Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Dziurawy Kocioł - czynny 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Miejsce spotkań czarodziejów, nie tylko spod znaku Harry'ego Pottera.

Moderatorzy: Minerwa, Adam Widur, Calluna

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 06.11.08, 12:42

André Frossard: 36 DOWODÓW NA ISTNIENIE DIABŁA (fragmenty)

powrót do początku

Dowód drugi:
.
Od chwili zniesienia grzechu, który poleciłem zlikwidować dla własnej wygody i żeby ułatwić wam ćwiczenia z zakresu duchowości, praktykujecie z naiwnością nie mającej równej sobie wszystkie siedem grzechów głównych:
Gniew, który każe wam widzieć w bliźnim przyczynę wszystkich nieszczęść.
Chciwość, która nie pozwala wam zrezygnować choćby z najmniejszej cząstki samych siebie ani zaangażować się, zwłaszcza w małżeństwo.
Łakomstwo, które sprawia, że tolerujecie męki trawienia, a wszelkie obżarstwo uważacie za niewinną słabostkę.
Zazdrość, która tak często uchodzi za szlachetne pragnienie sprawiedliwości.
Chuć, którą wasi filmowcy serwują w kinie nawet dzieciom, a która wiedzie wprost do pogardy dla rodzaju ludzkiego.
Lenistwo. Nie to lenistwo, które mogłoby powstrzymać wasze życie towarzyskie i skłonić do wypoczynku w czterech ścianach własnego pokoju, lecz lenistwo intelektualne, które sprawia, że nie reagujecie ani myślą, ani czynem na ekstrawagancję i zamęt świata, który uznaliście za niezrozumiały.
I wreszcie najpiękniejszy ze wszystkich grzechów – pychę, która nie zna samej siebie i skutecznie broni was przed fatalną pokusą miłości.

Awatar użytkownika
Dzięcioł Czarny
Wyga
Posty: 1193
Rejestracja: 01.09.07, 16:07
Lokalizacja: Kaszmir Nocą

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Dzięcioł Czarny » 06.11.08, 13:06

Juliusz Słowacki

ANHELLI (fragment) - za Jackiem Dukajem




Tego samego dnia, przed wschodem słońca, siedział Anhelli na bryle lodu, na miejscu pustem, i ujrzał zbliżających się ku sobie dwóch młodzieńców.

Po wietrze lekkim, który szedł od nich, poczuł, że byli od Boga, i czekał, co mu zwiastować będą, spodziewając się, że śmierć.

A gdy go pozdrowili jak ziemscy ludzie, rzekł: Poznałem was, nie kryjcie się; Aniołami jesteście.

Przychodzicie-li pocieszyć mnie? Czy sprzeczać się ze smutkiem, który się nauczył w samotności milczenia?

I rzekli mu ci młodzieńcy: Oto przyszliśmy ci zwiastować, że dzisiejsze słońce wstanie jeszcze, lecz jutrzejsze nie pokaże się nad ziemią.

Przyszliśmy ci zwiastować ciemność zimową i większą okropność, niż jacy ludzie doznali kiedy: samotność w ciemnościach.

Przyszliśmy ci zwiastować, że bracia twoi pomarli jedząc trupy i będąc wściekli od krwi ludzkiéj: a ty jesteś ostatni.
"Tygrysie, błysku w gąszczach mroku:
Jakiemuż nieziemskiemu oku
Przyśniło się, że noc rozświetli
Skupiona groza twej symetrii? "

William Blake

"Never compromise, Not even in the face of Armageddon"
Rorschach

"Nie mam żadnych szans, ale muszę je wykorzystać"
Herbert Achternbusch

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 07.11.08, 13:48

André Frossard: 36 DOWODÓW NA ISTNIENIE DIABŁA (fragmenty)

powrót do początku

Dowód trzeci
.
Zgodnie z móją radą nie ufacie niczemu, choć wierzycie w byle co, tylko nie w to, co mogłoby cisnąć was w ramiona absolutu. I dlatego, ilekroć transcendencja rysuje swój promienisty ślad w szarzyźnie waszego pudełka do myślenia, powtarzacie sobie od czasu do czasu:
- To zbyt piękne, by było prawdziwe.
Macie rację. Nie należy miewać pogodnych snów. Raczej wybierzcie sobie koszmary. Dostarczę ich wam, ile tylko chcecie – do wyboru, do koloru. Będą pieprzne i czarne jak smoła, co więcej, będą dostatecznie okropne, by mogły uchodzić za prawdziwe.
Skłonność, jaką przejawiacie, stawiając znak równania między prawdą a brzydotą, a która każe wam wykluczyć z waszych myśli wszystko, co mogłoby je skłonić do podziwu, stanowi ósmy grzech główny. Nie ma go na oficjalnej liście. To mój wynalazek, za które należy mi się wasza wdzięczność.
.
Do widzenia -

Diabeł

P.S.
A propos koszmarów: spośród usług świadczonych wam dawnymi czasy straszenie piekłem nie było najmniej ważną. Skoro potępienie było jedyną karą, reszta nie budziła wielkiego lęku. Teraz, kiedy już nie boicie się czeluści piekielnych, boicie się wszystkiego, a przede wszystkim siebie samych. Przypomnijcie sobie zdanie André Malraux o nazistach, którzy dali niejedną lekcję zastępom piekielnym. Jeżeli przesadził, to niewiele.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 08.11.08, 12:07

André Frossard: 36 DOWODÓW NA ISTNIENIE DIABŁA (fragmenty)

powrót do początku

Moskwa, 2 grudnia

Drogi Panie!
Idźmy dalej.
Dowód czwarty
.
Zafascynowani moim przykładem odmawiacie zgody na swą ludzką kondycję. To wielkie novum tego stulecia! Jak ja was rozumiem!
Swego czasu śpiewaliście na Anioł Pański – w kościołach, wśród pól i łąk, z pochyloną głową i dłońmi pobożnie złożonymi:
A słowo ciałem się stało
I mieszkało między nami.

To było wzruszające. Ale fakt, że Bóg stał się człowiekiem, to jeszcze nie powód, żebyście mieli robić to samo. Wręcz odwrotnie. W moim przekonaniu właśnie tu leży głęboko ukryta przyczyna waszej awersji do ludzkiej natury, którą od pewnego czasu odrzucacie z zaciekłością, zaprzeczając, jakoby w ogóle istniała lub jakoby dawała się zdefiniować w sposób zadowalający. Cóż – nie grzeszycie nadmiarem inteligencji i sam fakt, że jakiś bóg ubrał się w waszą skórę, bardzo wam z początku pochlebiał. Potem zaczęliście się nad nim zastanawiać (co zazwyczaj zabiera wam sporo czasu) i w końcu doszliście do następującej refleksji:
Zmiana Starego Przymierza na przymierze natury boskiej z ludzką zabrała wam możliwość stania się kiedyś czymś innym, czymś zupełnie nowym i autonomicznym, co nikomu niczego by nie zawdzięczało. Stąd po wielu wiekach rozważań - zrazu osłupiałych z wrażenia, potem rozczarowanych, w końcu wręcz ponurych – nastąpiła faza negacji, którą przeżywacie teraz, a która powtarza moją własną historię uboższymi środkami, jakie macie do dyspozycji.
Bo przecież i ja sam, weźcie to pod uwagę – i to na długo przed wami – nie zgiąłem kolana przed tym złożonym bytem, w którym tak długo widzieliście i czciliście Mesjasza. Co znowu? Bóg człowiekiem?! A co stanie się ze świętymi przywilejami właściwej hierarchii, gdy bóstwo rozpoczyna istnienie na najniższym szczeblu?
Nie zgadzając się na tak paskudny proceder, zgłosiłem veto, które teraz mozolnie staracie się wyartykułować we własnym imieniu.
To tyle. Za chwilę mój piąty dowód. Na razie mam jeszcze sprawę na giełdzie, gdzie grożący krach może spowodować pojawienie się bardziej ludzkich uczuć u sług Mamony. Mam zamiar natychmiast zmienić ten bieg spraw i zarazić przemiłych czcicieli Złotego Cielca nową upajającą gorączką złotych interesów.
.
Zawsze do usług -

Diabeł


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 09.11.08, 18:59

Wall Street, 2 grudnia

Drogi Panie!

Dowód piąty,
zgodnie z obietnicą:
.
Zapewne przypomina sobie Pan zdanie: Jeśli będziecie jedli owoc z drzewa zakazanego, będziecie jako bogowie, znający dobro i zło(1). To moje słowa. Pikanterii dodawał tej tezie fakt, że zło nie istniało w tamtej epoce. Jeszcze dziś śmieję się z tego kawału. Ale dajmy pokój minionym czasom.
Dziś wasza wykolejona moralność straciła wszelką orientację. Pojęcia zła i dobra przemieszały się całkowicie w mgłach nieświadomości. W rezultacie chwalicie to, co było zakazane wczoraj, a krzywicie się na to, co wczoraj uważaliście za dobre. W zamglonej wizji waszej moralności Kain jest niewinny – to Abel zawinił. Dziś waszym moralistom ani by się śniło przejmować się Dreyfusem, chyba że naprawdę byłby winny zdrady w sposób jawny i oczywisty. Dreyfus niewinny nie wzbudziłby niczyjego zainteresowania.

(1) Rdz 3:5.
Biblia online
Ostatnio zmieniony 27.11.13, 13:08 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 3 razy.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 10.11.08, 20:13

Dowód szósty
.
Przewrotna moralność ma swój odpowiednik w zboczeniach obyczajowych. W tej dziedzinie robicie pod moją batutą piorunujące postępy. Słyszałem, jak młody klecha niefrasobliwie udowadniał, że Pismo Święte wcale nie potępia pederastii i że Sodoma zginęła z zupełnie innych powodów niż ten, który od czterech czy pięciu tysięcy lat uchodził za przekonujący. Księżulo najwyraźniej nie pamiętał odpowiedniego ustępu z Księgi Rodzaju(1), gdzie chmara sodomitów obległa dom Lota, aby zmusić jego gości do znanych praktyk, jako że nie pozwalano na wyjątki w tej dziedzinie. Nie pamiętał także zakazu z Księgi Kapłańskiej(2) ani słów z listu św. Pawła na ten temat(3). Nie jestem w stanie określić, ilu telewidzów odniosło wrażenie, że dla dzisiejszego Kościoła grzechy contra naturam są mniej ważne od grzechów naturalnych. Małżeństwa pederastów jeszcze nie uzyskały aprobaty władz cywilnych i kościelnych(4), ale udało mi się niedawno wyświęcić jedną taką parę rękami księdza z Holandii. Jedna jaskółka nie czyni wiosny, to prawda. Ale mnie wcale nie o wiosnę chodzi.
W związku z powyższym na pewno zauważył Pan ironię tkwiącą w pojęciu heteroseksualny, które określa ludzi normalnych płciowo, a tymczasem zdaje się zaliczać ich do heterodoksów i heretyków. Dziwne, co?
Proszę Pana! W dziedzinie seksu mogę z wami zrobić wszystko, cokolwiek mi się zamarzy. Niech Pan zwróci uwagę na szybko rozprzestrzeniające się zjawiska w rodzaju dzielenia uczuć i wierności pluralistycznej! Niedługo będziecie musieli szukać schronienia w katakumbach, by spokojnie wymienić słowa miłosnej przysięgi.
.
Do miłego -

Diabeł

(1) Rdz 19:4-9.
(2) Kpł 18:22, 20:33.
(3) 1 Kor 6:9, Rz 1:26-28.
(4) Pisane w roku 1977.

Biblia online
Ostatnio zmieniony 27.11.13, 13:08 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 3 razy.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 11.11.08, 17:21

Buenos Aires, 2 grudnia

Drogi Panie!

Dowód siódmy
wynikający z obu poprzednich
.
W myśl nowej moralności, którą spreparowałem na wasz użytek, tylko winni są niewinni – z czego wynika, że niewinni są obarczeni winą i to tym cięższą, im bardziej są bezbronni.
Ociągaliście się z wyciągnięciem ostatecznych wniosków z tego stanu rzeczy, ale w końcu się to stało: ostatnio po raz pierwszy w dziejach waszego chrześcijańskiego kraju zadekretowano, że oto wolno już zabijać niewinnych, pod warunkiem, że jeszcze niezupełnie pojawili się na tym świecie.
Stwierdzono, że kobieta ciężarna doznaje agresji ze strony swego dziecka i wobec tego ma podstawy do legalnej obrony swej osoby przed nim. Ojciec podobnie, jakkolwiek on sam nie jest tak bezpośrednio zagrożony w swym istnieniu. Społeczeństwo też, bo widzi grożącą konieczność wzięcia na swe barki nowej istoty. I oto dziecko staje się wrogiem. Zresztą będziecie mieli okazję nawiązać poufny dialog z tymi spośród nich, którym uda się uniknąć masakry.
Od tego czasu (z pewnością już to zauważyliście) wszystko jest u was poronione:
- poroniony jest program społeczny
- poronione są projekty rządowe
- poronione porozumienie lewicy
- poronione reformy i Europa
- podobnie jak cała reszta.
Żyjecie pod reżimem upowszechnionego przerywania ciąży.

(1) W roku 1975, czyli 3 lata przed pierwszym wydaniem tej książki, wprowadzono we Francji aborcję na życzenie (przyp. A.W.).

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 12.11.08, 16:50

Dowód ósmy
.
Narkotyki stanowią niezły sposób na ucieczkę z tego świata bez udawania się dokądkolwiek. Dzięki nim ziemia przestaje was ograniczać i możecie doznawać na ziemi rozkoszy kosmicznego szybowania, dotychczas dostępnej tylko aniołom i kosmonautom.
Zgodnie z moimi wytycznymi korzystacie z nich z chwalebną żarłocznością. Narkomanów spotyka się już w szóstej klasie, a i wy, dorośli, praktykujecie to samo – na tyle, na ile to jest legalne. Nie stosujecie zapewne narkotyków w stanie surowym, ale łykacie bez przerwy masy pigułek, które albo uśmierzają, albo udzielają podniety waszym zmysłom, lub też powodują, że wpadacie w stan absolutnego i wzniosłego zobojętnienia w stosunku do świata i swoich bliźnich.
Religia jest opium ludu, mawiał Karol Marks. To było dawno. Tezę należy odwrócić: to opium stało się religią ludu.
.
Na wasze zdrowie, w błyskotliwej zmienności mego oszałamiającego geniuszu -

Diabeł


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 13.11.08, 18:48

Le Cap, 2 grudnia

Drogi Panie!
.
Jeśli Pan pozwoli, idźmy dalej w tym rozważaniu moich dokonań i dobrodziejstw.
.
Dowód dziewiąty
.
Jednym z powodów do dumy jest dla mnie społeczeństwo przemysłowe. Czasem miewam wrażenie, że te trujące wyziewy, zielone dymy i ognie piekielne zbyt wyraźnie ujawniają moją obecność.
Próżne obawy. Mechanizacja jednostki, hałas fabryczny, który opróżnia głowy i powoduje drżenie kończyn, odczłowieczony układ stosunków międzyludzkich, jaki powstaje wskutek pracy przy taśmie – tego było za mało, by wzbudzić w was cień podejrzenia. Bałem się przerysowania roli, jak to określają aktorzy. Ale wszystko jest w porządku. To świetnie, będę mógł dorzucić to i owo.
Konsumować aby produkować, a nie produkować aby konsumować – oto prawo, które wam narzucam, żeby otoczyć was rojem pokus i wskazać, jak macie im ulegać.
I kiedy wreszcie pozwolę wam zdobyć przedmiot waszego pożądania, natychmiast powołuję do życia coś nowego, co sprawia, że wasza ”zdobycz” jest już niemodna i dzięki temu traci wartość w waszych oczach.
Mój drogi Panie, wszelkie szczęście, które nie daje się schwytać, jest tylko marzeniem, a to, które się schwytać daje, zamienia się w popiół. Tak to wprowadzam Pana w sekrety mechanizmu przywidzeń, który jest w moim królestwie nieźle rozwinięty.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 15.11.08, 11:56

Dowód dziesiąty
.
Jak Pan zapewne zrozumiał czytając jeden z moich paryskich listów, skoncentrowałem was w miastach, aby oderwać was od kontaktu z przyrodą, której elokwentna religijność doprowadza mnie do rozpaczy. Byle płatek róży daje początek kontemplacyjnej spirali, która dociera w koncu do krzywizny kosmosu, aby do baletu gwiazd dorzucić i swój aromat. Miasto z jego mrowiem pudełkowatych domów, z przegrodami, z prebłyskiem pokawałkowanego nieba, fragmentaryzuje spojrzenie i wykoleja medytację. Nieszczęśnik, który padnie jego ofiarą, jedną połowę życia spędza na drążeniu dziury w jego labiryntach, a drugą na poszukiwaniu drogi wyjścia.
Jesteście do tego stopnia oderwani od przyrody, że wkrótce drzewo wyda wam się naroślą, która budzi odrazę, a polna trawa przykładem wstrętnej kosmatej anomalii. Zresztą w centrum kulturalnym Beaubourg roślinność na placu zabaw dla dzieci jest zrobiona z tworzyw sztucznych. Roboty w kształcie maluchów jeszcze nie są wykończone jak trzeba, ale dekoracje są już na miejscu.
.
Polistyrenicznie Pański

Diabeł


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 17.11.08, 15:37

Paryż, 2 grudnia

Drogi Panie!
.
Schodząc w dół ku Jerozolimie w Niedzielę Palmową, Chrystus zapytywał sam siebie, czy znajdzie jeszcze trochę wiary na ziemi, kiedy przyjdzie ponownie na obłokach niebieskich.
To pytanie jest już nieaktualne. Wiara ulotniła się jak sen. Ta czarodziejka teologiczna, rzekomo zdolna podnosić góry, podnosi co najwyżej zastrzeżenia i nie przesunęłaby nawet marnego kretowiska. Łatwo zgadnąć, dlaczego. W porządku wiary miłość poprzedza poznanie – trzeba kochać, aby poznać, zgodnie z imperatywem przykazania: Będziesz miłował Pana Boga, będziesz miłował bliźniego jak siebie samego. Irracjonalnego charakteru takiej procedury nie trzeba nawet podkreślać. Filozofia, której was nauczyłem, zgodnie z logiką mówi, że poznanie poprzedza miłość, a skoro proces poznania nigdy nie może dojść do końca, na miłowanie pozostaje mnóstwo czasu. Nie ma po co się spieszyć. To jest mój punkt widzenia, który przyjęliście za swój. A to prowadzi was w praktyce do rozsądnego ateizmu i na razie nic więcej od was nie wymagam.
To jest mój
dowód jedenasty.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 18.11.08, 09:53

Dowód trzynasty
.
Trzecia cnota teologiczna, caritas, wywołuje w was słuszną nieufność.
Proszę tu podziwiać moją technikę. Najpierw sprowadziłem to słowo – które oznacza samą istotę Innego – do jego znaczenia najmniej naznaczonego tajemnicą, po czym wydrelowałem je z jego nadprzyrodzonych treści. Później nietrudno już było przekonać was, że caritas tak odbóstwiona i zredukowana do rzędu dobrych uczynków jest niczym innym jak tylko zręcznym omijaniem sprawiedliwości i że stwarza pomiędzy dającym a biorącym niedopuszczalny stosunek zależności.
Pochłonięty dowodzeniem zapomniałem powiedzieć, że w świecie duchowym świadczy bliźniemu miłosierdzie nie ten, kto daje, lecz ten, kto przyjmuje.
Przepraszam.

Diabeł


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 20.11.08, 12:42

Baden-Baden, 2 grudnia

Drogi Panie!
.
Dowód czternasty
.
Przy współpracy kol. Hegla, fabrykanta wirtemberskich kiełbasek, w których Byt i Niebyt posiekane na drobno i wepchnięte razem w cienką kiszkę Idei tworzą jedno z tych smakowitych dań, których wasza brać uniwersytecka już od stu albo i dwustu lat nigdy nie ma dosyć, nauczyłem was dialektyki.
To właśnie dialektyka (teza, antyteza, synteza, oczko w prawo, oczko w lewo, w ten sposób można dziergać wszechświat bez konca) wodzi was od konfliktu do konfliktu we wszystkich dziedzinach kultury, polityki i życia społecznego. Żyjecie pod panowaniem nieustannej przemocy i gwałtu, ze zgrozą przepytując własne sumienie, nic nie rozumiejąc z tego zjawiska i, co więcej, nie mogąc opanować zła. Czyżbyście byli jeszcze głupsi niż sobie wyobrażałem? Nadstawcie uszu – dialektyka rodzi nienawiść, a przemoc jest naturalnym wynikiem jej wahadłowych ruchów.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 21.11.08, 19:25

Dowód piętnasty
.
Wpakowałem was z dwudziestoletnią przerwą (czas konieczny na podhodowanie nowych rekrutów) w dwie wojny światowe i założę się, że nie znajdziecie dla nich racjonalnego uzasadnienia, które by nie implikowało mojej bezpośredniej i osobistej interwencji.
Szukajcie, a nie znajdziecie. Jak zwykle.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 22.11.08, 16:54

Dowód szesnasty
.
Zaszczepiłem waszym umysłom sceptycyzm. Przyjął się znakomicie. Demokraci nie wierzą już w demokrację i nie ośmielają się jej bronić, gdy tego wymaga sytuacja. [---][Ustawa z dn. 31 lipca 1981 r. O kontroli publikacji i widowisk, art. 2, pkt. 6 (Dz.U. nr 20, poz. 99, zm. 1983, Dz.U. nr 44, poz. 204)]. Malarze nie wierzą już w malarstwo i częściej o nim mówią niż malują. Nauka wątpi sama w siebie i już nie chwali się, że ma odpowiedź na wszystkie ludzkie zapytania. Gdy jednak przekonałem ją o jej impotencji, wymogłem zarazem, że się do tego nigdy nie przyzna. Niezłe zagranie moim zdaniem.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 23.11.08, 14:28

Dowód siedemnasty
.
Wyzwoliłem was od trudu kontemplacji – luksusowe to zajęcie i daremne – wykazując, że obiektywizm jest niemożliwy.
Pierwsza konsekwencja: prawda przestała dla was istnieć.
Druga konsekwencja, jeszcze korzystniejsza: błąd też.
.
Subiektywnie Pański

Diabeł


Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 24.11.08, 14:21

Lyon, 3 grudnia

Drogi Panie!
.
Dowód osiemnasty
.
Rozpowszechniłem wśród was filozofię absurdu, która ma tę szczególnie piękną zaletę, że nie może się zweryfikować nie negując równocześnie samej siebie.
Z tego wynika, że im myśl jest mniej logiczna, tym większe ma szanse uchodzić za prawdziwą, a im bardziej jest idiotyczna, tym mniej kontrowersyjna. Mam nadzieję, że te żarty spodobają się Panu.

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Minerwa » 24.11.08, 15:43

- Pirulcia jest ogromnie inteligentna. Całą swoją inteligencję wysila tylko w jednym celu - jak udowodnić całemu światu, że to nie ona zawiniła, ale świat. Nie obudziła się na czas - jakie marne budziki teraz produkują! Spóźniła się na spotkanie - kto wymyślił, żeby zaczynać tak wcześnie! Oblała się gorącą kawą - jak można tak głupio ustawiać stół? Rozchorowała się z przejedzenia - dlaczego nikt jej nie ostrzegł, że jedzenie szkodzi? Nie udało jej się zaprzyjaźnić z żadnym zwierzątkiem - bo wszyscy myślą tylko o sobie, a ją denerwują takie osoby!
- W takim razie sama siebie chyba też denerwuje?
- Właśnie się zastanawiam, czy widziałem kiedyś Pirulcię, która miałaby pretensję do siebie. I chyba nie widziałem! (...)
- I co, próbowałeś pomóc Pirulci?
- Kilkakrotnie. Na przykład, pomyślałem sobie, że może brakuje jej ciekawego zajęcia. Poprosiłem Pućka, bibliotekarza, by przyjął ją jako pomocnicę do biblioteki. Narobiła tam takiego zamieszania, że potem z trudem uporządkowaliśmy księgozbiór. Puciek, który jest jedną z najcierpliwszych istot jakie znam, nie wytrzymał dopiero kiedy zobaczył Pirulcię jedzącą drugie śniadanie na rękopisie poematu Fikandra "Zaklęcia na czas pożegnań".
- Zgroza!
- I oczywiście to Puciek był winny, że zrezygnował ze współpracy z nią, bo moja kuzynka ani przez moment nie czuła się odpowiedzialna za swoje barbarzyństwo.
- A co potem?
- Cóż, Pirulcia podejmowała różne prace, ale zawsze dochodziło do katastrofy.
- Mam nadzieję, że twoja historia o Pirulci nie zakończy się smutnym wnioskiem, że nie można nic zmienić?
- Ależ skąd! - zapewniło Zwierzątko. - Wyobraź sobie, że pewnego dnia to ja zrobiłem awanturę mojej kuzynce. Wiesz, że awantury potrafię urządzać doskonale! - Dlaczego zawsze szukasz winnych - darłem się - a nie pomyślisz, że może jest w tym trochę twojej winy! Nie przyjaźnisz się z nikim, bo masz wyłącznie wymagania, żeby przyjaciel nie robił nic, tylko zajmował się tobą! A czy ty umiesz zająć się nim? Co zrobiłaś dla kogoś? Nie dla własnej egoistycznej przyjemności, tylko dla innych osób?
Kajetan był pod wrażeniem.
- A co Pirulcia na to?
- Prawie się na mnie obraziła. Prawie, bo właściwie zawsze robiła miny, że jest obrażona, więc trudno mi ustalić, po której stronie obrażenia jest w danej chwili. Czy po tej, że może mi kiedyś wybaczy, czy po tej, że nie wybaczy mi nigdy?
- I co powiedziała?
- Pirulcia jest bardzo bystrą osobą. Na tak agresywny i frontalny atak nie była przygotowana. A ja nadal krzyczałem. - Daj coś z siebie innym! Skup się na tych naprawdę nieszczęśliwych, którzy mają prawdziwe troski i zmartwienia. Nawet sobie nie wyobrażasz, ile jest osób z prawdziwymi problemami! Poszukaj tych, którym możesz być potrzebna! I przestań bez przerwy myśleć o sobie!
- Ostro! - skomentował Chrumps.
- Zabrakło mi cierpliwości. Skończyłem mówić i po prostu sobie poszedłem. Po paru dniach zacząłem się martwić o Pirulcię. A co będzie, jeśli po tym moim przemówieniu wyjedzie gdzieś daleko? Na przykład na pustynię, uczyć surykatki i ratować serwale?
- Wyjechała?
- Poczekaj. Idę więc w kierunku jej norki i widze, jak wychodzą stamtąd dwa jeże. Roześmiane, zadowolone. Kwiatki na parapecie, ta sama firanka... Chyba nie wyjechała. Patrzę... wchodzi do norki wiewiórka. Z norki dobiega wesoła muzyka. Wiewiórka wybiega cała w podskokach. Mija się w drzwiach z kuną i wymieniają uprzejme ukłony... Podchodzę pod samą norkę... i co widzę?
- Kończ, proszę!
- Na drzwiach napis: "Pirulia Tenrek - dyplomowane porady. Jak żyć. Od poniedziałku do piątku w godzinach 11 - 15. Pukać trzy razy, nie za głośno".

Maciej Wojtyszko, Bromba i psychologia, Warszawa 2007

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 26.11.08, 18:54

André Frossard: 36 DOWODÓW NA ISTNIENIE DIABŁA (fragmenty)

powrót do początku
Dowód dziewiętnasty
.
W końcowej części książki Pańskiego przyjaciela Chestertona Kula i krzyż ostatnie zdrowo myślące jednostki, których wiara w Boga lub człowieka zagraża regułom ustalonego porządku, są uznawane za chorych umysłowo i izolowane przez wszechwładnego lekarza, podobnego do mnie jak rodzony brat.
Nie muszę Panu przypominać, gdzie zostało zrealizowane to proroctwo z lat trzydziestych naszego stulecia, w jakim kraju żyją dziś ludzie, o których mowa, w jaki sposób są traktowani przez oficjalną psychiatrię i w jakich to miejscach odosobnienia trzyma się ich pod kluczem.
Ostatnio zmieniony 28.11.08, 12:08 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 27.11.08, 12:10

Dowód dwudziesty
nawiązujący do osiemnastego
.
Oprócz filozofii absurdu wymyśliłem także wszystkie te filozofie, których pobożnie nauczacie (na mój pożytek) dzieci w waszych szkołach. Nie będę ich wyliczał, bo mogę zostać posądzony o recytowanie lekcji.
Wszystkie, rzecz jasna, wychodzą z tego samego założenia: że ja nie istnieję i nie mogę istnieć. Czy to nie śmieszne? Niedużo brakuje, by zaczęły rozumować dokładnie tak jak ja.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 28.11.08, 12:09

Dowód dwudziesty pierwszy
.



Oświęcim.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 03.12.08, 21:55

Dowód dwudziesty drugi
.
[---][Ustawa z dn. 31 lipca 1981 r. O kontroli publikacji i widowisk, art. 2, pkt. 3 (Dz.U. nr 20, poz. 99, zm. 1983, Dz.U. nr 44, poz. 204)]

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 09.12.08, 12:47

Dowód dwudziesty trzeci
.
Wbiłem wam w głowę słowo ”mit”, słowo magiczne, słowo-spustoszenie, które zrujnowało cały wasz system pojmowania życia pozagrobowego, a także powstrzymuje was od zerkania w stronę tego, co niewidzialne, z obawy, że można tam coś zobaczyć.
Niezłe zagranie, co?

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 11.12.08, 21:52

Dowód dwudziesty czwarty
.
Wasi biskupi zadekretowali niedawno(1), że odtąd polityka zalicza się do celów ostatecznych ludzkości. Nie muszę Pana przekonywać, jak bardzo ta formułka przypadła mi do gustu. Swego czasu żałowałem ogromnie, żegnając się in extremis z p. Charlesem Maurrasem, który u kresu życia niegodnie mnie opuścił, by wrócić na łono katolickiego, apostolskiego i rzymskiego Kościoła. Teraz z przyjemnością patrzyłem, jak instytucja, która go ongiś odrzuciła, przyjmuje za swój zwrot ”polityka przede wszystkim”, który kiedyś był główną przyczyną potępienia Maurrasa. Myślę, że nie mylicie się w tej sprawie – doprawdy chodzi tu o politykę przede wszystkim, albowiem w systemie myślenia religijnego cele ostateczne zajmują pierwsze miejsce.

(1) Książka powstała w roku 1977 we Francji.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 12.12.08, 15:46

Dowód dwudziesty piąty
.
Wasz Tomasz z Akwinu utrzymywał, że celem społeczeństw jest umożliwić ludziom oddanie się kontemplacji Pana Boga.
Szalony pomysł. Ze słów ”polityka przede wszystkim”, wzmiankowanych wyżej, logicznie wynika, że państwo nie ma innego celu jak tylko siebie. A społeczeństwo, które jest jedynym celem samo dla siebie, stanowi w istocie rzeczy społeczeństwo totalitarne. Jak pan dobrze wie, zacieśnienie horyzontów intelektualnych, charakterystyczne dla społeczeństw tego typu, jest z mojego punktu widzenia bardzo korzystne: produkuje kolejne generacje technokratów, którzy nigdy nie przeżywają konfliktów wewnętrznych, jakie zniekształcały wyznawców Chrystusa przed ukształtowaniem ich na nowo.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Przerywnik przerywnika

Postautor: Arthur Weasley » 16.12.08, 14:50

Przerywnik w przerywniku ;)
Leszek K. Talko
DZIECKO DLA POCZĄTKUJĄCYCH

Rozdział III:
Co zrobić, kiedy dziecko płacze w nocy,
czyli niech ta cholera wyłączy syrenę

(fragment)


Zanim Pitulek się pojawił, spotykaliśmy rodziców z dziećmi, którzy uwielbiali opowiadać, co potrafią zrobić ich maluchy i jak to jest być rodzicem.
- Co nowego? - pytałem, a dumny tata zaczynał opowieść:
- Wyobraź sobie, że Anulka potrafi już jeść łyżeczką. Jestem z niej dumny.
Albo:
- Misiaczek już siada. To niesamowite! I tak rozkosznie się uśmiecha!
Nic dziwnego, że moja wizja ojcostwa okazała się niezupełnie prawdziwa. Bycie ojcem wydawało mi się czymś ze starych uroczych książek o Imperium Brytyjskim. W jednej z nich wyczytałem, że dziećmi brytyjskich oficerów w Indiach opiekowały się hinduskie nianie. Spędzały z dziećmi całe dnie, a raz dziennie przychodziły zaprezentować rodzicom ich pociechy. Miało to miejsce w porze na herbatkę. Eleganckie damy skubały herbatniki, panowie popijali darjeeling i komentowali. Siedział bym więc w cieniu i uprzejmie zwracał się do szacownej małżonki:
- Widzisz, moja droga, podobno nasz mały John już siada.
- Och, to doprawdy niezwykłe - odpowiadałaby mi lady Talko.
- To szczera prawda - przytaknąłbym i podkręcił wąsa (jako brytyjski oficer miałbym rzecz jasna wąsy).
- Moja droga - zwróciłbym się innym razem do Moniki, która jako dobra żona brytyjskiego oficera siedziałaby, rzecz jasna, gdzieś z boku otoczona żonami innych oficerów, żeby się nie nudzić - w jakimże to wieku nasz drogi syn zaczął się sam poruszać?
- Doprawdy nie wiem - odparłaby Monika. Skąd miałaby to wiedzieć, skoro widywalibyśmy naszego drogiego syna przez kwadrans dziennie? - Zawołam naszą starą wierną nianię, ona pamięta takie szczegóły.
Kiedy stara Hinduska zjawiłąby się sprowadzona przez jednego z lokajów, skinąłbym palcem.
- Mały panicz sam chodzić mieć rok bez jeden miesiąc - wyszeptałaby niania, patrząc na swoje stopy.
- Ach, no właśnie. Widzi więc pan, pułkowniku, że wygrałem zakład, iż nasz mały rekrut zaczął maszerować, zanim skończył rok - uśmiechnąłbym się pod wąsem i poprosił o jeszcze kropelkę sherry.
Potem rozmowa zeszłaby jak zwykle na ostatnie polowanie na tygrysa-ludojada i do tematu dzieci wrócilibyśmy gdzieś po dziesięciu latach, kiedy ktoś ze służby przypomniałby, że czas już wysłać młodego panicza do starego kraju do szkoły z internatem. Oczywiście później wróciłby na łono rodziny jako dorodny młodzieniec, ja nauczyłbym go polować na tygrysy, a potem Pitulek naturalną koleją rzeczy zostałby oddelegowany do swojego pułku w Śrinagarze (z jakiegoś powodu mam sentyment do tej nazwy), spotkałby jakąś miłą córkę pułkownika, spłodził dzieci i widywał je przez kwadrans dziennie. Od czasu do czasu (powiedzmy raz na pół roku) grywalibyśmy w golfa.
Tak, tak. Ten system naprawdę działał, a patrząc na księcia Williama można przyjąć, że działa nadal.
Zanim zostaliśmy rodzicami Pitulka, uważałem brytyjskie obyczaje za barbarzyńskie.
- Nic dziwnego, że Imperium upadło! - mówiłem Monice.
Odkąd jednak zostałem ojcem, codziennie rosło we mnie ponure przekonanie, że ci Anglicy wiedzieli, co robią, i to właśnie dlatego Imperium przetrwało tak długo.
Ostatnio zmieniony 11.01.09, 18:20 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 11.01.09, 18:03

Dowód dwudziesty szósty
.
Na próżno zachodzicie w głowę, dlaczego od początku tego stulecia zwaliło się na świat tyle systemów przemocy i jaki to tajemny łańcuszek przyczyn i skutków prowadzi od demokracji liberalnej do państwa policyjnego. Niech Pan jeszcze raz rzuci okiem na poprzedni akapit.
Społeczenstwo ludzkie, które wyklucza nieskończoność, staje się z konieczności społeczenstwem więziennym. Doskonale. Wszystko, co ratuje was od spotkania z transcendencją, ma moje błogosławieństwo.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 13.01.09, 10:08

Dowód dwudziesty siódmy
wynikający z tej samej logiki
.
Jak już dałem wam do zrozumienia, jesteście zdefinalizowani, inaczej mówiąc – pozbawieni wieczności jako celu.
A skoro każda istota posiada byt jako funkcje swego celu (jak powiedział filozof, który nie zawsze się mylił), wobec tego nie mając celu nie macie i początku. Krótko mówiąc – zredukowani do rzędu danych statystycznych nie istniejecie naprawdę. Oto pomyślne uproszczenie sprawy. Cała zasługa po mojej stronie. Zrobi mi Pan przyjemność wierząc, że tak jest w istocie.
.

Mitycznie Pański
Diabeł


Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Minerwa » 07.02.09, 20:48

Kibel
czyli to, co z łaski wydawnictwa mogę sobie powiesić :)

Przekład mój.

Kontrasty
Olga Bezmirna

Путь свой мы выбираем сами
И к достижению идем.
Но кто подскажет, что потом:
Свет аль только тьму восславим?

Не так просты и свет, и тень:
И разны, и всегда едины.
Творенья свет неповторимый
Рождает ночь, что ищет день!

И стоит ли искать так рьяно
Тот свет, что в ближнем есть любом,
И страсть оставив на потом,
Принять и тьму, и свет во здраво.

И ровно не делить весь мир,
Ведь света нет без мягкой тени,
Не уподобиться стремленью
Кромсать тьмы нежное сукно.

Ведь зло не в тьме, а в черствых душах,
С годами видится оно.
Борьбы достойно лишь одно,
Преданья старины послушай.

Любовь растить, объединять
И свет, и Тьму во славу Бога
И верить, пусть трудна дорога,
Но быть Спасителю подстать.


Gdy u początku drogi człowiek stanie,
Nikt mu tej kwestii rozwiązać nie spieszy:
Kto z jego życia bardziej się ucieszy
Światło czy ciemność? – oto jest pytanie.

Mroku i światła, i prawa i lewa
Nie warto gwałtem rozdzielać na dwoje.
Kto świat swój tworzy, musi wziąć oboje:
Dnia pragnie - ciemność dokoła rozsiewa.

Czy warto światła szukać tak zawzięcie
Choć tak się bliskim i miłym wydaje,
Pasję szukania na czas odkładając,
Światło i ciemność zrównać jednym cięciem.

Źle, kiedy świat na dwoje dzielić zaczniesz,
Wszak światła nie ma bez miękkiego cienia,
Nie warto, światła szukając promienia,
Ciemności krajać sukno delikatne.

Zło nie w ciemności śpi, lecz w sercach ludzi,
Ta prawda z czasem widoczna się staje
I jedno starań wartym się wydaje,
Co z dawnych pieśni wezwanie obudzi.

Rozsiewać miłość, światła nie oddzielać
Bo wraz z ciemnością służy chwale Boga
I dalej dążyć, choć niełatwa droga,
Wypełniać życiem wolę Zbawiciela.

O tułaczce
Zespół „Arda”

Голоса меня зовут
Пускай, не дано понять, их суть одна.
Меня обрекали, был обречен,
Прощен, хоть не просил
Так в чем моя вина?
Застынут в вечной мерзлоте
Слова, не сказанные мной,
Скитаюсь слепо по Земле,
Не находя себе покоя.

Снова стон, за туман, за горизонт
Словно навсегда, забудь меня
Далеко, на земле других икон
Умираю я в скитаниях
Как будто нет вокруг людей.
А воздух чистый, но чужой.
И нет здесь силы, чтоб была меня сильней,
Сильнее слабости такой…

Запад и восток, ветер и поток.
Я все узнал и все сберег.
Пепел и песок, серая трава у кривых дорог,
Но я устал, и вышел срок.
Или на кресте или по воде,
Сломанный судьбой, брошенный толпе,
Привыкшей лгать самой себе.
Я хочу узнать, я хочу понять,
Что происходит на Земле?

О Скитаниях Вечных и о Земле песня моя.
Знать, что путь бесконечен,
Смотреть, как время сушит моря.
О Скитаниях Вечных,
О ветрах наших встречных,
О путях наших млечных,
И о Земле песня моя.

Нет, мне не хватит лет, стану травой.
Лучше, чем смех в ответ
Мольбе пустой…
Дальние облака скроют закат.
Встав на тропу, никак
Не повернуть назад.

Ночь растает надеждой,
Услышав плач, стану другим.
Голос манит как прежде,
Но до него никак не дойти.
Снова встану у края,
Шагну вперед, а дальше Земля.
Я вернусь, я обещаю.
И образ Твой разбудит меня…


Te głosy mnie wzywają,
Choć sens w pamięci ginie,
Skazują, przebaczają,
Choć o to nie prosiłem,
Więc czemu jestem winien?
To, czego nie wypowiem,
Idąc przez świat jak ślepy,
Zastygło w wiecznym lodzie -
A mnie znikąd pociechy.

*
Znowu iść, tam, za rzekę, horyzont…
Uciec, odejść, na zawsze, zapomnij,
W kraju obcych bogów samotny
Umrę - tułacz na świecie ogromnym.
Tu gdzie czyste lecz cudze powietrze,
A tych ludzi - jakby wcale nie było
Nie ma siły ode mnie mocniejszej.
Moja słabość największą jest siłą.

*
Wschód, zachód, wiatr i potok
W pamięci mej zostaje.
Siadam zmęczony drogą
Gdzieś w trawie na rozstajach.
Szedłem, przeszedłem swoje
Na krzyżu i po wodzie
I wciąż próbuję pojąć
O co w tym wszystkim chodzi?

*
Chcę o Ziemi, o Wiecznej Tułaczce,
O wędrówce bez końca zaśpiewać,
Siąść na brzegu morza i patrzeć
Jak czas wodę w piasek rozwiewa.
O wiatrach na spotkanie,
O wiecznym wędrowaniu,
O naszych mlecznych drogach,
I o Ziemi śpiewam.

Czasu braknie, obrócę się w trawę,
Jeszcze zanim usłyszą, wyśmieją
Moje puste, daremne błaganie.
Przyjdą chmury i zachód pokryją.
Nie powrócę na szlak.
I nie wstanę. Bo jak?

*
Noc rozpływa się nadzieją.
Zmienię się, gdy płacz usłyszę,
Lecz ten głos... on się nie zmienia
Gdy mnie woła w nocną ciszę.
Ze snu śmierci się ocucę,
Zrobię krok – i znowu idę.
Obiecuję, że powrócę,
Gdy obudzi mnie Twój widok.

Wrota Tamerlana
Zespół „Mielnica”

По лазоревой степи
Ходит месяц молодой,
С белой гривой до копыт,
С позолоченной уздой.
Монистовый звон
Монгольских стремян –
Ветрами рожден
И ливнями прян.

Из кувшина через край
Льется в небо молоко;
Спи, мой милый, засыпай,
Завтра ехать далеко.
Рассвета искал –
Ушел невредим,
Меня целовал
Не ты ли один?

Как у двери Тамерла-
Новой выросла трава;
Я ли не твоя стрела,
Я ль тебе не тетива?
Ты – сердце огня,
Ты – песня знамен,
Покинешь меня,
Степями пленен.

Кибитками лун –
В дорожный туман,
Небесный табун,
Тяжелый колчан;
Чужая стрела,
Луна – пополам,
Полынь да зола –
Тебе, Тамерлан.
Тревожить ковыль – тебе –
В других берегах,
И золотом стыть – тебе –
В высокий курган.
А мне – вышивать
Оливковый лен,
Слезами ронять
Монистовый звон;
Обручью костра
Навеки верна –
Тебе не сестра,
Тебе не жена.


Po stepie, po lazurowym,
Chodzi miesiączek młody.
Uzdę ma pozłacaną,
Białą grzywę do kopyt.
Mosiężny brzęk
Mongolskich strzemion,
Zrodzony z wiatru,
Obmyty ulewą.

*
Leje dzbanek księżycowy,
Nocnym niebem toczy mleko;
Śpij, mój miły, przyłóż głowę,
Jutro jechać masz daleko.
Świtu czekałeś –
Uciekłeś niewinny,
I całowałeś
Ty, czy kto inny?

*
Jak przy wrotach Tamerlana
Wiosna trawą się okrywa
Czy nie jestem twoją strzałą,
I na łuku twym cięciwą?
Ty - serce ognia,
Ty – lot sokoła,
Znów mnie porzucisz,
Gdy step zawoła.

*
W kurzu na drodze
Tabun błękitnieje
I cudza strzała
Księżyc pękł na dwoje
W ciężkim kołczanie
Piołun i popiół -
Tobie, Tamerlanie.
Strachem razić - tobie
W dalekiej krainie,
Złotem stygnąć - tobie
W wysoką mogiłę.
Ja wciąż wyszywam
Len oliwkowy,
Łza cicho spływa
Dźwięczą ozdoby;
Kręgowi ognia
Na wiek poświęcona –
Anim tobie siostra,
Anim tobie żona.

Przywykłem chodzić sam
Aleksiej Romanow

Мы устали от потерь,
А находим слишком редко.
Мы скитались, а теперь
Мы живём в хрустальных клетках.
И теперь чужая радость
Не осушит наших слёз.
И нам осталось
Только ждать, какая малость -
Ждать того, кто не придёт.

Трудно ждать, себе не веря,
Всё стерпеть ещё труднее.
Зажгите свет, откройте двери,
Быть может, мы ещё успеем,
Быть может, мы ещё услышим
Грохот льдин в реке, и я из дома вышел
И увидел, я один и только
Снег на крышах.

И я бежал из ледяного плена,
Слишком мало на земле тепла,
Но я не сдамся, я солдат вселенной,
В мировой войне добра и зла.
И грянул бой на целый белый свет,
И через миг земля очнулась ото сна.
А на земле, как всегда,
То зима, то весна…


Jak męczące są rozstania,
I spotkania nazbyt rzadkie.
Choć skończone wędrowanie
Tkwimy każde w złotej klatce.
I już żadna cudza radość
Nie osuszy naszych łez.
Tylko to nam pozostało,
Tylko czekać - to tak mało -
Tego, co za górą jest.

Kiedy wiary brakło mi,
Jakże ciebie czekać mam?
Zapal światło, otwórz drzwi,
Czy nie stuka ktoś do bram?
Może jeszcze cię usłyszę,
Może jeszcze się doczekam
Gdy wychodzę w nocnej ciszy.
Lodem stoi ciemna rzeka,
Nie wypatrzę cię w zamieci
Tylko śnieg na dachu świeci.

*
Zbiegłem z niewoli przez lodu okowy,
Ciepło na świecie jakby było snem,
Lecz się nie poddam, prosty szeregowy,
W wojnie światowej, tej dobra ze złem.
Runęła wojna na świat jak zaraza,
Ziemia w sekundzie ze snu wzniosła głowę.
A na tej ziemi co rok się to zdarza -
Raz mamy wiosnę, raz mrozy zimowe...

Chcesz?..
Zemfira

Пожалуйста, не умирай,
Или мне придется тоже.
Ты, конечно, сразу в рай,
А я… не думаю, что тоже…

Хочешь, сладких апельсинов?
Хочешь, вслух рассказов длинных?
Хочешь, я взорву все звезды,
Что мешают спать?!

Пожалуйста, только живи,
Ты же видишь, я живу тобою,
Моей огромной любви
Хватит нам двоим с головою.

Хочешь, в море с парусами?
Хочешь, музык новых самых?
Хочешь, я убью соседей,
Что мешают спать?!

Хочешь, солнце вместо лампы?
Хочешь, за окошком Альпы?
Хочешь, я отдам все песни,
Про тебя отдам все песни?!
Хочешь?…


Proszę, miły, nie umieraj,
Bo ja umrę razem z tobą.
Tobie prosto iść do nieba,
A mnie... raczej inną drogą.

Chcesz, przyniosę pomarańcze?
Chcesz, sto baśni znam uroczych,
Chcesz - pogaszę wszystkie gwiazdy,
Niech nie świecą nocą w oczy.

Błagam, miły, nie umieraj.
Żyć bez ciebie już się boję,
Mej miłości przeogromnej
Starczy z górą na nas dwoje.

Chcesz pod żaglem płynąć falą?
Chcesz muzyką się zamroczyć?
Chcesz - sąsiadów pozabijam,
Niech nie świecą nocą w oczy.

Chcesz mieć słońce zamiast lampy?
Chcesz za oknem w śniegu Alpy?
Chcesz, dam wszystkie swoje pieśni,
Nie zostawię jednej pieśni
Chcesz...?

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 07.03.09, 14:26

56 lat temu, ściśle biorąc 5 marca 1953 roku
[baczność!]
przestało bić serce Józefa Stalina
[spocznij]

Wisława Szymborska:
TEN DZIEŃ


Jaki rozkaz przekazuje nam
na sztandarach rewolucji profil czwarty?
- Pod sztandarem rewolucji wzmacniać warty!
Wzmocnić warty u wszystkich bram!

Oto Partia - ludzkości wzrok.
Oto Partia: siła ludów i sumienie.
Nic nie pójdzie z jego życia w zapomnienie.
Jego Partia rozgarnia mrok.

Niewzruszony drukarski znak
drżenia ręki mej piszącej nie przekaże,
nie wykrzywi go ból, łza nie zmaże.
A to słusznie. A to nawet lepiej tak.

więcej wierszy wybitnych poetów
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 21.04.09, 21:01

Zbigniew Herbert
PAN COGITO O POTRZEBIE ŚCISŁOŚCI


1

Pana Cogito
niepokoi problem
z dziedziny matematyki stosowanej

trudności na jakie napotykamy
przy prostych operacjach arytmetycznych

dzieci mają dobrze
dodają jabłko do jabłka
odejmują ziarnko od ziarnka
rachunek się zgadza
przedszkole świata
pulsuje bezpiecznym ciepłem

zmierzono cząstki materii
zważono ciała niebieskie
i tylko w sprawach ludzkich
panoszy się karygodne niedbalstwo
brak ścisłych danych
po bezkresach historii
krąży widmo
widmo nieokreśloności

ilu Greków zginęło pod Troją
- nie wiemy

podać dokładne straty
po obu stronach
w bitwie pod Gaugamelą
Azincourt
Lipskiem
Kutnem

a także liczbę ofiar
białego
czerwonego
brunatnego
ach kolory niewinne kolory
terroru

- nie wiemy
naprawdę nie wiemy

Pan Cogito
odrzuca sensowne wyjaśnienie
że było to dawno
wiatr przemieszał popioły
krew spłynęła do morza

sensowne wyjaśnienia
potęgują niepokój
Pana Cogito
bo nawet to
co dzieje się na naszych oczach
wymyka się cyfrom
traci wymiar człowieczy

gdzieś musi tkwić błąd
fatalny defekt narzędzi
albo grzech narzędzi

2

kilka prostych przykładów
z rachunkowości ofiar

dokładną ilość zabitych
w katastrofie lotniczej
łatwo jest ustalić

ważne dla spadkobierców
i pogrążonych w żalu
towarzystw asekuracyjnych

bierzemy listę pasażerów i załogi
przy każdym nazwisku
stawiamy krzyżyk

nieco trudniej w przypadku
katastrof kolejowych

trzeba złożyć na powrót
rozszarpane ciała
aby żadna głowa
nie została bezpańska

w czasie klęsk elementarnych
rachunek staje się skomplikowany

liczymy ocalałych
a niewiadoma resztę
która nie jest ani żywa
ani definitywnie martwa
określa się dziwacznym mianem
zaginionych

maja jeszcze szansę
aby powrócić do nas
z ognia
wody
wnętrza ziemi

jeśli wrócą - to dobrze
jeśli nie wrócą - trudno

3

teraz Pan Cogito
wchodzi
na najwyższy chwiejny
stopień nieokreśloności
jak trudno ustalić imiona
wszystkich tych co zginęli
w walce z władzą nieludzką

dane oficjalne
pomniejszają ich liczbę
raz jeszcze bezlitośnie
dziesiątkują poległych

a ciała ich znikają
w przepastnych piwnicach
wielkich gmachów policji

świadkowie naoczni
oślepieni gazem
ogłuszeni salwami
strachem i rozpaczą
skłonni są do przesady

postronni obserwatorzy
podają cyfry wątpliwe
opatrzone haniebnym
słówkiem ”około”

a przecież w tych sprawach konieczna jest akuratność
nie wolno się pomylić
nawet o jednego

jesteśmy mimo wszystko
stróżami naszych braci
niewiedza o zaginionych
podważa realność świata

wtrąca w piekło pozorów
diabelską sieć dialektyki
głoszącej że nie ma różnicy
między subiekcją a widmem

musimy zatem wiedzieć
policzyć dokładnie
zawołać po imieniu
opatrzyć na drogę

w miseczce z gliny
proso mak kościany grzebień
groty strzał
pierścień wierności

amulety

Ignis Vespers
Zielony
Posty: 25
Rejestracja: 10.07.08, 01:12

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Ignis Vespers » 13.07.09, 23:34

Maja Lidia Kossakowska, "Obrońcy królestwa", opowiadanie "Sól na pastwiskach niebieskich"

Dzisiejszej nocy przyszła do mnie mała dziewczynka, najwyżej pięcioletnia. Stała, wpatrując się we mnie tak intensywnie, aż musiałem otworzyć oczy. Dziewczynka ściskała pod pachą brudnego misia. Jej twarzyczka, wykrojona jak małe serduszko, była subtelna i blada.
Wydawała się pełna smutku i jakiejś dziwnej czułości. Dziewczynka stała przede mną, milcząc. Wyglądała nierealnie jak zjawa, lecz to było żywe, ludzkie dziecko, a nie zmarła dusza, potrafię to bezbłędnie rozpoznać. Nie rozumiałem, jakim cudem mnie widzi. Podobno szczególnie wrażliwe dzieci mogą czasem zobaczyć anioła, ale ja nigdy przedtem nie spotkałem takiego dziecka.
– Co robisz sama, w nocy, na dworcu? – spytałem. – Zgubiłaś się?
Mała nie odpowiedziała. Patrzyła tylko na mnie ze smutkiem i powagą, jakbym nie potrafił zrozumieć czegoś bardzo ważnego, co przecież powinienem wiedzieć.
Jestem długo na Ziemi, wiele rzeczy zdążyłem zobaczyć. Ponure przypuszczenie wysunęło swój rozdwojony język i polizało mnie zimnem pod sercem.
Przełknąłem ślinę i zapytałem:
– Czy ktoś cię skrzywdził? Uciekłaś z domu?
Dziewczynka pokręciła przecząco głową, powoli i zdecydowanie. Ciemne loki zafalowały wokół buzi jak serduszko.
– Gdzie są twoi rodzice? Na pewno cię szukają. Pamiętasz, jak się nazywasz i gdzie mieszkasz? Zaprowadzę cię do domu.
– Nie mam domu – powiedziała spokojnie.
Wstałem z ławki.
– Musisz gdzieś mieszkać. Masz przecież mamę i tatę...
– Ty jesteś moim tatą – przerwała mi.
Osłupiałem na moment. Dziecko patrzyło na mnie wielkimi, zdumionymi oczami. Byłem pewien, że zaraz się rozpłacze. Wziąłem głęboki oddech.
– Nie, kochanie, nie jestem twoim ojcem. Przyjrzyj mi się. Mam skrzydła, jestem aniołem. Anioły nie mają dzieci.
– Nie wierzysz mi – szepnęła dziewczynka. Już zaczęła jej się trząść broda. – Jesteś moim tatusiem, przyszłam do ciebie, a ty mi nie wierzysz...
– Dziecko – powiedziałem. – Nie jestem ani twoim, ani niczyim tatusiem. I nigdy nie będę. Anioły nie mają córeczek, nawet takich ślicznych jak ty.
Łzy popłynęły po bladych policzkach dziewczynki.
– Ale to prawda – chlipnęła. – Ja nie kłamię...
Opuściła głowę. Stała przede mną, zgnębiona i zawiedziona, a ja poczułem straszny żal, że nigdy nie będę miał takiego dziecka. To była tak bolesna niesprawiedliwość, aż zabrakło mi tchu.
Mała podniosła ku mnie jasne, zapłakane oczy.
– Fidelis śpi – powiedziała. – Fidelis się nie obudził.
Spojrzałem na smoka. Spał skulony, obok kosza na śmieci, długi pysk opierał na skrzyżowanych łapach. Fidelis, którego budzi odgłos wyrzucanego peta! Mój nieufny, wierny smok!
– Uważaj, tatusiu, dobrze? – powiedziała dziewczynka. – I proszę cię, uwierz mi. Jeszcze do ciebie przyjdę.
Odwróciła się i pobiegła w głąb sali.
– Poczekaj – zawołałem. – Wróć!
Ale było już za późno. Mała znikła. W hali dworca zrobiło się cicho i pusto. Dawało się słyszeć tylko chrapanie jakiegoś pijaka, który spał parę ławek dalej.
Usiadłem z powrotem na swojej. Dawno nie czułem się taki rozbity. Wizyta tej małej wytrąciła mnie z równowagi. Skąd się wzięła? Dlaczego przyszła akurat do mnie, z tym nierealnym pomysłem, że mogę być jej ojcem. Przecież nie była snem. Jestem pewien, że nie śpię.
Dopiero po chwili zacząłem się zastanawiać, skąd znała imię mojego smoka.
"A choć nie uszczknie kwiecia ideału,
Co pod jej ręką jako sen przepada,
Jednak ma chwilę ekstazy i szału,
W której jest pewną, że niebo posiada,"

Adam Asnyk, "Kwiat paproci"

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Minerwa » 17.07.09, 22:28

Konstanty Ildefons Gałczyński
Dlaczego ogórek nie śpiewa

Pytanie to, w tytule,
postawione tak śmiało,
choćby z największym bólem
rozwiązać by należało.

Jeśli ogórek nie śpiewa,
i to o żadnej porze,
to widać z woli nieba
prawdopodobnie nie może.

Lecz jeśli pragnie? Gorąco!
Jak dotąd nikt. Jak skowronek.
Jeśli w słoju nocą
łzy przelewa zielone?

Mijają lata, zimy,
raz słoneczko, raz chmurka;
a my obojętnie przechodzimy
koło niejednego ogórka.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 28.07.09, 11:49

Jarosław Grzędowicz
WILCZA ZAMIEĆ

fragment
ze zbioru
Deszcze niespokojne
(Fragment zamieszczony na stronie Fahrenheit, październik-listopad 2005 r.)


Z jakichś tajemniczych przyczyn armia III Rzeszy wciąż budzi fascynację, i to także w ludziach, którzy na logikę nie powinni do niej czuć sympatii. Mówi się, że Hitler był marnym plastykiem - odrzuconym, niedocenionym, ze skłonnością do kiczu. Ale o oprawę plastyczną swojego obłędu dbał. Warto zauważyć, że dowódcą nie był najlepszym, bo przegrał w końcu z kretesem, politykiem jeszcze gorszym, bo zbudował piekło na ziemi, a jego armia wciąż się podoba. Nawet człowiek, który nie ma nic wspólnego z narodowym socjalizmem, przyzna, że Stahlhelm jest bardziej twarzowy i nadaje bardziej bojowy wygląd niż podobne do koślawych kociołków nakrycia głowy większości wojsk po naszej stronie okopów. Chyba tej dziwacznej ambiwalencji mieszającej strach, abominację i fascynację należy zawdzięczać fakt, że niemal wszyscy do tej antologii napisali o Niemcach.

Jarosław Grzędowicz



Świat zalany ołowiem, pomyślał Reinhardt, wciskając się między chrapy a kolumnę peryskopu, by utrzymać równowagę na chybotliwym pokładzie. Ołowiane morze marszczyło się długimi, gładkimi falami przypominającymi fałdy na dywanie. Ciężkie, sine niebo wisiało nad głowami jak nagrobna płyta. Dziób okrętu wbijający się w kolejne fale również był szary. Podobnie jak twarz stojącego obok Fanghorsta. Marynarz wyglądał jak dziwaczny stwór o lśniącej, czarnej skórze i z oczami wystającymi z głowy na dwóch czarnych szypułach. Ciekawe, czy kiedykolwiek zdoła oderwać lornetkę od twarzy? Nawet bryzgi piany, wykładające się w odkosach dziobowych i zwieszające jak festony ze spychacza sieci, wydawały się szare. Ołowiany świat. Słychać było tylko świst wiatru i dźwięczne, głębokie uderzenia fal o zbiorniki balastowe jak o pustą beczkę.
W szkłach widać było dwie szare płaszczyzny – ciemniejszą na dole i jaśniejszą na górze. Przecięte nićmi podziałki, nieznośnie monotonne i puste.
– Wracamy do domu, panie Oberleutnant? – zapytał Fanghorst. Z tyłu mat Zemke przepatrujący swój kwadrant tylko parsknął.
– A gdzie się panu niby tak spieszy? – mruknął niewyraźnie Reinhardt, przygryzając ustnik fajki. – Do tych blaszanych baraków i fiordów? Tam jest gorzej niż tutaj.
– Trondheim! – zawtórował mu z tyłu Zemke, cedząc to słowo jak ordynarne przekleństwo. – Zasrana świńska dziura! Nawet nie ma gdzie postawić patyka! Jak pomyślę o St. Nazaire...
– W St. Nazaire pewnie już są Tomki i ciupciają tę twoją Żermenę, aż iskry lecą.
– Ma szansę się zrehabilitować – dorzucił któryś. – Musi odstawić tylko pięć patriotycznych numerków za każdy kolaboracyjny, szwabski sztos z tobą.
– Dość rajdania – warknął Reinhardt. – Zaraz nadleci jakiś Tomek i zrobi ci Trondheim z dupy!
Jeszcze tego brakowało. Nadciągał dyżurny Temat Numer Jeden. Już i tak cały okręt od przedziału torpedowego po maszynownię rozbrzmiewał Tematem Numer Jeden. Gówniarze wyżywali się w gadaniu. Jeszcze tylko brakowało tego na pomoście podczas wachty. Można było dostać kiły od samego słuchania.
Zemke ucichł natychmiast.
Wszyscy wyglądali jak lśniące, czarne kukły. Zapięci szczelnie w ubrania sztormowe, tak żeby pomiędzy postawionym kołnierzem uszczelnionym ręcznikiem a okapem zydwestki mieściły się tylko okulary lornetek.
Przepatrywać horyzont. Minuta po minucie i stopień po stopniu. Każda plamka, która pojawi się w tej szarej, ołowianej nicości, to może być cholerny hudson z brzuchem pełnym bomb głębinowych.
Albo mewa.
Atlantyk nie należał już do nich. Wilki zamieniły się w zwierzynę.
Korba rygla zakręciła się, a potem ostrożnie uniesiono właz. Człowiek, który stał na drabince, najwyraźniej uważał, że nie jest odpowiednio ubrany na spacery w taką pogodę. Boczna fala łupnęła o kiosk i zasypała ich gradem lodowatych kropli.
– Szyfrogram do pana pierwszego oficera!
Reinhardt opuścił lornetkę i rozmasował zdrętwiałe palce. Odczekał kolejne przejście fali, a potem wystukał fajkę o stalowy falochron. Pedantycznie – od zawietrznej, żeby popiół i iskry poleciały w morze. W środku wszystko mu się gotowało. Szyfrogram. Zamiast rozkazu powrotu szyfrogram.
Przeciek nad kolektorami głównego zbiornika balastowego, przeciek przy oringach lewego wału śruby, brak żarcia, dwie tony paliwa, jedna jedyna torpeda w rurze. Chrapy biorą wodę. Wgnieciony cudowny, nowiutki kadłub elastyczny. Wylane osiem akumulatorów, zbocznikowane jakimiś śmieciami. A oni przysyłają szyfrogram. I to jeszcze taki, którego nie może rozłożyć radzik. Chłopak zapewne przepuścił już wszystko przez Enigmę i zobaczył tylko słowo „pierwszy oficer”, a potem ciąg literowo-cyfrowych bzdur.
Niedobrze. Szyfrogram jest jak nagły telegram. Nigdy nic dobrego.
Reinhardt otworzył właz i zszedł na dół, starannie stąpając po szczeblach. Rozkosz. Nie trzeba zjeżdżać na łeb na szyję, nie trzeba zdzierać gardła przy zanurzeniu alarmowym. Radiowiec stał obok z depeszą w ręku, jak nadgorliwy kamerdyner.
Reinhardt rozsznurował taśmy zydwestki i zdjął ją z daleka od ciała, a potem wziął się za rozpinanie sztormowego płaszcza.
Zapleśnieję w tej gumie, skórach, filcach i wełnach, pomyślał. Tu trzeba dostępu powietrza. To nie jest tylko kwestia wody, mydła, ani też wody kolońskiej. Od tygodni nie zdjąłem ubrania.
Gdyby nawet w tej chwili weszła tutaj sama Marlena Dietrich, Marlena otulona tylko szlafroczkiem, miękka, pachnąca i gładka, a potem wślizgnęła się do koi i kiwała na niego palcem zza zasłonki, nawet by jej nie dotknął. Wstydziłby się. To nie po ludzku.
Najpierw kąpiel. Długa kąpiel. Mydło, pumeks, proszek do zębów.
I żyletka, oczywiście. Zgolić tę paskudną, cuchnącą koźlą brodę.
Natrzeć się wodą kolońską.
Potem dopiero można pokazać się kobiecie.
Boże, jak tu cuchnie, jęknął w duchu. Do końca życia przypuszczalnie nie tknę limburskiego sera.
Jednak przyszło mu do głowy, że nawet najbardziej dojrzały i oślizgły limburger to o wiele za mało, by odtworzyć niepowtarzalny aromat okrętu podwodnego. To duszny, słodkawy smród brudnych ciał, rozkładającego się męskiego potu, zwłaszcza tego na stopach, zmieszany z ropą, gumą, kwasem akumulatorowym z zęzy, z delikatną nutą pleśni, wymiocin i amoniaku. Do tego resztki aromatu neoprenowego kleju i farby. Taki koźlo-techniczny odór.
Bosman nazywał to krótko – „mokra bździna”.
– Panie pierwszy, radiogram. – Radiowiec dźgnął powietrze trzymaną w dłoni kartką, jakby chciał wepchnąć mu ją do ust. Pod rzadką jak islandzkie porosty, niedorozwiniętą bródką widać było woskową cerę i czerwone rumieńce na policzkach. Dzieci. To wszystko były dzieci. Podwodne przedszkole Północnego Atlantyku. Zapewne tak samo jak na frachtowcach i w niszczycielach Tomków. Dziecięca wojna. Ten tutaj podskakuje już ze zniecierpliwienia. „No i co? No i co? Puchatku?”.
– Czekać! – burknął Reinhardt, walcząc z guzikami zdrętwiałymi i przemarzniętymi na kołki palcami. Zdjął wreszcie ciężki jak nieszczęście płaszcz i powiesił go na kolumnie peryskopu, żeby ociekł. Radiowiec uniósł się lekko na palcach, podsuwając znowu swój świstek niczym lokaj srebrną tacę z poranną pocztą, ale Reinhardt, przysiadłszy na skrzyni z mapami, ściągał ciężkie, podbite od środka korkiem i filcem morskie buty.
– Naprawdę pan sądzi, że nasz dawca szczęścia, Oberbefehlshaber der Kriegsmarine , Großadmiral(1) Karl Dönitz, nie wytrzyma, zanim zdejmę płaszcz?
Radzik spąsowiał pod swoim złotym puchem.
– Taa... – wycedził z zadowoleniem Reinhardt, ściągając przez głowę wilgotny, sfilcowany pulower w nieokreślonym, burym kolorze. Drogi pulower z lamiej wełny, zapinany na zamek błyskawiczny aż po uszy, który jeszcze miesiąc temu był niebieski. – Właśnie tak. Spokojnie i po kolei. Nie szarpać się i nie miotać. Zawodowo trzeba, panie radio. Kuk! Co się dzieje z kawą, o którą prosiłem pół godziny temu?
– Się parzy, panie pierwszy.
– Cholerny zwierzak selcerski, gryzie tę kawę zamiast zmielić – burczał Reinhardt. – Gdzie jest mat z centrali? Co tu się dzieje? Zanieść mi to mokre gówno, jak tylko obcieknie. Rozwiesić pięknie w maszynowni. Ma być suche jak pieprz za pół godziny! Buty też! Dawaj pan ten radiogram.
Nowiutki, jeszcze niedawno nawet pachnący farbą i klejami okręt typu XXI oferował rozmaite luksusy, o których na starym U-250 mógł tylko pomarzyć. Dwie toalety zamiast jednej. Prysznic. Umywalnia. Niestety, wskutek awarii odsalaczy na razie tylko teoretycznie. Można się było wykąpać, ale jedynie w słonej, pompowanej zza burty wodzie. Jednak chyba mniej tu śmierdziało. Gdyby klimatyzatory lepiej działały, może nawet powietrze można by uznać za czyste. Ale najważniejsze, że pierwszy oficer dorobił się malusieńkiego kantorka – niemalże prawdziwej kajuty, którą dzielił jedynie z czifem. Cudowne. Coś jak kibel w wagonie kolejowym drugiej klasy. Na starym VIIC miał tylko koję z zasłonką w przedziale O, jak każdy oficer pokładowy. Teraz z rozkoszą zamknął drzwiczki z udającego drewno arkusza sklejki i mógł rozkoszować się namiastką samotności.
Natychmiast założył inny pulower oraz tenisówki. Odetchnął ciężko i zabrał się do roboty.
Położył kartę na maleńkim składanym stoliczku i otworzył drewniane pudło z Enigmą. Wyglądała jak przerośnięta, cudaczna maszyna do pisania. Klnąc pod nosem, Reinhardt wyszukał w wyłożonych miękko gniazdach cylindry szyfrujące i założył je na osie. Potem zamknął oczy, bębniąc palcami po stole, następnie spojrzał na kalendarz i w sufit, szukając w pamięci aktualnych nastaw.
– 2178, teraz kontakty: REGENBOGEN, ULLA 88 NORDPOL – zamruczał pod nosem, ustawiając oznaczone literami i cyframi pierścienie, a potem przekładając wtyczki do oznaczonych literowo gniazd. – Szlag by ich trafił, banda błaznów. Komancze w dupę jechani.
Pisał niewprawnie, kciukami i palcami wskazującymi, gryząc wygasłą fajkę i cedząc w ustnik okropne słowa. Stukał powoli, potykając się, niczym gminny urzędnik. Nie znosił tego. Mieli tu kalkę, suszki, dziurkacze i kopiowe ołówki. Walizkową maszynę do pisania „Torpedo”, zawierającą czcionkę ze swastyczką, i drugą – ze znaczkiem SS. Pływająca kancelaria pośrodku Atlantyku. Kawa się kończyła, chleb pleśniał, brakowało już aspiryny, ale spinaczy – w żadnym wypadku. Porządek musi być. Stary był prawdopodobnie szczęśliwy.
Reinhardt stukał w klawisze, nie patrząc na efekt, tylko zerkając na kartę pełną kodów, żeby czegoś nie pomylić.
Dopiero po wszystkim spojrzał na kartę z rozszyfrowanym tekstem i zmartwiał.
KAPITÄNLEUTNANT ZUR SEE(2) – to były jedyne sensowne słowa. Resztę stanowił ciąg liter i cyfr bez żadnego sensu. Potrójny szyfr. Naprawdę niedobrze. Zdecydowanie, rzeczywiście, poważnie niedobrze. Niepozytywnie. Ponuro. Bardzo złożona sytuacja. Kłopoty.
Zabrał poprzednią kartę i tę nową, po czym odsunął drzwiczki i poszedł do Starego. Ten też dorobił się lepszej kajutki w miejsce dziupli, którą musiał się zadowalać na poprzednim okręcie.
O ile był jakiś poprzedni okręt, pomyślał Reinhardt złośliwie. Wszystko wskazywało na to, że jego wódz żeglował dotąd jedynie na biurku przez oceany paragrafów. Kiedy było już wiadomo, że wchodzą na nowy, oceaniczny XXI, cała załoga była absolutnie pewna, że to Reinhardt dostanie trzeci złoty pasek oraz założy nieprzepisowy, choć tradycyjny, biały pokrowiec na czapkę. Prawdę powiedziawszy, w głębi serca Reinhardt też był tego pewien.
Niestety. C’est la vie. Skończyło się na kawałku blachy na szyję. Taki fetysz. Coś w rodzaju kości kazuara do wetknięcia w przegrodę nosa.
– Szyfrogram dla Kaleu(3) – oznajmił Reinhardt i zapukał do kajuty. Na okręcie zapadła grobowa cisza, która przeniosła się w górę do centrali i w obu kierunkach wzdłuż kadłuba jak trujący gaz. Najpierw szepty: „szyfrogram... kapitański...”, potem zduszone przekleństwa i cisza, jakby zabił ich tymi trzema słowami.
Stary siedział, oczywiście, przy blacie swojego biureczka i skrobał piórem w zeszycie. Wokół piętrzyły się papierzyska, pisma i kwestionariusze. Ścianę nad koją zdobiła wyszyta przez żonę makatka. Niebieskim kordonkiem, łańcuszkiem, w bardzo pruskim stylu. Z pewnością była tam jakaś patriotyczna, budująca sentencja, ale wisiała tak, że nie sposób było cokolwiek zobaczyć. Zakładano się o to. Fenrich Fanghorst upierał się, że to z pewnością „Boże, skarz Anglię!”. Natomiast motorzyści ustalili między sobą, że obstawiają „Naprzód, do zwycięstwa!”.
Reinhardt prywatnie sądził, że raczej „Jeden Naród, jedna Rzesza, jeden Führer”. I pod tym wyprężony hitlerek wśród kwiatków, ptaszków i baranków.
– Słucham, Reinhardt? – Stary uniósł tę swoją bezlitosną twarz belfra od matematyki i spojrzał na Pierwszego przez okulary.
– Szyfrogram trzeciego stopnia, Herr Kaleu – wycedził Reinhardt. – Przyniosłem kartę i maszynę.
– Proszę postawić na stole i wychodząc, zamknąć za sobą drzwi. Przepisy, Oberleutnant.
– Według rozkazu.
– I... Reinhardt?
– Tak?
– Po co pan wrzeszczy na cały okręt, że dostałem szyfrówkę? To budzi tylko niepotrzebne emocje. Załoga powinna cierpliwie czekać na rozkazy, a nie się dekoncentrować. Ci, którzy nie mają wachty, mają obowiązek wypoczywać i pozostawać w gotowości.
– Tak jest – durny bucu, dodał w myślach. Zaraz powie coś o odpowiedniej postawie i żołnierskim wypoczynku.
– Odmaszerować.

* * *

Reinhardt wcisnął się za stół w mesie O i napotkał ciężki wzrok czifa, który udawał, że czyta wystrzępione numery „Signala” sprzed miesiąca.
– Kuk, kawę do mesy, biegiem! – krzyknął Pierwszy. – Z cukrem i mlekiem! I gorącą jak piekło!
– Ten interes już się kończy – stwierdził czif, składając starannie pismo.
– A skąd to taki brak ducha? Dostał pan nowy, cudowny okręt, perłę niemieckiej myśli technicznej, i jeszcze przed podwieczorkiem zaczyna pan wątpić w zwycięstwo?
– Jak pan opalał się w ogródku na tarasie, dostaliśmy dwa „trzygwiazdkowe” meldunki.
– Kto?
– U-489 i U-88.
– To pewne?
– Ten sam konwój, który zrąbał nam dupę. I jeszcze samoloty.
– 489 to chyba Hagenstoss, a ten drugi?
– Korbatschek.
– Nie znałem. To jakiś nowy. Ale na 489 pływał Vogelmann. Cholera, niemożliwe. Vogelmann?! Znałem go jeszcze ze Szkoły Marynarki. Służyliśmy razem na „Scharnhorście”...
– Dwa jednego dnia! Wyobraża pan sobie coś takiego jeszcze dwa lata temu? Tak, panowie z konkurencji robią się coraz sprawniejsi. W tym tygodniu to już będzie...
– Dziesięć okrętów. Jeszcze dwa i tuzin. Cała paczka. Powinniśmy im dorzucić coś w promocji.
– Taa. Kupują już hurtowo.
– I wcale tanio. Ile zarobiliśmy na całej tej awanturze?
– My jeden i Stimmt jednego, do kupy jakieś sześć tysięcy ton.
– Ale trofea! Zaczynamy już strzelać kutry jakieś.
W przejściu obok mesy zrobiło się ciasno. Zmiana wachty na kiosku. Wszyscy w skórze i cuchnących sztormiakach, już z ręcznikami wokół szyi i z zudwestkami w ręku.
– Zmiana. Nareszcie coś zjemy – ucieszył się Reinhardt. – Stołowy, dlaczego dostaję kawę w tym blaszanym świństwie? Nie ma już filiżanek?
– Wytłukły się – wycedził ponuro marynarz. – Podczas nalotu, melduję posłusznie. Może bym znalazł, ale kuk mówił, że się panu spieszy.
– Spieszy?! Prosiłem o tę kawę godzinę temu! Co się wyprawia na tym okręcie?
– Co pan z nim gada – zauważył czif. – Wołaj pan od razu oberkelnera. Albo lepiej kierownika sali!
Reinhardt ledwo zdążył dźgnąć widelcem parującą papkę z puszkowej kaszanki z cebulą i octową sałatkę z ziemniaków, gdy usłyszał dolatujące z mesy PO komentarze:
– Przecież to śmierdzi gównem! Z puszki ta kaszanka?
– Nie, z twojej babci.
– Och, zamknij się! Zasrane głupoty!
– Pierwszy do kapitana! – zabrzmiało gromko z centrali.
Scheiße!(4) – powiedział Reinhardt.
– Na wieki wieków, amen – dodał czif uroczyście.

* * *

– Otrzymaliśmy drugą szansę – oznajmił kapitan, patrząc na Reinhardta.
Czyli urodzimy się po raz drugi?! W Kanadzie?! – przemknęło tamtemu przez głowę, ale milczał cierpliwie. Wobec Kapitänleutnanta zur See Waltera Rittera żadne żarciki nie wchodziły w ogóle w rachubę.
– Dobrze pan wie, jakie to szczęście. Otrzymaliśmy doskonały okręt, prosto ze stoczni, i zamiast rozbić konwój zawiedliśmy.
Rozbić konwój jednym okrętem, ty patentowany koźle?! – ryczał w myślach Reinhardt. Prawie że eksperymentalnym i skomplikowanym jak cholera? Na którym połowa tych cudownych patentów w ogóle nie chce działać?! Z bandą dzieciaków, która jeszcze niczego się nie nauczyła? Po tygodniowym rejsie szkolnym wzdłuż Norwegii? Z psującą się instalacją? Czterema uszkodzonymi torpedami? Z przeciekającym balastem?! Tamci mieli ASDIC, który wykrywał ich, jak chciał, mieli te straszne nowe wyrzutnie, które kładły cały dywan bomb głębinowych jedną serią, mieli nawet oryginalną Enigmę, mieli te przeklęte elektronowe maszyny liczące, które łamały każdy szyfr. Mieli dziesiątki niszczycieli, niebo pełne samolotów, a my nie mieliśmy nawet dosyć paliwa, ty bałwanie! Zatopili dziesięciu w tym tygodniu, świński psie! Dziesięciu tylko w rejonie Lofotów!
– Tak. Zawiedliśmy. Wiem, co pan powie: jeden frachtowiec. Ale co to jest jeden frachtowiec, jeżeli przepuściliśmy ich dziesiątki? Naród odjął sobie od ust żywność. Spaliliśmy paliwo, o którym nasi towarzysze w czołgach marzą po nocach. I w zamian co dajemy Führerowi? Jeden maleńki frachtowiec!
Marysia mała pierdolca miała
– zaśpiewało w głowie Pierwszego.
Pierdolca jasnego jak śnieg...
– Dlatego jestem szczęśliwy z naszych nowych rozkazów. Wyznaczono nam spotkanie na pełnym morzu ze statkiem zaopatrzeniowym „Oxfolt”.
Gdziekolwiek biegła Marysia mała...
– Tam otrzymamy zaopatrzenie, paliwo, nawet części do naprawienia tych wydumanych, mazgajskich uszkodzeń oraz dalsze rozkazy. Wracamy do akcji!
Pierdolec rozsadzał jej łeb. (Oklaski)
– Czy zna pan dokładną pozycję, poruczniku?
– Ze zliczenia, panie kapitanie.
– Co to znaczy?
Nie wiesz, co to jest zliczona pozycja, pruski, kapustożerny bawole?
– Ostatni namiar braliśmy w nocy poprzedzającej atak. Potem płynęliśmy w zanurzeniu, częściowo klucząc pod bombami, potem po wynurzeniu znaleźliśmy się we mgle, również dzisiaj ze względu na brak widoczności słońca nie można było potwierdzić namiarów. Znamy pozycję z analizy kursowej i...
– Może pan wyznaczyć kurs do podanej pozycji? Tutaj?
Reinhardt spojrzał na kartkę.
– Oczywiście.
– Więc proszę to zrobić. Musimy zdążyć na jutro na czwartą rano. Da pan radę?
– Sądzę, że tak. Mogę potwierdzić to po konsultacji z pierwszym mechanikiem.
– Proszę go przysłać.
Herr Kaleu... Proszę o pozwolenie przekazania krótkiego komunikatu załodze.
– Wie pan, że jestem temu przeciwny. Żołnierz ma stulić pysk i służyć, a nie politykować. Zaraz się zaczną dyskusje.
– Jednak serdecznie doradzam. Wiem z doświadczenia, że ludzie lepiej pracują, kiedy wiedzą, o co chodzi. Spodziewali się powrotu do portu. Powinni się zmobilizować.
– Dobrze, skoro się pan upiera. Ale krótko i rzeczowo. I żadnych dyskusji.

* * *

Obiad był już niemal zimny, co gorsza, drugi oficer wymieszał swoją porcję z musztardą, produkując coś takiego, na co w ogóle nie dało się patrzeć. Wyglądało jak rzadka zawartość pieluchy.
– Czifie, ma pan iść do zarządu. Natychmiast.
Scheiße! – warknął czif i wypił duszkiem resztę herbaty.
– Na wieki wieków.

* * *

Stali nad stołem nakresowym, patrząc na mapę przykrytą pełnym oznaczeń arkuszem celuloidu. Czif ogryzał w milczeniu koniec ołówka. Na czole pogłębiała mu się pionowa zmarszczka będąca wyrazem zwątpienia.
– To tylko głupie dwieście mil – zachęcił go Reinhardt. – No, powiedzże pan coś. Co pana tak martwi, czifie?
– W kolejności? Najpierw te rozchrzanione baterie. Nie ma mowy o przejściu tego w zanurzeniu na czas. Na wierzchu nadziejemy się na samolot, zanim zdąży pan powiedzieć mamma mia!.
– Dlatego pójdziemy na peryskopowej. Przecież ma pan cudowny wynalazek – te chrapy. Wystawimy je i pojedziemy pięknie na dieslach.
– Te słynne chrapy też mnie martwią. Potrzepało je. Pamięta pan te bliskie bomby nad kioskiem, a potem przechył? Teraz cały czas biorą wodę. Dławiki się blokują. Jak mi się ta woda dostanie do oleju... – Pokręcił głową. – Łożyska cały czas hałasują, wał się grzeje, jeszcze te oringi... To najmniejszy problem. Przeciek usuniemy pompą zęzową do zbiornika wyrównawczego i za burtę. Trym się utrzyma jako tako. Kwas już kazałem zneutralizować, wypompujemy hurtem.
– A paliwo?
– To jest główny problem. Cały czas gubimy. Dużo mniej niż przedtem i nawet wiem już, którędy. Uszczelniliśmy jak się dało, ale środkami pokładowymi... – Znowu powątpiewający gest głową. – Altenberg tłucze w chrapy i może coś z tego będzie. Dojść dojdziemy. Martwi mnie co innego. To nie jest miła okolica.
– Wiem – przyznał Reinhardt. – Jeszcze ta cisza radiowa...
– Przypuśćmy, że dojdziemy tylko po to, żeby dowiedzieć się, że tego mitycznego „Oxfolta” kupiła już konkurencja. Co wtedy?
Reinhardt pokiwał głową.
– Do Trondheim na wiosłach.

* * *

Dopóki było jasno, Reinhardt siedział za peryskopem, kręcąc się jak na karuzeli. Lewo, prawo, unosił głowicę wyżej – na krótko, żeby zerknąć między falami – i z powrotem nisko, tuż nad wodę.
Należało się spodziewać niszczycieli, dozorowców, nawet ścigaczy.
Kilka razy minęli maszt na horyzoncie, sterczący pomiędzy falami jak odległa tyczka do grochu.
Co jakiś czas akustyk unosił głowę, przytrzymując palcem słuchawki.
– Szumy śrub z SW, daleko. Oddalają się. Chyba niszczyciel.
Reszta załogi wolnej wachty siedziała w kojach. Nie bardzo nawet rozmawiano. W dziobowym torpedyści bez przekonania grali w skata, ale raczej dla zamanifestowania, że mają wszystko gdzieś.
Ritter się nie naprzykrzał. Siedział w swoim kantorku i wypisywał niekończące się sprawozdania. Ze zużycia torped, zapotrzebowania na części zamienne, protokoły awaryjne. „Mam mnóstwo pracy. Poradzi pan sobie?”.
„Na wojnie najważniejsza jest sprawozdawczość. Bez tego nie ma porządku”.
Z kolei czif nie wychodził z maszynowni, obserwując z troską swoje diesle, sprawdzał co chwila smarowanie i z marsem na czole spoglądał na wskaźniki temperatury i obrotów, i patrzył na lśniące osie wałów.
Łożyska wału grzechotały, ale się kręciły. Co dziesięć minut włączali na chwilę pompę zęzową, usuwając to, co naciurkało przez różne nieszczelności.
Jakoś płynęli.
Pod wieczór Reinhardt zszedł z centrali, nakazawszy utrzymywać nasłuch radiowy i akustyczny, i usiadł w mesie, żeby napić się herbaty. Trochę liczył na to, że będzie pusta. Rzadko się to zdarzało, ale na XXI i tak było luźno. Przynajmniej w porównaniu z tym, co się działo na poprzednich okrętach. Niestety, w samym kącie siedział lekarz okrętowy, ponury Austriak, który, zdaniem Reinhardta, był słabo zaleczonym alkoholikiem, i Ritter. Lekarz usiłował czytać postrzępiony kryminał, a kapitan patrzył nieruchomo w gródź, splótłszy palce na blacie stołu. Zawsze tak było. Siedział i gapił się przed siebie. Nigdy nie czytał, nie bardzo rozmawiał, jadał też zawsze na osobności. Reinhardt przez całe życie nie spotkał drugiego takiego sztywniaka. Ritter zawsze, w dzień czy w nocy, był tak oficjalny, że aż nieprawdziwy. Do tego wszystko, nawet najpotworniejsze propagandowe brednie, które oficerowie czytali sobie nawzajem, rycząc ze śmiechu, traktował absolutnie serio. Nie dało się nawet ustalić, czy jest taki głupi, czy tylko udaje.
Kiedyś Reinhardt usiłował zgadnąć, jak stary jest Stary. Od lat na okręcie podwodnym oficer, który przekroczył trzydziestkę, uważany był za wiekowego. Sam Reinhardt, który miał trzydzieści pięć – sam środek Conradowej „smugi cienia” tuż-tuż, na wyciągnięcie ręki – uchodził za jakiegoś matuzalema. Marynarze mieli i po dziewiętnaście lat. Ale Ritter wyglądał na co najmniej pięćdziesiąt. Skąd się wziął? Skąd przybył i dokąd zmierzał? Nie wiadomo.
Gdyby służył na U-Bootach, Reinhardt powinien go znać. Sam był jednym z ostatnich „asów wilczych stad”. Służył od mata do Pierwszego.
– Panie pierwszy?
Reinhardt drgnął i oderwał wzrok od kubka z herbatą. Niechętnie. Podnieść oczy w tej chwili oznaczało patrzeć na martwą, belferską fizjonomię kapitana, a gdyby zerknąć jeszcze wyżej, nieuchronnie spoglądało się na wiszącą na grodzi, oprawioną w szkło fotografię Gröfaza(5). Na innych okrętach w mesie wisiały portrety egzotycznych piękności, jakieś alpejskie widoczki albo fregaty pod żaglami czy tropikalne wyspy. Tutaj gapił ci się w talerz Największy Wódz Wszech Czasów ze swoim kretyńskim wąsikiem i wbitą na oczy, zbyt dużą czapką. Obok smutnym wzrokiem głodnej małpki patrzył Dönitz z odstającymi na boki uszami. To stanowczo odbierało apetyt.
– Kiedy znajdziemy się na pozycji „Oxfolta”?
– Godzinę przed czasem, jeżeli nie będzie kłopotów.
– Proszę przygotować listę członków załogi, którzy mogą zejść z okrętu.
– Słucham?!
– To dalszy ciąg rozkazu, którego szczegółów nie musi pan znać. Proszę opróżnić z ludzi dwa przedziały dziobowe. Zabierzemy kilka osób, które zamieszkają w przedziale torpedowym. Płyniemy dalej ze szkieletową załogą. Trzeba zostawić co najmniej piętnaście, a najlepiej dwadzieścia osób. Zejdą na „Oxfolta” i wrócą z nim do bazy.
– Herr Kaleu, to wyklucza prowadzenie boju zaczepnego. I tak okręt nie jest obsadzony. Bez torpedystów...
– Nie będziemy prowadzić działań zaczepnych. Nasze zadanie będzie inne. Musi pan wiedzieć tylko tyle, że załoga ma być jak najmniejsza i że na pokład wejdzie kilka osób. Będą traktowane jak pasażerowie specjalni.
– Ilu?
– Mniej niż dziesięciu, ale muszą mieć odpowiednio dużo miejsca i będą przewozić też ładunek. Kilka dużych skrzyń. – Kapitan uniósł się i przecisnął obok stołu. – I, Reinhardt...
– Tak?
– Na okręcie mają zostać tylko prawdziwi Aryjczycy.
– Słucham?!
– Słyszał pan. Pan ich lepiej zna. Rozkazy są jasne. Żadnej skażonej krwi. Żadnych mieszańców, Mischlingów, jestem pewien, że co najmniej kilku to w jednej czwartej Słowianie, Żydzi albo jeszcze jakieś inne bydło. Ma pan oczyścić okręt i nie dyskutować. Co to jest, na przykład, za nazwisko: „Boditschek”?
Nie wiadomo, skąd przyszła mu do głowy obłędna myśl, by odpowiedzieć: „To nazwisko Boditschka, Herr Kaleu”, ale zmilczał.
– To Sudettendeutsch(6), kapitanie. Z Marienbadu.
– Wszystko jedno. Będę u siebie. Proszę kazać podać mi tam kolację o dziewiątej.
Kiedy Ritter zasunął drzwi, Reinhardt wezwał bosmana.
– Dwudziestu ludzi to wszystko, na co możemy sobie pozwolić – powiedział. – Zostaw pan tylu, ilu się da. Proszę wybrać do spisania z pokładu przede wszystkim żonatych, szczególnie od niedawna, i tych, co mają jakieś dzieci, o których wiedzą. No i takich, którzy są do niczego. Głupi albo wypaleni, albo ze zszarganymi nerwami. Muszę mieć jakąś załogę pokładową, muszę mieć motorzystów i palaczy. Na tej luksusowej trumnie co rusz wszystko się psuje. I muszę mieć artylerzystów. Może pan oddać część „lordów”. Proszę przyjąć, że będziemy w takim razie robić trzy wachty zamiast czterech.
– Zrobi się – powiedział bosman, drapiąc się pod czarną furażerką, która siedziała na jego wielkiej, łysej głowie niczym zawiązek na ziarnie bobu. – Spiszemy Houdiniego, Głuchokrzykacza i Himmericha, i... Utter się ożenił, i...
– Niech pan zrobi listę i przygotuje im karty urlopowe. Nie muszę tego w tej chwili wiedzieć. Przecież nie będę się żegnał z każdym z osobna.
Potem poszedł siedzieć w centrali, ale po godzinie machnął ręką. Sternik sterował, akustyk nasłuchiwał, gdzieś dookoła pojawiały się czasem okręty, ale raczej daleko.
– ASDIC-ów to się pan Oberleutnant może nie obawiać – mówił pierwszy sternik. – Oni mogą namierzać tylko do dwunastu węzłów, a my robimy teraz czternaście. Za szybko idziemy. Robimy czternaście węzłów. Jeżeli będą chcieli nas gonić, to stracą namiar. Chrap na radarze też nie zobaczą, bo za duża fala. W razie czego sprawdzimy, jak działa ta... niby... buna, co to niby pochłania ultradźwięki i radar, i wszystko. Ta dzidzia jednak zupełnie nieźle chodzi. Pan się położy, panie pierwszy. Od wczoraj pan na nogach. Gdyby co, będziemy budzić.
Reinhardt podrapał się w głowę, a potem postanowił rzeczywiście zejść na dół. Dla spokoju sumienia poszedł jeszcze zobaczyć, co się dzieje w maszynowni.
Potem zjadł kolację, mimo że nie miał apetytu. Wmuszał w siebie chleb, suchą kiełbasę i sardynki, ale myślami był zupełnie gdzie indziej. W świecie niedobrych podejrzeń. Pasażerowie, ładunek, potrójny szyfrogram...
Rejs do Ameryki, Boże uchowaj? Z ładunkiem szpiegów albo dywersantów?
Raczej nie chodzi o to odwieczne idée fixe z rejsem do amerykańskiego wybrzeża i zatapianiem im statków w portach, bo kazali oddać torpedystów. A zatem szpiedzy.
Dlaczego nie?
To chyba lepsze niż samobójcze ataki na konwoje. „Znaleźć! Zatopić! Zawsze naprzód! Jak Blücher pod Katzbach!”. Ach, bzdury. I lanie za każdym razem. Czif miał rację. Ten interes już się kończył. Każdy mógł to jasno zobaczyć, gdyby tylko miał olej w głowie. Kiedy zaczynamy tracić, to trzeba wstawać od stołu. A to właśnie oznaczała utrata Afryki, Włoch, Normandii, Rosji, Grecji, Polski... Patrzeć tylko, jak będziemy się bić o stacje metra w Berlinie. Każdy to widział, tylko nie ci durnie. A te konwoje? Atakując konwoje, Reinhardt czuł się teraz jak pies szczekający na pociąg, a nie straszliwy wilk Atlantyku.
Wlazł do swojej kajutki i położył się.

* * *

Nie miał pojęcia, co go zbudziło. Łoskot powietrza szasującego balasty? Tupot nóg? Czy dopiero blaszane „czszwuum!” fal tłukących o kiosk.
Zerwał się na nogi.
– Co się dzieje?! Meldunki!
– Trochę się przejaśniło, na chwilę. Okazja gwiazdy strzelać, panie pierwszy. Drugi oficer poszedł z sekstansem na pomost. Będziemy mieli pozycję.
Reinhardt rozmasował zdrętwiałe policzki i powieki, jakby chciał wepchnąć do środka oczy. Póki się nie kładł, jakoś to jechało. Po trzech godzinach snu czuł się po prostu chory.
Wsunął nogi w grubych, sfilcowanych skarpetach w buty i namacał wiszącą na grodzi ciężką, skórzaną kurtkę podbitą filcem. Znalazł jeszcze wełnianą czapkę i poczłapał do centrali.
– Jeden na pomost?
– Można!
Zdążył tylko postawić nogę na szczeblach drabinki.
Wszystko wydarzyło się naraz.
Najpierw operator radiolokatora wrzasnął:
– Lotnik! Nadchodzi! Kierunek dwieście! Osiem mil!
Równocześnie rozległ się wrzask: „Alarm!”. Drugi oficer zjechał mu po poręczach zejściówki prosto na głowę, za nim mat z centrali. Jazgot dzwonka zlał się z krzykiem zbierającego się z pokładu centrali Reinhardta.
– Zanurzenie alarmowe!
Mat wisiał już na korbie rygla i zamykał właz, woda waliła z góry jak z wodospadu.
– Cała naprzód! Sternik – ostro w prawo! Ster dwieście! Wszyscy na dziób! – wrzeszczał Reinhardt.
Okręt przechylił się wyraźnie na dziób. Otworzyła się jakaś szafka, coś wywróciło się z hukiem i potoczyło po podłodze. W mesie O z brzękiem posypały się jakieś naczynia. Okręt klasy XXI umiał wejść awaryjnie pod wodę w osiem sekund.
Słychać było, jak syczy powietrze wypychane ze zbiorników, skrzypi i jęczy kadłub, jak brzęczą silniki elektryczne. Okręt pochylił się na burtę, wykonując najciaśniejszy z możliwych skręt. Prosto pod nadlatujący samolot. Tak jest najbezpieczniej. Skrócić dystans. Niech hamuje, niech robi zwroty, niech wyrzuci go poza obszar ataku.
– Poszły dwie – oznajmił akustyk uroczystym tonem. Wszyscy przysiedli odruchowo, chowając głowy w ramionach. Reinhardt przytrzymał się tylko barierki.
Zapadła cisza.
Widzieli je. Na wewnętrznej stronie zaciśniętych powiek. Tak wyraźnie, jakby każdemu otworzyło się trzecie oko. Dwa obłe, lśniące kształty, które wbijają się coraz głębiej w atramentowoczarną wodę, ciągnąc warkocze fosforyzujących bąbelków powietrza. A potem zamieniają się w upiorne, małe słońca i rozdzierają toń pęcherzami zgazowanej wody.
Pierwsza eksplozja spadła nagle, jak uderzenie topora. Przeraźliwy łomot, światło zamigotało, ktoś wrzasnął.
– Spokój! – ryknął oburzony Reinhardt. – Przecież to nic nie jest! Kompletne pudło!
– Przeciek pod kolektorem szasu awaryjnego!
Kolejny grzmot. Okręt przebiegły fale wibracji, potem wstrząs, słychać było grzechot, z jakim podrzuciło podłogowe gretingi. Zapadła ciemność.
– Przedział maszynowy daje wodę!
– Bez histerii! Jak tak można!
Zapłonęło niebieskie światło awaryjne.
– No i tyle – oznajmił Reinhardt. – O co tyle wrzasku? Rąbnął w pianę pozanurzeniową. Po najmniejszej linii oporu. Zejść na sto osiemdziesiąt. Kurs sto dwadzieścia. Panie Wichtelmann, dlaczego stanowiska oerlikonów nie były obsadzone? Mogliśmy zdjąć tego drania.
– Kazałem wynurzyć tylko na chwilę, Herr Oberleutnant – tłumaczył drugi oficer. – Tylko żeby zdjąć namiary.
– I wystarczyło – skonstatował Reinhardt. – Już nie możemy nawet pokazać głowy na tym morzu? Aż niewiarygodne, co za pech. Wziął pan te namiary przynajmniej?
– Zdążyłem.
– Zostaniemy pod wodą jeszcze pół godziny. Potem wrócić na peryskopową i przejść na diesle.
– Ale jakim cudem w nocy? Przecież nie mógł nas zobaczyć! – indyczył się ktoś w przedziale podoficerskim.
– Człowieku! Oni od dawna mają radary w samolotach! Nie do wiary, jak można być takim wołem! Zajrzyj sobie w dupę i zobacz, czy tam jeszcze jesteś!
– Reinhardt, co się dzieje? Proszę o meldunek. – Ritter otworzył drzwi i wkroczył mężnie na plac boju. Brzęknęły bezpieczniki i znów zapłonęło światło.
Pierwszy westchnął.

* * *

Na miejsce dotarli następnego dnia o drugiej w nocy. Reinhardt kazał zastopować maszyny i stanęli w dryfie. Wysunęli peryskop, ale morze wokół było zupełnie puste. Przypadkowy kwadrat północnego Atlantyku, oznaczony na mapach czteroliterowym kodem.
Niczego tu nie było. Ani statku zaopatrzeniowego, ani Royal Navy, ani nawet mew.
– Czifie, jak z paliwem?
– Niedobrze. Do domu na pewno nie wystarczy.
– Radionamiernik, pytam namiary?
– Nic, panie pierwszy.
– Akustyk?
– Nic.
– Czekamy – oznajmił Reinhardt. Splótł dłonie na dźwigniach peryskopu i oparł głowę o kolumnę. – Kuk, proszę o kawę!
– Oczywiście, że będą – oznajmił kapitan ostrym głosem. – Niech pan nie rozsiewa defetyzmu!

* * *

Jakieś dwie godziny później Reinhardt polecił wynurzyć okręt i opływać powoli sektor. Sam wyszedł na górę i kazał sobie dać lampę sygnalizacyjną Aldissa.
Silniki mruczały.
Kapitan siedział oparty o pluszową kanapę w mesie ze szklanym wzrokiem wbitym w gródź i kontemplował nicość. Lekarz apatycznie tasował wyświechtane karty. Bez końca. Okręt zamienił się w gigantyczną poczekalnię gabinetu dentystycznego.
Wszyscy siedzieli na kojach albo w mesach i milczeli. Mniej więcej co dziesięć sekund ktoś spoglądał na ścienny zegar elektryczny. Niektórzy kładli się spać przepełnieni żołnierskim fatalizmem. Wiadomo, że niczego na wojnie nie da się przegapić. Obudzą. Póki się da, trzeba spać. A co ma być, to będzie.
Dlatego skrzypnięcie włazu i kanonada żwawych wrzasków Reinhardta podziałały jak wybuch granatu w zamkniętej przestrzeni.
– Mała naprzód! Ster trzydzieści pięć! Załoga pokładowa na górę! Szykować okręt do cumowania! Biegiem! Obsada artylerii na stanowiska! Przygotować luki załadunkowe! Szykować cumy! Wysunąć polery! Ruszać się, ludzie! – Po czym normalnym głosem do centrali: – A ten radionamiernik to se pan w dupę wsadź!

* * *

Statek zaopatrzeniowy „Oxfolt” okazał się przebudowanym rudowęglowcem, całym w resztkach zielonej farby i rdzawych zaciekach, nie wiedzieć dlaczego, kryjącym się za szwedzką banderą. Tak jakby ktokolwiek mógł uwierzyć, że te górne pokłady najeżone bronią przeciwlotniczą należą do neutralnego statku.
Wszystko odbywało się po ciemku i wydawało się trochę nierzeczywiste. Krzyki marynarzy, rzędy wielkich odbijaczy zwieszone między burtami niczym gigantyczne kiełbasy, worki prowiantu spuszczane z góry do luków załadunkowych, torpedy kołyszące się na żurawikach, karbowany, gruby wąż dystrybutora ropy zwieszający się nad rufą jak dziwaczna pępowina.
Niebo siniało.
Przy zbiorniku balastowym słychać było syk spawarek i pomimo ochronnych ekranów rozbłyski i pęki iskier musiały być widoczne na wiele mil. Wewnątrz okrętu zostawiono tylko słabe, czerwone światło. Załoga miotała się po pokładach, marynarze z naręczami bochenków chleba i kręgami serów włazili w drogę tym, którzy wymieniali akumulatory albo nieśli elementy instalacji. Chaos. Czif ciskał się między nimi jak oszalały szaman Papuasów i kierował naprawami.
Reinhardt i kapitan weszli po drabince na pokład „Oxfolta”.
Okręt podwodny nowej generacji mógł wydawać się luksusowy, ale tylko podwodniakom. Tutaj pod nogami ścielił się kokosowy, czerwony dywan, ostre światło biło w oczy, w mesie kapitańskiej wśród eleganckich mahoniowych mebli pysznił się nakryty białym obrusem stół zastawiony jak na św. Marcina, były półmiski kiełbas, pieczone gęsi, pasztety, spienione, zimne piwo w szklanych kuflach. Płomyki świec odbijały się w kryształach.
Stali w salonie jak dwóch oszołomionych wędrownych dziadów. Ritter w swoim popękanym i wyszmelcowanym skórzanym płaszczu, Reinhardt w ciężkich pokładowych butach i cuchnącej smarem, pokrytej zaciekami soli kurtce, obaj zarośnięci, brudni i bladzi. Obaj mrużyli oczy jak wykopane na polu krety.
Kapitan „Oxfolta” i jego świta wyglądali z kolei, jakby urwali się z opery. Czarne mundury, śnieżnobiałe koszule, lśniące złotem paski na mankietach, ordery wypucowane sidolem do połysku.
Zapach cygar i wody kolońskiej.
Huknęli obcasami, prężąc ręce w salucie. Ritter ochoczo dźgnął dłonią, jakby chciał wydłubać komuś oko, Reinhardt wykonał tylko nieokreślony gest przypominający coś pomiędzy pożegnaniem ciotki na peronie a próbą odwieszenia kapelusza.
– Panowie, czym chata bogata...
– Nasi morscy bohaterowie...
– Rycerze podwodnej bitwy...
– Wilki Atlantyku...
Prosit!
Głosy mieszały się w zgiełku. Kapitan pozwolił się zaprowadzić do stołu. W tej chwili tak bardzo przypominał złachmanionego nauczyciela matematyki jak to tylko możliwe. Na okręcie wydawało się, że jest schludny. Żadnych cywilnych łachów, żadnej brody. Codziennie drapał szczękę żyletką, kazał sobie czyścić szczotką mundur. A teraz wystarczyło trochę światła i czar pryskał. Pojawiały się wyświecone mankiety, postrzępione dystynkcje, jakieś odbarwienia, plamy i zacieki. Do tego żółtawa cera, jak po ciężkiej chorobie.
Kiedyś Reinhardt dąsał się na takie cyrki, przewracał oczami na toasty, uprzejmie odmawiał prezentów i heroicznie wynosił co się dało załodze, po czym uciekał na okręt. Teraz już zmądrzał. Wiedział, że później i tak ocean zamknie mu się nad głową, a on będzie siedział w stalowej rurze i tęsknie wspominał każdego papierosa i każdą lampkę koniaku, których odmówił.
Pozwalał się więc rozpieszczać, poklepywać po plecach, przyjmował cygara, piersiówki i tabliczki czekolady.
– Reinhardt, proszę poznać naszych gości – odezwał się Ritter, chwytając Pierwszego za rękaw. – To Herr Klaus Vordinger, doktor Alfred Wiesmann... A to Fräulein Ewa Loewengang.
Ewa Loewengang zwracała uwagę. Przede wszystkim wzrostem. Jej głowa udekorowana loczkami „na pudla” wznosiła się odrobinę ponad top pierwszego, dodatkowo szacunek budziły szerokie bary i imponująca, łabędzia pierś pod kosmatym sweterkiem. Jej kształt przywodził na myśl dwie gruszki dziobowe bliźniaczych niszczycieli.
Reinhardt strzelił obcasami swoich morskich buciorów i uścisnął dłonie. Smukłą, silną dłoń damy, lodowatą, szkieletowatą łapkę Vordingera i suchą Wiesmanna.
Vordinger nosił wąs i wyglądał jak stalowosiwy, emerytowany lekarz, a Wiesmann był chudy, miał okrągłe, druciane okulary i dwa razy za dużo zębów. Przypominał uczłowieczonego krokodyla.
– Czy kajuty naszych gości już są gotowe?
– Niestety, trudno to nazwać kajutami – zauważył Reinhardt – ale kazałem już opróżnić dwa przedziały, według rozkazu.
– Poznaje mnie pan, Herr Oberleutnant? – zapytała postawna blond-bestia.
Reinhardt wpadł w popłoch. Mózg ruszył mu na najwyższych obrotach jak przelicznik artyleryjski, ale wśród epizodów, przygód, a nawet pijackich incydentów nie figurowało wspomnienie o prawie dwumetrowej blond-szkapie z cycem jak dwie pławy i głosem niczym nurkujący sztukas. Z pewnością nie.
– Pani wybaczy... ale...
– Madame Ewa jest diwą Opery Berlińskiej – oznajmił surowo Ritter. Siadać Reinhardt! Niedostatecznie! – Jej wykonanie Wagnera wzbudziło zachwyt samego Führera!
– Przepraszam, ale ostatnio nie bywam w operze.
– Może zechce się pan wykąpać? – zaproponował kapitan „Oxfolta”.
– Dziękuję, ale powinniśmy jak najprędzej odpłynąć. Kiedy nastanie świt...
– Herr Oberleutnant, jest pan pod ochroną naszych baterii przeciwlotniczych i stoimy z daleka od szlaków. Okręt jest tu bezpieczny.
– Chyba się pan nie boi, poruczniku? – Ewa spojrzała na niego oczami błękitnymi jak szafiry zamrożone w bryłkach lodu.
– Boję się, proszę pani. O załogę i okręt. Spięci cumami jesteśmy bezbronni i niezdolni do manewrów. Zaopatrzenie należy pobierać jak najszybciej. Do tego stan morza może się pogorszyć...
– Och, mają tu tyle tych armat... Może pan być zupełnie spokojny. Na pewno nic się nie stanie.
– To państwa zabieramy na pokład?
– Panie Reinhardt, pański kapitan jeszcze nic panu nie mówił? – zagadnął Vordinger. – Nie tylko nas. Jeszcze ładunek i naszych ludzi. Mam nadzieję, że się zmieścimy.
Reinhardt spojrzał za jego dłonią i z osłupieniem zarejestrował czterech potężnie umięśnionych blondynów w czarnych jak sadza mundurach i polowych czapkach, którzy podpierali rzędem ścianę i przypominali ożywione plakaty Volkssturmu. Granitowe szczęki, niebieskie oczka łypiące spod czarnych daszków, włosy barwy lnu. Nosili bryczesy, koalicyjki i wypucowane do połysku oficerki, ale nie mógł rozpoznać formacji. Nie mieli chyba nawet przepisowego godła na ramieniu.
Pomyślał, że to niekoniecznie wojsko. Tyle było rozmaitych organizacji i służb, a wszyscy oblekali się w jakieś mundury, i to coraz bardziej operetkowe.
Obaj przedstawieni mu mężczyźni niby byli w cywilu, ale ubierali się identycznie. Obaj mieli okrągłe swastyki wpięte w krawaty i jakieś znaczki w klapach marynarek. Coś, co wyglądało jak czarna strzałka skierowana grotem do góry, obwiedziona bielą, na czerwonym tle. Diabli wiedzieli, co to jest.
– Zmieścicie się państwo. W tych dwóch przedziałach zwykle podróżuje do dwudziestu ludzi, ale komfortu tam nie ma. Zwłaszcza dla pani nie będzie odpowiednich warunków.
– Wszystko dla zwycięstwa, Herr Oberleutnant. To jest warte każdej ceny.
Reinhardt postanowił dać sobie godzinę. Jedną godzinę przeznaczoną na korzystanie z piwa, koniaku, pieczonej gęsi z czerwoną kapustą, rolady i wątrobianych kluseczek. Tam na dole i tak musiało potrwać.
„Proszę skosztować kiełbasy, panie pierwszy. Prawdziwy Wurst! W kraju pan nic takiego teraz nie zje, mam kuka, który pochodzi z Gór Kacperskich!”.
„Za zwycięstwo!”.
Dosyć tego bałwaństwa, pomyślał sobie po jakimś czasie Reinhardt. Postanowił wyślizgnąć się stąd i wracać na okręt. Równocześnie ładowano prowiant i zaopatrzenie, na gwałt naprawiano co większe uszkodzenia, dwudziestu ludzi z dziobowego pakowało w pośpiechu toboły. To musiało być istne pandemonium.
Był już w połowie pomieszczenia, kiedy dopadł go Wiesmann i z miejsca zaczął łapać za guzik. Był już lekko podpity. Reinhardt nie znosił takich typków z lepkimi rączkami. Aż się prosiło, żeby przydzwonić mu w tę krokodylą szczękę.
– Wykonał pan rozkaz?
– Znaczy?
– W załodze nie może być elementów nieczystych rasowo. Do trzeciego pokolenia... Tylko czysta krew. To bardzo ważne. – W ogólnym zgiełku nie za bardzo było go słychać.
– Zredukowałem załogę, według rozkazu – powiedział Reinhardt wymijająco.
– Tak... Zredukować. Żadnych mieszańców. Tylko Aryjczycy. Prawdziwi. Jak się nazywa pański okręt?
– Nie nazywa się. To okręt podwodny. U-966. Oznaczenie wywoławcze ULF.
– Więc Ulf! Ulf, czyli wilk po starogermańsku! Wspaniale. Panowie, za pomyślność okrętu Ulf, który przyniesie nam wszystkim upragnione zwycięstwo! Za operację Götterdämmerung(7)! Heil Hitler!
Wszyscy wstali, ktoś wcisnął osłupiałemu Reinhardtowi kieliszek koniaku.
Więc tak wygląda w Abwehrze najwyższy stopień tajemnicy? – skonstatował w duchu. Poddam się. To nie ma sensu. Poddam się pierwszemu napotkanemu niszczycielowi i pojadę sobie do Kanady karczować lasy. Starego się udusi... Ta wojna prowadzona jest przez imbecylów. Szkoda mojego czasu. Panie i panowie, zostaliśmy nabrani.
Podszedł do stołu, szukając Rittera, i zastał go rozmawiającego ze śpiewaczką i Vordingerem.
– Jakże państwu zazdroszczę – mówił Ritter. – Bardzo chciałbym też zobaczyć Führera na własne oczy.
– Ależ, panie kapitanie – wdzięczyła się diwa. – Kiedy wrócimy, jestem pewna, że przyjmie pana osobiście! Nawet pan nie wie, jak wiele od tego zależy. My...
– Najuprzejmiej przepraszam panią – powiedział Reinhardt. – Panie kapitanie. Proszę o pozwolenie powrotu na okręt. Muszę dopilnować prac pokładowych i przygotować wszystko do odpłynięcia.
– Co...? Ach, tak, Reinhardt. Przygotować. Słusznie. Zezwalam.
– Już pan nas opuszcza, Herr Oberleutnant?
– Niestety. Serdecznie radzę, żeby państwo również przygotowali się do odpłynięcia i weszli na pokład najdalej za dwie godziny.

* * *

Czif wyglądał jak duch ojca Hamleta. Z podwiniętymi rękawami, po łokcie utytłany smarem, którego smugi pojawiły się nawet na jasnej brodzie, z włosami zlepionymi od potu siedział pod barierką diesla i apatycznie wycierał dłonie szmatą.
– Baterie akumulatorów i siłownia elektryczna sprawne – powiedział Reinhardtowi zmęczonym głosem. Gdzieś w tle jego mechanicy zbierali narzędzia i kawałki kabli, z hałasem układali na miejscu lśniące kraty gretingów. – Dławiki chrap i siłowniki sprawne, nieszczelności głównego kolektora za wodowskazem załatane, dwa odsalacze sprawne, łożyska wału obsadzone, oringi wymienione, uszkodzenie kadłuba nad zbiornikiem balastowym zaspawane. Da się jechać. Zostało trochę drobiazgu, ale to możemy spokojnie połatać po drodze. Mamy paliwo. A jak wygląda na górze?
– Dziękuję. – Reinhardt podał tamtemu butelkę piwa. Główny mechanik przyjął ją z wdzięcznością i jednym ruchem odbił kapsel o śrubę bloku silnika. Piwo huknęło jak szampan, kapsel poleciał gdzieś, rykoszetując z brzękiem niczym pocisk. Czif uniósł się, znalazł kawałek blaszki i posłał ją do wiadra ze zużytym olejem. Mechanik pił duszkiem, piana wsiąkała mu w brodę i widać było, jak niezmordowanie porusza chudą grdyką.
– Dwóch kretynów, moim zdaniem, Abwehra, czterech byczków prosto z aryjskiej farmy rozpłodowej i śpiewaczka operowa. Mamy to wszystko wieźć w ocean. Nie wiem, dokąd, i nie wiem, dlaczego. Mam nadzieję, że chodzi o to, żeby ich gdzieś utopić.
– Śpiewaczka? – zapytał czif z niedowierzaniem.
– Operowa – potwierdził Reinhardt z goryczą. – Dwa metry, tleniony blond, brak nosa, oczy krowy i cyce jak pontony. Głupia jak bawarskie gacie. Prezes jest zachwycony.
– Robi się coraz dziwniej.

Jakoż faktycznie dalej robi się coraz dziwniej, toteż zdecydowania zachęcam to przeczytania całego utworu.
A.W.


(1) Głównodowodzący Marynarki Wojennej.
(2) Kapitan marynarki.
(3) Zwyczajowy skrót od „Kapitanleutnant zur See”.
(4) Tu: O, q...
(5) GröFAZ – ironiczne określenie Hitlera, skrót od „Größter Feldherr aller Zeiten” (największy wódz wszystkich czasów).
(6) Niemiec sudecki.
(7) Zmierzch bogów.
Ostatnio zmieniony 11.12.11, 23:31 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 2 razy.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 01.08.09, 18:07

Józef Szczepański (+10.IX.1944)
CZERWONA ZARAZO

Czekamy ciebie, czerwona zarazo,
Byś wybawiła nas od czarnej śmierci,
Byś, kraj nasz przedtem rozdarłszy na ćwierci,
Była zbawieniem witanym z odrazą.

Czekamy ciebie, ty potęga tłumu
Zbydlęciałego pod twych rządów knutem,
Czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem
Swego zalewu i haseł poszumu.

Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu,
Morderco krwawy tłumu naszych braci,
Czekamy na ciebie - nie żeby odpłacić,
Lecz chlebem witać na rodzinnym progu.

Żebyś ty widział, nienawistny zbawco,
Jakiej ci śmierci życzymy w podzięce
I jak bezsilnie zaciskamy ręce,
Pomocy prosząc - podstępny oprawco.

Żebyś ty wiedział, dziadów naszych kacie,
Sybirskich więzień ponura legendo,
Jak twoją dobroć wszyscy tu kląć będą,
Wszyscy Słowianie, wszyscy twoi bracia.

Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli:
Nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej
Skuwać w kajdany łaski twej przeklętej,
Cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli.

Legła twa armia zwycięska czerwona
U stóp łun jasnych płonącej Warszawy
I ścierwią duszę syci bólem krwawym
Garstki szaleńców co na gruzach kona.

Miesiąc już mija od powstania chwili,
Łudzisz nas czasem dział swoich łomotem,
Wiedząc jak znowu będzie strasznie potem
Powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili.

Czekamy ciebie nie dla nas żołnierzy -
Dla naszych rannych, mamy ich tysiące,
I dzieci są tu i matki karmiące,
I po piwnicach zaraza się szerzy.

Czekamy Ciebie - ty zwlekasz i zwlekasz,
Ty się nas boisz i my wiemy o tym,
Chcesz, byśmy wszyscy tu legli pokotem,
Naszej zagłady pod Warszawą czekasz.

Nic nam nie zrobisz - masz prawo wybierać,
Możesz nam pomóc, możesz nas wybawić,
Lub czkać dalej i śmierci zostawić...
Śmierć nie jest straszna, umiemy umierać,

Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły
Nowa się Polska - zwycięska - narodzi
I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić,
Czerwony władco rozbestwionej siły.

29 sierpnia 1944 r.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

K.I.Gałczyński: Dziwny kelner

Postautor: Arthur Weasley » 27.10.09, 21:41

Teatrzyk Zielona Gęś
ma zaszczyt przedstawić

DZIWNEGO KELNERA


Występują:
Dziwny Kelner
Gość I
Gość II
Gość III


Dziwny Kelner: Pan płaci?

Gość I: Kotlet barani.

Dziwny Kelner: Kotlet barani dwieście.
Wódki nie było?

Gość I: Wódki nie było.

Dziwny Kelner: Wódki nie było pięćset.
Piwo?

Gość I: Piwa nie było.

Dziwny Kelner: Piwa nie było sześćset, kotlet dwieście, osiemset, dziękuję panu. (do Gościa II) Ozór sos chrzanowy?

Gość II: Jajecznica z trzech.

Dziwny Kelner: Ozór sos chrzanowy nie było dwieście pięćdziesiąt, jajecznica z trzech dziewięćdziesiąt dziewięć, szampan nie było sześć tysięcy, razem sześć tysięcy trzysta czterdzieści dziewięć, dziękuję panu, dobranoc panu.

Gość III: (wstaje i za pomocą dębowej laski robi dziurę w głowie Dziwnego Kelnera)

Dziwny Kelner:
Dziura w głowie osiemset pięćdziesiąt, kotlet wieprzowy dwieście, razem tysiąc pięćdziesiąt, piwa nie było, sto, tysiąc sto pięćdziesiąt, dziękuję panu, dobranoc panu.
Moje uszanowanie panu.

K U R T Y N A

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 07.12.09, 17:14

Jarosław Grzędowicz
NA MUGOLSKIEJ STRONIE

(tytuł pochodzi od redakcji)
fragment powieści POPIÓŁ I KURZ


Ogoliłem się, założyłem świeżo wyprasowane spodnie, czarną koszulkę i fikuśną marynarkę.
A potem zadzwoniłem po taksówkę.
Wychodząc z domu, nie zgasiłem światła.

Ogólnie pomysł był tego rodzaju, że pojadę do jakiegoś klubu i poszukam sobie dziewczyny. Miałem stawać się normalnym człowiekiem, nie?
Fatalny pomysł.
Po pierwsze, był środek tygodnia i większość dziewczyn najwyraźniej zajmowała się czymś innym. Po drugie, wizyta w takim klubie dla kogoś w moim wieku to najlepszy sposób, żeby nabawić się depresji. Nie jestem stary, ale na pierwszy rzut oka widziałem, że tu nie pasuję. To wszystko były dzieci. Jeszcze gorsze od moich studentek. Muzyka była dla dzieci. Nawet alkohol wydawał się infantylny. Nie znoszę słowa „młodzieżowe” – kojarzy mi się z jakąś komunistyczną organizacją, aż błyszczy od propagandowej hipokryzji i tutaj by nie pasowało. Nie dałoby się pogodzić z przygodnym seksem w toalecie i kokainą.
Lokal był tak paskudny, że aż chciałoby się powiedzieć, że jest „trendy”, ale to słówko nie było już trendy. Teraz klub był „dżezi” – co brzmiało jeszcze głupiej i jeszcze bardziej adekwatnie. Częściowo sterylny niczym poczekalnia u dentysty, a częściowo ucharakteryzowany na zapuszczony i bez żadnego nastroju.
Siedziałem przy barze, znosiłem okropną, chaotyczną muzykę i czułem się jak starotestamentowy patriarcha. Jak nieznośny, rozwichrzony dziad. Kilka wijących się na pustawym parkiecie dziewcząt wpędziło mnie w okropny nastrój. Ni to tęsknoty, ni to żalu, ni to pożądania.

Powinienem był pójść do któregoś z pubów dla motocyklistów. To chyba miejsce dla mnie. Rzecz w tym, że zanim człowiek dorobi się harleya, road stara albo hondy gold wing, z reguły zdąży wyrosnąć już z wieku szczenięcego, więc siedziało tam pełno takich jak ja. Osobników, których Anglosasi nazywają muttons – baranina. Niby w średnim wieku, ale stanowczo odmawiających wstąpienia w szeregi statecznych podtatusiałych obywateli. Jeśli mężczyzna, przekroczywszy czterdziestkę, nie zamienia się we własnego ojca, budzi natychmiast irytację i pogardę. Wśród facetów obnoszących tatuaże na tłustawych ramionach, przetykane siwizną brody i kucyki oraz kryjących oponkę tłuszczu pod ciężką skórzaną ramoneską czułbym się dużo lepiej. Wśród wyznawców drugiej młodości i wiatru w przerzedzonych włosach.
Tyle tylko, że wolnych dziewcząt było tam jak na lekarstwo. Te nieliczne stanowiły łup kogoś, kto wyczołgał się właśnie z ruin małżeńskiej katastrofy i leczył się wymarzonym stalowym rumakiem oraz przylepionym do pleców blond aniołkiem, obejmującym go w pasie na zakrętach. Traktowali je tak, jak doberman traktuje świeżą kość, więc nie miałem tam dzisiaj czego szukać.

Zamówiłem sobie wódkę, ale była tylko pieprzowo-ziołowa i smakowała jak zalewa do peklowania dziczyzny. Trudno. Na szynkwasie stały popielniczki, więc istniała szansa, że nikt nie dostanie spazmów na widok papierosa. W razie czego będę udawał, że to marihuana.
Muzyka i rytm brzmiały, jakby zepsuła się parowa sieczkarnia. Na słowa utworu składał się dwuwiersz, powtarzany monotonie od piętnastu minut.
Uznałem, że trzeba przestać narzekać i zająć się czymś produktywnym. W końcu nie przyszedłem tu dla przyjemności. To był etap terapii mającej uczynić mnie normalnym obywatelem świata. Mieszkańcy tego świata to właśnie robili dla rozrywki i w celu spotkania samicy swojego gatunku.
Wypiłem dwie szklaneczki bejcy do sarniny i poszedłem tańczyć. To pierwszy etap procedury. Bezwzględnie i z całym zaangażowaniem należy tańczyć. Należy tańczyć, nie należy być natrętnym ani namolnym, natomiast należy być hojnym, prowadzić dowcipną i interesującą rozmowę, a nade wszystko sprawiać wrażenie, że ci nie zależy.
Nie zależało mi.
W tańcu można nawiązać kontakt wzrokowy, stopniowo zadzierzgnąć nić sympatii, zmienić solowe występy w duet, a potem przejść do niezobowiązującej propozycji poczęstunku i rozmowy. Procedura. Jeżeli przejdziesz przez nią z odpowiednią dozą spontaniczności i uda ci się zrobić dobre wrażenie, jesteś w domu. Trzeba się zorientować, kiedy wywołuje się przychylność, a kiedy niechęć. Wyglądać na zainteresowanego, ale nie zdesperowanego.
Robiąc to wszystko, czułem się okropnie. Trochę jak głuszec w tańcu godowym, a trochę jak wyliniały goryl tłukący się pięściami po klacie, przytupujący i ryczący. Błazenada. Koszmar.
Dałem spokój i wróciłem do baru wypić jeszcze jedną zalewę do pieczeni. Czułem się głupio i tyle.
Ostatnio zmieniony 12.05.10, 08:45 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 1 raz.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 25.02.10, 14:58

Sprzed półwiecza, ale dziwnym trafem na czasie
Jerzy Jurandot
PECH


Nasz sport, aczkolwiek młody,
Już dziś ma wiele gwiazd.
Jeździmy na zawody
Do zagranicznych miast,
Puszczamy się w podróże
Do Węgier czy do Czech,
Bo szanse mamy duże
I tylko wciąż ten pech:

Dryc kiepsko biegł na dwieście,
Bo zrobił mu się guz,
Fajdlocha w Budapeszcie
Wykończył Hexenschuss,
Bzdyk jęczmień miał na oku,
Więc przegrał, chociaż mistrz,
Sipulski odpadł w skoku,
Bo mu wyskoczył pryszcz.

Od lat podkreśla prasa,
Gdy przegrywamy mecz,
Że to jest tylko passa,
Przemijająca rzecz,
Bo sport nasz świetnie stoi,
Wciąż podciągany wzwyż,
I tylko, drodzy moi,
Nieszczęście takie, iż:

Szmaus się na kontrę nadział
I pękł mu brwiowy łuk,
Piernikowskiego Władzia
Ból zęba zwalił z nóg,
Floch skakał z opatrunkiem,
Więc przegrał, chociaż spec,
A Bendziak miał biegunkę
I nie mógł prędko biec.

Kto winien jest tym klęskom,
Co wciąż nam psują krew?
Nie sport dotknięty ciężko
I nie GKKF!
To raczej medycyna
Dotychczas stoi źle
I to jest ta przyczyna,
Ten główny powód, że:

Kłyś tak sforsował serce,
Że w drugiej rundzie spuchł,
Gmaj dostał kolki w nerce,
Szmajdziankę bolał brzuch,
A wyjazd nasz do Pragi
Sukcesem byłby, lecz
Ciapuła dostał zgagi
I stąd przerżnięty mecz.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 14.04.10, 12:27

Cyprian Kamil Norwid
COŚ TY ATENOM ZROBIŁ, SOKRATESIE?


Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie,
Że ci ze złota statuę(1) lud niesie,
Otruwszy pierwej?

Coś ty Italii zrobił, Alighiery,
Że ci dwa groby(2) stawi lud nieszczery,
Wygnawszy pierwej?

Coś ty, Kolumbie, zrobił Europie,
Że ci trzy groby we trzech miejscach(3) kopie,
Okuwszy pierwej?

Coś ty uczynił swoim, Camoensie,
Że po raz drugi(4) grób twój grabarz trzęsie,
Zgładziwszy pierwej?

Coś ty, Kościuszko, zawinił na świecie,
Że dwa cię głazy we dwu stronach gniecie,(5)
Bez miejsca pierwej?

Coś ty uczynił światu, Napolionie,
Że cię w dwa groby(6) zamknięto po zgonie,
Zamknąwszy pierwej?

Coś ty Polakom zrobił, Mickiewiczu?…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

2

Więc mniejsza o to, w jakiej spoczniesz urnie,
Gdzie? kiedy? w jakim sensie i obliczu?
Bo grób twój jeszcze odemkną powtórnie,
Inaczej będą głosić twe zasługi
I łez wylanych dziś będą się wstydzić,
A lać ci będą łzy potęgi drugiej
Ci, co człowiekiem nie mogli cię widziéć…

3

Każdego z takich, jak ty, świat nie może
Od razu przyjąć na spokojne łoże,
I nie przyjmował nigdy, jak wiek wiekiem,
Bo glina w glinę wtapia się bez przerwy,
Gdy sprzeczne ciała zbija się aż ćwiekiem
Później… lub pierwéj…”

——————————————————————————–

Objaśnienia poety

(1) Sokratesowi w kilka czasów po śmierci jego Ateńczycy statuę ze złota postawili.
(2) Dante grzebany w Rawennie i we Florencji.
(3) Krzysztof Kolumb jest grzebany w Hiszpanii, w St. Domingo i w Hawanie.
(4) 4 lata temu szukano na cmentarzu komunalnym, gdzie był pochowany jednooki bez nogi żebrak, żeby Camoensa pochować.
(5) Kościuszko leży w Solurze i w Krakowie.
(6) Napoleona drugi pogrzeb niedawny.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 15.04.10, 11:14

Julian Tuwim
POGRZEB PREZYDENTA NARUTOWICZA


Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni.
Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie.
Wy, w chichocie zastygli, bladzi, przestraszeni,
Chodźcie, głupcy, do okien - i patrzcie! i patrzcie!

Z Belwederu na Zamek, tętnicą Warszawy,
Alejami, Nowym Światem, Krakowskiem Przedmieściem,
Idzie kondukt żałobny, krepowy i krwawy:
Drugi raz Pan Prezydent jest dzisiaj na mieście.

Zimny, sztywny, zakryty chorągwią i kirem,
Jedzie Prezydent martwy, a wielki stokrotnie.
Nie odwracając oczu! Stać i patrzeć, zbiry!
Tak! Za karki was trzeba trzymać przy tym oknie!

Przez serce swe na wylot pogrzebem przeszyta,
Jak Jego pierś kulami, niech widzi stolica
Twarze wasze, zbrodniarze - i niech was przywita
Strasznym krzykiem milczenia żałobna ulica.


Wróć do „Dziurawy Kocioł - Knajpa 24h”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości

cron