Opowieść wigilijna 2001

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Opowieść wigilijna 2001

Postautor: Minerwa » 21.12.07, 19:46

Opowieść wigilijna

24.XII.1978

Andrea obudziła się tuż przed świtem, czyli około wpół do siódmej rano. Przez moment przyglądała się białym ścianom i dwom wąskim, wysokim oknom bez firanek, zanim uświadomiła sobie, gdzie jest.
Szpital.
Izolatka w szpitalnym skrzydle Hogwartu, do której trafiła pięć dni temu skaleczywszy się smoczą łuską. Podniosła prawą rękę, przyjrzała się obandażowanej dłoni, poruszyła palcami. Nie, nie bolało. Tylko przy każdej próbie wstania z łóżka nogi były jak z waty, a pokój miał niepokojące skłonności do kołysania się, jakby łyknął z czworograniastej butelki Hagrida. Sięgnęła między łóżko a materac, gdzie wczoraj wieczorem schowała różdżkę.
- Calendae!
Mała karteczka papieru zawirowała pod sufitem i spłynęła na kołdrę. Andrea podniosła ją i w bladym świetle poranka dowiedziała się, że dzisiaj niedziela, dwudziesty czwarty grudnia. Jutro Boże Narodzenie.
Andrea westchnęła. Dzień, który zaczął się całkiem neutralnie, miał wszelkie powody by być równie paskudny jak wczorajszy i przedwczorajszy - odkąd pani Pomfrey powiedziała jej, że mowy nie ma, by mogła jechać na święta do domu. Andrea wierzgnęła piętą w materac. Kiedy myślała o domu, chciało jej się płakać. Co z tego, że jutro przyjedzie mama. Oczywiście natychmiast będzie musiała wracać, zupełnie, jakby w szpitalu św. Munga nie było innych czarodziejów-uzdrowicieli. Może przyjedzie z nią dziadek, bo babcia od czasu ostatniej choroby nie wychodzi z domu. Zuzia na pewno nie, w święta skrzaty domowe mają więcej roboty niż zwykle. Szkoda. Andrea uśmiechnęła się na wspomnienie Zuzi, jej zielonych, wyłupiastych oczu i ogromnego fartucha w pomarańczowo-brązowe koła, który, jak zawsze podkreślała z dumą, sama wzięła sobie z szafy. Dobrze by ją było mieć przy sobie, z jej sakramentalnym pytaniem: "a czy by Andrejka czego nie zjadła?" i kieszeniami pełnymi twardych, świetnych ciastek zwanych pasjansami, za którymi przepadały obie.
Wspomnienie ciastek Zuzi przypomniało Andrei, że jest głodna. Przez chwilę zastanawiała się, czy warto próbować wyczarować coś do jedzenia, stwierdziła jednak, że obandażowana dłoń może nie poradzić sobie z czymś bardziej skomplikowanym niż herbata. Pamiętała aż nadto dobrze pierwsze wyczarowane przez siebie kanapki, w których szynka i sałata znalazły się pomiędzy dwoma kawałkami ocynkowanej blachy. Taaak, "żelazne kanapki Andrei Swift" były równie żelaznym tematem żartów w pokoju wspólnym Hufflepuffu przez połowę pierwszego roku.
Najlepiej byłoby przespać te nonsensowne święta, no, może obudzić się na krótką wizytę Mamy i równie krótką pogawędkę z wujkiem Albusem, który, trzeba to przyznać, zaglądał do niej codziennie.
No i z pewnością przyjdzie Severus.
Ajjjjj. Zabolało.
Od tamtego fatalnego dnia przychodził również codziennie, pilnując skrzętnie, by nie spotkać się z wujkiem Albusem, siadał przy jej łóżku i rozmawiali na mniej lub bardziej obojętne tematy. Oboje wiedzieli jednak, że coś jest nie tak. Severus czuł się winny za to, co się stało, albo może po prostu doszedł do wniosku, że ich związek jest takim nonsensem, jakim był w istocie - miłość najpaskudniejszego w szkole nauczyciela i prefektki Puchonów.
Ani razu jej nie pocałował.
To znaczy owszem, na dzień dobry i do widzenia. Czasem, krótko, trzymał ją za rękę. Była na tyle mądra, by nie zadawać pytań co się stało, czuła jednak, że od Severusa Snape'a wieje chłodem, i to nie tylko dlatego, że swoim zwyczajem łaził po piwnicznych lochach w samej szacie, pod którą oprócz nienagannie czarnych dżinsów nie nosił nawet podkoszulka.
Przeziębi się kiedyś, idiota.
Wspomnienie Snape'a i jego więcej niż chłodnych obyczajów sprawiło, że Andrea zadygotała. Okryła się kołdrą i zamknęła oczy. O, tak było lepiej. Można było wyobrażać sobie ubiegłoroczne święta, z magicznymi latarenkami, unoszącymi się w powietrzu, z kolorowym stadem sów, niosących pocztówki i listy z życzeniami, ze srebrnymi gwiazdkami we włosach wszystkich, nawet najstarszych czarodziejów (od kilku lat była taka moda, żeby przez całą zimę od pierwszego śniegu chodzić z włosami posypanymi mnóstwem maleńkich, świecących gwiazdek), ze świątecznym obiadem, wielką choinką, na której magiczne bańki puszczały oko do patrzących, ze szczęśliwymi uśmiechami mamy, babci, dziadka, Zuzi... I bez tego okropnego Severusa.
Andrea spała.
Śniegowy płatek połaskotał ją w nos. Obudziła się i pierwszym co zobaczyła, była mała, śnieżna górka, usypana na poduszce tuż przed jej nosem. Rozejrzała się, a śniegowe płatki zawirowały wokół niej. Śnieg pokrywał całe jej łóżko, włosy, obandażowaną dłoń - i wciąż padał. Sypał się, tańczył, wirował - i niepojętym sposobem padał tylko na łóżko. Na reszcie pokoju leżało tylko parę pojedynczych płatków, które dziwnym sposobem wcale nie topniały.
Ani nie były zimne.
Andrea zgarnęła garść białego puchu, który natychmiast zlepił się, jak prawdziwy śnieg. Roześmiała się i z trudem pomagając sobie obandażowaną dłonią, ulepiła śnieżkę. Severus, kiedy tu dzisiaj wejdzie, dostanie w nos. Tak tylko, żeby wiedział, że jest zima. Zresztą uderzenie magicznym śniegiem nie ma prawa boleć. Ale kto wyczarował ten śnieg? Ktoś, kto był tutaj, kiedy spała. Wujek Albus, Severus? Bo że nie pani Pomfrey, tego mogła być pewna.
Roześmiała się znowu, a śniegowe płatki zatańczyły dokoła niej. Potrząsnęła głową, powodując małą zamieć. Kopnęła kołdrę, a miniaturowa zaspa podskoczyła, i ułożyła się z powrotem w ten sam sposób.
- Śliczny jesteś, śnieżku - powiedziała na głos. Poprawiła sobie poduszkę i zajęła się lepieniem na swoim kolanie małego bałwanka. Zamiast nosa wetknęła mu krótki ołówek, oczy zrobiła z dwóch czekoladowych cukierków. Okrągłe, zdziwione usta imitował srebrny pierścionek z lekkim śladem nadgryzienia przez pamiętny eliksir.
Ulepiwszy bałwanka, zaczęła modelować w fałdach kołdry zimowy ogród. Zrobiła grotę, tor saneczkowy, starannie uklepała lodowisko.
A śnieg wciąż padał. W piętnaście minut bałwankowi usypała się na głowie wysoka, spiczasta tiara, nad grotą wyrósł miniaturowy Everest, tafla lodowiska podniosła się o parę centymetrów. Andrea pomyślała, że jak tak dalej pójdzie, jej łóżko zamieni się w zaspę, a ona sama zginie przysypana.
W tej samej chwili ktoś lekko zapukał do drzwi. Andrea sięgnęła po przygotowaną śnieżkę, dobrze jednak, że nie rzuciła od razu - w drzwiach stanął skrzat kuchenny z tacą, a za nim (to właśnie on otworzył drzwi) szedł... Albus Dumbledore.
- Cześć, wujku! - Andrea z niewinną miną schowała śnieżną kulę za siebie. - Jak wujek widzi, mam tu nienajlepszą pogodę. Od rana śnieg.
- Widzę, Królewno Śnieżko - Dumbledore zbliżył się do łóżka i pocałował ją. Jego broda pachniała słodko i korzennie, jakby od rana był zajęty pieczeniem pierników. - Dla mnie to jest najładniejsza pogoda, jaką sobie można wyobrazić. I najładniejsza Królewna Śnieżka - mrugnął filuternie zza swoich półksiężycowatych okularów.
- Raczej śpiąca królewna - Andrea zrobiła żałosną minę. - Czy nie mógłby się wujek wstawić za mną do pani Pomfrey, żeby pozwoliła mi wreszcie wyleźć z tego łóżka?
- Czemu nie? - Dumbledore postawił na środku zimowego ogrodu odebraną od skrzata tacę. - Jedz, musisz mieć dużo siły. Udało mi się załatwić ci zwolnienie warunkowe.
- To znaczy? - Andrea spojrzała na niego z nadzieją.
- Jeśli będziesz grzeczna, pojedziesz do domu na Nowy Rok. Pasuje?
- Jasne! - Andrea przezornie odstawiła na bok tacę i ucałowała go. - Jejku, jaki wujek jest kochany...
- Poczekaj, mała - Dumbledore uśmiechnął się. - To jeszcze nie koniec. Przekonałem Poppy, żeby pozwoliła ci pójść jutro na ucztę, w końcu przyjeżdża twoja mama...
- Huraaaa!
- A żebyś się przy święcie nie chwiała na nogach, możesz w ramach treningu wstać dzisiaj na kolację. W tym roku wyjątkowo mało uczniów zostało w szkole, więc siedzimy wszyscy razem...
- Świetnie!
- Ja myślę, że świetnie. Proszę pocałować starego wuja. Doskonale. A teraz poproszę o fasolkę Bertiego, chyba zasłużyłem za taką wiadomość?
- Jasne! - Andrea rzuciła się do szafki, gdzie miała słodycze otrzymane od całej klasy. - Ale może wolałby wujek czekoladową żabę? Z tymi fasolkami to nigdy nic nie wiadomo...
- Sama zjedz żabę, nie jestem bocian. A z fasolkami... - Dumbledore zawiesił głos i dokończył uroczyście - czuję, że tym razem będę miał szczęście.
- Tak jak ostatnio przy śledziach z marmoladą - zachichotała Andrea, podając mu woreczek. - Niech wujek weźmie tę czerwoną, to może być tylko truskawkowa.
- Uczennica Swift nie podpowiada - Dumbledore zamknął oczy, na chybił trafił wyciągnął rękę do woreczka i oczywiście wziął czerwoną fasolkę. Z namaszczeniem włożył ją do ust i... o mało nie stracił swego dostojnego wyglądu.
- Tam jest łazienka - podpowiedziała mu życzliwie Andrea. - To chyba jednak nie były truskawki.
- A żebyś wiedziała, że nie - powiedział z goryczą Dumbledore, wróciwszy na fotelik przy jej łóżku. - Mam nauczkę, nie słuchać podpowiedzi różnych złośliwych wiedźm.
- Przecież wujek wziął nie patrząc - broniła się Andrea. - A co to było?
- Paskudztwo - wyjaśnił zwięźle Dumbledore. - Żebym chociaż dokładnie wiedział... Ale smakowało jak farbowane czerwone skarpetki.
Gdy Dumbledore wyszedł, Andrea przypomniała sobie, że nie zapytała go, czy to on wyczarował jej śnieg. Pewnie tak, bo nawet nie był zdziwiony. Albo może myślał, że to ona sama - musiała przyznać ze wstydem, że mimo, iż znała tysiące najrozmaitszych zaklęć i czarów, nie umiałaby stworzyć takiego ciepłego, nie topniejącego, a zarazem najprawdziwszego na świecie śniegu. Normalny, proszę bardzo. Przez chwilę zastanawiała się nawet, czy nie warto spróbować samej dojść do właściwego układu zaklęć, spojrzała jednak na swą obandażowaną rękę i szybko zrezygnowała. Mogła narobić niezłego bigosu, sprowadzając tu na przykład sztuczny grad z tenisowych piłek albo deszcz atramentu - stanowczo, czarodziejki powinny mieć jakieś zabezpieczenie, które chroniłoby prawą rękę od urazów i skaleczeń.
- Co się tu dzieje? - pełen dezaprobaty okrzyk pani Pomfrey przerwał jej zadumę. - Czyś ty na głowę upadła, dziewczyno?
- To nie ja - powiedziała odruchowo Andrea i natychmiast się zreflektowała. - Przepraszam, ale to naprawdę nie był mój pomysł. Kiedy się obudziłam, to już było.
- Opróżnićiwyrzucićżebyniebyło - zamamrotała pod nosem pani Pomfrey, czyniąc gest różdżką. Sprawiła tyle, że białe zaspy znikły z łóżka Andrei, a padający śnieg, gdy tylko dotknął jej włosów, nocnej koszuli albo pościeli, od razu znikał. - Wystarczy ci tyle?
- Oczywiście, dziękuję - Andrea spojrzała na nią z wdzięcznością. - Jest taki śliczny...
- Pokaż rękę - pani Pomfrey postawiła na stoliku przyniesiony przez siebie zestaw do zmiany opatrunków. - No, to już właściwie się zagoiło - krytycznie obejrzała niewielkie skaleczenie na palcu. - Możesz nim poruszać?
- Naturalnie - Andrea jak codziennie zgięła palce, zacisnęła pięść. - Jest w porządku.
- Wiem, że masz tu różdżkę - pani Pomfrey nie uśmiechnęła się, mówiąc te słowa. - Weź i wypowiedz jakieś zaklęcie. Nie bój się, nie zabiorę ci - dodała, widząc, że dziewczyna się waha. - Albus, to znaczy profesor Dumbledore prosił, żebym pozwoliła ci ją mieć. Myślisz, że inaczej by tak było?
- Nie - przyznała pokornie Andrea, sięgając po różdżkę. - Wingardium Leviosa!
- Świetnie - zgodziła się pani Pomfrey, łapiąc w powietrzu lewitujące pantofle. - Czyli ręka jest równie sprawna magicznie, jak przedtem. Założę ci jeszcze opatrunek, bo dzisiaj wstaniesz... Lepiej uważać.
- No właśnie, wujek coś wspominał... Czy naprawdę będę mogła jechać na Nowy Rok do domu?
- Zobaczymy - pani Pomfrey z niejasnych powodów zaczerwieniła się. - Będę cię obserwować. Jak się będziesz dobrze czuła, czemu nie. Osobiście uważam, że to nienajlepszy pomysł, ale jak się profesor Dumbledore na coś uprze...
- Wobec tego dziękuję mu, że się uparł - Andrea uśmiechnęła się. - Naprawdę mam już dość tego leżenia.
- Nie narzekaj, odwiedzała cię cała szkoła, nie nadążałam z wyrzucaniem - zagderała pani Pomfrey. - Tylko patrzeć, jak przyjdzie profesor Sprout...
- I przyniesie mi jadowitą tentakulę, najpiękniejszą z całej oranżerii - dokończyła Andrea. Prezenty profesor Sprout stały wzdłuż ściany naprzeciw okna i, trzeba im to było przyznać, oszałamiająco kwitły. Andrea, która brak zainteresowania botaniką nadrabiała wszystkimi możliwymi sposobami (wśród których pracowitość była tylko jednym z wielu), mimo wszystko uwielbiała na nie patrzeć.
- Profesor Snape też pewnie przyjdzie - pielęgniarka dołożyła wszelkich starań, by nie zabrzmiało to zbyt znacząco. Nieoczekiwanie przysunęła sobie fotelik i usiadła przy łóżku.
- Andrea, chciałam z tobą pogadać. Ale tak, żebyśmy potem obie pamiętały, że nie było rozmowy. Dobrze?
- Dobrze - Andrea zamarła ze strachu. To, że pani Pomfrey wie o wszystkim, było jak dwa a dwa cztery, widziała przecież Snape'a przesiadującego godzinami przy jej łóżku. Co jednak chce jej powiedzieć? Żeby dała sobie z nim spokój? Tak, tego właśnie należy się spodziewać.
- Andrea, znam was oboje od smarkaczy. Wiem, że Severus nie ma łatwego charakteru, na szczęście z ciebie też dobry numer. Dasz sobie z nim radę. Ale pozwól czasem, żeby on sobie dał radę z tobą. Tylko tyle ci powiem.
- Staram się - Andrea nie była zaskoczona tym, że pani Pomfrey mówi tak wprost, lecz głównie tym, że nie każe jej wybić sobie Snape'a z głowy.
- On nigdy nie miał łatwego życia - trudno było zgadnąć, czy pielęgniarka mówi to do niej, czy do siebie. - Ani w domu, ani tutaj. Trochę go to zwichnęło. A teraz nie uwierzysz, ale on po raz pierwszy w życiu zachowuje się tak, jak powinien. Jak młody, zakochany facet.
- Nigdy nie mówił mi o swoim domu - Andrea uświadomiła sobie to dopiero gdy wypowiedziała te słowa. - Nawet nie wiem, czy ma rodziców.
- Ojca. Chociaż nie wiem, czy nie lepiej by mu było, gdyby był sierotą - pani Pomfrey nie wdawała się w wyjaśnienia. - Czasem tak jest, że więcej dobrego doznaje się od obcych.
- Muszę mu jakoś pomóc - Andrea poczuła, że ściska się jej serce. Jeśli to, co mówiła pani Pomfrey było prawdą, święta musiały być dla Severusa Snape'a strasznym czasem.
- Wystarczy, że będziesz z nim. Że siądziesz koło niego przy kolacji, że jutro przedstawisz go swojej mamie...
- Zrobię to - obiecała Andrea. - Ale jeżeli... - zaczęła i ugryzła się w język. Było już jednak za późno i ze zdumieniem usłyszała własny głos, mówiący: - ...jeżeli pani usiądzie przy kolacji koło wujka Albusa.
- Co? - spojrzenie pani Pomfrey mogło napędzić stracha najodważniejszemu. - A cóż ty sobie myślisz, smarkulo...
- Nic - Andrea mężnie zniosła jej wzrok. - Tej rozmowy przecież nie było, prawda?
- Jak się macie, panienki - profesor Sprout, opiekunka Hufflepuffu, nie mogła sobie wybrać lepszej chwili, żeby wejść do izolatki. Wbrew przewidywaniom Andrei nie miała ze sobą jadowitej tentakuli, tylko zwykły, obsypany różowymi kwiatkami zygokaktus. - No proszę, skąd ja znam ten śnieg...
- To nie ja - zaprotestowała odruchowo Andrea.
- Wiem - pani Sprout postawiła doniczkę na nocnym stoliku. - Przyniosę ci jeszcze poinsecję, ostrokrzew i trochę jemioły... Cześć, Poppy, zobaczymy się na kolacji - dodała widząc, że pani Pomfrey zbiera swoje medyczne utensylia. - O czym to ja mówiłam? Aha, o śniegu. Severus Snape zasypał mi kiedyś całą szklarnię. Myślałam, że go zabiję, dopiero potem okazało się, że ten śnieg nie jest zimny. Ale fyrgotka tak się przestraszyła, że potem przez tydzień nie mogła się z powrotem rozwinąć. Z czego się śmiejesz? Tak, profesor Snape to też był kiedyś niezły ananas. Kto by to powiedział, prawda?...
Gdy za profesor Sprout zamknęły się drzwi, Andrea wyczerpana opadła na poduszkę. Nie dlatego, że zmęczyła ją gadanina nauczycielki, ale raczej to, że cały ten dzień od rana był jakiś szalony. Najpierw śnieg, potem wujek Albus ze świetnymi nowinami, potem dla odmiany poważna rozmowa z panią Pomfrey, teraz Sprout, która bezwiednie wskazała jej autora "śnieżnego" prezentu...
A jego samego wciąż tutaj nie ma.
Czyżby wcale nie zamierzał przyjść?
Czy wobec tego jest w ogóle sens wybierać się na tę idiotyczną kolację, podczas której nie będą mogli nawet zamienić słowa? Prawda, obiecała pani Pomfrey, że usiądzie koło niego. Dobrze. Słowo się rzekło. Ale nie przemówi do niego ani słowa. Nie, tak też nie można. "Czasem więcej dobrego doznaje się od obcych..." Biedny Severus.
Czas do kolacji dłużył się nieznośnie. Andrea zdążyła pięć razy zmienić fryzurę, starając się za każdym razem inaczej ułożyć włosy, ale co, u jasnej mantykory, można było zrobić z tymi kretyńskimi czarnymi loczkami? Chyba tylko wyprostować, używając niezawodnego balsamu "Ulizanna", ale to chyba nie byłoby to... Wreszcie wylazła z łóżka i przebrała się w najporządniej wyglądającą szatę. Na ostatni rok nie wartało kupować niczego nowego, a ponadto, według hogwarckich przesądów, wróżyło to nieuchronne powtarzanie klasy - toteż siódmoklasiści na ogół paradowali w szatach przykrótkich i wytartych na łokciach. Suknie Andrei dodatkowo nosiły ślady intensywnej nauki eliksirów, i wybranie z nich jako tako przyzwoitej było nie lada zadaniem. Tak, ta chyba wyglądała nieźle. Prawie nowa, nieużywana od szóstego roku, sięgała wprawdzie sporo powyżej kostek, ale jej właścicielka miała na taką okazję gotowe zaklęcie rozciągające. Niezupełnie się udało i oprócz dołu przedłużyły się także rękawy, ale te zawsze można było podwinąć. Szerokie mankiety są teraz modne.
Schowała do kieszeni różdżkę, narzuciła na ramiona płaszcz i ruszyła, sztywna z emocji, do Wielkiej Sali.
Sala była jeszcze pusta. Andrea stanęła w drzwiach, i jak co roku zamarła z dziecinnie otwartymi ustami. Jak zawsze, olśnił ją widok dwunastu wspaniale przystrojonych choinek, pomiędzy którymi uwijały się stada maleńkich wróżek, na tę okazję poprzebieranych za aniołki. Na sklepieniu sali widać było granatowe niebo, poniżej którego niezawodny profesor Flitwick wyczarował mnóstwo wirujących gwiazdek. Na honorowym miejscu stał wielki stół, nakryty jak do uczty, chociaż ta miała się odbyć dopiero jutro.
- Podoba ci się? - usłyszała za sobą piskliwy głos. - Już się nie mogłem doczekać.
- Bardzo! - odwróciła się i uśmiechnęła do stojącego po drugiej stronie drzwi profesora Flitwicka. - Przepięknie to wygląda, te wróżki i gwiazdki...
- Coś tu brakuje - Flitwick skinął różdżką i Andrea znów otwarła usta na widok wielkich węży z choiny i ostrokrzewu, które same zawiesiły się wzdłuż ścian, tworząc girlandy. - O, tak lepiej.
- Może jeszcze kokardy? - Andrea nieśmiało wyjęła z kieszeni różdżkę. - Tylko tutaj, na złączeniach.
- Proszę bardzo - Flitwick skłonił się szarmancko. - O tak, świetnie. Andreo, jestem z pani dumny.
Andrea uśmiechnęła się, ale zanim zdążyła coś odpowiedzieć, do sali zaczęli się schodzić nauczyciele i pozostający w Hogwarcie uczniowie. Było dwóch olśnionych pierwszaków z Gryffindoru pod czujnym okiem prefekta Algernona Asha, bliźniaczki Blake z Ravenclawu, jeden wyjątkowo mało nadęty Ślizgon. Z Hufflepuffu nie było nikogo.
Oczywiście poza prefektem.
- Siadajcie do stołu! - Dumbledore, wesoły i ożywiony, zjawił się nagle nie wiadomo skąd. - Proszę, Minerwo, zajmij miejsce pani domu, ty Hagridzie usiądź obok Minerwy, Poppy koło mnie, Andrea... proszę tutaj! A, jest i Severus, siadaj przy Minerwie... albo nie, chodź tu, koło Andrei. No, starałem się wymieszać towarzystwo jak się dało, głupio by było, gdyby nauczyciele wcisnęli się w kąt... Proszę, panno Blake, koło profesora Snape'a jest miejsce.
- Jak się czujesz? - Snape korzystając z zamieszania odwrócił się do Andrei. - Nie przychodziłem, bo Poppy mówiła, że pozwoli ci wstać...
- I nie chciałeś zaskoczyć mnie przy toalecie - Andrea zachichotała cichutko, czując pod obrusem jak dłoń Snape'a szuka jej ręki. - Dziękuję za śnieg.
- Jaki śnieg? - Snape zdziwił się zbyt ostentacyjnie, by mogła to być prawda. - A tak, pada dzisiaj od rana...
- A gdzież to nasza kochana Sybilla? - zapytała słodko profesor McGonagall. - Jeśli pozwolisz, Albusie, pójdę ją zawołać...
- Dziękuję, moja droga - Dumbledore posłał jej rozbawione spojrzenie. - Bezpieczniej będzie tego nie robić. Mówiła, że dzisiejszy dzień zbytnio ją rozprasza.
McGonagall prychnęła jak kotka, zanim jednak zdążyła coś powiedzieć, odezwała się profesor Sprout.
- Bo to prawda, kochani. Ja też czuję, że w powietrzu jest aż gęsto od magii. Wigilia Bożego Narodzenia to tradycyjnie najbardziej magiczny dzień roku...
- Midinvaerne - wybełkotał z pełnymi ustami Flitwick. - Czas zimowego przesilenia. Zwierzęta mówią ludzkim głosem, a życzenia się spełniają.
- A niedźwiedzie mają małe - dodał nieoczekiwanie Severus Snape i dokończył pod nosem - z czego tylko to ostatnie jest prawdą.
- Dzisiaj żaden racjonalnie myślący czarodziej nie wierzy w takie rzeczy - poparła go McGonagall. - Jest to tradycja, którą zachowujemy z szacunku dla naszych poprzedników, nic więcej.
- Jeśli tak, to czemu Boże Narodzenie obchodzi się akurat teraz? - zaprotestował Flitwick. - Celowo wybrano do tego najbardziej magiczny dzień roku, bo przecież nie powiesz mi, że data narodzin Chrystusa jest znana co do dnia!
- Wtedy, kiedy ustalano datę świąt, wierzono jeszcze w magię czasu - odparła spokojnie Minerwa. - Zresztą, przekonajcie się sami. Czy dzisiaj zdarzyło się wam coś niezwykłego?
- Mnie tak - wyrwało się Andrei. Zawstydzona spuściła głowę, czując, jak ręka Snape'a zaciska się na jej dłoni.
- Proszę, a co takiego? - McGonagall spojrzała na nią ponad stołem.
- Mimo osłabionej prawej ręki wyczarowałam te kokardy - Andrea uśmiechnęła się promiennie, tocząc wzrokiem po sali. - Profesor Flitwick świadkiem.
- Do takich czarów ten dzień rzeczywiście jest świetny - McGonagall uznała, że najlepiej będzie obrócić wszystko w żart. - Wesołych Świąt, kochani! - dodała, unosząc puchar z dyniowym sokiem. - Za magię Bożego Narodzenia!
- Wesołych Świąt!
Kolacja trwała prawie dwie godziny. W końcu uczniowie rozeszli się do swoich dormitoriów, profesorowie kolejno wychodzili (Andrea zauważyła, że Minerwa McGonagall i Hagrid wyszli razem), Dumbledore zaś niespodziewanie wyjął z kieszeni talię kart i zaproponował pani Pomfrey eksplodującego durnia.
- Severusie, bądź tak dobry i odprowadź Andreę do skrzydła szpitalnego - powiedział, z najobojętniejszą w świecie miną tasując karty. - My tu z Poppy rozegramy małą partyjkę...
- Chodź tu - gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi Wielkiej Sali, Severus objął ją ramieniem. - Bardzo jesteś zmęczona?
- Ani trochę - odpowiedziała szczerze Andrea. - Tak strasznie mi dobrze... Mogłabym tam siedzieć do rana.
- Wynudziłaś się w szpitalu - w głosie Snape'a było coś na kształt współczucia. - Nigdy sobie tego nie daruję.
- O Boże, czego? - Andrea przywarła głową do jego ramienia. - Że się przez własną głupotę zacięłam smoczą łuską?
- Ale to ja ci kazałem sprzątać magazyn - nie była pewna, czy Snape dotknął ustami jej włosów, czy tak się jej tylko zdawało. - Naprawdę nie jesteś zmęczona?
- Naprawdę. Słowo największej kłamczuchy świata.
- To dobrze. Bo chciałbym, żebyśmy poszli do skrzydła szpitalnego trochę okrężną drogą. Oczywiście, jeśli chcesz.
- Pani Pomfrey mnie zabije.
- Pani Pomfrey gra w karty z Dumbledore'em, nieprędko skończą. Nie bój się. Chociaż może i jest się czego bać.
- Czemu? - Andrea zdziwiona spojrzała w górę. Na twarzy Severusa Snape'a zażenowanie szło o lepsze z jakimś dziwnym napięciem. - Severus, co się stało? Mnie chyba możesz powiedzieć?
- Andrea - Snape zatrzymał się, wziął ją za ramiona i poważnie spojrzał jej w oczy. - Czy ja wyglądam na wariata?
- Nie bardziej niż zwykle - odparła trzeźwo.
- No to posłuchaj. Oboje doskonale wiemy, co sądzić o wróżbiarstwie. Wszelkie znaki, widzenia, prorocze sny... rozumiesz.
- Rozumiem, chociaż niezupełnie się z tobą zgadzam. Niektórzy mają takie zdolności.
- Niektórzy. Ale ja na pewno nie. Tymczasem... tymczasem miałem sen. Dzisiaj nad ranem. Śnił mi się Hogwart...
- I obudziłeś się zlany potem? - dokończyła Andrea, chcąc rozładować tę z lekka niesamowitą atmosferę, jaka zaczęła się pomiędzy nimi wytwarzać. - Mnie też się to zdarza. Nawet często.
- Nie. Szedłem korytarzem, tym, którym teraz idziemy. Potem skręcałem kilka razy, pamiętam dokładnie, którędy, przechodziłem przez tajne przejścia... aż doszedłem do bardzo dziwnego miejsca. Bardzo... pięknego. I wtedy usłyszałem głos. Powiedział "to jest Komnata Spełnionych Życzeń". Rozumiesz to? Obudziłem się z przekonaniem, że śniły mi się jakieś bzdury, ale ten sen prześladuje mnie przez cały dzień. Czy uważasz, że ze mną jest coś nie tak?
- Ani trochę - Andrea była poruszona nie mniej, niż on sam. - Wiesz, że w Hogwarcie jest tyle dziwnych miejsc, choćby i ta słynna Komnata Tajemnic, której nikt nie widział, a którą może otworzyć tylko dziedzic Slytherina... Może to to samo?
- Nie wiem... Ale wiem, że gdybym teraz położył się spać, nie zasnąłbym. Ten głos nie daje mi spokoju.
- Poszukajmy jej razem! - Andrea aż podskoczyła w miejscu. - Ja się naprawdę bardzo dobrze czuję, jak będę zmęczona, pójdę spać... Ale poszukajmy jej! Pamiętasz drogę? Mówiłeś, że pamiętasz!
- Tak... Nie wiem. Możemy się kawałek przejść, ale pamiętaj, jak będziesz miała dość, natychmiast mi powiesz. Słowo?
- Słowo!
- To chodźmy.
Następne dwie godziny upłynęły Andrei jak we śnie. Wędrowali po pustych korytarzach Hogwartu świecąc sobie różdżkami, z rzadka napotykali zamkowe duchy. Na trzecim piętrze zza posągu Alberta Pluja wyskoczył na nich Irytek wrzeszcząc na cały Hogwart: "panna z kawalerem pod szóstym numerem!", ale Severus uciszył go zaklęciem, do którego Andrea dołożyła jeszcze obliviate tak solidne, że biedny Irytek potoczył się w dół po schodach, zapomniawszy nawet, jak się lewituje. Miała rację pani Sprout, w całym zamku czuło się wibracje magii. Duchy szalały. Gruby Mnich, duch Hufflepuffu, śmignął nad nimi kreśląc znak błogosławieństwa, Prawie Bezgłowy Nick odwrócił się dyskretnie, przy czym jego odcięta głowa spadła raptem z karku i zadyndała na wąskim pasemku skóry.
- Nie jesteś zmęczona? - Snape troskliwie poprawił płaszcz na jej ramionach. - Może odprowadzę cię do łóżka?
- Nie, ani trochę - Andrea sama dziwiła się skąd ma tyle siły. Jej też udzieliło się jego pragnienie. Nawet, gdyby Komnata Spełnionych Życzeń miała być tylko snem, nie miała nic przeciwko temu, by spędzić tę dziwną, pełną magii noc wędrując z nim po zaczarowanym zamku.
Wyszli na szczyt północnej wieży i stanęli przy oknie. Dookoła było ciemno, z okien zamku sączyły się smugi światła i padały na pokrywający błonia śnieg. Wyżej rysowała się czarna, zlewająca się z granatowym niebem ściana Zakazanego Lasu. W chatce Hagrida paliło się światło. Andrea zobaczyła oczami wyobraźni, jak Hagrid nachyla się nad stołem, i jedną ręką głaszcząc Kiełka, drugą nalewa coś z czworograniastej butelki siedzącej przy stole kobiecie. "Minia moja kochana, za te piękne święta!" - prawie usłyszała jego rozanielony głos i uśmiechnęła się. Pomyślała o wujku Albusie, grającym z panią Pomfrey czternastą czy piętnastą partyjkę (a może im się znudził dureń i grają w tysiąca?) i... o Severusie Snapie, który stał przy niej, trzymając ją za rękę.
- Idziemy? - zapytał.
- Jasne! - odpowiedziała dziarsko i pomaszerowali w dół. Nagle oboje poczuli coś dziwnego. Ich kroki nabrały dziwnego rytmu, jakby ktoś wybijał im takt: ta-dam, ta-dam, ta-dam-ta-dam, ta-dam, ta-dam, ta-dam... Oboje zauważyli to, Severus umyślnie starał się iść na raz-dwa, ale rytm był silniejszy. Andrea zaczęła nucić - rytm układał się w prostą, sugestywną melodię. Spojrzeli na siebie.
- Jesteśmy blisko - powiedział Severus.
Stanęli przed kamienną ścianą zamykającą korytarz, i Andrea mało nie parsknęła śmiechem. Severus Snape, skupiony jak destylat z krwi mantykory, z bojową miną wydobył różdżkę, a ściana... sama uprzejmie rozsunęła się na dwoje, dzieląc sprawiedliwie na pół nos chudego czarodzieja w brązowych szatach, który widniał na starym, prawie niewidocznym fresku.
Severus objął Andreę ramieniem i weszli.

Oniemieli.

Znajdowali się w najdziwniejszym, a zarazem najcudowniejszym miejscu na świecie. Była to wielka, wspaniale urządzona komnata, zupełnie okrągła. Ściany od podłogi do sufitu pokrywały półki z tysiącami książek w różnokolorowych, bogatych oprawach. Na środku stała wielka choinka, a pod nią, zamiast prezentów, szopka z dziesiątkami misternie wykonanych figurek. Sufit musiał projektować ten sam czarodziej, który wymyślił sklepienie Wielkiej Sali - iskrzył się od gwiazd. Najpiękniejszy widok ukazał się im jednak, gdy spojrzeli na przerwę pomiędzy półkami. Była tam szeroka, lekko wklęsła szyba, oddzielająca komnatę od... jeziora. Za szybą pływały syreny, ryby, mignęły gdzieś nawet macki wściekle kolorowej ośmiornicy. Musiały być w tym potężne czary, bo dokładnie naprzeciw tego niezwykłego akwarium znajdowało się zwykłe, na wpół zasłonięte firanką okno, w którym widać było dokładnie to samo, co przed chwilą zobaczyli z północnej wieży.
- Jak tu pięknie - Andrea stała i chłonęła ten niezwykły widok, bojąc się, że jeśli zrobi chociaż krok do przodu, cudowne miejsce zniknie. Syrena za szybą mrugnęła do niej i wykonała zapraszający gest ręką, po czym odpłynęła.
- Chodź - Severus pociągnął ją do środka. - Trafiliśmy.
- Wiem - Andrea rozglądając się dostrzegała coraz to nowe szczegóły niezwykłego pokoju. Płonący na kominku ogień, dwie wygodne sofy, zapraszające, by na nich usiąść, stół do pisania, żywe astrolabium, na małym stoliczku komplet prześlicznie malowanej porcelany. Była pewna, że w dzbanku jest herbata - podeszła i uniosła pokrywkę, spod której buchnął obłoczek pary.
- Ktoś na nas czekał - powiedziała. - Teraz powinny się spełnić nasze życzenia.
- Moje już się spełniło - Severus odkrył właśnie złoty kociołek i szafkę pełną najrzadszych ingrediencji. - Popatrz na to...
- Róg jednorożca, czarne perły, sproszkowany koral - Andrea zajrzała mu przez ramię. - Mam nadzieję, że nie ma tu smoczych łusek...
- Nie rozumiesz? Tutaj jest wszystko, co kochamy - Severus zaśmiał się cichym, szczęśliwym śmiechem. - I przede wszystkim jestem tu z tobą! Spełniło się... - chwycił ją w objęcia i po raz pierwszy od tamtego feralnego dnia pocałowali się.
- Chodź - powiedział, pociągając ją na stojący przed kominkiem fotel, który chyba pochodził z tego samego kompletu co tamten w jego pracowni. - Znowu jesteśmy razem. Życzenia się spełniają.
- Jeśli tak - Andrea usiadła mu na kolanach - to zaraz powinna się tu zjawić mama.
- Ale by się zdziwiła - Severus Snape po raz pierwszy od nie wiadomo jak dawna parsknął śmiechem. - O co zakład, że połamałaby na mnie miotłę?
- No, może niekoniecznie teraz - Andrea śmiała się razem z nim. - Trochę by mi było wstyd. Ale jeżeli mają się spełnić życzenia, musi przyjechać.
- Na pewno - Severus był właśnie zajęty całowaniem małej, białawej blizny na jej palcu. - Spełnią się, zobaczysz...
- Pewnie tak - Andrea zsunęła się i usiadła na dywanie, opierając się o jego kolana. - Zostaw, tak mi dobrze. Chcę popatrzeć na ogień.
Severus Snape skinął głową. Poczuł, że coś przepełnia go aż po czubek głowy, dławi w gardle.
Z ręką zaplątaną w jej włosach zaczął mówić.
Opowiedział jej starą jak świat historię czterech magów, którzy szli do Betlejem, ale dotarło tam tylko trzech - czwarty pozostał w kopalni soli w Sodomie, odsiadując trzydziestotrzyletni wyrok, na który ofiarował się dobrowolnie za ubogiego dłużnika. Kiedy wyszedł, ślepy, ze skórą wyżartą przez sól, starczyło mu tylko tyle siły, by dowlec się do pustego domu, w którym przed chwilą ktoś spożywał wieczerzę. Na stole został tylko kawałek chleba, i resztka wina w kielichu - i był to ostatni posiłek najbardziej spóźnionego i najszczęśliwszego na świecie czarodzieja.
Kiedy skończył, Andrea wstała z podłogi i ucałowała go.
- Teraz twoja kolej - Snape czuł, że wraz z tą historią wypowiedział całe przepełniające go napięcie. - Co mi opowiesz, bajkę czy prawdę?
- Najprawdziwszą prawdę - Andrea rozejrzała się po pokoju. - Jeżeli to jest zaczarowany pokój, musi gdzieś być... o, jest.
- Co? - Snape wstał z fotela i zobaczył, że dziewczyna bierze do ręki opartą o regał gitarę. - Umiesz? Nie mówiłaś mi...
- Kto mówi, że umiem? - Andrea posłała mu szelmowskie spojrzenie. Oparła nogę na małym stołeczku, który znalazł się tam nie wiadomo skąd, wzięła parę akordów. Jej głos początkowo ledwie słyszalny, stopniowo nabierał pewności.


Marzy mi się ciepły dom
od piwnicy aż po dach.
Z pokojami złotych snów,
i ze strychem pełnym barw.
Okiennice rozpostarte w świat
i otwarte wszystkie drzwi -
taki dom maluję w snach,
a w tym domu właśnie ty.
Marzy mi się taki dom,
w którym jest bezpiecznie śnić,
nocne mary omijają go
i niepewność przyszłych dni.
Na marzenia zawsze czasu dość
i na radość, śmiech i łzy,
w takim domu jakby stanął czas
i właśnie teraz byłbyś ty. *

- To taka stara piosenka - wyjaśniła niepotrzebnie, odstawiając gitarę. - To co, napijemy się herbaty i może zajrzymy do tych pięknych książek? Umieram z ciekawości...
Kiedy się obudziła, za oknem był świt. Leżała zwinięta w kłębek na jednej z sof, troskliwie przykryta kocem. Na dywanie obok sofy chrapał Severus, z twarzą zakrytą "Tajemnicami Midinvaerne". Lewą ręką wciąż trzymał ją za mały palec, jakby się bał, że korzystając z jego snu ucieknie i więcej jej nie zobaczy. Ostrożnie zdjęła i zamknęła książkę - miał lekki sen, obudził się natychmiast.
- Wesołych Świąt - powiedział. - która godzina?
- Wpół do ósmej - Andrea spojrzała na zegarek. - O Boże, pani Pomfrey... Co ja jej powiem?
- Nic - dźwignął się na kolana i pocałował ją w nos. - Nic nie powiesz. Bo jak ją znam, nie będzie o nic pytać.
- To jeszcze gorzej - jęknęła Andrea, nie odmawiając sobie przyjemności wtulenia twarzy w jego puszyste, czarne jak smoła włosy. - Co ona o mnie pomyśli?
- Nic - nie poprzestał na nosie i konsekwentnie dążył w dół. - Była przy tobie, kiedy to się stało, no wiesz, wtedy. A ponieważ ja sam trochę się przestraszyłem...
- Odrobinkę - przytaknęła, wychodząc mu na spotkanie.
- No więc krótko mówiąc, Poppy wie wszystko, co wiedzieć należy. A nawet trochę więcej.
- Duuużo więcej - Andrea przeciągnęła się i zlazła z sofy. - Idziemy na jakieś śniadanko?
- Koniecznie. Mógłbym zjeść hipogryfa z kopytami. Ten pokój, coś mi to mówi, nie zniknie tak od razu.
- To dobrze. Ja też bym chciała przeczytać "Tajemnice Midinvaerne".
Kiedy szli do Wielkiej Sali, skrócili sobie drogę przez wejściowy hall. Kiedy byli w połowie, drzwi otworzyły się i z powiewem zimna weszła do zamku postać, na widok której Andrea wrzasnęła tak, że aż zatrzęsły się kandelabry pod sufitem.
- Mama!!!
- Już wstałaś? Jak się czujesz? Zostaw, jestem cała w śniegu - śmiała się drobna, szarowłosa i zielonooka czarodziejka, zdejmując płaszcz i kapelusz, na które już czekał zgięty w ukłonie Filch. - Skąd się tu wzięłaś tak wcześnie?
- Wiedziałam, że przyjedziesz - oznajmiła tryumfalnie Andrea. - Pozwól, mamo, to jest pan profesor Severus Snape.


Koniec

* Autorką "Ballady o domu" jest Maria Lamers, i za jej zgodą wykorzystałam ten fragment. Dzięki, Promyku!

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Opowieść wigilijna 2001

Postautor: Arthur Weasley » 21.12.08, 14:07

O dalszych losach Andrei w ogóle, a jej znajomości z ob. SS w szczególności można się dowiedzieć z opowiadania Minerwy "Apokryf".
Narodzonemu na chwałę, a ludziom na duszny pożytek podpinam. MO
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron