Bajkolandia - na dobranoc

Newsy, teksty, bajki, wierszyki, limeryki itp.

Moderatorzy: Livia, Otol, Bugatti

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 10:17

Wysłany: Nie, 22.03.09. 2:11



Obrazek


"Jeśli w ogóle warto czytać baśnie, to trzeba, aby czytali je również dorośli, a także, aby je dla dorosłych pisać. Oczywiście potrafią oni więcej w nich umieścić i znacznie więcej z nich wydobyć, niż udaje się to dzieciom. Jeśli baśnie staną się dziedziną prawdziwej sztuki, to dzieci będą mogły oczekiwać tego typu utworów dostosowanych do ich poziomu i na ich miarę, podobnie jak są wprowadzane w poezję, historię i nauki ścisłe. Byłoby jednak lepiej, gdyby dzieci czytały pewne książki - szczególnie baśnie - nieco powyżej niż poniżej swych możliwości intelektualnych. Ich lektury, podobnie jak ubrania, winny pozwolić na wzrastanie, a przynajmniej do tego zachęcać."
"Przeznaczeniem dziecka jest dorosnąć, a nie przemienić się w Piotrusia Pana. Nie chodzi tu o to, aby utracić niewinność i zdziwienie światem, ale żeby kontynuować wyznaczoną wędrówkę - ową wędrówkę, którą na pewno lepiej by było ukończyć niż odbywać z nadzieją, ale którą trzeba odbywać z nadzieją, aby ją kiedykolwiek ukończyć. A to właśnie jest jedna z lekcji (jeśli w ogóle można mówić o lekcjach w przypadku opowieści, które nie są wykładem czegokolwiek), jakiej udzielić nam mogą baśnie - że zagrożenie, smutek i cień śmierci mogą niekiedy nadać nieopierzonemu, niezgrabnemu i samolubnemu wyrostkowi godność, a nawet i mądrość."

J.R.R Tolkien - "O baśniach"



Dziecię Elfów

bajka Hansa Christiana Andersena

Pewna kobieta bardzo pragnęła mieć maleńkie dziecko, ale nie wiedziała, skąd by je wziąć. Poszła więc do czarownicy i rzekła:

- Tak bym chciała mieć malutkie dziecko. Powiedz mi, co tu zrobić, żebym je miała?

- O, to nietrudno! - odpowiedziała czarownica. - Znajdziemy na to radę. Masz tu ziarnko jęczmienia, ale to nie jest takie zwyczajne ziarnko, które sieją w polu albo sypią kurom na pokarm - zasadź je starannie w doniczce od kwiatów, a zobaczysz, co z tego będzie.

- Dziękuję - rzekła kobieta i zapłaciła czarownicy dziesięć groszy, bo tyle to ziarnko kosztowało.

Po powrocie do domu zasadziła je starannie w doniczce od kwiatów i zaraz pokazała się mała roślinka, okryła się pięknymi listkami, a w środku wyrósł kwiat złoto-purpurowy, podobny do tulipana, tylko zamknięty w pączek.
- Cóż to za prześliczny kwiat! - rzekła kobieta i tak była zachwycona, że całowała złote i czerwone płatki. W tej samej chwili kwiat z wielkim łoskotem otworzył się i w środku, na zielonym dnie kielicha, gdzie zwykle mieści się słupek kwiatowy, stała sobie prześliczna mała dziewczynka.

Nazwali ją Odrobinką, gdyż była maluchna jak młoda pszczółka, tylko daleko zgrabniejsza.

Kobieta wzięła zaraz łupinkę orzecha, ażeby w niej urządzić kolebkę dla swego dzieciątka. Fiołkowe płatki posłużyły za sienniczek, a jeden płatek róży - za kołderkę.

W nocy Odrobinka spała wybornie, a w dzień bawiła się na stole. Kobieta postawiła na nim talerz z wodą, otoczony wiankiem kwiatów, których łodyżki były zanurzone w wodzie. Listek tulipana zastępował łódkę, dwa pręciki kwiatowe stanowiły wiosła i Odrobinka pływała sobie po talerzu od jednego brzegu do drugiego. Ślicznie to wyglądało!

Umiała też śpiewać, a tak ładnie, że nie można tego opisać. Jednego razu w nocy, kiedy Odrobinka spała spokojnie w kołysce na stole, przez wybitą szybę wskoczyła do pokoju ropucha. Szkaradne to było stworzenie: ciężkie, grube, mokre - i bardzo ciekawe.

Zaraz spostrzegła Odrobinkę, śpiącą pod różanym płatkiem.

- Hm, hm! - mruknęła. - Piękna byłaby z niej żona dla mojego synka!

I razem z kołyską zabrała, dziecinę, wyskoczyła do ogrodu i zaniosła ją do swego mieszkania. Znajdowało się ono w czarnym, gęstym błocie nad strumieniem. Syn ropuchy brzydszy był jeszcze od matki, chociaż bardzo do niej podobny.

"Koak, koak, breke-ke-ks!" - tyle tylko umiał powiedzieć, gdy ujrzał Odrobinkę.

- Nie mów tak głośno - szepnęła mu matka. - Obudzisz ją i może nam uciec, bo jest lekka jak puszek łabędzi. Trzeba ją przenieść na liść wodnej lilii, aż na środek strumyka. Tam będzie jak na wyspie, a tymczasem przygotuję dla was mieszkanie w głębi błota.

Po powierzchni strumienia pływały zielone, okrągłe liście wodnych lilii. Ropucha wybrała największy, który zarazem leżał najdalej od brzegu, i na nim umieściła łupinę orzecha ze śpiącą Odrobinką.

Kiedy dziewczynka zbudziła się rano i zobaczyła, gdzie jest, zaczęła płakać. Wokoło była woda głęboka, ani sposób dostać się z listka do brzegu.

A ropucha tymczasem urządzała w głębi błota mieszkanie dla młodej pary. Przyozdobiła ciemną, szkaradną jamkę trzciną i wodnymi roślinami, żeby się synowej podobała, i popłynęła z synem do listka, aby przenieść kolebkę panny młodej. Ujrzawszy Odrobinkę, ukłoniła jej się w wodzie bardzo głęboko i rzekła chrapliwym głosem:

- Oto mój syn, mościa panno. Zamierza ożenić się z tobą i właśnie urządzamy wam wspaniałe mieszkanie w głębi błota.

- Kok, koak, breke-ke-keks - powiedział syn ropuchy.

Zabrali piękną kołyseczkę i odpłynęli, a Odrobinka usiadła na liściu i płakała okropnie, bo nie chciała mieszkać u brzydkiej ropuchy i być żoną jej syna.

Małe rybki, co pływały w wodzie koło listka, słyszały całą przemowę ropuchy i teraz przykro im było słuchać płaczu dziecka. Więc wychyliły główki nad powierzchnię wody, aby zobaczyć młodą narzeczoną, ale na widok prześlicznej dziewczynki tak im się jej żal zrobiło, że postanowiły ją obronić.

- Nie bój się - powiedziały - nie dostanie cię brzydka ropucha.

Zebrały się wszystkie razem dookoła łodyżki, na której trzymał się listek, i przegryzły ją ostrymi ząbkami. Listek popłynął z prądem strumyka daleko i ropucha już go nie mogła dogonić.

Odrobinka cieszyła się bardzo z tej podróży. Wszystko ją bawiło: mijała wsie i miasta, łąki, pola, lasy, a ptaki na gałązkach przyglądały jej się i śpiewały wesoło:

- Patrzcie, patrzcie, jaka prześliczna dziewczynka! A jaka malusieńka!

Odrobinka uśmiechała się do nich nawzajem, ale listek płynął dalej, aż do innego kraju.

Prześliczny biały motyl usiadł na listku lilii, aby się lepiej przyjrzeć maleńkiej dziewczynce. Słońce świeciło ślicznie, woda błyszczała jak srebro, wszystko się Odrobince podobało. Zdjęła swój pasek i przywiązała nim motyla do listeczka. Teraz popłynęła jeszcze prędzej.

Wtem - och, jak się przelękła! Chrabąszcz ogromny porwał ją z listka i uniósł het, wysoko, na drzewo. Najbardziej żal jej było pięknego motyla, którego przywiązała do listeczka: jeśli się nie urwie, umrze chyba z głodu. Ale niedobry chrabąszcz nie troszczył się o to. Posadził ją wysoko na wygodnym liściu, przyniósł jej miodu z kwiatów i powiedział, że jest bardzo, bardzo ładna, chociaż niepodobna wcale do chrabąszcza.

Wkrótce zaczęły schodzić się inne chrabąszcze mieszkające w pobliżu, aby zobaczyć Odrobinkę. Gospodarz sadzał gości na najpiękniejszych liściach.

- Ach, jakaż ona biedna - ma tylko dwie nogi! -zawołała jedna młoda chrabąszczówna.

- A rożków wcale nie ma - dorzuciła druga.

- A jaka cienka w pasie! Fe, podobna do człowieka! - Szkaradna! - zdecydowały wszystkie razem.

Naprawdę Odrobinka była bardzo ładna i taką się wydała chrabąszczowi, który porwał ją z listka lilii. Ale gdy wszyscy zaczęli ją ganić, i on też uwierzył, że jest brzydka, i chciał jej się pozbyć. Odniósł ją więc na łąkę, posadził na polnym kwiatku, żeby tylko nie mieć jej w domu i żeby sąsiedzi nie śmiali się z jego gustu.

Odrobinka płakała bardzo, że jest taka brzydka, że nawet chrabąszcz nie chce patrzeć na nią. Ale cóż miała robić? Przecież naprawdę była bardzo ładna.

Całe lato przeżyła mała dziewczynka sama jedna w wielkim lesie. Z trawy uplotła sobie wygodne łóżeczko i zawiesiła je pod listkiem koniczyny dla ochrony od deszczu. Żywiła się sokiem kwiatów, a piła rosę, która stała co rano na trawie, liściach i kwiatach.

Tak upłynęło jej lato i jesień. Ale nadeszła zima, długa, mroźna zima. Wesołe ptaszki odleciały sobie do ciepłych krajów, kwiaty powiędły, drzewa stały nagie, ogołocone z liści, nawet listek koniczyny, pod którym uczepiła swoje łóżeczko, zwiądł, skruszył się i opadł. Zimno jej też było strasznie, bo sukienki zupełnie się na niej podarły, a sama była taka maleńka i drobna. Zmarznie chyba. Wkrótce i śnieg zaczął padać, a każdy płatek śniegu znaczył dla niej tyle, co dla nas pełna taczka, bo przecież była tylko Odrobinką. Otuliła się w suchy listek, ale ten pękł zaraz i znowu drżała z zimna.

Tuż koło lasu rozciągało się pole rozległe, niegdyś zbożem okryte. Teraz zboże zżęto od dawna i spod śniegu wyglądały tylko nagie, suche źdźbła twardej słomy. Dla takiego maleństwa stanowiły one las prawdziwy. Dziewczynka przesuwała się pomiędzy nimi, drżąc z zimna, potykając się o grudki ziemi lub zapadając w śnieg niewiele grubszy od kożuszka na śmietance. Na koniec doszła do mieszkania bogatej myszy polnej, która miała tu, pod ziemią, swoją norkę. Ciepło tam było i bardzo wygodnie: obszerna izba, kuchnia i spiżarnia pełna zboża.

Odrobinka stanęła we drzwiach i cieniutkim głosikiem poprosiła o ziarnko żyta lub jęczmienia, gdyż od dwóch dni nic nie jadła.

- Biedne stworzenie - rzekła myszka litościwie. - Chodźże do ciepłej izby, zjemy razem podwieczorek.

Maleńka dziewczynka podobała się jej bardzo, toteż powiedziała do niej przed wieczorem :

- Możesz zostać u mnie przez zimę, tylko musisz mi za to utrzymywać porządek i czystość w mieszkaniu, a w chwilach wolnych opowiadać ciekawe historie, które niezmiernie lubię.

Odrobinka naturalnie zgodziła się z największą chęcią i w ten sposób miała zapewniony byt przez całą zimę.

- Będziemy miały dzisiaj odwiedziny - rzekła mysz pewnego dnia. - Co tydzień odwiedza mnie bogaty sąsiad. Ho, ho, to pan! Mieszkanie ma większe od mojego. Co za salony! A chodzi w aksamitnym futrze. Gdyby się z tobą ożenił, miałabyś zabezpieczoną przyszłość, moja droga. Tylko że widzi źle. Musisz mu opowiedzieć najpiękniejszą ze swych bajek.

Odrobinka nie troszczyła się o to jednak, czy się spodoba sąsiadowi, który był zwyczajnym kretem.

Zjawił się wkrótce w swoim aksamitnym futrze, a mysz polna przyjęła go bardzo uprzejmie.

Był niezmiernie bogaty i bardzo uczony. Mieszkanie miał ogromne, dwadzieścia razy większe od norki myszy polnej, i mógł mówić o wszystkim. Nie lubił tylko słońca i kwiatów, których nie widział nigdy. Złe też miał o nich zdanie.

Odrobinka śpiewała piosenkę o chrabąszczu, a potem o chłopczyku, co grał na fujarce, i kret się w niej zakochał. Nie mógł zapomnieć jej głosu i myślał, jak by to było przyjemnie mieć żonę, która by mu tak śpiewała. Ale nic o tym wszystkim nie powiedział, gdyż był bardzo przezorny.

Niedawno zbudował sobie właśnie nowy korytarz od swojego domu do mieszkania myszy i pozwolił obu damom spacerować po nim do woli. Ostrzegał tylko, żeby się nie przestraszyły martwego ptaka, który leży na środku. Musiał niedawno umrzeć, bo jest jeszcze cały, z dziobem i z piórkami. I pochowano go w tym samym miejscu, gdzie kret przekopał swój korytarz.

Zaraz nawet zapragnął pokazać to wszystko gościnnej gospodyni i miłej śpiewaczce. Wziął więc w pyszczek kawałek spróchniałego drzewa i szedł naprzód, oświecając im posępną drogę.

Kiedy doszli do miejsca, gdzie leżał martwy ptak, podniósł nos w górę i odrzucił ziemię. Przez otwór, który powstał w ten sposób, wpadł blady promyk słońca i oświetlił leżącą na ziemi jaskółkę. Biedactwo przytuliło do boków skrzydełka, nóżki skurczyło i schowało w piórka, główkę przechyliło gdzieś na bok, że nawet widać jej prawie nie było, i leżało sztywne, bez życia. Widocznie mróz ją zabił.

Odrobince okropnie żal się zrobiło ptaszyny. Wszystkie ptaszki lubiła bardzo za to, że w lecie tak ślicznie śpiewają. Ale kret był innego zdania.

- Teraz już śpiewać nie będzie - rzekł trącając ją nogą pogardliwie. - Nędzna i straszna to rzecz urodzić się ptakiem. Dzięki Bogu, z moich dzieci żadne nim nie będzie. Cóż posiada takie stworzenie oprócz swego "kiwit! kiwit"? Przyjdzie zima i z głodu umiera.

- Bardzo rozsądne słowa - potwierdziła mysz poważnie. - I cóż ptakowi z tego śpiewu i świergotu, kiedy nadejdzie zima? Marznie i głód cierpi. To nic wesołego.

Odrobinka nie wyrzekła ani słowa, ale kiedy się tamci odwrócili, pochyliła się nad jaskółką, odgarnęła piórka i ucałowała ją w zamknięte oczy.

"Może to ona w lecie tak ślicznie śpiewała nad moim listkiem koniczyny? - pomyślała sobie w duszy. - Tyle jej zawdzięczam przyjemności! Biedna, biedna ptaszyna!"

Kret tymczasem zatkał otwór ziemią i odprowadził damy do mieszkania.

Ale w nocy Odrobinka nie mogła zasnąć. Ciągle myślała o nieżywym ptaszku. Wydawało jej się, że jest mu zimno. Podniosła się na koniec, uplotła cichutko ciepły dywanik z siana, wymknęła się na korytarz i okryła nim jaskółkę. Przyniosła potem suchych kwiatów, które znalazła w norce i podesłała je z boków ptaszkowi, aby mu cieplej było i wygodniej.

- Żegnam cię, piękny ptaszku! - rzekła ze łzami w oczach. - Dziękuję ci za wszystkie prześliczne piosenki, których słuchałam w lecie, kiedy drzewa były zielone, a kochane słonko tak jasno i ciepło świeciło. Och, żegnam cię!

I z płaczem przytuliła główkę do martwego ciałka zmarzniętej jaskółki. Ale w tej samej chwili podniosła się przestraszona, ptaszek żył jeszcze! Uczuła leciuchne bicie jego serca. Skostniał widać i zdrętwiał od chłodu, a teraz pod wpływem ciepła przychodzi do siebie.

Gdy w jesieni jaskółki odlatują do ciepłych krajów, zdarza się, iż niektóre słabsze lub zbyt młode nie mogą lecieć, sił nie mają. Zostają więc, ale zesztywniałe od chłodu padają na ziemię, potem śnieg je okrywa i umierają.

Odrobinka drżała ze wzruszenia i ze strachu. Co ona pocznie teraz z takim wielkim ptakiem? Jak mu poradzi? A ratować go trzeba! Nabrała jednak odwagi.

- Co tylko mogę, zrobię dla niej - rzekła. - Podzielę się tym wszystkim, co dostałam od litościwej myszy. Ach, żebym tylko mogła ją ocalić!

Pobiegła znów do norki i przyniosła cały pęk suchych kwiatów, miękkich niby wata, otuliła ptaszynę, jak mogła najlepiej, i przykryła ją liściem miętowym, który jej samej dotąd służył za kołderkę.

Następnej nocy wymknęła się znowu. Jaskółka już ożyła, ale była jeszcze bardzo osłabiona. Z trudem otworzyła na chwilkę powieki i spojrzała na Odrobinkę, która stała z kawałkiem spróchniałego drzewa, bo nie miała innej latarki.

- Dziękuję ci, śliczne dziecię - rzekła słabym głosem. - Tak się tutaj ogrzałam! Wkrótce powrócą mi siły i wylecę znowu na jasne, ciepłe słonko.

- Och! - szepnęła Odrobinka. - Nie ma teraz jasnego słonka! Zimno na świecie, śnieg okropny pada, nikt tam wyżyć nie może. Zostań więc lepiej w tym ciepłym łóżeczku, a ja pielęgnować cię będę, ile mi tylko sił stanie.

Przyniosła jaskółce wody na suchym listeczku, ptaszek się napił i opowiedział jej, jak się stało, że z innymi do ciepłych krajów nie odleciał. Skrzydełko miał zranione o ostry cierń, więc nie mógł tak dobrze latać jak inne ptaki. Potem przyszło zimno, nie mógł znaleźć pożywienia i upadł zmęczony na ziemię. A co się dalej stało, nie pamiętał - nie wiedział, jakim sposobem dostał się pod ziemię.

Przez całą zimę dziewczynka troskliwie opiekowała się biedną jaskółką, lecz musiała ukrywać swój dobry uczynek przed kretem i myszą polną, którzy nie lubili ptaszków.

Kiedy wróciła wiosna i ciepłe słonko zaświeciło znowu, jaskółka pożegnała Odrobinkę, która otworzyła jej otwór w sklepieniu, starannie zatkany przez kreta. Natychmiast jasne i ciepłe promienie wślizgnęły się do środka i rozweseliły posępne podziemie.

- Leć ze mną - rzekła serdecznie jaskółka. - Usiądź na mnie, a zaniosę cię daleko, do zielonego gaju. Tam będzie nam razem przyjemnie i wesoło.

- Nie mogę - odpowiedziała Odrobinka - byłoby bardzo smutno myszy polnej, gdybym ją tak porzuciła.

- Więc bądź zdrowa, kochana, dobra Odrobinko! - zaszczebiotała wesoło jaskółka i przez słoneczny otwór wzleciała ku górze i zniknęła w ciepłym blasku.

Dziewczynka została sama i długo patrzyła za nią ze łzami w oczach. Tak polubiła ptaszka!

- Kiwit, kiwit! - rozległo się znów nad otworem, ale cień tylko przemknął i zniknął natychmiast.

Smutno teraz było maleńkiej. Mysz nie pozwalała jej oddalać się z norki, a dokoła rosło zboże takie gęste i wysokie, że dla Odrobinki stanowiło las prawdziwy, w którym nie widać jasnego słoneczka.

Tęskniła więc do świata i do słońca.

- Winszuję ci, moja droga - rzekła pewnego dnia stara mysz z zadowoleniem - kret oświadczył się o twoją rękę i będziesz panią co się zowie. Wielkie to szczęście dla takiej ubogiej dziewczyny! Trzeba tylko niezwłocznie zająć się wyprawą, bo wchodząc do takiego domu musisz mieć bieliznę i wszelkie ubranie.

I zasiadła Odrobinka do wrzeciona, a mysz najęła jeszcze cztery duże pająki, ażeby przędły dla niej dniem i nocą. Poczciwie się zajęła losem ubogiej sieroty.

Kret odwiedzał je każd**o wieczora i codziennie narzekał na palące słońce. Ono to zamieniło ziemię w pył i kamień, a ludzie byli temu radzi i nazywali latem tę nieznośną porę roku. Ale lato przeminie, przyjdzie chłodna jesień i wtedy dopiero wyprawią wesele. Teraz o tym myśleć nie warto.

Dziewczynka okropnie się bała tej jesieni, bo nie miała ochoty zostać żoną kreta. Taki nudny, niezgrabny. Nie lubi słońca, kwiatów!

Co dzień o wschodzie i zachodzie słońca stawała przed norką myszy i z tęsknotą patrzyła w górę, gdzie szumiały kłosy jak las gęstego zboża. A ile razy wietrzyk je rozdzielił tak, że mogła zobaczyć kawałek błękitu, ogarniał ją żal niezmierny i myślała o szczęśliwej i wesołej jaskółce. Jak ona buja swobodnie, daleko! Żeby ją znów zobaczyć na chwilę! Ale zapewne nigdy jej więcej nie spotka...

Jesień nadeszła wreszcie i wyprawa była gotowa.

- Za cztery tygodnie wesele! - powiedziała mysz polna z radością.

Wtedy Odrobinka rozpłakała się na dobre i przyznała się myszy, że nie chce być żoną takiego nudnego kreta. Mysz rozgniewała się strasznie.

- A to co za głupota! - zawołała. - Słyszał kto coś podobnego! Radzę ci po dobremu, wybij sobie z głowy taki śmieszny upór, bo cię sama ukąszę białymi zębami. Takie grymasy! Taki bogacz, uczony, o wszystkim mówić może. A futro aksamitne? Sama królowa nie ma podobnego. Kuchnia, piwnica pełna. Dziękuj Bogu za takie szczęście!

Nastąpił dzień wesela. Kret wyszedł po narzeczoną, aby ją zabrać do siebie. Odtąd będzie mieszkała głęboko pod ziemią i nie zobaczy już nigdy słońca, bo kret go znieść nie może. Biedna dziecina pochyliła główkę i wyszła raz ostatni pożegnać świat boży.

- Żegnaj mi, słonko złote! - zawołała i wyciągnęła rączki. - Żegnaj, słonko miłe!

Z jednej strony światło dziwnie przeglądało przez las żółtych słomek, więc poszła w tę stronę kilka kroków i ujrzała, że zboże tu już zżęto i krótkie źdźbła tylko wyglądały z ziemi. Ale słońce przyświecało za to bez przeszkody i widać było wszystko dokoła.

- Żegnaj mi, żegnaj, słonko! - powtarzała.

Objęła mały, czerwony kwiatuszek i szeptała ze łzami:

- Pozdrów ode mnie jaskółkę. Może zobaczysz ją kiedy. Pożegnaj ją ode mnie.

- Kiwit, kiwit! - rozległo się nad jej główką.

Podniosła oczy: jaskółka krążyła tuż nad nią. Ucieszyła się bardzo spostrzegłszy dziewczynkę i natychmiast usiadła przy niej. A Odrobinka zaczęła jej mówić, że ma zostać żoną szkaradnego kreta i mieszkać odtąd głęboko pod ziemią, gdzie słońce nigdy nie dochodzi.

Przy tych słowach rozpłakała się serdecznie.

- Nie płacz - rzekła jaskółka. - Zima już nadchodzi i wybieram się w podróż do cieplejszych krajów. Leć ze mną. Usiądziesz mi na grzbiecie pomiędzy skrzydłami i uciekniemy obie od brzydkiego kreta i jego ciemnego mieszkania. Uciekniemy daleko, za góry, za morza, gdzie słońce jaśniej i cieplej świeci, gdzie kwitną cudne kwiaty. Leć ze mną. Tyś mi ocaliła życie, gdy leżałam zziębnięta w ciemnym lochu, ja chciałabym ciebie ocalić od kreta.

- Dobrze, polecę z tobą - rzekła Odrobinka.

Jaskółka przytuliła się do ziemi, dziewczynka weszła na nią i przywiązała się paskiem do najmocniejszego pióra. Potem ptaszek wzleciał w powietrze i płynął ponad lasami, morzami, wznosił się ponad góry, wiecznym okryte śniegiem. Tam było zimno, lecz dziewczynka skryła się pod skrzydełka ptaszka i tylko małą główkę wysunęła, aby widzieć te cuda, jakich pełno na świecie bożym.

Doleciały na koniec do cieplejszych krajów. Tutaj słońce świeciło jaśniej i goręcej, niebo było wyższe i dziwnie błękitne, a po rowach i płotach rosły najpiękniejsze zielone i granatowe winogrona. W lasach było pełno cytryn i pomarańcz, w powietrzu zapach kwiatów, prześliczne dzieci biegały po drodze, goniąc się z motylami.

Ale jaskółka leciała wciąż dalej, gdzie jeszcze piękniej było, jeszcze cieplej.

Zatrzymała się wreszcie nad dużym, błękitnym jeziorem, otoczonym zielonymi drzewami, wśród których widać było biały pałac marmurowy. Wino oplatało wysokie kolumny wkoło pałacu, a w górze pod dachem kryły się gniazda jaskółek.

- Oto mój dom - rzekł ptaszek. - Ale nie będziemy mieszkać razem. Gniazdo nie urządzone odpowiednio, byłoby ci w nim ciasno, niewygodnie i za wysoko. Wybierz sobie lepiej który z tych wspaniałych kwiatów, co tu rosną na klombach, a od razu tam cię zaniosę i będzie ci dobrze jak w raju.

Odrobinka klasnęła w dłonie.

- Ach, to będzie prześlicznie!

I wybrała wielki, biały kwiat, rosnący między odłamami skruszonej przez czas kolumny. Jaskółka podfrunęła i posadziła ją na błyszczącym, zielonym listku. Odrobinka natychmiast chciała wejść do kwiatka, aby wypocząć po długiej podróży, lecz jakże się przestraszyła i zdziwiła, kiedy ujrzała wewnątrz małego człowieczka, podobnego do siebie, w złocistej koronie i z przejrzystymi skrzydłami u ramion. Ciało jego było także przezroczyste, jak gdyby z najpiękniejszego kryształu, oczy jak dwie iskierki, a strój tak wspaniały, jakiego dotąd nie widziała.

Był to duch tego kwiatu, elf maleńki. Każdy kwiatek w tym kraju miał takiego ducha, który w nim mieszkał - w jednych chłopcy, w innych dziewczynki, ale ten był królem elfów.

- Ach, jaki on prześliczny! - szepnęła Odrobinka do jaskółki.

Maleńki król przestraszył się wielkiego ptaka, lecz gdy ujrzał śliczną dziewczynkę, tak się ucieszył, że zapomniał zupełnie o strachu. Zdjął natychmiast z głowy złotą koronę, podał ją Odrobince i zapytał, czy chce być jego żoną, królową wszystkich kwiatów.

To przecież co innego niż szkaradny syn ropuchy lub kret w aksamitnym futrze.

- Ach, czy ja jestem tego warta? - szepnęła zawstydzona Odrobinka.

- Jesteś tego warta, bo jesteś dobra, śliczne dziecię, inaczej nie pokochałby cię ten wielki ptak i nie przyniósł aż tu na skrzydłach. Kto umiał zdobyć przyjaźń jaskółki, ten godzien zostać królową elfów.

Cóż to było za szczęście! Ze wszystkich kwiatów wyfruwały lekkie, przejrzyste duchy, pojedynczo lub parami, i spieszyły złożyć królowej życzenia i cudne dary. Najbardziej ucieszyła ją jednak para przezroczystych skrzydeł wielkiej muchy. Zaraz je przywiązano do ramion dzieweczki i mogła, jak inne elfy, przelatywać z kwiatka na kwiatek. Cieszyła się tym niezmiernie. A jaskółka usiadła w swoim gniazdeczku i śpiewała jej pieśń weselną. Śpiewała, jak tylko potrafiła najpiękniej, lecz smutno jej było, że się musi rozstać z Odrobinką.

- Nie będziesz się nazywała odtąd Odrobinką - przemówił mąż do królowej.- Nie podoba mi się to imię. Będziesz nazywała się Mają.

Przez całe lato jaskółka cieszyła się wielkim szczęściem młodej pary i śpiewała jej cudne piosenki. Lecz przyszedł na nią czas odlotu.

- Bądź szczęśliwa! Bądź zdrowa! - powtarzała smutnie, wybierając się w daleką podróż.

I przyleciała z powrotem do Danii, do swego gniazdka nad oknem człowieka, który wam opowiedział tę bajeczkę.

- Kiwit, kiwit! - zawołała.

I stąd znamy całą historię.
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

Awatar użytkownika
Bugatti
Weteran
Posty: 4852
Rejestracja: 14.08.09, 21:02
Lokalizacja: z Bugatowa

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: Bugatti » 21.08.09, 10:20

O Anuszirwanie i kobiecie
wybor z Ksiegi Tysiaca i Jednej Nocy


Opowiadaja tez, ze sprawiedliwy krol Kisra Anusziwran wyjechal pewnego dnia na polowanie i odlaczyl sie od swoich towarzyszy, scigajac gazele. I kiedy ja tak scigal, spostrzegl w niewielkiej odleglosci mala wies. A ze byl bardzo spragniony, podjechal do owej wsi i skierowal sie do wrot domu, ktory stal pierwszy na jego drodze, a tam zazadal wody aby ugasic pragnienie. Wyszla do niego dziewczyna i zmierzyla go spojrzeniem, po czym wrocila do domu i wycisnela dlan jedna lodyge trzciny cukrowej, a to, co wycisnela, zmieszala z woda i wlala do kubka, wreszcie posypala to czyms wonnym, co wygladalo jak proszek, i podala Anuszirwanowi. Ow zajrzal do kubka i zobaczyl tam cos podobnego do plynu, i zaczal pic po trosze, az wypil wszystko. Potem rzekl do dziewczyny: "Dziewczyno, jakze dobra i slodka bylaby ta woda, gdyby nie ow proszek, ktory ja zmacil."
Dziewczyna odrzekla: "Gosciu, naumyslnie wsypalam proszek, ktory zmacil wode. "Krol zapytal: "Dlaczego to uczynilas?" Odparla: "Poniewaz widzialam, ze jestes bardzo spragniony, i balam sie, ze wypijesz wode jednym haustem, a potem bedzie cie suszylo. I gdyby nie bylo w wodzie proszku, zapewne wypilbys ja szybko, duszkiem, po czym suszyloby cie. "Slowa tej dziewczyny i bystrosc jej umyslu zadziwily sprawiedliwego krola Anuszirwana i wiedzial, ze to, co powiedziala, wyplywalo z rozsadku, madrosci i znakomitosci jej umyslu, i rzekl do niej: "Wycisnelas ten sok z jednej lodygi?" Odparla: "Tylko z jednej lodygi." Zadziwil sie Anuszirwan i zazadal, by mu podano liste podatkow sciaganych z owej esi, i stwierdzil, ze sa one male. Postanowil wiec, ze skoro wroci do swojej siedziby, podniesie wysokosc podatkow tej wsi i powiedzial sobie w duchu: "Jakze wies, w ktorej jedna lodyga trzciny cukrowej daje tyle soku, moze placic podatki w tak niskim wymiarze?" Potem wrocil na polowanie, a pod koniec dnia znow przyjechal do owej wsi, podszedl do tych samych drzwi i zazadal wody do picia. I wyszla znowu ta sama dziewczyna, popatrzyla na niego i poznala go, po czym zawrocila, aby przygotowac mu napoj, lecz dlugo nad tym zabawila. Anuszirwan ponaglal ja i rzekl: "Czemu to tak dlugo trwa?" A ona odparla: "Poniewaz z jednej lodygi nie wyszlo tyle soku, ile potrzebujesz. Wycisnelam wiec trzy lodygi, ale i z nich nie wyszlo tyle, ile przedtem z jednej. "Zapytal wiec krol Anuszirwan: "Jaka jest tego przyczyna?" Odparla: "Przyczyna jest to, ze zmienily sie zamiary wladcy." Spytal: "Skad ci to przyszlodo glowy?" Odpowiedziala: "Madrzy ludzie mowia, ze gdy zmieniaja sie zamiarywladcy w stosunku do poddanego, ustaje tez blogoslawienstwo i maleja dobra" Rozesmial sie Anuszirwan i wygnal z duszy zamiar, jaki zywil w stosunku do nich. A dziewczyne zaraz poslubil, gdyz zachwycila go niespotykanym rozsadkiem, bystroscia umyslu i piekna mowa.
"I have the simplest tastes. I am always satisfied with the best."

-Oscar Wilde-

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: Livia » 21.08.09, 10:21

Legendy Słowiańskie

- Bal duchów


Zdarzenie to miało miejsce w murach zamczyska Sobień dawno temu, bo na długo przed pierwszą wojną światową.
W Tyrawie Wołoskiej miało odbyć się wesele. Znani ze swej dobrej muzyki weselnej, muzykanci z Fuzel zostali wynajęci na tę okazję. Wyszli około południa z domu, oczywiście szli pieszo więc musieli wcześniej wyjść aby zdążyć. Słońce było jeszcze wysoko na niebie, gdy dotarli do Sobienia. Zmęczeni upałem letnim, postanowili usiąść w cieniach zamku i odpocząć. Resztę trasy zamierzali przejść nocą. Promienie zachodzącego słońca przedzierały się przez gęste gałęzie drzew oświetlając tajemnicze mury zamczyska. Było cicho. Wokół słychać tylko świergot ptaków i szum drzew

Nagle, gdzieś zza murów zamczyska wyszedł elegancko ubrany młody panicz. Skierował swe kroki w stronę muzykantów. Powitał ich i zapytał o przyczynę pobytu na Sobieniu. Dowiedziawszy się wszystkiego, zaproponował aby zechcieli zagrać dziś wieczorem w tym że zamku na balu. Obiecał tez dobrą zapłatę. Muzykanci byli nieco zdziwieni, bo przecież ten zamek to ruina, lecz obietnica dobrego zarobku k**iła ich. Więc przyjęli zaproszenie. Panicz zaprowadził ich przez piękny dziedziniec do jeszcze piękniejszej Sali balowej, w której byli już pierwsi goście
Zabrzmiały pierwsze takty muzyki, nieśmiałej, bo muzykanci na takich balach nie grywali, ale powoli w miarę, jak przybywało gości, muzyka ich stawała się śmielsza , pełniejsza. Panwie po każdym tańcu (co było w zwyczaju) do basów wrzucali złote monety. Cieszyli się muzykanci, że trafiła się taka okazja dodatkowego zarobku, i to w złocie. Grali i grali bez ustanku całą noc. Bo nawet i goście w tańcach nie ustawali i chociaż te trwały od wielu godzin po gościach nie widać było zmęczenia
Wraz z pierwszym pianiem koguta tańczące pary powoli wychodziły z Sali. Z dziedzińca dochodził odgłos odjeżdżania powozów i koni. Sala balowa opustoszała. Pierwsze promienie słońca przebiegły przez okna zamku. Nagle okazało się że sala balowa zniknęła, zostały tylko mury bez drzwi i okien, a dzieciniec wczoraj piękny-dziś pełen polnych kwiatów, chwastów, krzaków, głogów. Zamiast posadzki mieli gróz z sypiących się murów.

Zaskoczeni tą nagłą zmiana muzykanci nie wiedzieli co zrobić, co to za dziwy, czy to jawa czy sen. Nagle przypomnieli sobie że basista ma w basach złote monety. Basy były bardzo ciężkie. Wysypali więc wszystko co w nich jest, i okazało się że to nie monety lecz białe kamyczki. Strach ich obleciał. Czym prędze pozbierali instrumenty i prawie biegiem udali się w kierunku Tyrawy Wołoskiej, aby jak najdalej od Sobienia. Dowiedzieli się potem że zamek spłoną akurat gdy trwał bal. Więc domyślili się że grali na balu duchów
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 10:23

Pewnego razu Księżniczka chciała wiedzieć co powoduje uwięzienie ludzi. Mały Bajarz opowiedział jej taką bajkę:

Pajęczyna Wielkiego Pająka

Istniała sobie kiedyś pajęczyna, która była utkana przez Wielkiego Pająka z cienkiej, mocnej i sprężystej nici. Pajęczyna była rozpięta pomiędzy dwoma krzakami i dla wielu stawała się przyczyną uwięzienia i późniejszej śmierci.

Kiedy ktoś zapytał Wielkiego Pająka dlaczego poluje na inne stworzenia, to ten odpowiadał:

- Pajęczyna jest jak kłamstwo. Chwyta w swoje ramiona tylko tych, którzy jej nie widzą, bowiem sami posługują się kłamstwami. W rezultacie kłamstwo staje się przyczyną ich zguby.
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:45

HISTORIA PEWNEGO OŁÓWKA

chlopiec patrzyl, jak babcia pisze list. w pewnej chwili zapytal:
- piszesz o tym co ci sie przydarzylo? a moze o mnie?
babcia przerwala pisanie, usmiechnela sie i odpowiedziala:
- to prawda, pisze o tobie, ale wazniejsze od tego, co pisze jest olowek, ktorym pisze. chce ci go dac, gdy dorosniesz.
chlopiec z zaciekawieniem spojrzal na olowek, ale nie zauwazyl w nim nic szczegolnego.
- przeciez on niczym sie nie rozni od innych olowkow, ktore widzialem!
- wszystko zalezy od tego, jak na niego spojrzysz. wiaze sie z nim 5 waznych cech i jesli je bedziesz odpowiednio pielegnowal, zawsze bedziesz zyl w zgodzie ze swiatem.

pierwsza cecha: mozesz dokonac wielkich rzeczy, ale nigdy nie zapominaj, ze istnieje dlon, ktora kieruje twoimi krokami. ta dlon to Bog i to On prowadzi cie zgodnie ze swoja wola.

druga cecha: czasem musze przerwac pisanie i uzyc temperowki. olowek troche z tego powodu ucierpi, ale potem bedzie mial ostrzejsza koncowke. dlatego naucz sie znosic cierpienie, bo dzieki niemu wyrosniesz na dobrego czlowieka.


trzecia cecha: uzywajac olowka, zawsze mozemy poprawic blad za pomoca gumki. zapametaj, ze poprawianie nie jest niczym zlym, przeciwnie, jest bardzo wazne, bo gwarantuje uczciwe postepowanie.

czwarta cecha: w olowku niewazna jest drewniana otoczka, ale grafit w srodku. dlatego zawsze wsluchuj sie w to, co dzieje sie w tobie.

wreszcie piata cecha: olowek zawsze pozostawia slad. pamietaj, ze wszystko, co uczynisz w zyciu, zostawi jakis slad. dlatego miej swiadomosc tego, co robisz.
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:45

- SERCE Z KAMIENIA -


[i]W pewnym dużym, szarym mieście, jakich wiele; nie tak daleko stąd i nie tak dawno temu, żyła sobie dziewczynka. Nie była ani ładna, ani brzydka; ani chuda, ani gruba; ani stara, ani młoda; była po prostu w sam raz. Dziewczynka starała się być pogodna, ale miała niewielu przyjaciół. Dziewczynka nie była smutna, potrafiła uśmiechać się do siebie, do innych ludzi, do ponurego nieba, do jasnego słońca, a nawet do kałuż na drodze... Ale dziewczynka była bardzo, bardzo samotna i miała jedno wielkie marzenie...

Dziewczynka marzyła o tym, aby być komuś potrzebna. Chciała usłyszeć, że jest lekiem na całe zło, że gestem dłoni potrafi rozpędzić smutek dnia, że jest iskierką nadziei na kolejny rok, że jednym uśmiechem rozjaśnia ponury nastrój. Dziewczynka chciała usłyszeć, że jest jak cicha przystań, do której chętnie powraca się po burzach i sztormach na oceanie prozy życia. Dziewczynka pragnęła usłyszeć, że jej słowa dają ciepło, niosą radość, przywracają wiarę w sens życia, naprawiają zło wyrządzone przez innych. Dziewczynka bardzo chciała zasłużyć sobie na zaufanie drugiej osoby.

Tak naprawdę dziewczynka marzyła o cieple, serdeczności i bliskości, o długich spacerach przy blasku księżyca, o trzymaniu za rękę, o skrycie kradzionych pocałunkach. Marzyła o tym, żeby zasypiać przytulona do czyjegoś ramienia i budzić się na tym samym ramieniu, żeby uśmiechnąć się i przytulić na dzień dobry, żeby nie martwić się o dzień następny, bo przy bliskiej osobie każdy dzień będzie dobry...

Dziewczynka marzyła o tym, żeby stać się kobietą... żeby kogoś szczerze i prawdziwie pokochać... Niestety dziewczynka tego nie potrafiła zrobić... MIAŁA BOWIEM SERCE Z KAMIENIA...

Szara proza życia, okrucieństwo świata, nienawiść i zazdrość ludzka, brak tolerancji, znieczulica społeczna, krzywdy wyrządzone przez innych, zawiedziona nadzieja, nadszarpnięte zaufanie, zranione uczucie, ból i cierpienie jakich doświadczyła w życiu zamieniły jej SERCE W KAMIEŃ, bo tylko tak było bezpiecznie...

Pewnego grudniowego dnia dziewczynka stała przy oknie, patrząc jak krople deszczu rozbijały się na szybie okna i pomału spływały smugami na parapet; jak deszcz moczył wszystkie budynki, drzewa i ludzi biegnących w pośpiechu, goniących za złudzeniem; jak na ulicy tworzyły się mniejsze i większe kałuże rozbryzgiwane pod kołami aut. Dziewczynka odwróciła się i powiedziała do siebie: I gdzie to białe Boże Narodzenie? Aleś sobie Boże pogodę wybrał...

Podeszła do rozstawionych na środku pudeł z ozdobami choinkowymi, z rozrzewnieniem spojrzała na choinkę... Lubiła bardzo to robić, ubieranie choinki zawsze sprawiało jej wiele radości. Z uśmiechem wieszała lampki, bombki i łańcuchy. Na koniec wzięła do ręki aniołka. Spojrzała na niego, a z oczu popłynęły jej łzy... Zamknęła oczy i wyszeptała: Pomóż mi proszę... tak bardzo Cię proszę... Trzymając kurczowo figurkę odwróciła się do okna i pozwoliła płynąć łzom... Nagle zauważyła, że krople deszczu zaczęły zamieniać się w płatki śniegu, które wcale nie topiły się na ziemi, powolutku świat dookoła zaczął pokrywać się puchową kołdrą.

Dziewczynka poczuła, że w pokoju jest ktoś jeszcze. Odwróciła się i go zobaczyła. Był piękny, ubrany w powłóczystą srebrno-białą szatę, z burzą srebrnych loków, delikatnie otrzepywał majestatyczne skrzydła mieniące się kolorami światłości, w oczach migały mu ogniki dobra, szczęścia i radości. Uśmiechnął się i powiedział ciepło:
- Czemu płaczesz dziewczynko? Przecież nie masz powodu...
Podniosła nieśmiało wzrok, popatrzyła na niego smutno i cicho wyszeptała:
- Przecież wiesz, że mam...
Podszedł do niej i wziął jej rękę, ogrzewając niebiańskim ciepłem:
- Już dawno nie masz... Ktoś, kto ma tak piękne marzenia, tak ciepłe uczucia i tak wrażliwą duszę nie może mieć serca z kamienia...
Spojrzała w jego piękne oczy:
- Tak myślisz?
Odwrócił jej dłoń wnętrzem do góry, nakrył skrzydłem i odpowiedział:
- Ja to wiem, a teraz zamknij oczy...

Dziewczynka go posłuchała, wiedziała przecież, że anioły nie kłamią. Kiedy je otworzyła już go nie było. Odwróciła się do okna i zobaczyła jak lekkim krokiem wędrował ulicą, śnieg wysypywał mu się spod skrzydeł, a w radiu zabrzmiały słowa piosenki:
"A kto wie, czy za rogiem, nie stoją Anioł z Bogiem,
I warto mieć marzenia, doczekać ich spełnienia;
A kto wie, czy za rogiem, nie stoją Anioł z Bogiem,
Nie obserwują zdarzeń i nie spełniają marzeń"
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:46

Na dobranoc
Bajka o jabłuszku


Siedział robaczek na drzewie i zobaczył jabł

Przyleciał ptaszek i zobaczył robaczka.
Myśli: zjem robaczka.
Ale od razu stwierdził: Poczekam, robaczek zje jabłuszko, będzie lepszy.

Na drzewko, po cichutku wszedł kot i zobaczył ptaszka.
Myśli chytrze: zjem ptaszka.
Ale za chwilę myśli: Poczekam, ptaszek zje robaczka, będzie lepszy.

W końcu cierpliwość wszystkich została nagrodzona. Jabłko wreszcie dojrzało i tak, jak każdy z nich pomyślał, tak zrobił. Robaczek zjadł jabłuszko, ptaszek zjadł robaczka, a kotek zjadł ptaszka. Ale po tym ptaszku, taki się zrobił ciężki, że spadł z gałęzi, wprost w wielką kałużę...


Jaki z tego morał ?
Im dłuższa gra wstępna, tym bardziej wilgotne futerko :)
Morał drugi: Dobrego kochanka poznasz nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy :)
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:47

O nieszczęśliwej dziewczynie
[Bajka z molem

Za siedmioma górami i lasami siedmioma
[jak to w bajkach często bywa]
W małym domku, z gałązek jesionu
Żyła dziewczyna dość nieszczęśliwa

A było to dziewczę przecudnej urody
I wielkie miało ambicje:
„By zaznać w życiu nieco wygody
Bogato za mąż wyjdę”

Ruszyła, więc w drogę…
W najlepszej sukience
I buty założyła drogie
By odnaleźć swoje szczęście

Na swej drodze napotkała
Śmieciarza bardzo biednego, zwykłego
Od razu go pokochała
Bo nigdy nie znała człowieka tak wspaniałego

Lecz zostawiła go samego
Bo nie takie miała plany
„Szukam przecież bogatego
Co mi sypnie brylantami!”

Gdy idąc tak sobie ulicą
Pokazywała swoje zgrabne nogi
Podjechał facet nową „BMWicą”
I zaprosił ją na obiad drogi

Pan ten był chamem nad chamami
Lecz majętny, zarobiony
Sypiąc wokoło dolarami
Dorobił się pięknej żony

Myśli dziewczę teraz sobie:
„Mam pieniądze! A gdzie szczęście jest?”
I wciąż chodzi jej po głowie
Kochany śmieciarz, biedaczek ten

Morał z tej bajki taki
Że czasem biedny śmieciarz
Lepszy jest niż książę z bajki
I daje znacznie więcej szczęścia
Zamiast z bogaczem mięć tylko złość
Lepiej żyć z biedakiem w nędzy
Bo szczęście i miłość
Nie szukają pieniędzy

Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:48

Poniewaz wieczorkiem mnie nie będzie więc teraz przedstawiam wam bajkę :


bajka (na dobranoc)
piękna to bajka...
Bez bajki trudno zasnąć nie raz
więc jedną Ci opowiem teraz:

Był pewien książe, samotny wielce,
pięknej księżniczce chciał oddać serce,
lecz ona, ów księcia pokochać nie chciała,
bo ponoć był z niego wielki niezdara,
bo smoków groźnych nie pokonywał,
a z olbrzymami w karty pogrywał,
do tego wojną nie kwapił się wcale,
lecz wolał bory przemierzać stare
i zrywać bzy polne, wianki z nich pleść
wraz ze słowikiem śpiewać swą pieśń...

I idąc tak borem, nasz książe pogodny
doszedł do kraju, gdzie lament okropny,
bo dama tamtejsza omdlała na wieki-
nikt nie mógł sprawić by otwarła powieki…
Książe nasz długo się nie siłował
I z bajki sposobem w usta całował-
Dama ze snu się obudziła!

Opowieść księcia się dobrze skończyła,
bo znalazł księżniczkę wprost ukochaną
co bzy lubiła i spacery rano-
tak żyli latami w pełni szczęśliwie-
w końcu to bajka więc się nie dziwie!
... więc się nie dziwie
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: Livia » 21.08.09, 19:48

Wierszyk na dobranoc

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,
Moja droga Urszulo tym granatem swoim!
Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:
Jednym małym wybuchem tak wiele ubyło.

Wszystkie tynki w pokoju odłamkami zryte,
W kątach szczątki skrwawione leżą rozmaite:
I mamusi, i siostry, szwagra, wujka, stryjka,
Któremu nocna lampka rozwaliła ryjka.

Tu walają się oczy, tam znowuż paluszki,
Na resztkach krzesła leżą czyjeś zimne nóżki.
Cioci głowę urwało, mózg zalał braciszka,
Z poszarpanych wnętrzności zerka ślepa kiszka.
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:49

Jest intelektualistą, więc zacytuję mu greckiego filozofa. Według Platona, u zarania dziejów istniały tylko istoty dwupłciowe, które w niczym nie przypominały dzisiejszych kobiet i mężczyzn. Jedna szyja podtrzymywała jedną głowę o dwóch twarzach, z których każda patrzyła w innym kierunku. Były niczym bracia syjamscy zrośnięci plecami. Miały dwa narządy płciowe, cztery nogi i cztery ręce.
Lecz pewnego dnia zazdrośni bogowie zdali sobie sprawę, że czterorękie stworzenie jest zadziwiająco pracowite, że dwie pary oczu nieustannie czuwają i trudno podejść je podstępem, cztery nogi bez większego wysiłku mogą długo stać i daleko zajść. Ale najgorsze było to, że istota obdarzona zarówno męskim, jak i żeńskim narządem płciowym była samowystarczalna w rozmnażaniu. Wtedy Zeus, władca Olimpu, rzekł: „Mam pomysł, jak odebrać moc tym śmiertelnikom”. Cisnął piorun i rozpłatał owo stworzenie na pół. Tak narodzili się kobieta i mężczyzna. Wprawdzie liczba ludności na ziemi się podwoiła, ale jednocześnie ludzie poczuli się słabi i zagubieni. Odtąd musieli przemierzać świat w poszukiwaniu swej utraconej połowy, w poszukiwaniu czułego uścisku, w którym mogliby odnaleźć dawną moc, umiejętność obrony przed podstępem, odporność na zmęczenie i wytrwałość w pracy. I ten uścisk, w którym dwa ciała zlewają się na powrót w jedno, nazywamy dziś seksem.


— Paulo Coelho (ur. 1947)
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:49

“Przyjaźń”.

Był kolejny, ładny, słoneczny dzień na Ziemi. Powiada się, że zebrały się wtedy wszystkie cechy ludzkiej osobowości oraz uczucia. Po szybkiej naradzie zdecydowano, że dzisiaj wszyscy pójdą na wycieczkę do lasu. Jedni będą zbierać jagody, inni grzyby, a pozostali po prostu spacerować i podziwiać uroki pięknego lasu- najpiękniejszego na Ziemi. Tuż przed pójściem pojawił się problem z Tchórzostwem, które stchórzyło i dopiero przy pomocy Przyjaźni i Odwagi poszło razem ze wszystkimi na wycieczkę. Marudzenie marudziło, że to za głupi pomysł, ale Siła nieźle je nastraszyła, i ostatecznie wszyscy poszli razem.
Wszyscy ujrzeli przepiękny las. Nie mogli nadziwić się, że może tu być aż tak uroczo i wspaniale. Prawda szybko oznajmiła jednak, że noga żadnego z ludzi jeszcze w tym lesie nie stanęła.
Szaleństwo, Odwaga i Zabawa pobiegły szybko. Bawiły się, kto pierwszy dobiegnie do kolejnego drzewa. Za nimi powoli szły pozostałe uczucia i cechy oprócz Wrażliwości, która zatrzymywała się przy każdym drzewie i mchu, by podziwiać urok lasu. Nieśmiałość i Gapowatość szły skulone z tyłu, ale Opiekuńczość miała je na oku, by nie zbłądziły.
Nagle wszyscy zobaczyli jakieś dziwne ogłoszenie na jednym z drzew.
Odwaga podeszła do niego i jako pierwsze je przeczytała. Chwilę później do drzewa dotarła Erudycja i przeczytała je wszystkim na głos.
?W tym lesie znajduje się największy skarb na Ziemi?. Tylko tyle. Jedno, proste zdanie.
Wszystkie uczucia i cechy od razu zainteresowały się i chciały go odszukać. Jedynie Przenikliwość i Cwaniactwo twierdziły, że to głupi pomysł i zrezygnowały z szukania skarbu. Podobnie zachowała się Rezygnacja i Nieśmiałość. Inaczej postąpiły Chęć sensacji, Prawda i Szaleństwo, które jako pierwsze pobiegły szukać skarbu.
Zaczęły się poszukiwania i wszyscy poza tymi, którzy się odłączyli w różnych miejscach poszukiwali największego skarbu na Ziemi. Wiara pomodliła się i chciała by Najwyższy wskazał jej miejsce, gdzie leży poszukiwana kosztowność. Głupota i Naiwność szukały na środku szosy, za to Dokładność i Cierpliwość pod każdym mchem i przy każdym drzewku. Miłość, która szła w parze z Pięknem chciała dowiedzieć się od każdego zwierzęcia, gdzie znajduje się skarb. Zaczarowane i obdarzone Miłością istoty nie wiedziały jednak, gdzie jest on ukryty.
Pozostali szukali wszędzie indziej, ale nikt nie mógł znaleźć największego skarbu na Ziemi. Niecierpliwość i Nuda już zrezygnowały z dalszych poszukiwań, natomiast Wątpliwość wątpiła, czy on w ogóle istnieje.
Wszyscy zebrali się i chcieli wracać do zbierania jagód i grzybów twierdząc, że poszukiwana kosztowność nie istnieje, ale Chytrość i Cwaniactwo opowiedziały o dziwnej jaskini, którą znalazły na środku lasu.
Uczucia i cechy postanowiły wybrać się do wspomnianego miejsca, jedynie Zapomnienie zapomniało o co chodziło i zostało na szosie. Również niektórzy inni tacy jak- Wątpliwość, Nuda, Marudzenie i Nieśmiałość zostali i nie poszli z pozostałymi.
Po chwili wszyscy dotarli do jaskini. Chęć sensacji krzyczała przy pomocy Krzykliwości, że może poszukiwany skarb został ukryty w tej jaskini. Nie wszyscy zdecydowali się tam wejść. Weszły jedynie Odwaga, Szaleństwo, Cwaniactwo, Chytrość, Pazerność oraz Przyjaźń.
Po zrobieniu wielu kroków cechy zobaczyły wielki kufer, na którym znajdował się ogromny napis ?skarb?. Wiódł do niego mały most, a pod nim zamiast wody znajdowała się lawa.
Bez zastanowienia Odwaga poszła jako pierwsza, ale w połowie drogi okazało się, że i ona boi się niektórych rzeczy i spraw. Zrezygnowała i wróciła do pozostałych. Wprost przeciwnie Szaleństwo, które zaczęło iść, ale stwierdziło, że to na pewno nie jest skarb i również wróciło. Cwaniactwo cały czas myślało nad innym pomysłem przejścia przez most, a Pazerność i Chytrość zaczęły iść w szybkim tempie zadowolone, że ustąpiono im miejsca. Oboje bardzo prędko dotarli na drugi koniec mostu. Chwyciły skarb i postanowiły zanieść go na drugą stronę. Okazał się jednak za ciężki, a więc Przyjaźń przeszła na drugą stronę i pomogła nieść kufer Chytrości i Pazerności. Uczucia zaczęły go nieść, teraz nie mieli już z tym problemu.
Były już prawie na połowie mostu, ale Chytrość i Pazerność zaczęły się kłócić, kto z nich ma większe prawo do skarbu. W końcu, w pewnym momencie, gdy cały czas te dwie cechy przeważały skarb na swoją stronę Przyjaźń straciła równowagę i zaczęła spadać z mostu. Chwyciła za koniec liny, ale ledwo co ją trzymała. Chytrość i Pazerność przestraszyły się i nie wiedziały, co mają zrobić. W końcu skarb, który był zbyt ciężki upadł i zrobił dziurę w moście. Oba uczucia chwyciły za skarb, by nie wyleciał im z rąk i ostatkiem sił utrzymywały się na moście. Przyjaźń krzyczała żeby jej pomogli, bo już ostatkiem sił trzymała linę. Chytrość i Pazerność wciąż trzymały skarb, ale zaczęły się wahać, czy nie uratować Przyjaźni. Odwaga widząc co się stało chciała podbiec do uczuć, ale zrobiwszy już pierwszy krok, most zaczął się zawalać.
Przyjaźń krzyczała jeszcze głośniej, bo trzymała się już tylko dwoma palcami. Chytrość i Pazerność puściły w końcu w jednej chwili kufer ze skarbem i podały po jednej ręce Przyjaźni i wciągnęły ją na most. Cała trójka prędko dotarła na pierwszy koniec mostu. Zdążyli w ostatnim momencie przed zawaleniem. Wszyscy usłyszeli także ogromny plusk spadającego do lawy kufra ze skarbem. Wszystkie uczucia i cechy wyszły z jaskini i zajęły się swoimi zajęciami w lesie. I od tamtej pory zawsze…

PRZYJAŹŃ JEST CENNIEJSZA I WAŻNIEJSZA OD NAJWIĘKSZEGO SKARBU NA ZIEMI.[/quote]
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:50

BAJKA O ZRANIONYM ANIELE

Był sobie pewnego razu anioł, którego słabością największą była miłość do ludzi i chęć pomagania im. Obserwował z wysoka ich losy, ich cierpienia i problemy – jedyne czego chciał, to pomóc im, ulżyć w ich ciężkiej doli. I zdarzyło się tak, że gdy miał już dość przyglądania się tylko, sfrunął na ziemię, w majestacie blasku i szumu skrzydeł i pomógł. Jednej osobie, drugiej, trzeciej... Pojawiał się tylko na chwilę lecz wszędzie tam, gdzie się pojawił – nagle los się odmieniał. Ktoś znajdował pracę, ktoś odzyskiwał utraconą miłość, ktoś wyzdrowiał z nieuleczalnej choroby... Ludzie zBajka o zranionym aniele ust do ust przekazywali sobie opowieść o przychodzącym znikąd aniele, który wszystkim pomaga, spełnia życzenia, ulepsza człowiecze życie...

Pewnego dnia jednak, pośrodku zatłoczonej ulicy, ktoś rozpoznał anioła i gromkim głosem krzyknął: „To on!!!” Jak na komendę ludzie rzucili się w jego stronę, wykrzykując swoje prośby, pragnąc mocy, żądając cudów. Tłoczyli się wokół niego jak mrówki, wyciągając ręce, szarpiąc go, wyrywając pióra, przepychając się do niego. Każdy chciał mieć kawałek dla siebie. W ścisku zadeptywali siebie nawzajem, lgnąc do obietnicy spełnienia marzeń. Krzyczeli, szarpali, darli, drapali, rozpychali się i bili... Anioł stał w pokorze...

Nie minęło zbyt wiele chwil, a ulica opustoszała. Pośrodku pozostała tylko jedna postać... W podartej szacie, z powyrywanymi włosami, pooraną paznokciami twarzą, krwią cieknącą cienkim strumyczkiem z nosa... i z kikutem prawego skrzydła, w którym już piór nie było a jedynie strzęp żałosny... Zraniony anioł kulejąc, powlókł się przed siebie, w gardle dusząc gorycz zawodu. To nie byli ludzie – opanowani niepohamowaną żądzą spełnienia swoich pragnień, przemienili się w dzikie zwierzęta. Gdy miast anioła w ich drapieżnych rękach pozostał jedynie strzęp postaci – odstąpili widząc, że nic z ich marzeń nie będzie. Niektórzy nawet przeklinali go i lżyli, że nie zechciał im pomóc. To bolało... Bardziej niż zadane fizycznie rany...

Anioł stracił swoją wiarę w ludzi. Dzień po dniu wędrował ulicami, popychany przez mijających ludzi, w których oczach widział jedynie pogardę i niechęć. „Kaleka... brudas... odmieniec...” - słyszał ich myśli. Dostrzegał ich pełne odrazy miny. Jego szare oczy zachodziły wtedy łzami. Chciał wykrzyczeć, że to oni takim go uczynili, że to przez nich tak wygląda, ale przecież był aniołem. Nie mógł tego powiedzieć nikomu prosto w twarz. Cierpiał więc dalej w milczeniu.

Jego biała szata wkrótce poszarzała, postrzępione jej skrawki luźno zwisały z wychudzonego ciała. Kikut obszarpanego skrzydła zabliźnił się i już tak nie promieniował bólem
(drugie skrzydło przezornie ukrył pod szatą, przywiązane ściśle do pleców). Na twarzy pozostała mu brzydka blizna po wyjątkowo mocnej ranie zadanej paznokciem przez jakąś krzykliwą kobietę. Skołtunione, długie włosy pozlepiały się w strąki i straciły dawny blask.

Każdego dnia anioł tęsknie patrzył w niebo. Na niebieskie przestworza, na białe obłoki skąpane w złotym blasku słońca. I marzył. Marzył, by móc znowu latać, poczuć wiatr pod skrzydłami, spojrzeć z góry na cały świat, poczuć ten smak wolności. Tęsknił i z każdym mijającym dniem tęsknota się wzmagała. Wielekroć nieświadomie chciał wzbić się w górę, a wtedy przejmujący ból brakującego skrzydła przypominał o niemożności zrealizowania marzeń. Zastygał wtedy w miejscu, patrząc prosto w niebo, a po jego policzkach spływały duże łzy...

Pewnego dnia siedział skulony na krawężniku, ramionami obejmując kolana, ze spuszczoną w dół głową. Obserwował strużkę wody spływająca do kanału ściekowego, rozmyślając nad własnym upływającym życiem. W tafli wody odbijało się błękitne niebo – jego tęsknota i nieosiągalne marzenie. I nagle odbite w wodzie niebo przesłonił cień, a na jego ramieniu spoczęła czyjaś dłoń. Uniósł głowę i spojrzał prosto w głęboką zieleń przenikliwych oczu kobiety. Rozpoznał ją natychmiast: ona też była aniołem – nie sposób było się pomylić. Chwilę przed tym, jak jego wzrok spoczął na jej barkach wiedział – była taka jak on. Jak siostra bliźniaczka, jak lustrzane odbicie jego samego. Z tym samym bólem w oczach, z tak samo uszkodzonym skrzydłem, z tą samą tęsknotą, która bezgłośnie wyrywała się z całego jej ciała...

Wstał powoli, ujmując jej delikatną dłoń. Ich twarze rozjaśnił uśmiech zrozumienia. Bez słowa, w absolutnym milczeniu, stojąc naprzeciw siebie, uwolnili swoje pojedyncze skrzydła. Objęli się mocno w bratnim porozumieniu dusz i niczym jedno ciało poruszyli skrzydłami – każde swoim. Kurz zatańczył nad miejskim brukiem, gdy wznosili się w powietrze, rytmicznie, majestatycznie, odzyskując dawną chwałę, blask i moc... Poszybowali ku błękitnym przestworzom, nurzając się w obłokach, kąpiąc w słonecznym blasku... Wiatr niósł ich perlisty śmiech...
...bo nawet zraniony anioł może znowu latać...
[/quote]
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:50

Kiedyś Księżniczka poprosiła Małego Bajarza, żeby jej opowiedział bajkę o niespełnionej miłości.

Wybawienie


Dawno temu, za górami i lasami mieszkała sobie pietruszka.
Kiedyś zakochała się w miłym pietruszku z sąsiedztwa.
Jednak po jakimś czasie musieli się rozstać.
Pietruszka rozpaczała z powodu tej niespełnionej miłości. Winiła pietruszka, obwiniała siebie, zadręczała się rozpamiętywaniem wspólnych przeżyć. Nie wiedziała co ma ze sobą zrobić.
Pewnego razu opowiedziała swoją historię pewnemu staruszkowi pietruszkowi. On wysłuchał jej uważnie i na koniec powiedział:
- Pietruszki mówią, że czas leczy rany. I to jest prawda. Ale nikt nie chce czekać nie wiadomo jak długo na wyleczenie. Każdy chciałby w takiej sytuacji znaleźć receptę, która zadziała szybko.
- Co zatem robić?
- Wybaczać, wybaczać, wybaczać.
Wybaczyć drugiej osobie, wybaczyć sobie.
- Ale ja już wybaczyłam.
- Nie chodzi o powiedzenie słowa "wybaczam", czy wybaczenie rozumowe.
- To o co?
- Chodzi o takie wybaczenie, które sprawi, że w swoim sercu poczujesz głęboką wdzięczność. I za każdym razem kiedy pomyślisz o tej osobie, będziesz to czuła.
- To wszystko?
- Tak. Wybaczenie to wybawienie.
[/quote]
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:51

Rachaela



Żyła sobie kiedyś młoda kobieta o imieniu Rachaela. Ze względu na jej wyjątkową urodę ubiegało się o jej rękę wielu szlachetnie urodzonych kawalerów. Jednak Rachaela ostrożnie odnosiła się do tych zalotów.

Kiedyś do posiadłości, w której mieszkała przyjechał na koniu pewien żołnierz. Kiedy go ujrzała Rachaeli zadrżało mocniej serce i lekko ugięły się pod nią kolana z wrażenia jakie na niej zrobił. Żołnierz zsiadł z konia, podszedł bliżej i zapytał:
- Czy znalazłoby się w tym domu miejsce do spania dla mojego dowódcy? Rachela odpowiedziała mu lekko drżącym z przejęcia głosem:
- Z największą radości przyjmiemy was w gościnę. Zaraz powiem służbie, żeby przygotowała pokoje.
Żołnierz uśmiechnął się promiennie, podziękował i udał się z tą wieścią do swojego przełożonego.

Kiedy żołnierze przybyli do posiadłości zostali gorąco powitani i zaproszeni na uroczystą kolację. Podczas kolacji, im dłużej Rachaela słuchała opowieści żołnierza, tym bardziej była zafascynowana jego osobą. Czuła jakby właśnie słońce zeszło z nieba i zawitało do ich domu. I nie dlatego, że żołnierz był tak bardzo przystojny, ale dlatego, że ... właśnie sama nie wiedziała dlaczego. Otaczała go po prostu niespotykana u innych aura niezwykłości.
Jednak pojawiły się u niej skrajne emocje. Z jednej strony jej serce przepełniał lęk spowodowany tym, że tak naprawdę to się jeszcze nie znali a z drugiej przeżywała radość bowiem wreszcie spotkała osobę, która zrobiła tak pozytywne wrażenie. Jej marzenie o szczęściu było tak blisko. Już wyobrażała siebie i jego razem. Wspólny dom, dzieci i długie życie.

W pewnym momencie siedzący naprzeciw niej żołnierz zaczął opowiadać o swojej żonie i dzieciach. Rachaela omal nie zemdlała. "On był żonaty!". Jej wyobrażenia w jednej chwili legły w gruzach. Do tej pory nawet nie brała tego pod uwagę, dotychczas emocje były silniejsze od rozsądku. W ciągu jednej sekundy przeszła od stanu wielkiego entuzjazmu do rozpaczy.

Kiedy po skończonej kolacji goście poszli do swoich pokoi, matka Rachaeli spytała ją co się stało. Gdy ta opowiedziała jej całą historię, matka pogłaskała ją po głowie, uśmiechnęła się i powiedziała:
- Czasami zdarzają się chwile wielkiego zafascynowania, których nie da się wytłumaczyć racjonalnie. Chyba każdemu się to kiedyś przytrafiło. Prawdziwa miłość nie jest jednak zależna od wahających się uczuć. Jest ponad nimi. Kiedy uczucie ucieka przed nami, albo my uciekamy przed nim, to nie ma to nic wspólnego z prawdziwą miłością.
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:51

Kurs miłosnego chodzenia


Kiedyś, dawno, dawno temu pewien szewc otrzymał od pewnej babinki papirus z zapiskami dotyczącymi kursu miłosnego chodzenia. Od tego czasu przeczytał ten tekst wielokrotnie, za każdym razem odkrywając coś nowego.

"Najpierw przemierzasz na kolanach kolejne kilometry, jak pielgrzym,

kiedyś jednak twoje małe rączki odrywają się od ziemi i ciało powoli się prostuje,

robisz swój pierwszy, mały krok w kierunku wielkiej miłości,

jednak po chwili twoje ciało znowu przechodzi do poziomu,

i tak po raz kolejny wstajesz i po raz kolejny siadasz z powrotem,

raz za razem ryzykujesz upadek,

ale za każdym razem robisz to z coraz głośniejszym śmiechem,

kolejny głęboki oddech i kolejna próba, nie ma mowy o zniechęceniu,

radujesz się coraz bardziej ze swojego każdego pokracznego kroku i chwiejącego się ciała,

jedna nóżka i druga nóżka człapią powoli z trudem pokonując kolejne milimetry,

ciało z niebywałą zręcznością, coraz dłużej zachowuje miłosną równowagę,

łapiesz każdą chwilę i cieszysz się każdym potknięciem,

śmieszne to wszystko, ale każdy błąd nie jest wcale błędem tylko kolejnym dużym krokiem do przodu,

i uczysz się ciągle na nowo, wciąż i wciąż, bez wytchnienia,

uzyskujesz biegłość w miłosnym chodzeniu ucząc się nie miesiące czy lata, ale całe życie,

i ciągle patrzysz wesoło wokoło i uśmiechasz się, jakby na przekór wszelkim przeciwnościom,

aby tylko nie zatrzymywać się, ciągle próbujesz i nie przestajesz,

powoli poruszasz się do przodu, najlepiej bez butów, bo wyczuwasz pod stopami każdą nierówność i świadomie stawiasz każdy krok,

niezdarne z początku kroki, przeistaczają się w coraz pewniejsze ruchy,

wreszcie pewnego dnia wyciągasz ręce i biegniesz przed siebie,

i wpadasz z ufnością w objęcia,

i stajesz się jednym z Miłością.
"
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:52

Bajka na dobranoc

Raz, smutną nocą,
gwiazdka wędrowała,
miejsca w Mlecznej Drodze
na nocleg szukała.

Stoi na rozdrożu,
drogowskazu szuka.
Znaleźć drogę na te Mleczną,
to ogromna sztuka.
Pyta się Księżyca
o właściwą drogę.
"Ja ci ma kochana,
dzisiaj nie pomogę."

Po tych słowach,
smutna gwiazdka,
poszła w dal przed siebie.
Trudno znaleźć własne miejsce
nawet w wielkim Niebie.
Błądzi jasna plamka,
szuka Drogi Mlecznej,
bo w takim zjawisku
będzie najbezpieczniej.
Całą nockę spędza
biednie w tej ciemności.
Ciężko się tak żyje,
w wiecznej samotności.

No i nie dotarła
do swojego celu.
Zostawiając przy tym
swych przyjaciół wielu.
Nieszczęśliwa teraz
gwiazdka zabłąkana.

Znikła gdzieś w otchłani
wraz z nadejściem rana.
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:52

Pestka i gleba



Było to za górami i lasami w cudownie pięknej krainie.

Pewnego razu Ktoś szedł drogą i jadł jabłko. Po zjedzeniu go, wyrzucił niepotrzebny mu ogryzek. Ogryzek upadł na ziemię i dzięki temu jedna z pestek została wyrzucona na życiodajną glebę.

Pestka była mała, niepozorna, gorzka a gleba była żyzna. Z tego połączenia, po niedługim czasie, narodziło się życie - zakiełkowała mała roślina. Z czasem zrobiła się coraz większa i większa, rosła i rosła, aż kiedyś stała się jabłonią.

Pewnej wiosny jabłoń obsypała się kwieciem a latem zrodziła piękne, soczyste i słodkie jabłka.

Tego lata Ktoś przechodził obok, zachwycił się urodą jabłek i zerwał najokazalsze. Jedząc je pomyślał:

- Z samej pestki jabłka nie wyrośnie piękne drzewo. Sama gleba nie zrodzi jabłoni. Dopiero połączenie pestki i życiodajnej gleby jest źródłem narodzin nowego życia.

Kiedy rodzi się karłowata jabłonka dająca małe, gorzkie jabłka, których nikt nie chce jeść, wtedy wiadomo, że nie jest efektem szczęśliwego połączenia pestki z glebą. Jednak kiedy spotkasz na swojej drodze jabłoń z dużymi, rumianymi jabłkami o niespotykanie słodkim smaku, to wiedz, że jest ona "owocem miłości"
.
[/quote]
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:53

Trzy sposoby latania

Za górami, za lasami, w wielkim pałacu nad brzegiem morza mieszkał sobie książę. Pewnego razu wezwał jednego z ministrów i powiedział:
- Mam powozy i żaglowce, ale moje serce tęskni za lataniem. Co powinienem zrobić?
- Książę, daj mi tydzień, a odpowiem ci na twoje pytanie.
Po upływie tego czasu minister wrócił przed oblicze zaciekawionego księcia i powiedział:
- Rozmawiałem z najznakomitrzymi naukowcami i mędrcami w tym królestwie i mogę powiedzieć, że istnieją trzy możliwości. Pierwsza to skonstruować skrzydła, przyczepić je do ciała i skoczyć z wysokiej góry. Druga to położyć się na trawie, spojrzeć w niebo, a potem zamknąć oczy i poszybować wysoko w przestworza w swojej wyobraźni.
- A jak jest trzecia możliwość? - spytał książę.
- Podobno miłość uskrzydla.
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:54

Przyjaźń czy kochanie?



Była sobie dziewczyna, która zakochała się w swoim przyjacielu. Nie wiedząc co ma robić, postanowiła zapytać o radę swoją mamę.

- Co zrobić kiedy kocha się swojego najlepszego kolegę? Zastanawiam się czy mam u niego jakaś szansę i czy powinnam mu o tym powiedzieć. Nie chcę utracić naszej przyjaźni a jednocześnie chciałabym być bliżej niego.

- Związek ma większą szansę na bycie szczęśliwym kiedy narodził się z przyjaźni. Rozwiązaniem twoich dylematów jest myślenie w kategoriach dawania. Podejmując w ten sposób decyzje można czuć się pewnym dobrych rezultatów. Bo jeśli tylko myśli się w kategoriach "co chcę z tego uzyskać", to efekty mogą być odwrotne od zamierzonych.

- Ale co oznacza dokładnie myślenie w kategorii dawania?

- Nie myśl o tym co Ty będziesz miała z tego związku, ale co ty możesz do niego wnieść. Obdarowuj go bez myślenia o swoich korzyściach. Im więcej dajesz tym bardziej wzrastasz i wzrasta siła twojej miłości. Dodatkowo ważne jest dopasowanie w czasoprzestrzeni. Jeżeli on jest osobą, która nie tylko potrafi brać, ale ma miejsce na twoją miłość oraz potrafi ten dar zachować, aby móc go odwzajemnić, to znalazłaś bratnią duszę.
[/quote]
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: Livia » 21.08.09, 19:54

"Bajka (nie śmieszne)"



Przeczytaj uważnie i zastanów się nad tym...
Powiadają, ze pewnego razu spotkały się na Ziemi wszystkie uczucia i cechy ludzkich istot. Gdy Znudzenie ostentacyjnie ziewnęło po raz trzeci, Szaleństwo, jak zwykle obłędnie dzikie, zaproponowało: - Pobawmy się w chowanego! Intryga, niezmiernie zaintrygowana, uniosła tylko lekko brwi, a Ciekawość, nie mogąc się powstrzymać, spytała z typowym dla siebie zainteresowaniem: - W chowanego? A co to takiego?
- To zabawa - wyjaśniło żywo Szaleństwo - polegająca na tym, iż ja zakryje sobie oczy i powolutku zacznę liczyć do miliona. W międzyczasie wy wszyscy dobrze się schowacie, a gdy skończę liczyć, moim zadaniem będzie was odnaleźć. Ostatnie z was, na którego kryjówkę trafie, zajmie moje miejsce w następnej kolejce.
Podekscytowany Entuzjazm zaczął tańczyć w towarzystwie Euforii, Radość podskakiwała tak wesolutko, ze udało się jej przekonać do gry
Wątpliwość, a nawet Apatie, której nigdy niczym nie dało się zainteresować. Jednakże nie wszyscy chcieli się przyłączyć. Prawda
wołała się nie chować, w końcu i tak zawsze ja odkrywano. Duma
stwierdziła, ze zabawa jest głupia, ale tak naprawdę w głębi duszy
gryzło ja, iż pomysł wyszedł od kogo innego. Tchórzostwo z kolei nie chciało ryzykować.
- Raz, dwa, trzy - zaczęło liczyć Szaleństwo.
Najszybciej schowało się Lenistwo, osuwając się za pierwszy lepszy
napotkany kamień. Wiara pofrunęła do nieba, a Zazdrość ukryła się w
cieniu Triumfu, który z kolei wspiął się o własnych siłach hen! Na sam
szczyt najwyższego drzewa. Wspaniałomyślność długo nie mogła znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca, gdyż wszystkie kryjówki wydawały się jej idealne dla przyjaciół:
krystalicznie czyste jezioro było wymarzonym miejscem dla Piękności,
dziupla - w sam raz dla Nieśmiałości, motyle skrzydła stworzono dla
Zmysłowości, powiew wiatru okazał się natomiast najlepszy dla Wolności.
W końcu Wspaniałomyślność schowała się za promyczkiem słońca.
Z kolei Egoizm znalazł sobie, jak sądził, wspaniale miejsce: wygodne i
przewiewne, a co najważniejsze - przeznaczone tylko, tylko dla niego.
Kłamstwo schowało się na dnie oceanów, a może skłamało i tak naprawdę ukryło się za tęczą? Pasja i Pożądanie w porywie gorących uczuć wskoczyli w sam środek wulkanu. Niestety wyleciało mi z pamięci, gdzie skryło się Zapomnienie, lecz to przecież mało ważne.
Gdy Szaleństwo liczyło dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy
dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć Miłość jeszcze nie zdołała znaleźć sobie odpowiedniego miejsca.
W ostatniej chwili odkryła jednak zagajnik dzikich róż i schowała się wśród ich krzaczków.
- Milion - krzyknęło na końcu Szaleństwo i dziarsko zabrało się doszukania. Od razu, rzecz jasna, odnalazło schowane parę kroków dalej Lenistwo. Chwile potem usłyszało Wiarę rozmawiająca w niebie z Panem Bogiem. W ryku wulkanów wyczuło natomiast obecność Pasji i Pożądania. Następnie, przez przypadek, odnalazło Zazdrość, co szybko doprowadziło je do kryjówki Triumfu. Egoizmu nie trzeba było wcale szukać, gdyż jak z procy wyleciał ze swej kryjówki, kiedy okazało się, iż wpakował się w sam środek gniazda dzikich os. Trochę zmęczone szukaniem Szaleństwo przysiadło na chwile nad stawkiem i w ten sposób znalazło Piękność. Jeszcze łatwiejsze okazało się odnalezienie Wątpliwości, która, niestety, nie potrafiła się zdecydować, z której strony płotu najlepiej się ukryć. W ten sposób wszyscy zostali znalezieni: Talent wśród świeżych ziół, Smutek - w przepastnej jaskini, a Zapomnienie... cóż, już dawno zapomniało, iż bawi się w chowanego.
Do znalezienia pozostała tylko Miłość. Szaleństwo zaglądało za każde
drzewko, sprawdzało w każdym strumyczku, a nawet na szczytach gór i już, już miało się poddać, gdy odkryło niewielki różany zagajnik. Patykiem zaczęło odgarniać gałązki... Wtem wszyscy usłyszeli przeraźliwy okrzyk bólu. Stało się prawdziwe nieszczęście! Różane kolce zraniły Miłość w oczy. Szaleństwu zrobiło się niezmiernie przykro, zaczęło prosić, błagać o przebaczenie, aż w końcu poprzysięgło zostać przewodnikiem ślepej z jego winy przyjaciółki.
I to właśnie od tamtej pory, od czasu, gdy po raz pierwszy bawiono się na Ziemi w chowanego, Miłość jest ślepa i zawsze towarzyszy jej Szaleństwo.
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:55

Namiastka



Było sobie pewne serce. Serce zbytnio otwarte na drugie serce. Kiedyś to drugie serce odeszło. Pierwsze serce zamknęło się.

Niedługo potem trzecie serce przyszło ze zbytnią otwartością do pierwszego serca. Pierwsze serce przyjęło je, ale samo się w pełni nie otworzyło. Trzecie serce myślało, że kocha, choć nie do końca czuło się dobrze, spokojnie i bezpiecznie.

Pierwsze serce wiedziało, że to tylko namiastka miłości, ale tak było dla niego wygodnie. Do czasu, bo serce poszukujące miłości chce znaleźć ciepło, a nie wygodę, lęk czy ból. Więc drogi pierwszego i trzeciego serca rozeszły się.

Po tych doświadczeniach pierwsze serce poszło do pewnego mędrca i zapytało:

- Powiedz mi co zrobić, żeby coś więcej niż namiastkę miłości?

- Wzmocnić serce.

- A jak to zrobić?

- Na to potrzebny jest czas i zaufanie w to, że odnajdzie się serce bijące tak samo. Zaufanie jest podobne do siania zboża. Po zasianiu ziaren musisz cierpliwie czekać, aż wydadzą plony. Zasiej ciepło w swoim sercu i pozwól mu rosnąć. W miłości nie ma pośpiechu. Spokojne kroki są dowodem zaufania i siły. Zaufaj a zobaczysz czym są cuda.
Ostatnio zmieniony 21.08.09, 19:58 przez nostalgia, łącznie zmieniany 1 raz.
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 21.08.09, 19:56

Słoneczko

Na błękitnym niebie zajaśniało słoneczko. Nastał radosny świt. Słoneczko ruszyło w drogę. Wspinało się w górę coraz śmielej, mówiło: jestem!", słało wokół złociste promyki. Czasem przelatywały koło niego chmurki, małe i większe, białe i te ciemniejsze - bywało, że je przesłaniały, ale zawsze na krótką chwilę. Łagodny, ciepły wietrzyk przeganiał obłoki, odsłaniając uśmiechniętą buzię.

Słoneczko wzrastało. Było już wysoko na niebie. Rozglądało się dokoła z ciekawością, patrzyło na świat.

- Jaki świat jest piękny! - zachwycało się.

W swojej drodze przemierzało różne krajobrazy, widziało rozmaite istoty - zbliżały się do niego, prosząc, aby je ogrzało swoim ciepłem. Poznając świat, Słoneczko zauważyło, że jest on pełny innych słońc - tak różnych, iż zdawać by się mogło, że nie ma dwóch takich samych. Jedne były bliższe, inne dalsze, ale wszystkie nieustannie przemierzały niebo. I ciągle pojawiały się nowe. Czasami któreś z nich zanurzało się pod linię horyzontu - wtedy wokół tego miejsca robiło się ciemno, a najbliższe istoty odczuwały chłód. Ale po pewnym czasie inne słońca rozświetlały przestrzeń i słały ciepłe promyczki.

Słoneczko nie ustawało w swojej wędrówce. Widziało coraz więcej. Coraz bardziej też zastanawiało się nad sobą.

- Jakie jestem?

I nagle odczuło powiew chłodu! Zmartwiało ze strachu.

- Co się stało? Przecież chmury są daleko.

Żeglowało dalej. Ale niebo nie było już takie czyste i jasne. Coraz więcej chmur przesłaniało błękit, a im któraś była większa i ciemniejsza, tym groźniejszym chłodem od niej wiało.

Jedna z chmur zbliżyła się, dotknęła Słoneczka. Zmroził je chłód.

- Co się dzieje? Boję się zimna!

Zapłakało, a gorące łzy przebijały chmury, lecąc w niebo.

Nagle powiał ciepły wiatr. Chmury rozstąpiły się, pierzchały, odsłaniając błękit nieba, na którym błyszczało inne słońce - ciepłe i jasne.

- Nie bój się - powiedziało - Na niebie jest dużo chmur. Ale zawsze jest ktoś, dzięki komu można się ogrzać. Nie smuć się i nie martw. Jeśli chcesz, będę przy tobie.

Wtedy Słoneczko zrozumiało. Zrozumiało własny lęk. I wiedziało już, że nie jest samo ze swoim strachem. Wiedziało, że zawsze są inne słońca, a ciepły wiatr, który niosą, osuszy każdą łzę i ogrzeje każde wnętrze.

Codziennie wschodzą nowe słońca. Codziennie każde z nich przemierza czas i przestrzeń. Codziennie każde słońce świeci dla kogoś.
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 23.08.09, 21:17

Kiedyś Księżniczka poprosiła Małego Bajarza, żeby jej opowiedział bajkę o problemach w związkach.

Damsko-męski ekspert

Za górami, za lasami, w małym domku mieszkał sobie pewien starzec. Znany był z tego, że za młodu romansował z wieloma kobietami i wiedział dużo na temat związków.
Pewnego razu przyszedł do niego mężczyzna i zapytał:
- Dlaczego ludzie się rozstają?
- Może być wiele powodów, ale najczęściej jest tak, że na początku zwracamy uwagę na swoje zalety i wtedy czujemy radość. Potem jednak przychodzi taki moment, kiedy zaczynamy zwracać uwagę na swoje wady i to już nie jest takie przyjemne. Ja w tym momencie odchodziłem, ale z perspektywy czasu wiem, że wtedy potrzebna jest większa akceptacja. Zwłaszcza kiedy sobie uświadomisz, że przyjazna ci osoba chce, żebyś był lepszy. Czy nie jest najlepszym przyjacielem ten, kto z życzliwością koryguje nasze błędy?
- Ale, kiedy ta osoba bardzo nas skrzywdziła?
- Czy można sobie wyobrazić coś piękniejszego od wybaczenia jej?
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

Awatar użytkownika
Bugatti
Weteran
Posty: 4852
Rejestracja: 14.08.09, 21:02
Lokalizacja: z Bugatowa

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: Bugatti » 23.08.09, 22:24

:hmmm: Czlowiek, ktory wybacza jest szczesliwszy..... :fiufiu:
"I have the simplest tastes. I am always satisfied with the best."

-Oscar Wilde-

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: Livia » 25.08.09, 19:20

Obrazek
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 29.08.09, 20:51


Bajka z morałem, czyli odpowiedz na odwieczne pytanie




Podczas potyczki z sąsiednim królestwem, młody Król Artur został wzięty do niewoli. Monarcha zdecydował się pozbyć kłopotliwego sąsiada, jednak zaskoczony męstwem i inteligencją młodego króla postanowił dać mu jedną szansę. Zaproponował mu, że oszczędzi jego życie jeśli ten odpowie precyzyjnie w ciągu roku na zadane pytanie. Artur nie mając innego wyjścia zgodził się i usłyszał takie oto pytanie: "Czego naprawdę pragną kobiety?" Artur mógł podróżować po świecie w poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie, jednak przysiągł na honor że po roku czasu wróci, obojętne czy z odpowiedzią czy bez. To pytanie jednak wprawiało w zakłopotanie każdego. Odpowiedzi na nie nie znały ani księżniczki ani prostytutki, ani uczeni ani mędrcy ludowi. Jednak niektórzy twierdzili, że jest pewna wiedźma znająca wszystkie tajemnice świata i że ona z pewnością rozwiąże i tę zagadkę. Jedynym problemem może być cena, jaką sobie za to zażyczy. Artur nie chciał korzystać z usług wiedźmy. Jednak ostatniego dnia roku danego mu na znalezienie odpowiedzi, kiedy zrozumiał że naprawdę potrzebuje jej pomocy, zszedł do podziemi zamku i zapytał ją: "Czego naprawdę pragną kobiety?". Wiedźma zgodziła się odpowiedzieć pod jednym warunkiem. Zażyczyła sobie ręki Gawaina, jednego z rycerzy Okrągłego Stołu i najlepszego przyjaciela Artura. Kiedy Artur popatrzył na jej zaropiałą, brudną twarz, wielki nos, jedynego włosa na głowie i poczuł jej obrzydliwy zapach zrozumiał, że nie może prosić przyjaciela o tak wielkie poświęcenie i odmówił jej.



Kiedy Gawain dowiedział się o warunku jaki postawiła wiedźma, natychmiast poprosił Artura o rozmowę. Stwierdził, że żadne poświęcenie nie jest zbyt duże w porównaniu z życiem przyjaciela i trwałością Okrągłego Stołu. Tego samego dnia ogłoszono więc zaręczyny Gawaina z wiedźmą i wyznaczono datę ślubu. Wiedźma zaś odpowiedziała Arturowi na jego

pytanie:

"To czego kobiety pragną to możliwość kierowania własnym losem" (pamiętajcie, że to średniowiecze).Wieść o tym, że król uzyskał odpowiedź na zagadkę rozniosła się lotem błyskawicy. Teraz wszyscy byli pewni, że Artur ocali swoje życie. I tak też się stało. Monarcha sąsiedniego królestwa oszczędził Artura i zagwarantował mu wolność.



A wesele Gawaina i wiedźmy było niesamowite. Artur był rozdarty pomiędzy ulgą a niesmakiem. Sam Gawain zachowywał się jak zawsze grzecznie, kurtuazyjnie i po rycersku. Natomiast wiedźma dopiero teraz pokazała na co ją było stać. Bez przerwy popierdywała, bekała, jadła rękami i sprawiała, że wszyscy w jej towarzystwie czuli się wyjątkowo źle. Kiedy wesele się skończyło, Gawain zdał sobie sprawę, że nadszedł czas na noc poślubną. Spodziewał się obrzydliwego widoku w swoim łóżku, ale kiedy wszedł do komnaty zobaczył coś czego na pewno się nie spodziewał. Na jego łożu leżała naga kobieta najpiękniejsza z wszystkich, które do tej pory widział bądź mógł sobie wyobrazić. Kiedy zapytał co się stało, odpowiedziała mu, że zmieniła się w piękną dziewicę w podzięce za jego postawę podczas ceremonii ślubnej, za to że cały czas był dla niej miły pomimo tego, że była odrażającą wiedźmą. Obiecała mu też, że codziennie będzie się dla niego zmieniać w piękną kobietę, ale będzie wyglądać w ten sposób tylko przez pół dnia. Drugie pół będzie tą samą co zawsze wiedźmą. Zapytała go, więc jaka ma być nocą a jaka podczas dnia.



Gawain zamyślił się ponieważ było to trudne pytanie. Podczas dnia mógłby z nią pokazywać się na dworze królewskim, popisywać się przed zazdrosnymi kolegami i uczestniczyć w wielu uroczystościach, ale nocą miałby paskudną czarownicę. Ale gdyby wybrał noc, czekałyby go niesamowite chwile uniesienia z piękną kobietą w łóżku, ale za dnia miałby potwora u swego boku. Długo nie mógł się zdecydować.



A co wy byście wybrali? To, co odpowiedział Gawain znajduje się poniżej, ale zanim to sprawdzicie, sami dokonajcie najlepszego waszym zdaniem wyboru.





Szlachetny Gawain poprosił ją żeby sama za siebie zadecydowała.



W odpowiedzi usłyszał, że skoro uszanował ją i pozwolił jej kierować swoim własnym losem, ona z wdzięczności będzie piękną kobietą zarówno w dzień jak i w nocy. A jaki jest morał z tej niewątpliwie uroczej historii? Otóż nieważne czy twoja kobieta jest piękna czy nie. I tak zawsze pod skórą będzie



wiedźmą! ;)



--

"Kobiety są tak trudne do przejrzenia, ponieważ każda z nich stanowi wyjątek od reguły.
"[/color]


(Vittorio De Sica)
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: Livia » 15.09.09, 16:28

:woot: ale rozowo... trza sloneczne okulary zalozyc coby przeczytac :pajac:
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: Livia » 15.09.09, 16:32

Legendy celtyckie i anglosaskie

Przybycie Celtów do Irlandii


Na czoło opowieści mitycznych wysuwa się legendarna wersja najdawniejszych dziejów Irlandii, ujęta jako historia kolejnych najazdów na wyspę, uwieńczonych przybyciem jej aktualnych mieszkańców- Celtów Goidelów.
Według Leabhar Gabala, Irlandia ulega pięciu najazdom od czasów potopu. Pierwszej inwazji miał dokonać Partholon. Był on synem króla Hiszpanii, Bela. Po zamordowaniu swego ojca musiał opuścić Hiszpanię. Przybył do Irlandii w dniu święta boga Belego- Beltaine. W tym czasie Irlandię zamieszkiwał lud Fomóraig, z którym Partholon musiał stoczyć walkę. Fomóraigowie byli ludźmi o kozich głowach. Każdy miał tylko po jednym oku, jednej ręce i jednej nodze. Przed przybyciem Partholona istniała w Irlandii tylko jedna równina, nadająca się do zamieszkania i do grzebania zmarłych- Sen Mag, czyli Starożytna Równina. Plemię Partholona stworzyło dopiero inne równiny, rzeki i jeziora Irlandii. Spotkał ich jednak tragiczny koniec. W dzień Beltaine wybuchła zaraza, która trwała tylko tydzień, ale wygubiła doszczętnie plemię Partholona.
Drugi najazd, prowadzony z Hiszpanii przez Nemeda, zwanego Świętym, jest właściwie kopią pierwszego. Najeźdźcy przybyli do Irlandii w dniu Beltaine, zwyciężyli Fomóraigów, stworzyli jeziora i rzeki. Nagła zaraza położyła w ciągu jednego dnia Nemeda i dwa tysiące ludzi jego plemienia. Nie lepszy był los tych, co przeżyli. Dostali się pod okrutne panowanie Fomóraigów. Co roku musieli oddawać swym ciemiężycielom dwie trzecie nowo narodzonych dzieci, dwie trzecie plonów rolnych i mleka. Daninę tę składali raz w roku w dniu święta Samhain na równinie Mag Cetne, co znaczy „ta sama równina”, a więc zawsze jednakowa, co można tłumaczyć jako synonim Kraju Wieczności.
Przeciwko takiemu uciskowi zbuntowali się potomkowie Nemeda. Fomóraigowie rządzili Irlandią ze szczytu szklanej wieży, wystawionej na Tor Inis( Wyspa Wieży). Buntownicy oblegli wieżę i zdobyli ją zabijając władcę Fomóraigów, Connana. Pozostał jednak przy życiu brat króla. Zorganizował wyprawę odwetową i wybił do nogi całe plemię Nemeda.
Sprawcami trzeciego najazdu były aż trzy spokrewnione ze sobą plemiona: Fir-Bolg, Fir-Domnann i Galioin, zwane łącznie Fir Bolg. Ludy te były spokrewnione z Fomóraigami i wielbiły jako boginię ich królową Domnu. Pokrewieństwo wyrażało się także w podobnych jak u Fomóraigów cechach charakteru. Fir Bolg byli tak samo gadatliwi, złośliwi, lubujący się w ciemnościach, a przy tym nienawidzący poezji, muzyki ani żadnej innej sztuki.
Panowanie Fir Bolg nie trwało długo, bo oto pojawili się najeźdźcy, którzy odegrali wielką rolę w cyklach mitycznych Irlandii- bezpośredni poprzednicy dzisiejszych jej mieszkańców, boskie Plemię Bogini Danu, czyli Tuatha De Danann. Prowadzeni przez swych druidów pod gęstą zasłoną magicznej mgły, przybyli do Irlandii zza morza drogą przez Norwegię i północną SzkocjęOwa gęsta mgła umożliwiała im dotarcie do brzegu Norwegii w tajemnicy(Inna wersja tej legendy mówi, że podczas lądowania podpalili swe statki, aby dym skrył ich przed oczami mieszkańców wyspy.
Królem Tuatha De Danann był Nuada. W pierwszej bitwie pokonał on, w dużym stopniu za pomocą magii, wojska Fir Bolg. Działo to się pod Mag Tured, w pobliżu Lough Arrow, w dzisiejszym hrabstwie Sligo. Podczas walki Nauda utracił jednak rękę. Pokonani Fir Bolg schronili się u swych pobratymców Fomóraigów na archipelagu Hebryd i na wyspie Man. Irlandię zasiedlili Tuatha De Danann i zawarli przymierze z Fomóraigami. W wyniku tego przymierza regencję nad Irlandią z powodu kalectwa Naudy sprawował król Fomóraigów, Bres, spokrewniony z Tuatha De Danann. W zwyczaju celtyckim było bowiem, że król nie mógł być chromy, gdyż to wróżyło niepowodzenie współplemieńcom.
Regencja Bresa nie zadowalała jednak Plemienia Bogini Danu. Ludność musiała znosić nadmierne ciężary, a ponadto arystokracja Tuatha De Danann czuła się upokorzona skąpstwem Bresa na wydawanych przez niego biesiadach. „Ich noże nie powlekały się tam tłuszczem” i żeby nie wiem jak często tam bywali, „ich oddechy nigdy nie pachniały piwem”. Król Bres nie roztaczał też opieki nad poetami i dmącymi w rogi muzykantami. Kiedy więc boski lekarz dian Cecht i boski kowal Creidne zaopatrzyli Nuadę w nową rękę ze srebra, wygnali Bresa i na nowo intronizowali Nuadę.
Wówczas Fomóraigowie przygotowali wyprawę odwetową, która zakończyła się nową bitwą pod Mag Tured. W bitwie tej oddziały Tuatha De Danann, wiedzione przez Luga, starły się z Fomóraigami, którym przewodził Balor, bóg-cyklop o jednym oku. Podczas zmagań bitewnych Lug zachęcał swych wojowników, „aby walczyli w tej bitwie z takim zapałem, by już dłużej nie byli w niewoli. Lepiej bowiem dla nich było znaleźć śmierć broniąc ojczyzny, niż tak jak dawniej znosić brzemię niewoli i haraczu”. Przybyła także bogini Morrigan i skutecznie zachęcała wojowników Luga do walki.
Podczas bitwy Nuada padł z ręki samego Balora. Wreszcie doszło do starcia między Lugiem a Balorem. Jak wiemy, jedyne oko Balora miało tę czarodziejską właściwość, że unicestwiało wszystko, na czym legło jego spojrzenie. Lug, zręcznie miotając kamieniem z procy, przepchnął oko Balora na tył jego głowy, tak że patrzyło teraz na armię Fomóraigów i zabiło własnych wojowników. W czasie zamętu bitewnego Fomóraigowie porwali harfę boga Dagdy. Lug, Dagda i Ogma rzucili się w pościg za nieprzyjacielem i dotarli do sali biesiadnej króla Bresa, gdzie na ścianie wisiała czarodziejska harfa Dagdy. Była to harfa, na której Dagda potrafił wygrywać melodie,a one słuchały jego rozkazów. Na widok swego pana harfa zerwała się ze ściany i przyleciała doń. Dagda zagrał na niej trzy pieśni. Pierwszą była melodia żałobna, która wywołała płacz kobiet Fomóraigów. Po drugiej ich kobiety i dzieci śmiały się. Trzecia melodia była pieśnią snu, po której wszyscy biesiadnicy usnęli, a nasi bohaterowie zdołali umknąć bez szwanku.
Tymczasem bitwa zmierzała ku rozstrzygnięciu. Kiedy nadszedł dzień Samhain, zwycięstwo Tuatha De Danann było zupełne, a nieprzyjaciel pobity i zepchnięty do morza. Boginie Morrigan i Badb oznajmiły zwycięstwo królewskim wyżynom Irlandii, wszystkim jej wodom i ujściom rzek oraz rzeszom duchów z sid. Badb opisała wszystkie bohaterskie czyny Tuatha De Danann, ale też przepowiedziała ich upadek w przyszłości
Piąty i zarazem ostatni najazd został dokonany
przez przodków dzisiejszych Irlandczyków- Celtów Goidelów. Według mitu, pochodzili- podobnie jak większość najeźdźców- z Hiszpanii. W kraju tym znajdowała się wysoka wieża, którą wybudował król Bregon. Pewnego zimowego wieczoru syn króla, Ith, ujrzał ze szczytu wieży wybrzeże Irlandii. Zainteresowany widokiem odległej wyspy, zabrał ze sobą po trzykroć trzydziestu wojowników i wyruszył na wyprawę.
Gdy dobili do brzegu wyspy, odbywały się tam akurat narady w sprawie podziału ziemi jednego z zabitych wodzów. Korzystając z przybycia cudzoziemca, zaproszono go do sprawowania roli bezstronnego arbitra. Wyrok jego był sprawiedliwy i zadowolił Tuatha De Danann. Nieopatrznie jednak Ith ujawnił swój niewczesny zachwyt dla uroków Irlandii. Wtedy Tuatha De Danann zabili Itha i jego ludzi, w obawie, by nie przyszła im ochota zawojować kraj.
Nie była to jednak decyzja szczęśliwa, gdyż wywołała odwetową wyprawę rodaków Itha, chcących pomścić jego śmierć. Cztery razy po dziewięć okrętów opuściło brzegi Hiszpanii pod wodzą Mila, syna Bila, syna Bregona. W dzień święta Beltaine armada dotarła do południowo-zachodnich brzegów Irlandii i wylądowała w Inbher Scene. Stąd wojska najeźdźców dotarły do góry Miss w królestwie Munsteru, gdzie po trzydniowej walce zadały ostateczną klęskę Tuatha De Danann. Nie był to jednak jeszcze koniec walki. Zwycięskie wojska Mila stanęły w pochodzie prze Irlandię u wrót Tary, gdzie trzech królów sprawowało pospołu najwyższą władzę. Tu rozpoczęły się rokowania, które zakończyły się taką decyzją: synowie Mila mieli powrócić na morze i nie próbować nowego lądowania, dopóki nie oddalą się od brzegu na odległość dziewięciu fal.
Wsiedli więc na okręty i odbili od brzegu. W tym czasie Tuatha De Danann przystąpili do praktyk magicznych, dzięki którym okręty zostały odrzucone daleko w morze. Nie wiadomo, jakby się skończyło żeglowanie w burzy, gdyby nie jej nie uśmierzył czarownik i poeta synów Mila, Amairgen. Mimo to lądowanie odbyło się z dużymi stratami w ludziach. Tym razem osiągnięto brzeg w Inbher Boinne. Stąd synowie Mila wyruszyli na Równinę Brega. Tam, pod miejscowością Tailitiu, stoczyli nową bitwę z Tuatha De Danann. Tym razem zwycięstwo Goidelów przyniosło im panowanie nad Irlandią. Pokonani bogowie wycofali się do swych siedzib podziemnych, sid, gdzie żyją otoczeni wspaniałościami Krainy Zaświatów.
Źródło: "Mitologia Celtów" (Mitologie świata)
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: Livia » 15.09.09, 16:34

Jan Brzechwa - Chrząszcz


W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie
I Szczebrzeszyn z tego słynie.

Wół go pyta: "Panie chrząszczu,
Po co pan tak brzęczy w gąszczu?"

"Jak to - po co? To jest praca,
Każda praca się opłaca."

"A cóż za to pan dostaje?"
"Też pytanie! Wszystkie gaje,

Wszystkie trzciny po wsze czasy,
Łąki, pola oraz lasy,

Nawet rzeczki, nawet zdroje,
Wszystko to jest właśnie moje!"

Wół pomyślał: "Znakomicie,
Też rozpocznę takie życie."

Wrócił do dom i wesoło
Zaczął brzęczeć pod stodołą

Po wolemu, tęgim basem.
A tu Maciek szedł tymczasem.

Jak nie wrzaśnie: "Cóż to znaczy?
Czemu to się wół prożniaczy?!"

"Jak to? Czyż ja nic nie robię?
Przecież właśnie brzęczę sobie!"

"Ja ci tu pobrzęczę, wole,
Dosyć tego! Jazda w pole!"

I dał taką mu robotę,
Że się wół oblewał potem.

Po robocie pobiegł w gąszcze.
"Już ja to na chrząszczu pomszczę!"

Lecz nie zastał chrząszcza w trzcinie,
Bo chrząszcz właśnie brzęczał w Pszczynie.

końca brak :zly: :zly:
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki

Awatar użytkownika
polda
Wyga
Posty: 1016
Rejestracja: 24.08.07, 11:23
Lokalizacja: Cieszyn
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: polda » 15.09.09, 16:35

Za siedmioma maksimami funkcji "sinus", za jedenastoma minimami funkcji
"cosinus" zyly sobie trzy wektory: Alfa Jeden, Alfa Dwa i Alfa Trzy.
Zaden z nich nie byl ortogonalny do swoich braci i zaden nie wydluzal sie
ponad miare. Zyli pracowicie, cicho i skromnie, sluzac wiernie panu swemu -
Wyznacznikowi. Od switu do nocy przesuwali bracia linie proste, obliczali
iloczyny skalarne i katy nachylenia, podpierali okregi w ich punktach
stycznosci i wystawiali swoje grzbiety prostopadle do roznych krzywych,
zadawal im ekonom, bezlitosny Minor. Pomimo to byli szczesliwi. W wolnych
chwilach uprawiali swoje wlasne, styczne do chatki, pole wektorowe - a choc
skromne to bylo poletko (troche snopow koherentnych, nieco lisci Kartezjusza,
dwa czy trzy slimaki Pascala), przecie nie narzekali na swoj wektorowy los.
Ale niedlugo trwalo szczescie braci. "Obroce plaszczyzne o kat fi i
przyrownam kazdemu jedna wspolrzedna do zera" - zagrozil Minor. A jakze to
zyc wektorowi na plaszczyznie z jedna tylko wspolrzedna? Zmartwili sie bracia
i postanowili uciec od Wyznacznika i jego Minora tam, gdzie znajda dogodny i
prawy uklad wspolrzednych. Poklonili sie starej Macierzy, podjeli ja za
kolumny, po raz ostatni obejrzeli
sie na swoje, teraz juz zdegenerowane pole wektorowe, zaczerpneli potencjalu
ze studni i poszli po trajektorii przed siebie. Ida, ida, ida - rodzinna
chatynka
widnieje na horyzoncie juz pod katem mniejszym niz epsilon (a trzeba ci
wiedziec, ze dawniej nie takie epsilony bywaly, jak dzis) - az tu nagle strumyk
paraboliczny przed nimi sie modrzy i akurat zmienia znak pochodnej. "Ech,
polowic by rybki-skalary" westchnal Alfa Jeden. "A czemu nie?" - zgodzili sie
bracia. Z punktu brzegowego zarzucili do wody siec, skonstruowana uprzednio
w misterny sposob za pomoca cyrkla i linijki. Ciagna, patrza, oczom nie
wierza: w sieci pi-ryba trzepocze, ludzkim glosem przemawia: "Wypuscie
mnie, milency moi, a ja sie wam odwdziecze".
Wypuscili bracia pi-rybe na wolnosc i ida dalej. Patrza, a przy drodze maly
Argument lezy. Probuje sie podniesc do kwadratu, ale ze schudl juz bardzo i
jest mniejszy od 1, wiec co pomnozy sie przez siebie, to staje sie jeszcze
mniejszy. Ulitowali sie nad nim bracia, dodali do niego 1 i dopiero potem
podniesli do kwadratu, potem jeszcze raz i jeszcze raz. Wzrosl Argument i
powiada "Dziekuje wam pieknie. Idzcie swoja droga, a ja jeszcze sie wam
przydam".
Nie zdazyli bracia ani 2^(-n) mili przejsc, patrza, stoi przy drodze chatka na
kurzej lapce. "Hej chatko, chatko, odwroc sie do nas plusem, do lasu
minusem"- wolaja. Zakolysala sie chatka, odwrocila. Otwarly sie drzwi.
Weszli bracia i dusza im sie raduje. Stoi pod piecem stol, wszelkim
jadlem zastawiony. Podjedli bracia, odpoczeli, potem znow pojedli i znow
odpoczeli, nastepnie trzeci, czwarty, ... n-ty raz pojedli i odpoczeli. Juz, Juz
miel przejsc z n do granicy, a tu nagle zza pieca wychodzi stwor kosmaty:
jakby kwantyfikator, ale czy on ogolny, czy szczegolny - nie odroznisz.
"Bracia, bracia, ratujcie mnie. Juz pol zycia siedze tu pod wladza czarownika
de Morgana za to, ze odmawialem zaprzeczenia implikacji." Wzruszyli sie
bracia losem Kwantyfikatora i zabrali go ze soba. Ida wesolo przed siebie.
Obejrzeli sie. Leci po niebie strzala. Uderzyla o ziemie, schowala ostrze,
wygiela sie zlowrogo i zmienila sie w sliski, ohydny znak negacji. "Uciekajmy
co sil w nogach - wykrzyknal Kwantyfikator - bo nas tu wszystkich zaneguje".
Puscili sie bracia pedem, uciekli de Morganowi.
Bajka przedzie sie kolem, rzecz sie toczy z mozolem. Dlugo trwalo, zanim
ujrzeli bracia przed soba mury prastarego grodu Trygonoma, ktory jeszcze car
Heron wybudowal. I rosly przed bracmi mury Trygonoma tak, jak rosnie wykres
funkcji y = 1/x przy x dazacym do zera z prawej strony. I rozbiegaly sie z
trzech wiez Trygonomu promienie zlociste tak, jak sa rozbiezne sumy
szesciowe szeregu harmonicznego 1+1/2+1/3+1/4+1/5+... Zaszli bracia do
gospody "Pod Pierwiastkiem", pogadali z karczmarka, gruba Sigma.
Opowiedziala ona o wielkim nieszczesciu, jakie przed laty nawiedzilo prastary
Trygonom. Panowal byl w Trygonomie teraz juz stary i siwiutenki ksiaze
Tangens wraz ze swa piekna niegdys malzonka Tangensoida. Mieli przed laty
sliczna coreczke Asymptote, ukochana obojga ksiestwa i ludu. Miala byc
podpora dla rodzicow na stare lata, gdy juz blisko im bedzie do
nieskonczonosci. Alisci zdarzyla sie rzecz straszna. Na uroczyste zadanie
kierunku Asymptocie nie zaproszono starej wrozki Transpozycji. Byla to zla
wrozka i prawde powiedziawszy, nikt jej w ksiestwie nie lubil, a i ona stronila
od ludzi. Jednak, gdy dowiedziala sie, ze nie zostala elementem zbioru gosci,
z zemsty wyrzekla przepowiednie, ze gdy ksiezniczka dojdzie do lat
siedemnastu, porwie ja de Morgan. Nie bali sie tej wrozby Tangens i
Tangensoida. Wyznawali bowiem logike wielowarstwowa i nie przypisywali
przepowiedni Transpozycji zadnej dodatniej wartosci. Na dowod tego w dniu 17-
tych urodzin Asymptoty wyprawiono wielki bal. Nie bylo rownego mu balu ani
przedtem, ani potem w calym obszarze ciaglosci Tangensa. Mlody lokaj
Gauss, swiezo ukonczywszy dowod konstrukcji, pieknie przystroil sale balowe
siedemnastokatami foremnymi. Przybyly na balw szystkie pokrewne funkcje
trygonometryczne i hiperboliczne, ksiazeta dx i dy, a nawet stary dziwak Area-
Cosinus Hiperboliczny, ktorego nikt nigdy bez krzywej lancuchowej nie widzial.
Kto chcial, tanczyl, kto nie chcial, to robil co innego, bo kraj byl
demokratyczny. Starsi wspominali czasy, gdy jeszcze wzrastali i
mieli dodatnia pochodna, sredni wiekiem robili analize harmoniczna swoim
towarzyszkom, nieprzeliczalna sluzba na kazde skinienie rozniczkowala
gosciom jadlo i napitki. W zacisznych kacikach mlodzi calkowali sie
ukradkiem po dt, ale zanadto sie z tym nie kryli. Ksiaze bowiem rozumial
mlodziez i niejedna mloda wypukla funkcja znalazla na jego dworze stycznosc
drugiego rzedu z jakims przystojnym i silnie zbieznym funkcjonalem.
Nagly podmuch zgasil wszystkie swiece, wsrod gosci pojawily sie zbiory
rozmyte, a gdy fagasi wniesli nowe punktowe zrodla swiatla, okazalo sie, ze
wsrod uczestnikow balu nie ma juz Asymptoty-krasawicy. Wykazano wnet
(indukcyjnie, ze wzgledu na liczbe obecnych na sali gosci), ze porwal ja de
Morgan, zaprzeczajac rozkazom ksiecia i warunkom wejscia na bal. Tak oto
spelnila sie przepowiednia wrozki Transpozycji. Od tej pory smutek zapanowal
w calym grodzie. Nikt nie rozwija sie w szereg, nie calkuje i nie mnozy. Mlode
Rozniczki dawno juz zmienily sie w stare Roznice, malo ktore zmienily znak z -
na +. Po bokach trojkatow grasuja zdziczale katy i nie zawsze staremu
wiernemu hajdukowi Euklidesowi uda sie je zsumowac do 180 stopni. Gleboko
zapadla braciom w dusze opowiesc Sigmy i postanowili wyzwolic z rak de
Morgana nadobna Asymptote. Udali sie najpierw do wroza Bezouta.
Siedzi Bezout za stolem, pierwiastki liczy kolem, gdy nie masz "u", kolego,
nie przychodz do niego. Przyniesli bracia cztery nie trywialne pierwiastki,
wreczaja Bezoutowi i pytaja, jak im pokonac de Morgana. "Trudna to sprawa -
odrzecze Bezout. - Wiezi on wiele kwantyfikatorow i pokonac go tylko mozecie
smialo omijajac prawo wylaczonego srodka. Ale oto ciemnieje moja
krysztalowa pseudosfera: znak, ze uda sie wasze przedsiewziecie."
Podziekowali bracia Bezoutowi, dodali jeszcze trzy pierwiastki (niezwyczajne,
kwadratowe) i stoczyli sie po linii najmniejszego spadku z murow Trygonoma.
Kwantyfikator zostal barmanem pod pierwiastkiem, a Alfa Jeden, Alfa Dwa i
Alfa Trzy poszli po gradiencie w kierunku widniejacego lasu, tak gestego, jak
liczby wymierne po prostej. Jak tu przejsc? Ale
oto machnal jeden brat przekrojem Dedekinda, machnal drugi, potem trzeci
- skonstruowali bracia liczbe niewymierna 2^sqr(2) i przeszli przez las. Wnet
zagrodzil im droge potok wypelniony ciecza niescisliwa i nielepka.
Niezwyczajny to potok - pelen turbulentnych wirow i punktow osobliwych. "Co
robic? - dumaja bracia. -Gdybyz miec chociaz spirale logarytmiczna!".
Ale ktoz to pyszczek z wody wystawia? Pi-ryba. Przewiozla braci, jednego po
drugim, na druga strone. Poklonili sie jej bracia w pas i poszli dalej, bo juz
bylo
widac ogromna gore Modul a na niej zamek de Morgana. Doszli bracia pod
sama gore i zmartwili sie. Bo, wprawdzie do zamku droga prosta, stopnie
zapraszaja do wejscia, ale co to za stopnie? - sliskie jak lod, gladkie tak, ze
co postawisz noge na jednym to spadasz na drugi, probuja bracia i probuja, ale
nawet na pierwszy stopien nie weszli. Nagle jak spod ziemi wyrasta Argument -
ten, ktorego kiedys od znikniecia uratowali. Podstawil sie Argument do
zmiennej niezaleznej, zaburzyl wspolczynniki przy rownaniach schodow,
zmniejszyl gladkosc i weszli bracia na gore. Ale do samego
zamku jeszcze dluga droga. Wejscia pilnuje pies Boole-dog, siersc na nim
jezy jak wykres funkcji y = sin 1/x, szczerzy zeby i warczy. Za Zapisem
Peauceliera stoi: kto psa pokona, wnet go Inwersor w srodek inwersji postawi i
za plaszczyzne wyrzuci. Nie stracili glowy bracia. Sinus 1/x przez x pomnozyli
i go w zerze uciaglili. Potem owineli sie wstega Mobiusa i czekaja. Zabral sie
Inwersor do odwracania wstegi Mobiusa, ale ze jest to powierzchnia
jednostronna, nic sie braciom nie stalo. Wychodzi na to sam de Morgan z
s**a Negacja, operatorem Minusem i starym czarownikiem Tercjanem.
Wektorom znaki pozamieniac chce, od poprzednich wartosci odjac i tak to
przyrownac braci do zera. Pobledli bracia, "Juz po nas - mysla. - Juz
nie ujrzymy starej Macierzy". I stalo by sie tak, gdyby nie Kwantyfikator
"Istnieje Iks", ktory w sama pore przybiegl z Trygonomu, jeszcze w fartuchu
barmana. Zagryzl Negacje, stal sie kwantyfikatorem "Istnieje Iks taki, ze
Nieprawda Ze Igrek" i zaczal przeksztalcac de Morgana, a bracia pomagaja
mu z drugiej strony. Rachunki logiczne przeprowadzaja, a z prawa
wylaczonego srodka nie korzystaja. "Tertium non datur" - wola de Morgan, ale
Tercjan nie slyszy. Upadl de Morgan. Juz po nim. Otworzyli bracia de
Morganowe nawiasy i zaraz ukazala im sie dluga linia prosta, w ktorej
natychmiast rozpoznali ksiezniczke Asymptote. Wkrotce nadjechal i sam
Tangens. Wzial corke w ramiona i rzekl braciom: "Mam ja tylko jedna, a was
jest trzech. Niech najstarszy wezmie ja za zone. Dam mu dogodne
wspolrzedne: dwakroc PI/2 i grupe Translacji w dziedziczne wladanie".
Nie minelo i e niedziel, a w Trygonomie odbyl sie huczny slub, po
ktorym nastapilo skromne wesele. Byli na nim obecni wszyscy bracia: Alfa
Jeden, Alfa Dwa i Alfa Trzy. Przybyl (uszlachcony przez Tangensa) Argument
w kokilce ciagnionej przez kare bulanki Pi-ryba wystapila w przepieknej
galarecie z jarmuzem i bedlkami, a piwo gosciom rozlewal sam Kwantyfikator,
obecnie juz wlasciciel zajazdu "U z daszkiem". Nie musieli dlugo czekac
ksiestwo. Alfa Jeden podzialal soba na ksiezniczke Asymptote (teraz juz
swoja zone x=PI/2) tak, ze na plaszczyznie pojawily sie wkrotce w regularnych
odstepach nowe asymptoty, a stary Tangens i Tangensoida mogli wreszcie
spokojnie przejsc do nieskonczonosci.
"If a man is called to be a streetsweeper, he should sweep streets even as Michelangelo painted, or Beethoven played music, or Shakespeare wrote poetry. He should sweep streets so well that all the hosts of heaven and earth will pause to say, here lived a great streetsweeper who did his job well."

Awatar użytkownika
polda
Wyga
Posty: 1016
Rejestracja: 24.08.07, 11:23
Lokalizacja: Cieszyn
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: polda » 15.09.09, 16:37

Bajka o kacie w butach

Ciekawym jestem, czy znacie "Bajkę o kacie w butach". Myślę że tak, gdyż jesteście ludkiem, który w życiu wyjątkowo wiele bajek się nasłuchał...zwłaszcza ode mnie. Ale mimo to posłuchajcie.

Otóż tak. Jak powiadają, każdy władca ma takiego kata, na jakiego sobie zasłużył. Dlatego też król słynnej w świecie krainy - Katafalii - miał kata w butach.
Tych butów wszyscy katowi zazdrościli. Mimo iż były wiekowe, wraz z zawodem przechodziły z ojca na syna. Buty miały krój starożytny - wysokie i, jak obyczaj każe, w kolorze czerwonym, ochronnym. Z powodu tychże butów kat ten był powszechnie ceniony i szanowany, choć złośliwi twierdzili, że to tylko ze strachu. Widocznie było w tym co nie co prawdy, gdyż któregoś dnia katowskie buty ktoś skradł. A że jedynie szewc bez butów chodzić może, tedy kat pozbawiony jednego z podstawowych atrybutów katowskich musiał w końcu zaprzestać wykonywania zawodu.
A trzeba Wam wiedzieć, że był to wyjątkowo pracowity i sumienny człowiek. Jak dotąd z obowiązków wywiązywał się nienagannie, brał nadgodziny, a gdy trzeba było i robotę do domu przynosił. Nawet podczas nielicznych wolnych chwil dla treningu wieszał bieliznę lub ścinał grubaśne sosny. A tu takie coś! Pomyśleć, że nieodpowiedzialny złodziejski wybryk skazał kata na bezczynność. Chodził więc kat po domu jak ścięty, żyć mu się nie chciało. Raz nawet z mizerii skatował żonę. A w ogóle to popadł w wisielczy humor. Nawet nie spojrzał na daleko zaawansowany prototyp krzesła elektrycznego, na baterie słoneczne, które miał zgłosić do konkursu młodych racjonalizatorów.
A tymczasem rosła liczba skazańców, z którymi nie było co począć. Król Katafalii wprowadził nawet specjalne złagodzenie rygorów prawa i abolicję. Ale i tak nie zmieniło to sytuacji niedoszłych ofiar kata. Zniesiono nawet karę śmierci, zamieniając ją na dożywocie w długach bez widoków na przyszłość. Dość, że tak właśnie zakończyła się ta okrutna historia ostatniego kata, który w butach chodził.
Jeśli nad ową historią się zastanowicie nieco i wyciągniecie z niej wnioski jak niteczkę z motka, przyznacie mi bez bicia, że nie ma tego złego, co by na gorsze nie wyszło.
A ponadto pamiętajcie - że gdy fachowcom zabraknie narzędzi to i król może mieć kłopoty. Skoro i katem i królem być nie dobrze, to już lepiej samemu na siebie zakapować, wydać wyrok i samemu wyrok ów wykonać. Baaaa, oby tylko był ktoś, kto by mógł nas odciąć. Póki co, idę się powiesić.
"If a man is called to be a streetsweeper, he should sweep streets even as Michelangelo painted, or Beethoven played music, or Shakespeare wrote poetry. He should sweep streets so well that all the hosts of heaven and earth will pause to say, here lived a great streetsweeper who did his job well."

Awatar użytkownika
polda
Wyga
Posty: 1016
Rejestracja: 24.08.07, 11:23
Lokalizacja: Cieszyn
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: polda » 15.09.09, 16:38

Tomcia maluch.

Znacie "Bajkę o Tomcia...hi...hi.....maluchu"? Jeśli znacie, to Wasza sprawa, jeśli nie, to jeszcze gorzej. A że nie ma tego złego, które by bokiem nie wyszło, to było tak.
W pewnym małym miasteczku, gdzie diabeł mówi "dobranoc", a budzik "dzień dobry", mieszkała sobie para młodych. Ona, choć miała już czterdzieści, wyglądała na pięćdziesiąt, chociaż ważyła sześćdziesiąt. On nie wyglądał wcale, nawet przez okno. Byli niczym nie wyróżniającą się parą - mieszkali kątem w kącie, chodzili obunóż, spali na leżąco. Pracując wytrwale nie dorobili się niczego i mieli to co inni. A skoro niczego nie mieli, wszystko było przed nimi, czyli przyszłość ich jak i nasza rysowała się różowo.
W tej sytuacji pan młody poszedł po rozum do głowy. Ponieważ wyjątkowo długo nie wracał, pani młoda wyszła mu na przeciw. I spotkali się w pół drogi. Dalej ruszyli już razem, aby w końcu po wielu trudach dojść do wniosku, który by się sam nasuwał.
Zgodnie z biegiem rzeczy, w dziesięć miesięcy później w pożyczonym łóżeczku kwilił już mały chłopczyk płci męskiej. Dali mu Tomcio.
Tenże z rok na rok rósł w siłę, mimo iż młodym żyło się po staremu, a jedynie czego mieli dostatek to niedostatek. Dość na tym, że któregoś dnia pięcioletni Tomcio zażądał od rodziców tego, co mu się należało. Naonczas zdesperowani młodzi podjęli oszczędności całego swojego życia w kwocie złotych dwudziestu i postanowili życzeniu Tomcia uczynić zadość. Niestety - szalejąca inflacja zrobiła swoje i zanosiło się na to, iż owe dwadzieścia złotych powiększą jedynie rosnący nawis.
I wtedy właśnie Tomcio wyrwał rodzicom monetę i wybiegł w przyszłość. Młodzi długo szukali syna, aż dali za wygraną w poczuciu klęski.
Nad ranem z nerwowego snu wyrwał ich ostry klakson samochodu. Wybiegli więc tłumnie przed dom i oczom ich ukazał się widok niezwykły. Przed nimi stał fabrycznie nowy Fiat Polski - jak mówią na komendzie jeden dwa sześć pe - a za jego kierownicą siedział nieletni Tomcio.
Jak się okazało młody desperat nabywając los Loterii Błękitna, stał się posiadaczem wielkiej wygranej.
Cóż, tu właśnie kończy się ta niezbyt mądra "Bajka o Tomcia maluchu", która głośno domaga się genialnej puenty. Oto więc i ona - cóż z tego że jest tak, jak jest i będzie jak być musi, zawsze przecież pozostaje nadzieja, że los się kiedyś uśmiechnie. Jeżeli nie do nas, to do przyszłych maluchów, dzisiejszych maluchów.
A my - po maluchu!
"If a man is called to be a streetsweeper, he should sweep streets even as Michelangelo painted, or Beethoven played music, or Shakespeare wrote poetry. He should sweep streets so well that all the hosts of heaven and earth will pause to say, here lived a great streetsweeper who did his job well."

Awatar użytkownika
polda
Wyga
Posty: 1016
Rejestracja: 24.08.07, 11:23
Lokalizacja: Cieszyn
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: polda » 15.09.09, 16:39

Bajka o Babojadzie.

Zapewne kochanieńcy znacie wiele bajek o Babie Jadze, ale założę się, że nikt z Was nie słyszał pouczającej bajeczki o Babojadzie. A zatem posłuchajcie.
W tajemniczym kraju, który leży między jedną, a drugą, a nawet może trzecią półkulą, żył sobie ludek chędogi, choć starliwy i wielce bojaźliwy. Wszyscy tam bali się wszystkich i wszystkiego. Ba! Niejeden nawet bał się bać. Ze strachu oczywiście. I dlatego też władca tej krainy rządził swoim ludem jak chciał i spokój i cisza jeno panowały tam.
Jednakoż kiedyś gruchnęła jak grochem o ścianę wieść, że grasuje potwór, który porywa młode niewiasty i je...pożera. Szczególny apetyt zaś miewa na młódki, którym ledwie kobiecość uwypukla się tu i tam. Potwora tego przezwano szybko Babojadem i wszystkie kobiety ukryły się tak starannie, że żaden kuperek nie był widoczny gołym, za przeproszeniem, okiem. Najdziwniejsze, że najstaranniej ukryły się najstarsze i najbrzydsze niewiasty. Jedną nawet w lesie za purchawkę wzięto. Ot co.
Tymczasem król, wielce kontent, chcąc jeszcze bardziej swój lud Babojadem nastraszyć, nakazał o Babojadzie wieści straszliwe głosić wszem, a nawet i wobec. Skutkiem tego, kraj zaczął się gwałtownie wyludniać. I wyludnił by się do tak zwanego cna, gdyby prawda nie wyszła bokiem. A kiedy już wyszła raz, nie było rady. Lazła i lazła, gdzie oczy poniosą. Tedy i lud dał się ponieść i, gdy zwiedział się o wszystkim, zeźlił się okrutnie na króla kłamcę i, co najdziwniejsze, przestał się bać. I to w ogóle! Tego król nie przewidział. Widząc więc swój lud pozbawiony bojaźni, co prędzej, za przeproszeniem, abdykował. Przebrał się za byle co, a nawet za Babojada i uciekł między bajki.
I, w ten to okrutny sposób, okazało się, że strach ma wielkie oczy i nie ma co ich jeszcze bardziej wytrzeszczać.
A poza tym, tak tak, biedny to król, którego poddani bać się przestali, nawet jeśli to był tylko strach przed Babojadem. Prawda, królu ?
"If a man is called to be a streetsweeper, he should sweep streets even as Michelangelo painted, or Beethoven played music, or Shakespeare wrote poetry. He should sweep streets so well that all the hosts of heaven and earth will pause to say, here lived a great streetsweeper who did his job well."

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 17.09.09, 22:42

Owoce na straganie

Pewnego razu znany mędrzec poszedł na bazar. Stanął przy straganie, na którym leżały obok siebie różne owoce i zapytał sprzedawcę:
- Które z tych owoców są najlepsze?
Sprzedawca odpowiedział:
- Jabłka są najbardziej soczyste. Gruszki są najbardziej pożywne. Maliny najsłodsze. Wiśnie mają kwaskowy smak a jagody pachną lasem. Nie ma lepszych czy gorszych owoców, wszystko zależy od indywidualnego smaku. Ja uwielbiam jagody.
Mędrzec uśmiechnął się i kupił kilogram jagód.
Tego samego dnia wieczorem do domu mędrca przybyli jego uczniowie. Kiedy zajadali się jagodami, on opowiedział im o zakupach a na koniec podsumował:
- Szacunek należy się wszystkim, uwielbienie nielicznym
.
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 24.09.09, 23:50

Namiastka



Było sobie pewne serce. Serce zbytnio otwarte na drugie serce. Kiedyś to drugie serce odeszło. Pierwsze serce zamknęło się.

Niedługo potem trzecie serce przyszło ze zbytnią otwartością do pierwszego serca. Pierwsze serce przyjęło je, ale samo się w pełni nie otworzyło. Trzecie serce myślało, że kocha, choć nie do końca czuło się dobrze, spokojnie i bezpiecznie.

Pierwsze serce wiedziało, że to tylko namiastka miłości, ale tak było dla niego wygodnie. Do czasu, bo serce poszukujące miłości chce znaleźć ciepło, a nie wygodę, lęk czy ból. Więc drogi pierwszego i trzeciego serca rozeszły się.

Po tych doświadczeniach pierwsze serce poszło do pewnego mędrca i zapytało:

- Powiedz mi co zrobić, żeby coś więcej niż namiastkę miłości?

- Wzmocnić serce.

- A jak to zrobić?

- Na to potrzebny jest czas i zaufanie w to, że odnajdzie się serce bijące tak samo. Zaufanie jest podobne do siania zboża. Po zasianiu ziaren musisz cierpliwie czekać, aż wydadzą plony. Zasiej ciepło w swoim sercu i pozwól mu rosnąć. W miłości nie ma pośpiechu. Spokojne kroki są dowodem zaufania i siły. Zaufaj a zobaczysz czym są cuda.
Ramiona czasem, też są nawiasem.

Nie bij muchy, która siedzi na głowie tygrysa.

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: Livia » 10.10.09, 20:57

Biedny chłopiec w grobie
Braci Grimm

Dawno temu żył sobie pewien ubogi pastuszek, któremu zmarł ojciec i matka. Władze oddały go do domu pewnego bogatego człowieka, który miał go karmić i wychować. Człowiek ten i jego żona zło mieli w swych sercach, przy całym swym bogactwie byli chciwi i zawistni, złościli się, gdy ktoś kęs z ich chleba do ust włożył. Cokolwiek biedny chłopczyk nie robił, dostawał mało do jedzenia, razów jeno dostawał więcej

Pewnego dnia miła paść kwokę z jej kurczętami. Polazła jednak ze swymi młodymi między krzewy żywopłotu, w tym samy momencie jastrząb wystrzelił w dół i porwał ją w powietrze. Chłopak krzyczał co sił "Złodziej, złodziej, łotr." Ale na cóż się to zdało? Jastrząb nie oddał swego łupu. Chłop usłyszał hałas, przybiegł, a gdy zrozumiał, że stracił kurę. wpadł we wściekłość i tak złoił chłopcu skórę, że nie mógł się ruszyć przez parę dni. Musiał teraz paść kurczęta bez kury, ale bieda z tym była jeszcze większa, bo jedno lazło tam inne znów tam. Pomyślał sobie więc, że mądrze by było, gdyby je sznurkiem związał, bo wtedy jastrząb nie mógłby ukraść żadnego. Był jednak w wielkim błędzie. Po paru dniach, gdy od tej bieganiny i głodu zasnął, przyleciał ów drapieżnik i złapał jedno z kurcząt, a ponieważ wszystkie były do niego przywiązane, porwał w dal i te, usiadł na drzewie i je połknął. Chłop właśnie wrócił do domu, a gdy zobaczył nieszczęście, wygarbował chłopcu skórę tak bezlitośnie, że musiał leżeć w łóżku przez wiele dnie.

Kiedy znów stanął na nogi, rzekł chłop do niego: "Jesteś dla mnie za głupi jak na pastucha. Będziesz więc służył jako posłaniec." Wysłał go wnet do sędziego, by zaniósł mu kosz pełen winogron, dał mu jeszcze list. Po drodze chłopaka dręczył głód i pragnienie tak okrutnie, że zjadł dwa grona. Sędziemu zaniósł kosz, lecz gdy ten przeczytał list i policzył grona, rzekł: "Brakuje dwóch!" Chłopiec wyznał szczerze, że zjadł brakujące trapiony głodem i pragnieniem. Sędzia napisał list do chłopa i zażądał jeszcze raz tyle winogron. Także tym razem chłopiec je zanieść wraz z listem. Gdy znowu poczuł okropny głód i pragnienie, nie mógł zrobić nic innego jak tylko znowu zjeść dwa grona. Tym razem jednak wyjął z kosza list, położył go pod kamieniem i usiadł na nim by listu nie można było dostrzec i nie mógł go zdradzić. Sędzia mimo tego postawił go z powodu dwóch brakujących sztuk na baczność. "Ach," rzekł chłopiec, "Skąd o tym wiecie? List nie mógł nic zdradzić, bo go przedtem pod kamień położyłem." Sędzia uśmiał się z jego prostoty i wysłał chłopu list, w którym go upomniał, aby biednemu chłopcu dawał więcej jadła i picia, by go nauczył co dobre, a co złe.

"Zaraz ci pokażę różnicę," rzekł zatwardziały człowiek, "Chcesz jeść, to musisz pracować, a jak zrobisz coś złego, będą uczyć cię baty." Następnego ranka zagonił go do ciężkiej roboty. Miał naciąć parę snopów słomy na żarcie dla koni. Chłop zagroził mu: "Za pięć godzin, " rzekł, "wracam. Jeśli ze słomy nie natniesz sieczki, zerżnę ci skórę tak, że się nie ruszysz." Chłop pojechał ze swoją żoną, parobkiem i dziewką na jarmark i nie zostawił chłopcu nic prócz malutkiego kawałka chleba. Chłopiec stanął przed sieczkarnią i zaczął pracować z całych sił. Zrobiło mu się gorąco, zdjął więc surdut i rzucił na słomę. W strachu, że nie zdąży, ciął i ciął aż w zapale pociął niechcący razem ze słomą swój surdut. Zbyt późno dostrzegł nieszczęście by dało się jeszcze naprawić. "Ach, " zawołał, "teraz to już koniec ze mną. Zły chłop nie groził mi na darmo. Jak wróci i zobaczy, co zrobiłem, zerżnie mi skórę na śmierć. Lepiej sam wezmę sobie życie.

Chłopiec słyszał raz, jak żona chłopa mówiła: "Pod łóżkiem mam garnek z trucizną." Rzekła tak jednak, by łakomczuchów trzymać z daleka, bo w środku był miód. Chłopiec wlazł pod łóżko, wyciągnął garnek i zjadł wszystko. "Nie wiem, " rzekł, "ludzie mówią, że śmierć jest gorzka, a mi smakuje słodko. Nie dziw, że żona chłopa tak często życzy sobie śmierci." Usiadł na stołeczku i gotów był umrzeć. Lecz zamiast słabnąć wzmocnił się od pożywnej strawy. "To chyba nie była trucizna," powiedział, "ale chłop raz powiedział, że w skrzyni na ciuchy leży flaszka z trutką na muchy. To na pewno prawdziwa trucizna i przyniesie mi śmierć." Lecz to nie była trutka na muchy a węgierskie wino. Chłopiec wyciągnął flaszkę i ją opróżnił. "Ta śmierć też jest słodka, " rzekł, lecz wkrótce wino poczęło uderzać mu do głowy i go oszołamiać. Myślał, że zbliża się koniec. "Czuję, że umrę, "powiedział, "Pójdę pod kościół szukać sobie grobu." Zataczając się odszedł Gdy doszedł już do kościoła, położył się do świeżo wykopanego grobu. Wciąż tracił zmysły. W pobliżu stała gospoda, gdzie świętowano wesele. Gdy usłyszał muzykę, myślał, że jest już w raju, aż wreszcie stracił wszystkie zmysły. Chłopiec już się nie obudził. żar gorącego wina i zimna rosa nocy odebrały mu życie. Pozostał w grobie, który sam sobie wyszukał.

Gdy chłop dowiedział się o śmierci chłopca, wystraszył się. Bał się, że stanie przed sądem. Strach ogarnął go okrutny, że nieprzytomny padł na ziemię. Przed piecem stała żona z patelnią pełną smalcu. Pobiegła mu z pomocą, lecz ogień uderzył w patelnię i obiął cały dom. Po paru godzinach leżał już w popiele. Lata, które pozostały im do śmierci, spędzili udręczeni wyrzutami sumienia w biedzie i nędzy.

Tłumaczył Jacek Fijołek
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: Livia » 24.10.09, 11:51

nie ma co czytac na dobranoc...
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki

nostalgia
Zaawansowany
Posty: 576
Rejestracja: 20.08.09, 18:04

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: nostalgia » 05.11.09, 22:46

Pocałować Pana Żabę
Kiedyś Księżniczka poprosiła Małego Bajarza o bajkę na temat nieszczęśliwej miłości.

Pocałować Pana Żabę

Było to dawno, dawno temu. Za górami, za lasami, za siedmioma górami. Pani Żabka zakochała się w Panu Żabie, lecz on nic o tym nie wiedział. Myślała o nim przez cały czas, wyobrażała sobie wspólne chwile i czułe pocałunki.
Jednak bała się mu o tym powiedzieć, obawiała się wykonać pierwszy krok. I tak dni zamieniały się w tygodnie a tygodnie w miesiące.
Pewnego dnia, ku zaskoczeniu wszystkich Pan Żaba oświadczył, że się żeni. To było najgorsze, co mogła usłyszeć Pani Żabka. Świat zawalił się jej na głowę. Bardzo cierpiała i nic nie mogło jej wyrwać ze smutku.
Nie wiedząc, co ma zrobić, postanowiła wybrać się do Pana Mądrej Żaby.
- Pani Żabko, rozumiem pani uczucia i miłosny zawód. Tak jak pani, wiele innych osób musi przez to samo przejść, czasami nawet wiele razy, żeby zrozumieć jedną prawdę.
- Jaką?
- Prawdziwa miłość jest w nas. Zawsze.
- Czuję jedynie ból.
- Ból pojawia się wtedy, kiedy myślimy, że miłość mogą nam dać inni.
- A nie mogą?
- Inni mogą ją tylko w nas zobaczyć, ale najpierw musimy dostrzec

Awatar użytkownika
Livia
Boska Cesarzowa
Posty: 7935
Rejestracja: 25.08.07, 17:11
Lokalizacja: Obłok
Kontaktowanie:

Re: Bajkolandia - na dobranoc

Postautor: Livia » 05.11.09, 22:58

Natka... czy ty piszesz sama te bajki :pajac:
"I am not young enough to know everything"
:wisienka:Obłokowe Emotki


Wróć do „Czytelnia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron