Opowiadania

Newsy, teksty, bajki, wierszyki, limeryki itp.

Moderatorzy: Livia, Otol, Bugatti

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Opowiadania

Postautor: nostalgia » 09.03.10, 17:10

Dialog nocnych samotności


Wbiła ciało w poduszkę. Jak najmocniej. Czuła jak końce gęsich kłuły jej blade plecy. Jeszcze nie czas, proszę, jeszcze nie teraz. To nie ten moment, by odkryć przed kimś siebie. Proszę, nie pękaj. Jej pełne piersi stawiały opór kusej koszulce. Nie wiedział czy patrzeć na nią z zachłannością prawdziwego mężczyzny, czy z filantropią prawdziwego przyjaciela. Jeśli coś na tym świecie było ideałem, to jedynie ona. Mleczna skóra zlewała się z bladą pościelą. To, że ona jeszcze tam leży, zaznaczały gęste, ciemne, kręcone włosy i oczy, jakby wyjęte z najpiękniejszej bajki – czarne, wymowne. Istne sacrum.
-Zaczniesz? – spytał, oczekując początku rozmowy.
-Może ty pierwszy. – Beznadziejne postanowienia. Ale każde powinno się wypełniać. Umówili się na szczere rozmowy. Pfff. Jeśli im się uda, będą archetypem.
-Nie wiem, czy łóżko to stosowne miejsce na omawianie takich tematów...
-To była twoja propozycja. Zaczynajmy zatem. – Ucieczka przed odpowiedzialnością?
-Pamiętam pospieszny o 2.32. I tak się skończyła wielka miłość. Banalnie, kurwa banalnie. Studia i praca. I ,,wybacz, nie mam czasu”. Wyjechała o 2.32, nie wróciła nigdy. Tyle. Całe moje bezsensowne życie.
-Szybka spowiedź. Masz trochę więcej czasu? Bo moje życie nie odjechało pospiesznym...
-Do rana daleko – wymruczał, otulając się dokładnie kołdrą.
- Byłam wyjątkowo grzecznym dzieckiem, zdolnym, uczynnym ponad przeciętną. W domu pachniało świeżym ciastem. I ja też tym szczęściem pachniałam. Mama, tata, ja i pies. Idylla wśród zachmurzonych, smutnych domów. Nie było gorzkich prawd, chwil przykrej szczerości. Wszystko było dopowiedziane. Jak w uporządkowanej szufladzie. I zawsze zastanawiam się, skąd wzięły się w niej nożyczki. Przecięły wszystko na pół. A skoro na pół, to idealnie na dwie części. Z całej czwórki zostałam ja i pies. Bolało. Najbardziej ta niewypowiedziana pustka, kiedy nie miałam komu powiedzieć, że znowu jestem najlepsza w klasie. I ta pewność, że nawet jeśli komuś to powiem, to nie trafię na jego kolana i nie usłyszę, że ,,to wspaniale, moja dziewczyna!” i nie dostanę siarczystego buziaka w dziecięcy policzek.
- To co właściwie się stało?
- Ojciec miał fiata.
- Małego, czy dużego?
- Duży, czerwony. Aczkolwiek pytanie wybijające z atmosfery dzisiejszego wieczoru – uśmiechnęli się do siebie w ciemności. – To był obiekt dumy i zazdrości całego osiedla. I tu pojawia się motyw pociągu. Wiesz, w tych budkach przy przejazdach kolejowych siedzą różni ludzie. A Kaziu akurat lubił wypić. I nie wiem, kto go w tej robocie trzymał. Praca dosyć prosta, ale odpowiedzialna. Zamykał przejazdy. Nad ranem... To był tylko jeden ruch przed pociągiem, pędzącym nad morze – zamknęła oczy, jakby próbując zakończyć koszmar na jawie. – Rodzice jechali do kościoła. Naprawdę byliśmy małą, sielankową społecznością, mieliśmy swoje zasady, rytuały, siłę wiary. I jeden świst nadjeżdżającej kolejki zabrał mi to wszystko. Kaziu przepraszał, był po sobocie, tłumaczył. A ja, zaledwie ośmioletnia, nie od razu wiedziałam, dlaczego ludzie, widząc mnie kładą ręce na twarz i w duszy lamentują, jakby widzieli największe nieszczęście.
- Współczucie dobrych ludzi, które okazuje się tylko pretekstem do podchwycenia nowej plotki? Skąd ja to znam...
- Przez pierwszy miesiąc mało kogo interesowałam. Później trafiłam do ciotki, niespełnionej artystki, starej panny, lekomanki. Panował tam klimat jakiejś specyficznej neobohemy. Dla mnie, dziecka z prostym kręgosłupem moralnym, to był koszmar. Kolacje do późna, na których gościła coraz to bardziej obcych ludzi. Śniadania, podczas których obserwowałam jak połyka kolejne pastylki. Krzyki, obojętność, konewka zimnej wody na wypełnione miłością dziecko. Spędziłam tam dziesięć lat. Trzydziestego marca powiedziałam jej, że wychodzę i wrócę o dziesiątej. Urodziłam się osiemnaście lat wcześniej, o dziewiątej pięćdziesiąt pięć. Nie trudno się domyślić, że nigdy tam nie wróciłam. Ona podobno nadal bawi się swoim czasem i robi witraże dla nowobogackich. Uciekłam, bo nie chciałam tym przesiąknąć.
- Od tego czasu jest dobrze?
- Od tego czasu było jeszcze bardziej pogmatwanie. Przez pierwsze siedem lat próbowałam studiować. Ja miałam być lekarzem, realizować marzenia z dzieciństwa. Byłam stworzona do zarywania nocy nad książkami. I coraz bardziej zamykałam się, co najgorsze, z przekonaniem, że znalazłam szczęście i spokój. – Spojrzała na zegarek. Dochodziła druga. Kolejna druga, broniąca się przed prawdą. I właśnie coś pękło. – Nie. Nieprawda. Wiedziałam dobrze, że to nie szczęście – zaszlochała, tuląc twarz w świeżo obleczoną poduszkę. – To nie było to, ale to przynajmniej miało jakiś mały, odległy sens. I zapalało nadzieję na straconą w wieku ośmiu lat normalność. Oczywiście zdobyłam dyplom, znalazłam pracę. Pomagałam. I wracałam zmęczona do pustego łóżka, przykładałam łzy do zimnej poduszki. Ile razy ja chciałam się po prostu do kogoś przytulić! Pierwszy raz od jakiś piętnastu lat.
- Kurwa. Czuję się w obowiązku cię przytulić. – W obowiązku? On po prostu musiał to zrobić!
- Już nie trzeba, sama się nauczyłam – i splotła ręce, gładząc się po przeciwnych ramionach. A on był w szoku. To właśnie samotność?
- Ja pierdolę – wyszeptał.
- Nie, nie przeklinaj. To właśnie moje życie. Jak zdechł pies, to zbiłam mu trumnę i okleiłam kawałkami szkła z ciocinych witraży. Była piękna. A ciotka jak ją zobaczyła, to zaczęła się śmiać. Na cały głos. Patrzyłam to na nią, to na zwłoki. Widziałam radość tej dziwnej kobiety, obojętność psa. To brakowało tylko łez. Ale nie. Nie chciałam być częścią jakiegoś chorego układu. Bez słowa zakopałam trumnę.
- Przeżyłaś samo gówno – stwierdził, dziwiąc się, że ona jeszcze żyje. – Przy tym wszystkim mój pociąg to po prostu chwilowy odjazd ze stacji zrozumienia. Wiesz co najbardziej mnie dziwi? Że w tobie nie ma miejsca na jawną autodestrukcję – powiedział, spoglądając przez bardzo długą sekundę na jej biust. Musiała być bez stanika.
- Na co tak patrzysz? Ach... Przepraszam – szepnęła, podciągając koszulkę. A on spąsowiał. Nie, facet nie pąsowieje. Po prostu, był czerwony na ryju. Głupio. Miał ochotę się z nią kochać, ale jak kochać się z kobietą, która....
- Ty jesteś dziewicą?
- Nie. Ale i tak nie zaznałam czułości. Seks jej nie wymaga. – Racja.

***
Po dwudziestu latach ich spotkanie było zaskakujące. Przez tamtą noc wciąż cierpieli na bezsenność. I kiedy powiedziała:
-Seks jej nie wymaga. Życie potrzebuje – wiedział doskonale o co chodzi.
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

Wróć do „Czytelnia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron