał kpiąco Andrzej, wskazując na leżącą na tapczanie kartkę. - Zanieść do Rady Narodowej czy lepiej do Komitetu Wojewódzkiego?
Nowak nie zrozumiał dowcipu.
- Absolutnie nie! - wykrzyknął, sprawiając wrażenie mocno wytrąconego z równowagi takim pomysłem. - Nie mówiłem ci, że obowiązuje nas wszystkich ścisła tajemnica przed mugolami?! Nic nie musisz robić, wystarczy ze podpiszesz, a ja będę o tym wiedział. I lepiej to gdzieś schowaj, żeby koledzy nie znaleźli. No, ja już muszę znikać. Do zobaczenia w szkole - zakończył i zniknął z trzaskiem.

C.D.N.

*) Zobowiązanie, które miał podpisać Andrzej, wzorowane jest na ślubowaniu studenckim (zamieszczanym na pierwszej stronie indeksu) i podobnych kwitach tego typu.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: archiwalny » 10.01.08, 22:13

Magdalaena w 18.03.06 20:25:53
irytek jz @ 18.03.06 14:32:29 pisze:Chciałem z góry przeprosić wszystkich tych, którzy oczekują, że to nie będzie szablonowe opowiadanie (właściwie to nie wiem, dlaczego miało by nie być? Czy ja kiedyś napisałem coś nieszablonowego, cholibka?). Będzie, i to jak wszyscy diabli.

Ależ to opowiadanie jest absolutnie i cudownie nieszablonowe. Po pierwsze jeszcze się z czymś takim nie spotkałam (w fanfikciarstwie oczywiście , bo tak w ogóle to kojarzy mi się nieodparcie z "Poniedziałkiem ..." Strugackich), po drugie wykonanie jest rozkoszne. te wszystkie nazwy, ta nowomowa, to podpisywanie bez wahania. Miodzio po prostu.
I tylko myślałam, że ojciec Andrzeja też był czarodziejem.
irytek jz @ 18.03.06 14:32:29 pisze:Mężczyzna wyjął z teczki broszurę zatytułowaną „Zakłady Metalowe im. Marcelego Nowotki chlubą socjalistycznego przemysłu” i położył ją na stole.

Jeśli już ma być drobiazgowo dokładnie, to Zakłady Mechaniczne. Obecnie Zakłady Mechaniczne „PZL-WOLA” S.A. w Warszawie (vide http://www.pzl-wola.pl)


Arianrod w 16.04.06 19:35:24
Ach, nowy rozdział, a ja nawet nie zauważyłam?
Bardzo mi się podoba rozmowa Andrzeja z Nowakiem. A zwłaszcza Nowak - świetnie wie, że wszystko lipa, ale mówi tym kodem, bo innym nie umie.
I ten pomysł z Magicznym Kontraktem po podpisaniu lojalki. Total magiczny musi być jeszcze gorszy niż mugolski, już sobie wyobrażam tych wszechobecnych legilimentów... 1984. Horror.
Ostrzę sobie pazury na opozycyjną, podziemną szkołę magii.
Pozdrawiam
Arian
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: archiwalny » 10.01.08, 22:14

irytek jz w 12.06.06 10:56:50
No to kolejny odcinek. Przepraszam za tak długą zwłokę, będę się starał żeby to się w przyszłości nie powtórzyło.

Za betę dziękuje Minervie i Arthurowi.


Kilka kolejnych dni Andrzej spędził w bibliotekach, próbując zdobyć jakieś informacje na temat ludzi obdarzonych Umiejętnościami Ponadnormalnymi. Jedyne, co znalazł, to namiary na Stowarzyszenie Radiestetów w Warszawie. Początkowo poczuł podniecenie, bo mignęło mu gdzieś słowo „różdżka”, ale szybko przekonał się, że chodzi o rozwidlony kawałek drewna lub odpowiednio wygięty drut, służący do wykrywania cieków wodnych. Nie miało to wiele wspólnego z przyrządem Nowaka.
Wizyta w siedzibie Stowarzyszenia przyniosła jeszcze większe rozczarowanie. Jakiś nawiedzony brodacz przez pół godziny tłumaczył Andrzejowi, że dzięki odpowiedniej medytacji będzie mógł wyginać łyżeczki za pomocą samej tylko siły woli. Chłopakowi powyginane łyżeczki nie były do niczego potrzebne i uważał, że w razie czego dużo prościej powyginać je własnoręcznie. Delikatna próba skierowania rozmowy na teleportację i przywoływanie przedmiotów do niczego nie doprowadziła, a kiedy Andrzej postanowił zagrać va banque i wyznał, że sam potrafi robić takie rzeczy, brodacz zdenerwował się, nawymyślał od głupich dowcipnisiów i wyrzucił go z pokoju. Andrzej z czystej przekory dłuższą chwilę usiłował przeteleportować się do środka, ale nic mu z tego nie wyszło. Na domiar złego jakaś przechodząca korytarzem kobieta na widok opartego o ścianę chłopaka z zaciśniętymi kurczowo powiekami i wykrzywioną z wysiłku twarzą zainteresowała się, czy nie potrzebuje on pomocy lekarza. Wtedy dał za wygraną.
Wyglądało na to, że w Stowarzyszeniu siedzą sami mugole (nie zauważył, kiedy zaczął myśleć w ten sposób o niemagicznych), którym coś tam kiedyś obiło się o uszy. Szansa na to, że dowie się od nich czegoś na temat czarodziejów nie poddających się władzy Departamentu PI, była znikoma.
Bo wbrew słowom Nowaka Andrzej głęboko wierzył, że muszą być tacy czarodzieje. Szesnaście lat życia w przodującym ustroju nauczyło go, że prawie wszystko ma swoje drugie dno. Zbyt nachalnie Nowak temu zaprzeczał.
Ale jak do tych ludzi dotrzeć?

***

Chemiczka złożyła dziennik i zamknęła zeszyt z notatkami.
- Nie wychodźcie jeszcze, wasz wychowawca chce powiedzieć parę słów - powiedziała, przekrzykując harmider towarzyszący rozpoczynającej się przerwie.
Zabrała swoje rzeczy i wyszła. Chwilę później w drzwiach pojawiła się zwalista sylwetka Włodzimierza Górnośląskiego. Fizyk podszedł do katedry i stanął za nią, w charakterystyczny sposób opierając się wyprostowanymi rękami o blat. Zapadła cisza.
- Proszę państwa - zaczął tubalnym głosem. - Jak zapewne wiecie, w dniu dzisiejszym nie obchodzimy święta Konstytucji Trzeciego Maja. W związku z tym, jako wasz nauczyciel i wychowawca jestem zmuszony wygłosić pogadankę o tym, byście państwo nie dali się wmanewrować w awantury, wywołane przez garstkę ekstremistów i elementy antysocjalistyczne. Jako wasz wychowawca jestem zmuszony zaapelować do państwa, byście pod żadnym pozorem nie brali udziału w planowanym na dzisiaj nielegalnym zgromadzeniu - „Ślązak” przerwał na moment. Dwadzieścia sześć par oczu wpatrywało się w niego wyczekująco.
- Moi drodzy - podjął. - Jesteście już prawie dorośli. Nie będę w związku z dzisiejszą rocznicą do niczego was namawiał, ale też nie mam moralnego prawa czegokolwiek wam zakazywać. Wiem, że przyszło wam żyć w niełatwych czasach. Wiem też, że nikt nie pytał was, czy w takich czasach chcielibyście żyć. Ale pamiętajcie, że nie jesteście jedynym pokoleniem, któremu takich pytań nie zadano. W porównaniu z tamtymi, wasze czasy są mimo wszystko stosunkowo łatwe. Nikt nie żąda od was czegoś, co przerastałoby wasze siły, tak jak w przeszłości żądano od waszych rówieśników. Jedyny wybór, przed jakim stoimy, to zeszmacić się czy pozostać człowiekiem przyzwoitym. Na to pytanie każdy z was musi odpowiedzieć sobie sam.
Wychowawca skierował się w stronę drzwi. Tam zatrzymał się na moment.
- I, na miłość Boską, nie dajcie się im złapać! - dodał cicho.

***

- SO-LI-DARNOŚC! SO-LI-DARNOŚC!!!
Tłum napierał ze wszystkich kierunków jednocześnie. Od strony Placu Zamkowego dobiegały strzępki komunikatów wygłaszanych przez milicyjne szczekaczki – ...o rozejście się..., ...nielegalne zgromadzenie...
- SO-LI-DARNOŚC! SO-LI-DARNOŚC!!!
- ...zgodnie z dekretem o wprowadzeniu stanu wojennego z dnia...
- ZI-MA WASZA!!! WIO-SNA NASZA!!!
Andrzej wspiął się na palce, próbując ponad morzem głów dostrzec, co dzieje się na placu.
- Nic nie widzę, a ty?
Mirek, wyższy od Andrzeja o głowę, wyciągnął szyję.
- Kosmici się zbierają – mruknął. Rzeczywiście, zomowcy w bojowych hełmach wyglądali jak wyjęci z filmu science-fiction.
- Ja myślisz, będą prać?
- Jasne. Chcą się, gnoje, odegrać za pierwszego - powiedział Mirek ze złością.
Niezależna pierwszomajowa demonstracja przebiegła dziwnie spokojnie i wszyscy zastanawiali się, czy była to oznaka złagodzenia kursu, czy komuna po prostu dała się zaskoczyć. Teraz już niewielu miało wątpliwości. Trzeciego maja od samego rana po ulicach Warszawy jeździły na sygnale potężne konwoje, złożone z polewaczek, skotów, „suk” i niezliczonych starów wypełnionych uzbrojonymi po zęby zomowcami. Władza prężyła muskuły.
- ...zmuszeni użyć siły... - niosło się ze szczekaczek. Tłum falował. Ci, co byli z tyłu, starali się ciągle przedostać w pobliże Zamku. Będący na Placu próbowali się wycofywać.
- BOŻE COŚ POLSKE... - od strony Katedry dobiegła majestatyczna pieśń. Tłum podchwycił słowa.
Nagle rozległ się huk wystrzału, zwielokrotniony echem w wąskich staromiejskich uliczkach. Nad głowami przeleciał walcowaty tekturowy pojemnik i ciągnąc za sobą smużkę sinego dymu wpadł między ludzi. Andrzeja zapiekły oczy.
- Gazy!!! Ludzie, chcą nas tu wydusić!!! - rozdarła się histerycznie jakaś kobieta.
- Ruskie pachołki!!! Gestapowcy!
- ...PRZEZ TAK LICZNE WIEKI... - słychać było ciągle z tyłu.
Kolejna seria strzałów i następne petardy wpadły w tłum. Ludzie zaczęli kaszleć. Nad wąską, staromiejską uliczką niosły się sinoniebieskie obłoczki.
- ...POTĘGI I CHWAŁY...
Od strony Zamku dobiegł nagle tupot setek podkutych butów, a potem jakiś łomot, krzyki i wycie. Tłum zafalował, zapanował niewyobrażalny ścisk.
- ...TARCZĄ SWEJ OPIEKI...
- Biją!!! Biją!!!
Ludzie runęli do panicznej ucieczki, tratując się nawzajem. Andrzej potknął się o krawężnik i z najwyższym trudem odzyskał równowagę. Gdzieś w morzu głów dostrzegł znikającą rudą czuprynę Mirka.
- Miraaas!!! - krzyknął, ale w tym momencie przyjaciela porwała ludzka fala.
- ... OD NIESZCZŚĆ KTÓRE POGNĘBIĆ JĄ MIAŁY...
- ...zabiją!!! Jezu Chryste, pozabijają nas!!!...
- Ludzie, nie pchajcie się!!! Kobieta się przewróciła!...
Znów się potknął, pchnięty z tyłu. Wsparł się się rękami o nierówny uliczny bruk. Ktoś stanął mu na palcach, ktoś potknął się o jego nogi, ktoś przeklinał obok na cały głos... Kopany i poszturchiwany, dotarł na czworakach do ściany kamieniczki i z najwyższym trudem dźwignął się na nogi. Gdzieś z tyłu dobiegał histeryczny wrzask, jakaś starsza kobieta, oparta o kamienny portal, modliła się głośno. Było duszno i sino od gazów.
- ...ZANOSIM BŁAGANIE...
- Lekarza!!! Czy jest tu lekarz?!!
- Matko Boska!... Matko Boska!...
Korzystając z oparcia ściany, wolno przesuwał się w stronę Katedry. Od Placu dobiegał ryk silników i krzyki. Tłum napierał z taką siłą, że Andrzej miał wrażenie, iż lada moment pękną mu żebra.
- GE-STA-PO!!! GE-STA-PO!!!
- Jezusie Maryjo!!!...
- ...RACZ NAM WRÓCIĆ PA-ANIE!!!
Nagle ucisk tłumu zelżał i Andrzej znalazł się na placyku przed Katedrą i kościołem Jezuitów. Nieco otumaniony ruszył w stronę Rynku. Ludzie dookoła byli tak samo zdezorientowani jak on.
- ...od Podwala - mówił jakiś mężczyzna. - Będą nas spychać do Wisły...
- ...cała Starówka odcięta...
- ...ładują do samochodów i wywożą...
Na rogu Świętojańskiej i Zapiecka usłyszał swoje imie.
- Tomek! - krzyknął w stronę wysokiego blondyna z równoległej klasy.
Tomek podszedł, dysząc ciężko, wyraźnie zmęczony.
- Od Zamkowego leją wodą, od Podwala pałują - powiedział rzeczowo. - Co robimy?
- Może by już stąd spylać? - zaproponował niepewnie Andrzej.
- No... Na demonstracji byliśmy, nie? To można wracać.
- No, można... Tylko którędy? Starówka odcięta...
- Bzdura! - wtrącił się osiemnastolatek w poszarpanej koszulce Solidarności. Na prawym przedramieniu miał sine pręgi, a z rozbitego łuku brwiowego ciekła mu krew. - Na Nowym Mieście jeszcze spokój. Tylko przy mennicy stoją i na placu Krasińskich, tam się nie kręćcie.
- To chodźmy przez Barbakan - mruknął Tomek. - Ja mam dość na dzisiaj. Oczy mnie bolą od tego syfu.
Na Nowomiejskiej znowu trafili w zbity tłum, ciągnący z transparentami w stronę Rynku. Tomek gdzieś się zawieruszył. Przebicie się przez Barbakan, pod prąd idących ludzi, było niemożliwe i Andrzej ruszył wzdłuż murów w stronę Kilińskiego. Tam ludzi było mniej, za to w oddali, w okolicach Kapitulnej, majaczyły szaroniebieskie szeregi w hełmach i z tarczami. Skręcił w prawo i poszedł Podwalem do Długiej.
Przy wylocie ulicy usłyszał krzyki i łoskot podkutych butów. Ostrożnie wyjrzał za róg. Od strony Freta całą szerokością ulicy sunął nieśpiesznym truchcikiem oddział ZOMO, waląc pałami w pleksiglasowe tarcze. Przerażeni ludzie uciekali w stronę placu Krasińskich lub chowali się po bramach.
Wtedy zobaczył dziewczynę. Stała po drugiej stronie Długiej, ściskając w rękach jakoś książkę, i wpatrywała się przerażonym wzrokiem w nadciągających „kosmitów”. Mogła mieć najwyżej dwanaście lat. Jeden z zomowców oderwał się od szyku i ruszył w jej kierunku.
- Uciekaaaaj!!! - ryknął Andrzej, próbując przekrzyczeć ogólny tumult, ale dziewczyna nie ruszała się, sparaliżowana strachem.
Zomowiec podbiegł do niej i pchnął z całej siły na ścianę. Dziewczyna wypuściła książkę i skuliła się, chowając głowę w ramiona. „Kosmita” podniósł pałkę...
- ZOSTAW JĄ, GNOJU! - ryknął Andrzej, rzucając się w ich stronę.
Miał nadzieję, że zomowiec zainteresuje się nim i da spokój dziewczynie, ale zupełnie nie spodziewał się tego, co nastąpiło. Funkcjonariusz zachwiał się i runął na chodnik, jakby powalony potężnym ciosem. Kilko jego kolegów, stojących najbliżej, też upadło, choć z dużo mniejszym impetem.
Dziewczyna odzyskała nagle zdolność ruchu i, zerwawszy się, wbiegła w bramę, którą prowadziło przejście na Świętojerską. Odkładając na później rozważania, co właściwie przytrafiło się zomowcom, Andrzej ruszył biegiem w przeciwną stronę, z powrotem w Podwale.
Obok baru mlecznego*) skręcił w prawo i podwórkami szkoły muzycznej wydostał się na Miodową. Tam panował względny spokój, tylko w oddali, na placu Krasińskich, majaczyły kanciaste kształty polewaczek i stalowoszare kolumny ZOMO. Ulicą Schillera poszedł w stronę placu Dzierżyńskiego.
Ale numer, myślał, ciągle jeszcze mocno oszołomiony, ale powoli odzyskując jasność umysłu. Załatwiłem go! Normalnie go załatwiłem! Chociaż nawet go nie dotknąłem! To jeszcze lepsze niż ta cała teleportacja...
Na przystanku autobusowym przy Świerczewskiego stała grupa ludzi. Na widok Andrzeja elegancko ubrana kobieta zasypała go pytaniami.
- Ze Starówki idziesz?! Ja tam muszę... Da się którędyś?...
- Teraz to lepiej się tam nie pchać - powiedział Andrzej ostrzegawczo. - Normalnie amoku dostali, pałują każdego, kto się nawinie. Kobiety i dzieci też.
- Ale mój syn tam na demonstrację poszedł! - krzyknęła rozpaczliwie kobieta.
Stojąca obok zasuszona staruszka wyprostowała się nagle.
- Mój starszy syn miał szesnaście lat, kiedy ruszył do Powstania! - powiedziała nadspodziewanie dźwięcznym głosem. - W „Baszcie” walczył, a pistolet to sobie sam na szkopach zdobył! A wnuczek jest teraz pod Katedrą. Wszyscy tam poszli, cała Warszawa! Tylko ruskie i komuchy po domach siedzą. Powinna być pani dumna, że się pani udało dziecko na patriotę wychować! A nie na takiego łachmytę, jak ci, o tam! - pogroziła pięścią oddziałowi zomowców, którzy w hełmach i z tarczami maszerowali przez park w stronę Starego Miasta.

***

Udało mu się wrócić do domu jeszcze przed matką. Przez dłuższą chwilę grzebał w dolnej szufladzie lodówki, szukając kropli do oczu. Gdy je wreszcie znalazł, zapuścił sobie do każdego oka po kilka kropel lekarstwa i położył się na wznak na tapczanie w swoim pokoju, czekając aż preparat zacznie działać.
Miał wrażenie, że zapadł w płytki sen, z którego wyrwało go miarowe stukanie. Usiadł i przez chwilę obracał głowę na wszystkie strony, próbując zlokalizować źródło dźwięku.
Na parapecie siedział spory, ciemno upierzony ptak, uderzając miarowo dziobem w szybę. Andrzej uniósł brwi. Jego matka dokarmiała wprawdzie zimą gołębie, wróble czy sikorki, i bywały dni, kiedy za oknem kłębiła się masa ptactwa, ale jak dotąd żaden z nich nie domagał się posiłku w tak natrętny sposób. Poza tym była wiosna.
- Paszoł won! - krzyknął, robiąc rękami zamaszyste ruchy mające przepłoszyć intruza. - Bufet nieczynny! No, jazda!
Ku jego zdumieniu ptaszysko nie odleciało. Zamiast tego wykonało gest, który nie mógł być niczym innym jak tylko ptasim odpowiednikiem wzruszenia ramionami. Dziób zabębnił z furią o szybę. Nagle Andrzej nabrał pewności, że ptak chce, by wpuszczono go do środka.
Czysta głupota, pomyślał, otwierając okno i odsuwając się na wszelki wypadek na bok. Ptak z łopotem skrzydeł wleciał do pokoju i wylądował na biurku.
- Nareszcie – odezwał się lekko skrzekliwym głosem, patrząc na chłopaka z wyrzutem. - Już myślałem że będę tu kiblował do następnego Plenum.
Andrzej zamarł, wpatrując się z niedowierzaniem w dziwacznego gościa.
To przez te cholerne gazy, przyszło mu do głowy. Mam haluny...[/ii]
- Coś tak japę otworzył? - zaskrzeczał ptak. - Jeszcze ci mucha wpadnie. A z tego, co wiem, ludzie nie gustują.
- Ty... mówisz?... - wykrztusił Andrzej z trudem.
- Jaki refleks – zadrwiło ptaszysko. - Mógłbyś grać w szachy.
Andrzej potrząsnął głową. Jego wujek miał wprawdzie kilka gadających ptaków, ale tamte były zdecydowanie bardziej kolorowe i zdecydowanie mniej elokwentne.
- Ale... tego... wcale nie wyglądasz jak papuga... - zauważył odkrywczo.
Ptak przekrzywił łeb, spoglądając na chłopaka z wyraźną drwiną.
- Te, młody, a co ty miałeś z biologii na okres?
- W pierwsze klasie nie mamy biologii - burknął Andrzej. - Poza tym nie twój interes! - dodał szybko.
- Widać, że nie macie. O gwarkach słyszałeś? Papugi przy nas wysiadają.
- O gwarkach?
- Rodzaj szpaków. Zresztą mniejsza z tym. My tu gadu gadu, a robota czeka. Jak nie wyrobię normy, to będę musiał złożyć samokrytykę na zebraniu. List mam do ciebie.
- List?!
- No co się tak gapisz? O listach też cię w szkole nie nauczono? [i]O tempora..
. To takie kawałki papieru, na których...
- Myślałem, że listy przynosi listonosz – przerwał Andrzej niepewnie. Dyskutowanie z gadającym ptakiem o sposobach roznoszenia poczty stanowczo przekraczało akceptowalny przezeń poziom surrealizmu sytuacyjnego.
- Też skutkuje – przyznał gwarek. - Ale po co tak komplikować?
Dopiero teraz Andrzej zauważył, że ptak ma przy lewej nodze kilka przewiązanych sznurkiem papierowych ruloników. Gwarek odczepił dziobem jeden z nich i rzucił go na biurko.
- Urzędowy, z Departamentu PI – zaskrzeczał złowieszczo. - Nie podpadłeś im ostatnio, he he he? Bo jeśli tak, to masz przechlapane. No, podpisz mi się na pokwitowaniu – wyciągnął w stronę Andrzeja dziób, w którym trzymał jakiś papier. Oszołomiony chłopak wziął od ptaka kwit, znalazł wśród kilkunastu innych swoje nazwisko i złożył obok niego zamaszysty podpis.
- Dzięki – mruknął gwarek, chowając pokwitowanie pod skrzydło. Musiał tam mieć chyba coś w rodzaju torby. - To ja już będę leciał. Miłego dnia. - Załopotał skrzydłami i wyfrunął z pokoju.
Andrzej zamknął machinalnie okno, wziął z biurka papierowy rulonik i rozwiązał ściskający go sznurek. Opatrzony licznymi pieczęciami papier okazał się dosyć tandetną imitacją pergaminu. Pierwsze Poważne Ostrzeżenie, przeczytał Andrzej tytuł wydrukowany czerwoną czcionką. Tekst poniżej głosił:
Niniejszym udziela się obywatelowi (imię i nazwisko Andrzeja wpisane było ręcznie) Pierwszego Poważnego Ostrzeżenia w związku z:
a/ Używaniem Umiejętności w obecności mugola lub przeciwko mugolowi, o ile nie było to działanie w celu obrony życia, zdrowia albo mienia społecznego znacznej wartości lub ochrony tajemnicy państwowej bądź służbowej;
b/ Używaniem Umiejętności bez posiadania świadectwa ukończenia szkoły średniej kształcącej w zakresie posługiwania się Umiejętnościami, świadectwa kwalifikacji wydanego przez właściwą Delegaturę Wojewódzką Departamentu Trzy i Czternaście Setnych, lub innego świadectwa wymienionego w rozporządzeniu Sekretarza Komitetu Centralnego PZPR d/s kontaktów ze społecznością obdarzoną Umiejętnościami Ponadnormalnymi;
c/ Inne (wpisać powód)... .
(pierwsze dwa punkty zakreślone zostały kółeczkami)
co stanowi pogwałcenie Dekretu o dozwolonym zakresie używania Umiejętności (Mag. Dz.U. z roku 1957 nr 45 poz. 154 z późniejszymi zmianami).

Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w pismo ze wzrastającym niepokojem. Przyszło mu do głowy, że magiczni zadziwiająco szybko dowiedzieli się o używaniu przez niego czarów (Umiejętności, poprawił się w myślach). Czyżby mieli na to jakieś swoje sposoby? A może po prostu ktoś za nim chodził? W tych tłumach, jakie były na Starówce, mogłaby go spokojnie śledzić cała dywizja.
Pomyślał, że to, co zrobił, można by podciągnąć pod „działanie w celu obrony życia lub zdrowia”. W końcu tej dziewczynie groziło spałowanie. W razie czego będzie się tak tłumaczył. O ile, rzecz jasna, dadzą mu szansę na jakiekolwiek tłumaczenia.
A w ogóle to nie wolno mu używać swych świeżo odkrytych mocy. Skoro nie zamierza przyjąć oferty Nowaka (a przecież nie zamierza!), to najlepiej, by zaczął się od nich odzwyczajać, zanim na dobre się nie przyzwyczai.


***

- Proszę księdza, w tych mniejszych paczkach są o, takie... - od stołu wstała tęga dziewczyna, unosząc w ręce walcowaty przedmiot.
Niewielkie pomieszczenie w podziemiach kościoła zawalone było kartonowymi pudłami z naklejkami zachodnich organizacji charytatywnych. Przy długim drewnianym stole siedziała grupka młodzieży, pracowicie kompletując paczki dla najuboższych parafian. W każdej miało się znaleźć duńskie salami, tabliczka czekolady Milka, pudełko cukru w kostkach, solone holenderskie masło i chałwa.
- Hmm... - zafrasował się ksiądz Szymek. Był to młody, na oko trzydziestoletni mężczyzna, ubrany w zgniłozielony, robiony na drutach golf, spod którego wystawała zapięta pod szyją koloratka. Jego chuda, pociągła twarz w zestawieniu z drucianymi okularami i krótką bródką nadawało mu nieco ascetyczny wygląd. - Hmm... - Wziął od dziewczyny puszkę z koktailowymi paróweczkami i obejrzał ją dokładnie, marszcząc brwi. - Mówili, że we wszystkich pudłach będzie salami... Trudno, kochani, dawajcie zamiast salami po dwie takie puszeczki.
- Ja bym nie była zadowolona, gdybym coś takiego dostała - dziewczyna pokręciła głową.
- A cóż ja ci poradzę, Ewuniu? - ksiądz rozłożył ręce. - Takie przysłali i już. I tak dobrze, że nie przeterminowane, chociaż niewiele im brakuje. Trzeba powiedzieć ludziom, żeby za długo nie trzymali w lodówkach. No dobrze, moi mili, ja muszę uciekać, mam jeszcze masę rzeczy do załatwienia. Michał będzie wami dowodził, macie go słuchać - skinął głową w kierunku wysokiego osiemnastolatka, który pokraśniał z zadowolenia.
- Może ksiądz na mnie liczyć! - powiedział gorliwie.
Ksiądz odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia. Andrzej machinalnie sięgnął po tabliczkę czekolady i wrzucił ją do leżącej przed nim paczki.
- Oprzytomniej! - skarciła go Ewa. - Już jedną włożyłeś!
- Kurczę - speszył się Andrzej. - Zamyśliłem się.
- Za dużo myślisz. Od jakiegoś czasu jesteś jakiś dziwny. Problemy?
- Nie, nie, ja tylko....
Wyjął z paczki nadliczbową czekoladę i zerwał się z krzesła.
- Sorry... zaraz wracam - rzucił pośpiesznie i pobiegł do drzwi.
Ksiądz znikał już na górze schodów. Andrzej dogonił go, przeskakując po trzy stopnie.
- Proszę księdza... proszę księdza!
- Tak, Andrzeju? - ksiądz Szymek zatrzymał się i spojrzał pytająco na chłopaka.
- Mam do księdza taką sprawę... - Andrzej urwał. Nie do końca wiedział, o co właściwie chce spytać, a tym bardziej, w jaki sposób poprowadzić rozmowę.
- Słucham.
- Proszę księdza... co ksiądz sądzi o... o czarowaniu? O magii?
Ksiądz uniósł brwi.
- O magii?
- Chodzi o to, czy... że jeśli istnieją ludzie, tacy jak... którzy mają specyficzne umiejętności, to...
Brwi księdza powędrowały jeszcze wyżej.
- Kościół stanowczo potępia czary i magię - powiedział sucho. - Byłoby dobrze, abyś o tym pamiętał.
- Ale to znaczy, że magia istnieje, prawda, proszę księdza? Bo gdyby nie istniała, to nie byłoby sensu się sprzeciwiać, nie?
- Oczywiście, że NIE istnieje - odparł ostro duchowny. Przez chwilę Andrzej miał wrażenie, że we wzroku księdza błysnęła czujność. - Nie tylko rzeczy istniejące realnie mogą być niedozwolone. Nie istnieją na przykład pogańscy bożkowie, a mimo to chrześcijaninowi nie wolno w nich wierzyć.
- Ale jeśli magia... Takich umiejętności można by używać z korzyścią dla ogółu...
Teraz już wiedział, że się nie pomylił.
- Andrzeju, to są bardzo skomplikowane sprawy. Mogę ci dać kilka książek na ten temat, ale to jutro. Teraz się śpieszę, muszę być w KIK-u, a potem jeszcze zajść na Miodową....
- Proszę księdza... bo mnie namawiają na studiowanie magii! - wypalił Andrzej.
Ksiądz cofnął się gwałtownie, jakby na miejscu Andrzeja pojawił się nagle ktoś inny, groźny i niebezpieczny.
- Trzymaj się od tych ludzi z daleka! - syknął. W jego głosie zabrzmiał nietajony strach. - Dobrze ci radzę, trzymaj się od nich z daleka! Nie igraj z rzeczami, które... - urwał.
- Ksiądz... ksiądz coś o nich wie? - wykrztusił Andrzej. - O tych ludziach? Coś konkretnego? Bo ja właśnie...
Ksiądz Szymek opanował się z widocznym trudem.
- Nie... nie... skąd - powiedział pośpiesznie, starannie unikając wzroku chłopaka. - Nie wiem zupełnie, o kim mówisz... Myślę, że jeśli ktoś cię namawia... Cóż, to pewnie jakaś sekta... tak, sekta... Tyle ich się ostatnio pojawiło... Bądź ostrożny, w sektach bezpieka ma wtyki. Muszę już iść, naprawdę... - skierował się w stronę wyjścia z plebanii. W progu zatrzymał się.
- Pamiętaj, NIE ISTNIEJE nic takiego jak magia! - dodał z naciskiem i wyszedł.
Andrzej stał dłuższą chwilę, wpatrując się oniemiały w zatrzaśnięte drzwi. Przenigdy nie spodziewałby się takiego zakończenia rozmowy. Owszem, liczył się z tym, że ksiądz mu nie uwierzy, że uzna jego opowieść za bajdurzenie. Ale to, co się stało, zupełnie wytrąciło go z równowagi.
Dlaczego kłamiesz?! myślał, ze złością, schodząc powoli po stromych schodkach prowadzących do podziemi. Przecież widzę, że wiesz coś na ten temat... Nie istnieje nic takiego jak magia, nie istnieje, jasne... Czuł, że przepełnia go coraz większa furia, miał ochotę wyć, kopać i walić pięścią w ściany. Musiał zrobić coś, cokolwiek, bo jeśli nie...
Stojący w rogu karton z pakowanym próżniowo duńskim salami eksplodował nagle z ogłuszającym hukiem. Ktoś przeraźliwie krzyknął, ktoś spadł z ławki pod stół, jedna z żarówek zgasła, rozbita podmuchem. W powietrzu fruwały strzępki tektury.
- Ja pierdzielę, co to było? - spytał Michał pełnym zgrozy głosem, ocierając twarz z drobniutkich kawałków kiełbasy.
Andrzej oparł się ciężko o ścianę. Miał wrażenie, że zaraz pęknie mu głowa.


*) Obecnie w pawilonie, w którym mieścił się bar mleczny, znajduje się salon Seata. Przejście podwórkami na Miodową jest zamknięte.

Wyposażenie zomowców można obejrzeć między innymi na stronie: http://www.zomoza.kgb.pl/wyposazenie.htm

C.D.N.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: archiwalny » 10.01.08, 22:15

Leszek w 12.06.06 11:18:50
Wygląda na doskonale poprowadzony "Odcinek przejściowy". Tradycyjnie już bardzo dobre opisy sytuacyjne - widac znajomośc tematu z pierwszej ręki. Samej akcji niewiele - ale jak rozumiem, własnie takie poprowadzenie tematu było autorowi potrzebne. Ukłon i obgryzanie palców w oczekiwaniu na kontynuację.


Magdalaena w 12.06.06 22:42:34
Bo wbrew słowom Nowaka Andrzej głęboko wierzył, że muszą być tacy czarodzieje.

Ja też !

Kolejny bardzo miły odcinek. Sporo smaczków z epoki i jakaś sensowna akcja. Może recenzja krótka, ale porządną trumnę do Twojego kryminału ciągle mam napisać i nie mogę się zebrać


Lucy Pym w 29.06.06 23:59:34
Z tym obgryzaniem jest coś na rzeczy. Doczytałam ostatnie zdania i jęknęłam - a jest coś jeszczeeee?

Nie mogę wprawdzie ocenić stopnia "naoczności" i delektować się nim na równi z tymi, którzy znają Warszawę - ale same opisy realiów, atmosfery, zachowań bardzo mi pasują. I temat - dotąd trafiałam na opowiadania o polskich czarodziejach parokrotnie, ale w takim ujęciu chyba jeszcze nikt o potterowskiej magii nie pisał. Demonstracja na Starówce - robi wrażenie. Choć, prawda, akcja rozija się na razie powolutku - autor to tu, to tam rozrzuca drobne wskazówki, sugestie... Ksiądz coś wie. Ale - czy powie? Hm.
Sytacja bohatera - nie do pozazdroszczenia, przynajmniej do tej pory. Dobrze, że dla równowagi tyle w opowiadaniu humoru. Po wizycie Nowaka u Andrzeja miałam skojarzenia ze Strugackimi - a jego plątanie się w nazewnictwie i rozpaczliwa walka o dobre imię radzieckich różdżek mnie rozbroiły. Gadający gwarek, zagrożony samokrytyką - auuuu... Eksplozja parówek, jako manifestacja "siły nieczystej" - też niezłe.

Czekam zatem na następne odcinki - odczuwam głód dalszociągowości.

Z ukłonami,
L


Arianrod w 16.08.06 21:16:02
Nowy odcinek, a ja nie skomentowałam? Wstyd.
Szczególnie, że ten mnie akurat wyjątkowo ruszył. Ta demonstracja... Zupełnie jakbym ją widziała, ciarki po plecach. Zawsze na mnie ta pieśń robiła wrażenie, a w takim kontekście...

Reakcja księdza zapowiada bardzo ciekawą część następną. W zasadzie to śledzenie i poszukiwanie opozycyjnych czarodziejów, w tym czasie, w tym wieku i tej sytuacji zapowiada się rewelacyjnie. Bohater jest nadal prawdziwy do bólu.

Podsumowując - pisze Ktoś, kto wie, co pisze i niech pisze dalej!
A.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
imperio
Początkujący
Posty: 96
Rejestracja: 07.01.08, 22:10

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: imperio » 05.03.08, 19:13

Szanowne moderatorstwo /lub tajemniczy "archiwalny"/ popełnili czyn haniebny a jednocześnie wielkoduszny prezentując ten tekst na odnowionym HPff.

Nie znam mugolskiego świata tamtego czasu, urodziłam się odrobinkę później. Prawdopodobnie nie doceniam tego tekstu tak, jak można. Ale jest ten tekst napisany tak, że mu wierzę. Nie znam się na tych wszystkich sposobach budowania tekstu, ale wiem że ten jest dobry. Zafascynował mnie i tylko żal, że już pewnie dalszego ciągu nie będzie, bo chciałabym wiedzieć, w jaki sposób ukrywa się magiczna społeczność, dlaczego ksiądz kłamie, co stanie się z Andrzejem po drugim użyciu "umiejętności" i jaką podejmie decyzję. Mimo to cieszę się że ten tekst pojawił się tu, i że przeczytałam powstały fragment.
Podziwiam autora,
Irytku, w odpowiednim czasie dużo weny(wena?) życzę, jak nie przy tym, to innym opowiadaniu.
Imperio

Awatar użytkownika
irytek-jz
Jego Excelencja
Posty: 720
Rejestracja: 27.08.07, 08:17

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: irytek-jz » 21.04.08, 11:01

Robiąc porządki na dysku natknąłem się na ten tekst. O którym, w międzyczasie, zdążyłem już zapomnieć.
I doszedłem do wniosku, że wkleję trochę. Może mnie to zmobilizuje do napisania zakończenia.


***

Jan Nowak zadzwonił jeszcze tego samego wieczora.
- Co to było, kurwa, dziś w kościele? - warknął, nie zadając sobie trudu, by wygłosić jakieś słowa powitania. - Nie będziemy tolerować czegoś takiego!
Andrzej westchnął ciężko. Nawet specjalnie już go nie zdziwiło, że „tamci” o wszystkim wiedzą.
- Wyszedłem z nerw – mruknął przepraszająco. - Nie chciałem...
- Z nerw to se mógł przed wojną wyjść hrabia ordynat Zamoyski! - przerwał ze złością Nowak. - A ty jesteś po prostu głupim gówniarzem, który nie potrafi nad sobą panować! Ostrzegałem cię...
- Przecież mówię, że tym razem było niechcący! – krzyknął Andrzej.
- Musisz panować nad swoją mocą – powtórzył spokojniejszym głosem Nowak. - A teraz, kiedy ją poznałeś, będzie ci coraz trudniej. Potrzebujesz treningu. Rozważyłeś moją propozycję?
- Nie zamierzam się zeszmacić! Mój ojciec...
Nowak parsknął śmiechem.
- Pocieszny dzieciuch z ciebie. Chcesz spędzić całe życie wśród mugoli? Pamiętaj, nie będzie ci wolno używać Umiejętności.
- Poradzę sobie! - powtórzył z uporem chłopak.
- Ale pomyśl, ile tracisz.
- Czego rozum nie wie, tego sercu nie żal.
- Ale przecież rozum już trochę wie, prawda? Na przykład taka teleportacja, jaka to niesamowita wygoda!
- Co mi po teleportacji? To działa tylko wtedy, gdy coś mi zagraża.
- Bo nie miałeś właściwego treningu. Wśród nas umiejętność teleportacji jest tak powszechna, jak prawo jazdy.
- Powaga? - zainteresował się Andrzej.
- Jak najbardziej – Nowak zmienił nagle ton, był teraz przymilny. - I prawie każdy może się tego nauczyć. Antytalencia teleportacyjne zdarzają się rzadko, a ty z pewnością do nich nie należysz.
- A co trzeba zrobić, żeby się tego nauczyć? - spytał chłopak niecierpliwie. Gdzieś w głębi głowy siedziała uporczywa myśl, że nie powinien w ogóle z Nowakiem rozmawiać, ale ciekawość przeważyła.
- Trzeba odbyć odpowiedni kurs. I dobrze ci radzę – w głosie mężczyzny zabrzmiały ostrzegawcze nuty - nie próbuj kombinować samemu, bo to się może smutno skończyć.
- To znaczy jak? Wsadzicie mnie do pierdla, jak ojca?
- To swoją droga zawsze możemy, ale szło mi o inny rodzaj zagrożenia.
- Na przykład?
- Na przykład rozszczepienie. Albo wteleportowanie się w ścianę. Albo materializacja na poziomie dziesiątego piętra zamiast na ziemi. Albo na torach przed nadjeżdżającym pociągiem, był niedawno podobny wypadek. Albo...
- Rany, to jest aż takie niebezpieczne?
- Samochód też bywa niebezpieczny, jak się nie umie jeździć, prawda? Dlatego żeby otrzymać Pozwolenie na Teleportację, trzeba zdać egzamin. Praktykę i teorię. Coś w stylu prawa jazdy.
- I potem można się teleportować, gdzie się chce?
- Pod warunkiem przestrzegania przepisów. Nie wolno na przykład robić tego w obecności mugoli. Wszystkiego dowiesz się na szkoleniu.
- A... a można wyteleportować się za granicę?
- No, można oczywiście, tylko... - Nowak urwał.
- Tylko jest to zabronione, tak? - spytał z przekąsem chłopak.
Tym razem odpowiedź Nowaka poprzedziła dłuższa przerwa.
- Granice zabezpieczone są silną barierą – powiedział wreszcie. - Ze względów bezpieczeństwa. Przecież mugole też robią podobnie, prawda? Jakieś druty, pas zaoranej ziemi i takie tam. Nie ma w tym nic dziwnego. Ale jeśli ktoś ma paszport i odpowiednie zezwolenia, to dostanie u nas w Departamencie jednorazową formułę, pozwalającą na przeskoczenie przez barierę.
- Czyli bez kwitu niczego się nie załatwi – skomentował Andrzej.
- Wszędzie tak jest – obruszył się Nowak. - Porządek musi być. Jak by to było, gdyby każdy przekraczał granicę, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota? No i musisz pamiętać, że teleportacja na duże odległości bywa męcząca. Niektórzy wolą wtedy posłużyć się świstoklikiem.
- Co to jest?
- Specjalnie spreparowany przedmiot, za pomocą którego można się przenosić na określonej trasie. O jego budowie będziesz się uczyć na przedmiocie „Konstrukcje artefaktów transportowych i komunikacyjnych”. No a w dawnych czasach popularna była łączność kominkowa. Teraz, w dobie centralnego ogrzewania, straciła jednak na znaczeniu. Czytałeś ten album który ci pożyczyłem?
- No... nie... - przyznał Andrzej, nieoczekiwanie czując coś w rodzaju winy, tak jakby przyłapano go na nieodrobieniu pracy domowej.
- To poczytaj, dowiesz się wielu ciekawych rzeczy. Ja nie mam teraz czasu z toba rozmawiać. Robota, tak wiele roboty, he he he...
- Broniewski – powiedział odruchowo chłopak.
- Słucham?
- To z Broniewskiego.
- Nie znam człowieka. Mniejsza z tym. I nie próbuj bawić się magią na własną rękę, bo dostaniesz kolejne Poważne Ostrzeżenie – zakończył Nowak i rozłączył się, nim Andrzej zdążył powiedzieć „Do widzenia”.
Chłopak odłożył słuchawkę. Przez chwilę siedział nieruchomo, a potem wstał i podszedł do biurka.
Właściwie co mi szkodzi, pomyślał, wyciągając broszurkę o zakładach Nowotki. Tylko obejrzę.
Usiadł na łóżku i ze słowami „ujawnij się” klepnął książeczkę ręką. Chwilę później trzymał w dłoniach album. Otworzył go na chybił trafił gdzieś w środku. Całą kartkę zajmowało ruchome zdjęcie, przedstawiające salę lekcyjną podczas zajęć. Podekscytowani uczniowie (jego rówieśnicy, ocenił na oko) wpatrywali się w nauczyciela, pokazującego na zawieszonej na tablicy planszy rysunek uzbrojonego w maczugę dwunożnego monstrum. Podpis pod zdjęciem głosił: Uczniowie klasy drugiej na lekcji Obrony Przed Czarnymi Mocami, Kontrrewolucją i Zakusami Wrogich Sił omawiają sposoby poskramiania trolla górskiego. Górskie trolle są często wykorzystywane przez zachodnie ośrodki dywersyjne.
Coś jak Przysposobienie Obronne, pomyślał. Przypomniał sobie lekcje z Saperem i jego nieśmiertelne dowcipy o zachowaniu się w razie ataku jądrowego: owinąć się białym prześcieradłem i czołgać w stronę najbliższego cmentarza. Ciekawe, czy tamci mają podobne kawały o tych całych trollach? Zawinąć się w prześcieradło i czekać na cios maczugą, albo coś w tym guście?
Obrócił stronę. Na kolejnym zdjęciu grupa młodzieży latała na czymś, co do złudzenia przypominało miotły, uganiając się za różnej wielkości piłkami (chociaż nie, przemknęło Andrzejowi przez głowę, gdy przyjrzał się uważniej, to raczej te dwie duże piłki uganiają się za graczami...). Następna fotografia przedstawiała dużą salę, podobną trochę do sali chemicznej w jego liceum. Na stolikach stały kociołki, pod którymi palił się ogień, a w kociołkach mieszali wielkimi chochlami zaaferowani uczniowie. Z tyłu za ich plecami dawało się odczytać wiszący na ścianie transparent: „Warzelnictwo eliksirów kluczem do pomyślności Ludowej Ojczyzny”.
Fajnie było by się tam uczyć, pomyślał. Propagandowe hasła specjalnie mu nie przeszkadzały, podobne wisiały w każdej szkole, jego także. Ale eliksiry! Zawsze lubił chemię, a eliksiry to musi być coś w rodzaju chemii, tylko ciekawszej! No i zaklęcia! Przypomniał sobie, co czuł, gdy próbował przywołać różdżką zeszyt do matematyki.
No tak. Ale nie będzie się uczył, bo musiałby podpisać tę przeklętą lojalkę. A tego przecież nie zrobi!
Zdecydowanym ruchem zamknął album, wrzucił go do najniższej szuflady biurka i zasunął ją z trzaskiem. Gdy się wyprostował, jego wzrok padł na wiszące nad biurkiem zdjęcie ojca. Odniósł wrażenie, że tata patrzy na nań z duma i aprobatą – tak jak wtedy, gdy Andrzejowi pierwszy raz udało się zjechać bez wywrotki ze Skrzycznego. Albo kiedy przyszedł do domu z uwagą w dzienniczku, bo powiedział wychowawczyni, że nie weźmie udziału w olimpiadzie wiedzy o Rewolucji Październikowej.
Uśmiechnął się zawiadiacko do zdjęcia i uniósł dwa palce w geście zwycięstwa. Ale nie złagodziło to uczucia przejmującego żalu, które ogarnęło go zupełnie niespodziewanie.

***

Wrócił ze szkoły krótko przed matką. Gdy przebierał się do wyjścia - wieczorem miał spotkanie w parafii - zadzwonił telefon. Usłyszał, jak matka odbiera w dużym pokoju.
- Andrzejku, ksiądz Szymek do ciebie!
No tak, mógł się tego spodziewać. W duchu nastawił się na ostrą reprymendę. Nie miał wątpliwości, że ksiądz Szymek musiał skojarzyć dziwny wybuch w podziemiach kościoła z wcześniejszą rozmową o magii. Z drugiej strony, teraz ksiądz nie będzie już mógł odwracać kota ogonem i twierdzić, że magia nie istnieje. Będzie musiał z Andrzejem porozmawiać o niej otwarcie.
- Niech będzie pochwalony, księżę Szymku, ja... - zaczął, podnosząc słuchawkę swojego aparatu.
- Andrzeju, chcę, żebyś przestał przychodzić na spotkania grupy „Solidarnych”!
Andrzej odsunął słuchawkę tak gwałtownie, jak gdyby ta ugryzła go w ucho.
- Co takiego?! - wykrztusił. - Ale dlaczego?! Przecież ja...
- Po prostu nie przychodź! - w głosie księdza zabrzmiał ten sam lęk, jaki zauważył wczoraj wieczorem.
- Proszę księdza, to naprawdę nie była moja wina! Nie chciałem...
- Powiedziałem wszystko, co mam na ten temat do powiedzenia. Nie potrzebujemy ludzi z twoimi... skłonnościami. Ani tych, którzy ich kontrolują. Dałem znać innym, że nie należysz już do wspólnoty.
Andrzej otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale w słuchawce szczęknęło i zapadła głucha cisza. Przez chwilę patrzył oniemiały na milczący telefon.
- KURWA MAĆ! - ryknął, rzucając słuchawkę na widełki.
Stojąca na półce kolekcja glinianych wazoników eksplodowała z hukiem, obsypując pokój deszczem odłamków.


***

Zabrzmiał dzwonek na przerwę. Andrzej wrzucił do teczki swoje rzeczy i wyszedł na korytarz. To była ostatnia lekcja, musiał jeszcze tylko zajść do biblioteki i wypożyczyć lekturę, a potem będzie mógł iść do domu.
Schodził po schodach pogrążony w myślach. Od wczoraj zauważył subtelną zmianę w sposobie, w jaki odnosili się do niego koledzy. Mirek, z którym siedział na prawie wszystkich lekcjach, był dziwnie milczący, a zagadywany odpowiadał monosylabami. Inni albo go ignorowali, albo zachowywali się tak, jakby chcieli dać mu coś do zrozumienia. Gdy próbował pytać, o co chodzi, udawali, że nic się nie stało. Nawet „Ślązak” na fizyce patrzył na niego jakoś dziwnie. A może nie, może mu się tylko wydawało?
Szkolna biblioteka była pełna uczniów. Zostawił legitymację dyżurującej przy wejściu bibliotekarce i zszedł po trzech schodkach do sali z regałami. Skierował się w stronę półki lektur i zamarł w pół kroku, usłyszawszy własne nazwisko.
- ...przecież jego stary siedzi w internacie - mówił niepewnym głosem ktoś stojący po drugiej stronie regału. Andrzej rozpoznał po głosie Rafała z równoległej klasy. - To on chyba jest w porządku, no nie?
- Głupi jesteś - warknął drugi. To był Paweł, z którym razem chodzili na spotkania „Solidarnych”. - Właśnie jest tym bardziej podejrzany! Pewnie mu obiecali, że jak będzie szpiclował, to starego wcześniej wypuszczą.
- Ale przecież...
- Słuchaj, Rafalski, ksiądz Szymek by go nie wypieprzył z grupy, gdyby nie miał powodu, ka-pe-wu?
- No niby tak, ale...
- A jaki mógł mieć powód, no pomyśl tylko?
Andrzej obrócił się powoli i ruszył w stronę wyjścia, z całej siły zaciskając pięści w kieszeniach kurtki.

Awatar użytkownika
irytek-jz
Jego Excelencja
Posty: 720
Rejestracja: 27.08.07, 08:17

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: irytek-jz » 15.06.08, 14:51

Mały nekstparcik :D



W sklepie panował zaduch. Nieruchomy wentylator wisiał smętnie z sufitu. Kilka brzęczących nieprzyjemnie świetlówek oświetlało puste haki i spękaną białą glazurę na ścianach. Z dwóch lad chłodniczych działała tylko jedna; druga pozbawiona była płyty czołowej i prezentowała światu czarne od brudu wnętrzności.
Kolejka posuwała się powoli. Andrzej smętnym wzrokiem popatrzył na znikające jak kamfora pęta „myśliwskiej”. Po raz kolejny policzył stojących przed nim ludzi i oszacował pozostałą w blaszanym kontenerku zawartość. Jakaś szansa była. Przy łucie szczęścia kiełbasy starczy i dla niego.
Ci pieprzeni czarodzieje pewnie nie muszą stać w kolejkach, pomyślał z zawiścią. Koszula kleiła mu się do pleców. Wokół siebie widział ponure, zacięte twarze. Stojący obok mężczyzna wbijał Andrzejowi pod żebro róg wypchanej teczki. Ciekawe, czy na kiełbasę działa „Accio”? Na moment poprawił sobie humor wizją kiełbas, długim sznurem wylatujących przez uchylone drzwi na ulicę. Ale głupie miny mieliby ci mugole. Uśmiechnął się w duchu, ale szybko sposępniał. Nie mógłby tego zrobić, to przecież kradzież. No, chyba żeby zapłacił. Gdyby w zamian zostawił odpowiednią sumę pieniędzy...
Nie! Umiejętności nie wolno używać w obecności mugoli. Zresztą jemu w ogóle nie wolno ich używać, bo nie ukończył szkoły. I nie ukończę, pomyślał ponuro. Szlag by ich trafił! Zresztą nie mam przecież różdżki.
Co jakiś czas posuwał się o pół kroku do przodu. Kolejka przed nim topniała. Kiełbasa w kontenerku także. I wkrótce wszystko stało się jasne. Stojąca przed nim starsza kobieta kupi ostatnią porcję. Dla niego już nie starczy!
Niech to diabli, pomyślał, wpatrując się w trzymaną w spoconej dłoni kartkę na mięso. A może ona tego nie weźmie? Ale wiedział, że nie ma na to szans. Poza kiełbasą jedynymi dostępnymi w sklepie artykułami był mocno podejrzany biały ser i nieśmiertelny ocet. Nikt o zdrowych zmysłach nie zrezygnował by z takiego rarytasu, jak kiełbasa myśliwska.
- Tę resztkę pani da - powiedziała kobieta, podając ekspedientce kartkę
Weź ser! pomyślał z rozpaczą Andrzej, wbijając wzrok w kark kobiety! Weź ser! Ser jest zdrowy!
Ekspedientka sięgnęła do kontenerka.
- Albo wie pani co - zawahała się kobieta. - Może nie, może ja tego serka wezmę... Ser jest zdrowy...
Andrzej rozdziawił usta. Ekspedientka znieruchomiała i spojrzała na klientkę z bezbrzeżnym zdumieniem. Nawet największy optymista nie nazwał by takiego sera zdrowym.
- Kiełbasy pani nie bierze?! Akurat przydział wyjdzie, resztę z karki pani zrealizuje.
Kobieta potrząsnęła głową.
- No jasne, co też ja wygaduję!
Weź ser! Weź ser! Weź ser!
Ekspedientka zawinęła kiełbasę w szary papier i sięgnęła po kartkę. Klientka cofnęła rękę. Sprawiała wrażenie zagubionej.
- No, kartkę mi pani da, odcinek muszę odciąć - ponagliła ekspedientka.
- Ale za serek też? - spytała niepewnie kobieta. - Przecież to bez kartek...
- Jaki ser?! - ekspedientka trzasnęła pakunkiem w ladę. - Kiełbasa!
- Ale ja serek chciałam...
- To niech się wreszcie zdecyduje! - warknęła ekspedientka. - Ludzie stoją, a ta wydziwia! Ile tego sera ma być?!
- A tak z ćwierć kilo...
Ekspedientka ze złością odrzuciła kiełbasę do kontenerka, a potem odkroiła kawał sera i położyła go na wadze. Z bliska widać było, że zaczyna już jełczeć.
- Trzydzieści deka. Trzy pięćdziesiąt. Tobie co? - zwróciła się do Andrzeja.
- To ja tę kiełbaskę poproszę - powiedział szybko Andrzej, podając kartkę. Kątem oka zauważył, że kobieta, która kupiła ser, stoi w drzwiach sklepu, jakby zastanawiała się, skąd się tam wzięła. Reszta kolejki rozeszła się zawiedziona.
Z kiełbasą w siatce wyszedł ze sklepu. Na ulicy znowu dostrzegł kobietę. Stała przed oknem wystawowym, oglądając zakupiony ser, a jej usta poruszały się bezgłośnie.
Ale numer, pomyślał w euforii. Mogę wpływać na to, co robią inni ludzie!
Spojrzał na kobietę i nagle zrobiło mu się głupio.
Przecież to nie moja wina, że ta mugolka tak zareagowała! powiedział sobie. Wcale nie chciałem...
Ale wiedział, że ojciec by tego nie pochwalił. Zawsze mu powtarzał, że nie wolno żyć czyimś kosztem, że należy najpierw mieć na uwadze dobro innych, a dopiero potem swoje własne...
I dlatego teraz siedzi w kiciu! pomyślał z nagłą złością Andrzej, ruszając w stronę domu.


***

Koniec maja był upalny. Z nieba lał się żar, rozgrzane ulice i mury kamienic sprawiały, że w mieście trudno było wytrzymać. Wnętrza tramwajów i autobusów rozpalone były niczym hutnicze piece, toteż Andrzej zdecydował się pójść na zbiórkę piechotą. Teraz, po przejściu dwóch przystanków, zastanawiał się, czy był to najlepszy pomysł. Bluza mundurowa kleiła mu się do pleców, a włosy pod rogatywką były mokre od potu. Na szczęście jego stara podstawówka była już niedaleko. Harcówka mieściła się w piwnicach obok szatni, a tam zawsze latem panował miły chłód.
Wbiegł po schodkach i wszedł głównym wejściem. Jak zawsze na krzesełku pod zegarem, na przeciwko drzwi, podsypiał stary woźny nazwiskiem Krajowy, pokolenia temu ochrzczony przez uczniów mianem Zagramanicznego. Nie tylko zresztą przez uczniów, bo Andrzej parę lat temu podsłuchał, jak tego określenia użyła pani wicedyrektor w rozmowie z jedną z nauczycielek.
Na widok Andrzeja Zagramaniczny łypnął podejrzliwie prawym okiem.
- Na zbiórkę idę - wyjaśnił chłopak.
- To niech idzie - Zagramaniczny machnął ręką. Andrzej ruszył w stronę zejścia do szatni.
- Nima nikogo - dodał woźny obojętnie.
Andrzej zatrzymał się.
- Jak to? Nikt jeszcze nie przyszedł? Druh Bogdan też nie?
- Ano z mundurowych nikt - potwierdził Zagramaniczny. - Jakieś w piłkie na dziedzińcu grajom, ale to nie wasi chiba, nie?
- Chyba nie - mruknął Andrzej zdziwiony.
Zbiegł po schodach do szatni i szarpnął za klamkę od drzwi harcówki. Była zamknięta. Odczekał kilkanaście sekund a potem przyłożył ucho do drzwi. W środku panowała głucha cisza.
Usiadł na ławeczce pod ścianą i zastanowił się. Do rozpoczęcia zbiórki zostało kilka minut. Normalnie o tej porze obecna była już prawie cała drużyna, nie mówiąc o drużynowym, który z reguły bywał przynajmniej pół godziny wcześniej, żeby wszystko przygotować. Oczywiście, druhowi Bogdanowi mogło coś wypaść, ale gdzie reszta? Gdzie przyboczni? Gdzie jego zastęp?
Jeszcze raz bez większego sensu zabębnił pięściami w drzwi, a potem wbiegł po schodach na parter i wyszedł bocznym wyjściem na boisko. Kilkunastu chłopaków z siódmych i ósmych klas rzeczywiście grało w nogę, ale nie dostrzegł nikogo ze swojej drużyny.
Podszedł do ściany, przykucnął i zajrzał w maleńkie piwniczne okienka harcówki. Przez mleczną, zbrojoną drutem szybę nie dawało się dostrzec wnętrza, ale nie ulegało wątpliwości, że w pomieszczeniu nie paliło się światło. A skoro tak, to na pewno nikogo tam nie było.
Wrócił do szatni. Przyszło mu do głowy, że może na drzwiach wisiała jakaś kartka, więc dokładnie przeszukał okolice harcówki, oglądając każdy zmięty papier, który wpadł mu w oko. Potem w akcie desperacji przejrzał nawet kosz na śmieci. Nadaremnie.
Spojrzał na zegarek. Zbiórka powinna się zacząć dziesięć minut temu. Skoro do tej pory nie przyszedł nikt poza nim, to musiało to oznaczać, że pozostali wiedzieli, iż się nie odbędzie. Dlaczego więc jego nikt nie zawiadomił?
Najwłaściwszym adresatem takiego pytania byłby drużynowy. Niestety, druh Bogdan mieszkał na Ursynowie i nie miał w domu telefonu, a Andrzejowi nie uśmiechało się jechać tam autobusem w godzinach największego szczytu. Najbliżej mieszkał Karol z jego zastępu. Andrzej wyszedł ze szkoły, rzucając Zagramanicznemu pośpieszne „do widzenia” i popędził na Freta. Po dłuższej chwili otworzyła mu matka Karola.
- Lolka nie ma, gdzieś wyszedł - powiedziała od progu. Andrzej odniósł wrażenie, że unika jego wzroku.
- Na zbiórkę?
- Może i na zbiórkę, ja się tam nie znam. Nie ma go - uczyniła taki ruch, jakby chciała mu zamknąć drzwi przed nosem. Andrzej cofnął się odruchowo.
- Do widzenia - mruknął i nie czekając na odpowiedź zbiegł na parter.
Wyszedł na ulicę i skierował się w stronę Rynku Nowego Miasta. Przeszedł zaledwie kilka kroków, gdy tknięty jakimś przeczuciem zatrzymał się nagle i spojrzał w okna pokoju Karola. Zdążył dostrzec zarys sylwetki, pośpiesznie chowającej się za firankę. Karol był w domu.
Poczuł gniew. Przez moment chciał wrócić i zażądać od kolegi wyjaśnień, ale gniew minął równie szybko jak się pojawił. Nie to nie, nie chce z nim rozmawiać, łaski bez. Nie on jeden jest w drużynie.
Przejrzał kieszenie i znalazł kilka dwuzłotówek. Poszedł do budki telefonicznej na Świętojerskiej i zaklął szpetnie, widząc smętne resztki po urwanej słuchawce. Najbliższy telefon był na Franciszkańskiej. Ten na szczęście działał. Wrzucił monetę i wykręcił numer Jarka, przybocznego.
- A, to ty - mruknął bez entuzjazmu Jarek, rozpoznając Andrzeja po głosie. Nie przepadali za sobą i starali się ograniczać wzajemne relacje do czysto służbowych.
- Co jest grane? Dlaczego zbiórki nie było? - spytał natarczywie chłopak.
- A, zbiórki... - odpowiedział powoli Jarek, przeciągając sylaby. - Została odwołana.
- Jak odwołana?! Dlaczego, do jasnej cholery, nikt mnie nie zawiadomił? - warknął Andrzej.
- Nikt cię nie zawiadomił? To musiało być jakieś niedopatrzenie - Andrzej miał wrażenie, że w głosie przybocznego wyczuwał obłudę.
- Ano nikt - odpowiedział spokojnie, starając się panować nad głosem. - Na kiedy została przełożona?
- Jeszcze nie wiadomo. Jak zostanie ustalony termin, to wszyscy, którzy powinni, zostaną powiadomieni. Muszę kończyć, zajęty jestem, w piątek mam kolosa z mechaniki - rozległ się trzask odkładanej słuchawki.
Jasne, kolosa z mechaniki, pomyślał Andrzej zgryźliwie. Jarek faktycznie studiował na pierwszym roku Politechniki, ale do tej pory specjalnie nie przemęczał się nauką. Tym bardziej nie zbawiłoby go dodatkowe pięć minut rozmowy.
Wzruszył ramionami i powoli ruszył w stronę parku Krasińskich.
"Ludzie uwierzą w każdy cytat znaleziony w internecie." - Abraham Lincoln

Awatar użytkownika
Arianrod
Początkujący
Posty: 121
Rejestracja: 24.08.07, 17:59

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: Arianrod » 03.07.08, 22:37

Nie mogę czytać tego opowiadania. Bo wklejasz jakieś kwity z pralni raz na ruski rok, co się człowiek wkręci, to już nie ma dalej i czekaj tatka latka.

A jakoś nie mogę się nie wkręcić, bo atmosfera gęstnieje, wokół bohatera robi się pusto, i wybór robi się coraz trudniejszy...
Jakbyś go pakował prościutko w ramiona bezpieki.

Trzymam kciuki w każdym razie, za bohatera i Irytkowego Wena.
Kłaniam się
Arian
Odpowiedziała mu najpierw cisza, potem naiwne, fioletowe spojrzenie o wyrazie wcielonej niewinności, aż wreszcie miękki głosik:

- Hefalump dzwoni dom.

by Świeczek
Co biorą Świeczki?

Żywy żurnal

Awatar użytkownika
irytek-jz
Jego Excelencja
Posty: 720
Rejestracja: 27.08.07, 08:17

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: irytek-jz » 18.07.08, 17:26

Odcinek dedykuję Jamesowi B. Weasleyowi z podziękowaniem za inspirację.

Rozbrzmiał dzwonek. Fizyk zamknął z trzaskiem podręcznik Holiday-Resnick, przy pomocy którego przez ostatnie dwadzieścia minut doprowadzał uczniów na skraj załamania nerwowego, i popatrzył ponuro po klasie. Pierwsze szumy towarzyszące rozpoczynającej się przerwie ucichły jak nożem uciął i zapanowała grobowa cisza.
- Proszę państwa – powiedział “Ślązak” cicho, akcentując dobitnie sylaby. - Jeśli państwo nie zaczną się wreszcie uczyć, to na koniec roku będzie płacz i zgrzytanie zębów! I żadne czary wam wtedy nie pomogą!
Schował pod pachę dziennik i wyszedł z klasy, odprowadzany oszołomionym spojrzeniem Andrzeja.
- Coś tak japę rozdziawił? - ktoś szturchnął go w plecy.
- Że co?...
- Wyglądasz, jakbyś ducha zobaczył – skomentował Jaś. - O co ci biega?
- Nie... o nic... tak tylko się zamyśliłem - mruknął bez przekonania.
Przerzucił przez ramię pasek torby i zszedł do szatni.
Teraz, wlokąc się bez żadnego konkretnego celu w stronę Starego Miasta, rozpamiętywał ciągle słowa Górnośląskiego. Żadne czary! Wyraźnie użył tego słowa. Czary!!! I czy rzeczywiście popatrzył znacząco na Andrzeja?
Czyżby fizyk był jednym z magicznych? Czy należy do tej części czarodziejskiej społeczności, której istnieniu Nowak tak gorąco zaprzeczał? Bo przecież niemożliwe, żeby ktoś taki jak “Ślązak” współpracował z komuchami! Wszyscy, ale nie on!
I gdy tak myślał, ogarniała go euforia, a wszystko stawało się łatwe i proste. Zaraz jutro pójdzie pogadać z wychowawcą, dostanie kontakt na czarodziejskie podziemie i rozpocznie naukę czarów!
Co prawda, gdyby fizyk chciał mu przekazać jakąś wiadomość, mógł zrobić to otwarcie, zatrzymując w klasie pod byle pretekstem. Nie musiał uciekać się do mało zrozumiałych aluzji.
Ale może z jakichś sobie tylko wiadomych powodów nie mógł mówić wprost? Może nie był Andrzeja pewny? Może myślał, że chłopak podpisał już lojalkę? A może miała być to jakaś próba? Może rzucił te słowa “na rybkę” i teraz obserwuje, jak chłopak postąpi?
Tak czy siak, trzeba jak najszybciej porozmawiać ze "Ślązakiem"! Najlepiej zaraz jutro, po fizyce.
Zamyślony, nie zwracał uwagi na otoczenie i zareagował dopiero wtedy, gdy ktoś po raz kolejny wykrzyczał jego imie. Podniósł głowę.
Od strony zrujnowanej fontanny, stojącej na tyłach Pałacu Krasińskich, nadchodziła trójka trzecioklasistów. Andrzej rozpoznał Darka, który mieszkał na tej samej ulicy, co on. Dwóch pozostałych – wysokiego bruneta w okularach i o dwie głowy odeń niższego blondynka o świńskim ryjku – nie kojarzył.
- O, idzie kapuś – krzyknął blondynek. Jego kumple zarechotali.
- Odwalcie się - warknął Andrzej, zmieniając kierunek marszu tak, by ich ominąć. Darek zaszedł mu drogę.
- A jak się nie odwalimy, to co zrobisz?
- Zostaw go, jeszcze wezwie na pomoc swoich kumpli - powiedział brunet. - O, tamtych - wskazał głową w stronę Świętojerskiej, którą jechała właśnie milicyjna nyska.
- Oj bida będzie, bida! - kwiknął blondas z udawanym przestrachem.
- Odpierdolcie się ode mnie, dobrze?! - Andrzej zacisnął pięści.
- Trochę grzeczniej, jak z nami rozmawiasz – syknął brunet.
Andrzej policzył w myślach do dziesięciu. Trochę pomogło.
- Słuchaj, co ci odbiło? – zwrócił się do Darka spokojniejszym tonem, ignorując dwóch pozostałych. - Przecież mnie znasz. Wiesz, że mój stary...
- Myślałem, że cię znam – warknął Darek. - Teraz wiem, że się myliłem.
- Nie wiem o co ci chodzi, ale to jakaś pomyłka. Jak mi dasz wyjaśnić...
- Ależ oczywiście, pomyłka - Darek uśmiechnął się paskudnie. - Rozmawiałem z Pawłem. Możesz nam powiedzieć, dlaczego ksiądz cię wywalił z grupy?
- Bo... - zaczął Andrzej i urwał. Stwierdzenie „bo mam zdolności magiczne” nie wydawało mu się najlepszym wytłumaczeniem. - Nie wiem dlaczego.
- Ale my wiemy i to nam wystarcza.
Andrzej poczuł wzbierającą złość.
- Jeszcze pożałujecie! - wybuchnął. - Nie wiecie, z kim macie do czynienia! - Sekundę później pożałował tych słów, ale było już za późno.
- A co, zakapujesz nas? – warknął Darek.
- Wiesz co? Kretyn jesteś! - krzyknął Andrzej.
- Kretyn, powiedziałeś? - Darek zacisnął pięści i ruszył w jego stronę. Pozostałych dwóch zaczęło go okrążać. Andrzej poczuł strach.
- Odczepcie się ode mnie!
- Zostaw go, bo jeszcze się gównem upaćkasz - rzucił pogardliwie blondasek.
Darek roześmiał się i strzyknął śliną prosto na andrzejowe buty. W chłopaku coś pękło. Wzrok przesłoniła mu czerwona mgła. Miał ochotę rzucić się na Darka i rozszarpać go na strzępy. Bezwiednie uczynił krok w jego stronę. Pozostała dwójka też się poruszyła i w tej samej chwili Darek poszarzał nagle na twarzy i zwalił się jak podcięty na ziemię. Rękami trzymał się kurczowo za brzuch.
Andrzej zatoczył się. Szumiało mu w uszach. Brunet i blondynek uklękli koło zwijającego się w konwulsjach Darka.
- Jakiś atak, jak rany... - wykrztusił brunet. - Pogotowie...
Andrzej cofnął się, oddychając ciężko przez usta.
- Masz za swoje... mugolu - wycedził, a potem odwrócił się i poszedł w stronę domu.

Mijał właśnie Długą, gdy tuż za nim zapiszczały opony. Podskoczył przestraszony i obejrzał się przez ramię. Przy krawężniku zatrzymała się ogromna czarna limuzyna w stylu lat pięćdziesiątych, z charakterystycznymi „skrzydłami” na bagażniku. Drzwi tylnego siedzenia otworzyły się z trzaskiem.
- Wsiadaj! - syknął ktoś ze środka.
- Jeszcze czego! - krzyknął Andrzej, cofając się gwałtownie. Przez głowę przemknęły mu strzępki zasłyszanych w dzieciństwie opowieści o czarnej wołdze. Łapią dzieci i wysysają z nich krew! Samochód co prawda wołgi nie przypominał, ale...
- Wsiadaj, mówię!
Nagle Andrzej poczuł się tak, jakby od świata oddzieliła go gruba, mleczna szyba. Zbladły kolory, ucichły dźwięki i chłopak stał się lekki i beztroski.
Właściwie, dlaczego miałby nie wsiadać? To bardzo miło wsiąść do takiego dużego, wygodnego samochodu...
Gdy tylko znalazł się we wnętrzu pojazdu, limuzyna ruszyła gwałtownie. Wrażenie lekkości zniknęło i Andrzeja znowu owładnął strach. Błyskawicznie sięgnął do klamki, ale drzwi nie ustąpiły. Chwilę potem poczuł się jak ruszającej pośpiesznej windzie w Pałacu Kultury. Przez okno spostrzegł, że ulice, drzewa i dachy domów uciekają w dół. Samochód zawinął pętlę wokół "złotego wieżowca" i pomknął w stronę centrum.
- Spokojnie, nie ma się czego obawiać - powiedział Nowak, rozparty wygodnie na siedzeniu. - Wszystko jest pod kontrolą.
- Ten samochód LATA!!! - wykrzyknął Andrzej, trzymając się kurczowo uchwytu drzwi.
- A co ma nie latać? - zdziwił się Nowak. - To wygodniejsze, niż przeciskać się przez miasto. 
- No ale zwykli ludzie... mugole?... Mówił pan, że obowiązuje was tajność? Przecież taki samochód...
- Mugole nas nie widzą. Specjalne zaklęcie. Bardzo przydatne. No, coś taki spięty? Nie lubisz latać?
- Eee... nie wiem. Nigdy jeszcze nie leciałem. Zwłaszcza samochodem - początkowe osłupienie zaczęło Andrzejowi mijać. Właściwie w zestawieniu z teleportacją latający samochód wydawał czymś prawie zwyczajnym. - A co to za model? Chyba nie najnowocześniejszy, co? - pozwolił sobie na przytyk.
- To ZIŁ 111 - odezwał się kierowca. - Radziecki. Z początku lat sześćdziesiątych. Faktycznie może trochę przestarzały, ale za to wygodny. No i nowoczesne wózki trudniej zaczarować.
- Dlaczego? - zainteresował się od razu.
- A czort je wie - kierowca obejrzał się przez ramię. Ubrany był w dżinsową kurtkę, czapkę „leninówkę” i wyglądał jak typowy warszawski taksówkarz. - Trudniej i już. Musi co kwestia konstrukcji. Taka na ten przykład Warszawa to lata aż miło, a z kolei Polonez...
- Starczy, Franek! - przerwał Nowak. - Miło wam się gawędzi, ale czasu szkoda. Andrzej pewnie ma jeszcze lekcje do odrobienia.
- Niczego na jutro nie zadali - zaprzeczył odruchowo.
- Tak, tak, wiem, nigdy niczego nie zadają. Stara śpiewka. W każdym razie musimy pogadać. Silencio! - machnął różdżką w stronę kierowcy. Dobiegający z przodu dźwięk silnika ucichł jak nożem uciął.
- Franek to dobry chłopak, ale niekoniecznie musi słyszeć, o czym tu sobie gawędzimy. No to do rzeczy. Coś ty, do diabła, znowu narobił?
- To nie moja wina! - krzyknął Andrzej. - Nawet go nie dotknąłem!
- O czym ty, do cholery, mówisz? - mężczyzna zmarszczył brwi.
- No, o Darku...
- Jakim Darku? Znowu czegoś nie wiem? Opowiadaj! - rozkazał Nowak.
Trochę wbrew sobie Andrzej zrelacjonował zajście w parku. Gdy skończył, Nowak westchnął.
- Mugoli możesz się nie obawiać, jeśli do tamtego chłopaka nie podchodziłeś, to jesteś czysty. Lekarze zwalą to pewnie na jakiś atak czy coś w tym guście. Ale nasi nie będą tacy wyrozumiali! Chłopcze, zacznij nad sobą panować, bo będzie źle! Nie wiem, jak długo jeszcze będę w stanie cię kryć!
- Pan mnie kryje? - wykrztusił Andrzej.
- Owszem - warknął Nowak. - Ale nie jestem wszechmocny i jak zanadto narozrabiasz, będziemy obaj mieć kłopoty. Ci z Magicznego Bezpieczeństwa są mało przyjemni. Nie wiem czy wiesz, ale zaklęcie Imperius należy do tak zwanych Zaklęć Zastrzeżonych i jego używanie jest nielegalne.
- Imperius? A co to takiego?
- Jest to zaklęcie, za pomocą którego można zmusić inną osobę, by postępowała wbrew swojej woli. Na przykład - Nowak obrzucił Andrzeja ponurym spojrzeniem - by kupiła zjełczały biały ser zamiast ostatniego kawałka kiełbasy.
Andrzej przełknął ślinę.
- Ale ja przecież nie miałem różdżki i w ogóle... To jak ja niby rzuciłem na tą panią jakieś zaklęcie?
- Istota zaklęcia nie leży ani w machaniu różdżką, ani w inkantacji. Ważna jest chęć, wola i pragnienie. Różdżka dozuje i wzmacnia moc oraz kieruje ją w odpowiednim kierunku, trochę jak antena. Odpowiednio dobrana inkantacja pozwala się właściwie skoncentrować. To są bardzo ważne elementy, dzięki którym możemy kontrolować moc, ale niektórzy... - Nowak spojrzał znacząco na Andrzeja. - W każdym razie, to, że nie miałeś różdżki, w żaden sposób cię nie usprawiedliwia!
- Ale to był przypadek! No i... Zaraz! Jeśli to jest nielegalne, to pan... Pan mnie jakoś zmusił, żebym tu wsiadł! Imperiusem?!
- Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie - burknął Nowak. - Ja mam zezwolenie. A ty lepiej na siebie uważaj, bo za dużo tych przypadków! Imperiusa więcej nie używaj, nawet w sklepie - mężczyzna skrzywił się ironicznie. - Wiem, że to był łakomy kąsek, ale na przyszłość rób zakupy w sieci CZDSOU. Tam nie obowiązują kartki i jest trochę lepsze zaopatrzenie, niż w mugolskich sklepach.
- CZDSOU?
- Centrala Zaopatrzenia Detalicznego Społeczności Obdarzonej Umiejętnościami. Najbliższy spożywczak jest w pawilonach przy Świętokrzyskiej. Pod ósemką. Między sklepem z gwoździami a szewcem są malutkie drzwiczki. Mugole ich nie widzą. Normalnie otwiera się je różdżką, ale biorąc pod uwagę to, co do tej pory narozrabiałeś gołymi rękami, nie sądzę, żebyś miał jakiekolwiek kłopoty z wejściem - zakończył Nowak lekko kąśliwie.
- A nie trzeba mieć jakiś zaświadczeń albo czegoś takiego? - spytał niepewnie Andrzej. - Pierwszy lepszy z ulicy może coś kupić?
- Pierwszy lepszy z ulicy to tam nie wejdzie. Jak wejdzie, to zakłada się, że ma prawo kupować.
- I płaci się złotówkami?
- No a czym? Przecież to nie PEWEX. Do tego ciągle mamy ceny sprzed podwyżki. No, to by było na tyle. Bądź grzecznym chłopcem i więcej nie rozrabiaj.
Nowak machnął różdżką. Czar wyciszający przestał działać i pełną mocą rozbrzmiał dźwięk silnika
- Pod dom tego młodego człowieka - wydał kierowcy dyspozycję. - Spokojnie - dodał, widząc że Andrzej otwiera usta w proteście. - Sąsiedzi nie zauważą.

***

- Panie psorze... mogę z panem porozmawiać?
Fizyk podniósł wzrok znad dziennika. Klasa była już pusta, uczniowie wyszli na przerwę.
- Słucham?
- Chodzi mi o to, co pan wczoraj powiedział - zaczął Andrzej i urwał.
- A co ja niby powiedziałem?
- No, wczoraj... na zakończenie lekcji. To, że żadne czary nam nie pomogą...
- A, o to ci chodzi! - "Slązak" poprawił okulary.
- No właśnie, o to! - przytaknął gorliwie Andrzej. - Bo tak pomyślałem, że może to było specjalnie do mnie... - spojrzał z nadzieją na nauczyciela.
Wychowawca uniósł brwi.
- Do ciebie? No kto jak kto, ale ty to akurat nie musisz się tym przejmować.
Andrzej poczuł ukłucie zawodu. Coś było nie tak...
- Jak to? Dlaczego akurat ja nie muszę?
- Bo gdybyś tak skandalicznie nie zawalił ostatniej kartkówki, wychodziłaby ci niewyjęta czwórka. Teraz wahasz się między trzy plus a cztery. Najlepiej, gdybyś napisał poprawkę. Nie ma powodów, by ktoś z twoimi możliwościami nie opanował tego tematu na "bardzo dobry". Ale tak czy tak, zagrożony z fizyki przecież nie jesteś i już nie będziesz. Z innych przedmiotów też nie - Górnośląski przekartkował dziennik - chociaż mam wrażenie, że ostatnio trochę opuściłeś się w nauce. Jakieś problemy?
- Nie... nic takiego... - mruknął bez przekonania.
"Ślązak" przyjrzał mu się bystro.
- Tym, co wygadują niektórzy kretyni, to się nie przejmuj.
Andrzej poczuł, że się czerwieni.
- Pan... pan wie, co mówią?
- Wiem. I radzę ci przeczekać. Za chwilę będą wakacje, a po wakacjach im się znudzi.
- Po wakacjach to ja mogę pójść do innej szkoły - powiedział z naciskiem chłopak, patrząc znacząco na wychowawcę. Oczekiwał jakiejś reakcji, błysku zrozumienia czy objawów zaniepokojenia. Ale było tylko zdziwienie.
- A to niby czemu? Paru osobom sam zamierzam zasugerować zmianę liceum, bo poziom u nas jest dla nich zbyt wysoki. Ale ty? A plotkami, powtarzam, nie przejmuj się.
- Ja nie dlatego...
- Więc dlaczego?
- No, a propos tego, co pan wczoraj mówił. O tych czarach...
Górnośląski syknął z irytacją.
- Ile mam ci jeszcze tłumaczyć? Musiałem część tego towarzystwa postraszyć, bo jak nie wezmą się do roboty, to zawalą klasę. A ja mam głupią ambicję, żeby u mnie wszyscy zdali. Ale ty sobie poradzisz, więc nie widzę powodu do zmiany szkoły. No, leć już, bo się spóźnisz na historię - "Ślązak" delikatnie pchnął ucznia w stronę wyjścia.
- Acha... to do widzenia - mruknął Andrzej z rezygnacją.
Był straszliwe rozczarowany. I czuł gniew na Górnośląskiego, który go tak haniebnie zawiódł - okazał się nie być tym, kim powinien. Zacisnął konwulsyjnie pięści, z całej siły próbując nad sobą zapanować.
Fizyk na powrót zagłębił się w lekturze dziennika, i dlatego nie spostrzegł, że gdy chłopak przechodził przez drzwi, od ściany nad futryną niespodziewanie oderwał się  kawałek tynku i rozprysnął na podłodze. Zresztą nawet gdyby to zauważył, nie byłby specjalnie zdziwiony. Szkoła, zbudowana w ramach akcji "Tysiąc szkół na tysiąclecie", nie grzeszyła solidnością. Wystarczyło, by Elektoralną przetoczyła się cięższa ciężarówka, a cały budynek drżał w posadach.
"Ludzie uwierzą w każdy cytat znaleziony w internecie." - Abraham Lincoln

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: Arthur Weasley » 19.07.08, 12:43

Kwik!
Co prawda nie wiem sam, w jakim stopniu kwiczę nad odcinkiem jako takim, a w jakim nad prof. Górnośląskim i tysiąclatką na Elektoralnej, które to zjawiska znam równie dobrze jak autor. Ciekawym, jakie jeszcze charakterystyczne postacie pojawią się na scenie.
Radość na widok ZIŁ-a 111 (mimo wszystko nie mylić z dobrze znaną z widzenia mniejszą odeń czajką) i wzmianka o niektórych innych pojazdach oraz o psychozie czarnej wołgi też robi swoje (swoją szyną jeśli mniej znaczący towarzysze Nowaka latali wołgami, wiele by to wyjaśniało).
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arianrod
Początkujący
Posty: 121
Rejestracja: 24.08.07, 17:59

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: Arianrod » 23.07.08, 21:53

Po pierwsze - już prawie straciłam nadzieję, że będziesz, Irytku, kontynuował to opowiadanie. Bardzo się cieszę, że jednak piszesz (choć cieszyłabym się nieco bardziej, gdybyś pisał więcej!)

Atmosfera wokół Andrzeja gęstnieje, wszystko zaczyna się wyrywać z pod kontroli - zaraz bohater stanie w takiej sytuacji, że nie będzie widział wyjścia. Trzymam kciuki, żeby sobie poradził.

Dodatkowe smaczki (z których oczywiście nie wszystkie wyłapuję...) robią mistrzowski klimat. Rewelacja.
Wielkiego Wena życzę!
Arian
Odpowiedziała mu najpierw cisza, potem naiwne, fioletowe spojrzenie o wyrazie wcielonej niewinności, aż wreszcie miękki głosik:

- Hefalump dzwoni dom.

by Świeczek
Co biorą Świeczki?

Żywy żurnal

Bartysia_Lorda
Zielony
Posty: 13
Rejestracja: 04.03.08, 22:09

Re: irytek jz - Kwestia wyboru

Postautor: Bartysia_Lorda » 20.08.08, 13:34

Ja chciałam tylko zaznaczyć, że z przedmówczynią się całkowicie zgadzam. Bardzo chciałabym poznać dalsze losy Andrzeja, ale nie śmiałabym autora naciskać. Wiem, co może oznaczać: a/nagła ucieczka wena.
O b/permanentny brak czasu, spowodowany zajęciami zawodowymi jako rencistka bezrobotna nie będę się wypowiadać.
Życzę autorowi odpoczynku i weny.


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości

cron