Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 11.01.08, 22:12

ROZDZIAŁ CZWARTY
w którym uczniowie Hogwartu wątpią o sprawiedliwości Bożej i ludzkiej,
a Charlie o sile i stałości uczuć niewieścich,
co w obu przypadkach nieuchronnie wiąże się z pijaństwem
Muntele Jorzea, góry Fogaras, Transylwania, poniedziałek, 12 lutego 1996

Miał doła.
Nie jakiegoś potężnego, z gatunku tych, w których ludzie zabijają z błahego powodu siebie, swoich partnerów życiowych lub osoby trzecie. Takiego zwyczajnego powszedniego doła.
Nie lubił Dnia Zakochanych. Nigdy nie lubił Dnia Zakochanych. Może dlatego, że nigdy go ten dzień nie zastał zakochanego, a tym bardziej zakochanego szczęśliwie.
Nie spodziewał się też okolicznościowej poczty. Może i lepiej. Nie stanie się bohaterem kolejnej rozmowy z gatunku tych, jakie często prowadzą mężczyźni rzadko widujący z bliska istotę płci odmiennej.
W dodatku Norbert po raz kolejny dostał zapalenia gruczołu fosforowego i wszystko wskazywało, że tym razem to przejdzie w stan chroniczny. To są skutki prób wykluwania smoków bez udziału smoczycy. Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie jaje, myślał, sącząc wściekle mocne piwo “Drakula”.
Na piecu oddzielającym część kuchenną pomieszczenia od części jadalnej bulgotała jakaś podejrzana węgierska potrawa, której szczegółowej receptury wolał nie dochodzić. Czego ucho nie słyszało, tego żołądkowi nie żal. Od zawsze smokarze z Jorzea pili jak Rusini i jedli jak Węgrzy – a nawet ostrzej, niż przewidywała węgierska norma. Kto się do tego nie był w stanie przystosować, ten po trzech miesiącach wracał do Anglii z przewodem pokarmowym do remontu.
Przez okno wleciała sowa i wbrew wszelkiej logice wylądowała przed nim.
List był krótki. Parę słów o niczym, pozdrowienia i informacja, o której godzinie wychodzą w Walentynki do Hogsmeade. Wszystko razem ozdobione odręcznym rysunkiem zamyślonego drzewa myślącej gruszy.
Pokręcił głową. Sacra alleluja, dlaczego tu nie ma Ginny? Albo Hermiony? Albo kogokolwiek, kto by mi coś poradził? No trudno, muszę pomysleć sam.
Nalał sobie duży kielich cerkiewnego wina, pociągnął i pomyślał.
Toż wyraźnie mówiła, że nie lubi Dnia Zakochanych, że okazywanie uczuć na komendę, że festiwal kiczu. Przyznawał jej rację - szczerze zresztą, w ogóle nie miał zwyczaju przyznawać racji komukolwiek wbrew sobie. Mówiła, że nie chciałaby dostawać walentynek (nawet go to ucieszyło, bo miałby problem - wysłać źle, nie wysłać też źle - a przy tym nigdy nie był biegły w pisaniu listów), ale w końcu nie przypadkiem przysłała mu taką sowę...
Wypił setkę samogonu i pomyślał jeszcze raz.

Ron!
Spróbuj wyczaić, albo lepiej poproś o to Herm., czy Susan B. się wybiera do Hogs. Jak nie, wymyślcie coś, żeby ją wyciągnąć. Będę od 11 u Pud. Jak zadziałasz, masz u mnie dużą Ognistą, a jak nie zadziałasz... nie chcesz wiedzieć. Cz! Ch.


Hogsmeade, 14 lutego 1996

- No co, Bones, miło było, ale się skończyło? - rzucił w przelocie Draco Malfoy, konwojowany przez Pansy Parkinson.
Zawsze wiedział, jak wsadzić szpilę, żeby trafić w czułe miejsce. Tym razem też trafił w punkt. Jak zwykle 14 lutego, Hogsmeade było pełne par. Zupełnie jakby Filch nie wypuszczał ze szkoły zespołów nieparzystych. Nawet Harry Potter opuścił resztę nierozłącznej ekipy znanej w szkole jako Ich Troje i po roku z okładem umówił się z Cho Chang.
Gdzieś daleko był człowiek, który parę razy miał wyraźnie na końcu języka dwa magiczne słowa, ale nigdy się nie zdobył na ich wypowiedzenie. Zresztą nie do końca wiedziałaby, co mu odpowiedzieć. Odważny wobec smoków, do szaleństwa odważny na miotle, a chorobliwie nieśmiały tam, gdzie mu przecież nic nie groziło.
Nieśmiały? Czy może mu przeszło?
Nieśmiały był na pewno, na co w dodatku zupełnie nie wyglądał. Dziewczyny jej zazdrościły, a co bardziej bezpośrednie pytały wprost, czy jest dobry w łóżku.
Nie sprawdzała. Mówiła im to. Bezkutecznie. Pół szkoły wiedziało, co robiła z Charliem w łazience prefektów. Nigdy tam z nim nie trafiła, łazienka prefektów służyła jej do mycia (w odróżnieniu od Malfoya, którego nieraz zastała tam w towarzystwie Pansy), ale ściany w Hogwarcie miały nie tylko uszy, lecz także bujną wyobraźnię i długie języki.
Odpowiadała twardo, że to jest produkt halucynacji niewyżytych seksualnie Ślizgonów. Wywoływało to kąśliwe uwagi na temat urody Ślizgonek, ale poza tym nie pomagało. Ludzie wiedzieli swoje.
A on tymczasem bawi się ze smokami. Nawet walentynki nie przysłał. A wyraźnie dawała do zrozumienia, że chciałaby się spotkać, a przynajmniej porozmawiać. Przecież z kominkiem w pokoju wspólnym nie tak trudno się połączyć, niechby wszyscy widzieli, że nic się nie zmieniło.

- Gdyby chciał, znalazłby mnie bez trudu - żaliła się Hannie Abbott. - Wielkie miasto, Hogsmeade.
- A skąd miał wiedzieć, że chcesz? - zauważyła trzeźwo przyjaciółka. - O ile pamiętam, strasznie marudziłaś, że Walentynek nie lubisz. Oni są prości.
- Jacy oni?
- Faceci.
- No dobrze, ale przecież wysłałam mu sowę, pisałam, kiedy mnie może znaleźć, kretyn by się domyślił, o co chodzi...
- Kretynka to by się pewnie domyśliła - sprostowała Hanna. - Próbujesz facetowi dać do zrozumienia coś, czego nie powiedziałaś otwartym tekstem? Lepiej zajmij się uczeniem trolli baletu, to ma większe szanse powodzenia.
- To co miałam zrobić? Napisać otwartym tekstem "Przyleć"? Trzeba się szanować.
Odpowiedzią było wzruszenie ramion.
- No to i masz. Zamiast z facetem, który świata za tobą nie widzi, możesz pójść na randkę z tym swoim szacunkiem. Zadowolona?
- Świata nie widzi. Akurat. Nawet nie odpisał.
Co prawda parę dni wcześniej dostała od niego sowę, ale w liście nie było nic, czego brat nie mógłby napisać do siostry. Dostawała czasem listy od brata, więc miała porównanie.
- Znaczy, po prostu nie było dobrego wyjścia - podsumowała Hanna ze słabo ukrywanym zniecierpliwieniem. - Przepraszam, ale muszę spadać, bo Ernie mnie zabije... Cześć.
Zanim Susan zdążyła przemyśleć słowa Hanny i wpaść w depresję, z bocznego korytarza wyszła Hermiona z Ronem.
- Susan, możesz nam przyblokować stolik? - spytała bez wstępów.
- A bez metafor?
- Chcemy z Ronem zajść do Madame Puddifoot. A jeszcze mamy coś do załatwienia. Po prostu rozejrzyj się, jak się zwolni jakiś stolik, to siądź, to nie potrwa długo, pół godziny najwyżej. Prawda, że tyle nam wystarczy, kochanie?
- Oczywiście, oczywiście - potwierdził Ron tak gorliwie, że Susan wyraźnie czuła, że pada właśnie ofiarą jakiegoś grubymi nićmi szytego podstępu.

Na widok lokalu pani Puddifoot Susan zrobiło się niedobrze. Herbaciarnia nigdy nie była specjalnie gustownie urządzona, ale to, co zrobiono z niej na Dzień Zakochanych, przywodziło na myśl najgorsze wzorce rodem z mugolskiego supermarketu.
- O to ich nie podejrzewałam - mruknęła z niesmakiem, szukając wzrokiem wolnego stolika.
Pod oknem ktoś pomachał ręką. Drugą ręką powoli zdjął okulary. Jego włosy z czarnych powoli stały się rude.

- Co ci do łba strzeliło, żeby zmieniać kolor włosów? - spytała po wymianie wstępnych grzeczności, przeważnie w formie komunikatów niewerbalnych.
- Nie chciałem się bez potrzeby rzucać w oczy.
- Chcesz tu zostać, czy gdzieś pójdziemy? Podoba ci się tu? - spytała ze zgrozą.
- A w życiu - odparł. - Złoty Krasnal na każdym festiwalu kiczu murowany. Co pięć minut wyczesuję lukier z włosów. Po prostu tutaj są same pary i to takie najbardziej nastawione na, za przeproszeniem, romantyczną randkę. Nikt na nas nie zwraca uwagi. A nie wiem, czy chcesz, żeby na ciebie zwracano uwagę... że się koło ciebie kręci taki złom.
- Ty wariacie - odparła z rozczuleniem, starannie mierzwiąc mu włosy. - Oczywiście, że chcę. Chcę, do cholery, żeby wszyscy widzieli, że jesteś, a zwłaszcza żeby ten dupek Malfoy widział. W Mietłach ostatnio zaczęli sprzedawać Piva Di Varca, które tak chwaliłeś. Co prawda jak znam życie, to tam też jest pełno, ale zawsze się znajdzie stolik dla kogoś, kto tam wypił tyle co ty... no nie patrz tak na mnie, nie ma sensu obrażać się na lustro.
- To nie chodzi o lustro - mruknął. - Nie znoszę robić za równiejszego. Odkąd raz byłem równiejszy od... - urwał. Nie po to leciał tu przez pół świata, żeby znowu rozmawiać z Susan o swoich traumatycznych przeżyciach. - Mniejsza o to. Fajnie. Spadamy, nikt nas tu nie lubi.
Pomagając Susan włożyć kurtkę, zauważył kątem oka Harry'ego pogrążonego w rozmowie z Cho Chang.
- O, proszę - powiedział półgłosem. - Przynajmniej pod jednym względem dobry rok. Nawet Harry'emu się w końcu ułożyło.
- Co takiego? - zdumiała się Susan, rzuciwszy okiem w ich stronę. - Poczekaj, aż wyjdziemy...
Na dworze panowało coś, co Bill nazywał "pogodą z kiepskiego landszaftu". Mróz, ostre słońce, niebieskie niebo.
- No to teraz powiedz, o co ci chodziło z tym Harrym.
- A o co miało chodzić? Ty to nazywasz, że się ułożyło? Przecież ich nic nie łączy.
- Jak to?
- On nie wie, czego ona chce, a ją diabli biorą, że nie jest taki, jak ona sobie wyobraża swojego chłopaka.
- Skąd wiesz?
- Przecież widać.
- Coś takiego można zauważyć?
- A czegoś takiego można nie zauważyć?!
- Ech, kobiety... - westchnął Charlie z nutką zabobonnego podziwu.
- Ech, faceci... - mruknęła Susan z mieszaniną rozbawienia i politowania. - Ani on dla niej, ani ona dla niego. Już prędzej widziałabym go z Luną,
- Hę? - zainteresował się Charlie.
- Luna Lovegood, taka Krukonka z czwartej...
- A, to kojarzę. To z tych Lovegoodów?
- Nie wiem, czy z tych, jej ojciec wydaje Quibblera.
- A jednak. I co ta Luna?
- Też się koło niego kręci, naprawdę fajna dziewczyna, chociaż taka trochę nie z tej ziemi, pewnie ci Ron mówił, jak kiedyś zaczęła gadać o Heliopatach?
- A nie, nie mówił. O czym?
- Jakieś opowieści Lasku Zakazanego, że Knot ma na swoje usługi armię jakichś potworów, które palą wszystko na swojej drodze.
- A, Ifryty! Nie zdziwiłbym się. Chociaż musiałby zupełnie upaść na głowę... no ale niezbadana jest dusza frajera.
Susan osłupiała. Charlie spokojnie i rzeczowo przyjął coś, co dla niej, jak i dla wszystkich dookoła, było koronnym dowodem na to, że Luna jest jakaś dziwna.
- Że co? - spytała, starając się nie patrzeć w stronę zawalonej walentynkowymi gadżetami witryny Zonka.
- Już ho-ho kiedy, jakieś nieprzytomne wieki temu Ministerstwo miało pomysły z wykorzystaniem Ifrytów, czy, jak wolisz, Heliopatów. Armia to za dużo powiedziane, ale mieli kilka czy kilkanaście sztuk unieruchomionych zaklęciami. Kombinowali, żeby to wykorzystać. Sensu w tym nie było za knut, nad jednym takim bydlakiem trudno zapanować, a użyć ich jednocześnie w większej ilości, to zapomnij. Ale Knot, nie zdziwiłbym się... - urwał na chwilę, otwierając przed nią drzwi Trzech Mioteł.
- Nie zdziwiłbyś się, gdyby co?
- Gdyby w sytuacji podbramkowej spróbował.
- Z tego, co mówisz, to trzeba by kompletnego kretyna.
- No taż właśnie mówię, że bym się nie zdziwił. Cześć, Ginny.

- Siema - Ginny najwyraźniej nie kwapiła się do bliższej rozmowy z bratem, a i on miał co innego w głowie. Zdążył jednak przyjrzeć się Krukonowi siedzącemu z nią przy stole. Nie pamiętał nazwiska, ale pamiętał go z lekcji. Jeżeli jej się nie odmieni, to będę miał fajnego szwagra, pomyślał. Oczywiście jeżeli żaden z nas się po drodze nie zabije.

...jak już prawie zjedliśmy obiad, to się pokazało, że nie mam ani kopiejki, cała kasa została w przedziale - opowiadał. - Przepchałem się przez te pięć wagonów bab z tobołami...
- Nie mogłeś się teleportować?
- Z kibla do kibla w jadącym pociągu? Żeby się sensownie teleportować, to trzeba przede wszystkim bardzo dokładnie znać aktualne położenie. A ja znałem z dokładnością do jakichś stu mil w najlepszym razie. No więc jak już dotarłem do przedziału, pociąg stanął w środku lasu. Myślę sobie - wyjdę na zewnątrz, przejdę, a jakby jakimś trafem ruszył, to zdążę wskoczyć. Tylko nie przewidziałem, że się potknę i wpadnę do rowu, jak raz pociąg ruszył i zostałem sam w lesie przy torach, ze zwitkiem rubli i kwartą wódki, bez dokumentów, bez różdżki...
- Dlaczego jechałeś bez różdżki?
- Musiałem. Antymugolskie środki ostrożności.
Coś jej się tu nie zgadzało. Jak świat światem czarodzieje jeździli po mugolskich terenach z różdżką w kieszeni. Czarodziej, który wybiera się w podróż bez różdżki, musi mieć naprawdę poważny powód.
- Mniejsza o to - ciągnął. - No nic, na to wojna, czto na niej strielajut, idź człowieku torami, módl się, żeby znaleźć stację albo inną wiochę, zanim padniesz albo zanim cię coś zeżre, i ciesz się, że jest lato...
- Kilka mil to chyba dla ciebie nie problem?
- Kilka nie. Kilkanaście może być. A to mogło być równie dobrze kilka, jak kilkadziesiąt, to jest dosyć duży kraj. Mniejsza. Idę, idę, patrzeć - nadjeżdża lokomotywa. Machnąłem ręką, stanęła.
- Czary bez różdżki? - domyśliła się.
- E tam. Po prostu tam się nie zostawia człowieka samego w lesie. Stanęli, wzięli mnie, tę kwartę żeśmy rozpili, dojechaliśmy do stacji węzłowej, nazywała się bardzo poetycznie “Kilometr 1416”, tam mnie przekazali zawiadowcy. Zawiadowca zaprowadził mnie do siebie do domu, tam mnie nakarmili, napoili, przenocowali...
- I nie dziwili sie, że cudzoziemiec?
- E tam cudzoziemiec. Podawałem się za Litwina, miałem mocną legendę, skąd i dokąd. Dla nich Litwa to nie zagranica. No więc następnego dnia wsadzili mnie w inną lokomotywę. I tak rozstawnymi lokomotywami dojechałem do Kijowa. A najlepsze, że tam jak raz dogoniłem swój pociąg...
- Miałeś dzikie szczęście.
- Miałem trochę szczęścia. Trafiłem na dobrych ludzi.
- A gdybyś trafił na złych?
- Wiesz - mruknął - jak kto ma pecha, to mu w drewnianym kościele cegła na głowę zleci.
Słuchała go - miał wrażenie - z zainteresowaniem, ale coś było nie tak. Zaczął więc pytać o codzienne sprawy Hogwartu, otrzymał dokładny raport, kto z kim, ale i wtedy odnosił wrażenie graniczące z pewnością, że to jest rozmowa o niczym zastępująca coś bardzo ważnego.
- Miałeś rację - powiedziała nagle po trzech kwadransach takiej wykwintnej konwersacji i zamilkła.
Zakrztusił się. Przez dłuższą chwilę zastanawiał się, w jakiej mianowicie sprawie miał rację.
- Wtedy w pociągu - dodała.
- To bardzo miło, że tak uważasz, ale w jakiej sprawie?
- Że żaden interes.
- A - powiedział, zrozumiawszy wreszcie, o jaką rozmowę w pociągu chodzi. - Było widać gołym okiem, jak będzie.
- Jest jeszcze gorzej - odparła. - Umbridge chce, żebyśmy, jak to ona określa, dbali o właściwa postawę propaństwową i takie tam różne. I żeby jej mówić, co ludzie myślą i tak dalej.
- A wy co?
- A my na razie rżniemy głupa, ale w koncu zacznie mieć dosyć. Zresztą ma całkiem niezły wywiad... w końcu nas porządnie przyciśnie i co wtedy?
Zamyślił się. Co ma jej powiedzieć? Dawanie dobrych rad nic nie kosztuje.
- Hacóż. Jeżeli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie.
- Łatwo powiedzieć. Charlie, ja nie mam zamiaru zostać męczennikiem. Ja po prostu chcę przeżyć do końca szkoły i nie zrobić nikomu świństwa.
- No i dobrze. To nie rób. Masz plecy. Jeżeli ty się złamiesz, mając ciotkę w Centrymagu, to co ma powiedzieć taka Hermiona? No niestety, zaraz będzie wojna, a wyście się wepchali na pierwszą linię.
- My w sensie prefekci?
- Również - odpowiedział z naciskiem.
- Ale boję się. Boję się, że nie wytrzymam.
Sięgnął do kieszeni, wyciągając niewielkie pudełko.
- Weź - powiedział. - I módlmy się, żebyś nigdy nie potrzebowała.
- A co to jest?
- Takie ziele na wszelki wypadek. Jeżeli to weźmiesz, nie wyprzesz się pod wpływem chwilowego strachu czegoś, co jest dla ciebie naprawdę ważne. Oby sie nie przydało.
Spojrzała na niego. Wyglądał, jakby się nagle postarzał o dwadzieścia lat.
Wzięła.
- Masz jakąś bezpieczną skrytkę?
Zamiast odpowiedzi, zupełnie irracjonalnie przytuliła się do niego.
- Napijesz się jeszcze? - zapytał.
No nie, pomyślała, to przesada, zaraz się wstawię, nie wypada, w koncu czasy są, jakie są, ale prefekt ma obowiązek...
Chrzanić obowiązek!
- A wiesz, nawet chętnie.

- Wiesz - powiedziała w połowie kolejnej lampki miodu - dlaczego mi sie podobało, jak śpiewałeś wojenne piosenki, i wtedy w styczniu, i na sylwestrze?
- Skąd mam wiedzieć?
- Bo zazdroszczę tym mugolom.
- A, to mnie zażyłaś. Mówiłaś, że nie widzisz nic fascynującego w tym, że ludzie się zabijają nawzajem.
- Bo faktycznie nie widzę. Ale zazdroszczę im, że jak już musieli walczyć, to przynajmniej nie mieli wątpliwości, kto przyjaciel, kto wróg. Nie musieli bać się kolegów. Lepiej może nie było, ale prościej.
Po krótkim namyśle zrezygnował z informowania jej, że wydarzenia, których dotyczyły rosyjskie pieśni, są jednym z najbardziej załganych epizodów w historii.
- Może i tak - zgodził się.
- A tak przy okazji, ojciec to ojciec, ale skąd ty tak znasz rosyjski? Znasz to znasz, ale na przykład te wszystkie pieśni?
- Rosyjskiego musiałem się nauczyć, bo smokoznawstwo zawsze na Wschodzie stało wysoko, połowa ksiąg jest napisana po chińsku albo po rosyjsku, przy czym ja niestety bardzo słabo znam chiński...
- Biedactwo!
- ...a chińskie księgi jeśli były tłumaczone, to głównie na rosyjski, a na zachodnie języki raczej nie. Więc w tym zawodzie człowiek bez rosyjskiego nie istnieje. I bez bezpośrednich kontaktów z rosyjską czy sybirską magią, nie wiem, czy was teraz tego uczą...
- Nie.
- Znaczy nic się nie zmieniło. A szkoda. Od sybirskich szamanów, zwłaszcza Buriatów i Jakutów, sporo się można nauczyć. Zwłaszcza jeśli chodzi o komunikację, i z żywymi, i z umarłymi, są świetni. A jak tam zaczniesz jeździć, to nie ma tak, że ty tu służbowo, oni tego nie odróżniają, służbowo nie służbowo, zaraz jest biesieda, trzeba zjeść i wypić, bez tego nic się nie załatwi... a piją i jedzą tak, że to trzeba mieć wątrobę jak dzwon, łeb jak smok i hipogryfi żołądek... a jak wypiją, to zaraz się zaczynają śpiewy chóralne, więc sama rozumiesz.
Niejasno czuła, że znowu nie mówi jej całej prawdy - że owe podróże i biesiedy nie wiązały się tylko ze smokami. Od jesieni zdążyła się wiele dowiedzieć o smokach (co Charlie przyjmował z tyleż starannie co nieudolnie skrywanym zachwytem) i wiedziała, że na Syberii smoków prawie nie ma. Po namyśle uznała, że to nie jest odpowiedni moment na drążenie tematu.
- Ciekawi ludzie tam muszą żyć - skomentowała. - Nie wiem, czy bym tam chciała żyć, ale pojechać na pewno.
- Wszystko przed nami...
Zegar nad kominkiem wybił kwadrans po ósmej. Opuścili lokal.

Śnieg wirował w świetle księżyca, chrzęścił pod butami.
- Dla samej zimy warto być czarodziejem - zauważył Charlie.
- A bo?
- A bo po mugolskiej stronie jest teraz pogoda typu późna jesień.
- A u was?
- Tam na Wschodzie?
- Właśnie.
- Mniej więcej jak tu, tylko śnieg co prawda wcześniej spada, ale za to później topnieje.
- O, fajnie. Słuchaj... możesz coś zaśpiewać? Jak wtedy po sylwku?
- Ja? Tym sznapsbarytonem?
- Tym. Coś stamtąd...
- Spoko. Gorit w sercach naszych liubow' k'ziemlie rodimoj! - zaczął Charlie.
Nie rozumiała ani słowa, ale nie przeszkadzało jej to.
...Artileristy, Stalin dał prikaz!
Artileristy, zowiot Otczizna nas!
Iz mnogich tysiacz' batariej, za sliozy naszych matieriej,
Za naszu rodinu - Ogoń! Ogoń!

Rozległ się wściekły huk. Ze wzniesionej różdżki strzelił w górę język ognia, rozwiewający się w obłok dymu.
Muszę go poprosić o to zaklęcie, pomyślała, tylko niech skończy.
- ...w czest' naszego otca, w czest' naszego naroda
My radosnyj salut w połnocznyj czas dadim!

Tym razem huk było chyba słychać w Hogsmeade, choć już byli o krok od Hogwartu.
- Czy w tej pieśni są jakieś zaklęcia? - spytała.
- Nie - odparł. - To jest absolutnie normalna pieśń mugolskich artylerzystów... jeżeli ci to coś mówi...
- Nie do końca.
- A masz pojęcie o mugolskiej broni? O mugolskiej wojnie w ogóle?
- Chodziłam cztery lata do mugolskiej podstawówki.
- O? - zdziwił się. - Przecież jesteś z magicznej rodziny? Czy coś mi umknęło?
- Nic ci nie umknęło, po prostu rodzice chcieli, żebym znała trochę świat mugoli.
- A. Niegłupie. No więc artylerzysta to jest żołnierz, który strzela z armaty.
- Aha. Spoko. Ale w takim razie na jakiej zasadzie strzelasz z różdżki? Bez zaklęcia? Z samego ruchu ręki?
- Ano. To jest osobliwość karpackiej magii, sporo czarów, które się wywołuje ruchem różdżki. Cholernie trudne dla kogoś, kto tego nie robił od dziecka, ale jak to już opanujesz, to bardzo wygodne. I, powiedzmy szczerze, po pijaku łatwiej się przejęzyczyć niż pomylić dobrze wyćwiczony ruch.
- Ale właściwie dlaczego u nas tego nie ma? Im to jest potrzebniejsze? Więcej piją?
- Że więcej piją, to swoją drogą, ale przede wszystkim tam jest straszna mieszanka języków. U nas Irlandczyk czy Walijczyk zna angielski od wczesnego dzieciństwa. A wyobraź sobie naukę zaklęć w klasie, w której masz Rusinów, Rumunów, Węgrów, Hucułów, Słowaków i Cyganów... no, przesadziłem, Cyganie to się uczą w taborach, nawiasem mówiąc we wróżbiarstwie i legilimencji to im do pięt nie dorastamy... a jeszcze do tego Rusin z rodziny czarodziejów mówi inaczej niż Rusin mugolak, zwłaszcza że ruscy mugole się podzielili na Rosjan, Ukraińców i Białorusinów i też trochę się te języki różnią. Te same zaklęcia każdy będzie wymawiał inaczej i co innego mu wyjdzie. Pierwszy przykład z brzegu, Rusini nie wymawiają G i z Gregora robi im się Hrehor, parę innych zbitek też im średnio wychodzi i na przykład ja tam funkcjonuję jako Wizliej. Nie wiem, co będzie, jeżeli na przykład zaatakujesz drzwi różdżką i powiesz Ałahamora, i chyba wolałbym nie sprawdzać... Więc im więcej da się zrobić bez słów, tym lepiej.
Prowadzili rozmowę o niczym. Wiedział o tym. Ale bardzo chciał, żeby było normalnie.

Hogwart, piątek, 15 marca 1996

Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Gdy przyjdzie raniutko!


- darli się Puchoni, tworząc coraz bardziej ponętne wizje tego, co zrobią z pijanym Ślizgonem, gdy przyjdzie raniutko.
Położymy go pod drzwiami Sybilli... Wyniesiemy go do Zakazanego Lasu... Zamkniemy go w Sali Eliksirów... Włożymy mu do łóżka Panią Norris... Położymy go na schodach Wieży Gryffindoru...
- I co? - zainteresował się stojący w drzwiach Owen Cauldwell, którego obecność na imprezach tolerowano, chociaż był dopiero w drugiej klasie.
- I nic, tam to już się nim zaopiekują...
Nadchodził dzień świętego Patryka. Jak Hogwart Hogwartem w ostatni weekend przed świętem patrona Zielonej Wyspy piwo lało się obficie - zwłaszcza wśród piątoklasistów, którzy od tego właśnie dnia mogli pić piwo bez ograniczeń.
Ale w tym roku nie czekali do marca. I żadnego święta nie było potrzeba, żeby pić. Po prostu był piątek wieczorem.
Hogwart uderzał w gaz.
W pokoju wspólnym Hufflepuffu siedziało trzydzieścioro Puchonów obojga płci, od piątej klasy w górę, i piło. W odległym kącie, przy schodach, dwaj pałkarze popijali kremowe piwo doprawione Eliksirem Zapomnienia i cieszyli się, że w ogóle mają wstęp do pokoju wspólnego.
Wszyscy mieli w pamięci ich wystąpienie sprzed kilku dni, kiedy to oświadczyli, że nie wierzą w kłamstwa rozpowszechniane przez wrogie ośrodki na temat rzekomego powrotu Voldemorta. Co więcej, wymienili z nazwiska osoby, które ich sprowadziły na złą drogę. Puchoni nie są pamiętliwi. Za miesiąc ci ludzie będą traktowani normalnie - jeśli znowu nie zrobią czegoś podobnego. Ale na razie wszyscy unikali kontaktów z nimi.
W przeciwległym kącie pił Zachariasz Smith. Od ostatniego szlabanu, trwającego cały weekend, schudł na tyle, na ile przy jego aparycji preparatu anatomicznego ze złamanym nosem było to możliwe, i zrobił się bardzo mało rozmowny. Ściśle biorąc, poza lekcjami odzywał się rzadko i monosylabami. Nikt nie wiedział, dlaczego - na pytania o przebieg szlabanu Zachariasz bladł i odpowiadał z udanym zniecierpliwieniem i źle skrywanym strachem "szlaban jak szlaban".
Hogwart się bał.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie rozmawiał po trzeźwemu o sprawach nie dotyczących bezpośrednio nauki - chyba że o sprawach tak bezpiecznych, jak plotki na tematy damsko-męskie i co piszą w ostatniej Bravo Witch. O Proroku Codziennym rozmawiano dopiero po piątym piwie i półgłosem, o Quibblerze i Czarodzieju Powszechnym jedynie szeptem i w bardzo zaufanym gronie. W ogóle mało rozmawiano.
Przy kominku, oparty o ścianę, stał Justyn Finch-Fletchley. W starannie zawiązanym krawacie jaskrawo odróżniał się od reszty kolegów w ich cywilnych ciuchach albo szkolnych szatach mniej lub więcej potarganych i raczej mniej niż więcej kompletnych.
Susan uprzytomniła sobie, że nie widzi ani jednej uśmiechniętej czy choćby pogodnej twarzy. Czasem uśmiech pojawiał się na twarzy Kate Rivers, kiedy drapała za uchem siedzącego przed nią na ziemi Jacka Peccary. Ale już Hanna Abbott, głaszcząca po karku Erniego Macmillana, była poważnie smutna.
Ernie delikatnie uwolnił się z objęć Hanny i spojrzał na Susan. Chwilę patrzyli sobie w oczy, po czym wstali.
- Co z tym zrobimy? - spytał zaraz za drzwiami.
Nie pytała, z czym. Kolejne zarządzenie nakładało na prefektów obowiązek regularnego przeszukiwania dormitoriów. Mieli też znaleźć sobie po dwie osoby z każdego roku do pomocy w tym dziele.
Nie odpowiedziała od razu. Ruchem brody wskazała korytarz prowadzący do wieży Gryffindoru - jednego z nielicznych miejsc naprawdę skutecznie zabezpieczonych przed podsłuchem.
Po otwarciu drzwi wieży od strony pokoju wspólnego usłyszała śpiew, czy raczej ryk:

Niech żyje nam - Dolores - Umbridge!

Wytrzeszczyła oczy. Gryffindor zawsze pił najwięcej, a teraz dodatkowo miał największe powody, ale żeby zbiorowe delirium? Nadstawiła ucha.

...maszeruj, głośno krzycz:
Niech żyje nam - Dolores - Umbridge!


Po chwili ciszy usłyszała donośny głos Lee Jordana:

Dziś wszystkie ptaki, wszystkie ssaki, kwiaty, drzewa,
Cała przyroda o Dolores dzisiaj śpiewa!


Ryk śmiechu i znowu chóralny refren:

A ty maszeruj, maszeruj, głośno krzycz:
Niech żyje nam - Dolores - Umbridge!


Uśmiechnęła się blado.
- Jakiś pomysł? - podjęła rozmowę w przerwanym miejscu.
- Nie szukać?
- Podrzucą. Wiesz, że podrzucą. A jak nie znajdziemy...
- Wiem. Da się coś zrobić, żeby odróżnić podrzucone od czyjegoś?
- A bo ja wiem? Powinno. Pogadam z Hermioną. Z Antykablem nam poradziła dobrze.
- To prawda. Swoją drogą nie dałoby się tak zrobić, żeby Antykabel działał na trzeźwych?
- Bba. Jakby coś takiego istniało, toby tym obłożyli dormitoria już pół roku temu... A w ogóle co z pomocnikami?
Popatrzyli sobie w oczy. Nie musieli nic mówić. Pomysł nasuwał się sam. Znaleźć po dwie osoby i powiedzieć im, żeby szukały tak, aby nic nie znaleźć. Był tylko jeden problem...
- Też o tym myślałem. Tylko że to już nie jest szlaban za niesubordynację. To już jest spisek. Wiesz, co to znaczy?
- Jesteśmy nieletni, do Azkabanu nas nie wsadzą.
- Do Azkabanu nie - zgodził się Ernie.- Ale do Rhondy mogą.
Zamilkli. Zamieniona na więzienie nieczynna mugolska kopalnia to nie Azkaban, ale też są przyjemniejsze miejsca.
- Jak zamykają, to wypuszczą - mruknęła ponuro - a przynajmniej nie ma dementorów.
- Światła dziennego też nie.
- Bba, nic nie jest doskonałe. Zresztą i tak nie mamy wyjścia.
- Fakt. Trzeba do jutra wymyślić pomagierów, dalej się zobaczy.
- No... Ech, ty to masz dobrze.
- Niby dlaczego?
- Masz kogoś na miejscu, a ja co...

Tymczasem rozmowa w pokoju wspólnym schodziła na bardzo ryzykowne tory. Piwo, gęsto wspomagane mocniejszymi trunkami, rozwiązywało języki. Czasy, kiedy szczytem osiągnięć Dolores Umbridge było zmuszenie ucznia do pisania własną krwią, wspominano niemal z rozrzewnieniem.
- Cholera - pisnął półdziecinnym głosem Owen Cauldwell - wolałbym chyba Azkaban niż życie w takim syfie!
Głos zupełnie nie pasował do śmiertelnie poważnych słów. Ale nikt się nie uśmiechnął.
- Co wy, kurwa, wiecie o Azkabanie! - wypalił Smith. Było to od tygodnia najdłuższe zdanie, jakie wygłosił poza lekcją.
W ciszy, która zaległa w pokoju, trzask ognia w kominku wydawał się ogłuszającym hałasem.
Twarz Smitha była kredowobiała.
- Nie... ja nic... ja nie mówiłem... nikt nic nie... proszę... wy... to nie jest tak...
Znowu cisza.

- Dobry wieczór, panie profesorze - Ernie nie dał po sobie poznać, że nie spodziewał się o tej porze spotkać Flitwicka na szkolnym korytarzu opodal pomieszczeń Hufflepuffu. A już na pewno nie stojącego jak posąg na korytarzu.
Opiekun Ravenclawu zareagował dopiero na trzecie "dobry wieczór".
- A dobry... dobry... dobry... - odpowiedział głucho.
- W czymś pomóc, panie profesorze? - zatroszczyła się Susan.
- Nie, nie... nie trzeba... idźcie do siebie... dzieci... koledzy mogą was potrzebować...
Jakby nagle się ocknąwszy, zrobił trzy kroki w stronę korytarza prowadzącego do pomieszczeń swojego domu, stanął, odwrócił się na pięcie i odszedł, pozostawiając Erniego i Susan w stanie kompletnego osłupienia.
- Co się stało? - zaniepokoił się Ernie.
- Nie wiem - odparła cicho Susan. - I chyba nie chcę wiedzieć. Ale muszę.
- Ty, co tam tak cicho? - zdziwił się Ernie, gdy dochodzili do drzwi pokoju wspólnego Hufflepuffu.
- Cholera, faktycznie...
Weszli. Wewnątrz panowała martwa cisza. Siedzący na wprost drzwi Zachariasz Smith wyglądał, jakby właśnie ogłoszono na niego wyrok dożywocia w Azkabanie.
- Powiedział? - raczej stwierdziła niż zapytała Susan. Jack Peccary niemal niedostrzegalnie skinął głową.
Czuła, że nawet jej nikt nic więcej nie powie. Zresztą nie była pewna, czy chce wiedzieć.
Cisza. Chlupot dolewanego piwa. Jakaś ręka postawiła przy krześle Zachariasza butelkę Ognistej.
- Pozwolę sobie zauważyć - rozległ się dystyngowany głos Justyna - że obraz kurwy jakich mało rysuje się coraz wyraźniej.
Ernie znikł za drzwiami korytarza prowadzącego do dormitoriów. Po chwili wrócił, niosąc w jednej ręce butelkę mętnej cieczy, a w drugiej maleńki kieliszek. Usiadł obok Hanny. Nalał. Wypił. Nalał.
- Co ci jest? - spytała.
- Mam doła.
Hanna zaniepokoiła się nie na żarty. Nieraz i nie dwa widziała Erniego w stanie, który określał mianem doła - po każdej odprawie prefektów pół nocy spędzał w pokoju wspólnym z głową na jej kolanach - nigdy jednak nie próbował owego doła zwalczyć przez metodyczne upijanie się.
- Mogę pomóc?
- Dobij mnie.
- Kochanie, powiedz...
Wypił. Nalał.
- Mam doła. Ot tak, po prostu.

- Chodź, serce ty moje - westchnęła Hanna. - Zachariasz, pomożesz?
Zachariasz Smith nie wyglądał na odpowiedniego pomocnika - to raczej jemu samemu przydałaby się pomoc - ale wstał i wziął Erniego pod lewą rękę. Hanna zajęła się prawą. Wspólnymi siłami pomogli prefektowi opuścić lokal.
- ...ale pamiętajcie - dochodził zza drzwi zachrypnięty głos Erniego - szsze ja jezdem pijany... ja jezdem prefekt i ja mam obowiązek dbać o posządek w dormitorium...
- Ależ oczywiście, pamiętamy - zapewnił żarliwie Smith.
- ...i pamiętajcie że wy mie połóżcie na brzuchu... i przypilnujcie szebym miał głowe poza obrysem łóżka, znaczy sie zewnątrz kotary... i mnie pod te głowe miednice postawcie...

Hanna usiadła ciężko na kanapie i zapatrzyła się tępym wzrokiem w kominek. Na portrecie obok zadowolony z siebie Korneliusz Knot usmiechał się swoim słynnym uśmiechem zawierającym maksimum protekcjonalności i minimum humoru.
Wszystko przez ciebie, pomyślała. Przez ciebie będę jutro musiała przyrządzać Eliksir Oprzytomnienia. Przez ciebie zamiast normalnego faceta mam kłębek nerwów, a Zachariasz zamienił się w kompletną galaretę. Przez ciebie tu wszyscy umieramy ze strachu.
Wyciągnęła różdżkę i bez namysłu wycelowała w wyszczerzone w uśmiechu górne jedynki ministra.
- Perforo!
Wszyscy zamarli, spoglądając to na nią, to na portret z okazałą dziurą.
Zachariasz podniósł różdżkę.
- Rep...
- Impedimento! - rozległ się głos Justyna. - To nic nie da. Portret jest nie podłączony, ale i tak po naprawie da się sprawdzić. I nawet ustalić, z czyjej różdżki. Jest tylko jeden sposób, żeby nikt nie doniósł. Niech teraz każdy palnie w ten portret. A potem się naprawi. Ja pierwszy. Perforo!
Nikogo nie trzeba było namawiać do przyłączenia się do akcji. W pięć minut później portret Korneliusza Knota przypominał dziurawe sito. Jego doprowadzenie do pierwotnego wyglądu trwało kolejne piętnaście minut.
- Nie boisz się, że ktoś jednak wykapuje? - spytała cicho Susan.
Zaklęcie Antykabel działało tylko na rozmowy, a tu był dowód rzeczowy.
- Nie - odparł Justyn. - Bo nie da się ustalić kolejności.

Hogsmeade, “Trzy Miotły”, sobota, 16 marca 1996

- Czekaj, Stan, bo już nie bardzo rozumiem – powiedziała nieco zdenerwowana Minerwa McGonagall. - Założyli Zaklęcie Bratniego Związku?
- Samo się nie założyło – zauważyła profesor Sprout. - Zdolną mamy młodzież. Ale mimo to mam do ciebie żal.
- O co? - zapytał Flitwick.
- O ile wiem, szedłeś tam przerwać to pijaństwo. Tylko wyjechałam... i prefekci... do diabła, Macmillanowi się nie dziwię, chłopcy w tym wieku mają pstro w głowie, ale że Bones z tym nic nie zrobiła? A ty miałeś to przerwać i co...
- Oni naprawdę nie mają innego wyjścia – powiedział ponuro Flitwick. - Zostawiliśmy ich samych.
- Musieliśmy – powiedziała bezbarwnym głosem McGonagall i gwałtownie dopiła ledwie napoczęty kieliszek.
- Wiem – odparł Flitwick. - Ale przynajmniej im nie przeszkadzajmy radzić sobie samym. I cieszmy się, że sobie umieją poradzić.
- To nazywasz radzeniem sobie? - zirytowała się Sprout. - Hogwart zamienia się w melinę pijacką...
- Są gorsze rzeczy od meliny pijackiej – zauważyła McGonagall.
- Na przykład?
- Na przykład gniazdo donosicieli – odparł Flitwick. - Mają wybór między piciem – względnie bezpiecznym, biorąc pod uwagę takie zabezpieczenia – albo życiem w strachu przed każdym kolegą miesiącami bez przerwy. Łatwiej przestać pić niż odzyskać szacunek dla siebie i zaufanie do przyjaciół.
- Nie słyszałam o czymś takim, jak Zaklęcie Abstynencji – mruknęła Sprout.
- Bo takiego nie ma – odparł Flitwick. - Ale jeżeli nie stracą przyjaciół, to to się unormuje w lepszych czasach. Wypijmy za lepsze czasy!
Wypili. Flitwick dopełnił kieliszki pań i podniósł swój.
- Natomiast zaklęcia na odbudowanie zaufania rzeczywiście nie ma – dodał. - Zdrowie naszych zdolnych prefektów!
Wypili.
- Stanley ma rację – powiedziała McGonagall tonem osoby, która właśnie wybiera sobie rodzaj śmierci. - Dlatego ja też z dwojga złego wolę, żeby pili. Z tym, że nie możemy w żaden sposób okazać, że to aprobujemy.
- Bo nie aprobujemy – powiedziała z naciskiem Sprout. - Przynajmniej ja nie aprobuję.
- Źle się wyraziłam – zgodziła się McGonagall. - Tolerujemy. Z trudem i z niesmakiem. Jako mniejsze zło.
- I o tym też nie mogą wiedzieć – zasugerował Flitwick. - Niech im się zdaje, że są sprytni.
Chwilę siedzieli w milczeniu.
- Wydaje mi się to... jak by to elegancko powiedzieć... nie do końca uczciwe? - zauważyła Sprout zgryźliwie.
- Bardzo dobrze ci się wydaje – parsknął Flitwick. - Tylko co nam to daje?
- Powiem więcej – przecięła McGonagall. - To jest załgane do potęgi. To jest fatalne wyjście. Tyle, że nie ma lepszego.
- Ale – dodała sarkastycznie – oczywiście jestem otwarta na dyskusję.

Hogwart, niedziela, 17 marca 1996

- Co się stało, że nie byłaś w kościele? - zainteresowała się Hermiona.
- A, jakoś tak. Powiedzmy, że mi głowa trzeszczała.
- Su, może to nie jest moja sprawa...
- Fakt. Nie jest.
- Ale moja jest - wtrącił się Ron. - My już prawie rodzina.
Hermiona westchnęła ciężko. Poczucie taktu Rona było porównywalne z gracją ruchów Hagrida.
Jednak wbrew jej obawom Susan odtajała.
- To ty jesteś moje co? - zainteresowała się. - Szwagierka?
- Mniej więcej. Co bym i nie była, jakoś mi łyso samej z Ronem przed ołtarzem.
- A bo?
- A jak by ci to powiedzieć, trochę za wcześnie i ludzie się śmieją.
- Kiedy bo wiesz... przy tym, co się teraz dzieje, jakoś mi głupio.
- Niepotrzebnie. Przejdź się. Zrób to dla... yyy...
- Zrób to dla Charliego - odezwał się znowu Ron.
- A co tu ma Charlie?
- Bardzo się cieszył, jak zaczęłaś chodzić do kościoła. A jeszcze bardziej, jak się dowiedział, że nie przestałaś, jak wyjechał.
- Tak mu zależało?
- Cholernie.
- Ups. Ale dzisiaj i tak po ptokach.
- Możesz pójść z katolikami - zauważyła Hermiona.
- E, jakoś łyso...
- E tam łyso - wzruszył ramionami Ron. - Charlie tam na Wschodzie chodzi do cerkwi i też jest dobrze. Mówi, że wszyscy lecimy na tej samej miotle.
- A jak ci łyso, wejdź na chór, nie będziesz się rzucać w oczy - dodała Hermiona.
Przez chwilę Susan próbowała znaleźć błąd w jej rozumowaniu. Nie udało się. Skinęła głową.
- Dzięki.

Kręcone schody prowadzące na chór były tak wąskie, że Susan ocierała sie o obie ściany. Przypomniała sobie, co mówił Ernie - że katolicy bardzo niechętnie stosują magię w kościołach.
Zresztą wejście na chór nie rozwiązało problemu. Ława prefektów wydłużyła się i samotny Ernie wyraźnie czuł się na niej cokolwiek niepewnie.
Na chórze było ciasno. Przysiadła na gzymsie obok drzwi. Po prawej stronie miała rozbudowane organy, za którymi widziała opartą o tylną ścianę Alexę Toran, a przed nią kanciaste ramię siedzącego przy klawiaturze Janusa Moona. Przed sobą natomiast, przy dźwigni miecha, ujrzała ze zdziwieniem Sirith Lestrange.
- Ależ panienko Sirith - protestował skrzat - niechże panienka sobie odpocznie, Gapcio będzie pompował...
- Ale ja to lubię - enfant terrible Slytherinu nie dało sobie odebrać nowej zabawki. Poruszała dźwignią z wysiłkiem, ale organy działały.

Susan mimo woli uśmiechnęła się, patrząc na wyraźnie zakłopotaną Maryję podającą Gabrielowi zgubione przez niego pióro. Może to i niebiblijne, ale ładne, pomyślała, oglądając trzy rzędy obrazów pod stropem kaplicy. U góry Żydzi przeżywali swoje starotestamentalne dramaty – Noe szamotał się z hipogryfem, który najwidoczniej bał się wody, Mojżesz z niedowierzaniem wskazywał na cyfrę VI... niżej patrzyło na nią dwunastu apostołów, a w najniższym rzędzie dokonywało się Nowe Przymierze.
Jeszcze niżej, na przedzie ołtarza, Izaak z fachowo skrępowanymi na plecach rękami stawiał zacięty opór ojcu próbującemu umieścić go na stosie ofiarnym.
Nie rozumiem, myślała. Nigdy nie zrozumiem. Jeżeli to jest postawa dobrego chrześcijanina, to ja nie chcę być dobrą chrześcijanką. Jak to Charlie powiedział, opowiadając o Davidzie? “Jeżeli Boga nie ma, to Abraham był zbrodniarzem”? A jeżeli jest, to niby nie?
Przez głowę przeszła jej myśl, że w całej tej historii nie wspomniano o najciekawszym: co na to wszystko Sara?

Do prezbiterium wchodzili nauczyciele. Ze zdziwieniem zauważyła wśród nich Dolores Umbridge, którą od czasu do czasu widywała także na nabożeństwach protestanckich. Ciekawe, czy tu też mają znak pokoju i czy tak samo nikomu nie poda ręki, tylko się ukłoni do torebki, pomyślała.

Już po kilku minutach Susan zauważyła, że nabożeństwo nie różni się jakoś radykalnie od tego, do czego przywykła. Natomiast miała wrażenie, że większość obecnych modli się w jakimś obcym języku. Szkocki i irlandzki akcent, który nie przeszkadzał w codziennych rozmowach, w masie zamieniał język angielski w coś niezrozumiałego.

Drzwi za amboną otworzyły się i na ambonę wyszedł ksiądz o ostrych rysach i kanciastej budowie człowieka, który od dziecka wiedział, czym jest praca fizyczna. Gdy zaczął czytać Ewangelię, Susan od razu zauważyła, że angielski nie jest jego językiem ojczystym. Mniej więcej tak mówił Charlie, kiedy był wstawiony albo opowiadał o swoich przeżyciach z Ukrainy.
Mimo woli zaczęła myśleć o Charliem. Jak z oddali dochodziły do niej fragmenty Ewangelii Gamaliela:
Wy jesteście różdżką Ojca. Jeśli czarodziej straci różdżkę, czymże czarował będzie? Na nic się ona już nie przyda, chyba żeby była złamana i w ogień wrzucona. Wy jesteście światłem świata. Nie zapala się światła i nie stawia pod korcem...

- Drodzy moi!
Wy jesteście solą ziemi. Wy jesteście różdżką Pana. Wy jesteście światłem świata.
Dumne słowa.
Niektórzy twierdzą, że to, co Jezus mówił do swoich uczniów, odnosiło się tylko do jego bezpośrednich rozmówców. Gdyby tak było, Duch Święty nie zawracałby głowy ewangelistom.

Szymon Mag na portrecie zakrztusił się. Musiał przytrzymać sobie tiarę ręką, żeby nie spadła. Pozostałych ewangelistów także ta uwaga najwyraźniej wprawiła w dobry humor.

- Skoro stało się inaczej, widocznie Jezus powiedział to do wszystkich swoich uczniów. Do nas także. A w tym przypadku, kochani, szczególnie do was. Sami wiecie, co to za szkoła i co z tego wynika. Po skończeniu tej szkoły raczej nie czyści się butów na Pokątnej. Absolwenci Hogwartu często znajdują się na świeczniku...

Ksiądz przerwał na chwilę. Spojrzał na słuchaczy i na jego twarzy odmalował się niepokój.
- Czy to, co powiedziałem, jest niezrozumiałe? - zapytał. Kilka osób niepewnie skinęło głowami.
- A, to przepraszam. W moim ojczystym języku tak się mówi o ważnych osobach. Tych, którzy mają wysoką pozycję, wszyscy ich znają.
Na świeczniku. Świecę stawia się na świeczniku. Nie po to, żeby każdy mógł sobie z daleka obejrzeć, jaka ta świeca ładna i prosta, lecz po to, żeby dawała światło. Nie bacząc na to, że się przy tym spala. Po to jest świeca. To jest jej zadanie. Po to ona istnieje.
Każdy z was ma w życiu jakieś zadanie. Jakąś sprawę, której trzeba bronić, o którą nie można nie walczyć.(1) Czasem ta walka może oznaczać ofiarę z życia, czasem - częściej - drobne uciążliwości. Narażenie się władzy. Alternatywą jest wtedy nie zdrada w sprawie wielkiej, lecz doraźne zaparcie się prawdy, bo przecież "rozsądni ludzie i tak wiedzą swoje". W pierwszym przypadku jest trudniej, ale prościej. W drugim chodzi o drobny kompromis, który może stopniowo i niepostrzeżenie stać się wielką zdradą. Czasem wystarczy milczeć. Przycupnąć. Przeczekać.
Jezus powiedział "Jeżeli ci zamilkną, kamienie wołać będą". Ale powiedział również: “kto mnie wyzna przed ludźmi, ja jego wyznam przed Ojcem Moim, który jest w niebie”. Apostołowie nie oglądali się na kamienie, lecz śmiało powiedzieli: my nie możemy nie mówić o tym, cośmy widzieli i słyszeli. Tak i wam nie wolno wyręczać się kamieniami. Kamienie będą wołać, kiedy wy fizycznie nie będziecie w stanie się odezwać, wcześniej nie. Kiedy Cezar upomina się o to, co cesarskie, oddajcie mu to. Ale kiedy sięga po to, co Boskie, kiedy siada na ołtarzu, kiedy chce rozstrzygać samowładnie, co jest dobre, a co złe - trzeba powiedzieć "nie wolno!". (2)

Gdyby oczy Dolores Umbridge mogły strzelać ogniem, ksiądz już dawno zamieniłby się w popiół.

- Nie wiadomo, kiedy to się stanie. Nie wiadomo, na kogo wypadnie powiedzieć "nie wolno". Czuwajcie. Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny.
Zapyta ktoś - ciągnął ksiądz - “a co wam z tego?"
A nam z tego wieczność. A nam z tego twarz. A nam z tego szacunek u ludzi godnych szacunku i pogarda u ludzi godnych litości. A nam z tego na grobach dęby i cisy zamiast leszczyny.

Uklękła w kącie i zaczęła się modlić. Tylko o jedno. Żeby Dolores Umbridge nie ustaliła, kto się temu księdzu spowiadał. Bo w to, żeby sam z siebie wygłosił kazanie komentujące ostatnie wydarzenia, trudno było uwierzyć...
Ktoś ją trącił w bok. Ocknęła się. Obok niej stała Sirith Lestrange, a naprzeciwko, z wyciągniętą ręką, Blaise Zabini. Wyraźnie starał się nie patrzeć jej w oczy.
- Przepraszam za nich - mruknął.
Uśmiechnęła się smutno. Co miała mu odpowiedzieć? "Nie ma sprawy"? Sprawa była. "Nie twoja wina, nie prosiłeś o przydział do Slytherinu"? Wiedział to i bez niej...
- Pokój z tobą.
Nad uchem huknęły jej organy. Melodię znała dobrze, choć w tym stanie ducha nie była w stanie powiedzieć, skąd. Słowa były dla niej zupełnie nowe.

Jezu, miłości Twej
Ukryty w hostii tej
Wielbimy cud...


Janus Moon co chwila rzucał nerwowo okiem przez barierę chóru. Gdy pod koniec pieśni Ernie Macmillan wrócił do ławy prefektów, Janus wyraźnie odetchnął z ulgą. Wstał od organów.
U drzwi Twoich stoję, Panie -
zaintonował i zszedł z chóru. Od tej chwili Susan przestała rozumieć cokolwiek. Ernie, na codzień mówiący po angielsku bez akcentu, podrzucał gromkim głosem kolejne wersy, z których rozumiala co trzecie słowo. Z chóru powtarzających je głosów podobnie. Zaczęła wątpić, czy w ogóle śpiewają po angielsku.
Na chór wrócił Zabini. Po chwili usłyszała jego głos. Ze zdziwieniem stwierdziła, że śpiewa po angielsku, a ona go rozumie.

...jam nie godzien, Panie, tego...
...abyś wszedł do serca mego.


Tego, co podrzucał Ernie, nie rozumiała w dalszym ciągu, ale Zabiniego owszem. Przyłączyła się do śpiewu.

Niechaj żyję z Tobą, Panem
Niechaj żyję z Tobą, Panem
Aż po wieki wieków, amen,
Aż po wieki wieków, amen.




Uliunchan, Buriacja, sobota, 6 kwietnia 1996

- Ech, życie, żebyś ty mordę miało... - westchnął Charlie.
- A co tym razem? - zainteresował się niezbyt żywo Mike Shag.
Siedzieli samotrzeć z Patem Finniganem przy czymś, co według etykiety było koniakiem gruzińskim, ale jak na koniak (nawet gruziński) trochę za bardzo zalatywało karbidem, i próbowali nie upić się na smutno. A to nie jest proste, jeżeli jutro Wielkanoc, a oni siedzą o parę tysięcy mil od domów.
W szczególności od domu, do którego go zapraszano i już nawet zdążył przyjąć zaproszenie - ale okazało się, że trzeba porozumieć się z kilkunastu syberyjskimi szamanami. Przy syberyjskim tempie życia miesiąc w plecy. Dobrze, jak jeden.
Pojechali. Ktoś musiał jechać. Wysłał jej bezpiecznym kanałem wiadomość - do domu, przecież nie do szkoły - że musi coś załatwić dla przyjaciół, którzy chcą odtworzyć stare znajomości i nie będzie z nim kontaktu. Istotnie na bezkresnych przestrzeniach Syberii sowy zimą radziły sobie marnie, kominków też nie było. A gdyby nawet dotarł do najbliższego kominka, którędy miałby jej szukać? Kominek rodziny człowieka z pierwszego Zakonu mógł być monitorowany. Liczył na zadziwiającą przenikliwość Susan, która jego list odczyta jako "wykonuję tajną misję". Odczyta, może. Ale żeby jeszcze miała w to uwierzyć? Każdy tak mówi.


Welwyn Garden City, niedziela, 7 kwietnia 1996

- Nie pomyliłaś aby świąt? - zapytała Annabela Bones pozornie od niechcenia, patrząc na świąteczny stół nakryty przez jej córkę.
- A bo? - zainteresowała się Susan.
- A bo tak jakoś mi tych talerzy za dużo wychodzi - mama zaczęła po kolei wskazywać nakrycia. - Babcia, ciocia Amy, wujek Nick, Eddie, ja, ty... - zawiesiła głos, patrząc na siódme nakrycie.
Susan czuła, jak jej twarz zmienia kolor.
- To było... to znaczy... ja tak... z rozpędu...
Mama spojrzała na swoją teściową, stojącą w progu i z zainteresowaniem przysłuch..ącą się tej rozmowie. Jak na komendę pokiwały głowami i wyszły z pokoju, próbując nie wybuchnąć śmiechem.
- Wygląda na to, że sytuacja jest poważna - powiedziała Aspazja Bones, gdy już ochłonęły.- Musisz poważnie porozmawiać z Susan.
- I co to to zmieni? Mamo, ona ma szesnaście lat. Dobrze wie, że ludzie nie rozmnażają się przez pączkowanie, tylko jakoś przyjemniej. A poza tym wcześniej to na tobie nie robiło wrażenia.
- Ale widzę, że jej zalazł w głowę na dobre. A ona jemu? Wiesz, jacy są mężczyźni.
- Wiem. Różni.
- Ale on jest tyle starszy. Jeżeli się zapomną... a jeszcze nie zabezpieczą?
- To stanie się to, co mogłoby się równie dobrze stać w Hogwarcie. Obie wiemy, że w szkole też różnie bywa. Starszy jest, to przynajmniej czasem wyjmie mózg z kieszeni. A poza tym bądźmy szczerzy, Susan ma tyle lat, co ty w czterdziestym drugim roku, a on chyba jakoś tyle, co wtedy miał Harald Weasley, dobrze mówię?
Starsza pani wyprostowała się, stając się o dobre trzy cale wyższa.
- Moja droga - powiedziała - być może umknęło to twojej uwadze, ale wtedy była wojna.
- A teraz to co będzie? Bal w operze?

Ujście Dżerby, Jakucja, poniedziałek, 15 kwietnia 1996

- To co, żegnamy się i lecimy dalej? - Mike Shag był już lekko zniecierpliwiony. Charlie właśnie skończył żegnać się z miejscowym szamanem. Wymiana pożegnalnych grzeczności zajęła mu, bagatela, dwie godziny.
- Niezupełnie – odparł Charlie. - Mała zmiana planów. Spadamy stąd, i owszem, ale jeszcze nie wiem, czy nie z tymi mugolami. A na razie to muszę wrócić do szamana.
Pat i Mike pokręcili tylko głowami. Gdzie ich los rzucił? Już mniejsza o warunki bytowania, w porównaniu z którymi ich transylwańska baza stanowiła luksusowy hotel, i o to, czym ich karmiono i co, według Charliego, koniecznie trzeba było pochłaniać w ilościach hurtowych, gdyż odmienne zachowanie byłoby uznane za nietakt. Ogólnie jednak wyobrażali sobie swoją misję nieco inaczej.
Sybirscy czarodzieje nie mieli Ministerstwa Magii, a niektórzy na wzmiankę o czymś takim reagowali pytaniami w rodzaju “To u was czarodzieje też mają władzę radziecką?” Pomysł, że ktoś, kogo nie znają osobiście, miałby się w ich imieniu czegokolwiek podjąć, uważali za źródło większości problemów okolicznych mugoli.
Trzeba więc było rozmawiać niemalże z każdym szamanem osobno. Za każdym razem trwało to przeciętnie trzy dni – jeden dzień na zawarcie znajomości, jeden na rozmowy i jeden na część towarzyską wizyty – a i to w dużym stopniu dlatego, że szamani znali dość dobrze Arthura Weasleya.

- I co z tymi mugolami? - zapytał Charlie.
- Oni mówią – powiedział szaman i zamilkł. - Oni mówią, że u nich duchy łażą. I że nikt tutejszy ich nie przepędzi. Że te duchy się mszczą. Ich szaman mówi, że tym duchom ktoś ich wiary musi powiedzieć, żeby sobie poszły, a tutejszym przebaczyć.
- No to ściągnijcie tu jakiegoś popa, w czym problem? - zdziwił się Charlie.
- Był pop. Modlił się. Świece z wosku palił i kadzidła. I dobrą wodę z miotły lał. I nic. Ich szaman mówi, że nie ta wiara.
- A te duchy tu skąd?
- Tu łagier był. Niedaleko. Czasami ktoś uciekał. Władza radziecka tutejszym płaciła za zabijanie takich. Jak zabili albo trupa znaleźli, to prawe ucho obcinali i oddawali, a trupa zostawiali dla dźwiedzi albo puszczali rzeką. Stałe miejsce mieli. Stamtąd teraz zjawy wyłażą. Zawsze ostatni tydzień przed pełnią, co noc. Bez prawego ucha. I tamten szaman mówi, że ktoś się tam musi pomodlić. Według wiary tamtych. Jak się z nim zaczną modlić, to potem będzie spokój.
- Macie coś związanego z tymi zjawami? Zabrali sobie coś od tych trupów?
Szaman podał mu zawiniątko z drobnymi przedmiotami.
Charlie przeglądał zawiniątko dłuższą chwilę. Krzyżyk... pierścionek... obrączka... krzyżyk... obrazek... Szukał czegokolwiek wskazującego na narodowość właścicieli.
Jeden obrazek powtarzał się kilkakrotnie. Wiedział już, co trzeba zrobić. Tylko co z tego? Mniejsza o to, że nie jest katolikiem, ale w tym języku umiał powiedzieć “Setę i galaretę”, “Precz z komuną”, “Spadaj na bambus” i “Jeden do Przemyśla”. I znał jeszcze parę przyśpiewek, ale raczej tutaj nieprzydatnych.

50 mil powyżej ujścia Dżerby, 15/16 kwietnia 1996

Znad rzeki podniosła się mgła. Zerwał się wiatr.
Zza urwiska wyłaniały się wychudzone postacie. W widmowej poświacie wyraźnie widać było, że żadna nie ma prawego ucha.

- ...teraz i w godzinę śmierci naszej, amen.
Na brzegu stało coraz więcej zjaw. Wyraźnie nieprzyjaźnie nastawionych. No tak, kto wtedy na kontynencie uczył się angielskiego?

W końcu to są podobne języki, pomyślał, co mi szkodzi spróbować po rosyjsku?
- Radujsia, błagodatnaja, Gospod' z Toboju; błagosłowienna Ty mieżdu żenami...(3) - zaczął. Pat i Mike modlili się półgłosem po angielsku.
Ziemia zaczęła drżeć. Zjawy się zdenerwowały. Nagle zrozumiał, że tu może zadziałać Efekt Kurhanów - albo się pozbędą duchów (i wtedy na setki mil dookoła nie będzie sprawy, której by z szamanami nie mogli załatwić), albo sami zostaną jednymi z nich.

Urwał. Uciszył kolegów.

- Pat, jak to szło? - spytał. - Tylko szybko, zanim nas to zeżre!
- Co chcesz?
- Pierwszy punkt. Podawaj punkty po angielsku, dalej sobie poradzę.
W normalnych warunkach Pat zaprotestowałby ostro przeciwko określeniu “punkt”, ale tym razem nie miał do tego głowy.
- Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie – powiedział.
Pater noster, quis es in caelis, sanctificetur nomen Tuum, adveniat regnum Tuum...
Ziemia uspokoiła się. Zjawy stały niezdecydowane.
...sed libera nos a malo, amen.
- Dziesięć – przypomniał niepotrzebnie Pat.
- Ave Maria, gratia plena, dominus Tecum, benedicta Tu in mulieribus et benedictus fructus ventris Tui, Iesus...
Cisza.
- Święta... zaczął Mike, ale Charlie uciszył go. Nasłuchiwali.
Spośród zjaw rozległ się cichy szmer. Trochę głośniejszy. Już można było odróżnić słowa.
- ...ora pro nobis peccatoribus, nunc et in hora mortis nostrae, amen.

Kwietniowe noce na Syberii nie są ciepłe, ale w połowie drugiej części różańca pot lał się z nich strumieniami. Zjawy modliły się, ale nie zamierzały znikać.

- Sicut in initio, nunc et in semper et in saecula saeculorum, amen – skończyli ostatnią część.
Wzdłuż brzegu rzeki podniósł się dym. Po chwili opadł. Został długi podwójny szereg dębów i cisów, wśród których od czasu do czasu trafiała się brzoza.

- Co to jest? - zdziwił się półgłosem Pat, opróżniając zawartość podanego mu kubka. - Woda?
Charlie powąchał kubek.
- Wódka. Jakieś siedemdziesiąt procent na mój nos. Chybaśmy się trochę zdenerwowali.

Pociąg pospieszny "Rossija", między Nowosybirskiem a Omskiem, środa, 1 maja 1996

- Wot wam moj adriess - świeżo poznany mugol wypisywał coś na postrzępionej kartce. - Pridiotsa li wam ostat'sa na nocz' w Irkutskie, tak zachoditie...(4)
Charlie podziękował, zostawił mugolowi adres meliny czarodziejów w Czerniowcach i pożegnał się.
- Co on tu wypisywał? - zainteresował się Mike Shag.
- Adres. Zaprasza, że jakbyśmy kiedyś potrzebowali noclegu w Irkucku, to można u niego przenocować.
- No i po co to - wzruszył ramionami Pat. - To ja już wolę brytyjskich mugoli. Też mówią "musimy się spotkać" i nic to nie znaczy, ale przynajmniej bez szopek z zostawianiem adresu. Przecież i tak nikt tego nie traktuje poważnie.
- I tu cię zdziwię - uśmiechnął się Charlie. - Możemy za rok czy kiedy przyjść pod ten adres i on nas przenocuje. Tutaj tak mają. Pewnie luksusów tam nie ma, może będziemy musieli spać na podłodze, ale dach nad głową i coś do żarcia dostaniemy. I wypić też będzie co.
- Znaczy jak? Zamierzasz jakoś rozwijać tę znajomość?
- Nie, dlaczego?
- No nie wiem, tak jak z tymi Rusinami z pociągu...
- Tam to inna sprawa, Dmytro jest czarodziejem, nawet mnie na wesele zaprosił. Nawiasem mówiąc mamy paru wspólnych znajomych.
- Żeni się z tą laską, co opowiadała o reinkarnacji?
- Owszem, na dniach. A to jest mugol i to z głubinki.
- I w razie czego tak po prostu za rok wparujesz na noc do faceta widzianego raz w życiu?
- A dlaczego nie? Tutaj to normalne. Tu się całe życie opiera na tym, że ktoś kogoś zna i może na niego liczyć.
- Skoro tak mówisz...
Znowu zamilkli. Pat i Mike zapadli w drzemkę. Charlie zapatrzył się w okno, za którym po raz drugi w tej podróży zapadał zmierzch. Las, las, las, stacja, las, las, miasto, las, las, las, las, most, las...
Miał złe przeczucia. I, jak zwykle w takich przypadkach, ogólnie zły humor.
Ogólnie zły humor pogłębiły śpiewy chóralne. Współpasażerowie od rana celebrowali pierwszomajowe święto, a teraz po raz kolejny zebrało im się na śpiewy. Piosenki, w których uporczywie powracał motyw dziewczyny czekającej cierpliwie na ukochanego, nie były tym, czego w obecnym stanie ducha potrzebował najbardziej.
Kolejna piosenka coś mu przypominała. Żołnierz, który długo nie dostaje listu od dziewczyny, i gromada kolegów, którzy mu tłumaczą, że właściwie nie ma się czym przejmować.
Na niego co prawda w Irkucku czekało kilka listów, ale ich treść jeszcze pogłębiła jego niepokój. Niby pisała, że tęskni, ale ogólnie listy były krótkie i suche. Coraz krótsze. I coraz bardziej suche. Typowe listy od kogoś, kto obiecał i dotrzymuje słowa - z przyzwyczajenia i coraz bardziej bez przekonania. Rozum podpowiadał mu, że w ogóle kobieta zmienną jest, a co dopiero kobieta szesnastoletnia.

...zria siebia tak muczisz?
Jeśli liubit wsiej duszoj, listoczku połuczisz;
Nie zachoczet napisat', znaczitsa - zabyła,
Znaczit, nado panimat' - wowsie nie liubiła!
(5)

c.d.n.

(1) Kazanie papieża Jana Pawła II na Westerplatte, 11 czerwca 1987.
(2) Kazanie kard. Stefana Wyszyńskiego, czerwiec 1952.
(3) (ros.) Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami...
(4) (ros.) Tu macie mój adres. Gdybyście musieli zostać kiedyś na noc w Irkucku, to wpadajcie...
(5) Wasia-Wasiliok, sł. Siergiej Ałymow, muz. Anatolij Nowikow. Tłumaczenie polskie:
Druhu miły, robisz źle, po co serce ranisz?
Jeśli szczerze kocha cię, liścik wnet dostaniesz,
Jeśli nie chce znaku dać, znaczy – zapomniała,
Najprawdopodobniej zaś wcale nie kochała.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 26.01.08, 21:07

ROZDZIAŁ PIĄTY
w którym Charlie najpierw robi to, co zwykle,
potem to, czego się można było obawiać,
wreszcie to, czego jego ukochana zupełnie się nie spodziewała,
co oczywiście kończy się pijaństwem


Odcinek 10

Dziurawy Kocioł, 6 maja 1996


...przed nami długa noc,
Ruszamy jutro z rana,
Pod szary wpełzasz koc,
Co skrywa grzech Onana -
Miła! Nie przychodź na wołanie!
(1)

darli się chłopcy w mundurach Akademii Aurorów.
Lubił ich.
Nie mógł im powiedzieć tego, co wie. Na wszelki wypadek nie siadał przy Żylecie – stole, który niepisane, lecz w razie potrzeby bezwzględnie egzekwowane prawo Dziurawego Kotła rezerwowało dla Akademii. No, chyba że przysiadł się bomang, jak w skrócie nazywano posiadaczy tytułu Bohatera Magicznej Anglii.
Bomangowie, którzy tego tytułu nie otrzymali pośmiertnie, w Kotle piwo pili za darmo. A przy tym stole pili za darmo wszystko.
Charlie wiedział, że choć nie jest ani bomangiem, ani kandydatem na aurora, byłby tam mile widziany, trzymał się jednak od tego stołu z daleka. Bał się, że po pijaku powie za dużo. W każdym razie lubił ich i żałował, że nie może im powiedzieć, jak blisko jest to, na co czekają. Odkąd utworzono Akademię Aurorów, jej uczniowie i kadra zawsze żyli dwiema wojnami: ostatnią i następną. Nie zmieniały tego kazania ani apele, Prorok Codzienny ani wielebny Hobbson – kandydaci na aurorów rozpamiętywali ostatnią wojnę i czekali na kolejną.

...wojenka moja pani! Z nią się kochać chcę,
Gdy w nocy się budzę...


Było mu smutno i źle.
Przyjechał do Anglii. I nie miał prawa pojawić się w Szkocji. Względy bezpieczeństwa. Tak powiedział Moody.
Ale nie to było najgorsze. Gdyby mógł, co by zrobił? Co by powiedziała, widząc go w Hogsmeade? Trzy miesiące temu była dziko szczęśliwa – a dziś?
Dziś siedział w Dziurawym Kotle i, jak tyle razy, opowiadał przypadkowym kumplom od kufla – językiem zrozumiałym dla ludu, jak to określał – historię Zbawienia.
- ...no to Mośki ich wzięli za chabety, zwinęli, zwołali ten swój sowiet...
- Swoje co? - zapytał zdziwiony najtrzeźwiejszy z rozmówców.
- A, sorki... no swoją Radę, u nich to się Sanhedryn nazywało. Gadali, gadali, już ich prawie chcieli krzyżować, aż wtedy się odezwał Gamaliel, może o nim słyszeliście...
- Ten od Ewangelii?
- No ten. I mówi: ludzie, weźcie wy się kwilkie zastanówcie, co chcecie zrobić? Zadym różnych było od cholery i nic z tego nie wyszło. Za każdym razem to samo, krew się polała, a potem wyschło. To se wyrzućcie na luz. Że co, że oni mówią, że ich Bóg oświecił? A to niech se gadają, ludzka rzecz pogadać. Jak im się coś przyśniło, to nic z tego nie będzie, Rzymianie się z nimi pobawią, a nam co? A znowu jak oni faktycznie mają jakieś siuchty z Szefem... w końcu dlaczego nie mają mieć?... to i tak im nic nie zrobicie, jeszcze wyjdzie na to, żeście z Szefem walczyli i na chuj wam to? (2) Polej, Nick...
Czarodziej nazwany Nickiem polał.
- Niegłupi facet był – powiedział. - Taki więcej mało nerwowy.
- Pewnie, że niegłupi – wzruszył ramionami Charlie. - A bo to mało takich tam było? Jak o tym czytałem, to mnie najwięcej Rzymianie bawili, Festus na przykład, co mu kazali Pawła sądzić.
- A tego to nie znam – ożywił się niski zarośnięty blondyn z brzuszkiem, który już dawno złożył głowę przy podstawie rury i zdawał się nie rejestrować tego, co się dzieje dookoła.
- No przywieźli mu Pawła... tego przewerbowanego... Paweł się zaparł, że chce, żeby go wysłać drogą służbową do cesarza, akurat się napatoczyła inspekcja i pytają, co jest grane. A ze strony Festusa to wyglądało tak: przyprowadzili mi Mośki jednego od siebie, myślałem, że nie wiadomo jaki kiler, a oni mi tu coś pieprzyli o swoich pomysłach z religią i jakimś Jezusie, co umarł, a ten tutaj mówi, że żyje, i im to strasznie zawadza.(3).
Kilku czarodziejów zakrztusiło się. Takie podsumowanie Zmartwychwstania trochę ich zaskoczyło.
- No czego się chichracie? Jak ktoś nie znał sprawy, to tak mu to brzmiało. Spróbujcie porozmawiać z niewierzącym czarodziejem, to zrozumie tyle, że Jezus jest duchem. A tam akurat, cholera, byli sami mugole. I to nie Grecy.
- A Grecy co?
- A Grecy z kolei mieli od zajebania różnych bogów, tak jak katolicy mają świętych, tak oni mieli jednego boga od piorunów, drugiego od wojny, piątego od sklepów spożywczych, a dwudziestego trzeciego od hodowli psów ugryźnych... w każwym razie jak taki bóg zrobił dobrze normalnej kobiecie, to potem się rodziło takie ni gumochłon, ni fretka, taki trochę mocniejszy czarodziej...
- Fajne – zauważył blondyn. - Masz kupę takich fajnych historii, i to wszystko jest w Biblii, dlaczego o tym nie opowiadają na kazaniach?
- Ba – prychnął Charlie. - Czy ja wyglądam na pastora?
Odpowiedział mu zbiorowy ryk śmiechu.
- Twoje zdrowie... Padre!!!
- Niech żyje! Niech się zacznie rozmnażać, do cholery!
Pytanie rzeczywiście brzmiało nieco dziwne w ustach człowieka, który co drugą wypowiedź przyozdabia odwołaniem do Biblii i chętnie wyjaśnia jej treść współbiesiadnikom. Ksywa "Padre" nie wzięła się znikąd, a czarne ciuchy były najmniej istotne.

Wybiła jedenasta.
W Dziurawym Kotle nastała, jak to złośliwi nazywali, Godzina Smętów. Po północy, kiedy już pary zainteresowane głównie sobą rzucą monetą - idziemy do mnie czy do ciebie? - i opuszczą lokal, pojawi się żywsza muzyka. Na razie jednak to, co rozlegalo się dookoła, skłaniało do rzewnych rozmyślań i upijania się na smutno.
Tym bardziej, że w takich chwilach ostatnio często miewał bardzo realistyczną wizję. Do niewielkiego pomieszczenia ktoś wprowadzał wychudzonego Billa, z bladą twarzą człowieka, któremu od kilku dni nie pozwalano spać, w więziennych łachach dostatecznie podartych, żeby widać było ślady butów na klatce piersiowej, a gdzieś z boku dobiegał błagalny głos Percy'ego:
- Bill, ja wiem, że jesteś twardy, ale tu są naprawdę dobrzy fachowcy, tu każdy się załamuje najdalej na piątym przesłuchaniu, ja ci po prostu chcę oszczędzić tych czterech...
Sposób na wizję był jeden. Duży Morderca Cierpień.
Wypił. Przeszło.
Wyciągnął dyskretnie zdjęcie Susan. Miał złe przeczucia co do ich dalszej znajomości, ale ze zdjęciem się nie rozstawał.
Tym razem coś się zmieniło. Jakby zdjęcie odzyskało magiczną moc. Co więcej, wyraźnie sygnalizowało, że w tej chwili jest jej jeszcze gorzej niż jemu.

Sowa zatoczyła łuk nad barem, spłynęła lotem ślizgowym nad stół i zgrabnie wylądowała na kraniku rury.

Hogwart, 4 maja 1996
Drogi Charlie!
Tak mi źle! Urwij się choć na chwilę, coś ze mną zrób!
A jak nie możesz, to chociaż napisz, na adres mojej mamy, tak będzie lepiej.
Przede wszystkim przepraszam Cię stokrotnie za ostatnie listy. Nie mogły być inne.
W tym liście piszę, co chcę i co czuję, bo wiem, że przeczytasz go tylko Ty. A przynajmniej jest duża szansa. Szkolną pocztę czyta Towarzyszka Dolores, albo, co gorsze, jej pomagierzy ze Slytherinu.


Odetchnął z ulgą. Weasley, wy to jednak głupi jesteście, pomyślał. Przecież wiedział, co się dzieje w Hogwarcie. Jak mógł nie wpaść na tak prosty pomysł, jak to, że ktoś czyta listy?
Rzeczywiście, list datowany w Wielkanoc był długi i ciepły.

Kiedy się ostatni raz widzieliśmy, mówiłeś, że są rzeczy, których się nie da znieść na trzeźwo. Bardzo mi się to wtedy nie podobało. To znaczy dalej mi się średnio podoba, ale wtedy uważałam, że ściemniasz, po prostu lubisz wypić i dorabiasz teorię do praktyki.

Tak całkiem w błędzie to nie byłaś, pomyślał. Bądźmy szczerzy, wypić to ja faktycznie lubię, nigdy tego nie ukrywałem.
- Ponieważ ukryć by się tego nie dało - mruknął zgryźliwie cichy głosik.

Teraz patrzę, co tu się dzieje, i bardzo Cię przepraszam. Masz rację. Przecież przeżyłeś rzeczy, o jakich mi się nie śniło, a ja, gdyby nie Ty, też bym piła. Trzyma mnie przy życiu to, że wiem, że jesteś. To znaczy popijam i tak, bo muszę. W szkole pojawiają się zwyczaje z Nokturnu - trzeba pić, bo ludzie mówią, że "kto nie pije, ten kapuje" (zresztą mają sporo racji - a w każdym razie faktycznie kto pije, ten nie kapuje). Jak mam chodzić sama po Hogsmeade albo siedzieć w sypialni, kiedy w pokoju wspólnym jest impreza, to wolę się z ludźmi napić. Poza tym jak mnie zapytają, kto co mówił, to mogę powiedzieć "nie pamiętam, byłam pijana". Ten miód, co piłam z Tobą u Hagrida, to był mój pierwszy alkohol mocniejszy od Kremowego - a od Twojego wyjazdu upiłam się porządnie co najmniej trzy razy.
Starsze klasy zawsze imprezowały - mam starszego brata, to wiem - ale to było co innego. Napili się trochę, poprawili sobie humor i tyle. W Hogsmeade chłopcy wypijali po jednym piwie...


- Jak który - mruknął do siebie.- Po prostu twój brat był grzecznym chłopcem. Po jednym piwie, akurat. Jeden to jest Pan Bóg na niebie. A i to w trzech osobach.

...może dwa. Trzy to już było dużo. Teraz wracają w takim stanie, że nie wiedzą, za który koniec się różdżkę trzyma. Jeszcze zimą jak chłopak wrócił z Hogs dobrze wstawiony, to jego dziewczyna się o to ostro rzucała. Dziś nieraz chłopak przychodzi zbyt pijany, żeby powtórzyć hasło, a dziewczyna kiwa głową, że widocznie musiał, i przyrządza na rano Eliksir Oprzytomnienia, żeby dotarł bez problemów na śniadanie.
Jak tu byłeś, żałowałam, że już skończyłeś Hogwart. Zazdrościłam koleżankom, że mają swoich chłopaków na miejscu. Teraz sama nie wiem. Źle mi bez Ciebie. Ale wiem, że by Cię zniszczyli.
Czy wyobrażasz sobie wieczorem po kolacji pokój wspólny, w którym jest cicho? Ja też sobie kiedyś nie wyobrażałam. A teraz to jest standard. Ludzie się boją. Boją się rozmawiać o czymkolwiek, co nie wiąże się bezpośrednio z lekcjami. Boją się rozmawiać z ludźmi z innych domów, zwłaszcza z Gryfonami. A już jak ktoś spoza Gryffindoru podejdzie do Harry'ego P., to ma jak w banku, że zaraz będzie się musiał tłumaczyć, o czym rozmawiał i dlaczego właśnie z Harrym.
Unikam takich rozmów. Nie rozmawiam z Gryfonami bez wyraźnej potrzeby. I staram się tego nie robić przy ludziach. I bardzo siebie za to nie lubię. I to jest drugi powód, dla którego ostatnio lubię się napić. Wtedy o tym nie myślę. I o tym, że się boję dostać szlaban za nie wiadomo co.
Ja nie wiem, jak wyglądają teraz szlabany. Ludzie wracają i nic nie mówią. "Było, jak było". "Szlaban, jak szlaban, co tu opowiadać". I piją. Tak było z Zachariaszem Smithem i Twoim szwagrem. Nie wiem nawet dobrze, co zrobili...


Wiesz, pomyślał. Doskonale wiesz. Co więcej, liczysz na to, że i ja się domyślę. Inaczej byś o tym nie pisała.

...w każdym razie w marcu dostali szlaban za "niszczenie mienia szkolnego". Dotąd nikt nie wie, gdzie byli i co robili od piątku wieczór do poniedziałku rano. Nawet Ginny.

Zamyślił się. Corner i Smith. Ha. Dobrze latali, to swoją drogą, ale przede wszystkim bardzo interesowali się wszelkimi artefaktami służącymi do magicznej łączności. A właśnie w marcu dostał cynk od Rona, że może będzie można rozmawiać z Hogwartem, omijając podsłuch. Wszystko pasowało.
Nawet swojej dziewczynie nie powiedział... Co oni mu zrobili?!

Smith od tego czasu odzywa się głównie monosylabami, a Corner po powrocie wyglądał tak, że po lekcjach Ginny sama mu dała pół kwarty whisky. Jak ją potem spytałam, to powiedziała: ma sobie pichcić jakieś podejrzane eliksiry, to lepiej niech się po prostu urżnie.

Odłożył list. Odetchnął głęboko. Chwiejnym krokiem wyszedł przed próg pubu.
Chwała Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu... Chwała Ojcu, Synowi i Duchowi Swiętemu... Chwała Ojcu...
Wiedział, że facet na zmianę żegnający się trzy razy zamaszystymi gestami i bijący pokłony, a wszystko to przed progiem pubu, wygląda nieco egzotycznie (zwłaszcza jeśli żegna się prawosławnym krzyżem, od prawej do lewej). Hak w plecy. Lepiej chwilę wyglądać egzotycznie, niż zdemolować lokal. Co ta pinda zrobiła z Hogwartu? Chryste Panie, Ginny, święta z kałamarzem, Ginny, która zrzędziła nad każdym kieliszkiem... co chłopak musiał mieć w oczach, żeby Ginny kazała mu zalewać robaka, nie wiedząc nawet, co przeżył?!

No to się urżnął. A w następny weekend jak poszedł do Hogsmeade, to z powrotem trzeba go było nieść.
Ludzie się tych szlabanów boją jak ognia. I może dlatego składają tzw. oświadczenia. Wstaje ktoś na lekcji i mówi, że chce złożyć oświadczenie. I odcina się od czegoś, co mówił wcześniej (na przykład że nie wierzy w to, co oficjalnie mówią o śmierci Cedrika). Wygląda to na ogół, jakby wygłaszał coś, czego się wyuczył na pamięć, w co kompletnie nie wierzy, patrzy w podłogę i mówi, że nie miał racji, że go koledzy sprowadzili na złą drogę, wymienia tych kolegów z nazwiska, rzygać się chce. Na początku z takimi ludźmi nie rozmawiano, omijano ich jak zapowietrzonych, teraz już nie. Jest ich za dużo. A poza tym wszyscy się boją. Ja też nie wiem, co bym zrobiła. Jak to mówił Twój ojciec? Nie ma ludzi niezłomnych, są tylko nieudolnie łamani?
Czwarta nad ranem. Może sen przyjdzie?
Czemu Cię nie ma na odległość ręki?!
Twoja
Susan


Asfodelus Duesenberg, oparty o centralny słup lokalu. z niepokojem przyglądał się rudowłosemu czarodziejowi czytającemu list przy stole naprzeciwko Żylety.
Bywał w Dziurawym Kotle na tyle często, by wiedzieć, że Padre na ogół się tak nie zachowuje. Od dobrych dwóch minut siedział bez ruchu z listem w zesztywniałej ręce. A potem wstał.
Asfodelus wysunął dłoń spod pleców towarzyszącej mu mugolki i nieznacznie dotknął różdżki.
Padre ruszył w ich stronę sztywnym krokiem człowieka, który stara się iść prosto. Asfodelus bardzo starał się nie zmieniać wyrazu twarzy. Czuł na przegubie zaciśniętą dłoń dziewczyny.
Rudzielec stanął o dwie stopy przed nim i sięgnął nad jego głowę, gdzie na kolumnie wisiały dwa dzwony - mosiężny i srebrny. Po chwili wahania szarpnął za sznur mosiężnego, odwrócił się i ruszył w stronę baru.
- Ja piórkuję - mruknął Asfodelus. - Stawia wszystkim.
- Piwo czy whisky? - zainteresowała się umiarkowanie jego towarzyszka.
- Piwo, ale i tak się szarpnął, buda jest pełna, a w końcu w darowanej miotle witek nie... - urwał, bo nad jego głową znowu zabrzmiał dzwon. Tym razem niewątpliwie srebrny.
- Jedno i drugie - powiedział, w duchu klnąc sam siebie, że nie zauważył wracającego Weasleya. - Poważna sprawa.

Muntele Jorzea, wtorek, 7 maja 1996

Pierwsze przykazanie smokarza: Nie antropomorfizuj smoka!
Nowicjusz, który przemawia do smoka jak do rozumnej istoty, nie mówiąc już o zwierzaniu się, starszych kolegów albo rozczula, albo (częściej) irytuje. W każdym razie szybko z tego wyrasta.
Gadać to można do hipogryfa.
A jednak Charlie Weasley, zamiast po powrocie z dalekiej i ryzykownej podróży spokojnie popijać piwo we wspólnej izbie bazy w Muntele Jorzea, siedział w smokarni pod wielkim napisem SMOKI LUBIĄ LUDZI – MOGŁYBY ICH JEŚĆ PECZKAMI w kojcu walijskiego smoka krótkopyskiego, który z niewiadomych powodów zatrzymał się na długości piętnastu stóp, głaskał potwora po brzuchu i półgłosem opowiadał mu o kimś, przy kim teraz powinien być. Kto potrzebuje go o wiele bardziej niż jego rozmówca, w nieregularnych odstępach kiwający kolczastym łbem.
Trzymał go przy życiu tylko fakt, że najwyraźniej nie jego jednego noc Belleteyn nastroiła melancholijnie. W końcu to nie on uruchomił stojący we wspólnej izbie patefon i nastawił nastrojową piosenkę, która teraz dobiegała z okna.

...everyone turns to see
This beautiful lady
Who's walking around with me
And then, she asks me:
Do you feel allright?"
And I say:
"Yes, I feel wonderful tonight".


Marzenia, marzenia, pomyślał. Zabrałbym ją na wesele Dmytra, krucaseks, ile razy ja coś takiego widziałem w Zwierciadle, wszystko by pasowało. Mi by nie przycinali, że Susan jest, a jakby jej nie było. Wyrwałbym ją na jedną noc z tego pieprzonego Hogwartu... pieprzony Hogwart, jak to brzmi... może wolałbym Azkaban niż życie w takim syfie, jak ona opisuje, a już mugolskie więzienie to na pewno, też ludzi gnoją, ale przynajmniej nie mówią, że to dla ich dobra!
Zaraz, sekundę. To jest do zrobienia. Trzeba tylko dostać się do zamku... ale to by trzeba po ciszy nocnej, wesele dobrze w połowie, nie da rady, musiałbym mieć zmieniacz czasu.
Zaraz, że jak? Zmieniacz czasu?
Tymko Czornowił jest bratankiem zakarpackiego ministra magii. Przy niezbyt nerwowym stosunku Rusinów do magicznych artefaktów załatwienie zmieniacza czasu nie powinno być dla niego zadaniem ponad siły. A równocześnie sceptycyzm Tymka był powszechnie znany - złośliwi mówili, że jego dewizą życiową jest "błogosławieni, którzy widzieli, a nie uwierzyli".

Pop Iwan, środa, 8 maja 1996

- Jasne. Mugolskim samochodem latali. Już ci wierzę.
- Wielka mi sztuka zaczarować samochód. Samochód, motocykl, dorożkę, co chcesz. Jeżeli można zaczarować pogrzebacz, co tutejsze małolaty robią z uporem maniaków, rozbijając się od czasu do czasu, to dlaczego nie motor?
- Ilu już u nas próbowało i nic.
- A założysz się?
- A o co?
- Że zaczaruję motor.
- To ja wiem, ale jaka stawka?
- Jak wygram, skołujesz mi na jedną noc zmieniacz czasu. A jak przegram, to Srebrna Strzała twoja.
- Zmieniacz czasu, dobre sobie! - prychnął Tymko. - Wymyśl coś innego.
- Nic innego mnie nie interesuje. Zaczarowuję emkę, startuję na Czortowym Moście, wykręcam pokaz obowiązkowy. Uda się, dostarczasz zmieniacz. Nie uda się, bierzesz Strzałę.
Tymko zamyślił się. Stawka była wysoka, ale w końcu szansa, że Wizliej naprawdę oderwie się na motorze od ziemi, była niewielka. Ale z drugiej strony...
- Wizliej, na koj czort tobie ten zmieniacz?
- Dziewczynę chcę zabrać na wesele Dmytra Muraszki. Bez zmieniacza nijak jej tu na wieczór nie ściągnę, ani nie odwiozę na czas do Anglii. Ona na szkole, nikt jej legalnie nie wypuści...
Tymko przyjrzał się rozmówcy bardzo uważnie. W życiu by nie przypuszczał, że Anglik może coś takiego wymyślić. Co prawda nie był to typowy Anglik, pił jak Rusin, klął jak Rusin i latał na miotle jak wariat, ale mimo to... Prawie był gotowy załatwić mu ten zmieniacz bez zakładu, ale słowo czarodzieja nie dym.
- A jak się zabijesz? - zapytał.
Charlie dość nieszczęśliwie wybrał przykład - dorastający chłopcy rzeczywiście latali na pogrzebaczach, ale trudno było na takim sprzęcie utrzymać równy kurs, nie mówiac o akrobacji.
- To będziesz miał po mnie pamiątkę.

Czortowy Jar, Zakarpacie, czwartek/piątek, 9/10 maja 1996

Była trzecia nad ranem, kiedy na wysoki most o gęsto ustawionych filarach - z którego mugolskie oko widziało tylko dwa zrujnowane przyczółki - wpadł z rykiem ciężki motocykl, wspólne dzieło niemieckiego inżyniera i sowieckiego robotnika, owoc serdecznej współpracy dwóch szaleńców z wąsami marzących o władzy nad światem. (4)
W połowie długości mostu rudowłosy motocyklista nagle skręcił w lewo. Motocykl zarzucił gwałtownie i przez kilkadziesiąt stóp sunął bokiem, ustawiony w poprzek jezdni.
A potem skoczył do przodu, ku grupce czarodziejów siedzących na urwistym brzegu i wyrywających sobie nawzajem omniokulary. Bariera rozstąpiła się. Motocykl zaczął spadać w stronę wody. Kierowca wparł się nogami w podnóżki, ciągnąc kierownicę do góry.
Motocykl wyrównał lot i zaczął się wznosić. Nabrał wysokości. Zatoczył koło nad mostem i zaczął wykonywać pokaz figur obowiązkowych. Pętla... opadanie liściem... Beczka... podciągany zakręt...
- Job twoju mat', won ce zrobył!
...korkociąg...
- Szczo won robyt?!

W Wielkiej Brytanii była pierwsza w nocy.
W zamku Hogwart, hrabstwo Argyll, Szkocja czarnowłosa dziewczyna obudzona nagle z głębokiego snu usiadła na łóżku. Męczyło ją uczucie, że dzieje się coś bardzo złego. Ktoś bliski jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie miała wątpliwości, kto z bliskich jej osób ma największą skłonność do pakowania się w niebezpieczne sytuacje.
Rzuciła okiem na zdjęcie stojące przy wezgłowiu łóżka. Wyglądało inaczej niż wieczorem. Spod rudej strzechy patrzyła zacięta twarz bez uśmiechu. Skupione oczy człowieka balansującego na cienkiej czerwonej linii.
Nie pierwszy raz i na pewno nie ostatni. Najczęściej bez wyraźnej potrzeby. Dla szpanu. Dla adrenaliny. Bo musiał jakoś odreagować. Bo się założył.
Spojrzała na leżący obok obrazek. Wilkołak podwinął ogon pod siebie i krył się za świętym Franciszkiem. Najłagodniejszy ze świętych patrzył na nią wyczekująco.
Uklękła przy łóżku.
- Serce Jezusa, Syna Ojca przedwiecznego, zmiłuj się nad nim...
I nad jego głupotą, szepnął cichy głos.
Niech będzie, i co z tego?
- Serce Jezusa, nieskończonego majestatu...

Motocykl wyprysnął gdzieś wysoko z nosem ostro zadartym do góry, znieruchomiał, przechylił się do przodu i runął niemal pionowo w dół, by za chwilę nabrać wysokości serią pięciu podciąganych zakrętów i ruszyć w stronę osłupiałych widzów. Ale nie wylądował. Opadł niemal nad ich głowy kilkoma zwitkami korkociągu i pomknął w stronę mostu.
- Rozwali się!
Emka leciała prosto na most. Zamarli. Przy tej prędkości, przy porywistym wietrze, trudno byłoby trafić między tak ustawione przeszkody na miotle, a co dopiero taką kupą żelastwa.

- Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości... Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne...

Trafił.
I po cholerę to wszystko, zapytał cichy głos zupełnie bez wyczucia chwili. Przecież zakład już wygrałeś.
No i właśnie dlatego!
Wykręcił pętlę i wpadł pod następne przęsło. Następne. Następne. Most uciekał w tył, pojawiał się gdzieś w górze przed nim, rzucał się na niego rozcapierzonym grzebieniem filarów.

- Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali... Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata...

Dwadzieścia trzy przęsła. Jeżeli zrobi o jedną pętlę za dużo, wbije się w przyczółek mostu.

- So wsim z hustu zjichał - powtórzył Tymko, patrząc, jak snop światła omiata niebo i wpada pod kolejne przęsła.

- Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie...

Coś pchało motocykl w lewo. Filar po lewej stronie przedostatniego już przęsła rósł w oczach. Pchał lewe ramię kierownicy, ale skutek był mizerny.

- Serce Jezusa, nadziejo w tobie umierających...
Poczuła zimny dreszcz.

Kurtka ze smoczej skóry skrzesała snop iskier, ocierając się o beton filara. Rozgwieżdżone niebo przeleciało mu przed oczami i znikło gdzieś pod nim. Gdzieś nad jego głową po raz dwudziesty trzeci pojawiła się jezdnia mostu.
Wracamy.

- ...i racz udzielić przebaczenia w imię tegoż Syna swego Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków, amen.

c.d.n.

(1) Miła, sł. i muz. Karel Kryl, tłum. Martyna Miklaszewska
(2) Dz 5, 33-39.
(3) Dz 25, 14-19.
(4) http://www.autogallery.org.ru/m72.htm
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 01.02.08, 19:27

Hogwart , sobota/niedziela, 11/12 maja 1996

Zegar na Północnej Wieży wybił północ.
Susan Bones zamknęła zaczytany tom z ledwo czytelnym tytułem na okładce Historia Zjednoczonego Brytyjskiego Królestwa (czarodziejów) - Krótki kurs. Zdecydowanie wolała się uczyć z tego prostego niezbędnika prostej wiedzy dla prostych ludzi, skądinąd źródła traumatycznych wspomnień jej matki, niż z opasłych tomiszcz zalecanych przez Binnsa czy też nieco szczuplejszych, ale za to trudniejszych w przyswojeniu ksiąg preferowanych przez Lucy Blair. Dla kogoś, kto nie wiązał swojej przyszłości z historią magii ani nie zamierzał skończyć szkoły ze średnią 5,0, wiedza zawarta w Krótkim kursie była aż nadto wystarczająca. Trzeba było jedynie krytycznie podejść do niektórych rozdziałów, zwłaszcza osławionego Najazdu mugolskich jaśnie panów na Zjednoczone Królestwo.
- Dobranoc, misiu - szepnęła, przytulając się do kołdry.
Może znowu jej się przyśni? Śnił jej się chyba co drugą noc. Zupełnie zwyczajnie wchodził drzwiami, teleportował się, wyłaził z kominka, przylatywał na hipogryfie, wywalał główną bramę małym czołgiem, ale zawsze przybywał, żeby ją zabrać. Porwać do świata, w którym ludzie mówią to, co myślą, i nic im za to nie grozi.
Sen nie przychodził. Wstała i z dna kufra wyciągnęła małe kremowe. Dwa, dla pewności.
- Twoje zdrowie, Rudy - westchnęła.
Ładnie, ładnie, mruknął zgryźliwie cichy głos. Na kłopoty z zaśnięciem browarek. Ileż to, jeśli wolno spytać, szanowna pani liczy sobie wiosen? Od miesiąca szesnaście?
Sen przyszedł. Ale nie taki, jak chciała.

Szła środkiem Pokątnej. Lato, żar lał się z nieba, był środek dnia, ale ludzi na ulicy niewielu. Połowa sklepów była zamknięta, drzwi opieczętowane. Wszędzie wisiały niezrozumiałe transparenty - każde słowo z osobna rozumiała, ale razem wziąwszy sensu pojąć nie mogła.
Z bocznej uliczki wyszli dwaj czarodzieje w brązowych szatach z jakimś dziwnym znakiem prowadzący trzeciego, bladego jak ściana, omotanego magicznymi więzami, ubranego w luźną mugolską bluzę z kapturem...
- Charlie! - próbowała krzyknąć. Nie mogła. Z szeroko otwartych ust nie wydobywał się żaden dźwięk
.

Leżała na swoim łóżku, ciężko łapiąc powietrze. Ktoś się nad nią pochylał.
- Kto mnie wzywał, czego chciał? - zapytał scenicznym szeptem, całując ją w czoło.
Strach znikł, ale dalej nie mogła wydobyć z siebie głosu.
- Sorki za tego Afaniusa. Zaraz go zdejmę, tylko nie krzycz. Eloquens!
- Co ty tu... - zaczęła. Położył palec na ustach.
- Ubieraj się - przerwał jej. - Idziemy na imprezę.
- To niemożliwe - zamruczała - przecież to były tylko dwa piwa... ty mi się tylko śnisz... jesteś w Rumunii...
- Jestem w Szkocji - odparł stanowczo. - A za dwie godziny, albo jak wolisz pięć godzin temu, będę na Rusi Zakarpackiej na weselu kumpla. W twoim towarzystwie, tylko, do jasnego dementora, przestań się dziwić, nie ma czasu, potem się zdziwisz. Wskakuj w kombinezon i weź jakieś ciuchy, żeby się przebrać stosownie do okoliczności.
- Odpada - oprzytomniała nagle. - Nigdzie nie idę. Nie mam się w co ubrać.
- Ty głupia kobieto! - prychnął, kręcąc głową z szerokim uśmiechem.- W wyjściówce pójdziesz i też będzie dobrze!
- Co to, to nie - odparła. Jeszcze czego, w szkolnej szacie na wesele. Wymyślić coś takiego, to naprawdę trzeba być mężczyzną. - Trza być w butach na weselu.
Nie była jakąś nawiedzoną Gryfonką, żeby w piątej klasie nie mieć żadnych cywilnych ciuchów.
Wyciągnęła z kufra szatę kupioną zawczasu na wesele brata. Brat miał się co prawda żenić w wakacje, ale w Hogsmeade można się było przy odrobinie inwencji ubrać nie gorzej niż na Pokątnej, a za to trzy razy taniej. I tak nikt ze szkoły ani z rodziny jej na tej imprezie teraz nie zobaczy.
Na włożenie kombinezonu wystarczyła jej minuta.
- Możemy iść - powiedziała, zapinając buty - ale właściwie dokąd?
- Na razie do starego Glasgow, za dwie godziny mamy naszykowany świstoklik do Użhorodu. Gotowa?
- Chryste Panie, to naprawdę...
- Nie mów do mnie Chryste Panie, bo mnie to peszy.
- Jak ty do mnie mówisz "święta Felicyto i Perpetuo", to jest dobrze?
- Mniejsza o to. Gotowa?
- Zaraz.. - zamrugała oczami - jak ty tu wszedłeś, te drzwi były zablokowane, faceci nie...
- Nauczyciele mieli podane zaklęcia, a nikt ich jakoś przez te trzy miesiące nie zmienił.
W pokoju wspólnym panowała cisza. Na fotelu przy kominku pochrapywała Hanna Abbott, przytulona do Erniego Macmillana.
- I tyle pożytku z tych zaklęć - skomentował Charlie szeptem, który słychać było chyba w wieży Gryffindoru.
Ernie podniósł głowę, nie otwierając oczu.
- Oczywiście, oczywiście - powiedział - to samo chciałem w tej chwili powiedzieć, kochanie.
- Nie zablokowali drzwi? - zdziwiła się Susan w hallu wejściowym, gdy Charlie otworzył drzwi zwykłą Alohomorą.
- Co człowiek zablokował, człowiek odblokuje - odparł. – Accio motor!
Susan widziała w życiu parę motocykli, ale to, co wyjechało z wysokich traw, było do nich mało podobne. Wielka, topornie wyglądająca konstrukcja z silnikiem na wierzchu, bez jakichkolwiek osłon, za to z dwoma siodełkami przypominającymi rowerowe, z których tylne znajdowało się chyba o stopę wyżej od przedniego.
- Wsiadaj i trzymaj się mnie mocno.
- Pojedziemy?
- Polecimy. Trzymaj się, mówię ci.
Usiadł na przednim siodełku i kopnął rozrusznik. Silnik zawarczał i umilkł.
- Ech, ruskie sprzęty, jacy ludzie, takie maszyny, twarde i odporne, ale jak trzy razy nie kopniesz, to nie zrozumie...
Susan milczała. Nieraz już przed spotkaniem z Charliem obiecywała sobie niczemu się w jego wykonaniu nie dziwić, ale nigdy nie wytrwała w tym postanowieniu dłużej niż pół godziny.

Już po pierwszej minucie lotu zrozumiała, że jeżeli Charlie mówi "trzymaj się mocno", to należy to traktować dosłownie. Leciał tuż nad dachami, w ostatniej chwili omijając dzwonnice i wieże kościołów, po czym, wyleciawszy nad morze, obniżył lot jeszcze bardziej.
Wspominał kiedyś, że nad morzem najlepiej lecieć na wysokości trzydziestu stóp, bo wtedy nie wpada się w zasięg mugolskich radarów, ale nigdy nie spodziewała się, że uzna za stosowne jej to zademonstrować w praktyce. W dodatku nad morzem tak wzburzonym, że bryzgi wody chlapały na nich.
- A teraz trzymaj się naprawdę mocno! - zażądał, dolatując do skał wysokiego brzegu.
Zamknęła oczy. Poczuła, że leży na plecach, wsparta czymś od tyłu - prawdopodobnie jakimś zaklęciem - a dwieście funtów Charliego leży na niej.
Ciężar zelżał. Otworzyła oczy. Gdzieś w dole migało jezioro świateł.
- Glasgow! - ryknął Charlie, przekrzykując warkot silnika. - Schodzimy!
- Ale błagam, misiu, już bez takich akcji! - krzyknęła mu w ucho.
- Bez. To znaczy muszę zrobić małą śrubkę, żeby nie zniżać się nad mugolskim terenem. Delikatnie, obiecuję.
Rzeczywiście, dotrzymał słowa. Leciał ostrożnie. Przynajmniej jak na niego.
Silnik ucichł. Lecieli po coraz ciaśniejszej spirali. Co chwilę Charlie wykonywał nerwowy ruch kierownicą, jakby znajdowali się wewnątrz niewidzialnego leja, a on unikał zderzenia z jego ścianą.
Z wieży ratusza wystrzeliła czerwona smuga. Potem druga. I trzecia.
- Piętnaście po jedenastej - powiedział Charlie. - Wszystko się zgadza.
- Skąd wiesz, że akurat piętnaście po jedenastej?
- Trzy czerwone smugi - odparł. - Kwadrans po nieparzystej.
- Zaraz, czekaj, jak to jest wesele, to my tam na sam koniec dotrzemy?
- Spokojnie, nie przejmuj się...
Ciśnienie powietrza zatykało jej uszy, kręciło jej się w głowie. W końcu wylądowali w kawiarnianym ogrodzie. Towarzystwo przy stolikach ostentacyjnie nie zwróciło uwagi na dwoje ludzi lądujących obok na latającym motocyklu i siadających przy jedynym wolnym stoliku.
Charlie wyjął z kieszeni coś, co wyglądało jak duży mugolski budzik
- Wiesz, co to jest?
- No nie powiedz, że zmieniacz czasu?
- Owszem.
Przez chwilę kręcił różnymi pokrętłami z tyłu budzika. Otoczył ich dym. Kiedy opadł, okazało się, że siedzą przy tym samym stoliku, ale jest jasno, a przy sąsiednich stolikach siedzi sporo gości, którzy nie zwracają na nich uwagi.
Charlie strzelił palcami.
- Herr Ober - mruknął.
Nad stolikiem wykwitł spory znak zapytania.
- Też jakiś ruski wynalazek? - zainteresowała się Susan. - Bez różdżki?
- Ano bez. Jest opracowanych parę użytecznych zaklęć.
- Wygodny patent.
- Życiowa konieczność. W wielu lokalach przy wejściu odbierają różdżki. Tak na wszelki wypadek. Rusini dobrzy ludzie, ale trochę nerwowi...
Jak spod ziemi wyrosła kelnerka.
- Pan uważa? - zwróciła się do niego.
- Dwie kawy - odparł. - Może zapłacę teraz?
Susan była nieco zdetonowana.
- W ogóle na mnie nie zwróciła uwagi!
- Tu jest Szkocja - odpowiedział.
- Byłam kiedyś z rodzicami w Szkocji i było inaczej...
- W mugolskiej może. Szkoccy czarodzieje tak mają. W lokalu, jak przychodzi para, kelner rozmawia z mężczyzną. Na Rusi jest jeszcze zabawniej, jak przychodzi parę osób, to kelner pyta, kto tu dowodzi, i przyjmuje od niego zamówienie dla wszystkich... mniejsza o to. Jest wpół do piątej, o piątej dwadzieścia mamy świstoklik do Użhorodu.
- A dalej jak?
- Też na motorze.
Dobrze, ale zaczekaj chwilę... - wstała i znikła za najbliższymi drzwiami.
Kiedy wracała, Charlie właśnie ściskał rękę potężnie zbudowanemu mężczyźnie w czarnym garniturze i popielatej koszuli z białym kołnierzykiem. Ze zdziwieniem rozpoznała w nim księdza, który wygłosił kazanie na jedynej katolickiej mszy, na jakiej była w Hogwarcie.
Ksiądz wyszedł, a Charlie krztusił się ze śmiechu.
- Co się stało? - zainteresowała się.
- A nic, na odchodnym stwierdził "Idę do domu i niech nikt się nie waży mnie budzić. To znaczy owszem, można mnie obudzić, ale tylko w przypadku zniesienia celibatu".
- A tak w ogóle to skąd wy się znacie? Ten ksiądz kiedyś miał kazanie w Hogwarcie, ale to już po twoim wyjeździe. Cudzoziemiec chyba.
- A znamy się. Główny duszpasterz polskich czarodziejów.

Charlie wyłączył silnik. Słychać było tylko szum wiatru. Obniżali się łagodnie, po spirali, do widocznej w dole szerokiej górskiej doliny.
Kiedy znaleźli się poniżej otaczających grzbietów, wiatr ucichł. Cisza dzwoniła w uszach. Księżyc wydobywał z ciemności widmowe, niemal przezroczyste zarysy domów i obejść. Przed niektórymi stały nietknięte krzyże i kapliczki, przeraźliwie realne na tle widm domów.
- Co to jest? - spytała zdetonowana. - Cmentarz? Wieś duchów?
- Raczej duch wsi - odparł. - Tu była mugolska wieś, ale inni mugole ją spalili, mieszkańców wywieźli na drugi koniec kraju. Lądujemy, jest zwyczaj, że się nad takimi miejscami nie lata.
Jeszcze nieraz miała się tej nocy przekonać, że znalazła się w miejscu, w którym "pryniato" albo "ne pryniato"(1) jest ostatecznym argumentem.
Pomiędzy widmowymi zarysami chat lądowali czarodzieje. Uwagi Susan nie uszło, że niewielu przylatuje na miotłach. Najpopularniejszym sprzętem latającym były różnego rodzaju kotły i beczki, sporo też młodych ludzi, którzy zdawali się łagodnie acz chybotliwie szybować bez użycia jakiegokolwiek sprzętu latającego.
- On lewituje? - spytała, wskazując Charliemu jednego z nich.
- Niezupełnie - uśmiechnął się. - Leci na pogrzebaczu. Może się nie zabije...
Nie zabił się, ale przy lądowaniu przekoziołkował kilka razy. Najwyraźniej nikt nie zwrócił na to uwagi. Chłopak wstał, podciągnął absurdalnie szerokie spodnie i wyciągnął z sakwy szatę.
Obok cerkwi zaś... zaraz, co to jest?
- No widzisz? - trącił ją w bok. - Nie mówiłem, że jak ktoś umie, to i na drzwiach od stodoły poleci?
Widziała kilka razy drzwi od stodoły, ale żadne nie były prostokątem pancernej blachy o wymiarach trzydzieści stóp na czterdzieści, jak obiekt, który właśnie opadł na trawę przy płocie okalającym widmo cerkwi, przywożąc chyba z setkę czarodziejów różnej płci i wieku. Wprawne oko zauważyłoby nieco zatarty, ale wciąż czytelny napis głoszący, że ongiś drzwi te stanowiły własność kołchozu „Czerwone Mleko”.
- Łokomotor worota!
Wiekowy acz krzepko wyglądający czarodziej wywijał różdżką, aż drzwi ułożyły się przy samej cerkwi.
- Sława Bihu! - pozdrowił ich.
- Sława na wiki! - odpowiedział wesoło Charlie.
- Na wesilia?
- A kudy?
- Prawda... Ce twoja żina?
- zainteresował się staruszek.
- Frairka.
- Widkida?
- Iz Anglii, ne razumieje po ruski.
- Dobre, szczo ja maju Mowne Ziele...
(2)
- Co on mówi? - spytała Susan.
- A nic, taka wymiana grzeczności, a skąd, a po co, a kto to, krótko rozmawialiśmy, bo się trochę spieszymy.
- To było krótko?
- Oczywiście, nawet go nie spytałem o zdrowie żony, dzieci i wnuków.
Wkrótce przekonała się, że jeśli nawet Charlie przesadził, nazywając tamto powitanie krótkim, to niewiele. Co chwila spotykali ludzi, którzy witali się z Charliem nie tyle jak ze starym znajomym, co jak z dawno nie widzianym bratem. Przynajmniej tak początkowo odbierała gesty ludzi biorących go w ramiona. Stopniowo zauważyła, że takie powitanie jest tu bardziej oczywiste niż w Anglii podanie ręki.
Z większością z nich wymieniał po parę zdań. Wkrótce zaczęła po intonacji zgadywać, że powinna się uśmiechnąć i ukłonić, co też robiła.
Za kolejnym zakrętem ujrzeli kilku czarodziejów, którzy najwyraźniej uznali za stosowne zacząć wesele jeszcze przed ślubem. Siedzieli przy drodze i śpiewali, obok zaś stał pokaźnych rozmiarów dzban.
Jaworzyna górom się kłania,
Spod obło...

zaczęli.
Jak na komendę kilkanaście osób przechodzących najbliżej wyrwało różdżki. Charlie również.
- Drętwota!
- Co to było? - zainteresowała się.
- To była taka piosenka-zaklęcie. Sprowadza deszcz. Nawet w wykonaniu mugoli, a co dopiero czarodziejów.
- I co, nie ma na to przeciwzaklęcia?
- Teoretycznie jest. Inna piosenka. Ale praktycznie to ona zatrzymała porządny deszcz raz, parę lat temu we Lwowie. Co prawda śpiewali ją głównie mugole, ale razem było ze trzysta tysięcy osób, a zaintonował ją czarodziej klasy Dumbla. No, jesteśmy na miejscu.
Susan zdziwiła się nieco. Spodziewała się, że ślub będzie w cerkwi, a nie w lesie.
W lesie, w którym w dodatku na korze drzew widać twarze.
- Mówiłeś, że idziemy na wesele, a to jest...
- Cmentarz - zgodził się. - Cmentarz, na którym leży rodzina pana młodego. I pod ich drzewem będzie ślub.
Pod drzewami stało dobre parę setek czarodziejów ze świecami w rękach.
- Chyba się spóźniliśmy - szepnęła Susan.
- Trochę, ale niedużo. Dopiero rozpalają ogień. To znaczy oni się tu modlą i śpiewają pewnie od dwóch godzin, ale samego ślubu jeszcze nie było.
Horiła sosna, pałała - zaczęli śpiewać czarodzieje.
Pieśń ciągnęła się długo, a te same słowa powtarzano po trzy razy i nawet Susan zaczęła je powtarzać, nie rozumiejąc.

...ej kosy, kosy wy moi,
Dołho służyły wy meni,
Dołho służyły wy meni...


- O czym to było? - spytała.
- Zdziwię cię: o warkoczach. Że długo służyły, a teraz się schowają... zresztą zobaczysz przy ślubie.
- Ale zaraz, widziałam i młode dziewczyny bez warkoczy, i kobiety z dziećmi bez nakrycia głowy...
- Ale do ślubu każda idzie z warkoczami.
- A jak się wcześniej krótko strzygła?
- To zapuszcza. Tutejszym kobietom szybko rosną. I wyszło tak, że długie warkocze to jest atrybut dziewczyny od dawna i trwale zajętej...
- I oczywiście zupełnie przypadkiem zapomniałeś mi o tym powiedzieć?
- Czekaj, nie rozumiem?
- Nie chodziło ci aby o to, żeby było widać, że jestem, jak to określiłeś, trwale zajęta?
- A owszem, chodziło. I, tak mimochodem, że ja jestem trwale zajęty. To źle?
Zamyśliła się. Właściwie nie... właściwie przecież tego chciała, ściągając go do Hogsmeade, chciała, żeby wszyscy widzieli, że jest jej i nikomu go nie odda - i żeby nikt nie robił planów związanych z nią.
Nad głową popa i nowożeńców na tle drzew pojawił się obraz. Brodaty święty w nakryciu głowy przypominającym koronę. Po obu stronach zaczęły się pojawiać kolejne, mniejsze obrazy, w trzech rzędach. Susan ze zdziwieniem zauważyła, że mocno to przypomina kaplicę Hogwartu w czasie katolickiej mszy.
- Takie same obrazy jak u katolików? – zdziwiła się.
- A bo?
- A bo jak byłam w Hogwarcie na katolickiej mszy, to też były trzy rzędy obrazów, i taki święty pośrodku i w ogóle.
- To w Hogwarcie są takie same jak u prawosławnych – odparł Charlie. – Malarz, który urządzał kaplicę na potrzeby katolików, był unitą, znaczy... no mniejsza o to, co to znaczy, są tacy katolicy, co mają kościoły urządzone jak cerkwie. I cerkiewne obrzędy też.
Czarodzieje stojący na przedzie odpalili świece od ogniska. Susan wyciągnęła różdżkę i przytknęła do świecy.
- Schowaj to! - syknął Charlie. - Nie ma zwyczaju. Odpal ode mnie albo od jakiejś kobiety.
Spojrzała na niego zdziwiona, ale schowała różdżkę. Odpaliwszy w chwilę później swoją świecę od świecy Charliego, chciała podać ogień sąsiadowi. Ten spojrzał przerażony na nią, jeszcze bardziej przerażonym spojrzeniem obrzucił Charliego i pospiesznie odpalił świecę od czarownicy stojącej po jego drugiej stronie.
Nic nie rozumiem, pomyślała. Ale może nie muszę...
Kręciło jej się w głowie. Dym z setek woskowych świec miał w tym swój udział, ale to nie tłumaczyło wszystkiego. Godzinę temu leżała w swoim łóżku w Hogwarcie i próbowała nie myśleć o tym, jak, będąc prefektem, nie zostać świnią ani męczennikiem. Teraz stała w nocy na cmentarzu wśród tłumu ludzi mówiących dziwnym językiem i przyglądających jej się bardzo uważnie. Wielu z nich przywitało się z Charliem jak ze starym znajomym, więc nie dziwiła się, że jej się przyglądają, zwłaszcza że jej strój był - dlaczego on jej nie uprzedził? - nieco zbyt śmiały w porównaniu z tym, co miały na sobie inne dziewczyny.
Charlie próbował tłumaczyć kolejne pieśni. Uciszyła go. Wolała słuchać nie rozumiejąc.
- Będzie kazanie, to mi przetłumaczysz.

Drodzy moi!
Są trzy rzeczy, które potrafi każdy idiota. Znacie to?

Susan przemknęło przez głowę, że Charlie prawdopodobnie tłumaczy swoimi słowami.
Znacie? To posłuchajcie. Te trzy rzeczy to: drogo kupić, tanio sprzedać, źle się ożenić. Z tych trzech trzecią najłatwiej zrobić niechcący. I najtrudniej naprawić. Jeśli drogo kupiłeś, tanio sprzedałeś – to może się odkujesz. Coś się uda tanio kupić, coś innego drogo sprzedać – i wyjdziesz na swoje. Ale kto się źle ożeni, już tego nie odkręci. Już nigdy nie będzie kawalerem ani panną. Kiedy Dmytro i Oksana przyszli do mojego biura, niewątpliwie rzuciła im się w oczy tabliczka „Po odejściu od ołtarza reklamacji nie uwzględnia się”. Rozbawiło ich to bardzo, widziałem w ich oczach pytanie: a co ja bym tu miał, czy miała reklamować?
Ale, drodzy moi, nie tylko ten źle się żeni, kto wybiera złą osobę, albo kto poślubia osobę, której nie kocha czy która nie kocha jego. Bywa i tak, że się pobierają ludzie stworzeni dla siebie, a małżeństwo jest złe. Bo, kochani, ludzie ciągle zakochują się w sobie – to żadna sztuka. Potem trzeba na to uczucie chuchać, dmuchać, pielęgnować, bo to ma starczyć na, daj wam Boże jak najdłuższe życie, na dziesiątki lat. Inaczej najlepsze uczucie, jakie może być między ludźmi, może się przerodzić w najgorsze. Wiecie, co jest najgorsze ze wszystkiego, co może być między ludźmi? – zawiesił na chwilę głos. – Nie, nie macie racji. To wcale nie jest nienawiść. Jeżeli cię nienawidzę, jesteś dla mnie kimś. Jesteś osobą. Jesteś godny mojej uwagi. Ja coś do ciebie czuję. Od nienawiści do miłości nie jest wiele dalej niż od miłości do nienawiści. Najgorsza, moi drodzy, jest obojętność.
Kiedyś widziałem pijanego czarodzieja dyskutującego z magicznym artefaktem. Stał przed drzwiami prowadzącymi na ulicę czarodziejów w Paryżu i próbował z nimi rozmawiać. Drzwi otwierały się same, kiedy zbliżał się do nich czarodziej, a zamykały, gdy odchodził. On podszedł, drzwi się otworzyły. Zdziwił się, cofnął o krok. Drzwi się zamknęły. Tak podchodził, odchodził i próbował rozmawiać z tym kimś, kto te drzwi otwiera i zamyka. Potem mu zaczął wymyślać, a na koniec niemal płakał, krzycząc „W mordę nie dasz, wódki nie postawisz, tylko umiesz patrzeć i te drzwi otwierać!”
Ja też mu w mordę nie dałem, ani wódki nie postawiłem. Ani nie zrobiłem tego, o czym tak naprawdę mówił – nie zatrzymałem się, nie zagadałem. Poszedłem dalej. Bo się spieszyłem. Bardzo się tego wstydzę. Bo nie dałem mu tego, czego rozpaczliwie potrzebował, a co mogłem dać. Tylko musiałbym go zauważyć.
Kochani, wielu z nas wobec bliskiej osoby – męża, żony, dziecka – postępuje jak ten artefakt. Wykonujemy swoje obowiązki i dziwimy się, o co chodzi? Ugotowalam obiad? Ugotowałam. Przyniosłem pieniądze na życie? Przyniosłem. No to o co chodzi?
O drobiazgi, kochani. Bardzo często o drobiazgi. Nie przypadkowo wybrałem Ewangelię, której fragment jeszcze raz przytoczę: Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. A należało i jedno czynić, i drugiego nie zaniedbywać.
Jedno i drugie, kochani. Wszyscy wypominają faryzeuszom, że zajęci drobiazgami zapomnieli o sprawach wielkich. Ale to nie znaczy, że należy zapominać o drobiazgach. To jest pułapka i na mężczyzn, i na kobiety. I ja w nią kiedyś wpadłem. Kiedy zwierzyłem się przyjacielowi, że jakoś ostatnio źle mi się układa z żoną, zapytał, czy ją kocham. Oczywiście, mówię, co za pytanie? A on na to: a kiedy jej to ostatnio mówiłeś? Osłupiałem. Przecież powiedziałem, jak jej się oświadczałem, podtrzymałem przy ślubie, gdyby coś się zmieniło, tobym powiedział!
Trzeba o tym mówić. Za chwilę przysięgniecie sobie miłość, wierność i uczciwość. Nie ma przysięgi, że będziecie dla siebie mili. Ale bądźcie. Kochacie się? Mówcie to sobie. Lubicie się? Okazujcie to sobie. Jedni mówią: ślub to moment, od którego mężczyzna przestaje przynosić kobiecie kwiaty, a zaczyna jarzyny. Drudzy mówią: bo przed ślubem kobieta wygląda jak kwiat, a po ślubie jak jarzyna. No i po co? Przynoś jej dalej kwiaty. Wyglądaj dalej jak kwiat, a nie jak jarzyna. Nie narażajcie się nawzajem na pokusy. Jeśli będziesz jej przynosił jarzyny, narażasz ją na pokusy ze strony tych, którzy przynoszą kwiaty. Jeżeli będziesz wyglądała jak jarzyna, nie miej pretensji, że się ogląda za tą, która wygląda jak kwiat.
Napisał sobie na biurku pewien mugolski polityk:
Gospodarka, idioto, gospodarka! A ja wam dziś mówię – wypiszcie sobie nie na biurku, lecz w głowach: Drobiazgi, człowieku, drobiazgi!
I będzie dobrze. Nie ma się co denerwować. Nie wy pierwsi wstępujecie w związek małżeński. Miliony par przed wami zdecydowało się na ten krok. I miliony zdecydują się po was. Małżeństwo jak wino – dla ludzi, ale dla mądrych.

Pop zamilkł na chwilę, rozejrzał się po obecnych. Uśmiechnął się.
Podnimajsia, raboczyj narod!(3)
Susan nie musiała rozumieć słów, by z reakcji zgromadzonych wywnioskować, że słowa popa nie pochodziły z mszału.
Czarodzieje wstali, kierując różdżki w stronę pary młodej. Dookoła pary młodej, świadków i popa pojawiła się gęstniejąca mgła. Widać było, jak młodzi stoją oparci prawymi rękami o pień i coś mówią.
Wieńce zetknęły się i stopniowo zamieniły w jeden duży.
Pieśń umilkła, obłok znikł. Znikły też warkocze panny młodej, a pojawił się rzeczywiście biały welon.
- Pocełuj twiju żinu! - zawołał pop. Pan młody wykonał polecenie najlepiej jak umiał.
- Mazełtow! Mazełtow! - krzyknęli wierni, wyciągając różdżki. – Accio wino!
Nie wiadomo skąd nadlatywały maleńkie kieliszki z czerwonym winem. Do nich również. Rusini przepijali do sąsiadów. Charlie również nadpił kieliszek sąsiadki z prawej strony, a swój podał do nadpicia Susan. Po kłopotach ze świecą nie była pewna, co zrobić, ale po krótkim namyśle podała swój kieliszek sąsiadowi z lewej.
- Co zrobić z kieliszkiem? - zapytała.
- Wypij, rzuć na ziemię i rozdepcz obcasem - odpowiedział.
W pierwszej chwili myślała, że żartował, ale rozejrzawszy się, zauważyła, że wszyscy tak właśnie robią.
- Dlaczego tamci nie używają różdżek? - spytała, wskazując na grupę brodatych mężczyzn i czarno ubranych kobiet.
- Bo są mugolami – odpowiedział Charlie.
- Jak to? Tutaj?
- Żydzi – wyjaśnił. – Za Grindewalda, jak tutaj po mugolskiej stronie mordowano Żydów jak leci, na Zakarpaciu żydowscy czarodzieje ściągali swoich mugolskich krewnych do naszego świata. Zakarpackie Ministerstwo stwierdziło, że chrzani konwencję o tajności. A potem okazało się, że ci Żydzi nie mają dokąd wracać. To zostali. Żyją wśród czarodziejów, żenią się między sobą albo mieszają z czarodziejami i jakoś tam funkcjonują. Zresztą ten obrzęd z kieliszkami jest właśnie żydowski...
Drzewa zaszumiały, zrazu cicho, potem coraz głośniej, choć w dole nie czuło się wiatru. Szum liści zagłuszył gwar głosów, potem stopniowo wszystko ucichło. W ciszy rozległa się pieśń. (4)

Z Bogiem bądźcie, aż się zejdziem znów,
Niech on was swą radą wodzi,
Od wszelkiego zła odgrodzi...


Nowożeńcy wraz ze świadkami odwrócili się i odeszli od ołtarza. Goście rozstąpili się, śpiewając dalej.

...aż się zejdziem znów,
Niech skrzydłami was okrywa,
Niech na niczym wam nie zbywa...


Młodzi przeszli przez śpiewający szpaler i odeszli między drzewa.

...aż zejdziemy się u Zbawcy stóp,
Aż się znów, zejdziem znów,
Aż u Zbawcy stóp się zejdziem znów.


- To już? - zdziwiła się Susan.
Charlie zakrztusił się.
- Pewnie, że nie. Dopiero się zaczyna.
Po raz co najmniej dziesiąty od wylotu z Hogwartu postanowiła nie zadawać zbędnych pytań. Zresztą Charlie nie czekał na pytanie.
- Idą na miejsce wesela. Jak tam przyjdziemy, będą nas witać jako małżeństwo. Nas to nas, ale rodziców obu stron również. Że to od teraz oni są na swoim, a rodzice są ich wspólnymi gośćmi.

- Wona ne razumieje...
Powtarzał to już chyba dwudziesty raz. Znał wielu gości tego wesela, a oni, przyzwyczajeni, że on zna ich język całkiem nieźle, instynktownie spodziewali się tego samego po jego dziewczynie.
- Ne razumieje? - zafrasował się sąsiad. - Poczekaj, pidu do Mykoły, won maje Mowne Zilia...(5)
Po chwili wrócił, niosąc potężną fajkę wodną i jakieś zawiniątko.
Ułożył na palniku zawartość zawiniątka, wysypał na nie kilka węgli i owinął wszystko razem rulonem czegoś, co przypominało cienką smoczą skórę.
- Incendio!
Z rulonu wydobył się łagodny obłoczek dymu.
- Co to jest? - spytała.
- Mowne Ziele - wyjaśnił Charlie. - Od tego starika, z którym rozmawiałem we wsi. Jak z nami zapalisz, to co prawda dalej nie będziesz rozumiała po rusku, ale będziesz mogła razem z nami śpiewać. Zawsze coś.
- Dawaj, zakurim! - czarodziej, który przyniósł fajkę, zaciągnął się głęboko. Woda zabulgotała, ziele rozżarzyło się. Czarodziej przymknął oczy, wypuścił z nozdrzy lekko świecący obłok błękitnego dymu i podał cybuch Susan.
- I co ja mam z tym zrobić?
- Pociągnąć, chwilę przytrzymać w płucach i powoli wypuścić dym nosem. Ostatecznie ustami. Powoli. Nie dmuchać.
Z pewnym wahaniem włożyła ustnik do ust.
I dmuchnęła.
Woda zabulgotała wściekle. Z ziela buchnął obłok siwego dymu. Rusini wznieśli oczy ku niebu.
Następne kilka minut wypełniła zacięta walka o ponowne rozpalenie ziela, zakończona odkryciem, że ziele raz ugaszone wodą nie nadaje się do ponownego użytku. Równocześnie czarodzieje spierali się, czy ktoś powiedział Susan, żeby nie dmuchała, czy też w ferworze przygotowań o tym zapomniano, albo też Charlie nie przetłumaczył. Dyskusja doprowadziła do zgodnego wniosku, że teraz i tak się tego nie ustali, może powiedzieli, może nie powiedzieli, ale w każdym razie należy wypić jej zdrowie.
Jak pomyśleli, tak zrobili. Susan z pewną nieufnością patrzyła na podany jej napój, zwłaszcza że Charlie na pytanie, z czego to zrobione, odpowiadał, że z klukwy, i twardo odmawiał bliższych wyjaśnień. Wypiła. Zaciągnęła się dymem Mownego Ziela i przyłączyła się do śpiewu.

Czom ty ne pryszoł,
Jak mesiac iszoł,
Ja tebe czekała!
Czy konia ne mał,
Czy styżki ne znał,
Maty ne puskała?

I konia ja mał,
I styżku ja znał,
I maty puskała -
Najmensza sestra,
Bodaj ne wzrosła,
Sidelce schowała...


- Leszcz – mruknął Charlie.
- Kto? – zdziwiła się.
- Ten z piosenki.
- A bo? W razie gdybyś nie zauważył, ja dalej nie rozumiem słów. O czym to jest?
- Dziewczyna marudzi, dlaczego nie przyjechał, a on mówi, że nie mógł, bo co prawda miał konia, ale siostra schowała siodło... swoją szyną gdyby Ginny mi wycięła równorzędny numer, toby już nie żyła... w każdym razie leszcz, bo bez siodła też się da, zupełnie jakby ktoś twierdził, że nie mógł polecieć na miotle, bo nie miał uchwytu przy stylisku...
Susan otworzyła usta, ale ugryzła się w język. Tłumaczenie wstawionemu Charliemu, że jest jedynym znanym jej czarodziejem, który lotu na miotle bez uchwytu nie uważa za wyrafinowaną formę samobójstwa, było w oczywisty sposób bezcelowe.
- ...zresztą nieważne. Polać?
- Na razie nie. Mam prośbę... jeżeli to by się tu dało... możesz mi przynieść herbaty?
Charlie spojrzał na nią wzrokiem skacowanego gumochłona.
- Spróbuję.
Odszedł od stołu. Długo nie wracał. Wstawszy, zobaczyła, jak stoi przy ognisku i rozmawia z kimś najwyraźniej nie do końca rozumiejącym, co się do niego mówi.
Kiedy wstała znowu, zobaczyła, jak Charlie idzie w jej stronę, powtarzając coś donośnym głosem, a ludzie się rozstępują. Nadstawiła ucha.
- Ja pjanyj, nesu kipiatok! – usłyszała. – Ja pjanyj, nesu kipiatok! Ja pjanyj...
- Jakieś zaklęcie na torowanie drogi? – zainteresowała się, kiedy postawił przed nią szklankę dymiącej jeszcze herbaty.
- E tam zaklęcie. Chociaż właściwie można uznać. Żadnej magii w tym nie ma, po prostu mówiłem ”Jestem pijany, niosę wrzątek”. Na ogół działa.

Susan musiała przyznać, że Mowne Ziele, choć przy aplikowaniu drapie w gardle, jest doskonałym wynalazkiem. Przestawała czuć, że jest nietutejsza. Tylko chwilami, śpiewając na przykład, że

a ja maty prawdu skażu,
Szczo s Kozakom spaty łażu,
A ja maty pryznajusia,
Szczo z Kozakom lubujusia
(6)

miała wrażenie, że słowa piosenek, które śpiewa, wprawiają patrzących na nią Rusinów - a także jej ukochanego, który właśnie bębnił palcami obu rąk po stole, symulując energiczną grę na fortepianie - w doskonały humor. Ale po trzecim kieliszku mocnego czerwonego wina, o ile naczynie o objętości przeciętnej szklanki można było nazwać kieliszkiem, i to przestało ją obchodzić.
Z pewną obawą myślała o dalszym ciągu imprezy. Nigdy nie była na weselu, tym bardziej w kraju, który niekoniecznie potrafiłaby wskazać na mapie, ale w każdym razie kojarzyło się jej ono z imprezą, na której się tańczy. Jakoż istotnie tuż obok kłębił się tłum tańczących czarodziejów i żydowskich mugoli. Tańczące kręgi wyginały się, wybrzuszały, chwilami plecy weselników zderzały się z oparciem ławy, na której siedziała. Charlie wyraźnie miał dużą ochotę dołączyć do zabawy. Ona ze swej strony bala się trochę znalezienia się w środku tego młyna.
Świat szlabanów, SUMów i rżnięcia głupa przed Umbridge odpływał. Wiedziała, że istnieje, ale miała wrażenie, że ostatnio była w nim w zeszłym stuleciu.
Charlie przytulił ją z całej siły.
- Idziemy!
W chwilę później znalazła się w kręgu tańczących, śpiewając wraz z nimi na całe gardło coś, czego nie rozumiała. Pośrodku pojawiło się kilka osób i w chwilę później okazało się, że wewnątrz kręgu, w którym się znajdowała, tańczy drugi, obracając się w przeciwną stronę. Coś jej mówiło, że lepiej nie patrzeć na obiekty nieruchome...
Muzyka ucichła na chwilę. Charlie przycisnął ją do siebie.
- Chcesz usiąść? – zapytał.
Otworzyła usta, żeby powiedzieć, że tak, ale w tej samej chwili zrozumiała, że wcale nie chce siadać. Chce tańczyć dalej, z nim i z tymi wszystkimi dziwnymi ludźmi, zapomnieć, że było jakieś przedtem i będzie jakieś potem, a po kolejnym kielichu nalewki z klukwy, cokolwiek to jest, i kolejnych paru tańcach zapomnieć także, że jest jakieś gdzie indziej. Bo pierwsze gdzie indziej, jakie jej przychodziło na myśl, nadawało się wyłącznie do tego, żeby o nim zapomnieć.
Najwyraźniej doskonale o tym wiedziało i broniło się rękami i nogami.
- Nie! – odpowiedziała z przekonaniem.
W chwilę później znalazła się w kolejnym kręgu. Krąg rósł. Po czym zmienił kształt. Ramię Charliego z jednej strony, a jakiegoś jasnowłosego drągala z drugiej pchało ją do przodu. Krąg zamienił się w elipsę, ludzie z naprzeciwka zbliżyli się do niej na dwie stopy. Czuła opary piwa, wina, samogonu i jakichś cieczy, których nie potrafiłaby nazwać.
Krąg rozszerzył się. I znowu zaczął się spłaszczać. Nagle Charlie ostrym naciskiem zgiął ją wpół, żeby w ułamek sekundy później sam ledwo uniknąć zderzenia z wezbranym biustem wiedźmy mającej tak na oko sześć i pół stopy wzrostu.
Nie zauważyła, kiedy i ten krąg się rozwarstwił, kiedy znalazła się w mniejszym kręgu wewnątrz. I ten krąg zmieniał kształt. Czasem czuła, że jest o nią jedną za dużo, że traci grunt pod nogami, że wisi na wykręconych do tyłu rękach. Nie zważała na to. Stopniowo przestawała zauważyć cokolwiek. Istniała tylko ona, Charlie, potem dłuuuugo nic, potem to towarzystwo dookoła, a potem... nie było żadnego potem.
- Siadamy?
- Nie!
Serce waliło jej jak młotem. Wiedziała, że powinna odpocząć. Ale tego nie czuła.
W jakimś obłędnie długim wężu przelatywała między stołami, by w chwilę później znaleźć się w kolejnym kręgu. Wewnątrz niego nagle pojawili się czterej młodzi ludzie w czarnych bluzach z wyhaftowanym srebrnym trójzębem na niebiesko-żółtym tle, spleceni w ciasnym kręgu obracającym się z dużą prędkością i obijającym o tańczących. W oczywisty sposób umyślnie wpadali na innych – i najwyraźniej nikt nie miał im tego za złe.
Czasem ktoś padał na ziemię. Nie robiło to na innych wrażenia – tańczyli jedynie tak, żeby go nie rozdeptać. Nikt też nie zwrócił uwagi, gdy spotkało to człowieka, którego Charlie chwilę wcześniej wskazał jej jako ukraińskiego wiceministra magii. Dygnitarz podniósł się, otarł pot z czoła, poprawił zapiaszczoną szatę i, najwyraźniej uznając incydent za niebyły, dołączył do kręgu.
Nie ma Dolores. To tylko zły sen. Nieważne, że znowu się przyśni.
Usiedli znowu przy stole.

Lisom, lisom za boramy
Chodme, myłyj, za hrybamy,
Heja hej, lełyja,
Lubowania to wełyka pasyja.
A my hrybiw ne zberały,
Łem zaś my sia lubowały,
Heja hej...
(7)

- Akurat tyle twojego, co na tych grzybach - prychnął, przechylając się do Charliego przez dwóch sąsiadów i dysząc oparami płynu hamulcowego, stary czarodziej w mugolskiej wojskowej kurtce z charakterystycznym emblematem dwóch błyskawic. Jego wygląd wyraźnie wskazywał, że pił już w życiu wszystko, co się nadaje do picia, może z wyjątkiem lepiku do dachu. - Znajdzie sobie lepszego, tylko niech podrośnie, a na razie zawsze miło, że ktoś ją z tego przedszkola na zabawę miedzy dorosłych ludzi zabierze...
- A co ty tam wiesz! - prychnął Charlie.
- Swoje wiem, swoje widzę, a co tobie się zdaje, że ona cię kocha?
- A może nie?
- A sprawdziłbyś? Teraz, zaraz? Nas zde bahato, muzyka hraje, no, jak?
Charlie zawahał się.
- A widzisz? - uśmiechnął się tamten ze złośliwą satysfakcją.
A niech tam, pomyślał. Potarł parę razy różdżką o ramię, jakby grał na skrzypcach, i z rozmachem postawił czubkiem na stole.
- Zastawka!
Susan rozejrzała się niepewnie. Wokół nich zrobiło się cicho, wzdłuż stołu przebiegł szmer. Niejasno czuła, że może to mieć związek z rozmową Charliego z tym zarośniętym dziadem.
- Wizlej robyt zastawku!
- Wyzlej, szczo ty... - powiedział niepewnie stary czarodziej - ja żartował... Wiesz, co się stanie, jeżeli ona cię nie kocha tak, jak ci się zdaje? Narażasz siebie i ją...
- Kocha, kocha. I nie tak, jak mi się zdaje, tylko bardziej.
Ostra muzyka rozsadzała stodołę. Czarodzieje wstawali od stołów, czarownice pozostały na swoich miejscach. Charlie pociągnął Susan za rękę w stronę tańczącego kręgu.
- Tam są sami faceci - zaprotestowała.
- Czekają na nas - oświadczył.
Przyłączyli się do kręgu. W chwilę później wciągnął ją do środka. Czuła się trochę jak na scenie, ale nie przeszkadzało jej to. Jeśli chodzi o taniec, nie miała się czego wstydzić. Partner też był niczego sobie.
Czarodzieje w kręgu wyciągnęli różdżki i skierowali je w podłogę dookoła nich. Z różdżek wytrysnęły pomarańczowe promienie. Charlie prowadził ją do coraz dziwniejszych figur.
- Nie patrz pod nogi! - ostrzegł.
Poczuła, że coś jest nie tak. Czuła grunt pod nogami, ale wszyscy dookoła jakby się zapadali w ziemię. I dachy był jakby bliżej. Jakby kawałek podłogi, na którym tańczyli, zaczął się unosić, podparty pomarańczowymi promieniami.
Przestali się unosić. Byli w połowie wysokości stodoły, chyba z dziesięć stóp nad ziemią. Charlie skinął głową. Z dołu rozległ się pomruk zdziwienia. Znowu się wznosili. Coraz wyżej. Dopóty, dopóki więźba dachowa nie zaczęła przeszkadzać w tańcu.
Spojrzała w dół. Na miotle to jednak było co innego...
Łagodnie opadli na ziemię. Muzyka przestała grać. Rusini kręcili głowami, niektórzy podchodzili do Charliego i najwyraźniej mu gratulowali.
- Co to było? - spytała.
Uśmiechnął się łobuzersko.
- Powiem ci po ślubie.
Chciała zaprotestować, że na razie o żadnym ślubie nie było mowy, ale nie mogło jej to przejść przez gardło. Zupełnie nie wiedziała, dlaczego.
- To chociaż powiedz, czego oni ci gratulowali?
- Ciebie.
Nie rozumiała też, dlaczego Charlie takim strasznym wzrokiem patrzył na swojego poprzedniego rozmówcę, usłyszawszy:
- Ja dla tebe zamowił "Mładu żenu".
I dlaczego najwyraźniej z lekkim zażenowaniem śpiewa refren:

A na szczo mi, na szczo młada żena,
Koł' ja mam sam zo sobom dost traplenia...
( 8 )

c.d.n.

(1) "Jest zwyczaj" albo "nie ma zwyczaju".
(2) – Pochwalony! – Na wieki! – To twoja żona? – Moja dziewczyna. – Skąd? – Z Anglii, nie rozumie po rusku. – Nie rozumie? Dobrze, że mam Mowne Ziele.
(3) Powstań, ludu roboczy!
(4) Sł. Jeremiah Eames Rankin, muz. William Gould Tomer.
(5) Ona nie rozumie... – Nie rozumie? Pójdę do Mikoły, on ma Mowne Ziele.
(6) A ja powiem mamie prawdę,
Że chodzę z Kozakiem do łóżka,
A ja się mamie przyznam,
Że się z Kozakiem kocham.
(7) W lesie, w lesie, za borami
Chodźmy, miły, na grzyby (...)
A myśmy grzybów nie zbierali,
Tylko się kochaliśmy.
(8) A po co mi, po co młoda żona,
Jak ja mam sam ze sobą dosyć kłopotów?
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 07.02.08, 00:42

ROZDZIAŁ SZÓSTY
w którym Dolores Umbridge postanawia pokazać, kto tu rządzi,
a różne osoby pojawiają się tam,
gdzie się ich wcale nie spodziewano,
co ostatecznie, jak było do przewidzenia,
kończy się pijaństwem


Odcinek 12

Hogwart, sobota, 18 maja 1996 wieczorem


- Mów co chcesz – upierał się Zachariasz Smith. - To nie jest normalne, że koło szkoły latają motocykle.
Susan przysłuchiwała się tej rozmowie z mieszanymi uczuciami. Cieszyło ją, że Smith po dwóch miesiącach zaczął się zachowywać w miarę normalnie. Z drugiej strony rozmowa przybierała nieco niezręczny obrót.
- Posunąłbym się dalej - poparł go Justyn swoim jak zawsze nieskazitelnie uprzejmym tonem. - Nie wydaje mi się normalne, że gdziekolwiek latają motocykle.
- Widocznie trzeba, żeby latały - uśmiechnęła się.
- Hej, Su, ty coś wiesz! - ożywił się Ernie Macmillan.
- Coś tam wiem - skinęła głową. - Znam numerologię i parę innych rzeczy.
- Aha – mruknął sarkastycznie Ernie. – Ze wskazaniem na parę innych rzeczy.
Miała szaloną ochotę dać mu do zrozumienia, że wie, iż Ernie zeszłej nocy, udowadniając Hannie, że jest ssakiem, przy okazji dał podstawę do podejrzeń, że jest gryzoniem. Ale zrezygnowała. Niech się dzieci bawią.
Dzieci. Tak o nich myślała od pewnego czasu. Na szybkobieżnie tasujące się pary rówieśników patrzyła z politowaniem. Czasem tylko czuła lekką zazdrość. Jakich one chłopaków mają, takich mają, ale ich mają na miejscu. Mogą się do nich przytulić i przestać myśleć.
Charlie był wielki oraz jednokrotny, ale był daleko. Żeby nie myśleć, mogła albo pić, albo się uczyć. Tego wieczoru postanowiła zastosować ten drugi sposób.
Od pokoleń uczniowie Hogwartu powtarzali, że Hogwart byłby bardzo miłym miejscem, gdyby nie było trzeba się tam uczyć. A już tacy, dla których nauka była ulubionym zajęciem, byli istnymi zielonymi sowami. Susan w każdym razie do nich nie należała. Do wiosny tego roku. Ostatnio jednak, czego nie przewidywała w najśmielszych snach, uważała, że nauka jest jednym z najprzyjemniejszych sposobów spędzania czasu w Hogwarcie. Już nawet mniejsza o SUMy – idąc za radą Charliego, postanowiła nie dać się zwariować, nie poddać się powszechnej wśród piątoklasistów histerii, i nawet całkiem nieźle jej się to udawało. Po prostu był to jakiś sposób na wyłączenie się. Byle nie historia magii, bo wszystko jej się tam kojarzyło z ostatnimi wydarzeniami.
Teraz właśnie siedziała nad dotkniętym nieuleczalną nadwagą podręcznikiem zoologii magicznej. Program na wieczór był jasny – kuć, aż oczy się zaczną kleić, potem odłożyć książki, przeczytać na dobranoc jakiś sympatyczny psalm, położyć się, pomyśleć o Charliem i zasnąć, zanim zdąży pomyśleć o czymś mniej przyjemnym.
Psalm... Od pewnego czasu przestała przed snem odmawiać pacierz. Zbyt trudno przechodziły jej przez gardło słowa "jako i my odpuszczamy". Z pewną irytacją stwierdziła, że trudno liczyć na Boską sprawiedliwość, bo albo się w Boga nie wierzy, albo się w Niego wierzy – a w tym drugim przypadku trzeba wierzyć w Jego nieograniczone miłosierdzie i w to, że nawet Dolores Umbridge ma duszę nieśmiertelną, choć na to nie wygląda. Stanowczo lepiej radził sobie w tym zakresie Goldstein. Być może Nowy Testament lepiej uczył miłości, ale im teraz potrzebniejsza była nadzieja. Stary Testament taką nadzieję dawał i Goldstein z niezachwianą pewnością twierdził, że sprawiedliwi są skazani na sukces i wcześniej czy później Pan uderzy Dolores Umbridge wrzodem egipskim, guzami odbytu, świerzbem i liszajem, a jak się dobrze zdenerwuje, to również złośliwymi wrzodami na kolanach i udach, z których nie będzie się mogła wyleczyć, od wierzchu głowy aż do stopy nożnej.
- Szczerze mówiąc, wolałabym, żeby zaczął od uderzenia jej przytępieniem umysłu – skomentowała to wtedy Hermiona.
Na razie jednak Dolores Umbridge kwitła jak pączek w maśle, obficie zlany różowym lukrem, a przytępienie umysłu groziło raczej wiecznie niedospanym piątoklasistom.
Zwłaszcza w obliczu podręcznika napisanego najwyraźniej przez niespełnionego poetę, informującego czytelnika, że leksztoń grabarz jesienią ze sfermentowanych liści gruszki wysysa alkohol i pod zgubnym wpływem takowego niszczy drzewa i inne meble w salonie przyrody... Jakżeż ten grafoman się nazywa? Spojrzała na kartę tytułową. Lilpop. Aha, no jasne, fabryka Lilpopa. Fabryka Lilpopa, róg Złotej, Pokątna, adresy się mylą... Nie, zaraz, stop. Nie dość, że mówię na głos do siebie, to jeszcze bez sensu. Dosyć na dzisiaj, pomyślała.
Wróciła do dormitorium. Sięgnęła po Biblię. Usiadła na łóżku.
Nauczona doświadczeniami z Charliem postanowiła sprawdzić, czy rzeczywiście w Biblii jest coś o wrzodzie egipskim i innych interesujących przypadłościach, czy też Goldstein ma równie twórcze podejście do tekstu Pisma. Za bardzo przypominało jej to wiązanki w rodzaju "oby ci zęby powypadały ze ślubnej fotografii". Gdzie to miało być? Powtórzonego Prawa?
W końcu powiedział: nie przyszedłem, aby zmienić Zakon, lecz żeby Zakon wypełnić...
Jest. O, faktycznie. Przekleństwa za występki. Tu akurat przetłumaczone "niemocą zadnicy, świerzbem i parchem", tyz piknie. Wczytała się głębiej w tekst. Twój trup będzie strawą wszystkich ptaków powietrznych i zwierząt lądowych, a nikt ich nie będzie odpędzał. Dobrze, ach, dobrze cholerze... Przestraszyła się swoich myśli, ale czytała dalej. Wywołasz grozę, wejdziesz do przysłowia i w pośmiewisko u wszystkich narodów, do których zaprowadzi cię Pan. Uśmiechnęła się zgryźliwie. Do tego to ta gangrena już jest na prostej drodze, pomyślała.
Spojrzała wyżej. Błogosławieństwa za wierność. Błogosławiony będzie owoc twego łona, plon twej roli, przychówek twych zwierząt, przyrost twego większego bydła i pomiot bydła mniejszego... więc to stąd te życzenia urodzinowe Goldiego! Wyda Pan w ręce twoje nieprzyjaciół twoich, którzy powstaną przeciwko tobie. Jedną drogą wyjdą przeciwko tobie, a siedmioma drogami uciekać będą przed tobą...
Zmęczone oczy odmawiały posłuszeństwa. Litery zacierały się. Biblia zsunęła się na podłogę. Usnęła w ubraniu.
Śniło się jej, że leci na drzwiach od kołchozowej stodoły nad widmową doliną i gra w gwinta z Charliem i z Winstonem Churchillem, który palił cygaro i strzepywał popiół na zewnątrz drzwi. Drobinki popiołu zamieniały się w mannę i spadały w dół, wirując w świetle księżyca jak płatki śniegu. Potem Charlie gdzieś znikł. Rozejrzała się i zobaczyła, że Charlie stoi na najbliższym wzgórzu, a na innych wzgórzach dookoła doliny stoją inni Weasleyowie i głaszczą smoki. W głębi księżyc w pełni leciał coraz szybciej w kierunku cerkwi, która była bardzo podobna do Hogwartu, żeby ją zniszczyć. Spojrzała znowu na Churchilla i okazało się, że to wcale nie jest Churchill, tylko Dumbledore, który celuje cygarem w księżyc i krzyczy "Milcz i ucisz się!" Księżyc zatrzymał się, przymrużył jedno ślipie, a drugim groźnie łypał. Tymczasem w dole kłębił się tłum zamaskowanych śmierciożerców, którzy biegali bezładnie krzycząc, że nie mogą uciekać, bo znaleźli tylko sześć dróg, a mieli uciekać siedmioma. Na środku doliny, przy cerkwi, na skrzyżowaniu dróg stał wielki drogowskaz, wokół którego wił się miedziany wąż. Podniósł łeb i powiedział do Dumbledore'a głosem Dracona Malfoya:
- Panie kolego, nie ma pan prawa zatrzymywać ciał niebieskich będących w ruchu, ponieważ nie zaliczył pan wychowania fizycznego. Gryffindor traci resztę punktów!
Z dzwonnicy zaczęły się gwałtownie wysypywać szkarłatne kulki, które zasypywały węża. Borsuk w krawacie w barwach Hufflepuffu łapał kulki i zjadał z głośnym mlaskaniem. Bliźniacy Weasleyowie złapali borsuka i wysmarowali go od wewnątrz i od zewnątrz smołą.
Borsuk uniósł łeb i powiedział dobitnie:
- Rolnicy! Nie zapomnijcie włożyć ciepłych gaci!

Muntele Jorzea, sobota, 25 maja 1996

- Ależ ja jestem kretyn – powiedział Charlie w przestrzeń.
Był wściekły na siebie. Przetrącony grzbiet, potraktowany rozmaitymi eliksirami, bolał koszmarnie, a w dodatku wskutek działania tych eliksirów na sześć tygodni musiał zapomnieć o teleportacji. Mało tego, dalekie loty na miotle też mu odradzano.
Żeby chociaż przy czymś godnym uwagi. Ale nie. Oddawał się różnym niebezpiecznym zabawom, od nocnego quidditcha w czasie nowiu – oczywiście bez oświetlenia, oświetlenie jest dla mięczaków - poczynając, przez podchody pod zamek, w którym odbywała się konferencja wampirów, a na pamiętnych ewolucjach na motorze wokół Czortowego Mostu kończąc, i nic. A tu po prostu parę dni temu smok, którego coś użarło w nasadę ogona, tym ogonem machnął. Raz. I nie miał nic lepszego do roboty, jak trafić go w plecy.
Nic, tylko się upić. Tak też od czasu do czasu robił.
- Nie mówię nie – odparł po dłuższej chwili milczenia Mike Shag. – Ale jak na to wpadłeś, Semlo?
- Elementarne, drogi Wilsonie. Mam fajną dziewczynę, to jak już jest dobrze, to muszę zrobić wszystko, żeby ją spłoszyć.
- Co tym razem?
Pamiętał dokładnie, co powiedział przed pożegnaniem: "Nie boję się, że mi coś zrobią, mam taką pracę, że ryzykuję na co dzień. Ale czy ty chcesz być wojenną wdową?"
- ...i jakieś inne takie, o tym, że boję się kochać kogokolwiek, bo umiem zaryzykować własne życie, ale nie wiem, czy bym umiał zaryzykować cudze, że nie chcę wybierać, czy jakby co to będzie żywą dziewczyną tchórza względnie świni, czy...
- No i co? – zdziwił się Mike. – No owszem, patetyczny byłeś strasznie, ale po pierwsze większość lasek to kręci, a po drugie nie pierwszy raz. Po trzecie sam mówisz, że ma głowę nabitą tamtą wojną. A po czwarte najbardziej małolata rajcuje, jak go traktujesz jak dorosłego. Nie wiem jak ty, ale ja nigdy nie byłem taki dorosły jak wtedy, kiedy miałem siedemnaście lat.
- Ona ma szesnaście.
- Wsio rawno. Stwarzasz sztuczne problemy.
- Jakie sztuczne problemy, ten tekst o wdowie, przecież to cholery można dostać, co ja gadałem, jaka wdowa!
- Wojenna. Sam mówiłeś.
- Płoszę ją.
- Czym?
- No tymi tekstami, toż mówię, spasi Chryste, co ja nagadałem, do ołtarza to jeszcze lata świetlne! Nie ma pół roku, jak z nią jestem, ona ma szesnaście lat, więc jak chcę, żeby uciekła z krzykiem, to nie mogłem wymyślić lepszego sposobu.
- Obywatelu, nie pieprz bez sensu. Zdecyduj się, czy ją traktujesz jak dziecko, czy jak kobietę. Albo uważasz, że to jest dziecko, i wtedy w ogóle od początku wkręciłeś się w chorą akcję i im szybciej sobie dacie na luz, tym lepiej dla wszystkich, albo uważasz, że jest duża i traktujesz ją jak dużą. Jest duża?
- Jest.
- To wasze zdrowie. Polej!
Nie mogli wiedzieć, że od czasu wyprawy na wesele Susan nazywa Rona szwagrem. Co prawda dopiero przy trzecim piwie, ale zawsze.
I że na kogoś, przy kim w takich czasach miałaby pewność, że nie zostanie wojenną wdową, nawet by nie spojrzała.

Hogwart, piątek, 31 maja 1996

- Wiecie, co się kroi? - spytała Susan.
Odpowiedziały jej smętne wzruszenia ramion.
Wszyscy wiedzieli. Nazajutrz po artykule w Quibblerze opisującym, jak większość uczniów Hogwartu tęskni za powrotem Dumbledore'a, Dolores Umbridge wezwała do siebie prefektów.
- I co z tym zrobić?
- Zależy, czego będzie chciała - zauważyła ostrożnie Padma Patil.
- Mniej więcej wiadomo - odparł Anthony Goldstein. - Żebyśmy się odcięli od Dumbla i złożyli oświadczenie, jaki to on był do niczego i jak nikt go tu nie chce.
Ron przymknął oczy.

Jedyny człowiek, który im wtedy uwierzył.

- Ty to zorganizowałeś?
- Tak, ja.
- Ty zwerbowałeś tych uczniów do... do swojej armii?
- Dziś wieczorem miało się odbyć pierwsze spotkanie. Na razie po to, by zobaczyć, czy byliby zainteresowani przyłączeniem się do mnie. Teraz oczywiście widzę, że zaproszenie panny Edgecombe to był błąd.
Triumf w oczach Knota.
- Więc spiskujesz przeciwko mnie!
- Zgadza się.


Jeżeli teraz wyprze się Dumbledore'a, to potem będzie w stanie wyprzeć się wszystkiego i każdego.

Przerażone oczy oszalałego ze strachu Petera Pettigrew.
- Nic nie rozumiesz! Przecież on by mnie zabił!
Kipiący z wściekłości Syriusz.
- Na coś trzeba umrzeć! Lepiej zginąć niż zdradzić przyjaciół! My byśmy to zrobili dla ciebie!
Stalowy wzrok Lupina. Głos zawsze łagodny, a dziś tak rzeczowy i spokojny, że nieludzki.
- Trzeba było o tym pomyśleć wcześniej. Trzeba było pomyśleć, że jeżeli nie zabije cię Voldemort, to zginiesz z naszych rąk. Żegnaj, Peter.


- Ja nic nie podpisuję - oświadczył. - Ani publicznie nic w tym tonie nie powiem.
- Ja też nie - poparła go Hermiona. - Najwyżej mnie wyleją.
- Ja nie wiem... - zaczęła znowu Padma. - Jeżeli... to znaczy oczywiście macie rację, ale nie wiem... jak przyjdzie co do czego... bo z drugiej strony może lepiej... jakby to nie miało być nic ostrego...
- Pewnie! - wybuchnął Ernie. - Nikt mi nigdy tego nie da, co mi moja buda da! Wyprzeć się, a potem się zobaczy! Przede wszystkim ratować własną dupę!
Susan zaniepokoiła się jeszcze bardziej. Ernie był wzorem opanowania nawet jak na wyśrubowane standardy Hufflepuffu. A teraz rzucał się jak pijany Gryfon.
- No nie... - zmieszała się Padma. - Ja przecież nie mówię... ale sam wiesz... nie mów, że się nie boisz...
- Tylko kretyni się nie boją - mruknęła Hermiona. - I co z tego?
Głos jej lekko drżał. Ona też wiedziała, że tym razem stawka jest o wiele wyższa.
- Gotowiście na śmierć?
Jakkolwiek pytanie Susan zawierało pewną dozę przesady, nie ulegało wątpliwości, że żarty się skończyły. Mogli stanąć albo po stronie Dumbledore'a, albo po stronie autorki słów "z tarczą albo na tarczy, znaczy się ze mną albo przeciw mnie" - nie było miejsca na kompromisy i trzecie drogi. Dumbledore się ukrywał. McGonagall leżała w szpitalu. Wszystko zmierzało prostą drogą do frontalnego starcia, w którym nie mogli wygrać. Jeśli odmówią, wszystko może się zdarzyć - łącznie z niespodziewanym wykryciem spisku prefektów, po którym całe towarzystwo - naturalnie poza Malfoyem i Parkinson - trafi jeśli nie do Azkabanu, od wydania kolejnego dekretu dostępnego również dla nieletnich (choć nikt z tego na razie nie zrobił użytku), to przynajmniej do Rhondy - a jakże, nie za karę, lecz jedynie do wyjaśnienia sprawy.
- Zażyjcie to - wyciągnęła z kieszeni sześć żółtych kuleczek. - Na odwagę.
- Jakieś prochy? - zapytał Ernie Macmillan.
- Poniekąd. Jak coś dla ciebie jest naprawdę ważne, to się nie dasz przestraszyć byle czym, w impulsie – odparła i połknęła jedną kulkę.
- Masz Apostolski Eliksir? - zdziwiła się Hermiona. - Skąd?
- Charlie mi dał.
- Lepiej zginąć stojąc, niż żyć na kolanach - oświadczył Ernie, wyraźnie nadrabiając miną. - Dawaj.
Ron i Goldstein bez słowa wyciągnęli ręce. Ron wziął dwie kulki i podał jedną Hermionie. Obmacała podany jej przedmiot z wyraźną nieufnością, ale zażyła. Oczy wszystkich skierowały się na Padmę. Stała dłuższą chwilę nieruchomo z żółtą kulką w ręce, po czym połknęła ją. Wyraźnie było widać, że robi to bez przekonania.

- ...w tej sytuacji - kończył Malfoy - jest propozycja...
Spojrzeli po sobie. "Jest propozycja" oznaczało, tego zdążyli się już nauczyć, propozycję nie do odrzucenia.
- ...żebyśmy w imieniu zdrowych sił społeczności czarodziejów – spojrzał na Hermionę z nieukrywaną odrazą – dali odpór nieodpowiedzialnym...
- Malfoy, nie barłóż tyle - przerwał mu Ernie. - W krótkich aurorskich słowach: jest propozycja, żebyśmy w imieniu społeczności uczniowskiej Hogwartu, przepraszam, po waszemu to się chyba kolektyw nazywa, odcięli się i dali wyraz. Tak?
- Trochę to skrótowo przedstawiłeś, ale w ogólnym zarysie...
- W ogólnym zarysie - odezwał się Anthony Goldstein - przedstawię rzecz skrótowo: chędóż się.
- Goldstein - warknął Malfoy, patrząc na Krukona przymrużonymi oczyma - zdajesz sobie sprawę, co to teraz znaczy opowiedzieć się po stronie wroga państwa?
- A jak ja ciebie powiem, że ja sobie nie zdaję, to co ty mnie pójdziesz zrobić, co?
- Chcesz mieć na co dzień towarzystwo dementorów? Jesteś na prostej drodze...
- Aj waj, wielki giewałt! - prychnął Goldstein. - Jak ja bym miał tyle galeonów, ile ja ci znajdę porządne czarodzieje z dobre rodziny, co siedzieli w Azkabanie, to ja bym był bogatszy od Gringotta!
- No, ładnie, ładnie - cmoknął Draco. - Reszta towarzystwa też się wybiera? Weasley?
Ron wyglądał, jakby już stał oko w oko z dementorem.
- Azkaban też dla ludzi - powiedział głucho.
- A, prawda, tobie to w sumie wszystko jedno, w więzieniu i tak będziesz miał większy komfort niż w tej waszej ruderze, przynajmniej dostaniesz własne łóżko... chociaż może z siostrzyczką było przyjemniej?
Twarz Rona nagle z bladej stała się purpurowa. W ciągu sekundy zapomniał o Azkabanie.
- Ron, zostaw - Hermiona ścisnęła go za rękę. - Nie teraz. Potem mu nastukasz.
Ron przez chwilę dyszał ciężko.
- Komfort komfortem - sapnął w końcu - a każdy powinien się trochę przesiedzieć dla życiowego doświadczenia.
- Pewnie - dodał Ernie. - Lepiej być uczciwym człowiekiem w Azkabanie niż świnią w Hogwarcie.
Twarz Malfoya stężała. Potoczył wzrokiem po twarzach obecnych, szukając najsłabszego ogniwa.
- Patil?
Krukonka rozejrzała się po pokoju. Na twarzy Malfoya błąkał się ironiczny uśmieszek. Spojrzała na pozostałych. Na moment jej oczy spotkały się z oczami Hermiony. Miała wrażenie, że słyszy spokojny i zacięty zarazem głos: a tylko spróbuj...
Przez dłuższą chwilę poruszała ustami bez słów, oddychając ciężko, jak ktoś, kto chce coś powiedzieć, ale najpierw musi sobie przypomnieć, jak się mówi.
- Nie... powiem... publicznie...
Długie przerwy brzmiały tak, jakby zastanawiała się nad każdym słowem osobno.
- ...ani... nie... podpiszę - ciągnęła - nic, czego nie podziela reszta prefektów.
W oczach Malfoya można było jednocześnie wyczytać zagubienie i nienawiść.
W drzwiach stanęła Dolores Umbridge. Spojrzała pytająco na Malfoya. Wyraźnie unikał jej wzroku.
Potoczyła wzrokiem po pozostałych prefektach. Odpowiedziało jej nieznaczne kręcenie głowami i ledwo widoczne ironiczne uśmiechy.
Zbladła.
- Obawiam się, że nie wiecie, co robicie - jej sposób mówienia uderzająco przypominał to, co przed chwilą słychać było z ust Padmy. - Zostawiam wam to jako temat do przemyśleń. Do tej sprawy jeszcze powrócimy. Koniec odprawy. Wyjść!

- Dzielna dziewczynka – powiedział Ron, patrząc na Padmę.
Miało to chyba brzmieć ciepło - nie wyszło. Ale i tak Ron był jedyną osobą, która była w stanie w tej chwili powiedzieć cokolwiek.
Popatrzyła na niego. Uśmiechnęła się blado. Krew odpłynęła jej z twarzy. Powoli osunęła się na schody pod koślawym napisem "ŚLIZGON W TRUMNIE TO BRZMI DUMNIE".
.
c.d.n.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 09.02.08, 16:04

Odcinek 13, ostatni (nie licząc epilogu)

Muntele Jorzea, sobota, 15 czerwca 1996


Miał doła. Dosyć głębokiego. A list od Susan tego doła pogłębiał. Marzyła, żeby po nią wyszedł na King's Cross. Ba. On to wręcz planował. Jeśli nawet pojawią się teraz ograniczenia teleportacji przez granicę, jakoś by się pozwolenie załatwiło, w końcu nie jest akwizytorem mioteł, tylko naukowcem, jego prawo od czasu do czasu teleportować się do kraju – ale na razie o teleportacji mógł zapomnieć.
Tęskniła, to jasne. Ale z listu wyraźnie widać było coś więcej. Chciała się nim pochwalić. Pokazać innym, że o nią dba. To samo zresztą powiedziała, gdy się żegnali po weselu:
- Taki odlot mi zafundowałeś, każda by tak chciała, a nawet nikomu nie mogę o tym powiedzieć. A żebym nawet mogła, i tak nikt nie uwierzy...
Ba. On też nie z każdym mógł palić spirytus po Syriuszu. Oczywiście to, co stało się w Ministerstwie, było szeroko komentowane, przypominano też niejasne okoliczności uwięzienia Blacka i trzymanie go w więzieniu bez uczciwego procesu, a nawet bez takiej parodii sądu, jakie urządzano śmierciojadom. Brał udział w takich dyskusjach, umiejętnie podsycał wątpliwości, ale osobistą znajomością z nieboszczykiem się raczej nie chwalił. Chyba, że miejscowym.
- Wiem, co zrobię – oświadczył nagle, z trzaskiem stawiając kufel na stole.
- Taaak? - zaciekawił się Mike Shag, przerywając na chwilę ostrzenie noża.
- Dosiądę się do Heksu w Glasgow. Tego się nie spodziewa na pewno.
Mike Shag i Pat Finnigan orientowali się dość dobrze w sprawach sercowych Charliego.
- No pewnie – przyświadczył Pat, patrząc na niego zza kuchennego pieca. - Lepiej może nie będzie, ale zabawniej. Zobaczysz ją przytuloną do jakiegoś przystojnego szóstoklasisty...
- Ona nie z tych – zaprotestował wtedy.
- Nie, ona nie z Tych – zgodził się Pat - ona z Londynu, i co z tego? Niezła laska jest, bez trudu znajdzie nie gorszego od ciebie, młodszego i nie takiego smutasa jak ty...
- Za kogo ty ją masz?!
- Za szesnastkę. Ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu.
- Stary, mógłbyś z łaski swojej przestać oceniać wszystkie dziewczyny według Ingi, zanim sobie przypomnę, jak się rzuca Drętwotę?
- Wyluzuj – wtrącił się Shag. - Nikt nie mówi, że tak musi być. Ale nie można wykluczyć.
- Ja wykluczam.
- Se wykluczaj. Ja nie wykluczam. I dlatego pomysł, poza tym że jest fajny, to jest praktyczny. Jak będzie fajnie, to super, a jak będzie niefajnie, to wiesz, na czym stoisz.
- A bo?
- A bo jeżeli ona cokolwiek do ciebie ma, to jesteś skazany na sukces. I już jej nic nie musisz udowadniać. A jeżeli jej to nie weźmie, to się o tym przekonasz zaraz na starcie.
- Ma na pewno – upierał się Charlie. - Ma, że więcej nie trzeba. Ja po prostu chcę jej zrobić radochę.
- Stary, znamy się parę lat – odezwał się znowu Pat. - I chcesz jeszcze jednego. Chcesz zaszpanować. I żeby ona mogła tobą zaszpanować innym laskom. Powiedz mi, że nie mam racji.
- A pewnie, że masz. To źle?
- A ja mówię, że źle? - roześmiał się Pat, zdejmując z ognia patelnię z grzybami. - Polej!

W Transylwanii od dwóch godzin była noc. Obraz z leśną drogą wskazywał, że i w Anglii już się ściemnia.
Między drzewami błysnęło światło.
- Connecto!
Na obrazie pojawiła się Molly. Oparła się o drzewo, oddychając ciężko. Blada, z lekko potarganymi włosami przypominała wróżkę po wygłoszeniu ciężkiej przepowiedni.
- I co, zadowolony jesteś? – zapytała, nie tracąc czasu na wymianę wstępnych grzeczności.
Charlie domyślał się, czego dotyczy pytanie, uznał jednak za stosowne upewnić się.
- Chwileczkę, mamo, chyba moim zwyczajem zaczęłaś od środka. Z czego mam być zadowolony albo nie?
- Twój brat się nie trzymał z boku. Teraz leży nieprzytomny w szpitalu. Tego chciałeś?
Chcieć nie chciał, ale brał pod uwagę, że tak może być. Tak trzeba. Owszem, dowiedziawszy wydarzeniach w Ministerstwie i o udziale Rona, przede wszystkim martwił się o los brata. Dumny zaczął być dopiero potem. Gdy już wiadomo było, że Ron przeżyje. Prawie na pewno. I że będzie normalny. Prawdopodobnie.
- Po pierwsze, o ile wiem, stan jest stabilny. Będzie żył i będzie normalny.
- Gwarancji nie dają. Gdyby się w tę aferę nie wpakował, gdyby nie ta cała Samoobrona...
Charlie osłupiał. Nie pierwszy raz zastanawiał się, czy matka naprawdę wierzy w to co mówi.
- Gdyby nie lewe ćwiczenia z oceemu, to co by było twoim zdaniem? - zdenerwował się. - Toby się trzymał z boku? Ty tak na poważnie? Już nie mówię o tym, że narobiłby wtedy Davidowi obciachu na całe niebo, ale naprawdę myślisz, że fizycznie byłby w stanie zostawić Harry'ego? Jak to sobie wyobrażasz? Albo może Ginny by powiedziała: pa, Harry, strzelaj się ze śmierciojadami, jak cię to bawi, miło było cię poznać? W mechanikę kwantową wierzysz? Poszliby i tak. I zamiast na szpitalce Ron leżałby teraz pod dębem. Jak sobie wyobrażasz utrzymanie z boku takich szczawi natchnionych duchem bojowym?
- Jak się chce, to wszystko można!
- A pewnie. Można. Jasne. Pod warunkiem, że ktoś sprawnie się posługuje Imperiusem. A i to nie na pewno.
- To znaczy - spytała głosem, który w zamierzeniu najwyraźniej miał być lodowaty - uważasz, że wtedy, jak rozmawialiśmy ostatni raz, miałeś rację?
Miał wielką chęć poinformować matkę, że tak właśnie uważa, że tak samo uważał Dumbledore i że w niedługim czasie Gwardia stanie się faktycznie częścią Zakonu. W końcu skład ekipy z Hogwartu, zaproszonej na dwa sierpniowe tygodnie do bazy na Muntele Jorzea, nie był przypadkowy. I nie tylko smokami mieli się tam zajmować. Po krótkim namyśle uznał jednak, że to nie jest właściwy moment.
- Co ja tu mam do uważania - wzruszył ramionami. - Właśnie teraz mamy niezbity dowód.
Bardzo chciała, żeby Charlie nie miał racji. Niestety to, co mówił, miało sens - od dawna było wiadomo, co Ron w takiej sytuacji zrobi. Ale wbrew temu starała się wierzyć, że może być inaczej.
- A tak między nami - masz mu to za złe?
Nie miała. Tak samo, jak nie miała za złe Arthurowi, kiedy się narażał. Ale bardzo chciała ich żywych. Była zmęczona. Niech już będzie ta wojna, pomyślała, niech się zacznie, skończy i niech wreszcie będzie względny spokój!

Stacja Carlisle, peron 1 1/2, piątek, 21 czerwca 1996

- Okrutnie liche piwsko w tym Carlisle – mruknął do siebie Charlie Weasley.
Wybierał się do Glasgow. Rano okazało się jednak, że musiałby znad Carlisle lecieć okrężną drogą, omijając Edynburg od wschodu – nad górami ogłoszono trzeci stopień zagrożenia turbulencjami. Na Bałkanach nic by sobie z tego nie robił, zdarzało mu się latać i przy czwórce, jednakże szkocka Służba Egzekwowania Magicznego Prawa egzekwowała magiczne prawo bardzo konsekwentnie. A w tej chwili konflikt z sempami był mu potrzebny jak dementor na weselu.
Tak więc zamiast drugą godzinę siedzieć w Hogwart Expressie, siedział trzecią godzinę na dworcu w Carlisle. Według rozkładu "Hex" powinien przyjechać za siedem minut, ale w pierwszym dniu wakacji była to czysta teoria.
Na co dzień Hogwart Express był, wbrew swej nazwie, trzywagonowym pociągiem z Glasgow, a w piątek i sobotę ciągnął jeszcze jeden wagon z Hogsmeade. Wtedy kursował punktualnie. Ale trzy razy w roku skład ledwo mieścił się przy krawędzi peronu, a parowóz – ta sama sympatyczna dziewiętnastowieczna machina, która na codzień bez trudu pokonywała trasę z trzema wagonami – wyraźnie nie radził sobie z takim balastem, a niektóre wzniesienia był w stanie pokonać tylko z rozpędu. Magia magią, a grawitacja grawitacją, siła ściągająca na podjeździe wyraża się wzorem m razy g razy sinus alfa i ani knuta mniej. Niezawodnie i tym razem na pofałdowanej trasie nienanoszalnej linii z Glasgow pociąg nabrał co najmniej godzinę opóźnienia.
Akurat zdąży przeczytać gazetę. Podszedł do baru.
- Czarodzieja Powszechnego i Bravo Witch poproszę.
Bufetowa osłupiała. Zdecydowanie nie był to typowy zestaw. Szkoda, że nie poprosiłem jeszcze o Naszego Proroka, pomyślał Charlie.
Już miał zajrzeć na ostatnią stronę, by zacząć lekturę od felietonów, gdy na pierwszej stronie mignęło mu nazwisko Weasley. Rzucił okiem. David Weasley: Modlitwa.
Znał ten wiersz. David napisał go przed swoimi ostatnimi wakacjami, pod wrażeniem hucznych obchodów Dnia Pamięci. Moody kiedyś powiedział, że jest to jeden z najgłupszych wierszy, jakie widział w życiu. Inni byli oględniejsi w słowach, ale w każdym razie utwór budził, oględnie mówiąc, kontrowersyjne zdania. Szczególnie irytował krytyków fakt, że nawet nie można autora nazwać tchórzem.

Od niepewności każdej nocy,
Od rozpaczliwej rąk niemocy,
Od lęku przed tym co nastanie,
Uchroń nas, Panie!

Od rezygnacji w dobie klęski,
Lecz i od pychy w dzień zwycięski,
Od krzywd, lecz i od zemsty za nie
Uchroń nas, Panie!

Uchroń od zła i nienawiści,
Niechaj się odwet nasz nie ziści,
Na przebaczenie im przeczyste
Wlej w nas moc, Chryste
.(1)

Doprawdy trzeba Bullsona, żeby teraz zamieścić taki wiersz, i to na pierwszej stronie, pomyślał. Inne pisma prześcigały się w pomysłach na zaostrzenie prawa, co według licznych autorów wyspecjalizowanych w wymyślaniu prostych rozwiązań złożonych problemów i udzielaniu łatwych odpowiedzi na trudne pytania miało pomóc w walce z czarną magią.
George Bullson, od półwiecza wydający Czarodzieja, dawno już wyspecjalizował się w pchaniu zupełnie niezłego palca między drzwi. Kiedy po śmierci Potterów wszystkie gazety żądały głowy Syriusza, jeden Czarodziej domagał się uczciwego procesu. To wtedy Bullson powiedział:
- Nie byliśmy przez ostatnie dziesięć lat tacy ostrożni, żebyśmy teraz musieli być tacy odważni.

Poczuł, że od tych rozmyślań zaraz znowu złapie doła. A to nie był właściwy moment. Nie po to leciał do Szkocji, żeby go Susan pocieszała. Ona sama potrzebowała wsparcia. To nie był dobry rok. Początkowo zamierzał wsiąść w Glasgow, ale warunki do lotu były fatalne i zdążył dolecieć jedynie do Carlisle. Nic to. I tak się ucieszy.
Wyciągnął Bravo Witch. Będzie dobry temat na początek rozmowy. Nic tak nie poprawia humoru, jak wspólne wytrząsanie się nad osobą trzecią.
BW okazało się niezawodne. Tym razem, zostawiwszy sobie na deser umieszczony w dziale “Psychozabawy” tekst “Torsy i pośladki – naga prawda o facetach”, zwrócił uwagę na poradnik, jak podrywać chłopaków w zależności od znaku zodiaku obiektu. Tak zwulgaryzowane horoskopy uważał za skrajne mugolstwo i nie pamiętał nawet, spod jakiego znaku jest Susan. O sobie jednak wiedział. Jastrząb. No, czego się o sobie dowiem?
Nie rozczarował się.
Tego modela wali, co masz w łebie. Ważne, żebyś wyglądała jak półtorej wili. Idealny makijaż, świetna fryzura i modny ciuszek zrobią na nim wrażenie. Dodaj do tego uśmiech i kolo jest twój!

- Pociąg pospieszny Hogwart Express z Fort William, Hogsmeade i Glasgow do Manchesteru i dalej jako ekspres do Londynu wjedzie na tor przy peronie wpół do drugim – zatrzeszczało niespodziewanie sklepienie nad peronem. - Wagony klasy drugiej zatrzymują się w sektorach pierwszym, trzecim i wpół do czwartym. Wagon restauracyjny, bagażowy i wagony klasy pierwszej zatrzymują się w sektorze drugim. Podróżnych prosimy o przejście do właściwych sektorów. Przypominamy o zakazie używania zaklęć transportujących na peronach.
Osłupiał. Przyzwyczaił się nie wierzyć w cuda w dziedzinie tak ścisłej jak kolejnictwo... Szybkim krokiem przeszedł na początek peronu, nie chcąc być widocznym z okna wagonu.
W chwilę później wiedział już, co się stało. Po latach dyskusji w dniu zakończenia roku szkolnego Hogwart Express wyposażono wreszcie w parowóz odpowiedni dla tak długiego pociągu. Cztery napędzane koła z każdej strony, wysokie na chłopa, budziły zaufanie. Resztki czerwonej gwiazdy na dymnicy nie pozostawiały wątpliwości co do pochodzenia sprzętu.

Omal nie nadepnął na parę siedzącą na stopniu trzeciego wagonu. Czarnoskóry chłopak i dziewczyna o rudawych, prostych włosach.
Ginny?! No wiecie państwo...
Okazywali sobie uczucia najwylewniej, jak tylko można to zrobić nie rozbierając się. Mógłby ich teraz okraść, wypatroszyć i zapisać do Slytherinu, nic by nie zauważyli. Ostatecznie Ginny patrzyła na rodzonego brata z odległości trzech stóp i nie zauważyła. Na świecie była ona i osobnik głaszczący ją po kształtnej piersi, reszta się nie liczyła.
Ależ się z niej laska zrobiła, pomyślał Charlie. To jest to coś, co mi się na wakacjach pod nogami plątało i na pastora mówiło Batman?
Uśmiechnął się bardziej do siebie niż do nich. Jeszcze tylko parę minut, pomyślał, i my też...
Poczuł lekki niepokój. A jeżeli Finnigan miał rację?
Ruszył dalej.
- Życzysz coś z wózka, kochanieńki?
Spojrzał na starszą panią z wózkiem bufetowym.
- Podwójną ognistą - zachrypiał.
- O, bardzo pana przepraszam. Wie pan, dzisiaj to sama szkoła jedzie - zmieszała się i pojechała dalej.
Zaraz, chwileczkę, pomyślał. Ginny przyklejona do tego negatywa? A co z Cornerem?
W chwilę później już wiedział. W wagonie restauracyjnym siedział Corner i intensywnie pocieszał niezmiennie pogrążoną w nieutulonym żalu Cho Chang.
Natomiast sąsiadujące z owym wagonem przedziały prefektów były puste.
Mijając przedział, w którym Draco Malfoy wyraźnie w złym humorze popijał ze swoją gwardią jakąś podejrzaną ciecz, Charlie zaczął się denerwować. Zbliżał się do końca pociągu, a Susan jak nie było, tak nie było.
- Ona jest w ostatnim wagonie - usłyszał za sobą. - Drugi albo trzeci przedział od końca.
Obejrzał się. Z przedziału za nim wystawała głowa czarnoskórej ścigającej Gryfonów, której nazwiska mimo najszczerszych chęci nie mógł sobie przypomnieć, zwłaszcza że miałby kłopot z przypomnieniem sobie własnego.
- Jaka ona... - zaczął i urwał, widząc rozbawienie w oczach tamtej.
- Ta, której szukasz... - zacięła się, w widoczny sposób nie mogąc się zdecydować, czy rozmawia z nauczycielem, czy z bratem młodszego kolegi - której pan szuka. Chyba, że oprócz tego, co wie cała szkoła, jest coś, o czym nie wiem?
Pokręcił głową.
- Dziękuję. Gryffindor zyskuje pięć punktów, a pani moją dozgonną wdzięczność.
Przez otwarte drzwi trzeciego przedziału od końca zobaczył cztery postacie zaabsorbowane bez reszty grą w gwinta. Siedząca tyłem do drzwi postać w dżinsowej kurtce miała na plecach długi warkocz. Ten sam, który widział pod przymkniętymi powiekami przez ostatnich kilkadziesiąt wieczorów. Oparł się o framugę i czekał, aż ktoś go zauważy.
- Cztery liście - powiedziała Susan. Zajrzał jej przez ramię, instynktownie analizując kartę. Jeżeli partner ma cokolwiek w krzyżach, to czterech można nie ugrać tylko na własne wyraźne życzenie, pomyślał.
- Puszczam - westchnął Goldstein. Odwrócił głowę w stronę drzwi i drgnął nerwowo. Charlie położył palec na ustach.
- Puszczam - wzruszył ramionami siedzący plecami do okna wyrośnięty Puchon w polarze. Charlie odruchowo odnotował, że wszystko w normie - Puchoni przy pierwszej okazji przebrali się po cywilnemu. - Mam nadzieję, że wiesz, co robisz - mrugnął prawym okiem do Charliego.
- Puszczam.
Uwadze Charliego nie uszło, że szatę czwartego gracza zdobi wąż Slytherinu. No tak, pomyślał, jak potrzeba czwartego do gwinta, to nawet Ślizgon z mugolakiem do stołu usiądzie.
- Nikt nie wetuje? - zdziwiła się Susan. - Nie to nie, ja gram. Goldie, gwint.
Krukon położył na burcie kufra, służącej za stół, dzwonkowego goblina. Susan odetchnęła z widoczną ulgą.
- Dobra, wykładać wychodek!
Puchon spod okna pedantycznie układał karty na kufrze.
- Krzyży ci nie zgłaszałem, bo miałem piątego szatniarza... - zaczął. Charlie z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, słysząc udatne naśladownictwo swoich własnych monologów przy wykładaniu wychodka.
- Wiem, co mi zgłaszałeś - zgasiła go Susan. - A co miałeś, to wolałabym zobaczyć.
Nadszedł czas.
- Tu nie ma co grać - odezwał się - bijesz smokiem, ściągasz górą liście...
Susan odwróciła głowę.
- A co... - zaczęła ostro i urwała. Przez sekundę długą jak wieczność patrzyła na niego nieprzytomnym wzrokiem człowieka, który próbuje ustalić, co właściwie zobaczył i dlaczego mu to do niczego nie pasuje.
Kwik, który wydała z siebie po owej sekundzie, było prawdopodobnie słychać w lokomotywie. W jej żelaznym uścisku rzucony na przeciwległą ścianę Charlie poważnie obawiał się o całość swoich żeber.
- No, to tyle było słów Ewangelii Świętej przeznaczonych na dzień dzisiejszy - westchnął Goldie. - Chyba, że znajdziemy innego czwartego. Bo Susan już mamy z czapy.

Welwyn Garden City, 21 czerwca 1996

Boję się ognia w twoich oczach,
Jeszcze drżysz ze zmęczenia i potu,
Świat chcesz dzielić na białe i czarne..
.(2)

- trzeszczało radio.
Annabela Bones z wyraźną irytacją stuknęła końcem różdżki w uchwyt. Muzyka umilkła. Radio znowu przypominało wysoki barek z roletowymi drzwiami.
- Nie lubisz tego? - zdziwiła się Susan.
- Nie lubię jak nie lubię - wzruszyła ramionami jej matka. - Piosenka jest niczego sobie, ale po pierwsze słyszę ją po parę razy dziennie, już prawie boję się wejść do kościoła, a po drugie diabli mnie biorą na tych z CRR. Przez rok nie nadawali Dziewczyny aurora w ogóle. Zapis na wszystko, co przypominało tamtą wojnę. Ani tego, ani Nim wstanie dzień...
Charlie zakrztusił się trzecim kieliszkiem znakomitej nalewki z pigwy - wyrobu babci Aspazji, która uważała, że młody człowiek kręcący się przy jej wnuczce powinien mieć co najmniej równie mocną głowę jak jej nieboszczyk mąż.
- O? Myśmy to nieraz słyszeli, Glasgow nadawało.
- Bo Glasgow nadaje co chce... no, to może za dużo powiedziane... nadaje to, czego ludzie chcą słuchać, a CRR to, co Knot sobie zażyczy. W każdym razie przez rok nie nadawali tego w ogóle, a od tygodnia leci na okrągło. Tacy sami mądrzy, jak Ministerstwo, które lata całe o aurorach nie pamiętało, a teraz sobie nagle przypomnieli. W zeszłym roku na Dniu Pamięci Ministerstwo reprezentował jakiś podrzędny urzędas, a teraz zrobili wielki jubel z Knotem osobiście, hukiem, pukiem, biciem w bębny, chórem dziecięcym i powszechnym entuzjazmem.
- Ale włącz, mimo to.
- A proszę bardzo – Annabela dotknęła kluczyka różdżką. – Effatha!
Rolety odsunęły się z charakterystycznym szurnięciem, ukazując głośnik i liczne pokrętła.

...Leżysz jeszcze, oczy zamknięte,
Zrobisz wszystko, o co poproszę -
Muszę wierzyć, przecież mnie kochasz,
Krótka chwila i wracasz...


-Młody człowieku, zapewne zdaje pan sobie sprawę, że zaklęcia zabezpieczające nie działają od razu? - zapytała babcia. Po czwartym kieliszku nalewki starsza pani stała się zdumiewająco bezpośrednia.
Charlie starannie udał, że nie słyszy. Przyszło mu to o tyle łatwiej, że w świecie, w którym żył od ukończenia Hogwartu – z krótką przerwą, kiedy w tymże Hogwarcie uczył - gdzie herbatę liczy się na menażki, cukier na łyżki stołowe, a wódki wcale, rzadko zdarzało mu się jeść nożem i widelcem i trochę wyszedł z wprawy, toteż teraz czynność ta wymagała od niego pełnej koncentracji. Duży gorący grzyb stawiał zacięty opór.
Pani Bones spojrzała na swoją teściową wzrokiem zranionego bazyliszka.
- A bo to – zmieszała się babcia – ogromnie przypadków wiele, i przypomnieć pożytecznie...
- Oj babciu - wtrąciła się Susan - ty ciągle o jednym, nie rozumiem tej wczorajszej młodzieży.
Charlie nagle bardzo zainteresował się małpsiatką bagienną(3), patrzącą na nich niesamowicie zielonymi oczami z konara wierzby rosnącej za oknem. Nadludzkim wysiłkiem uniknął zakrztuszenia się. Annabeli Bones to się nie udało.
Babcia roześmiała się, po czym nagle wzdrygnęła się jak osoba, która poniewczasie przypomniała sobie o czymś bardzo ważnym. Rzuciła nerwowe spojrzenie na zegar.
- Przełącz na Bangor – powiedziała.
- Ale właściwie dlaczego? – zdziwiła się Susan.
- Przełącz!
Przez chwilę słychać było głównie rozmaite piski i trzaski.
- ...nie zapomnijcie włożyć ciepłych gaci – powiedział uroczystym głosem spiker z wyraźnym walijskim akcentem.
- Można prosić głośniej?! – ożywił się gwałtownie Charlie.
– W całej Wielkiej Brytanii będzie jutro pochmurno. Po południu należy spodziewać się opadów w Kornwalii i zachodnim Wessexie. W południowej Nortumbrii możliwe burze. Warunki przelotów sów trudne do ledwo przeciętnych.
Prognoza skończyła się zapowiedzią, że informacje o warunkach do lotów na miotłach zostaną podane za godzinę, ale Charlie siedział sztywno, jakby nasłuchując.
- Rolnicy – powtórzył spiker tym samym uroczystym głosem, co na początku. – Nie zapomnijcie włożyć ciepłych gaci!
Charlie i babcia spojrzeli na siebie nawzajem i pokiwali głowami. Susan i jej matka patrzyły na nich w osłupieniu.
Kominek zaczął migotać.
- Kogo tam znowu niesie? - zdziwiła się babcia. - Connecto!

Tymczasem na Grimmauld Place

- No to mamy wojnę - powiedział odkrywczo Kingsley Shacklebolt. - Napijmy się.
Jedno i drugie mówił już któryś raz z kolei. Arthur Weasley zdążył już odśpiewać kilka zapomnianych piosenek, a Tonks stłuc kilka talerzy.
Właściwie nie planowali wspólnej popijawy. Arthur stwierdził, że w tym roku nie będzie obchodził urodzin, bo to jakoś nie wypada między śmiercią a pogrzebem Syriusza. Stopniowo jednak na Grimmauld Place zgromadziła się liczna grupa zakonników.
- Zaraz, sekundę, kogoś mi tu brakuje - zauważył Moody. - Gdzież jest brat twój? - zwrócił się do Billa.
- Azaliż jestem stróżem brata mego? W Norze go w każdym razie nie ma.
- Nie marudźcie tyle - warknął Moody. - Charlie jest u Bonesów, gdzie ma być? Niech tam ktoś skoczy. Kto jest jeszcze na tyle trzeźwy, żeby go matka z babką ze schodów nie spuściły? Bill, połącz się z Edgarówką... – rzucił Kingsley Shacklebolt.
- Dlaczego ja?
- Bo jesteś starszy i mądrzejszy – wyjaśnił Kingsley, szczerząc białe zęby w uśmiechu.
- Dobry wieczór. Przepraszam, jest tu może mój...
- Czego ci, zmoro, potrzeba? – jęknął Charlie, wchodząc w pole widzenia kominka. - Jadła? Napoju? Choć dziś zostaw mnie w spokoju!
- Cicho bądź, małolacie – ofuknął go Bill. Susan zakrztusiła się. – Bardzo przepraszam, ale ja po Charliego. Chodź, brat, jest impreza na Grymoldówce. Niechcący się zrobiły urodziny taty, jest Lupin, Dung i w ogóle z połowa Zak... i w ogóle kupa znajomych.
- Nie wiem, czy zauważyłeś, ale ja tu jestem z wizytą – odparł Charlie. Co prawda wiadomo było, że po obiedzie gdzieś wyjdą - nie mieli jeszcze konkretnych planów – ale uznał za stosowne nieco zmitygować starszego brata. – I, bez urazy, w towarzystwie kogoś, kogo mi trochę brakowało.
- No przecież wiem. Ja do was obojga. Pożegnaj się ładnie z panią, bierz pannę pod pachę i wypad z baru.
Susan rozejrzała się niepewnie.
- Babciu... mogę? Charlie mnie na pewno odprowadzi...
- Do łóżeczka – mruknęła babcia pod nosem. – Ależ oczywiście – powiedziała, uśmiechając się szeroko. – A ściśle biorąc, to nawet powinnaś. Tylko go dobrze pilnuj!
- Dzięki, babciu, kochana jesteś! – zawołała Susan, zrywając się z miejsca. – Pa, mamo!
- A nie mówiłem? - zaśmiał się Bill. - Dzięki ci, Panie, za ten cud. Naprzód, młodzieży świata!
Gdy Charlie po pożegnaniu z Aspazją Bones całował w rękę jej synową, która właśnie o kilka sekund za późno wyszła z kuchni, Susan była już w przewodzie kominowym.

- Mamo, coś ty wymyśliła? – zapytała zdetonowana wdowa po aurorze. – Gdzie oni poszli?
- Na urodziny Arthura Weasleya czy jakoś tak. O ile rozumiem, głównie towarzystwo z pierwszego Zakonu.
- I ty tam puściłaś Susan? Już nie mówię o tym, żeśmy się umawiały, że od puszczania albo niepuszczania Susan to ja jestem, i zawsze to szanowałaś, ale przecież tam będzie jedna wielka pijatyka, a Charlie... ja go bardzo lubię, ale wiesz, że za kołnierz nie wylewa.
- Właśnie dlatego.
- Czekaj, mamo, jedna chwila. Właśnie dlaczego?
- Bo męska rzecz popić, a babska chłopa za łeb wyciągnąć z imprezy, jak będzie miał dosyć.
Annabela spojrzała na swoją teściową takim wzrokiem, jakby ją widziała pierwszy raz w życiu.
- Babska. Ale ona ma szesnaście lat. Pamiętasz, co mówiłaś wtedy w Wielkanoc?
- Pamiętam doskonale. I o ile uważam, że z pewnymi sprawami powinna poczekać... ale to już twoja sprawa i tylko ty znasz wszystkie przesłanki twoich decyzji... o tyle twierdzę, że skoro są razem, to nie może być tak, że on sobie, ona sobie. Jest dziewczyną dorosłego faceta i ty to aprobujesz. I albo będzie funkcjonować jako dziewczyna dorosłego faceta, chodzić z nim na dorosłe imprezy i w razie potrzeby interweniować, albo to wszystko nie ma sensu.
- A nie wydaje ci się, że w ten sposób wzrasta ryzyko, że stanie się to, z czym, jak to określiłaś, powinna poczekać?
- Moja droga, albo ci się udało córkę wychować, albo nie. Jeżeli ci się udało, to żadne ograniczenia nie są potrzebne. A jeżeli ci się nie udało, to żadne ograniczenia nie pomogą.

Grimmauld Place, 21 czerwca 1996 wieczorem

Za drzwiami, przy których stali, głęboki bas ogłaszał, że im dłużej wojna potrwa, tym lepiej:

...więcej czarownic zostanie dla nas,
Bo nas jest mało...


Susan znała ten głos. Jego właściciel swego czasu był częstym gościem w jej domu.
Słowa zmieszały się z odgłosem spuszczania wody.

...a duży kraj,
Spotkasz aurora...


Drzwi otwarły się i stanęła oko w oko z Kingsleyem Shackleboltem.

...dupy mu..

Śpiew zamarł aurorowi na ustach.
- Tak, słucham? - uśmiechnęła się słodko.
- A nie, nic - zmieszał się - tak sobie... czysto teoretycznie...
Susan przez chwilę miała wielką ochotę pociągnąć jeszcze trochę tę wykwintną konwersację, ale w tym samym momencie z salonu dobiegł ją potężny ryk Alastora Moody'ego:
- Nieee! Nieeeee!!! Panie Boże wszechmogący, będę po kres dni moich wspomagał ubogich...
Weszła do salonu. Charlie podążył za nią. Obok drzwi, pod portretem Jeżysława Pogiełły, oparty o kredens wielkości niedużych organów, stał Moody z bażancim piórem przy uchu i ryczał jak ranny smok:
- ...tylko spuść bombę i zabij tę trąbę! Takiemu to tylko rozpalony pogrzebacz nierozpalonym końcem naprzód wsadzić w dupę...
- Dlaczego nierozpalonym? - zainteresował się Charlie.
- Żeby za ten drugi nikt nie mógł złapać i wyciągnąć, doskonale o tym wiesz! Nie, to nie do ciebie! Do jakiego klasztoru ci kazałem iść, ośle ośmiokątny przez nawiedzonego pacykarza wyleniałym pędzlem w drobną pepitkę przemyślnie wymalowany?
Siedzący w kącie przy oknie Arthur Weasley i Remus Lupin odstawili kieliszki i wpatrywali się w Moody'ego jak hipogryfy w wyjątkowo apetyczną fretkę.
- Nie, nie do sióstr służebniczek Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, tylko do sióstr służebniczek Najświętszej Marii Panny Niepokalanie Poczętej, baranie Boży!... Jest, jest, kurza twoja twarz ścierką nakryta, taka mianowicie, że drugi jest naszą odkrywką, a pierwszy ordynarnym mugolskim klasztorem! No nic, trudno, na tym terenie jesteś spalony, idź teraz na ulicę Byłych Więźniów Politycznych do klasztoru sióstr Wynagrodzicielek Najświętszego Oblicza. Tylko się znowu nie pomyl i nie traf przypadkiem do klasztoru sióstr Wyrazicielek Najświętszego Oblicza!
Nie czekając na odpowiedź, Moody wstawił pióro do najbliższego kieliszka.
Usiadł ciężko przy stole i spojrzał na Charliego i Susan wzrokiem pufka przytrzaśniętego drzwiami.
- Po cholerę toto żyje?! – parsknął.
- Skąd wziąłeś takie kryptonimy? - zainteresował się Charlie.
- Znikąd. Naprawdę są takie zakony. Natworzyli tego tyle, że nazw brakuje, od bocznego ołtarza, od wiecznej adoracji, od potępienia niemowląt...
- A toście chyba przesadzili, towarzyszu.
- No dobrze, przesadziłem, ale są na przykład siostry franciszkanki od pokuty i miłości chrześcijańskiej...
- Siostry od miłości – rozmarzył się Bill. - To nawet może być pożyteczny zakon.

Zasięgnąwszy informacji, ile już wypito, Charlie zaczął intensywnie nadrabiać zaległości i wkrótce osiągnął, jak to określał, wysokość przelotową. Susan była nieco zażenowana, słysząc, jak jej ukochany udziela konkretnych odpowiedzi na pytania o plany, które jako żywo musieliby realizować wspólnie i w porozumieniu. Z dwojga złego wolała, kiedy opowiadał o wydarzeniach z Hogwartu – zwłaszcza, że pojawiały się tam szczegóły, których zupełnie sobie nie przypominała.
- ...no to mówię "wlazł", myślałem, że to jest Hagrid, otwierają się drzwi, wchodzi Susan. Zobaczyła Syriusza, wyrwała różdżkę. A trzeba trafu, że Syriusz jak raz coś robił z różdżką...
- Polerował? – podsunęła życzliwie Tonks.
- ...wyczucia do zaklęć nie miał nigdy, zero-jeden, wszystko albo nic, a wtedy dodatkowo był narąbany jak szpadel...
- Znalazł się trzeźwy – prychnęła Susan.
- O przepraszam. Ja byłem narąbany zwyczajnie, a nie jak szpadel. No więc machnął różdżką i jebut obliwiatem z pełnej mocy... w Hagrida!
Susan zobaczyła oczyma duszy całą tę scenę z fotograficzną dokładnością. Na moment znalazła się znowu w chatce Hagrida, oko w oko z Charliem. Odzyskawszy kontakt z rzeczywistością, usłyszała dalszy ciąg opowieści:
- ...a ta stoi naprzeciwko mnie, celuje we mnie różdżką, no trudno, myślę sobie, opuściłem różdżkę i mówię: Strielaj, zobaczysz, jak ginie radziecki oficer!
Udało jej się nie wybuchnąć śmiechem.
- Susan, to szeszzywiździe tak wyglądało? – zapytał Bill z udaną powagą.
- Skoro moje szczęście tak mówi...

Z kąta pomieszczenia dobiegał głośny acz smętny śpiew dwóch głosów, których właściciele najwidoczniej wysokość przelotową osiągnęli już dawno i teraz tylko dolewali. Jeden z głosów był podobny do głosu Charliego, acz niewątpliwie jego właściciel był dużo starszy. Drugi pamiętała z dzieciństwa. Podeszła bliżej. Na starym fortepianie siedzieli Arthur Weasley i Sturgis Podmore. Obok nich stała pokaźna butelka z podejrzanie mętną cieczą.

...Brodiagaa, sud'bu proklinaajaaa – zawodzili –
Taszcziłsa s sumkoj na plecziaach...

- Pójdźże, umiłowana! – zawołał kordialnie Arthur. – Napij się z nami za pamięć Syriusza!
- Ale proszę pana, ja...
- Mów mi wuju!
- Ale proszę wuja, ja już piłam...
- Ale i tak jesteś trzeźwa jak świnia i mnie to krępuje.
- Dobrze mówi – poparł go Podmore. - Susan, napij się!
Ze zdziwieniem stwierdziła, że w płynie prawie nie czuje się alkoholu. Po ostro przyprawionej zupie z gumochłona bardzo jej się chciało pić, toteż ani się obejrzała, jak wypiła zawartość podsuniętej jej szklanki. Tymczasem Arthur i Sturgis podjęli śpiew.

...Bieżał iz tiurmy tiomnoj nocziu,
Za prawdu on dołgo stradał,
Bieżat' bol'sze nie było moczi,
Pieried nim rasstielałsa Bajkał
.

Wracając do pokoju, bez trudu wyłowiła z ogólnego gwaru głos Charliego - chrypiący i nieco zbyt donośny:
- ...poszedłem się kąpać, to było zaraz potem, jak zrobili nową łazienkę prefektów, wielka nie jest, ale trochę popływać można...
- Burżuje – mruknął z wyraźnym słowiańskim akcentem wysoki czarodziej popijający wino z półkwartowej szklanki. – Ja był główny prefekt, a tyle mojego, że u mnie był swój prysznic i ja nie stojał pół nocy w kolejce...
- Wskoczyłem do basenu – ciągnął Charlie - normalnie, jak Pan Bóg stworzył, w końcu sam byłem, to co się mam w krawacie kąpać? Wchodzą dwie prefektki i jedna zmiennokształtna, która się tym razem zrobiła na trzecią prefektkę...
Podeszła bliżej. Tonks jakoś dziwnie interesowała się zawartością swojego kieliszka.
- ...mówię: dziewczyny, proszę o chwilę nieuwagi, bo chcę wyjść. No to wyłaź. Dziewczyny, ale ja jestem goły. Widocznie myślały, że se jaja robię i mówią: wyłaź, my się nie wstydzimy. Za trzecim razem też nie posłuchały, wyłażę, a one centralnie stupor...
- I co zrobiłeś?
- A co miałem zrobić? Zacząłem sobie wycierać plecy...
- Jak ty z nim wytrzymujesz? – spytała scenicznym szeptem Tonks.
- Jakoś wytrzymuję. Teraz na szczęście już takich akcji nie odstawia.
- Nie, ja nie o tym. O procentach myślałam...
Susan wzruszyła ramionami
- Łe tam. Jak ktoś chce abstynenta, to się nie wiąże z Weasleyem...
Poczuła, że "kompocik", jak Arthur Weasley nazywał płyn, którym ją poczęstował, zaczyna działać. Miękły jej nogi. Przysiadła się do najbliższego stołu, przy którym siedział Lupin i przysadzisty rudy mężczyzna z trzydniowym zarostem i przekrwionymi, podkrążonymi oczami. Wyglądał jak Weasley, który ćwierć wieku temu osiadł na Nokturnie.
Lupin wyglądał niewiele lepiej. Ściśle biorąc, robił wrażenie człowieka, który od trzech dni nie spał, a od dwóch nie trzeźwieje. Najwyraźniej wyprawa po ciało Syriusza nie była miłą wycieczką.
- ...to własssiwie laszego zabiłeś tę Lestrange? – zachrypiał rudy.
Susan zesztywniała. Kiedy w jej rodzinnym domu spotykali się koledzy ojca, nieraz obijały jej się o uszy wspomnienia, kto jakiego śmierciojada załatwił i jakim zaklęciem. Ale dotyczyło to zamierzchłej – według jej standardów – przeszłości. Teraz patrzyła na kogoś, kto zabił człowieka wczoraj czy przedwczoraj.
I był to ktoś, do kogo jej to zupełnie nie pasowało.
Lupin napełnił kieliszek i wychylił duszkiem.
- Bo to zła kobieta była, Dung – powiedział ponuro.
Chwilę siedzieli w milczeniu.
- Dobra nie była. Fakt – zgodził się tamten. – Niepoczciwa taka.
Spojrzeli w stronę Susan. Pospiesznie sięgnęła po najbliższą butelkę i napełniła najmniejszy dostępny kieliszek. Jakby co, zawsze mogę powiedzieć, że mam, pomyślała nauczona doświadczeniami ostatniego roku w Hogwarcie.
Zaległo niezręczne milczenie.
- Zaś u Weasleyów – powiedział Mundungus, przeciągając sylaby. – Zaskroniec – dodał i pociągnął nieznacznie z kieliszka – wpadł do barszczu.
Lupin dopełnił kieliszek i upił zeń nieco.
- A Aarthuur – powiedział tym samym grobowym tonem i znowu nadpił – co?
Mundungus spojrzał na Susan. Albo raczej spojrzał w stronę Susan. Jego wzrok wyrażał doskonałą bezmyślność.
Lupin patrzył na niego oczami bez wyrazu.
Mundungus sięgnął po pękatą baryłkę z kranikiem i dolał sobie do szklaneczki cieczy, która nieznacznie zadymiła. Pociągnął mocno.
- Arthur – powiedział i zamilkł na chwilę. – Łyżkę odłożył, i powiada – pociągnął nieznacznie – „nie jem”.
Susan rozpaczliwie próbowała znaleźć w tej rozmowie jakiś sens.
- I co? – w grobowym głosie Lupina słychać było nutę zainteresowania. – Nie jadł?!
Mundungus nie odpowiedział od razu. Gdzieś w tle bohater tej dramatycznej opowieści śpiewał na dziadowską nutę o tym, jak Syriusz

...zawarczał "Skończył się szlaban",
A potem zadnią podnosząc nogę,
Z wzgardą obsikał Azkaban"
.(4)

Obaj pociągnęli jednocześnie.
- Nie – powiedział Mundungus dobitnie.
Znowu dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu.
- To – zauważył Lupin tonem człowieka podsumowującego dyskusję o Istocie Bytu – dobrze powiedział.

- Nu, gospoda! - zahuczał Moody, podnosząc kieliszek. - Nasze dieło prawoje, my pobiedim! Za pobiedu!
- Za pobiedu! - poparł go Lupin.
- Że co? - spytała niepewnie Tonks, która jako jedyna w Zakonie nie znała ani słowa po rosyjsku.
- Za zwycięstwo - wyjaśnił Bill i pospiesznie przyłączył się do toastu. Zakarpacki samogon przepłukał gardła Zakonu.
- Razcwietali jabłoni i gruszi... - zaczął śpiewać Charlie, ale Tonks położyła mu rękę na ustach.
- Wypiłeś za dużo, żeby śpiewać czysto, a myśmy wypili za mało, żeby nam to nie przeszkadzało.
Moody wyraźnie uznał, że i on, i obecni wypili już dosyć. Albo prawie dosyć. Wstał z miejsca.
- Góra! - krzyknął.
Obecni wstali. Wiedzieli, co będzie.
- Za pobiedu!
Wypili kolejny toast.
- Jest wojna?
- Jest!
- Kto zwycięży?
- Myyyy!
- Ura!
- Uraaaaaaaaaaaa!
- Pieśń, curvaż, nasza pieśń! - ryknął Moody.
- Wstawaj, strana ogromnaja! (5) - zaintonował.
Wstawaj na smiertnyj boj -
- podjęli Charlie i Lupin. Po chwili śpiewali już wszyscy. Szyby dzwoniły.

- ...s prokliatoju ordoj!
Pust' jarost' błagorodnaja
Wskipajet kak wołna...


Susan patrzyła na nich z przerażeniem. Słyszała nieraz tę pieśń, śpiewał ją Charlie, śpiewali kiedyś w domu koledzy ojca. Nie znała słów, ale wystarczała podniosła melodia i tytuł. Święta wojna. Dla niej - strzelisty oksymoron. Nigdy nie miała skłonności do pacyfizmu, przystępując do Gwardii Dumbledore'a myślała nie tylko o samoobronie, ale też nie widziała w wojnie nic fascynującego. Wojna oznaczała dla niej klęskę żywiołową, może smutną konieczność, ale nic ponadto. A tu widziała mężczyzn, których wyraz twarzy mówił wyraźnie, że wreszcie ich życie nabrało sensu. I jednym z nich był człowiek, którego kochała. Świętej wojny, cholera, zachciało się mu...
Czy w każdym z nich drzemie takie bezradne dziecko, czy każdy z nich, dotknięty w odpowiednie, nikomu nieznane miejsce, krzyczałby bez słów: "niech ktoś się mną zaopiekuje"?

...idiot wojna narodnaja,
Swiaszczennaja wojna!


Na portrecie w hallu czarnowłosy mugol w mundurze uśmiechał się pod wąsem.

KONIEC ROZDZIAŁU VI, OSTATNIEGO
(Epilog nastąpi)


(1) Jan "Bonawentura" Romocki (1925-1944), Modlitwa, 1942.
(2) Powroty, sł. i muz. Krzysztof Jurkiewicz.
(3) MAŁPSIATKA BAGIENNA - okrutnie płochliwy padlinożerca o rozczulającym wyglądzie. Występuje dyskretnie na podmokłych terenach kraju. Boi się własnego cienia, dlatego wyłazi wyłącznie po ciemku. Często rozpaczliwie skowycze i lamentuje. Doskonale nurkuje. Odżywia się po kryjomu, najchętniej leszczami bagiennymi.
(4)Straszna ballada o Azkabanie, wersja Minerwy (wówczas znanej jako Dziewczyna Hagrida), standardowa melodia ballady dziadowskiej.
(5) Święta wojna, 1941, sł. Wasilij Lebiediew-Kumacz, muz. Aleksandr Aleksandrow. Refren polski:
I święty niech uderzy gniew
I kipi niby zdrój,
Za wolność przelejemy krew,
Pójdziemy w święty bój!
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 14.02.08, 11:25

Występują tylko dwie osoby, sparowane, więc to chyba odpowiedni dzień.

EPILOG
.
Welwyn Garden City, piątek/sobota, 21/22 czerwca 1996


Cicho. Ciemno. A oprócz tego, że ciemno, to jeszcze cicho.
Gdzieś w dali zawył mugolski autoalarm.

W co ty się pakujesz, dziewczyno, pomyślał, wsłuchując się w spokojny oddech przytulonej do niego istoty. Jutro pogrzeb, a wojna dopiero się zaczyna. Chciałabyś pewnie normalnego faceta, normalnego życia, a kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, normalnego domu. Nic zdrożnego, ale to przecież nie w takich czasach, a jeśli już, to nie z Weasleyem. I ja chciałbym mieć dom, żonę, dzieci i psa, ale...
Przymknął oczy. W uszach stanęła mu piosenka, która wyraźnie ich prześladowała - gdziekolwiek pojawili się w zasięgu słyszalności jakiegoś radia, wcześniej czy później musieli to usłyszeć. Nim wstanie dzień, przebój tamtej wojny. (1) Za każdym razem obiecywał sobie, że tym razem nie będzie mówił o tamtych latach. Nigdy nie dotrzymał słowa.

...Przyjmą kobiety nas pod swój dach
I spójrz - będą śmiać się przez łzy,
Znowu do tańca ktoś zagra nam, może już
Za dzień, za dwa, za noc, za trzy,
Choć nie dziś.


Nie dziś. I nie wiadomo kiedy. To dopiero początek. Gdyby jej się coś stało... apage satanas...

...Dzieci urodzą się nowe nam
I spójrz - będą śmiać się, że my
Znów wspominamy ten podły czas, porę burz...


Żeby jeszcze miał kto wspominać, myślał. I żebyśmy się tego nie wstydzili. I żeby dzieciom było do śmiechu.
On się nie miał kiedy śmiać. Z dzieciństwa nie pamiętał kombatanckich wspomnień z niesprecyzowanej przeszłości, lecz konkretną do bólu teraźniejszość.

Mała czarna sowa siada na parapecie. Rozmowa urywa się. Ojciec odbiera list. Czyta.
- Kto?
- McKinnonowie.
Jedzą dalej w milczeniu.

W kominku zacięta twarz Alastora Moody'ego. Nic nie mówi. Ojciec patrzy pytająco.
Moody kiwa głową. Ojciec kiwa głową. Ubiera się.
- Wrócę, przecież wiesz.
- Daj Boże.
Rysuje mu krzyż na czole. Nigdy tak nie robiła.

- Mamo - tłumaczy z całą swoją dziesięcioletnią powagą najstarszy mężczyzna w domu - nie martw się, złego diabli nie biorą!

Ojciec ściska mamę. Bliźniacy siedzą mu na ramionach. Z boku tulą się do niego David i Percy.
Próbuje znaleźć dla siebie jakieś miejsce w tym kłębie.
- Poczekaj - strofuje go Bill. - Najpierw kobiety i dzieci.

...choć nie dziś,
Za rok, za dzień doczekasz się -
Wstanie świt.


Pogłaskał ją po włosach.
- Dobranoc, panno Bones.
- Dobranoc, panie profesorze - wymamrotała, wygodniej układając głowę na jego piersi.
Z półpiętra rozległo się bicie wielkiego szafkowego zegara. Od trzech godzin był dwudziesty drugi czerwca.

KONIEC

(1) Nim wstanie dzień, sł. Agnieszka Osiecka, muz. Krzysztof Komeda, z filmu Prawo i pięść.

Ciąg dalszy w fanfiktach tegoż autora:
Pogrzeb i stypa
Dom i świat
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 14.02.08, 11:30

Autor składa podziękowanie nieświadomym współautorom utworu:

Valdemarowi Baldheadowi
Georgesowi Brassensowi
Władysławowi Broniewskiemu
Lewisowi Carollowi
Papciowi Chmielowi
Waldemarowi Czerniakowskiemu
Krzysztofowi Daukszewiczowi
Jackowi Fedorowiczowi
Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu
Irytkowi
Janowi Pawłowi II
Jęczącej Marcie
Jackowi Kaczmarskiemu
Wacławie Komendzie
Andrzejowi Korzybowi
Salomei Krauzowiczowej
Jackowi Kuroniowi
Stanisławowi Lemowi
Januszowi Meissnerowi
Adamowi Michnikowi
Alanowi A. Milne
Margaret Mitchell
Andrzejowi Mleczce
Janowi Młodożeńcowi
Bolesławowi Prusowi
Wiaczesławowi Mołotowowi
Sławomirowi Mrożkowi
x. Wacławowi Oszajcy
gen. Alexandrowi Pattonowi
Andrzejowi Pilipiukowi
Terry'emu Pratchettowi
Jeremiemu Przyborze
Januszowi Przymanowskiemu
Andrzejowi Sapkowskiemu
Margaricie Selwie
Henrykowi Sienkiewiczowi
Edwardowi Stachurze
Aleksandrowi Ściborowi-Rylskiemu
x. Józefowi Tischnerowi
Melchiorowi Wańkowiczowi
Stefanowi “"Wiechowi”" Wiecheckiemu
Wierzbie Bijącej
Stanisławowi Wyspiańskiemu
Andrzejowi Zbychowi

i innym
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
imperio
Początkujący
Posty: 96
Rejestracja: 07.01.08, 22:10

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: imperio » 21.02.08, 12:39

Napisanie komentrza do tego tekstu, to wyzwanie. Próbuję już któryś raz.
Żałuję że moi przyjaciele nie czytali Pottera, głownie dlatego, że nie mogę im pokazać twojego opowiadania.

Ten tekst różni się od "typowych" fanfiktów. Jest w nim i romans, i złość i humor. Jest straszna wojna i są wierzący czarodzieje.

(rozpiszę to w punktach, to moze coś analitycznego i mądrego wyjdzie)

Bohaterowie:
przyzwyczaiłam się do nich, sprawiłeś, że postaci, znane w kanonie nabrały życia, nikt tu nie jest papierowy, chociaż troszkę trudno mi pogodzić się z troszkę zbyt dorosłą Suzan. Justin, Annthony Goldstein, Hanna, Ernie, niby epizodyczne postaci, zdziwiłam się kiedy dotarło do mnie że to co o nich wiem to nie kanon, tylko twoja wizja.

Charlie:
jest bardzo Weasley'owski, polubiłam gościa. Mam tysiącde wątpliwości, czy on powinien taki być, skad to wszystko wie itd, ale odpowiedź jest zawsze ta sama "smoker" i jak Suzan postanawiam nie pytać o nic więcej.

David:
Czytając pozostałe twoje fanfiki, zastanawiałam się kim jest. Ciekawa historia. Opowieść ze "spokojnych" czasów, o tym jak nie wolno ufać. I o tym jacy są Weasley'owie. Że nie złamią się.

Historia miłosna:
Tak banalna jak to zawsze w miłosnej historii. Na bazie samego tego wątku można napisać i blogaskowy fanfikt. Tylko że tu mamy tę historię tylko jako bazę dla zupełnie innych wątków.

Hogwart:
To jest pierwsza częśc tego za co cenię ten fanfikt najbardziej. Życie w szkole pod rządami Umbridge do łatwe nie jest. Pokazałeś je bardzo realnie, moze aż za bardzo. Mam wrazenie, ze opisujesz "swoje czasu" to czasem jest odczuwalne. Analogia jest silna. (zresztą co ja tam wiem, "odcinanie się i dawanie wyrazu" to już dla mnie odległa historia)

Puchoni:
Kiedy czytałąm to pierwszy raz, nie dotarło nawet do mnie że Suzan jest Puchonką. Twoi Puchoni nie poddają się stereotypom. Są po prostu sobą.

Opisy:
Ciekawe, ze kiedy się to czyta, wydaje sie ze opisów jest sporo, że dokładnie wiem gdzie jestem i co się dzieje z najdrobniejszymi szczegółami, chociaż, jeśli się temu bliżej przyjrzeć, to tak wiele szczegółów nie podajesz.

Wiara czarodziejów:
To ta druga część tego za co cenię twoje opowiadania. Po pierwsze, wplotłeś to tak, że prawie z kanonem się zgadza, po drugie to JAK to pokazałeś. I tu bez dalszego komentarza.

Wątpliwości:
Skąd syberyjscy szamani znają Charliego? Teraz wykonuje jekieś misje dla Zakonu, ale przedtem?
<z przymrużeniem oczka> A ten potężny czarodziej co deszcz wraz z tysiącam mugoli zatrzymał to jakby póżniej nie było? Tak jakby parę lat po upadku Voldemorta? </z przymrużeniem oczka>

Sugestia techniczna:
w ostatnim odcinku (13) przypisy są pomieszane, jakby czegoś brakowało. Odnośnik (2) jest przy piosence, a w przypisach jest o małpsiatce.

Dobrze napisany, z dobrze rozplanowaną akcją fanfikt, w którym jest mnóstwo humoru i tyle samo fragmentów, które dają do myślenia.
Dopisałabym jeszcze coś, ale może zostawię pod "Dom i świat"

Gratuluję
Imperio

PS:
O kompatybilności:
Pożyczasz sobie postaci z najlepszych fanfiktów. I skazujesz swoich czytelników na czytanie takiej ilości tekstu. Skazujesz ludzi na czytanie cyklu Idy, Apokryfu i Slytheriniady. Jak tak można. ;) Przez ciebie poznałąm tyle dobrych fanfiktów

Milusia

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Milusia » 12.03.08, 23:45

Matko kochana (chociaż może powinnam napisać: Arthurze :))! Jak ja się do czegoś przyczepię, to nie popuszczę... Złapałam fazę na "Oswoić smoka". Kumpela spod ziemi wygrzebywała dla mnie swój sponiewierany, drukowany egzemplarz, bo nie mogłam wytrzymać - musiałam przeczytać. To teraz mam. Arthurze, oficjalnie ogłaszam, że nakładem jednego egzemplarza, w kolaboracji z moją osobistą rodzicielką oraz nielegalnie wykorzystaną drukarką w jej pracy, powstaje zbiór dzieł różnych, Twego autorstwa. Co znalazłam, to tam wcisnęłam. Smoka, Pogrzeb, Dom i Wigilię. Będzie do czego zasiąść, jak mnie znowu ochota najdzie :) Bo jednak sam Smok to za mało, za szybko się czyta :)

Więc z dumą ogłaszam, że przynajmniej na Twoich fickach nie będę już psuła oczu przed monitorem. Jestem z siebie dumna :) I po raz kolejny gratuluję genialnych tekstów. I zazdroszczę. Och, jak wstrętnie zazdroszczę takiego pióra...

williama_s
Zielony
Posty: 1
Rejestracja: 19.08.12, 21:22

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: williama_s » 19.08.12, 21:41

Arthurze, po raz pierwszy na spokojnie przeczytałam Oswoić smoka (wcześniej wpadł mi w ręce Pogrzeb i stypa) i gratuluję - poza tym, co oczywiste - bohaterów żywszych niż kiedykolwiek Rowling udało się przedstawić - komizmu, którego odpowiednika na poziomie nie jestem w stanie wymienić - wątków słowiańskich, polskich - przede wszystkim przedstawienia religii, wiary w taki sposób. Jako katoliczka jestem przyzwyczajona do najeżdżania na świat Pottera, nie do czytania takich fików, które zmuszają mnie do zastanowienia się na temat mojej wiary! Jestem wdzięczna za ten świat, który tak strasznie boli, a jest światem prawdziwych wyborów, prawdziwej odpowiedzialności, po prostu - prawdziwy dla mnie. Magia, którą przemyciłeś tu nie w zaklęciach, ale w psalmach, kazaniach, opowieściach Charliego - nie wiem sama, jak na to patrzeć poza tym, że mi się podoba. Powinnam powiedzieć, że to bluźnierstwo dla duszy"szanującej się katoliczki" ale nie umiem. Nie było spazmatycznych okrzyków ani chały, był kawał dobrej roboty. A że archiwalne fiki wypada komentować, a nawet bardzo wypada, to piszę. Nieskładnie, ale dziękuję.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 01.09.12, 16:59

williama_s pisze:Powinnam powiedzieć, że to bluźnierstwo dla duszy"szanującej się katoliczki" ale nie umiem.
I bardzo słusznie.
Co do wiary w świecie czarodziejów, w archiwach jest na ten temat długa i MSZ zajmująca dyskusja:
http://archiwum.twoj.net/index.php?show ... 2384&st=30
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)


Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron