Wigilia w Norze (z archiwum)

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Wigilia w Norze (z archiwum)

Postautor: Arthur Weasley » 14.12.07, 23:27

Arthur Weasley
WIGILIA W NORZE

Brakujący fragment XXIII rozdziału Zakonu Feniksa


Beta-readerzy: Minerwa, Wierzba Bijąca

Utwór jest w pełni kompatybilny z fanfiktami Minerwy “Apokryf” i “Apokryf – epilog surrealistyczny” oraz Idy Lowry ”Inny rodzaj magii”, a do pierwszego miejsca po przecinku również z tekstem kanonicznym.
Może jednak być niekompatybilny z tomami VI i VII kanonu, co zrozumiałe, zważywszy że został napisany wkrótce po ukazaniu się tomu V.
Postacie Andrei i Lucy pochodzące ze wspomnianych fanfiktów oraz postać Haralda Weasleya pochodząca z fanfiktu Leszka ”Edukacja Toma” zostały wprowadzone za wiedzą, zgodą i w porozumieniu z autorami.
Autor stanowczo oświadcza, że wszelkie podobieństwo do osób istniejących i sytuacji zachodzących w rzeczywistości jest zamierzone. Nie dotyczy to czysto przypadkowego (beta-readerzy świadkami) podobieństwa życzeń składanych przez Billa do życzeń rozsyłanych przez Toroj.


- To kto ma być? - spytał Harry, machinalnie policzywszy wzrokiem krzesła. - Was jest w tej chwili...
- Siedmioro - odparł ponuro Ron.
- Git. Plus ja, to osiem, Hermiona dziewiąta…
– O, właśnie, o wilku mowa - zwrócił się Ron do Hermiony - czekaj, bo mnie tak teraz naszło, super, że tu z nami jesteś, ale właściwie jakim cudem, co na to twoi rodzice?
- Znaczy co?
- Nie chcieli, żebyś dzisiaj była z nimi, połamała się opłatkiem i tak dalej?
- Brytyjscy mugole nie łamią się opłatkiem i w ogóle nie urządzają wigilii – odparła ponuro Hermiona. - U nich święto jest dopiero jutro, a dzisiaj jest dzień jak każdy.
- Dziwne towarzystwo… w niczym nie obrażając twoich rodziców…
- Mniejsza o to – przerwał Harry. Nawet on zauważył, że Hermiona nie ma ochoty rozwijać tematu. - Dobra, jedziemy dalej. Syriusz dziesiąty, Lupin jedenasty, cioci Lucy nie będzie...
- Andrea...
- ...dwanaście, a trzynaste?
- Trzynaste dla nieobecnych. Jedni mówią, że dla umarłych, drudzy, że dla kogoś, kto się przybłąka i trzeba go przyjąć.
- Myślałem, że dla Percy’ego.
- Nawet nie. Pisałem do niego, żeby przyszedł i że mama na pewno go chętnie przyjmie... swoją drogą mama pewnie tak, ale za chłopaków nie ręczę... to mi odpisał, czekaj, zaraz, jak to szło... jakoś tak: Nie staraj się stworzyć sytuacji, w której mógłbym dowiedzieć się o czymś, o czym rozpaczliwie staram się nie wiedzieć.
- Rozpaczliwie stara się nie wiedzieć. Czyli, mówiąc po ludzku, rżnie głupa.
- Ma wprawę, w końcu był prefektem Freda i George’a. Sam bym tak pogrywał, gdyby nie Hermi. Z drugiej strony nie ma tego złego, Clearwaterom bardzo zależało, żeby dziadek Penelopy dożył wigilii, na której będzie jej mąż czy narzeczony, a to w zasadzie ostatnia okazja.
- Umiera?
- Niezupełnie. Ktoś na niego rzucił urok, jak to się nazywa, zaklęcie Adamera czy jakoś tak, że umrzeć to od tego nie umrze, fizycznie będzie spoko, ale za parę miesięcy będzie się nadawał tylko do świętego Munga, zero kontaktu, do lata zapomni, jak się nazywa. Nie ma na to eliksirów ani przeciwzaklęć.

Zegar majestatycznie wybijał szóstą, kiedy z dołu rozległo się kołatanie do drzwi. Molly zaświeciła własnym światłem, choć rozum podpowiadał jej to, co wszyscy dookoła wiedzieli: że to nie Percy. Percy by nie kołatał, po prostu by się aportował w hallu.
- Ja otworzę - uprzedził Bill, nie chcąc pozwolić, żeby matka opuściła swoje miejsce.
Pilnował tego starannie, odkąd w wieku pięciu lat przeczytał w „Sówce”, że jeśli gospodyni choć na chwilę wstanie od wigilijnego stołu, sprowadzi to na rodzinę rok nieurodzaju. Skrupulatne przestrzeganie tej zasady dotychczas nie zapewniło rodzinie Weasleyów czegoś, co choćby z daleka przypominałoby urodzaj, jednakże Bill był nieugięty.
Tym razem miało to swoje zalety. Molly nie wiedziała, że po interwencji bliźniaków napis nad wejściem brzmi „Gość w dom – woda do zupy!”
W progu stał Remus Lupin z Andreą. Państwo Lupinowie, jak to brzmi, pomyślał Bill. Liczył się z możliwością, że Lupin się kiedyś ożeni, nie wątpił, że przyprowadzi żonę do Nory – zresztą lata temu przyjął zaproszenie na wigilię dla dwojga - ale wyobrażenie sobie tej sceny przerastało jego możliwości.
Najwyraźniej przerastało też możliwości Lupina. Czuł się wyraźnie niepewnie i w widoczny sposób nie wiedział, co ma powiedzieć. Napis, który wykwitł nad drzwiami do salonu i głosił z kolei ”Gość w dom – whisky pod łóżko!”, też nie dodawał mu pewności siebie.
- Pokój temu domowi - powiedział wreszcie. Bill w panice próbował zgadnąć, jak się na to odpowiada.
- I wszystkim, którzy w nim przebywają - odpowiedziała Hermiona, zjawiając się znikąd. Billowi przemknęło przez głowę, że ta straszna istota powinna być szefem protokółu w Ministerstwie Magii. Wie wszystko, potrafi znaleźć się w każdej sytuacji i jakimś szóstym zmysłem wyczuwa, gdzie się powinna pojawić.
Weszli do salonu. Przed kominkiem wygrzewał się Syriusz. Wstał i pomachał ogonem. Andrea, cicho mrucząc, przemieniła się również. Trącili się nosami, po czym Syriusz powrócił do ludzkiej postaci, ustępując Andrei miejsca przed kominkiem.
- Łau! – pisnęła Ginny i wtuliła się w puchate niedźwiedzie futro.
- Lucy będzie? – zapytał Lupin.
Syriusz zmarkotniał.
- Marne szanse. Chodzą za nią od paru dni, i to tak na chama, oddech w plecy. Widocznie liczą, że ich do mnie doprowadzi.
- Spoko, zgubi ich.
- Zgubi albo nie... No nic, trudno – powiedział tonem człowieka, który stara się być twardy. - Siadamy?
Molly spojrzała na niego wzrokiem zranionej sarny. Coś się w niej burzyło przeciwko powiedzeniu, że tak, że już nikt więcej nie przyjdzie, że na krześle dla niezapowiedzianego gościa nie usiądzie ani Arthur, ani Percy.
- Ron, przynieś Biblię. Tylko bez cudów.
Przy całym poszanowaniu dla Biblii Ron nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego nie można po prostu posłużyć się Zaklęciem Przywołującym, tylko trzeba omszałą księgę przynosić po mugolsku. Kiedyś nawet o to zapytał, ale wszyscy spojrzeli na niego jak na hipogryfa, który mówi, po czym Bill wzruszył ramionami i tonem człowieka udzielającego ostatecznej i wyczerpującej odpowiedzi na pytanie o rzecz oczywistą oświadczył:
- Trza być w butach na weselu!
No trudno, jak trzeba to trzeba...
- Ginny, czytaj.
- Aby na pewno ja? - odezwała się Ginny.
- A kto?!
- A młody Lupin, za pośrednictwem mamy.
Wszyscy spojrzeli pytająco na Andreę. Skinęła głową, uśmiechając się szeroko, przeciągnęła, przybrała znowu postać niedźwiedzia i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Krzesło zatrzeszczało ostrzegawczo. Pospiesznie wróciła do ludzkiej postaci.
- Zaraz, zaraz, chwileczkę, czyli ein Moment, jak powiedziała wróżka Grindewaldowi, kiedy pytał, ile jeszcze pożyje - zaprotestował Charlie. – Czyta najmłodszy gramotny. Młody Lupin, jak mu tam chcecie dać...
- Mściwój - zaproponował Fred.
- Mścisław - podrzucił George.
Molly zesztywniała. Wyraźnie chciała coś powiedzieć, ale było już za późno. Lawina pomysłowości bliźniaków ruszyła.
- Krzesław.
- Krzesimir.
- Dzierżymir.
- Dzierżymord.
- Telesfor.
- Telefon.
- Kutafon.
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, wygłoszenie tych interesujących propozycji niechybnie zakończyłoby ziemską wędrówkę obu braci.
- ...jak zwał tak zwał – podjął Charlie - niech mu będzie Mosiek…
Molly westchnęła ciężko.
- …na razie ni pisaty, ni czytaty. Jak ty byłaś w drodze, to czytał Percy.
- David – sprostował Bill. – Percy się nauczył, jak…
Zamilkł, czując silne kopnięcie w kostkę. Odwrócił głowę. Ginny patrzyła na niego jak na wyjątkowo dorodną sklątkę. Charlie z widocznym trudem nie usłyszał jego komentarza.
- Nie wykręcisz się, siostrzyczko. Czytaj, nieźle ci ostatnio szło. Jeszcze parę lat i będzie spoko.
Parę lat? Rozmnożyłbyś się, koniu Pana Boga, pomyślała Ginny.
Wyciągnęła rękę. Biblia otworzyła się z szelestem starych kart. Właściwie mogłabym to powiedzieć z pamięci, pomyślała, ale jak by to wyglądało?
Bill wyciągnął różdżkę i zaczął wodzić nią po choince, od świeczki do świeczki.
- Incendio... Incendio... Incendio...
Świeczki zapalały się jedna po drugiej, równocześnie lampa na suficie przygasała, aż zgasła zupełnie. Karty otwartej Biblii zalśniły delikatnym, ciepłym blaskiem.

”I stało się w oneż dni, wyszedł dekret od cesarza Augusta, aby spisano wszystek świat. Ten spis pierwszy był od starosty syryjskiego Cyryna...”

Harry nigdy czegoś takiego nie widział. Na Privet Drive 4 Boże Narodzenie wyglądało nieco inaczej. Mówiąc wprost, polegało głównie na dawaniu prezentów Dudleyowi oraz jedzeniu, jedzeniu, jedzeniu, a w wykonaniu ciotki Marge ponadto na piciu, lżeniu Harry’ego i jedzeniu, toteż nigdy nie rozumiał, dlaczego mugole tyle mówią o magii świąt.
Teraz stopniowo zaczynał rozumieć. Pierwszy raz w życiu, myśląc o Dursleyach, czuł przede wszystkim współczucie.

”...poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna.”

Lupin zdawał się nie zauważać niczego i nikogo poza poślubioną sobie Andreą, którą ku ogólnemu zadowoleniu doprowadził do podobnego stanu.

”...owinęła w pieluszki i położyła w żłobie: iż miejsca dla nich nie było w gospodzie.”

Syriusz zamknął oczy i zacisnął bardzo mocno. Po chwili otworzył i usilnie starał się nie patrzeć na innych.

”...a na ziemi pokój ludziom dobrej woli.”

- I skrzatom – powiedziała Hermiona przez zaciśnięte zęby. Ron wzniósł oczy ku aniołowi na szczycie choinki. Reszta obecnych udała, że nic nie słyszeli.
Blask zniknął. Odłożona na stół Biblia zamknęła się z cichym szelestem.
- Słowo Twoje, Panie, jest prawdą - powiedział cicho Bill. - Błogosławieni, którzy słuchają Słowa Bożego i wypełniają je.
Uniósł różdżkę nad opłatkiem i zaczął ją powoli opuszczać.
- Et in terra - zatrzymał różdżkę, wysunął ją przed siebie, przyciągnął do siebie, wykonał dwa ruchy na boki – pax- hominibus- bonae- voluntatis!
Talerzyk uniósł się powoli i pożeglował w stronę Molly Weasley. Wzięła kawałek opłatka.
- Życzę wam – zaczęła – żeby… żeby… żebyśmy wszyscy za rok tu się spotkali… - głos zaczął jej się załamywać - i z tymi wszystkimi, którzy… których nam… Nie, przepraszam… nie chcę wywoływać wilk… przepraszam cię, Remus…
- Nie ma sprawy – uśmiechnął się blado Lupin.
- Niech wam się dobrze układa, niech wam będzie dobrze ze sobą nawzajem. I błagam – urwała, wykonując twarzą dziwne ruchy osoby, która próbuje sobie przypomnieć, jak się mówi - uważajcie na siebie… - usiadła ciężko i zakryła twarz dłońmi. Opłatek drżał jej w palcach.
Andrea wstała, podeszła do jej krzesła i położyła jej rękę na ramieniu. Molly objęła ją, drżąc spazmatycznie. Z wolna uspokajała się. Męska część obecnych wyraźnie nie wiedziała, jak się zachować.
- Zaśpiewajmy coś – powiedział niepewnie Bill. Jego znajomość tradycji nie obejmowała tego, co należy zrobić, jeżeli gospodyni załamuje się nerwowo. - Jakąś kolędę najlepiej… Mamo?
Wbrew wszelkiej logice Molly to pomogło. Oderwała mokrą twarz od ramienia Andrei i rozejrzała się przytomniejącym wzrokiem.
- Ale właśnie nie wiem… Gdyby ojciec nie… gdyby tu z nami był, tobym poprosiła o “Nie było miejsca”, ale nie wiem, czy...
- Ależ oczywiście - odezwał się Charlie. - Głos co prawda mam taki więcej do baletu, tak zwany sznapsbaryton...
- Nie ma się czym chwalić - przycięła Ginny.
Uważała, że jej brat pije za dużo, i z całą żarliwością czternastolatki pragnącej zbawić jeżeli nie całą ludzkość, to przynajmniej pojedyncze osobniki, wykorzystywała każą okazję, żeby okazać swoje niezadowolenie. On sam twierdził, że mieści się w górnej strefie stanów średnich, oczywiście jak na taką pracę - w dodatku wykonywaną wśród rumuńskich górali - i dwieście funtów żywej wagi.
- ...ale jak mi ktoś pomoże?
- Zaraz, ale jako pierwszą to zawsze się śpiewa… - zaprotestował Bill.
- Ale teraz nie jest zawsze – zgasił go Charlie. – Zawsze to był tata, na przykład. Zaraz sobie zamówisz, co ci pasuje.

Nie było miejsca dla Ciebie
W Betlejem w żadnej gospodzie
I narodziłeś się, Jezu,
W stajni, w ubóstwie i chłodzie .


Do baletu jak do baletu, ale na pewno nie do takich klimatycznych kawałków, pomyślała Andrea. Ale jakoś tym razem jej to nie raziło.

Nie było miejsca, choć szedłeś
Jako Zbawiciel na ziemię,
By wyrwać z czarta niewoli
Nieszczęsne Adama plemię.

Nie było miejsca, choć chciałeś
Ogień miłości zapalić
I przez Twą mękę najdroższą
Świat od zagłady ocalić.

Nie było miejsca, choć szedłeś
Ludzkość przytulić do łona
I podać z krzyża grzesznikom
Zbawcze skrwawione ramiona.

Gdy lisy mają swe jamy
I ptaki swoje gniazdeczka,
Dla Ciebie brakło gospody,
Tyś musiał szukać żłóbeczka.


Bill przyjrzał się gościom. Syriusz… Lupin… Harry… wszyscy mieli na twarzach to samo: to tylko katar!

A dzisiaj czemu wśród ludzi
Tyle łez, jęków, katuszy?
Bo nie ma miejsca dla Ciebie
W niejednej człowieczej duszy!


W dzwoniącej w uszach ciszy rozległ się szelest opłatka. To talerzyk, od dłuższej chwili wiszący nad nakryciem Billa, zadrgał niecierpliwie.
Bill wziął głęboki wdech.
- Życzę każdemu – powiedział tonem człowieka składającego starannie przemyślane oświadczenie - odwagi Charliego, poczucia obowiązku Percy’ego, poczucia humoru Freda i George’a i żeby umiał być wierny jak Ron.
Uszy Rona upodobniły się kolorem do włosów.
- Bo jakby komuś się, nie daj Boże, przestawiło – dodał Bill swobodniejszym tonem - i miałby poczucie humoru jak Percy, a poczucie obowiązku jak Fred i George, toby go chyba pokazywali na Pokątnej za pieniądze.
A o jaką kolędę proszę, to chyba wiadomo, porządek musi być.

- To brzmi katolickim dogmatem o przeistoczeniu – zauważyła Hermiona, gdy Weasleyowie zgodnym chórem obiecali paść na twarze, wierząc, żeś jest pod osobą chleba i wina. – Nie przeszkadza wam to?
- Nikt tak dokładnie nie wie, jak to jest. Nie zaglądajmy Szefowi w rękawy – odparł Bill. – To jest magia w swoim najgłębszym, najbardziej nieprzeniknionym aspekcie.
- Jeżeli tu nawet jest coś niebiblijnego – dodał Charlie - to myślę, że się nie pogniewa. W końcu to Jego urodziny, ta cała impreza jest na Jego cześć.
Goście roześmiali się. Na portrecie nad kominkiem mugol w osiemnastowiecznej peruce zmarszczył brwi, jakby się zastanawiał, czy powinien jakoś zareagować.
- Może później – zaproponowała Andrea, patrząc prosząco w oczy portretu podpisanego ”Wiel. Jan Wesley, 1703-1791”. – Bo Ginny chyba od dłuższej chwili chce coś powiedzieć.
Ginny wyglądała na osobę, która z przyjemnością zrezygnowałaby z tej możliwości.
- Ja n-nic nie chcę – powiedziała wreszcie, lekko się zacinając - tylko żeby… żebyśmy się tu za rok spotkali w komplecie. I z tatą, i z Percym, i w ogóle... I poproszę "Witaj, gwiazdko złota".
- A kto to zaśpiewa? – odparł Ron. – Zawsze śpiewał tata…
- Bill zna na pamięć wszystkie kolędy, jakie kiedykolwiek słyszeliśmy – wzruszył ramionami Fred. – I pewnie drugie tyle takich, których nie słyszeliśmy.
- Zna nie znaczy śpiewa – zastrzegł Bill.
- Ale Remus zna i śpiewa – oświadczyła Andrea. – Prawda, kochanie?
- No dobrze – w głosie Lupina nie było słychać entuzjazmu, ale zaczął śpiewać.

Witaj, gwiazdko złota na niebios przestworze,
Witaj nam radośnie Dzieciąteczko Boże!
Wznieś łask pełne dłonie nad głowy naszemi,
My ci zaśpiewamy po calutkiej ziemi.

My ci zaśpiewamy wesołemi tony,
Na kościółku twoim uderzymy w dzwony!
I tak dźwięczeć będzie pieśń radosna wszędzie:
Hej kolęda, kolęda! Hej, kolęda, kolęda!

Świeci gwiazdka w górze, cudnym blaskiem wieści:
W szopie ubożuchnej Matka Syna pieści,
Jezus dłonie wznosi nad naszymi głowy,
Błogosławi i cieszy radosnemi słowy.

Pastuszkowie mili, pójdźcie do stajenki,
Jemu się pokłońcie, uproście Panienki.
Kto ma w sercu bóle, kto ma łzy na twarzy,
Tego On pocieszy, łaską go obdarzy.

Oto lirnik stary swoją lirę stroi,
Niechże zagra na niej, pastuszkowie moi!
Wszak Chrystus się rodzi, śpiewać nam się godzi:
Hej, kolęda, kolęda! Hej, kolęda, kolęda…


- Jak miałem pięć lat, to tata to zaśpiewał pierwszy raz – powiedział w zamyśleniu Bill. - Powiedział wtedy: Pierwszy raz słyszałem tę kolędę na pasterce w Dolnym Hogsmeade, jak poszedłem do mugolskiego kościoła, dwadzieścia jeden lat temu, wtedy brzmiało mi to mniej więcej tak, jakby powiedział, że przed ostatnim lodowcem, a od tego czasu minęło lepiej jak drugie tyle…
- …i minie następne czterdzieści, a ty będziesz o tym opowiadał co roku swoim wnukom – dokończył George.
Talerzyk pożeglował do Freda. Ten wstał, przeciągnął się, wziął opłatek do ręki i zaczął:
- Ja zacznę od prośby, żeby mi dzisiaj nikt nie życzył samych zet z Owutemów. I tak się nie spełni, a w dodatku wcale mi nie zależy. I życzę każdemu tego, na czym mu w tej chwili najwięcej zależy. Jak sobie życzy czegoś głupiego i mu się spełni, to będzie jego problem, a nie mój.
I proszę o to, co zwykle.
Weasleyowie roześmieli się. To, kto zamówi ”Przybieżeli do Betlejem”, zależało tylko od tego, który z bliźniaków pierwszy będzie miał po temu okazję.
Przy czwartej zwrotce Lupin rozluźnił krawat i rozpiął kołnierzyk, a na jego twarzy pojawił się uśmiech mocno przypominający bliźniaków, którzy właśnie zamyślili dobry kawał. Andrea wiedziała, co będzie.
- Remus, musisz?
- No pewnie…

Któremu się wół i osioł kłaniają,

Bill radośnie podjął:

Trzej Królowie podarunki oddają,
Chwała…


po czym w jego oku pojawił się ten sam błysk, co przed chwilą u Lupina.

I anieli gromadami pilnują,
Panna czysta wraz z Józefem piastują,
Chwała…


Lupin nie zamierzał dać za wygraną.

Poznali go Mesyjaszem być prawym,
Narodzonym dzisiaj Bogiem łaskawym,
Chwała…


Fred i George przybrali mocno zamyślony wyraz twarzy. Bill jednak musiał mieć ostatnie słowo.

My go także naszym Zbawcą być znamy
I z całego serca wszyscy kochamy,
Chwała…


Wszyscy wlepili pytające spojrzenia w Lupina. Ten jednak uśmiechnął się szeroko i podniósł ręce do góry. Wszystkim się zdawało, że to już koniec. I mieli rację. Opłatek popłynął do George’a.
- To ja też poproszę to, co zwykle – George dostroił się do swojego bliźniaka.
- A może byś tak coś powiedział? Jakieś życzenia na przykład?
- Co?... A, wszystkim wszystkiego najlepszego, Fredowi samych Z z owutemów, a Harry’emu fartu w tym, o czym teraz myśli…
Wszyscy spojrzeli na Harry’ego, który czuł, jak czerwona plama pełznie mu w górę po twarzy.
- No, to teraz proszę o to, co zwykle.
- Czy u was każdy za każdym razem zamawia tę samą kolędę? – spytała Hermiona scenicznym szeptem, gdy Weasleyowie bez chwili zastanowienia zaczęli śpiewać "Pójdźmy wszyscy".
- Nie – odparł Ron. – Fred i George mają takie dyżurne kolędy. I Bill, ale w tym roku nie miał okazji.

- Jak Charlie miał może ze cztery lata – zaczęła Molly, a Weasleyowie zgodnie wznieśli oczy ku sufitowi – w wigilię wieczór położyłam chłopców spać i za chwilę słyszę jakieś szamotanie. Wchodzę do ich sypialni i co widzę? David leży wklinowany między swoje łóżko a szafę, a Charlie go tarmosi jak dziki. Pytam, co to ma znaczyć, a Charlie: “Ja go wyrywam z czarta mocy!”
Andrea uśmiechnęła się półgębkiem. Nie miała żalu do Remusa, Syriusza czy Harry’ego, że ich ta historia serdecznie ubawiła. Ale widziała, że Bill wygląda jak gradowa chmura, a Charlie wygląda jak ktoś, do kogo na weselu przyleciał nekrowiec z wiadomością o śmierci członka najbliższej rodziny. Z wyraźną niechęcią popatrzył na zatrzymujący się przed nim talerzyk. Wziął opłatek do ręki i próbował się uspokoić. Stał tak z opłatkiem w dłoni, oddychając ciężko.
George znurkował pod stół i wyjął różdżkę.
- Accio góralska! – powiedział.
Z dolnej półki kredensu przeleciała pod stół płaska butelka z gotyckim napisem “Tatrafeuer - 75%” na tle ośnieżonych turni. George odkręcił absurdalnie wysoką nakrętkę, napełnił i podał Charliemu. Ten opróżnił gwintowany kieliszek jednym haustem i odetchnął głęboko.
Bill taktownie nic nie zauważył. Zanim Molly zdążyła coś powiedzieć, Charlie zaczął składać życzenia.
- Jest, jak jest - zaczął. - A może być jeszcze gorzej.
- Ty to umiesz pocieszyć człowieka - mruknął Fred.
- Wszyscy się boją, jest czego... tego, chciałem powiedzieć... Sami-Wiecie-Kto nie zna się na żartach... ee... nasza rodzina też już trochę oberwała… Dziadek Harry nieraz mówił…
Na czarno-białej fotografii wiszącej na ścianie nad kredensem dało się zauważyć poruszenie. Szczupły czarodziej siedzący przy stole z dwoma mugolami w mundurach postawił kufel na stole i patrzył na Charliego z uwagą.
- …że lepiej być martwym boh... ee... porządnym człowiekiem niż żywą świnią. Ja tam wolę być żywym porządnym człowiekiem.
Mugol po lewej ręce czarodzieja na fotografii prychnął do piwa.
- Ale jak nie ma takiej możliwości... ee... Życzę każdemu, żeby umiał wybrać, żeby wybrał dobrze i żeby się umiał tego wyboru trzymać.
No pięknie, pomyślał Fred. Dobrze, że nie jest w AD, boby teraz od nas przysięgę odebrał.
- Bill tym razem nie miał okazji, żeby zamówić kolędę dziadka Harry’ego – ciągnął Charlie - to ja zamawiam. "A wczora z wieczora".
- Kolęda do śpiewania w Dziurawym Kotle – westchnął Fred, próbując rozładować atmosferę. W każdym razie udało mu się wprawić w znakomity humor całą trójkę widoczną na fotografii. – Siedzi takich dziesięciu nad browarem, jeden podrzuca bez końca kolejne zwrotki, a pozostali kiwają się jak gobliny na modlitwie i piłują…
- Po sprawiedliwości: ma to swoje zalety, nawet Percy nie jest w stanie sfałszować – zauważył George.
- I może dlatego nieboszczyk tak lubił tę kolędę – uśmiechnął się Syriusz. – Bo słuchu nie miał za złamany knut.
- Kto to jest dziadek Harry? – zapytał Harry.
- Był – skorygował Ron. – Tak naprawdę to był brat dziadka, stryj taty. Harald miał na imię, ale zawsze się o nim mówiło per dziadek Harry. Z tego, co tata opowiada, niesamowity facet… ale to kiedy indziej.

…gdzie Panna z Dzieciątkiem,
Z wołem i oślątkiem,
Z wołem i oślątkiem.

I z Józefem starym,
I z Józefem starym
Nad Jezusem małym,
Nad Jezusem małym.


- Od razu widać, że to kobieta pisała – zauważył Syriusz.
– A bo? – zapytały unisono Hermiona, Andrea i Ginny.
- A popatrzcie na kolejność – zaczął wyliczać, odstawiając kolejne palce - kobieta, dziecko, wół, osioł i na końcu mąż…
- Ja bardzo przepraszam, ale ja sobie nie życzę… - zaczęła Hermiona.
- Proszę bardzo, my się wcale nie gniewamy – zgasił ją Fred – a życzyć to właśnie powinnaś, bo opłatek ci zaraz z talerzyka wyskoczy.
Hermiona wstała, starannie ukrywając zdenerwowanie. Wyglądała, jakby miała za chwilę odpowiadać z czegoś, co umie tylko na P.
- Życzę każdemu – zaczęła – żeby potrafił jak najlepiej robić to, co do niego należy. Żeby każdy umiał pogodzić zaangażowanie w to, od czego zależy przyszłość nas wszystkich, z tym, od czego zależy jego własna przyszłość, co w roku OWTMów dla jednych, a SUMów dla innych, oznacza...
- Hermiona – jęknął George - jak Boga kocham, nie przy jedzeniu!
- ...że życzę wszystkim zdrowia, szczęścia i pomyślności –Hermiona w pierwszym odruchu chciała się obrazić. – No, już dobrze – dodała, widząc poszarzałą nagle twarz George’a. – Życzę wszystkim, żeby cieszyli się miłością ludzi, których kochają, i szacunkiem ludzi godnych szacunku. ”Ach, ubogi żłobie” poproszę.
- Na miejscu Rona bym się obraził – zauważył Fred.
- O co? – zdziwił się Ron.
- O pierwszą linijkę głównie. Ach, ubogi żłobie, cóż ja widzę w tobie…
- FRED!!! – Molly była wyraźnie wściekła.
- Mamo, spokojnie – zgasił ją Ron. - Widocznie mam inne zalety – oświadczył bez fałszywej skromności.
- Fredziu, serdeńko – powiedział Charlie - ja wiem, że nie lubisz ”Ubogiego żłobu”, i wiem, dlaczego, twoje rude prawo, ale nie musisz do tego dorabiać ideologii…
- No dobrze – powiedziała szybko Hermiona. Nie zależało jej na konkretnej kolędzie aż tak, żeby przedtem przysłuchiwać się kłótni braci. – Niech będzie ”Do szopy hej, pasterze”.

- O, to już? – zdziwił się ironicznie George, patrząc na Billa i Lupina. – Trzy zwrotki i dudy w miech?
- Jakby ci to powiedzieć – odciął się Bill – zdarliśmy sobie trochę gardła śpiewając kolędy, których poza nami nie miał kto śpiewać…
- Jedyna kolęda, której ktoś mnie specjalnie nauczył – powiedział Charlie. – Znaczy tak, że mama powiedziała ”A teraz ja was nauczę jednej kolędy”.
- A pozostałe? – spytała Hermiona.
- A nie wiem. Większość była zawsze.
- Jak można nie wiedzieć, skąd coś wiesz?
- A skąd wiesz, jak ma na imię twój ojciec?
Korzystając z zamieszania, talerzyk przesunał się przed Rona.
- Jest wigilia - zauważył Ron – i podobno ma być wesoło i świątecznie. Dlatego ja nie będę wspominał o Sami Wiecie Kim, życzył powodzenia w sami wiecie czym – przy tych słowach spojrzał na Harry’ego i Hermionę – a tym bardziej mówił o tym, o czym oczywiście nic nie wiem, życzę wszystkim zdrowia, szczęścia i pomyślności.
Talerzyk tkwił nieruchomo nad jego nakryciem.
- A, kolęda. ”Mędrcy świata”.
- Nie można – zauważył Bill.
- A bo?
- A bo do Trzech Magów to jeszcze prawie dwa tygodnie.
- E tam – wzruszył ramionami Fred.
- Co to są dwa tygodnie wobec wieczności? – poparł go Syriusz.
- A wieczność wobec kiszonego ogórka? – dodał Charlie.
Weasleyowie byli przyzwyczajeni do tego komentarza, ale reszta obecnych nie. Śmiali się szczerze i serdecznie. Nie czekając, aż przestaną, Charlie zaczął śpiewać. Głośno i fałszywie.
Bill przewrócił oczami i przyłączył się do śpiewu. Oczywiście i ta kolęda nie kończyła się dla niego na powszechnie znanych dwóch zwrotkach.

Przed Maryją stają społem,
Niosą Panu dary,
Przed Jezusem biją czołem,
Składają ofiary.
Trzykroć szczęśliwi Królowie,
Któż wam nie zazdrości?
Co my damy, kto nam powie,
Pałając z miłości?


Talerzyk już drgnął w stronę Harry’ego, kiedy rozległ się głos Hermiony:

Tak, jak każą nam kapłani,
Damy dar troisty…


Wszyscy spojrzeli najpierw ze zdziwieniem na Hermionę, a potem z niejakim rozbawieniem na milczącego Billa. Wyglądał jak ktoś, kogo potraktowano zaklęciem Petrificus w chwili, gdy właśnie brał głęboki wdech. Hermiona nie zwróciła na to uwagi.

…Modły, pracę niosąc w dani
I żar serca czysty.
To kadzidło, mirrę, złoto
Niesiem, Jezu, szczerze -
Co dajemy Ci z ochotą,
Od nas przyjm w ofierze.


- Kiedyś nie mogłem zrozumieć – powiedział Ron, jakby chcąc zaznaczyć, że i on ma jakieś wspomnienia związane z kolędami – po co Dzieciątku dzieża. A jakoś głupio mi było zapytać.
- Jaka dzieża? – osłupiał Lupin.
- No, Ono w żłobie nie ma tronu, ni berła, ni dzieży...

- Nie wiem, co powiedzieć – powiedział niepewnie Harry, trzymając opłatek.
- Chciałbyś o tym porozmawiać? - zainteresował się życzliwie George.
- ...pierwszy raz składam takie życzenia, w ogóle nie miałem pojęcia, że Boże Narodzenie w domu to może być coś takiego ciepłego... yyy... ja wam życzę, żebyście zawsze byli tacy fajni jak dzisiaj. I w Norze żeby było tak miło jak jest teraz. O.
Talerzyk uporczywie wisiał w powietrzu przed Harrym.
- Kolęda! – szturchnął go Ron.
- Co kolęda?
- Zamów kolędę. Swoją ulubioną.
- Nie mam.
- Oj, to jakąkolwiek.
- Kiedy nie znam!
- Jak to nie znasz, nie śpiewaliście kolęd?
- Jacy my? Ja z Dursleyami?
- Ron, teraz w bardzo niewielu mugolskich domach śpiewa się kolędy - ku zdumieniu Harry’ego Hermiona nie wydawała się zirytowana ignorancją Rona, w jej głosie słychać było raczej rozgoryczenie.
- To co robią zamiast tego?
- Khem, khem – chrząknęła Ginny w sposób do złudzenia przypominający Dolores Umbridge. Bracia spojrzeli na nią strasznym wzrokiem.- Może przełóżcie te korki z mugoloznawstwa na inną okazję? - zaproponowała spokojnie.
- To co... - zająknął się Harry.- Te kilka, co mi przychodzą do głowy, to już było, no nie wiem, może coś, co lubili moi rodzice...
- "Cichą noc" po arabsku - westchnął Lupin.- Tylko tu raczej nikt nie zna.
- A jak to nie? - uśmiechnął się blado Bill. –Ahlan ua sahlan…
- Ja ciebie też – mruknął Ron.
- …czyli proszę bardzo. Oczywiście pod warunkiem, że potem Charlie zaśpiewa po rumuńsku.

Hayadi ‘l’lail,
Zahkari ‘l’lail...


Słyszał to. Musiał to gdzieś słyszeć. Wiele razy. Nie rozumiał ani słowa, a przecież wiedział, jakie będą następne. W językach, których nie znał i nawet nie odróżniał. Świat odpływał. Czuł spokój, ciepło i lekką senność. Jak przez mgłę zauważył, że śpiew umilkł i Syriusz zaczyna składać życzenia.
- Podobno przyjaciele są przeprosinami Boga za krewnych. Mniej więcej wiecie, jakich mi dał krewnych. Przeprosił mnie, dając mi najpierw Jamesa i Remusa, a potem was. Życzę wam, żeby wam dał takich przyjaciół jak mi – ale żeby to było oprócz rodziny, a nie zamiast. Ktoś mi ostatnio powiedział, że u niego też zbiór przyjaciół i zbiór krewnych są rozłączne…
- Mógłbyś to przetłumaczyć na język zrozumiały dla ludu?
- Że albo przyjaciel, albo krewny, a nie ma tak, żeby ktoś był jednym i drugim. I że to jest normalne i oczywiste i tak jest zawsze. Życzę każdemu z was, żeby się przekonał w swoim życiu, że tak być nie musi.
I poproszę o ”Oj, maluśki”.
Z lekkim zdziwieniem zauważył niespokojne spojrzenia rzucane na Charliego. Ten zaś zaczął śpiewać tak, jak się tego nauczył od transylwańskich górali, skrzypiącym głosem, powtarzając ostatnie słowa bez końca:

…Tam Ci słuzyły słuzyły słuzyły słuzyły słuzyły słuzyły słuzyły słuzyły służyły
Przecyste janioły,
Tu se lezys, mój Panie mój Panie mój Panie mój Panie mój Panie mój Panie…


- …rano w takim stanie… – zawtórował George.
- George… - Molly najwyraźniej próbowała być zła, ale mimo najszczerszej chęci wyszedł jej uśmiech przez łzy.
Słysząc, że

maluśki, malusieńki, maluśki
Pan Jezus nieduzy
Usiadł se na przypiecku, przypiecku, przypiecku,
Fajecke se kuzy


Andrea nabrała podejrzeń, że część zwrotek powstała w Norze i to głównie za sprawą Freda i George’a. Ci jednak wyraźnie zaczynali mieć dosyć. Natomiast Charlie i Bill przerzucali się kolejnymi zwrotkami ewidentnie domowej produkcji.
- Khem, khem – chrząknął Fred pod koniec kolejnego refrenu. W odpowiedzi usłyszał:

Jak sie nase śpiwanie, śpiwanie, śpiwanie, śpiwanie, śpiwanie, śpiwanie,
Uprzykrzyło komu,
To niech wstaje, niech nogi za pas zabiera
I wraca do domu.

Talerzyk po każdej zwrotce drgał nieznacznie, jakby próbował już przesunąć się nad nakrycie Andrei. Miała niejasne wrażenie, że jeśli ktoś braciom nie przerwie, to za parę zwrotek ogłoszą, że tam Jezus miałby do dyspozycji rajskie hurysy. Postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce.

A my tak tu siedzimy, siedzimy, siedzimy,
Tak cięgiem śpiewamy,
A zaś po cośmy do tyj chałupy tu zaśli,
Nic nie uwazamy.

A te nose bliźnioki bliźnioki bliźnioki bliźnioki bliźnioki
Juz nas cinzko znosom,
I cobyśmy juz śpiwoć przestali, przestali
Uprzejmie nas prosom.


Opłatek przemieścił się nad talerz Andrei. Fred i George patrzyli na nią z uwielbieniem.
- Nie umiem tak zbiorowo składać życzeń. Parę razy próbowałam i zawsze wychodziło drętwo. Ale coś wam opowiem i niech każdy sobie z tego wyciągnie jakieś życzenia.
To było w czasie mugolskiej wojny między Niemcami a Francją, w której, tak się złożyło, w armiach walczących ze sobą byli żołnierze tej samej narodowości. Ich naród nie miał swojego państwa, byli obywatelami różnych krajów i jako ich żołnierze poszli na wojnę. W niemieckich okopach grupa żołnierzy urządziła sobie wigilię. Połamali się opłatkiem, złożyli sobie życzenia, a potem zaśpiewali ”Bóg się rodzi”.
Zamilkła na chwilę. Syriusz zaczął rozluźniać krawat. Spojrzał na nią pytająco. Potrząsnęła głową.
- Jak skończyli – ciągnęła - przez chwilę była cisza, a potem usłyszeli tę samą kolędę z okopów francuskich.
Tej nocy na tym odcinku frontu nie padł ani jeden strzał.
Zamyśliła się. Pośród różnych zwyczajów Nory, o których opowiadał Bill – wyraźnie dumny, że tego tyle - był i ten, że ”Bóg się rodzi” śpiewa się jako ostatnią kolędę. Postanowiła jednak zaryzykować.
- Bill, mówiłeś mi, że ta kolęda ma u was szczególne miejsce, ale przeżyjesz, jeżeli ją teraz zaśpiewamy?
Bill siedział z przymkniętymi oczami. Skinął głową. Sam się dziwił, że tym razem mu to nie przeszkadza.

Opłatek niepostrzeżenie znalazł się przed Lupinem.
- Dołączam się do życzeń Harry’ego i Ginny – powiedział Remus - niech tu zawsze będzie tak, jak jest, tylko żeby jeszcze rodzina w komplecie... Ale Charlie powiedział coś bardzo ważnego. Czasy są ciężkie, idą jeszcze cięższe. Już trzeba oszukiwać, czasem wyrzec się krewnych, będzie trzeba robić różne inne rzeczy, z zabijaniem włącznie. Życzę każdemu, żeby tego robić nie musiał. Jeżeli już będzie trzeba - żeby umiał. A skoro już się nauczy - żeby z tych umiejętności korzystał tylko tyle, ile będzie naprawdę konieczne, i nigdy nie zapomniał, że zło czynione w dobrej sprawie pozostaje złem.
Zapadło milczenie. Harry bez trudu odczytał z przymrużonych oczu Syriusza, że chętnie wykaże się znowu umiejętnościami, o których mówił jego przyjaciel. Wyraz twarzy Billa, Charliego i Rona też wskazywał, że chętnie się nauczą. Ze zdziwieniem złapał się na tym, że prawą dłoń oparł o biodro ruchem, który tyle razy widział na mugolskich westernach.
- A, kolęda… ocknął się Lupin. - Kolęda jak kolęda, przed kolędą miałbym taką prośbę… jak tu poprzednim razem byłem na wigilii, w osiemdziesiątym roku, to ktoś mówił taki wiersz o kolędzie na okarynie, nie wiem, Bill czy Charlie, jak jeszcze pamięta, to bym prosił…
- To był David – sprostował ponuro Charlie. – Ale Bill też to zna na pamięć.
- Może lepiej ty? – zaoponował Bill. - Ty się na pewno nie pomylisz.
- Lepiej ty – odparł Charlie. – Bo ty się prawdopodobnie nie rozkleisz.
Bill skinął głową.
- Spróbuję…
Przez chwilę siedział nieruchomo z przymkniętymi oczami.

A podobno jest gdzieś ulica
(lecz jak tam dojść? Którędy?) –
Ulica zdradzonego dzieciństwa,
Ulica Wielkiej Kolędy.
Na ulicy tej, taki znajomy –
w kurzu z węgla, nie w rajskim ogrodzie –
Stoi dom jak inne domy,
Dom, w którym żeś się urodził.
Ten sam stróż stoi przy bramie.
Przed bramą ten sam kamień.
Pyta stróż: „Gdzieś pan był tyle lat?


Syriusz znowu miał ciasno zamknięte oczy.

Wędrowałem przez głupi świat…”
Więc już prędko na górę po schodach
Wchodzisz. Matka wciąż taka młoda,
Przy niej ojciec z czarnymi wąsami
I dziadkowie – wszyscy ci sami,
I brat, co miał okarynę
(Potem umarł na szkarlatynę).


Charlie intensywnie wpatrywał się w chińskiego ogniomiota siedzącego na gałęzi w pobliżu szczytu choinki.

Właśnie ojciec kiwa na matkę,
Że już gwiazda wzeszła na niebie
I że czas się dzielić opłatkiem,
Więc podchodzą wszyscy do siebie,
A serca drżą uroczyście,
Jak na drzewie przy liściach liście…
Jest ciepło. Choinka płonie,
Na szczycie cherubin fruwa,
Na oknach pelargonie
Blask świeczek złotem zasnuwa,
A z kąta z ust brata płynie
Kolęda na okarynie:
Lulajże Jezuniu,
Moja perełko,
Lulaj, ulubione
Me pieścidełko…
(1)

- To też chyba ma jakąś obłędną ilość zwrotek… – zastanowił się Lupin, kiedy po trzecim refrenie zapadła cisza i talerzyk przesunął się przed puste krzesło.
- Ma – odparł Bill. – Z dziesięć chyba. Ale co jedna to słodsza, do pasterki byśmy się z tego lukru nie domyli… Może syropku? – zatroszczył się, patrząc na krztuszącą się Andreę, która właśnie ujrzała oczyma duszy Weasleyów zdrapujących z siebie grubą warstwę lukru (jeszcze pewnie różowego).
Kiedy przestała się krztusić, nastała cisza. Wszyscy patrzyli w skupieniu na wolne miejsce. Lupin i Andrea odsunęli się od stołu, otwierając Syriuszowi widok na puste nakrycie.
Harry nie wiedział, co teraz ma nastąpić. Przez chwilę wahał się, czy wypada się do tego przyznać, w końcu zapytał Rona. Ostatecznie gdzie się miał tego nauczyć?
- Jak ci tu kogoś bardzo brakuje, żywego albo umarłego, to się za niego pomódl. Albo o nim pomyśl, albo co. I zobaczysz go na Krześle Gościa. A jak nikogo takiego nie masz...
Ron urwał. Wiedział, kogo Harry zobaczy. Wiedział też, że ten ktoś wie. Nie wiedział jednak, czy wie Harry.
________________________________________________________________
(1) K.I.Gałczyński, Przed zapaleniem choinki - Powrót.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Wigilia w Norze (z archiwum)

Postautor: Arthur Weasley » 14.12.07, 23:41

Harry poczuł znajomy dreszcz. Znowu zobaczy swoich rodziców. Jak wtedy w Zwierciadle. Jak...
Bill podniósł różdżkę, zaczął zataczać koła nad Krzesłem Gościa, coraz niżej, coraz bliżej oparcia.
- Iterum venturus!
Pokój widać było coraz mniej ostro. Zamienił się w rozmazane plamy, z których jedna - w miejscu, gdzie stało Krzesło - zaczęła się rysować coraz ostrzej. Można już było rozróżnić krzesło, na krześle zarysy postaci. Jednej. Drobnej. Jeszcze zanim można było rozpoznać twarz, wiedział, że to nie będzie twarz Lilki ani Jamesa.
Z trudem powstrzymał się, żeby nie krzyknąć. Jak to? Mamo, tato, gdzie jesteście, przecież to was...
- Nie, synku. Już nie - powiedziała Lily Potter, pojawiając się za oparciem.
- I dobrze - dodał James, wyłaniając się obok niej i obejmując ją ramieniem. - Czas najwyższy. Masz gust, chłopie.
Uśmiechnęli się szeroko, odwrócili i odeszli. Harry zdążył jeszcze zauważyć, jak James całuje Lilkę w ucho.
Po chwili rozpłynęła się również Cho.
Dookoła stołu stali Weasleyowie i ich goście, najwyraźniej myślami jeszcze przy tych, których zobaczyli na Krześle. Molly ukradkiem ocierała łzy. Lupin patrzył z czułością na Andreę i to bynajmniej nie na twarz. Syriusz świecił własnym światłem.
Charlie wyraźnie przeżył podobne zaskoczenie jak Harry - kręcił głową i mruczał: ”nie, to niemożliwe...” Nagle wstał, wyjął z szafy pióro i kawałek pergaminu, nabazgrał kilka zdań i gwizdnął cicho. Zza kredensu wyleciał absurdalnie pierzasty puszczyk mszarny.
Harry nie mógł się powstrzymać, żeby nie zajrzeć Charliemu przez ramię.

”Z pewną taką nieśmiałością donoszę, że widziałem Cię na Krześle Gości. Nie wiem, o czym to świadczy, ale myślę, że powinnaś o tym wiedzieć. Pozdrawiam - Ch.
PS. Będziesz na pasterce?”


Bill podniósł z drugiego talerzyka drugi opłatek, bladozielony, i uniósł różdżkę.
- Agnus et leo! – powiedział, zataczając różdżką niewielkie koło.
Spod sufitu spłynął bezszelestnie Errol. Zza oparcia kanapy wyfrunęła Świnka. Nie wiadomo skąd obok nich pojawiła się Hedwiga. Spod stołu wylazł Krzywołap.
- Co... - zaczął Harry.
- Kolorowy opłatek do łamania się ze zwierzętami – odpowiedział Syriusz – pojęcia nie miałem, że ktoś to jeszcze robi...
Andrea szturchnęła go w bok. Popatrzyli na siebie i skinęli głowami. Po chwili na podłodze obok krzesła z trzema sowami i kotem siedział wielki kudłaty pies i jeszcze większy niedźwiedź.

Schrupawszy opłatek, podeszła do Billa. Z niesmakiem stwierdziła, że w ludzkiej postaci dalej musi zadzierać głowę. Patrzyła na niego wyczekująco.
- Chyba ty najpierw? – zdziwił się.
- Nie. Wolę, żeby najpierw składał młodszy.
- Zrób wyjątek – jęknął Bill.
- No dobrze. Życzę ci, żebyś przestał być najstarszym Weasleyem – powiedziała.
- Żebym przestał co? – zdziwił się Bill.
- Nie obraź się, ale jak na ciebie patrzę, zwłaszcza teraz, jak nie ma twojego ojca i robisz tu za mistrza ceremonii… nie powiem, świetnie ci to wychodzi… to jakbym widziała prefekta pod nieobecność opiekuna domu. Życzę ci, żebyś był mniej starszym bratem, a więcej sobą. Jeżeli cię uraziłam, to przepraszam…
- Nie ma się co obrażać na lustro – odparł. - Pomyślę o tym jutro. A tobie… nie żebym się odgryzał… żebyś, jak urodzisz, była w dalszym ciągu Andreą Lupin, a nie tylko matką Kutafona… tego, przepraszam…
- Nie ma sprawy. I to jest dobra uwaga, powinnam zacząć od siebie.
- Aha, żeby ci nigdy nie przyszło do głowy, jak to mówi moja mama, że wadą dzieci jest to, że dorastają.
- A mówi?
- A parę razy jej się wypsnęło – westchnął, łamiąc opłatek. – Najlepszego.
- Taaa. Oby nam się.
Wszystko zaczynało jej się układać w logiczną całość. Molly traktująca dorosłego Billa jak dziecko, które się w stosownym czasie wysyła do fryzjera, bez końca produkująca swetry, nachalnie matkująca Harry’emu…
Bill stał chwilę zamyślony. To, co usłyszał, miało sens. I przynajmniej wiedział, co powiedzieć Fredowi. Wprawdzie zostawał problem George’a, ale w końcu nic nie jest doskonałe.
- Żeby jak najmniej było słychać o bliźniakach Weasleyach – powiedział - a jak najwięcej o Fredzie Weasleyu.
- Masz jakiś problem do George’a? – najeżył się Fred.
- Ani do niego, ani do ciebie, po prostu życzę ci, żeby cię ludzie zaczęli odbierać nie jako połowę kompletu. I żebyś ty mniej myślał “my”, a więcej “ja”.
- Aha… w sumie niegłupie. Ale czego ja mam tobie życzyć, człowieku sukcesu, to nie mam pojęcia.
- Żeby mi nikt nie wymyślał od ludzi sukcesu – powiedział z wyraźną irytacją w głosie Bill. – A zwłaszcza żeby mama nie była ze mnie taka dumna.
- Przeszkadza ci to?
- Spróbuję ująć to jakoś oględnie: szlag mnie trafia. A już najgorzej, jak mnie wam stawia za przykład. Na waszym miejscu dawno bym takiego brata zamordował.
- Rozważaliśmy taką opcję – odparł Fred. – Ale stwierdziliśmy, że lepiej, jak nam wykłuwają oczy idealnym bratem, który żyje. Jako nieboszczyk byłbyś całkiem nie do zniesienia.
- Dzięki serdeczne. W każdym razie żebyś nawet chciał, a wcale ci się nie dziwię, że nie chcesz, to nie będziesz taki jak ja w twoim wieku, bo nie jesteś mną. I dobrze. I tego ci zazdroszczę.
Cios był celny. Bill nie pamiętał, kiedy ostatnio widział Freda, który nie wie, co powiedzieć.
- Ty? Mi? Czego?!
- Tych wszystkich sów, które mama dostała. Tego, że w wieku piętnastu lat nie byłeś najmłodszym żyjącym pięćdziesięciolatkiem.
- To ja ci życzę, żebyś był taki luzak, za jakiego cię mają ci, którzy cię słabo znają.
Czego życzyć Charliemu, Fred wiedział od początku.
- Życzę ci, żebyś wreszcie spotkał taką, co będzie twoje wady uważać za zalety, wielbić zalety i energicznie na ciebie lecieć. Nie, to za mało, takich to kilka było…
- A skąd ty taki dobrze poinformowany?
- Mam swój wywiad – uśmiechnął się wynalazca przedłużacza uszu, rozmownego dyktafonu i kilku innych pożytecznych urządzeń. - No więc dodatkowo jeszcze żeby ciebie to wzięło.
- Studiujemy ten problem, jak powiedział Snape, kiedy go pytali o tolerancję Ślizgonów wobec mugolaków. A tobie życzę po pierwsze - dalej takiego dystansu do życia, jaki masz, po drugie - tego samego, czego ty życzyłeś mi – daj Boże z lepszym skutkiem – a resztę sobie kupisz.
Zanim zaprzestał prób zmiażdżenia Fredowi dłoni, poczuł, że ktoś go stuka w plecy. Obejrzawszy się, zobaczył Andreę.
- Czego człowiek, który nie ma nic, może życzyć temu, kto ma wszystko? – zapytał.
- Żebym umiała to docenić. I żeby mi się we łbie nie przewróciło.
- To ci tego życzę.
- A ja ci życzę – odpowiedziała - tego, czego sam sobie nie zażyczysz, bo jeszcze nie wiesz, że jest możliwe. A może jest już tuż za winklem. I dużo ciepła.
Ścisnął ją za rękę.
Przełamawszy się opłatkiem, objęła go. Wyglądało to dosyć dziwnie, bo był o głowę wyższy. Stali tak dosyć długo.
- Dobra – powiedział – bo zaraz będę miał do czynienia z twoim…
- Z jego strony nic ci nie grozi – odparła. – Za dobrze wie, jak to jest, za długo był sam w stopniu, o jakim tobie się nie śniło, i podkradał ciepło, gdzie się dało. Raczej możesz mieć do czynienia ze swoim rodzeństwem, które chyba chce się ze mną łamać, a ty im to uniemożliwiasz. Trzym się.
Odwróciwszy się, wpadł na Ginny.
- Już ty dobrze wiesz, co – usłyszał.
- Powiedzmy, że nie wiem?
- Mam dosyć czytania na wigilii.
On ze swej strony miał dosyć słuchania życzeń dotyczących tylko jednej sprawy.
- Dlaczego wszyscy o tym samym? – jęknął.
- Bo czego ci życzyć? Poza tym masz wszystko, czego może chcieć uczciwy człowiek. Może poza kasą, ale na tym ci najwyraźniej nie zależy. Masz rodzinę w porzo, fajnych przyjaciół, ciekawą pracę, którą lubisz, zdrowie masz jak dzwon...
Zaskoczyła go. Rzeczywiście, trochę przesadził, mówiąc o sobie jako o człowieku, który nie ma nic.
- No dobrze, ale co ci ten hipotetyczny dzieciak zawinił? Chciałabyś, żeby twoje dzieci miały takiego ojca?
- Gdybym nie była twoją siostrą, tobym się poważnie zastanowiła, a jeszcze gdybyś mniej pił, tobym się nie zastanawiała.
- A bierzesz pod uwagę możliwość, że mi na ten przykład jest dobrze samemu? – zirytował się.
- Nie biorę, bo widać na milę, że nie jest.
Gdzie się podziało to dziecko, które bało się odezwać w obecności starszych?
- No dobra, wygrałaś. Szczerość za szczerość. Żebyś potrafiła się zakręcić koło kogoś, na kim ci zależy, zanim ci go inna sprzątnie sprzed nosa.
Ginny zaczerwieniła się.
- Nic nie mam do Harry’ego! – powiedziała na tyle głośno, że Syriusz i George spojrzeli na nią z zainteresowaniem. Rozejrzała się, jakby obawiając się, że Harry usłyszy. - To znaczy oczywiście go lubię… - dodała szybko.
- Kto mówi o Harrym? – uśmiechnął się Charlie. - Rozmawiamy teoretycznie. Najlepszego – sięgnął po opłatek i rozejrzał się. Obok stał George. Odróżnił go od Freda po tym, że chce mu złożyć życzenia.
- Żebyś o niej zapomniał – powiedział George, podając mu rękę.
- O kim? – zapytał, jakby nie znał odpowiedzi.
- O Jenny. To znaczy nie tyle zapomniał, ale się odkochał.
- Bo?
- Bo inaczej nie zakochasz się w żadnej żywej. Chwilami mam wrażenie, że wziąłeś ślub z Jenny i dzieci z tego nie będzie.
Chwilę stali w milczeniu. Tym razem to on nie wiedział, co powiedzieć.
- Jakoś sobie może poradzę – powiedział. Coś trzeba było odpowiedzieć. – A tobie… ech, po prostu udanych interesów. Sam wiesz co potrzebuje zaplecza.
- Jak już tak poważnie, to – przyszłego roku bez Sam Wiesz Kogo!
- Bez – zgodził się. – Z mamą już się łamałeś?
- Nie, ale jeszcze nic nie wymyśliłem, więc idź ty.
Akurat dla mamy miał życzenia przygotowane. A jakie usłyszy, też mógł bez wysiłku przewidzieć.
- Ty wiesz, czego ci życzę – usłyszał.
- Daj spokój, mamo. Chociaż ty. Wszystko w swoim czasie.
- No i właśnie ci życzę, żebyś nie przeoczył czasu.
- Sama mówiłaś: Pan Bóg starszy człowiek, wie, co robi. Nie poganiaj Go. A ja ci życzę, i tacie, żebyście się w sobie zakochali.
- Ale my się kochamy.
- To nie to samo. Przecież wiesz. Nic nie mów. Zrób mi prezent i nic nie mów, tylko pomyśl w wolnej chwili o tym, co powiedziałem.
Pocałowawszy matkę w czoło, stanął oko w oko z Andreą.
- Wy już? – zapytała.
- A już – rozejrzał się i podszedł do Billa.
- Zaraz, chwileczkę – Molly podeszła do stołu.
Czekając na nią, Andrea słyszała, jak Bill i Charlie składają sobie życzenia. Na razie brzmiało to jak wymiana wzajemnych złośliwości.
- Jedną a dobrze!
- Zacznij od siebie, mały.
- Żebyś się nie zdziwił...
- Czy jest coś, o czym nie wiem, a powinienem?
- Może jest, może nie ma, a jak będzie trzeba, to się dowiesz…
O, jest Molly.
- Żeby się lekko nosiło, łatwo urodziło… - no tak, jakich życzeń mogła się spodziewać kobieta w ciąży od matki siedmiorga dzieci? Jeszcze w świetle tego, co słyszała od Billa. - Który to miesiąc?
- Początek drugiego.
- Chłopiec czy dziewczynka?
- Jeszcze nie wiemy, trochę się niepokoję.
- Mąż chce syna?
- Takie mam wrażenie. Mówi, że co Bóg da, to się wychowa, ale ile razy mówi o tym, jak to będzie, to wyraźnie czuć, że się spodziewa syna.
- I pewnie będzie miał, jak się ma na wojnę, to chłopcy się rodzą. Ale życzę ci, żeby dorastał, czy dorastała, w nudniejszych czasach niż moje dzieci.
- Ja ci życzę pociechy z dzieci. I pozwól, że ci coś powiem – z takich, jakie są, bo są naprawdę w porządku, a nie z takich, jakie by mogły być, gdyby kiedyś sprawy poszły inaczej. Żebyś się mniej martwiła tym, jacy nie są, a więcej cieszyła z tego, jacy są.

Przez okno wleciała sowa i wylądowała na oparciu krzesła Charliego. Charlie przeczytał.
- Nie, to niemożliwe - mamrotał z miną człowieka, którego właśnie poinformowano, że wygrał całą zawartość skarbca Gringottów i dodatkowo trzy sykle na pokrycie łysych papą - centralnie niemożliwe, muszę się napić...
- Jasssne - prychnęła Ginny - dawno nie piłeś, pojutrze będzie trzy dni.
Charlie zdawał się jej nie słyszeć. Zerwał się z krzesła, złapał oburącz sowę i z głośnym cmoknięciem pocałował rozpaczliwie wyrywającego się ptaka w dziób.
Sowa otrząsnęła się z niesmakiem.
- A toście chyba przesadzili, towarzyszu – powiedziała.
Charlie znikł za drzwiami, nie zaszczyciwszy jej odpowiedzią.

- Żeby nasze dzieci porządnych rodziców miały – uśmiechnął się blado Lupin do poślubionej sobie małżonki.
- Żeby miały komplet rodziców, przede wszystkim – odparła melancholijnie Andrea. – Hę? Powiedziałeś DZIECI?
- Zabawa dopiero się rozkręca – oświadczył Lupin stanowczo. – Boh trojcu lubit.
Ze zdziwieniem zauważyła, że w tym roku nie bardzo wie, co mu jeszcze powiedzieć. Rok wcześniej, w Jeszcze Bardziej Zakazanym Lesie, składali sobie życzenia przez pół godziny. Teraz wystarczało jej, że jest. Stała naprzeciwko niego, ściskając dłonią palce, w których trzymał opłatek. Stali tak bardzo długo.
Pocałowała go, ułamała opłatek i zwróciła się do Rona.
- Żebyś nie widział w Zwierciadle Ain Eingarp Wspaniałego Ronalda Weasleya Który Jest Lepszy Od Swoich Braci I Którego Wszyscy Podziwiają.
- Kto pani… - zająknął się speszony rudzielec - kto ci mówił, co widziałem w Zwierciadle?
- Trudno zgadnąć? Mężczyźni są prości. Sam mówiłeś.
Mówił, ukryć się nie da.
- Fakt… A dlaczego mi tak życzysz? Znaczy co w tym złego?
- Złego jak złego… po prostu w takim układzie nigdy nie byłbyś szczęśliwy, zawsze ktoś byłby lepszy od ciebie, nie w tym, to w czym innym. Żebyś miał coś, w czym jesteś dobry i wiesz o tym. Ludzie na poziomie to docenią, a ludźmi nie na poziomie nie ma się co przejmować.
- I co ja mogę powiedzieć po takich życzeniach? Spełnienia marzeń? Głupio brzmi…
- Dobrze brzmi. Ale nie wszystkich. Prawie wszystkich. Żebym jeszcze miała o czym marzyć.
- Niech będzie – odetchnął z ulgą.
Wyrosła przed nim Ginny.
- Żeby ci się wiodło z quidditchem… - zaczęła. Trafiła w czuły punkt.
- Jeszcze i ty? – warknął.
- A bo? – Ginny posmutniała. Zrobiło mu się głupio. Chyba nie chciała mu zrobić przykrości, ale po rozmowie z bliźniakami był nieco przeczulony.
- A bo już mi Fred życzył, żebym się wreszcie nauczył latać, a o George’u to nawet nie mówię…
- Nie przejmuj się nimi. Latać to ty umiesz, inaczej by cię nie wzięli do drużyny. Idzie o to, żebyś w powietrzu myślał tylko o tym, co robisz, a nie o tym, ile osób patrzy i co mogą pomyśleć. To zresztą dotyczy nie tylko quidditcha.
- Ojej… łatwo powiedzieć, trudniej wykonać… skąd ty taka mądra?
- No przecież jestem twoją siostrą, to takim zupełnym downem nie mogę być.
Pocałował ją po ojcowsku w czoło. Czego jej życzyć? Zaraz, jak to szło, takie fajne życzenia…
- Życzę ci spełnienia prawie wszystkich marzeń.
- Dlaczego prawie wszystkich?
- Żeby ci jeszcze coś zostało, o czym byś mogła marzyć.
- O. Fajne. Dzięki.

- Założę się, że już ci ktoś mówił, że nieważne, co ludzie o tobie myślą, ważne, co ty o sobie wiesz? – zapytał go Syriusz.
- A mówił, bo to raz…
- Ale ja ci to i tak powiem, bo to można sto razy mówić, zanim naprawdę dotrze. Więc pamiętaj - nie musisz udowadniać innym, że jesteś w porządku. Wystarczy, że ty o tym wiesz.
- Taa... pod tym względem mam lepiej od ciebie, ty jeszcze musisz udowodnić paru osobom. I nie dać się po drodze zabić.
- W sumie rehabilitacja pośmiertna też dla ludzi – zauważył Syriusz. - Ostatecznie nie jesteśmy jakimiś biednymi ateistami.
- No nie. Ale życzę ci rehabilitacji za życia. I to jak najszybciej. Chyba nie po to sobie dałem złamać nogę, żebyś się teraz musiał kryć bez końca.
- Rety, ile razy mogę przepraszać za jedną rzecz?
- Raz możesz na pewno.
- No to przepraszam.
- Nie powiem, że nie ma za co, ale niech ci to będzie odpuszczone. Przełam się.
- Najlepszego.
Syriusz miał teraz wielką ochotę połamać się opłatkiem z Charliem, tego jednak nadal nie było widać. Podszedł do Andrei.
- Pamiętasz, co mówiłeś rok temu? – zapytała.
- Mówiłem wiele rzeczy, niekoniecznie mądrych – odparł. – Co masz na myśli?
- Że nie bardzo masz z czego hodować Patronusa. Życzę ci, żebyś nigdy nie miał problemów ze znalezieniem pożywki.
- Nie mam, zapewniam cię. Mam taką pożywkę, że jestem w stanie wyczarować Patronusa, który rozniósłby Azkaban, a nie tylko tych paru truposzy nad jeziorem.
- No to niech ci ta pożywka zostanie. I żebyś nie musiał z niej korzystać
- Ja to ja – zauważył Syriusz, nasłuchując – ale zdaje się, że ktoś właśnie sobie wyhodował całkiem niezłą pożywkę…
Po schodach niósł się potężny sznapsbaryton. Jego właściciel, z całym szacunkiem dla jego niewątpliwie potężnych płuc, nie miałby wielkich szans na angaż w La Scali, ale – pomyślała Andrea – gdyby chciał się zatrudnić jako syrena okrętowa, to kto wie?

O Tannenbaum, o Taaannenbaum, wie treu sind deine Blätter,
O Taannenbaum, o Taaaannenbaum, wie treu sind deine Blätter,
Du grünst nicht nuuuuuuuuuuuuuuuuuuur zur Sooooommerzeit,
Nein, auch im Wiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiinter, weeeenn es schneit,
O Taaannenbaum, o Taaaannenbaaaaaaaaum…


- Oho – powiedział ponuro Bill – nasz braciszek wszedł w kolejną fazę. Dotąd kiedy jak kiedy, ale przy świętej wigilii to się jeszcze nie schlał.
- Nie jest pijany – zaprotestowała Andrea.
- Tylko co? – zdumiał się Bill. – Odstawia taką operę i śpiewa po niemiecku, to co on jest?
- Jak jest pijany, to śpiewa po rosyjsku – zauważyła Ginny.
Andrea nie dała się wciągnąć w dyskusję na tematy lingwistyczne.
- Nie wiem po jakiemu śpiewa – ucięła - ja prosta kobieta, słyszę, jaki ma głos. I twierdzę, że jest po pierwsze - leciutko wstawiony, po wtóre - szczęśliwy jak dzika świnia w Zakazanym Lesie. I jeżeli ktoś mu teraz to szczęście zakłóci głupimi pytaniami, to ja go własnoręcznie zamienię w anioła na choinkę.
Charlie pojawił się w progu. Można się było spierać, czy jest wstawiony leciutko, czy nie leciutko, ale w każdym razie wyglądał na szczęśliwego.
- Cześć wszystkim – powiedział. – Czy jest tu ktoś, z kim się mogę połamać?
Bill rzucił Andrei wymowne spojrzenie z gatunku “Jesteś pewna tego, co mówiłaś?”
- Jak masz na imię, Charlie? – zapytał.
Charlie zmierzył go pogardliwym spojrzeniem.
- Baron Johann Gambolputti de von Ausfern-splenden-schlitter-crasscrenbon-fried-digger-dingle-dangle-dongle-dungle- burstein-von-knacker-thrasher-apple-banger-horowitz-ticolensic-grander-knotty-spelltinkle-grandlich-grumblemeyer- spelterwasser-kurstlich-himmeleisenbahnwagen- gutenabend-bitte-ein-nurnburger-bratwurstle-gernspurten- mit-zweimacher-ausser-hundsfut-gumberaber-schonedanker-kalbfleisch-mittler-sucher-von-hautkopf z Ulm – odparł na jednym wydechu. – Skąd, do jasnej polędwicy, wiedziałaś?!– zapytał Andreę.
- Co skąd wiedziałam?
- Że za winklem – odparł. Nie czekając na odpowiedź, podszedł z opłatkiem do Lupina i klepnął go w ramię, aż tamten zachwiał się na nogach.
- Przyszłego roku bez Voldemorta! – huknął.
- Przyszłego roku z Percym – odpowiedział Lupin. - Aha, jak ona ma na imię?
- Kto?
- Charlie, masz święte prawo uważać mnie za naiwnego idealistę, chociaż przyganiał kocioł garnkowi...
- A bo?
- A bo jesteś taki sam jak ja, tylko mi nie zabili brata i dziewczyny.
- No może...
- ...w każdym razie przynajmniej nie traktuj mnie jak idioty…
- Może innym razem, ściany mają uszy.
- Hogwart?
- No… Jeszcze pogadamy, a teraz się przełam, bo już się robię głodny.
Stojąc naprzeciwko Syriusza, Charlie miał wrażenie, że patrzy w lustro. To znaczy nie zgadzał się kolor włosów, wzrost, zarys twarzy i tym podobne mało istotne szczegóły, ale z oczu Syriusza czytał to, co i jemu grało w duszy.
- Czy jest tak, jak mi mówili? – zapytał.
- Ewidentnie – odparł Syriusz, śmiejąc się od ucha do ucha. - A czy jest tak, jak mi się wydaje z odgłosów, które wydawałeś na schodach?
- Cholera, nie chwal dnia przed zachodem, a kobity za życia, ale chyba tak!
- To przełam się!
- Na zdrowie!!!

- Bydzie dysc – mruknął Lupin.
- A bo? – zainteresowała się Andrea. Dwucyfrowy mróz na dworze, utrzymujący się od tygodnia, nakazywał sceptycyzm wobec tej prognozy.
- A bo chłopy się całują…
- Niech będzie – zgodziła się Andrea – przepraszam cię na chwilę, ale jeszcze się nie połamałam z bliźniakami, a to mi trochę zajmie.
Tymczasem Charlie ochłonął na tyle, że był w stanie składać życzenia nie krzycząc.
- Życzę ci, żebyś był mądrzejszy ode mnie – zwrócił się do Harry’ego.
- Co takiego? – zdziwił się Harry. Osobnik starszy od niego o jakieś dziesięć lat życzący „bądź mądrzejszy ode mnie” – to było dlań coś zupełnie nowego.
- No wiesz... wiesz jakie miałem życie… straciłem parę bliskich osób, to potem uznałem, że lepiej nie mieć dla kogo żyć, bo wtedy jestem naprawdę wolny. Że wtedy mogę ryzykować. Ale to nie jest sposób na życie. Chcesz walczyć o Sprawę, to bardzo dobrze, ale miej jeszcze swoje życie.
- Wszyscy powtarzacie, że są sprawy, dla których warto zginąć.
- Bo i prawda. Ale to nie powód, żeby nie mieć dla kogo żyć.
- Ojej – powiedział Harry. - Nie umiem składać życzeń. O, wiem. Żebyś się nauczył tego, do czego namawiasz mnie.
W odróżnieniu od Harry’ego Hermiona doskonale wiedziała, czego chce życzyć Charliemu. Zresztą Ronowi i Harry’emu życzyła tego samego.
- Życzę ci, żebyś był dobry w tym, co robisz. Dobry i coraz lepszy.
- Życzę ci, żebyś z dnia na dzień była coraz lepsza – odparł Charlie. – Z tym, że nie mam na myśli, żebyś była, a w każdym razie nie przede wszystkim żebyś była coraz lepszą uczennicą, prefektem, bojowniczką o emancypację druzgotków czy za co tam się złapiesz, ale lepszym człowiekiem, z którym innym będzie coraz lepiej i któremu będzie coraz lepiej z innymi. Aha, i pamiętaj: nie słyszałem o przypadku, żeby ktoś na stare lata żałował, że nie spędził więcej czasu w pracy.
- Nie słyszałam też, żeby ktoś mówił, że żałuje, że więcej w życiu nie wypił – odparowała. - I żeby pracodawcy pytali, czy kandydat ma mocną głowę.
- Może nigdy nie ubiegałaś się o pracę wymagającą kontaktów ze środkowoeuropejskimi góralami? – uśmiechnął się. – Swoją drogą podejrzewam, że ty akurat będziesz miała. Ale aluzję zrozumiałem, a życzenia przyjmuję.
Większość obecnych siedziała już przy stole, z lekkim zniecierpliwieniem czekając, aż Andrea i Hermiona skończą składać sobie życzenia. Fred i George ukradkiem wyskubywali z kutii fasolki wszystkich smaków. Ginny rozlewała do talerzy barszcz z pasztecikami ze szczuroszczeta. W końcu Andrea i Hermiona także usiadły do stołu. Bill zapalił dwanaście świec na lichtarzu pośrodku stołu.
- Remus, mógłbyś odmówić modlitwę przed jedzeniem?
- Dlaczego ja?
- Najstarszy gość…
Lupin rozejrzał się po współbiesiadnikach. Bez trudu wyczytał w ich oczach pytanie, czy długo jeszcze będą musieli czekać z rozpoczęciem posiłku.
- Wstańmy – powiedział. – Panie – podjął po chwili. – Sam widzisz, co tu się dzieje. Barszcz gorący, my głodni. Dziękujemy Ci za wszystko. Amen.

Charlie w rzadkich przebłyskach kontaktu z rzeczywistością czuł, że siedząc między bliźniakami a Hermioną, za którą na szczycie stołu siedzieli Ron i Harry, uniemożliwia jakąś interesującą rozmowę. Komunikowali się półsłówkami, jakby zastanawiając się – wie? nie wie? domyśla się?
Wiedział. Ale wolał się na razie tą wiedzą nie chwalić. Udawał bardzo zajętego łososiem po mugolsku i tylko oczami komentował na użytek Andrei, Lupina i Syriusza to, co i oni rozumieli. A Syriusz zdawał się nawet wiedzieć.
W końcu miał tego dosyć. Kiedy przyszła galaretka z gumochłona, uznał za stosowne sprowadzić rozmowę na jakiś bezpieczny temat. Ostatecznie mało kto przy stole nigdy nie latał w drużynie Gryffindoru.
Biesiadnicy poprzesiadali się. W parę minut potem Andrea pocieszała Molly, Hermiona zamęczała Lupina pytaniami o rozmaite szczegóły teoretyczne (bez których niewątpliwie nie zda SUMów), a reszta rozmawiała o miotłach.
- …mów co chcesz, ale Srebrną Strzałą mogłeś zamieść schody i lecieć dalej.
- A mogłem, mogłem, tyle że chwilę się zagapisz i wpada w korkociąg.
- Bo to nie jest przyrząd do nauki dla pierwszaków, tylko miotła do latania.
- Taaa… i to konkretnie dla ludzi, którzy lubią raz na miesiąc okadzać stylisko, raz na miesiąc regulować nawrotnik, a witki czesać w miarę potrzeb, w praktyce raz na tydzień.
- To wszystko też dla ludzi. Wielka mi sztuka wyczesać witki.
- Teraz to musi robić fachowiec.
- No to masz odpowiedź, dlaczego do dziś latam na Srebrnej Strzale. W Strzale witki można wyczesać samemu. Fakt, trzeba mieć pojęcie o tym, dlaczego miotła lata. Jak ci pęknie mocowanie, to się je naprawia jednym prostym zaklęciem i utrwala eliksirem, który jest w stanie przyrządzić uczeń czwartej klasy.
- W normalnych miotłach nie pęka mocowanie.
- Pęka, pęka. Fakt, rzadko. Ale jak już pęknie, to od razu na całkiem, witki tu, stylisko tam, a ty jeszcze gdzie indziej, a trzaśnie w powietrzu, to nie żyjesz…
- No, dobrze – powiedział Bill – jak Charlie się już dogadał do wyższości Srebrnej Strzały nad wszystkim, co lata, to można pośpiewać kolędy.
- Już niewiele zostało – zauważył sceptycznie Syriusz.
- E tam niewiele. Nawet zupełne standardy – odparł Fred. – Na przykład kolęda niemowląt.
- Że co? – spytała nieufnie Andrea.
- No, „Dzisiaj w bet lejem”…

- My to mamy zjeść? – zapytała w godzinę później nieco zdetonowana Andrea, patrząc na ilość ciast i innych słodkich wyrobów.
- Problem? – sześciu Weasleyów spojrzało na nią z osłupieniem.
- Powinno wystarczyć, przy oszczędnym jedzeniu oczywiście – dodał Syriusz.
Sięgnęła po kluski z makiem.
- Nie wiem, czy po tych eliksirach powinnaś... - zaczął Lupin.
- Nie bądź nadopiekuńczy. Pomijając wszystko inne, tyle się nasłuchałam o kluskach produkcji Charliego...
- ...uwodzicielsko chrzęszczących makiem między zębami... - wtrącił Fred.
- Kiedy chrzęściły, to chrzęściły - najeżył się Charlie.
- ...że sobie nie odmówię. A poza tym moja matka w czasie ciąży żywiła się głównie śledziami i wódką, nic innego nie była w stanie przełknąć, i dobrze się skończyło.
- No, czy się dobrze skończyło, to by trzeba raczej zapytać Remusa o zdanie – zauważył sarkastycznie Syriusz.
- Leszcz – powiedziała Andrea lodowato. Nałożyła sobie kopiastą porcję i zaczęła jeść. - No co wy, nic nie chrzęści, mak starty na miazgę...
- A pewnie - wzruszył ramionami Charlie - jak nie posłuchałem mądrych rad i posłużyłem się mugolską maszynką do memłania, a nie jakimś podejrzanym zaklęciem, to nie chrzęści.
Za oknem przeleciał, kierując się na południe, duży różowy wieloryb.

Minęła jedenasta. Vernon Dursley wstał od komputera, zamierzając położyć się spać. Jutro święto. Właśnie wysłał przez Internet ostatnie zamówienie na dodatkowy prezent dla Dudleya.
Spojrzał w okno. O’Marr z przeciwka wyprowadzał swój starożytny wóz. Z domu wychodzili młodzi O’Marrowie ze stadem dzieci. Dursley przypomniał sobie, że kiedyś mocno zbulwersowany Dudley relacjonował, jak Sean O’Marr opowiadał w szkole – pytany o świąteczne zwyczaje – że na dwunastą w nocy jadą na jakieś nabożeństwo. Cóż, wiadomo, że katolicy, a już zwłaszcza Ajrysze, mają mnóstwo komicznych zwyczajów. A O’Marrowie byli typowymi Irlandczykami. Byli rudzi, piegowaci i mieli więcej dzieci, niż ich było stać.

Skręcili w wąską bramę i wyszli na zaśnieżone podwórze. Na wprost bramy stał niewielki parterowy barak. Podeszli do zielonych blaszanych drzwi z tabliczką przedstawiającą trupią czaszkę z napisem: UWAGA! WYSOKIE NAPIECIE! DOTKNIECIE GROZI ŚMIERCIĄ!
- Verbum caro factum est – powiedział Bill, stukając różdżką w ostatni wykrzyknik napisu. Drzwi otwarły się.
Wąskimi brukowanymi uliczkami spieszyli czarodzieje – mężczyźni w cylindrach, kobiety w długich płaszczach. Płatki śniegu wirowały w świetle gazowych latarń. Było wyraźnie zimniej, niż po tamtej stronie blaszanych drzwi.
Zza rogu ulicy Piwnej wyłoniły się dwie postacie w zimowych miotlarskich kurtkach ze smoczej skóry.
- O, super, że jesteś, brat – ucieszył się Fred. – Możesz coś dla nas zrobić? Cześć, Sue.
- Zależy co – odparł ostrożnie Charlie, kątem oka obserwując George’a ustawiającego coś w załomie muru.
- Chcemy uświetnić mugolom święta – wyjaśnił Fred. – Chyba na tyle nam ufasz?
- Jeżeli chodzi o uświetnianie komukolwiek czegokolwiek, nie ufam wam za złamany knut – oświadczył Charlie bez specjalnego obcyndalania się i fałszywej uprzejmości. – Ale dzisiaj zrobię prawie wszystko dla prawie każdego. To co mam zrobić?
- Zamarudź chwilę przed wejściem, przyjdzie wam to z łatwością, przyceluj różdżką w to pudło pod murem, powiedz “Adeste fideles!” z takim ruchem jak przy Relashio i po prostu wejdź do kościoła – wyjaśnił Fred i znikł za kutymi drzwiami kościoła.
- Jesteś pewien, że cię w nic nie wrabiają? – zapytała Susan.
- W zwykły dzień nie dałbym dwóch knutów – odparł Charlie. – Ale jest wigilia, a to są Weasleyowie, więc zaryzykuję, raz maty rodyła. Adeste fideles!

Mary O’Marr była nieco stremowana. Rzadko prowadziła samochód, a już na pewno nie w nocy, we mgle i z całą rodziną na pokładzie. Niestety Phineas uparł się, że to ona ma prowadzić, a on dzięki temu będzie mógł napić się ze szwagrem wybornej whisky, jaką od wieków pędzono w jego rodzinie. No cóż, tradycja. Taka sama, jak to, żeby jechać na pasterkę do Londynu do św. Patryka, zamiast iść w Little Whinging. Chciałam Irlandczyka, to mam, pomyślała.
Wjeżdżając na Oxford Street, zobaczyła na niebie… księżyc? Przecież jest nów… Cokolwiek to było, świeciło bardzo jasno. Coraz jaśniej. I przesuwało się.
Zatrzymała samochód, żeby zaparkować. Źródło światła zatrzymało się również, po czym z wolna zaczęło się przesuwać w stronę Soho Square, aż zawisło nad wieżą św. Patryka.

Vernon Dursley wyszedł z łazienki. Dochodziła północ. Zerknął przez okno. Stary O’Marr z żoną stali przed progiem jak wmurowani, mrużąc oczy, jakby patrzyli na silne światło. Vernon zdziwił się. Widział wyraźnie, że Privet Drive jest pogrążona w ciemnościach, słabe latarnie nie dają wiele światła w tej mgle… Nieźle musieli popić, pomyślał, zresztą co mnie to obchodzi.

Na co mi przyszło, myślał Arthur Weasley. Licho mnie podkusiło włazić do tego korytarza, można było tego robala bez wielkiego wysiłku namierzyć magicznie, szedłbym teraz z rodziną na pasterkę, od owuteemów nie opuściłem pasterki, ech Weasley, z miastaście, a dupaście…
Zamyślił się. Leżał tak i patrzył w białą ścianę, próbując wyobrazić sobie kościół św. Makarego.
Kulawe kondory, co się dzieje? Nagle okazało się, że obrazek na ścianie przedstawia właśnie ów kościół. O, a teraz drzwi. Drzwi otworzyły się. Obrazek rozciągał się powoli acz nieustannie, by w końcu zająć całą ścianę. Wyglądało to tak, jakby ściana otworzyła się i zamieniła w wejście do kościoła. Jakby ktoś rozebrał kawałek fasady św. Makarego, a szpitalne łóżko znalazło się na Piwnej.
Gdzieś z boku na obrazek weszła Molly, Bill, Ginny i Harry, zaraz za nimi Ron za rękę z Hermioną. Od początku mówiłem, że tak będzie, pomyślał (istotnie mówił nieraz i wszyscy się stukali w czoło). W sekundę później pojawili się Fred i George, a po dłuższej chwili Charlie, ubrany w pokrytą szronem miotlarską kurtkę, w towarzystwie nieznanej Arthurowi dziewczyny w takiejż kurtce, o wiele na nią za dużej. Ciekawe.
Fred spojrzał pytająco na Charliego. Ten nieznacznie skinął głową.
Aha, pomyślał Arthur. Ktoś będzie miał urozmaiconą noc wigilijną. Miejmy nadzieję, że obejdzie się bez ofiar w ludziach. A tak w ogóle co tu się właściwie dzieje? Zwierciadło Ain Eingarp to nie jest, widziałbym tam siebie…
Efekt Klary.
Chryste Panie.
Quibbler co jakiś czas informował, że ten czy ów czarodziej widział na ścianie zdarzenia rozgrywające się bardzo daleko, gdzie chciałby być i gdzie go oczekiwało wiele osób. Ktoś widział wesele córki, ktoś inny rodzinne spotkanie, na które z takich czy innych powodów nie mógł przyjechać… niestety nikomu nie udało się uzyskać tego efektu w warunkach laboratoryjnych, więc można było spekulować bez końca o skondensowanej woli i sprzężeniu silnych więzi emocjonalnych. O ile w ogóle ktoś zawracał sobie głowę tym, co piszą w ”Kiblu”.
Arthur rozejrzał się po kościele. W głębi lewej nawy dojrzał w świetle świec Percy’ego z Penelopą. To nie tak powinno wyglądać, pomyślał. Percy, sądząc z twarzy, myślał mniej więcej to samo. Bill wyraźnie starał się nie patrzeć na lewą nawę.
Charliemu było najwidoczniej wszystko jedno. Na świecie istniała dziewczyna w za dużej skórze, potem bardzo długo nic, a dopiero potem reszta (i to nie na pewno). Cóż, przynajmniej jeden Weasley robi wrażenie szczęśliwego, a co najmniej zadowolonego z życia.
Przed ołtarzem paliły się cztery świece adwentowe . Obok nich stał pastor Hobbson, Dedalus Diggle, mugol w garniturze, który wydał się Arthurowi dziwnie znajomy, i jeszcze jeden mężczyzna w długiej czarnej szacie z białym kołnierzykiem zapiętej na kilkadziesiąt maleńkich czarnych guzików. Arthur przyjrzał mu się z zainteresowaniem. Nigdy nie widział tak ubranego ani czarodzieja, ani mugola.
Światła gasły. W końcu paliły się tylko cztery świece przy ołtarzu. Obraz rósł, aż w końcu na ścianie mieścił się tylko ołtarz i postacie przed nim, teraz niemal naturalnej wielkości.
Pastor przykrył jedną świecę przyrządem przypominającym dzwonek z długą rączką. Świeca zgasła. Tak samo postąpił mężczyzna w szacie z guzikami. Mugol w garniturze przykucnął przy świecach i zgasił przedostatnią palcami. W blasku ognia Arthur rozpoznał twarz doktora Grangera.
Paliła się już tylko jedna świeca. Dedalus Diggle wyciągnął różdżkę.
- Natus! – powiedział. Świeca zgasła. Przez chwilę było całkiem ciemno, po czym ze świecy trysnął snop światła. Rozszerzał się w stożek, blask oświetlił całe sklepienie.

Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi… - zaintonował pastor.

Plama światła pełzła w dół po ścianach.

Wstańcie, pasterze, Bóg się wam rodzi! – podjęli czarodzieje.

Światło objęło stojących. Nad wejściem odezwały się organy.

Czym prędzej się wybierajcie,
Do Betlejem pospieszajcie
Przywitać Pana!


- Umiłowani w Chrystusie Panu!
Przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli. Szczęśliwi ci, którzy tego nie doświadczyli.
Przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli. Przynajmniej nie przyjęli go właśnie ci, którzy spędzili życie na tłumaczeniu innym, jak mają na Niego czekać i jak Go przyjąć, gdy już przyjdzie.
Przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli, bo nie tak to ich zdaniem miało się odbyć. Nie tak miał wyglądać. Nie tak przyjść. Nie z Nazaretu. Nie jako syn cieśli.
Przyszedł do swoich, przyniósł im to, na co czekali od z górą stu pokoleń, a oni tego nie przyjęli. W każdym razie przyjęło niewielu.
Ponieważ chyba zacząłem bardzo smutno, a święta powinny być radosne, to teraz opowiem wam dowcip.
Modli się goblin długo i żarliwie, żeby wygrać na loterii. Modli się tak całą noc, nie pomijając powodów, dla których rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy, i co jakiś czas powtarza: Panie Boże, spraw, żebym wygrał na loterii! W końcu nad ranem rozlega się głos: Ja ciebie mówię, ty mnie daj szansę! Goblin pyta: ny, Panie, jak to? A głos jeszcze potężniejszy: Ja ciebie mówię, ty mnie daj szansę, ty wypełnij kupon!
Tak się właśnie stało z Żydami dwa tysiące lat temu. Pan dał im do wypełnienia kupon, i daje go każdemu z nas. Uwierz w Jezusa, powiada, powierz mu swoje życie, a będziesz zbawiony. Żydzi odrzucili kupon, bo miał wyglądać inaczej – uznali, że to musi być fałszywka. Iluż z nas, a jakże, wierząc, że jest prawdziwy, odkłada go na później, i na później, i na później, gubi gdzieś między kwitem z pralni a kolejną reklamą? Jakże często sprawdza się gorzkie powiedzenie, że w kolizji między sprawami ważnymi a pilnymi pilne zawsze wygrywają!
Ale chcę mówić nie tylko o kuponie na loterii, na której wygraną jest życie wieczne. Pan chce, żebyśmy mieli jak najlepsze życie doczesne. Często podsuwa nam do wypełnienia różne kupony. Daje nam okazję zdobycia tego, czego pragnęliśmy, ziszczenia marzeń, a my z nich nie korzystamy. Nie rozpoznajemy. Bo miała być blondynką, a jest ruda (jakby nie dało się tego załatwić jedną wizytą u fryzjera). Bo miał być wysoki, a jest niski. Bo miał być na wigilii komplet dzieci, a jest tylko sześcioro. Czasem, gdy marzenia się spełniają – przykładamy je do tego, co widzieliśmy w Zwierciadle Pragnień, i zamiast się cieszyć tym, co otrzymaliśmy, martwimy się, że nie jest dokładnie takie, jakeśmy to sobie wymarzyli, lub, co gorsza, gwałtem próbujemy dopasować życie i bliźnich do tego, cośmy widzieli w Zwierciadle.
Jak kto, myślał Charlie. Ja mam zupełnie inne zmartwienia, właśnie wygląda dokładnie tak, jak to widziałem w Zwierciadle, jej Bohu, dlaczego tylko wygląda? Przecież ani ja dla niej, ani ona dla mnie…
- Właściwie dlaczego? – zapytał cichy głosik. Dobre pytanie, pomyślał.
Jasne, zirytował się Harry, mam się nie martwić. Rodziców tu nie ma i nie będzie, Syriusz musi się ukrywać jak kiedyś Peter, ciocię, jedyną rodzinę, jaką mam, bo Dursleyów nie ma co liczyć, wyniosło nie wiadomo gdzie, a boska Dolores szaleje jak łysy u fryzjera. Alleluja, chwalmy Pana.
Łatwo ci powiedzieć, wielebny, myślała w tym samym czasie Penelopa Clearwater. Od lat widziałam w Zwierciadle siebie z ukochanym na pasterce, a jak mi się już spełniło, to my w jednym końcu kościoła, a reszta jego rodziny w drugim, i jak ja mam się nie martwić albo nie próbować czegoś z tym zrobić?
- Wdzięczni za kupon, który Pan dał każdemu z nas – kończył pastor - i za cierpliwość, z jaką czeka na zwrot wypełnionego kuponu, wyznajmy naszą wiarę. Przy słowach ”i stał się człowiekiem” przyklęknijmy.
Wierzę w jednego Boga, Ojca wszechmogącego,
Stworzyciela nieba i ziemi,
wszystkich rzeczy magicznych i niemagicznych...

- …wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych – niosło się po pełnym ludzi kościele Matki Boskiej Objawiającej Cudowny Medalik .
- Ostatni raz byłam u spowiedzi piątego października tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku – mówiła młoda kobieta głosem spokojnym i zrównoważonym, chwilami wpadającym w ton oficjalny. – Zadaną pokutę odprawiłam. Obraziłam…
Ojciec Adaukt, przez swoich nastoletnich podopiecznych zwany Akweduktem, zasadniczo lubił spowiadać. W tym kościele miał w dodatku dobre warunki - konfesjonał przypominający trzydrzwiową szafę dość dokładnie odcinał spowiednika i penitenta od świata. Nie lubił jednak mieć do czynienia z osobami, których spowiedź przypominała streszczenie notesu służbowego policjanta. Penitentka wyliczała mu długą litanię powszednich grzechów, za każdym razem podając dzień, miesiąc i rok, a niekiedy również miejsce. Trwało to już ładnych kilka minut, a była dopiero przy roku 1984. A on ma pomóc rozdzielać komunię, nie mówiąc o tym, że pewnie jeszcze ktoś się chce wyspowiadać… Ilekroć próbował jej przerwać, przestawała mówić po jakichś dwóch sekundach, dawała mu wygłosić swoją kwestię, nawet przyznawała mu rację, po czym - jakby po chwili wahania - ciągnęła dalej.
Zagrzmiały organy. Górale śpiewali głośno, radośnie, od serca.
Z narodzenia Paaaaaaanaa – dzieńdziśwesoŁY!
Razem z akcentem na ostatnią sylabę z miejsca penitentki rozległ się głośny trzask. Ojciec Adaukt wzdrygnął się nerwowo.
- Wszelki duch Pana Boga chwali – powiedział odruchowo.
- I ja Go chwalę – odpowiedział głos zza kratki i powrócił do swojej monotonnej wyliczanki.

- Módlmy się za tych, którzy z nieświadomości pomagają złu, a nie wiedzą, co czynią, aby Pan otworzył im oczy, Ciebie prosimy… - trzeszczało radio przypominające mahoniową komodę z oknem w blacie. - Módlmy się za tych, którzy czynią zło i wiedzą, co czynią, aby Pan dał im opamiętanie, Ciebie prosimy… Módlmy się za tych, którzy cierpią prześladowanie z powodu głoszenia prawdy, aby wytrwali w wierności prawdzie, Ciebie prosimy… Módlmy się za rządzących państwami, aby Pan udzielił im zbawiennego przekonania, że mogą się mylić, Ciebie prosimy...
Czarny kudłaty pies słuchał jednym uchem, wyciągnięty pod choinką w opustoszałym salonie.

Asfodelus Duesenberg przelotnie odetchnął z ulgą. Dopóki wariatka, którą kazano mu śledzić, klęczy za tymi drzwiami, dopóty on przez chwilę może się odprężyć. Teleportować się w kościele nie można, a świstoklik - gdyby go nawet jakimś cudem miała - z klitki wielkości średniej szafy ściennej nie wystartuje.
Ogólnie był wściekły. Od paru dni wraz z dwoma kolegami tropił narzeczoną najbardziej poszukiwanego człowieka w magicznej Anglii. Ona zaś, zamiast – jak każda porządna narzeczona – w wigilijny wieczór doprowadzić ich do swojego jedynego jak po sznurku, wyraźnie zapragnęła jak najbardziej urozmaicić im życie. Dlatego teraz znajdował się w mugolskim kościele w nieznanym sobie kraju, w narciarskiej kurtce rzucając się w oczy na milę. Ona też wyglądała na mocno zagubioną. Nie dość, że się znowu teleportowała (a w papierach było napisane, że unika teleportacji, co za ludzie w tym rozpoznaniu pracują!), to jeszcze najwyraźniej teleport był spaczony i rzucił ją w zupełnie przypadkowe miejsce. Ty głupia kobieto, myślał, i tak wiemy, że on jest w Stanach, więc po co ta zabawa?
Zza drzwi, za którymi znikła jego podopieczna, dochodził jej monotonny głos. Mugole stojący w kolejce przed drzwiami stawali się nerwowi. Najwyraźniej załatwianie sprawy, na czymkolwiek ona polegała, trwało niezwyczajnie długo. Nerwowość udzieliła się Asfodelusowi.
Przyklęknął przy drzwiach i nieznacznie wysunął różdżkę z kieszeni.
- Alohomora!
Drzwi otwarły się. Nikogo. Może niewidzialna?
- Verificatus!
Nikogo.
Na gzymsie przy kratce konfesjonału stało niewielkie pudełko i opowiadało:
- …dziestego dziewiątego grudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku postawiłam świecę przed ołtarzem z relikwiami świętego Felicyssymusa i świętej Specjozy na intencję, aby mój szwagier tak skapiał jako ta świeca…
- O takich sprawach już mówiłaś, siostro, wystarczy powiedzieć, że ci się takie praktyki zdarzały – powiedział niecierpliwie głos zza kratki.
Pudełko zadrgało nerwowo.
- O, przepraszam, rzeczywiście – powiedziało. - W święto Trzech Króli tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku bez wyraźnego powodu opuściłam mszę świętą…
Lucy Potter zgubiła ogon.

- Ty wariatko! – Syriusz odkleił się wreszcie od Lucy i najwyraźniej próbował być zły. Jednak zupełnie mu to nie wychodziło. – Znowu cię namierzą. Przecież teleport zostawia ślad.
- Na krótko – odparła spokojnie. – Założę się o każde pieniądze, że wciąż tam sterczą, a ślad tymczasem sobie wyparował. Wiesz – uśmiechnęła się - poszłam się spowiadać w mugolskim kościele.
- Naprawdę? – zachichotał. - I ksiądz to przeżył?
- Nie wiem – odpowiedziała.- Zostawiłam go w konfesjonale z rozmownym dyktafonem.
- Z czym? – popatrzył na nią z osłupieniem.
- Z takim wynalazkiem Weasleyów – tłumaczyła. - Mugolski sprzęt, tylko trochę podrasowany. Odtwarza typowe wypowiedzi z danego miejsca, a zapytany odpowiada prawie z sensem…
Recytowała to jak dobrze wyuczoną lekcję.
- A od kiedy to używasz magicznych zabawek? – zainteresował się.
- Fred i George mają ogromną siłę perswazji – odparła z uśmiechem. – Dlatego…
- Zaraz, zaraz – przerwał jej. – Przecież z kościoła nie można się teleportować.
- O? – zdziwiła się szczerze. - Dobrze, że nie wiedziałam, bo w życiu nie odważyłabym się spróbować. Oni na pewno wiedzieli i dlatego ich zgubiłam. I dzięki temu mamy dla siebie trochę czasu – dodała, wyciągając opłatek.
- Czego ci życzyć? - zapytał
- Przecież wiesz - zaczęła poważnie. - Żebyśmy za rok…
- Zobaczysz, jeszcze wszystko będzie – zapewnił. – Lepiej późno, niż wcale. Wybacz mi, że to tak długo trwa - dodał, odłamując kawałek opłatka.
- Przestań! – powiedziała. - To ty wybacz, że uwierzyłam – mocno zacisnęła palce na swoim opłatku.
Znowu przytulił ją do siebie. Chwilę stali w milczeniu, ciasno spleceni. Wreszcie ona odezwała się pierwsza:
- Od dawna chciałam cię o coś spytać. Właściwie dlaczego mi nie powiedziałeś, że to Peter, a nie ty?
- Bo obiecałem – odparł krótko. - Chciałabyś być z człowiekiem, który nie dotrzymuje słowa?
- Chyba nie powinnam odpowiadać – powiedziała cicho. - To ja zawiodłam. I wciąż nie mogę...
- Było, przeszło – przerwał jej szybko. - Chcesz – zmienił temat – to powiem ci, czego najbardziej żałuję.
- Czego? – zainteresowała się.
- Tego, że wtedy nie pozwoliłem ci podsłuchać mojej rozmowy z Jamesem.
- No tak – stwierdziła. – Dałeś za trudne zaklęcie. Lilka takiego nie przewidziała.
Posmutniała na wspomnienie przyjaciółki. Patrzył na nią bez słowa.
- A tak w ogóle to gdzie są wszyscy? – zapytała po chwili.
- U świętego Makarego na pasterce.
- Powinnam tam pójść – popatrzyła na niego poważnie. – Muszę się koniecznie spotkać z Harrym.
- Ale wrócisz? – zapytał z nadzieją.
- Wrócę – uśmiechnęła się. - Chyba, że znowu mnie namierzą.

- Pan mówi: Dawajcie, a będzie wam dane – ogłosił pastor. - Miarą dobrą, natłoczoną, potrzęsioną i przepełnioną dadzą wam…
Czarodzieje zaczęli sięgać do kieszeni.
- Jasne – mruknął Charlie. – Jak nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze.
- …albowiem kto skąpo sieje, ten skąpo zbiera, a kto hojnie sieje, hojnie też zbierać będzie.
Molly Weasley wyjęła kilka knutów. Podała Ronowi i Ginny i próbowała Harry’emu. Harry jednak, zauważywszy w ręce Billa monetę pięciosyklową, a u Freda i George’a po galeonie, uznał, że i on może pozwolić sobie na szerszy gest. Wydobył z kieszeni pół galeona i wzoremnas innych położył na otwartej dłoni.
Charlie wsadził rękę do kieszeni kurtki, by wyjąć z niej garść drobnych monet. Przegarnął je palcem i dostrzegł między nimi trzysyklówkę. Pokręcił głową jak ktoś mile zaskoczony.
Pośrodku kościoła stanął Dedalus Diggle. Przełożył tacę do lewej ręki, a prawą wyciągnął różdżkę.
- Corda fidelium! – powiedział, wykonując różdżką skomplikowany gest.
Monety odrywały się od dłoni czarodziejów i łagodnym łukiem przelatywały na tacę.
- Przekażcie sobie znak pokoju – wezwał pastor.
Czarodzieje podawali sobie ręce, trwało to długo, bo najwyraźniej każdy miał ambicję jak najwylewniej uścisnąć jak najwięcej rąk. W niczym nie przypominało to mugolskiego kościoła, gdzie ludzie ze złożonymi rękami kiwali się patrząc gdzieś w przestrzeń i mamrocząc do siebie “Pokój nam wszystkim”.

Arthur Weasley patrzył na czarodziejów podających sobie ręce i czuł cichą satysfakcję. Kiedy był w wieku Rona, nie było takiego zwyczaju. Podawał rękę, komu się dało, i wszyscy traktowali to jak dziwactwo nawiedzonego nastolatka.
Z niejakim rozbawieniem zauważył, jak Charlie, podawszy dziewczynie rękę, wyciąga drugą i wyraźnie walczy ze sobą, żeby jej nie pocałować.
Gdyby jeszcze ktoś z rodziny podał rękę Percy’emu…

Ron odsunął Harry’ego i Ginny, przepychając się do przejścia.
- Ron... - zaprotestowała Molly Weasley. Wiedziała, co jej najmłodszy syn chce zrobić. Bardzo nie chciała, żeby to zrobił. Ron zawahał się.

- Ron, zrób to!

W końcu kim ja jestem, żebym decydował za rodzinę…
- Ron, zrób to – usłyszał głos ojca. – Jak nie ty, to kto? Jak nie dzisiaj, to kiedy?
Spojrzał matce w oczy. Pokręcił głową. Ruszył przez kościół.
Percy wytrzeszczył oczy, odwrócił na chwilę wzrok, spojrzał znowu w stronę swojej rodziny. I Rona, przemierzającego puste przejście.
Nie tylko on zwrócił na to uwagę. Weasleyowie byli na tyle znaną rodziną, że wiele osób wiedziało, że coś nie tak, że Percy nie utrzymuje kontaktów z resztą rodziny, co plotka tłumaczyła niezadowoleniem rodziców z jego związku z Penelopą.
Ron czuł na sobie spojrzenia dziesiątków par oczu i pierwszy raz w życiu było mu to doskonale obojętne. Wiedział, co czułby na miejscu Percy’ego, za wszelką cenę chciał mu tego oszczędzić i tylko to się liczyło. Podszedł do brata i wyciągnął rękę.
Percy patrzył na niego, jakby zobaczył ducha. Chciał tego. Niczego nie chciał bardziej. Marzył o tym. Ale żeby akurat Ron? Ojciec, Bill, a niechby nawet ten moczymorda Charlie, co starszy brat to starszy brat, ale Ron?
Tylko się nie rozklej, strofował sam siebie. W końcu robisz to, co do ciebie należy, a jeżeli do nich nie docierają najprostsze fakty, to ich problem. Przyjmij, ale z godnością...
Podał Ronowi rękę. Co za cholerne świece mają w tym kościele, pomyślał, kopcą strasznie, oczy łzawią...
- Uważajcie na siebie.
Ron skinął głową. Podał rękę Penelopie. Uśmiechnęła się przez łzy.
Nie wiedział, że w tej chwili uwierzyła we wszystko, co dobrego Percy mówił o swojej rodzinie. Nie wiedział, że mówił jej cokolwiek dobrego. Wiedział tylko, że będzie musiał teraz wrócić na poprzednie miejsce przez kościół, który nagle wydał mu się ogromną halą. Odwrócił głowę. Uff. Ludzie zaczęli podchodzić do komunii. Wmieszał się między nich.
Kątem oka zauważył Harry’ego i jakąś kobietę. Miał wrażenie graniczące z pewnością, że ją widział, i to nieraz, ale zupełnie nie mógł sobie przypomnieć, gdzie. Wyglądała na trzydzieści – trzydzieści parę lat. Stali naprzeciwko siebie, trzymając się za ręce. Wyraz twarzy Harry’ego coś mu przypominał, ale co?
Wracając od komunii, przyjrzał im się jeszcze raz. Przypomniał sobie. Tak wyglądał Harry, kiedy patrzył w Zwierciadło Ain Eingarp i widział tam swoją rodzinę.

- Idźcie i starajcie się nie grzeszyć więcej – ogłosił pastor. Podniósł głowę znad mszału. – Nie mówię “nie grzeszcie więcej”, bo cudów nie ma…
Przez kościół przebiegł szmer.
- …to znaczy – sprostował, wyraźnie zmieszany – są, ale nie na zawołanie… w każdym razie nie mówię nie grzeszcie, ale starajcie się nie grzeszyć. Idźcie w pokoju i swoim życiem, a wedle potrzeb i talentów słowem głoście Ewangelię. Ofiara spełniona.

Dom nasz i majętność całą...

Nasz, czyli czyj, myślał Ron, wychodząc z kościoła, kto to jesteśmy my? Percy i tak będzie robił swoje, a reszta rodziny swoje...
- Facet, czy ty czasem nie przesadzasz? – zapytał Bill.
- Nie przesadzam. Po to jest wigilia, żeby się odezwać ludzkim głosem do Percy’ego. Łamać się opłatkiem z Lupinem to każdy głupi potrafi.
Na twarzy Billa odmalował się wysiłek umysłowy.
Ron poczuł uderzenie w plecy, za silne na przyjacielskie klepnięcie, za słabe na pierwszą pomoc przy zakrztuszeniu.
- Twardy z ciebie zawodnik, kolego prefekcie – usłyszał głos George’a. – Ja bym się nie zdobył.

K O N I E C

Autor składa podziękowanie nieświadomym współautorom utworu, a mianowicie:

Joannie Chmielewskiej
Saddamowi Husajnowi
Janowi Ignatowiczowi
Janowi Pawłowi II
ks. Zbigniewowi Kamińskiemu
Jackowi Kaczmarskiemu
Monty Pythonom
Juliuszowi Machulskiemu
Kornelowi Makuszyńskiemu
Małgorzacie Musierowicz
o. Wacławowi Oszajcy
Stanisławowi Wyspiańskiemu
Andrzejowi Zbychowi

oraz

swoim krewnymi i przyjaciołom,
z którymi łamał się opłatkiem
i śpiewał kolędy
Tegoż autora:

Oswoić smoka
Pogrzeb i stypa
Dom i świat
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Wigilia w Norze (z archiwum)

Postautor: Arthur Weasley » 24.12.08, 11:46

Ludzie chcą, żeby historia była do nich podobna,
względnie żeby była podobna przynajmniej do ich marzeń.
Na szczęście zdarza się czasem, że mają piękne marzenia
.
Ch. de Gaulle

Oby każdy z Czytelników miał piękne marzenia.
MO
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron