BAŚNIE, WIERSZYKI.... tylko klasyki

Newsy, teksty, bajki, wierszyki, limeryki itp.

Moderatorzy: Livia, Otol, Bugatti

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

BAŚNIE, WIERSZYKI.... tylko klasyki

Postautor: Livia » 20.03.10, 14:49

HANS CHRISTIAN ANDERSEN

KRZESIWO
Szedł sobie drogą żołnierz: raz, dwa! Raz, dwa! Na plecach miał tornister, a u boku szablę, bo
wracał właśnie z wojny do domu.
Na środku drogi spotkał starą czarownicę; była obrzydliwa, dolna warga zwisała jej aż na
piersi. – Dobry wieczór, żołnierzu! – powiedziała. – Jaką piękną masz szablę, jaki duży tornister!
Prawdziwy żołnierz z ciebie! Dam ci tyle pieniędzy, ile tylko zechcesz.
– Dziękuję ci, stara czarownico! – odpowiedział żołnierz.
– Widzisz tamto duże drzewo? – spytała czarownica wskazując mu drzewo stojące na uboczu.
– Jest ono zupełnie puste w środku. Wdrapiesz się na jego wierzchołek, a wówczas zobaczysz
otwór, przez który się wśliźniesz głęboko do środka. Obwiążę cię w pasie sznurem, a kiedy
zawołasz, będę cię mogła wciągnąć z powrotem na górę.
– A po cóż mam wleźć do tego drzewa? – spytał żołnierz.
– Po pieniądze! – powiedziała czarownica. – Musisz wiedzieć, mój żołnierzu, że jak
wejdziesz do środka, znajdziesz się w dużym korytarzu, będzie tam jasno, bo pali się tam
przeszło sto lamp. Potem zobaczysz troje drzwi. Możesz je otworzyć, klucze tkwią w zamkach.
Wejdziesz w pierwsze drzwi. Tam na środku izby, na skrzyni, siedzi pies, ma on oczy jak
filiżanki, ale nic się nie bój. Dam ci mój fartuch w niebieskie paski, rozłożysz go na podłodze;
potem podejdziesz szybko do psa, posadzisz go na fartuchu, otworzysz skrzynię i wyjmiesz tyle
pieniędzy, ile zechcesz; będą to same miedziaki. Jeśli zechcesz mieć srebrne pieniądze, musisz
iść do sąsiedniej izby; siedzi tam pies z oczyma jak młyńskie koła, ale nic się nie bój, posadź go
na moim fartuchu i bierz pieniądze! Jeśli zechcesz złota, to możesz je także mieć, i to tyle, ile
zdołasz udźwignąć, ale musisz wejść do trzeciej izby. Pies, który siedzi na skrzyni ze złotem, ma
dwoje oczu, a każde z tych oczu jest tak wielkie jak Okrągła Wieża w Kopenhadze. To jest
dopiero pies! Ale nic się nie bój! Posadź go tylko na moim fartuchu, a nic ci nie zrobi; potem łap
ze skrzyni tyle złota, ile ci się podoba!
– To byłoby wcale nieźle – powiedział żołnierz – ale co ci mam dać za to, stara czarownico,
bo czegoś przecież na pewno będziesz chciała!
– Nie – odrzekła czarownica – nie chcę ani grosika! Przynieś mi tylko stare krzesiwo, którego
zapomniała moja babka, kiedy ostatni raz tam była.
– Zgoda – powiedział żołnierz. – Przewiąż mnie sznurem.
– Tu masz sznur – powiedziała czarownica – a tu mój niebieski fartuch w paski.
A więc żołnierz wlazł na drzewo, dał się spuścić na sznurze do środka i oto, jak mu wiedźma
powiedziała, stał już w długim korytarzu, gdzie płonęły setki lamp.
Otworzył pierwsze drzwi. Brrr! Siedział tam pies z oczami jak filiżanki i gapił się na niego.
– Podobasz mi się, bratku – powiedział żołnierz, posadził go na fartuchu czarownicy i wziął
tyle miedziaków, ile zmieściło mu się w kieszeni. Potem zamknął skrzynię, posadził na niej psa
z powrotem i poszedł do drugiego pokoju. I doprawdy! Siedział tam pies z oczyma jak młyńskie
koła.
– Nie patrz tak na mnie! – powiedział żołnierz. – Jeszcze cię oczy zabolą! – i posadził psa na
fartuchu wiedźmy; a gdy zobaczył tyle srebra w skrzyni, wyrzucił wszystkie miedziaki i napchał
sobie kieszenie i tornister samym srebrem. Potem przeszedł do trzeciej izby. Ach, to było
okropne! Pies miał doprawdy dwoje oczu tak wielkich jak Okrągła Wieża w Kopenhadze, a
kręciły się one w głowie niby koła.
– Dobry wieczór! – powiedział żołnierz i sięgnął do czapki, gdyż nigdy przedtem nie widział
takiego psa; ale gdy mu się trochę przyjrzał, pomyślał sobie, że to wystarczy, posadził go na
podłodze i otworzył skrzynię. Ach, mój Boże! Ileż tam było złota! Za te pieniądze mógł kupić
całą Kopenhagę i wszystkie świnki z cukru od przekupek, wszystkich ołowianych żołnierzy i
wszystkie baciki, i konie na biegunach z całego świata. To były pieniądze! Wtedy żołnierz
wyrzucił wszystkie srebrne pieniążki, którymi miał napełnione kieszenie i tornister, a na to
miejsce nabrał złota; wszystkie kieszenie, tornister, czapka i buty tak były pełne, że ledwo mógł
się poruszać. Teraz miał pieniądze! Posadził psa z powrotem na skrzynię, zatrzasnął drzwi za
sobą i zawołał w górę:
– Wyciągnij mnie teraz na górę, ty stara wiedźmo!
– A masz krzesiwo? – spytała czarownica.
– To prawda! – powiedział żołnierz – zupełnie zapomniałem! – Wrócił i zabrał krzesiwo.
Wiedźma wciągnęła go na górę i oto stał już znowu na drodze, z kieszeniami, tornistrem, butami
i czapką pełnymi pieniędzy.
– Po co ci to krzesiwo? – spytał żołnierz.
– Nic ci do tego, masz pieniądze! – powiedziała wiedźma – a teraz dawaj krzesiwo!
– Gadu! Gadu! – zawołał żołnierz – w tej chwili mi powiesz, po co ci to krzesiwo! Inaczej
utnę ci głowę tą szablą!
– Nie – powiedziała czarownica.
Wtedy żołnierz odrąbał jej głowę. Miała za swoje! Żołnierz zawiązał całe swoje złoto w jej
fartuch, zarzucił sobie, jak węzełek, na plecy, wsadził krzesiwo do kieszeni i ruszył prosto do
miasta.
Piękne to było miasto. Wstąpił tam do najpiękniejszej gospody, zażądał najlepszych pokojów
i potraw, bo był przecież bardzo bogaty teraz, gdy miał tyle pieniędzy.
Służący, który wziął mu buty do czyszczenia, dziwił się co prawda trochę, że taki bogaty pan
nosi takie śmieszne, stare buty, ale on nie zdążył jeszcze kupić nowych; na drugi dzień kupił
sobie buty, w których można było się pokazać, i takie piękne ubranie! Teraz z żołnierza zrobił
się wytworny pan. Ludzie opowiadali mu o wszystkich cudach miasta, o swoim królu i o tym,
jaką śliczną księżniczką jest jego córka.
– Gdzie ją można zobaczyć? – spytał żołnierz.
– Nie można jej wcale zobaczyć – powiedzieli wszyscy razem – mieszka w wielkim, krytym
miedzią pałacu, otoczonym mnóstwem murów i wież. Nikt prócz króla nie może do niej
wchodzić, bo wywróżono jej, że wyjdzie za mąż za zwykłego żołnierza, a o tym król nie chce
słyszeć!
„Chciałbym ją zobaczyć” – pomyślał żołnierz; ale to przecież było niemożliwe.
Tymczasem więc pędził wesołe życie, chadzał do teatru, zwiedzał ogród królewski, a
biednym dawał zawsze dużo pieniędzy, co było bardzo ładnie z jego strony: pamiętał bowiem z
dawnych czasów, jak to niedobrze być bez grosza!
Teraz był bogaty, miał piękne ubrania, wielu przyjaciół, którzy mówili mu, że jest dobrym
człowiekiem i prawdziwym panem, a to się podobało żołnierzowi.
Ale pieniędzy wydawał codziennie dużo, a nowych nie przybywało, więc wkrótce wydał już
prawie wszystko. Zostały mu tylko dwa szylingi; musiał wyprowadzić się z pięknych pokojów,
w których mieszkał, zajął maleńką nędzną izdebkę na poddaszu, sam czyścił sobie buty i
zeszywał je igłą do cerowania, a żaden z przyjaciół go nie odwiedzał, bo za wysoko było
wchodzić.
Pewnego razu był ciemny wieczór, a żołnierz nie miał pieniędzy nawet na świecę, wtedy
przypomniał sobie nagle, że w krzesiwie przyniesionym z dziupli, do której spuściła go
czarownica, był mały ogarek; wyjął więc krzesiwo i ogarek, ale w tej samej chwili, gdy uderzył
o krzemień, iskry posypały się z krzesiwa, drzwi otworzyły się z trzaskiem, stanął przed
żołnierzem pies z oczyma jak filiżanki, którego widział w dziupli drzewca, i spytał:
– Co mi rozkaże mój pan?
– A to ci historia! – powiedział żołnierz. – A to dopiero zabawne krzesiwko, mogę mieć z
niego, co zechcę. Przynieś mi trochę pieniędzy! – rozkazał psu, i hyc! już psa nie było! hyc! już
był z powrotem i dźwigał w pysku dużą torbę pełną miedziaków!
Teraz żołnierz wiedział już, jakie to cudowne krzesiwa! Kiedy uderzał w nie raz, zjawił się
pies, który siedział na skrzyni z miedziakami; gdy uderzył dwa razy, przychodził ten, który miał
srebro, a za trzykrotnym uderzeniem krzesiwa zjawiał się pies, który miał złoto.
Więc żołnierz wprowadził się z powrotem do pięknych pokojów, sprawił sobie znowu śliczne
stroje i znowu pamiętali o nim wszyscy jego serdeczni przyjaciele i bardzo go kochali.
Pewnego razu żołnierz pomyślał sobie: „To jest jednak śmieszne, że nie mogę zobaczyć
księżniczki. Wszyscy mówią, że jest prześliczna; co z tego, kiedy wciąż siedzi zamknięta pod
miedzianym dachem w zamku z tyloma wieżami? Ale gdzie jest moje krzesiwo?” Zakrzesał
ognia, hyc! już stał przed nim pies z oczyma jak filiżanki.
– Jest teraz co prawda północ – powiedział żołnierz – ale tak bardzo chciałbym zobaczyć
księżniczkę, chociaż na chwileczkę!
Pies wypadł natychmiast za drzwi i zanim się żołnierz obejrzał, już był z powrotem, a na
grzbiecie niósł księżniczkę; spała i była śliczna, że od razu można było poznać, iż jest to
prawdziwa księżniczka; a żołnierz nie mógł się powstrzymać, żeby jej nie pocałować, bo to był
prawdziwy żołnierz.
A pies wrócił z księżniczką do zamku, a gdy nastał ranek i król i królowa pili herbatę
poranną, księżniczka opowiadała, że miała tej nocy dziwny sen o psie i o żołnierzu. Pies niósł ją
na grzbiecie, a żołnierz ją pocałował.
– To byłaby dopiero ładna historia! – zawołała królowa.
Następnej nocy jedna ze starych dam dworu czuwała przy łóżku księżniczki, aby się
przekonać, czy to był sen, czy też coś innego.
Żołnierz tęsknił bardzo za widokiem ślicznej księżniczki, więc pies zabrał ją znowu i biegł z
nią, jak najszybciej go nogi niosły, ale stara dama dworu włożyła kalosze i biegła za nimi; gdy
zobaczyła, że znikają w bramie dużego domu, pomyślała: „No, teraz już wiem, gdzie to jest”, i
kawałkiem kredy nakreśliła na bramie duży krzyż. Potem wróciła do domu i położyła się z
powrotem, a pies odniósł księżniczkę. Kiedy pies zobaczył, że na bramie domu, w którym
mieszkał żołnierz, narysowano kredą krzyż, wziął kawałek kredy i tak samo naznaczył bramy
wszystkich domów w całym mieście; było to bardzo mądre, gdyż w ten sposób dama dworu nie
mogła znaleźć właściwych drzwi, ponieważ na wszystkich były krzyże.
Wczesnym rankiem król i królowa, dama dworu i wszyscy oficerowie przyszli, by zobaczyć
to miejsce, gdzie była w nocy księżniczka.
– To tu! – powiedział król, gdy ujrzał pierwsze drzwi oznaczone krzyżem.
– Nie, to tu, mój drogi mężu! – powiedziała królowa wskazując drugie drzwi oznaczone
krzyżem.
– Ale tu jest także krzyż, i tu, i tu! – zawołali wszyscy; gdziekolwiek spojrzeli, widzieli drzwi
oznaczone krzyżem. Więc zrozumieli, że szukanie na nic się nie zda.
Ale królowa była bardzo mądrą kobietą, umiała ona nie tylko jeździć karetą.
Wzięła więc swe duże, złote nożyczki, pokrajała nimi kawałek jedwabiu na części i uszyła z
nich śliczny woreczek, mieszek ten napełniła drobną kaszą i przywiązała księżniczce na plecach,
a gdy wszystko było gotowe, wycięła w woreczku otworek, tak aby kasza znaczyła całą drogę,
którą będzie jechała księżniczka.
W nocy zjawił się znowu pies, wziął księżniczkę na grzbiet i pobiegł z nią do żołnierza, który
ją tak bardzo kochał i tak chciał być księciem, by móc się z nią ożenić.
Pies nie zauważył wcale kaszy, która sypała się od zamku aż do okna żołnierza, dokąd dostał
się po murze razem z księżniczką.
Rano król i królowa już wiedzieli, gdzie była ich córka, schwytali żołnierza i wsadzili go do
więzienia.
Siedział więc. Och, jak tam było ciemno i nudno!



KONIEC
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: BAŚNIE - klasyki

Postautor: Livia » 20.03.10, 14:52

Jan Brzechwa

SAMOCHWAŁA
Samochwała w kącie stała
I wciąż tak opowiadała:

- Zdolna jestem niesłychanie,
Najpiękniejsze mam ubranie,
Moja buzia tryska zdrowiem,
Jak coś powiem, to już powiem,
Jak odpowiem, to roztropnie,
W szkole mam najlepsze stopnie,
Śpiewam lepiej niż w operze,
Znakomicie muchy łapię,
Wiem, gdzie Wisła jest na mapie,
Jestem mądra, jestem zgrabna,
Wiotka, słodka i powabna,
A w dodatku daję słowo,
Mam rodzinę wyjątkową:
Tato mój do pieca sięga,
Moja mama - taka tęga,
Moja siostra - taka mała,
A ja jestem - samochwała!



koniec
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: BAŚNIE, WIERSZYKI.... tylko klasyki

Postautor: Livia » 25.03.10, 11:20

HANS CHRISTIAN ANDERSEN

CALINECZKA

Była sobie pewnego razu kobieta, która bardzo, bardzo pragnęła mieć malutkie dziecko, ale
nie wiedziała, skąd je wziąć. Poszła więc do starej czarownicy i powiedziała jej:
– Pragnęłabym z całego serca mieć małe dziecko, czy mogłabyś mi powiedzieć, skąd je mogę
wziąć?
– Znajdziemy na to radę – powiedziała czarownica. – Masz tu ziarnko jęczmienia, nie z tego
gatunku, który rośnie na chłopskim polu, ani z tego, który jedzą kury. Wsadź je do doniczki,
zobaczysz, co z tego wyrośnie!
– Dziękuję ci – powiedziała kobieta i dała czarownicy dwanaście groszy. Potem poszła do
domu, zasadziła ziarnko jęczmienia i natychmiast wyrósł piękny, duży kwiat, który wyglądał jak
tulipan, ale płatki miał stulone tak, jak gdyby kwiat był jeszcze w pączku.
– Jakiż to piękny kwiat! – powiedziała kobieta i pocałowała śliczne czerwone i żółte płatki. I
w chwili kiedy składała ten pocałunek, rozległ się jak gdyby wystrzał i kwiat otworzył się od
razu. Był to prawdziwy tulipan, ale w środku kwiatu siedziała na zielonym słupku maleńka
dziewczynka, śliczna i delikatna. Miała nie więcej niż cal wysokości i dlatego nazwano ją
Calineczką. Pięknie polakierowana łupina włoskiego orzecha służyła jej za kołyskę, błękitne
płatki fiołków zastępowały materace, a płatek róży – kołdrę. Spała tam w nocy, a w dzień bawiła
się na stole, gdzie kobieta postawiła talerz, a naokoło zrobiła wianek z kwiatów, których łodygi
leżały w wodzie; po talerzu pływał wielki płatek tulipana, a Calineczka mogła na nim siedzieć i
pływać z jednego brzegu talerza na drugi, a zamiast wioseł miała dwa białe końskie włosy.
Wyglądało to prześlicznie. Calineczka umiała także śpiewać tak pięknie i wdzięcznie jak nikt na
świecie.
Pewnej nocy, gdy leżała w swoim ślicznym łóżeczku, przyszła wstrętna ropucha; wskoczyła
przez okno, bo szyba była stłuczona. Ropucha była brzydka, duża i mokra, wskoczyła na stół,
gdzie Calineczka spała pod czerwonym płatkiem róży.
– Piękna byłaby z niej żona dla mego syna! – powiedziała ropucha, wzięła skorupę orzecha,
gdzie spała Calineczka, i razem z nią zeskoczyła z okna do ogrodu.
Przepływała tam szeroka rzeka, brzeg jej był bagnisty, tu mieszkała ropucha ze swoim synem.
Och, jakiż był brzydki i wstrętny, zupełnie jak jego matka. „Kwa, kwa, brekekekeks!”, to było
wszystko, co potrafił powiedzieć, kiedy zobaczył śliczną maleńką dziewuszkę w łupinie orzecha.
– Nie mów tak głośno, bo się obudzi – powiedziała stara ropucha. – I jeszcze nam ucieknie,
bo jest lekka jak łabędzi puch. Posadzimy ją na rzece, na dużym liściu lilii wodnej, tam jej
będzie dobrze. Ona jest taka lekka i mała, że liść ten jest dla niej całą wyspą. Stamtąd nam nie
ucieknie. A my tymczasem doprowadzimy do porządku odświętną izbę pod bagnem, gdzie
zamieszkacie po ślubie.
Na rzece rosło mnóstwo wodnych lilii z szerokimi liśćmi, które wyglądały, jakby pływały po
wodzie. Liść leżący najdalej był największy, do niego podpłynęła ropucha i postawiła na nim
łupinkę orzecha z Calineczką.
Biedna, mała istotka obudziła się wczesnym rankiem i kiedy zobaczyła, gdzie się znajduje,
zaczęła gorzko płakać, bo liść otoczony był ze wszystkich stron wodą i nie mogła się wydostać
na ląd.
Stara ropucha siedziała na dole w bagnie i zdobiła izbę trzciną i żółtymi płatkami nenufarów;
wszystko musiało być piękne dla nowej synowej; potem podpłynęła razem ze swoim wstrętnym
synem do liścia, na którym stała Calineczka. Chcieli zabrać jej śliczne łóżko i wstawić do pokoju
młodej pary, zanim ona sama się tam zjawi. Stara ropucha skłoniła się głęboko w wodzie przed
Calineczką i powiedziała:
– Oto widzisz mego syna, zostanie on twoim mężem, a zamieszkacie z przepychem na dole,
w bagnie!
– Kwa, kwa brekekekeks! – to było wszystko, co potrafił powiedzieć syn.
Potem wzięli śliczne małe łóżeczko i odpłynęli z nim, a Calineczka siedziała sama na
zielonym listku i płakała, bo nie chciała zamieszkać u wstrętnej ropuchy ani zostać żoną jej
obrzydliwego syna. Małe rybki, które pływały w wodzie, widziały ropuchę, słyszały, co mówiła,
i wysunęły głowy z wody chcąc obejrzeć małą dziewczynkę. Zachwyciły się nią bardzo i zrobiło
im się naprawdę żal, że będzie musiała zamieszkać u wstrętnej ropuchy. Nie, nigdy, przenigdy!
Zebrały się pod powierzchnią wody naokoło zielonej łodygi z liściem, na którym stała,
przegryzły zębami łodygę i liść popłynął z biegiem strumienia, a na nim Calineczka daleko,
daleko, tam gdzie ropucha nie mogła już jej dogonić.
Calineczka przepływała obok różnych okolic, a małe ptaszki siadały w krzakach, patrzyły na
nią i śpiewały:
„Jakaż to miła, mała dziewczynka!” Liść razem z nią płynął coraz dalej i dalej; w ten oto
sposób powędrowała Calineczka za granicę.
Uroczy, mały biały motylek krążył nad nią od dawna i w końcu usiadł na liściu, gdyż
Calineczka spodobała mu się niezmiernie; i ona również była bardzo zadowolona, bo ropucha
nie mogła jej już dogonić i tak pięknie było tam, gdzie przepływała; słońce świeciło na wodzie i
wyglądało jak błyszczące złoto. Calineczka wzięła swój pasek i przywiązała jednym końcem
motylka, drugi koniec wstążki przymocowała do liścia, ruszył on teraz o wiele szybciej i ona
również, bo przecież stała na liściu.
Nagle sfrunął wielki chrabąszcz, spostrzegł ją, w mgnieniu oka schwycił w swe macki smukłą
dziewczynkę i pofrunął z nią na drzewo, a zielony liść płynął dalej po rzece i motyl również, bo
był przecież przywiązany do liścia i nie mógł się uwolnić.
Mój Boże, jak bardzo przestraszyła się biedna Calineczka, kiedy chrabąszcz usiadł z nią na
drzewie! Najbardziej martwiła się jednak tym, że przywiązała motylka, bo przecież jeżeli nie uda
mu się uwolnić, umrze z głodu. Ale chrabąszcz nie troszczył się o to wcale. Usadowił się razem
z nią na największym zielonym liściu na drzewie, nakarmił ją słodkim kwiatowym sokiem i
powiedział jej, że jest urocza, chociaż zupełnie nie przypomina chrabąszcza. Później przyszły z
wizytą wszystkie chrabąszcze mieszkające na tym samym drzewie; obejrzały ją; panny
chrabąszczówny potrząsały mackami i mówiły: „Ona ma tylko dwie nogi, jakże to nędznie
wygląda! Nie ma macek – mówiły inne. – Jakaż jest cienka w pasie, fe, wygląda jak człowiek!
Jaka brzydka!!!” – mówiły wszystkie chrabąszczówny, a Calineczka była przecież taka śliczna!
Tak też myślał z początku chrabąszcz, który ją porwał, ale gdy wszyscy mówili, że jest brzydka,
zaczął sam w końcu tak sądzić i nie chciał jej już wcale. Niech sobie idzie, dokąd chce.
Chrabąszcze sfrunęły razem z nią z drzewa i posadziły ją na stokrotce; a Calineczka płakała, że
chrabąszcz jej nie chce, bo jest taka brzydka, a przecież była najmilszą istotą, jaką można sobie
wyobrazić, taka delikatna i jasna jak najpiękniejszy płatek róży.
Przez całe lato mieszkała biedna Calineczka sama jedna w dużym lesie. Uplotła sobie łóżko z
traw i powiesiła pod wielkim liściem szczawiu, aby deszcz na nią nie padał; zbierała słodki sok z
kwiatów i wypijała rosę, która co rano lśniła na liściach. Tak przeszło lato i jesień, ale oto
przyszła zima, mroźna, długa zima. Wszystkie ptaki, które tak pięknie dla niej śpiewały,
odleciały. Drzewa i kwiaty zwiędły, wielki szczawiowy liść, pod którym mieszkała, zwinął się i
pozostał tylko żółty, suchy badyl. Calieczka marzła straszliwie, bo jej sukienki podarły się, a ona
sama była taka delikatna i taka mała. Biedna Calineczka, mogła zamarznąć na śmierć! Zaczął
padać śnieg i każdy płatek śniegu, który na nią padał, był tym, czym dla nas cała łopata śniegu,
bo my jesteśmy wielcy, a ona miała tylko cal długości. Otuliła się zeschłym listkiem, ale nie
ogrzało jej to wcale; drżała z zimna.
Tuż pod lasem, gdzie mieszkała, znajdował się duży łan zboża, ale zboża nie było już od
dawna, tylko nagie, wyschłe rżysko sterczało na zmarzniętej ziemi. Rżysko to wydawało się
Calineczce tak duże jak olbrzymi las, o, jakże drżała z zimna! Doszła wreszcie do mieszkania
polnej myszki. Myszka mieszkała w małej norze pod ścierniskiem. Było tam ciepło i zacisznie,
cały pokój zapełniony był ziarnami zboża, oprócz pokoju była piękna kuchnia i spiżarnia. Biedna
Calineczka stanęła w drzwiach jak mała żebraczka i poprosiła o maleńkie ziarnko jęczmienia, bo
od dwóch dni nic nie miała w ustach.
– Moje ty biedne stworzonko! – powiedziała polna mysz, bo w gruncie rzeczy była to dobra,
stara mysz – wejdź do mego ciepłego pokoju i zjedz ze mną obiad.
A ponieważ Calineczka jej się spodobała, powiedziała:
– Mogłabyś zostać u mnie przez zimę, ale musisz ładnie, czysto sprzątać mój pokój i
opowiadać mi bajki, bo bardzo bajki lubię.
Calineczka robiła wszystko, czego wymagała od niej stara mysz polna, i odtąd wiodło jej się
wcale dobrze.
– Będziemy miały wkrótce odwiedziny – powiedziała mysz polna – mój sąsiad ma zwyczaj
odwiedzania mnie raz na tydzień. Powodzi mu się jeszcze lepiej niż mnie, ma wielkie salony i
nosi piękne, czarne aksamitne futro. Gdyby chciał cię wziąć za żonę, miałabyś los zapewniony,
Tylko że jest niewidomy. Musisz mu opowiadać najpiękniejsze bajki, jakie znasz!
Ale Calineczka nie miała na to ochoty, nie zależało jej wcale na sąsiedzie, gdyż był to kret.
Przyszedł wreszcie w odwiedziny w swym czarnym aksamitnym futrze. Mysz polna mówiła, że
jest taki bogaty i uczony, i że jego mieszkanie było więcej niż dwadzieścia razy większe od
mieszkania myszy; był rzeczywiście uczony, ale nie znosił słońca i pięknych kwiatów, mówił o
nich źle, bo ich nigdy nie widział. Calineczka musiała mu śpiewać i zaśpiewała: „Leć,
chrabąszczu, leć” i „Chodzi mniszek po łące!” Wtedy kret zakochał się w niej, zachwycony jej
pięknym głosem, ale nie powiedział nic, bo był to już taki rozważny jegomość. Wykopał sobie w
ziemi długi korytarz, prowadzący od jego domu do nory myszy; pozwolił Calineczce i myszy,
spacerować po tym korytarzu, kiedy tylko będą chciały. Prosił je, aby się nie bały martwego
ptaka, który leży w korytarzu. Był to cały ptak ze skrzydłami i z dziobem, umarł zapewne
niedawno i pochowano go właśnie tam, gdzie kret wykopał swój korytarz.
Kret wziął do pyska kawałek próchna, które świeciło w ciemnościach, szedł przodem i świecił
im w długim, ciemnym korytarzu. Gdy przyszli do miejsca, gdzie leżał martwy ptak, kret wparł
swój szeroki nos w powałę i rozrzucał ziemię, dopóki nie zrobił dużego otworu, przez który
przeświecało światło. Pośrodku na podłodze leżała martwa jaskółka; piękne jej skrzydła były z
obu stron przyciśnięte do boków, nogi i głowa schowane pod pióra; biedny ptak na pewno umarł
z zimna. Calineczce strasznie go było żal, kochała tak bardzo wszystkie ptaszki, które jej tak
pięknie śpiewały i ćwierkały, ale kret trącił ptaka swoją krótką nogą i powiedział:
– Nie będzie już nigdy śpiewać! Jakże godne politowania jest stworzenie, które urodziło się
ptakiem! Bogu niech będą dzięki, że żadne z moich dzieci nie będzie ptakiem; taki ptak nie
potrafi nic, tylko wołać: „kwiwit”, a w zimie musi umierać z głodu!
– Tak, mówi pan jak człowiek rozsądny – odezwała się mysz polna. – Co przyjdzie ptaszkowi
z jego świergotu, gdy nadchodzi zima? Musi głodować i marznąć. Jednak jest w tym coś
wzniosłego.
Calineczka nie powiedziała nic; ale gdy oboje odwrócili się plecami do ptaka, schyliła się,
odgarnęła pióra, które zakrywały mu głowę, i pocałowała go w zamknięte oczy. „Może to on tak
latem ślicznie mi śpiewał – myślała. – Ileż radości sprawił mi ten kochany, piękny ptaszek!”
Kret zatkał dziurę, przez którą przeświecał jasny dzień, i odprowadził panie do domu. Ale w
nocy Calineczka nie mogła spać; wstała z łóżka i uplotła ze słomy duży, ładny dywan, który
zaniosła do korytarza, i przykryła nim martwego ptaszka, potem po obu stronach ptaszka
położyła miękką bawełnę, znalezioną w pokoju myszy; chciała, aby był ciepło przykryty w
zimnej ziemi.
– Żegnaj, śliczny mały ptaszku! – powiedziała. – Żegnaj, i dziękuję ci za twój cudny śpiew w
lecie, gdy wszystkie drzewa były zielone i słońce tak mocno nam świeciło!
Potem przyłożyła swą głowę do piersi ptaszka, ale nagle przeraziła się, bo wydało jej się, jak
gdyby w środku coś pukało; było to serce ptaszka. Nie był martwy, tylko skostniały z zimna, a
teraz ogrzał się i powracał do życia.
Jesienią wszystkie jaskółki odlatują do ciepłych krajów, ale ta, która się spóźni, marznie, pada
na ziemię i przykrywa ją zimny śnieg. Calineczka drżała na całym ciele, tak bardzo była
przestraszona; ptak był duży, bardzo duży w porównaniu z nią, która miała tylko cal długości.
Ale zebrała się na odwagę, otuliła mocniej bawełną biedną jaskółkę, przyniosła miętowy listek,
który jej służył za kołdrę, i przykryła nim głowę ptaka.
Następnej nocy wyśliznęła się do niego znowu; był żywy, ale tak słaby, że mógł tylko na
chwilę otworzyć oczy i spojrzeć na Calineczkę, która stała z kawałkiem próchna w dłoni, bo
innej latarni nie miała.
– Dziękuję ci, moje śliczne, małe dziecko! – powiedziała chora jaskółka. – Tak się doskonale
ogrzałam. Wkrótce odzyskam siły i będę mogła latać na dworze w ciepłym blasku słońca.
– Ach! – powiedziała Calineczka – na dworze jest tak zimno, śnieg i mróz. Leż w twoim
ciepłym łóżku, będę cię pielęgnowała!
Przyniosła jaskółce wody w płatku kwiatka; jaskółka wypiła wodę i opowiedziała jej, jak to
zraniła sobie skrzydełko o ciernisty krzak i nie mogła z tego powodu tak prędko fruwać jak inne
jaskółki, które odleciały daleko, daleko, do ciepłych krajów. Upadła na ziemię, ale potem nie wie
już nic, co się z nią działo i jak się tu znalazła.
Przez całą zimę została jaskółka pod ziemią, a Calineczka była dla niej dobra i kochała ją
bardzo; ani kret, ani mysz polna nie mieli o tym pojęcia, bo nie lubili przecież biednej, ubogiej
jaskółki.
Natychmiast gdy przyszła wiosna i słońce ogrzało ziemię, jaskółka powiedziała Calineczne:
„do widzenia”, i otworzyła dziurę zrobioną przez kreta w górze. Słońce tak pięknie świeciło i
jaskółka spytała dziewczynkę, czy nie chciałaby z nią razem polecieć, mogłaby siedzieć na jej
grzbiecie, poleciałaby daleko, do zielonego lasu. Ale Calineczka wiedziała, że stara mysz polna
zmartwiłaby się, gdyby ją w ten sposób porzuciła.
– Nie, nie mogę – powiedziała.
– Bądź zdrowa, moja dobra, śliczna dziewczynko! – pożegnała ją jaskółka i poleciała ku
słońcu. Calineczka patrzała na nią i oczy jej napełniły się łzami, bo bardzo kochała jaskółkę.
– Kwiwit! kwiwit! – śpiewał ptaszek i pofrunął do zielonego lasu. Ale Calineczka była bardzo
smutna. Nie mogła wyjść na ciepłe słońce; zboże, które było zasiane dookoła domu polnej
myszki, wyrosło tak wysoko, że dla biednej, małej Calineczki był to duży, gęsty las, miała
przecież tylko cal wzrostu.
– Latem musisz sobie uszyć wyprawę – powiedziała do niej mysz polna, bo właśnie sąsiad,
nudny kret w czarnym futrze, poprosił o jej rękę. – Musisz mieć suknie i bieliznę, abyś miała w
czym chodzić i w czym spać, kiedy będziesz żoną kreta.
Calineczka musiała kręcić wrzeciono, a mysz polna wynajęła cztery pająki, które dzień i noc
przędły i tkały. Co wieczór odwiedzał ją kret i mówił bez przerwy o tym, że kiedy się skończy
lato, słońce przestanie tak grzać – bo teraz spala ziemię na kamień – więc kiedy przejdzie lato,
wyprawią sobie wesele. Ale dziewczynka nie była wcale zadowolona, bo nie znosiła nudnego
kreta. Co rano, kiedy słońce wschodziło, i co wieczór, kiedy zachodziło, wymykała się za drzwi,
i kiedy wiatr rozwiewał kłosy zboża, tak że mogła widzieć błękit nieba, myślała o tym, jak
pięknie i jasno jest na świecie i jak bardzo by chciała zobaczyć jaskółkę; ale jaskółka nigdy nie
wracała; na pewno była daleko w pięknym, zielonym lesie.
Kiedy nadeszła jesień, wyprawa Calineczki była skończona.
– Za cztery tygodnie będziesz miała wesele – powiedziała do niej mysz polna. Ale Calineczka
zaczęła płakać i powiedziała, że nie chce iść za mąż za nudnego kreta.
– Głupstwo – powiedziała mysz polna – nie upieraj się, bo cię ugryzę moimi białymi zębami.
Będziesz miała takiego pięknego męża. Nawet królowa nie ma takiego pięknego czarnego futra.
Ma on dobrze zaopatrzoną kuchnię i piwnicę. Powinnaś Bogu dziękować za takiego męża.
I oto miało się odbyć wesele. Przyszedł kret, aby zabrać Calineczkę, miała z nim mieszkać
głęboko pod ziemią i nigdy nie wychodzić na ciepłe słoneczko, bo kret nie znosił słońca. Biedne
dziecko było bardzo zmartwione, musiała się pożegnać z jasnym słońcem, w które mogła
przecież patrzeć stojąc przed drzwiami mieszkania polnej myszy.
– Żegnaj, jasne słońce! – powiedziała dziewczynka, wyciągnęła do góry ramiona i oddaliła się
trochę od mieszkania polnej myszy. Zboże było zżęte i sterczały tylko suche badyle. – Żegnaj,
żegnaj! – powtórzyła i objęła swoim delikatnym ramieniem mały, czerwony kwiatek, który tam
rósł. – Pozdrów ode mnie kochaną jaskółkę, jeżeli ją zobaczysz!
– Kwiwit! kwiwit! – rozległo się nad jej główką, obejrzała się, była to jaskółka, która właśnie
nad nią przelatywała. Gdy tylko zobaczyła Calineczkę, bardzo się ucieszyła; dziewczynka
opowiedziała jej, jak niechętnie wychodzi za mąż za brzydkiego kreta, i że będzie musiała
mieszkać głęboko pod ziemią, gdzie nigdy nie świeci słońce. Nie mogła się powstrzymać od
płaczu.
– Teraz nadchodzi chłodna zima – powiedziała jaskółka. – Lecę daleko stąd, do ciepłych
krajów, czy chcesz polecieć ze mną? Mogłabyś usiąść na moim grzbiecie, przywiąż się tylko
mocno paskiem, wtedy odlecimy daleko od wstrętnego kreta i jego ciemnej nory, daleko nad
górami, do ciepłych krajów, gdzie słońce piękniej świeci niż tutaj, gdzie jest zawsze lato i gdzie
rosną cudne kwiaty. Leć tylko ze mną, mała kochana Calineczko, która uratowałaś mi życie,
kiedy leżałam zmarznięta w ciemnej piwnicy.
– Tak, polecę z tobą – powiedziała Calineczka i usadowiła się na grzbiecie jaskółki, nogi
oparła na rozpostartych skrzydłach i przywiązała się paskiem do najmocniejszego pióra jaskółki,
a jaskółka poleciała wysoko w powietrze nad lasami i morzem, wysoko nad wielkimi górami,
gdzie zawsze leży śnieg. Calineczka marzła w zimnym powietrzu, ale wtedy wtulała się w ciepłe
pierze ptaka i wysuwała tylko główkę, aby podziwiać z góry wszystkie piękności.
Przyleciały do ciepłych krajów. Słońce świeciło tam o wiele jaśniej niż tu; niebo było dwa
razy tak wysokie, a na wzgórzach i płotkach rosły najpiękniejsze jasne i ciemne winogrona, a na
drzewach wisiały cytryny i pomarańcze; pachniały mirty i mięta, a po drogach biegały śliczne
dzieci i bawiły się dużymi, barwnymi motylami. Ale jaskółka leciała jeszcze dalej, a było tam
coraz ładniej i ładniej. Pod wspaniałymi, zielonymi drzewami na brzegu błękitnego morza stał
lśniąco biały, starożytny zamek z marmuru, winorośle pięły się wzdłuż wysokich kolumn, na
górze było wiele gniazd jaskółczych, a w jednym z nich mieszkała jaskółka, która przyleciała z
Calineczką.
– Tu jest mój dom – powiedziała jaskółka. – Ale ty musisz sobie wyszukać jeden z tych
pięknych kwiatów, które rosną tam na dole, umieszczę cię tam i będzie ci tak dobrze, jak tylko
można sobie wymarzyć.
– To cudownie – powiedziała Calineczka i klasnęła w małe rączki. A leżała tam duża, biała
kolumna z marmuru; rozpadła się ona kiedyś na trzy kawałki, między którymi kwitły
najpiękniejsze, wielkie, białe kwiaty. Jaskółka zniżyła się i posadziła Calineczkę na jednym z
szerokich płatków. Co za niespodzianka! W środku kwiatu siedział maleńki człowieczek, tak
biały i przezroczysty, jak gdyby był zrobiony ze szkła; na głowie miał piękną złotą koronę, a z
ramion wyrastały mu cudne, jasne skrzydła, a nie był wcale większy od Calineczki. Był to
duszek kwiatów. W każdym kwiecie mieszkał taki maleńki pan albo maleńka pani, ale ten
królował nad wszystkimi.
– Boże, jakiż on piękny! – szepnęła Calineczka do jaskółki. Mały książę przestraszył się
bardzo jaskółki, bo w porównaniu z nim była olbrzymim ptakiem, ale kiedy zobaczył
Calineczkę, ucieszył się, była to najpiękniejsza dziewczynka, jaką kiedykolwiek widział. Zdjął
więc z głowy złotą koronę, włożył ją Calineczce i spytał ją, jak się nazywa i czy chce zostać jego
żoną i królową wszystkich kwiatów.
To był rzeczywiście zupełnie inny mąż niż syn ropuchy i kret w czarnym aksamitnym futrze.
I dlatego Calineczka odpowiedziała pięknemu księciu: „Tak”. Z każdego kwiatu wyszła pani lub
pan i byli tacy śliczni, że aż przyjemnie było patrzeć; każdy przyniósł Calineczce jakiś
podarunek, ale najpiękniejsze ze wszystkiego były dwa piękne skrzydła dużej, białej muchy;
skrzydła te przytwierdzono jej do pleców i teraz mogła fruwać z kwiatka na kwiatek. Była to
wielka przyjemność, a jaskółka siedziała na górze w swoim gnieździe i śpiewała im, jak tylko
potrafiła najładniej, ale w głębi duszy była zmartwiona, bo bardzo kochała Calineczkę i
niechętnie się z nią rozłączała.
– Nie powinnaś się nazywać Calineczką – powiedział do niej duszek kwiatów. – To brzydkie
imię, a ty jesteś taka ładna. Będziemy cię nazywali Maja.
– Bądź zdrowa, bądź zdrowa! – zawołała jaskółka i odleciała z ciepłych krajów w daleką
drogę do Danii. Tam uwiła sobie małe gniazdko nad oknem, gdzie mieszkał pan, który umie
opowiadać baśnie. Śpiewała mu: „Kwiwit, kwiwit!”, i stąd ta cała historia.


KONIEC
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: BAŚNIE, WIERSZYKI.... tylko klasyki

Postautor: Livia » 25.03.10, 11:24

Zapałka

Mówiła dumnie zapałka:
- Pokażcie takiego śmiałka,
Co w domu zadarłby ze mną,
Gdy nagle zrobi się ciemno.
Doprawdy, słońce jest niczym
Ze swym błyszczącym obliczem,
Bo tylko w dzień świecić może,
A ja zaś o każdej porze!

- To ci heca! -
Rzekła świeca.

Zapałka na to zuchwale:
- Gdy zechcę, świat cały spalę,
I choć nie lubię się chwalić,
Potrafię Wisłę podpalić.
Po czym, po krótkim namyśle,
Skoczyła i znikła w Wiśle.
Tak się skończyły przechwałki
Zarozumiałej zapałki.

- To ci heca! -
Rzekła świeca.

Jan Brzechwa
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki


Wróć do „Czytelnia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron