Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Opowiadania nawiązujące do cyklu o Harrym Potterze i dyskusje o nich.

Moderator: Arthur Weasley

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 29.09.07, 17:31

Arthur Weasley
OSWOIĆ SMOKA

Romans dygresyjny przesiąknięty alkoholizmem i chrześcijaństwem

Betareaderzy: Minerwa, Wierzba Bijąca

Utwór jest w pełni kompatybilny z fanfiktami Minerwy Apokryf (i jego wariantowym zakończeniem Apokryf – epilog surrealistyczny), Idy Lowry Inny rodzaj magii i Puste miejsce oraz Toroj Expecto Patronum, a do pierwszego miejsca po przecinku z tekstem kanonicznym.
Postacie Andrei, Lucy, Alexy Toran i Sirith Lestrange pochodzące ze wspomnianych fanfiktów oraz postać Haralda Weasleya pochodząca z fanfiktów Leszka
Edukacja Toma i Powrót Podróżnego zostały wprowadzone za wiedzą, zgodą i w porozumieniu z ich autorami.
Autor stanowczo oświadcza, że wszelkie podobieństwo do osób istniejących i sytuacji zachodzących w rzeczywistości jest zamierzone.

edit
W cztery lata po pierwszej publikacji utworu dowiedziałem się, że jest mugolska piosenkarka Jenny Wilson, podobno dość znana. To podobieństwo wyjątkowo jest przypadkowe.


ROZDZIAŁ PIERWSZY
w którym mężczyzna po przejściach poznaje dziewczynę bez przeszłości
i przez dwa miesiące zastanawiają się, co z tym zrobić,
potem przedziwnym zrządzeniem losu spotykają się tam,
gdzie się tego zupełnie nie spodziewali,
a całość kończy się wesołym pijaństwem
Odcinek 1

Wagon restauracyjny Hogwart Expressu, poniedziałek, 4 września 1995


- …i mi opowiada, jaka to ta miotła jest wspaniała, jakie ma bajery i przyspieszenie – opowiadała szczupła blondynka w szacie Ravenclawu czarnowłosej dziewczynie w cywilu. - To ja go wtedy pytam, co mu to daje, że miotła przyspiesza o pół sekundy szybciej, a on mi mówi, że będzie o pół sekundy rychlej na imprezie…
Rudy czarodziej w luźnej bluzie z kapturem, sączący piwo przy sąsiednim stoliku, zakrztusił się.
- Wiciostych? – zapytał. – Prawdopodobnie dziewięćdziesiątka trójka?
Dziewczyny spojrzały na niego z lekkim przestrachem w oczach.
- Skąd pan wie? – zapytała blondynka.
- Skąd wiesz? – zapytała jednocześnie czarnowłosa, odrzucając na plecy długi warkocz.
- Przeczuwam w jasnowidzeniu - uśmiechnął się.
- Dobra, a poważnie?
- Tak poważnie Wiciostych to jest dyżurna wypasiona miotła dla niedorobionych szpanerów – odparł. – Jak ktoś ma więcej kasy jak rozumu, a lubi zaszpanować, to kupuje Wiciostycha. A dziewięć trzy ma sporo różnych wodotrysków, do niczego niepotrzebnych, ale za to można o nich długo i rzewnie opowiadać pannom, które się nie znają. A prawda jest taka, że jak ktoś naprawdę umie latać, to poleci na drzwiach od stodoły, chociaż ja osobiście wolę Srebrną Strzałę niż drzwi…
- Ale na Srebrnej Strzale nie da się grać w gwinta - zauważyła czarnowłosa.
Była bardzo podobna do Jenny. Widział to. Ale z czego właściwie? Wzrost nie, kolor włosów się nie zgadza. Oczu też nie. Nieistotne. Była podobna i już.
– Latałeś na Srebrnej Strzale? - zainteresowała się.
- Powiem więcej, latam głównie na es-es dwadzieścia. A bo?
- A nic, mój brat ma Srebrną Strzałę dwudziestą i bardzo chwali, a wszyscy dookoła się dziwią…
- To na razie – przerwała blondynka. – Zostawiam was samych. Miłej rozmowy o miotłach.
- Sprzedali ci bez problemu Ognistą? – zmieniła temat, wskazując głową na kieliszek stojący na jego stole.
- Wiesz… jak ci na imię…
- Susan – wyciągnęła rękę.
Odruchowo uścisnął tak, jakby się witał z kolegą. Ku jego zdziwieniu jej uścisk nie był wiele słabszy.
- Charlie. Od jakiegoś czasu jestem pełnoletni i to chyba widać.
- Fakt, widać, na szkołę nie wyglądasz. Do Glasgow jedziesz?
- Do końca. Pracę w Hogs dostałem, na parę miesięcy, ale zawsze coś. Dwudziestkę ma i chwali, mówisz?
Susan zmarszczyła brwi. Jej rozmówca wyraźnie nie miał ochoty rozwijać tematu pracy w Hogsmeade.
Okazał natomiast żywe zainteresowanie wszystkim, co dotyczyło Hogwartu. Szczególnie interesowało go to, jak nauczyciele odnoszą się do uczniów i nawzajem. Początkowo irytowało ją to, potem jednak ze zdziwieniem zauważyła, że naprawdę słucha wszystkiego, co mu mówi. Z rzadka pozwalał sobie na oględny komentarz.
Przez głowę przemknęło jej, że może jego wcale nie obchodzi Hogwart, tylko po prostu lubi słuchać, jak ona mówi. E tam, pomyślała. Jestem mocno nieletnia. A gdyby nawet, to co mnie to obchodzi, żeby chociaż był przystojny... no bez przesady, nie taki ostatni... e tam...
- ...i tak do końca to nikt nie wie, co się stało – relacjonowała wydarzenia Turnieju Trójmagicznego. - Na bank to wiadomo tyle, że wszedł do labiryntu Potter i Diggory, i tamtych dwoje spoza szkoły, oni wrócili, a potem, za parę godzin, pojawił się znikąd Potter z ciałem Diggory'ego.
- Szkoda chłopaka – westchnął. - Z tego, co mówisz, był cholernie w porządku. Oni wszyscy tacy... zaczekaj chwilę...
- Wszyscy, znaczy Hufflepuff?
- To swoją drogą, akurat miałem na myśli Diggorych.
- Znałeś Cedrica? - zdziwiła się.
- Znałem jego brata – odparł. I siostrę. Ale luźno – dodał pospiesznie, wstając od stołu.
Pociemniało mu w oczach. Widział ich znowu. Gdzieś z oddali dobiegał głos Mike'a Birchwooda:
- ...no to już, gramy, mugol i David robią herbatę...
Było ich czterech. Od kiedy wynaleziono grę w gwinta, ludzie na pewnym poziomie dobierają się czwórkami.
Odkąd Minerwa McGonagall została wicedyrektorem, grać w gwinta wolno było tylko w pokoju wspólnym. I nie po ogłoszeniu ciszy nocnej. Uznali to za krzyczącą niesprawiedliwość. I dalej grali w gwinta gdzie się tylko dało.
W trzeciej klasie zaczął im się plątać pod nogami David. W gwinta grać nie umiał i nie zamierzał się uczyć. Ale w grze nie przeszkadzał, herbatę parzył bez protestu, grał na organkach i wykłamywał ich z kłopotów w sposób budzący ogólny podziw.
Nazwali się Tajnym Klubem Gwinta imienia Minerwy McGonagall.
Było ich pięciu.

- Co ci jest? - zaniepokoiła się.
- A nic, za szybko wstałem i zakręciło mi się w głowie – zbagatelizował.
Nie potrzebowała fałszoskopu, żeby w to nie uwierzyć. Nie wyglądał na kogoś, kto ma kłopoty z układem krążenia i od byle czego dostaje zawrotu głowy. Spojrzała uważniej na jego twarz. Miał oczy człowieka, który widzi testrale. Znała kilku...
- Dzień dobry, pani profesor – odezwała się, widząc podchodzącą nauczycielkę historii magii.
- A dobry, dobry – uśmiechnęła się Lucy Blair. - Charlie, można prosić na słówko?
- Zaraz wracam – rzuciła Susan. Minęła bufet i weszła do przedziału dla prefektów.
- Słuchaj – zaczęła Lucy - czy mógłbyś mi w chwili wolnej od podrywania tej nieletniej istoty…
- Nikt tu nikogo nie podrywa!
- Jassne, wam się po prostu dobrze rozmawia. Słyszałeś, że nam wsadzili do szkoły anioła stróża z Ministerstwa?
- A wiem, widziałem babę na dworcu. Ciekawe, że mnie to wcale nie dziwi.
- Wiesz coś o niej?
- Menda ostatniego rzędu, ale na szczęście głupia jak but. Ty się dziwisz, że zrobili taki ruch?
- Ja się nie dziwię. Ja się boję.
- Czego? Że masz zasraną ankietę? A kto nie ma?
- Nie to. O Harry'ego się boję. Wpakuje się w jakieś kłopoty, nawet nie zauważy kiedy.
- Może i... Na mnie jawny stróż nie robi wrażenia. Bardziej się boję tego, ile osób będzie tej zmorze donosiło po cichu. I czego mogą w tej sytuacji chcieć od Rona.
- No jestem - odezwała się Susan, pojawiając się obok Lucy. Była już w szacie Hufflepuffu z naszywką prefekta. Charlie gwizdnął cicho przez zęby.
- No proszę, jakie znajomości człowiek zawiera. I się nie pochwaliłaś?
- Czym mianowicie?
- Że jesteś prefektem.
- No i co – wzruszyła ramionami. - Różni ludzie są potrzebni – kanalarz, śmieciarz, prefekt... Tyle z tego, że teraz mnie ciągną na jakąś nasiadówę, a tak tobyśmy jeszcze mogli pogadać.
Poczuł kolejny przypływ sympatii do tej istoty, niechby i nieletniej. Większość nowo mianowanych prefektów robiła wrażenie ciężko zamroczonych ogromem własnego nowo nabytego znaczenia. Irytowało go tak samo jak zachowanie jego matki, która najwyraźniej dzieliła synów na prefektów i nieprefektów.
- Uważaj na siebie. W tym roku być prefektem w Hogwarcie to będzie żaden interes.
- Jasne. Jak to by był interes - uśmiechnęła się, ale oczy miała smutne - to jego by już dawno gobliny kupiły.
Odpowiedział jej równie smętnym uśmiechem.
- Cześć, Charlie.
- Czy…
- Pewnie, że dam znać, jak będę miała przepustkę. Tylko nie zapraszaj mnie do Madame Puddifoot. Do widzenia, pani profesor – znikła ze świstem w korytarzu.
- „Cześć, Charlie” - Lucy uniosła brwi. – Siedzicie tu godziny pół i “cześć, Charlie”. I nikt tu nikogo nie podrywał. I tak bez żadnego powodu nie przyznałeś się, kim jesteś. A świstak siedzi i zawija w te sreberka...
Trafiony, zatopiony, pomyślał. Przez chwilę chciałem być chłopakiem jadącym do Hogwartu. A przynajmniej nie być dla Susan nauczycielem. Że co? Dla Susan? Czy dla jakiejkolwiek panny? Cholibka, pomyślę o tym jutro…

Hogwart, poniedziałek, 4 września 1995 wieczorem

Pierwszego września 1983 roku dwunastoletni Charlie Weasley postanowił, że kiedyś na uczcie powitalnej zasiądzie po słusznej stronie stołu nauczycielskiego.
Czasami dziecięce marzenia się spełniają. Niestety zazwyczaj wtedy, kiedy marzy się już o czym innym. Po następnych dwunastu latach patrzył z góry na Wielką Salę i dużo by dał (jak na możliwości Weasleyów), żeby siedzieć przy którymś z wielkich stołów. Najlepiej przy tym najbliższym, z którego patrzyły na niego rozszerzone ze zdziwienia czarne oczy.
Susan Bones teoretycznie zgadzała się co prawda z Erniem Macmillanem, że jako prefektkę powinno ją żywo obchodzić to, kogo Tiara Przydziału kieruje do jej domu, ale teoria ta nie miała najmniejszego zamiaru zamienić się w praktykę. Bardziej intrygowało ją, co robi przy stole nauczycielskim poznany przez nią w pociągu właściciel Srebrnej Strzały.
- Z przykrością informuję – ogłosił Albus Dumbledore - że w tym roku nie będzie wśród nas pani profesor Hooch. Aby nie pozbawiać państwa lekcji latania, zatrudniliśmy do stycznia pana Charlesa Weasleya, w swoim czasie niezrównanego szukającego Gryffindoru...
Rudzielec wstał i ukłonił się niezgrabnie.
Od stołu Gryffindoru zerwała się burza oklasków, ale uważny obserwator zauważyłby łobuzerskie błyski w oczach bliźniaków – braci nowego nauczyciela. Dla kontrastu oklaski od stołu Slytherinu pochodziły od pojedynczych osób. Dłonie opiekuna Slytherinu niemal się nie stykały.

- Ot, proszę - zauważyła Minerwa McGonagall, patrząc na Charliego z rozbawieniem. - Ciekawe, z kim jeszcze mi przyjdzie pracować. Co jeden, to z lepszej bandy.
- Proszę?
Siedzieli w pokoju Dumbledore'a, próbując prowadzić niezobowiązującą konwersację o sprawach przyjemnych, a przynajmniej obojętnych, i nie myśleć o nowej nauczycielce, która bardzo chciała "spotkać się w małym gronie, żeby się zintegrować" i której tylko dzięki połączeniu talentów dyplomatycznych McGonagall i impertynencji Lucy Blair udało im się pozbyć, ani o przemówieniu, którego sens nie budził wątpliwości.
- Dwa lata temu przyszło mi pracować z Remusem Lupinem. Instytucji Bandy Huncwotów nie muszę ci przybliżać. Teraz z tobą. Logiczną rzeczy koleją za parę lat pojawi się tutaj twój brat. Tak przy okazji - zamierzasz reaktywować Tajny Klub Gwinta imienia Minerwy McGonagall?
Oczy Charliego przypominały wielkością talerzyki deserowe.
- Za Tajny Klub imienia Charlesa Weasleya - uśmiechnęła się opiekunka Gryffindoru, podnosząc kieliszek Napoleona.

Hogwart, środa, 6 września

Młody nauczyciel wyraźnie nie miał pomysłu na przeprowadzenie lekcji na temat “Sprawy organizacyjne”. Tym bardziej przed audytorium złożonym z mieszanki piorunującej Slytherinu z Gryffindorem. Widać było gołym okiem, że urządził ją, bo takie były przepisy.
Pytania z sali także dotyczyły spraw banalnych. Jednakże w klasie dawało się wyczuć napięcie. Coś miało się stać.
Lekcja miała się skończyć za pięć minut, kiedy głos zabrał Gregory Goyle.
- Panie psorze – zapytał – czy pan ma rodzinę?
Domyślał się mniej więcej, o co chodzi i do czego rozmowa zmierza. Po sekundzie namysłu uznał za stosowne udać, że nie zrozumiał pytania.
- Mam pięciu braci i siostrę.
- Ale ja nie o tym... czy pan ma żonę albo dzieci, albo może jedno i drugie?
- Jestem nieżonaty – odparł. - I nie mam dzieci... o ile wiem.
- To może pan mieć ze mną – odezwała się głośno Pansy Parkinson.
Ślizgoni zarechotali. Z gryfońskich ławek rozległ się jęk zniechęcenia. Po chwili wszyscy ucichli, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Hermiona patrzyła na Pansy jak na wyjątkowo dokładnie rozdeptaną meduzę.
- Proszę wstać. Tak, pani, panno Parkinson.
Świeżo upieczona prefektka wstała, patrząc mu wyzywająco w oczy. Zmierzył ją wzrokiem z góry na dół, z dołu do góry i znowu z góry na dół.
- Z czym do gości? - prychnął. - Proszę usiąść.

Charlie czuł, że tego starcia nie przegrał. Ale musiał jakoś odreagować. Chętnie by się teraz napił, a jeszcze chętniej polatał na miotle, ale w danym momencie jedno i drugie było niemożliwe. Nargile też byłyby niezłe, ale i tego wyrobu firmy „Caterpillar i Synowie” nie miał pod ręką.
- Fred, daj papierosa – zażądał.
- Ależ panie profesorze, skądżebym miał...
- Panie Weasley, możemy i tak – uśmiechnął się. – Mogę jak porządny nauczyciel skonfiskować te fajki. Albo możesz mnie jak brat poczęstować.
- Fajek nie mam, pudło. Mam, i owszem, cygara – odparł Fred i poczęstował go.
Charlie odszedł za załom korytarza, stanął w wykuszu z oknem i zapalił.
- Palisz w szkole! – usłyszał za sobą piskliwy głos. – Jak się nazywasz?
Kątem oka dojrzał Dolores Umbridge. Zadajesz głupie pytania, to dostaniesz głupią odpowiedź, pomyślał.
- Winston Churchill! – wypalił.
Ku swemu zdumieniu usłyszał oddalające się pospiesznie kroki.

- Panie dyrektorze! – krzyknęła od progu gabinetu Dolores Umbridge.
- Koleżanko Umbridge, jestem zajęty, mam gości.
Draco Malfoy i Pansy Parkinson zesztywnieli. Reszta prefektów nieudolnie próbowała ukryć rozbawienie.
- A więc, panno Bones - ciągnął Dumbledore - pani pytanie jest sensowne, natomiast...
- Panie kolego! – przerwała Umbridge. Portrety zmarłych dyrektorów spojrzały na nią z niesmakiem. Nikt z nich nie pozwoliłby nowo zatrudnionemu nauczycielowi na taką poufałość. – Chyba to, co mam do powiedzenia, jest ważniejsze niż ci smarkacze. Dyscyplina szkolna...
- Jak właśnie mówiłem – ciągnął Dumbledore nieco głośniej – kiedy ktoś zakłócił naszą rozmowę...
Ron prychnął dziwnie. Ernie Macmillan zakrztusił się. Susan wyglądała, jakby miała się za chwilę udusić. Hermiona spojrzała na nich potępiająco, ale widać było, że i ją cała sytuacja serdecznie bawi.
- Panie kolego! Na korytarzu stwierdziłam palącego cygaro Winstona Churchilla!

Hogwart, środa, 20 września 1995

- Fred, dlaczego opowiadacie te wszystkie świństwa o Charliem? - spytała Ginny.
- Jaka trąbka? Jaka różdżka z leszczyny? - zdziwił się Fred. - Jakie świństwa?
Pojawienie się w Hogwarcie rozumnej formy życia noszącej spodnie starszej od siódmoklasistów, młodszej od Flitwicka, mniejszej od Hagrida i przynajmniej od czasu do czasu myjącej głowę wzbudziło zrozumiałe podniecenie wśród tych uczennic, które zdążyły się już zorientować, na czym polega rozmnażanie płciowe. Co przytomniejsze uważały, że człowiek po przejściach – a ktoś, kto w wieku dwudziestu czterech lat ma czoło jak orne pole, niezawodnie jest człowiekiem po przejściach - niespecjalnie się nadaje do flirtu, ale większość pozostałych miała wielką ochotę na bliższą znajomość.
Jednakże próby zawarcia bliższej znajomości kończyły się niepowodzeniem. Nauczyciel po przejściach był zawsze chętny do pomocy, zawsze gotów udzielać dodatkowych lekcji, również po ogłoszeniu ciszy nocnej, ale to faktycznie były lekcje latania na miotle. Sporo miał też do powiedzenia o opiece nad magicznymi stworzeniami. I na tym się jego gotowość do współpracy kończyła.
W nieunikniony sposób w żeńskich dormitoriach od piątej klasy w górę do żelaznego tematu “na kogo leci Snape” doszedł drugi żelazny temat “z kim sypia Weasley”. Za podejrzaną numer jeden uchodziła Lucy Blair, zwłaszcza odkąd dwa razy widziano ich razem w “Trzech Miotlach”.
Najoczywistszym źródłem informacji wydawało się rodzeństwo młodego nauczyciela. Ginny raczej unikala tematu, Ron potrafił długo i szeroko opowiadać o przygodach brata ze smokami, a przede wszystkim o tym, jak świetnie lata na miotle – czyli o tym, co jego rozmówczynie interesowało najmniej. Natomiast bliźniacy zawsze byli chętni do rozmów o tym, co chciały wiedzieć, i gotowi opowiedzieć im to, co spodziewały się usłyszeć. Charlie byłby mocno zdziwiony, gdyby usłyszał, jakim ogierem okazuje się w opowiadaniach swoich braci.
- Jak mi Mandy Brocklehurst opowiedziała, coście jej nagadali, to myślałam, że się pod ziemię zapadnę – warczała Ginny. - Myślałby kto, że zaliczył tych dziewczyn nie wiadomo ile, wszystko co ma mufkę, to zdobycz do kolekcji... przecież wiecie, że to nieprawda!
- Głupia jesteś, moja siostro – oświadczył stanowczo Fred. - Nieważne, jaki towar jest, ważne, na jaki czekają klienci. Singla w tym wieku bez doświadczeń ciężko sprzedać. A tu jest od groma panienek, które polecą na twardego faceta po przejściach i z doświadczeniem, na jakiego Charlie zresztą wygląda, ale nie na taką romantyczną pierdołę, jaką on po cichu jest, jasssne?
- Super, ale po ghula chcecie go, jak to określiłeś, sprzedać?
- Widzisz, siostrzyczko – odparł Fred – cholernie nie lubimy czytać znajomych nazwisk na drzewach.
- Ekstra, ale co ma jedno z drugim?
- Ależ to proste jak schemat ideowy siekiery – uśmiechnął się Fred. - Świruje z tymi smokami coraz bardziej, kiedyś się natnie i zamiast brata będziemy mieć kupkę popiołu. Chyba że się wcześniej po pijaku zabije na miotle po jakimś kretyńskim zakładzie. A wszystko przez to, że jest niewyżyty.
Ginny wzniosła oczy ku niebu. Pomyślała, że jednak fajnie byc chłopakiem. Dla nich świat jest taki prosty.
- By se znalazł kobitę, toby był spokój. A że sam sobie nie znajdzie, to trzeba je na niego napuścić.

- Wiesz, Fred – powiedział Lee Jordan przy kolacji – jestem doprawdy wzruszony waszą troską o braciszka.
Gdyby Fred nie znał Lee od sześciu lat, prawdopodobnie wziąłby to za dobrą monetę.
- Wiesz, jak się nazywa taki, co podsłuchuje? – warknął.
- Wiem, jak się nazywa taki, co prowadzi takie rozmowy pełnym głosem w pokoju wspólnym – odciął się Lee. - Kretyn. A swoją drogą naprawdę myślisz, że jak se znajdzie babę, to przestanie latać? A przynajmniej tak świrować?
- Nie mam pojęcia – odparł szczerze Fred. - Nigdy nie miałem z nim dobrego kontaktu. Był taki ojcowski, że wyrzygać się można, gorszy od Billa. Ale założę się o każde pieniądze, że jak się ożeni, a jeszcze jak mu się dzieci urodzą, to mama będzie tak zaabsorbowana najpierw ślubem, potem synową, a na końcu, daj Boże jak najszybciej, wnukami, że przestanie pchać nos w moje sprawy.
Przez chwilę jedli w milczeniu.
- A poza tym – dodał George – lepiej niech go uważają za dziwkarza niż za pedała.

c.d.n.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 17:41

Skye, 01.06.04 19:19:21

No cóż Arthurze. Od czasu krótkiej informacji w komantarzach pod Pustym miejscem, nie mogłam sie doczekać tego tekstu. Zwłaszcza, że zarówno Wigilia w Norze jak i Pogrzeb i stypa prezentuja bardzo wysoki poziom. Szczerze, nie spodziewałam się go tak szybko. a tu prosze, jaka niespodzianka [duzo tych niespodzianek z okazji dnioa dziecka dzisiaj]. Charlie jest jedną z moich ulubionyhc postaci HP. Zaraz po Billu i... reszcie rudzielców. Zawsze podobał mi się Twój humor.
Lubie też współprace miedzyfikowa czyli pozyczanie postaci. teksty wspaniale sie wtedy dopełniają.
Charlie jako lubiący sobie popić wydaje się być realny. Bliźniacy czy Bill w twoim wykonaniu również. No nic, zapowiada sie ciekawie. Więc zlituj się nad nami i wklejaj ciąg dalszy.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 17:43

Toroj, 01.06.04 20:27:05

Przeczytałam, umarłam, wstałam z podlogi, spojrzałam powtórnie, znów umarłam... Zaraz napiszę na kolegium doniesienie o ciężkim i z premedytacją dokonanym na mnie uszkodzeniu przepony. Jeszcze, jeszcze!! Dręcz mnie, męcz mnie, ręcznie...!!! Artek, masz u mnie ślizgońskie czekoladki jak nic.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 17:46

Professor Vector, 01.06.04 20:42:11

Tajnym Klubem Gwinta imienia Minerwy McGonagall
zbił mnie na podłogę. A takoż
...no to już, gramy, mugol i David robią herbatę...
Jak to określiłeś "podobieństwo jest zamierzone"
Chichot historii słyszę, gdzie się obrócę. Poczekam spokojnie, ciekawe na co jeszcze się natknę. I kogo sportretujesz.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 17:49

Arutha 01.06.04 20:50:20

Aż mi szczęka opadła. To jest dobre, to jest świetne, to jest niesamowite... Momentami nie mogłam powstrzymać wybuchów potężnego śmiechu (ku ogólnemu zdziwieniu mojej rodzinki)... Niektóre teksty są bardzo odważne, jednak idealnie wkąponowane w całość...
- A poza tym – dodał George – lepiej niech go uważają za dziwkarza niż za pedała.
- Panie kolego! Na korytarzu stwierdziłam palącego cygaro Winstona Churchilla!
- Jestem nieżonaty – odparł. - I nie mam dzieci... o ile wiem.
- To może pan mieć ze mną – odezwała się głośno Pansy Parkinson.
Przy tym ostatnim troche mnie zatkało... Mam pytanko. Czy zamierzasz umieścić w tym ficku Billa? I oczywiście kiedy będzie następna część? Jest to drugie opowiadanie, na którego kontynuacje czekam z niecierpliwośćią...

Moje uszanowanko...
Pozdrawiam...

Arutha

P.S.
Gwint imienia Minerwy McGonagall niebezpiecznie skojarzył mi się z Krasnoludzkim Gwintem...
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 17:51

Minerwa 02.06.04 02:31:40

Czemu "niebezpiecznie"? W opowiadania Arthura, ale nie tylko jego, bo i Idy, i Toroj, i Irytka i wielu innych autorów wpisana jest swojego rodzaju "intertekstualność", która wyraża się m.in. w przeróżnego rodzaju odwołaniach i aluzjach, czytelnych na różnych poziomach w zależności od ogólnej erudycji i warstwy geologicznej, z której pochodzi czytający. Nie twierdzę, że tego typu smaczki są największą atrakcją tych opowiadań, bo skrzywdziłabym inne, ale w każdym razie nie ma się ich co bać. Nie gryzą, wprost przeciwnie.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 17:53

Irytek jz 02.06.04 08:48:58


Najpierw narobię Wam smaku: w przeciwieństwie do większości komentujących, znam spore fragmenty (ale nie całość) tego utworu, i ja po prostu wiem, że w ciągu dalszym jest on równie znakomity, a nawet jeszcze lepszy! Jest na co czekać!

Dlaczego tak lubię arthurowe pisanie?

a) warsztat
Są ludzie, którzy nie potrafią pisać. Są też tacy, którzy posiedli tę umiejętność. Arthura Pan Bóg przydzielił do tej drugiej grupy, z korzyścią dla nas wszystkich, bo dzięki temu możemy czytać jego znakomite opowiadania. Jego styl cechuje niesamowita lekkość pióra (właściwie należało by obecnie pisać o "lekkości klawiatury") powodująca, że arthurowe opowiadania "czytają się same". Co ważne, potrafi się on ustrzec przed częstym grzechem, jakim jest nadmierna kwiecistość i szafowanie "ozdobnikami" na lewo i prawo. Lakoniczność, ale w żadnej mierze nie utrudniająca zrozumienia tekstu. Umiejętność oddania jednym celnym sformułowaniem istoty rzeczy - bo spójrzcie choćby na ten kawałek:
Spojrzała uważniej na jego twarz. Miał oczy człowieka, który widzi testrale.
"Oczy człowieka, który widzi testrale"!!! Jakież to jest kapitalne!!! To jedno zdanie wystarczy, zeby wzbudzić we mnie dziką zazdrość.

b) postacie
Nie są papierowe, są ludźmi z krwi i kości, mającymi własne, dobrze rozpoznawalne osobowości. Są przekonujący i prawdopodobni. Niektóre z kanonicznych postaci występujących u Arthura są znacznie lepiej zarysowane niż w kanonie. Przekonacie się!

c) humor
Te wszystkie smaczki, które dostrzegli moi przedpiszący, a których będzie dużo więcej!

Więcej nie napiszę, żeby nie spojlerować arthurowego tekstu!
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 17:55

Leszek 02.06.04 12:25:59

Doczekalismy się wreszcie. Opowiadanie, znane do tej pory tylko z przekazów i mglistych zapowiedzi, jest wreszcie dostępne dla wszystkich.

Ogólna ocena zawarta już była w wypowiedziach powyższych, pozostaje jedynie przychylić się do nich. Mnie osobiście najbardziej fascynuje "dorastanie" Charliego we wszystkich pracach Atrhura. W "Pogrzebie" potraktowany był jako jeden z wielu bohaterów - nie można było o nim powiedziec nic więcej poza tym, że nie znosi Czarnej Strony i ma wielką ochotę z nią walczyć. W "Wigilii" dowiadujemy się o nim jeszcze, iż wcale nie miał lekkiego życia - on, legenda Quiddicha w Hogwarcie. Teraz natomiast jest pełnokrwistą postacią - i przyjemnie jest obserwowac jego poczynania. Szkoda, że tak krótko...
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 17:56

RosoMC 02.06.04 14:54:43

No i jest! Zapowiadane "Oswoić Smoka" wreszcie się ukazało. Ja po prostu WIEDZIAŁEM, że to nie może być kiepskie. Wszystkie fiki noszące podpis Arthur Weasley są świetne. Mnie osobiście najbardziej spodobał się Winston Churchill.

Tak trzymać!
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 17:57

Silene 02.06.04 15:07:38

Wiecie, jak to jest z dobrymi firmami - rzadko wypuszczają buble. Arthurze, jestes naprawdę dobra firma, a opowiadanie jest naprawdę smakowite.
Tyle przyjemnosci człowieka spotyka! Takie smaczne szczegóły! W odróżnieniu od Minerwy deklaruję, że smaczki te są przeze mnie faworyzowane. Tekst bez asocjacji literacko-kulturowych (niekoniecznie fanfictowych) wydaje mi się jakis taki goły.
No cóż, tutaj z pewnoscią nie ma na co narzekać.
Pomijając już takie drobiazgi, jak celnosć obserwacji, pewnosć pióra i inne rzeczy, które powodują, że człowiek się wierci na krzesle i czeka na nowy odcinek.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 17:57

Jęcząca Marta 03.06.04 22:09:55

... a historia zęby szczerzy... [ciach rozszalały uśmiech, którego się przecież łatwo domyślić, prawda?]
...świt ze strachu włosy jeży...
...Święty Jerzy zaś nie wierzy...
...że już nie ma jeży w wieży...

Szczerzące ząbki uśmiechy Arturze... Szczerzące się szczerze!...
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 17:58

Hekate 04.06.04 16:18:27

Dobre opowiadanie, jak dobre wino...
Zdrowie Wielce Szanonego Autora!
(Hekate podnosi puchar do ust)

Proszę o ciąg dalszy.
Howgh
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 17:58

Shiny 06.06.04 17:53:14

Tiaa... Ciekawie się zaczyna, ładnie pasuje do "pustego miejsca", ale mam dwa pytania:
-dlaczego Susan jedzie do szkoły dopiero 4 września? Czyżby dlatego, że jest prefektem?
-dlaczego Charlie uczy rocznik Harrego? Przecież latanie na miotłach jest tylko w młodszych klasach, o ile nie tylko w pierwszej...
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 29.09.07, 18:00

Shiny zapytała sensownie
-dlaczego Susan jedzie do szkoły dopiero 4 września? Czyżby dlatego, że jest prefektem?
Z tego samego powodu, z którego rok szkolny 1939/40 miał się zacząć 4 września: ponieważ 1 września 1995, podobnie jak 1 września 1939, przypadał w piątek
oraz mniej sensownie
-dlaczego Charlie uczy rocznik Harrego? Przecież latanie na miotłach jest tylko w młodszych klasach, o ile nie tylko w pierwszej...
Interesujące. Skąd to wiesz? Ja nic na ten temat nie zauważyłem. Owszem, w wyższych tomach nic o tym nie ma, ale równie dobrze można by uznać, że w ogóle jest tylko jedna lekcja. Nie widzimy również wielu innych lekcji.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 18:02

Shiny 06.06.04 19:07:33

Ad1. No, trzeba by sprawdzić w kalendarzu, bo trudno pamiętać, jaki to był dzień tygodnia, zakładam, że masz rację Arthurze.

Ad2. Fakt, o wielu lekcjach nie mamy informacji, ale byłam przekonana, że latanie jest tylko w pierwszej klasie... ale to chyba tylko moje domysły, przepraszam za głupie pytanie.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 29.09.07, 18:03

Piątek, zapewniam. Wojna wybuchła w piątek, a jaki dzień tygodnia wypadał pod daną datą w roku x, taki również w każdym roku x+28 (w granicach przedziału 1901-2099). Kto nie wierzy, niech policzy.
A 1939+28+28=1995.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 18:06

RosoMC 06.06.04 19:26:27

Arthurze jesteś dobry z historii. Większość osób, włączając w to mnie, nie zwróciłąby uwagi na taki detal.

Pozdrawiam RosoMC
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 18:06

Skye 06.06.04 19:27:34

A ja tak sie składa jestem w posiadaniu kalendarza z roku 1995 i pierwszy września wypadał w piątek czyli czwarty w poniedziałek.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 18:08

Ais Seveu 06.06.04 21:41:44

Ja zapytana z całą pewnością odpowiedziałabym, że 1 września 1995 AD wypadł w piątek. Po prostu jako jednej z młodszych bywalczyń tego forum zapadł mi ów dzień w pamięć... jako ten, w którym poszłam do szkoły. ;-)

Na tym kończymy rozmowę o tym, że 1 września 1995 był piątek. A jako autor utworu zaznaczam z góry, że wszystkie dalsze daty też są pod tym kątem sprawdzone dokładnie.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 18:08

Magdalaena 07.06.04 00:16:12

Tekst jest abrdzo fajny, czytałam z przyjemnoscią, ale ...
Arthurze Ty jako moderator i autor na pewno wiesz - kto opisał młodość Charliego i kto stworzył (i uśmiercił) postać Davida Weasleya ?
Czytałam fanfiki Twoje , Idy Lowry i Minerwy, ale nic na ten temat nie znalazłam. Może jaiś mały link ?
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 29.09.07, 18:11

Magdalaena pisze:kto opisał młodość Charliego i kto stworzył (i uśmiercił) postać Davida Weasleya?Czytałam fanfiki Twoje , Idy Lowry i Minerwy, ale nic na ten temat nie znalazłam. Może jaiś mały link?
Davida stworzyłem ja. Fanfiktów o szkolnych latach Charliego nie spotkałem.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 18:14

Sowa, 24.06.05 20:12:25

Jestem pod wrażeniem. Długo ociągałam się z przezytaniem tego ff, ale w końcu się za to zabrałam. Musze zaznaczyć, że jest to rczej opowieść humorystyczna niż romans.Zabieram się za czytanie kolejnych części.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 29.09.07, 18:16

Jęcząca Marta 25.06.05 14:05:11

Humorystyczna?... E... Chyba jednak nie.
Ale przeczytaj Sowo dalej. Powodzenia!
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 30.09.07, 09:53

do pozostałych odcinków

Odcinek 2

Hogwart, wtorek, 3 października 1995


- Myślałem, że mamy się uczyć latać, a nie spadać - zauważył sarkastycznie Draco Malfoy.
- Myślałem, że jest pan prefektem, a nie nauczycielem - odparł Charlie. - Jak już mówiłem, proszę się dobrać w pary. Mieszane, między domami. Latacie tak, żeby mieć partnera blisko siebie. Ja latam między wami i zrzucam przypadkowe osoby z mioteł. Hamowanie różdżką, jak pamiętam, macie jako-tako opanowane. Partner spadającego pikuje przy nim i jeżeli spadający z jakichś powodów nie hamuje, partner zatrzymuje go zaklęciem Mobilicorpus. Zaczynamy!

- Nie boisz się? - spytała Lucy.
- Czego?
- Że ktoś sobie krzywdę zrobi.
- Umiarkowanie. Najgorsze, co się może stać, to że ktoś się skąpie w jeziorze. Żadna przyjemność, ale od tego się nie umiera. A oni się tego powinni nauczyć. I samopomocy, i asekuracji.
- A właściwie po co?
- Tak na wszelki wypadek. A także dlatego, że mam zamiar wzbogacić lekcje o bytwę, jeśli ci opowiadałem.
- Nie opowiadałeś.
- A pamiętasz taką barbarzyńską zabawę pod tytułem łomot?
- Pamiętam. Jim się tak z Syriuszem zabawiał. Nigdy nie mogłam zrozumieć, co jest zabawnego w zrzucaniu się nawzajem z mioteł.
- No więc bytwa to jest to samo, tylko drużynowo. Na Zakarpaciu bardzo popularna zabawa, w Transylwanii mniej, bo tam wszędzie góry.

Hogwart, czwartek, 12 października 1995

- Nie spadaj! Trzymaj się, faszystko nieszczęsna! Nie spadaj, trastia by tebe mordowała, zwiększ promień! - niosło się nad polami Hogwartu. - Zwiększ promień! Nie zsiadaj, babo paskudna!
Po trzeciej pętli do przerażonej trzecioklasistki stopniowo dotarło, że nauczyciel nie ma zamiaru jej w jakikolwiek sposób pomagać. Gdyby chciał, zablokowałby miotłę. Albo podleciał do niej i z tejże miotły zdjął. W ogóle zrobiłby cokolwiek. Skoro nie zrobił, pozostawało tylko czekać, aż rzeczywiście spadnie. Wtedy nawet Weasley jakoś zareaguje.
Albo nie. Wprawdzie miotła właśnie wyniosła ją nad jezioro, ale kąpiel w październiku nie należy do przyjemności.
Zwiększyć promień... zaraz, łatwo mu mówić, świat wiruje dookoła, a ten mówi o zwiększaniu promienia! Przesunąć się do przodu... lewą ręką gładzić stylisko z boku, prawą odpychać sam koniec...
Powoli, stopniowo miotła zaczęła jej słuchać. W szóstym okrążeniu dawało się już nią sterować w poziomie. W dziesiątym wprawdzie przeleciała dziesięć stóp nad wodą, ale miotła odzyskała sterowność na tyle, że jedenastego już nie było.
Wylądowała.
- I jak, w porzo?
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, Dumbledore musiałby znowu szukać nauczyciela latania.
- Spoko - odparła przez zaciśnięte zęby.

Bufet dworcowy w Hogsmeade, środa, 25 października 1995

- I to jest bardzo dobrze! - prychnął młody głos z żydowskim akcentem.
Charlie znał ten głos. Tyle, że zawsze mówił bez akcentu. Podniósł głowę znad Proroka, w którym rzecznik prasowy Ministerstwa uspokajał po raz sto trzynasty, że Ministerstwo jest na tropie Blacka (w tydzień po oświadczeniu, z którego wynikało, że tenże niemal na pewno nie żyje). Przy sąsiednim stole Anthony Goldstein rozmawiał z brodatym czarodziejem w czarnym kapeluszu i takimże chałacie.
- Ale faktycznie jak to się nazwało Gwardie, i jak ona wymyśliła nazwać urzędowo, że Harry jest prezes, to to było meszuga...
Charlie utkwił wzrok w wiszącej nad bufetem tabliczce "Zakaz teleportacji w obrębie dworca". Idiota, pomyślał, kto tu mówi o aktach głupoty...
- Sza, kindełe! - przerwał czarodziej w kapeluszu.
Gazeta przy drzwiach poruszyła się nerwowo. Charlie przyjrzał się butom jej właściciela. Jaka konspiracja, taki szpicel, pomyślał.
Przysłonił się znowu gazetą i nieznacznie sięgnął po różdżkę.
- Obli...
Nie, lepiej nie rzucać silnymi zaklęciami w miejscu publicznym.
- Urinate!
Gazeta poruszyła się nerwowo. W chwilę później Draco Malfoy wstał i skierował się w stronę toalety. Charlie odczekał minutę, po czym ruszył za nim i zajął strategiczną pozycję obok nieczynnej kasy z wywieszką, której autor bardzo starał się pisać po szkocku:
Tickety writowane pencilem na stejszenie nie walidują.
Cóż, pomyślał, zawsze to lepsze niż wywieszka, która tu wisiała w szkolnych czasach ojca: "Zabrania się pluć i mówić po szkocku".
Nie musiał długo czekać, aż drzwi się otwarły i wyszedł z nich prefekt Slytherinu z miną smoka, który przed chwilą zobaczył stado owiec bez dozoru.
- Obliviate!
Malfoy zamrugał niepewnie oczami i lekko chwiejnym krokiem wyszedł ze stacji. Charlie wrócił do niedopitego piwa. Przy sąsiednim stole brodaty czarodziej wyrzucał z siebie potok słów. Charlie był w stanie porozumieć się w jidysz, ale nie na tyle, żeby rozumieć monolog wygłaszany w tempie sprawozdania z meczu quidditcha.
- Ja bardzo przepraszam - odezwał się - ale czy ja pana mogę przerwać?
- A pan jesteś kto?
- Nazywam się Weasley, Charles Weasley, i jestem nauczycielem w Hogwarcie.
- Weasley? - ucieszył się starszy pan. - Ja znałem pan Harald Weasley, jak ja jego dobrze znałem!
- To był mój stryjeczny dziadek. A pan jest...?
- Ja jestem jego dziadek, Mosze Finkelsztajn szie nazywam.
- Pan pozwolisz, że ja jego coś powiem?
- Pan jesteś nauczyciel, pan mów. Pana za to płacą, żebyś pan mówił.
Charlie spojrzał na Anthony'ego.
- Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać. Ta wasza konspiracja to cukierek dla tej pindy z Ministerstwa - nie musiał uważać na słowa, i tak wypadał z roli nauczyciela. - Nie ty jeden jesteś niewybaczalnie nieostrożny. Są sprawy, o których się nie rozmawia głośno. W ogóle się o nich nie rozmawia bez wyraźnego powodu. Tym bardziej w miejscu publicznym. Właśnie wysypałeś organizację przed prefektem Slytherinu.
- Co takiego?!
- Siedział o, tam. Nic nie pamięta, bo mu trochę zlasowałem mózg. Tak czy owak trzaskałeś dziobem o nielegalce w szkole tak, że słyszał to Malfoy i nauczyciel. Gdybym nie wiedział, że głupota, tobym pomyślał, że prowokacja.
- Ale przecież pan profesor i tak nie...
- Co ja nie? Skąd wiesz, że nie pójdę z tym do Umbridge? A może ja chcę mieć jak najlepsze układy, bo mam w tej szkole siostrę i trzech braci?
- Ale oni wszyscy są w Gwardii!
- Pięknie, kurwa, pięknie! - prychnął. - Jeszcze do tego wysypałeś imiennie cztery osoby. Jak ja bym ciebie na najbliższe Hogsmeade postawił dwa piwa, to ja bym za trzy kolejki miał kompletne liste!
- Panie Weasley, pan jesteś mądry człowiek - odezwał się brodaty czarodziej, nalewając mu kieliszek śliwowicy. - Ja jego właśnie mówiłem, że ściany mają uszy. No ale on taki jest. Pan wiesz, Żydzi to jest mądry naród, ale jak się trafi jakiś głupi, to on jest głupszy od najgłupszego goja...
- Gdybym uważał, że jest głupi - Charlie przeszedł na jidysz. Znał ten język słabo, ale i tak twarz rozmówcy rozpromieniła się - nic bym nie mówił, tylko mu zmodyfikował pamięć. A tak to wystarczy, że zapomni o moim udziale w tej rozmowie.

Grimauld Place, środa, 1 listopada 1995

- Charlie, usiądź...
Charlie trochę się zdziwił. Taka prośba była zarezerwowana na jedną jedyną okazję. “Mama, usiądź”. Jeżeli okaże się, że dziewczyna któregoś z nich jest w ciąży. Widocznie matka miała do powiedzenia coś, co równie ciężko przechodzi przez gardło... Usiadł.
- Tak, słucham?
- Uważaj na Rona. I na Freda i George'a też... bo Ginny to może jest trochę rozsądniejsza...
Charlie zamyślił się. Domyślał się, o co chodzi. Miał zamiar uważać na całą czwórkę – czwórkę, bo wiedział wszak, że rozsądek Ginny przejawia się głównie w staranniejszym ćwiczeniu zaklęć obronnych. Czuł jednak, że mają zupełnie odmienny pomysł na owo uważanie. I nie miał zamiaru ułatwiać mamie tej rozmowy. Ściśle biorąc, przez cały weekend bardzo starał się jej uniknąć.
- A tak konkretnie to o co ci chodzi?
- Harry naraża siebie i innych na duże kłopoty. Mówię o tej ich Samoobronie czy jak oni to nazwali.
- No i?
- Ty jesteś tam na miejscu.
- No i?
- I dopilnuj, żeby twoje rodzeństwo trzymało się od tej sprawy z daleka!
- A dlaczego ja?
- Bo jesteś ich bratem. Starszym. I powinieneś być mądrzejszy.
Charlie fizycznie czuł, jak krew napływa mu do mózgu. Teraz to on miał być ten mądrzejszy. Nie Bill, którego pozycją, a potem i zarobkami wykłuwała mu oczy, odkąd obaj skończyli Hogwart. Nie wieczny prymus Percy. Percy poszedł swoją drogą i zwolnił mu drugie miejsce w rankingu.
Mógłby skończyć tę rozmowę jednym zdaniem. Wzmianka o Percym wystarczyłaby na pewno. Nie, to nie fair. Albo mógłby obiecać i po prostu nic nie robić...
- Nie widzę powodu. Jeżeli nawet w to weszli, nie ma w tym nic złego.
- Robią coś, co jest wyraźnie zakazane!
- To całkiem jak my. Bierzemy udział w związku, którego istnienie ma pozostać tajemnicą dla Ministerstwa i, mam nadzieję, tą tajemnicą jest.
- Mogą wylecieć ze szkoły!
- Mogą. Od tego się nie umiera – odparł. - Wykształcenie na poziomie SUMów muszą mieć, Magiczna Karta Praw im to gwarantuje. My możemy pójść siedzieć. Ojciec za pierwszego Voldemorta mógł zginąć. Ja w osiemdziesiątym siódmym tak samo.
- No i co z tego! Niech chociaż oni mają normalne życie!
- Mamo, dosyć – zniecierpliwił się. - Ta rozmowa nie ma sensu i celu. Z bardzo prostego powodu: gdybym nawet wiedział, że Ron, albo Ginny, albo Fred i George, albo wszyscy razem biorą udział w jakiejś lewej grupie wymierzonej przeciwko Voldemortowi albo przeciwko tej dziwce Umbridge...
- Charlie!
- O co ci chodzi, przecież nie powiedziałem kurwie, a byłoby na miejscu!
- CHARLIE!!!
-...no więc gdybym nawet wiedział, że biorą udział w czymś takim...
- Synu...
Oho, poważna sprawa. Tylko w zupełnie podbramkowych sytuacjach rodzice zwracali sie do któregoś z nich per “Synu”.
Spojrzała mu w oczy.
– Ty wiesz, czy biorą.
Wytrzymał. Sam sie sobie dziwił, że jest w stanie kłamać patrząc jej w oczy.
- Nie wiem. Jeśli nawet biorą udział w jakiejś konspiracyjnej robocie, to mi o tym nie powiedzą. Byłoby to bowiem sprzeczne z zasadami konspiracji. Tak czy owak, na dzień dzisiejszy nic nie wiem. Mam tylko nadzieję, że jeżeli to coś trwa, to moje rodzeństwo siedzi w tym po same uszy.
- Charlie, nie chcę tego słuchać. Powinieneś pilnować, żeby się nie wpakowali w kłopoty. To jest twój obowiązek jako naszego syna, a ich brata.
- Mamo, ile razy się ktoś z nas powoływał na kolegów, mówiłaś, żebyśmy się kierowali swoim rozumem i swoim sumieniem. No więc oni robią, co im rozum i sumienie dyktuje. I ja też będę robił to, co mi rozum i sumienie dyktuje. Bez względu na to, że to się może kłócić z twoim rozumem i sumieniem.
Molly spojrzała na niego nie rozumiejącym wzrokiem.
- Co się z tobą stało? I z nimi, jeżeli... ty znasz prawdę, a ja się bez trudu jestem w stanie domyślić.
- Mogę mówić za siebie – odparł. - Czy oni coś lewego robią, nie mam bladego pojęcia. Ale powiem ci tak: nie jesteś w Hogwarcie. Ja jestem. Oceem w tej chwili praktycznie nie istnieje. Jeżeli to dalej tak będzie wyglądać, to oni skończą szkołę i głupiego klozetudesa z kibla nie będą umieli się pozbyć, nie mówiąc o poważniejszych sprawach. A jak się zacznie jakaś zadyma, Ron pierwszy pójdzie walczyć. Ginny zaraz potem. I dobrze. A im więcej będą umieli, tym lepiej.
- Znaczy co? Znaczy uważasz, że to dobrze, że się w coś wpakują?
- Gdybym nawet uważał, że źle, to i tak nic się nie zmieni. Za późno. O parę lat za późno. Ale – tak, uważam, że to dobrze. Do tego nas wychowywaliście całe życie i, żeby nie było nieporozumień, uważam, że zrobiliście dobrze.
- Synu, ja nie chcę o tym słuchać! Jako matka mam prawo żądać, żebyś chronił swojego brata! I nie obchodzi mnie, co on o tym będzie myślał!
- A powinno! Mamo, on ma piętnaście lat!
- Najlepszy wiek, żeby narobić głupstw!
- Może i najlepszy, ale w tym wieku ma prawo decydować, czy chce nadstawiać łba! W imia Ojca i Spasa, i Ducha, i Swiatoj Proczystoj, ojciec całe życie powtarzał, że są sprawy, za które warto zginąć, to tym bardziej palcem nie kiwnę, jeżeli Ron dla jednej z nich zaryzykuje głupie wyrzucenie ze szkoły.
Patrzyła na niego z mieszaniną przerażenia i gniewu.
- Czy wy wszyscy macie rozum po ojcu?
Pociemniało mu w oczach.. Całe życie stawiała mu ojca za wzór i nie dawała powiedzieć słowa nawet o jego drobnych wadach.
- Nie. Percy jest mądrzejszy!
Znieruchomiała w pół gestu. Przez chwilę stali patrząc na siebie rozszerzonymi oczami. Mignęła mu myśl, że może powinien coś powiedzieć, albo może nie powinien był mówić tego, co powiedział, albo jedno i drugie...
Odwrócił się na pięcie i wyszedł energicznym krokiem, nie trzaskając drzwiami.

- Molly, co się stało? – spytał Lupin, oderwawszy od siebie płaczącą kobietę.
- Nie wiem... sama nie wiem! Tak źle i tak niedobrze... może ja się naprawdę nie urodziłam na żonę dla Weasleya? A już na pewno nie na matkę Weasleyów...
Próbował z tych strzępków ułożyć coś, co by choć z grubsza przypominało logiczną całość. Na schodach minął się z roztrzęsionym Charliem. Teraz widział Molly płaczącą, że nie nadaje się na matkę Weasleyów. Aha.
- Usiądź.
Dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Słychać było tylko chlipanie Molly i ciężki, powolny oddech Lupina.
Podszedł do szafy, wyjął z niej butelkę miodu i dwa duże kielichy. Nalał sobie i jej.
- Co jest? – zapytał.
Molly pociągnęła miodu. Z trudem, urywanymi zdaniami, opowiedziała mu o Armii Dumbledore’a i o rozmowie z Charliem.
- I co ty na to?
Lupin nie odpowiedział od razu. Starannie nabił fajkę, zapalił i zaciągnął się głęboko. Co za szczęście, że nie palę papierosów, pomyślał. Molly zawsze uważała, że papierosy śmierdzą, a fajka pachnie.
- A co ty tak naprawdę o tym myślisz? – zapytał ostrożnie.
Ciszę w pokoju można było kroić nożem.
- Nie wiem. Sama już nie wiem... Remus – głos jej się znowu załamał – ja nie chcę! To co ci mówiłam, ciągle mi się śni, że któryś... że któremuś... po tym, jak David... Arthur schudł trzydzieści funtów... nie mogę! – rozpłakała się znowu.
Czekał cierpliwie, aż się wypłacze. Gdyby wiedział o niej tylko to, co mu opowiedziała o ostatniej rozmowie z Charliem, uznałby, że rzeczywiście na matkę takich ludzi nadaje się średnio. Tyle, że w tym przypadku nie wychowałaby ich takimi, jacy są.
- A jaki wybór? – zapytał. – Znaczy myślałaś, że co Charlie zrobi i co z tego miało wyniknąć? Że co Ron zrobi, jak mu zabronisz?
- Nie wiem. Nie wiem, co myślałam... ja po prostu nie chcę, żeby im się krzywda stała!
- Jakich żeś ich wychowała, takich masz – powiedział. – Są dokładnie tacy, jak ich z Arthurem wychowywaliście. Można było inaczej. Trzeba było Rona nie brać na pogrzeb Davida, a wcześniej Charliego na pogrzeb Gideona. Nie opowiadać o poległych stryjach i innych. Od szczyla im kłaść w głowy, że lepiej być od czasu do czasu tchórzem niż całe życie trupem. Arthur żeby sobie znalazł za pierwszego Voldemorta... och, przestańmy się wreszcie wygłupiać... jakieś moralnie obojętne zajęcie. Teraz nie byłoby problemu. Byłabyś matką ośmiorga spokojnych obywateli myślących o tym, jak by tu się lepiej ustawić w życiu. Chciałabyś?
- Remus, to nie tak. Co ja ci będę mówić...
- Jasne, wiem, wiem, mężczyzna nie zrozumie...
- To nawet nie to. Ty nie masz dzieci...
Mimo woli uśmiechnął się. Jeszcze osiem miesięcy, o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem. Ale to nie był właściwy moment, żeby się tym chwalić.
- ...nie wiesz, co to jest bać się o własne dziecko. Ja wiem. I wiem, co to jest, obyś się nigdy tego nie dowiedział, co to jest własne dziecko pochować. Ja widzę na jawie i śni mi się po nocach, że któryś...
- Wiem. Widziałem.
- Ja nie chcę, rozumiesz? Nie chcę! Ja chcę, żeby któreś pokolenie Weasleyów wreszcie miało normalne życie!
- Ja cię wbrew pozorom rozumiem, Molly. Nawet nie wiesz, jak dobrze. Tylko niestety mamy pecha. To się nie da. Zresztą... powiedz, co byś zrobiła, gdybyś miała zmieniacz czasu?
- Jak to?
- No tak zwyczajnie. Wyobraź sobie, że wiedząc to wszystko, co wiesz, możesz się cofnąć w czasie do pierwszego września 1991 roku. Wiesz już dokładnie, że kumplowanie z Harrym Potterem może być przyczyną wielu groźnych chorób. Zdrowy rozsądek nakazywałby zabrać Rona i Ginny z Hogwartu, w końcu jest jeszcze parę innych szkół, i kazać im trzymać się z dala od wszystkiego, co choćby przez chwilę leżało obok Harry’ego, Zakonu i te pe. Powiedz mi, że nie mam racji.
W pokoju zaległa martwa cisza, przerywana tylko tykaniem zegara.
- Zrobiłabyś to?
- No... chyba nie. Na pewno nie.
- A widzisz. A poza tym jak chłopcy się od kolebki bawili w aurorów i śmierciojadów, to trudno odkręcić. Nawet jak się bardzo chce. A ty przecież tak naprawdę nie chcesz.
- Ja przede wszystkim nie chcę, żeby im się coś stało! Remus, ile można? Widziałeś bogina... w nocy mi się śni... a jak nie mi, to z kolei Arthur ma jakieś wojenne koszmary i budzi się z krzykiem... a oni mi tu deklamują, że lepiej zginąć stojąc niż żyć na kolanach!
- A nie zgadzasz się? - przerwał Lupin, czując, że Molly zaraz się rozklei.
- I ty, Remusie?
- Przecież sama ich tego nauczyłaś.
- Nigdy tak nie mówiłam!
- Nie. Tylko stawiałaś im za wzór ludzi, którzy woleli zginąć stojąc. Chyba nie mają ci tego za złe.
- I co ja mogę dla nich zrobić?
- Zrozumieć. Pomóc. Nie możesz sprawić, żeby się przestali narażać. Ale możesz im nie dokładać problemów. Skoro muszą się kryć przed szkołą, Ministerstwem i całym światem, to żeby się chociaż nie musieli kryć przed tobą.

Jeszcze Bardziej Zakazany Las, niedziela, 5 listopada 1995

- Charlie, a jak już sobie tak gadamy, to co to za numer z tobą i Trelawney? - zapytał Syriusz.
- Jaki numer?
- Podobno się koło niej kręcisz?
- A weź nic nie mów - jęknął Charlie. - Ja właśnie kombinuję, co zrobić, żeby się ode mnie odtentegowała. Dwa razy wypiłem u niej herbatę i tyle, na szczęście miałem tyle oleju w łebie, żeby się potem trzymać na dystans.
- Bo co?
- A rzucała jakimiś tekstami, że to lepiej młodemu na początek zawrzeć znajomość z jakąś za przeproszeniem doświadczoną...
- Doświadczona się znalazła, myślałby kto!
- Też. O pokrewieństwie dusz i różne tam takie.
- Że masz dobrą aurę?
- Jakbyś przy tym był. Ciekawostka przyrodnicza, że jak u niej miałem stale równy rząd trójek, to tej aury nie wyczuwała. I efekt jest taki, że się ze mną przy ludziach wita per "misiu"...
Następne dwie minuty zużył na pierwszą pomoc dla krztuszącego się piwem Syriusza.
- Masz... powo... dze... nie... - wykaszlał wreszcie Syriusz, dusząc się ze śmiechu.
- A coitus analis tecum z takim powodzeniem! Miss Klimakterium, szlag by to! Nie wiem, co z tym zrobić...
- A musisz cokolwiek? Niech se wychodzi na idiotkę, co cię to boli?
- Boli mnie, że rykoszetem bije to we mnie. Nie ma bata, jakoś ją muszę spławić. Pożyczysz mi Lucy?
Ręka Syriusza niebezpiecznie zbliżyła się do różdżki.
- Obawiam się, że nie rozumiem, co autor chciał przez to powiedzieć - wycedził.
- Muszę wyciąć jakiś taki numer, żeby nie miała wątpliwości. A o mnie i o Lucy i tak różne rzeczy gadali.
- Znaczy, przepraszam, co? Chcesz się pokazać całej szkole z moją kobietą?
- A sochrani Bih przy całej szkole! - żachnął się Charlie. - To ma być teatr jednego widza!
- Dla wyjaśnienia, mnie by to nawet pasowało, odpadłyby podejrzenia, że coś do mnie jeszcze ma. Nie byłoby ryzyka, że za nią będą chodzić i mnie w końcu namierzą.
- Ale mnie opinia, że jestem zajęty, jest potrzebna jak dementor na weselu.
- Zaczyna brzmieć ciekawie.
- I na razie na brzmieniu się kończy. Natomiast muszę coś zrobić z Trelawney. Łapiesz, żeby gdzieś na schodach wpadła na mnie i Lucy...
- Dobra. Ale sam to Lucy zaproponujesz. Mnie jeszcze życie miłe.
- Nie ma sprawy.
- A tak przy okazji - wiem, kogo chcesz spławić. Ale poza tym bardzo nie chcesz, żeby ktoś cię z Lucy zobaczył. Co to za jedna?
Charlie zamyślił się. Od dłuższego czasu łapał się na tym, że uważnie obserwuje Wielką Salę przy posiłkach. Wstając od śniadania mógł nie wiedzieć, co przed chwilą jadł, ale pamiętał dokładnie, z kim Susan Bones rozmawiała, siadając do stołu, z kim wyszła z Wielkiej Sali i kto jej podał cukier.
- Może o tym innym razem?

Hogwart, wtorek, 7 listopada 1995

- Hermi, napijesz się z nami?
Z ust Rona dotąd nie padały takie propozycje. Ale Hermiona nawet się nie zdziwiła.
- Nie ma sensu. I tak się nie upiję, więc po co? Idź z chłopakami.
Ruszyła schodami w górę. Szła szybko, energicznie, w rozwianej szacie, nie czując zmęczenia.
Trolle na gobelinie przerwały na chwilę pałowanie Stukniętego Barnaby. Drzwi Komnaty Potrzeb pojawiły się już za pierwszym podejściem.
- Rumpere!
Wystarczyłaby zwykła Alohomora. Ale po odprawie dla prefektów Hermiona czuła potrzebę zdemolowania połowy zamku. Wywalenie drzwi wraz z futryną stanowiło program minimum. Pierwszy raz w życiu przeklinała dzień, w którym na wiertarce jej ojca wylądowała zmęczona sowa.
Krwawy Baron bez słowa skłonił się przed nią z dwornym uśmiechem, w którym udało mu się zawrzeć delikatną acz czytelną nutę drwiny. Zapraszającym gestem wskazał jej stojak z szablami, floretami, szpadami i innymi mugolskimi przyrządami do zabijania. Starannie wybrała nie za długi rapier z solidnym jelcem osłaniającym dłoń. Baron uzbroił się w szpadę i stanął w pozycji wypadowej.
Może się na niego rzucić z całą nienawiścią przeznaczoną dla kogo innego. Nie obrazi się. Lubi nawet, kiedy się go atakuje. Może go atakować z całą siłą i furią. I tak się zdoła obronić, a zresztą jest duchem.
Nie próbował jej atakować. Nie miał zamiaru jej niczego uczyć. Zastawiał się tylko drobnymi, prawie niedostrzegalnymi ruchami.
Przy którymś kolejnym ciosie Krwawy Baron podstawił szpadę pod spadający na niego rapier przy samym jelcu. Rozpędzona głownia przechyliła się. Rękojeść wyrwała się jej z ręki.
Usiadła na kamiennej posadzce, płacząc głośno jak małe dziecko.
Baron podniósł rapier i odłożył na stojak. Ukłonił się jej. Tym razem bez drwiny. I znikł.
Razem z nim znikł stojak. Pojawiła się marmurowa toaletka z ozdobną umywalką i szeregiem flakoników z napisami po francusku.
Błysnęła jej myśl, że może powinna najpierw naprawić drzwi, a potem doprowadzać swój wygląd do porządku. Uznała jednak, że zrobi odwrotnie. Bo tak.
Obmyła twarz. Spojrzała bezradnie na flakoniki. Jeden z nich wysunął się przed szereg. Sięgnęła po niego bez wahania i, sama nie wiedząc dlaczego, wtarła jego zawartość w oczy.
- Tak jest lepiej - powiedziało lustro.
Odświeżona, starannie uczesana zajęła się likwidacją śladów swojej działalności.
- Reparo... Reparo! Locomotor...
- Colloportus!

Odeszła. Mimochodem zauważyła, że obok drzwi, które naprawiła, w ścianie widnieją drugie podobne. Dochodzące zza nich odgłosy nie pozostawiały wątpliwości, komu jeszcze była potrzebna Komnata.
Ronald Weasley, Anthony Goldstein i Ernie Macmillan odreagowywali intensywnie.

Hogwart, środa, 8 listopada 1995

- Cześć, Ron. Coś taki przegrany?
Ron spojrzał na brata wzrokiem zranionego hipogryfa.
- A niss, troche mie boli głoffa... - wymamrotał.
- Widzę, że była niezła impreza – mruknął Charlie tonem ponurej ironii.
- A była, była, trochę żem z Erniem i Goldiem zabalował...
- Tak się bawią prefekci - pokiwał głową. - Zdrowie towarzyszki Dolores, co?
- Skąd wiesz?
- Dodałem dwa do dwóch, wykonałem jeszcze parę innych prostych obliczeń i mi wyszło.
Wzrok Rona wskazywał na całkowitą niezdolność do percepcji zdań złożonych.
- Wybierasz się na lekcje? - zainteresował się Charlie.
- W sumie chyba tak. Poradź mi jakieś zaklęcie na kaca.
- Wypij małe kremowe. Zaklęcia zaklęciami, a klin klinem.
Odeszli, każdy w swoją stronę. Charlie miał niejasne wrażenie, że ta rozmowa nie tak powinna wyglądać i że Ron potrzebował od starszego brata czegoś więcej niż najprostszego sposobu na kaca. Ale, pomyślał, to też chłopak w tym wieku powinien wiedzieć.

c.d.n.

Tu możesz przeczytać cały utwór
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 30.09.07, 09:57

Chomik 07.06.04 16:52:40
Ruszyła korytarzem schodami w górę. Szła szybko, energicznie, w rozwianej szacie, nie czując zmęczenia. Z łomotem obcasów, w rozwianej szacie kluczyła po korytarzach, aż dotarła na miejsce. Trolle na gobelinie przerwały na chwilę pałowanie Stukniętego Barnaby. Drzwi Komnaty Potrzeb pojawiły się już za pierwszym podejściem.
Podwójne "w rozwianej szacie". Coś mi jeszcze mignęło, ale nie pamiętam.

Póki co podobowuje się, szczególnie rozmowa Charliego z panią Weasley. Faktycznie, kobieta nie wie, czego właściwie chce.

Pzdr

Chomik
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 30.09.07, 09:58

RosoMC 07.06.04 16:54:13

Cud, miód i orzeszki. Komnata z floretami, rozmowa pani Weasley z Charliem. A nade wszystko: Profesor Trelawney napomykająca o "dobrej aurze" Charliego. Super! Obywatelu Weasley, piszcie dalej i nie opuszczajcie poziomu,bo byłoby szkoda.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 30.09.07, 09:58

Professor Vector 07.06.04 16:54:17

Kac kacem a klin klinem. Skąd ja to znam...
I bardzo się cieszę, że scena Molly - Lupin wygląda jak wygląda. Bardzo prawdziwie. trzymam kciuki. A skoro poganianie ma być źródłem Twojej weny, to będę Cię poganiać. Howgh.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 30.09.07, 09:59

Nesmin 07.06.04 18:56:36

Tajemnicze i niezrozumiałe momenty. Żyd na dworcu. Powód wzburzenia prefektów...
Świetnie napisane zrozumiałe fragmenty: "usiądź Charlie" oraz rozmowa z Syriuszem.
Cudowna forumowa kompatybilność. Odnoszę wrażenie, jakby Charliego złapano za szatę i wyciągnięto z tła. I bardzo żywy z tego obrazek wyszedł. Nie tylko z powodu jego ryżej fryzury. :-)
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 30.09.07, 10:01

Ais Seveu 07.06.04 20:17:34

- Harry naraża siebie i innych na duże kłopoty. Mówię o tej ich Samoobronie czy jak oni to nazwali.


Ten fragment mnie po prostu powalił <pada i leży bez oznak życia>.

Poza tym całość jest jak zwykle śliczna, ale na tym forum trudno znaleźć coś zaniżającego poziom... bo owe zjawiska zazwyczaj tajemniczo znikają albo zjeżdżają na ostatnie strony, niknąc w mrokach dziejów. Więc powiem tylko, że pomysł jest świetny, zarówno jeśli chodzi o Susan, Trelawney, jak i Żyda, a wykonanie cudne. Jak to się skończy, wiadomo z 'Wigilii...', ale jak się potoczy? I ile będzie miało wspólnego z tytułem...
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 30.09.07, 10:02

Magdalaena 07.06.04 22:48:03

Ais Seveu pisze:Więc powiem tylko, że pomysł jest świetny, zarówno jeśli chodzi o Susan, Trelawney, jak i Żyda, a wykonanie cudne. Jak to się skończy, wiadomo z 'Wigilii...', ale jak się potoczy? I ile będzie miało wspólnego z tytułem...
To chyba wyraz najwyższego uznania dla autora - wiemy jak się skończy a nadal czytamy i czekamy z zapartym tchem na nastepny kawałek.
Szczególnie podoba mi sie Charlie gadajacy w chwilach wzburzenia po ukraińsku.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 30.09.07, 10:03

Leszek 08.06.04 12:46:16

Mejor morir on pie, que vivir en rodillas - to La Passionarię też cytujesz? Dobre, doskonałe. A dziadek Anthonyego Goldsteina jeszcze się pojawi na tym forum - jeśli pozwolisz...
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 30.09.07, 10:04

Jarecki 08.06.04 13:14:13

Bardzo dobre, kontynuowac

Miss Klimakterium: wykonałem autentyczny ROTFL i zbieralem sie z podlogi jakies piec minut

Humor na wysokim poziomie, fabula i akcja tez, uwag brak.

Pozdrawiam
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: Arthur Weasley » 01.10.07, 11:21

do pozostałych odcinków

Odcinek 3

Hogwart, środa, 8 listopada 1995


- Pani profesor Sprout mnie przysłała… źle się czuję…
Poppy Pomfrey przyjrzała się uważnie pacjentce. Prefektka Hufflepuffu nie była u niej częstym gościem. Ściśle biorąc, przez cztery lata nauki w Hogwarcie nigdy nie przyszła do niej dobrowolnie. Nie miała ambicji zostać wzorową uczennicą, ale słowa „źle się czuję” nie przechodziły jej przez gardło. Miała za punkt honoru prezentować żelazną kondycję, przejawiającą się między innymi w odporności na niewyspanie, zmęczenie i inne drobne przeciwności. Pielęgniarce stanął w oczach obraz Susan, wówczas trzecioklasistki, chwiejącej się na nogach, lecącej przez ręce z niemal czterdziestostopniową gorączką i stanowczo twierdzącej, że to tylko lekkie zaziębienie i nie ma się czym przejmować.
A teraz źle się czuła. Akurat w dniu, który Ernie Macmillan i Anthony Goldstein spędzali w izbie chorych, a pielęgniarka zbyt długo pracowała w szkole, by nie zdawać sobie sprawy, że choroba obu prefektów stanowi normalne następstwo pierwszego w życiu zderzenia piętnastolatka z półkwartą. Wygląd Susan nie wskazywał na kaca, natomiast robiła wrażenie osoby, której zbrzydło życie. A wszystko to akurat nazajutrz po odprawie dla prefektów urządzonej przez Dolores Umbridge. Tyle powiedział w chwili słabości Ernie.
- Od wczoraj wieczór? – zapytała.
- Nie piłam! – zaprotestowała Susan. – No, znaczy, jedno piwo…
- Ja nie o tym. Poczułaś się źle po wczorajszym spotkaniu?
Zacisnęła zęby.
- Tak.
Pani Pomfrey spojrzała jej przeciągle w oczy.
- Dziecko drogie, na to, co ci dolega, ja nie mam lekarstwa. Takiego lekarstwa, jakie zaaplikowali sobie panowie Goldstein i Macmillan, nie polecam. Mogę cię zwolnić z lekcji na resztę dnia, to nie problem. Mogę ci oczywiście dać Eliksir Oszołomienia, ale to nie będzie nawet leczenie objawowe. Z tym, co tobie dolega, ja bym na twoim miejscu poszła do kaplicy.
- Zobaczę – odpowiedziała zdawkowo.
Wyszła. Do kaplicy? Nie miała zwyczaju się modlić. Do kościoła chodziła na wakacjach u rodziny, w szkole tylko przy większych okazjach. Bóg jej nie przeszkadzał, a i ona starała się nie wchodzić Mu w drogę. A już przez myśl by jej nie przeszło iść do kaplicy ot tak sobie. Co miałaby tam robić? Modlić się? Wiedziała, że Flitwick odwiedza kaplicę codziennie przed lekcjami, ale w końcu każdy ma swoje dziwactwa.
- Ile można? – mruknęła do siebie.
Tak rozmyślając, dotarła ku swemu zdziwieniu do kaplicy. Podeszła do okutych drzwi. Zawahała się. I co tam po mnie, pomyślała.
Drzwi uchyliły się. Weszła do środka.
Kaplica, dziś wyraźnie mniejsza niż w dniach szkolnych nabożeństw, wielkości przeciętnej klasy, była prawie pusta. Gdyby nie szeroki klęcznik na wprost wejścia, blisko ołtarza, wyglądałaby jak zwykle – ściany z czerwonej cegły, ostre łuki, ambona pod spiczastym baldachimem, wysoki krzyż w głównym ołtarzu, nad nim napis: Ufajcie, jam zwyciężył świat.
Taak, mruknęła sarkastycznie. Zwyciężyłeś i zostawiłeś nas z tym całym bigosem.
Obok ołtarza, gdzie zwykle widniała czarna tablica w ozdobnych ramach, na której niewidzialna ręka wypisywała słowa psalmu, zobaczyła obraz przedstawiający Matkę Boską drzemiącą z dzieckiem na ręku. Madonna otworzyła na chwilę oczy, pogłaskała Dziecię po głowie i znów zapadła w drzemkę.
W lewej nawie, dosyć blisko ołtarza, klęczała w ławce Minerwa McGonagall. Susan zawahała się po raz drugi.
I czego się boisz, syknął cichy głosik. McGonagall nie gryzie, a w tej postaci nawet nie drapie, z lekcji masz zwolnienie, twoje prawo być w kaplicy.
Weszła do ławki po prawej stronie.
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie… to jeszcze pamiętała.
- …ale nas zbaw ode złego, albowiem Twoje jest królestwo, moc i chwała na wieki wieków, amen.
No dobrze, i co teraz?
O, modlitewnik. Otworzyła. Drogiemu Seamusowi w dniu 10 urodzin babcia Patrycja, 19 maja 1990.
Zamyśliła się. Że babcia wnukowi daje w prezencie modlitewnik, nie dziwiło jej wcale. Ale to, że wnuk najwyraźniej używa go w powszedni dzień, i owszem.
Jakieś adnotacje po łacinie. Katolicki chyba. No pewnie, a jakiego wyznania ma być Irlandczyk... A, co to ma za znaczenie… Zamknęła, otworzyła na chybił-trafił.
Tekst wyglądał znajomo. Tak modliła się prababcia Pelagia. Cała reszta rodziny starannie ukrywała zniecierpliwienie.
- Pomódl się ze mną, dziecko – usłyszała głos prababci.
Ojcze przedwieczny, ofiaruję Tobie…
- Dla Jego bolesnej męki… - usłyszała znowu prababcię.
- Miej miłosierdzie dla nas i całego świata – wyszeptała.
- Dla Jego bolesnej męki… Dla Jego bolesnej męki… Dla Jego bolesnej męki… Dla Jego bolesnej męki… Dla Jego bolesnej męki… Dla Jego bolesnej męki… Dla Jego bolesnej męki… Dla Jego bolesnej męki… Dla Jego bolesnej męki…Święty Boże, święty mocny… Ojcze przedwieczny, ofiaruję Tobie…
Monotonnie powtarzając wciąż to samo zdanie, stopniowo przestała zauważać, co się dzieje dookoła niej. Złapała się na tym, że powtarza kolejne dziesiątki, mechanicznie, porusza ustami, gdzieś z zaświatów słysząc głos prababci, a w myślach opowiada komuś, co ją spotkało, prosi o pomoc. Panie, co ja mam zrobić, boję się, nie zrezygnuję, i tak mi nie pozwolą, a zresztą kto by przyszedł na moje miejsce… miej miłosierdzie dla nas i całego świata… Ja przynajmniej nie donoszę na kolegów… miej miłosierdzie dla nas i całego świata … a co zrobię, jak tego ode mnie zażądają… miej miłosierdzie dla nas i całego świata … te raporty po Hogsmeade, co teraz wymyślili… miej miłosierdzie dla nas i całego świata… Ty byś się nie wahał, ale Ty wiedziałeś, że zwyciężysz, a co ja mogę… miej miłosierdzie dla nas i całego świata… daj mi siłę… święty i nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem…
Z transu wyrwały ją cicho grające organy. Rozejrzała się. Obraz tracił ostrość. Właściwie ostro widać było tylko Dzieciątko. Potem Ono też się rozpłynęło, obraz zamienił się w znajomą czarną tablicę.
Przed klęcznikiem stały cztery puste krzesła. Wysoki, chudy mężczyzna z nieźle już przerzedzonymi rudymi włosami zapalał świece na ołtarzu. W przednich ławkach siedziało kilka osób. Pięć, policzyła odruchowo. Dwa starsze małżeństwa i… profesor Blair. O, jeszcze Sprout.
Co tu się dzieje?
Obok ławki Lucy leżał w przejściu wielki czarny pies, którego obecność najwyraźniej nikogo nie dziwiła.
- O, ty też? – usłyszała. Odwróciła głowę. Obok niej siedział Charlie Weasley. – Aha, fakt, Andrea była w Hufflepuffie… ale dlaczego w takim razie nie zaprosili Rona i Hermiony?
- Nie bardzo rozumiem – zdziwiła się. – Ot tak weszłam… pomodlić się…
Spojrzał na nią wzrokiem człowieka, który na obczyźnie usłyszał swój ojczysty język.
- No nic, nieźle się składa w takim razie.
- Pójdę już – odparła.
- Zostań – odpowiedział. – Na pewno im będzie miło… proszę…
Zamknęła oczy, oddychając głęboko. Kiedy już zdecydowała, że nic tu po niej, i otworzyła oczy, rozległ się dzwonek. Spojrzała w stronę drzwi. Były zamknięte.
Organy umilkły. W ciszy zabrzmiały głosy zgromadzonych:

O Panie, Tyś moim pasterzem,
Tak dobrym, że nic mi nie braknie,
Do źródeł wód żywych mnie wiedziesz,
Prostymi ścieżkami prowadzisz.
Pasterzem moim jest Pan
I nie brak mi niczego.


W pobożnych pieśniach wszystko jest takie proste, pomyślała zgryźliwie, patrząc na wyraźne, krągłe pismo na tablicy. Świetna sprawa dla kogoś, kto nie ma problemów.
Drzwi otworzyły się. Pojawił się Lupin w ciemnozielonej szacie – dość zwyczajnej, ale w porównaniu z wytartym łachem, który nosił ucząc w Hogwarcie, dostatecznie odświętnej - pod rękę z pulchną kobietą w prostej białej sukni, a za nimi z kolei Albus Dumledore i Minerwa McGonagall.

Choć idę przez ciemną dolinę,
Niczego nie muszę się trwożyć,
Bo Pasterz mój zawsze jest przy mnie,
W obronie mej stanąć gotowy.


Lupin ze swoją towarzyszką usiedli na krzesłach pośrodku. Po lewej ręce Lupina usiadł Dumbledore, po prawej ręce kobiety McGonagall.

Twa łaska i dobroć podążą
W ślad za mną po dzień mój ostatni,
Aż dojdę, o Panie do domu,
By z tobą zamieszkać na zawsze.
Pasterzem…


- Zgromadziliśmy się – zaczął pastor – aby przed obliczem Boga wszechmogącego i w obecności świadków połączyć dozgonnym węzłem małżeńskim Remusa Johna Lupina i Andreę Marię Zuzannę Swift.
Pies odwrócił głowę, zmierzył ich wzrokiem, oblizał się bardzo powoli i uśmiechnął się. Susan zamrugała oczami w osłupieniu. Pies zastrzygł uszami i odwrócił głowę z powrotem w stronę ołtarza.
- Świadkami uroczystości będą: siostra Minerwa McGonagall, brat Albus Dumbledore oraz wszyscy obecni.
Lupin się żeni. Kto by pomyślał. W sumie coś się człowiekowi od życia należy na stare lata…
- Kto by wiedział o powodach, dla których tych dwoje nie powinno łączyć się węzłem małżeńskim, niech ogłosi je teraz lub na zawsze zachowa milczenie.
Przez głowę przemknęło jej, że chyba zna powód, dla którego Lupin nie może się żenić nie tylko z tą kobietą, ale w ogóle. Z tego, co pamiętała, wilkołakowi w ogóle nie można było dać ślubu. Po krótkim namyśle uznała, że lepiej na zawsze zachować milczenie.

- Umiłowani!
Miło być chrześcijaninem. Jest wiele spraw, których wyznawcy innych religii mogą nam pozazdrościć, ale najważniejszą z nich jest ta, że wiemy, iż Bóg jest jednym z nas. Jest w całej pełni Bogiem i jest zarazem w całej pełni człowiekiem. Żył wśród ludzi i żył jak człowiek. Nie spędził całego czasu poprzedzającego działalność publiczną na medytacjach i samodoskonaleniu się. Żył w normalnej rodzinie utrzymującej normalne stosunki towarzyskie.
Wesele w Kanie musiało być mocno zakrapianą imprezą. Sześć stągwi to od stu do stu pięćdziesięciu galonów wina. I to był drugi rzut. Aż się boję pomyśleć, ile wypito przedtem. Najwyraźniej gospodarze też nie przewidzieli, że impreza aż tak się rozkręci. Być może gospodarz produkował równie smakowite wino, jak główny bohater dzisiejszej uroczystości.
Czarny pies oblizał się przeciągle.
- Wszyscy znamy - ciągnął pastor - dowcip nawiązujący do fragmentu Ewangelii, którego przed chwilą wysłuchaliście: "Synu, nie mają już wina" - "Matka, zmieniamy lokal". Zauważmy, że Jezus i Maryja nie zmienili lokalu. Nie pogrążyli się też w narzekaniach ani nie wzruszyli ramionami "To ich problem".
Ale czy zadziałali od razu? Oczywiście nie. Spójrzmy na Nich jak na dwoje bliskich sobie ludzi. W tym przypadku jest to matka i syn, ale oprócz tego jest to kobieta i mężczyzna między ludźmi.
Zobaczmy, jak głęboko ludzka i poniekąd typowo męska jest reakcja Jezusa. W pierwszym odruchu - może już zmęczony, może, kto wie, wstawiony - odpowiada "Daj mi spokój, kobieto". Potem jednak, jak ów drugi syn, który w pierwszym odruchu załatwił ojca odmownie, robi to, czego od niego oczekiwała. Cud w Kanie jest początkiem publicznej działalności Jezusa, ale w tej scenie widzimy też pełnię Jego człowieczeństwa - z niekonsekwencją, zmęczeniem, ze zdolnością do naprawienia błędu. Każda kobieta wolałaby chyba mieć przy sobie kogoś takiego, aniżeli kogoś, kto powie "Oczywiście, kochanie" i nic nie zrobi.
Przyjrzyjmy się też reakcjom Maryi. Załatwiona odmownie, nie kłóci się. Idzie do sług i mówi "Zróbcie wszystko, cokolwiek Wam powie". Znała Go dobrze. Wiedziała, czego się może po nim spodziewać. Nie przebijała muru głową. Umiała czekać, aż mężczyzna przemyśli to, co mu powiedziała. Oto reakcja mądrej kobiety.
Jedno i drugie razem - to reakcje ludzi, którzy się kochają i rozumieją.
Zauważmy też, że na tej uroczystości nie ma Józefa. Milczą dzieje, czy wtedy żył - i coś nie pozwalało mu przybyć do Kany, czy też zmarł wcześniej. W pierwszym przypadku widzimy rodzinę, w której żona nie jest li i jedynie dodatkiem do męża. W drugim przypadku widzimy wdowę, która po śmierci męża obraca się normalnie wśród ludzi. Tak, jak się to dzieje w zdrowej rodzinie, gdzie mąż i żona mają coś więcej i kogoś więcej niż tylko siebie nawzajem i ewentualnie dzieci.
Remusie i Andreo, mogę się tylko modlić, aby taką była rodzina, którą dziś zakładacie. Oraz żebyście zawsze mieli wokół siebie przyjaciół, którzy w krytycznym momencie nie zmienią lokalu, gdy zabraknie wina. Dosłownie lub w przenośni. Bardziej w przenośni, bo ostatnią rzeczą, o jaką podejrzewam Remusa, jest to, że pozwoli, by w waszym domu zabrakło wina.
Wiem, że wasza decyzja o stworzeniu wspólnego domu jest decyzją dojrzałą i przemyślaną, więc niecierpliwie i z ufnością myślę o waszej przyszłości w ogóle, a o tym, jakie dzieci z tego wynikną, w szczególności.
Powstańcie, aby wobec Boga i ludzi potwierdzić tę decyzję.
Remusie Johnie, czy chcesz pojąć za żonę tę oto Andreę Marię Zuzannę i ślubujesz nie opuścić jej, lecz kochać ją, szanować i dbać o nią w zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w ubóstwie, aż do końca życia? Jeżeli tak, powiedz: tak, chcę i ślubuję.
- Tak, chcę i ślubuję!
Susan mimo woli uśmiechnęła się. Pierwszy raz słyszała w głosie Lupina niczym nie zakłóconą radość.
- Andreo Mario Zuzanno, czy chcesz pojąć za męża tego oto Remusa Johna i ślubujesz nie opuścić go, lecz kochać go, szanować i dbać o niego w zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w ubóstwie, aż do końca życia? Jeżeli tak, powiedz: tak, chcę i ślubuję.
- Tak, chcę i ślubuję!
Aż do końca życia? Chyba wiedzą, co robią, muszą być siebie absolutnie pewni… cholibka, też bym tak chciała…
- Ja, Remus John…
- Ja, Remus John…
- ...biorę sobie ciebie, Andreo Mario Zuzanno, za żonę…
- ...biorę sobie ciebie, Andreo Mario Zuzanno, za żonę…
Może kiedyś znajdzie się taki, którego będę tak pewna?
- …przysięgam kochać cię i szanować w dobrej i złej doli, w zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w ubóstwie…
- …przysięgam kochać cię i szanować w dobrej i złej doli, w zdrowiu i w chorobie, w bogactwie… na które na twoim miejscu bym nie liczył… i w ubóstwie…
- …tak mi dopomóż Bóg!

- Możesz już pocałować swoją żonę – ogłosił pastor.
Sposób, w jaki pan młody skorzystał z tej możliwości, dobitnie wskazywał, że ma już w tym niejaką wprawę.
Czarny pies otarł się o nogę Lucy Blair, po czym jął powoli i starannie lizać jej dłoń.

- Panie profesorze – spytała Susan, chowając do kieszeni otrzymany od pastora obrazek przedstawiający świętego Franciszka karmiącego wilkołaka, z tyłu zadrukowany litanią do Serca Jezusowego – dlaczego tak?
- Dlaczego jak?
- Dlaczego tak po cichu, dlaczego tak mało ludzi…
- Takie czasy – uśmiechnął się Lupin. – Charlie, wyjaśnij w wolnej chwili...
Susan skinęła głową, nieco zmieszana. Dotarło do niej, że jej obecność w tym dobranym towarzystwie nikogo nie dziwi – najwidoczniej biorą ją za oficjalną dziewczynę Charliego, którą nie jest i być nie zamierza… chyba… zamierza, nie zamierza, w każdym razie na dzień dzisiejszy nie jest.
A szkoda, zauważył cichy głosik.
- Dobrze, że przyszłaś – uśmiechnęła się panna młoda. - Nie będę na tym obiedzie sama wśród bandy Gryfonów.
- Ja tylko tak... - zmieszała się – na chwilę... zaraz sobie idę.
- Ależ co ty! - zdziwiła się Andrea od kwadransa Lupin. - Skoro się rzekło a...
- ...to czasem trzeba się ugryźć w język – dokończyła. - Bardzo dziękuję, i naprawdę wszystkiego...
Uściskana przez pannę młodą, podeszła do drzwi. Poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciła się. Za nią stał Charlie.
- Chodź – powiedział. - Proszę...
- Pójdę już – odparła. – Naprawdę, tak będzie lepiej.
- Miło spotkać kogoś, kto jak jest ciężko, idzie właśnie tu – uśmiechnął się.
- To nie tak... – zająknęła się – nie żeby jakoś często... ale teraz...
- Mniej więcej wiem – uśmiechnął się smętnie. – W razie, gdybyś nie zauważyła, mój brat też jest prefektem.
Zaległo niezręczne milczenie.
- Wpadaj częściej – powiedział. – Na pewno będzie Mu przyjemnie, jak czasem tu zajdziesz z przyjemniejszej okazji.
- Komu?
- Szefowi – wskazał brodą ołtarz. – Jak z nim będziesz rozmawiać, westchnij czasami za moją grzeszną duszę.
- Ty chyba z Nim rozmawiasz częściej? – złapała się na tym, że przejmuje jego styl. - To znaczy, pan z Nim chyba rozmawia częściej?
Kiedy powiedziała "pan", nagle posmutniał. Ona też ze zdziwieniem poczuła, że ten zwrot był zupełnie nie na miejscu.
- No właśnie - odparł. - Pewnie się trochę uodpornił. Ciebie będzie słuchał uważniej.
Szumiało jej w głowie. Jeszcze jedna sprawa, której nie rozumie. Znała sporo pobożnych ludzi, ale na ogół albo byli dużo starsi, albo robili wrażenie odklepujących bezmyślnie wyuczone formułki. Ten tutaj był jakiś inny. Mówił o Bogu jak o kumplu... no może przesada, przypominało jej to raczej sposób, w jaki ludzie mówili o Dumbledorze, mieszanina szacunku, zaufania i poufałości. Coś dziwnego. Pomyślę o tym jutro.
- No nic... może jednak chodź na ten obiad?
- Nie, naprawdę. Dzięki.
Niespodziewanie sam dla siebie pocałował ją w czoło.

Jeszcze Bardziej Zakazany Las, środa, 8 listopada 1995

- Zdaje się, że Charlie się znowu zakochał – zauważył Syriusz, gdy tylko Charlie odszedł od stołu.
Nie trzeba było szczególnej przenikliwości, żeby dojść do tego odkrywczego wniosku. Charlie miał mocno mętny wzrok i wyglądał, jakby nie bardzo wiedział, gdzie jest i dlaczego. Jak się nazywa, prawdopodobnie wiedział, ale już na pytanie o imię ojca odpowiedziałby zapewne „i Syna i Ducha Świętego”. Nie była to tylko zasługa talentów winiarskich pana młodego, które Charlie doceniał w całej rozciągłości i samego wina ryżowego wypił chyba kwartę - już przed wypiciem pierwszego kieliszka wyglądał na obecnego na uroczystości głównie ciałem, duch zaś zdawał się bujać gdzieś daleko.
- Daj Boże tym razem z lepszym skutkiem – odparł Lupin.
- Wypijmy za to!
- Wypijmy – zgodził się Lupin. - Ale pod warunkiem, że jak wypijemy, to wypijemy jeszcze raz. Inaczej nie pijemy.
- No to ich zdrowie!
- Ich zdrowie. A czyje?
- Państwa Weasleyów oczywiście.
- Ich zdrowie. Niech się rozmnażają!
Syriusz dopełnił kieliszki.
- Za co pijecie? – zainteresowała się panna młoda.
- Za Charliego i tę jego... To ta ze ślubu, czy jakaś inna?
- Czort znajet, ale że się zakochał, to widać.
- To nalejcie i mnie. Lucy, chodź, napij się z nami. Ich zdrowie!
Po kilku toastach panie zostawiły swoich mężczyzn bez opieki. Po kilku następnych pan młody kiwał się już jak goblin na modlitwie. Wtedy właśnie wszedł Charlie.
- No to za zdrowie! - zawołał Syriusz, podając Charliemu kieliszek znakomitego koktajlu „Królewna Śnieżka i czterdziestu rozbójników”.
- A za co my właściwie pijemy? – spytał pan młody, tocząc dookoła maślanym wzrokiem.
- Za zdrowie młodej pary – wyjaśnił uprzejmie Charlie.
- A kto się żeni? – zdziwił się Lupin.
- A może bym tak ja? – zastanowił się Syriusz.
- Doskonały pomysł – zgodził się pospiesznie Charlie i napełnił kieliszki.
- Ale najpierw ty. Jak ona ma na imię?
Charlie po krótkim namyśle uznał, że najzręczniej będzie udać bardziej pijanego niż jest w rzeczywistości.
- Jam Weasley – zachrypiał wyciągając różdżkę - a to pani Weasleyowa...
- Jeno dzieci z nią mieć nie moszszesz – zauważył filozoficznie Lupin. - I dobszee, boby straszne szszyfniaki były...
- Znakiem czego jak już się ożenisz – nie speszony Syriusz drążył temat z delikatnością reportera Proroka Codziennego - to jak im dasz na imię?
- John, Paul, George i Ringo!

c.d.n.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 01.10.07, 11:25

Jedi Master 09.06.04 08:42:05
- Jam Weasley – zachrypiał wyciągając różdżkę - a to pani Weasleyowa...
- Jeno dzieci z nią mieć nie moszszesz – zauważył filozoficznie Lupin. - I dobszee, boby straszne szszyfniaki były...
No zwyczjnie padlem jak to przeczytalem.
Te odniesienia do roznych dziel sa naprawde swietne, gratulacje.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 01.10.07, 11:26

Irytek jz 09.06.04 08:49:30

Ha!
Wiedziałem, że piszesz scenę modlitwy Susan w kaplicy. Wiedziałem i podświadomie bałem się, że wyjdzie z tego kicz. Bo sam, gdybym się porwał na coś takiego, to byłby kicz właśnie. Tymczasem Tobie wyszła piękna, wzruszająca scena. Ha!!! Co to ja pisałem w poprzednim komentarzu o tym, że ludzie dzielą się na dwie grupy..?

Przemówienie pastora - cóż, już po "Pogrzebie" widać było, że umiesz pisać takie rzeczy.

No i tekst Charliego na zakończenie. Miodzio!!!
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 01.10.07, 11:27

Nimue 09.06.04 10:39:59

Świetne opowiadanie i świetny odcinek. Irytek pisał już o Twoim mistrzostwie w opisie sceny modlitwy. Ja dodam tylko, że mnie osobiście poruszyła tym bardziej, że prababcia Pelagia jakaś taka strasznie podobna do mojej niedawno zmarłej babci.
Poza tym podobał mi się opis kaplicy - Matka Boska na czarodziejskim obrazie głaszcząca Dzieciątko, obrazek od pastora z świętym Franciszkiem karmiącym wilkołaka - wszystko takie magiczne i takie... zwyczajne.
Dzięki.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 01.10.07, 11:28

Olizandra 09.06.04 12:54:52

A mnie rozbroiło:
Oraz żebyście zawsze mieli wokół siebie przyjaciół, którzy w krytycznym momencie nie zmienią lokalu, gdy zabraknie wina. Dosłownie lub w przenośni. Bardziej w przenośni, bo ostatnią rzeczą, o jaką podejrzewam Remusa, jest to, że pozwoli, by w waszym domu zabrakło wina.
Arthur opowiadanie ŚWIETNE!!! Proszę pisz dalej!
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 01.10.07, 11:29

Skye 09.06.04 14:54:23

Pogrzeb i stypa, Wigilia w Norze a teraz i Oswoić smoka... wszystko udowadnia, że masz niesamowity talnet, Arthurze do pisania kazań, modlitw. Do przedstawiania wagi religii w świecie zarówno mugolskim jak i czarodziejskim. A równocześnie tego typu wiara nie jest odklepywaniem marysiek. Jest taka ludzka i codzienna. I za te umiejętności Cie podziwiam, bo masz do tego talnet. I nie marnujesz go.
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 01.10.07, 11:31

RosoMC 09.06.04 15:43:38

O mój Boże! Arthurze! Przedstawianie odczuć religijnych idzie ci świetnie. nie marnuj tego talentu. No i nawiązanie do "Potopu"
Jam Weasley, a to pani Weasleyowa
było świetne. Po prostu extra, ale rozwaliła mnie wypowiedź Charliego na końcu.
John, Paul, George i Ringo
no po prostu ewidentny ROTFL.

pozdrawiam i życzę dużo weny RosoMC
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)


archiwalny
Zaawansowany
Posty: 336
Rejestracja: 27.08.07, 07:13

Re: Oswoić smoka (przenoszone po odcinku ze starego TN)

Postautor: archiwalny » 01.10.07, 11:32

Katala 09.06.04 16:23:18

Bardzo ładne. Bardzo. Klimatyczne. Świetnie się czyta. Kiedy chciałam zaryzykować stwierdzenie, że chętnie przeczytałam bym więcej opisów, szczegółów i detali, pojawiła się scena w kaplicy i już nie mogę tego powiedzieć.
Na mnie zdecydowanie największe wrażenie wywarł ostatni odcinek i słowa, które padły w kaplicy (nie tylko podczas uroczystości). A może nie same słowa, ale komplet jaki tworzą z zebranymi ludźmi i emocjami które im towarzyszą. Po raz kolejny okazało się, że można powiedzieć tak wiele, nie wypowiadając konkretnych słów. Wystarczy odpowiedni gest dłoni czy nawet krótkie spojrzenie. Ale do tego potrzebne jest również wyczucie i umiejętność uchwycenia momentu, które Autor Smoka posiada i świetnie wykorzystuje.
Po Wigilii przyznam szczerze, że obawiałam się trochę podniosłości w chrześcijańskich fragmentach Smoka. Niepotrzebnie. Wszystko jest na swoim miejscu, wywarzone i w odpowiednich proporcjach.
Choć na pewno nie wyczuwam wszystkich smaczków i niuansów poukrywanych między wierszami, mogę powiedzieć, że nawet bez nich tekst jest wciągający. I oczywiście powoduje chęć zadania tak nie lubianego przez moderatorów pytania – kiedy następna część?
Pytanie 177 2/3:
Czy jest pożytecznie komentować fanfikty archiwalne?
Odpowiedź:
Komentować fanfikty archiwalne jest pożytecznie, a nawet bardzo pożytecznie.

(Katechizm Czarodzieja)



Wróć do „HP Fanfiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron