Opowieść wigilijna 2002

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Opowieść wigilijna 2002

Postautor: Minerwa » 22.12.07, 20:31

Opowieść wigilijna 2002

Argus Filch był zmarznięty, przemoczony i wściekły. Wrócił właśnie ze szklarni profesor Sprout, gdzie kwitnące szaleńczo zygokaktusy wytłoczyły dwie szyby, oczywiście w najtrudniej dostępnych miejscach. Do tego ten śnieg - Filch wzdrygnął się, wspominając dwie godziny spędzone na drabinie i wciskający się wszędzie zimny wiatr. Ano, co robić. Druga połowa grudnia. Jutro przecież Boże Narodzenie.
Wzruszył ramionami. No to co. Tyle, że dzieciaki porozjeżdżały się do domów, będzie kilka dni ciszy i spokoju. Pójdzie się do kościoła w Hogsmeade, potem uczta w Wielkiej Sali, a potem nawet nie ma co robić. Zwykle spędzał ten dzień w swoim biurze, przeglądając stare kartoteki przewinień i kar (ech, dziesięć batów za przebywanie w dormitorium dziewcząt... to były czasy!), tym razem jednak czuł, że i tego nie będzie mu się chciało. Ot, prześpi się resztę dnia, o ile oczywiście znowu nie wyleci gdzieś jakaś szyba.
Otworzył drzwi do swego pokoju. Pani Norris zeskoczyła z fotela przed kominkiem i przyszła się przywitać, podnosząc wysoko długi, cienki ogon. Pogłaskał ją, rozwiesił przemoczony płaszcz, włożył kapcie. Zajrzał do wiszącego nad paleniskiem czajnika - było w nim jeszcze dość wody na dwie lub trzy herbaty, chociaż tyle dobrze - pomyślał. Dorzucił polano do kominka, rozdmuchał przygasły żar. No tak, czarodziej raz machnąłby różdżką, powiedziałby sobie "incendio" i już miałby ogień jak się patrzy. I nie musiałby wymieniać rozbitych szyb. Ani trzepać tej cholernej, stale zaśnieżonej wycieraczki przed głównym wejściem.
Filch lubił się przyglądać czarom. Tym bardziej, im bardziej sam nie potrafił ich robić. Nabożną czcią otaczał zwłaszcza profesora Flitwicka, który co roku na Noc Duchów, Wielkanoc i Boże Narodzenie wyczarowywał dekoracje do Wielkiej Sali. Flitwick zresztą chyba wiedział o tym, bo kiedy zabierał się do dekorowania, zawsze posyłał po niego - niby do pomocy, ale raczej po to, żeby mieć kogo zapytać "no i jak, panie Argusie, ładne?" - "Bardzo ładne, panie profesorze" - odpowiadał solennie i była to najmilsza chwila każdych nadchodzących świąt. Teraz miał ją już niestety poza sobą.
Postawił czajniczek na odwróconej pokrywce czajnika, przygotował kubek. Machinalnie sprawdził, czy miski z jedzeniem i wodą, które stawiał w kącie dla Pani Norris są pełne. Były. Pomyślał jeszcze, że powinien sprawdzić stojącą w łazience kuwetę z piaskiem, ale na samą myśl o tym wzruszył ramionami. Pani Norris nieodmiennie odmawiała korzystania z tego udogodnienia, donośnym miaukiem dając znać, że trzeba ją wypuścić. Nawet w najgorszą pogodę.
Zrobił sobie herbatę, usiadł w fotelu. Pani Norris oczywiście wzięła to za zachętę, więc wskoczyła mu na kolana i mrucząc zaczęła sobie udeptywać legowisko.
- No już, wystarczy, połóż się - woźny podrapał ją za uszami, czarno zakończony ogon połaskotał go w nos. - Zimno, co? Żebym nie musiał, to bym wcale nie wychodził, siedziałbym tu z tobą i słuchał jak mruczysz. Co mi się u kotów podoba, to właśnie to, że gadają do ciebie, ale słuchać też umieją. Żeby nie ty, tobym w ogóle ludzkiej mowy zapomniał... gdzieś czytałem, że w wigilię wszystkie zwierzaki mają duszę i gadają ludzkim głosem. Czemu nie, czarodzieje wszystko potrafią. Dobrze, że ciebie się czary nie imają, bo już by cię te paskudne dzieciaki sto razy zmieniły nie wiedzieć w co. No i żyjesz nie jak zwykły kot, zwykłemu dwanaście-piętnaście lat i koniec, a ty... czekaj no, ile tobie minęło? Akurat jakem tu nastał, ja i ten waligóra spod lasu... sześćdziesiąt dziewięć, w osiemdziesiątym dziewiątym było dwadzieścia, to teraz będzie dwadzieścia i siedem. Pamiętasz? Wziąłem cię od Hagrida, też jak raz była wigilia Bożego Narodzenia. A śniegu było po szyję. Szedłem z Hogsmeade akurat po tym co... no, mniejsza z tym, mijałem chałupę Hagrida, pomyślałem wstąpię, wezmę łopatę żeby odkopać wejście do szklarni. Słyszę, Hagrid do kogoś gada, myślałem, że ma gości. Dopiero jakem usłyszał "kici, kici" to wszedłem, a ten ci mi pokazuje, co znalazł. Ech, chuda byłaś jak szkielecik, myślałem, że ci kosteczki przez skórę wyjdą. Pewnieś matce z gniazda wylazła, i nie umiałaś wrócić. Hagrid ma łapy jak łopaty, mieściłaś się mu na trzech palcach. Pytał, czy cię nie wezmę, bo on ma uczulenie, no to żem wziął. Jak ci przyniosłem z kuchni mleka i resztki kurczaka, toś mało talerza nie zjadła, wygłodzona byłaś, aż żal patrzeć. Tak, kiciu, żeś trafiła na Argusa Filcha, to nie ma czego gratulować, ale przyznasz, że mogło być gorzej. Hagrid się bał, czy ci jakiej krzywdy nie zrobię, dureń pewnie myśli, że jak kto nie czarodziej, to od razu ostatni drań. Jakby to mało było złych czarodziejów. Czasem lepiej wcale nie umieć czarować, jak robić innym źle, tyle ci powiem. Chociaż nie powiem, też kiedyś chciałem. Ale po tym, co mi się zdarzyło wtedy, w ten dzień com cię wziął od Hagrida... Ech.

Argus Filch szedł przez główną ulicę Hogsmeade. Choć od jego przybycia do Hogwartu upłynęło kilka miesięcy, wciąż jeszcze nie mógł uwierzyć, że tu jest. W mieście zamieszkanym przez samych czarodziejów ciągle czuł się trochę nieswojo, miał wrażenie, że wszyscy wiedzą, kim jest. Kiedy przed laty jego magiczna rodzina wyparła się go, zamieszkał wśród mugoli i był pewien, że z czarodziejami nie tylko nic go nie łączy, ale także nie połączy do końca jego dni.
Gdyby nie ten dziwny człowiek w fioletowym płaszczu, którego spotkał na klatce schodowej opuszczonego domu, gdzie trzeci rok wegetował bez ogrzewania i światła... prędzej spodziewałby się tam spotkać paniusię z opieki społecznej, przynoszącą mu nadpsute owoce i parę ciepłych skarpetek. Profesor Dumbledore, bo tak się nazywał nieznajomy, powiedział mu, że właśnie został dyrektorem wielkiej szkoły i kompletuje sobie personel. I właśnie jego, Argusa Filcha, upatrzył sobie na woźnego. W pierwszej chwili myślał, że to żart, w drugiej powiedział, że nie chce mieć nic wspólnego z żadnymi czarodziejami, w trzeciej zgodził się. Zgodził się, ponieważ staremu człowiekowi uczciwie patrzyło z oczu. I ponieważ powiedział, że Ellen wcale by nie chciała, żeby z jej powodu zginął.
Ellen... Mała mugolka, pokojówka w tym domu, gdzie był służącym. Rudowłosa, o wielkich, zielonych oczach. Przeżyli razem szczęśliwie i niebiednie dwadzieścia lat, potem umarła. Miała ledwie trzydziesty siódmy rok. Rozpił się, stracił pracę. Dobrze choć, że nie mieli dzieci. Żył jak w letargu, obojętny na to, co się z nim stanie. I wtedy przyszedł stary człowiek w spiczastym kapeluszu i powiedział, że go potrzebuje.
Argus Filch wzruszył ramionami. Nie warto wspominać. Trzeba wracać do Hogwartu, robota czeka. A tu jak na złość zrobiło się prawie całkiem ciemno, mimo, że ledwie minęło południe. Sypnęło śniegiem. Filch przyspieszył kroku, starając się odwrócić twarz od zimnego wiatru. Na domiar złego na tle gór coś błysnęło. Szła burza. Desperacko rozejrzał się, gdzie mógłby ją przeczekać, był już jednak na przedmieściu Hogsmeade, z daleka od gospody, poczty i sklepów. Właściwie był tu tylko jeden dom, dziwny, dworkowaty, chyba niedawno odnowiony. Mówili o nim "wrzeszcząca chata", bo podobno nawiedzały go duchy. Filch wzruszył ramionami. Nie bał się duchów. W Hogwarcie miał ich pod dostatkiem, różnych. Ale jako charłak był u nich pod ochroną, pewnie wiedziały, że jest wobec nich bezbronny, i tylko Irytek, mały, wredny poltergeist, czasem płatał mu złośliwe figle.
Przez zaśnieżony ogródek przedarł się do drzwi domu i mocno zakołatał. Odpowiedziała mu cisza. Nacisnął klamkę, drzwi oczywiście były zamknięte. Śnieg sypał coraz gęstszy, wzmagał się wiatr. Brnąc po kolana dotarł do kuchennych drzwi i bez przekonania nacisnął klamkę. O dziwo, były otwarte. I najwyraźniej nikogo nie było w domu. Obtupując śnieg z butów wszedł do dużego, zakurzonego salonu i omal nie krzyknął z radości. Przed kominkiem leżało kilka grubych kawałków drewna. Chuchając w zgrabiałe dłonie wyjął z kieszeni składany nóż i odłupał kilka trzasek. Wyjął zapałki, i po chwili po pustym pokoju rozeszło się wątłe, nieśmiałe ciepło. Filch rozpiął płaszcz i usiadł na podłodze przed kominkiem. Ogarnęło go miłe ciepło. Rozejrzał się po salonie. Nie było w nim prawie żadnych sprzętów, tylko fotel, jakaś skrzynka, a na gzymsie kominka oprawiona w srebrną ramkę fotografia kobiety. Wstał, podszedł do niej, chcąc się przyjrzeć, jednak spłoszyło go skrzypienie drzwi. Momentalnie wrócił na swoje miejsce przed kominkiem, zamierzając w razie czego tłumaczyć się, że zabłądził - nikt jednak nie wszedł. Filch odwrócił się od ognia i otwarł usta ze zdumienia. W pokoju nagle zrobiło się jasno. Odruchowo spojrzał w okna, burza jednak ciągle trwała. Ze zdumieniem stwierdził, że w pokoju zjawiło się, nie wiadomo skąd, mnóstwo świec, gorejących wielkim blaskiem. Ni stąd ni zowąd rozległa się muzyka, jakby ktoś niewidzialny grał na skrzypcach. Drzwi otwarły się jeszcze szerzej, i wypłynęła z nich biała postać o płomiennorudych włosach. I zielonych oczach.
- Ellen! - wyrwało się Filchowi. Jednak nie była to Ellen. Piękna pani w niczym nie przypominała małej pokojówki o piegowatej buzi i krótkich, wijących się włosach. Otaczała ją diamentowa mgła, w dłoni trzymała wielką, czerwoną różę. Podpłynęła do Filcha i wyciągnęła ręce.
- Nie bój się - jej głos był cichy, Filch jednak doskonale słyszał go, mimo narastającej muzyki. Nie myśląc co robi wyciągnął do niej rękę i pociągnięty poszybował w górę, wysoko, ponad salon, ponad dach Wrzeszczącej Chaty, ponad burzę śnieżną i góry... muzyka wznosiła się z nimi i wznosiła, aż do ogłuszającego forte.
Kiedy się ocknął, leżał przed kominkiem, w którym dopalały się polana. Za oknem było piękne, jasne słońce, ślizgające się po świeżym śniegu. Wolno pozbierał się na nogi. Niepewny, czy to wszystko co się zdarzyło było jawą czy snem, rozejrzał się po pokoju. Wyglądał zupełnie zwyczajnie, a kobieta z fotografii na gzymsie kominka w niczym nie przypominała rudowłosej damy w bieli. Tyle, że teraz trzymała w ręce różę... ale może wcześniej też ją miała.
Starannie zgasił ogień. Włożył płaszcz, okręcił szyję szalikiem i ruszył, zapadając się już nie po kolana, ale po pas, w stronę Hogwartu

- Tak, kiciu... - Argus Filch podrapał kotkę za uszami. - Nigdy o tym nikomu nie mówiłem, ale od tamtego czasu mam spokój. Nie jestem czarodziejem, to nie, i dobrze mi z tym. I nawet za Ellen mi nie tęskno. Umrę, to się spotkamy, już niedługo. A na razie... wiesz co ci powiem? Dobrze, że jesteś ze mną.
- Nawzajem.
Argus Filch otworzył usta ze zdumienia. Siedząca na jego kolanach kotka miała minę tak doskonale niewinną, jakby nigdy nie śniło jej się odzywać po ludzku, Filchowi jednak wciąż dźwięczał w ustach jej głos. "Nawzajem..." Delikatnie przytulił policzek do puszystego łebka.
- Kicia... Kicia moja...
Pani Norris zeskoczyła na ziemię i przeciągnęła się w tak jednoznacznie koci sposób, że sam Filch miał wątpliwości, czy aby ostatnie dziesięć sekund nie było tylko snem. Podeszła do drzwi i zamiauczała.
- Już, już cię wypuszczę - Filch wyszedł za nią na korytarz. Ruszyła w stronę hallu, więc pospieszył za nią, żeby otworzyć jej drzwi wejściowe do zamku.
W hallu było pełno śniegu. Byli tam też Fred i George Weasleyowie i Harry Potter, usiłujący za wszelką cenę ukryć fakt, że właśnie przed chwilą tłukli się tutaj śnieżkami. Filch wziął się pod boki i właśnie miał zacząć kazanie, gdy w hallu zjawił się... profesor Dumbledore.
- Co się tu dzieje? Panowie, chyba coś się wam pomyliło, w śnieżki nie gra się pod dachem. Posprzątać mi tutaj, ale już! - jego niebieskie oczy błyszczały wesoło zza półksiężycowatych okularów, na przekór groźnemu głosowi. - Argusie, rozumiem cię doskonale, masz prawo być rozgniewany... trzeba całą trójkę przykładnie ukarać, oczywiście... ale...
- Są święta, panie profesorze - Filch uśmiechnął się i poszedł w stronę wejściowych drzwi, podnosząc głowę, by spojrzeć na gorejący kolorami wielki witraż, na którym uśmiechała się biała postać z różą w dłoni. Pani Norris, dumnie wyprostowana, maszerowała przed nim. Nie widział, jak za jego plecami kolejno otwierają usta ze zdumienia obaj bracia Weasleyowie, Harry Potter i wreszcie sam profesor Dumbledore.

Inspiracją do opowiadania była oczywiście piosenka "Jest taki samotny dom" z tekstem Adama Sikorskiego, z repertuaru Budki Suflera. Z dumą i przyjemnością informuję, że jej Autor czytał to opowiadanie, podobało mu się i dał post factum zgodę na wykorzystanie tekstu. Dzięki!

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Opowieść wigilijna 2002

Postautor: Arthur Weasley » 22.12.08, 17:42

W noc wigilijną nawet Filch mówi ludzkim głosem...
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron