Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Dziurawy Kocioł - czynny 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Miejsce spotkań czarodziejów, nie tylko spod znaku Harry'ego Pottera.

Moderatorzy: Minerwa, Adam Widur, Calluna

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 09.12.11, 15:29


Stefan "Wiech" Wiechecki
MONOGRAM

- Jak pan myślisz, panie Królik szanowny, czy w tem roku tak samo jak w zeszłem będą nam rozbebeszać co miesiąc jezdnie na Warszawie?
- Obowiązkowo.
- Dlaczego?
- Plan.
- Jak to plan?
- Każden musi wykonać swój plan. Życiowy przykład na to widziałem.
Posuwam kiedyś sobie przez trase W-Z i widze, że na jednem rogu brukarze na całe pare układają kostkie na jezdni. Jeden w drugiego przodowniki pracy, zapychają na sto dwa i bruk w oczach rośnie. Kostkie stawiają przy kostce, przesypują piaskiem, ładnie wygładzają do kantu. Jednem słowem robota leci jak cholera, w pierwszem gatonku.
Niedużo już jem zostało, kiedy ni z tego, ni z owego przyjeżdża samochód z robotnikami tramwajowemy. Jakiś starszy tramwajarz w czapce z pluszowem lampasem podchodzi do brukarzy i zaznacza:
Po co wy obywatelowie tu brukujecie, kiedy my i tak będziem zmuszone to wszystko rozrucić, bo rozjazd tramwajowy, czyli skrzyżowanie szyn musiem tu założyć. Ale co zrobione to zrobione, mówi się trudno, nie kończcie i zmiatajcie, bo my zaraz bierzemy się do roboty przy tem rozjeździe.
Brukarze spojrzeli się jeden na drugiego, niektórzy zaczęli już graty zbierać i podnosić się, kiedy odezwal się starszy między niemy i mówi w te słowa:
Zaraz, nie tak galopkiem, po kolei. Wy w swojem planie macie rozjazd, tak?
- Tak.
- A my w swoiem zabrukowanie granitową kostką. Każden musi swoje robote wykonać. Poczekajcie troszkie, nam już niedużo zostało, raz dwa skończem, zacementujem i możecie rozwalać, ale przedtem nie.

Starszy od tramwajarzy, człowiek niedzisiejszy z życiową smykałką, dał się przekonać.
Faktycznie, mówi, plan musicie wykonać. To my poczekamy troszkie.
Usiedli tramwajarze na kamieniach i patrzą, jak brukarze jezdnie w dalszem ciągu zasuwają.
Skończyli. Zaleli kostkie cementem, wyrównali pod waserwagie, wygładzili na medal szpachlami, wysypali żółtem piaseczkiem i "gotowe" mówią.
No to tramwajarze podnoszą się z kamieni, żeby ten rozjazd zaczynać, ale starszy brukarz znowuż nie pozwala.
Zaraz, nie tak na alaboga, musiem najpierw zdać robote. Poczekamy na technika, jego prawo wszystko detalicznie wymierzyć i nam monogram podpisać, że wszystko zostało wykonane. Technik zaraz nadleci, tylko go patrzeć. Cement przez ten czas stanie i wygodniej wam będzie pruć.
Faktycznie - nie wytrwało godziny, nadleciał technik, wymierzył wszystko tam i nazad, rozpisał się w monogramie brukarzom.
Teraz możecie pruć.
Podjechali tramwajarze z motorowem świdrem i jak zaczęli pruć te jezdnie, to kostka tylko fruwała w powietrzu. Dusza faktycznie rosła, jak się na to patrzyło!
W ten deseń każden swoje zadanie według planu odstawił. Plan i monogram to gront!
- Jasne. Bez planu nawet głupiej wiśniówki na pestkach uskutecznić się nie da. Ale może jest jakaś maszyneria, żeby te plany głowamy się nie sztukali?
- Podobnież jest. Kode... koro... kodakolacja się nazywa czy jakoś tak. Ale to męczące i robote wstrzymuje. Przez to mało używane.

1955
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Minerwa » 09.12.11, 20:52

Wiecie co, chciałam, żeby to nie zaginęło. Ostatnio "Dwie Siostry" (bardzo zacne wydawnictwo) wydało "Od A do Z" Janusza Minkiewicza - niestety, w wersji uwspółcześnionej. Niech sobie będzie uwspółcześniona, dzisiejsze dziecko nie ma powodu wiedzieć, co to "andrus" ale ja mam sentyment do wierszyka, jaki znałam w dzieciństwie, tj, przed zazeszłym lodowcem.

A było andrusem i z dziećmi się biło,
B było brzuchate bo tak się roztyło.
C było cieniutkie trzy ćwierci od śmierci,
D było dentystą co w zębach nam wierci.
E często w entliczek -pentliczek grywało
F było fabryką, z komina gwizdało.
G było góralem, skakało przez górki
H było harcerzem, chodziło na zbiórki.
I było igiełką co małe ma uszko,
J było jabłkiem, czubiło się z gruszką.
K było kukułką (to ptaszek nie zwierzę)
L było lotnikiem, że podziw aż bierze
M było Murzynkiem, lubiło jeść figi
N było niemową, gadało na migi.
O było okrągłe (to w druku widzimy)
P było poetą co składa to w rymy.
R było rozrzutne, więc biedę dziś klepie
S było sprzedawcą, co zawsze jest w sklepie.
T grało w tenisa, machało rakietą
U było usłużne, pochwalmy je przeto.
W lubiąc wygodę wciąż grzało się w słońcu
Z było zmartwione, bo zawsze szło w końcu.

Awatar użytkownika
Calluna
Wyga
Posty: 2344
Rejestracja: 24.08.07, 21:19
Lokalizacja: Wrzosowiska zagubione i inne manowce... :)
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Calluna » 30.03.12, 21:15

Bardzo zacny wierszyk Minerwo. :)
Ludzie postanowili, że Boga nie ma. On jednak nie ma obowiązku stosowania się do ich uchwał.


A rozmawiać? Jak jest z kim, to wystarczy i milczenie.

Bogdan


Można w formie protestu stanąć na rękach na środku Marszałkowskiej. Tylko jak długo można stać na rękach?

Piotr Szulkin

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 01.04.12, 22:39

Jerzy Jurandot
PLIM!
Wyznania członka orkiestry symfonicznej
grającego na trianglu.


Burza tonów powietrzem, jak to mówi się - targa,
Wyśpiewuje fortepian alegretta i larga ,
Ze strun skrzypiec sfruwają uskrzydlonych nut roje,
Wybuchają dźwiękami flety, trąbki, oboje,
A ja siedzę i czekam, a ja czekam i siedzę,
I wpatruję się bacznie, i uważam, i śledzę,
Chłonę gest dyrygenta, rzekłbyś stapiam się z nim,
I gdy wreszcie znak da mi, wtedy ja robię "Plim"

Potem piszą, że koncert to majstersztyk maestra,
Że dyrygent genialny, znakomita orkiestra,
Że te smyki tak grały, że ta blacha tak brzmiała,
Akustyka wręcz świetna, partytura wspaniała...
O mnie nic nie napiszą. Ani słowa pochwały.
Przez to prawdopodobnie, że instrument za mały.
I przekonaj tu kogo, i dyskutuj tu z kim,
Że nie będzie koncertu, jak ja nie zrobię "Plim!"

Ja się także kształciłem, byłem w konserwatorium,
Grałem fugi, sonaty, nawet raz oratorium...
Też się zapowiadałem, śniła mi się kariera
Menuchina, Ojstracha, Rubinsteina, Richtera,
Żeby kwiaty, wywiady, żeby wywoływali,
Żeby piękne kobiety z wdziękiem mdlały na sali...
Bardzo prędko to wszystko się rozwiało jak dym.
Zamiast tego tu siedzę i na znak robię "Plim!"

Ona jedna wiedziała, że mi śpiewa wciąż w duszy!
Ona jedna... w muzyce zakochana po uszy.
Razem żyliśmy Bachem, Sibeliusem i Listem,
Oprócz tego zaś z sobą. Płeć plus dusza. Mój system.
Ale cóż! Choć kochała, przeminęło to z czasem.
Teraz jest już nie ze mną. Teraz jest z kontrabasem...
Chciałem walczyć, zatrzymać... Ale pytam się, czym?!
Jakie człowiek ma szanse, gdy na znak robi "Plim!"

Życie jest jak fortepian, choć błyszczące, lecz czarne
I nie warto się szarpać, bo to wszystko na marne.
Chciałem skończyć ze sobą, miałem dość tych dyrdymał,
Ale jeden przyjaciel mnie na szczęście powstrzymał.
"Człowiek - rzekł - prawie każdy ma buławę w tornistrze,
I w marzeniach jest wodzem, albo mistrzem nad mistrze,
Ale życie przeważnie tak obchodzi się z nim,
Że gdy zbiera się zagrzmieć, to wychodzi mu "Plim!"

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 07.04.12, 17:46

Niby JoeMonster to średnio literatura...

OGŁOSZENIE

Wystawiam jeszcze raz Jaszczombia, gdyż poprzednia aukcja została skasowana przez dzielnych i czujnych pracowników serwisu Allegro. Ci, jakże wspaniali i bezstronni ludzie, dopatrzyli się haniebnego i nieetycznego zapisu w mojej ofercie... Tak, muszę to wyznać – zachowałem się jak ostatni łajdak i zaproponowałem gratis opony zimowe... Brzydzę się samym sobą! Na szczęście administrator zareagował z całą surowością i aukcję zamknął. Bądźcie błogosławieni, o doskonali i przecudni pracownicy allegro. Bądź błogosławiony i Ty, bezinteresowny allegrowiczu, który zwróciłeś uwagę naszych dobrych pasterzy na poczynania zbłąkanej owieczki. Oby do końca życia oczy twoje cieszyły się widokiem samochodu równie wytrawnego i szlachetnego jak Jaszczomb!
Obrazek
A teraz ogłoszenie:

Sprzedam w całości lub na części (ale też w całości) ;).
Super auto, cena, przebieg i stan do uzgodnienia :)
Po profesjonalnym agro-tuningu w stodole szwagra. Nie daj się zwieść pozorom - to nie zwykła nexia!!!! To Jaszczomb! Postrach szos, sułtan autostrad, książę dróg ekspresowych, wezyr dziurawych ulic, super bryka do wyrywania lachonów, na jego widok laski ściągają stringi przez głowę. (Fetyszyści - niestety, nie mogę dodać gratisu w postaci starych stringów – to nieregulaminowe).
Teraz i ty możesz go mieć! Nie czekaj! Zenon z Grudziądza też czekał i przejechała go ciężarówka z kapustą, Marlena z Kielc też czekała i wyrósł jej czyrak na zadku. Czy chcesz ryzykować? Twoje szczęście zależy od ciebie! Jeszcze dziś zalicytuj.
Odbiór osobisty. Pocztą nie wysyłam, z uwagi na uprzedzenia pracowników poczty do produktów ekologicznych. Tak, to nie pomyłka! Ten produkt jest nie tylko piękny, ale i ekologiczny - podlega Biodegradacji (wyraźnie widoczna w okolicach błotników i progów). Na wiosnę Jaszczomb zmienia okrycie i pokrywa się piękną zielenią.

Uwaga - jak przystało na szlachetnego ptaka, Jaszczomb unika wody! Tzn. jeździ tylko jak jest sucho - odrobina wody w powietrzu wywołuje niezadowolenie ptaszyny i ucieczkę prądu przez starą cewkę. Samochód odpalony w zeszły weekend, jak było ciepło i sucho – jeździ, choć cewka strzela!
Czy chcesz jeszcze czekać?? Licytuj!!
Poprzednio chciałem dodać gratis w postaci lewego błotnika w kolorze czerwonym (planowałem wymianę porysowanej blach). Teraz, gdy już wiem, że takie gratisy to zło wcielone, muszę się wycofać – teraz błotnik będzie wliczony w cenę. O!
Jednocześnie informuję, że mam komplet kół z oponami zimowymi. Oczywiście żadnych gratisów (A fuj!). Jeśli ktoś wyrazi zainteresowanie, to wystawię je na dodatkowej aukcji. OCZYWIŚCIE nie zamierzam sprzedawać tychże kół poza aukcją. Och nie! Toż byłby to grzech ciężki.

W odpowiedzi na pojawiające się pytania.
1. samochód sprzedam osobie, która na zakończenie aukcji będzie oferować najwyższą cenę (niezależnie czy będzie 2 PLN czy 1 000 000 ),
2. samochód ma ważne OC do połowy sierpnia 2010,
3. samochód nie ma ważnego przeglądu (ostatni minął w sierpniu 2009). Nie mam możliwości zrobienia przeglądu, bo w dowodzie skończyły się rubryki na stempelek (tak tak, auto to mam już 8 lat). Sama myśl, że muszę jechać do urzędu komunikacji na drugi koniec Warszawy (rejestracja z Bielan) jest dla mnie wyjątkowo przykra - już szybciej zawiozę moja ptaszynę na złom. Samochód przechodził do tej pory przeglądy bezproblemowo.
4. Samochód był regularnie serwisowany w zakresie wpływającym na stan techniczny części istotnych (silnik, zawieszenie, itp). Stąd sporo w miarę nowych części (pompa i zbiornik paliwa ok. 2 lat, trochę elementów zawieszenia, przednia szyba, akumulator, itp). Jednocześnie nie ukrywam, że części nieistotne dla bezpieczeństwa bądź niezawodności nie były przedmiotem mojego zainteresowania. :)
5. Samochód ma centralny zamek, ale nie mam do niego pilota, kluczyk zacina się w zamku, więc od 3 lat samochód nie był zamykany.... Może jakby nasmarować.... :)
6. Do momentu awarii cewki samochód jeździł bezproblemowo na gazie... Z przebitą cewką wiadomo, że się nie da...
stąd

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 12.08.12, 13:38

Jerzy Jurandot
O PEWNYM MIESZKANIU

(1946)

Więc mieszkanie jest bezpańskie,
Dajmy na to na Wólczańskiej -
Szkopy byli, szkopy zwieli,
Można zająć od niedzieli.

Przyszedł jeden, przybił plakat,
Że zajęte - już nie vacat,
On tu mieszkał był przed wojną,
Tylko jemu teraz wolno.

Przyszedł drugi - ujrzał pierwszy,
Przybił na nim nowy (szerszy).
Wynikało z jego treści,
Że tu urząd się pomieści.

Nie minęła jeszcze doba -
Przyszedł trzeci, zerwał oba:
On załatwił rzecz w Urzędzie,
Teraz on tu mieszkać będzie!

Przyszedł czwarty już o zmierzchu -
Przybił swoją kartkę z wierzchu,
Zrobił to zaś z tego względu,
Że też papier miał z Urzędu.

Przyszedł piąty - któż to widział?
Przecieź jemu dali przydział!
A że raptus był z natury,
Łupnął swoją kartkę z góry.

Tak chodzili przez dni szereg,
Na papierku rósł papierek,
Wreszcie wszyscy się zebrali,
Wymyślali i tak dalej,
Wyszła awantura cała,
Były uszkodzenia ciała -
Interwencje, odwołania,
Znów kolejki, znów podania...

Gdy się tak ten z tamtym biedzi,
Jeden już w mieszkaniu siedzi.
Nie ma kartki, nie ma placet,
Ma natomiast tupet facet.
Znak to zapytania duży,
Czy go stamtąd kto wykurzy.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Żelek
Zielony
Posty: 4
Rejestracja: 05.03.12, 20:38

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Żelek » 22.08.12, 00:47

Czarna księga komunizmu
Rozdział I
STÉPHANE COURTOIS

Zbrodnie komunizmu

Nie bez racji napisano, że „historia to nauka o ludzkim nieszczęściu” ; nasz wiek przemocy zdaje się potwierdzać to sformułowanie w sposób nader wymowny. Rzecz jasna w minionych stuleciach nieliczne tylko państwa i narody nie zaznały takiej czy innej formy masowej przemocy. Największe potęgi europejskie uczestniczyły w handlu niewolnikami; Republika Francuska prowadziła politykę kolonizacyjną, która — mimo pewnych pozytywnych elementów — naznaczona była aż do końca wieloma zasługującymi na potępienie wydarzeniami, a Stany Zjednoczone pozostają wciąż pod wpływem kultury przemocy, której korzenie sięgają dwóch wielkich zbrodni: niewolnictwa Murzynów i eksterminacji Indian.
Nie ulega jednak wątpliwości, że nasz wiek wyprzedził pod tym względem minione epoki. Spojrzenie w przeszłość narzuca nam przygnębiający wniosek: było to stulecie wielkich ludzkich nieszczęść, dwóch wojen światowych, nazizmu, nie mówiąc już o lokalnych tragediach: w Armenii, Biafrze, Ruandzie i wielu innych miejscach. Imperium osmańskie ponosi odpowiedzialność za ludobójstwo Ormian, Niemcy — za zagładę Żydów i Cyganów. Włochy Mussoliniego mają na sumieniu masakrę Etiopczyków.
Czechom trudno zrozumieć, że ich postępowanie wobec Niemców sudeckich w latach 1945-1946 można uznać za co najmniej podejrzane. Nawet mała Szwajcaria boryka się dziś ze swą przeszłością dysponenta złota, które naziści zrabowali zamordowanym Żydom, chod oczywiście tego postępku niepodobna porównać z ludobójstwem. Komunizm wpisuje się w tę obfitującą w tragedie epokę, będąc wręcz jednym z jej najbardziej intensywnych i znaczących momentów. Komunizm, zjawisko kluczowe dla tego krótkiego XX stulecia, które zaczyna się w 1914, a kończy w 1991 roku w Moskwie, sytuuje się w centrum wydarzeń tych czasów; ów komunizm, który nie tylko istniał przed powstaniem faszyzmu i nazizmu, ale również je przetrwał, dotykając czterech wielkich kontynentów.
Co właściwie określamy nazwą „komunizm”? Należy tu od razu wprowadzić rozróżnienie między doktryną a praktyką. Jako filozofia polityczna komunizm istnieje od wieków, a nawet tysiącleci. Czyż to nie Platon przedstawił w „Rzeczypospolitej” koncepcję idealnego państwa, w którym ludzie nie będą skażeni przez pieniądze i władzę i gdzie rządzić będą mądrość, rozsądek i sprawiedliwość? Czyż innym prekursorem koncepcji idealnego państwa nie był wielki myśliciel i mąż stanu Thomas More, w 1530 roku lord kanclerz Anglii, autor słynnej „Utopii”, ścięty z rozkazu Henryka VIII? Utopijny sposób myślenia, stosowany jako narzędzie krytycznej analizy społeczeństwa, wydaje się całkowicie uprawniony i można go znaleźć w sporach ideowych ożywiających nasze demokracje.
Jednakże komunizmu, o którym tu mowa, nie można umieszczać w sferze idei. Jest to komunizm całkowicie realny, istniejący w konkretnej epoce i w konkretnych krajach, komunizm, którego ucieleśnieniem byli i są słynni przywódcy — Lenin, Stalin, Ho Chi Minh, Castro i inni, bliżej zaś naszej, francuskiej historii — Maurice Thorez, Jacques Duclos, Georges Marchais.
Jakkolwiek by się miała komunistyczna doktryna sprzed roku 1917 do praktyki realnego komunizmu — powrócimy jeszcze do tego zagadnienia — bezsprzecznie ten właśnie system wprowadził w życie represję ustrojową, a nawet w paroksyzmie szaleństwa ustanowił terror jako sposób rządzenia. Czy ideologia nie ponosi tu żadnej winy? Dogmatycy lub ludzie rozczarowani mogą zawsze utrzymywać, że komunizm realny nie miał nic wspólnego z komunizmem idealnym. Oczywistym absurdem byłoby twierdzenie, iż teorie powstałe przed Chrystusem, w czasach Odrodzenia lub nawet w XIX wieku, ponoszą winę za wydarzenia, do których doszło w XX stuleciu. Jednakże — jak pisze Ignazio Silone — „prawdę mówiąc, rewolucje, jak drzewa, poznaje się po ich owocach”. I nie bez racji rosyjscy socjaldemokraci, znani jako „bolszewicy”, postanowili w listopadzie 1917 roku nazwać się „komunistami”. Nie przypadkiem też wznieśli u stóp Kremla pomnik ku czci More'a i Campanelli, uważając ich za swoich poprzedników. Chcąc utrwalić swoją władzę, reżimy komunistyczne wykroczyły poza jednostkowe zabójstwa i lokalne lub okolicznościowe masakry i uczyniły ze zbrodni masowej prawdziwy system rządów. To prawda, że z upływem czasu — po kilku latach w Europie Wschodniej i wielu dziesięcioleciach w ZSRR i w Chinach — terror utracił żywotność, reżimy ustabilizowały się w zarządzaniu codziennymi represjami, takimi jak cenzura wszystkich społecznych środków komunikacji, kontrola granic, wydalanie z kraju dysydentów.
Ale „pamięć o terrorze” niezawodnie i skutecznie podtrzymywała nadal poczucie zagrożenia. Reguła ta dotyczy każdego z eksperymentów komunistycznych, chwilowo popularnych na Zachodzie: a więc i Chin Wielkiego Sternika, i Korei Kim Ir Sena, i nawet Wietnamu „dobrego wujka Ho” czy Kuby płomiennego Fidela, wspieranego przez nieskazitelnego Che Guevarę, a także Etiopii Mengystu, Angoli Neta i Afganistanu Nadżibullaha.
Tak się składa, że zbrodnie komunizmu nie zostały jeszcze właściwie ocenione ani z historycznego, ani z etycznego punktu widzenia. Podejmujemy więc tu zapewne jedną z pierwszych prób analizy komunizmu, stawiając pytanie o jego zbrodniczy wymiar i traktując ten właśnie wymiar jako kwestię kluczową i globalną zarazem. Zapewne spotkamy się z argumentem, że większość zbrodni dokonywana była przez instytucje „legalnie” ustanowione przez panujące reżimy, które uznawano na płaszczyźnie międzynarodowej i których przywódcy przyjmowani byli z wielką pompą przez nasze rządy.
Ale czyż nie tak właśnie było z nazizmem? Zbrodni, które pokazujemy w tej książce, nie da się zdefiniować w kontekście prawodawstwa reżimów komunistycznych, lecz jedynie poprzez odniesienie do niepisanego kodeksu naturalnych praw ludzkości. Dzieje ustrojów i partii komunistycznych, ich polityki, relacji z własnym społeczeństwem i ze wspólnotą międzynarodową nie sprowadzają się wyłącznie do owego przestępczego wymiaru ani nawet do terroru i represji. W Związku Sowieckim i w „demokracjach ludowych” po śmierci Stalina, w Chinach po śmierci Mao terror osłabł, społeczeństwo odetchnęło, a „pokojowe współistnienie” — jeśli nawet było to nadal „kontynuowanie walki klasowej w innej formie” — stało się trwałym faktem w życiu międzynarodowym. Jednakże archiwa i liczne świadectwa wskazują, że terror był od początku jedną z podstaw współczesnego komunizmu. Porzućmy przeświadczenie, że wszelkie egzekucje zakładników, masakry zbuntowanych robotników czy hekatomby umierających z głodu mas chłopskich to jedynie koniunkturalne „wypadki”, „specyfika” konkretnych krajów lub okresów historycznych. W naszej analizie wykraczamy poza konkretne obszary i przyjmujemy, że zbrodnia jest jednym z elementów właściwych całemu systemowi komunistycznemu podczas całego jego istnienia.
O czym więc, o jakich zbrodniach będziemy mówić? Komunizm popełnił ich nieskończenie wiele: zbrodnie na psychice przede wszystkim, ale także zbrodnie na kulturze powszechnej i na kulturach narodowych. Stalin kazał zniszczyć dziesiątki cerkwi w Moskwie; Ceauşescu zburzył zabytkową dzielnicę Bukaresztu, aby wznieść tam nowe budowle i wytyczyć megalomańskie perspektywy; na rozkaz Pol Pota rozebrano kamień po kamieniu katedrę w Phnom Penh i pozostawiono na pastwę dżungli świątynie Angkoru; nieprzebrane skarby zostały zniszczone lub spalone przez Czerwoną Gwardię podczas maoistowskiej „rewolucji kulturalnej”. A przecież bez względu na to, jak wielkie straty poniosły na dłuższą metę poszczególne narody i cała ludzkość, czymże są te zniszczenia w porównaniu z masowymi morderstwami ludzi — mężczyzn, kobiet i dzieci?
Ograniczyliśmy się zatem tylko do zbrodni przeciwko ludziom, one bowiem stanowią istotę zjawiska terroru. Można je określić za pomocą wspólnej terminologii, nawet jeśli niektóre działania są dla pewnych krajów bardziej typowe. Do zbrodni tych należą: wszelkiego rodzaju egzekucje (rozstrzeliwanie, wieszanie, topienie, katowanie na śmierć; niekiedy też posługiwano się gazami bojowymi, truciznami lub aranżowano wypadki samochodowe); unicestwienie przez głód (klęski głodowe sztucznie wywoływane i/lub takie, w których ofiarom nie udzielono pomocy); zsyłki — śmierć mogła nastąpić podczas transportu (wędrówka piesza lub jazda w bydlęcych wagonach) albo w miejscach pobytu i/lub w wyniku ciężkich robót (wyczerpanie, choroby, głód, zimno). Sprawa się komplikuje w przypadku „wojen domowych”, niełatwo bowiem odróżnić skutki walk między władzą a buntownikami od masakr ludności cywilnej.
Możemy jednak sporządzić wstępny bilans. Choć jest on jedynie przybliżony i wymaga dalszych szczegółowych badań, to zgodnie z naszymi szacunkami pozwala ustalić rząd wielkości i uzmysłowić sobie powagę zagadnienia:
• Związek Sowiecki — 20 milionów ofiar śmiertelnych,
• Chiny — 65 milionów,
• Wietnam — 1 milion,
• Korea Północna — 2 miliony,
• Kambodża — 2 miliony,
• Europa Wschodnia — 1 milion,
• Ameryka Łacińska — 150 tysięcy,
• Afryka — 1,7 miliona,
• Afganistan — 1,5 miliona,
• międzynarodowy ruch komunistyczny i partie komunistyczne nie sprawujące władzy
— 10 tysięcy.
W sumie blisko 100 milionów ofiar śmiertelnych.

Żelek
Zielony
Posty: 4
Rejestracja: 05.03.12, 20:38

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Żelek » 23.08.12, 18:14

Za przedstawionymi wielkościami kryją się różnorodne sytuacje. Jeśli brać pod uwagę liczby względne, „palma pierwszeństwa” bezspornie przypada Kambodży, gdzie w ciągu trzech i pół roku Pol Pot z niebywałym okrucieństwem, powszechnym głodem i torturami, zdołał zgładzić niemal czwartą część ludności kraju. Z kolei komunizm maoistowski poraża ogromem mas biorących w nim udział. Co się zaś tyczy leninowskiej i stalinowskiej Rosji, to tamtejszy eksperyment — ze względu na swój aspekt doświadczalny, dobrze jednak przemyślany od strony logicznej i politycznej — mrozi krew w żyłach.
Ta wstępna analiza nie wyczerpuje oczywiście zagadnienia, jego pogłębienie zaś wymaga podejścia „jakościowego”, opartego na definicji zbrodni. Definicja ta powinna być związana z „obiektywnymi” i prawnymi kryteriami. Z punktu widzenia prawa problem zbrodni popełnionej przez państwo został po raz pierwszy poruszony w roku 1945 przed Trybunałem Norymberskim, powołanym przez aliantów w celu osądzenia zbrodni nazistowskich. Charakter tych zbrodni definiuje artykuł 6 statutu trybunału, który określa trzy zbrodnie główne: zbrodnie przeciwko pokojowi, zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości. Otóż badanie zbrodni popełnionych przez reżim leninowski i stalinowski, a następnie przez cały świat komunistyczny pozwala nam wyodrębnić wszystkie z tych trzech kategorii.
Zbrodnie przeciwko pokojowi są określone w artykule 6a i dotyczą „planowania, przygotowywania, początkowania lub prowadzenia wojny napastniczej albo wojny będącej
pogwałceniem traktatów, porozumień lub gwarancji międzynarodowych, albo współudziału w planie lub zmowie w celu dokonania jednego z wyżej wymienionych czynów”. Stalin niewątpliwie popełnił ten rodzaj zbrodni, chociażby potajemnie negocjując z Hitlerem dwa traktaty, z 23 sierpnia i 28 września 1939 roku, sankcjonujące rozbiór Polski i przyłączenie do Związku Sowieckiego państw bałtyckich, północnej Bukowiny i Besarabii. Układ z 23 sierpnia, który uwolnił Niemcy od groźby prowadzenia wojny na dwa fronty, był bezpośrednią przyczyną wybuchu drugiej wojny światowej.
Kolejną zbrodnię przeciwko pokojowi Stalin popełnił, napadając 30 listopada 1939 roku na Finlandię. Taki sam charakter miał nie zapowiedziany atak Korei Północnej na Koreę Południową 25 czerwca 1950 roku i udział w tej wojnie wojsk komunistycznych Chin. Próby dokonania przewrotu, podejmowane w pewnym okresie przez partie komunistyczne sterowane z Moskwy, również można zaliczyć do zbrodni przeciwko pokojowi, jako że prowadziły do wojen; na przykład komunistyczny zamach stanu w Afganistanie wywołał 27 grudnia 1979 roku zmasowaną interwencję Związku Sowieckiego, zapoczątkowując wojnę, która do tej pory nie wygasła.
Zbrodnie wojenne są określone w artykule 6b jako „pogwałcenie praw i zwyczajów wojennych”.
Takie pogwałcenie obejmuje, choć nie ogranicza się do morderstw, złego obchodzenia się lub deportacji na roboty przymusowe albo w innym celu ludności cywilnej na okupowanym obszarze lub z tego obszaru; do mordowania lub złego obchodzenia się z jeńcami wojennymi lub osobami na morzu; do zabijania zakładników; do rabunku własności publicznej lub prywatnej; do bezmyślnego burzenia osiedli, miast lub wsi albo do spustoszeń nie usprawiedliwionych koniecznością wojenną.
Prawa i obyczaje wojenne są zapisane w konwencjach; najbardziej z nich znana konwencja haska z 1907 roku stanowi, że w czasie wojny „ludność i strony wojujące zostają pod opieką i władzą zasad prawa narodów, wypływających ze zwyczajów ustanowionych między cywilizowanymi narodami oraz z zasad humanitarności i wymagań społecznego sumienia”.
Otóż Stalin nakazał popełnienie lub upoważnił do popełnienia wielu zbrodni wojennych. Masakra niemal wszystkich polskich oficerów wziętych do niewoli w 1939 roku — 4,5 tysiąca zabitych w Katyniu stanowi jedynie ich część — jest zbrodnią najbardziej spektakularną. Ale inne zbrodnie, na o wiele większą skalę, jak zamordowanie lub śmierć w GUŁagu setek tysięcy żołnierzy niemieckich wziętych do niewoli w latach 1943-1945, przeszły nie zauważone; należy tu jeszcze dodać masowe gwałty dokonywane na niemieckich kobietach przez żołnierzy Armii Czerwonej w okupowanych Niemczech, nie mówiąc już o systematycznej grabieży urządzeń przemysłowych w krajach zajętych przez Armię Czerwoną. Ten sam artykuł 6b dotyczy członków zorganizowanego antykomunistycznego ruchu oporu, wziętych do niewoli, rozstrzelanych lub zesłanych, na przykład żołnierzy polskiej Armii Krajowej, członków zbrojnej partyzantki państw bałtyckich i Ukrainy, uczestników afgańskiego ruchu oporu itd.
Sformułowanie „zbrodnia przeciwko ludzkości” pojawiło się po raz pierwszy 18 maja 1915 roku w oświadczeniu Francji, Anglii i Rosji oskarżającym Turcję o masakrę Ormian, uznaną za „nową zbrodnię Turcji przeciwko ludzkości i cywilizacji”. Okrucieństwa nazistów skłoniły Trybunał Norymberski do ponownego zdefiniowania tego pojęcia w artykule 6c:
Morderstwa, wytępianie, obracanie ludzi w niewolników, deportacja i inne czyny nieludzkie, których dopuszczono się przeciwko jakiejkolwiek ludności cywilnej przed wojną lub podczas niej, albo prześladowania ze względów politycznych, rasowych lub religijnych przy popełnianiu jakiejkolwiek zbrodni wchodzącej w zakres kompetencji trybunału lub w związku z nią, niezależnie od tego, czy było to zgodne, czy też stało w sprzeczności z prawem kraju, w którym zbrodni dokonano.
W swoim przemówieniu oskarżycielskim w Norymberdze François de Menthon, francuski prokurator generalny, podkreślał ideologiczny wymiar tych zbrodni: Mam zamiar wykazać, że wszelka zorganizowana i masowa przestępczość jest skutkiem tego, co pozwoliłem sobie nazwać zbrodnią na psychice, czyli — powiedziałbym — doktryny, która zaprzeczając wszystkim wartościom duchowym, rozumowym lub moralnym, zgodnie z którymi ludzie od tysiącleci starali się budować coraz lepszy los, zmierza do ponownego wtrącenia ludzkości w barbarzyństwo. I nie jest to już naturalne i instynktowne barbarzyństwo ludów prymitywnych, ale barbarzyństwo diabelskie, świadome siebie i wykorzystujące do swych celów wszystkie środki materialne, jakie nauka współczesna oddała w ręce człowieka. Ten grzech popełniony na psychice jest właśnie grzechem pierworodnym narodowego socjalizmu, i z niego wynikają wszystkie zbrodnie. Ta potworna doktryna to doktryna rasistowska.
Bez względu na to, czy chodzi o zbrodnię przeciwko pokojowi, czy o zbrodnie wojenne, nie mamy do czynienia z przestępczością przypadkową, okazjonalną, której oczywiście nie można usprawiedliwić, ale którą można wyjaśnić. Mamy do czynienia z przestępczością ujętą w system, będącą bezpośrednim i nieuniknionym skutkiem odrażającej ideologii, której służyli dobrowolnie przywódcy nazistowskich Niemiec.
François de Menthon jasno stwierdził, że deportacje — zarówno te, których celem było dostarczenie dodatkowej siły roboczej dla niemieckiej machiny wojennej, jak i te służące zniszczeniu przeciwnika — były jedynie „naturalną konsekwencją ideologii narodowosocjalistycznej, wedle której człowiek sam w sobie nie ma żadnej wartości, jeśli nie służy niemieckiej rasie”. We wszystkich wystąpieniach przed Trybunałem Norymberskim podkreślano jedną z podstawowych właściwości zbrodni przeciwko ludzkości — oddanie potęgi państwa w służbę przestępczej polityki i praktyki. Wszelako uprawnienia trybunału ograniczone były do badania zbrodni popełnionych podczas drugiej wojny światowej. Należało zatem rozszerzyć jurysdykcję na sytuacje nie wynikające z tej wojny. Nowy francuski kodeks karny, przyjęty 23 lipca 1992 roku, w taki sposób określa zbrodnię przeciwko ludzkości:
Zesłanie, praca niewolnicza albo masowe i systematyczne egzekucje bez sądu, porwania i związane z nimi zaginięcia, tortury oraz niehumanitarne czyny, dokonywane z przyczyn politycznych, filozoficznych, rasowych lub religijnych, mające na celu wykonanie ustalonego planu, wymierzonego przeciwko jakiejś grupie ludności cywilnej.
Wszystkie te definicje, zwłaszcza ostatnią definicję francuską, można zastosować do licznych zbrodni popełnionych za czasów Lenina, przede wszystkim zaś Stalina, także więc i do zbrodni popełnionych we wszystkich krajach o reżimie komunistycznym z wyjątkiem (z całym dobrodziejstwem inwentarza) Kuby i Nikaragui sandinistów. Podstawowe założenie wydaje się bezsporne: reżimy komunistyczne działały „w imieniu państwa uprawiającego politykę hegemonii ideologicznej”. W imię doktryny, logicznej i niezbędnej podstawy systemu, dokonano zabójstwa dziesiątków milionów niewinnych ludzi, którym niczego szczególnego nie można było zarzucić, chyba że uzna się za przestępstwo przynależność do szlachty lub burżuazji, bycie kułakiem, Ukraińcem, a nawet robotnikiem lub... członkiem partii komunistycznej. Czynna nietolerancja była częścią realizowanego programu. Czyż to nie Michaił Tomski, potężny przywódca sowieckich związków zawodowych, oświadczył 13 listopada 1927 roku na łamach pisma „Trud”: „I u nas mogą istnieć inne partie. Ale oto podstawowa zasada, która różni nas od Zachodu; możemy sobie wyobrazić taką sytuację — jedna partia rządzi, wszystkie pozostałe są w więzieniu”.
Pojęcie zbrodni przeciwko ludzkości jest złożone i obejmuje wyraźnie określone zbrodnie. Jedną z najbardziej szczególnych jest ludobójstwo. W następstwie dokonanego przez nazistów ludobójstwa Żydów trzeba było sprecyzować artykuł 6c Trybunału Norymberskiego; pojęcie to zostało później zdefiniowane w konwencji Organizacji Narodów Zjednoczonych z 9 grudnia 1948 roku: W rozumieniu konwencji ludobójstwem jest którykolwiek z następujących czynów, dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych jako takich: a) zabójstwa członków grupy; b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy; c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego; d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy; e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy.
Nowy francuski kodeks karny podaje jeszcze szerszą definicję ludobójstwa: „Fakt wprowadzenia w czyn ustalonego planu, którego celem jest całkowite lub częściowe wyniszczenie określonej grupy narodowej, etnicznej, rasowej lub religijnej albo grupy określonej na podstawie jakiegokolwiek innego arbitralnego kryterium”.
Ta definicja prawna nie stoi w sprzeczności z bardziej filozoficznym ujęciem Andre Frossarda, dla którego „zbrodnia przeciwko ludzkości występuje wtedy, kiedy zabija się kogoś pod pretekstem, że się urodził”. A Wasilij Grossman w swej krótkiej i znakomitej powieści „Wszystko płynie” tak mówi o powracającym z łagrów bohaterze, Iwanie Grigorjewiczu: „Pozostał tym, kim był od urodzenia — człowiekiem”. I właśnie dlatego dostał się w tryby terroru. Francuska definicja pozwala na podkreślenie, że różne są motywy ludobójstwa — w przypadku Żydów rasowe — i że może ono dotyczyć także grup społecznych. W książce „Czerwony terror w Rosji”, opublikowanej w 1924 roku w Berlinie, Siergiej Mielgunow, rosyjski historyk i socjalista, cytuje Łacisa, jednego z pierwszych funkcjonariuszy Czeka (sowieckiej policji politycznej), który 1 listopada 1918 roku wydał swoim zbirom następujące dyrektywy:
Nie wojujemy z poszczególnymi osobnikami. Likwidujemy burżuazję jako klasę. W czasie śledztwa nie szukajcie materiałów i dowodów mających wykazać, że oskarżony czynem albo słowem walczył przeciw władzy Rad. Pierwsze pytanie, jakie powinniście mu zadać, to do jakiej klasy się zalicza, jakiego jest pochodzenia, jakie ma wykształcenie, jaki zawód.
Lenin i jego towarzysze od razu przyjęli zasadę bezpardonowej „walki klas”, w której przeciwnik polityczny, ideologiczny lub nawet niechętna ludność byli uważani za wrogów i — tak traktowani — musieli zostać zlikwidowani. Bolszewicy postanowili wyeliminować w sensie prawnym, a także fizycznym, wszelką, nawet bierną, opozycję i opór wobec ich hegemonicznej władzy — i to zarówno przeciwników politycznych, jak i grupy społeczne jako takie: szlachtę, burżuazję, inteligencję, Kościół itp., oraz kategorie zawodowe (oficerowie, żandarmi itd.) — w czym niekiedy posuwali się do ludobójstwa. Przeprowadzane od 1920 roku „rozkozaczanie” jest w znacznej mierze zgodne z definicją ludobójstwa; cała populacja Kozaków jako taka, zamieszkująca ściśle określony teren, została poddana eksterminacji: mężczyzn rozstrzelano, kobiety, dzieci i starców deportowano, wsie zrównano z ziemią lub przekazano nowym mieszkańcom nie-Kozakom.
Lenin porównywał rozprawę z Kozakami do wydarzeń w Wandei podczas Rewolucji Francuskiej i życzył sobie, aby potraktowano ich w sposób, który Gracchus Babeuf, „wynalazca” nowoczesnego komunizmu, nazwał w 1795 roku „zabójstwem ludu”.
„Rozkułaczanie” z lat 1930-1932 było tylko powtórzeniem na wielką skalę „rozkozaczania”;
przeprowadzenia tej operacji żądał Stalin, a jej oficjalne hasło, głoszone przez reżimową propagandę, brzmiało „zniszczyć kułaków jako klasę”. Chłopów opierających się kolektywizacji rozstrzelano, resztę zaś zesłano, wraz z kobietami, dziećmi i starcami. Oczywiście nie wszystkich zabito w sposób bezpośredni, ale ciężkie roboty, do których zostali zmuszeni na dziewiczych obszarach Syberii lub Dalekiej Północy, dawały niewielką szansę na przeżycie. Wieleset tysięcy poniosło tam śmierć, dokładna liczba ofiar pozostaje jednak nieznana. Z kolei wielki głód na Ukrainie w latach 1932-1933, związany z oporem ludności wiejskiej wobec przymusowej kolektywizacji, spowodował w ciągu paru miesięcy śmierć 6 milionów osób. W tym wypadku ludobójstwo „klasowe” oznacza to samo, co ludobójstwo „rasowe”.
Śmierć dziecka ukraińskiego kułaka, rozmyślnie skazanego na głód przez reżim stalinowski, niczym się nie różni od śmierci żydowskiego dziecka z warszawskiego getta, które do głodowania zmusił reżim nazistowski. Stwierdzenie to w żadnym stopniu nie podaje w wątpliwość „specyfiki Oświęcimia”, polegającej na zgromadzeniu najnowocześniejszych środków technicznych i uruchomieniu prawdziwego „procesu przemysłowego”: budowa „zakładu eksterminacji”, zastosowanie gazu, kremacja. Podkreśla ono jednak cechę szczególną wielu reżimów komunistycznych, czyli systematyczne posługiwanie się „bronią głodu”; władza zmierza do kontroli wszystkich będących w jej dyspozycji zapasów żywności i za pomocą niekiedy bardzo złożonego systemu racjonowania rozdziela tę żywność w zależności od „zasług” lub „braku zasług” takich czy innych ludzi. Podobne działania mogą doprowadzić do wystąpienia niewyobrażalnego głodu.
Przypomnijmy, że od 1918 roku kraje komunistyczne doznały klęsk głodu, które doprowadziły do śmierci setek tysięcy, a nawet milionów ludzi. Jeszcze w ostatnim dziesięcioleciu doszło do tych zabójczych klęsk w Etiopii i Mozambiku, dwóch afrykańskich krajach odwołujących się do marksizmu-leninizmu.
Można zatem sporządzić pierwszy ogólny bilans zbrodni:
• dziesiątki tysięcy zakładników lub więźniów rozstrzelanych bez sądu i masakra setek tysięcy zbuntowanych robotników i chłopów w latach 1918-1922;
• głód z 1922 roku, który spowodował śmierć 5 milionów osób;
• likwidacja i zesłanie Kozaków dońskich w 1920 roku;
• dziesiątki tysięcy zmarłych w obozach koncentracyjnych w latach 1918-1930;
• prawie 690 tysięcy zamordowanych podczas Wielkiej Czystki z lat 1937-1938;
• zesłanie 2 milionów kułaków (lub rzekomych kułaków) w okresie 1930-1932;
• 6 milionów Ukraińców zmarłych wskutek sprowokowanego głodu, któremu nie próbowano zaradzić, w latach 1932-1933;
• deportacja setek tysięcy Polaków, Ukraińców, Bałtów, Mołdawian i mieszkańców Besarabii w latach 1939-1941 i 1944-1945;
• deportacja Niemców znad Wołgi w 1941 roku;
• deportacja Tatarów krymskich w 1943 roku;
• deportacja Czeczenów w 1944 roku;
• deportacja Inguszów w 1944 roku;
• deportacja i eksterminacja populacji miejskiej w Kambodży w latach 1975-1978;
• powolne wyniszczanie mieszkańców Tybetu przez Chińczyków, trwające od 1950 roku itd.
Nie sposób wyliczyć zbrodni leninizmu i stalinizmu, często niewolniczo niemal powielanych
przez reżimy Mao Zedonga, Kim Ir Sena czy Pol Pota.

Żelek
Zielony
Posty: 4
Rejestracja: 05.03.12, 20:38

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Żelek » 26.08.12, 21:45

Pozostaje do rozstrzygnięcia problem poznawczy: czy w swoich opisach i interpretacjach faktów historyk może odwoływać się do pojęć „zbrodni przeciwko ludzkości” i „ludobójstwa”, które, jak zauważyliśmy, są właściwe dziedzinie prawa? Czy pojęcia te nie są zbyt związane z wymogami chwili — jak na przykład potępienie nazizmu w Norymberdze — aby można je było zastosować w rozważaniach historycznych, których celem jest analiza średnioterminowa? Z drugiej zaś strony, czy pojęcia te nie są zbyt obciążone „wartościami”, które mogą „zafałszować” obiektywizm badań historycznych?
Jeśli chodzi o pierwszą kwestię, dzieje naszego stulecia wykazały, że masowe zabójstwa, dokonywane przez państwa i partie-państwa, nie były typowe jedynie dla nazistów. Bośnia i Ruanda świadczą o tym, że praktyki te przetrwały i z pewnością będą stanowić jedną z cech charakterystycznych XX wieku.
Co się tyczy drugiego zagadnienia, nie ma naturalnie mowy o powrocie do dziewiętnastowiecznych koncepcji historycznych, kiedy to historyk usiłował raczej „osądzać” niż „rozumieć”. Wszelako wobec ogromu ludzkich tragedii, spowodowanych bezpośrednio przez niektóre koncepcje ideologiczne i polityczne, historyk nie może nie brać pod uwagę zasad humanistycznych, związanych z naszą judeochrześcijańską cywilizacją i demokratyczną kulturą, jak na przykład poszanowanie osoby ludzkiej. Wielu znanych historyków nie waha się nazwać zbrodni nazistowskich „zbrodniami przeciwko ludzkości”, na przykład Jean-Pierre Azema w artykule na temat Oświęcimia czy Pierre Vidal- Naquet w związku z procesem Touviera. Sądzimy zatem, że nie jest nieuprawnione używanie tych pojęć przy opisie zbrodni popełnionych przez reżimy komunistyczne.
Oprócz zagadnienia bezpośredniej odpowiedzialności sprawujących władzę komunistów należy rozważyć także zagadnienie współudziału. Kanadyjski kodeks karny, poprawiony w 1987 roku, stanowi w artykule 7 (3.77), że przestępstwa związane ze zbrodnią przeciwko ludzkości obejmują przestępstwa usiłowania, współudziału, doradztwa, pomocy, podżegania lub faktycznego współudziału. Do zbrodni przeciwko ludzkości zalicza się również — artykuł 7 (3.76) — „usiłowanie, spisek, współudział po fakcie, radę lub namowę do tego faktu”. Tymczasem od lat dwudziestych po lata pięddziesiąte tego wieku komuniści na całym świecie, a i wiele innych osób, przyklaskiwali gorąco najpierw polityce Lenina, potem zaś Stalina. Setki tysięcy ludzi wstąpiły w szeregi Międzynarodówki Komunistycznej i lokalnych sekcji „światowej partii rewolucyjnej”.
Od lat pięćdziesiątych po lata siedemdziesiąte kolejne setki tysięcy osób oddawały cześć Wielkiemu Sternikowi chińskiej rewolucji, wychwalając zalety Wielkiego Skoku lub „rewolucji kulturalnej”. Jeszcze później niejednokrotnie gratulowano sobie objęcia władzy przez Pol Pota. Wiele osób powie, że „nie wiedziało”. To prawda, że wiedza na ten temat nie zawsze była łatwo dostępna, ponieważ reżimy komunistyczne uczyniły z tajności jedną ze swych ulubionych broni. Bardzo często jednak niewiedza wynikała z zaślepienia wywołanego wiarą aktywisty. A przecież od lat czterdziestych i pięddziesiątych wiele faktów było już znanych i nie można ich było zakwestionować. Tymczasem liczni pochlebcy, porzucając swoich wczorajszych idoli, czynili to cicho i dyskretnie. Jak zatem ocenić zasadniczy brak moralności, który pozwala w głębi ducha wyprzeć się przekonań ongiś głoszonych publicznie i nie wyciągnąć z tego żadnej nauki?
Robert Conquest, jeden z pionierów badao nad terrorem komunistycznym, pisał w 1969 roku:
Fakt, że tylu ludzi w istocie „przełknęło” Wielką Czystkę, był niewątpliwie jednym z czynników, dzięki którym czystka stała się możliwa. Z pewnością procesy nie odegrałyby takiej roli, gdyby nie zostały uwiarygodnione przez niektórych zagranicznych, a więc „niezależnych” komentatorów. Przynajmniej w jakiejś mierze powinni oni ponosić odpowiedzialność za współudział w tych morderstwach politycznych; na pewno zaś winni odpowiadać za to, że zostały one powtórzone, ponieważ pierwszy proces — Zinowjewa [w 1936 roku] — cieszył się niezasłużoną wiarygodnością.
Jeśli tą miarą moralną i intelektualną oceniać współwinę niekomunistów, to co należy powiedzieć o współudziale komunistów? Choć niekiedy nawet wydawało się, iż Louis Aragon krytykował stalinizm, to nie zapomnieliśmy przecież, że w poemacie z 1931 roku wezwał z własnej woli do utworzenia komunistycznej policji politycznej we Francji. Joseph Berger, dawny urzędnik Kominternu, który padł ofiarą czystki i poznał obozowe życie, cytuje list kobiety zesłanej do GUŁagu, która po powrocie z łagru pozostała nadal członkiem partii:
Komuniści z mojego pokolenia zaakceptowali autorytet Stalina. Wyrazili zgodę na jego zbrodnie. Odnosi się to nie tylko do komunistów sowieckich, ale i do komunistów z całego świata, a to piętno obciąża nas indywidualnie i zbiorowo. Możemy je zmazać, nie dopuszczając do tego, aby coś podobnego się powtórzyło. Co się stało? Czy wtedy straciliśmy rozum, czy teraz zdradziliśmy komunizm? Prawda jest taka, że my wszyscy, nawet ci, którzy byli najbliżej Stalina, uczyniliśmy ze zbrodni ich przeciwieństwo. Uznaliśmy je za istotny wkład w budowę socjalizmu. Sądziliśmy, że wszystko, co zwiększa polityczną siłę partii komunistycznej w Związku Sowieckim i na świecie, przyczynia się do zwycięstwa socjalizmu. Nigdy nie przyszło nam do głowy, że w łonie komunizmu może zachodzić konflikt między polityką a etyką.
Berger ze swej strony nadaje tej wypowiedzi inny odcień:
Choć można potępić postawę tych, którzy zaakceptowali politykę Stalina — a nie wszyscy komuniści to uczynili — to jednak trudno im zarzucać, że nie uniemożliwili zbrodni. Wiara w to, że nawet wysoko postawieni ludzie mogli pokrzyżować plany Stalina, świadczy o całkowitym niezrozumieniu jego bizantyjskiego despotyzmu.
Berger może jeszcze przytoczyć na swe usprawiedliwienie, że przebywał w Związku Sowieckim, a zatem został wciągnięty przez piekielną machinę, której nie mógł się wymknąć. Ale co zaślepiało komunistów z Europy Zachodniej — nie doświadczających bezpośrednio przemocy NKWD — do tego stopnia, że nieustannie wychwalali system i jego przywódcę? Czarodziejski napój, który ich uzależnił, musiał mieć wielką moc! W książce o rewolucji rosyjskiej i historii ZSRR, zatytułowanej „Sowiecka tragedia”, Martin Malia uchyla rąbka tajemnicy, mówiąc o „owym paradoksie wielkiego ideału, który prowadzi do wielkiej zbrodni”. Annie Kriegel, inna znana badaczka komunizmu, kładzie nacisk na niemal nieuchronne występowanie dwóch stron komunizmu — jasnej i ciemnej.
Pierwsze objaśnienie tego paradoksu daje Tzvetan Todorov:
Człowiek żyjący w zachodniej demokracji pragnął wierzyć, że totalitaryzm jest całkowicie obcy naturalnym ludzkim dążeniom. Otóż gdyby tak było, totalitaryzm nie utrzymałby się tak długo ani nie pociągnął za sobą tylu ludzi. Wprost przeciwnie, jest to straszliwie skuteczna machina. Ideologia komunistyczna proponuje wizję lepszego społeczeństwa i pobudza nasze pragnienia. Czyż bowiem chęć przekształcenia świata w imię ideału nie jest nieodłączną cechą ludzkiej natury? [...]Ponadto społeczeństwo komunistyczne zdejmuje z jednostki odpowiedzialność — decydują zawsze „oni”. A przecież odpowiedzialność to często ciężar trudny do uniesienia. [...]
Atrakcyjność systemu totalitarnego, jakiej bardzo wiele osób nieświadomie ulega, wynika z pewnego strachu przed wolnością i odpowiedzialnością, co wyjaśnia popularność wszystkich ustrojów autorytarnych (tezę tę postawił Erich Fromm w „Ucieczce od wolności”); już La Boétie mówił, że istnieje „dobrowolna niewola”.
Współudział tych, którzy dobrowolnie oddali się w niewolę, nie zawsze był abstrakcyjny i teoretyczny. Akceptacja i/lub rozpowszechnianie propagandy służącej ukrywaniu prawdy były i są współudziałem czynnym. Jedynym bowiem, chociaż — jak tego dowiodła tragedia w Ruandzie — nie zawsze skutecznym sposobem zwalczania masowych zbrodni, popełnianych w tajemnicy, z dala od niedyskretnych spojrzeń, jest ich publiczne ujawnienie.
Analiza dyktatury i terroru, najbardziej istotnych zjawisk cechujących komunizm u władzy, nie jest wcale łatwa. Jean Ellenstein określił rządy Stalina jako połączenie tyranii greckiej z orientalnym despotyzmem. Definicja ta jest kusząca, ale nie oddaje współczesnego charakteru owego doświadczenia, jego totalnego zasięgu, którym różni się ono od wcześniejszych form dyktatury. Krótkie porównanie pozwoli nam właściwie je usytuować.
Można by zacząć od przypomnienia rosyjskiej tradycji ucisku. Bolszewicy walczyli z terrorem caratu, którego wszakże nie można porównać z potwornościami bolszewizmu u władzy. Za cara więźniowie polityczni mieli do czynienia z prawdziwym aparatem sprawiedliwości; obrona mogła się wypowiedzieć przed sądem równie swobodnie jak oskarżenie i odwołać do opinii publicznej — nie istniejącej w ustroju komunistycznym — w kraju, a zwłaszcza za granicą. Więźniowie i skazańcy korzystali z dobrodziejstw regulaminu, a wygnanie czy nawet zesłanie były stosunkowo bezbolesne. Zesłańcom mogła towarzyszyć rodzina, mogli też pisać i czytać, co im się żywnie podobało, polować, łowić ryby, spotykać się ze swymi towarzyszami niedoli. Lenin i Stalin doświadczyli tego osobiście. Nawet „Wspomnienia z domu umarłych” Dostojewskiego, które w chwili publikacji wstrząsnęły opinią publiczną, wydają się błahostką w porównaniu z potwornościami komunizmu. Oczywiście w Rosji w okresie między 1880 a 1914 rokiem zdarzały się zamieszki i bunty, surowo karane przez stary reżim. Niemniej między 1825 a 1917 rokiem skazano w Rosji na śmierć za poglądy lub za działalność polityczną w sumie 6360 osób, wyrok zaś wykonano na 3932 osobach: 191 stracono między 1825 a 1905 rokiem i 3741 w latach 1906-1910. Liczbę tę przekroczyli bolszewicy w marcu 1918 roku, zaledwie po czterech miesiącach sprawowania władzy. Nie można zatem porównać bilansu carskich represji z bilansem terroru komunistycznego.
Od lat dwudziestych po lata czterdzieste naszego wieku komunizm gwałtownie piętnował terror stosowany przez reżimy faszystowskie. Gdy jednak spojrzymy na liczby, okazuje się, że i tu sprawa nie jest taka prosta. To prawda, że włoski faszyzm, który pojawił się pierwszy i otwarcie nazwał się „totalitarnym”, odpowiedzialny jest za więzienie, a często i maltretowanie przeciwników politycznych; rzadko jednak posuwano się do zabójstwa. W połowie lat trzydziestych we Włoszech było paruset więźniów politycznych i kilkuset confinati — umieszczonych na wyspach, w dobrze strzeżonych miejscach — przyznać jednak trzeba, że wygnańców politycznych liczono na dziesiątki tysięcy.
Aż do wojny terror nazistowski wymierzony był w kilka grup. Przeciwnicy reżimu — przede wszystkim komuniści, socjaliści, anarchiści i niektórzy związkowcy — byli prześladowani w sposób jawny, osadzani w więzieniach, głównie zaś internowani w obozach koncentracyjnych, gdzie podlegali surowym rygorom. W latach 1933-1939 w obozach i więzieniach zamordowano z wyroku lub bez około 20 tysięcy lewicowych aktywistów, nie mówiąc o wewnętrznych porachunkach nazistów, takich jak „noc długich noży” w czerwcu 1934 roku. Inną kategorią osób skazanych na śmierć byli Niemcy, którzy nie odpowiadali kryterium rasowemu „wysokiego, jasnowłosego Aryjczyka” — chorzy umysłowo, kaleki, starcy. Hitler postanowił podjąć tę akcję przy okazji wojny: między końcem 1939 a początkiem 1941 roku 70 tysięcy Niemców zdążyło paść ofiarą programu eutanazji, dokonywanej przy użyciu gazu, dopóki wobec protestu Kościołów nie zaniechano tych działań. Opracowane wówczas metody gazowania zastosowano do trzeciej grupy ofiar — Żydów. Do wybuchu wojny metody segregacji rasowej zostały upowszechnione; do największego nasilenia prześladowao Żydów doszło podczas pogromu „kryształowej nocy”, kiedy poniosło śmierć wieleset ludzi, a 35 tysięcy deportowano do obozów koncentracyjnych.
Prawdziwy terror naziści rozpętali dopiero po wybuchu wojny, a zwłaszcza po ataku na Związek Sowiecki. W okupowanych krajach straciło życie 15 milionów ludności cywilnej, 5,1 miliona Żydów, 3,3 miliona sowieckich jeńców wojennych, 1,1 miliona więźniów obozów, kilkaset tysięcy Cyganów. Do ofiar tych — choć nie śmiertelnych — należy dodać 8 milionów osób skierowanych na ciężkie roboty i 1,6 miliona więźniów obozów koncentracyjnych.
Terror nazistowski poruszał wyobraźnię z trzech powodów. Przede wszystkim dotyczył bezpośrednio Europejczyków. Ponadto ze względu na to, że naziści zostali pokonani, a ich główni przywódcy osądzeni w Norymberdze, zbrodnie te zostały oficjalnie ujawnione i jako takie napiętnowane. I wreszcie ujawnienie ludobójstwa Żydów wywołało szok z uwagi na jego najwyraźniej irracjonalny charakter, aspekt rasowy oraz bezwzględność zbrodni.
Naszym celem nie jest sporządzenie jakiegoś makabrycznego arytmetycznego porównania, zaksięgowanie potworności ani ustalenie hierarchii okrucieństwa. Fakty jednak uparcie dowodzą, że reżimy komunistyczne winne są zgładzenia około 100 milionów istot ludzkich, podczas gdy nazizm odpowiada za śmierć około 25 milionów. To proste stwierdzenie powinno pobudzić co najmniej do refleksji nad podobieństwem między reżimem, który już w 1945 roku uznano za najbardziej zbrodniczy ustrój stulecia, a reżimem komunistycznym, który aż do 1991 roku był uznawany na arenie międzynarodowej i do dziś dzierży władzę w pewnych krajach, jego wyznawcy zaś rozsiani są po całym świecie. Jeżeli nawet wiele partii komunistycznych uznało po jakimś czasie prawdziwość zbrodni stalinizmu, to przecież większość z nich nie zrezygnowała z zasad Lenina ani też nie stawia sobie pytań odnoszących się do własnego udziału w represjach.
Metody opracowane przez Lenina i usystematyzowane przez Stalina i ich uczniów nie tylko przypominają metody nazistów, ale bardzo często były także wcześniej zastosowane. Stwierdził to wyraźnie Rudolf Hess, organizator obozu w Oświęcimiu i jego pierwszy komendant: „Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy przekazał komendantom obszerny materiał dotyczący rosyjskich obozów koncentracyjnych. Zawarto w nim szczegółowe informacje uciekinierów odnośnie do urządzenia obozów i panujących w nich warunków. Szczególnie podkreślano, że na skutek zarządzenia wielkich robót przymusowych Rosjanie niszczyli całe narodowości”. Niemniej z faktu, że metody masowej zagłady zostały zapoczątkowane przez komunistów i mogły stanowić inspirację dla nazistów, nie można naszym zdaniem wnioskować, że istnieje związek przyczynowoskutkowy między dojściem do władzy bolszewików a pojawieniem się nazizmu.
Z końcem lat dwudziestych GPU (nowa nazwa Czeka) wprowadziła metodę kontyngentów:
każdy region, każdy obwód zobowiązany był do aresztowania, zesłania lub rozstrzelania określonego odsetka ludzi wywodzących się z „wrogich” warstw społecznych. Proporcje były ustalane centralnie przez kierownictwo partii. Szaleństwo planowania i mania statystyczna odnosiły się nie tylko do gospodarki, ale objęły także sam terror. Od 1920 roku, po zwycięstwie Armii Czerwonej nad białą armią na Krymie, zaczęły pojawiać się metody statystyczne, a nawet socjologiczne: ofiary wybierano zgodnie z określonymi kryteriami, ustalonymi na podstawie kwestionariuszy, których wypełnienia nikt nie mógł uniknąć. Podobne metody „socjologiczne” Rosjanie mieli zastosować przy organizowaniu deportacji i masowych morderstw w państwach bałtyckich i w okupowanej Polsce w latach 1939-1941. Przewóz deportowanych w bydlęcych wagonach wywoływał podobne zamieszanie jak u nazistów. W latach 1943-1944, podczas działań wojennych, Stalin kazał ściągnąć z frontu tysiące wagonów i setki tysięcy ludzi ze specjalnych oddziałów NKWD, aby w krótkim, kilkudniowym terminie dokonać sprawnej wywózki ludów z Kaukazu. Ta ludobójcza logika — polegająca według francuskiego kodeksu karnego na „całkowitym lub częściowym wyniszczeniu określonej grupy narodowej, etnicznej, rasowej lub religijnej albo grupy określonej na podstawie jakiegokolwiek innego arbitralnego kryterium” — zastosowana przez władzę komunistyczną do grup uznanych za wrogie, do części własnego społeczeństwa, została doprowadzona do granic szaleństwa przez Pol Pota i Czerwonych Khmerów.
Podobieństwo nazizmu i komunizmu pod względem zbrodni ludobójstwa może być szokujące. A jednak Wasilij Grossman, którego matka została zamordowana przez hitlerowców w berdyczowskim getcie i który pierwszy napisał o Treblince, a także był jednym z inicjatorów „Czarnej księgi” dotyczącej masowych mordów Żydów z ZSRR — każe wypowiedzieć jednej z postaci swej powieści „Wszystko płynie” takie oto słowa w związku z głodem na Ukrainie: „I pisarze piszą, i sam Stalin, a wszystko do jednego zmierza: kułacy to pasożyty, zboże palą, dzieci mordują. I ogłoszono wprost: podniecać gniew mas pracujących do kułaków, tępić ich wszystkich — złoczyńców przeklętych — jako klasę”. Po czym dodaje: „Żeby ich zabić, trzeba było ogłosić: kułacy to nie ludzie. Niemcy tak samo mówili: Żydzi to nie ludzie. Tak samo i Lenin, i Stalin: kułacy to nie ludzie”. Pisząc dalej o dzieciach kułaków, Grossman podkreśla: „Niemcy tak samo żydowskie dzieci truli gazem: nie ma dla was życia, parszywe Żydziaki”.
Za każdym razem terror uderza nie w jednostki, lecz w grupy. Ma on na celu zniszczenie grupy uznanej za wrogą, która, oczywiście, jest częścią społeczeństwa, ale w konsekwencji wprowadzenia ludobójczej logiki zostaje w całości dotknięta prześladowaniem. A zatem mechanizmy segregacji i wykluczenia stosowane przez „totalitaryzm klasowy” dziwnie przypominają mechanizmy „totalitaryzmu rasowego”. Przyszłe społeczeństwo nazistowskie miało być zbudowane na idei „czystej rasy”, przyszłe społeczeństwo komunistyczne — na idei klasy proletariuszy, bez jakichkolwiek burżuazyjnych odpadków.
Przekształcenie obu społeczeństw miało się dokonać w taki sam sposób, jeżeli nawet kryteria wykluczenia nie były takie same. Dlatego też błędne jest twierdzenie, że komunizm ma charakter uniwersalny: jeżeli bowiem snuje się zamierzenie na skalę światową, nie można zakładać, podobnie jak zakładał nazizm, iż pewna część ludzkości nie ma prawa do istnienia; różnica bowiem polega jedynie na tym, że nazistowski podział rasowy i terytorialny zastępuje podział na warstwy (klasy). Leninowskie, stalinowskie i maoistowskie zbrodnie oraz doświadczenie kambodżańskie stawiają więc przed ludzkością, a także przed prawnikami i historykami, nowe pytanie: w jaki sposób określić zbrodnię, która polega na eksterminacji ze względów politycznych i ideologicznych już nie jednostek czy grup przeciwników, ale wielkich części społeczeństwa? Czy należy wynaleźć nową nazwę? Przychylają się do tego niektórzy autorzy anglosascy; utworzyli nawet termin „politykobójstwo”. Czy też, jak to czynią czescy prawnicy, wszystkie zbrodnie popełnione przez reżim komunistyczny należy nazwać po prostu „zbrodniami komunizmu”?
Co wiedziano o zbrodniach komunizmu? Co chciano o nich wiedzieć? Dlaczego trzeba było doczekać końca wieku, aby ten temat mógł stad się przedmiotem naukowych dociekań? Widać bowiem wyraźnie, że choć na Wschodzie podejmuje się coraz więcej badań, analiza terroru stalinowskiego i komunistycznego w ogólności — w stosunku do wiedzy na temat zbrodni nazistowskich — ma do nadrobienia ogromne opóźnienie.
Nie sposób tu nie dostrzec silnego kontrastu. Zwycięzcy z 1945 roku z mocy prawa uczynili zbrodnię, a zwłaszcza ludobójstwo Żydów, centralnym punktem oskarżenia, które postawili nazizmowi. Od dziesiątków lat wielu badaczy na całym świecie pracuje nad tym zagadnieniem. Poświęcono mu tysiące książek, dziesiątki filmów, niektóre z nich, jak „Noc i mgła”, „Shoah”, „Wybór Zofii” czy „Lista Schindlera”, zyskały duży rozgłos. Raul Hilberg, że wymienimy tylko jego, swoją najważniejszą pracę poświęcił szczegółowemu opisowi sposobów uśmiercania Żydów w Trzeciej Rzeszy.
Tymczasem zbrodni komunistycznych nie traktuje się w ten sam sposób. Podczas gdy Himmler czy Eichmann to znane na całym świecie symbole współczesnego barbarzyństwa, nazwiska Dzierżyńskiego, Jagody czy Jeżowa ogromnej liczbie ludzi nic nie mówią. Lenin, Mao, Ho Chi Minh, a nawet Stalin cieszą się nadal zadziwiającym szacunkiem.
Pewna państwowa instytucja francuska, Loto, wykazała taki brak rozeznania, że włączyła Stalina i Mao do jednej ze swoich kampanii reklamowych! Kto wpadłby na pomysł, aby w takiej sytuacji posłużyć się Hitlerem lub Goebbelsem?
Wyjątkowa uwaga, jaką poświęca się zbrodniom hitlerowskim, jest w pełni uzasadniona. Taka jest bowiem wola pozostałych przy życiu świadków zagłady, badaczy, którzy pragną zrozumieć, oraz autorytetów moralnych i politycznych chcących potwierdzić wartości demokratyczne. Dlaczego więc świadectwa dotyczące zbrodni komunistycznych znajdują tak słaby oddźwięk w opinii publicznej? Skąd się bierze zakłopotanie polityków? I przede wszystkim dlaczego na temat komunistycznej katastrofy, która w ciągu osiemdziesięciu lat zdołała dotknąć niemal trzecią część rodzaju ludzkiego na czterech kontynentach, panuje „akademickie” milczenie? Z czego wynika niemożność poddania analizie — jako głównego punktu — tak zasadniczego składnika komunizmu, jak zbrodnia, zbrodnia masowa, zbrodnia ujęta w system, zbrodnia przeciwko ludzkości? Czy chodzi tu o niezdolność zrozumienia? Czy raczej o świadome nieprzyjmowanie do wiadomości, o strach przed zrozumieniem?
Przyczyny tego przysłaniania prawdy są różnorodne i złożone. Przede wszystkim odegrała tu rolę klasyczna potrzeba oprawców, aby nieustannie zacierać ślady zbrodni, jak również ich pragnienie, by uzasadnić to, czego nie mogli zamaskowad. „Tajny referat” Chruszczowa z 1956 roku, pierwsze wyznanie zbrodni komunizmu przez jednego z jego przywódców, to również raport oprawcy, który pragnie ukryć własne zbrodnie (jako przywódcy ukraińskiej partii komunistycznej w okresie największego nasilenia terroru), przypisując je wyłącznie Stalinowi i zasłaniając się koniecznością podporządkowania rozkazom; zataja większość zbrodni, wspominając tylko o ofiarach wśród komunistów, o wiele mniej licznych niż inne, i określa te zbrodnie eufemistycznie — nazywa je „wypaczeniami okresu stalinowskiego”, by uzasadnić dalsze trwanie systemu przy zachowaniu tych samych zasad, tych samych struktur, a nawet tych samych ludzi.
Chruszczow mówi o tym bez ogródek, opisując sprzeciwy, jakie napotkał podczas przygotowywania tajnego referatu, zwłaszcza ze strony jednego z zaufanych ludzi Stalina:
Kaganowicz był takim potakiwaczem, który poderżnąłby gardło własnemu ojcu, gdyby Stalin tylko mrugnął, mówiąc, że to dla dobra sprawy; oczywiście sprawy stalinowskiej. [...] Spierał się ze mną w strachu o własną skórę. Gorączkowo pragnął uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzialności. Co się zaś tyczy zbrodni, Kaganowicz chciał tylko jednego: pewności, że ślad po nich został zatarty.

Żelek
Zielony
Posty: 4
Rejestracja: 05.03.12, 20:38

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Żelek » 28.08.12, 16:52

Niedostępność archiwów w krajach komunistycznych, całkowita kontrola prasy, środków masowego przekazu i wszystkich przejść granicznych, propaganda opiewająca„sukcesy” ustroju — cały ten aparat utajniania informacji miał przede wszystkim na celu nie dopuścić do ujawnienia prawdy o zbrodniach.
Nie dość było zataić zbrodnie; oprawcy wszelkimi sposobami zwalczali ludzi, którzy próbowali przekazywać informacje. Niektórzy świadkowie i badacze usiłowali bowiem oświecić swoich współobywateli. Po drugiej wojnie światowej wyszło to na jaw zwłaszcza przy okazji dwóch wydarzeń, jakie miały miejsce we Francji. Między styczniem a kwietniem 1949 roku odbywał się w Paryżu proces, w którym stronami byli: Wiktor Krawczenko — dawny wysoki funkcjonariusz sowiecki, autor książki „J'ai choisi la liberté” (Wybrałem wolność), opisującej dyktaturę stalinowską — i kierowany przez Louisa Aragona komunistyczny dziennik „Les Lettres Françaises”, rzucający na Krawczenkę oszczerstwa. Od listopada 1950 do stycznia 1951 roku, także w Paryżu, toczyła się inna sprawa: pomiędzy „Les Lettres Françaises” (znowu) a Davidem Roussetem, intelektualistą, dawnym trockistą, deportowanym przez nazistów do Niemiec, który w 1946 roku otrzymał nagrodę Renaudot za książkę „L'Univers concentrationnaire” (Świat koncentracyjny). 12 listopada 1949 roku Rousset wezwał wszystkich byłych więźniów obozów nazistowskich do utworzenia komisji, mającej przeprowadzić śledztwo w sprawie obozów sowieckich, i został gwałtownie zaatakowany przez komunistyczną prasę, która zaprzeczała ich istnieniu. Wskutek apelu Rousseta, zamieszczonego w „Figaro Littéraire” z 25 lutego 1950 roku w artykule pod tytułem „Dochodzenie w sprawie obozów sowieckich. Kto jest gorszy, Szatan czy Belzebub?”, Margarete Buber-Neumann opisała swoje podwójne doświadczenie: więźniarki obozów nazistowskich i sowieckich.
Przeciw tym wszystkim, którzy pragnęli poruszyć ludzkie sumienia, oprawcy toczyli regularną wojnę, posługując się całym arsenałem środków, jakimi dysponują wielkie współczesne państwa, zdolne do interwencji na całym świecie. Chcieli ich zdyskwalifikować, odmówić im wiarygodności, zastraszyć. Aleksandr Sołżenicyn, Władimir Bukowski, Aleksandr Zinowjew, Leonid Pluszcz zostali wydaleni ze swego kraju, Andriej Sacharow — zesłany do miasta Gorki, generał Piotr Grigorienko — umieszczony w szpitalu psychiatrycznym, Georgi Markow — zamordowany przy użyciu zatrutego parasola.
W obliczu takiej siły, zdolnej do zastraszania i ukrywania faktów, same ofiary miały wątpliwości, czy się ujawnić, i nie potrafiły ponownie włączyć się do społeczeństwa, w którym panoszyli się ich oprawcy i donosiciele. Wasilij Grossman w przytaczanej już powieści opisuje ten brak nadziei. W odróżnieniu od zagłady Żydów, której upamiętnieniem zajęła się międzynarodowa wspólnota żydowska, ofiary komunizmu i ich pełnomocnicy długo nie mogli podtrzymywać żywej pamięci tragedii, ponieważ wszelkie takie próby — jak również żądania zadośćuczynienia — były surowo zakazane.
Kiedy oprawcom nie udawało się ukryć jakiegoś faktu — egzekucji, obozów koncentracyjnych, wywołanego głodu — dokładali starań, by usprawiedliwić swe postępki, mocno je fałszując. Stwierdziwszy konieczność stosowania terroru, uczynili z niego alegoryczny obraz rewolucji, mówiąc: „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”, „nie zrobi się omletu, nie rozbijając jajek”. Na co Władimir Bukowski odpowiadał, że widział stłuczone jaja, ale nigdy nie udało mu się skosztować omletu. Do najgorszego doszło niewątpliwie wskutek manipulacji językiem. Magia słowa sprawiła, że system obozów koncentracyjnych stał się narzędziem reedukacji, a oprawcy — wychowawcami, usiłującymi przekształcić członków dawnego społeczeństwa w „nowych ludzi”. Zekowie (nazwa oznaczająca więźniów sowieckich obozów koncentracyjnych) byli „nakłaniani”, oczywiście siłą, by uwierzyli w zniewalający ich system. W Chinach więzień obozu koncentracyjnego nazywany jest „studentem”: musi studiować słuszną myśl partii i zmieniać swoje fałszywe poglądy.
Jak to się zazwyczaj dzieje, kłamstwo nie jest stricto sensu odwrotnością prawdy i zawiera prawdziwe elementy. Słowa o zmienionym sensie zniekształcają percepcję rzeczywistości: dochodzi do społecznego i politycznego astygmatyzmu. Otóż łatwo skorygować poglądy wypaczone przez komunistyczną propagandę, ale bardzo trudno spowodować, aby człowiek, który postrzega fałszywie, przyjął intelektualnie poprawną perspektywę. Pierwsze wrażenie pozostaje i przeradza się w przeświadczenie. Komuniści, podobnie jak dżudocy, wykorzystali niezrównaną moc propagandy, opartej w wielkim stopniu na manipulacji językiem, i zużytkowali krytykę terroru, aby obrócić ją przeciw niej samej, za każdym razem silniej jednocząc szeregi aktywistów i sympatyków dzięki odnowieniu komunistycznego aktu wiary. Odkryli zatem ponownie podstawową zasadę ideologicznej wiary, jaką wyraził w swoim czasie Tertulian: „Wierzę, bo jest to niedorzeczne”.
Wobec takich kontrpropagandowych działań niektórzy intelektualiści dosłownie się sprostytuowali. W 1928 roku Gorki zgodził się odbyć „wycieczkę” na Wyspy Sołowieckie, gdzie mieścił się doświadczalny obóz koncentracyjny, z którego — poprzez „przerzuty” (Sołżenicyn) — narodził się system GUŁagu. Podróż Gorkiego zaowocowała książką ku chwale Wysp Sołowieckich i rządu sowieckiego. Francuski pisarz, Henri Barbusse, uhonorowany w 1916 roku nagrodą Goncourtów, nie zawahał się za pieniądze kadzić reżimowi stalinowskiemu, wydając w 1928 roku książkę o „wspaniałej Gruzji” — właśnie o tejże Gruzji, gdzie w 1921 roku Stalin i jego akolita Ordżonikidze dopuścili się prawdziwej rzezi i gdzie Beria, szef NKWD, odznaczył się szczególnie sadystycznym makiawelizmem — i publikując w 1935 roku pierwszą serwilistyczną biografię Stalina. W późniejszych czasach Maria Antonietta Macciochi wyśpiewywała peany na cześć Mao, a ostatnio w jej ślady poszła Danielle Mitterrand, wychwalając Fidela Castro. Czy sprawiała to chciwość, czy też słabość charakteru, próżność, fascynacja siłą i przemocą, rewolucyjna pasja, faktem jest, że dyktatury totalitarne, a wśród nich i dyktatura komunistyczna, zawsze znajdowały pochlebców, bez których nie mogły się obejść.
Zachód w obliczu propagandy komunistycznej długo dawał dowody wyjątkowego zaślepienia, które pogłębiała jeszcze łatwowierność, z jaką traktowano ten wyjątkowo perfidny system, oraz obawa przed potęgą sowiecką, cynizmem polityków i aferzystów. Zaślepienie towarzyszyło konferencji w Jałcie, kiedy to prezydent Roosevelt oddał Europę Wschodnią Stalinowi po otrzymaniu obietnicy, że Stalin jak najprędzej zorganizuje tam wolne wybory. Realizm i rezygnacja uwidoczniły się na spotkaniu w Moskwie w grudniu 1944 roku; generał de Gaulle rzucił wówczas nieszczęsną Polskę na pastwę molochowi w zamian za gwarancję pokoju społecznego i politycznego, którą potwierdził Maurice Thorez po powrocie do Paryża.
Zaślepienie to pogłębiało i uwiarygodniało przekonanie komunistów zachodnich i wielu ludzi lewicy, że kraje Europy Wschodniej są w trakcie „budowy socjalizmu” i że utopia, która w państwach demokratycznych wywoływała konflikty społeczne i polityczne, „tam” staje się rzeczywistością. Jej znaczenie podkreślała Simone Weil: „Rewolucyjni robotnicy są niezwykle szczęśliwi, że za nimi stoi państwo, państwo, które nadaje ich działaniu ten oficjalny charakter, tę prawomocność, to poczucie rzeczywistości, jakie tylko państwo może nadać, a zarazem znajduje się od nich, w sensie geograficznym, zbyt daleko, aby móc wzbudzać ich niechęć”. Komunizm pokazywał wówczas swoją jasną stronę: powoływał się na Oświecenie, na tradycję społecznego i ludzkiego wyzwolenia, na marzenie o „prawdziwej równości” i na „szczęście dla wszystkich”, mające swój początek u Gracchusa Babeufa. Ta jasna strona przesłaniała prawie całkowicie stronę ciemną.
Do tej świadomej lub nieświadomej niewiedzy o zbrodniczym wymiarze komunizmu doszła, jak to zawsze bywa, obojętność współczesnych na los ich współbraci. Nie dlatego, że człowiek ma twarde serce. Przeciwnie, w wielu sytuacjach krytycznych ujawnia on niespodziewane zasoby solidarności, przyjaźni, uczucia, a nawet miłości. Niemniej, jak podkreśla Tzvetan Todorov, „pamięć o naszych zmarłych przeszkadza nam dostrzegać cierpienia innych”. A który z europejskich lub azjatyckich narodów po zakończeniu pierwszej czy drugiej wojny światowej nie leczył ran po śmierci nieprzeliczonych wojennych ofiar? Dostatecznie wymowne pod tym względem są trudności, jakie we Francji napotykają badania nad historią owych mrocznych lat. Historia — lub raczej brak historii — okupacji w dalszym ciągu zatruwa francuską świadomość. Podobnie trudne, choć w mniejszym stopniu, są badania okresu „nazistowskiego” w Niemczech, „faszystowskiego” we Włoszech, „frankistowskiego” w Hiszpanii, wojny domowej w Grecji itd. W naszym wieku, wieku żelaza i krwi, wszyscy zbyt byli zajęci swoimi nieszczęściami, aby współczuć innym.
Ukrywanie zbrodniczego wymiaru komunizmu wiąże się jednak z trzema bardziej szczegółowymi kwestiami. Pierwsza z nich to przywiązanie do samej idei rewolucji. Jeszcze dzisiaj tęsknota za ideą rewolucji, jaką projektowano w XIX i XX wieku, nie wygasła do końca. Jej symbole — czerwony sztandar, „Międzynarodówka”, wzniesiona pięść — występują w każdym rozwijającym się ruchu społecznym. Che Guevara staje się znowu modny. Rozmaite jednoznacznie rewolucyjne grupy prowadzą aktywną działalność i wypowiadają się najzupełniej legalnie, pogardliwie traktując chodby słowo krytyki pod adresem zbrodni ich poprzedników i bez wahania przytaczając dawne wypowiedzi Lenina, Trockiego czy Mao uzasadniające represje. Tej rewolucyjnej namiętności dawali się porwać różni ludzie. Niektórzy z autorów tej książki także przez pewien czas wierzyli komunistycznej propagandzie.
Druga kwestia wiąże się z udziałem Rosjan w zwycięstwie nad nazizmem, które pozwoliło komunistom ukryć za gorącym patriotyzmem swój ostateczny cel, czyli zdobycie władzy. Od czerwca 1941 roku we wszystkich okupowanych krajach komuniści zaczęli organizować czynny, często zbrojny, ruch oporu skierowany przeciw niemieckiemu lub włoskiemu najeźdźcy. Podobnie jak bojownicy innych partii czy ugrupowań politycznych zapłacili wysoką cenę: tysiące z nich zostało rozstrzelanych, zamordowanych lub deportowanych. Męczenników tych wykorzystano, aby uświęcić sprawę komunizmu i uniemożliwić jakąkolwiek jego krytykę. Ponadto wspólnota walki w ruchu oporu i wspólnie przelana krew sprawiły, że wielu niekomunistów odczuwało silną więź solidarności z komunistami, co bardzo utrudniało otwarcie im oczu; postawę gaullistów we Francji często wyznaczała ta właśnie wspólna pamięć, podtrzymywana przez politykę generała de Gaulle'a, który w stosunkach z Amerykanami wykorzystywał fakt istnienia sowieckiej przeciwwagi.
Udział komunistów w wojnie i zwycięstwie nad nazizmem doprowadził ostatecznie do triumfu pojęcia antyfaszyzmu, stosowanego na lewicy jako kryterium prawdy; rzecz jasna, komuniści wystąpili jako najlepsi jego wyraziciele i obrońcy. W końcu antyfaszyzm stał się dla komunizmu rodzajem znaku firmowego i nietrudno było w jego imię uciszać przeciwników. Ten zasadniczy problem jest przedmiotem bardzo przejrzystych analiz François Fureta. Ponieważ alianci uznali pokonany nazizm za ucieleśnienie „Zła absolutnego”, komunizm niemal automatycznie znalazł się w obozie Dobra. Wynikało to jasno z przebiegu procesu norymberskiego, w którym Rosjanie byli oskarżycielami. W taki oto sposób zręcznie ukryto kłopotliwe — z punktu widzenia wartości demokratycznych — wydarzenia, jak pakty niemiecko-sowieckie z 1939 roku lub masakrę katyńską. Zwycięstwo nad nazizmem miało stanowić dowód wyższości systemu komunistycznego.
W Europie wyzwolonej przez Amerykanów wywołało przede wszystkim uczucie wdzięczności w stosunku do Armii Czerwonej (której okupacji nie trzeba było znosić) i jednocześnie poczucie winy wobec poświęcenia narodów Związku Sowieckiego. Uczuć tych komunistyczna propaganda nie omieszkała wykorzystać. Ponadto metody „wyzwalania” Europy Wschodniej przez Armię Czerwoną były prawie nie znane na Zachodzie; tamtejsi historycy porównywali dwa kraocowo odmienne typy „wyzwolenia”: jeden prowadził do odtworzenia państw demokratycznych, drugi zaś zmierzał ku ustanowieniu dyktatur. W Europie Środkowej i Wschodniej reżim sowiecki dążył do zastąpienia tysiącletniej Rzeszy, a dramat tych narodów wyraził w paru słowach Witold Gombrowicz:
Zakończenie wojny nie przyniosło Polakom wyzwolenia, tam, w tej przesmutnej środkowowschodniej Europie stało się ono wymianą jednej nocy na drugą, wymianą zbirów Hitlera na zbirów Stalina. Gdy w kawiarniach paryskich rozmaite szlachetne duchy witały radosnym pieniem „wydobycie się ludu polskiego z feudalnego ucisku”, w Polsce po prostu ten sam zapalony papieros przechodził z ręki do ręki, by przypiekać nadal człowieczą skórę.
Oto przepaść między dwiema pamięciami europejskimi. Jednakże publikacje różnych świadectw pozwoliły dość szybko podnieść zasłonę skrywającą metody, jakimi posługiwał się Związek Sowiecki przy wyzwalaniu spod panowania nazizmu Polaków, Niemców, Czechów i Słowaków.
Ostatni powód ukrywania prawdy jest bardziej delikatnej natury, trudniej go też wyrazić. Po roku 1945 ludobójstwo Żydów stało się paradygmatem współczesnego barbarzyństwa i wyczerpało całkowicie możliwość postrzegania masowego terroru w XX wieku. Komuniści, negując początkowo szczególny charakter prześladowania Żydów przez nazistów, zrozumieli, że uznanie tego faktu może być dla nich korzystne, gdyż niesie ze sobą możliwość reaktywowania idei antyfaszyzmu. Przy każdej okazji, i bez okazji, nieustannie przywoływano opisane przez Bertolta Brechta widmo „nieczystej bestii o jeszcze płodnym brzuchu”. Nieco później poprzez uwydatnianie „specyfiki” ludobójstwa Żydów, poprzez skupianie uwagi na niebywałej jego potworności, chciano uniemożliwić dostrzeżenie faktu, że i w świecie komunistycznym popełniano podobne zbrodnie. Wreszcie zaś, czy można było sobie wyobrazić, że ci, którzy odnosząc zwycięstwo w wojnie, przyczynili się do zniszczenia ludobójczego systemu, sami mogli stosować podobne metody? Najbardziej powszechnym odruchem było odrzucenie takiego paradoksu.
Wielki przełom w kwestii oficjalnego ujawnienia zbrodni komunistycznych nastąpił 24 lutego 1956 roku. Tego dnia wieczorem, podczas XX Zjazdu KPZR, wszedł na trybunę Nikita Chruszczow, pierwszy sekretarz partii. Posiedzenie było zamknięte, brali w nim udział tylko delegaci na zjazd. Przygnębieni, w absolutnej ciszy, słuchali, jak pierwszy sekretarz metodycznie niszczył obraz „ojczulka narodów”, „genialnego Stalina”, który przez trzydzieści lat był bohaterem światowego komunizmu. Referat Chruszczowa, znany od tej pory jako „tajny referat”, spowodował zasadnicze pęknięcie we współczesnym komunizmie. Po raz pierwszy najwyższy rangą przywódca komunistyczny oficjalnie przyznał — chociaż podał to jedynie do wiadomości współtowarzyszy — że reżim, który zdobył władzę w 1917 roku, miał przestępcze „odchylenie”.
Wiele było powodów, które skłoniły Chruszczowa do złamania jednego z podstawowych tabu sowieckiego reżimu. Głównym celem było zlokalizowanie zła — przez przypisanie zbrodni komunizmu wyłącznie Stalinowi — i jego usunięcie dla ratowania systemu. Na decyzję Chruszczowa wpłynęło także pragnienie rozprawienia się z grupą stalinowców, przeciwstawiających się władzy nowego sekretarza w imię metod ich dawnego przywódcy; latem 1957 roku zostali oni pozbawieni wszystkich funkcji. Jednakże po raz pierwszy od 1934 roku po „śmierci politycznej” nie nastąpiła śmierć rzeczywista i ten drobny „szczegół” wskazuje, że Chruszczow miał głębszą motywację.
Wydaje się, że Chruszczow, jako wieloletni potężny partyjny przywódca Ukrainy odpowiedzialny za gigantyczne rzezie, które ukrywał, był już zmęczony przelewem krwi. W pamiętnikach, w których bez wątpienia wyznacza sobie piękną rolę, opisuje ówczesny stan swego ducha: „Zjazd się skończy; rezolucje zostaną przyjęte, wszystko formalnie załatwione. Ale co z tego? Ludzie rozstrzeliwani setkami tysięcy będą ciążyć na naszych sumieniach”. Po czym nagle ostro strofuje swoich towarzyszy:
Co zrobimy z tymi, którzy zostali aresztowani, zlikwidowani? [...] Wiemy teraz, że ofiary represji były niewinne. Mamy niezbite dowody, że nie byli oni bynajmniej wrogami ludu, to uczciwi mężczyźni i uczciwe kobiety, oddani partii, rewolucji, leninowskiej sprawie budowy socjalizmu i komunizmu. [...] Nie można wszystkiego ukryć. Wcześniej czy później ci, którzy są w więzieniach i w obozach, wrócą do domu. Opowiedzą wtedy swoim bliskim, swoim przyjaciołom, swoim kolegom o tym, co się wydarzyło. [...] Dlatego musimy delegatom wyznać wszystko, powiedzieć, w jaki sposób kierowano partią przez te lata. [...] Czy można utrzymywać, że nie wiemy, co się wydarzyło? [...] Wiemy, że był to dla partii czas prześladowań i arbitralnych rządów, i musimy powiedzieć delegatom zjazdu wszystko, co wiemy. [...] W życiu człowieka, który popełnił zbrodnię, przychodzi chwila, gdy wyznanie grzechów zapewnia mu wyrozumiałość, a nawet rozgrzeszenie.
I rzeczywiście, część działaczy partyjnych bezpośrednio uczestniczących w zbrodniach popełnionych za Stalina, w większości zawdzięczających awans likwidacji swych byłych szefów, odczuwała coś w rodzaju wyrzutów sumienia; naturalnie wyrzutów wymuszonych, interesownych, wyrzutów polityka, ale jednak wyrzutów. Trzeba było, by ktoś zakończył jatkę; Chruszczow wykazał należytą odwagę, choć w 1956 roku nie zawahał się wysłać sowieckich czołgów do Budapesztu.
W 1961 roku, podczas XXII Zjazdu KPZR, mówił już nie tylko o ofiarach wywodzących się spośród działaczy komunistycznych, ale o wszystkich ofiarach Stalina; zaproponował nawet wzniesienie pomnika ku ich pamięci. Niewątpliwie przekroczył niewidzialną granicę, gdyż została zakwestionowana sama podstawa reżimu — monopol absolutnej władzy zastrzeżony dla partii komunistycznej. Pomnika nigdy nie zbudowano. W 1962 roku pierwszy sekretarz udzielił zgody na wydanie „Jednego dnia Iwana Denisowicza” Aleksandra Sołżenicyna. W dniu 24 października 1964 roku Chruszczowa brutalnie pozbawiono wszelkich funkcji, ale i on nie został zamordowany, umarł jako osoba prywatna w 1971 roku.
Wszyscy specjaliści podkreślają decydujące znaczenie tajnego referatu, który spowodował fundamentalne pęknięcie w dwudziestowiecznym systemie komunistycznym. François Furet, który właśnie w 1954 roku wystąpił z Francuskiej Partii Komunistycznej, tak pisze na ten temat:
Gdy tylko tajny referat z lutego 1956 roku dociera do szerokiej publiczności, gwałtownie załamuje się pozycja idei komunistycznej w świecie. Głos oskarżający Stalina rozlega się już nie na Zachodzie, lecz w Moskwie, i to w najświętszym jej miejscu — na Kremlu. Nie jest to głos odstępcy, który gwałci tabu, ale pierwszego z komunistów na świecie, szefa partii ZSRR. Nie może więc budzić podejrzeń, jak głos byłych komunistów, gdyż cieszy się najwyższym autorytetem, w jaki system wyposażył swego wodza. Stąd bierze się jego siła, działająca i na komunistów, i na niekomunistów.
Wydarzenie było tym bardziej paradoksalne, że od samego początku wielu ludzi ostrzegało bolszewików przed niebezpieczeństwem, jakie może wywołać ich postępowanie. Już w latach 1917-1918 w łonie ruchu socjalistycznego starli się wierni wyznawcy „wielkiego blasku na Wschodzie” i ci, którzy bezlitośnie bolszewików krytykowali.
Spór dotyczył przede wszystkim leninowskiej metody odwoływania się do przemocy, zbrodni i terroru. Mimo że od lat dwudziestych po lata pięćdziesiąte mroczną stronę bolszewickiego eksperymentu odsłaniali w różnych publikacjach liczni świadkowie, ofiary lub obserwatorzy polityczni, komuniści u władzy sami musieli potwierdzić — chociażby częściowo — ten stan rzeczy, aby opinia publiczna w większym stopniu zaczęła zdawać sobie sprawę z dramatu. Do zbrodni przyznano się w sposób wykrętny, gdyż tajny referat dotyczył jedynie ofiar partyjnych, ale mimo wszystko było to wyznanie winy; potwierdzało wcześniejsze świadectwa i badania oraz uzasadniało to, co podejrzewano od dawna — komunizm spowodował w Rosji nieopisaną tragedię.
Przywódcy wielu „bratnich partii” nie od razu zostali przekonani, że trzeba obrać drogę wyjaśnień. W stosunku do prekursorskiego referatu Chruszczowa z opóźnieniem zajmowali stanowisko. Komunistyczna Partia Chin dopiero w roku 1979 wyróżniła w polityce Mao okres „wielkich zasług” do 1957 roku i następujący po nim okres „wielkich błędów”. Wietnamczycy rozstrzygnęli ten problem jedynie poprzez potępienie ludobójstwa dokonanego przez Pol Pota. Castro natomiast wciąż zaprzecza, jakoby pod jego kierownictwem dopuszczano się okrucieństw.
Aż do tej chwili oskarżenia komunistów o zbrodnie padały tylko ze strony ich nieprzyjaciół lub trockistowskich czy anarchistycznych dysydentów i nigdy nie były szczególnie skuteczne. Ludzie, którzy uszli z życiem z komunistycznych rzezi, pragnęli zaświadczyć o nich równie mocno, jak ocaleni z rzezi nazistowskich. Słuchano ich jednak nieuważnie lub wcale, zwłaszcza we Francji, w której doświadczenie sowieckiego systemu obozów koncentracyjnych dotknęło bezpośrednio tylko małe grupy, takie jak „Malgré-Nous” z Alzacji-Lotaryngii. Przez długi czas świadectwa, wspomnienia, działalność niezależnych komisji utworzonych z inicjatywy kilku ludzi — jak Międzynarodowa Komisja do spraw Systemu Koncentracyjnego Davida Rousseta lub Komisja do Wyjaśnienia Prawdy o Zbrodniach Stalinowskich — zagłuszała hałaśliwa komunistyczna propaganda, której towarzyszyło tchórzliwe lub obojętne milczenie. Owo milczenie, które na ogół zapada po chwili pewnego uwrażliwienia, spowodowanego na przykład pojawieniem się wielkiego dzieła („Archipelag GUŁag” Sołżenicyna) lub świadectwa bardziej niezaprzeczalnego niż inne („Opowiadania kołymskie” Warłama Szałamowa czy „Zabójcza utopia” Pina Yathaya), świadczy o odporności, jaką w mniejszym lub większym stopniu przejawiają społeczeństwa zachodnie na zjawisko komunizmu; aż do tej pory nie przyjmowały one do wiadomości oczywistego faktu: nie chciały dostrzec, że reżim komunistyczny ma zasadniczo zbrodniczy wymiar. Poprzez tę odmowę uczestniczyły w kłamstwie, w takim sensie, w jakim rozumiał je Nietzsche: „Odmowa zobaczenia czegoś, co się widzi, odmowa zobaczenia czegoś, ponieważ się widzi”.
Mimo wszelkich trudności wielu historyków próbowało podjąd ten temat. Od lat dwudziestych po lata pięćdziesiąte — wobec braku bardziej wiarygodnych danych, starannie ukrywanych przez reżim sowiecki — badania opierały się przede wszystkim na świadectwach ludzi uznanych za zdrajców. Świadectwa te — wątpliwe dla historyków jak wszystkie świadectwa, które mogą być wynikiem chęci zemsty, zaplanowanej potwarzy lub też manipulacji antykomunistycznych rządów — były metodycznie deprecjonowane przez wyznawców komunizmu. Jak bowiem w 1959 roku można było ocenić opis GUŁagu zamieszczony w książce Paula Bartona, który dostarczył po ucieczce na Zachód wysoki oficer KGB? I co należało sądzić o samym Paulu Bartonie, czechosłowackim uchodźcy, którego prawdziwe nazwisko brzmi Jiři Veltruský, jednym z organizatorów antyhitlerowskiego powstania w Pradze w 1945 roku, zmuszonym do ucieczki z kraju w roku 1948? Otóż porównanie tego opisu z dostępnymi dziś archiwaliami świadczy o tym, że informacja z 1959 roku była całkowicie wiarygodna.
W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych publikacja wielkiego dzieła Sołżenicyna, „Archipelag GUŁag” — potem zaś cyklu „Czerwone koło”, z jego tomami-„węzłami” rosyjskiej rewolucji — została przyjęta przez opinię publiczną jako wstrząsające wydarzenie. Niewątpliwie wstrząs ów w większym stopniu spowodowany był zetknięciem z samą literaturą, z genialnym kronikarzem, niż uświadomieniem sobie potworności opisywanego systemu. A jednak nawet Sołżenicyn — w 1975 roku porównywany przez publicystę wielkiego dziennika francuskiego do Pierre'a Lavala, Doriota i Déata, „którzy przyjmowali hitlerowców jak wyzwolicieli” — z trudem przebijał się przez skorupę kłamstwa. Jego świadectwo było wszakże decydujące, jeśli chodzi o dokonanie pierwszego przełomu w świadomości, podobnie jak świadectwo Szałamowa dotyczące Kołymy lub Pina Yathaya — Kambodży. Niedawno Władimir Bukowski, jedna z głównych postaci rosyjskiego ruchu dysydenckiego epoki Breżniewa, zaprotestował po raz kolejny, żądając w swym „Moskiewskim procesie” powołania nowego trybunału norymberskiego, który miałby osądzić zbrodniczą działalność reżimu; jego książka odniosła na Zachodzie duży sukces. Jednocześnie zaś wydaje się publikacje rehabilitujące Stalina.
Czemu, jakim celom może służyć u schyłku XX wieku badanie zjawiska tak tragicznego, tak mrocznego, wzbudzającego tak wiele polemik? Obecnie archiwa nie tylko potwierdzają indywidualne świadectwa, pozwalają też posunąć się dużo dalej. Wewnętrzne archiwa organów represji byłego Związku Sowieckiego, byłych demokracji ludowych, Kambodży ukazują przerażającą rzeczywistość — masowość i systematyczny charakter terroru, który w wielu wypadkach doprowadził do zbrodni przeciwko ludzkości.
Nadszedł czas, aby w sposób naukowy — udokumentowany niezaprzeczalnymi faktami i wolny od politycznych i ideologicznych uprzedzeń — skoncentrować się na powracającym wciąż pytaniu, które stawiali sobie wszyscy badacze: jakie miejsce w systemie komunistycznym zajmuje zbrodnia?
Jaki może być nasz wkład, jeśli chodzi o ten problem? Przede wszystkim poczuwamy się do spełnienia obowiązku wobec historii. Dla historyka nie może być tematów zakazanych i żadne — polityczne, ideologiczne, osobiste — uwarunkowania i naciski nie powinny mu przeszkadzać w poznawaniu, wydobywaniu i interpretowaniu faktów, zwłaszcza gdy przez długi czas były one rozmyślnie pogrzebane w czeluści archiwów i ludzkich sumień. Otóż dzieje komunistycznego terroru wpisują się w część europejskiej historii, historii o ogromnej doniosłości, która ostatecznie musi uporać się z wielkim zagadnieniem historiograficznym, jakim jest totalitaryzm. Miał on swoją wersję hitlerowską, ale także leninowską i stalinowską, niedopuszczalne jest zatem tworzenie historii połowicznej, w której ignoruje się wariant komunistyczny. Nie wolno również przyjmować punktu widzenia, który sprowadza dzieje komunizmu jedynie do jego wymiaru narodowego, społecznego i kulturowego. Tym bardziej że zjawisko totalitaryzmu nie ogranicza się do Europy i epizodu sowieckiego, lecz dotyczy także maoistowskich Chin, Korei Północnej, Kambodży Pol Pota. Każdy narodowy komunizm był połączony czymś w rodzaju pępowiny z macierzystym komunizmem rosyjskim i sowieckim, przyczyniając się jednocześnie do rozwoju tego światowego ruchu. Historia stanowiąca przedmiot naszych rozważań to historia zjawiska, które rozprzestrzeniło się na całym świecie i objęło całą ludzkość.
Drugim obowiązkiem, który winna spełnić ta praca, jest obowiązek pamięci. Uczczenie pamięci zmarłych stanowi moralną powinność, zwłaszcza gdy są to niewinne i bezimienne ofiary absolutystycznego molocha, który usiłował zatrzeć wszelkie o nich wspomnienie. Po zburzeniu muru berlińskiego i załamaniu się ośrodka władzy komunistycznej w Moskwie Europa — kolebka tragicznych doświadczeń XX wieku — wstąpiła na drogę odnawiania wspólnej pamięci. Możemy się do tego przyczynić. Pamięć tę bowiem przechowują sami autorzy tej pracy, jeden osobiście związany z Europą Środkową, inny zaś — zaangażowany w rewolucyjną ideę i praktykę, ze względu na swój udział w wydarzeniach 1968 roku i późniejszych.
Ów podwójny obowiązek, wobec pamięci i historii, wpisuje się w bardzo różne ramy. Czasem dotyczy krajów, na których komunizm nigdy praktycznie nie zaciążył — ani na społeczeństwie, ani na ustroju (Wielka Brytania, Australia, Belgia itp.), czasem zaś krajów, gdzie był siłą wzbudzającą lęk (Stany Zjednoczone po 1946 roku), lub którym zagrażał, nawet jeśli nigdy nie stał się tam formą władzy (Francja, Włochy, Hiszpania, Grecja i Portugalia). Z pewnością obowiązek pamięci narzuca się z całą mocą w krajach, w których komuniści stracili władzę, sprawowaną przez dziesięciolecia (Europa Wschodnia, Rosja). I wreszcie jego słaby płomyk rozpala się niekiedy w powodzi nieszczęść, tam gdzie komunizm wciąż jeszcze panuje (Chiny, Korea Północna, Kuba, Laos i Wietnam).
W zależności od położenia rozmaite jest też stanowisko współczesnych wobec historii i pamięci. W dwóch pierwszych przypadkach postępowanie jest stosunkowo proste, polega na poznaniu i refleksji. W trzecim pojawia się konieczność pojednania narodowego połączonego z ukaraniem lub zaniechaniem ukarania oprawców; w tym względzie zjednoczone Niemcy stanowią bez wątpienia najbardziej zaskakujący i najbardziej „zdumiewający” przykład, wystarczy bowiem pomyśleć o katastrofie jugosłowiańskiej.
Ale w dawnej Czechosłowacji, przekształconej w Republikę Czeską i Republikę Słowacką, w Polsce czy Kambodży także nie zatarły się bolesne wspomnienia związane z panowaniem komunizmu. Wydaje się, że pewien stopień amnezji, spontanicznej lub narzuconej oficjalnie, jest konieczny, aby móc zaleczyć moralne, psychiczne, uczuciowe, osobiste i zbiorowe rany, spowodowane półwieczem komunistycznych rządów. Tam, gdzie komunizm ciągle jest u władzy, oprawcy lub ich sukcesorzy nieustannie negują jego zło, jak to dzieje się na Kubie i w Chinach; czasem też, jak w Korei Północnej, nadal uznają terror za metodę rządzenia.
Ów obowiązek wobec historii i pamięci ma niewątpliwie charakter etyczny. Niektórzy mogliby zapytać: „Kto upoważnia was do mówienia o Dobru i Złu?” Jednak to właśnie etyczne kryterium przyjął Kościół, kiedy w odstępie kilku dni papież Pius XI w dwóch odrębnych encyklikach potępił nazizm („Mit Brennender Sorge” 14 marca 1937) i komunizm („Divini redemptoris” 19 marca 1937). W „Divini redemptoris” mowa jest o tym, że Bóg dał człowiekowi przywileje: „prawo do życia, do nienaruszalności ciała, do środków umożliwiających utrzymanie; dał prawo do dążenia do celu ostatecznego na drodze przez Boga wyznaczonej; prawo zrzeszania się, prawo własności i ciągnienia z niej korzyści”. I jeżeli nawet Kościołowi, który zezwalał na nadmierne bogacenie się jednych kosztem innych, można zarzucić pewną hipokryzję, to wystosowane przezeń wezwanie do poszanowania godności ludzkiej ma jednak fundamentalne znaczenie.
Już w roku 1931 w encyklice „Quadragesimo Anno” Pius XI napisał: Komunizm, tak w teorii, jak i w praktyce stawia sobie dwa cele: najostrzejszą walkę klas i zupełne zniesienie własności prywatnej, a robi to nie skrycie i nie na drodze okrężnej, lecz jawnie, otwarcie, przy użyciu wszelkich, nawet najgwałtowniejszych środków. W dążeniu do tych celów na wszystko się waży i przed niczym się nie cofa; a kiedy się dorwie do władzy, objawia nieprawdopodobną i straszliwą brutalność i nieludzkość. Świadczą o tym okropna pożoga i ruiny, którymi znaczy olbrzymie przestrzenie Europy Wschodniej i Azji.
Ostrzeżenie nabiera wagi, gdy wygłasza je instytucja, która przez wiele stuleci w imię wiary usprawiedliwiała zabijanie niewiernych, stworzyła inkwizycję, krępowała wolność myśli i w końcu poparła dyktatorskie reżimy Franco i Salazara. Jeżeli jednak Kościół wystąpił we właściwej sobie roli cenzora moralności, to jakie powinno, jakie może być stanowisko historyka wobec „heroicznych” wypowiedzi zwolenników komunizmu czy patetycznych opowieści jego ofiar? W „Pamiętnikach zza grobu” François-Rene de Chateaubriand pisze:
Kiedy w ciszy upodlenia słychać tylko brzęczenie łańcucha niewolnika i głos donosiciela; kiedy wszyscy drżą przed tyranem, choć równie niebezpiecznie jest doświadczać jego łask, jak zasługiwać na jego niełaskę, pojawia się historyk, którego zadaniem jest spełnienie zemsty narodów. Na próżno Neron ma się dobrze, w cesarstwie narodził się już Tacyt.
Nie chcemy bynajmniej uważać się za rzeczników zagadkowej „zemsty narodów”, w którą Chateaubriand pod koniec życia już nie wierzył; jednak na swój skromny sposób historyk, niemal wbrew sobie, staje się rzecznikiem ludzi, którzy ze względu na terror nie mogli wypowiedzieć prawdy o swoim losie. Istnieje po to, aby dopełnić dzieła poznania; jego pierwszym zadaniem jest ustalenie faktów i elementów prawdy, które do tego poznania się przyczynią. Ponadto jego związek z dziejami komunizmu jest szczególny — zmusza się go, by stał się historiografem kłamstwa. I nawet jeżeli otwarcie archiwów umożliwia mu dostęp do niezbędnych materiałów, powinien wystrzegać się nadmiernej ufności, wiele bowiem złożonych zagadnień stanowi przedmiot sporów nie pozbawionych niekiedy drugiego dna. A zatem owo poznanie historyczne należy poddać osądowi opartemu na kilku podstawowych wartościach — na poszanowaniu zasad demokracji przedstawicielskiej, a zwłaszcza na poszanowaniu życia i godności ludzkiej. Taką miarą historyk „osądza” aktorów historii.
Do tych ogólnych względów, które skłoniły autorów niniejszej książki do podjęcia wysiłku w imię pamięci i historii, dołączyły się jeszcze powody osobiste. Fascynacja komunizmem nie zawsze była im obca. Niekiedy nawet uczestniczyli — w skromny co prawda sposób — w systemie komunistycznym, bądź w jego ortodoksyjnej leninowskostalinowskiej wersji, bądź w nurtach pokrewnych, dysydenckich (trockistowskim, maoistowskim).
A jeśli nadal niektórzy z nich pozostają na lewicy — i ponieważ wciąż pozostają na lewicy — muszą zastanowić się nad przyczynami swojego zaślepienia. Drogę tej poznawczej refleksji wyznaczają wybrane przez nich tematy badawcze, publikacje naukowe i współpraca z takimi czasopismami jak „La Nouvelle Alternative” czy „Communisme”.
Książka ta stanowi jedynie fragment tych rozważań. Prowadzą je nieustannie, gdyż zdają sobie sprawę, iż przywileju mówienia prawdy nie można pozostawiać coraz bardziej hałaśliwej prawicy; zbrodnie komunizmu należy analizować i potępiać w imię wartości demokratycznych, nie zaś narodowofaszystowskich ideałów.
Nasze ujęcie problematyki zakłada studia porównawcze, od Chin po Związek Sowiecki, od Kuby po Wietnam. Otóż dokumentacja, jaką dziś dysponujemy, nie jest jednorodna. W niektórych przypadkach drzwi do archiwów zostały otwarte — lub uchylone — w innych nie. Uznaliśmy, że nie stanowi to dostatecznego powodu, aby zrezygnować z badań; wiemy dostatecznie dużo, z pewnego źródła, aby podjąć to przedsięwzięcie. Praca nasza nie rości sobie pretensji do przedstawienia zagadnienia w sposób wyczerpujący, ale będąc pionierską, pragnie zapoczątkowad serię badań i skłonić do refleksji. Staraliśmy się zebrać jak najwięcej faktów, dokonaliśmy wstępnego opracowania, które być może z czasem okaże się przydatne dla innych. Należy jednak rozpocząć od faktów najbardziej oczywistych, najbardziej bezspornych i mających największą wagę.
W książce tej dużo jest słów, a mało obrazów. Dotykamy tu jednego z newralgicznych aspektów problemu zacierania zbrodni; mimo że na naszym globie, nadmiernie zmediatyzowanym, wkrótce jedynie obraz, fotograficzny lub telewizyjny, będzie budzić zaufanie opinii publicznej, my możemy przekazać jedynie nieliczne zdjęcia archiwalne z GUŁagu lub laogai, żadnego natomiast z okresu rozkułaczania czy Wielkiego Skoku. Zwycięzcy z Norymbergi mogli bez ograniczeń fotografować i filmować tysiące trupów w obozie Bergen-Belsen, nierzadkie są też zdjęcia robione przez samych oprawców, jak to przedstawiające Niemca strzelającego z bliska do kobiety tulącej do siebie dziecko. Nic podobnego nie znajdziemy w świecie komunistycznym, gdzie terror rządził w najściślejszej tajemnicy.
Pragnęlibyśmy, by czytelnik nie poprzestał na obejrzeniu zebranych przez nas nielicznych dokumentów ikonograficznych. Chcielibyśmy, by poświęcił swój czas, strona po stronie zaznajamiając się z męczeństwem milionów ludzi; by uczynił też konieczny wysiłek i wyobraził sobie, czym była ta ogromna tragedia, która będzie ciążyć na historii świata przez przyszłe dziesięciolecia. Wówczas zada sobie zasadnicze pytanie: dlaczego? Dlaczego Lenin, Trocki, Stalin i inni uważali za konieczne eliminowanie wszystkich, których uznali za „wrogów”? Dlaczego czuli się uprawnieni do pogwałcenia niepisanego prawa, rządzącego życiem ludzkości: „Nie zabijaj”? Na końcu książki postaramy się udzielić odpowiedzi na te pytania.

koniec pierwszego rozdziału i koniec wogle, jeżeli nie ma komentazy

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Minerwa » 28.08.12, 18:06

Witaj!
W tym temacie nie ma zwyczaju komentować zamieszczonych cytatów. One po prostu są, do czytania - to taki rodzaj naszej forumowej biblioteki. O zbrodniach komunizmu pewnie chętnie podyskutuje Arthur, zapraszam do tematu "Knajpa Polityczna". Wątki historyczne podejmujemy tam również.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 01.10.12, 13:05

Rocznica kapitulacji Warszawy minęła 3 dni temu, ale dopiero teraz znalazłem tomik...

Jerzy Jurandot
CHRYPKA PANA PREZYDENTA


Nastawić radio. Od świata
Oddzielić się murem chińskim:
Za chwilę będzie przemawiał
Prezydent Stefan Starzyński.
Nie wolno z tego, co powie,
Uronić jednego zdania,
Z tych zdań codziennie się czerpie
Moc do dalszego wytrwania.

Już mówi. Trzeszczą w głośniku
Słowa gorące i szybkie.
Ma tyle do powiedzenia
I – taką okropną chrypkę.

Zachrypł. Zmartwili się ludzie
W salonach i suterynach.
Na Ratusz ze wszystkich stron miasta
Runęła paczek lawina.
A w paczkach słoje, butelki,
Miód, eukaliptus, rumianek
I babskie domowe środki
„Skuteczne i murowane”.

Gdy dziś dziękuje w mikrofon
Za troskę nieznanych osób,
W głosie wzruszenie i chrypka
W zabawny kłócą się sposób.
Że się tak martwią? Mój Boże,
Te leki to jakby brawa.
Pokochała cię, Prezydencie,
Nieufna, trudna Warszawa -
Za Twoje dla Niej kochanie,
Za Twoje uparte męstwo,
Za słowa mocne, krzepiące
I - za tę chrypkę nieszczęsną.

Wziąć by, gdy chwila nadejdzie,
Te wszystkie śmieszne butelki,
Ustawić z nich w środku miasta
Twój pomnik dumny i wielki,
Pomnik wyniosły i piękny,
Choć brak mu z marmurów oprawy,
Z napisem:
Sercu Warszawy - serca Warszawy.

szczelba
Zielony
Posty: 31
Rejestracja: 09.10.12, 13:35

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: szczelba » 09.10.12, 13:41

Andrzej Pilipiuk
NORWESKI DZIENNIK


Stałem przed szkołą. Patrzyłem przez dłuższą chwilę na jej brudnożółte mury i wahałem się. Zdawałem sobie oczywiście sprawę z tego, że wahanie to jest zupełnie pozorne. Musiałem tam wejść, ale przez tę chwilę, w której wmówiłem sobie, że tak właściwie to wcale nie muszę, czułem jakąś dziwną władzę. Iluzoryczną zdolność kierowania własnym losem. I byłem prawie szczęśliwy. A potem wszedłem. Zaraz za drzwiami czatowali dwaj dyżurni. Podli pachołkowie dyrekcji. Sprawdzali czy każdy ma obuwie na zmianę. W takim dniu. Raz w roku mogliby odpuścić, ale oczywiście nie odpuścili. Miałem, na szczęście, w torbie wymięte kapcie specjalnie zabrane dla pokazania. Przepuścili. Pokręciłem się chwilę w szatni między innymi uczniami ze swojej klasy.

Miałem ich gdzieś. Czułem, że są to właściwie tylko fantomy, a może roboty. Nie przedstawiali sobą żadnej wartości. Mózgi jak kosmos, próżnia absolutna, wypełniona sekwencjami z meczy i umiejętnością kopania piłki. Niewolnicy. Z całej mojej klasy, jak się mogłem zorientować, tylko moje ambicje sięgały dalej niż do zawodówki budowlanej. No, ale był jeszcze rok. Cały rok czasu. A potem może pójdzie lepiej. A może coś innego stanie na drodze i wreszcie będę mógł błysnąć. Tu, w tej budzie, nie miałem szans. Wszystko, co było inne, lepsze lub gorsze, było ścierane przez tryby machiny. Nie byłem panem swojego losu.

Tłum zepchnął mnie powolutku w stronę sali gimnastycznej. Wszedłem. Sala była ogromna. Jeszcze przedwojenna. W jednym jej końcu znajdowała się scena jak w teatrze. Na scenę prowadziły wejścia z boków, ale teraz przystawiono od przodu schodki. Tam będzie stał dyrektor, a potem wejdą nauczyciele. Dla uczniów została ta dolna część sali.

Krzeseł oczywiście nie było. Zbyteczna fatyga. Uczniowie w odświętnych ubraniach siadali na podłodze. W kurzu i zaduchu. Może dlatego, aby nauczyciele mogli odczuć jeszcze raz swoją wyższość. Możliwe. Klasy wymieszały się. Nauczyciele wrzeszczeli starając się uspokoić gadającą bandę na podłodze.

Wszedł Pirat — tak nazywaliśmy naszego dyra. Popatrzył na nas ponuro. Wydało mi się, że jego wzrok był skierowany prosto na mnie, ale musiało to być złudzenie. Spoglądał po postu na uczniów. Jego spojrzenie wędrowało, aż wreszcie zatrzymało się na woźnym, który nieco zalany, siedział w kącie sali przy krześle od pianina i drzemał. Obok stała nauczycielka muzyki. Dyrektor dał znak ręką. Dwaj nauczyciele wuefu podeszli do woźnego obudzili go i wyprowadzili. Nauczycielka muzyki usiadła przy pianinie i nerwowym ruchem ręki poprawiła mikrofon.

— Do hymnu — powiedział dyrektor przez drugi mikrofon.

Zaskoczył praktycznie wszystkich. Nauczyciel przysposobienia obronnego biegał i starał się ustawić uczniów w rzędy. Wreszcie udało mu się. Stanęli. Kolejna komenda dyrektora sprawiła, że wciągnęli brzuchy i wyprężyli się na baczność. Nauczycielka zagrała. Hymn państwowy zawsze był dla mnie zagadką. Znałem go na pamięć i nie miałem problemów, zawsze jednak, gdy był śpiewany sprawiał, że w nosie pojawiały mi się delikatne ukłucia. A w oczach stawały łzy. Może to było wzruszenie? Zakończyliśmy śpiew. Dyrektor dał nam minutę odpoczynku, a potem zaczęliśmy śpiewać znowu. Tym razem hymn szkoły. Hymn zbudowany był z kawałków utworów patrona tej budy.

Hej kolego chwytaj za książkę.
Szukaj prawdy jasnego płomienia.
Szukaj nowych nieodkrytych dróg.
Ucz się pilnie i świat wokół zmieniaj.

Oczywiście można zmieniać świat, tak jak autor wiersza, Adam Asnyk, fanatyczny socjalistyczny terrorysta i poeta, jeden z inicjatorów zamachu na Aleksandra II-go, jedynego demokratycznie myślącego rosyjskiego cara... Pierwsza zwrotka zabrzmiała trochę fałszywie. Wiązało się to z drobną dywersją, której dokonaliśmy swojego czasu ja i Maciek Wędrowycz z równoległej klasy. Rozprowadził mianowicie w szkole pewną ilość odpisów mojej własnej wersji hymnu, stąd część dzieci śpiewała mrużąc oczy ze złośliwej radości trochę co innego:

Hej kolego chwytaj za bombę.
Szukaj wiedzy jasnego płomienia.
Szukaj nowych nieodkrytych dróg.
Ucz się pilnie, by świat zrównać z ziemią.

Nauczyciele jeszcze się nie skapowali, że coś nie gra, ale było to tylko kwestią czasu. Nie ta uroczystość, to następna. Drugiej zwrotki o tym, jak to szkoła nauczy nas być dobrymi Polakami nie udało się zmienić. Za trudna.

Po śpiewach dyrektor pozwolił usiąść i teraz zaczynała się najciekawsza część imprezy. Szef tego cyrku odczytywał długi rząd cyfr, z których wynikało, że średnia ocen zwiększa się, ilość zimujących zmniejsza i w ogóle z roku na rok jest coraz lepiej i lepiej i niewątpliwie wkrótce szkoła ta stanie się najlepszą w stolicy, a może i na całym świecie. Nie wspomniał o dwu uczniach, którzy nie wytrzymali stresów nauki i wylądowali w wariatkowie. Moja twarz wyrażała zachwyt. Tak było bezpieczniej.

Kontrolowanie mimiki stało się odruchem.

Będąc w szkole z reguły uśmiechałem się, dzięki czemu nauczyciele brali mnie powszechnie za nieszkodliwego przygłupa i nie gnębili specjalnie. Wychowawcy poszczególnych klas weszli na scenę. Teraz zaczynał się obrzęd uświęcony już kilkuletnią tradycją. Woźne spuściły ciężkie, ciemne kotary na okna. Reflektor punktowy wypożyczony przez ojca jednej z absolwentek z telewizji oświetlił scenę. Drugi snop światła wywołał z mroku drewniane schodki.

— A teraz przystąpimy do nagradzania i karania — oświadczył dyr.

— Najpierw obowiązki potem przyjemności.

Wydobył z kieszeni kartę papieru.

— Lista osób, które nie zostały promowane — odczytał z namaszczeniem. Lista liczyła ponad dwadzieścia nazwisk. Sporo jak na pięć równoległych klas siódmych. Sporo jak na szkołę, która wkrótce miała stać się najlepsza na świecie.

— Ale to im musi psuć statystykę. — mruknęła poprawiając fryzurę jakaś dziewczyna siedząca obok. Odetchnąłem z ulgą. Moje nazwisko nie padło. Zawsze bałem się tego momentu. Teoretycznie nic się nie mogło stać. Znałem swoje oceny. Doskonale znałem. Ani jednej wyższej niż dostateczna. Nie, w tym roku dostałem piątkę z plastyki. No tak. Pierwsza jak do tej pory piątka z czegokolwiek.

Dyrektor zaczął odczytywać listę uczniów, którzy otrzymali świadectwa z czerwonym paskiem, a co za tym idzie, także nagrody. Wyczytany biegł niemal kłusem do schodków i wdrapywał się po nich do góry w zalane światłem regiony przeznaczone dla nielicznych wybrańców.

Założę kiedyś prywatną szkołę to tak to właśnie będzie wyglądać — pomyślałem. — Tylko że ja to zrobię na wolnym powietrzu w nocy i uczniowie będą trzymali pochodnie a mury zamku zatrzęsą się od ich głosów. Zresztą kogo stać na posyłanie dzieciaków do prywatnych szkół? W Polsce i tak nie pozwolą mi takiej otworzyć...

Wybrańcy maszerowali w potokach światła na górę i tworzyli jeden długi rząd. Dyrektor ściskał im dłonie i wręczał książki. Wreszcie uroczystość dobiegła końca. Odsłonięto okna. Wychowawcy wyłapywali swoich uczniów. Czas i na mnie... Poszedłem ponuro za panią Pszczółką. Weszliśmy do klasy. Kilku lizusów zaczęło pchać się z kwiatkami, inni z paczkami kawy. Ja nie miałem nic... Bo i skąd? Pachołki — pomyślałem. — Podlizują się i podlizują a ona i tak nie bierze sobie tego do serca. Tracą tylko ich rodzice dolary w Pewexie i niczego to nie zmieni.

Pachnące mydło i kawa. A od nowego roku szkolnego znowu klasówki i pisanie daty po rosyjsku na tablicy. I znowu dwóje. Aż do skutku. Potem pomyślałem, że tak na dobrą sprawę to sam mógłbym dać coś na rozpoczęcie roku. Jakiś mały niezobowiązujący prezent. Pochwyciłem na sekundę jej taksujący wzrok. Czułem promieniująca od niej nienawiść. Jej myśli były czarne i dudniły jak gdyby powstawały w głębi zatęchłego lochu i długo odbijały się od wilgotnych ścian... Woń zagranicznych kosmetyków drażniła moje nozdrza. Pachniała Pewexem, glicerynowym mydłem, zagranicznym szamponem do włosów... Wiedziała, że jak zwykle nic dla niej nie mam. Byłem spalony do końca pobytu w tej szkole. Na zawsze. Nic by mnie nie uratowało. Nawet worek kawy.

Ale innym się udawało. Płacili jej słony haracz i mieli spokój. Pszczółka odesłała gestem suplikantów na miejsca. Najpierw musiała wygłosić kazanie. Jej głos był jak zwykle przymilny, ale strzępy myśli, które wyczuwałem już nie. Gardziła nami.

— Drogie dzieci — zaczęła. — Spotykamy się po raz ostatni w tym roku szkolnym.

Szkoda, że nie po raz ostatni w ogóle. Mogła by sobie wyjechać do Związku Radzieckiego na szkolenie i zostać tam na zawsze w kopalniach złota — pomyślałem.

— Więc zanim się rozstaniemy chcę zwrócić waszą uwagę na parę rzeczy. Czy Koćko mnie słucha?

Paweł Koćko to ja. Zawsze, gdy mówiła do mnie po nazwisku wróżyło to poważne kłopoty, a tego dnia jak na złość nie miałem nic, co mógłbym poczytać sobie na korytarzu.

— Oczywiście, że słucham proszę pani — powiedziałem wstając.

— No, mam nadzieję. A więc drogie dzieci, na wakacjach spotkać was może wiele niebezpieczeństw, z których nawet nie zdajecie sobie sprawy.

Tak, oczywiście, mamy po trzy latka i opuszczenie piaskownicy jest dla nas śmiertelnym zagrożeniem — przedrzeźniałem ją w myślach. Czy mogła je usłyszeć? Chyba nie, a mimo to spojrzała na nie uważnie.

— Lubicie chodzić po lesie... — (chyba tylko ja lubiłem), — ...a w lesie można zabłądzić albo spotkać dzikie zwierzęta...

No tak, dzieci z miasta, z którymi chodziłem do klasy faktycznie mogą zabłądzić.

— ...Leśne zwierzęta są z reguły chore na wściekliznę...

Gdyby z reguły były chore na wściekliznę, to dawno by wszystkie wyzdychały.

— ...A wściekliznę można wyleczyć serią bardzo bolesnych zastrzyków, więc lepiej unikajcie nieznajomych zwierząt...

Tak. Serią zastrzyków. Zapomina dodać, że nawet w Czechosłowacji surowicę od dawna już podaje się dożylnie, praktycznie bezboleśnie, i tylko my jesteśmy tak zapóźnieni.

— ...Bardzo niebezpieczne są wsie. Ich mieszkańcy z reguły nienawidzą obcych. Może się zdarzyć, że was pobiją albo poszczują psami...

Jeśli będziecie wchodzić do ich sadów kraść jabłka, wydeptywać ścieżki przez pola, lub zachowywać się w podobny sposób.

— ...Oczywiście wszelkie zabawy z ogniem są absolutnie wykluczone...

Tak. Należy im zakazać. Neandertalczyk plus ogień...

— ...Uważajcie też z wodą. Wiele dzieci ginie co roku na skutek utonięcia. Pamiętajcie, żeby kąpać się tylko w miejscach do tego wyznaczonych pod opieką ratownika. Z wodą nie ma żartów. Zwłaszcza nad morzem. Pamiętajcie, żeby nie odpływać daleko od brzegu, bo może zacząć się odpływ i ściągnąć was na otwarte morze...

Zwłaszcza w Bałtyku. Wyczuwałem w niej tłumiona radość. Chyba wyobrażała sobie, że jej rady zatrują nam radość płynącą z letniego wypoczynku.

— ...Nie jedzcie lodów z niewiadomego źródła. Salmonelloza nie śpi. Nie chodźcie sami po górach. Góry są bardzo niebezpieczne. Można spaść do przepaści albo zabłądzić...

I nie karmić misiów.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 01.11.12, 22:19

Szukając adresu innego grobu na Wojskowych Powązkach, natrafiłem na namiary grobu bohaterki tego wiersza. C17, rząd 5, grób 1, jakby kto pytał.

Wisława Szymborska
MINUTA CISZY PO LUDWICE WAWRZYŃSKIEJ


A ty dokąd,
tam już tylko dym i płomień!
- Tam jest czworo cudzych dzieci,
idę po nie!

Więc, jak to,
tak odwyknąć nagle
od siebie?
od porządku dnia i nocy?
od przyszłorocznych śniegów?
od rumieńca jabłek?
od żalu za miłością,
której nigdy dosyć?

Nie żegnająca nie żegnana
na pomoc dzieciom biegnie sama,
patrzcie, wynosi je w ramionach,
zapada w ogień po kolana,
łunę w szalonych włosach ma.

A chciała kupić bilet,
wyjechać na krótko,
napisać list,
okno otworzyć po burzy,
wydeptać ścieżkę w lesie,
nadziwić się mrówkom,
zobaczyć jak od wiatru
jezioro się mruży.
Minuta ciszy po umarłych
czasem do późnej nocy trwa.

Jestem naocznym świadkiem
lotu chmur i ptaków,
słyszę jak trawa rośnie
i umiem ją nazywać,
odczytałam miliony
drukowanych znaków,
wodziłam teleskopem
po dziwacznych gwiazdach,

tylko nikt mnie dotychczas
nie wzywał na pomoc
i jeśli pożałuję
liścia, sukni, wiersza –

Tyle wiemy o sobie,
ile nas sprawdzono.
Mówię to wam
ze swego nieznanego serca.

Bogdan
Wyga
Posty: 1267
Rejestracja: 24.08.07, 17:26

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Bogdan » 29.11.12, 19:21

Kompletnie bez związku z ostatnimi zmianami na rynku medialnym
fragmencik „Wieży komunistów” Witolda Gadowskiego

Opowiem ci o Kacprze Pieniężnym (…). Młody chłopak, w latach osiemdziesiątych był działaczem opozycji. Wpadł z ulotkami i zgodził się na współpracę z Wojskową Służbą Wewnętrzną. Wykonywał dla nich różne mało ważne zadania. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku, na nartach w Zakopanem, spotkał generała Ogorzelskiego. Generał polubił go i polecił przekazać mu pieniądze na założenie hurtowni kosmetycznej. Po dwóch latach hurtowania rozrosła się do rozmiarów ogólnopolskiej firmy. Wtedy Ogorzelski jeszcze raz wezwał do siebie Pieniężnego i nakazał mu udział w sprywatyzowaniu kilku dużych firm. (…) Jedna firma produkowała kable, a druga silniki lotnicze. Obie posiadały spore grunty. Pieniężny obłowił się w łatwy sposób, sprzedając ziemię z kilkusetprocentowym przebiciem. W dwutysięcznym roku Ogorzelski zabrał go ze sobą do Brazylii. (..) Kiedy Ogorzelski w dwutysięcznym roku zjawił się tam z Lwowskim i młodym Pieniężnym, ten ostatni dostał zadanie zakupienia w Brazylii wielkich połaci ziemi. Dostał na to dolary, które do tej pory tkwiły, jako niewyprane, na tajnych kontach dawnego Funduszu Budowy Gospodarki. Tak rozwinął się brazylijski biznes słynnego dziś Pieniężnego.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 22.02.13, 16:26

Znowu ogłoszenie z Allegro:Obrazek Witam. Do sprzedania przyczepa kempingowa ELDDIS TYPHOON GTX z 1991 roku. Przytargana do ojczyzny w 2011 roku na kołach. Kupiliśmy od gościa który ją sprowadził. Koleś powinien grać na frędzlach od tapczanu zamiast handlu. Nawypisywał głupot w ogłoszeniu, ale za długą drogę przebyłem, żeby wracać z niczym. Rejestracja, która miała być przyjemnością okazała się koszmarem bowiem do kupionej przyczepy otrzymałem tylko umowę kupna oraz tymczasowe ubezpieczenie. Przyczepa nie miała tablicy rejestracyjnej, którą sprowadzający wraz z dowodem rejestracyjnym zabrał do okazania królowej angielskiej. I tym sposobem już po przejechaniu 150 km, brałem udział w akcji "Poznaj swojego dzielnicowego". Milicjant był ciekaw dlaczego poruszam się pojazdem niedopuszczonym do ruchu (brak tablic i dowodu rejestracyjnego) i wymierzył mi za ten czyn 2 paki mandatu i 1 punkt karny, który bez powodzenia próbowałem zamienić na pobliskiej stacji Lotos na ręcznik kąpielowy. Po szczęśliwym dotarciu do miejsca zamieszkania i odmówieniu koronki różańcowej w intencji błyskawicznej rejestracji,uderzyłem na stację diagnostyczną w celu wykonania pierwszego przeglądu po sprowadzeniu do RP nr 5. Diagnosta powiedział NIE, co było dla mnie porównywalne z ciosem Artura Szpilki. Niestety bez opinii rzeczoznawcy nie ma podstaw do wykonania przeglądu. Wydzwoniłem owego rzeczoznawcę, który zjawił się po 15 minutach, uzbrojony w centymetr krawiecki do pomiarów przyczepy. Za 3 dni i 184 zeta ekspertyza NASA była gotowa. Przyczepa przeszła przegląd a ja już po tygodniu przestałem się jąkać. Wizyta w wydziale komunikacji to już tylko masaż tajski w porównaniu z wcześniejszymi przeżyciami. Jeszcze tylko opłaty za rejestrację, chyba 112 grajcarów i dumny jak Bronek po dyktandzie montowałem tablicę rejestracyjną na przyczepie. Niech to będzie przestrogą dla ludzi, którym handlarzyna wmawia, że rejestracja przyczepy sprowadzonej z wysp jest szybka jak przygotowanie zupy Vifon. To tyle jeżeli chodzi o przeboje związane z rejestracją pojazdu. Przyczepa jest sucha jak żarty Karola z Familiady, nie jest to żaden "HIT POLSATU", ale jak na swoje lata prezentuje się atrakcyjnie. W opisach handlarzy figuruje jako 5-6 osobowa, jednak moim zdaniem 3-4 osoby to max, żeby komfortowo egzystować. Oczywiście pomieściłoby się 46-ciu uchodźców z Libanu,ale przecież nie o to chodzi.


WYPOSAŻENIE:

*przedsionek (używany 2 sezony) średnia: 6,4 promila w wydychanym powietrzu na dobę...
*ogrzewanie gazowe (z tego nie korzystałem, bo brakuje iskrownika za 200 dutków, a tyle wykasowała milicja)

*lodówka z zamrażalnikiem (po zmrożeniu dębowe smakuje jak guinness. To subiektywna opinia szwagra)

*kuchenka z piekarnikiem z której nie korzystałem, bo Magda Gessler nie dojechała...

*toaleta chemiczna z kasetą na nieczystości (dodaję dwa płyny do toalety na bazie spirytusu, które w niektórych kręgach uchodzą za wykwintny aperitif oraz 4 listki srajtaśmy Regina o swądzie konwalii)

*wbudowane radio Ford z RDS (szwagier twierdzi,że nie kradzione)

*duża ilość schowków, luster, lampek, w pomieszczeniu z toaletą spora szafa (schowków jest tak dużo że do dzisiaj nie mogę odnaleźć ćwiartki "Cytrynowej Lubelskiej"...)

*jebotko na przodzie (bardzo wygodne i sprzyja prokreacji i trafieniu przy okazji tauzena złociszy tytułem "becikowego") przyczepy jest składane i można tam rozstawić stół, który na czas podróży jest przymocowany w TOI-TOJU...

Mankamentem jest wyszczerbiona szyba tyłu przyczepy, którą można wypełnić silikonem. Taką szybę znalazłem ongiś na allegro, ale nie miałem monety, bo zainwestowałem i czekam na odsetki z Amber Gold (mają być na dniach). Przyczepa ma przegląd techniczny ważny do 31.08.2013, ubezpieczenie ważne do 31.03.2013. Co ważne, przyczepę można targać mając lejce kategorii B. (waga przyczepy 990 kg, zaś maksymalna masa całkowita to 1240 kg). Ja ciągałem przyczepę Fiatem Bravo ze 100 konnym motorem. Więcej zdjęć przyczepy mogę,wysłać na e-mail. Przyczepa do oblukania w Zielonej Górze. UWAGA, ACHTUNG, ATTENTION !!! W związku z ogromną liczbą e-maili (na wszystkie dwa odpowiedziałem) informuję że licytacja jest na serio!!! Chciałbym za ten współczesny "wóz Drzymały" otrzymać ze siedem tauzenów, bowiem tyle kosztuje działka Pavulonu. Cena do negocjacji, oczywiście po uprzednim obejrzeniu. Szczegóły pod numerem 693760650. Ze względu na fakt, że córka ma już 15 lat oraz, że nie mieszkam w Sosnowcu, muszę wykluczyć zamianę na śliski kocyk... Przyczepę sprzedaję ze względów zdrowotnych, bowiem na kempingu zostaliśmy ustawieni w pobliżu przyczep górników dołowych KGHM i aby im dorównać wykończyłem wątrobę. Niestety Hepatil oraz nacieranie uszkodzonego organu MOTO DOKTOREM nie pomaga. Dla nabywcy bonus!!! Słoik pulpetów z Łowicza oraz trzy odcinki telepierdoły "M jak majtki" (odc. 20766694 w którym Lucjan M. brutalnie gwałci Hankę kartonem) na pendrive...więc jak to mówi Ferdek do Paździocha: "To nie są tanie rzeczy, Panie Marianie."
Pozdrawiam Krzysztof F. syn Janusza.

Oględziny w weekendy, bo w tygodniu jestem kierownikiem TIR-a w firmie "Daremny Trud". Ważna rzecz: przyczepa jest z 1991 roku więc oblicze: 2012-1991=21 LAT !!!. Może to dotrze do lamusów, którzy myślą że za siedem kapci nabędą pojazd nieużywany.
Przyczepa silikonowana 2 lata temu,bo chyba wcześniej zaczęła się pocić.Chcę uniknąć zarzutów, że przyczepa przecieka,bo mogę lać wodę z węża i udowodnię, że nie.
Ostatnio przyczepę oglądał taki pierdoła, że chciałem skoczyć na linie bungee, ale przywiązanej do szyi...Nie dość,że zakłócił mi spożywanie niedzielnego bulionu to jeszcze mnie opierd*lił, że nie dałem w łapę rzeczoznawcy za zarejestrowanie pojazdu w kategorii przyczepa lekka... W związku z tym upraszam, aby klienci byli w miarę poczytalni... Z ofertami typu "daje dwa pińcet i biere" proszę nie dzwonić, bo szwagier jest mega agresywny i świeżo wyskoczył na warunkowe z ośrodka wczasowego ZK Wronki... (225,5 km na zachód od Ciechocinka to znaczy 3h52m ekonomicznej jazdy Trabantem z emisją spalin Euro 9)., więc nie chce przed zimą wracać pod cele za wymierzenie klapsa w pysk... Dla chcących kupić w systemie ratalnym podaje numer do Providenta 600 400 300 (Koszt połączenia z tel. kom. i SMS-a wg taryfy operatora) To tyle na dzisiaj... bajo, lustereczko...

Dodano 2012-09-16 16:22

W związku z ogromną liczbą pytań informuję, że w gratisowy papier toaletowy można zawinąć kajzerkę z salcesonem do roboty...

Dodano 2012-09-16 18:03:

Panie Macierewicz, przestań Pan wydzwaniać bo akurat tobie nie sprzedam...

Dodano 2012-09-16 18:15:

Przypomniało mi się, że na wyposażeniu jest pompka, którą można napompować materac, ponton i gumową konkubinę jeżeli ktoś lubi...

Dodano 2012-09-16 18:19:

Jest też parawan, którym można się na plaży odgrodzić od rozwrzeszczanych szczyli z kolonii dzieci wątłych...

Dodano 2012-09-16 18:48:

Dwa materace ułatwią powrót z Egiptu, gdy klęknie biuro podróży...

Dodano 2012-09-16 19:19:

Przyczepa jest dość długa, ale na kempingu w Smoleńsku się zmieści...

Dodano 2012-09-16 19:49:

A teraz "wisienka na torcie". W 1993 roku, bodajże w lutym na licytowany przedmiot spojrzał sam Wayne Rooney, obecny reprezentant Anglii w piłce kopanej...

Dodano 2012-09-16 20:05:

Barakowóz kempingowy muszę opędzlować do końca września, bo szanowna Małżonka zagroziła, że odejdzie ode mnie z bułgarskim cyrkowcem...

Dodano 2012-09-21 22:21:

Poczułem smak popularności. Dzisiaj w krapkowickim dyskoncie spożywczym "Biedronka" ledwo uwolniłem się od napalonych galerianek...
Dodano 2012-09-22 06:35

Z laureatem aukcji mogę wypić czeski produkt "Helsinki", bo już chyba wszystko w życiu widziałem...

Dodano 2012-09-22 06:41:

Do puli dorzucam pilnie strzeżony przepis na szaszłyk z salcesonu oraz recepturę mortadeli w pięciu smakach... I w tej chwili odbieram telefon z Lidla z informacją, że Pascal i Okrasa wylecieli z roboty...

Dodano 2012-09-22 07:40:

Z nieoficjalnych informacji wynika, że w licytowanej przyczepie książe Karol i księżna Diana w 1992 roku ogłosili oficjalną separację...

Dodano 2012-09-22 08:19:

Drynknąłem do wróżki Semirandy (4,92 zł z Vat/min.),która strzeliła mi z ucha, że po przekroczeniu 6000 wyświetleń aukcji, moje konto na FB zostanie zasypane ofertami matrymonialnymi Pań, które już od paru lat szarpią świadczenia z ZUS... ale to pikuś. Moje zdjęcie w pontonie ma ozdobić rozkładówkę październikowego "Muratora"...
Dodano 2012-09-22 08:36

W przyczepie jest także prysznic, z którego jednak ludzie postury Rysia Kalisza oraz jego brata, Henia z Tesco raczej nie skorzystają...

Dodano 2012-09-22 09:11:

Chciałem do oferty dorzucić prawdziwego "białego kruka" wśród publikacji kulinarnych - książke kucharską pt. "Tysiąc dań z kaszanki", ale Żona ostro zaprotestowała i tym samym dzielnicowy zakłada "niebieską kartę"... Teraz rozumiem co Kasia Figura czuła po sparingu z mężem...

Dodano 2012-09-22 21:40:

W związku z podejrzeniem, że aukcja jest żartem informuję, że opisana historia jest prawdą. Rejestracja tej budy oraz wizyta potencjalnego klienta miała miejsce. To jest mój mały Smoleńsk. Aby to udowodnić, jestem w stanie poddać się badaniu wariografem w obecności detektywa Rutkowskiego. Więcej fotek mogę przesmarować na emila, ale to będzie koniec grzecznej telewizji. Górnicy dołowi KGHM naprawdę są nieobliczalni. Okupują ośrodek wczasowy w woj.Lubuskim, którego 17 m2 widać na zdjęciu nr 8. Adres ośrodka podam kupującemu. Środki uzyskane ze sprzedaży przeznaczę na obiady w barze mlecznym "Piast", mieszczącym się przy al.Wojska Polskiego w Zielonej Górze oraz na pokrycie długów karcianych powstałych na skutek gry w "Makao"... Dotychczasowe 11564 odwiedziny strony spowodował mój szwagier, który stworzył zwarcie w prądnicy rowerowej... pozostałe 3 wyświetlenia to pomyłka...

Dodano 2012-09-22 21:53:

Kolega, który wraz ze swoją Rodziną odwiedził nas na kempingu też miał alkoholowy sparing z górnikami. Można Go odwiedzić na OIOM-ie w gubińskim szpitalu, bo jeszcze nie odzyskał przytomności. Nonszalancko podnosił musztardówkę razem z górnikami i ujrzał "światełko w tunelu"...

Dodano 2012-09-23 01:35:

Hallo Andrzej, hallo Andrzej oddaje głos do studia." Serdecznie" pozdrawiam krytyków tej aukcji, którzy z abonamentu są na "nie". Dobrze, że w życiu udaje mi się omijać takich popaprańców, którym za młodu matka wiązała kiełbasę "podwawelską" do szyi, aby się z nimi chociaż psy bawiły... Dlaczego nam tlen zabieracie...
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 07.11.13, 00:56

Janusz Wilhelmi
DLACZEGO MNIE OBCHODZĄ?

Tekst z 1966 r., dlatego fragmenty, które straciły aktualność, wyciąłem i dodałem na końcu.

Nie byli moimi przodkami. Któż zresztą w tym kraju po czterdziestu pokoleniach może się powołać na dziedzictwo krwi?
Ich mowa nie była moją mową. Zapewne potrafiłbym ją zrozumieć - ale tylko dlatego, że uczono mnie języka, w którym Cyryl i Metody spisali Pismo Święte.
Ich obyczaj nie był moim obyczajem. Nie kupiłem żony, nie postrzygłem syna, nie paliłem swych zmarłych na żywicznym stosie. Nie lękam się gromu i błyskawicy. Nie wierzę w skrzaty, południce i wielogłowych drewnianych bogów.
Nawet ich krajobraz nie był moim krajobrazem. Tym, w którym się urodziłem i w którym mieszkam - kamiennym, prostokątnym, stworzonym przez człowieka. Ani tym, który wybrałem i do którego uciekam - rozesłanym w dolinie szerokiej, powolnej rzeki, gdzie kaczka z łoskotem zapada nagle w trzciny i gdzie na skraju z sypkiego jałowego piachu sterczą poplątane korzenie przysadzistych sosen.
Mógłbym więc powiedzieć, że nic mnie nie obchodzą ich państewka, ich przebiegłe zamysły, ich krwawe wojny ze wszystkimi dookoła. Że oni w ogóle mnie nie obchodzą. Ale nie mogę tak powiedzieć. Bo przecież ci dalecy, bardzo dalecy ludzie są mi jednak bliscy. Są mi bliscy, ponieważ są mi potrzebni.
[...](1) Bo i czymże bywa jednostka, ta konkretna, żyjąca naprawdę? Oczywiście własną inteligencją, doświadczeniem. Lecz bardziej jeszcze bywa tym, co dała jej grupa, do której należy. A taką grupą jest przede wszystkim naród. To on w swej tradycji gromadzi najwięcej treści, ponieważ trwa w historii najdłużej. To w niego wkraczamy najwcześniej, ponieważ dzieje się to z pierwszym świadomym spojrzeniem, z pierwszym wypowiedzianym słowem. To on nas czyni sobą i nie przypadkiem pewien socjolog zastanawiał się, co by się zmieniło, gdyby którejś nocy przeniesiono niepostrzeżenie do Anglii wszystkie niemowlęta francuskie, a do Francji wszystkie niemowlęta angielskie. Nic by się nie zmieniło. Francuzi byliby jasnowłosi, Anglicy zaś ciemniejsi. Usposobienie, temperament, charakter obu narodów pozostałby ten sam. Bo to samo pozostałoby dziedzictwo, w którym niemowlę staje się człowiekiem. Język, kultura, historia.
[...](2)
Należę do narodu, który nazywa się polskim. Bez niego byłbym kimś innym. Ten naród ma swoje granice w przestrzeni. Pomiędzy nimi mieszka trzydzieści milionów(3) żywych. Ten naród ma również swoje granice w czasie. Pomiędzy nimi bytuje nie umiem powiedzieć, ile milionów umarłych. A u początków są właśnie oni - ci dalecy ludzie, których mowa, obyczaj, krajobraz nie był jeszcze moim, lecz których czyny i następstwa tych czynów sprawiły, że jestem sobą. Dlatego myślę o nich jak o ludziach bliskich.
Odeszli dawno w ogień lub w ziemię. Czas zetlił na rdzawy pył ich młode kiedyś miecze i pługi. A przecież trwają, są potrzebni. Mnie. Tobie. Nam wszystkim.

(1)Świat współczesny przeżywa wielką emancypację jednostki. Przynajmniej w zakresie idei. Myśli się, pisze, mówi o jej prawie do wolności, integralności, godności, bezpieczeństwa. Świat współczesny przeżywa także wielką emancypację narodów. Chyba nie tylko w zakresie idei. Myśli się, pisze, mówi o ich prawie do samostanowienia, odrębności, indywidualności. Dwie tendencje czy tylko jedna? Sądzę, że tylko jedna.
(2)We współczesnym świecie, jak długi i szeroki, narody walczą o własne państwa, o własne godła, o własne instytucje, nawet o własną policję. To nie irracjonalne opętanie kieruje tymi setkami milionów odrębnych, niepowtarzalnych jednostek. Kieruje nimi pragnienie utwierdzenia się w swoim indywidualnym człowieczeństwie, takim właśnie, jakim ono naprawdę jest: ukształtowanym przez los zbiorowy.
(3)Tyle nas (mniej więcej) wtedy było (przyp.A.W.).
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 27.11.13, 08:40

Wanda Chotomska
W HOTELU


Piętnastego listopada o godzinie piątej nad ranem
Przyszedł gość do hotelu w Zakopanem.
Pogoda była kiepska, śnieg w Zakopanem prószył,
Więc gość był otulony w futro po same uszy.
Otrzepał futro ze śniegu, usiadł na brzegu krzesła.
-Jest wolny pokój?
-Owszem.
-Chciałbym się u was przespać.
-Mamy prześliczny pokój z widokiem na Zakopane.
-Z tapczanem?
-Oczywiście. Z bardzo wygodnym tapczanem.
- Proszę o klucz od pokoju.
-Numer pokoju trzysta.
Łazienka jest tuż obok.
- Dziękuję, nie skorzystam.
- O której Pana obudzić? W południe czy też wieczorem?
-Proszę mnie dziś nie budzić.
-A jutro?
-Pod żadnym pozorem.
Pojutrze też nie trzeba, w ogóle po co ten pośpiech?
Jak się położę dzisiaj,do wiosny sobie pośpię.
- Do wiosny???- pan z recepcji aż się za głowę złapał,
A gość wziął klucz od pokoju i do pokoju poczłapał
I kartkę z takim napisem powiesił na klamce drzwi:
Nie budzić aż do wiosny,bo tutaj NIEDŹWIEDŹ śpi!
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 08.12.13, 10:03

Ogden Nash
CZY JUŻ TRZEBA IŚĆ, CZY JESZCZE JEST CZAS?
tł. Ludwik Jerzy Kern


Jeden rodzaj ludzi, udając się w podróż, wychodzi z domu najpóźniej na godzinę przed odjazdem pociągu, żeby przejechać trzy przystanki tramwajem na kolejowy dworzec,
A drugi rodzaj patrzy na nich, jakby stanowili jakiejś groźnej choroby idealny wzorzec.
Ten drugi rodzaj uważa, że kwadrans zupełnie wystarczy, żeby dojechać na dworzec, i zostaną jeszcze dwie minuty zapasu na kupienie biletu,
A pierwszy rodzaj patrzy na nich, jakby mieli hyzia, bzimśka i krzywicę mózgu do kompletu.

Pierwszy rodzaj, gdy się do teatru wybiera, już o czwartej wizytowo się ubiera i zaraz potem leci,
A znałem nawet osobę, która przychodziła do teatru w czasie trzeciego aktu poranku dla dzieci,
Drugi rodzaj o szóstej zasiada do rzetelnej kolacji, takiej z kawką, przystawką, befsztykiem, koniaczkiem i kompotem,
I twierdzi, że kurtyna, która miała pójść w górę o siódmej, i tak zawsze podnosi się dwadzieścia minut potem.

Pierwszy rodzaj w dworcowej poczekalni czeka, aż na stacji postojowej poskładają wagony do kupy, i nudzi się siedząc w harmidrze i przeciągu
I dziwi się w duchu niesprawiedliwości świata, która pozwala drugiemu rodzajowi dotrzeć na dworzec i zająć miejsce w przedziale na dwie minuty przed odjazdem pociągu,
Drugi rodzaj potyka się o nogi widzów w przejściu, gdy już scena rozbłyska światłami,
I dziwi się, jak można nie odczuwać krzty wstydu przychodząc do teatru długo przed artystami.

I nic by w tym wszystkim nie było strasznego, bo to jest problem jak świat stary,
Gdyby nie to, że te dwa rodzaje uporczywie łączą się ze sobą w małżeńskie pary.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 22.12.13, 12:46

Ludwik Jerzy Kern
NA RYBCE


- Sam pan tak?
- Sam.
- A ma pan zapałki?
- Mam.
- O, to pysznie, bo właśnie papieros mi zgasł.
- Proszę uprzejmię.
- Dziękuję. Ale fatalny czas,
co?
- Właśnie. Pada i pada.
- A jak nie pada, to siąpie.
- Niech siąpie, mnie ganc pomada,
Ja już się nawet nie kąpię.
- We wannie pewnie karpie?
- A karpie, karpie. A u pana?
- U mnie też.
- Karp, wie pan, dziwna ryba,
Niby duża, a ogon krótki...
- Napijemy się czegoś?
- No chyba!
- Panie starszy, daj pan dwie wódki!

- Ja już zagniotłem ciasto.
- A ja mak utarłem żonie.
- A co z drzewkiem?
- Kupiłem. Już stoi na balkonie.
- Jodła czy świerczek?
- Świerczek. Nawet zgrabny, nie bardzo duży.
- Jeszcze po jednym?
- Ja myślę!
- Panie starszy, niech pan powtórzy!

- Dywany potrzepałem, omiotłem oba pokoje...
- No, a co z migdałami?
- Właśnie za nimi stoję.
- Przy barze?
- A przy barze. Co za różnica, gdzie stanę?
Przecież z góry wiadomo, że i tak ich nie dostanę,
A tu przynajmniej ciepło, i kolejka krótsza co nieco...
- No to co, lecą dwie wódki?
- Jeśli o mnie chodzi, niech lecą.

- Ale ja się, proszę pana, przyczaję.
We Wigilię zostanę świętym Mikołajem.
Żona dzieci wprowadzi po prezenty,
A ja w biskupiej czapie,
Zanim się żona połapie,
Zawołam "Klękaj przed świętym!"
I do całowania podsunę jej rękę -
Niech mnie całuje za tę całą udrękę.
Jak pan myśli? Nie zrobi chyba dzieciom tego,
Żeby przy nich demaskować świętego?
- Coś pysznego. Pomyślik nielichy.
Panie starszy, jeszcze dwa kielichy!
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 07.01.14, 12:12

Andrzej Bursa
ŚWIĘTY JÓZEF


Ze wszystkich świętych katolickich
najbardziej lubię świętego Józefa
bo to nie był żaden masochista
ani inny zboczeniec
tylko fachowiec
zawsze z tą siekierą
bez siekiery chyba czuł się
jakby miał ramię kalekie
i chociaż ciężko mu było
wychowywał Dzieciaka
o którym wiedział
że nie był jego synem
tylko Boga
albo kogo innego
a jak uciekali przed policją
nocą
w sztafażu nieludzkiej architektury Ramzesów
(stąd chyba policjantów nazywają faraonami)
niósł Dziecko
i najcięższy koszyk

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 03.03.14, 22:11

Adam Mickiewicz
KSIĘGI PIELGRZYMSTWA POLSKIEGO

VII


[...]
Za dawnych czasów, kiedy zbudowano pierwsze miasto na ziemi, zdarzyło się, iż wszczął się w mieście onym pożar.
Powstali niektórzy ludzie i spojrzeli w okno, a widząc ogień bardzo daleko, poszli znowu spać, i usnęli.
A drudzy, widząc ogień bliżej, stali we drzwiach i mówili: Będziemy gasić, kiedy ogień do nas przyjdzie.
Ale ogień wzmógł się bardzo i pożarł domy tych, którzy we drzwiach stali, a tych, którzy spali, pożarł z domami ich. Byli zaś niektórzy ludzie poczciwi; ci widząc ogień wybiegli z domów swych i ratowali bliskie sąsiady; ale iż mało było poczciwych, uratować nie mogli.
A gdy miasto zgorzało, oni poczciwi ludzie z sąsiadami odbudowali je, i pomagał im lud całej okolicy, i stanęło miasto większe i piękniejsze niż pierwsze.
Ale owych, co nie byli u pożaru, a tylko we drzwiach domów swych stali, z miasta wypędzono. I pomarli głodem.
W mieście zaś ustanowiono takie prawo, iż w czasie pożaru wszyscy z wodą, z drabinami i z hakami do ognia biec muszą albo wyznaczą osobne ludzie, którzy nocą czuwa, a ogień gasić będą.
I prawo takie i porządek odtąd w miastach nastało, i ludzie spali spokojnie.
Miastem owym jest Europa, ogniem nieprzyjaciel jej despotyzm, a ludzie śpiący są Niemcy, a ludzie we drzwiach stojący Francuzi i Anglicy, a ludzie poczciwi Polacy.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 03.06.14, 16:13

Robert Scheckley
DUCH V
(Ghost V)

tłum. Anna Miklińska


- Teraz czyta nasz szyld - powiedział Gregor, stojąc twarzą przyciśniętą do judasza w drzwiach biura.
- Daj popatrzeć - poprosił Arnold.
Gregor odepchną! go.
- Zaraz zapuka. Nie, rozmyślił się. Odchodzi.
Arnold wrócił do biurka i rozłożył karty do pasjansa. Gregor nadal obserwował przez judasza.
Judasza w drzwiach zamontowali po prostu z nudów trzy miesiące po założeniu spółki i wynajęciu biura. Przez cały ten czas interesy AAA Agencji Doskonałej Adaptacji Planet nie szły dobrze - mimo że była na pierwszym miejscu w książce telefonicznej. Adaptacja planet była specjalnością istniejącą od dawna i całkowicie zmonopolizowaną przez dwa duże przedsiębiorstwa. Dla małej, nowej firmy prowadzonej przez dwóch młodych ludzi, o wspaniałych pomysłach i z wieloma nie zapłaconymi rachunkami za aparaturę było to zniechęcające.
- Wraca! - krzyknął Gregor. - Szybko - udawaj zapracowanego i ważnego!
Arnold zgarnął karty do szuflady i ledwie skończył zapinać fartuch, kiedy rozległo się pukanie.
Ich gość był niskim, łysym mężczyzną o zmęczonej twarzy. Spojrzał na nich niepewnie.
- Panowie adaptują planety?
- Tak, proszę pana - powiedział Gregor i odsunąwszy stos papierów ścisnął wilgotną dłoń mężczyzny. - Jestem Richard Gregor. A to mój wspólnik, doktor Frank Arnold.
Arnold, wyglądający efektownie w białym fartuchu i okularach w czarnej rogowej oprawce, kiwnął głową w zamyśleniu, nie przerywając bacznego przyglądania się starym probówkom. ..Prosze, niech pan usiądzie, panie...
- Ferngraum.
- Panie Ferngraum. Sądzę, że możemy prowadzić każdą sprawę, jaką pan nam zleci - powiedział Gregor zachęcająco. - Kontrole flory i fauny, oczyszczanie atmosfery i zasobów wody, sterylizacje gleby, próby stabilności, kontrole wulkanów i trzęsień ziemi - słowem, wszystko co jest konieczne, by umożliwić zasiedlenie planety.
Ferngraum nadal miał niewyraźną minę.
- Będę z panami szczery. Mam problemy z moją planetą.
Gregor kiwnął głową z pewną siebie miną.
- Nasza praca polega na rozwiązywaniu problemów.
- Jestem pośrednikiem w handlu nieruchomościami - mówił dalej Ferngraum. - Wie pan jak to jest - kupuję planety, sprzedaję - jakoś trzeba zarabiać na życie. Zwykle zajmuję się dzikimi planetami i adaptację pozostawiam nabywcom. Ale kilka miesięcy temu trafiła mi się okazja kupienia planety o naprawdę dużej wartości. Sprzątnąłem ją sprzed nosa wielkiej spółce handlowej.
Ferngraum z zatroskaniem wytarł czoło.
- To jest piękne miejsce - ciągnął dalej bez entuzjazmu. - Przeciętna temperatura 22 stopnie. Teren górzysty, ale gleba żyzna. Wodospady, tęcza, wszystkie te cuda. . I zupełny brak fauny.
- Brzmi to wspaniale - powiedział Gregor. - A mikroorganizmy?
- Nic, co mogłoby być niebezpieczne.
- O co w takim razie chodzi?
Ferngraum wyglądał na zakłopotanego.
- Może panowie słyszeli o tej planecie. Numer ewidencyjny RJC-5. Ale wszyscy nazywają ją Duch V”.
Gregor uniósł brwi. „Duch” to dość dziwna nazwa dla planety, ale słyszał już dziwniejsze. W końcu trzeba było je jakoś nazywać. W zasięgu lotów kosmicznych znajdowały się tysiące słońc z planetami zamieszkałymi przez ludzi lub nadającymi się do zasiedlenia. I w cywilizowanych światach było wielu ludzi, którzy chcieli założyć kolonie. Sekty religijne, mniejszości polityczne, grupy filozoficzne czy po prostu pionierzy chcący zacząć wszystko od nowa.
- Nie przypominam sobie, żebym coś o tym słyszał - powiedział Gregor.
Ferngraum poruszył się niespokojnie.
- Powinienem był posłuchać mojej żony. Ale nie - chciałem zostać wielkim przedsiębiorcą. Zapłaciłem za Ducha V dziesięć razy więcej niż zwykle płacę i nabrałem sie.
- Ale w czym tkwi problem? - zapytał Gregor.
- Wygląda na to, że tam straszy - odpowiedział z rozpaczą w głosie Ferngraum.
Zbadał swoją planetę radarami, potem wydzierżawił spółce farmerów z Dijon VI. Ośmioosobowa grupa rozpoznawcza wylądowała na miejscu i nie minął dzień, kiedy zaczęły nadchodzić zniekształcone raporty o demonach, duchach, wampirach, dinozaurach 1 innych potworach. Kiedy przybył po nich statek ratunkowy, wszyscy byli martwi. Raport po autopsji stwierdził, że cięcia i rany na ich ciałach mogły być zadane przez wszystko, nawet demony, duchy, wampiry czy dinozaury, jeśli takie istniały. Ferngraum musiał zapłacić karę za niewłaściwe przygotowanie planety.
Farmerzy zrezygnowali z dzierżawy, ale udało mu sie wydzierżawić ją grupie czcicieli słońca z Opalu II. Czciciele słońca byli ostrożni. Wysłali swój ekwipunek i tylko trzech ludzi na rekonesans. Ludzie ci założyli obóz, rozpakowali rzeczy i ogłosili, że planeta jest rajem. Właśnie przekazywali wiadomość, by grupa przybyła na miejsce, kiedy rozległ się przeraźliwy krzyk i cisza.
Statek patrolowy poleciał na Ducha V, pogrzebano ciała i opuszczono planetę w ciągu dokładnie pięciu minut.
- I tak to się skończyło - powiedział Ferngraum. - Teraz nikt jej nie chce za żadną cenę. Załogi statków nie chcą na niej lądować. A ja nadal nie wiem co się stało.
Westchnął głęboko i spojrzał na Gregora.
- Jeśli chcecie, możecie sie tym zająć.
Gregor i Arnold przeprosili go na chwile i wyszli do przedpokoju.
Arnold wydał okrzyk radości:
- Mamy robotę!
- Taak - powiedział Gregor - ale jaką robotę...
- Chcieliśmy coś trudnego - zwrócił mu uwagę Arnold. - Jeśli nam sie uda, zdobędziemy rozgłos - nie mówiąc już o zyskach.
- Zdaje się, że zapominasz - powiedział Gregor - że to ja mam polecieć na te planetę. Ty tylko będziesz tu siedział i wyciągał wnioski z przysłanych przeze mnie danych.
- Tak przecież ustaliliśmy - przypomniał Arnold. - Ja jestem dział naukowy, a ty przeprowadzasz ekspertyzę. Pamiętasz?
Gregor pamiętał. Od najmłodszych lat ciągle pakował się w kłopoty, podczas, gdy Arnold siedział spokojnie i tłumaczył mu dlaczego to robił.
- Nie podoba mi się ta sprawa - powiedział.
- Chyba nie wierzysz w duchy?
- Nie, oczywiście, że nie.
- Cóż, z każdą inną zmorą poradzimy sobie. Tylko odważni mogą liczyć na dobry zarobek.
Gregor wzruszył ramionami. Wrócili do Ferngrauma. W ciągu pół godziny uzgodnili warunki - wysoki procent z przyszłych zysków jeśli się uda, pokrycie poniesionych kosztów jeśli sie nie uda.
Gregor odprowadził Ferngrauma do drzwi.
- Swoją drogą – zapytał - jak pan do nas trafił?
- Nikt inny nie chciał wziąć tej sprawy - powiedział Ferngraum, wyraźnie z siebie zadowolony. - Życzę powodzenia.

Trzy dni później Gregor był już w drodze na Ducha-V na pokładzie frachtowca kosmicznego. Czas podroży wykorzystał na dokładne przestudiowanie raportów z dwóch prób kolonizacji i czytanie szeregu prac dotyczących zjawisk nadprzyrodzonych.
Ale to niczego nie wyjaśniało. Na Duchu V nie znaleziono żadnych śladów istnienia zwierząt. I nigdzie w Galaktyce nie odkryto dowodów istnienia stworów nadprzyrodzonych. Gregor zastanawiał się nad tym. Sprawdził swoją bron, gdyż frachtowiec zbliżał się do Ducha V. Wiózł arsenał wystarczający do prowadzenia i wygrania niewielkiej wojny.
O ile znajdzie się coś do czego będzie można strzelać.

Kapitan frachtowca zniżył statek na odległość kilku tysięcy stóp od pogodnej, zielonej powierzchni planety. Gregor zrzucił swoje rzeczy na spadochronie na miejsce dwóch poprzednich obozowisk, uścisnął rękę kapitana i sam również skoczył na spadochronie.
Wylądował bezpiecznie i spojrzał w górę. Frachtowiec gnał w górę jakby goniły go rozwścieczone Furie. Był sam na Duchu V.
Po sprawdzeniu czy aparatura nie uległa uszkodzeniu, nadał Arnoldowi wiadomość, że wylądował bezpiecznie. Potem, z miotaczem w reku, przeprowadził inspekcje obozu czcicieli słońca.
Wybrali sobie miejsce u podnóża gór, nad małym jeziorem o krystalicznie czystej wodzie. Baraki były w idealnym stanie.
Nie zniszczyły ich wiatry ani burze, bo Duch V obdarzony był wspaniałym klimatem. Stały smętne i opuszczone. Gregor dokładnie zbadał wnętrze jednego z nich. Ubrania starannie ułożone w pokoikach, obrazy na ścianach, a na jednym oknie wisiała nawet zasłona. W rogu pokoju stało otwarte pudło z zabawkami, przygotowane na przyjazd dzieci.
Pistolet na wodę, bąk i kulki do gry leżały rozrzucone na podłodze.
Nadchodził wieczór, wiec Gregor wniósł swoje rzeczy do jednego z baraków i przygotował się do przetrwania nocy. Podłączył system alarmowy i nastawił go tak, że zareagowałby nawet na karalucha. Włączył radar kontrolujący najbliższe otoczenie. Rozpakował swój arsenał, układając karabiny ciężkiego kalibru w zasięgu reki. Miotacz ręczny wetknął sobie za pas. Po czym, usatysfakcjonowany, zjadł lekką kolację.
Za oknami wieczór zmienił się w noc. Ciepłą, rozmarzoną krainę ogarnęła ciemność. Lekki wietrzyk zmarszczył wody jeziora i szeleścił cicho w wysokiej trawie. Było spokojnie.
Doszedł do wniosku, że koloniści musieli być histerykami. Prawdopodobnie ogarnęła ich panika i pozabijali się nawzajem. Po sprawdzeniu jeszcze raz systemu alarmowego, Gregor rzucił swoje ubranie na krzesło i wszedł do łóżka. Pokój rozświetlało światło gwiazd, silniejsze niż światło księżyca na Ziemi. Miotacz był pod poduszką. Wszystko było w porządku.
Właśnie zasypiał, kiedy poczuł, że nie jest sam w pokoju.
To nie było możliwe. System alarmowy nie reagował. Radar nadal szemrał spokojnie.
A jednak każdy nerw w jego ciele wył na alarm. Wyciągnął miotacz i rozejrzał się.
W rogu pokoju stał mężczyzna.
Nie było czasu na zastanawianie się jak tu się dostał. Gregor wycelował miotacz i powiedział:
- Dobra, teraz ręce do góry!
Postać nie poruszyła się.
Palec Gregora zacisnął się na cynglu, a potem nagle rozluźnił się. Poznał tego mężczyznę. To było jego własne ubranie, ułożone na krześle, któremu światło gwiazd i jego wyobraźnia nadały kształt człowieka.
Uśmiechnął się i opuścił miotacz. Sterta ubrań poruszyła się. Gregor poczuł wiew powietrza od strony okna i nadal się uśmiechał. Potem sterta ubrań wstała, wyprostowała się i zaczęła iść wyraźnie w jego kierunku.
Znieruchomiały w łóżku, patrzył jak bezcielesne ubranie, przybrawszy ludzką postać, zbliża się do niego.
Kiedy było w połowie pokoju i puste rękawy wyciągnęły się ku niemu, zaczął strzelać. I strzelał długo, gdyż strzępy i resztki ubrania leciały do niego jakby nagle ożyły. Płonące kawałki materiału napierały na jego twarz, a pas próbował okręcić się wokół jego nóg. Musiał spalić wszystko na popiół, zanim atak ustał.
Kiedy już było po wszystkim, Gregor zapalił wszystkie światła. Zaparzył kawę i wlał do niej prawie całą butelkę brandy. Z trudem powstrzymał się przed rozwaleniem urządzeń alarmowych na kawałki. Połączył się ze wspólnikiem.
- To bardzo interesujące - powiedział Arnold, kiedy Gregor opowiedział mu o wydarzeniach. - Animacja! Naprawdę bardzo interesujące.
- Wiedziałem, że cie to rozbawi - powiedział z goryczą Gregor. Po sporej dawce brandy poczuł się opuszczony i wykorzystywany.
- Czy coś jeszcze się stało?
- Jeszcze nie.
- No tak, uważaj. Mam pewną teorie. Musze nad nią popracować. A propos, jakiś zwariowany facet stawia pięć do jednego, że ci się nie uda.
- Naprawdę?
- Tak. Założyłem się z nim.
- Postawiłeś na mnie? - zapytał Gregor.
- Oczywiście - oburzył się Arnold. - Przecież jesteśmy wspólnikami.
Rozłączyli się i Gregor zaparzył jeszcze jeden dzbanek kawy. Nie miał zamiaru zasypiać tej nocy. Podtrzymywała go na duchu myśl, że Arnold postawił na niego.
Ale w końcu Arnold zawsze był złym graczem.
Obudził się koło południa, znalazł jakieś ubranie i zabrał się do przeszukiwania obozu czcicieli słońca. Przed wieczorem znalazł coś. Na ścianie baraku ktoś w pośpiechu wydrapał słowo „Tgasklit“.
Tgasklit? Nic mu to nie mówiło, ale natychmiast dał o tym znać Arnoldowi.
Potem przetrząsnął każdy kąt swojego baraku, zapalił światła, sprawdził system alarmowy i naładował miotacz. Wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. Z żalem patrzył na zachodzące słońce, mając nadzieje, że uda mu się przeżyć do wschodu. Potem usadowił się na wygodnym krześle i próbował wymyślić coś mądrego.
Nie było tu żadnych zwierząt ani wędrujących roślin, żyjących skał ani wielkich mózgów ukrytych w jądrze planety. Duch V nie miał nawet księżyca, na którym ktoś mógłby się schować. Nie mógł uwierzyć w istnienie duchów czy demonów. Wiedział, że zjawiska nadprzyrodzone przestawały być niezwykłe, jeśli je sie dokładnie zbadało. Duchy nigdy nie chciały stać spokojnie, by jakiś niedowiarek mógł je zbadać - znikały. Zawsze wtedy, kiedy w zamku pojawiał się naukowiec z kamerami i magnetofonami, upiory wydawały się być na urlopie.
Była jeszcze jedna możliwość. Przypuśćmy, że ktoś chciał mieć te planetę, ale nie za cenę proponowaną przez Ferngrauma. Czy taki ktoś nie mógł ukryć się tu, straszyć osadników, a nawet zabić ich, żeby doprowadzić do opuszczenia ceny?
To brzmiało logicznie. W ten sposób można by wytłumaczyć również zachowanie jego ubrania. Elektryczność statyczna, właściwie użyta...
Coś stało przed nim. System alarmowy, tak jak przedtem, nie zareagował.
Gregor powoli podniósł głowę. To coś naprzeciw niego miało dziesięć stóp wysokości i przypominało postać ludzką, z wyjątkiem krokodylej głowy. Było jasnoczerwone w pionowe, purpurowe pasy. W jednej pazurzastej łapie trzymało dużą, brązową puszkę.
- Cześć - powiedziało.
- Cześć - odpowiedział Gregor zdławionym głosem. Jego miotacz leżał na stole dwa metry od niego. Zastanawiał się, czy to coś zaatakuje, jeśli on sięgnie po broń. - Jak się nazywasz? - zapytał spokojnie.
- Jestem Szkarłatno-Purpurowy Pożeracz - odpowiedziało. - Chwytam i pożeram.
- Bardzo ciekawe.
Gregor pomaleńku sięgał po miotacz.
- Chwytam i pożeram rzeczy nazywające się Richard Gregor - pogodnie i szczerze tłumaczył mu Pożeracz. - I zwykle jem je w czekoladowym sosie.
Pokazał mu puszkę i Gregor przeczytał nalepkę:
Sos Śmiga - Wspaniały do polewania Gregorych, Arnoldów i Flynnów.
Palce Gregora dotknęły kolby miotacza.
- Czy miałeś zamiar mnie pożreć? – zapytał.
- O, tak - odpowiedział Pożeracz.
Gregor miał już w reku miotacz. Odbezpieczył go i strzelił. Świetlisty strumień spłynął po Pożeraczu, osmalił podłogę, ściany i brwi Gregora.
- To mnie nie zrani - wyjaśnił Pożeracz. - Jestem za wysoki.
Miotacz wypadł Gregorowi z reki. Pożeracz pochylił sie ku niemu.
- Nie zjem cie teraz - powiedział.
- Nie? - wykrztusił Gregor.
- Nie. Mogę cie zjeść dopiero jutro, pierwszego maja. Takie są zasady. Przyszedłem prosić cię o przysługę.
- Jaką?
Pożeracz uśmiechnął się czarująco.
- Czy mógłbyś być tak miły i zjeść kilka jabłek? One nadają wspaniały aromat.
I powiedziawszy to pasiasty potwór zniknął.
Gregor drżącymi rękami włączył nadajnik i opowiedział wszystko Arnoldowi.
- Hmm - powiedział Arnold. - Szkarłatno-Purpurowy Pożeracz? To potwierdza moje przypuszczenia.
- Jakie przypuszczenia? O czym ty mówisz?
- Po pierwsze, zrób to co ci powiem. Musze się upewnić.
Posłuszny instrukcjom Arnolda, Gregor rozpakował aparaturę do badań chemicznych. Porozkładał różne probówki, retorty i chemikalia. Mieszał, potrząsał, dodawał i odejmował według wskazówek i w końcu podgrzał otrzymaną mieszankę.
- No już - powiedział podchodząc z powrotem do nadajnika. - Wytłumacz mi, co się dzieje.
- Posłuchaj. Poszukałem w słowniku słowa „Tgasklit”. To po opaliańsku. Oznacza „ducha o wielu zębach”. Czciciele słońca byli z Opalu. Czy już coś rozumiesz?
- Zostali zabici przez rodzimego ducha - odparł burkliwie Gregor. - Musiał się ukryć w ich statku. Pewnie jakaś klątwa...
- Uspokój sie - powiedział Arnold. - Duchy nic nie mają z tym wspólnego. Czy roztwór się gotuje?
- Nie.
- Powiedz mi jak się zagotuje. A teraz wróćmy do sprawy twojego ożywionego ubrania. Czy to ci czegoś nie przypomina?
Gregor zamyślił się.
- Cóż, kiedy byłem dzieckiem… nie, to bez sensu.
- No powiedz - nalegał Arnold.
- Kiedy byłem mały, nigdy nie zostawiałem ubrania na krześle. W ciemności zawsze wyglądało jak człowiek albo smok czy coś w tym rodzaju. Myślę, że każdemu się to zdarzyło. Ale to nie wyjaśnia...
- Oczywiście, że wyjaśnia! Czy już sobie przypomniałeś Szkarłatno-Purpurowego Pożeracza?
- Nie. Dlaczego?
- Bo to ty go wymyśliłeś! Pamiętasz? Mieliśmy wtedy po osiem czy dziewięć lat, ty, ja i Jimmy Flynn. Wymyśliliśmy najstraszniejszego potwora - to był nasz własny potwór i chciał pożreć tylko albo ciebie, albo mnie, albo Jimmy‘ego - polanych czekoladowym sosem. Ale tylko pierwszego każdego miesiąca. Żeby się go pozbyć, trzeba było wymówić zaklęcie.
Teraz Gregor przypomniał sobie i dziwił się jak mógł o tym zapomnieć. Ileż to nocy przesiedział skulony, przerażony czekając na Pożeracza?
- Czy roztwór się gotuje? - zapytał Arnold.
- Tak - odpowiedział Gregor spojrzawszy na probówkę.
- Jaki ma kolor?
- Taki zielonkawo-niebieski. Bardziej niebieski...
- Prawidłowo. Możesz go już wylać. Musze jeszcze przeprowadzić kilka prób, ale myślę, że wygraliśmy.
- Co wygraliśmy? Czy możesz mi wytłumaczyć?
- To oczywiste. Na planecie nie ma zwierząt. Duchy nie istnieją, przynajmniej nie takie, które mogłyby zabić oddział uzbrojonych mężczyzn. Jedynym rozwiązaniem mogły być halucynacje, wiec szukałem czegoś co mogło je powodować. Znalazłem sporo przyczyn. Oprócz narkotyków spotykanych na Ziemi, jest kilkanaście gazów wywołujących halucynacje, spisanych w „Katalogu Obcych Pierwiastków Śladowych”. Mogą powodować depresje, pobudzać - sprawiać, że czujesz się jak glista albo orzeł, albo geniusz. Ten, o który nam chodzi określony jest jako Longstead 42. Jest to ciężki, przezroczysty, bezwonny gaz, który nie uszkadza żadnych tkanek. To jest środek pobudzający wyobraźnię. - Chcesz przez to powiedzieć, że wszystko mi sie przywidziało? Zrozum...
- To nie jest takie proste - przerwał mu Arnold. - Longstead 42 działa bezpośrednio na podświadomość. Wyzwala najmocniejsze podświadome leki, stłumione koszmary z dzieciństwa. Ożywia je. I to właśnie widziałeś.
- Wiec tak naprawdę to nic tu nie było? - zapytał Gregor.
- Nic o realnej, fizycznej postaci. Ale te halucynacje są prawdziwe dla każdego kto je ma.
Gregor sięgnął po następną butelkę brandy.
Trzeba było uczcić takie odkrycie.
- Bez trudu poradzimy sobie z Duchem V – ciągnął Arnold pewnym siebie głosem. - Longstead 42 można łatwo wyeliminować. I będziemy bogaci, wspólniku!
Gregor chciał już wznieść toast, kiedy przyszła mu do głowy niepokojąca myśl.
- Jeśli to są tylko halucynacje, to co się stało z osadnikami?
Arnold milczał przez chwilę.
- No cóż - odezwał się - Longstead 42 może spowodować - instynkt śmierci Osadnicy musieli zwariować. Pozabijali się nawzajem.
- I nikt nie pozostał przy życiu?
- Oczywiście. Ci ostatni popełnili samobójstwo albo zmarli na skutek odniesionych ran. Nie zaprzątaj sobie tym głowy. Zaraz wsiadam na statek i przylecę zrobić te badania. Za dzień lub dwa zabiorę cię stamtąd.
Na tym skończyli rozmowę.
Tego wieczoru Gregor pozwolił sobie na wypicie reszty brandy. Uważał, że mu się to należy. Zagadka Ducha V była rozwiązana i wkrótce mieli zostać bogaci. Wtedy on będzie mógł wynająć człowieka do lądowania na dziwnych planetach, a sam będzie siedział w domu i dawał instrukcje przez radio.

Następnego dnia obudził się na kacu. Statek Arnolda jeszcze nie przybył, wiec spakował swoje rzeczy i czekał. Nadszedł wieczór, a statku jeszcze nie było. Usiadł na progu baraku i przyglądał sie jaskrawemu zachodowi słońca. Potem wszedł do środka i zrobił kolacje.
Sprawa osadników nadal go niepokoiła, ale postanowił nie myśleć o tym. Na pewno istniało jakieś logiczne wytłumaczenie. Po kolacji wyciągnął się na łóżku. Zaledwie zamknął oczy, kiedy usłyszał czyjeś nieśmiałe chrząkniecie.
- Cześć - powiedział Szkarłatno-Purpurowy Pożeracz. Postać z wyobraźni wróciła, by go pożreć.
- Cześć, stary - odpowiedział pogodnie, bez cienia strachu czy niepokoju.
- Czy zjadłeś jabłka?
- Bardzo cię przepraszam. Zapomniałem.
- Trudno - Pożeracz starał się ukryć rozczarowanie. - Przyniosłem sos czekoladowy - pokazał mu puszkę.
Gregor uśmiechnął się.
- Możesz już teraz zniknąć. Wiem, że jesteś tylko wymysłem mojej wyobraźni. Nie możesz zrobić mi nic złego.
- Nie zrobię ci nic złego - powiedział Pożeracz. - Po prostu mam zamiar cie zjeść.
Podszedł do Gregora. Gregor stał w miejscu i uśmiechał się, chociaż wolałby, żeby Pożeracz nie wyglądał tak realnie i materialnie. Pożeracz pochylił się i spróbował ugryźć go w rękę. Gregor cofnął się gwałtownie i spojrzał na rękę. Widać było na niej ślady krwi. Z ranek sączyła się krew - prawdziwa jego krew. Ciała osadników były poszarpane, pogryzione i pocięte. W tym momencie Gregor przypomniał sobie pokaz hipnotyzera, który kiedyś oglądał. Hipnotyzer powiedział wtedy swojemu medium, że dotyka jego ramienia zapalonym papierosem. Dotknął to miejsce długopisem. W ciągu kilku sekuftd na ramieniu medium pojawił się czerwony ślad i pęcherz, dlatego że uwierzyło w oparzenie.
A wiec jeśli w podświadomości człowiek jest przekonany, że nie żyje, to naprawdę staje się martwy! On nie wierzył w Pożeracza. Ale jego podświadomość wierzyła.
Rzucił się w kierunku drzwi. Pożeracz zastąpił mu drogę. Schwycił go w łapy i zbliżył uzębiony pysk do jego szyi. Zaklęcie! Jak to brzmiało? Gregor krzyknął:
- Alfoisto!
- To nie to słowo - powiedział Pożeracz. - Proszę, nie wyrywaj się.
- Regnastikio!
- Nie. Przestań się wiercić, a będzie po wszystkim zanim...
- Woorspelhappilo!
Pożeracz wrzasnął z bólu i puścił go. Uniósł się do góry i zniknął. Gregor opadł bezwładnie na krzesło.
Koniec był tak blisko. Zbyt blisko.
Idiotycznie byłoby umrzeć w ten sposób - rozdarty przez swoją własną, pożądającą śmierci wyobraźnie, zabity przez przekonanie. Miał szczęście, że przypomniał sobie to słowo. Gdyby Arnold się pośpieszył...
Usłyszał cichy chichot.
Rozległ się w ciemności za przymkniętymi drzwiami pracowni. Przywołał wspomnienia z dawnych lat. Znów miał dziewięć lat i wrócił Zmrokotwór. Jego Zmrokotwór. Dziwne, chude, przerażające stworzenie, które kryło się za drzwiami, spało pod łóżkiem i atakowało tylko w ciemności.
- Zgaś światło - powiedział Zmrokotwór.
- Nie ma mowy - odpowiedział Gregor, chwytając miotacz. W oświetlonym pokoju był bezpieczny.
- Dobrze ci radzę, zgaś je.
- Nie!
- W porządku. Egan, Megan, Degan!
Trzy małe stworzonka wbiegły do pokoju. Rzuciły się na żarówkę i zaczęły ją pożerać z apetytem.
W pokoju zrobiło się ciemniej. Gregor strzelał za każdym razem, kiedy zbliżały się do lampy. Szkło rozprysło sie, ale zwinne stworki za każdym razem zdążyły uskoczyć z drogi. I wtedy Gregor zdał sobie sprawę z tego co zrobił. Stworki nie mogły naprawdę jeść światła. Wyobraźnia nie działa na przedmioty martwe. To jemu zdawało się, że w pokoju się ściemnia i...
Rozwalił wszystkie żarówki! Niszcząca podświadomość zrobiła mu paskudny kawał.
Teraz Zmrokotwór wkroczył do pokoju. Skacząc od cienia do cienia zbliżył się do Gregora.
Miotacz okazał się bezużyteczny. Gregor gorączkowo próbował wymyślić zaklęcie i z przerażeniem przypomniał sobie, że na Zmrokotwora nie działało żadne. Cofał się, dopóki nie dotknął plecami wielkiej skrzyni. Zmrokotwór pochylił się nad nim. Gregor upadł na ziemie i zamknął oczy.
Jego ręka dotknęła czegoś zimnego. Leżał przy skrzyni z zabawkami dla dzieci osadników. Przedmiot, którego dotykał, to był pistolet na wodę.
Chwycił go i wyciągnął przed siebie. Zmrokotwór cofnął się, patrząc na broń bojaźliwie.
Gregor szybko podbiegł do kranu i napełnił pistolet. Skierował na potwora śmiertelny strumień wody. Zmrokotwór zawył i zniknął. Gregor uśmiechnął się i wcisnął pusty pistolet za pas.
Pistolet na wodę to skuteczna broń przeciwko wymyślonym potworom.
Już świtało, kiedy wylądował statek Arnolda. Nie tracąc czasu Arnold zabrał się do przeprowadzania badań. Skończył koło południa, definitywnie stwierdzając że mają do czynienia z pierwiastkiem Longstead 42. Spakowali się natychmiast i wystartowali.
Kiedy już byli w przestrzeni, Gregor opowiedział swemu wspólnikowi o wydarzeniach ostatniej nocy.
- Przeżyłeś ciężkie chwile - powiedział Arnold z podziwem.
Teraz, gdy był już w bezpiecznym oddaleniu od Ducha V, Gregor mógł przybrać pozę skromnego bohatera.
- Mogło być gorzej - powiedział.
- Jak to gorzej?
- Gdyby Jimmy Flynn był tutaj. On to potrafił wymyślać potwory. Pamiętasz Gromostracha?
- Pamiętam jedynie, że przez niego przeżyłem wiele koszmarnych nocy - powiedział Arnold.

Statek sunął w kierunku Ziemi. Arnold napisał parę zdań do artykułu pod tytułem „Instynkt śmierci na Duchu V. Badania stymulacji podświadomości, histerii i halucynacji zbiorowych wywołujących objawy fizyczne”. Potem poszedł do kabiny sterowania by włączyć autopilota.
Gregor wyciągnął się na łóżku, postanowiwszy odbić sobie nie przespane noce na Duchu V. Ledwie zasnął, kiedy do pokoju wpadł Arnold z twarzą bladą ze strachu.
- Wydaje mi się, że coś jest w kabinie sterowania - powiedział. Gregor usiadł.
- To niemożliwe. Jesteśmy daleko od...
W kabinie sterowania rozległ się cichy pomruk.
- O Boże! - jęknął Arnold. Milczał przez chwilkę w skupieniu.
- Wiem. Kiedy wylądowałem, zapomniałem zamknąć dopływ powietrza. Nadal oddychamy powietrzem z Ducha V!.
W drzwiach stał wielki szary stwór o skórze pokrytej czerwonymi cętkami. Miał zaskakującą ilość rąk, nóg, macek, szponów i zębów i jeszcze dwa małe skrzydła. Szedł powoli w ich stronę mrucząc i stękając.
Poznali go - to był Gromostrach.
Gregor rzucił się do drzwi i zamknął mu je przed nosem.
- Tu powinniśmy być bezpieczni tutaj - szepnął oddychając z trudem. - Drzwi są hermetyczne. Ale jak będziemy kierować statkiem?”
- Nie będziemy - odparł Arnold. - Musimy zaufać autopilotowi, chyba że wymyślimy jakiś sposób by pozbyć się tego stwora.
Zauważyli, że nikły dym zaczynał przedostawać się przez uszczelnione drzwi.
- Co to? - zapytał drżącym głosem Arnold. Gregor zmarszczył brwi,
- Zapomnieliśmy, że Gromostrach może wejść do każdego pokoju. Nie ma sposobu na powstrzymanie go.
- Nic sobie nie mogę przypomnieć - powiedział Arnold. - Czy on je ludzi?
- Nie. O ile dobrze pamiętam, tylko rozszarpuje na kawałki.
Dym zaczął przybierać formę Gromostracha. Uciekli do następnego pokoju, zamykając szczelnie drzwi za sobą. W ciągu kilku sekund dym znów wślizgnął się za nimi.
- To idiotyczne - powiedział Arnold przygryzając wargi. - Być ściganym przez wymyślonego potwora... poczekaj! Masz jeszcze ten pistolet na wodę?
- Tak, ale...
- Daj mi go!
Arnold podbiegł do zbiornika z wodą i napełnił pistolet. Gromostrach znowu się zmaterializował. Sunął ku nim niezdarnie, stękając z niezadowolenia. Arnold strzelił do niego strumieniem wody. Gromostrach ciągle się zbliżał.
- Już wiem - powiedział Gregor. - Pistolet na wodę nie zatrzyma Gromostracha.
Wycofali się do następnego pokoju i zatrzasnęli drzwi. Dalej był już tylko magazyn paliwa i śmiertelna próżnia przestrzeni.
- Czy nie możesz zrobić czegoś z powietrzem? – spytał Gregor.
Arnold pokręcił głową przecząco.
- Już się ulatnia. Ale Longstead przestaje działać dopiero po dwudziestu godzinach.
- Nie ma żadnego antidotum?
- Nie.
Gromostrach znowu się pojawił. Odgłosy, które wydawał, świadczyły, że jest w nie najlepszym nastroju.
- Jak można go zabić? - zapytał Arnold. - Musi być jakiś sposób. Zaklęcia? Może drewniany miecz?
Gregor pokręcił głową.
- Już sobie wszystko przypomniałem - powiedział smętnie.
- Co go zniszczy?
- Nie zniszczy go ani pistolet na wodę, ani korkowiec ani fajerwerki, kopeć, ani proca, ani żadna inna dziecięca broń. Gromostrach jest zupełnie niezniszczalny.
- Ach ten Flynn ze swoją cholerną wyobraźnią! Co nas podkusiło, żeby o nim rozmawiać? Jak się go w takim razie pozbyć?
- Mówiłem ci. Nie ma rady. Może odejść tylko z własnej woli.
Gromostrach urósł już do swych normalnych rozmiarów. Arnold i Gregor schronili się w maleńkim magazynie i zatrzasnęli ostatnie drzwi.
- Pomyśl, Gregor - błagał Arnold. - Żadne dziecko nie wymyśla potwora przed którym nie można się jakoś obronić. Pomyśl!
- Gromostracha nie można zabić - powtórzył Gregor.
Dym znów zaczął przybierać postać cętkowanego potwora. Gregor przypomniał sobie wszystkie nocne koszmary, jakie kiedykolwiek miał. Jako dziecko musiał przecież robić coś, by bronić się przed nieznaną siłą. I nagle - w ostatniej chwili - przypomniał sobie...

Sterowany przez autopilota statek mknął ku Ziemi, całkowicie opanowany przez Gromostracha. Gromostrach wędrował pustymi korytarzami, przenikał przez stalowe ściany do kabin i magazynów, jęcząc, stękając i ciskając gromy, bo nie mógł znaleźć żadnej ofiary. Statek dotarł do systemu słonecznego i automatycznie wszedł na orbitę Księżyca. Gregor ostrożnie wychylił głowę, gotowy schować się z powrotem w razie potrzeby. Nie słychać było groźnego szurania ani jęków, ani stękań. Nie było złowrogiej mgły przenikającej przez drzwi i ściany.
- W porządku - krzyknął do Arnolda. - Gromostrach znikł.
Bezpieczni w niezawodnym schronieniu przed koszmarami nocy - zawinięci po czubki głów w koce - teraz mogli już wyjść ze swych kryjówek.
- Mówiłem ci, że pistolet na wodę nic nie pomoże - powiedział Gregor. Czule pogładził koc. - Przykrycie kocem głowy to najlepsza obrona.

KONIEC
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 04.02.15, 13:51

Katarzyna Czajka
WIERSZ W OCZEKIWANIU NA LICZNE PRZELEWY


Jeszcze odrobinę cierpliwości
prosimy o zrozumienie
ciężka choroba
w tak młodym wieku
przygwoździła do łóżka
panią z księgowości
managera projektu
stażystę działu listów

Jeszcze odrobinę cierpliwości
to potrwa tylko chwilkę
jeszcze tylko proszę podać
po raz tysięczny dane adresowe
tyle tych rachunków
czasem ktoś zapomni
ale ogólnie współpraca owocna

Jeszcze odrobinę cierpliwości
przecież przelew przyjdzie
przed zapowiadanym końcem świata
czyli tak plus minus
do końca tygodnia

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 05.03.15, 22:32

62 lata temu postępowa ludzkość okryła się żałobą. Na chwilę. A potem odetchnęła z ulgą.

Konstanty Ildefons Gałczyński
UMARŁ STALIN


Do pół zwieszona flaga
flagę wiatr przedwiosenny targa
To nie wiatr, to szloch na wszystkich kontynentach i archipelagach.
Umarł Stalin.

Jakby nagły grad zboża pogiął
Jakby w biały dzień noc w okno.
Dzisiaj słońce jest żałobną chorągwią.
Umarł Stalin.

Płaczą ludzie na ulicach. Ciężko.
Taki ciężar zwalił się na ręce.
Płaczą ludzie zwyczajni jak ziarno piasku.
A ci go kochali najgoręcej.

Krzyczy Wołga. Szlocha Sekwana.
Woła Dunaj. Jęczą rzeki chińskie.
Broczy Wisła jak otwarta rana.
Lamentują potoki gruzińskie.

Krzyczy Aragwa: Stalin! Chmury całego globu
wiatr zeszył w jedną chorągiew żałobną.
O, poeci, rozpowiadajcie
w każdej wiosce, w każdej krainie
ból nasz wielki po wielkim Stalinie.
Umarł Przyjaciel.

Cień padł na ziemię od tej śmierci,
od oceanu do oceanu,
od Gibraltaru do Uralu.
Ale niech wróg nie liczy na cień i nieszczęście,
ale niech wróg nie myśli, że przez ten cień przejdzie.
Nie pożywi się wróg na naszym bólu i żalu.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 05.05.15, 08:31

Konstanty Ildefons Gałczyński
PIEŚŃ O FLADZE

Jedna była — gdzie? Pod Tobrukiem.
Druga była — gdzie? Pod Narwikiem.
Trzecia była pod Monte Cassino.
A każda jak zorza szalona,
biało-czerwona, biało-czerwona,
czerwona jak puchar wina,
biała jak śnieżna lawina,
biało-czerwona.

Zebrały się nocą flagi.
Flaga fladze dodaje odwagi:
— No, no, nie bądź taka zmartwiona.
Nie pomogą i moce piekła:
jam ciebie, tyś mnie urzekła,
nie zmogą cię bombą ni złotem
i na zawsze zachowasz swą cnotę.
I nigdy nie będziesz biała,
i nigdy nie będziesz czerwona,
zostaniesz biało-czerwona
jak wielka zorza szalona,
czerwona jak puchar wina,
biała jak śnieżna lawina,
najukochańsza, najmilsza,
biało-czerwona.

Tak mówiły do siebie flagi
i raz po raz strzelił karabin,
zrobił dziurę w czerwieni i w bieli.
Lecz wołały flagi: — Nie płaczcie!
Choćby jeden strzępek na maszcie,
nikt się zmienić barw nie ośmieli.
Zostaniemy biało-czerwone,
flagi święte, flagi szalone.
Spod Tobruka czy spod Murmańska
niech nas pędzi dola cygańska,
zostaniemy biało-czerwone,
nie spoczniemy biało-czerwone,
czerwone jak puchar wina,
białe jak śnieżna lawina,
biało-czerwone.

O północy przy zielonych stolikach
modliły się diabły do cyfr.
Były szarfy i ordery, i muzyka
i stukał tajny szyfr.
Diabły w sercu swoim głupim, bo niedobrym
rozwiązywały biało-czerwony problem.

Flaga łkała: — Czym powinna
zginąć bo jestem inna?
Bo nie taka… dyplomatyczna,
bo tragiczna, bo nostalgiczna;
ta od mgieł i tkliwej rozpaczy,
i od serca, które nic nie znaczy,
flaga jak ballada Szopenowska,
co ją tkała sama Matka Boska.

Ale wtedy przyszła dziewczyna
i uniosła flagę wysoko,
hej, wysoko, ku samym obłokom!
Jeszcze wyżej, gdzie się wszystko zapomina,
jeszcze wyżej, gdzie jest tylko sława
i Warszawa, moja Warszawa,
Warszawa, jak piosnka natchniona,
Warszawa biało-czerwona,
biała jak śnieżna lawina,
czerwona jak puchar wina,
biało-czerwona,
biało-czerwona,
hej, biało-czerwona.


Wróć do „Dziurawy Kocioł - Knajpa 24h”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron