Leonette: Wigilia na Ulicy Mugoli

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Leonette: Wigilia na Ulicy Mugoli

Postautor: archiwalny » 22.12.07, 18:13

Wigilia na Ulicy Mugoli

Tegoroczne święta na Ulicy Mugoli zapowiadały się wybuchowo. I nie tyczy się to jedynie rekordowej ilości sztucznych ogni dr Filibustera, które znikły ze sklepowych półek.
Już od ponad tygodnia Magiczna Strefa Warszawy, zawierająca w sobie Ulicę Mugoli i pięć przyległych do niej ukrytych alejek, była znacznie bardziej zatłoczona, niż wskazywałaby na to przedświąteczna gorączka. Prócz standardowego zatrzęsienia Świętych Mikołajów, elfów, skrzatów, bałwanów, wielkich parówek, pluszowych kufli piwa kremowego, punktów sekundowego pakowania prezentów, sprzedawców choinek, ozdób i sztucznych ogni oraz klientów w obszernych płaszczach, obnoszących się z kieszeniami pełnymi zminiaturyzowanych podarunków, po ulicach kręciło się zdumiewająco dużo przedstawicieli Urzędu Ochrony Magii. Ci ponurzy panowie w czarnych pelerynach i okularach przeciwsłonecznych, wygrzebani z zakurzonych zakątków ministerialnych korytarzy, łypali na całe zbiegowisko tak wrogo, jakby sam pomysł świąt wywoływał w nich głęboki niesmak.
Powód ich niezwykłej aktywności był na ustach całej magicznej Warszawy od miesiąca. W zeszłym roku, ku zdumieniu całego magicznego świata, ustalono, że Polska ma zostać kolejnym gospodarzem Międzynarodowej Konferencji Magów. Wydarzenie to wielkie a straszliwe, spędzało sen z oczu całemu Ministerstwu Magii. Choć miało się odbyć dopiero przed Nowym Rokiem, już miesiąc wcześniej niektórzy z urzędników mieli poobgryzane do krwi paznokcie, inni zaś obłęd w oczach. Nic zresztą dziwnego, skoro konferencja przyciągnęła znacznie szerszą rzeszę zainteresowanych niż zazwyczaj: latem przyszłego roku miał się odbyć finał Międzynarodowych Mistrzostw Quidditcha i powietrze było aż gęste od plotek na temat dwóch przeciwników: Bułgarii i Irlandii.
To, co powodowało rozpacz i zgrzytanie zębów pracowników Ministerstwa, niektórych niezdrowo cieszyło. Przykładowo, Stanisław Niewidek, redaktor naczelny tygodnika „Veritaserum” (Cała prawda o magii polskiej i zagranicznej), po odtańczeniu dzikiego tańca radości na biurku własnej sekretarki i wyściskaniu całej redakcji, dał tydzień wolnego połowie reporterów, by mogli pracować intensywniej tuż po świętach. Należałam do tej szczęśliwej połówki, więc już od tygodnia wykorzystywałam przedłużone wakacje, relaksując się w pubie „Pod Srebrnym Smokiem”, popijając Zmarzniętego Merlina i przygotowując się psychicznie do nadchodzącego Bożego Narodzenia.
A miałam do czego, gdyż wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, iż będzie ono dla mnie ciężkim przeżyciem. Nie dość, że miał mi się zwalić na głowę mój przyjaciel, Teodor Restaud, to dodatkowo przywoził on ze sobą swój odwieczny problem, w postaci niejakiego Ariusza Fitzegala.
Sam Teo był dziwacznym stworem, na którego wpadłam kilka lat temu, podczas wakacji w Egipcie. Jako Auror zatrudniony przez szwedzkie Ministerstwo Magii łapał tam pewnego czarnoksiężnika. Początkowo wywarł na mnie negatywne wrażenie: wiecznie potargany trzydziestolatek o czerwonych ślepiach, długich kłach, kiepskich manierach, ciętym języku i urojonej żyłce detektywistycznej. W dodatku cały czas zaklinał się, że wygląd odziedziczył po przodkach (tej wersji trzymał się nawet, kiedy przypadkowo odkryłam, że ma 530 lat). Oczywiście wplątał mnie w kryminalną aferę, zapewnił ciekawe wakacje, omal nie pozbawił życia, aż w końcu stwierdził, że schwytanie tego czarnoksiężnika to szczególnie moja zasługa. Żadnej mojej zasługi w tym nie było, chyba, że można nią nazwać przypadkowe zamknięcie go w grobowcu jednego z faraonów.
Słodki Ariusz plasował się w pierwszej dziesiątce największych czarodziejskich przestępców XX wieku, oskarżony między innymi o zorganizowanie legendarnego przemytu 2000 smoczych jaj przez całą Europę, który został mianowany najzuchwalszym aktem bezprawia od 1883 roku. Fitzegal był genialny, to nie ulegało wątpliwości. Jednak dwa lata temu popełnił niewybaczalny błąd: obraził potwornie mojego przyjaciela, zapominając, że wampir ma naprawdę dużo czasu na zemstę. Teodor postawił sobie za punkt honoru, by złapać drania i od tamtej pory ścigał go wytrwale, zatruwając złoczyńcy życie bardziej skutecznie, niż dziesięć Ministerstw Magii razem wziętych.
Teraz zaś oboje mieli się pojawić w Lechistanie. Ariusz przybywał w niewiadomym celu, choć z pewnością planował, swoim zwyczajem, wywołać kolejną aferę. Teodor zamierzał go w końcu złapać i przy okazji pozbawić mnie zapasu pierniczków ciotki Klotyldy, fenomenu na szeroką skalę, który znikał z talerza szybciej, niż się na nim pojawił.
I bardzo bałam się, że nie uda mi się spędzić świąt w Najwygodniejszym Fotelu…


**

Choinka stała krzywo. Bombki za nic na świecie nie chciały zadziałać, choć, postępując zgodnie z instrukcją, stłukłam już cztery. Dwa najładniejsze łańcuchy splątały się ze sobą i gryzły, kiedy próbowałam je rozdzielić. Coś kipiało w kuchni, sycząc przeraźliwie oraz zasnuwając przedpokój kłębami pary. Miałam ochotę usiąść i...
- Nie mogę już na to patrzeć. Odsuń się.
Zerknęłam na swojego wybawcę, opierającego się nonszalancko o ścianę. Z drwiącym uśmieszkiem na ustach, oceniał spojrzeniem bezładne stosy bombek, światełek, łańcuchów, magicznych słodyczy i anielskiego włosia. Wszędzie walały się papiery, opakowania oraz świerkowe igły. Znakomita większość Wiecznego Śniegu, zamiast zdobić poetycznie gałęzie choinki, osiadła na dywanie, podłodze i moim ubraniu.
Armageddon i wieczna entropia. Alleluja.
- No, zobacz sam! - wykrzyknęłam, wskazując oskarżycielsko na śnieg. - Powiedzieli, żeby machnąć różdżką, o tak! I co?
Sporych rozmiarów śnieżyca wionęła mi w twarz, popychając mnie prosto w objęcia bardzo rozbawionego Teodora. Wampir zdecydowanym ruchem wyjął z mojej ręki różdżkę i wypchnął mnie do przedpokoju.
- Spokojnie, Leo - powiedział do mnie tonem, jakiego używa się w stosunku do potencjalnie destrukcyjnych jednostek. - Ja się wszystkim zajmę. Ty sobie usiądź przy stole, odpocznij trochę, rozluźnij się. Miałaś przecież ciężki dzień, PRAWDA?
Skinęłam bezwiednie głową, choć akurat dzisiejszy dzień spędziłam na rozpaczliwej próbie upicia się hektolitrami kremowego piwa, w oczekiwaniu na przyjazd Teodora. Jedynym, co osiągnęłam był kac moralny z powodu braku choinki, kolacji wigilijnej i obiadu świątecznego w dzień przed wigilią. Nie, zdecydowanie nie byłam najlepsza w stwarzaniu świątecznej atmosfery.
Posłusznie wymaszerowałam do kuchni. Przez chwilę z salonu dobiegał mnie głos Teodora, oczyszczającego za pomocą zaklęć plac boju. Wyglądało na to, że jednak choinka, jeśli nie wyrywało się jej połowy igieł, ma ochotę być ozdobiona. Czułam, jak płoną mi policzki. Kiedy pojawił się w progu kuchni ze srebrnym łańcuchem w garści, akurat wyrzucałam do śmietnika przypalony bigos, skrapiając go obficie łzami.
- Jestem beznadziejną czarownicą, co nie? - zapytałam rozpaczliwie, wycierając twarz rękawem.
- Owszem, jesteś - przytaknął z krzywym uśmiechem. Jednym wprawnym ruchem ręki cisnął łańcuchem przez pokój. Łańcuch udrapował się u szczytu firanki, zalewając pokój delikatnym, srebrzystym światłem. - Piekielnie beznadziejną, ot co. Nawet zaklęcie zmniejszające ci nie zawsze wychodzi. Za cholerę nie wiem, po co się z tobą męczę.
- Dupek! - wyjęczałam, ciskając pustym garnkiem do zlewu.
- Błąd! - Pokiwał mi palcem przed nosem. - Ja nie dupek. Ja wampir, czyli dupek z pięćsetletnią praktyką. A teraz, skoro Leośka-Krwawe Pióro znowu wróciła do dziennikarskiego nastroju, mogę się wprosić na herbatę i świąteczne pierniczki? Coś mi się należy za ciężką pracę przy reanimacji twego drzewka bożonarodzeniowego.
- Jak sobie chcesz. - Opadłam na krzesło, spoglądając przed siebie ponuro. W powoli zapadającym mroku światełka zdobiące kamienicę naprzeciwko wydawały się wyjątkowo obsceniczne w swej straganowej wielobarwności. W jednym z okien dzieciak malował różdżką na szybie dziwaczne przeplatanki. Zaczął padać śnieg, idyllicznie wielkie gwiazdy opadające na parapety miękkim puchem. Magia świąt zaskoczyła; poczułam, że powoli się rozluźniam...

Po chwili siedziałam przy kuchennym stole, słuchając raportu Teodora dotyczącego, jak nietrudno zgadnąć, Ariusza Fitzegala. Pierniczki ciotki Klotyldy znakomicie poprawiały człowiekowi humor. A dostałam ich tyle, że w razie czego mogłam się nie martwić o kolację wigilijną.
- Tak więc, jak zwykle, nikt nie ma zielonego pojęcia, co ta szumowina knuje. I oczywiście wysłano mnie, by to sprawdzić. Brak urodzaju na wiecznych idiotów w okresie Bożego Narodzenia, obawiam się.
Teodor wypowiedział te słowa, wkładając do ust trzydziestego drugiego z rzędu pierniczka. Kiwnęłam głową udając, że święcie wierzę w jawną niesprawiedliwość władz.
- Ja ci mówię szczerze, ożeń się z ciotką Klotyldą – wtrąciłam nie na temat. – Właśnie pochowała czwartego męża. Będzie cię tak kochała, że upiecze ci każdą ilość pierniczków.
Teodor zakrztusił się pierniczkiem.
- Co to, to nie!- wykrzyknął dramatycznie, unosząc dłoń w geście zaklinania demonów i indyjskich krów. – Może mam pięćset lat, ale jeszcze chcę cieszyć się życiem! Żadnego szacunku dla wampirów!
Nie wytrzymałam. Ryknęłam śmiechem tak wielkim, że zdezorientowana Zmiataczka, moja stara miotła już nie do latania, wpadła z wielkim hukiem do kuchni. Zatkałam się natychmiast własną pięścią, zaś Teodor przezornie schował twarz za pustą miską po pierniczkach. Nikt nie miał ochoty dostać trzonkiem po głowie.
- No dobra, a więc wracajmy do najważniejszych spraw... - zaczął Teodor poważnie. - Masz w planach jakąkolwiek kolację wigilijną?
Zmartwiałam. Resztki bigosu zostały już dawno pożarte przez kosz na śmieci. Jeden smętny karp, wciąż nieoprawiony, tkwił w lodówce. Miałam jeszcze masło i buraki. Co da się zrobić z masła i buraków?
- Ty żarłoku, ja tu myślę, a ty mi głupotami głowę zawracasz! – wrzasnęłam z dziką pasją.
- Żadne głupoty! – obruszył się Teodor. – Przy stole kształtowała się cywilizacja ludzka, gdyby nie jedzenie, może nadal bylibyśmy małpami!
- Oryginalna hipoteza: żarcie motorem postępu! Słuchaj, zanim zaczniesz tworzyć własną filozofię, może byś mi jednak powiedział, kiedy zamierzasz ścigać tego twojego Fitzegala? Wiesz, ja mam jeszcze inne plany na święta...
- A kiedy masz wolną godzinę lub dwie? – zapytał Teodor z niewinną miną. - Albo najlepiej cały dzień? I noc? I może jeszcze ze dwie doby?

Wybawienie z kłopotu przytoczyło się pod moje drzwi w osobie sąsiadki z piętra wyżej. Pani Archibaldia wykazywała podobno tak nędzne dochody, że usprawiedliwiało ją to do pożyczania naokoło wszystkiego, co się dało. Była powszechnie znana na całej Ulicy Mugoli. Jako towar wymienny dostarczała plotek o wszystkich i o wszystkim.
Zapukała do drzwi i weszła, nie czekając nawet na zaproszenie. Dotarła aż do przedpokoju, gdzie zamarła, z oczami wlepionymi w Teodora. Wampir odpowiedział jej bardzo nieprzyjemnym uśmiechem, dbając o to, by zauważyła kły.
- Ehm... Słucham panią? – spytałam, gdyż nic innego nie przyszło mi do głowy. Facetka zamrugała intensywnie, jakby miała zapalenie spojówek.
- Ja... – wychrypiała, po czym nagle jakby się rozmyśliła. – Chciałam tylko pani powiedzieć, że Joanna ma pani coś do przekazania... Mówi, że to ważne – zaskrzeczała, po czym obróciła się na pięcie i wyturlała z mieszkania.
- Czy tu zawsze wchodzi się jak do stodoły? - zainteresował się Teodor.
- No pięknie – wymamrotałam, przeczesując palcami obfitą czuprynę. Westchnęłam dramatycznie. – Już za godzinę pół ulicy będzie poinformowane, że hoduję w domu wampira! Przygotuj się lepiej do ewentualnej ewakuacji, jak przyjadą tu z klatką...
- Nie ma sprawy! – Teodor machnął lekceważąco ręką i odchylił się w krześle, spoglądając znacząco w sufit. - Tylko zamknij dobrze za sobą drzwi, kiedy będziesz wychodzić, bo mogłaby stać się im jakaś krzywda.
Uśmiechnęłam się kwaśno pod nosem. W razie czego, ja nie zamierzam odpowiadać za trupy.
- Zostań więc z Bogiem i ciasteczkami, Teo. Idę zobaczyć, co ma mi do powiedzenia pani Joanna...

**

Oto stoję na Ulicy Mugoli, największym skupisku magicznej braci mieszkającej w obrębie stolicy. Zgodnie z nazwą, po chodnikach kręciły się tłumy Mugoli z wypchanymi torbami w rękach, zaś po ruchliwej dwupasmówce przemykały sznurki samochodów.
Ulica Mugoli była zabawnym miejscem, jakie mogą przytrafić się tylko w zwariowanych krajach pokroju Polski. Sama droga i część kamienic należały do władz Miasta Warszawy, lecz mimo to ulica była zaliczana do Magicznej Strefy stolicy, jako miejsce w większości zamieszkane przez czarodziejów. Najzabawniejsze zaś było, że nierzadko Mugole zupełnie nie zdawali sobie sprawy z tego, iż za ich ścianą mieszka krewniak Merlina.
Właśnie zmierzałam do sklepu pani Joanny, która w niewiarygodny sposób polepszała swą sytuację materialną. Prowadziła ona coś, co w gwarze naszej ulicy zwano „handlem dwulicowym”. Mianowicie, od godziny 8 do 16 sprzedawała najzwyklejsze mięso. Klientelę miała o tej porze rozmaitą, lecz przeważnie mugolską, typu „kura domowa”. Po szesnastej sklep stawał się niedostępny dla niemagicznych. I wtedy pani Joanna oddawała się swej ukrytej pasji – warzeniu i sprzedawaniu wszelkiej maści eliksirów, niektórych z nich niewymienianych w dobrym towarzystwie nawet z nazwy.
Gdy weszłam do jej niewielkiego sklepiku, była godzina druga, więc za ladą leżały krwiste płaty szynki, boczek, schab oraz różnorakie elementy drobiu. Przy kontuarze stała jedna gruba i niezadowolona z życia baba, oraz mugolski wyrostek o nieprzyjemnym uśmiechu. Pani Joanna, eteryczna czarownica, posiadaczka pięknych i zawsze nieobecnych oczu, uśmiechnęła się do mnie i skinęła głową. Kroiła właśnie wielki płat boczku rzeźnickim nożem, co wyglądało tak, jakby pisała poemat pod tytułem „Och, boczku, miłości moja!”. Poczekałam grzecznie, aż obsłuży klientów.
- Nie cierpię tego robić! – westchnęła, gdy zostałyśmy same. – Ale cóż. Takie to ciężkie czasy!
Z jej tonu wywnioskowałam, że przeżyła kolejny zawód miłosny.
- Pani miała mi coś ważnego do przekazania – wtrąciłam.
- Naprawdę? – spytała i jej wzrok na sekundę zogniskował się na mojej osobie. – No wie pani... – szepnęła, usuwając różdżką plamy krwi z fartucha. – Nie wiem czy pani mówić... To nic pewnego, ale wiem, że panią interesują takie rzeczy... Nie naprawdę nie wiem, ja to tylko przypadkowo usłyszałam...
Stałam w kącie, obgryzając ze zniecierpliwienia paznokcie. Pani Joanna decydowała się BARDZO długą chwilę...
- No dobrze! – zebrała się w sobie. Jej głos zniżył się do podnieconego szeptu. – We wtorek przechodziłam obok sklepu z miotłami, gdy moich uszu doszła dziwna rozmowa prowadzona przez dwóch wielce podejrzanych osobników, którzy kryli swe twarze pod obszernymi kapturami. Mówili o tym, że Konferencja ma się odbyć w budynku Muzeum Magii Polskiej i że to im bardzo ułatwi kradzież. – Tu głęboki jęk wydobył się z gardła pani Joanny. – Złotej Różdżki!
- Złotej Różdżki? – wykrzyknęłam zdumiona. – Ale po co?
- Nie wie pani, że bez Złotej Różdżki Konferencja nie może się rozpocząć?
- I kto by tego chciał? – zadrwiłam. – Czarodziej wściekle nienawidzący meczów Quidditcha? Liga Ochrony Smoków?
- Nie mam pojęcia – odparła, wzruszając ramionami. – Ale to wyglądało NAPRAWD realistycznie... I jeszcze mówili coś o Świętym Mikołaju.
W tym momencie przypomniałam sobie, że Mareczek, mój niezbyt rozgarnięty kolega z pracy, miał w tym roku przebrany za tegoż świętego kwestować na Wielkim Świątecznym Targu Magii. Równocześnie wyobraziłam go sobie, gdy w tym samym ubiorze wchodzi do pilnie strzeżonej Sali Świateł i wynosi jakby nigdy nic rzeczoną różdżkę. Wobec zaistniałych skojarzeń, rycząc ze śmiechu, opuściłam sklep nieco obrażonej pani Joanny.

**

Gdy wróciłam do mieszkania, ku swej ogromnej uldze zastałam Teodora całego i żadnych trupów w pobliżu. Siedział na kanapie, sącząc moje najlepsze wino i przeglądając ostatni numer „Veritaserum”. Jedynym denerwującym elementem krajobrazu były odgłosy dolatujące z mieszkania sąsiadów („Pada śnieg! Pada śnieg! Dzwonią dzwonki sań! A Mikołaj dostał w czapę…”), ale uciszyłam je machnięciem różdżki.
- Zepsułaś mi cały nastrój! – poskarżył się Teodor.
- Podoba ci się?- prychnęłam, osuwając się w Najwygodniejszy Fotel. – Jak chcesz, sama ci zaśpiewam! Mam wrażenie, że znam ją na pamięć! – To był jeszcze jeden interesujący element folkloru Ulicy Mugoli, do którego trzeba było się niestety przyzwyczaić.
- I jak poszło? – zapytał, porzuciwszy temat tła muzycznego.
- Czy wiesz, że ona mówi, iż Konferencja podobno ma się odbyć tu, na Ulicy Mugoli? Czysty absurd! Przecież to wielkie wydarzenie, nie ukryliby tego przed niemagicznymi!
- Spokojnie, nie gorączkuj się, i wal jak leci.
Streściłam mu „zeznania” pani Joanny. Wysłuchał ich, jak dla mnie, zbyt uważnie.
- A więc chcą ukraść Złotą Różdżkę?- spytał po chwili namysłu. – Hm.
- Co? Święty Mikołaj? – Uśmiechnęłam się z politowaniem. – Nie sądzisz, że to zbyt trywialne? Jak dla mnie, to wygląda na głupi kawał.
- Muszę lecieć! – Teodor nagle poderwał się z kanapy i ruszył w stronę drzwi. Zrobił to tak raptownie, że na moment mnie zamurowało.
- ???
- Coś tylko sprawdzę... A może to nie takie zupełnie idiotyczne? Czemu akurat tutaj? A może to ma związek... Wiesz, spotkamy się jutro o jedenastej na Świątecznym Targu Magii. Parę rzeczy powinno się wyjaśnić. – Z tymi słowami deportował się. Zostałam sama z wielkim mętlikiem w głowie i ponurą świadomością, że jutro jest Wigilia, na którą przecież trzeba cośkolwiek ugotować...

**

Następnego dnia rano obudziłam się w parszywym nastroju. Z jednej strony spowodowany był on przypalonym piernikiem oraz nieświeżym karpiem, a z drugiej przerażającym przeczuciem, że w drugim pokoju czekają na mnie ohydne, niepotrzebne prezenty od rodzinki, które będę zmuszona kiedyś rozpakować. Możliwie powoli zwlokłam się z łóżka i weszłam do salonu. Zahamowałam w progu, chwiejąc się niebezpiecznie i wybałuszając oczy w kierunku choinki. To przekraczało moje najgorsze koszmary.
Na samym wierzchu kupki prezentów siedział wpatrzony we mnie kot. Był potwornie futrzasty, prążkowany i kotowaty. A w dodatku sprawiał wrażenie, że zupełnie go nie obchodzę. Obok leżał list. Podeszłam ostrożnie i wzięłam go do ręki. Zwierzak nawet nie drgnął. Szybkim ruchem rozerwałam kopertę.
„ Kochana Leo!
To Tariej, kupiłam go od pewnego handlarza. Mówił, że to magiczny kot. Zawsze wiedziałam, że pragnęłaś mieć zwierzaczka, a on był taki piękny, gdy go zobaczyłam. Więc pomyślałam, że ci się spodoba. Wesołych świąt!
Ciocia Kunegunda”
O Boże! I co ja teraz zrobię? Koty lubię, ale z daleka! Dlaczego nie kupiła mi złotej rybki? Spojrzałam na kocisko, które nadal nie wykonało ani jednego ruchu. Ono mi nie odpowie.
Na chwiejących się nogach poszłam do kuchni. Mgliście zdałam sobie sprawę, że temu czemu trzeba coś dać jeść, bo pewnie głodne. Ale co? Zajrzałam do lodówki. Mlekiem nie dysponowałam. Kiełbasa? Urwałam kawałek i odwróciłam się...
- Łaa! – wrzasnęłam. Na brzegu stołu kuchennego siedział kocur. Jak on to zrobił? Przecież nie widziałam, aby tu wbiegał. Zwierzęta nie mogą się aportować! – Ty, jak ci tam, Tariej, chcesz to? – Podsunęłam mu kiełbasę pod nos. Kompletny brak reakcji. Może on nie był żywy? Bałam się go dotknąć, żeby sprawdzić.
Położyłam kiełbasę obok niego i spróbowałam zabrać się do śniadania, lecz rugi kawałek bułki utkwił mi w gardle. Bursztynowe oczy bestii przewiercały mnie na wylot. Chwyciłam resztę i poszłam jeść do salonu. Usiadłam wygodnie na kanapie i położyłam sobie talerzyk na kolanach. Przecież człowiek zasługuje na odrobinę prywatności, prawda?
Po kilku kolejnych kęsach zdałam sobie sprawę, że wpatrują się we mnie upiorne kocie ślepia. Ze złością cisnęłam w niego bułką. Odskoczył, po czym powrócił do tej samej pozycji. Poderwałam się z kanapy i zerknęłam na zegarek. Doskonale, dziesiąta, będę tam trochę wcześniej.
Ubrałam się szybko i wyszłam. Zamknęłam za sobą drzwi, sprawdzając starannie, czy nigdzie nie widać przerażającego stworzenia.
Odetchnęłam z ulgą, gdy znalazłam się na ulicy Mugoli. Atmosfera Krainy Czarów znikła i otoczył mnie zwykły przedświąteczny gwar mieszaniny mugolsko-magicznej, pędzącej w rozmaitych kierunkach tak, jakby gnał ich sam Lucyfer. Pomachałam przyjaźnie dwóm kolegom z pracy, robiącym świąteczne zakupy i przeszłam na drugą stronę ulicy. Między zakurzonym PSS „Społem”, a sklepem z karmą dla psów tkwiła knajpka „Pod kulawym indykiem”. Była jedną z niewielu na tej ulicy, do której wstęp mieli jedynie czarodzieje. Zeszłam po stromych schodkach i otworzyłam grube drzwi z ciemnego drewna. W środku było mroczno i pusto. Bezzębny staruszek wyczarowywał właśnie na ścianach sznury małych, niegasnących płomyczków. Gdy weszłam, spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Witaj Leo. Przyszłaś się napić...z twoim kotem?
Wybałuszyłam na niego oczy i obejrzałam się za siebie. Poczułam, że zalewa mnie krew. Istny obłęd! Kot z piekła rodem sterczał w swej ulubionej pozycji na jednym ze stołków. Jak mi się zdawało, był z siebie bardzo zadowolony.
- Cóż się stało? – spytał zaniepokojony staruszek
- Widzi pan, panie Andrzeju, jestem tu właśnie z jego powodu! Dostałam go w prezencie i od tej pory nie chce się ode mnie odczepić! Uciekłam z mieszkania, zupełnie pewna, że został tam w środku! Czy one mogą się teleportować? Ja tu zwariuję! – Pod koniec wypowiedzi do mojego głosu wkradły się nutki histerii. Byłam bardzo bliska zarżnięcia zwierzaka jednym z noży, które wisiały za barem.
- W życiu nie słyszałem czegoś takiego! Słuchaj, może powinnaś poradzić się kogoś innego? Nie znam się na kotach.
- Nieważne – mruknęłam ponuro. – Może pan mi użyczyć swojego przejścia na Aleję Goblinów? Chciałabym dostać się na Targ...
Pan Andrzej skinął głową i pokazał drogę. Przed wyjściem spojrzałam jeszcze raz za siebie.
- Poczekaj! – warknęłam w stronę kota. – Tylko spróbujesz pojawić się na Targu, a zaskarżę cię do Urzędu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, upiorny zwierzaku! O molestowanie seksualne! Przerobią cię na mączkę i dadzą do zjedzenia złotym rybkom!
Nie zauważyłam, by go to wzruszyło.

Niewiele jest w magicznej Warszawie okazji, no może oprócz zawodów Wschodniej Ligi Quidditcha i pogrzebu kolejnego Ministra, które ściągałyby w jedno miejsce takie tłumy czarodziejów, jak Świąteczny Targ Magii. Hordy kupujących przelewały się między straganami, oglądając, przebierając, targując się zawzięcie i wymieniając ostatnie plotki. Sprzedawano tam wszystko, od magicznych przypraw i niebezpiecznych dla życia słodyczy, po kolorowe petardy wystrzeliwujące w niebo przeróżne napisy (niekoniecznie związane z Nowym Rokiem), bombki-kameleony, czy łańcuchy, które same układały się na choince. Królowały przedmioty związane ze świętami, choć nie brakowało też akcesoriów codziennego użytku. Dłuższą chwilę spędziłam przyglądając się zegarowi z lakierowanego mahoniu, który obrzucał cię obraźliwymi epitetami, jeśli się spóźniłaś. Znałam kilka osób, które ucieszyłyby się z prezentu. Na przykład...
- Mareczek? – jęknęłam, gdy niespodziewanie uścisnął mnie barczysty Mikołaj, na co dzień mój kolega z pracy.
- Witaj! – zawołał ucieszony, czym zdecydowanie się ode mnie różnił. – Jakiś grosik na cele charytatywne?
Zabrzęczał przed moim nosem pluszową puszką w kształcie zezowatego Mikołaja. Potrząsnęłam zdecydowanie głową, na co Mikołaj wyszczerzył zęby w złym grymasie i zawarczał.
- Nie, Mareczku. Nie mam dzisiaj pieniędzy na nowy nos dla naszego Ministra Magii.
Wybałuszył oczy.
- Ależ to dla Świętego Bartłomieja! Chcą kupić tą supernowoczesną aparaturę, która regeneruje utracone części ciała!
- Przecież mówię – mruknęłam do siebie, po czym uczyniłam wysiłek, by zniknąć w tłumie. Niestety, Mareczek miał refleks i w porę chwycił mnie za rękę.
- Tak w ogóle, co tu porabiasz? Jak ci się spodobał mój prezent?
- No... – zająknęłam się, gdyż, rzecz jasna, nie miałam pojęcia, co od niego dostałam. Kocur sam w sobie stanowił wystarczający prezent. – Śliczny, tak, naprawdę piękny! Jestem pewna, że moi znajomi padną z zachwytu, kiedy im go pokażę!
- Ocieplacz do miotły??
- Och! No wiesz, naprawdę gustowny... – Brnęłam dzielnie dalej. - I przyda się, na pewno się przyda, mam wrażenie, że moja Zmiataczka ostatnio choruje na zapalenie ogona...
- Cieszę się, że ci się podoba! – Zamyślił się na moment, miętosząc w dłoni brodę świętego. – Ach, byłbym zapomniał! Wiesz, jeden facet przebrany za Świętego Mikołaja prosił, żeby ci to przekazać... – Podał mi niewielką, niebieską kopertę. Były na niej tylko dwa słowa: „Dla Teodora”. Obejrzałam ją, lekko zdziwiona. Mareczek stał nieruchomo, wpatrując się we mnie dziwnie głodnym wzrokiem. Nagle wypalił z grubego działa:
- Pójdziesz ze mną na Sylwestra?
Zamurowało mnie gruntownie. Nie mogłam zebrać myśli. Sylwester z nim? Totalna katastrofa z błyskiem petardy! Ale przecież nie mogłam odmówić, doskonale wiedział, że wszyscy pracownicy redakcji „Veritaserum” dostali zaproszenia.
Pod wpływem chwili wypaliłam totalną głupotę.
– Mogę z tobą pójść, jeśli mój ekhm… chłopak nie będzie miał czasu. Powiem ci jutro, dobrze?
No pięknie, Leo! Ty to masz pomyślunek! Teraz będę musiała zaciągnąć Teo na Sylwestra. Przecież nie pokażę się z tym debilem, nie utracę przez niego bezpowrotnie mej dobrej reputacji!
- W porządku – odparł, trochę zawiedziony i ku mej najwyższej uldze poszedł sobie.

Nie miałam jednak chwili wytchnienia, bo oto wielkimi krokami zbliżał się do mnie bardzo zły Teodor. On zresztą często miał parszywy humor, jeśli w grę wchodził Fitzegal, więc zbytnio się nie przejęłam. Bardziej byłam zdziwiona tym, że trzymał w rękach wielką donicę dla mandragor.
- Mam naprawdę dosyć! – wrzasnął, wywijając artykułem ogrodniczym nad głową. Ludzie przezornie odsunęli się jak najdalej.
- Czego? Zacząłeś uprawiać ogrodnictwo?
- A wiesz? – zastanowił się. – Mówią, że to uspokaja skołatane nerwy. – Po tych słowach z całej siły trzepnął doniczką w ziemię, aż rozprysła się na drobniutkie kawałeczki. – Od razu mi lepiej!
Potrząsnęłam głową ze zniecierpliwieniem i chwyciwszy go za rękaw, zaciągnęłam w mniej uczęszczany zakątek ulicy. Jego oczy przez chwilę błądziły niespokojnie po kupujących, aż wreszcie zatrzymały się na mojej twarzy.
- I? – zapytał ironicznie, unosząc brew.
- Mówiłam ci zawsze, że ten Fitzegal cię kiedyś wykończy. Może powinieneś przejść na emeryturę?
- Jeszcze lepiej! Wtedy sam bym się wykończył! Nuda to najgorsza męka dla nieśmiertelnego. Statystyki mówią, że tak ginie osiemdziesiąt procent wampirów.
- Cóż w takim razie masz mi do powiedzenia? Rzeknij teraz, lub zamilcz na wieki!
- Muszę się chyba spieszyć? Mówię więc wprost: Fitzegal ma zwinąć tą różdżkę.
- Skąd ta nagła pewność? Podaj mi jedną przyczynę, dla której miałby to zrobić.
- Pewność z tego, że przed chwilą widziałem tego drania w przebraniu Świętego Mikołaja. Zanim się deportował, raczył mi zademonstrować pełen garnitur swoich olśniewających zębów! To mi zupełnie wystarczy! A przyczyna może być jakakolwiek, wystarczy, że ktoś go wynajął.
- Kto, panie Holmes?
- Do diabła z tym! – wrzasnął nagle, wymachując pięścią. – Tego właśnie nie sposób sprecyzować! Wokół całej Konferencji krąży mnóstwo plotek. Bułgarzy żrą się z Anglikami o to, kto ma być gospodarzem Finałów Quidditcha. Bagman walczy z Terrym Malcolmem o miejsce komentatora. Czarodzieje skarżą się na wzrost podatków, nikomu nie podoba się pomysł UOC-u na wprowadzenie ubezpieczenia od nie wypróbowanych zaklęć. Poza tym jest jeszcze jakieś tajemnicze wydarzenie w przyszłym roku akademickim, w Hogwarcie. Niestety nie udało mi się dojść, o co chodzi. Ścisła tajemnica, i takie tam...
- Czyli istna sieczka – zauważyłam ponuro.– Ale ten Fitzegal mi nie pasuje. Jaki on ma w tym interes?... Jesteś pewien, że to on?
- Tak samo, jak tego, że cały czas obserwuje nas jakiś kocur...
- Nieee! – Zawyłam. Byłam chyba bliska zawału lub może pomieszania zmysłów, właściwe podkreślić. Rzuciłam się na szyję zdumionego Teodora. – Ratuj mnie przed nim, błagam! To demon, przysłano go by mnie ostatecznie pognębić, wtrącić w najczarniejsze...
- Wyluzuj! – warknął, najwyraźniej zły i ściągnął mnie z siebie. – Przecież to zwykły kot!
- To nie jest kot, koty nie teleportują się! To mój upiorny, niespodziewany prezent od nazbyt kochającej ciotki! To zakała mego życia, moje fatum, mój prywatny ponurak, mający za szczytne zadanie wpędzić mnie do grobu! Za co, ciociu?
- Skąd wiesz, że koty nie mogą się teleportować? – spytał, szczerząc kły. Czerwone ślepia błyszczały mu wesoło. – Niektóre z poznanych w moim życiu potrafiły. Choć zwykle nie lubią się chwalić tą umiejętnością. Te zwierzaki bywają bardziej magiczne od niejednego czarodzieja...
- Naprawdę? – poczułam się odrobinę lepiej – Ale dlaczego ten uparcie to demonstruje? W dodatku, wszędzie za mną łazi...
- Skąd mam wiedzieć? – spojrzał z zaciekawieniem na Tarieja. Miałam paskudne wrażenie, że jednak wie. – Najlepiej się nim nie przejmować.
- No właśnie! – W tym momencie przypomniałam sobie o liście. Wyjęłam go i przekazałam prawowitemu właścicielowi. – Przyszło do mnie pocztą pantoflową...
- Co? - Teodor chwycił list i rozerwał, nie bacząc, że może być obłożony osiemnastoma klątwami. Patrzył nań przez długą chwilę. Jego twarz nie wyrażała żadnego uczucia, ale po lekko uniesionej wardze odsłaniającej kły w bardzo wampirzym geście poznałam, że teraz to naprawdę jest wściekły. Jednym ruchem zmiął list, który spłonął mu między palcami. Patrzył gdzieś przed siebie szklistym wzrokiem. Z drugiej strony wlepiał we mnie źrenice Tariej.
- Co to? Muzeum figur woskowych? – warknęłam rozeźlona.
- Nie, Sala Świateł! – powiedział wampir gdzieś w atmosferę, po czym chwycił mnie za rękę w bardzo zrozumiałym geście
- Czekaj! – wrzasnęłam. - Ja się na to nie zgadzam! To się nazywa przeniesienie bez zgody zainteresowanego!
- Czyżby? – zdziwił się uprzejmie. – Przecież sama tego chciałaś, co nie? Czymś trzeba zapłacić, jeżeli ma się zaszczyt być narażonym na moje towarzystwo...
- Przynajmniej mógłbyś mnie poinformować, co się znów stało!
- Zaraz sama się przekonasz!
Strzelił palcami, i zrobił TO, ku mojemu przerażeniu. Nienawidziłam teleportacji. W dodatku przenoszenie pasażera było zabronione. Ale Teodor nie należał do osób, która zawracała sobie głowę takimi banałami jak prawo. Kiedy on się kształcił, takowe nie istniało, zaś każdy czarodziej musiał poznać jak najwięcej nadprogramowych zaklęć, po prostu żeby przeżyć. Dlatego nawet nie zwrócił uwagi, że wokoło jest dosyć świadków, by oskarżyć go przed Komisją do Spraw Niewłaściwego Używania Zaklęć. A ja nie miałam nawet czasu, by spytać go, dlaczego nie zabrał donicy do mandragor...

**

Sala Świateł znajduje się w Muzeum Magii Polskiej i jest prawdopodobnie jednym z najlepiej strzeżonych miejsc w magicznej Warszawie, wyłączając oczywiście podziemia krajowej filii banku Gringotta. Powód jest jasny: tam trzymają najcenniejsze, najbardziej poszukiwane eksponaty czarodziejstwa polskiego (ich zasób nieco się zmniejszył podczas ostatniej bytności Fitzegala). Tutaj także umieszczono złotą różdżkę i tu powinna się była znajdować. Powinna była, co budziło niejakie wątpliwości, wnioskując ze wzmożonego, chaotycznego ruchu przedstawicieli UOCu.
Teodor pruł jak rakieta, pomijając wzgardliwie tak ciekawe ekspozycje, jak „Ubiory czarownic z XIV wieku” czy „Krótka historia sabatu na Łysej Górze”. Leciałam za nim ostrym truchtem, zaś za nami mknął jak cień bezczelny kocur, na którego, wedle instrukcji, starałam się nie zwracać uwagi.
- Stop! Tutaj nie wolno wchodzić! – wrzasnął przedstawiciel UOC-u, stojący na straży Sali Świateł, przypominając sobie na chwilę o swych obowiązkach. Mój przyjaciel spiorunował go wzrokiem i brutalnie odepchnął na bok. Jednakże pozostał jeszcze sfinks...
- Hasło! – powiedział lodowatym głosem. Olbrzymi czarny lew o twarzy pięknej Egipcjanki leżał w przejściu i wyglądał, jakby Teodor nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia.
- Odsuń się, musimy przejść! – krzyknęłam ze złością.
- Hasło! – powtórzył, podnosząc się lekko. Spojrzałam na potężne łapy uzbrojone w pazury z mosiądzu. Nie, stanowczo jego nie da się zlekceważyć.
Zerknęłam z rozpaczą na Teodora. Stał nieruchomo, co u niego oznaczało intensywne procesy myślowe. Nagle uśmiechnął się zimno i wyciągnął różdżkę...
- Co robisz! – syknęłam. – Przecież ich się nie da zaczarować! Zeżre nas!
- Transse Erruk! – krzyknął wampir, wskazując końcem różdżki starożytną wazę. Nieszczęsny przedmiot muzealny przybrał postać wielkiego niebieskiego ptaka o wyłupiastych ślepiach. I wtedy zobaczyłam najdziwniejszą rzecz pod słońcem. Czarny sfinks, wyzbywszy się całkowicie swej godności, ze skowytem rzucił się do ucieczki. Ptak bezszelestnie pomknął za nim.
- Ruk, największy nieprzyjaciel sfinksa – wyjaśnił spokojnie Teodor w odpowiedzi na moje pytające spojrzenie. – Nie miałem pojęcia, że się nabierze. To był najgłupszy sfinks, jakiego w życiu widziałem.
- Nic dziwnego w naszym kraju – zauważyłam.
Weszliśmy do Sali Świateł, gdzie rozgrywały się właśnie sceny dantejskie. Nasz Minister Magii, Dionizy Świeczko, niczym Zeus rzucał gromy na kulących się ze strachu podwładnych.
- No to po Złotej Różdżce – stwierdził niewątpliwy fakt Teodor.
- Wy kretyni, wy bałwany! – grzmiał purpurowy ze złości Świeczko, podskokami i tupaniem usiłując podnieść rangę swych słów. Przodkowie z portretów patrzyli na niego z politowaniem. – Wam jednej rzeczy nie można dać do pilnowania! Dziwne, że własnych nosów nie pogubiliście! I co ja teraz powiem naszym zagranicznym gościom? Żaden kraj się jeszcze tak nie zbłaźnił! („Co prawda, to prawda” – pomyślałam) Nie dość, że tydzień przed rozpoczęciem Konferencji wszystko w rozsypce, to jeszcze ginie jej najważniejszy symbol! Mój pięcioletni syn lepiej wywiązałby się z zadania niż wy! Grupa doborowych czarodziejów, nie ma co! „Najlepsi z najlepszych, panie Ministrze!” Ha! Chcecie mieć święta? Ja wam dam...
- Przepraszam... – wtrącił się Teodor.
- Co? – Świeczko spojrzał na niego nieprzytomnie. Nagle oczy mu rozbłysły – No i widzi pan! – wrzasnął w stronę korpulentnego czarodzieja w ciemnozielonej szacie, niewątpliwie dyrektora muzeum. – „Najlepiej strzeżone miejsce, panie Ministrze!” Kto ich tu wpuścił?
- Sami się tu wpuściliśmy – odparł mój przyjaciel. – Sprawdziłem jakość pańskiego sfinksa. Jest dość wątpliwa...
- Bhww... – Dyrektor muzeum zrobił się purpurowy, co stanowiło niemiły kontrast z jego szatą.
- Myślę, że spadłem wam z nieba – kontynuował Teodor, nie dając dojść do głosu Ministrowi Magii. – Podejmuję się dostarczyć panom tą różdżkę jeszcze dzisiaj.
- Ale przecież... – zaczęłam, lecz Teodor rzucił mi ostre spojrzenie. Dobra, niech robi z siebie durnia, byle beze mnie! Taki mądry, choć przecież nic nie wie!
- Ech, naprawdę? – wybąkał dyrektor.
- Ale kim pan jest? – wrzasnął Minister Magii, próbując zwrócić na siebie uwagę. – Żądam ujawnienia pańskich personaliów!
Teodor zamachał mu przed oczami legitymacją aurora. Minister Świeczko jakby trochę zmalał.
- To pan musi być ten Restaud, który przyjechał tu ze Szwecji w sprawie Fitzegala? – spytał jakoś grzecznie. – Przepraszam, bardzo przepraszam... Więc pan wie, kto ją ukradł?
- Domyślam się – odparł sucho Teodor. – Czy mógłbym przesłuchać świadków?
- Eeee... Właściwie, to żadnych nie było – stwierdził, wzruszając ramionami, minister. – Ekipa miała właśnie przerwę obiadową...
- Co??
- Przerwę obiadową! Ludzie muszą odpocząć, prawda? I nic nie słyszeli...
- A sfinks? – spytał nieco zdegustowany Teodor
- Weszli drugim wejściem... – mruknął lekko zarumieniony dyrektor.
- Proszę, proszę! To jest i drugie wejście! – ucieszył się wampir. – Dziękuję panu! – rzucił do ministra i skinął na mnie ręką. – Idziemy, Leo!
- Czy można się spytać, kto wprowadził tu kota? – wrzasnął nagle dyrektor, wskazując palcem na potwora, usadowionego na jednej z antycznych rzeźb..
- Odwal się pan lepiej i wypchaj drugim wejściem! – warknęłam. – To muzealny gatunek. Kotus wkurzajus. Powinien go pan umieścić za szkłem.
- Trzymam pana za słowo! – zawołał za nami minister.

**

- Czy można się dowiedzieć, czego właściwie szukamy? – spytałam ironicznie, po raz trzeci tego dnia krocząc Ulicą Mugoli. Zawsze mnie zdumiewało, że choć tak trudno nam się ukryć przed niemagicznymi, to właśnie tu znajdują się największe ośrodki życia kulturalnego warszawskich czarodziejów. Tak, Polacy zawsze potrafią człowieka zadziwić.
- Oczywiście Leo – odparł z mściwym wyrazem twarzy Teodor. – Fitzegala w przebraniu Świętego Mikołaja...
- Hsss!
Nagle, ze straszliwym wrzaskiem mój dziwny kocur rzucił się przed siebie. Poczułam, że moje nogi zmieniają swój stan skupienia na galaretowaty i ciężko oparłam się o Teodora.
- Boże, on cię chyba zrozumiał! – wydyszałam, gdy zobaczyłam, że Tariej skacze do gardła idącemu ulicą Świętemu Mikołajowi. Ten, pod wpływem ataku, rąbnął w ziemię. Kilka mugolskich kobiet odskoczyło, jednej z nich wypadła siatka, a z niej kilka nazbyt żywotnych karpi, które oszołomione tą nową wolnością zaczęły trzepotać się po ulicy. Teodor rzucił się na świętego, kobieta na karpie, ja stałam w środku piekła nie wiedząc, co robić. Nagle poznałam okropne wrzaski, dobywające się z gardła przygniecionego Teodorem i kotem Mikołaja.
- Mareczek! – ryknęłam. – Nie zabijajcie mojego współpracownika! On jest za głupi, żeby być winnym!
- Co? – zdumiał się wampir i spojrzał na stłamszoną twarz swojej ofiary. – O rany! Co ja narobiłem! Nic ci nie jest? – spytał, potrząsając biedakiem i wywołując z jego gardła jęki, których nie powstydził by się konający.
- Puść go, ty bydlaku! – zawołałam, chwytając kota za sierść i odrzucając za siebie. Teodor patrzył na mnie z głupią miną.
Pognieciony Mareczek oddychał ciężko.
- Czy to twój chłopak? – szepnął, zerkając z przerażeniem na mojego przyjaciela. – Nie wiedziałem, że lubisz brutalnych.
- On jest taki tylko w stosunku do Świętych Mikołajów. Wiesz, uraz z dzieciństwa...
- Acha – odparł trochę nieprzytomnie. – No to ma szansę się wyżyć. Widziałem jednego, jak wchodził do hipermarketu, wiesz, tego sklepu dla Mugoli. To był, zdaje się, ten sam, który przekazał mi list...
- Kiedy? – Teodor poderwał się z ziemi w porywie nagłej aktywności.
- P-piętnaście minut temu – wyjąkał Mareczek, patrząc z nieukrywanym przerażeniem na wampira. – Leo, błagam, weź stąd tego swojego amanta! A mama mówiła mi, żebym nie wychodził dzisiaj z domu, bo zobaczyła w szklanej kuli...
- Pacjent potrzebuje spokoju – zawyrokowałam, odchodząc z Teodorem na bok. – Co się stało z tym kotem?
- Ja wiem? – przyjaciel wzruszył ramionami. Tariej patrzył na mnie wściekłym wzrokiem, ale już nie wykazywał ochoty do rzucenia się na mojego współpracownika.
– A to tchórz! – warknął nagle Teodor. Jego ślepia błyszczały zapowiedzią rychłej śmierci. – Schował się między Mugoli i myśli, że mnie to powstrzyma! Chodź! Teraz go dopadnę!
Po czym, bez żadnego skrępowania, teleportował się razem ze mną z samego środka zbiegowiska Mugoli...

**

- Ciebie kiedyś za to przymkną – stwierdziłam, odbierając ulotkę od pluszowej choinki stojącej przy wejściu.
- Za co? - zdziwił się. – Zresztą... Niechby tylko spróbowali!
Teodor, z miną, jakby właśnie zdobył Biegun Północny, urwał jedną z czekoladowych bombek zwieszających się z olbrzymiego bożonarodzeniowego drzewka, po czym spożył ją, nie zwracając uwagi na pełne zgorszenia spojrzenia ekspedientek.
- Hej, ty! Nie wolno! – wydarł się jeden z panów w czarnych koszulkach. Teodor się trochę zdenerwował.
- Jak pan śmie obrażać funkcjonariusza pylicji! – wrzasnął. – Ja panu łaskę robię, że tu jestem! W sklepie kryje się groźny przestępca, a pan mi pierdołami głowę zawraca! Hej dzieciaki! – zwrócił się do grupy wyrostków o złośliwych minach. – Chodźcie na wyżerkę! Ten pan stawia!
Zostawiliśmy faceta, patrzącego bezradnie jak szczeniaki obgryzają ozdoby i pomaszerowaliśmy dalej.
- Niezłe, niemal tak, jak w tych mugolskich filmach. Szkoda, że jeszcze nie przywaliłeś mu w pysk. – zauważyłam. – Tylko mówi się policja, nie pylicja.
- Ale spylał nieźle – Teodor westchnął głęboko. – Szczerze powiedziawszy, nie było warto. Jadałem o wiele lepsze ozdoby. To nie to samo, co Specjalny Świąteczny Łańcuch Wszystkich Smaków Bertiego Botta... W tym badziewiu nie było nawet Wybuchającej Niespodzianki...
- Słuchaj, żarłoku! Czy ty właściwie nie powinieneś odżywiać się krwią?
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- A kto ci powiedział, że tego nie robię? – uśmiechnął się złośliwie, widząc moją zdegustowaną minę. Po chwili jednak, na jego twarzy zagościł wyraz niesmaku. – Fuj, co tu tak śmierdzi?
- Karpie i ci, co na nie czekają – zawyrokowałam, oglądając kolejkę ciągnącą się przez cały sklep. Eksponat narodowej głupoty. - Podejrzewam, że niektórzy tu nocowali...
- I jaka w tym przyjemność? Czyż nie lepiej samemu złowić rybkę? W górskich jeziorach, w samym środku zimy można spotkać najpiękniejsze sztuki... Nurkuje się pod lodem i łapie gołymi rękami... Mmmm... – rozmarzył się Teodor. Mnie osobiście zrobiło się bardzo zimno. – A potem piecze się rybę na ognisku rozpalonym wprost na śniegu, rozgrzewa się palce, by mogły chwycić różdżkę, bo wtedy... Wtedy jest najciekawiej, kiedy przybiegają wygłodniałe wilki i...
- Teodor! – syknęłam. – Patrz!
Spojrzał i atmosfera się rozwiała. Nie było mi nigdy dane dowiedzieć się, co mój przyjaciel robił z wygłodniałymi wilkami. O dwa regały od nas, na niewielkim placyku zabaw, siedział Fitzegal w przebraniu Świętego Mikołaja i rozdawał dzieciom cukierki. Nie zdziwiłabym się, gdyby były zatrute.
- Cicho...Powoli... – szepnął wampir, skradając się. Wstrzymałam oddech...
- Hsss! – wrzasnął pewien (zupełnie mi nieznany) zwierzak, rzucając się Fitzegalowi do oczu. Mężczyzna krzyknął i zerwał się z krzesła. I zobaczył Teodora.
Po chwili dwójka śmiertelnych wrogów frunęła przez hipermarket z prędkością i efektem potężnego huraganu. Gdyby Teo mógł użyć czarów, pewien przestępca byłby już trupem. Tak liczyła się jedynie para w nogach. I choć wkurzony wampir drałuje naprawdę szybko, goniony czarodziej także. Pobiegłam za nimi z czystej ciekawości.
Efekt był piorunujący. Wpierw Ariusz poroztrącał dzieciaki, zaś biegnący za nim Teodor zdemolował miniaturowy plac zabaw. Matki bawiących się dzieci zaczęły okropnie krzyczeć, lecz obaj byli już daleko. Posiali zamęt w wężyku oczekujących na karpia, biedni ludzie pogubili kolejność. Następnie wpadli do działu chemicznego, gdzie Fitzegal zrzucił na Teodora ścianę papieru toaletowego i uzyskał tym samym pewną przewagę. Urządzili sobie slalom między półkami, wpychając przy okazji pewną korpulentną damę w regał z dżemami. Te z hukiem poleciały na ziemię, rozbryzgując swą zawartość na gości. Przewrócili faceta przebranego za wielkiego bałwana, po czym wyjściem awaryjnym, które uprzejmie otworzył im ktoś z obsługi, wypadli z budynku.
- Pani jest z nimi? – spytał jakiś pracownik, który nie wyglądał na człowieka szczęśliwego.
- Ja? – spojrzałam na chaos posiany przez zdumiewającą parkę. – Skądże! Jestem dziennikarką! Wie pan, jaka będzie sensacja? Może mały wywiadzik na temat standardów bezpieczeństwa...
- Muszę to posprzątać! – wrzasnął przerażony człowiek i uciekł. Obrzuciłam jeszcze raz spojrzeniem cały Armageddon i wypadłam przed budynek. Zziajany Teodor stał nieopodal i patrzył przed siebie szklanym wzrokiem
- Uciekł ten drań! – Wampir obnażył kły w wyrazie wściekłości. – Teleportował się zaraz za wyjściem!
- Nie martw się, z całą pewnością umrze przez ciebie na zawał. – Poklepałam go współczująco po ramieniu. - A jeśli nawet nie, nie będzie mógł zasnąć w nocy... – Spojrzałam na niebo, które powoli zaczynało się ściemniać. – Proszę, pierwsza gwiazdka! Chodź, jutro go sobie złapiesz...
- Dziś! – odparł stanowczo. – To sprawa honoru. Żeby sobie ten wasz żałosny Minister Magii nie pomyślał...

**

Nie powiedziałam mu, co ja sobie pomyślałam. Teodor szedł obok mnie w swej najgorszej odmianie humoru. Milczał uparcie i patrzył na każdego przechodnia tak, jakby jego skrytym pragnieniem była odrobina krwi na kolację wigilijną. On tak potrafi...
Zostałam sama z przerażającymi myślami na temat Tarieja. Cóż to za licho? Normalnie, zdawałoby się, zrównoważony zwierzak, a tu nagle taka reakcja... Jakaś rodowa nienawiść? A może on jest zboczony? Wnioskując z miny Teodora, nie był on skłonny w tej chwili do żadnych opinii, chyba, że dotyczyłyby one Fitzegala. A na potok niesłownikowej polszczyzny (z angielsko-francuskimi dodatkami), wolałam się nie narażać.
Wszędzie czuć było święta, nawet w tandetnych mugolskich ozdobach, zwieszających się smętnie z fasad kamienic. W domach ludzie przygotowywali Wigilię. My oczywiście wlekliśmy się ponurą, wyludnioną ulicą z powodu wybujałej dumy Teodora, którą pielęgnował zapewne od pięciuset lat. I nawet nie raczył się odezwać!
Już zaczęłam się przygotowywać psychicznie do ciężkiego przeżycia, jakim było zwrócenie mu uwagi na to, że je bardzo późno, gdy nagle usłyszałam zbyt znajomy dźwięk, wydobywający się z gardzieli mojego ukochanego domowego stworzonka. Przeszył mnie niemiły dreszcz.
- Nie, znowu? – jęknęłam zrozpaczona.
- Ten kot za chwilę straci jedno ze swych żyć – ostrzegł Teodor, lecz po chwili pogalopował za zachowującym się programowo Tariejem.
No i stało się to, co stać się musiało. W cieniu domów stał kolejny Święty Mikołaj i rozmawiał z dwoma zakapturzonymi osobnikami. Osobnicy na widok pędzącego wampira znikli bezszelestnie. Kocur nie zdążył dobiec, gdy zaklęcie wystrzelone z różdżki Świętego odrzuciło go dobre kilka metrów w bok. Teodor w biegu uniósł swoją, zaraz będzie katastrofa... Przebieraniec się odwrócił i...
- O cholera, Albus Dumbledore? – wrzasnął wampir, hamując na ścianie.
- Owszem, ja – odparł wysoki czarodziej, opuszczając różdżkę. – Można się spytać, dlaczego ten kot i ty, Teodorze, próbowaliście właśnie mnie zamordować?
- Ten kot jest nienormalny, nienawidzi chyba czerwonego, a mój przyjaciel się pomylił. Jak zwykle – odparłam w imieniu mojego oniemiałego przyjaciela. – Proszę im tego nie brać za złe, panie Dumbledore, ja muszę znosić to przez cały czas.
- Mówiłem ci kiedyś, że marny z ciebie detektyw, Teodorze. Ale wiem, że się starasz. Zalecałbym jednak więcej opanowania – zauważył spokojnie Dumbledore. Jego wargi drżały.
- Wielkie dzięki – mruknął wyraźnie zakłopotany wampir. - Choć z drugiej strony, gdyby nie mikołajofobia tego kocura („I twoja fitzegalomania”, dodałam w myślach), sądzę, że nie doświadczyłbyś bezpośredniego ataku z mojej strony, Albusie. A tak w ogóle – oczy mu rozbłysły – co ty tu robisz cztery dni przed rozpoczęciem Konferencji? Nic nie słyszałem o twym zamiarze wcześniejszego przyjazdu... Szczególnie w tym szykownym stroju.
- Ładne wdzianko, prawda? – Dumbledore uśmiechnął się szeroko, prezentując w całej okazałości strój Mikołaja z czerwonej satyny i norek. Rzeczywiście, podobieństwo do oryginału było uderzające. - A ty, jak widzę, jesteś dobrze poinformowany? – dorzucił. – Stare sprawy, czyż nie?
- Jakbyś zgadł. A poza tym: Złota Różdżka.
- A więc w końcu ją zakosili? – Dyrektor Hogwartu nie wyglądał na zdziwionego. – Żałosne. Doprawdy żałosne.
- Co masz na myśli? Jacy oni?
Nadstawiłam ucha. Coś ciekawego! Czyżby moje podejrzenia były słuszne i to nie Fitzegal?
Dumbledore zachichotał.
- Coś ci powiem – odparł po chwili. – Idź pod numer 89, mieszkanie 14. Zobaczysz tam kilka interesujących rzeczy. A teraz muszę już iść, wypłoszyłeś moich rozmówców... Miłych łowów życzę! – Z tymi słowami zniknął. Chwyciłam Teodora za ramię i pociągnęłam ulicą. Stanowczo uważałam, że należy wreszcie tą sprawę zakończyć. A dyrektorowi Hogwartu wierzyłam znacznie bardziej, niż mojemu wszystkowiedzącemu przyjacielowi.
- Odkąd ty jesteś z Dumbledorem po imieniu? – zaciekawiłam się w połowie drogi do numeru 89.
- Stare dzieje – mruknął, dziwnie zamyślony. – Ale co on tu, do diaska, robił?
- Wiesz – prychnęłam pogardliwie – z ciebie naprawdę beznadziejny detektyw. Sam mi mówiłeś niedawno, że w tym roku w Hogwarcie jakaś poważna impreza, jak... No co na przykład, wysil się trochę.
- Zaraz, tych uroczystości nie ma znowu tak dużo... Ale co? Turniej Trójmagiczny? Przecież już od lat go nie organizują!
- Wiesz? Odwiedziłbyś rodzinny kraj, chociaż raz na pół wieku... Powęszył nieco we francuskiej Akademii... Zawsze lepiej wiedzieć więcej, niż mniej. I jeszcze jedno, mój ty Holmesie. Będę bardzo zdziwiona, jeżeli pod tym adresem spotkamy twojego przyjaciela, Fitzegala...

**

- To jest ten dom. – Wskazałam na zwyczajną kamienicę ozdobioną sznurem tandetnych światełek, które zwisały w dziwaczny sposób. Po minie Teodora poznałam, że zaczęły przychodzić mu do głowy różne brzydkie skojarzenia.- Tylko, jeśli w środku jest coś mikołajopodobnego, to ja tam nie wchodzę.
- Poczekaj, Leo! – szepnął, wyciągając różdżkę. – Mógł wystawić czaty. Nie powinien nas zobaczyć!
Zaczął mruczeć coś pod nosem, zakreślając jednocześnie różdżką kręgi. Nagle podniósł ją nad głowę i wykonał obrót wokół własnej osi. Aż sapnęłam ze zdumienia, gdy nagle, jakby z nieba, spadło na moją głowę coś srebrzystego. W dotyku było tylko nieco bardziej stałe niż powietrze.
- Teodor, czy to nie jest czasem peleryna-niewidka? – zapytałam, próbując wymacać dłonią materiał.
- Niestety nie. To tylko czar, który był kiedyś używany do jej wykonania. Niezłe, co nie? – błysnął kłami. – Teraz już tego nie uczą. Szybko, chodź, on działa tylko parę chwil!
- I znowu muszę przyznać, że mi zaimponowałeś – stwierdziłam z niejakim żalem, biegnąc wraz z Teodorem przez ulicę. Czar spowijał nas jakby szalem, nie krępując ruchów. Ku mojemu zdziwieniu, mogłam nawet spokojnie oddychać. – Nauczyłbyś mnie, jak to się robi? Mogłabym zbić na tym niezły majątek. One są bardzo poszukiwane.
- Ty się lepiej naucz dobrze zaklęcia przywołującego - prychnął Teodor. - A nie bierz za skomplikowaną magię!
- Jesteś obrzydliwy! – warknęłam. Wprost chronicznie nie cierpiałam, gdy ktoś wyśmiewał się z moich, przyznam, że niezbyt wielkich, magicznych zdolności.
- Znasz mnie tyle lat, i dopiero teraz to zrozumiałaś? – zdziwił się. – Mówiłem ci wszak: ja wampir. Alohomora!
Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Było ciemno i cicho, śmierdziało przy tym nieco podstępem, kłamstwem i szczurzymi odchodami. Zdążyliśmy zrobić kilka kroków po schodach, gdy nagle otaczająca nas srebrna tkanina rozsypała się na tysiąc jarzących się kawałków, które niemal natychmiast znikły.
- Piękne! – szepnęłam zachwycona.
- Cudownie! Jesteśmy odsłonięci, mówiłem, że trzeba iść szybko! Teraz biegiem!
Rzuciliśmy się naprzód, już nawet nie bardzo dbając o hałas. W końcu, zziajani, stanęliśmy pod numerem 14. Machnięcie różdżką (oczywiście Teodora) i drzwi stanęły otworem. I zapadła straszna cisza.
Naprzeciwko zobaczyliśmy pięć par oczu. Nagle zdałam sobie sprawę, że należą one do czarodziejów i to uzbrojonych w różdżki czarodziejów. Nie było między nimi Fitzegala, ale cóż to za różnica. „ Umrę tu” – pomyślałam i zaczęłam się dyskretnie wycofywać.
- Czego? – warknął jeden z nich, szczególnie śniady i nieprzyjemny.
- Zostałem poproszony o dokonanie rewizji tego mieszkania – odparł z zimną krwią Teodor, stojąc w pojedynkę naprzeciw pięciu (ja się nie liczyłam). – Są panowie podejrzani o posiadanie pewnego czarodziejskiego przedmiotu, który do panów nie należy.
„Panom” to wystarczyło. Zaraz będzie jatka, pomyślałam.
- Schrzaniaj pan! – wrzasnął ten sam śniady z jakimś dziwnym akcentem i uniósł różdżkę. To samo zrobili pozostali.
- Expelliarmus! – krzyknęłam i oczywiście nie podziałało
- Expelliarmus! – podchwycił Teodor, ze znacznie lepszym efektem. Dwóch poleciało na ścianę.
- Hss! – syknął Tariej i zastosował własną odmianę zaklęcia rozbrajającego. Po chwili trzeci drab wił się po podłodze, wyjąc z bólu i osłaniając swą parszywą gębę przed atakiem kocich pazurów.
Dwóch pozostałych nie próżnowało.
- Omertus! – ryknął śniady, kierując różdżkę w stronę Teodora. Ten, z filuternym uśmieszkiem na ustach, zrobił piękną zasłonę i czar poszybował prościutko w stronę śniadego. Śniady sapnął i odbił większość na sufit. To, co zostało sprawiło, że zachwiał się na nogach i zrobił lekko fioletowy.
- Lumos! – zaryzykowałam. Wampir rzucił mi pełne politowania spojrzenie. Choć zaklęcie nawet zadziałało.
Tymczasem jego kompan chciał mnie chyba rozbroić i już przygotowywałam się na najgorsze, gdy Tariej napoczął jego kostkę od nogi. Czarodziej wrzasnął i wypuścił różdżkę. Teodor wykończył go „Zniewalającą Chichotką”, podnosząc tym samym poziom dobrego nastroju w pomieszczeniu. Facet tarzał się po pokoju, tymczasem obok mnie toczyła się walka na śmierć i życie (złoczyńcy).
Śniady ciskał w Teodora zaklęciami, z których każde mogło mu zapewnić długi, owocny pobyt w Azakabanie, wampir zaś z całym spokojem je odbijał, myśląc jednocześnie nad czymś intensywnie. Biedny jego przeciwnik zżymał się okropnie na takie lekceważenie i za każdym rzuconym czarem podskakiwał coraz wyżej. W końcu Teodorowi znudziła się ta zabawa.
- Frezio! – syknął i machnął różdżką. W jego oczach zapaliły się zimne błyski i temperatura wokół jego przeciwnika spadła do zera. Dosłownie. Zbliżyłam się i wyjęłam różdżkę z pokrytej lodem ręki śniadego (a może raczej sinego).
- Ty go lepiej rozmroź – ostrzegłam Teodora. – Bo ci jeszcze umrze i będziesz musiał zeznawać przed sądem.
- Się robi! – odparł z wyraźnym żalem i machnął różdżką. Facet zaczął się trząść i gapić na wampira przerażonym wzrokiem. – Takiego bałwana jak on, to dawno nie spotkałem.
- Nie mówisz tego dziś pierwszy raz – zauważyłam. – Po prostu nie jesteś przyzwyczajony do naszego kraju.
- Może i dobrze... Hola, stój! – Wrzasnął i chwycił za szatę swą ofiarę, która wierzyła, że nikt nie zauważy jej odejścia. – Musisz najpierw odpowiedzieć na kilka pytań!
- I jakoś nigdzie nie widać twojego Fitzegala – zauważyłam zgryźliwie.
- Fitzegal? – wydyszał facet, teraz jakoś bardziej skłonny do rozmowy. – Nie mam nic wspólnego z tym bandytą! To wszystko przez Anglików! Z nimi nigdy nie można dojść do ładu!
- Anglików? – wykrzyknęliśmy równocześnie.
- Facet wyprostował się i otrzepał szatę z kryształków lodu.
- Tak! – odparł, nieco bardziej pewny siebie. – I proszę z szacunkiem, jestem przedstawicielem Bułgarii!
- Jest pan złodziejem! – wykrzyknęłam ze złością. – Gdzie Złota Różdżka?
- Ach, weźcie ją sobie! – wykrzyknął, wskazując pokój za sobą. – Sami zastanawialiśmy się, czy to był dobry pomysł, żeby ją kraść... Ale pomyślcie sami! Ci Anglicy odbierają nam wszystkie zaszczyty! Nie dość im, że wygrali Mistrzostwa tyle razy z rzędu, to jeszcze teraz chcą być gospodarzami! I do tego wszyscy ich popierają! Sądziliśmy, że mając tą piekielną różdżkę uda się nam uczynić zadość sprawiedliwości!
- Starczy, starczy! – warknął ponury, okropnie zawiedziony Teodor. – Będziecie się tłumaczyć przed członkami Konferencji. Leo, zabieraj różdżkę i idziemy!

**

Minister Magii dziękował nam ze łzami w oczach i obiecywał jakieś wielkie nagrody, w co żadne z nas zbytnio nie wierzyło. Teodor, ze skwaszoną miną, milczał cały czas.
Odezwał się dopiero, gdy postawiłam na stole nędzną namiastkę wieczerzy wigilijnej, którą udało mi się upichcić.
- No cóż, Teodorze – powiedziałam, wpatrując się intensywnie w jego opłatek. Czerwone ślepia wampira błyszczały jak dwa rubiny w świetle lampek choinki. Czy to nie dziwne, w jakich przyjaciół czasami zaopatruje nas los? – Naprawdę nie wiem, czego ci życzyć.
- Lepiej się pośpiesz – poradził. – Nie cierpię takich piekielnie sentymentalnych scenek.
- Hmm… - zamyśliłam się. – Nie będę ci życzyć stu lat w zdrowiu, bo poczułbyś się urażony. Szczęścia masz zanadto, nie licząc może niewielkiej wyrwy w obszarze Fitzegala. Życzę ci więc, żebyś połamał w najbliższym czasie kły na jego karku…
- Przepraszam bardzo, lubię moje kiełki – oburzył się wampir.
- …chyba, że prędzej poderżniesz mu gardło. I życzę ci, żebyś miał wystarczająco sił na wiele kolejnych miłych eskapad, jakie zapewne zafundują ci twoi pracodawcy.
- Wielkie dzięki – uśmiechnął się kwaśno, odłamując kawałek mojego opłatka. – A ja ci życzę, żebyś trochę lepiej nauczyła się tej magii. Naprawdę, Leo! LUMOS! – Potrząsnął ze zdumieniem głową. – Moim prezentem gwiazdkowym będą chyba lekcje samoobrony dla ciebie. Żebyś mogła strzelić w przeciwnika czymś więcej, niż tylko światełkiem. Obawiam się, niestety, że jedyne, od czego mógłby w takim przypadku paść, to od przepukliny. Ze śmiechu.
- Teodor… - zaczęłam groźnie.
- Od pierwszego wtorku następnego roku – zadecydował.
- TEODOR!
- No dobrze, czas zabrać się do jedzenia – mruknął, siadając przy stole.

**

- Ostatecznie – zauważył z krzywym uśmiechem, przeżuwając niedosolonego karpia – niepotrzebna była cała ta afera ze Świętym Mikołajem. Tylko się nalataliśmy bez sensu („ile kalorii stracone!” pomyślałam). Nie trafilibyśmy na właściwy trop, gdyby nie Dumbledore. I kto by pomyślał! Ukraść różdżkę, by udaremnić Anglikom zostanie gospodarzami Finału Mistrzostw Quidditcha!
- Ja coś podejrzewałam. Ale dlaczego ty byłeś taki pewien, że to Fitzegal?
- To jakaś mania – uśmiechnął się z politowaniem dla samego siebie. – Ja chyba zaczynam już troszeczkę wariować... I ten list...
- No właśnie! Co było w tym liście?
- To on go napisał, Leo. Oświadczył w nim aż nazbyt wyraźnie, że chce ukraść tą różdżkę – nagle jego twarz wykrzywiła wściekłość. – Ale jestem głupi! Przez cały czas on bawił się ze mną, a ja złapałem przynętę!
- Daj spokój! – pocieszałam go. – Niedługo się tak jeszcze pobawi... Jesteś od niego o wiele lepszym czarodziejem! Zobacz sam! Rozwaliłeś w pojedynkę pięciu przeciwników!
- Z pewną pomocą twego kota. – dodał Teodor, spoglądając na siedzącego w programowej pozycji Tarieja. – Zdumiewający zwierzak.
- Ma zdumiewającą awersję do Świętych Mikołajów. Ja chyba też, od dzisiaj.
- Ale bić się potrafi. – zauważył mój przyjaciel i nagle czerwone ślepia mu rozbłysły. – Wiesz, znam jednego czarodzieja, któremu bardzo odpowiadałoby takie dziwadło!
- Naprawdę? – wykrzyknęłam, podniesiona na duchu. – Bierz go, błagam! Ach, jak ja cię kocham, życie mi ratujesz i nieśmiertelną duszę!
- Z tą duszą to ja bym się wstrzymał – zauważył trzeźwo. – Ale nie będzie ci smutno bez zwierzątka domowego?
- Co? Przecież mam moją Zamiataczkę. Reaguje nawet na polecenie „Do nogi!”.
Miotła poruszyła się w kącie.
- Uchu – zgodził się Teodor i sięgnął po kawałek przypalonego piernika. Teraz, albo nigdy, powiedziałam sobie.
- Teo, kochany, pójdziesz ze mną na Sylwestra? To sprawa mojego honoru.
- No, Leo… – wybąkał nieco zdziwiony wampir. – Ja, wiesz na pewno, zawsze jestem pierwszy do ratowania twego honoru, ale tym razem... Przykro mi, ale wzywają mnie pilne sprawy.
- Cholera! – zaklęłam i już zaczęłam przygotowywać się na najgorsze wydarzenie w moim życiu. Sylwester z Mareczkiem.

**

Konferencja w końcu odbyła się. Anglicy, jak było już od dawna wiadomo, zostali gospodarzami Finału Mistrzostw. Kilkanaście krajów po Nowym Roku będzie kląć na podwyżkę cen niektórych składników eliksirów. Następny gatunek smoka znalazł się pod ścisłą ochroną i następnego Ministra Magii, tym razem nie polskiego, okrzyknięto „Najgorszym Urzędasem Roku”. Ale najciekawsze z tego wszystkiego było, że Mareczek w pobliżu Sylwestra dostał przeraźliwej wysypki (och, jak trzeba uważać na tutejszą wodę!). I za nic na świecie nie mógł ze mną pójść na bal. Teodor jednak zadbał o mój honor.
Cóż zrobić! Nadszedł następny rok, a z nim nowe niespodzianki, największą przyszykuje nam zapewne Albus Dumbledore...
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Leonette: Wigilia na Ulicy Mugoli

Postautor: Arthur Weasley » 23.12.08, 13:15

Jeśli chodzi o Urzędasa Roku, konkurencja w kraju i za granicą silna. Oby zawsze zwycięzcy pochodzili z obcych krajów. A najlepiej nam nieprzyjaznych.
Czego Wam i sobie życzę. MO
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron