Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Dziurawy Kocioł - czynny 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Miejsce spotkań czarodziejów, nie tylko spod znaku Harry'ego Pottera.

Moderatorzy: Minerwa, Adam Widur, Calluna

Awatar użytkownika
Calluna
Wyga
Posty: 2344
Rejestracja: 24.08.07, 21:19
Lokalizacja: Wrzosowiska zagubione i inne manowce... :)
Kontaktowanie:

Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Calluna » 25.08.07, 00:06

Dzielcie się tym co lubicie czytać, co przeczytaliście...
Czekamy!
:mrgreen:
Ludzie postanowili, że Boga nie ma. On jednak nie ma obowiązku stosowania się do ich uchwał.


A rozmawiać? Jak jest z kim, to wystarczy i milczenie.

Bogdan


Można w formie protestu stanąć na rękach na środku Marszałkowskiej. Tylko jak długo można stać na rękach?

Piotr Szulkin

Awatar użytkownika
Bzik
Zaawansowany
Posty: 683
Rejestracja: 24.08.07, 23:54

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Bzik » 28.08.07, 21:14

Fiodor Dostojewski
Zbrodnia i kara

- Wiem i bez pana, żem niezdrów, choć doprawdy nie rozumiem, na co miałbym być chory; uważam, żem pięć razy zdrowszy od pana. Bynajmniej nie pytałem: czy pan wierzy, czy nie wierzy, że duchy się ukazują? Spytałem: czy pan wierzy, że duchy istnieją?
- Nie, nigdy w to nie uwierzę! - krzyknął Raskolnikow aż z jakąś złością.
- Bo tak się zwykle mówi? - mruczał Swidrygajłow jak gdyby do siebie, patrząc w bok i trochę przekrzywiwszy głowę. - Mówią: "Tyś chory, a zatem wszystko, co ci się ukazuje, jest tylko nie istniejącym majakiem!" Ja w tym nie widzę ścisłej logiki. Zgadzam się, że duchy tylko chorym się ukazują; lecz wszakże to stanowi dowód tego, że duchy mogą się ukazywać wyłącznie chorym, wcale zaś nie tego, że one w ogóle nie istnieją...
- Oczywiście, że nie istnieją! - nastawał rozjątrzony Raskolnikow.
- Nie? Pan tak sądzi? - ciągnął Swidrygajłow spojrzawszy nań bez pośpiechu. - No dobrze, a jeśli będziemy rozumowali tak (proszę mi pomagać): Duchy są to, że tak powiemy, strzępki i ułamki innych światów, ich zaczątek. Naturalnie, człowiek zdrowy po cóż by je miał widywać, bo człowiek zdrowy jest człowiekiem jak najbardziej ziemskim, toteż powinien żyć wyłącznie życiem tutejszym, gwoli pełni i porządku. Natomiast jak tylko zachoruje, jak tylko zostanie naruszony normalny ziemski ład w organizmie, wnet się zaznaczy możliwość innego świata, a im bardziej człowiek chory, tym więcej ma kontaktów z innym światem, tak że gdy umrze zupełnie, to wprost przechodzi do tamtego innego świata." Ja o tym od dawna medytowałem. Jeśli pan wierzy w przyszłe życie, to i temu rozumowaniu można dać wiarę.

(Część IV, rozdział 1)
Ostatnio zmieniony 30.08.07, 13:18 przez Bzik, łącznie zmieniany 1 raz.
Zdrowy rozsądek może zastąpić prawie każdy stopień wykształcenia, lecz żadne wykształcenie zdrowego rozsądku. (Arthur Schopenhauer)

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Minerwa » 30.08.07, 11:34

Mrufka, chyba nie do końca zrozumiałaś ideę tego tematu. Nie podajemy tutaj tytułów wszystkiego, co lubimy czytać, tylko cytujemy starannie dobrane fragmenty, którymi chcielibyśmy się podzielić z otoczeniem. Że się tak po bibliotekarsku wyrażę - to nie katalog zagadnieniowy, tylko księga cytatów.

mrufka
Zielony
Posty: 7
Rejestracja: 24.08.07, 21:37

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: mrufka » 30.08.07, 16:54

To musiałabym całe książki cytować :cheess: .

Paulo Coelho
Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam...

"Miłość jest jak narkotyk. Na początku odczuwasz euforię, poddajesz się całkowicie nowemu uczuciu. A następnego dnia chcesz więcej. I choć jeszcze nie wpadłeś w nałóg, to jednak poczułeś już jej smak i wierzysz, że będziesz mógł nad nią panować. Myślisz o ukochanej osobie przez dwie minuty, a zapominasz o niej na trzy godziny. Ale z wolna przyzwyczajasz się do niej i stajesz się całkowicie zależny. Wtedy myślisz o niej trzy godziny, a zapominasz na dwie minuty. Gdy nie ma jej w pobliżu - czujesz to samo co narkomani, kiedy nie mogą zdobyć narkotyku. Oni kradną i poniżają się, by za wszelką cenę dostać to, czego tak bardzo im brak. A Ty jesteś gotów na wszystko, by zdobyć miłość."
Posty zawierające jedynie emotikonę zostały usunięte, tym samym znacznie zmniejszyła się liczba ogólna notek użytkownika.

Bogdan
Wyga
Posty: 1267
Rejestracja: 24.08.07, 17:26

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Bogdan » 30.08.07, 20:13

Właściwie to mogłoby się to znaleźć na liście przebojów, ale bardziej mi pasuje tutaj.

Kołatka
Zbigniew Herbert

Są tacy którzy w głowie
hodują ogrody
a włosy ich są ścieżkami
do miast słonecznych i białych

łatwo im pisać
zamykają oczy
a już z czoła spływają
ławice obrazów

moja wyobraźnia
to kawałek deski
a za cały instrument
mam drewniany patyk

uderzam w deskę
a ona mi odpowiada
tak - tak
nie - nie

innym zielony dzwon drzewa
niebieski dzwon wody
a ja mam kołatkę
od niestrzeżonych ogrodów

uderzam w deskę
a ona podpowiada
suchy poemat moralisty
tak - tak
nie - nie

Awatar użytkownika
eXchange
Zaawansowany
Posty: 640
Rejestracja: 24.08.07, 20:57
Lokalizacja: Cudne manowce
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: eXchange » 02.09.07, 16:52

Thomas Merton
Obcy


Gdy nikt nie słucha
Cichych drzew
Gdy nikt nie zauważa
Słońca na kałuży.
Gdy nikt nie czuje
Pierwszej kropli deszczu
Nie widzi gwiazdy ostatniej
Nie wita wczesnego poranka
Nad ogromnym światem
W czasie pokoju poczętym
A kończącym się szałem:
Samotny ptak siada w ciszy
Śledzi pracę Boga:
Obrót liścia jednego,
Dwa opadające kwiaty,
Dziesięć kręgów na stawie

Prawo Murphiego: Nikt nie ma dość czasu, aby rzecz wykonać dobrze, ale zawsze później jest czas, aby ją zrobić od początku.

-----------------------

"My own suspicion is that, the universe is not only queerer than we suppose, but queerer than we can suppose"
John B. S. Haldane
-----------------------

Awatar użytkownika
aniona
Wyga
Posty: 1234
Rejestracja: 24.08.07, 17:46
Lokalizacja: Północ

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: aniona » 02.09.07, 17:37

Ze wszystkich powieści Chwina akurat ta, najmniej chwinowa, właściwie całkiem nie w jego stylu. Ale tę właśnie przeczytałam w zeszłym miesiącu. I od razu zaznaczę – nikogo nie chcę urazić ani sprowokować tym cytatem. Chcę tylko powiedzieć, że nic nie jest takie, na jakie wygląda.

I Joachim wziął nóż do ręki. Na widok ostrza chłopiec krzyknął z przerażenia. Joachim związał mu ręce na plecach. Jeszcze się wahał. To, co chciał zrobić, było straszne. Pochylił się nad głową chłopca. Drżała mu ręka. Ostrze migotało w świetle ogniska. Ale głos Szatana był nieubłagany: – No, nie wahaj się. Zrób to szybko. Zaoszczędzisz chłopcu cierpień.
Serce waliło Joachimowi w piersiach. Przyłożył nóż. Odcięte ucho zawinął w nasiąknięty krwią bandaż.
Gdy o zachodzie słońca jakiś człowiek z gór przyniósł krwawe zawiniątko do pałacu, Piłat i jego żona szaleli z rozpaczy. Piłat chciał wziąć sto zakładników spośród mieszkańców Jerozolimy i zabić ich pod murami miasta, by przerazić zbrodniarzy i zmusić do oddania dziecka. Ale żona go powstrzymała: – Nie rób tego. Działaj ostrożnie. Nie mamy wyjścia. Musimy ratować syna. To ważniejsze, niż cokolwiek. Miałam dzisiaj okropne sny. Wydaj im Galilejczyka
Do wymiany więźniów doszło o dwunastej w południe na kamiennym moście w górach. Chłopiec z obandażowaną głową wrócił szczęśliwie do rodziców. Pan szczęśliwie wrócił do swoich uczniów. Idąc przez most w palącym słońcu, słaniał się na nogach. Miał gorączkę. Był półprzytomny z bólu i upływu krwi. Nie zdawał sobie sprawy z tego, co się z nim dzieje. Krew sączyła się z ran na plecach i głowie. W oczach wirowało. Z trudem doszedł do jaskini.

Stefan Chwin, Żona prezydenta
Literatura pochyla się nad realną słabością człowieka, a równocześnie przed jego niezwykłą godnością.
(S. Sawicki, Problematyka aksjologiczna w nauce o literaturze)


Wieczorna playlista:
http://aniona.4shared.com/

Awatar użytkownika
Miria
Początkujący
Posty: 132
Rejestracja: 28.08.07, 20:51

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Miria » 02.09.07, 21:14

Vladimir Nabokov, "Lolita"

Nie było żadnego błędu ani udawania w duchu jej gry: chyba że jej wesołą obojętność na wynik uznalibyśmy za fimfę nimfetki. Tak okrutna i przewrotna w życiu codziennym, wykazywała w plasowaniu piłek taką niewinność, taką szczerość i łagodność, że nawet i drugorzędna lecz zawzięta rywalka, choćby najbardziej niezdarna i nieudolna, mogła sobie po trochu wyskrobać drogę do zwycięstwa. Pomimo niedużego wzrostu panowała z przedziwną łatwością nad dziewięćdziesięcioma ośmioma metrami kwadratowymi swojej połowy kortu, skoro już weszła w rytm wymiany piłek i dopóki była w stanie kierować tym rytmem; lecz byle gwałtowny atak, nagła zmiana taktyki po stronie przeciwnika: i już była całkiem bezradna. Brakowało jej, przypuśćmy, jednego punktu do zwycięstwa i oto drugi serw, bardziej nawet stylowy - typowe! - i mocniejszy od poprzedniego (nie miewała bowiem tych zahamowań, właściwych ostrożnemu zwycięzcy) uderzał dźwięcznie o harfianą strunę siatki: i szedł na aut. Oszlifowany klejnot jej ścięć był podchwytywany i odsyłany w róg przez kogoś ruszającego się jakby na czworakach i z krzywym pagajem w ręku. Jej dramatyczne drajwy i widowiskowe woleje padały mu z rozbrajającą szczerością do stóp. Raz po raz całkiem łatwą piłkę pakowała w siatkę: i wesoło odgrywała swoją konsternację, obwisając w baletowej pozie od pasa w przód z lokami spadającymi na czoło. Tak jałowe były jej wdzięk i blask, że nie umiała wygrać nawet z zasapanym Humbertem i jego staroświeckim podcięciem.
Jestem chyba szczególnie wrażliwy na magię gier. W moich posiedzeniach szachowych z Gastonem szachownica widziała mi się jako kwadrat przejrzystej wody morskiej, kędy osobliwe muszle i fortele sterczały równo z gładkiego, też wykafelkowanego w kwadraty dna, gdzie mój przeciwnik widział tylko zmącony muł i obłok jakiejś mątwy. Podobnie i początkowe treningi, które narzuciłem Lolicie - zanim objawienie przyniosły jej lekcje u wielkiego syna Kalifornii - utkwiły mi w pamięci jako coś przygnębiającego i żałosnego - nie tylko przez to, że ją tak beznadziejnie i irytująco irytowała każda moja uwaga - lecz i dlatego, że wytworna symetria kortu, zamiast odzwierciedlać drzemiącą i w niej harmonię, była doszczętnie rozbabrana przez niezdarność naburmuszonego dziecka, zamęczanego przez niedołęstwo mojego nauczania. teraz było inaczej; i w ten szczególny dzień w Champion, Colorado, w jego czystym powietrzu, na tym znakomitym korcie u stóp wysokich kamiennych schodów pnących się ku hotelowi Champion gdzie spędziliśmy noc, poczułem, ze mogę odetchnąć od koszmaru niewiadomych zdrad kryjących się w niewinności jej stylu, jej duszy, jej właściwego wdzięku.
Dzień był bezwietrzny. Lo uderzała mocno i płasko, jak to ona, bez wysiłku wysyłając mi długie i niskie piłki, a wszystko tak rytmicznie skoordynowane i jawne, że moja praca nóg ograniczała się w praktyce do zamaszystej przechadzki: prawdziwi gracze rozumieją, co mam na myśli. Mój dość mocno ścięty serw, którego się nauczyłem od ojca, którego nauczyli Decugis czy Borman, jego starzy przyjaciele i wielcy mistrzowie, sprawiłby Lolicie wiele kłopotu, gdybym chciał go jej sprawić. Ale któżby chciał irytować taką świetlistą i jasno patrzącą śliczność? Czy już mówiłem, że na jej nagim ramieniu widniało 8 po ospie? Że kochałem ją beznadziejnie? Że miała dopiero czternaście lat?
Wścibski motyl przefrunął, nurkując, między nami.
"Odchodzę do moich spraw Dziś w nocy urodzi się
gwiazda Hamlet Nigdy się nie spotkamy
to co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem tragedii

Ani mam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach
a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę"

Awatar użytkownika
Dzięcioł Czarny
Wyga
Posty: 1193
Rejestracja: 01.09.07, 16:07
Lokalizacja: Kaszmir Nocą

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Dzięcioł Czarny » 04.09.07, 08:43

"Morgoth przyparty do muru, w podziemnej kryjówce, nie zdobył się na waleczność. Uciekł w najgłębsze zakamarki swoich lochów, błagał o pokój i przebaczenie. Odrąbano mu stopy więc runął na twarz, wtedy spętano go tym samym, co przed wiekami, łańcuchem Angainorem, żelazną koronę przekuto na obrożę, którą opasano mu szyję, głowę mu przygięto aż do kolan. (...)
Morgotha wyrzucili Valarowie przez Bramę Nocy poza mury Świata, w bezczasową otchłań. Straże czuwają na murach na murach świata i Earendil pilnuje ich z obronnych wałów niebios. Lecz kłamstwa Melkora, potężnego i przeklętego Morgotha Bauglira, mocarza grozy i nienawiści, posiane w sercach elfów i ludzi, są nasieniem, które nie umiera i nie da się do szczętu wyplenić, toteż niekiedy kiełkuje i wchodzi na nowo, rodząc owoce zła nawet w naszych czasach".

J.R.R Tolkien "Quenta Silmarillion"
"Tygrysie, błysku w gąszczach mroku:
Jakiemuż nieziemskiemu oku
Przyśniło się, że noc rozświetli
Skupiona groza twej symetrii? "

William Blake

"Never compromise, Not even in the face of Armageddon"
Rorschach

"Nie mam żadnych szans, ale muszę je wykorzystać"
Herbert Achternbusch

Awatar użytkownika
Inachis Io
Zaawansowany
Posty: 305
Rejestracja: 27.08.07, 11:27
Lokalizacja: Granice Rzeczywistości
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Inachis Io » 04.09.07, 19:10

Świerszcz i Mrówka
(inasiej: o okrutnej Mrówce.... :cheess: )

W upalni, letni dzień, Świerszcz podśpiewywał sobie radośnie, siedząc na gałęzi drzewa, podczas gdy w dole, na ziemi, gromada mrówek pracowicie zbierała nasiona.
- Dlaczego tak się męczycie? - spytał Świerszcz. - Przyjdźcie tu lepiej do cienia, to sobie razem pośpiewamy.
Ale niestrudzone mrówki nie przerwały pracy.
- Nie możemy - powiedziały. - Musimy gromadzić zapasy na zimę.
- Przecież jest dopiero lato - odparł Świerszcz. - Do zimy daleko. Jeszcze zdążycie zrobić zapasy. Ja tam wolę śpiewać. Jak można pracować w taki upał?
I tak właśnie było przez całe lato: Świerszcz grał i śpiewał, a mrówki pracowały. Nadeszła jesień, zaczęły opadać liście i Świerszcz opuścił ogołocone drzewo. Któregoś ranka obudził się, drżąc z zimna.
Okazało się, że przyszła zima. Świerszcz błąkał się to tu, to tam, żywiąc się suchymi źdźbłami, wystającymi gdzieniegdzie spod zmarzniętej ziemi. Potem spadł śnieg i nie było już nic do jedzenia. Pewnego wieczoru Świerszcz ujrzał w oddali małe światełko. Ruszył w tamtą stronę, brnąc po pas w śniegu.
- Otwórzcie drzwi! Proszę otworzyć drzwi! Umieram z głodu! Dajcie mi coś jeść!
Z oświetlonego okna wychyliła się Mrówka.
- Kto tam? O co chodzi?
- To ja, Świerszcz. Jestem zziębnięty i głodny, bez dachu nad głową.
- Świerszcz? Ach, tak! Przypominam sobie.. A co robiłeś przez całe lato, gdy my przygotowywałyśmy się na nadejście zimy?
- Ja? Grałem i śpiewałem, napełniając ziemię i niebiosa swą pieśnią!
- Grałeś i śpiewałeś? - spytała Mrówka. - No, to teraz spróbuj zatańczyć!

(Wielka Skarbnica Bajek, Książka 1)
Gryllus bellicosus domesticus

"Myślę, że ludzie są obłąkani. Ale Ina nie jest obłąkana i ja też nie jestem.
My jesteśmy krik." (~ Elnath)

Kącik Świerszcza
(notka poranna)
Tfurczość Świerszcza
(plecionki, bransoletki, makramy)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 11.09.07, 09:46

MCMCLXV POSIEDZENIE SEJMU
w: A. Słonimski, J. Tuwim, W oparach absurdu

Na wczorajszym posiedzeniu Sejmu gorącą dyskusję wywołał wniesiony przez nowy gabinet pp. Korfantego i Strońskiego projekt ustawy o powściągliwości słowa w mowach poselskich. Projekt ogranicza ilość wyzwisk do maksimum pięciu w ciągu kwadransa, przy czym najwyżej dwa mogą dotyczyć rządu. Już godzinę przed posiedzeniem galerię wypełniła podniecona publiczność, manifestująca swoje niezadowolenie z projektu. Kilka kobiet dostało ataku spazmów, jedna poroniła. Straż sejmowa z trudnością utrzymywała porządek, przy czym w pouczeniach udzielanych publiczności już stosowała się do treści rządowego projektu.
Przedstawiciel klubu Chrześcijańsko-Katolicko-Narodowo-Ludowo-Wszechposlkiego poseł Głąb wywodził, że projekt rządowy jest zamachem na przyzwyczajenia i gusty społeczeństwa. Ingerencja państwa - mówił - posuwa się za daleko. Precz z etatyzmem! Niech każdy mówi, co mu każe rozum, serce, wątroba, żółć i inne kiszki! Wolność, panowie! Caveant consules!
Głos: Ucałujcie się (wesołość).
Zgłoszono następnie szereg wniosków kompromisowych: o uznaniu prawa do 2, 3, 6 i 8 wyzwisk.
Wicepremier Stroński wygłosił dwugodzinne przemówienie, analizując szczegółowo 1257, 1489 i 2512 paragraf konstytucji z dnia 1 kwietnia 1928 roku. Przypomniał przebieg wszystkich narad komisyjnych, by wyjaśnić na podstawie kilkudziesięciu protokołół, jakimi względami kierował się prawodawca przy układaniu nowej konstytucji i jaki jest duch. W końcu p. wicepremier Stroński zwrócił uwagę, że projekt rządowy wcale nie jest tak znów radykalny, bowiem pięć wyzwisk w ciągu kwadransa (przy czym dwa pod adresem rządu) to znaczy dwadzieścia wyzwisk w ciągu godziny (osiem pod adresem rządu). Każdy poseł może więc przemawiać dłużej, jeśli pragnie sprawę poruszaną oświetlić wszechstronnie i wypowiedzieć się z temperamentem.
Dalszy ciąg dyskusji na posiedzeniu dzisiejszym.
Ostatnio zmieniony 19.02.10, 16:25 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 2 razy.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Minerwa » 25.09.07, 09:55

Kranciszek Klimek

DO NIEJ

Przyznaję, nie jesteś pierwsza,
choć pewnie tak byś wolała.
Już wcześniej w podobnych wierszach
inna swe imię widziała.
Inna tuliła się do mnie,
(tak się to zwykle zaczyna)
i przyznam nie całkiem skromnie,
że też nie była jedyna.
I chociaż w serduszku masz łezki,
bo w świecie żyjemy dość wrednym,
jesteście jak słone orzeszki:
Nie można poprzestać na jednym.
Więc kiedyś, choć słaby i siwy,
znów jakąś podobną uwiodę,
bo jestem po prostu wrażliwy
na taką, jak twoja urodę.
Całując dziś łepek twój śliczny
mam jednak wahania co chwilę,
bo brat twój jest identyczny
i czasem niestety się mylę.
Tak samo przytulny i miły,
tak samo cieplutki ma brzuszek,
tak samo jak ty urokliwy
czarny, puszysty kłębuszek.

Awatar użytkownika
Calluna
Wyga
Posty: 2344
Rejestracja: 24.08.07, 21:19
Lokalizacja: Wrzosowiska zagubione i inne manowce... :)
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Calluna » 25.09.07, 23:39

REWELACYJNE.
Minerwo - dziękujemy!
Call i Ex.
Ludzie postanowili, że Boga nie ma. On jednak nie ma obowiązku stosowania się do ich uchwał.


A rozmawiać? Jak jest z kim, to wystarczy i milczenie.

Bogdan


Można w formie protestu stanąć na rękach na środku Marszałkowskiej. Tylko jak długo można stać na rękach?

Piotr Szulkin

Awatar użytkownika
Miria
Początkujący
Posty: 132
Rejestracja: 28.08.07, 20:51

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Miria » 30.09.07, 20:27

Konstanty Ildefons Gałczyński, "Już kocham cię tyle lat"

Już kocham cię tyle lat,
na przemian w mroku i w śpiewie,
może to już jest osiem lat,
a może dziewięć - nie wiem.

Splątało się, zmierzchło - gdzie ty, a gdzie ja,
już nie wiem - i myślę w pół drogi,
że tyś jest rewolta i klęska, i mgła,
a ja to twe rzęsy i loki
"Odchodzę do moich spraw Dziś w nocy urodzi się
gwiazda Hamlet Nigdy się nie spotkamy
to co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem tragedii

Ani mam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach
a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę"

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 01.10.07, 10:40

Eric F. Russel
ELEMELEK

(Allamagoosa)
tłum. Darosław J.

Dawno już HMSS „Szperacz” nie był taki spokojny i cichy.
Spoczywał w kosmoporcie Syriusza z wystygłymi dyszami, z pancerzem podrapanym mikrometeorytami, jak maratończyk wyczerpany długim, bardzo długim biegiem. Miał prawo tak wyglądać – wrócił właśnie z dalekiej podróży, bynajmniej nie wolnej od kłopotów.
Teraz w porcie czekał go dobrze zasłużony wypoczynek – niechby i tylko chwilowy. Spokój, błogi spokój. Żadnych zmartwień, przesileń, poważnych niedopatrzeń, żadnych straszliwych kłopotów, które w czasie swobodnego przelotu pojawiały się co najmniej dwa razy dziennie. Po prostu spokój.
Ha!
Kapitan McNaught, wyluzowany, z nogami na biurku, pogrążył się w kontemplacji ciszy. Silniki milczały. Po raz pierwszy od miesięcy nie było słychać ich piekielnego dudnienia. Na zewnątrz, w wielkim mieście, czterystu członków załogi szalało w promieniach jaskrawego słońca. Wieczorem, gdy pierwszy oficer Gregory wróci, by objąć służbę, kapitan wyjdzie w nasycony upajającymi zapachami zmierzch i zrobi kilka rund po najciekawszych miejscach, skąpanych w neonowym świetle.
Na tym polegał urok dłuższych postojów. Można dać sobie luz, wziąć głęboki oddech, zachłysnąć się swobodą – każdy po swojemu. W kosmoporcie nie istnieją pojęcia obowiązku, niebezpieczeństwa, odpowiedzialności. Dotarli do bezpiecznej, spokojnej przystani.
Nareszcie, ha!
Do kabiny wszedł radiooficer Burman. Był jednym z pół tuzina pozostawionych na służbie, a wyraz jego twarzy wskazywał, że zna co najmniej kilkadziesiąt lepszych sposobów na spędzenie czasu.
- Właśnie odebrałem depeszę, panie kapitanie – podał mu kawałek papieru i czekał, aż dowódca rzuci nań okiem i ewentualnie podyktuje odpowiedź.
McNaught zdjął nogi z biurka, usiadł wyprostowany i przeczytał:
- Kwatera Główna Ziemia do HMSS „Szperacz”. Pozostać na MP Syrport w oczekiwaniu na dalsze rozkazy. Kontradmirał Vane W. Cassidy przybędzie 17-go. Dow.Oper.Floty, Sekcja Syriusz - Feldman.
Szczęście nagle uleciało z twarzy McNaughta. Wzniósł oczy ku sufitowi i jęknął.
- Coś nie w porządku? - spytał poważnie zaniepokojony Burman.
Kapitan wskazał trzy cienkie książeczki leżące na biurku.
- Środkowa, strona dwudziesta.
Burman przekartkował.
Vane W. Cassidy, kontradmirał, naczelny inspektor wyposażenia. Głośno przełknął ślinę.
- Czy to znaczy...?
- Tak, to właśnie znaczy – w głosie McNaughta nie było śladu zadowolenia. - Wracamy do podchorążówki, regulaminów i innych idiotyzmów. Psuć, mydlić, polerować! Ma się błyszczeć jak...! - Przybrał oficjalny wyraz twarzy i dostosował do niego ton głosu. - Kapitanie, ma pan na stanie tylko siedemset dziewięćdziesiąt dziewięć żelaznych racji. Pański przydział wynosi osiemset. W dzienniku pokładowym nie ma wyjaśnienia dotyczącego brakującej racji. Gdzie ona jest? Co się z nią stało? Jak pan wyjaśni fakt, że na wyposażeniu jednego z pańskich ludzi brakuje pobranej z magazynu pary szelek? Czy złożył pan odpowiedni meldunek o ich stracie?
Burman był przerażony.
- Dlaczego wybrał właśnie na nas? Nigdy przedtem się nami nie interesował.
- Właśnie dlatego – wyjaśnił McNaught. - Nasza kolej na przepuszczenie przez magiel...
Jego wzrok zatrzymał się na kalendarzu.
- Mamy trzy dni. I będziemy ich potrzebować! Proszę powiedzieć Pike'owi, żeby natychmiast się u mnie zameldował.
Burman wyszedł z ponurą miną. Wkrótce zjawił się drugi oficer. Wyraz twarzy potwierdzał starą prawdę, że złe wieści rozchodzą się błyskawicznie.
- Wypisz zamówienie na sto galonów farby plastikowanej, kolor szary regulaminowy, z certyfikatem jakości – polecił McNaught. - Oraz na trzydzieści galonów białej emalii do pokrywania powierzchni wewnętrznych. Idź z tym do magazynów portu i powiedz, żeby dostarczyli to wszystko dziś do osiemnastej wraz z właściwym przydziałem pędzli i rozpylaczy. Poza tym łap wszelkie środki czyszczące wydawane bez zamówień pisemnych.
- Ludziom się to nie spodoba – powiedział niepewnie Pike.
- Będą zachwyceni – zapewnił McNaught. - Czyściutki, wypicowany, błyszczący statek wpływa dodatnio na morale załogi. Tak jest napisane w podręcznikach. Teraz do roboty, składaj te zamówienia. Po powrocie znajdź spisy wyposażenia i zapasów i przynieś je tutaj. Musimy wszystko sprawdzić, zanim się pojawi Cassidy. Jak już tu będzie, nie będzie szansy uzupełnienia braków ani wyniesienia nadwyżek.
- Tak jest, panie kapitanie!
Pike wyszedł z takim samym wyrazem twarzy jak przedtem Burman.

McNaught mruczał do siebie pod nosem, rozwalony w fotelu. Miał dziwne przeczucie – jakieś łamanie w kościach – że w ostatniej chwili coś na pewno wyskoczy. Brak jakiegoś przedmiotu oznaczałby poważne kłopoty – chyba że tłumaczyłby go wcześniejszy meldunek – ale nadwyżka byłoby prawdziwą klęską. Pierwsze oznacza niedbalstwo lub nieszczęśliwy przypadek. Drugie sugeruje bezczelną kradzież własności państwowej połączoną z próbą zatuszowania jej przez dowódcę.
Na przykład ostatni przypadek – Williams z ciężkiego krążownika „Chyży” został przyłapany na posiadaniu na pokładzie statku jedenastu zwojów drutu przeznaczonego na ogrodzenia pod napięciem, gdy oficjalny przydział wynosił dziesięć. Dopiero sąd wojskowy ustalił, że dodatkowy zwój – mający ogromną wartość wymienną na odpowiedniej planecie – nie został ukradziony z magazynów floty i, jak to nazywali marynarze, teleportowany na pokład. Williams dostał jednak naganę, a to nie pomaga w awansie.
Gdy Pike wrócił z księgą formatu A4, McNaught ciągle wydawał pomruki niezadowolenia.
- Zaczynamy od razu, panie kapitanie?
McNaught wstał ciężko, żegnając się w myślach z urokiem oświetlonych neonami ulic.
- Musimy. Sprawdzenie wszystkiego zajmie trochę czasu. Przegląd indywidualnego wyposażenia załogi zostawię na koniec.
Wyszedł z kabiny i skierował się w stronę dziobu. Pike podążył na nim z wyraźną niechęcią.
Peaslake zauważył ich, gdy przechodzili przez główną śluzę. Pobiegł za nimi z zapałem, potem zwolnił i dołączył z tyłu. Był prawdziwym członkiem załogi, a poza tym dużym psem, którego przodkowie w doborze partnerów kierowali się raczej entuzjazmem niż kryterium rasy. Nosił z dumą ogromną obrożę z napisem Peaslake – Własność HMSS Szperacz. W zakres jego sumiennie wypełnianych obowiązków wchodziło przede wszystkim odstraszanie od statku gryzoni oraz – od czasu do czasu – wywąchiwanie niebezpieczeństw niewidocznych dla ludzkich oczu.
Dalej pomaszerowali we trzech – McNaught i Pike z minami ludzi zmuszanych do poświęcania przyjemności na rzecz obowiązku, Peaslake z żywą gotowością kogoś, kto zawsze jest chętny do nowej zabawy, na czymkolwiek by miała polegać. Doszli do kabiny dziobowej. McNaught wziął od Pike'a spisy i usadowił się w fotelu pilota.
- Ty się lepiej znasz na tym, co tu jest. Mój teren to nawigacyjna. Więc ja będę wyczytywał, a ty sprawdzał, czy wszystko na miejscu.
Otworzył księgę i zaczął od pierwszej strony.
- K 1, cyrkiel drążkowy typ D, sztuk jedna.
- Jest – powiedział Pike.
- K 2, czujnik dystansowo-kierunkowy elektroniczny typ JJ, sztuk jedna.
- Jest.
- K3, grawimetry lewej i prawej burty model Casini, sztuk dwie.
- Jest.
Peaslake położył łeb na udzie McNaughta, zamrugał z uczuciem, potem zaskomlał. Zaczynał rozumieć ludzi. To nudne wyczytywanie i sprawdzanie mogło być wszystkim, tylko nie zabawą. McNaught opuścił rękę i pocieszająco podrapał psa za uchem, lecz po chwili wrócił do listy.

Zanim wrócił pierwszy oficer, dotarli do maleńkiego pomieszczenia centrali interkomu i gmerali w nim w półmroku. Peaslake już dawno sobie poszedł, zdegustowany do głębi.
- M24, zapasowe minigłośniki trzycalowe, typ T 2, komplet sześć sztuk jeden.
- Jest.
Gregory wsadził głowę do kabinki i obrzucił ich czujnym spojrzeniem.
- Co jest? - spytał.
- Ważna inspekcja. - McNaught spojrzał na zegarek. - Idź sprawdź, czy z magazynów dostarczyli ładunek, a jeśli nie, to dlaczego. Potem bądź łaskaw przyjść tutaj i zmienić Pike'a. Należy mu się parę godzin wolnego.
- Czy to znaczy, że inne pozwolenia na wyjście do miasta są wstrzymane?
- A coś ty myślał? Do czasu, aż Ważny Inspektor przybędzie i wybędzie.
Spojrzał na Pike'a.
- Jak dotrzesz do miasta, rozejrzyj się i przyślij tutaj każdego członka załogi, jakiego złapiesz. Żadnych dyskusji, żadnego tłumaczenia, żadnych wyjątków i spóźnień. To jest rozkaz.
Pike usiłował zrobić nieszczęśliwą minę. Gregory spojrzał na niego groźnie i wyszedł. Po chwili wrócił.
- Magazyny – powiedział – dostarczą tu wszystko w ciągu dwudziestu minut.
Patrzył z niechęcią, jak Pike wychodzi.
- M 47, kabel interkomu, drut pleciony izolowany, szpul trzy.
- Jest – odpowiedział Gregory, przeklinając się w myślach za to, że wrócił w niewłaściwym czasie.

Nazajutrz około południa McNaught uznał, że przeczucie go nie myliło.
Sczytywał właśnie dziewiątą stronę, a Jean Blanchard potwierdzał istnienie każdego wyszczególnionego przedmiotu. Przebywszy dwie trzecie drogi w dół listy nadziali się na skałę i zaczęli szybko tonąć.
- V 1097. Naczynie na napoje, emaliowane, sztuk jedna – powiedział McNaught znudzonym głosem.
- On jezd – odpowiedział Blanchard pukając w naczynie.
- V 1098. Pipok, sztuk jedna.
- Quoi? - spytał Blanchard ze zdziwioną miną.
- V 1098, pipok, sztuk jedna – powtórzył McNaught. - Co się na mnie gapisz? To jest kuchnia okrętowa. Ty jesteś kukiem. Wydaje mi się, że powinieneś wiedzieć, co się znajduje w twojej kuchni. Gdzie ten pipok?
- Nigdy nie słyszałem takiego – stwierdził stanowczo Blanchard.
- Musiałeś słyszeć. Tu jest, na tej karcie, równym czystym drukiem. Stoi jak wół: pipok, sztuk jedna. Był tu cztery lata temu, jak byliśmy ekwipowani. Sprawdziliśmy osobiście i podpisaliśmy.
- Nie podpisywałem żaden pipok – zaprzeczył Blanchard. - W mojej cuisine nie jest taka rzecz.
- Patrz tutaj! - warknął McNaught, podsuwając mu kartę. Blanchard spojrzał i prychnął lekceważąco.
- Mam elekthyczny piec, sztuk jedna, mam kotły ciśnieniowe z pokhywami, sztuk dwie. Mam hondle z uchwytami tehmoodpohnymi, sztuk sześć. Pipoka nie mam. Nie słyszałem takiego – rozłożył ręce i wzruszył ramionami. - Nie znam go.
- To musi tu być – nalegał McNaught. - A jeśli nie ma, to Cassidy zedrze z nas skórę i pokroi na kawałki.
- Znajdź jego – zasugerował Blanchard.
- Masz dyplom Międzynarodowej Hotelarskiej Szkoły Gotowania. Masz dyplom Cordon Bleu College de Cuisine. Masz dyplom trzeciego stopnia z wyróżnieniem Centrum Wyżywienia Floty Kosmicznej – wyliczył McNaught. - Masz te wszystkie dyplomy i nie wiesz, co to jest pipok.
- Nom d'un chien! - wrzasnął Blanchard wymachując rękami. - Mówię tobie sto tysięcy hazy nie ma tu pipoka. Tutaj nigdy nie był pipok. Escoffier osobiście nie znalazł pipoka gdzie jego nie ma. Może ja jezdem magik?
- To jest część wyposażenia kulinarnego – upierał się McNaught. - To musi tu być, ponieważ jest wyszczególnione na stronie dziewiątej. A strona dziewiąta oznacza, że właściwe miejsce tej rzeczy jest w kuchni, pod opieką kuka.
- Góffno, a nie jezd! - sprzeciwił się Blanchard. Wskazał na metalowe pudełko na ścianie. - Wspomagacz intehkomu. To jezd moje?
McNaught przemyślał gruntownie sprawę.
- Nie – przyznał. - To jest Burmana. Jego rzeczy poniewierają się po całym statku.
- Więc spytaj jego o ten pieprzony pipok! - zasugerował z triumfem Blanchard.
- Spytam. Jeśli to nie jest twoje, musi być jego. Ale najpierw skończmy ten spis. Jeśli nie będę systematyczny i dokładny, to Cassidy zerwie mi naszywki.
Przebiegł wzrokiem listę.
- V 1099. Obroża z napisem tłoczonym, skóra z nitami mosiężnymi, do użytku psa, sztuk jedna. Nie ma co sprawdzać. Sam ją widziałem dziesięć minut temu.
Postawił znaczek.
- V 1100 – kontynuował. - Kosz wiklinowy pleciony – legowisko dla psa, sztuk jedna.
- On jezd – powiedział Blanchard, kopniakiem przesuwając kosz w róg pomieszczenia.
- V 1101. Poduszka, guma piankowa, wykładzina legowiska psa, sztuk jedna.
- Sztuk pół – skorygował Blanchard. - Przez cztehy lata zjadł dhugie pół.
- Może Cassidy poleci wystąpić o nową. Poduszka nieważna, jesteśmy w porządku, póki możemy okazać połowę, którą mamy.
McNaught wstał i zamknął księgę.
- Stąd to już wszystko. Pójdę spytać Burmana o ten brakujący przedmiot.

Burman wyłączył odbiornik UHF, zdjął słuchawki i pytająco uniósł brew.
- W kuchni brakuje pipoka – wyjaśnił McNaught. - Gdzie on jest?
- A co mi do tego? Kuchnia to teren Blancharda.
- Nie całkiem. Biegnie przez nią sporo twoich kabli. Masz tam swoje dwie skrzynki zaciskowe, automatyczny przełącznik i wspomagacz interkomu. Gdzie jest pipok?
- Pierwsze słyszę o czymś takim – odparł Burman.
- Nie mów tak! - wrzasnął McNaught. - Przez Blancharda robi mi się niedobrze, jak to słyszę. Cztery lata temu mieliśmy pipoka. Tu jest tak napisane. To jest nasza kopia tego, co sprawdziliśmy i podpisaliśmy. Podpisaliśmy odbiór pipoka, sztuk jedna. A więc teraz musimy tę jedną sztukę mieć. Trzeba ją znaleźć, zanim Cassidy się tu zjawi.
- Przykro mi, panie kapitanie – powiedział ze współczuciem Burman – ale nie jestem w stanie panu pomóc.
- Możesz jeszcze pomyśleć – poradził McNaught. - Tam w tej misce jest czujnik dystansowo-kierunkowy. Jak wy go nazywacie?
- Czudyk – odpowiedział podejrzliwie Burman.
- A jak nazywacie to? - ciągnął McNaught, wskazując generator impulsów świetlnych.
- Mrugałka.
- A widzisz! Dziecinne słowa. Czudyk i mrugałka. Teraz rusz głową i przypomnij sobie, co cztery lata temu nazywaliście pipokiem.
- Według mojej wiedzy nic nigdy nie było nazywane pipokiem.
- Dlaczego w takim razie podpisaliśmy odbiór jednej sztuki? - nie ustępował McNaught.
- Ja niczego nie podpisywałem. Pan wszystko podpisał.
- A ty i inni sprawdzaliście. Cztery lata temu, prawdopodobnie w kuchni, przeczytałem: pipok, sztuk jedna, a któryś z was – ty albo Blanchard – wskazał na to i powiedział „jest”. Uwierzyłem wam na słowo. Muszę wierzyć słowu specjalisty. Ja jestem nawigatorem i znam wszystkie najnowsze wynalazki z dziedziny nawigacji, ale nie znam i nie muszę znać się na wyposażeniu z innych dziedzin. Jestem więc zmuszony polegać na ludziach, którzy wiedzą, co to jest pipok, albo przynajmniej powinni wiedzieć.
Burman nagle doznał olśnienia.
- Podczas załadunku w głównej śluzie, na korytarzach i w kuchni były zwalane najróżniejsze graty. Musieliśmy to wszystko posortować i przenieść na miejsca, pamięta pan? Ten pipok może teraz być gdziekolwiek, niekoniecznie u mnie czy Blancharda.
- Dobrze, zobaczę, co powiedzą inni oficerowie – zgodził się McNaught. - Może któryś z nich się nim zaopiekował. Ale gdziekolwiek jest, trzeba go znaleźć. Albo raport o jego zużyciu.
Wyszedł.
Burman otarł twarz, włożył słuchawki i znów zaczął wędrować po skali swojego aparatu.
McNaught wrócił godzinę później z miną jak na pogrzebie.
- Zostało ustalone – powiedział z hamowaną furią – że na statku nie znajduje się rzecz o nazwie pipok. Nikt o niej nic nie wie. Nikt nie ma pojęcia, co to może być.
- Niech pan postawi na tym krzyżyk i złoży meldunek o stracie – poradził Burman.
- Co? Strata w porcie? Wiesz równie dobrze jak ja, że jest obowiązek meldowania o stratach i zniszczeniach bezpośrednio po ich zajściu. Jeżeli powiem Cassidy'emu, że pipok wyemigrował za chlebem w kosmosie, to ten sukinsyn na pewno będzie się domagał wyjaśnień, jak, kiedy, w jakim kierunku i dlaczego o tym nie zameldowano. A jeśli okaże się, że urządzenie kosztuje pół miliona, to polecą głowy. Nie, nie mogę się ot tak lekką rączką pozbywać pipoka.
- W takim razie co z tym można zrobić? - spytał Burman, nieświadomie wchodząc wprost w pułapkę.
- Jest jedno wyjście. Jedyne możliwe. Skonstruujesz pipoka.
- Ja?! - Burman złapał się za głowę.
- Ty i nikt inny. Jestem niemal pewien, że ten kwiatek to z twojego ogródka.
- Dlaczego?
- Bo to jest typowo infantylna nazwa z gatunku tych, jakie wy nadajecie swoim sprzętom. Stawiam miesięczną pensję, że pipok to jest coś w rodzaju naukowego elemelka. Może coś w rodzaju dźwiękowego kierunkowskazu.
- Naprowadzacz dźwiękowy zastosowania przyplanetarnego nazywa się „Jęczący Jaś” - poinformował go Burman.
- O, właśnie! - powiedział McNaught, jakby to, co przed chwilą usłyszał, ostatecznie potwierdzało jego tezę. - No więc zrobisz pipoka. Ma być gotowy jutro na osiemnastą i czekać na mój przegląd. Lepiej, żeby był przekonywający. A nawet zadowalający. Dokładniej: ma funkcjonować w sposób przekonywający i zadowalający.
Burman stał z rękami bezradnie zwisającymi wzdłuż ciała.
- Jak mam zrobić pipoka, jeśli nie mam pojęcia, co to jest? - spytał.
- Cassidy też nie wie – odparł McNaught, spoglądając chytrze. - On patrzy przede wszystkim na sztukę. Liczy przedmioty, patrzy na nie, potwierdza, że istnieją, i pyta, czy funkcjonują prawidłowo czy są zużyte. Czyli musimy tylko sklecić jakiegoś elemelka o imponującym wyglądzie i powiedzieć mu, że to jest pipok.
- Wielki Mojżeszu! - powiedział Burman żarliwie.
- Lepiej nie polegajmy na wątpliwej pomocy postaci biblijnych – powiedział z naganą w głosie McNaught. - Użyjmy mózgów, które są nam dane od Boga. Łap za lutownicę. Jutro do osiemnastej ma być gotowy pipok w najlepszym gatunku. To jest rozkaz!
Wyszedł, zadowolony, że udało się rozwiązać ważny problem.
Za jego plecami Burman zagapił się ponuro w ścianę.

Kontradmirał Vane W. Cassidy zjawił się dokładnie o zapowiedzianej porze.
Był to niski, brzuchaty osobnik o rumianej cerze i oczach dawno zdechłej ryby. Poruszał się w sposób świadczący, że jest w pełni świadomy ważności swej osoby.
- No, kapitanie, mam nadzieję, że u was wszystko jest w porządku.
- U mnie zawsze jest wszystko w porządku – bez zająknienia zapewnił McNaught tonem człowieka, który w pełni wierzy w to, co mówi. - Dbam o to osobiście.
- To dobrze. Lubię dowódców, którzy poważnie traktują swoje obowiązki. Muszę jednak z przykrością stwierdzić, ze nie wszyscy są tacy.
Przemaszerował przez główną śluzę, zatrzymując rybie oczy na świeżej białej emalii na ścianach.
- Skąd woli pan zacząć, kapitanie, od rufy czy od dziobu?
- Mój spis wyposażenia zaczyna się od urządzeń dziobowych i stopniowo idzie ku rufie.
- Bardzo dobrze.
Kontradmirał skierował pełne powagi kroki ku nosowi statku, po drodze zatrzymując się, by poklepać Peaslake'a i przyjrzeć się jego obroży.
- Bardzo zadbany, jak widzę. Czy zwierzę okazało się przydatne?
- Na Mardii ocalił czterech ludzi, warcząc ostrzegawczo.
- Mam nadzieję, że opisał pan szczegóły w dzienniku okrętowym?
- Tak jest, panie admirale. Dziennik okrętowy jest w kabinie nawigacyjnej, gotowy do przeglądu.
- Przejrzę go w odpowiednim czasie.
Doszli do kabiny dziobowej. Cassidy usiadł i wziął od McNaughta księgę.
- K 1. Cyrkiel drążkowy typ D, sztuk jedna – przeczytał z namaszczeniem.
- Tutaj, panie admirale.
- Ciągle działa prawidłowo?
- Tak jest, panie admirale.
Sprawdzili pomieszczenie centrali interkomu, potem centrum obliczeniowe i inne miejsca po drodze do kuchni. Gdy wreszcie tam dotarli, Blanchard trwający na posterunku w świeżo wypranym białym fartuchu obrzucił inspektora podejrzliwym spojrzeniem.
- V 147. Piec elektryczny, sztuk jedna.
- On jezd – powiedział Blanchard, wskazując lekceważącym gestem piec.
- Stan zadowalający? - dociekał Cassidy, patrząc na kucharza błędnym wzrokiem.
- Nieduży – oznajmił Blanchard. Gwałtownie zatoczył rękami koło. - Fszistko nieduże. Pokój za mały. Fszistko za mały, ja jestem chef de cuisine, a ona jest cuisine jak komórka.
Cassidy wbił wzrok w spis na dłuższą chwilę.
- To jest okręt wojenny – warknął – a nie luksusowy liniowiec. V 148, wyłącznik czasowy zamocowany na piecu elektrycznym, sztuk jedna.
- On jezd – prychnął Blanchard.
Napięcie rosło. Cassidy posuwał się w dół listy, aż dotarł do punktu krytycznego.
- V 1098. Pipok, sztuk jedna.
- Morbleu! - wrzasnął Blanchard, ciskając oczami gromy. - Już mówiłem i powtarzam znowu, tutaj nigdy nie...
- Pipok jest w radiokabinie, panie admirale – wtrącił pospiesznie McNaught.
- Doprawdy? - Cassidy jeszcze raz spojrzał na spis. - W takim razie dlaczego jest spisany razem z wyposażeniem kuchennym?
- W czasie załadunku wyposażenia został umieszczony w kuchni, panie admirale. To jest urządzenie przenośne, które można umieścić w dowolnym dogodnym miejscu.
- Hmm... W takim razie należało go przenieść na listę wyposażenia kabiny łączności radiowej. Dlaczego pan tego nie zrobił?
- Uważałem, że powinienem wstrzymać się z tym do pańskiego przyjazdu, żeby to zrobił ktoś o kwalifikacjach pana admirała.
W rybich oczach odbiło się zadowolenie.
- Tak, postąpił pan właściwie, kapitanie. Dokonam przeniesienia natychmiast.
Wykreślił odpowiedni punkt na stronie dziewiątej, postawił swoją parafę, wpisał odpowiedni punkt na stronie szesnastej, znów postawił parafę.
- V 1099. Obroża z napisem tłoczonym, skóra... ach tak, widziałem, pies ją nosi.
Odfajkował.
W godzinę później wkroczył do kabiny. Burman wstał, przycisnął ramiona do ciała, ale nie mógł opanować nerwowych ruchów stóp i dłoni. Oczy wystąpiły mu lekko z orbit i zwróciły się w stronę McNaughta w niemej prośbie. Wyglądał jak człowiek, któremu w spodnie wszedł jeż.
- V 1098, pipok, sztuk jedna – powiedział Cassidy swym normalnym tonem, nie dopuszczającym podejrzeń, że mógłby pleść bzdury.
Kanciastym, nieco szarpanym ruchem, jak nieco rozregulowany robot, Burman położył dłoń na małym pudełku, którego przednią ścianę wypełniały wskaźniki, przełączniki i kolorowe światełka. Przesunął kilka dźwigienek. Światełka zaczęły mrugać, tworząc intrygujące kombinacje.
- To jest to, panie admirale – poinformował z wyraźną trudnością.
- Aha! - Cassidy opuścił fotel i podszedł bliżej. - Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek dotąd spotkał taki przedmiot. Ale teraz robi się tyle modeli tego samego urządzenia... Czy ciągle pracuje zadowalająco?
- Tak jest, panie admirale.
- Jedno z najbardziej użytecznych urządzeń na statku – dorzucił McNaught dla zwiększenia efektu.
- A co to urządzenie robi? - spytał Cassidy, zapraszając Burmana, by pochwalił się swoją mądrością. Burman zbladł.
- Pełne wyjaśnienie – wtrącił pospiesznie McNaught – musiałoby być oczywiście skomplikowane i pełne szczegółów technicznych, ale ujmując rzecz możliwie najprościej urządzenie to umożliwia utrzymanie równowagi pomiędzy wzajemnie przeciwstawnymi polami grawitacyjnymi. Kombinacje świateł informują o stopniu i kierunku zakłócenia równowagi w danym momencie.
- Wykorzystano tu w bardzo pomysłowy sposób – dorzucił Burman, któremu te rewelacje nagle dodały odwagi – implikacje zjawiska opisanego stałą Finagle'a.
- Rozumiem – powiedział Cassidy nic nie rozumiejąc. Wrócił na fotel i postawił znaczek przy pipoku. - Z 44, łącznica automatyczna interkomu na czterdzieści linii, sztuk jedna.
- Jest tutaj, panie admirale.
Cassidy rzucił okiem na łącznicę i wbił wzrok w spis.
McNaught i Burman wykorzystali chwilowe roztargnienie admirała, by otrzeć pot z czół. Zwycięstwo zostało osiągnięte. Wszystko było w porządku.
Ha! (po raz trzeci).

Kontradmirał Vane W. Cassidy wyjechał zadowolony, chwaląc kapitana na pożegnanie.
W ciągu godziny załogę wywiało do miasta. McNaught i Gregory na zmianę rozkoszowali się wesołymi światłami wszystkich interesujących miejsc. W ciągu najbliższych pięciu dni wszystko było spokojem i przyjemnością.
Szóstego dnia Burman przyniósł depeszę, rzucił ją na biurko McNaughta i poczekał na reakcję z pełną satysfakcji miną kogoś, czyje osiągnięcia zasługują na nagrodę.
Kwatera główna do HMSS Szperacz. Wracać natychmiast na Ziemię w celu dokonania przeglądu i remontu kapitalnego. Przewidziany montaż ulepszonego reaktora głównego. Dow.Oper.Floty, Sekcja Syriusz - Feldman.
- Wracamy na Ziemię – skomentował McNaught głosem pełnym szczęścia. - A remont kapitalny to jest najmarniej miesiąc urlopu – spojrzał na Burmana. - Powiedz wszystkim oficerom będącym na służbie, żeby szli do miasta i kazali załodze wracać na statek. Wrócą biegiem i w podskokach, jeśli będą wiedzieli, dlaczego.
- Tak jest, panie kapitanie! - odparł Burman szczerząc zęby.
Jeszcze dwa tygodnie później zęby szczerzyli wszyscy i ciągle. Syrport został daleko z tyłu, a Sol urosła do maleńkiego punkciku przed dziobem statku. Jeszcze jedenaście miesięcy drogi, ale sprawa była tego warta. Znowu na Ziemi. Hurra!
Jednak pewnego poranka w kabinie kapitańskiej uśmiechy nagle znikły. Burman wszedł do środka i gryząc dolną wargę czekał, aż McNaught skończy uzupełniać dziennik. W końcu McNaught odsunął księgę, podniósł wzrok i zmarszczył brwi.
- Co ci jest? Brzuch cię boli?
- Nie, panie kapitanie. Myślę.
- To takie bolesne?
- Myślę – upierał się Burman pogrzebowym tonem. - Wracamy na przegląd. Czy pan sobie zdaje sprawę, co to znaczy? Zejdziemy z pokładu, a zaraz potem wpadnie tu horda specjalistów – spojrzał tragicznym wzrokiem na dowódcę. - Powiedziałem: specjalistów.
- Oczywiście, że specjalistów – zgodził się McNaught. - Wyposażenia statku nie może testować, czyścić i naprawiać banda półgłówków.
- Tak, nawet średniej klasy specjalista nie poradzi sobie z przetestowaniem, wyczyszczeniem i naprawą pipoka – przytaknął Burman. - Do tego trzeba geniusza.
McNaught padł na oparcie fotela, z wyrazem twarzy tak zmienionym, jakby zmienił maski.
- Wielkie nieba! Na śmierć zapomniałem! Tamtym chłopcom nie zamydlimy oczu naukową paplaniną.
- Nie zamydlimy, panie kapitanie – poparł go Burman. Nie dodał „już nigdy”, ale miał to wypisane na twarzy. - Pan mnie w to wpakował. Niech pan mnie teraz z tego wyciągnie.
Odczekał kilka chwil, w czasie których McNaught wykonywał intensywną pracę myślową.
- Co pan ma zamiar zrobić, panie kapitanie? - spytał.
Twarz McNaughta powoli wygładził uśmiech satysfakcji.
- Mam zamiar zepsuć urządzenie i włożyć je do dezintegratora.
- To nie rozwiąże problemu, panie kapitanie – zauważył Burman. - Ciągle będzie nam brakowało pipoka.
- Nie będzie. Mam zamiar zameldować o jego stracie w wyniku niebezpieczeństw czyhających w otwartym kosmosie. Przecież teraz – mrugnął wymownie jednym okiem – dokonujemy swobodnego przelotu, a nie stoimy w porcie.
Sięgnął po blok z formularzami depeszowymi, a Burman czekał wyraźnie odprężony.
HMSS Szperacz do Kwatery Głównej Ziemia. V 1098, pipok, sztuk jedna, rozpadł się skutek wstrząsu grawitacyjnego podczas przechodzenia w pobliżu układu gwiazdy podwójnej Hektor Major – Minor. Materiał użyty jako paliwo. Dowódca HMSS Szperacz – McNaught.
Burman zabrał depeszę do radiokabiny i wysłał w stronę Ziemi.
Przez następne dwa dni panował ład i porządek. Trzeciego dnia Burman wpadł jak burza do kabiny kapitańskiej.
- Wiadomość „do wszystkich”, panie kapitanie – oznajmił i wcisnął dowódcy depeszę do ręki.
Kwatera Główna Ziemia do wszystkich sekcji. Bardzo pilne. Bardzo ważne.
Wszystkie statki natychmiast lądować. Statki wykonujące zadania specjalne skierować się do najbliższego kosmoportu i oczekiwać na dalsze rozkazy.
Nacz.Dow. Pogotowia i Obrony Ziemia – Welling.

- Myśli pan, że co się stało? - spytał Burman.
- Bóg raczy wiedzieć. Ostatnie do wszystkich było siedem lat temu, jak „Włóczęga” eksplodował w pół drogi do Marsa, uziemili wszystkie statki do wyjaśnienia przyczyny – potarł policzek, pomyślał chwilę i ciągnął dalej: - A poprzednie, jak cała załoga „Spluwy” dostała świra. Cokolwiek się stało, założę się, że jakaś poważna sprawa.
- Chyba nie wybuch wojny kosmicznej?
- Z kim? - machnął lekceważąco ręką McNaught. - Nikt nie ma statków, które mogłyby się przeciwstawić naszym. Raczej coś technicznego. Powiedzą nam, zanim dolecimy do Zaxedu, albo zaraz potem.
Powiedzieli. Sześć godzin później Burman wpadł do kabiny z twarzą wykrzywioną przerażeniem.
- A tym razem co cię gryzie? - spytał McNaught, patrząc na niego wyczekująco.
- Pipok – wyjąkał Burman. Wymachiwał rękami, jakby strząsał niewidzialne pająki.
- No i co?
- Błąd drukarski. Opuścili litery. Miało być pies pokł..
- Pies pokł? - powtórzył McNaught z taką intonacją, jakby to było coś wyjątkowo świńskiego.
- Pan sam zobaczy – Burman rzucił depeszę na biurko i wyleciał z kabiny jak strzała, zostawiając otwarte drzwi.
McNaught rzucił za nim groźne spojrzenie, podniósł papier i zaczął czytać.
Kwatera Główna Ziemia do HMSS Szperacz. Dotyczy waszego meldunku w sprawie V 1098, pies pokładowy Peaslake. Podać szczegóły okoliczności, w których zwierzę rozpadło się na skutek szoku grawitacyjnego. Opisać dokładnie przebieg procesu rozpadu. Przebadać załogę i natychmiast meldować o wszelkich podobnych zaobserwowanych objawach. Bardzo pilne. Bardzo ważne.
Nacz.Dow. Pogotowia i Obrony Ziemia – Welling.

W zaciszu kabiny McNaught rozpoczął zjadanie swoich paznokci. Ilekroć przyglądał się, ile jeszcze z nich zostało, oczy ustawiały mu się w lekkiego zeza.

KONIEC
Ostatnio zmieniony 20.08.08, 20:25 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 1 raz.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Adam Widur
Praprzodek
Posty: 1982
Rejestracja: 24.08.07, 13:56
Lokalizacja: Zambrów

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Adam Widur » 01.10.07, 13:32

Dzięki. Dzięki. Więcej takich Pipoków.
tajemniczej podaję dłoń, wisła
zmienna i wieczna - obie patrzą na siebie
Tajemniczej podaję serce, warszawa
zabrała sobie już kawałek tajemnicza

chce całość więc daję co mam.

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Minerwa » 08.10.07, 13:51

Maciej Wojtyszko
Bromba i inni.

Pciuch

Pciuch zamieszkuje Czas. To znaczy, że można go zobaczyć tylko wtedy, kiedy się żyje kiedy indziej.
Jeża na przykład możemy zobaczyć dziś. Pciucha wyłącznie jutro albo wczoraj. Dzieje się tak dlatego, że jest on szalenie szybkim, nowoczesnym stworzeniem: wyprzedza nasze czasy dzięki własnemu napędowi rakietowemu.
Pciuchów jest niewielu, około trzydziestu, a nasza historia opowiada o pewnym dzielnym, młodym Pciuchu, który był posiadaczem numeru dwadzieścia cztery.
Tradycyjnie wszystkie Pciuchy pracują na poczcie, ponieważ tam są najbardziej potrzebne. Także Pciuch dwadzieścia cztery był listonoszem do Spóźnionych Przesyłek.
Zdarza się, że do okienka na poczcie podbiega ktoś bardzo zmęczony od szybkiego biegu i woła już od drzwi:
- Proszę pani, proszę pani, chciałbym szybko wysłać wiadomość!
- Proszę bardzo! - odpowiada pani w okienku. - Tu jest blankiet na telegram super-ekstra błyskawiczny. Na kiedy ma dojść ta wiadomość?
- Na wczoraj - śmieje się ten ktoś z zakłopotaniem. - Zupełnie zapomniałem o imieninach ciotki Patrycji Trąbalskiej, Koszykowa 12 m 5.
- Na wczoraj? - pyta pani w okienku. - Dobrze, zrobimy wszystko, co w naszej mocy.
I wtedy do akcji naczelnik poczty używa Pciucha do Specjalnych Zadań.
- Pciuch dwadzieścia cztery do mnie! -mówi naczelnik.
- Słucham, panie naczelniku - melduje się Pciuch, ale wcale go nie widać, bo zazwyczaj mówi z jutra albo nawet i z pojutrza.
- Proszę o doręczenie tych serdecznych życzeń!
- Na kiedy, panie naczelniku? - pyta Pciuch dwadzieścia cztery, który jest zawsze bardzo dokładny i zapisuje sobie wszystko w notesie.
- Zaraz - mruczy pan naczelnik - dziś mamy wtorek, wczoraj poniedziałek, no, powiedzmy, na zeszłą sobotę.
- Tak jest - odpowiada Pciuch.
- Dacie radę? - pyta naczelnik.
- Oczywiście, panie naczelniku - odpowiada niezłomny Pciuch dwadzieścia cztery o napędzie rakietowym i recytuje z dumą:

Dzięki swej najwyższej klasie
Pciuch wędrować umie w czasie
I niewielkie ma kłopoty,
Idąc z wtorku do soboty.

- A więc liczę na was - oświadcza naczelnik i zajmuje się inną ważną sprawą.
Pciuch dwadzieścia cztery nie był jednak tak doświadczonym listonoszem jak inne starsze Pciuchy, chociażby jego rodzice. Tatuś Pciucha, na przykład, otrzymywał bardzo odpowiedzialne Spóźnione Przesyłki i często zdarzało się, że musiał podróżować rowerem, żeby móc zdążyć w porę.
A młody Pciuch dostał właśnie od tatusia i mamusi hulajnogę. I chociaż rodzice ostrzegali go, żeby nie zabierał hulajnogi do pracy, postanowił spróbować, jak będzie mu szło dostarczanie przesyłek przy pomocy hulajnogi. Wskoczył więc na nią raz - dwa i szybciutko pojechał na ulicę Koszykową 12 mieszkania 5, do ciotki Patrycji Trąbalskiej.
A kiedy już był pod drzwiami, przypomniał sobie, że musi sprawdzić termin przesyłki.
- Na kiedy to ma być? - zapytał sam siebie i zajrzał do notesika.
- Ach, na sobotę! A jaki jest teraz dzień? - Niestety, zupełnie zapomniał, że hulajnoga nie ma takiego licznika jak rower Tatusia.
- To nic - pocieszył się Pciuch - poszukam kogoś, kto mi pomoże.
Na dole siedział pan dozorca.
- Proszę pana - zawołał Pciuch - bardzo przepraszam, jaki jest teraz dzień?
- A kto pyta? - zdziwił się pan dozorca.
- Listonosz Pciuch dwadzieścia cztery!
- A dlaczego pana nie widzę, panie listonoszu?
- Ponieważ ja tu jestem wczoraj! - zawołał Pciuch i wyrecytował:

Dzięki swej najwyższej klasie
Pciuch wędrować umie w czasie
I niewielkie ma kłopoty
Idąc z wtorku do soboty.

- Aha, wspaniale - ucieszył się pan dozorca. - Więc, jeśli u mnie jest wtorek, to u pana jest teraz sobota, panie listonoszu.
- Dziękuję bardzo! Właśnie o sobotę mi chodziło - oświadczył Pciuch i wrzucił telegram „Z serdecznymi powinszowaniami z okazji imienin ukochanej Cioteczce Patrycji od siostrzeńca Adasia” do skrzynki na listy, zadzwonił do mieszkania i odjechał na hulajnodze.
- Dziwny ten Adaś - mówiła ciocia Patrycja czytając przez okulary telegram. - Przecież do moich imienin jeszcze cały miesiąc, a on już wysyła życzenia super-ekstra błyskawicznie. Bardzo dziwny jest ten mój siostrzeniec. Chociaż to miło dostać tak wcześnie serdeczne życzenia. Od razu widać, że o mnie myśli i że lubi swoją starą ciotkę.
A Pciuch dwadzieścia cztery nigdy się nie dowiedział o swojej pomyłce i o tym, że zajechał hulajnogą miesiąc za wcześnie.
Zresztą nigdy więcej taka pomyłka mu się nie zdarzyła dzięki licznikowi zainstalowanemu przez tatusia przy hulajnodze.

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 16.10.07, 13:35

Bob Shaw
DEFLACJA 2001

tłum. Tadeusz Markowski

Fakt, że za filiżankę kawy musiał zapłacić dziesięć dolarów, zmroził Lestera Perry'ego do głębi. Miesiąc temu cena ustabilizowała się na poziomie ośmiu dolarów i Lester zaczynał już żywić złudną nadzieję, że przez jakiś czas się utrzyma. Przyglądał się teraz smutno maszynie rozlewniczej, czekając, aż czarny płyn przestanie spływać do plastikowego kubka.
Kiedy podniósł kubek do ust, twarz jeszcze bardziej mu się wydłużyła.
- Dziesięć dolarów - mruknął - i na dodatek zimna!
Boyd Dunhill wzruszył ramionami i zlustrował uważnie złote galony swojego munduru pilota, jakby obawiając się, że ten niezwykły odruch ujął im blasku.
- Czego pan się spodziewał, szefie? - spytał obojętnie. - Władze lotniska odrzuciły w zeszłym tygodniu żądanie podwyżki Związku Pracowników Dystrybutorów Kawy, w związku z czym Związek zabronił swoim członkom brania nadgodzin, co spowodowało podwyższenie ceny.
- Ale przecież w zeszłym miesiącu dostali sto procent podwyżki! Właśnie wtedy kawa zaczęła kosztować osiem dolarów!
- Chcieli dwieście.
- Wiadomo było, że lotnisko się nie zgodzi.
- Ci od maszyn do czekolady dostali dwieście.
- Naprawdę? - zdumiał się Perry. - Mówili w telewizji?
- Od trzech miesięcy nie ma telewizji - przypomniał mu pilot. - Personel techniczny żąda płacy minimalnej dwa miliony dolarów rocznie i rozmowy jeszcze trwają.
Perry dopił kawę i wyrzucił kubek do kosza.
- Samolot gotowy? Możemy lecieć?
- Gotowy od czterech godzin.
- Więc na co czekamy?
- Konwencja Pracowników Lotnictwa Lekkiego zażądała minimum ośmiu godzin na każdą naprawę.
- Osiem godzin na wymianę wycieraczki?! - wykrzyknął Perry. - To ma być rentowne?
- Liczba pracowników lotniska ostatnio się podwoiła.
- Pewnie. Skoro potrzebują ośmiu godzin na coś, co można zrobić w pół godziny! To jakaś bzdura!
Umilkł, widząc zimne spojrzenie pilota. Przypomniał sobie o trwającym sporze między Konfederacją Pracodawców Lotniczych a Syndykatem Pilotów Prywatnych Dolnopłatów Dwusilnikowych. Pracodawcy proponowali podwyżkę zarobków o siedemdziesiąt pięć procent, a piloci żądali podwyżki o sto pięćdziesiąt procent plus premia za kilometry.
- Mógłby pan zawołać bagażowego?
Dunhill pokręcił głową.
- Będzie pan musiał sam nieść bagaże. Bagażowi strajkują od piątku.
- Dlaczego?
- Za dużo osób nosi swoje bagaże.
- Aha!
Perry wziął walizkę i zaniósł na stanowisko startowe. Zapiął pasy i sięgnął do schowka na gazety. DOpiero wtedy przypomniał sobie, że od piętnastu dni nie wychodzi żadne pismo.
Procedura startowa ciągnęła się bez końca, co wskazywało na to, że pracownicy wieży startowej są w trakcie jakichś ważnych negocjacji. Wreszcie zasnął.

Obudził go podmuch zimnego wiatru, dobitnie wskazujący, że drzwi samolotu zostały otwarte w locie. Otworzył oczy i zobaczył, że Dunhill stoi w otwartych drzwiach ze spadochronem na plecach.
- Co się stało?! - krzyknął. - Pożar?
- Nie - odparł Dunhill szalenie oficjalnym tonem. - Strajkuję.
- To ma być żart?
- Tak pan sądzi? Dostałem informację przez radio. Pracodawcy odrzucili rozsądne żądania Syndykatu Pilotów Prywatnych Dolnopłatów Dwusilnikowych i nagle zerwali rozmowy. Mamy poparcie naszych przyjaciół ze Zjednoczonego Syndykatu Pilotów Jednosilnikowych Dolnopłatów i Dwusilnikowych Górnopłatów. Musimy przerwać pracę punktualnie o północy. To znaczy za trzydzieści sekund.
- Ależ Boyd! Nie mam spadochronu! Co ze mną?
Pilot wzruszył ramionami.
- Czemu mam się tym przejmować? - odparł sucho. - Pan się nie przejmował, kiedy starałem się związać koniec z końcem za marne trzy miliony rocznie.
- Byłem egoistą. Teraz to rozumiem i żałuję tego. - Odpiął pas i wstał. - Nie skacz. Podwajam ci pensję.
- Syndykat żąda więcej.
- No to potrajam. Dziewięć milionów rocznie, Boyd.
- Bardzo mi przykro. Żadnych separatystycznych negocjacji. To osłabia jedność związkową. - Pilot wyskoczył w ciemność.
Perry patrzył za nim przez kilka chwil, po czym zamknął drzwi. Podszedł do kokpitu i usiadł w lewym fotelu. Z trudem przypomniał sobie czasy, kiedy był pilotem bojowym, i sięgnął do sterów. Lądując sam, narażał się na kłopoty ze wszystkimi związkami zawodowymi, ale nie miał jeszcze ochoty umierać.

Kilka tysięcy stóp niżej Boyd Dunhill wyrwał zawleczkę i czekał na otwarcie spadochronu.
Wstrząs był słabszy niż zwykle. Po kilku sekundach zorientował się, że spada coraz szybciej. Podniósł głowę i zamiast wielkiej czaszy spadochronu ujrzał jedynie maleńki kształt pilocika, który nie wyciągnął nic poza kilku metrami linki nylonowej.
Przypomniał sobie nagle, że Syndykat Składaczy Spadochronów groził rozpoczęciem niespodziewanego strajku dla poparcia swoich żądań przedłużenia płatnego urlopu.
- Skurwysyny! - krzyknął przerażony. - Skur...!
KONIEC
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Miria
Początkujący
Posty: 132
Rejestracja: 28.08.07, 20:51

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Miria » 21.10.07, 09:32

Gustaw Herling-Grudziński, "Wieża"

Włoch zatrudniony w naszej misji wojskowej w Mediolanie nie powiedział całej prawdy o swym dalekim krewnym z domku pod Mucrone, i całej prawdy nie pozna zapewne nikt. Ale powiedzieć tylko tyle, że stary emeryt umarł tu zupełnie sam pod koniec wojny, to stanowczo za mało. Nasłuchawszy się po powrocie z Aosty opowiadań w pobliskiej wsi, zacząłem nawet cum grano salis brać słowo "umarł": odpowiadało ono rzeczywistości zaledwie do pewnego stopnia, jeśli chodzi o sam fakt fizyczny. Absolutnie ścisłe, więcej: przeraźliwie ścisłe, było jedynie określenie: "zupełnie sam".

O jego przeszłości wiedziano niewiele. Był z pochodzenia Sycylijczykiem i zanim przeniesiono go po pierwszej wojnie do Turynu nauczał na Sycylii, gdzie w roku 1908, w słynnym trzęsieniu ziemi w Messynie, stracił całą bliską rodzinę – żonę i troje dzieci. Chodziły słuchy, że został przedterminowo emerytem po wywołaniu skandalu nieudaną próbą samobójczą. Kupił ten domek w 1938 roku od owdowiałego lekarza wiejskiego, którego synowie zabrali do Turynu, i natychmiast się tu sprowadził.

W ciągu sześciu ostatnich lat jego życia widziano go we wsi wszystkiego parę razy: nie otworzył ust do nikogo z wyjątkiem swoich stałych dostawców i nie odpowiadał na zwykle w tych stronach pozdrowienia kierowane do nieznajomych. Choć całkowicie już posiwiały, trzymał się jeszcze dobrze i jego niezbyt wysoka, chuda postać budziła mimowolny respekt. Było przypuszczalnie w tym respekcie trochę obawy, gdyż jego oczy połyskiwały czasem ukrytym szaleństwem. Znano tu opowieści o skłonnym z natury do tragizmu charakterze Sycylijczyków, o tym że "myśl o śmierci noszą zawsze jak drzazgę za skórą", i jego domek nazwano La bara siciliana – "trumną sycylijską". Potem nazwa uprościła się do krótkiej La Bara i w tej formie przyjęła się ostatecznie. Co miesiąc wiejski goniec woził na rowerze z poczty pensję emerytalną do La Bara, co sobotę rano o tej samej godzinie córka karczmarza jeździła autobusem do La Bara z koszykiem prowiantu i na przepierkę: il padrone della Bara czekał na nią w najgorszą nawet niepogodę na skrzyżowaniu szosy ze ścieżką wiodącą na przełaj zboczem ku domkowi i pomagał jej nieść koszyk pod górę.

Raz tylko odwiedził go młody proboszcz wiejski. Rozmowa odbyła się na stojąco w ogródku i nie trwała długo. Na pytanie dlaczego nie przychodzi nigdy w niedziele do kościoła gospodarz, nie podnosząc głowy znad przycinanych właśnie krzaków, odpowiedział że nie odczuwa potrzeby: to czego oczekuje wymaga nie wiary, lecz wyłącznie cierpliwości. Zapytany jak może tak żyć, odparł ze wzruszeniem ramion: – Bo nie mogę umrzeć.

W sierpniu 1944 roku spłynęły z południa do doliny Elvo resztki rozbitej dywizji SS, wyłapując gdzie się dało po wsiach mężczyzn na roboty do Niemiec. W całym rejonie istniało już wtedy coś w rodzaju partyzanckiej siatki informacyjnej i wieś u stóp Mucrone, ostrzeżona na czas, wyludniła się w nocy z środy na czwartek ze wszystkich mężczyzn: nawet starców uprowadzono w góry, zostawiając w domach tylko kobiety i dzieci, a na plebanii młodego duszpasterza. W piątek rano zjawiła się na ryneczku przed kościołem ciężarówka niemiecka w eskorcie czterech motocykli. Spędzana stopniowo przez żołnierzy na plac ludność uprzytomniła sierżantowi szybko obraz sytuacji. Postanowił więc odcisnąć przynajmniej w pamięci kobiet i dzieci niezatartą lekcję i nie zabrakło mu fantazji: zapowiedział przez szofera ciężarówki znającego trochę włoski, że jeśli w ciągu dwóch godzin nie znajdzie się choć jeden męski mieszkaniec wsi, za ucieczkę ojców, mężów i synów zapłaci swoim życiem proboszcz.

Nie wiadomo dokładnie jak w pole widzenia tego dramatu wojennego wszedł samotny domek odległy o trzy kilometry od wsi: czy szepnęła o nim słówko kierowcy niemieckiemu któraś z kobiet, czy też zobaczył go ze skraju drogi wiejskiej jeden z żołnierzy. Dość że motocykl z przyczepką pomknął po zdobycz i wrócił z nią na placyk po piętnastu minutach.

Il padrone della Bara zdawał się nic nie rozumieć z tego co się wokół niego działo. Popychany przez żołnierza, szedł w kierunku sierżanta siedzącego na stopniu samochodu i tłumu tłoczącego się na schodach kościoła spokojny i swoim zwyczajem milczący, ale zarazem blady i jak gdyby oszołomiony. Dopiero gdy żołnierz, puściwszy go na środku rynku, odstąpił kilka kroków w bok i na dźwięk komendy sierżanta uniósł lekko lufę sterczącą mu spod prawej pachy, gdy tłum kobiet i dzieci zakołysał się płaczliwym lamentem, a ksiądz zaczął zmawiać modlitwę za umierających, dopiero wówczas stary człowiek zachwiał się nagle, chwycił się obiema rękami za serce i jego trzęsąca się twarz stała się jeszcze bielsza od włosów. Zawodzenie w tłumie przycichło, sierżant i żołnierz gotowy do strzału spojrzeli na siebie bez słowa. No, no, no – jęczał stary człowiek poszarpanym głosem. Ksiądz przerwał modlitwę, przyglądał mu się chwilę, po czym zwrócił się w stronę szofera i powiedział głośno: – Non ne è responsabile. Non è di qui, non è di questo paese*. Stary człowiek powtarzał monotonnie: – Non ne sono responsabile. Non sono di qui, non sono di questo paese. Sierżant zapytał o coś tłumacza. – È di Torino – uprzedził jego odpowiedź ksiądz. – Sono di Torino* – powtórzył jak echo stary człowiek. Nigdy nie słyszano tu z jego ust tylu słów naraz.

Reszta odbyła się błyskawicznie. Kiedy ciężarówka niemiecka w eskorcie czterech motocykli znikła za zakrętem szosy prowadzącej ku miastu, na placu oślepiająco białym od słońca i kredowych fasad kościoła i małego Municipio leżał olbrzymi czarny ptak w kałuży krwi, z rozczapierzonymi na krzyż skrzydłami sutanny. Gromada kobiet i dzieci, zbita pod drzwiami kościoła, nie ruszała się z miejsca. Stary człowiek stał po przeciwnej stronie rynku sam, patrzył długo na księdza, wreszcie zakrył twarz dłońmi i ruszył z powrotem do domu.

Przez całe trzy kilometry szedł za nim w odległości kilkudziesięciu metrów, w spiekocie sierpnia i kurzu wijącej się pod górę drogi, tłum kobiet i dzieci. Stary człowiek często przystawał, parę razy się potknął, a raz nawet upadł i doczołgawszy się na kolanach do murku z kamieni, wparł się weń rękami i podniósł o własnych siłach. Tłum zatrzymywał się wtedy i czekał w milczeniu. Trwało to wszystko chyba godzinę. Słońce wskazywało południe, gdy pchnął z wysiłkiem bramę swego domku i stracono go natychmiast z oczu za drzewami obok żelaznego parkanu.

Nazajutrz była sobota i córka karczmarza nie pojechała do niego z koszykiem żywności. Nie miała zresztą po co. Bileter autobusu, nie spostrzegłszy go jak zwykle na skrzyżowaniu ścieżki z szosą, zatrzymał na chwilę wóz i zdjęty ciekawością podskoczył do La Bara. Il padrone della Bara leżał na kozetce w swoim pokoju martwy. Był już zupełnie zimny.
"Odchodzę do moich spraw Dziś w nocy urodzi się
gwiazda Hamlet Nigdy się nie spotkamy
to co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem tragedii

Ani mam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach
a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę"

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Minerwa » 30.10.07, 10:58

Maciej Wojtyszko
Bromba i inni

Fumy

Fum turystyczny, czyli inaczej Fum-turysta, a w zdrobnieniu Fumik lub Fumek, rzadziej Fumak - należy do odmiany podróżujących (animal transportera). Największe okazy spotyka się w okolicach dogodnych lub pozornie dogodnych do wycieczek i wczasów.
Fumy chodzą parami albo całymi rodzinami wydając przy tym charakterystyczne fumkanie i cipienie. Fumkanie jest oznaką niezadowolenia, natomiast w przypadku zadowolenia zwierzę cipieje.
Fuma łatwo poznać po tym, że z dziewięciu rąk, jakie posiada, każdą ma czymś zajętą: trzymaniem torby, koca, materaca, ręcznej katarynki, olejku do opalania, plecaka albo liczeniem pieniędzy.
Wszystkie Fumy uważają, że głównym ich zajęciem jest wypoczywanie, w związku z czym usiłują wypoczywać z całych sił i bardzo je to meczy, ale ponieważ jedyną formą działania po zmęczeniu powinno być wypoczywanie, więc znów wypoczywają, co je bardzo męczy, i tak w kółko.
Jednak żaden Fum nie weźmie się do pracy w czasie odpoczynku, bo uważałby to za coś najbardziej niezdrowego.
Fumy nie posiadają specjalnie skomplikowanych obyczajów, czasem śpiewają jednak taką piosenkę:

Fum, fum, fum, fum, fum,
fum, fum, fum, fum, fum!
Do czego to podobne!
Do czego to podobne!
Jesteśmy zawiedzione,
jesteśmy złe i głodne!
Fum, fum, fum, fum, fum!
Fum, fum, fum, fum, fum!
Do czego to podobne!
Do czego to podobne!
Ach, kiedyż wypoczniemy łagodne
i wygodne!


Wcale nie są jednak takie łagodne, ponieważ ciągłe wypoczywanie bardzo je rozdrażnia i niepokoi.
Fumy żywią się wyłącznie konserwami i jajkami na twardo. Na drodze ewolucji przednie zęby wysunęły im się do przodu i służą jako klucz do otwierania konserw.
Niestety, jednak do dziś nie wyrobił im się odruch zbierania rozrzuconych skorupek.
Na ogół Fumy wędrują utartymi szlakami turystycznymi, ale zdarzyło się raz, że pewna fumia para zawędrowała przez pomyłkę nad jezioro zwane Jeziorem Bobrów.
- Mężu, mężu - zawołała Fumica - popatrz, jakie dziwne stworzenia.
- Nudne stworzenia - odpowiedział Fum - zupełnie nie rozumiem, co one robią.
Bobry piłowały drzewo na Wielką Tamę.
- Mój dobry zwierzaku - zwróciła się Fumica do Bobra, który pracował najbliżej - jak się nazywacie?
- Bóbr - mruknął Bóbr i dalej podcinał drzewo.
- Mój dobry Bobrze! Drzewa są niejadalne - powiedziała strofująco Fumica.
- Ja je podgryzam, ponieważ posłużą mi jako budulec na Wielką Tamę - odpowiedział już nieco uprzejmiej Bóbr, bo zrobiło mu się przykro, że ktoś może tak całkowicie nie rozumieć jego pracy.
- Ale to męczy - zauważył Fum.
- To dobrze - oświadczył Bóbr.
- Co wy też mówicie, mój Bobrze, to bardzo niedobrze - powiedziała Fumica.
- Trzeba wypoczywać.
- Po co? - zapytał zdziwiony Bóbr.
- Żeby się nie zmęczyć.
- Ja się lubię męczyć! - oświadczył Bóbr i przyjrzał im się podejrzliwie. - Nie lubię odpoczywać, a wy?
- My - Fumy popatrzyły na siebie - my wyłącznie odpoczywamy!
Bóbr wybałuszył oczy. Nie powiedział ani słowa. Tylko szybko pobiegł w kierunku swojej kolonii.
Za chwilę wszystkie Bobry zebrały się na Polanie wokół Fumów, a najstarszy z nich zapytał:
- Czy to prawda, że wy wyłącznie wypoczywacie?
- Oczywiście, mój dobry zwierzaku - odpowiedziała Fumica.
- I nawet nie próbowaliście pracować? - upewnił się najstarszy.
- Przecież praca męczy - oświadczył urażony Fum.
A wtedy wszystkie Bobry zaczęły rozpaczliwie szlochać i załamywać łapki.
- Przestańcie, dlaczego tak zawodzicie? - wrzasnął zdenerwowany Fum.
- Bo nam was żal - oświadczył przez łzy najstarszy - nigdy nie pracujecie.
- A nam was żal - obraził się Fum - nigdy nie odpoczywacie.
Jeszcze długo obłe strony przekonywały się wzajemnie, że są nieszczęśliwe, ale nikt nikogo nie przekonał.
Pozostało tylko to przysłowie: „Płacze jak Bóbr nad Fumem”.

Bogdan
Wyga
Posty: 1267
Rejestracja: 24.08.07, 17:26

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Bogdan » 11.11.07, 01:46

Sęk

Autor: Konrad Tom
Wykonawcy: Edward Dziewoński, Wiesław Michnikowski

- Halo? Poprosze panią zamiejscowa, Lubartów 33... Czi co? Nie: czy? pytajne tylko: czy? wzięte liczebniczo... Taa, mój numer 333 ... Już jest połączenie? Dziękuję ślicznie...
Halo? Halo? HALO??? - Halooo...
- Kuba?
- Kto mówi?
- Ale czy Kuba?
- Ale KTO mówi?
- Jeżeli nie Kuba, moje nazwisko pana nic nie powie... Kuba?
- Jaki Kuba?
- Goldberg...
- A jeżeli Kuba, to kto mówi?
- Rappaport!
- BENIEK???
- TAK!!!
- Tu Kuba...
- Goldberg?
- Tak. Co jest?
- Jest interes do zrobienia.
- Interes? Ile można stracić?
- Co się mnie pytasz ile można stracić! Się mnie natychmiast zapytujesz ile można zarobić!
- Ile się zarobi, to się zarobi. Ja się pytam: ile trzeba mieć żeby ryzykować w razie, że się straci?
- Niewiele... dwa, trzy tysiące masz?
- Mam mieć. Co jest?
- Jest tak: Friedmann ma weksel Szapira z żyrem Glassa, rewindykator jest Barmsztajn... On daje dwadzieścia procent, franko loco towar jest u Lutmanna, tylko ten towar jest zajęty przez Honigmanna z powodu weksel Reuberga. Za ten weksel Reuberga można dostać gwarancję od jego teścia Rozencwajga, tylko on jest przepisany na Rozencwajgową, a Rozencwajgowa jest chora...
- A co jej jest?
- Co by i nie było, to my dziedziczymy dwadzieścia procent, tylko Lutmann musi mieć pewność, że Honigmann go wypuści, oczywiście, jeżeli Rozencwajgowa jeszcze dziś się przeniesie na łono Abrahama, to Malwina Fajnsztajn nie ma nic przeciwko, tylko Lipszyc musi mieć pięćset dolary...
- Cooo?
- Nie gotówką, tylko połowę, na resztę zwolnienie od protestu. Jassne?
- Oczywiście, że rozumiem.
- No!
- Tylko skąd pewność, że Rozencwajgowa by wyzionęła ducha?
- W tym właśnie sęk...
- Co?
- Sęk!!!
- Kto???
- SĘK!!!
- Nic nie rozumiem.
- Deska, w szrodku sęk!
- Jaka deska?
- Drzewo. Deska drzewniana, w szrodku sęk.
- Kto ma drzewo? LUTMANN???
- Jaki Lutmann, Lutmann ma manufakturę, a drzewo jest z lasu. Się ścina, się rżnie na deski, jest deska, jest sęk.
- A gdzie jest ten las?
- Jaki las?
- No, że wspominałeś.
- Co ciebie obchodzi nagle? W puszczy Białowieszczańskiej jest las! Rosną stuletnie drzewa, się ścina, się rżnie, jest deska, jest sęk.
- A kto ma ten las?
- Kuba, o co ciebie idzie? NIKT!
- To można kupić?
- Tę manufakturę?
- Nie, ten tartak.
- Jaki tartak, do cholery?
- No ten co sam mówiłeś, że się ścina i się rżnie...
- Kuba, odczep się, chodzi o to czy Rozencwajgowa wytrzyma do licytacji!
- A ona sprzeda?
- Co?!
- Ten tartak.
- Kuba, przecież... Jaki tartak do cholery?!
- No, że się ścina i się rżnie...
- Kuba! Że mnie co podkusiło powiedzieć jego ten sęk... Kuba, ja cofam ten sęk. Ja cofam wszystkie sęki na świecie!
- Co?
- Sęk.
- Który?
- Że pisze w Kurierze Warszawskim tych sztychów. TO JA JEGO COFAM!!!
- W Kurierze Warszawskim? To było ogłoszenie?
- Jakie ogłoszenie?
- No, że on sprzedaje.
- KTO???
- No ten, co pisze, że parceluje ten las. Słuchaj, tylko ten tartak to ja bym zatrzymał dla siebie.
- Kuba... Po co tobie ten tartak? Zleź z tego tartaka!!!
- No wiesz, Rappaport, że ja ciebie nie rozumiem. Ty budzisz mnie w nocy. Pół godziny namawiasz mnie, żebym kupił las. A teraz odmawiasz mnie od tego tartaka. To co to jest za interes???
- Kuba...
- Zaraz, chwileczkę, spokój! Owszem, dajmy na to, ja daję dwa tysiące na las. To kto inny będzie miał tartak, tak? Będzie mnie dyktował ceny? Będę jego dawał zarabiać na rżnięcie? To gdzie jest LOGIKA??? To wolę kupić ten tartak! Mam rację?
- Teoretycznie tak... Tylko że mię coś podkusiło. Staropolszczyznę się mnie zachciało. Sęk, sęk, równie dobrze mogłem powiedzieć, ja wiem... - tu leży pies pochowany.
- ...pieees?
- PIES!
- Piesek! Jaka rasa?
- Szlag mnie trafi...
- Słuchaj, Rozencwajgowa ma na sprzedaż psa? Czy to jest może łyżew? Wiesz, ja bym chętnie kupił, bo Hipek bardzo chce mieć łyżwa. No, ostatecznie może być sweter. Albo bulgot? Albo taki mały, biały dupelek... Słuchaj, tylko broń Boże jajnik! A to jest jaka rasa?
- Jaka rasa??? NORDYCKA!!! Psiakrew,odczep się od tego zwierzęcia, nieszczęście ty moje!
- Słuchaj, Beniek, dwa tysiące za psa? Ja mogę dać... trzydzieści złotych. Duży piesek?
- OLBRZYMIE BYDLE!!! (słyszy telefonistkę) Złociutka, to nie do pani! Znaczy, co? Chwileczkę, Kuba, ta rozmowa za chwilę będzie kosztowała czterdzieści dwa złote.
- No co to znaczy czterdzieści dwa złote, jak się kupuje i las, i tartak, i psa...
- Wiesz co ja ciebie powiem? Ty weź sobie ten las za darmo...
- A tartak?
- A TAR... A tartak, to ty sobie weź tyż za darmo...
- A pies?
- A pies??? A pies ci mordę lizał!!!

Awatar użytkownika
Minerwa
Weteran
Posty: 3108
Rejestracja: 24.08.07, 10:25
Lokalizacja: Sirengard
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Minerwa » 16.11.07, 17:49

Maciej Wojtyszko
Bromba i inni

Gżdacz


Nie wszyscy wiedzą, że jest wiele wszechświatów. Są wszechświaty Grube i Chude, Kolorowe i Nadmuchiwane, Mrugające i Odrzutowe. Są też wszechświaty bardzo nieduże, a ten, który zamieszkują Gżdacze, jest najlepszym i najmniejszym ze znanych wszechświatów.
Otóż każdy taki wszechświat jest sobie całkowicie osobno i na ogół nie spotykają się ze sobą w żadnym punkcie, ale jak się spotkają, to taki punkt nazywa się Dziurą Kosmiczną.
Wszechświat Gżdaczy był tak mały, że kiedy spotkał się z naszym normalnym wszechświatem, to zrobiła się bardzo maleńka Dziurka Kosmiczna, przez którą mógł się przecisnąć jedynie najmniejszy ze wszystkich Gżdaczy.
W gruncie rzeczy pozostałe większe i dorosłe Gżdacze nie bardzo miały ochotę wybierać się w jakiś inny świat, uważając, że jest im dobrze tam, gdzie są, tylko właśnie jeden, jedyny, najmniejszy Gżdacz postanowił przecisnąć się przez Dziurkę. Zwany był on przez swych znajomych Wiercącym się Gżdaczem lub Nieustannie Fruwającym Gżdaczem (wszystkie Gżdacze mają pomarańczowe skrzydła) albo nawet Wyjątkowo Wścibskim Gżdaczem, sam zaś często myślał o sobie jako o Gżdaczu Żądnym Wiedzy.
Często się zdarza, że to, co mamusia uważa za wadę, my uważamy za zaletę i tak też było w wypadku małego Gżdacza.
Mamusia oczywiście chciała, żeby mały Gżdacz był żądny wiedzy, ale twierdziła, że jeśli ktoś na przykład nie myje uszu, żeby sprawdzić, czy ogłuchnie, to to nie jest żądza wiedzy, tylko głupia ciekawość.
W każdym razie mały Gżdacz skorzystał z nieuwagi starszych i przecisnął się na drugą stronę Kosmicznej Dziurki.
A po drugiej stronie akurat była Wielka Narada pod Auspicjami (Auspicje leżą niedaleko Krakowa).
Więc pod tymi Auspicjami siedzieli różni bardzo mądrzy uczeni i myśleli, co to takiego ta dziura, aż tu nagle wyfrunął z niej mały Gżdacz!
- Kto ty jesteś? - zapytali chórem uczeni.

Kiedy biegam, to jestem biegaczem,
kiedy fruwam, to jestem fruwaczem,
kiedy się boję, to jestem baczem,
a tak w ogóle to jestem Gżdaczem.
Więc podziwiaj mnie i patrz:
Jestem fruwający Gżdacz!


- odpowiedział mały Gżdacz i zakręcił młynka w powietrzu, a potem zatrzepotał«skrzydłami i poleciał w kierunku Krakowa.
Uczeni postali jeszcze trochę nad dziurą, ale ponieważ nic więcej z niej nie wylazło, to sobie poszli.
A tymczasem mały Gżdacz przyleciał do lasu. Bardzo się zawstydził uczonych, którzy przyglądali mu się badawczo, i może dlatego tak szybko uciekł, ile sił w pomarańczowych skrzydłach.
Chociaż był bardzo wścibski, to wcale nie lubił, żeby inni przyglądali mu się badawczo i znacząco chfząkali, bo wtedy z zakłopotania skrzydła robiły mu się całkiem fioletowe.
Ale ledwie przyleciał do lasu, znowu ktoś znacząco chrząknął. Była to wrona, która jeszcze nigdy nie widziała, żeby ktoś miał pomarańczowe skrzydła.
- Coś podobnego - powiedziała - coś podobnego! No, no - powtórzyła jeszcze raz: - coś podobnego! - Przyjrzała się Gżdaczowi dokładnie, ponownie chrząknęła i oświadczyła stanowczo: - Coś podobnego!
- To samo chciałam powiedzieć - zaskrzeczała druga wrona, która nadleciała z przeciwka - coś podobnego!
Gżdacz był już trochę zmęczony, więc choć obie wrony patrzyły prawie tak samo badawczo jak uczeni, zapytał grzecznie:
- Czy mógłbym dostać gdzieś tutaj odrobinę tiritongi?
- Coś podobnego! Jakiej znowu tiritongi? - zapytały wrony i spojrzały po sobie.
- W moim wszechświecie - odpowiedział Gżdacz - wszystkie Gżdacze jedzą tiritongę.
- Ach, więc to jest Gżdacz? - wrzasnęły wrony i poleciały pochwalić się, że widziały prawdziwego Gżdacza żywiącego się tiritongą.
„Bardzo nieładnie, że tu nigdzie nie ma tiritongi i że wszyscy dziwią się moim pomarańczowym skrzydłom” - pomyślał sobie Gżdacz.
Wzbił się trochę wyżej i zobaczył chłopca, który siedział na polanie w lesie i płakał. Podfrunął więc do niego i zapytał:
- Dlaczego ty ciekniesz? (Ponieważ Gżdacze nie płaczą nigdy, nie wiedział, że to są łzy).
- Dlatego, że się zgubiłem - odpowiedział chłopczyk. - A kto ty jesteś?

Kiedy biegam, to jestem biegaczem,
kiedy fruwam, to jestem fruwaczem,
kiedy się boję, to jestem baczem,
a tak w ogóle to jestem Gżdaczem.
Więc podziwiaj mnie i patrz:
Jestem fruwający Gżdacz!


- A ja jestem chłopczyk - powiedział chłopczyk - i zgubiłem mamę, kiedy szukaliśmy grzybów na obiad.
- Czy grzyby to coś w rodzaju tiritongi?
- Nie wiem, co to jest tiritonga, ale grzyby są do jedzenia.
- Tiritonga jest właśnie do jedzenia - odpowiedział Gżdacz. - Jeżeli nie wiesz, gdzie jest twoja mama, to poleć do góry i rozejrzyj się dokoła.
- Przecież nie mam skrzydeł - zmartwił się chłopczyk i rozpłakał się jeszcze bardziej.
- Przestań cieknąć - zawołał Gżdacz - ja jestem doskonałym fruwaczem!
Wzbił się bardzo wysoko i zobaczył na skraju lasu mamusię chłopczyka, która stała i wołała:
- Hop, hop!
- Hop, hop! - zawołał Gżdacz. Zatoczył wielkie koło i usiadł na gałęzi naprzeciwko mamusi chłopczyka.
- Chłopczyk siedzi na polance i musimy się śpieszyć, bo bardzo wycieka - powiedział.
Więc mamusia chłopczyka poszła szybko we wskazanym kierunku, a Gżdacz fruwał do góry i na dół, żeby przypadkiem nie pomyliła drogi.
A kiedy było po kłopocie i chłopczyk spotkał swoją mamusię, a mamusia swego chłopczyka, Gżdacz zapytał, gdzie mógłby dostać tiritongę.
Niestety, grzyby - to nie była tiritonga, więc pożegnał się grzeczni^, żeby zdążyć na obiad do swojego wszechświata. Poleciał do dziury pod Auspicjami i śpieszył się tak bardzo, że spóźnił się tylko troszeczkę i jego tiritonga była całkiem ciepła.
Mamusia wcale się nie gniewała.
- Wiesz, mamusiu - powiedział Gżdacz - we Wszechświecie, po drugiej stronie Dziury Kosmicznej, też są mamusie.
- Tyle razy ci mówiłam, żebyś nie fruwał za daleko - powiedziała mamusia. Ale tak naprawdę, to się wcale nie gniewała.

Awatar użytkownika
Miria
Początkujący
Posty: 132
Rejestracja: 28.08.07, 20:51

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Miria » 18.11.07, 00:01

Jeanette Winterson, "Podtrzymywanie światła"

Charles Darwin opublikował swoje "O powstawaniu gatunków", a Richard Wagner ukończył swoją operę "Tristan i Izolda". Jedno i drugie traktuje o początkach świata.
Darwin - obiektywny, naukowy, empiryczny, obliczalny.
Wagner - subiektywny, poetycki, intuicyjny, tajemniczy.

W "Tristanie" świat kurczy się do rozmiarów łódki, łóżka, latarni, napoju miłosnego, rany. Świat, który się mieści w jednym słowie - Izolda.
Romantyczny solipsyzm głoszący, że nie istnieje nic prócz nas dwojga, nie mógł być dalszy od bogactwa i mnogości odmian teorii świata żywego Darwina. Tutaj świat i wszystko w nim powstaje i przeobraża się, niezmordowanie i bezustannie. Żywotność natury jest amoralna i niewrażliwa; słabi umierają, silni przeżywają.
Tristan, słaby i ranny, powinien był umrzeć. Miłość go uzdrowiła. Miłość nie jest elementem doboru naturalnego.
Gdzie się zaczęła miłość? Jaka była ta ludzka istota, która spojrzała na inną ludzką istotę i zobaczyła w jej twarzy lasy i morze? Czy był to jasny dzień, kiedy śmiertelnie wyczerpany wlokłeś do domu strawę, ze świeżymi ranami, pokiereszowany bliznami, zobaczyłeś żółte kwiaty i sam nie wiedząc co robisz, zerwałeś je, bo ja cię kocham?

W skamielinowym zapisie naszego istnienia nie ma ani śladu miłości. Nie znajdziesz jej w objęciach skorupy ziemskiej, czekającej, aż ją odkryją. Długie kości naszych przodków nie ujawniają niczego z ich serc. Ich ostatni posiłek utrwalił się czasem w torfie albo lodzie, ale ich myśli i uczucia przepadły.

(...)
Zawołam cię; rozpalimy ogień, napijemy się wina i rozpoznamy się w miejscu, które należy do nas. Nie czekaj. Nie zostawiaj tej historii na później.
Życie jest takie krótkie. Ten odcinek morza i piasku, ten spacer po wybrzeżu, zanim fala przypływu ukryje to wszystko, co udało nam się dotąd zrobić.
Kocham cię.
Dwa najtrudniejsze słowa na świecie.
Ale co jeszcze mogę powiedzieć?
"Odchodzę do moich spraw Dziś w nocy urodzi się
gwiazda Hamlet Nigdy się nie spotkamy
to co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem tragedii

Ani mam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach
a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę"

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

C.S. Lewis: Wewnętrzny krąg

Postautor: Arthur Weasley » 22.11.07, 14:01

Clive S. Lewis
WEWNĘTRZNY KRĄG

Odczyt wygłoszony w King's College w Londynie, 1944

Na wstępie chciałbym zacytować fragment Wojny i pokoju Tołstoja – część III, rozdział IX.

Gdy Borys wszedł do pokoju, książę Andrzej słuchał starego generała, ubranego w mundur galowy z dystynkcjami. Składał on księciu jakiś raport, a na jego czerwonej twarzy widniał wyraz żołnierskiej służalczości.
- Dość! Poczekaj, proszę!
Książę Andrzej wypowiedział te słowa po rosyjsku z francuskim akcentem, z jakim mówił zwracając się do kogoś z pogardą. Dostrzegłszy Borysa, przestał słuchać generała, który dreptał za nim błagalnie, prosząc o posłuchanie. Książę odwrócił się jednak w stronę Borysa z łagodnym uśmiechem i skinieniem głowy. Borys wyraźnie zrozumiał to, czego dotychczas jedynie się domyślał: że obok systemu dyscypliny i podporządkowania, który tworzyły przepisy obowiązujące w armii, istnieje inny, jeszcze bardziej realny system. System, który zmusza generała o czerwonej twarzy, ubranego w galowy mundur zapięty na ostatni guzik, by w postawie wyrażającej szacunek czekał na swą kolej, gdy książę Andrzej, zwykły kapitan, rozmawia z prostym nadporucznikiem – Borysem. Borys natychmiast postanowił, że nie będzie się kierował systemem oficjalnym, lecz drugim, niepisanym.


Ponieważ poprosiliście o wygłoszenie tego odczytu moralistę w średnim wieku, przypuszczam – jakkolwiek może się to wydawać nieprawdopodobne – że musicie lubić morały prawione przez człowieka w średnim wieku. Uczynię, co w mojej mocy, by zaspokoić wasze pragnienia.
W rzeczy samej udzielę wam rady na temat świata, w którym przyjdzie wam żyć. Nie oznacza to, że będę mówił o tak zwanych sprawach aktualnych. O aktualnej sytuacji wiecie przypuszczalnie tyle samo, co ja. Nie zamierzam wam mówić, jaką rolę powinniście odegrać w odbudowie powojennego świata – a jeśli już, to w tak ogólnej formie, że nie dostrzeżecie podobieństwa. Jest bardzo mało prawdopodobne, by ktoś z was mógł wywrzeć bezpośredni wpływ na sprawę pokoju lub pomyślności Europy. Będziecie raczej zajęci poszukiwaniem pracy, będziecie zawierali małżeństwa, gromadzili fakty. Mam zamiar uczynić coś bardziej staromodnego, niż się zapewne spodziewaliście.
Udzielę wam rady. Udzielę wam ostrzeżenia. Dam wam radę i udzielę ostrzeżenia dotyczącego spraw tak odwiecznych, że nikt nie określa ich mianem aktualnej sytuacji.
Oczywiście każdy wie, przed czym taki moralista w średnim wieku jak ja może ostrzegać młodych: na pewno będzie ich ostrzegał przed światem, ciałem i szatanem. Na dziś wystarczy, jeśli zajmę się tylko jednym z tej trójki. Od diabła powinienem trzymać się z daleka. W opinii publicznej jestem kojarzony z nim w większym stopniu niż bym sobie tego życzył – w niektórych środowiskach doszło już do pełnego pomieszania nas, jeśli nie do pełnej identyfikacji. Zaczynam rozumieć stare przysłowie, że kto chce jeść z diabłem z jednej miski, potrzebuje długiej łyżki. Jeśli chodzi o ciało, bylibyście bardzo nietypowymi młodymi ludźmi, gdybyście nie wiedzieli o nim tyle samo, co ja, a nawet więcej. Sądzę jednak, że mam wam coś do powiedzenia na temat świata.
We fragmencie Wojny i pokoju Tołstoja, który właśnie przeczytałem, młody porucznik Borys Dubrecki odkrywa, że w armii rosyjskiej istnieją dwa odrębne systemy władzy czy hierarchie.
Zasady jednego z nich zostały wydrukowane w małej czerwonej książeczce i każdy mógł je przeczytać. Posiadały trwały i niezmienny charakter. Generał był zawsze wyższy rangą od pułkownika, a pułkownik od kapitana.
Zasady drugiego systemu nie zostały nigdzie opublikowane. Nie była to jakaś tajemnicza wspólnota oficerów, kierująca się zasadami, o których powiedziano by ci, gdybyś został do niej przyjęty. Do tego kręgu nigdy nie zostaniesz przyjęty wprost, w sposób formalny. Stopniowo zaczniesz odkrywać jego istnienie (choć nie będziesz w stanie go zdefiniować) i spostrzegać, że znajdujesz się na zewnątrz niego – później zaś, być może, że znalazłeś się już w jego wnętrzu. Posiada on własne sygnały, odpowiadające wojskowym hasłom, lecz one również są spontaniczne i nieformalne. Własny język, posługiwanie się ksywkami, aluzyjny sposób prowadzenia rozmowy – to jego typowe wyróżniki. Nie ma on jednak charakteru stałego. W przypadku niektórych osób trudno ustalić, czy znajdują się w środku, czy na zewnątrz. Oczywiście niektórzy ludzie są wewnątrz, inni zaś wyraźnie na zewnątrz niego, zawsze jednak kilka osób znajduje się na granicy. Gdybyś po sześciu miesiącach nieobecności powrócił do tego samego sztabu, brygady czy pułku, a nawet do tego samego grona osób, mógłbyś stwierdzić, że nieformalna hierarchia ulega odwróceniu. Nie istnieje w niej coś takiego jak formalne przyjęcie czy formalne wykluczenie. Ludzie sądzą, że znajdują się w jego wnętrzu, dopóki nie zostaną z niego wypchnięci lub dopóki nie pozwoli im się na wejście, co zwykle jest źródłem wielkiego zdziwienia tych, którzy naprawdę do niego należą.
System ten nie posiada żadnej stałej nazwy. Pewne jest jedynie, że różnie go nazywają ludzie będący wewnątrz i na zewnątrz. Patrząc od wewnątrz można go w prostych przypadkach opisać przy pomocy zwyczajnego wyliczenia: ja, ty i Tony. Jeśli oznacza się on dużym poczuciem bezpieczeństwa, a grono członków jest stosunkowo stałe, mówią oni o sobie po prostu: my. Gdy zaś musi zostać nagle poszerzony, by sprostać konkretnemu wyzwaniu, określają siebie mianem wszystkich rozsądnych ludzi, którzy się tutaj znajdują. Jeśli znajdujesz się na zewnątrz i utraciłeś nadzieję dostania się do środka, możesz określać go takimi słowami jak banda, oni, Bill i jego ludzie, klika lub wewnętrzny krąg. Jeśli jesteś potencjalnym kandydatem do przyjęcia w poczet jego członków, prawdopodobnie nie nazwiesz go żadnym mianem. Gdybyś rozmawiał o nim z innym człowiekiem znajdującym się na zewnątrz, czułbyś się całkowicie mu obcy, zaś wspomnienie o jego istnieniu człowiekowi, który znajduje się wewnątrz i który – gdyby wasza rozmowa wypadła pomyślnie – może ci pomóc dostać się do środka, byłoby szaleństwem.
Choć mój opis nie jest doskonały, mam nadzieję, że wszyscy zrozumieliście, co mam na myśli. Oczywiście nie dlatego, byście służyli w armii rosyjskiej czy w jakiejkolwiek armii świata. Mimo to jestem pewien, że mieliście już do czynienia ze zjawiskiem wewnętrznego kręgu. Odkryliście go z pewnością w waszym uniwersyteckim akademiku przed końcem pierwszej sesji egzaminacyjnej. Gdy pod koniec drugiego roku znaleźliście się w jego wnętrzu, odkryliście, że istnieje w nim kolejny jeszcze bardziej wewnętrzny krąg, który z kolei był elementem skrajnym wielkiego kręgu uniwersyteckiego, którego satelitami były mniejsze kręgi rozsiane po akademikach. Możliwe, że krąg uniwersytecki stykał się z kręgiem absolwentów. W taki to sposób zaczęliście się przedzierać przez kolejne warstwy cebuli.
Zjawisko to występuje z pewnością również na waszym uniwersytecie. Chyba się nie pomylę, domniemując, że na tej sali znajduje się kilka niewidocznych dla mnie kręgów? Mogę was zapewnić, że w każdym szpitalu, w każdej korporacji adwokackiej, w każdej diecezji, szkole, firmie czy college'u, do jakiego traficie, istnieją takie wewnętrzne kręgi – zjawisko, które Tołstoj określa mianem drugiego, niepisanego systemu.
Wszystko to jest raczej oczywiste. Ciekaw jestem, co powiecie o moim następnym wniosku. Jestem przekonany, że w pewnym okresie życia mężczyzny – a w wielu przypadkach od niemowlęctwa aż po późną starość – jednym z dominujących czynników jest pragnienie znajdowania się wewnątrz lokalnego kręgu i przerażenie na myśl, że mogą zostać z niego wykluczeni. Pragnienie to w jednej ze swych form zostało wyczerpująco opisane w literaturze. Mam na myśli zjawisko snobizmu. Powieść wiktoriańską licznie zaludniają postacie, których jedynym motorem działania jest pragnienie dostania się do wnętrza jakiegoś kręgu, jakiegoś towarzystwa.
Należy jednak pamiętać, że tak rozumiane towarzystwo jest zaledwie jednym z setek wewnętrznych kręgów, zaś snobizm tylko jedną z postaci pragnienia dostania się do środka. To samo pragnienie, lecz w innej formie, może niszczyć ludzi wolnych od snobizmu i z poczuciem wyższości czytających satyry na jego temat. Siła pragnienia dostania się do zupełnie innego kręgu czyni ich niewrażliwymi na powaby wyższych sfer. Zaproszenie od księżnej jest marnym pocieszeniem dla człowieka cierpiącego z powodu wykluczenia z jakiejś komunistycznej koterii. Ktoś inny nie chce przebywać w wielkich jasno oświetlonych salach, nie pragnie szampana, atmosfery skandali ni prestiżu gabinetu ministra, bo wystarczy mu maleńkie poddasze czy pracownia, pochylone głowy przyjaciół, dym papierosów i cudowna świadomość, że oni czterej skuleni wokół piecyka są tymi, którzy wiedzą.
Zazwyczaj pragnienie to jest tak dobrze ukryte, że niemal nie zdajemy sobie sprawy z przyjemności spełnienia. Mężczyźni tłumaczą się przed żonami (i przed sobą), że wcale nie chcą zostawać do późna w biurze czy szkole, by przygotować jakąś ważną pracę, ale muszą, ponieważ są jedynymi ludźmi, którzy wiedzą, jak ją należy wykonać. Nie jest to do końca prawdą. Stary Fatty Smithson, który bierze cię na bok i szepcze do ucha:
- Słuchaj, chcielibyśmy cię jakoś wkręcić w ten egzamin.
lub
- My z Charliem od razu wiedzieliśmy, że powinieneś być w komitecie!
jest okropnie nudny. Naprawdę okropnie nudny... o ileż okropniejsze byłoby pozostanie na zewnątrz! Strata sobotnich popołudni może być bardzo męcząca i niezdrowa, lecz dysponowanie wolnym weekendem tylko dlatego, że się nie liczysz, jest znacznie gorsze.
Freud uznałby to wszystko za sprytny wybieg popędu seksualnego. Nie jestem jednak pewien, czy patrzymy w lunetę z właściwego końca – czy w czasach dominacji stosunków pozamałżeńskich więcej dziewictwa utracono z powodu posłuszeństwa Wenus, czy z powodu posłuszeństwa pokusie należenia do jakiejś wewnętrznej grupy. W czasach, gdy stosunki pozamałżeńskie są modne, ludzie zachowujący czystość są outsiderami. Nie mają pojęcia o tym, czego doświadczają. Nie przeszli inicjacji. W przypadku spraw mniej ważnych zapewne bardzo wielu jest ludzi, którzy z tego powodu zapalili pierwszego papierosa lub pierwszy raz się upili.
Muszę teraz wprowadzić pewne bardzo ważne rozróżnienie.
Nie uważam, by istnienie owych wewnętrznych kręgów było złe. Z pewnością jest to rzecz, której nie da się uniknąć. To, że pewne dyskusje muszą być prowadzone w sposób poufny, również nie jest czymś złym. To, że między ludźmi, którzy blisko ze sobą współpracują, tworzą się osobiste przyjaźnie, samo w sobie jest rzeczą dobrą. Poza tym może się okazać niemożliwe, by oficjalna struktura organizacji w pełni odpowiadała jej faktycznemu funkcjonowaniu. Gdyby najwyższe stanowiska zawsze zajmowali ludzie najmądrzejsi i najbardziej dynamiczni, obydwa systemy dokładnie by się pokrywały. Ponieważ jednak zazwyczaj tak się nie dzieje, na najwyższych stanowiskach często znajdują się ludzie ograniczeni, zaś na niższych stanowiskach ważniejsi niż mogłaby na to wskazywać ich pozycja i miejsce w hierarchii. Choć zjawisko to ma charakter konieczności, wcale nie musi być złe.
Jednak całkiem inną sprawą jest pragnienie, które ciągnie nas do wnętrza jakiegoś kręgu. Jakaś rzecz może sama w sobie być moralnie obojętna, a mimo to jej pragnienie może być niebezpieczne. Byron napisał:
Słodkie jest dziedzictwo, jakże słodką rzeczą
Nieoczekiwana śmierć wiekowej damy.

W istocie spokojna śmierć pobożnej krewnej w podeszłym wieku nie jest złą rzeczą. Jednak pragnienie jej śmierci odczuwane przez jej spadkobierców nie jest właściwe, prawo zaś z całą surowością traktuje nawet najdelikatniejsze próby przyspieszenia jej odejścia. Podobnie ma się sprawa z wewnętrznymi kręgami i naszymi pragnieniami z nimi związanymi. Zjawisko to ma charakter nieunikniony, jest niewinnym rysem naszego życia (choć trudno go uznać za piękny). Jak jednak ocenić nasze pragnienie dostania się do ich wnętrza, przyjemność, jaką odczuwamy, gdy się w nich znajdziemy, i ból, gdy zostaniemy z nich wykluczeni?
Nie mam prawa zakładać, w jakim stopniu każdy z was pójdzie na kompromis. Nie mogę podejrzewać, że zaniedbaliście i porzuciliście przyjaciół, których naprawdę kochaliście i którzy mogli wam wystarczyć na całe życie, by zdobyć przyjaźń tych, którzy wydawali wam się ważniejsi, bardziej tajemniczy. Nie wolno mi pytać, czy kiedykolwiek czerpaliście ukrytą radość z poczucia samotności i upokorzenia ludzi znajdujących się na zewnątrz, podczas gdy wy sami znajdowaliście się w środku. Nie mogę snuć przypuszczeń, że rozmawialiście z innym członkiem wewnętrznego kręgu w obecności człowieka z zewnątrz tylko po to, by w tym ostatnim wzbudzić zazdrość. Nie mogę również zakładać, że sposoby, za pomocą których pozyskaliście sobie członków wewnętrznego kręgu, zawsze były godne pochwały.
Zadam tylko jedno pytanie, będzie to oczywiście pytanie retoryczne, na które nie oczekuję odpowiedzi. Czy pragnienie znajdowania się po właściwej stronie niewidzialnej linii skłoniło was kiedykolwiek do zrobienia lub powiedzenia czegoś, czego żałowalibyście podczas bezsennej nocy?
Jeśli nie, to mieliście więcej szczęścia od innych.
Obiecałem jednak, że udzielę wam rady, zaś rada powinna dotyczyć przyszłości, a nie przeszłości. Zwróciłem wam uwagę na przeszłość jedynie po to, by obudzić w was świadomość tego, co jest moim zdaniem istotą ludzkiego życia. Nie wierzę, by motywy ekonomiczne lub seksualne tłumaczyły wszystkie wydarzenia zachodzące w tym, co my, moraliści, nazywamy światem. Pragnienie ekskluzywności, chęć znajdowania się w środku, przybiera wiele form, które czasem trudno rozpoznać jako ambicję. Bez wątpienia z każdym wewnętrznym kręgiem, jaki penetrujemy, wiążemy nadzieję wymiernych zysków – władzy, pieniędzy, wolności łamania zasad, unikania rutynowych obowiązków, rozluźnienia dyscypliny – jednak wszystko to nie zadowoli nas, jeśli oprócz tego nie doświadczymy wspaniałego uczucia sekretnej intymności. Wygodnie jest wiedzieć, że nie trzeba się obawiać oficjalnej nagany ze strony zwierzchnika, ponieważ jest to stary Percy, kolega należący do naszego wewnętrznego kręgu. Nie uznajemy jednakże intymności za wartość jedynie ze względu na wygodę – w równym stopniu cenimy wygodę jako dowód zażyłości i intymności.
Głównym celem mego wystąpienia jest przekonanie was, że pragnienie znajdowania się w wewnętrznym kręgu jest jednym z głównych czynników kierujących ludzkimi działaniami. Jest to jedna z sił, które tworzą znany nam świat - całe to kłębowisko zmagań, współzawodnictwa, zamętu, przekupstwa, rozczarowań i uprzedzeń. Tego możecie być zupełnie pewni. Jeśli nie podejmiecie odpowiednich środków zapobiegawczych, pragnienie to stanie się jedną z głównych sił działających w waszym życiu od dnia, w którym rozpoczniecie pracę, po dzień, w którym będziecie już za starzy, by wam na czymkolwiek zależało. Stanie się to w sposób naturalny – życie samo was do tego doprowadzi. Każdy inny styl życia, będący rezultatem świadomego wyboru, wymaga stałych wysiłków. Jeśli nic w tej sprawie nie uczynicie, jeśli będziecie się unosić z prądem, staniecie się niewolnikami wewnętrznych kręgów. Nie oznacza to, że odniesiecie sukces, choć może się tak stać. Niezależnie jednak od tego, czy nigdy nie dostaniecie się do wnętrza, czy też będziecie się zwycięsko przedzierać do kolejnych warstw, będziecie poddani działaniu tej siły.
Mam nadzieję, że dałem wam wystarczająco wyraźnie do zrozumienia, iż byłoby lepiej dla was, abyście takimi ludźmi nie byli. Być może niczego jeszcze w tej sprawie nie postanowiliście i jesteście otwarci na różne pytania. Dlatego wskażę dwa powody, by myśleć podobnie jak ja.
Sądzę, że byłoby z mojej strony uprzejme i wspaniałomyślne – a także rozsądne, biorąc pod uwagę wasz wiek – założyć, że nikt z was nie jest jeszcze łotrem. Z drugiej strony na podstawie zwykłej statystyki (nie wypowiadam się tu na temat tak zwanej wolnej woli) można mieć niemal pewność, że przynajmniej dwóch lub trzech z was w przyszłości stanie się takimi ludźmi. Na tej sali musi być dość materiału na taką liczbę pozbawionych skrupułów i empatii zdradliwych egoistów. Nadal możecie dokonać wyboru.
Mam nadzieję, że nie zrozumiecie moich surowych słów jako braku szacunku dla charakteru, który teraz posiadacie.
Moje proroctwo jest następujące: w przypadku dziewięćdziesięciu procent obecnych tutaj osób decyzja, która w konsekwencji może prowadzić do znikczemnienia, nie będzie miała dramatycznego charakteru. Niemal na pewno nie pojawią się w waszym życiu ludzie źli do szpiku kości, starający się pozyskać was groźbą lub przekupstwem. Wybory te pojawią się, gdy będziecie sączyli drinka czy pili filiżankę kawy, zjawią się skryte pod pozorem trywialności, ukryte między żartami. Słowa stawiające was przed decyzją wyboru padną z ust mężczyzny lub kobiety, których niedawno poznaliście (i których mieliście nadzieję poznać lepiej) w chwili, gdy za wszelką cenę będziecie się starali nie okazać się ludźmi pozbawionymi ogłady, naiwniakami czy fanatykami. Poczujecie, że coś jest sprzeczne z zasadami gry fair. Pogrążony w niewiedzy i romantycznych ideałach w ogóle tego nie zauważy. Nie zauważą nawet inni profesjonaliści spoza waszego kręgu zawodowego. A choćby i zauważyli, nie zadadzą sobie trudu, by zastanawiać się czy narzekać z powodu czegoś tak mało istotnego.
Będzie to coś, o czym wasz nowy przyjaciel powie:
- My zawsze...
Gdy usłyszycie: my, będziecie się z całej siły powstrzymywali, by nie wybuchnąć radością. W ten sposób zostaniecie wciągnięci do środka (zakładając, że tak się rzeczywiście stanie) nie z pragnienia zysku czy uniknięcia trudności, lecz dlatego, że wasze usta znajdowały się zbyt blisko krawędzi pucharu, byście mogli znieść myśl o powrocie do zimnego zewnętrznego świata. Byłoby rzeczą okropną zobaczyć, jak serdeczna, pełna zaufania, szlachetnie uduchowiona twarz przyjaciela nagle staje się pełna chłodu i pogardy – ujrzeć, że pomimo starań nie przyjęto cię do wewnętrznego kręgu i zostałeś odrzucony. Później, za tydzień lub dwa, gdy już znajdziecie się wewnątrz kręgu, odejdziecie od obowiązujących zasad troszeczkę dalej. Za rok jeszcze dalej. Wszystko to będzie się odbywało w jak najradośniejszej, jak najbardziej przyjaznej atmosferze.
Może się to skończyć katastrofą, skandalem lub popełnieniem przestępstwa. Równie dobrze jednak może doprowadzić do zarobienia milionów, uzyskania szlachectwa i zaszczytu rozdawania nagród w waszej starej szkole. Będziecie jednak łotrami.
Taki jest więc pierwszy powód: pragnienie dostania się do wewnętrznego kręgu najskuteczniej spośród wszystkich ludzkich namiętności skłania człowieka, który nie jest jeszcze wielkim łotrem, do czynienia rzeczy bardzo złych.
Powód drugi jest następujący: kara wymierzona Danaidom w Tartarze, polegająca na napełnianiu wodą beczki z dziurą w dnie, jest symbolem nie jednego, lecz wszystkich grzechów – najważniejszą cechą każdego perwersyjnego pragnienia jest zabieganie o uzyskanie czegoś, czego się nigdy nie zdobędzie. Pragnienie znalezienia się wewnątrz niewidzialnego kręgu doskonale ilustruje tę zasadę. Dopóki będzie ono wami rządzić, nigdy nie otrzymacie tego, czego pragniecie. Jeśli będziecie starali się obrać ze skóry cebulę, w końcu odkryjecie, że nic z niej nie zostało. Dopóki nie przezwyciężycie lęku przed uznaniem was za outsiderów, będziecie nimi.
Jeśli się nad tym zastanowić, sprawa jest prosta. O ile pragniecie wejść do jakiegoś wewnętrznego kręgu z ważnego powodu, powiedzmy chcecie wstąpić do jakiegoś towarzystwa muzycznego, ponieważ naprawdę kochacie muzykę, da wam to możliwość uzyskania satysfakcji. Może na przykład zaczniecie grać w kwartecie i będzie wam to sprawiać radość. O ile jednak pragniecie wyłącznie sławy i rozgłosu, przyjemność, której doświadczycie, będzie krótkotrwała. Wewnętrzny krąg oglądany od środka nie może posiadać takiego uroku, jaki go otacza, gdy się go obserwuje z zewnątrz.
Już sam fakt przyjęcia powoduje, że traci ono swój magiczny urok. Gdy przeminie pierwszy czar nowości, członkowie wewnętrznego kręgu przestaną być bardziej interesujący od waszych dawnych przyjaciół. Dlaczego mieliby być bardziej interesujący? Przecież nie szukaliście tego, co może przynieść prawdziwe zadowolenie - szlachetności, oddania, radosnego humoru, nauki i mądrości. Pragnęliście jedynie znaleźć się w środku, a ta przyjemność z natury swej jest nietrwała. Gdy rutyna sprawi, że znudzą ci się twoi nowi koledzy, zaczniesz się rozglądać za kolejnym kręgiem. Wierzchołek będzie jednak ciągle przed tobą. Stary krąg będzie teraz jedynie szarym tłem nowych kręgów, do których będziesz chciał wkroczyć.
Po jakimś czasie odkryjesz, dlaczego trudno jest do nich wejść. Gdy sam znajdziesz się w środku, będziesz się starał utrudnić wejście do środka tym, którzy pozostali na zewnątrz, podobnie jak kiedyś utrudniano tobie. To naturalne. W każdej zdrowej grupie ludzi, która powstała w imię jakiegoś dobrego celu, wykluczenia innych stanowią w pewnym sensie produkt uboczny. Trzej czy czterej ludzie, którzy trzymają się razem z powodu wykonywanej przez siebie pracy, eliminują innych, ponieważ wystarczy jej tylko dla nich lub też inni nie potrafią jej dobrze wykonać. Małe towarzystwo muzyczne, do którego należysz, ogranicza liczbę członków, ponieważ sala, w której się zbierają, ma określoną pojemność. Jednak każdy wewnętrzny krąg wykluczeniu zawdzięcza swoje istnienie. Gdyby na zewnątrz nie było ludzi, nie byłoby to zabawne. Niewidzialna linia nie miałaby żadnego znaczenia, gdyby większość ludzi znajdowała się po niewłaściwej stronie. Tu zatem wykluczenie nie jest rzeczą przypadkową – należy do istoty wewnętrznego kręgu.
Pragnienie dostania się do wewnętrznego kręgu złamie wam serce, jeśli go sobie nie podporządkujecie. Jeśli to jednak uczynicie, pojawią się zdumiewające rezultaty.
Jeśli w ramach godzin pracy uczynicie swoim celem pracę, odkryjecie, że należycie do jedynego kręgu, który w waszym zawodzie naprawdę się liczy. Staniecie się prawdziwymi profesjonalistami i inni prawdziwi profesjonaliści będą o tym wiedzieli. Grono prawdziwych profesjonalistów nie będzie w żadnej mierze pokrywać się z jakimś wewnętrznym kręgiem czy z grupą ludzi, których trzeba znać. Nie będzie miało takiego wpływu na politykę personalną, nie będzie też w takim stopniu walczyło z opinią publiczną o prawa określonej grupy zawodowej. Z drugiej strony nie będzie wywoływało cyklicznych skandali i okrzyków sprzeciwu, jaki rodzi istnienie wewnętrznego kręgu. Ludzie ci będą jednak wykonywali pracę, z powodu której dana profesja istnieje – nie może tego zapewnić żadna reklama – i na dłuższą metę to od nich właśnie będzie zależało, jakim szacunkiem jest ona otaczana.
A jeśli w wolnym czasie będziesz przebywać z ludźmi, których lubisz, ponownie odkryjesz, że nieświadomie dotarłeś do prawdziwego wnętrza – znalazłeś się w centrum czegoś, co obserwowane z zewnątrz wygląda dokładnie tak jak wewnętrzny krąg. Różnica polega jednak na tym, że ów sekretny charakter wspólnoty jest teraz przypadkowy, że wykluczenie innych jest jedynie produktem ubocznym i że pokusa ekskluzywności nie skłoniła nikogo do wejścia – wspólnotę tworzą bowiem cztery czy pięć osób, które lubią się spotykać i wspólnie robić to, co sprawia im przyjemność. To jest przyjaźń. Arystoteles zaliczał ją do cnót. To właśnie przyjaźń dostarcza połowy szczęścia doświadczanego na tym świecie, czego nie da wam żaden wewnętrzny krąg.
Z Biblii dowiadujemy się, że ci, którzy proszą, otrzymują. Jest to prawdą w wielu znaczeniach, których teraz nie mogę omówić. Jednakże wiele prawdy kryje się też w uczniowskim powiedzeniu, że kto prosi, ten nie otrzymuje. Młodemu człowiekowi wkraczającemu w dorosłe życie świat wydaje się pełen wewnętrznych kręgów, pełnych intymnych zażyłych związków, i pragnie on dostać się do ich wnętrza. Jeśli jednak posłucha tego pragnienia, nie dotrze do żadnego wnętrza, które byłoby warte jego dążeń. Prawdziwa droga wiedzie w zupełnie inną stronę. Przypomina ona dom w Alicji po drugiej stronie lustra.
Ostatnio zmieniony 01.10.08, 11:14 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 6 razy.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 30.11.07, 10:52

Jerzy Jurandot
Z CZEGO LUDZIE DZIŚ ŻYJĄ?


Ja tak myślę i myślę:
Z czego ludzie dziś żyją?
Oni są eleganccy,
Oni jedzą i piją,
Oni grają w ping-ponga,
Oni jeżdżą na nartach,
Oni tańczą, kochają
I szachrują przy kartach,
Oni palą, głosują,
Piszą weksle, nie płacą,
Przede wszystkim zaś żyją.
Zastanawiam się: za co?
I ja patrzę na smoking,
W który jestem ubrany,
I zaczynam rozumieć,
Gdzie jest pies pogrzebany:

Gdzieś na farmie w Australii
Biorą wełnę od owcy,
Z tego żyje hodowca
I rodzina hodowcy,
Ten, co owiec pilnuje
I ten, który je pasie,
I ten, który je strzyże
We właściwym im czasie,
Ten, co wełnę sortuje
Już po zdjęciu jej z owiec,
Ten, co już sortowaną
Wiezie stąd na parowiec.

Na parowcu jest radość i ogólne wzruszenie,
Bo tam z tego żyć będą ludzie, których wymienię:

Pan kapitan, pan sternik,
Radiotelegrafiści,
Maszynista, palacze,
Ten, co komin tam czyści,
Starszy kucharz, kuchciki,
Ci, co myją podłogi,
Pan porucznik, pan bosman
Oraz reszta załogi,
Ci, co robią do maszyn
Różne smary i olej,
Ci, co wełnę ze statku
Transportują na kolej.

Na kolei znów radość i ogólne wzruszenie,
Bo tam z tego żyć będą ludzie, których wymienię:

Pan minister transportu,
Pan dyrektor PKP,
Ci, co mają wyrzucać
Tych, co jadą na gapę,
Zawiadowca i kasjer,
I kasjera dwóch synów,
Facet z wodą sodową
I sprzedawca "pingwinów",
Numerowi z rodziną,
Ci, co bilet dziurawią,
Ci, co towar z pociągu
Do fabryki wyprawią.

A w fabryce znów radość i ogólne wzruszenie,
Bo tam z tego żyć będą ludzie, których wymienię:

Budowniczy fabryki,
Jego laska, fabrykant
I pan starszy prokurent,
I pan młodszy praktykant,
Ci, co wzory rysują,
Wszyscy tkacze i tkaczki,
Ci, co towar farbują,
Ci, co wiążą go w paczki,
Ci, co paczki zanoszą
Do przesyłki pocztowej,
By go dostał mój krawiec,
Pan Konopka z Wierzbowej.

A u pana Konopki znów ogólne wzruszenie,
Bo tam z tego żyć będą ludzie, których wymienię:

Pan Konopka wraz z żoną,
Jego mama i ojczym,
Jego syn z narzeczoną,
Czeladnicy wraz z krojczym,
Elektrownia, gazownia,
Ci, co kredyt mu dali,
I fabrykant guzików,
I rysownik żurnali.

Smoking najpierw się kroi,
Potem szyje i mierzy,
Potem smoking jest gotów,
Idealnie wprost leży.

Ja go biorę, nie płacę
(Nnie mam, niech mnie zabiją!)
No i teraz się pytam:
Z czego ludzie dziś żyją?
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 09.12.07, 16:16

Tak, wiem, było i jest na starym TNie. Natomiast nie mam bladego pojęcia, jak długo takowy jeszcze będzie działać, a to warto przeczytać, warto też dać komuś w prezencie, żeby też sobie poczytał.

Clive Staples Lewis
LISTY STAREGO DIABŁA DO MŁODEGO
przełożył Stanisław Pietraszko

Do nabycia m.in. w księgarni św. Wojciecha przy ul. Freta w Warszawie


List 1
Mój drogi Piołunie!

Dostrzegam, o co ci chodzi w tym, co mi donosisz o kierowaniu lekturą swojego pacjenta i trosce, by dużo przestawał ze swym przyjacielem materialistą. Lecz czy nie jesteś odrobinę naiwny? Wygląda to bowiem tak, jakbyś przypuszczał, że argument jest skutecznym środkiem trzymania go z dala od szponów Nieprzyjaciela. Mogłoby tak być, gdyby żył kilka wieków temu. W tamtych bowiem czasach ludzie orientowali się jeszcze doskonale, czy jakaś rzecz jest udowodniona, czy nie; a jeśli coś było udowodnione, to rzeczywiście w to wierzyli. Myślenie łączono wówczas jeszcze z czynem i z gotowością zmiany sposobu życia w zależności od wyniku przeprowadzonych rozumowań. Lecz dzięki prasie codziennej i innym podobnym środkom oddziaływania w znacznej mierze zmieniliśmy ten stan rzeczy. Twój pacjent już od wczesnej młodości przywykł do tuzina kłębiących mu się w głowie sprzecznych ze sobą teorii filozoficznych. Doktryny w jego pojęciu nie dzielą się w pierwszym rzędzie na prawdziwe lub fałszywe, lecz na akademickie lub praktyczne, przeżyte lub współczesne, konwencjonalne lub bezwzględne. Żargon, nie argument jest twoim najlepszym sprzymierzeńcem w utrzymaniu go z dala od Kościoła. Nie trać czasu na przekonywanie go, że materializm jest prawdziwy! Zapewniaj go, że jest silny, nieugięty, odważny – że jest filozofią przyszłości. Te rzeczy bowiem sa dla niego istotne.

dalej...

List 2
Mój drogi Piołunie!
.
Z wielką przykrością dowiaduję się, że twój pacjent został chrześcijaninem. Nie łudź się, że unikniesz zwykłych w takich wypadkach kar – przypuszczam, że w momentach powodzenia taka ewentualność nie przyszłaby ci nawet na myśl. Na razie musimy wykorzystać wszystkie możliwości. Nie ma potrzeby rozpaczać. Setki tego rodzaju dorosłych konwertytów po krótkim pobycie w obozie Nieprzyjaciela udało się odzyskać i obecnie znajdują się u nas. Na razie wszystkie nawyki pacjenta, zarówno umysłowe jak i cielesne, są w dalszym ciągu dla nas korzystne.

dalej...
Ostatnio zmieniony 08.04.10, 12:05 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 3 razy.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 11.12.07, 22:44

Clive Staples Lewis
LISTY STAREGO DIABŁA DO MŁODEGO
przełożył Stanisław Pietraszko

List 3

Mój drogi Piołunie!

Bardzo jestem zadowolony z tego, co mi donosisz o stosunku Twego pacjenta do matki. Musisz jednak wykorzystać pomyślną dla Ciebie sytuację. Nieprzyjaciel będzie działał od środka na zewnątrz, ujarzmiając stopniowo postępowanie pacjenta i poddając je nowym wymogom – w każdym momencie może więc dosięgnąć sprawy jego stosunku do tej starszej pani. Ty go musisz w tym uprzedzić. Bądź w ścisłym kontakcie z naszym kolegą Glubosem, który ma pod opieką matkę, i razem z nim utrwalajcie w tym domu zwyczaj wzajemnego dokuczania sobie – codzienne ukłucia szpilką.

dalej...

List 4
Mój drogi Piołunie!

Dyletanckie sugestie zawarte w twym ostatnim liście są dla mnie ostrzeżeniem, że czas najwyższy, bym ci wyczerpująco napisjał o kłopotliwej sprawie, jaką jest modlitwa.
Mógłbyś oszczędzić sobie komentarza, że moja rada co do modłów twego pacjenta za matkę okazała się szczególnie niefortunna. To nie jest sposób, w jaki bratanek winien pisać do swego stryja ani też młodszy kusiciel do wicedyrektora departamentu. Zdradza to także nieładną chętkę wykręcenia się od odpowiedzialności; musisz się nauczyć sam płacić za swe błędy.

dalej...

pierwszy list
Ostatnio zmieniony 21.04.08, 18:14 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 2 razy.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 13.12.07, 23:41

Clive S. Lewis
LISTY STAREGO DIABŁA DO MŁODEGO
przełożył Stanisław Pietraszko


List 5

Mój drogi Piołunie!

Rozczarowałem się nieco. Spodziewałem się szczegółowego sprawozdania z pracy, a list Twój jest jakąś mglistą rapsodią.
Mówisz, że szalejesz z radości, ponieważ Europejczycy rozpoczęli jeszcze jedną wojnę. Widzę bardzo dobrze, co ci się przydarzyło. Nie oszalałeś, lecz jesteś tylko odurzony. Czytając między wierszami twego bardzo niezrównoważonego sprawozdania o bezsennej nocy pacjenta, mogę dość dokładnie odtworzyć stan twojego umysłu. Po raz pierwszy w swym zawodzie zakosztowałeś napoju, który jest nagrodą za wszystkie nasze trudy – udręczenia i oszołomienia ludzkiej duszy – i to ci uderzyło do głowy.
Chyba nie mogę cię ganić. Próżno szukać doświadczonej i statecznej głowy na młodych barkach.

dalej...

List 6
Mój drogi Piołunie!

Bardzo jestem rad, że wiek i zawód twego pacjenta kwalifikują go do służby wojskowej oraz że sprawa powołania do wojska nie jest całkowicie przesądzona. Dla nas jest sprawą ważną utrzymanie go w maksimum niepewności, tak, by umysł jego był wypełniony najrozmaitszymi sprzecznymi wyobrażeniami wzbudzającymi w nim lęk i nadzieję. Niepewność i obawa – to niezrównane sposoby na zabarykadowanie myśli ludzkiej przed Nieprzyjacielem. On chce, by ludzie interesowali się tym, co aktualnie czynią, w naszym zaś interesie leży utrzymywanie ich w rozpamiętywaniu tego, co może im się przydarzyć w przyszłości.

dalej...

pierwszy list
Ostatnio zmieniony 21.04.08, 18:57 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 3 razy.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 14.12.07, 23:53

Clive S. Lewis
LISTY STAREGO DIABŁA DO MŁODEGO
przełożył Stanisław Pietraszko

List 7

Mój drogi Piołunie!


Dziwię się, jak możesz mnie pytać o to, czy koniecznie należy utrzymać pacjenta w niewiedzy o twoim istnieniu. Ta kwestia, przynajmniej w obecnej fazie walki, została rozstrzygnięta za nas przez Naczelne Dowództwo. Na razie winniśmy przyjąć taktykę ukrywania się.
Naturalnie nie zawsze tak było. W rzeczy samej stoimy tu wobec okrutnego dylematu. Gdy ludzie nie wierzą w nasze istnienie, tracimy wszystkie przyjemności wynikające z bezpośredniego terroryzowania i nie ma miejsca na czarnoksiężników. Z drugiej strony gdy w nas wierzą, nie możemy z nich robić materialistów i sceptyków. W każdym razie do tej pory jeszcze nie.

dalej...

List 8

A więc jesteś pełen nadziei, że religijny okres w życiu pacjenta zanika – wszak takie jest twoje zdanie? Zawsze uważałem, że Szkoła Kunsztu Kuszenia zeszła na psy, odkąd na jej czele stanął stary Slugbob, a teraz jestem tego pewien. Czy wam nikt nigdy nie mówił o Prawie Falowania?

Istoty ludzkie są chimerami – na wpół duchy, na wpół zwierzęta (stanowczość Nieprzyjaciela w dążeniu do stworzenia tak odrażającego mieszańca była jedną z przyczyn, które skłoniły Naszego Ojca do wycofania poparcia dla Niego). Jako duchy należą do świata wiecznego, lecz jako zwierzęta tkwią w czasie. Oznacza to, że o ile ich duch może być skierowany ku celom wiecznym, to ich ciała, namiętności i wyobrażenia ulegają ciągłej zmianie, gdyż trwać w czasie znaczy zmieniać się. Dlatego to, co w nich jest najbardziej stałe, to właśnie owo falowanie – powtarzający się nawrót do poziomu, od którego ponownie się oddalają, szereg dolin i szczytów.

dalej...

pierwszy list
Ostatnio zmieniony 21.04.08, 18:20 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 2 razy.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 16.12.07, 16:04

Clive S. Lewis
LISTY STAREGO DIABŁA DO MŁODEGO
przełożył Stanisław Pietraszko

List 9

Mój drogi Piołunie!

Ostatni mój list przekonał cię – mam nadzieję – że dolina oziębłości lub oschłości, przez którą obecnie przechodzi twój pacjent, nie da ci jego duszy sama z siebie, lecz wymaga odpowiednich zabiegów z twojej strony. Obecnie rozważę, jaką formę powinny one przybrać.

Przede wszystkim zawsze przekonywałem cię, że okresy dolinowe ludzkiego falowania dostarczają doskonałej okazji do wszelkich pokus zmysłowych, szczególnie seksualnych. Może cię to zdziwić, gdyż (co jest rzeczą samą przez się zrozumiałą) więcej energii, a co za tym idzie – więcej potencjalnych pragnień istnieje w okresach szczytowych, lecz musisz pamiętać, że i odporność jest wówczas największa. Zdrowie i siły witalne, które ty chcesz wykorzystać do rozbudzenia pożądliwości, można niestety z łatwością spożytkować także na pracę, sport, rozmyślanie lub nieszkodliwą zabawę. Atak ma o wiele większe szanse powodzenia, gdy cały wewnętrzny świat człowieka przeniknięty jest szarzyzną, chłodem i nudą.

dalej...

List 10
Mój drogi Piołunie!


Z przyjemnością usłyszałem od Triptweeze'a, że twój pacjent zawarł kilka bardzo pożądanych znajomości i że, jak się zdaje, wykorzystałeś to zdarzenie w sposób zaiste obiecujący. Wnioskuję, że małżeństwo w średnim wieku, które zjawiło się w jego biurze, to właśnie taki typ ludzi, jakich nam trzeba. Wymarzone towarzystwo dla twojego pacjenta: bogaci, eleganccy, powierzchowni intelektualiści i dowcipni sceptycy w stosunku do całego świata. Domyślam się, że są oni nawet w jakimś sensie pacyfistami, co wypływa nie z pobudek moralnych, lecz z wrodzonego im zwyczaju pomniejszania wszystkiego, co dotyczy wielkiej masy ich bliźnich, a także z atmosfery wielkiej literatury. Świetnie się składa.

dalej...

pierwszy list
Ostatnio zmieniony 21.04.08, 18:22 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 3 razy.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 17.12.07, 17:05

MJ
POKAŻCIE TEN ŻERAŃ


(tekst opublikowany przed Bożym Narodzeniem 2001)

- Gotowe? - spytał Szef.
Wyjrzałem zza chmurki na świat.
- Gotowe.
- No to do dzieła!
Kolega Gabriel wypuścił pierwszą gwiazdę. W dole, jak okiem sięgnąć, rozjarzyły się miliony okien i lampek na choinkach. Słychać było dźwięki kolęd, zachwycone dziecięce głosy i szelest rozpakowywanych prezentów.
- Święta - westchnął Szef. - To już ponad dwa tysiące lat, a jestem tak samo przejęty jak wtedy... Czy wszystkiego dopilnowaliście? Czy każdy naród dostał swój dar od niebios?
Malachiasz wzruszył skrzydłami i zaczął wyliczać z pamięci: - Amerykanie - opanowanie terroryzmu i wzrost kursu dolara, Birmańczycy - demokrację, Dahomejczycy - koniec suszy...
- A Rosjanie?
- Chleb.
- Były jakieś problemy?
- Tylko jeden...
- Co? Znowu oni? O co tym razem prosili?
Malachiasz zerknął do notesu.
- Kolejno: żeby Żerań był rentowny... Żeby posunięcia Belki spowodowały uaktywnienie makroregionów... Żeby PSL i PiS zapobiegły koalicji SLD z UW przeciwko Samoobronie... Żeby przelicznik złotego zrównoważył wzrost stopy inflacji o współczynnik spadku recesji... Żeby rolnictwo weszło do Unii później niż przemysł... Żeby szlag trafił tego, no...
- Dość! - Szef tupnął, mimowolnie wywołując parę sztormów na Atlantyku i śnieżycę w Wyoming. - Co za naród! Ręce opadają! Wciąż to samo! Klęski, pretensje, roszczenia, pijaństwo, lenistwo, pieniactwo, gadulstwo, zawiść, chciejstwo, pobożne życzenia i bujanie w obłokach! A jak trwoga, to do mnie! Czy ja jestem pogotowie ratunkowe? I na dodatek jakiś Żerań! Tego już za wiele! Za co ja ich tak lubię?
Milczeliśmy. Szef rozgarnął chmury nad samym środkiem Europy Środkowej.
Oj, maluśki, maluśki...
- buchnął w niebiosa nieskładny chór nieco zachrypniętych i ciut bełkotliwych głosów.
Zerknęliśmy na Szefa. Bębnił palcami o kamienne tablice z dziesięciorgiem przykazań.
Kieeeby rękawickaaa...
- niosło się przez cichą, świętą noc z monotonnie szarych bloków i biednych chałup, zagłuszając śpiewy innych nacji.
- Trudno. Muszę się do nich zabrać - powiedział w końcu Szef i zakasał rękawy szat.
- Apokalipsa, plagi egipskie czy zwyczajny dopust? - spytałem.
- Nie! Pokażcie, gdzie jest ten cały Żerań.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 21.12.07, 16:16

Konstanty Ildefons Gałczyński
TRĄBKI ŚWIĄTECZNEJ POCZTY


Już dzisiaj który to raz
pędzi poczta przez las!
Cóż, nie dziwota, przed każda Gwiazdka
pękają banie z manią pisarską:
Jacek, co pióra nie bierze w ręce,
nagle napisał listów dziewięćset.
Pisze Alojzy, Funia i Mania.
Rośnie gwiazdkowa życzeniomania.
Wczoraj w Krakowie na placu Kingi
listy wypchnęły denko od skrzynki,
bo tyle listów, któż by to zniósł --
O! znów pocztowy wóz:
jeszcze ten mostek, jeszcze ta rzeczka
i wjedzie poczta w mury miasteczka,
śnieg przed pocztą biegnie jak zając,
trąbki pocztowe gromko grają:
Listy, paczki, stamtąd i stąd!
Wszystkim Wesołych Świąt!

A tu w urzędzie cztery okienka,
w każdym okienku piękna panienka.
Ja, proszę pani, chciałbym do żony
wysłać ekspresem list polecony:
(...również, Marysiu, w pobieżnym skrócie
donoszę, ze nam kanarek uciekł,
a złote rybki zdechły w ogóle,
zamęt szalony. Całuję czule...
)
A tu telegram do pana Anzelma,
żeby pieniądze wysupłał, szelma,
a tu paczuszka, w niej korniszony,
dziadziuś na pewno będzie wzruszony,
bo, proszę pani, dobrze, gdy w święta
wnuczuś o dziadku swoim pamięta,
chyba korniszon mu nie zaszkodzi,
telegram - Szczecin, paczka do Lodzi,
pani wygląda jak anioł blond,
DO WIDZENIA! WESOŁYCH ŚWIĄT!

W nocy, w południe, w wieczór i z rana
poczta haruje niezmordowana,
praca dzienna i warta nocna,
poczta panowie! poczta! poczta!
Słupy przy szosie, druty przy świerkach,
jedzie samochód, pędzi telegram,
na bok, zające! z drogi, wrony!
Feluś, gazu! List polecony!
I dla cywilów, i dla armii,
i do Wrocławia, i do Warmii,
do Szczebrzeszyna, do Szczecina
leci i świeci dobra nowina;
pobłyskują jak kwiaty z łąki
z czapek pocztowców złote trąbki.
Poczta! Poczta! Morze i ląd!
WSZYSTKIM WESOŁYCH ŚWIĄT!

Tymczasem w jednych domach stroją pianina,
w innych ciotki placki stawiają równym szeregiem,
a na dworze hu! hu! diabelska mieszanina,
24 miliardy płatków śniegowych
(słownie: wiatr zmieszany ze śniegiem).
Przez wiatr i snieg listonosz brnie,
z listem, z depeszą, z inwalidzką rentą.
I tak całe życie. Przez całe dnie.
Jak wiewiórka. Z piętra na piętro.
Właściwie tylko zmienia się tło:
po wsiach koguty, w miastach neony.
I znowu paczka, dopłata: sto --
i znowu ekspres polecony.
Bo pocztą możesz wysłać co chcesz:
Serce, buty i wiersz:
Już kocham cię tyle lat
na przemian w smutku i w śpiewie.
Może to już jest osiem lat,
a może dziewięć, nie wiem.
Splątało się. Zmierzchło. Gdzie ty, a gdzie ja,
już nie wiem i myślę w pół drogi,
że tyś jest ten upór i walka co dnia,
a ja - to twe rzęsy i loki.


Gdy mi kiedyś serduszko pęknie,
wspomnijcie mnie czasem pięknie,
że był taki facet księżycowy.

MOJE PIÓRO WRZUĆCIE DO WISŁY,
MOJE CIAŁO NA CZTERY WIATRY,
MOJE SERCE DO SKRZYNKI POCZTOWEJ.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 22.12.07, 19:17

Bronisław Maj
K A R P


Krwawo paliły się zorze,
gdy w kuchni w wannie z emalii
potwornie długim nożem
karpia - ciach! - zamordowali.

Zabił go kucharz okrutny
i sztylet swój otarł w fartuch,
następnie napił się wódki,
a potem poszedł grać w karty.

Idzie przez krzywe uliczki
w kieszonce talię kart niesie,
wtem patrzy - księżyc srebrzysty
pojawił się na niebiesiech.

Patrzy i oczom nie wierzy
ten kucharz, pijak i karciarz,
okropny lęk włos mu zjeżył –
poznał ofiarę swą - karpia.

No bo to wcale nie księżyc
roztaczał z nieba swe blaski,
to karp, nieboszczyk świeży
cichutko płynął nad miastem.

Z tej trwogi runął na klęczki
ten kucharz i jak bóbr płacze,
wyciąga rączki i jęczy:
Ach, karpiu, czy mi przebaczysz?

A karp jakby nie słyszał,
ani mu nie drgnie łuska.
W ogromnym nieba szafliku
z gwiazdkami - rybkami się pluska.

Dość małomówny z natury
po śmierci takim pozostał,
patrzy na miasto karp z góry,
a kucharz błaga i szlocha.

I tak na wieczność zostali:
Karp przemieniony w księżyc,
i zbrodzień co czołem wali
z rozpaczy w twardy krawężnik.

Przechodniu! Ty wejrzyj na nich
i z pieśni morał wyprowadź:
Lepiej się bawić kartami,
niż karpia w wigilię mordować!
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Marcin
Wampir z parapetu
Posty: 1144
Rejestracja: 26.08.07, 23:01
Lokalizacja: Wampirzy Parapet
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Marcin » 26.12.07, 20:19

Zachwycające życzenia świąteczne wrzucone studentom I roku do Extranetu:

Modlitwa św. Tomasza z Akwinu

Panie, Ty wiesz lepiej aniżeli ja sam,
że się starzeję i pewnego dnia będę stary.
Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania,
że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego scieżek.

Uczyń mnie poważnym lecz nie ponurym, czynnym,
lecz nie narzucającym się.
Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości,
jakie posiadam, ale Ty Panie wiesz,
że chciałbym zachować do końca paru przyjaciół.

Wyzwól mój umysł od niekończącego brnięcia w szczegóły
i daj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy.
Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień,
w miarę jak ich przybywa,
a chęć wyliczania ich staje się z upływem lat coraz słodsza.

Nie proszę Cie o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach,
ale daj mi cierpliwość wysłuchania ich.
Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć,
ale proszę Cię o większą pokorę i mniej zachwianą pewność,
gdy moje wspomnienia wydają mi się sprzeczne z cudzymi.
Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić.

Zachowaj mnie miłym dla ludzi,
choć z niektórymi z nich doprawdy trudno mi wytrzymać.
Nie chcę być świętym,
ale zgryźliwi starcy - to jedno ze szczytów osiągnięć szatana.
Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy
w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet w ludziach.
Daj mi, Panie, łaskę mówienia im o tym. (...)

Amen.
- Zoltan, dlaczego my pijemy z kubków? Gdzieś tu widziałem kieliszki...
- Sprawa jest poważna i trzeba używać konkretów, a nie półśrodków.

Przed-wiosenne porządki: 200 tanich książek - http://tinyurl.com/ya3395u

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 08.01.08, 15:36

Julian Tuwim
KWIATY POLSKIE
(fragment)


My country is my home. Ojczyzna
Jest moim domem. Mnie w udziele
Dom polski przypadł. To - ojczyzna.
A inne kraje są hotele.
Mój dom. Mieszkanie. Pokój. Biurko.
A w nim (pamiętasz?) ta szuflada,
Do której się przez lata składa
Nie używane już portfele,
Wygasłe kwity, wizytówki,
Resztki żarówki, ćwierć-ołówki...
Leży tam spinka, fajka, śrubka,
Syndetikonu pusta tubka,
Jakaś pincetka czy pipetka,
Stara podarta portmonetka.
Kostka do gry, koreczek szklany.
Bilet na dworcu nie oddany,
Szary zamszowy futeralik,
Zeschły pędzelek, lak, medalik,
Przycisk z jaszczurką bez ogona,
Legitymacja przedawniona,
Brązowe pióro wypalane
Z białym napisem "Zakopane".
Korbka od czegoś, klucz do czegoś,
Lecz już oboje "do niczegoś"
Słowem, wiesz, jaka to szuflada...
A gdy jej wnętrze dobrze zbadasz,
Znajdziesz tam małe zasuszone
Serce twe, w gratach zagubione...
Więc nie wyrzucaj nic, nie sprzątaj...
Przyda, nie przyda się - niech leży.
Oszczędzaj graty przy "porządkach"
W takich szufladach i zakątkach,
Boś z każdym cząstkę życia przeżył
I trwasz, nie wiedząc, z tą starzyzną...
Jak z tą szufladą, tak z ojczyzną:
Nic nie wyrzucisz. Coś ci wzbrania
Przetrząsnąć lamus przywiązania
I "niepotrzebne", "nieużyte"
Usunąć. Niech zostanie z tobą.
Zabobon, mówisz? Tak, zabobon...
Ludzie uczeni zwą to mitem.
I z tej codziennej mitologii
Nagłych, z zaułka, zjawień, olśnień,
To z barwy, z linii, to z melodii
Chwila ojczyzną ci wyrośnie.
Zjawi się taka niewątpliwa,
Wyłączna, nie do podrobienia,
Że poznasz z echa, zwęszysz z cienia
To ona - twoja, własna, żywa.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 11.01.08, 00:11

Clive S. Lewis
LISTY STAREGO DIABŁA DO MŁODEGO
przełożył Stanisław Pietraszko

Do nabycia m.in. w księgarni św. Wojciecha przy ul. Freta w Warszawie

List 11

Mój drogi Piołunie!

Trzeba przyznać, że wszystko idzie doskonale. Szczególnie zadowolony jestem z tego, że tych dwoje nowych przyjaciół zapoznało go z całym swoim towarzystwem. Jak zmiarkowałem z kartotek biura ewidencyjnego, wszyscy oni to z gruntu pewni ludzie: niezmienni i konsekwentni kpiarze, oddani sprawom doczesnym, bez żadnych sensacyjnych przestępstw w spokoju i wśród wygód zdążający do domu naszego Ojca. Mówisz, że są wielkimi śmieszkami. Mam nadzieję, że to nie oznacza, byś sądził, że śmiech jako taki zawsze przynosi nam korzyść. Warto tej sprawie poświęcić nieco uwagi.

dalej...

pierwszy list
Ostatnio zmieniony 21.04.08, 18:24 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 1 raz.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 11.01.08, 23:09

Clive S. Lewis
LISTY STAREGO DIABŁA DO MŁODEGO
przełożył Stanisław Pietraszko

Do nabycia m.in. w księgarni św. Wojciecha przy ul. Freta w Warszawie

List 12

Mój drogi Piołunie!

Oczywiście robisz doskonałe postępy. Obawiam się tylko, byś, próbując przynaglać pacjenta, nie obudził w nim świadomości jego prawdziwego położenia. My, którzy widzimy jego położenie takim, jakim ono jest w rzeczywistości, nie możemy bowiem nigdy zaprzestać starań, by pacjentowi przedstawiało się ono w zupełnie odmiennym świetle. My wiemy, że zmieniliśmy kierunek jego drogi i że na skutek tego zbacza on już w tej chwili ze swej orbity wokół Nieprzyjaciela – jego samego trzeba jednak utrzymywać w przekonaniu, że jego posunięcia, które spowodowały zmianę tego kierunku, są błahe i odwracalne. Nie wolno mu podejrzewać, że w tej chwili – aczkolwiek powoli – oddala się od słońca po linii, która powiedzie go w najdalszą przestrzeń chłodu i mroku.

dalej...

pierwszy list
Ostatnio zmieniony 21.04.08, 18:25 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 2 razy.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Inachis Io
Zaawansowany
Posty: 305
Rejestracja: 27.08.07, 11:27
Lokalizacja: Granice Rzeczywistości
Kontaktowanie:

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Inachis Io » 11.01.08, 23:35

Kazimiera Iłłakowiczówna
"Opowieść małżonki świętego Aleksego"



Zostawiona sama śród nocy w oczekiwaniu,
spędziłam czas od rana na pustym bez ciebie posłaniu,
owinięta twego płaszcza rycerską purpurą
o Aleksy.

Czekałam na ciebie lat dziesięć i dwadzieścia, i trzydzieści z górą,
młoda, piękna, pachnąca - potem zimna, twarda, z zeschłą, pomarszczoną skórą.
Na wezgłowiu mym pozostał pas i płaszcz twój purpurowy zwinięty
o Aleksy.

Wysyłałam po ciebie sługi i wysyłałam po ciebie okręty...
...Nie przywiedziono cię...Lecz wieść głosiła, żeś święty...
I zagasła mi twoja twarz, i tysiączne miałeś dla mnie lica
o Aleksy.

Ja - miłująca cię, ja - ślubowana ci oblubienica...
Lecz tyś odszedł...Stopy bose, sakwy, kij i włosiennica,
I mrowie robactwa, i dokoła twarze plugawe żebraków
o Aleksy.

I chwytałam się nadziei jak odlatujących ptaków,
i biegłam do wróżbitów, i szukałam na niebie znaków,
i biłam głową o mur, i wzywałam cię w imię Jezu Chrysta
o Aleksy.

Zamieszkał w dwudziestym roku stwór, płaz, zjawa nieczysta
w komorze zimnej u bramy, włóczęga obmierzły jak glista,
jeden z gadów, dla których opuściłeś mnie - z rodu królewską
o Aleksy.

Sypiał na kawałku drewna drugą przykryty deską,
by za odpadki z kuchni, za drwiny, za rany nieopatrzone wysłużyć koronę niebieską.
I tak mieszkał lat dziesięć i więcej, aż śmiertelnie wreszcie zachorzał
o Aleksy.

Zbudzono mnie nad ranem, bo zdawało się, że ze wszech stron pożar
ogarnął Rzym; coś się tłukło po powietrzu jak orzeł
dzwony biły i latały światła, i ludzie wylegli z domów
o Aleksy.

Ruszyły zewsząd procesje z lasem gromnic i feretronów,
papież z cesarzem wyszli na bruk śród modlitw i bicia dzwonów
i wszystkie ulice poczęły iść jak nagle zbudzone rzeki
o Aleksy.

A gdym się ocknęła ze strachu i przetarłam zdumione powieki,
tom ujrzała i posłyszała, że zbliżał się grom, zrazu daleki,
śpiew, jęk, bełkotanie bębnów, mieczów szczęk o kolczugi
o Aleksy.

Już są... już tutaj doszli, już popadały w proch sługi,
już znikli w bramie - papież pierwszy, a cesarz drugi,
już dziedziniec pełen świty mocarzów, gdy oni w komorze
o Aleksy.

Zbiegłam w dół...Klęczą... płacz... migotanie świec... I w pokorze
modlący się owi dwaj... I żebrak umarły - o Boże! -
i teść mój, i świekra leżący krzyżem tuż przy barłogu
o Aleksy.

I spytał się Ojciec Święty: "Kto zacz, kto oddał Bogu
w tym domu czystą swą duszę?" - I nie ozwał się nikt. U progu
byłam wówczas już i ujrzałam na ciele umarłego stojące rzędem anioły
o Aleksy.

Milczenie... A w ręku trup trzymał kartę, ukrytą na poły,
więc sięgną po nią cesarz, lecz cofnął się wnet, jakby goły
miecz ujrzał, i papież tknąć jej nie mógł ni żaden z księży
o Aleksy.

Tedy teść mój jął próbować, czyli zwoju sam nie dosięże,
jako gospodarz trupa... I już strach w ich sercach się lęże,
bo i świekra pergaminu nie mogła z dłoni zimnego wziąć trupa
o Aleksy.

Przeleciał szept po obecnych, od ciury aż do biskupa
zbledli wszyscy... Lecz jam ujrzała światła snop na kształt słupa,
który wołał mnie po imieniu twoim umiłowanym głosem
o Aleksy.

Więc przeszłam pośród klęczących, zakrywszy oblicze włosem,
i poznałam cię, jakeś leżał obdarty, sczerniały i bosy,
i wzięłam twoim pismem kreśloną z twej ręki kartę
o Aleksy.

Przeczytałam im dziesięćkroć imię twe, po wieczność niestarte,
całowałam ręce twoje, oczy twe szeroko otwarte...
...Ojciec twój, matka twoja legli na twym ciele płaczący
o Aleksy.

Oto papież z cesarzem sławią cię ponad tysiące,
oto ciżby wokoło klęczące, oto dzwony w niebo bijące,
chorągwie - w pokłonach, monstrancje idą ku tobie ze wszystkich kościołów
o Aleksy.

Jako rybak mądry wyszedłeś wczesnym rankiem z siecią na połów;
powróciłeś z chwałą w twej sieci, w chórze aniołów...
...Lecz moje serce - rozdarte, rozdarte, ciężkie, ciężkie jak ołów,
o Aleksy, Aleksy, Aleksy!
Gryllus bellicosus domesticus

"Myślę, że ludzie są obłąkani. Ale Ina nie jest obłąkana i ja też nie jestem.
My jesteśmy krik." (~ Elnath)

Kącik Świerszcza
(notka poranna)
Tfurczość Świerszcza
(plecionki, bransoletki, makramy)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 12.01.08, 17:21

Clive S. Lewis
LISTY STAREGO DIABŁA DO MŁODEGO
przełożył Stanisław Pietraszko

List 13

Mój drogi Piołunie!

Wydaje mi się, że zużyłeś zbyt wiele atramentu, by donieść mi o całkiem prostej sprawie. Pozwoliłeś temu człowiekowi wymknąć ci się z rąk – oto cała historia. Sytuacja jest bardzo poważna i doprawdy nie widzę żadnych powodów, dla których miałbym cię osłaniać przed konsekwencjami twej nieudolności. Skrucha i wznowienie tego, co tamta strona zwie łaską, i to w skali, jaką opisujesz, jest dla nas druzgocącą porażką. Równa się drugiemu nawróceniu, i to prawdopodobnie dokonanemu na głębszym podłożu niż pierwsze.

dalej...

pierwszy list
Ostatnio zmieniony 11.01.09, 18:14 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 5 razy.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)

Awatar użytkownika
Arthur Weasley
Weteran
Posty: 3071
Rejestracja: 24.08.07, 10:30

Re: Przerywniki literackie, czyli to, co lubimy czytać.

Postautor: Arthur Weasley » 13.01.08, 23:38

Clive S. Lewis
LISTY STAREGO DIABŁA DO MŁODEGO
przełożył Stanisław Pietraszko

List 14

Mój drogi Piołunie!

W twoim ostatnim sprawozdaniu o pacjencie najbardziej niepokojące jest to, że nie czyni on żadnego z owych dufnych postanowień, którymi nacechowane było jego pierwsze nawrócenie. Już nic z tych hojnych obietnic wiecznej cnoty; jak miarkuję, nawet nie oczekuje daru łaski na całe życie – pozostała tylko nadzieja na skromną bieżącą zapomogę potrzebną do sprostania bieżącej, codziennej pokusie.
To bardzo źle.

dalej...

pierwszy list
Ostatnio zmieniony 21.04.08, 18:26 przez Arthur Weasley, łącznie zmieniany 1 raz.
Znam tylko jeden naród na tyle głupi, że pozwolil sobie wmówić, iż jego historia to jedna wielka klęska, nieudacznictwo i wstyd.
(Rafał A. Ziemkiewicz, Cudzego nie znacie)


Wróć do „Dziurawy Kocioł - Knajpa 24h”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron